MAGDALENA LASOCKA

<< Jeśli lubicie przygody i nowe doznania, na pewno nie będziecie zawiedzeni podróżą do Meksyku. Zwłaszcza jeżeli tak jak ja kochacie wodę i sporty wodne. W tym kraju czas płynie wolniej, zmysły odbierają więcej, słońce świeci jaśniej, a ludzie uśmiechają się radośniej. Jedyne ryzyko jest takie, że zakochacie się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i zapragniecie pozostać w nim na zawsze. >>

Staram się stronić od biernego wypoczynku. Leżenie bez ruchu na plaży uznaję za konieczne jedynie wtedy, gdy dostatecznie się zmęczę np. podczas żeglowania, nurkowania czy snorkelingu. Pomysł wyprawy do Meksyku nie od razu wydał mi się ciekawy, gdyż kojarzył mi się stereotypowo z męczącymi wakacjami w dyskotekowych kurortach Jukatanu. Na szczęście, bardzo szybko przypomniałam sobie fascynujące opowieści o tutejszych jaskiniach, tzw. cenotach, i niezwykłych podwodnych ogrodach wokół wyspy Cozumel. Moją wyobraźnię dodatkowo pobudził artykuł o poszukiwaczach skarbów, którzy odkryli zatopiony galeon z czasów konkwisty, pełen złota i bogactw z Nowego Świata. Gdy w przewodnikach ujrzałam zdjęcia gęstego lasu równikowego (selwy), piramid Majów i wulkanów wznoszących się ponad 5 tys. m n.p.m. tuż nieopodal meksykańskiej stolicy (Ciudad de México), klamka zapadła. Byłam gotowa na przygody w Ameryce Północnej!
Choć podróż trwała długo, udało mi się przeżyć ją bez większych trudności. Nocny lot z dwoma przesiadkami – w Monachium i w mieście Meksyk – zakończył się szczęśliwym lądowaniem na międzynarodowym lotnisku w Cancún (gdybyśmy przełożyli nasze wakacje o miesiąc, moglibyśmy polecieć już bezpośrednio z Warszawy samolotem Boeing 787 Dreamliner). Półwysep Jukatan stanowi najpopularniejszy turystyczny region wśród Meksykanów. Dlatego znajdziemy tu zarówno hotele oferujące pobyt w formie all inclusive (np. w Cancún), jak i inne, położone nieco bardziej na uboczu ośrodki wypoczynkowe. My zdecydowaliśmy się na ten drugi wariant zakwaterowania i jako bazę wypadową do zwiedzania okolicy wybraliśmy klimatyczne i spokojne miasto Playa del Carmen. Dzięki temu poranną kawę mogłam sączyć, spoglądając na cudny wschód słońca rozświetlającego złotymi promieniami wody Morza Karaibskiego. Dla tych poranków, zapachów i smaków warto podjąć trud 24-godzinnej podróży.

 

JUKATAŃSKI REZERWAT
Oferta turystyczna Jukatanu przytłacza swoim ogromem. Półwysep zachwyca rozmaitymi cudami przyrodniczymi, kulturowymi, kulinarnymi i historycznymi. Jeśli możecie sobie na to pozwolić, spróbujcie wszystkiego. Czego byście nie wybrali, będziecie oszołomieni.
W języku Majów Sian Ka'an oznacza „miejsce, gdzie rodzi się niebo” lub „dar nieba”. Ja bez wahania przetłumaczyłabym to na „raj na ziemi”. Na obszarze Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an odkryjemy niesamowite i różnorodne biotopy – las tropikalny, laguny, cenoty, zarośla mangrowe czy bagna, a wszystko okala wybrzeże morskie z barierową rafą koralową. W tym zakątku poczujemy się jak w środku filmu przyrodniczego stacji BBC lub Discovery Channel. Potęga przyrody, rozmaitość form i kształtów po prostu powalają. Nasze wrażenia potęgował dodatkowo fakt, że 2 dni wcześniej otulaliśmy się puchowymi kurtkami, aby ochronić się przed zimową zawieruchą. Na tym rozległym terenie znajdziemy liczne pozostałości po cywilizacji Majów: majestatyczne ruiny pochłonięte przez las, obrośnięte storczykami i pnączami. W koronach drzew świergoczą rajskie papugi i barwne tukany. Zresztą spotkamy tutaj aż ponad 300 gatunków ptaków!

FOT. MAGDALENA LASOCKA

Zarośla mangrowe w Rezerwacie Biosfery Sian Ka’an na Jukatanie


Majowie podróżowali między selwą a wybrzeżem przez bagna i wycięli w namorzynach specjalne tunele wodne. Do najciekawszych przygód, jakie udało nam się przeżyć w Meksyku, zaliczam właśnie pokonanie wpław tych kanałów wijących się pośród mangrowców. Z perspektywy żaby podziwialiśmy krystalicznie czystą, turkusową wodę, kolorowe rybki, kwiaty, splątane korzenie drzew, śpiewające tropikalne ptaki. Zapewne na nas spoglądały węże i krokodyle. Szczęśliwcy natrafiają podobno też na manaty karaibskie, nam na pewno powiedzie się następnym razem. Stanowczo nie bez powodu Rezerwat Biosfery Sian Ka'an został wpisany w 1987 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

FORTECA NA KLIFIE
Starożytni Majowie stworzyli bardzo rozwiniętą cywilizację, która długo opierała się hiszpańskim konkwistadorom. Ich historię zrozumiemy lepiej, jeśli odwiedzimy ruiny wspaniałych niegdyś miast, takich jak Chichén Itzá, Cobá czy Uxmal. My ze względu na naszą związaną z wodą pasję złożyliśmy wizytę w Tulum, zbudowanym malowniczo na majestatycznym klifie muskanym przez fale turkusowego Morza Karaibskiego. Tę niezwykłą twierdzę od strony lądu chroni solidny mur, w obrębie którego wzniesiono domy mieszkalne i świątynie, a na szczycie klifu – zabudowania latarni morskiej. Nasz przewodnik w trakcie zwiedzania opowiadał nam historie z życia tego ośrodka. Rysy jego twarzy zdradziły od razu, że jest on potomkiem starożytnych Majów.

FOT. EXPERIENCIAS XCARET S.A. DE C.V./WWW.IMAGENXPEDITION.COM

Tulum – ruiny starożytnego miasta Majów

 

W milczeniu porównywaliśmy jego szlachetny profil z płaskorzeźbami przedstawiającymi władców i upierzonych bogów, którym składano niegdyś krwawe ofiary. Kawałek dalej leży przepiękna koralowa plaża porośnięta palmami i lasem tropikalnym. W piasku regularnie składają na niej jaja żółwie morskie, a po niebie leniwie szybują tu pelikany. Po kamieniach ruin zwinnie wspinają się iguany, pozujące do zdjęć podekscytowanym turystom. Warto w ten sposób spędzić w Meksyku kolejny udany dzień.

 

MAGICZNE JASKINIE
Cenoty to studnie krasowe wypełnione wodą. Nazwa pochodzi z języka maja od słowa dzonot. Na Jukatanie brakuje rzek, a opady deszczu są nieregularne. Jaskinie zasilają jednak wody gruntowe, krystalicznie czyste dzięki naturalnej filtracji przez wapienne podłoże. Miękki wapień łatwo daje się uformować w spektakularne formy. Nic dziwnego, że cenoty stanowią kultowe miejsce dla nurków. W niektórych studniach nurkuje się w podziemnych labiryntach. W ich przypadku trzeba najpierw otrzymać specjalne uprawnienia do tego typu aktywności. W innych wytyczono strefy rekreacyjne, ponieważ zapuszczanie się głębiej, w ich dalsze zakamarki bywa niebezpieczne. W jaskiniach mających połączenie z morzem słodka woda miesza się ze słoną, co sprawia, że można w nich obserwować pas halokliny (warstwy o dużym stopniu zasolenia). Nurkowanie w cenotach to przeżycie jedyne w swoim rodzaju, a widok promieni słońca rozświetlających ciemność podwodnej groty pozostaje w pamięci do końca życia.

 

SPORT DLA KAŻDEGO
Wyspa Cozumel znajduje się 20 min. rejsu promem od plaż Riwiery Majów (Riviera Maya). Na Karaibach – oczywiście – wszyscy turyści zachwycają się rajskimi krajobrazami, ale tylko wybrańcy wiedzą, że prawdziwe skarby kryją się dopiero pod powierzchnią morza. Nurkowiska na Cozumel rozsławił w swoich filmach znany badacz głębin – Francuz Jacques-Yves Cousteau (1910–1997). Odkryjemy tu kolorowe gąbki, czerwone gorgonie, dostojnie poruszające się w podwodnej przestrzeni żółwie, mureny, barakudy, homary i ławice barwnych ryb. Ciekawych stref do nurkowania jest bardzo wiele i mają one różne stopnie trudności. Niestety, na wyspie spędziliśmy tylko jeden dzień, ale zajrzeliśmy na rafy Palancar i Colombia.
Dla bardziej doświadczonych nurków nie lada gratką mogą być nocne wyprawy na Paradise Reef (Arrecife Paraíso). Ci z was, którzy nie pływają na większych głębokościach, ale potrafią posługiwać się maską z fajką, powinni odwiedzić El Cielo. To płytka laguna, w której woda sięga nieco powyżej pasa. Na dnie podziwiać można przepiękne pomarańczowe rozgwiazdy, a wszędzie kręcą się kolorowe ryby. Jeśli komuś dopisze szczęście, uda mu się nakarmić z ręki kosterę rogatą (zwaną rybą pudełkiem). Zawsze będę żywić sentyment do tego zakątka, gdyż w nim moja serdeczna, aczkolwiek charakterna przyjaciółka „puściła pierwszego w życiu bąbla”, czyli zanurkowała w akwalungu. Dodam, że jeszcze 6 miesięcy wcześniej zapierała się rękami i nogami, iż nie wejdzie ze mną do morza, jednak gdy widziała nasze uśmiechnięte twarze, zwyciężyła w niej ciekawość. Do końca wycieczki nie opuszczała jej odwaga – wskakiwała pierwsza do wody, a wychodziła z niej ostatnia. Jak więc widać, na Cozumel każdy znajdzie coś dla siebie.

 

NATURA W PIGUŁCE
Choć ekoarcheologiczny park Xcaret został stworzony przez człowieka, łatwo o tym zapomnieć. Wszystko zaprojektowano w nim tak, aby jak najbardziej przypominało prawdziwe laguny, selwę i lasy mangrowe i wtapiało się w istniejącą w tym miejscu przyrodę. Dzięki temu o wiele łatwiej jest poznawać florę i faunę Jukatanu zwłaszcza najmłodszym turystom. Różnobarwne papugi, tukany, flamingi są tuż na wyciągnięcie ręki, ryby, żółwie, koralowce, gąbki i rekiny można podziwiać przez szyby w akwarium. Wszystkie wątpliwości rozwieją profesjonalni przewodnicy i doskonale przygotowane infografiki. Warto zostać tu do wieczora, bo wtedy rozpoczyna się kulturowa część programu. Nowoczesne przedstawienie prezentuje historię Meksyku od czasów pradawnych Majów aż po współczesne dzieje i kulturę. Przy okazji skosztujemy wybornego meksykańskiego jedzenia.

 

DOTRZEĆ NA DRUGI BRZEG
Pojechać tak daleko, na drugi kontynent, zatrzymać się ledwie 2 tys. km od Pacyfiku i go nie zobaczyć oznaczałoby wielką stratę. Dla mnie to był właśnie ten trzeci ocean na mojej liście zanurzeń – po Indyjskim i Atlantyckim.
    Lot do Puerto Vallarta z Cancún zajmuje w sumie 4 godz. i 10 min. wraz z przesiadką w Ciudad de México. O tym, że Riviera Nayarit nie stała się jeszcze zbyt komercyjnym rejonem turystycznym mogliśmy przekonać się już na lotnisku. Nasza bramka znajdowała się wyraźnie na uboczu, a twarze współpasażerów wyglądały dużo bardziej lokalnie. Nie mieliśmy jednak śmiałości niepokoić o zdjęcia panów w wielkich kowbojskich kapeluszach, bo przypominali banditos z filmu Desperado. Mimo to później okazali się niezwykle mili i pomocni, gdy poszukiwaliśmy naszych bagaży. To niesamowite jak przyjacielscy potrafią okazać się Meksykanie i jakie cuda umie zdziałać uśmiech.

 

INNA RIWIERA
Karaiby i Riwiera Majów wyglądały przecudnie, ale to nad Pacyfikiem moje serce zabiło mocniej. Jest on naprawdę piękny. Jego fale załamują się tutaj w charakterystyczny sposób: rytmicznie, z rozmachem i majestatycznym pomrukiem.
    Urokliwe miasto Puerto Vallarta, wybudowane u podnóży gór porośniętych tropikalnym lasem i opadających wprost na piaszczyste plaże zatoki Banderas, w błękitne wody oceanu, doskonale sprawdziłoby się jako kronika regionu. Lokalna ludność bardzo długo opierała się konkwiście. Wierzenia, sztuka i kultura Indian Huichol (Huiczoli) przetrwały do dziś i są wciąż żywe. Pierwsze kościoły w okolicy wzniesiono dopiero pod koniec XVIII w., a więc przeszło 200 lat po zwycięstwach Hernána Cortésa (1485–1547).

FOT. BANCO DE IMÁGENES DEL CONSEJO DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE MÉXICO (CPTM)

Indianin z plemienia Huiczoli


    Warto zwiedzić tutaj niedużą, ale malowniczą starszą część miasta (Viejo Vallarta). Niedaleko ujścia rzeki, w miejskim parku na gałęziach wylegują się nadrzewne legwany zielone. W latach 60. i 70. XX w. za sprawą filmu Noc iguany (1964 r.) z Richardem Burtonem Puerto Vallarta przeżyło kolejny najazd, tym razem opanowali je hipisi poszukujący nowych definicji szczęścia i wolności. Wtedy rozbudował się jego nowy rejon. Przy nadoceanicznej promenadzie Malecón znajdują się najmodniejsze kluby i restauracje. Miejscowy klimat i krajobraz psują nieco monumentalne hotele budowane na północ od zatoki Banderas. Każdy inwestor chce zaoferować swoim klientom widok na Pacyfik, więc tego typu kolosy powstają tuż przy plaży.
    Dla mnie region ten jest prawdziwie niezwykły, zwłaszcza pod względem przyrodniczym. Bogactwo żyjących tu gatunków oszołomi każdego. Nie dziwię się humbakom, że na zimę ściągają licznie do zatoki Banderas. W zaskakująco ciepłym oceanie znajdziemy mnóstwo ryb, delfinów, wielorybów, koralowców czy żółwi morskich. Życie pod wodą dosłownie eksploduje, ale podobnie dzieje się i w selwie ponad nią. Nigdy nie widziałam tylu ptaków, storczyków i motyli naraz. Dlatego też okolica ta jak magnes przyciąga artystów. Zdjęcia robią się niemal same, gdyż na co byśmy nie skierowali obiektywu aparatu, w kadrze zamkniemy zachwycający mikroświat.

 

ARCHIPELAG PTAKÓW
Ponoć Wyspy Marieta (Islas Marietas) były kiedyś poligonem wojskowym i może dzięki temu udało się zachować dzikość tego miejsca. Już sam rejs na nurkowisko robi wrażenie. W główkach portu na straży siedzą na magmowych skałach majestatyczne pelikany, które leniwie grzeją poczciwe dzioby. Gdy tylko nasza łódź przyspiesza, całe towarzystwo powoli wzbija się w powietrze. Mylnie uważają nas za rybaków i liczą na darmowy posiłek. Na ląd człowiekowi nie wolno wchodzić poza ściśle wyznaczonymi strefami, więc w 99 proc. wyspy są królestwem dzikich ptaków. Wiele rzadkich gatunków przylatuje na nie zimować z północnych krańców USA i Kanady. Wszystko wydaje się tutaj tak inne, że nie mogłam się doczekać, aby zanurzyć się pod wodę. Świat, który ujrzałam, przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Strome skaliste zbocze porastał las niebieskich i purpurowofioletowych gorgonii, a pośród nich kłębiły się wielokolorowe ryby. Nigdy nie widziałam takich rodzajów. Wszystkie zwierzęta były pokaźniejszych rozmiarów niż te, które znałam z innych akwenów. Zupełnie jak gdyby matka natura chciała podkreślić, że ocean jest dużo większy i barwniejszy niż niepozorne Morze Karaibskie.
    Wspaniałe przeżycie stanowiło swobodne nurkowanie w celu eksploracji przybrzeżnych jaskiń, nie bardzo dostępnych dla nurków ze sprzętem z racji wąskich przesmyków między skałami. Na tę przyjemność mogą sobie pozwolić jedynie osoby pewnie poruszające się na wstrzymywanym oddechu i korzystające z pomocy doświadczonego przewodnika. Niemniej warto było przezwyciężyć strach i zobaczyć te cuda. Niewątpliwie ciekawym punktem naszej wycieczki okazała się wizyta na Playa Escondida (Ukrytej Plaży), która to nazwa wydała nam się nieco nieodpowiednia, gdy obok nas przy brzegu wyspy rzuciły kotwice 4 łodzie pełne rozemocjonowanych amerykańskich turystów. Kiedy już odpłynęli na lunch, znów słyszeliśmy tylko plusk wody i piski rybitw. Postanowiliśmy wyruszyć tunelem do środka lądu w poszukiwaniu wspomnianej ciekawostki. Podobno istnienie tego miejsca zawdzięczamy celnemu artylerzyście, który przestrzelił podczas manewrów strop jaskini i tak powstała wyspa z dziurą i plażą ukrytą w jej centrum. Niezależnie od tej historii widoki są tu naprawdę niesamowite.

 

SNORKELING W CIENIU LOS ARCOS
Po odwiedzinach na archipelagu Marieta wydawało mi się, że meksykańskie podwodne królestwo niczym mnie już nie zaskoczy. Jak cudownie, iż się myliłam… Z Puerto Vallarta wyruszyliśmy na południe w kierunku niezurbanizowanych, górzystych wybrzeży porośniętych gęstą selwą. Ludzie, którzy zamieszkują tutejsze osady, do naszego miasta nad zatoką Banderas dostają się drogą wodną, ponieważ nie wszędzie wybudowano jeszcze połączenia lądowe (z powodu wysokich gór). W trakcie 40-minutowej podróży łodzią mijaliśmy co rusz delfiny, sardynki i żółwie morskie. Z oceanu wystają miejscami ogromne skały. W niektórych cierpliwe fale wypłukały dziury i stworzyły kamienne łuki (stąd też hiszpańska nazwa Los Arcos, czyli właśnie „Łuki”).
    To, co zobaczyłam pod wodą, długo śniło mi się po nocach. Nigdy nie widziałam naraz tylu ryb w tak zróżnicowanych formach i kolorach. Orlenie cętkowane (Aetobatus narinari) oraz przedstawiciele gatunku Holacanthus passer, wszelkiej maści pokolcowate, rozdymki, ślizgi, rozgwiazdy, ślimaki, jeżowce, kraby i homary – nie sposób było wszystkiego zliczyć. Nie trzeba też wcale głęboko nurkować, bo morskie stworzenia trzymają się tutaj blisko powierzchni. Dużo pożywienia spada z gałęzi tropikalnych drzew, rosnących na skałach. Zwierzęta ignorują ludzi i nie są bardzo płochliwe. Udawało mi się bez problemu podpłynąć do ściany z ławicy pokolców lub ustników dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jedynie widoczność pozostawia czasem wiele do życzenia, ponieważ ograniczają ją fale oraz mnogość pokarmu. Za to poczujemy się w tej okolicy niczym w garnku z tropikalną zupą rybną.

 

NA OCEANICZNEJ FALI
Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nad Pacyfikiem, w mekce surferów z całego świata, nie spróbowali swoich sił na desce. Nasza chęć zmierzenia się z tą dyscypliną wzrosła jeszcze w Polsce po obejrzeniu filmu z 1966 r. pt. Bezkresne lato (The Endless Summer). Sayulita w stanie Nayarit okazała się klimatycznym miasteczkiem, niby wyjętym z planu filmowego. Trafiliśmy w ręce doświadczonego instruktora z jednej ze szkółek położonych tuż przy plaży. Staraliśmy się ignorować uporczywe myśli o rekinach i skupialiśmy się na słowach trenera, tłumaczącego tajniki balansowania. Powagi całej sytuacji odejmowały wesoło baraszkujące wokół nas psy, które nie kryły rozczarowania, że nie przynieśliśmy ze sobą lunchu, tylko wielkie deski.
    Surfing wymaga silnych rąk, którymi wiosłuje się, aby przyjąć odpowiednią pozycję względem fali, oraz wyczucia równowagi, gdy z leżenia trzeba natychmiast wstać. Teoretycznie brzmi to prosto, ale żeby dotrzeć do najlepszego punktu, musimy przebić się przez falę przybojową i nie dać się uderzyć deską w głowę. Po drugie, sama deska chybocze się bardziej niż podłoga, kiedy wypijemy szybko kilka kieliszków tequili. Jak twierdził nasz instruktor, gdy wyczujemy ocean, pójdzie nam dalej łatwo. Myślę, że jak na początek wyszło mi nieźle. Na 8 fal udało mi się złapać 5. Choć czułam się wymęczona akrobacjami, wychodziłam z wody z uśmiechem od ucha do ucha.

 

NA LINIE WŚRÓD DRZEW
O zjazdach tyrolką (canopy) dowiedziałam się od mojej przyjaciółki, która niedawno wróciła z Jamajki i z wypiekami na twarzy opowiadała mi o tej atrakcji. Mnie ta rozrywka nie kojarzyła się z niczym przyjemnym, wręcz przeciwnie – przypominała pracę marynarzy wspinających się na top masztu. Przyznaję jednak, że tkwiłam w błędzie.
    W przypadku Canopy River ZipLines (Puerto Vallarta) cała zabawa polega na tym, aby w uprzęży alpinistycznej przyczepić się do kołowrotka umieszczonego na jednej z 12 stalowych lin rozpiętych nad wąwozami i strumykami pomiędzy zboczami sąsiadujących gór, należących do łańcucha Sierra Madre Zachodnia. Potem wystarczy już tylko zjechać, wydając przy tym okrzyki radości. Panoramy zapierają dech w piersiach. Przelatując ponad koronami drzew, można też poczuć się niczym Tarzan i Jane. Końcowy zjazd odbywa się tuż nad powierzchnią strumienia. Tę atrakcję polecamy tym wszystkim, którzy nie boją się dużych wysokości i... tropikalnych komarów.

 

NARODZINY ŻÓŁWI MORSKICH
Jak już wspominałam, wody wokół miasta Puerto Vallarta tętnią życiem. Zamieszkujące je żółwie morskie składały jaja na brzegu zatoki Banderas, zanim zaczęli ściągać w te okolice turyści. Właściciele hoteli oraz władze regionu w celu zachowania środowiska naturalnego wprowadzili program ochrony tych pięknych zwierząt.

FOT. MAGDALENA LASOCKA

Żółwie po wykluciu mierzą ok. 3,5–4 cm

 

W niektórych miejscach na przyhotelowych plażach znajdują się specjalnie wydzielone strefy, gdzie biolodzy morscy przenoszą gniazda żółwi. W sezonie co wieczór szukają nowych jaj i praktycznie każdego dnia można po zmroku podziwiać rytuał wykluwania się młodych. Współuczestniczenie w cudzie narodzin zawsze budzi wielkie emocje. Widok malutkiego żółwia zmywanego wielką falą oceanu w blasku zachodzącego słońca zapadł mi w pamięć na długo.

 

DO WIDZENIA, DO ZOBACZENIA...
Meksyk to taki kraj, w którym za każdym rogiem czeka na nas jakaś przygoda. Dzięki wizycie nad Pacyfikiem zredefiniowałam moje rozumienie pojęcia „rajskie wakacje”. Z dużym żalem pakowałam płetwy do walizki. Nie widziałam przecież humbaków, gdyż przypływają w okolice Puerto Vallarta zimową porą, nie spróbowałam wszystkich przepysznych dań, jakie serwują tutejsze restauracje, nie odkryłam nowego gatunku storczyka, a w surfingu muszę się jeszcze podszkolić. Z drugiej strony, być może gdzieś na dnie Morza Karaibskiego spoczywa mój galeon pełen złotych monet i czeka, abym go odkryła, natomiast w Rezerwacie Biosfery Sian Ka'an chciałabym spotkać manaty oraz krokodyle amerykańskie i meksykańskie. Gdy puściusieńki (ze względu na strajk Lufthansy) samolot odrywał się od pasa startowego i wzbijał się w powietrze, żeby odlecieć w kierunku Europy, w mojej głowie kołatała się tylko jedna myśl: ja tu jeszcze wrócę...

Artykuły wybrane losowo

W 7 dni dookoła Islandii

ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

 

<< Islandia bywa często określana mianem „Nowej Zelandii Europy”. Swoje piękno i popularność wśród turystów zawdzięcza wyjątkowemu położeniu geograficznemu, a także surowemu i wilgotnemu klimatowi. Przyciąga podróżników przede wszystkim wspaniałą przyrodą, iście księżycowymi krajobrazami oraz ogromnymi przestrzeniami niezamieszkałych terenów. Za jedną z głównych atrakcji tej fascynującej wyspy uważa się wulkany, których jest ok. 130. Aż 18 spośród nich było aktywnych w ciągu ostatnich dwunastu stuleci. Do największych należą Askja, Katla, Hekla, Hvannadalshnúkur (będący jednocześnie najwyższym szczytem kraju – 2110 m n.p.m.) i Eyjafjallajökull (który spowodował ogromne zamieszanie w międzynarodowym ruchu lotniczym w kwietniu 2010 r.). Poza tym znajdziemy tu również gejzery, gorące źródła, lodowce, wodospady i fiordy. Nie należy też zapominać o tym, że ze względu na bliskość koła podbiegunowego północnego latem na Islandii słońce świeci prawie 24 godziny na dobę, a zimą występują noce polarne, podczas których na niebie pojawiają się przepiękne zorze.>>

Ísland, czyli po islandzku „Kraina Lodu”, leży w północnej części Oceanu Atlantyckiego, na południe od koła podbiegunowego północnego oraz ok. 290 km na wschód od Grenlandii i 750 km na północny zachód od Szkocji. Na jej terytorium składa się głównie wyspa Islandia, a także kilka mniejszych wysepek, w tym archipelag Vestmannaeyjar. Funkcję stolicy pełni Reykjavík, a największymi spośród pozostałych trzydziestu miast są Kópavogur, Hafnarfjörður, Akureyri, Reykjanesbær i Garðabær. Jedynie w tych sześciu ośrodkach miejskich liczba ludności przekracza 10 tys. Jednak to nie one stanowią o niezwykłej atrakcyjności tego kraju, lecz jego nieskazitelna i różnorodna przyroda.

Więcej…

Na koniu przez świat

Jerez   Feria 04

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Jest coś niezmiernie pociągającego w widoku jeźdźca, który na swoim koniu zmierza ku linii horyzontu. Wokół niego rozpościera się pusta przestrzeń, może gdzieś w oddali majaczy las lub brzeg morza, ale tak naprawdę w tej chwili istnieje tylko on, jego wierzchowiec i otaczająca ich przyroda. Ten obraz ma chyba w sobie taką siłę, ponieważ w istocie przedstawia wyjątkowy moment, gdy człowiek i zwierzę działają razem. Ci, którzy jeżdżą konno, zapewne uwielbiają to uczucie pełnej jedności. Odnosi się wówczas wrażenie, że koń rozumie nas niemal tak, jakby mówił naszym językiem. Kto jeszcze tego nie doświadczył, musi koniecznie spróbować.

Więcej…

Japonia dla początkujących

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

U wschodnich wybrzeży Azji, na Wyspach Japońskich i kilku mniejszych archipelagach leży kraj dość osobliwy z punktu widzenia Europejczyków. Z jednej strony jest zupełnie wyjątkowy pod względem kultury, z drugiej chętnie czerpie ze zwyczajów popularnych w Stanach Zjednoczonych, położonych po drugiej stronie Oceanu Spokojnego. W Japonii niesamowicie wyraźnie daje się odczuć, że nasz świat to miejsce różnorodne, mozaika rozmaitych rzeczywistości współistniejących ze sobą i wchodzących w zaskakujące relacje.

 

Przed wyjazdem w te strony warto zdać sobie sprawę z kilku rzeczy. Taka wiedza z pewnością ułatwi pierwszy kontakt z tym krajem. Cztery główne wyspy archipelagu – Hokkaido, Honsiu, Kiusiu i Sikoku – układają się w kształt ćwierćokręgu rozciągniętego południkowo, co sprawia, że klimat jest tu zróżnicowany. Ze względu na położenie na styku płyt tektonicznych w Japonii występują częste trzęsienia ziemi, jednak na ogół nie są zbyt silne i bywają nawet nieodczuwalne. Oprócz tego obserwuje się też dużą aktywność wulkaniczną. To azjatyckie państwo ma prawie 378 tys. km2 powierzchni, czyli nieco więcej niż np. Niemcy, ale jego obszar zamieszkuje aż ponad 127 mln ludzi (dla porównania w Polsce żyje ich niemal 38,5 mln). Tę wyjątkową gęstość zaludnienia (ok. 336 osób/km²) najbardziej odczuwa się w większych miastach. Poza tym dobrze pamiętać, że obowiązuje tutaj ruch lewostronny.

 

Na podróż do Japonii zdecydowaliśmy się, ponieważ nigdy nie byliśmy jeszcze w tej części Azji i tak odległa wyprawa wydała nam się niezmiernie ekscytująca. Na wybór tego właśnie miejsca wpłynął również fakt, że nasz kolega właśnie kończył swój doktorat na tutejszej uczelni i jako osobom nieznającym japońskiego mógł służyć nam pomocą. Na dodatek od 2015 r. Polskie Linie Lotnicze LOT obsługują bezpośrednie połączenie między warszawskim Lotniskiem Chopina a Międzynarodowym Portem Lotniczym Narita koło Tokio. Za bilety trzeba co prawda zazwyczaj zapłacić więcej niż w przypadku lotu z przesiadką w Katarze (liniami Qatar Airways) lub Dubaju (Emirates), jednak ze względu na komfort podróży (nie musimy czekać na następny samolot ani martwić się, czy nasz bagaż dotrze do celu) i jej czas (ok. 11 godzin zamiast nawet ponad 20) warto ponieść ten koszt.

 

Plantacje herbaty położone w pobliżu nadal czynnego wulkanu Fudżi

Tea Plantation and Mt

© JNTO

 

SKOK NA GŁĘBOKĄ WODĘ

 

Na początek chciałabym wspomnieć, czego obawialiśmy się przed wyjazdem. Problemem dla nas była głównie bariera językowa. Jak się później okazało, martwiliśmy się niepotrzebnie. Na lotnisku i większych stacjach kolejowych z obsługą komunikowaliśmy się po angielsku. Zakup biletów nie stanowił więc wielkiego wyzwania. W Tokio korzystaliśmy za to z wszechobecnych automatów biletowych opatrzonych także napisami w języku angielskim. Trochę inaczej sytuacja wyglądała w sklepach. Ekspedienci w Japonii podczas odbierania towaru przy kasie, oprócz używania standardowych zwrotów grzecznościowych, informują klienta o wszystkich wykonywanych czynnościach: o sczytywaniu kolejnych produktów, wartości przyjętej gotówki, nominałach przy wydawanej reszcie. Oczywiście, wszystkie kwestie wypowiadają po japońsku. Tak naprawdę przez cały proces można przejść bezboleśnie bez użycia żadnego słowa, na koniec wystarczy się lekko pokłonić i uśmiechnąć. Czasem jednak dochodzi do interakcji. Przy kupowaniu alkoholu w samoobsługowym sklepie niekiedy trzeba potwierdzić, że ma się przynajmniej 20 lat, np. wciskając odpowiedni przycisk na ekranie. Do gotowych dań do odgrzania w domu pracownik przy kasie proponuje pałeczki. Z naszych doświadczeń wynika, że ostatecznie zawsze udaje się porozumieć. Japończycy wykazują po prostu dużą determinację, żeby sprawę zakończyć pomyślnie. W większych restauracjach i lokalach często goszczących turystów złożymy natomiast zamówienie po angielsku. W mniejszych barach z kolei zwykle przy wejściu umieszczone są automaty do zamawiania jedzenia i wystawy prezentujące przykładowe dania wykonane z… tworzywa sztucznego. Oczywiście, jeśli chcemy porozmawiać z Japończykami, musimy znaleźć wspólny język.

 

Pewnym kłopotem dla Europejczyków bywa orientowanie się w układzie urbanistycznym. Japoński system adresowy jest z naszego punktu widzenia dość trudny do opanowania. Wystarczy wspomnieć, że większość ulic w Japonii nie ma nazw. Tutaj największą pomocą była dla nas po prostu nawigacja w telefonie, która ustalała nasze położenie i pokazywała nam drogę do punktu docelowego. Dlatego polecamy na czas podróży zaopatrzyć się w pakiet internetowy. Odpowiadającą nam kartę do telefonu można kupić na miejscu. Ceny w ofertach roamingowych europejskich operatorów bywają zazwyczaj wysokie. Do atrakcji turystycznych prowadzą zwykle dość czytelne oznaczenia. Z pewną satysfakcją mogę też przyznać, że ani razu się nie zgubiliśmy i zawsze udawało nam się dotrzeć do celu, nawet mimo drobnych trudności.

 

METROPOLIA PO JAPOŃSKU

 

Lubię zwiedzać duże miasta. Jest w nich coś wyjątkowo przyciągającego, ponieważ swoim układem, architekturą, rodzajem sieci komunikacyjnej oddają charakter żyjącej w nich społeczności. Dlatego wielką przyjemność podczas pobytu w Japonii sprawiały mi spacery po Tokio, położonym na wyspie Honsiu, której powierzchnia wynosi niemal 228 tys. km². W stolicy kraju wraz z jej obszarem metropolitalnym mieszka ponad 13,6 mln ludzi (w uproszczeniu można powiedzieć, że na Tokio składają się 23 okręgi administracyjne tworzące Tōkyō-to oraz miasta i miejscowości na zachód od niego). To sprawia, że w jej krajobrazie dominuje głównie gęsta zabudowa poprzecinana ciągami komunikacyjnymi. Mamy tu osiedla z blokami, niskie domki ustawione jeden obok drugiego, wysokie błyszczące wieżowce z biurami i apartamentami, a obok nich małe i większe świątynie, sklepy spożywcze, domy towarowe i punkty czy wręcz całe kompleksy z automatami do gier.

 

Aby uświadomić sobie wielkość tego miasta (ok. 2190 km² powierzchni), należy wybrać się na jeden z punktów widokowych. Za najpopularniejsze uchodzą Tokyo Skytree (najwyższa wieża na świecie – 634 m) i Tokyo Tower (333 m). Wejście na nie jest płatne i w przypadku tego pierwszego obiektu dość kosztowne, bo zwykły bilet dla osoby dorosłej na niższą galerię (350 m) kosztuje 2060 jenów (za wjazd na wyższą galerię na 450 m trzeba zapłacić dodatkowo 1030 jenów). Jeśli ktoś nie uważa się za amatora takich atrakcji i postanowił przeznaczyć swój budżet wyjazdowy na inne cele, może wybrać się na darmowy taras widokowy np. w budynku tokijskich władz w dzielnicy Shinjuku (Tokyo Metropolitan Government Building) lub gmachu Bunkyo Civic Center w Bunkyō. Polecam szczególnie podziwianie panoramy Tokio po zmroku – robi niesamowite wrażenie.

 

Zwiedzanie stolicy Japonii zdecydowanie trzeba sobie zaplanować tak w dzień, jak i w nocy. Po zapadnięciu zmierzchu polecam udać się w okolice sztucznej wyspy Odaiba, aby zobaczyć podświetlony Tęczowy Most (Rainbow Bridge). W pobliżu Parku Shiokaze stoi nawet mała amerykańska Statua Wolności. W tej okolicy warto wsiąść do jednego z pociągów kursujących na trasie Tokyo Monorail, kolei jednoszynowej, której pojazdy poruszają się na pewnej wysokości nad ziemią. Po drodze mija się m.in. szklane ściany wieżowców, a między nimi da się nawet dostrzec oświetloną sylwetkę Tokyo Tower. Gdy patrzy się na rozpościerające się z okna wagonu widoki, trudno nie odnieść wrażenia, że trafiło się do miasta przyszłości.

 

Do największych turystycznych atrakcji Tokio należą niewątpliwie Pałac Cesarski, szintoistyczna świątynia Meiji, buddyjski kompleks Sensō-ji czy rozległy park Shinjuku Gyoen. Obcokrajowcy chętnie wybierają się także na niemal zawsze zatłoczone skrzyżowanie koło stacji Shibuya, aby obserwować tłum pieszych wkraczających na nie jednocześnie ze wszystkich stron, gdy zapala się zielone światło. Na skwerze przy jednym z wejść na wspomnianą wyjątkowo ruchliwą stację postawiono pomnik psa Hachikō (popularnej w Japonii rasy akita), który czekał tu codziennie na swojego właściciela, profesora uniwersyteckiego, wracającego do domu. Pewnego dnia jego pan dostał w pracy udaru mózgu i zmarł. Nie pojawił się jak zwykle na stacji, ale Hachikō przez kolejnych ponad 9 lat wciąż przychodził o tej samej porze i go wypatrywał. Wykonany z brązu pomnik jest dziś popularnym miejscem spotkań Japończyków.

 

Na zainteresowanie zasługują też z pewnością dzielnica Akihabara i luksusowy region Ginza w dzielnicy Chūō. W niedzielę ich główne arterie zostają zamknięte dla ruchu samochodowego i udostępnione pieszym (w Ginzie również w sobotę). Akihabara, obecnie w znacznym stopniu nastawiona na turystów, przyciąga głównie amatorów anime (japońskich filmów animowanych), sprzętu elektronicznego i gier komputerowych. Spotkać w niej można dziewczyny poprzebierane za bohaterki animowanych seriali. Funkcjonują tu także maid cafés, czyli kawiarnie, w których gości obsługują kelnerki w strojach pokojówek. W Ginzie dla odmiany działa wiele butików znanych światowych marek modowych takich jak Chanel, Dior, Carolina Herrera, Gucci, Louis Vuitton czy Furla. W tej okolicy znajdują się też luksusowe domy towarowe Wako i Mitsukoshi. Na zakupy przychodzą tutaj eleganckie Japonki.

 

Swoistą atrakcję turystyczną Tokio stanowi metro. Na peronach oznaczone są punkty, w których otwierają się drzwi do wagonu (pociąg zawsze ustawia się zgodnie z tym układem), a przed nimi często znajdziemy wytyczone linie dla oczekujących osób formujących kolejkę do wejścia. Podczas jazdy Japończycy zwykle drzemią lub wpatrują się w ekran swojego smartfona. Bardzo nietaktownym zachowaniem jest rozmawianie przez telefon w pociągu czy prowadzenie głośnej dyskusji ze znajomymi. Należy jednak pamiętać, że w godzinach porannego i popołudniowego szczytu wagony i stacje bywają wypełnione po brzegi.

 

Wiszący Tęczowy Most nad północną częścią Zatoki Tokijskiej

Rainbow bridge

© YASUFUMI NISHI/JNTO

 

WIDOK NA SZCZYT

 

Za jeden z najważniejszych symboli Japonii za granicą uchodzi góra Fudżi (3776 m n.p.m.). Niestety, jej szczyt często kryje się za chmurami. Najlepszym okresem do podziwiania tego czynnego stratowulkanu np. z Tokio są miesiące zimowe, kiedy powietrze bywa zwykle najbardziej przejrzyste. Zazwyczaj góra Fudżi jest najwyraźniej widoczna w godzinach porannych. Zobaczymy ją m.in. z tarasów widokowych Tokyo Skytree i Bunkyo Civic Center.

 

Słynny japoński szczyt górski udaje się dostrzec również z wypoczynkowej miejscowości Hakone, położonej na południowy zachód od stolicy (ponad 80 km). W tym rejonie specjalnie z myślą o turystach przygotowano Hakone Freepass – karnet uprawniający do przejazdu kolejką górską, kolejką linowo-terenową i gondolową, rejsu statkiem po malowniczym jeziorze Ashi oraz poruszania się niektórymi autobusami kursującymi do stacji kolejowej. Z przystani w Hakone-machi przez zrekonstruowany punkt kontrolny z okresu Edo (1603–1868) można przejść na półwysep z punktem widokowym, a potem dotrzeć do Alei Cedrowej. Stąd najlepiej udać się jeszcze do chramu Hakone (Hakone Jinja), którego jedna z bram (torii) wznosi się w wodach jeziora. W niedalekim 200-tysięcznym mieście Odawara na uwagę zasługuje otoczony parkiem zamek obronny.

 

Z Hakone nie zawsze udaje się jednak dostrzec Fudżi. Jeśli ktoś postawił sobie właśnie taki cel podróży po Japonii, polecam wybrać się nad jedno z pięciu jezior znajdujących się w pobliżu wulkanu, np. Yamanaka, Kawaguchi lub Motosu. Na sam szczyt można wejść kilkoma szlakami, a sezon wspinaczkowy wypada w lipcu i sierpniu. Zarówno Japończycy, jak i obcokrajowcy decydują się często na wędrówkę popołudniową i wieczorną, aby wyprawę zakończyć oglądaniem wschodu słońca. Osoby, które źle znoszą szybkie zmiany wysokości, powinny najpierw zaaklimatyzować się do takich warunków.

 

WYPRAWY PO HONSIU

 

Naszą bazą wypadową podczas pobytu w Japonii było Tokio. Odwiedziliśmy więc nowoczesną Jokohamę, gdzie wybraliśmy się na spacer po porcie i zajrzeliśmy do kolorowej chińskiej dzielnicy (Chinatown). Poza tym pojechaliśmy na niewielką wyspę Enoshima, na której czci się występującą w mitologii japońskiej buddyjską boginię urody, bogactwa i muzyki Benzaiten. W okolicy nad głowami przechodniów latają liczne kanie czarne. W tym rejonie warto zwiedzić także Kamakurę, miasto znane ze swoich świątyń (w tym Kōtoku-in z wielkim brązowym posągiem Buddy Nieograniczonego Światła – Daibutsu), które pełniło funkcję stolicy w okresie Kamakura (szogunatu Kamakura, przypadającego od 1185 do 1333 r.).

 

Nie mogliśmy też odmówić sobie podróży shinkansenem, japońskim superszybkim pociągiem. Jednym z nich pokonaliśmy część drogi do Nikkō, położonego ok. 140 km na północ od Tokio. Ludzie odwiedzają je najczęściej ze względu na trzy cenne kompleksy świątynne, z których najsłynniejszy jest zespół chramów szintoistycznych Tōshō-gū poświęcony Ieyasu Tokugawie (założycielowi dynastii szogunów Tokugawa, żyjącemu w latach 1543–1616). Aż 103 tutejsze obiekty sakralne i ich naturalne otoczenie wpisano w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od stuleci stanowiły dla Japończyków święte miejsce, znane z prawdziwych arcydzieł architektury i sztuki zdobniczej. Na zwiedzanie zabytkowego sanktuarium Tōshō-gū trzeba przeznaczyć kilka godzin. Budowle robią bardzo duże wrażenie na oglądających ze względu na bogate zdobienia. Cały czas można odkrywać tu nowe płaskorzeźby. Przewodniki zwykle wspominają o trzech mądrych małpach umieszczonych nad drzwiami stajni, ale warto z uwagą przyglądać się każdej bramie i ścianie. W najwyższym punkcie Tōshō-gū znajduje się grobowiec Ieyasu Tokugawy. Wspina się do niego po schodach wśród olbrzymich drzew. Ciekawą atrakcję dla turystów stanowi wizyta w Yakushi-dō. Gdy opowiadający o świątyni mnich klaszcze w dłonie, dźwięk rezonuje i zgromadzonym wydaje się, że namalowany na suficie smok ryczy. Od 2007 r. w całym kompleksie prowadzone są prace renowacyjne, które potrwają do 2024 r. Musimy się więc liczyć z tym, że nie wszystkie obiekty bywają udostępnione do zwiedzania, a pewne z nich zasłaniają rusztowania. Niedaleko Nikkō leży poza tym urokliwe jezioro Chūzenji (11,62 km² powierzchni). Wypływająca z niego rzeka Daiya tworzy liczne wodospady, w tym malowniczy 97-metrowy Kegon. W okolicy znajdują się również źródła termalne, dlatego powstały tu onseny – japońskie publiczne kąpieliska z łaźniami i basenami. Cały region słynie z wyjątkowo pięknych krajobrazów. Jesienią Japończycy podziwiają w nim zabarwione na głęboką czerwień liście klonów. To zjawisko cieszy się podobnym zainteresowaniem co wiosenne kwitnienie drzew wiśniowych. W samym Nikkō przez rzekę Daiya przerzucono uroczy czerwony Święty Most (Shinkyō), należący do założonego w 767 r. chramu Futarasan (Futarasan jinja).

 

Także shinkansenem wyruszyliśmy z Tokio do Sendai, a stąd lokalnym pociągiem do miejscowości Matsushima sąsiadującej z archipelagiem o tej samej nazwie. Wznoszą się tutaj zabudowania Zuigan-ji – ważnej japońskiej świątyni zen (nurtu buddyzmu). Należą do niej też liczne jaskinie, w których składano prochy zmarłych. Archipelag Matsushima składa się z ok. 260 małych wysepek porośniętych sosnami. Z pobliskiej przystani odbijają statki zabierające turystów w rejs wokół nich. Na Fukuurę, gdzie znajduje się m.in. mały ogród botaniczny, prowadzi długi czerwony most. Z wybrzeża pieszo dostaniemy się również na niewielką Oshimę. Jeszcze niedawno takich drewnianych mostków było więcej, ale region ten bardzo ucierpiał w wyniku trzęsienia ziemi i tsunami w marcu 2011 r. Archipelag wygląda niezmiernie malowniczo zwłaszcza o zachodzie słońca.

 

Zabytkowe świątynie i sanktuaria w Nikkō

Nikko Toshogu Shrine1 2

© JNTO

 

HISTORIA DAWNIEJSZA I NOWSZA

 

Na Honsiu warto zatrzymać się także w położonej nad zatoką Osace. Stąd można zaplanować np. wycieczki do Kioto, nad Morze Wewnętrzne czy na wyspę Sikoku, a nawet Kiusiu. Tokio zostało niemal całkowicie zniszczone pod koniec II wojny światowej. Nocny nalot dywanowy z 9 na 10 marca 1945 r. wywołał wielki pożar. Dlatego zabudowa japońskiej metropolii jest dosyć nowa. Tego losu uniknęło Kioto. W tej dawnej stolicy Japonii i siedzibie cesarzy (od 794 do 1868 r.) spotkamy się z ogromnym zagęszczeniem zabytków. Jej zabytkowy zespół urbanistyczno-architektoniczny z wieloma pięknymi świątyniami, z Kinkaku-ji i Ryōan-ji na czele, wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Zarówno pierwsza, czyli Świątynia Złotego Pawilonu stojąca nad stawem w parku, jak i druga, z charakterystycznym kamiennym ogrodem do medytacji, przynależą do nurtu buddyzmu zen. Do najbardziej znanych miejsc w Kioto zaliczyć wypada na pewno sanktuarium zwane Fushimi Inari Taisha, do którego prowadzi 4-kilometrowa droga wyznaczona przez tysiące torii. Ponieważ trasa wiedzie w większości pod górę, trzeba założyć wygodne buty i wziąć ze sobą butelkę wody. Kompleks poświęcono japońskiemu bóstwu płodności, ryżu, herbaty, sake, rolnictwa, przemysłu, powodzenia i sukcesu Inari, przedstawianemu w różnych postaciach. Jego posłańcami są dobre białe lisy.

 

W mieście Himeji, leżącym ok. 120 km na południowy zachód od Kioto, warto natomiast zobaczyć piękną budowlę nazywaną Zamkiem Białej Czapli (Shirasagi-jō). To przykład japońskiej architektury obronnej. Jednak zabudowania zamkowe na Europejczykach robią wrażenie finezyjnych i delikatnych. Na zachodnim krańcu Honsiu, na wyspie Itsukushima (Miyajima) znajduje się z kolei Itsukushima Jinja. Imponująca brama tego szintoistycznego chramu stoi w wodach Morza Wewnętrznego. W czasie odpływu można podejść do niej po odkrytym piaszczystym dnie.

 

Osoby, które lubią zwiedzać mniej typowe miejsca, powinny wybrać się do Hiroszimy. To na to miasto 6 sierpnia 1945 r. Stany Zjednoczone zrzuciły bombę atomową. Hiroszimę odbudowano, a o samym wydarzeniu i ofiarach ataku przypomina kompleks parkowy z zachowanymi ruinami dawnego centrum wystawowego, obecnie zwanego Kopułą Bomby Atomowej. W pobliżu działa również Muzeum Pokoju, które utworzono w sierpniu 1955 r. Oprócz tego w mieście funkcjonuje warta uwagi sieć tramwajowa. Po szynach jeżdżą tu m.in. pojazdy produkowane w poprzednim stuleciu w Japonii, a nawet Europie. Tramwaje o numerach 651 i 652 jako jedyne przetrwały wybuch bomby atomowej i wciąż pozostają w użyciu.

 

Tak naprawdę nie ma idealnej instrukcji podróżowania. Każdy musi znaleźć swój sposób na zwiedzanie. Podczas wizyty w tak odmiennym od naszego kraju jak Japonia warto jednak paradoksalnie odstawić na bok wszystkie rzeczy, które o nim przeczytaliśmy bądź usłyszeliśmy. Choć nie da się z pewnością zapomnieć opinii i wrażeń innych ludzi, spróbujmy nie odtwarzać ich doświadczeń, a przeżyć własne. Na każde miejsce spójrzmy ze swojej perspektywy. Prawdopodobnie wtedy dużo łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, że Japonia może być tym wszystkim, czym jest w oczach innych, a nawet czymś jeszcze odmiennym. Każdy punkt widzenia tworzy kolejny jej obraz. Ja tak właśnie zapamiętałam ten kraj i w taki sam sposób chcę go poznawać znowu, gdy zawitam do niego po raz kolejny.

 

Ponad 16-metrowa brama Itsukushima Jinja w portowym mieście Hatsukaichi

l 180895

© HIROSHIMA PREFECTURE/JNTO