ALICJA ŁUKOWSKA


<< „Rozsuwało się zamek namiotu albo otwierało drzwi jurty i zaraz za progiem zaczynało się coś w rodzaju nieskończoności” – opowiada o podróży po Mongolii Andrzej Stasiuk w eseju „Poziomo” wydanym na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 2011 r. W jego kontynuacji pt. „Na zachód” pisał, że mongolski step to „przestrzeń, która nie stawia oporu”. Właśnie aby zobaczyć te rozległe, puste i niekończące się obszary, jedzie się do tego kraju. Przebywanie na ogromnym, nieograniczanym przez nic terenie, oddychanie pełną piersią wonnym stepowym powietrzem i wpatrywanie się w daleki, niezasłonięty żadnymi przeszkodami horyzont to niezwykłe doświadczenia dla mieszkańców gęsto zaludnionej, zabudowanej i obsadzonej drzewami Europy. >>

Już przed południem zajęliśmy miejsca w mikrobusie do Karakorum. Teraz zbliża się godz. 19.00, a my nadal nie ruszyliśmy i, jak wszyscy wokół, łuskamy słonecznik. Na dworcu autobusowym w Ułan Bator nie ma rozkładów jazdy. Kierowcy wyjeżdżają w trasę dopiero wtedy, gdy ich pojazdy maksymalnie zapełnią się ludźmi i towarami.
W naszym ssangyongu siedzi, zdawałoby się, komplet pasażerów. Bagażu jest więcej niż auto zdoła udźwignąć, ale ciągle czekamy. Podczas gdy my plujemy łupinami słonecznika z coraz większą złością, na twarzach naszych współpasażerów rysuje się niczym niezmącony spokój: przecież kiedyś ruszymy. Zaczyna się już ściemniać, kiedy do środka cudem wciska się jeszcze tęga Mongołka z czterema wielkimi worami cukru. Wreszcie mikrobus naprawdę się zapełnił. Kierowca odpala silnik i możemy jechać w bezkres mongolskich stepów.

 

POTOMKOWIE CZYNGIS-CHANA
Nad ranem, po nocy spędzonej w drodze, zakurzeni i wytrzęsieni budzimy się w Karakorum, orzeźwieni chłodem docierającym z doliny rzeki Orchon. Jesteśmy 350 km na zachód od Ułan Bator, pośrodku azjatyckiego Wielkiego Stepu, który przez wieki był areną rywalizacji ludów nomadzkich. Na tych ogromnych pustych przestrzeniach, ciągnących się od ujścia Dunaju na zachodzie po nasadę Półwyspu Koreańskiego na wschodzie, pierwszą poważną organizację państwową stworzyli w III w. p.n.e. Hunowie. Słynny Wielki Mur Chińczycy budowali m.in. z obawy przed ich najazdami. Po upadku budzących postrach wojowników ich miejsce w Azji zajęły następne koczownicze plemiona tureckie, które tworzyły kolejne kaganaty (dawna forma monarchii na Wschodzie).
    Jednak w świadomości historycznej Mongołów za najważniejsze uchodzi założone na początku XIII w. państwo Czyngis-chana (ok. 1155/1162–1227) – najpotężniejsze imperium, jakie powstało na tych otwartych przestrzeniach wewnątrz kontynentu euroazjatyckiego. Jego twórca zdołał zjednoczyć rozbite i skłócone plemiona mongolskie, podbić olbrzymie terytorium i zorganizować na nim sprawną administrację. Na jednym ze wzgórz otaczających Karakorum stoi swojego rodzaju pomnik przedstawiający mapę maksymalnego zasięgu tego mocarstwa: od wschodu obejmuje Chiny, dalej serce Wielkiego Stepu, tereny Azji Środkowej i dzisiejszego Iranu oraz podbite księstwa ruskie na zachodzie. Historia Temudżyna – bo tak brzmiało pierwotne imię osławionego przywódcy – nadal pozostaje zagadką. Rosyjski historyk Lew Gumilow (1912–1992) w książce Śladami cywilizacji Wielkiego Stepu pyta retorycznie: Jak mogło dojść do tego, że biedny sierota, pozbawiony poparcia nawet własnego plemienia, które go ograbiło i porzuciło, stał się wodzem potężnej armii, chanem narodów i pogromcą wszystkich sąsiednich władców, choć byli oni silniejsi?.
    Do dzisiaj Czyngis-chan jest najważniejszym bohaterem narodowym Mongolii, a obywatele tego kraju z dumą przedstawiają się jako jego potomkowie. Nawiasem mówiąc, stał się on tutaj najlepszą marką, więc wyborowe gatunki wódki nazywają się Chinggis, a jeden z popularnych pubów w Ułan Bator – GrandKhaan Irish Pub.
    Największy z Mongołów postanowił wznieść swój pałac w dolinie rzeki Orchon – w regionie, w którym przed wiekami stolicę swojego imperium ulokowali Hunowie. Budowę słynnego Karakorum ukończył w 1236 r. jego syn Ugedej (ok. 1186–1241). Kosmopolityczne miasto znane było ze szczególnej tolerancji religijnej: znajdowały się w nim meczety, kościół chrześcijański, świątynia buddyjska i otaczały go święte miejsca wyznawców szamanizmu. Nawet na przybyszach z dalekich krain duże wrażenie robił pałac chana, a szczególnie niezwykła fontanna w kształcie drzewa. Z jego pnia wychodziły głowy czterech węży, z których pysków lały się wino, kobyle mleko, miód pitny i piwo ryżowe. Podczas największych uroczystości goście stolicy mogli ponoć czerpać trunki do woli. Opisy Karakorum przywieźli do Europy nieliczni wysłannicy, do których należał Benedykt Polak (ok. 1200–1252) – polski franciszkanin, członek papieskiej misji dyplomatycznej w pierwszej połowie XIII w.

FOT. STEP’IN DMC/FRÉDÉRIC ROMAN-HAUDUROY

Złota Stupa w klasztorze Erdene Dzuu


    Wiatr historii sprawił, że do lat współczesnych nie zachowały się nawet ruiny dawnego mongolskiego ośrodka. Po przybyciu w jego rejon możemy obejrzeć kamiennego żółwia – jednego z czterech mających za zadanie chronić miasto – oraz zobaczyć niewielkie, ale ciekawe muzeum prezentujące eksponaty archeologiczne pochodzące z niegdysiejszej stolicy potężnego imperium. Jednak dzisiaj główną atrakcję dla turystów stanowi imponujący buddyjski klasztor Erdene Dzuu, zbudowany w 1585 r. na gruzach zburzonego Karakorum.
    Chociaż monaster był pierwszym centrum lamaizmu (buddyzmu tybetańskiego) w Mongolii, nie zdołał przetrwać trudnego okresu historycznych burz, jakie przetoczyły się przez kraj na początku XX stulecia. Po krótkim czasie niepodległości, nawrocie chińskiej okupacji i rajdzie rosyjskich białogwardzistów pod wodzą Romana von Ungern-Sternberga (1886–1921), nazywanego Krwawym Baronem, który ogłosił się reinkarnacją Czyngis-chana, w 1921 r. władzę w państwie zdobyli rewolucjoniści wspierani przez Armię Czerwoną. 3 lata po ich zwycięstwie utworzono Mongolską Republikę Ludową – satelitę ZSRR – i przeprowadzono szereg reform. W okresie komunistycznego terroru likwidowano świątynie i klasztory oraz mordowano mnichów. Erdene Dzuu – najważniejszy monaster kraju – również został zamknięty, a monotonny dźwięk mantr powrócił w jego mury dopiero po zmianie systemu w 1990 r. Obecnie religia z powrotem stała się ważnym elementem życia Mongołów. Do odbudowywanych centrów sakralnych chętnie garną się wierni, a szkoły przyklasztorne pełne są młodych adeptów lamaizmu.

 

W SZEROKIM STEPIE
Z Karakorum wybieramy się w dalszą podróż. Tym razem korzystamy ze złapanego na stopa ziła cysterny. Przemierzamy połacie pofalowanych stepów, poruszając się po jednej z dróg, jakich tysiące wyjeżdżono w trawie. Ruch na naszej trasie jest znikomy. Prawie w ogóle nie widać ludzi. Jedyne oznaki ich obecności to rozsiane gdzieniegdzie białe plamki jurt i stada rozmaitego bydła. Nie ma się czemu dziwić. Współczesna Mongolia zajmuje terytorium pięciokrotnie większe od Polski (powyżej 1,5 mln km²), a żyje tu ok. 3 mln osób. Gęstość zaludnienia nie przekracza zatem 2 osób/km2, co czyni ją najniższą na świecie (wśród niepodległych państw).

FOT. WANDA BOGACKA-PLUCINSKI

Mongolskie dzieci z Wielkiego Stepu


    Ponad połowę kraju pokrywa strefa stepów. Natomiast na południu rozciągają się suche obszary pustyni Gobi, gdzie koczują hodowcy wielbłądów. Tylko w północnych regionach piętrzą się wysokie, porośnięte tajgą góry, wśród których spotkamy m.in. plemiona trudniące się wypasem reniferów. Większość powierzchni Mongolii stanowią rozległe, puste, niekończące się przestrzenie. Po wyjeździe z Ułan Bator szybko zapominamy o asfalcie, betonie i wielopiętrowych budynkach. Otacza nas jedynie dzika przyroda.
    Myli się jednak ten, kto myśli, że podróż przez tę krainę musi być nudna. Człowiek nie bombardowany nieustannie przez mnóstwo bodźców stopniowo zaczyna zwracać uwagę na rozmaite szczegóły – na to, że w każdej dolinie step jest trochę inny, że zmieniają się zapachy stepowych ziół, że na horyzoncie pojawiają się jakieś góry... Po pewnym czasie wędrowiec z niecierpliwością oczekuje pokonania kolejnej przełęczy i zobaczenia widoków, jakie się za nią ukażą. Trzeba jeszcze dodać, iż mongolska ziemia kryje wiele prawdziwych cudów natury: formacji skalnych, wulkanów, wąwozów czy jezior. Wszystkie z nich są tak wspaniałe, że gdyby tylko znajdowały się w gęściej zaludnionych częściach świata, już dawno stałyby się tłumnie odwiedzanymi atrakcjami turystycznymi.
    My tymczasem jedziemy w kabinie złapanego na stopa ziła. Pod niebem kołują drapieżne ptaki, a tuż ponad roślinnością przemykają ich drobniejsi krewniacy. Między tysiącami norek buszują susły i myszy. Przez otwarte okna wpada ciepły wiatr, a wrażenie pełnej harmonii mijanego krajobrazu dopełniają śpiewane przez Ganrę, naszego kierowcę, mongolskie pieśni – melodyjne, o kojącym brzmieniu. Przypominają nam się Sonety krymskie Adama Mickiewicza (1798–1855): Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, / Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi.
    Przy trasie nie stoją żadne znaki czy drogowskazy. Nasze oczy nie wychwytują żadnych punktów, które pozwoliłyby zorientować się w terenie. Mongołowie mają świetne poczucie tych bezkresnych przestrzeni. Zauważają niedostrzegalne dla nas subtelne załamania falistej linii horyzontu, rozpoznają majaczące w dali kształty gór, pamiętają przebieg suchych strumieni i rzek. Dzięki temu zawsze wiedzą, w którym kierunku powinni zmierzać, i bez wahania wybierają właściwy szlak na każdym z wielu rozjazdów.
    
NA HERBACIE W JURCIE
W pewnym momencie Ganra zjeżdża z drogi i, nie zwalniając, pędzi przez trawiastą równinę w stronę jednego z koczowniczych obozowisk. Jedziemy odwiedzić mojego kuzyna – wyjaśnia nasz kierowca łamanym rosyjskim. Jurty, do których się zbliżamy, stoją pośrodku niczego, ale to tylko nasze wrażenie. W świadomości miejscowych na stepie istnieją niewidzialne granice. Każda rodzina ma swoje pastwiska i co roku porusza się ze stadami między tymi samymi stanowiskami. Młode pary, które wyprowadzają się od rodziców, same znajdują nowe miejsca dla siebie – wszak wolnych terenów w Mongolii nie brakuje. Kiedy wysiadamy z ciężarówki, gospodarze witają nas ze szczerą życzliwością.
    Ceren, kuzyn Ganry, żyje tu z żoną i czwórką dzieci oraz pokaźnymi stadami kóz, owiec i krów. O liczbę zwierząt w tym kraju nie wypada pytać, tak jak w Europie o stan konta, ale na oko widać, że wartość inwentarza pozwoliłaby na zakup kilku niezłych samochodów. Rodzina mieszka w przenośnej jurcie – po mongolsku ger. Tak funkcjonuje połowa tutejszego społeczeństwa, która prowadzi koczowniczy lub półkoczowniczy tryb życia, przemieszczając się ze swoimi stadami pośród ogromnych przestrzeni. Samowystarczalni i zależni prawie wyłącznie od sił przyrody Mongołowie pod wieloma względami przypominają swoich przodków sprzed stuleci. Pozostali obywatele Mongolii to ludność miast i miasteczek. Ponad 1,3 mln z nich osiedliło się w Ułan Bator (po polsku „Czerwony Bohater”), przedziwnej stolicy kraju nomadów.

FOT. STEP’IN DMC/FRÉDÉRIC ROMAN-HAUDUROY

Mongołka przygotowująca codzienny posiłek w swojej jurcie


    Okrągła konstrukcja jurty opiera się na wykonanym z elastycznych osikowych tyczek stelażu, który pokrywa się płatami wojłoku i obwiązuje rzemieniami. Taki dom jest więc lekki, odporny nawet na silne wiatry, zimą chroni przed siarczystym mrozem, a latem zapewnia przyjemny chłód. Poza tym z postawieniem geru dwóch wprawionych mężczyzn radzi sobie w ciągu godziny. Rozłożony na elementy namiot bez trudu można transportować – to idealne mieszkanie dla koczowników Wielkiego Stepu.
    Ceren zaprasza nas do środka. Kłaniając się w pas, wchodzimy przez niziutkie drzwi usytuowane od południa i zajmujemy przeznaczone dla gości stołki ustawione naprzeciwko. Z prawej strony jurty umieszczono łóżko dla kobiet i kufry z odzieżą. Lewa część należy do mężczyzn. Obok naszych miejsc stoi komódka z buddyjskim ołtarzykiem, a tuż przy wejściu, po prawej zaaranżowana jest malutka kuchnia z umywalką, półkami na naczynia i garnki itp. Wszystkie meble oraz widoczne elementy stelażu geru pomalowane są na intensywny pomarańczowy kolor i ozdobione barwnymi wzorami. Na środku pomieszczenia znajduje się najważniejszy punkt domu – palenisko z metalowym piecykiem, którego komin wyprowadzono na zewnątrz przez specjalny otwór w dachu (tędy trafia też do wnętrza światło słoneczne).
    Gospodarze częstują nas gorącą mongolską herbatą sutej caj, zaparzaną w mleku i podawaną z solą oraz baranim tłuszczem. Napój ten smakuje niepowszednio. W nos ciągle drapie nas ostry zapach fermentującej laktozy. Obok mięsa mleko stanowi podstawę wyżywienia mongolskich koczowników. Latem, kiedy po opadach deszczu stepy się zielenią, a kozy, owce, krowy i kobyły mają dosyć pokarmu, każda jurta staje się miniaturową rodzinną mleczarnią, w której produkuje się rozmaite rodzaje przetworów nabiałowych – do spożycia na bieżąco oraz do przechowywania (po wysuszeniu na słońcu) przez długie zimowe miesiące. Do naszych rąk trafiają półmiski z kobylim serem, suszonym owczym jogurtem, sucharki smażone na domowym maśle, a do popicia – orzeźwiający kumys (w Mongolii nazywany ajrag), czyli lekko sfermentowany, gazowany kobyli kefir. Gospodyni podaje jeszcze wyśmienity deser – smażone kożuchy z krowiego mleka z dodatkiem cukru pudru.
    Wkrótce Ceren sięga po plastikową bańkę, z której do oprawionej w miedź drewnianej czarki wlewa archi – domowy bimber, pędzony na mleku. Według mongolskiej tradycji alkohol pije się ze wspólnego naczynia. Najpierw dostaje je najstarsza osoba w towarzystwie, a potem miseczka krąży wśród gości zgodnie z ruchem słońca. Co ważne, nikt nie opróżnia jej do dna (to spowodowałoby nieurodzaj), lecz gdy trunku zaczyna ubywać, gospodarz znów dolewa do pełna.

 

TRADYCJA I NOWOCZESNOŚĆ
Po krótkiej wizycie i tradycyjnym poczęstunku ruszamy w dalszą drogę. Przed naszymi oczami ciągle przesuwają się trawiaste obszary i rozsiane wśród nich białe jurty. Czasami z oddali widać kształty kolorowych łazików, bo do świata mongolskich koczowników przenikają elementy współczesnej techniki. Prawie każda rodzina na stepie ma teraz samochód lub co najmniej motocykl, a do rzadkości nie należą baterie słoneczne oraz telewizory i odtwarzacze DVD zajmujące honorowe miejsce w namiocie.
    Mimo tych zmian życie na odludziu wymaga tej samej wiedzy i umiejętności, co przed setkami lat. W niewielkim stopniu ewoluowały sposoby odżywiania oraz technologia przetwarzania mleka i mięsa. Podstawowym opałem są nadal suszone krowie odchody, a tradycyjny strój deel (rodzaj długiego płaszcza, stosunkowo luźnego, przewiązywanego szerokim pasem) w dalszym ciągu cieszy się dużą popularnością ze względu na swoją praktyczność. Tak samo jak dawniej należy orientować się, gdzie w danej porze roku znajdują się najlepsze pastwiska, a najważniejszą umiejętnością, zdobywaną już w dzieciństwie, pozostaje jazda wierzchem na końskim grzbiecie.
    Mieszkający na pustkowiach, z dala od ludzkich skupisk, mongolscy nomadzi mają zupełnie inne niż my podejście do życia i patrzą na świat z odmiennej perspektywy. Na stepie czas płynie inaczej, nieustannie zataczając kręgi. Nieczęste spotkanie z obcym człowiekiem to ważne wydarzenie, a wszechogarniająca przestrzeń daje niesamowite poczucie wolności i bliskości z naturą.

 

 

6 największych atrakcji Mongolii

Jezioro Chubsuguł
To największe pod względem pojemności jezioro Mongolii, o powierzchni niemal 25-krotnie większej od polskich Śniardw (2760 km²). Jest wspaniale położone na północy kraju, w pobliżu granicy z Rosją, wśród stepów oraz porośniętych tajgą górskich grzbietów Sajanu Wschodniego (tafla wody leży na wysokości 1645 m n.p.m.). Jego okolice zamieszkują Caatanowie (Tuwińcy), turecki lud zajmujący się hodowlą reniferów.

 

Wulkan Chorgo (Horgo)
W tym niezwykłym rejonie można aktywnie spędzić czas wśród młodego powulkanicznego krajobrazu. Najciekawsze propozycje to kilkugodzinny trekking na szczyt wygasłego wulkanu o wysokości 2240 m n.p.m. oraz pobyt nad jeziorem Terchijn Cagaan nuur (61 km²), powstałym w wyniku przegrodzenia doliny strumieniem lawy.

 

Klasztor Erdene Dzuu
Stanowi jedno z trzech najważniejszych miejsc wyznawców buddyzmu w Mongolii. Klasztor powstał w 1585 r. na gruzach dawnej mongolskiej stolicy Karakorum w malowniczej dolinie rzeki Orchon. Większość jego świątyń została zniszczona przez komunistów, ale obecnie kompleks jest odbudowywany. Obiekt przyciąga zarówno pielgrzymów z całego kraju, jak i przybyszy z dalekich zakątków świata.

 

Bajandzag (Bajanzag)
Te położone na pustyni Gobi formacje skał osadowych rozsławiły prowadzone tu w latach 20. XX w. wykopaliska. Odnaleziono wtedy ponad 100 kompletnych szkieletów dinozaurów i ich jaja! Paleontolodzy zachwyceni widokiem czerwieniejących podczas zachodu słońca skalnych ścian nadali im miano „Płonących Klifów”.

 

Chongoryn els
Potężne wydmy znajdują się na południu kraju, w rejonie Ałtaju Gobijskiego. Najwyższa z nich ma względną wysokość ok. 200 m i po mniej więcej 1,5-godzinnej wspinaczce można podziwiać z jej szczytu wspaniały widok na niekończące się morze piasku, płaskie tereny pustyni Gobi i grzbiety okolicznych gór.

 

Ułan Bator
Stolica Mongołów to niesamowite miasto, które w ostatnich latach niezmiernie dynamicznie się zmienia i rozbudowuje. Powstają ogromne obszary nowych osiedli mieszkaniowych, a w centrum wyrastają nowoczesne wieżowce górujące nad gmachem parlamentu i wznoszącym się przed nim monumentalnym pomnikiem Czyngis-chana. Turystów w Ułan Bator przyciągają m.in. buddyjski klasztor Gandan oraz znakomita ekspozycja Narodowego Muzeum Historii Mongolii.

 

 

Artykuły wybrane losowo

W Argentynie, kraju różnorodności

 

KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

 

 Wieczór z tangiem w Buenos Aires, degustacja wina w Mendozie, delektowanie się stekami w niemal każdym rejonie w kraju – to tylko kilka atrakcji czekających na turystów w Argentynie. Poza tym znajdą tu oni otwarte przestrzenie Patagonii, lodowce, wodospady i wybrzeże oceanu. Są też wulkany okryte śniegiem, pustynia zasypana solą i chłodna Ziemia Ognista. W Argentynie jest po prostu wszystko i jeszcze więcej.

 

Taka różnorodność krajobrazu i klimatu nie powinna dziwić. Ten drugi po Brazylii największy kraj Ameryki Południowej zajmuje ponad 15 proc. całego kontynentu (ma ok. 2,8 mln km² powierzchni). Dzieli niemal 6,7 tys. km granicy z Chile i ma prawie 5 tys. km linii brzegowej. Wilgotne lasy z wodospadami Iguazú na północy, majestatyczne Andy z najwyższym szczytem Aconcagua (6961 m n.p.m.) i najwyższym aktywnym wulkanem na ziemi Ojos del Salado (6893 m n.p.m.) na zachodzie, surowe krajobrazy najdalej na południe wysuniętych zakątków kontynentu i bezkres oceanu na wschodzie – jedno życie nie wystarczy na zobaczenie i poznanie wszystkich skarbów Argentyny, ale warto próbować.

 

Ponieważ miejsc do odwiedzenia w tym południowoamerykańskim kraju jest tak wiele, wyjazd trzeba dobrze zaplanować. Nie ma jednego sposobu na udaną wyprawę. Jednak właśnie dlatego każda wizyta w Argentynie staje się wyjątkowym przeżyciem.

 

34465836134 7d01e9dd81 o

Para tańcząca tango w San Telmo, jednej z najstarszych dzielnic Buenos Aires

© ENTE DE TURISMO DE LA CIUDAD DE BUENOS AIRES

 

TANGO I KOLOROWE ULICE

 

Naszą podróż zaczniemy od stolicy kraju, która przyciąga jak magnes turystów i miłośników tanga z całego świata. Szczerze mówiąc, nigdy nie przypuszczałam, że będę tańczyć ten zmysłowy taniec w Buenos Aires, czyli tu, gdzie się narodził, choć tak naprawdę o miano kolebki tanga to argentyńskie miasto walczy z urugwajskim Montevideo. Wszak to w obu tych ośrodkach, leżących po dwóch stronach La Platy (Río de la Plata – Srebrnej Rzeki), cieszyło się ono rosnącą popularnością od połowy XIX w. Rozpowszechniać zaczęli je imigranci, choć nie wiadomo, czy pierwsi byli ci z Montevideo czy Buenos Aires. Jednak nie to jest najważniejsze, a fakt, że taniec zyskał sobie grono miłośników nie tylko w tym regionie, ale i na całym świecie. Dziś istnieje co najmniej kilkanaście różnych jego odmian. Poza tym w 2009 r. na wspólny wniosek Argentyny i Urugwaju tango zostało wpisane na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Być w Buenos Aires i nie zobaczyć pokazu tanecznego to moim zdaniem duży błąd. Występy profesjonalnych tancerzy w klubach tanga naprawdę zachwycają. Jeszcze lepszym doświadczeniem będzie nauka tańca. W argentyńskiej stolicy znajduje się wiele miejsc, w których oferuje się płatne lub darmowe lekcje. Wystarczy przejść się wieczorem wąskimi ulicami dzielnicy San Telmo, żeby na nie trafić. Do tego rejonu Buenos Aires warto również wybrać się w poszukiwaniu pamiątek – w każdą niedzielę zamienia się on w wielkie targowisko ze starociami, rękodziełem i najróżniejszymi drobiazgami (Feria de San Telmo). Niedaleko tej urokliwej dzielnicy pełnej kawiarń i sklepów ze starymi, pięknie stylizowanymi szyldami, w samym ścisłym centrum (Microcentro) stoi Różowy Dom (Casa Rosada) –siedziba prezydenta kraju, z której okna Madonna wcielająca się w rolę Evy Perón (1919–1952) w filmie Evita śpiewała piosenkę Don’t cry for me Argentina (Nie płacz za mną, Argentyno).

 

Na zwiedzanie argentyńskiej stolicy trzeba przeznaczyć co najmniej tydzień. Do zobaczenia poza San Telmo i Microcentro jest jeszcze Puerto Madero – nowoczesny port, jeden z piękniejszych i najbardziej znanych cmentarzy świata, czyli Cementerio de la Recoleta, Palermo – dzielnica hipsterskich kawiarń, klubów i nowoczesnych hosteli, a do tego ciekawe muzea, zabytkowa i bardzo kolorowa dzielnica La Boca i tysiące ciekawych murali rozsianych w najróżniejszych rejonach. Buenos Aires upodobali sobie uliczni malarze z całego świata, dzięki czemu podczas poznawania miasta można odkrywać ich dzieła w zaskakujących miejscach.

 

Stolica Argentyny leży, jak wspomniałam, nad La Platą – estuarium (szerokim lejkowatym ujściem), które tworzą wody rzek Paraná i Urugwaj przed połączeniem się z Oceanem Atlantyckim. Argentyńczycy i Urugwajczycy nazywają je rzeką, choć wedle definicji geograficznych mogłoby być także zatoką lub morzem przybrzeżnym. Río de la Plata ma ok. 290 km długości oraz zaledwie kilka kilometrów szerokości w głębi lądu i 220 km przy granicy z Atlantykiem. Warto wybrać się tu na rejs na pokładzie jednego z niewielkich promów, które pływają z Buenos Aires do urugwajskiego miasteczka Colonia del Sacramento – ulubionego celu weekendowych wycieczek wielu Porteños (jak nazywają siebie mieszkańcy portowego argentyńskiego miasta). Ponad 400 km na południe od stolicy Argentyny leży Mar del Plata (Morze Srebra). To 700-tysięczne miasto słynie z piaszczystych, ale też zatłoczonych plaż, bogatego życia nocnego, kasyn i kuchni opartej na rybach i owocach morza. Porteños bardzo chętnie spędzają w nim wakacje.

 

WODOSPADY I MISJE JEZUICKIE

 

Skoro jesteśmy przy temacie rzek i wody, nie sposób nie wspomnieć o wodospadach Iguazú – jednej z największych atrakcji całego kontynentu. Nazwa tego niezwykłego cudu natury wywodzi się z języka guarani, którego użytkownicy zamieszkiwali tutejsze tereny na długo przed wytyczeniem granic dzielących Argentynę z Brazylią i Paragwajem. Iguazú, a właściwie Yguasu, znaczy po prostu Wielka Woda, co znakomicie oddaje rzeczywistość. Wodospady mają szerokość ok. 2,7 km, a woda w najwyższym punkcie (Garganta del Diablo, czyli Diabelska Gardziel) spada z wysokości aż 80 m. Są więc dużo potężniejsze od Niagary w Ameryce Północnej czy Wielkiej Siklawy w polskich Tatrach Wysokich. Podobno sama pierwsza dama Stanów Zjednoczonych Eleanor Roosevelt (1884–1962) straciła respekt dla majestatu Niagary, gdy ujrzała Iguazú. Warto zobaczyć je na własne oczy. Po argentyńskiej stronie można chodzić przed kaskadami, obok nich i nad nimi (a nawet pod nie podpłynąć). Na podziwianiu wodospadów z bliska da się spędzić nawet cały dzień. Z części brazylijskiej rozpościera się jednak lepszy widok na całe Iguazú. Najlepiej więc wybrać się na zwiedzanie po obu stronach granicy.

 

Te wspaniałe wodospady leżą w prowincji Misiones wciśniętej pomiędzy Brazylię i Paragwaj. To niezmiernie atrakcyjny region, choć – niestety – często odwiedzany tylko ze względu na Iguazú. W tych tropikalnych, porośniętych gęstymi, soczyście zielonymi lasami okolicach znajdują się pozostałości jezuickich misji (zwanych również redukcjami), które powstawały w XVII w. w tej części Ameryki Południowej na terenie dzisiejszego Paragwaju, Argentyny i Brazylii. Jezuici nawracali miejscowych Indian Guarani na wiarę katolicką, dzieci posyłali do szkoły, a dorosłych przyuczali do wykonywania zawodów rzemieślniczych. W drugiej połowie XVIII stulecia misje jezuickie zostały zlikwidowane w wyniku działań politycznych i wojskowych Hiszpanów i Portugalczyków, a misjonarze wypędzeni. Dziś w każdym z trzech krajów można odnaleźć pozostałości po nich. W Argentynie najlepiej zachowała się redukcja San Ignacio Miní, ale oprócz niej warte obejrzenia są jeszcze Santa Ana, Nuestra Señora de Loreto i Santa María la Mayor. Wszystkie umieszczono w 1984 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Choć z jednej strony wydają się do siebie podobne, każda z nich jest jednocześnie inna.

 

POLACY I YERBA MATE

 

Kolejny powód do odwiedzenia prowincji Misiones można nazwać patriotycznym. W tym regionie żyje sporo potomków naszych rodaków, którzy wyemigrowali do Argentyny pod koniec XIX i na początku XX w. Pierwszym Polakom nie było łatwo. Zastali tu żyzną, ale porośniętą gęstym lasem ziemię, a kiedy opuścili pokład statku, zostali zdani tylko na siebie. Musieli zmagać się z nieznośnym upałem, komarami i tropikalnymi chorobami. Mieli jednak ręce gotowe do pracy i tymi rękoma karczowali lasy i przygotowywali glebę pod uprawy, żeby przeżyć. Rolnictwa uczyli się od nowa, na miejscu, wszak z uwagi na inny klimat wiedza przywieziona z Europy niemal na nic się zdała. Wielu z nich zmarło, a ci, którzy przetrwali, pomimo odniesionego sukcesu (imigranci ujarzmili nieprzyjazne człowiekowi tereny i zaczęli żyć z roli) nie byli do końca szczęśliwi. Brakowało im polskiego jedzenia, języka i tradycji. Starali się więc kultywować rodzime zwyczaje w swoich domach. Dziś wielu ich potomków wciąż pamięta o tych korzeniach, interesuje się kulturą przywiezioną przez przodków i nie pozwala jej zaniknąć. Działają tutaj zespoły taneczne, odbywają się lekcje języka polskiego i sprzedaje się przysmaki i dania naszej kuchni. W miastach i miasteczkach, takich jak Posadas (stolica prowincji Misiones), Wanda, Oberá czy Apóstoles, można odkryć polskie nazwy ulic, przykłady architektury, kościoły, młyny i odnaleźć polskie domy i stowarzyszenia oraz spotkać potomków emigrantów.

 

W Oberze co roku we wrześniu odbywa się Fiesta Nacional del Inmigrante, czyli Narodowy Festiwal Imigrantów, którzy przybywali tu od początku XX w. z wielu krajów świata. W tej barwnej imprezie biorą udział wspólnoty popularyzujące kulturę i zwyczaje przywiezione przez przodków ze swoich ojczyzn. Wydarzenie organizowane jest w Parku Narodów (Parque de las Naciones), w którym stoi 14 tradycyjnych domów poszczególnych społeczności imigranckich. Polskę reprezentuje duży, piękny budynek w stylu zakopiańskim. W środku można spróbować lepionych na miejscu pierogów czy golonki lub wypić kieliszek polskiej wódki. Obserwowanie Argentyńczyków z pieczołowitością i zapałem kultywujących tradycje przekazane im przez rodziców lub dziadków to naprawdę wzruszające przeżycie.

 

W Apóstoles znajduje się za to Muzeum Historyczne Jana Szychowskiego (Museo Histórico Juan Szychowski) poświęcone Polakowi, który stworzył jedną z najbardziej znanych na świecie marek produkujących yerba mate – Amandę. Sam zbudował maszyny do mielenia ryżu, mąki kukurydzianej i liści ostrokrzewu paragwajskiego (z tej rośliny powstaje yerba mate) i w latach 20. XX w. rozpoczął produkcję. Dziś torebki z yerba mate z logo tej firmy można kupić praktycznie w każdym zakątku naszego globu.

 

Argentyńczycy piją napar z ostrokrzewu paragwajskiego niemal bez przerwy. Nie rozstają się z mate (naczyniem zrobionym z tykwy, drewna, metali, ceramiki, a nawet plastiku), bombillą (specjalną rurką do picia) i termosem z gorącą wodą, służącą do ponownego zalewania suszu. W Misiones, jak też w Paragwaju i na południu Brazylii, równie popularna jest wersja yerba mate zwana tereré, czyli przygotowywana na zimno, z kostkami lodu, ziołami i często również z sokiem z owoców. Taki napój idealnie orzeźwia w upalne dni! Napar nie tylko odpowiednio się przyrządza, lecz także pija w grupie w określony sposób: każde zalanie suszu przeznaczone zostaje dla jednej osoby, ale wszyscy korzystają z tego samego mate i używają jednej bombilli. Kiedy ktoś wypije swoją porcję, przekazuje naczynie posiadaczowi termosu, a on ponownie je uzupełnia dla następnego członka grupy. I tak trwa to kilka tur, aż yerba mate przestanie nadawać smak wodzie. Jeśli jakaś osoba nie ma już ochoty na picie, gdy oddaje mate, mówi gracias, czyli dziękuję – to znak dla nalewającego, żeby więcej nie wręczał jej naparu.

 

Activa - Turismo de Aventura - Trecking - Tolar Grande Salta

Trekking w okolicy wioski Tolar Grande (ponad 3500 m n.p.m.) w prowincji Salta

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

POCIĄG DO CHMUR I GÓRY

 

Na północy Argentyny znajduje się wiele ciekawych miejsc. W drodze z Misiones na zachód warto się zatrzymać na spacer po mieście Corrientes leżącym nad rzeką Paraná. Kolonialna architektura miesza się tutaj z nowoczesnym budownictwem. Znakiem rozpoznawczym tego miejsca jest wielki most generała Manuela Belgrano, który łączy Corrientes z miastem Resistencia położonym już w sąsiedniej prowincji – Chaco. Podczas wyprawy na zachód kraju przez tę ostatnią warto zawitać do Salty. Ma ona ciekawą kolonialną zabudowę, ale turystów przyciąga ze względu na swoje położenie. Miasto stanowi dobrą bazę wypadową w Andy, u stóp których leży. W okolicy można wybrać się na trekking, pojeździć na rowerach górskich lub koniach. Popularną atrakcją jest Pociąg do Chmur (Tren a las Nubes). Wprawdzie od dwóch lat nie odjeżdża on już z samej Salty, jednak stąd najłatwiej wyruszyć na wycieczkę. Rano autobus zabiera chętnych do San Antonio de los Cobres, gdzie wsiadają do wagonów. Pociąg wwozi pasażerów na wiadukt La Polvorilla położony na wysokości 4200 m n.p.m. To dzieło inżynierii z lat 30. XX w. stanowi najbardziej malowniczy punkt krótkiej trasy. Wiadukt jest wysoki na 63 m i waży prawie 1,6 tys. t. W założeniu linia kolejowa miała połączyć Argentynę z Chile i służyć mieszkańcom, ale w 1971 r. postanowiono zrobić z niej atrakcję turystyczną, która dziś przyciąga zarówno miłośników kolejnictwa, jak i osoby lubiące piękne górskie widoki. W drodze powrotnej do Salty autobus zatrzymuje się w małej wiosce Santa Rosa de Tastil, przy której znajdują się ruiny XIV- i XV-wiecznego miasta Tastil zbudowanego tylko z kamienia, bez użycia żadnej zaprawy. Pod koniec XV stulecia, zanim dotarli do niego Inkowie, mieszkało tu ponad 2 tys. osób. Ludność ta trudniła się uprawą kwinoa i kukurydzy oraz wypasaniem lam.

 

Z Salty warto się także wybrać na północ, do miasta Jujuy, a właściwie San Salvador de Jujuy, które leży u wejścia do wąwozu Humahuaca (Quebrada de Humahuaca). Ta niezwykła głęboka dolina ma ok. 150 km długości. Zimą jest sucha, a latem wypełnia ją Rzeka Wielka (Río Grande). W 2003 r. Humahuaca trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jedną z największych atrakcji okolicy stanowi Wzgórze Siedmiu Kolorów (Cerro de los Siete Colores), wznoszące się nad małą, urokliwą miejscowością Purmamarca. Swoje barwne warstwy zawdzięcza ono procesom geologicznym. Legenda mówi jednak, że zboczy nie zdobiły kolorowe pasy, gdy powstała Purmamarca. Miejscowym dzieciom zamarzyła się wielobarwna góra, która ożywiłaby okolicę, ale ich rodzice nie chcieli o tym słuchać. Dlatego przez siedem nocy ich pociechy wymykały się z domów i domalowywały kolejne warstwy na skalnych ścianach, dzięki czemu dziś możemy podziwiać ten prawdziwie malowniczy widok. Warto zostać chwilę w Purmamarce i przyjrzeć się spokojnemu życiu tego górskiego miasteczka.

 

Komu będzie jeszcze mało pięknych krajobrazów z górami w roli głównej, powinien zajrzeć do Cafayate, skąd wyrusza się na wycieczki do dolin Calchaquíes (Valles Calchaquíes). Można w nich podziwiać wspaniałe widoki na kolorowe formacje skalne, wśród których dominują wszelkie odcienie pomarańczu. Ze względu na żyzne ziemie okolica słynie z produkcji wyśmienitych win.

 

MIASTO NIEPODLEGŁOŚCI I KOLONIALNA PERŁA

 

Ważne miasto dla Argentyńczyków stanowi San Miguel de Tucumán. To właśnie tutaj 9 lipca 1816 r. podpisano deklarację niepodległości. Co roku, na ten jeden dzień San Miguel de Tucumán zostaje stolicą Argentyny. Szczególnie hucznie obchodzono 200. rocznicę podpisania dokumentu (w 2016 r.) i to nie tylko w tym miejscu. W Buenos Aires przygotowano piękny spektakl przedstawiający najważniejsze wydarzenia z historii kraju. Miałam szczęście zarówno oglądać samo przedstawienie, jak i podziwiać ogromny tłum Argentyńczyków śpiewających znane patriotyczne piosenki wraz z artystami ze sceny. To był naprawdę wzruszający widok!

 

Kolejnym interesującym miejscem jest położona ponad 550 km na południe od San Miguel de Tucumán 1,5-milionowa Córdoba (założona już w 1573 r.). To drugi największy pod względem liczby ludności ośrodek w Argentynie po jej stolicy. Należy do najstarszych kolonialnych miast w kraju – znajduje się tu pierwszy argentyński uniwersytet (Narodowy Uniwersytet w Córdobie – Universidad Nacional de Córdoba, utworzony w 1613 r.). Warto pochodzić wśród historycznej zabudowy i zwiedzić wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO dzielnicę jezuicką z urokliwą architekturą (Manzana Jesuítica). Jak przystało na ośrodek studencki, w Córdobie kwitnie również życie kulturalne i nocne.

 

Z miasta polecam przenieść się na łono natury – do Parku Narodowego Talampaya leżącego w prowincji La Rioja przy granicy z prowincją San Juan. Można w nim oglądać spektakularny kanion czy niezwykłą formację skalną Talampaya mierzącą 143 m. Do tego obszaru przylega Park Prowincjonalny Ischigualasto (Parque Provincial Ischigualasto, położony już w prowincji San Juan), zwany także Doliną Księżycową (Valle de la Luna) ze względu na nieziemski krajobraz, jaki rozpościera się tu przed oczami przybyłych.

 

KRAINA WINA, STEKÓW I „ASADO”

 

Zarówno prowincje La Rioja i San Juan, jak i Mendoza, Salta, Córdoba czy Catamarca słyną z win. Argentyna jest obecnie szóstym krajem na świecie pod względem wytwarzanych ilości tego produktu. Argentyńczycy piją bardzo dużo czerwonego wina, więc nie ma się co dziwić, że jego butelka bywa tańsza od wody. Poza tym w 2010 r. wino zostało ogłoszone tu narodowym trunkiem, a to zobowiązuje.

 

Kieliszek miejscowego malbecu idealnie pasuje do tutejszych steków wołowych, z których – zasłużenie – ten kraj słynie na całym świecie. Tak wielką popularność temu daniu przyniosła nie tylko wysoka jakość argentyńskiej wołowiny, ale również sposób, w jaki Argentyńczycy potrafią ją przyrządzić. Weekend spędzony ze znajomymi będzie nieważny, jeśli przynajmniej raz nie zorganizuje się asado. Nazwa ta oznacza zarówno spotkanie przy typowym argentyńskim grillu, jak i samo grillowane mięso. Upieczona na ogniu lub nad żarem z węgla drzewnego wołowina z lampką czerwonego wina smakuje wyśmienicie! Do tego podaje się zwykle jakąś zieloną sałatkę i pieczywo, ale dla wielu Argentyńczyków są one tylko niezbyt istotnym dodatkiem. Na ruszcie porcji znajduje się zawsze za dużo, a to dlatego, że jak mawiają niektórzy, asado jest nieudane, jeśli całe mięso zostało zjedzone.

 

R5B 2 - Gourmet - Gastronomia - Asado Buenos Aires

Asado – baranina pieczona w stylu patagońskim z lampką argentyńskiego wina

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

LODOWCE I KONIEC ŚWIATA

 

Autentica - Patrimonio de la Humanidad - Ballenas Puerto Madryn Chubut

W okolicach Puerto Madryn można od czerwca do grudnia podziwiać walenie

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

W Argentynie im przemieszczamy się dalej na południe, tym robi się bardziej surowo i zimno, ale i ciekawiej. Patagonia słynie z ogromnych przestrzeni, niezwykłych krajobrazów i swoich letnich wiatrów, które niemal urywają głowy. Ten region leży w strefie ryczących czterdziestek (stałych wiatrów zachodnich o bardzo dużej prędkości wiejących pomiędzy 40 i 50° szerokości geograficznej). Jednym z najbardziej znanych miast tej krainy jest 120-tysięczne San Carlos de Bariloche, położone nad południowym brzegiem pięknego polodowcowego jeziora Nahuel Huapi, na terenie parku narodowego o tej samej nazwie, niedaleko granicy z Chile. W okolicy trudno się nudzić. Latem można wybrać się na trekking w góry lub wyruszyć do któregoś z punktów widokowych, a zimą zjeżdżać na nartach czy snowboardzie na ośnieżonych stokach największego w Argentynie kompleksu narciarskiego. Szczególnie wart uwagi jest lodowiec Czarna Zaspa (Ventisquero Negro) na wygasłym wulkanie Tronador (Cerro Tronador, 3491 m n.p.m.). Woda spływa z niego po wysokim klifie, tworząc malowniczy wodospad.

 

Dla odmiany nad Atlantykiem znajduje się półwysep Valdés. To miejsce, wpisane w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, stanowi ważny obszar ochrony życia morskiego. Można tutaj zobaczyć m.in. walenie południowe (zazwyczaj od maja do grudnia), pingwiny magellańskie, uchatki patagońskie, orki, kotiki południowe, słonie morskie (mirungi) czy toniny (delfiny) czarnogłowe. To prawdziwy raj dla miłośników fauny.

 

Dalej na południe, w Parku Narodowym Lodowców (Parque Nacional Los Glaciares) panuje już wieczna zima. Swoimi granicami obejmuje on Południowy Lądolód Patagoński, który jest trzecim największym lądolodem na ziemi po tych na Antarktydzie i Grenlandii. Na tym terenie znajduje się 49 dużych lodowców (leżących w Argentynie i Chile), w tym najbardziej popularny wśród turystów Perito Moreno (zajmujący powierzchnię ponad 250 km²). Ten ostatni robi naprawdę olbrzymie wrażenie na oglądających – sunie do przodu, stuka, trzeszczy, a bryły wielkości autobusu odłupują się od niego i spadają do wody z hukiem przypominającym wybuch bomby. Do tego ten argentyński lodowiec mieni się odcieniami bieli i błękitu. Perito Moreno ma 5 km szerokości, 30 km długości i wystaje nad poziom jeziora Argentino średnio na wysokość 74 m, czyli mierzy mniej więcej tyle, ile ok. 20-piętrowy budynek! Większa jego część (jeszcze jakieś 100 m) kryje się pod powierzchnią wody. To jeden z niewielu lodowców na świecie, który postępuje zamiast się cofać.

 

Podczas pobytu w tej części Argentyny nie można odpuścić sobie wizyty w 60-tysięcznej Ushuai, uchodzącej za położone najdalej na południe miasto na naszym globie (choć dalej znajduje się jeszcze chilijska miejscowość Puerto Williams). Leży ona na archipelagu Ziemia Ognista (Tierra del Fuego) oddzielonym od kontynentu Cieśniną Magellana. Rejs po Kanale Beagle, podglądanie uchatek patagońskich, amfitryt lamparcich (lampartów morskich), mirung oraz pingwinów królewskich, magellańskich i maskowych (latem), wizyta w Parku Narodowym Ziemia Ognista (Parque Nacional Tierra del Fuego) czy odwiedziny w muzeum morskim (Museo Marítimo) mieszczącym się w dawnym więzieniu (Ushuaia była niegdyś kolonią karną) to obowiązkowe atrakcje turystyczne w tym mieście na końcu świata. Pod względem kulinarnym Ushuaia słynie z wielkich krabów królewskich, które można sobie samemu złowić przed przygotowaniem przez kucharza – takie doświadczenie będzie prawdziwą gratką dla odważnych smakoszy. Wreszcie, to tu kończy się słynna Droga Panamerykańska (hiszp. Carretera Panamericana) wiodąca przez obie Ameryki aż od Alaski (przerwana tylko przez przesmyk Darién) i tutaj następuje kres naszej wspaniałej podróży. Argentyno, do zobaczenia następnym razem!

 

Meksyk i trzeci ocean

MAGDALENA LASOCKA

<< Jeśli lubicie przygody i nowe doznania, na pewno nie będziecie zawiedzeni podróżą do Meksyku. Zwłaszcza jeżeli tak jak ja kochacie wodę i sporty wodne. W tym kraju czas płynie wolniej, zmysły odbierają więcej, słońce świeci jaśniej, a ludzie uśmiechają się radośniej. Jedyne ryzyko jest takie, że zakochacie się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i zapragniecie pozostać w nim na zawsze. >>

Więcej…

Turcja w tyglu kultur

PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

<< Turcja ma tyle twarzy, ile kultur, religii i ludów mieszało się na jej terytorium. Turystów czeka tu coś więcej niż tylko błogie lenistwo na pięknych plażach. Na obszarze półwyspu Azja Mniejsza już na długo przed narodzeniem Chrystusa rozgrywały się ważne wydarzenia dla dziejów ludzkości. Dziś my sami możemy odbyć wyprawę w czasie do miejsc, o których opowiadają starożytne teksty i piszą z pasją historycy. >>

Poszukiwanie śladów z początków rozwoju chrześcijaństwa i islamu oraz pozostałości po dawnych imperiach stanowi znakomity pomysł na podróż po tym niezmiernie interesującym kraju. Zdecydowanie się na taki właśnie temat przewodni naszej wycieczki do Turcji jest gwarancją udanego urlopu.

W połowie I w. n.e. w Antiochii nad rzeką Orontes (tureckie Asi), gdzie nauczał Paweł z Tarsu, pojawił się apostoł Piotr (zwany Kefasem). Przed przybyciem reszty swoich towarzyszy z Jerozolimy nie unikał kontaktu z tutejszą wspólnotą niedawno nawróconych, ale nie przestrzegających żydowskich zwyczajów chrześcijan.

Więcej…