ALICJA ŁUKOWSKA


<< „Rozsuwało się zamek namiotu albo otwierało drzwi jurty i zaraz za progiem zaczynało się coś w rodzaju nieskończoności” – opowiada o podróży po Mongolii Andrzej Stasiuk w eseju „Poziomo” wydanym na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 2011 r. W jego kontynuacji pt. „Na zachód” pisał, że mongolski step to „przestrzeń, która nie stawia oporu”. Właśnie aby zobaczyć te rozległe, puste i niekończące się obszary, jedzie się do tego kraju. Przebywanie na ogromnym, nieograniczanym przez nic terenie, oddychanie pełną piersią wonnym stepowym powietrzem i wpatrywanie się w daleki, niezasłonięty żadnymi przeszkodami horyzont to niezwykłe doświadczenia dla mieszkańców gęsto zaludnionej, zabudowanej i obsadzonej drzewami Europy. >>

Już przed południem zajęliśmy miejsca w mikrobusie do Karakorum. Teraz zbliża się godz. 19.00, a my nadal nie ruszyliśmy i, jak wszyscy wokół, łuskamy słonecznik. Na dworcu autobusowym w Ułan Bator nie ma rozkładów jazdy. Kierowcy wyjeżdżają w trasę dopiero wtedy, gdy ich pojazdy maksymalnie zapełnią się ludźmi i towarami.
W naszym ssangyongu siedzi, zdawałoby się, komplet pasażerów. Bagażu jest więcej niż auto zdoła udźwignąć, ale ciągle czekamy. Podczas gdy my plujemy łupinami słonecznika z coraz większą złością, na twarzach naszych współpasażerów rysuje się niczym niezmącony spokój: przecież kiedyś ruszymy. Zaczyna się już ściemniać, kiedy do środka cudem wciska się jeszcze tęga Mongołka z czterema wielkimi worami cukru. Wreszcie mikrobus naprawdę się zapełnił. Kierowca odpala silnik i możemy jechać w bezkres mongolskich stepów.

 

POTOMKOWIE CZYNGIS-CHANA
Nad ranem, po nocy spędzonej w drodze, zakurzeni i wytrzęsieni budzimy się w Karakorum, orzeźwieni chłodem docierającym z doliny rzeki Orchon. Jesteśmy 350 km na zachód od Ułan Bator, pośrodku azjatyckiego Wielkiego Stepu, który przez wieki był areną rywalizacji ludów nomadzkich. Na tych ogromnych pustych przestrzeniach, ciągnących się od ujścia Dunaju na zachodzie po nasadę Półwyspu Koreańskiego na wschodzie, pierwszą poważną organizację państwową stworzyli w III w. p.n.e. Hunowie. Słynny Wielki Mur Chińczycy budowali m.in. z obawy przed ich najazdami. Po upadku budzących postrach wojowników ich miejsce w Azji zajęły następne koczownicze plemiona tureckie, które tworzyły kolejne kaganaty (dawna forma monarchii na Wschodzie).
    Jednak w świadomości historycznej Mongołów za najważniejsze uchodzi założone na początku XIII w. państwo Czyngis-chana (ok. 1155/1162–1227) – najpotężniejsze imperium, jakie powstało na tych otwartych przestrzeniach wewnątrz kontynentu euroazjatyckiego. Jego twórca zdołał zjednoczyć rozbite i skłócone plemiona mongolskie, podbić olbrzymie terytorium i zorganizować na nim sprawną administrację. Na jednym ze wzgórz otaczających Karakorum stoi swojego rodzaju pomnik przedstawiający mapę maksymalnego zasięgu tego mocarstwa: od wschodu obejmuje Chiny, dalej serce Wielkiego Stepu, tereny Azji Środkowej i dzisiejszego Iranu oraz podbite księstwa ruskie na zachodzie. Historia Temudżyna – bo tak brzmiało pierwotne imię osławionego przywódcy – nadal pozostaje zagadką. Rosyjski historyk Lew Gumilow (1912–1992) w książce Śladami cywilizacji Wielkiego Stepu pyta retorycznie: Jak mogło dojść do tego, że biedny sierota, pozbawiony poparcia nawet własnego plemienia, które go ograbiło i porzuciło, stał się wodzem potężnej armii, chanem narodów i pogromcą wszystkich sąsiednich władców, choć byli oni silniejsi?.
    Do dzisiaj Czyngis-chan jest najważniejszym bohaterem narodowym Mongolii, a obywatele tego kraju z dumą przedstawiają się jako jego potomkowie. Nawiasem mówiąc, stał się on tutaj najlepszą marką, więc wyborowe gatunki wódki nazywają się Chinggis, a jeden z popularnych pubów w Ułan Bator – GrandKhaan Irish Pub.
    Największy z Mongołów postanowił wznieść swój pałac w dolinie rzeki Orchon – w regionie, w którym przed wiekami stolicę swojego imperium ulokowali Hunowie. Budowę słynnego Karakorum ukończył w 1236 r. jego syn Ugedej (ok. 1186–1241). Kosmopolityczne miasto znane było ze szczególnej tolerancji religijnej: znajdowały się w nim meczety, kościół chrześcijański, świątynia buddyjska i otaczały go święte miejsca wyznawców szamanizmu. Nawet na przybyszach z dalekich krain duże wrażenie robił pałac chana, a szczególnie niezwykła fontanna w kształcie drzewa. Z jego pnia wychodziły głowy czterech węży, z których pysków lały się wino, kobyle mleko, miód pitny i piwo ryżowe. Podczas największych uroczystości goście stolicy mogli ponoć czerpać trunki do woli. Opisy Karakorum przywieźli do Europy nieliczni wysłannicy, do których należał Benedykt Polak (ok. 1200–1252) – polski franciszkanin, członek papieskiej misji dyplomatycznej w pierwszej połowie XIII w.

FOT. STEP’IN DMC/FRÉDÉRIC ROMAN-HAUDUROY

Złota Stupa w klasztorze Erdene Dzuu


    Wiatr historii sprawił, że do lat współczesnych nie zachowały się nawet ruiny dawnego mongolskiego ośrodka. Po przybyciu w jego rejon możemy obejrzeć kamiennego żółwia – jednego z czterech mających za zadanie chronić miasto – oraz zobaczyć niewielkie, ale ciekawe muzeum prezentujące eksponaty archeologiczne pochodzące z niegdysiejszej stolicy potężnego imperium. Jednak dzisiaj główną atrakcję dla turystów stanowi imponujący buddyjski klasztor Erdene Dzuu, zbudowany w 1585 r. na gruzach zburzonego Karakorum.
    Chociaż monaster był pierwszym centrum lamaizmu (buddyzmu tybetańskiego) w Mongolii, nie zdołał przetrwać trudnego okresu historycznych burz, jakie przetoczyły się przez kraj na początku XX stulecia. Po krótkim czasie niepodległości, nawrocie chińskiej okupacji i rajdzie rosyjskich białogwardzistów pod wodzą Romana von Ungern-Sternberga (1886–1921), nazywanego Krwawym Baronem, który ogłosił się reinkarnacją Czyngis-chana, w 1921 r. władzę w państwie zdobyli rewolucjoniści wspierani przez Armię Czerwoną. 3 lata po ich zwycięstwie utworzono Mongolską Republikę Ludową – satelitę ZSRR – i przeprowadzono szereg reform. W okresie komunistycznego terroru likwidowano świątynie i klasztory oraz mordowano mnichów. Erdene Dzuu – najważniejszy monaster kraju – również został zamknięty, a monotonny dźwięk mantr powrócił w jego mury dopiero po zmianie systemu w 1990 r. Obecnie religia z powrotem stała się ważnym elementem życia Mongołów. Do odbudowywanych centrów sakralnych chętnie garną się wierni, a szkoły przyklasztorne pełne są młodych adeptów lamaizmu.

 

W SZEROKIM STEPIE
Z Karakorum wybieramy się w dalszą podróż. Tym razem korzystamy ze złapanego na stopa ziła cysterny. Przemierzamy połacie pofalowanych stepów, poruszając się po jednej z dróg, jakich tysiące wyjeżdżono w trawie. Ruch na naszej trasie jest znikomy. Prawie w ogóle nie widać ludzi. Jedyne oznaki ich obecności to rozsiane gdzieniegdzie białe plamki jurt i stada rozmaitego bydła. Nie ma się czemu dziwić. Współczesna Mongolia zajmuje terytorium pięciokrotnie większe od Polski (powyżej 1,5 mln km²), a żyje tu ok. 3 mln osób. Gęstość zaludnienia nie przekracza zatem 2 osób/km2, co czyni ją najniższą na świecie (wśród niepodległych państw).

FOT. WANDA BOGACKA-PLUCINSKI

Mongolskie dzieci z Wielkiego Stepu


    Ponad połowę kraju pokrywa strefa stepów. Natomiast na południu rozciągają się suche obszary pustyni Gobi, gdzie koczują hodowcy wielbłądów. Tylko w północnych regionach piętrzą się wysokie, porośnięte tajgą góry, wśród których spotkamy m.in. plemiona trudniące się wypasem reniferów. Większość powierzchni Mongolii stanowią rozległe, puste, niekończące się przestrzenie. Po wyjeździe z Ułan Bator szybko zapominamy o asfalcie, betonie i wielopiętrowych budynkach. Otacza nas jedynie dzika przyroda.
    Myli się jednak ten, kto myśli, że podróż przez tę krainę musi być nudna. Człowiek nie bombardowany nieustannie przez mnóstwo bodźców stopniowo zaczyna zwracać uwagę na rozmaite szczegóły – na to, że w każdej dolinie step jest trochę inny, że zmieniają się zapachy stepowych ziół, że na horyzoncie pojawiają się jakieś góry... Po pewnym czasie wędrowiec z niecierpliwością oczekuje pokonania kolejnej przełęczy i zobaczenia widoków, jakie się za nią ukażą. Trzeba jeszcze dodać, iż mongolska ziemia kryje wiele prawdziwych cudów natury: formacji skalnych, wulkanów, wąwozów czy jezior. Wszystkie z nich są tak wspaniałe, że gdyby tylko znajdowały się w gęściej zaludnionych częściach świata, już dawno stałyby się tłumnie odwiedzanymi atrakcjami turystycznymi.
    My tymczasem jedziemy w kabinie złapanego na stopa ziła. Pod niebem kołują drapieżne ptaki, a tuż ponad roślinnością przemykają ich drobniejsi krewniacy. Między tysiącami norek buszują susły i myszy. Przez otwarte okna wpada ciepły wiatr, a wrażenie pełnej harmonii mijanego krajobrazu dopełniają śpiewane przez Ganrę, naszego kierowcę, mongolskie pieśni – melodyjne, o kojącym brzmieniu. Przypominają nam się Sonety krymskie Adama Mickiewicza (1798–1855): Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, / Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi.
    Przy trasie nie stoją żadne znaki czy drogowskazy. Nasze oczy nie wychwytują żadnych punktów, które pozwoliłyby zorientować się w terenie. Mongołowie mają świetne poczucie tych bezkresnych przestrzeni. Zauważają niedostrzegalne dla nas subtelne załamania falistej linii horyzontu, rozpoznają majaczące w dali kształty gór, pamiętają przebieg suchych strumieni i rzek. Dzięki temu zawsze wiedzą, w którym kierunku powinni zmierzać, i bez wahania wybierają właściwy szlak na każdym z wielu rozjazdów.
    
NA HERBACIE W JURCIE
W pewnym momencie Ganra zjeżdża z drogi i, nie zwalniając, pędzi przez trawiastą równinę w stronę jednego z koczowniczych obozowisk. Jedziemy odwiedzić mojego kuzyna – wyjaśnia nasz kierowca łamanym rosyjskim. Jurty, do których się zbliżamy, stoją pośrodku niczego, ale to tylko nasze wrażenie. W świadomości miejscowych na stepie istnieją niewidzialne granice. Każda rodzina ma swoje pastwiska i co roku porusza się ze stadami między tymi samymi stanowiskami. Młode pary, które wyprowadzają się od rodziców, same znajdują nowe miejsca dla siebie – wszak wolnych terenów w Mongolii nie brakuje. Kiedy wysiadamy z ciężarówki, gospodarze witają nas ze szczerą życzliwością.
    Ceren, kuzyn Ganry, żyje tu z żoną i czwórką dzieci oraz pokaźnymi stadami kóz, owiec i krów. O liczbę zwierząt w tym kraju nie wypada pytać, tak jak w Europie o stan konta, ale na oko widać, że wartość inwentarza pozwoliłaby na zakup kilku niezłych samochodów. Rodzina mieszka w przenośnej jurcie – po mongolsku ger. Tak funkcjonuje połowa tutejszego społeczeństwa, która prowadzi koczowniczy lub półkoczowniczy tryb życia, przemieszczając się ze swoimi stadami pośród ogromnych przestrzeni. Samowystarczalni i zależni prawie wyłącznie od sił przyrody Mongołowie pod wieloma względami przypominają swoich przodków sprzed stuleci. Pozostali obywatele Mongolii to ludność miast i miasteczek. Ponad 1,3 mln z nich osiedliło się w Ułan Bator (po polsku „Czerwony Bohater”), przedziwnej stolicy kraju nomadów.

FOT. STEP’IN DMC/FRÉDÉRIC ROMAN-HAUDUROY

Mongołka przygotowująca codzienny posiłek w swojej jurcie


    Okrągła konstrukcja jurty opiera się na wykonanym z elastycznych osikowych tyczek stelażu, który pokrywa się płatami wojłoku i obwiązuje rzemieniami. Taki dom jest więc lekki, odporny nawet na silne wiatry, zimą chroni przed siarczystym mrozem, a latem zapewnia przyjemny chłód. Poza tym z postawieniem geru dwóch wprawionych mężczyzn radzi sobie w ciągu godziny. Rozłożony na elementy namiot bez trudu można transportować – to idealne mieszkanie dla koczowników Wielkiego Stepu.
    Ceren zaprasza nas do środka. Kłaniając się w pas, wchodzimy przez niziutkie drzwi usytuowane od południa i zajmujemy przeznaczone dla gości stołki ustawione naprzeciwko. Z prawej strony jurty umieszczono łóżko dla kobiet i kufry z odzieżą. Lewa część należy do mężczyzn. Obok naszych miejsc stoi komódka z buddyjskim ołtarzykiem, a tuż przy wejściu, po prawej zaaranżowana jest malutka kuchnia z umywalką, półkami na naczynia i garnki itp. Wszystkie meble oraz widoczne elementy stelażu geru pomalowane są na intensywny pomarańczowy kolor i ozdobione barwnymi wzorami. Na środku pomieszczenia znajduje się najważniejszy punkt domu – palenisko z metalowym piecykiem, którego komin wyprowadzono na zewnątrz przez specjalny otwór w dachu (tędy trafia też do wnętrza światło słoneczne).
    Gospodarze częstują nas gorącą mongolską herbatą sutej caj, zaparzaną w mleku i podawaną z solą oraz baranim tłuszczem. Napój ten smakuje niepowszednio. W nos ciągle drapie nas ostry zapach fermentującej laktozy. Obok mięsa mleko stanowi podstawę wyżywienia mongolskich koczowników. Latem, kiedy po opadach deszczu stepy się zielenią, a kozy, owce, krowy i kobyły mają dosyć pokarmu, każda jurta staje się miniaturową rodzinną mleczarnią, w której produkuje się rozmaite rodzaje przetworów nabiałowych – do spożycia na bieżąco oraz do przechowywania (po wysuszeniu na słońcu) przez długie zimowe miesiące. Do naszych rąk trafiają półmiski z kobylim serem, suszonym owczym jogurtem, sucharki smażone na domowym maśle, a do popicia – orzeźwiający kumys (w Mongolii nazywany ajrag), czyli lekko sfermentowany, gazowany kobyli kefir. Gospodyni podaje jeszcze wyśmienity deser – smażone kożuchy z krowiego mleka z dodatkiem cukru pudru.
    Wkrótce Ceren sięga po plastikową bańkę, z której do oprawionej w miedź drewnianej czarki wlewa archi – domowy bimber, pędzony na mleku. Według mongolskiej tradycji alkohol pije się ze wspólnego naczynia. Najpierw dostaje je najstarsza osoba w towarzystwie, a potem miseczka krąży wśród gości zgodnie z ruchem słońca. Co ważne, nikt nie opróżnia jej do dna (to spowodowałoby nieurodzaj), lecz gdy trunku zaczyna ubywać, gospodarz znów dolewa do pełna.

 

TRADYCJA I NOWOCZESNOŚĆ
Po krótkiej wizycie i tradycyjnym poczęstunku ruszamy w dalszą drogę. Przed naszymi oczami ciągle przesuwają się trawiaste obszary i rozsiane wśród nich białe jurty. Czasami z oddali widać kształty kolorowych łazików, bo do świata mongolskich koczowników przenikają elementy współczesnej techniki. Prawie każda rodzina na stepie ma teraz samochód lub co najmniej motocykl, a do rzadkości nie należą baterie słoneczne oraz telewizory i odtwarzacze DVD zajmujące honorowe miejsce w namiocie.
    Mimo tych zmian życie na odludziu wymaga tej samej wiedzy i umiejętności, co przed setkami lat. W niewielkim stopniu ewoluowały sposoby odżywiania oraz technologia przetwarzania mleka i mięsa. Podstawowym opałem są nadal suszone krowie odchody, a tradycyjny strój deel (rodzaj długiego płaszcza, stosunkowo luźnego, przewiązywanego szerokim pasem) w dalszym ciągu cieszy się dużą popularnością ze względu na swoją praktyczność. Tak samo jak dawniej należy orientować się, gdzie w danej porze roku znajdują się najlepsze pastwiska, a najważniejszą umiejętnością, zdobywaną już w dzieciństwie, pozostaje jazda wierzchem na końskim grzbiecie.
    Mieszkający na pustkowiach, z dala od ludzkich skupisk, mongolscy nomadzi mają zupełnie inne niż my podejście do życia i patrzą na świat z odmiennej perspektywy. Na stepie czas płynie inaczej, nieustannie zataczając kręgi. Nieczęste spotkanie z obcym człowiekiem to ważne wydarzenie, a wszechogarniająca przestrzeń daje niesamowite poczucie wolności i bliskości z naturą.

 

 

6 największych atrakcji Mongolii

Jezioro Chubsuguł
To największe pod względem pojemności jezioro Mongolii, o powierzchni niemal 25-krotnie większej od polskich Śniardw (2760 km²). Jest wspaniale położone na północy kraju, w pobliżu granicy z Rosją, wśród stepów oraz porośniętych tajgą górskich grzbietów Sajanu Wschodniego (tafla wody leży na wysokości 1645 m n.p.m.). Jego okolice zamieszkują Caatanowie (Tuwińcy), turecki lud zajmujący się hodowlą reniferów.

 

Wulkan Chorgo (Horgo)
W tym niezwykłym rejonie można aktywnie spędzić czas wśród młodego powulkanicznego krajobrazu. Najciekawsze propozycje to kilkugodzinny trekking na szczyt wygasłego wulkanu o wysokości 2240 m n.p.m. oraz pobyt nad jeziorem Terchijn Cagaan nuur (61 km²), powstałym w wyniku przegrodzenia doliny strumieniem lawy.

 

Klasztor Erdene Dzuu
Stanowi jedno z trzech najważniejszych miejsc wyznawców buddyzmu w Mongolii. Klasztor powstał w 1585 r. na gruzach dawnej mongolskiej stolicy Karakorum w malowniczej dolinie rzeki Orchon. Większość jego świątyń została zniszczona przez komunistów, ale obecnie kompleks jest odbudowywany. Obiekt przyciąga zarówno pielgrzymów z całego kraju, jak i przybyszy z dalekich zakątków świata.

 

Bajandzag (Bajanzag)
Te położone na pustyni Gobi formacje skał osadowych rozsławiły prowadzone tu w latach 20. XX w. wykopaliska. Odnaleziono wtedy ponad 100 kompletnych szkieletów dinozaurów i ich jaja! Paleontolodzy zachwyceni widokiem czerwieniejących podczas zachodu słońca skalnych ścian nadali im miano „Płonących Klifów”.

 

Chongoryn els
Potężne wydmy znajdują się na południu kraju, w rejonie Ałtaju Gobijskiego. Najwyższa z nich ma względną wysokość ok. 200 m i po mniej więcej 1,5-godzinnej wspinaczce można podziwiać z jej szczytu wspaniały widok na niekończące się morze piasku, płaskie tereny pustyni Gobi i grzbiety okolicznych gór.

 

Ułan Bator
Stolica Mongołów to niesamowite miasto, które w ostatnich latach niezmiernie dynamicznie się zmienia i rozbudowuje. Powstają ogromne obszary nowych osiedli mieszkaniowych, a w centrum wyrastają nowoczesne wieżowce górujące nad gmachem parlamentu i wznoszącym się przed nim monumentalnym pomnikiem Czyngis-chana. Turystów w Ułan Bator przyciągają m.in. buddyjski klasztor Gandan oraz znakomita ekspozycja Narodowego Muzeum Historii Mongolii.

 

 

Artykuły wybrane losowo

Dominikana mniej znana

MARCIN WESOŁY

 

<< Różnorodność przyrody w Republice Dominikańskiej potrafi człowieka wprawić w osłupienie. W ciągu kilku godzin, w drodze z północnego wschodu na południowy zachód tego kraju możemy na własne oczy przekonać się, jak szybko zmieniają się tutaj krajobrazy. Bujna zieleń środkowej części kraju przechodzi w niekończące się pola ryżowe doliny Cibao albo w plantacje bananów. Na półwyspie Samaná mijamy rozległe gaje palm kokosowych, które osiadły na łagodnie pofałdowanych wzgórzach. Im bliżej granicy z Haiti natomiast, tym tereny bardziej przypominają Meksyk czy Afrykę – ogromne połacie ziemi, czerwonej od boksytu, porastają spłaszczone drzewa akacjowe, wybujałe kaktusy oraz karłowate, typowo preriowe krzewy. W okolicach miast Jarabacoa i Constanza w prowincji La Vega pejzaż jest za to bardziej górzysty, a klimat chłodniejszy. Na Dominikanie nie sposób zatem nie znaleźć swojego miejsca. To raj praktycznie dla każdego. Spróbujmy sami się o tym przekonać. >>

Więcej…

Sen o Kambodży

MAGDALENA BARTCZAK

<< Kambodża, pełna magicznych krajobrazów i ciężko doświadczona przez historię, fascynuje bogactwem swojej kultury. Mimo iż ten niewielki kraj położony w Azji Południowo-Wschodniej od lat stanowi jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc regionu, to nadal kryje w sobie tajemnice i złożoności, które trudno przeniknąć i zrozumieć. >>

Więcej…

Wszystkie twarze Dubaju

Opera została otwarta 31 sierpnia br.Dubai-Opera-page-010
© DUBAI OPERA


KATARZYNA KAŁUŻA-NAWROT

MARCIN LEWANDOWSKI

www.meet-the-bidder.com

Według niektórych Dubaj wystarczy odwiedzić tylko raz w życiu, dlatego gdy zdecydowaliśmy się na ponowną podróż do tego miasta, założyliśmy, że obalimy ten mit. Tym razem nasza wycieczka zapowiadała się spokojniej. Myśleliśmy, że wiemy, czego się spodziewać. Wyszliśmy z samolotu i nie doznaliśmy szoku kulturowego ani termicznego. Rozejrzeliśmy się dookoła z zadowoleniem – poczuliśmy się tu jak w domu. Rozpoznawaliśmy ulice i prawie wszystkie budynki. Część z nich wywoływała jednak w nas konsternację. Nie byliśmy pewni, czy widzieliśmy je już w zeszłym roku. Mieliśmy wrażenie, że wszystkiego wokół jest więcej – zabudowań, ludzi, samochodów, restauracji, sklepów i... życia.

Więcej…