KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA
www.karolinasypniewska.pl

 

<< Podobnie jak sąsiednia Kenia, Tanzania od zawsze była jednym z najczęściej odwiedzanych afrykańskich krajów i to nie tylko przez zorganizowane wycieczki, ale również przez indywidualnych turystów. Podróżników przyciągają tutaj dziewicza przyroda, rdzenne ludy, rozległe przestrzenie i krajobrazy jak z marzeń sennych. Afryka rządzi się jednak swoimi prawami, którym musimy po prostu się podporządkować. Jeśli tylko uzbroimy się w cierpliwość, z uśmiechem na twarzy zniesiemy kilkukrotne zmiany koła dziennie, długotrwałe wypatrywanie dzikich zwierząt czy biurokrację różnych instytucji… Pod względem infrastruktury turystycznej Tanzania to jedno z najlepiej rozwiniętych miejsc na Czarnym Lądzie. Przeważająca większość odwiedzających ją gości podczas swojego pobytu decyduje się połączyć ekscytujące safari w parku narodowym z błogim wypoczynkiem na rajskim Zanzibarze. Zapraszam zatem do mojego magicznego afrykańskiego zakątka. >>

Położona w środkowo-wschodniej części Afryki Zjednoczona Republika Tanzanii graniczy z Mozambikiem, Malawi, Zambią, Demokratyczną Republiką Konga, Burundi, Rwandą, Ugandą i Kenią. Przy jej wschodnim wybrzeżu, które oblewa Ocean Indyjski, znajdują się wyspy Zanzibar (Unguja), Pemba i Mafia. Ponad 1,4 tys. km linii brzegowej, najwyższy szczyt kontynentu Kilimandżaro (5895 m n.p.m.), liczne parki narodowe (w tym ten najbardziej znany, czyli Park Narodowy Serengeti wpisany w 1981 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO) i tzw. Wielka Migracja to najwspanialsze tanzańskie atrakcje. Większość Tanzańczyków używa suahili, językiem urzędowym jest tu jednak też angielski, a na ulicy usłyszymy wiele innych dialektów ok. 125 grup etnicznych. Funkcję głowy państwa pełni prezydent (obecnie piastujący to stanowisko już drugą kadencję Jakaya Mrisho Kikwete), który stoi na czele jednoizbowego parlamentu – 357-osobowego Zgromadzenia Narodowego (Bunge).
Jamhuri ya Muungano wa Tanzania (Zjednoczona Republika Tanzanii w języku suahili) powstała w kwietniu 1964 r. po połączeniu podległych Brytyjczykom Tanganiki i Zanzibaru. Z dwóch pierwszych sylab tych toponimów: tan- i zan-, utworzono nazwę nowego państwa. Niedawno w kraju świętowano 50. rocznicę uzyskania niepodległości. Przez pół wieku zaszły w nim liczne zmiany. Przede wszystkim znacznie zwiększyła się liczba jego obywateli: z kilku milionów do mniej więcej 47,5 mln mieszkańców. Jeżeli ten wysoki przyrost naturalny się utrzyma, w niedługim czasie Tanzania dołączy do grona najbardziej zaludnionych państw świata. Wzrost populacji nie idzie w parze z poprawą jakości życia. Ponad 50 proc. Tanzańczyków żyje za mniej niż 1,5 dolara dziennie. Tym bardziej zdumiewa fakt, że pod ochroną znajduje się niemal 40 proc. terytorium kraju. Wciąż zakłada się tutaj nowe parki narodowe, a dbanie o przyrodę należy do priorytetów.

 

KOLEBKA LUDZKOŚCI I JEJ SKARBY
W latach 50. XX w. dwoje pasjonatów archeologii Mary i Louis Leakey rozpoczęło wspólne badania, które doprowadziły do odnalezienia prehistorycznych narzędzi, kości i czaszki australopiteka w wąwozie Olduvai w 1959 r. Po pierwszym sensacyjnym odkryciu nastąpiły kolejne. W listopadzie 1960 r. para znalazła szczątki przodka Homo sapiens, nazwanego Homo habilis – „człowiek zręczny”, ponieważ był pierwszym hominidem, który wytwarzał narzędzia i ich używał. Żył ok. 1,75 mln lat temu. Wiele lat po tym wydarzeniu, w 1978 r. na terenie stanowiska archeologicznego Laetoli, leżącego 45 km na południe od Olduvai, Mary Leakey (1913–1996) odkryła odciśnięte i zakonserwowane ślady dwóch innych hominidów. Dzieje tych ziem i dokonanych tu ważnych odkryć można dziś podziwiać w usytuowanym na granicy wąwozu interesującym muzeum. Warto dodać, że nazwa Olduvai (Oldupai) wywodzi się z języka Masajów i oznacza roślinę spotykaną w tym miejscu (Sansevieria ehrenbergii).
     Z Tanzanii pochodzi także jeden z najdroższych kamieni szlachetnych na świecie – tanzanit. Ma on niepowtarzalną niebieską barwę i jest rzadszy od diamentów. Wydobywa się go tutaj tylko w kopalni niedaleko Aruszy i Kilimandżaro, a niektóre źródła podają, że złoża zostaną wyeksploatowane w ciągu 10 lat. Ten kraj to również czwarty po RPA, Ghanie i Mali producent złota w Afryce. Poza tym wydobywa się w nim też inne drogocenne kamienie, takie jak diamenty, rubiny czy szafiry. Podstawę tanzańskiej gospodarki stanowi mimo to przede wszystkim rolnictwo. Obok kawy i herbaty uprawia się tu np. agawę sizalową (2. miejsce pod względem plonów na świecie) oraz słynne goździki.

 

KLEJNOT W KORONIE
Za największy skarb Tanzanii uważa się jednak niewątpliwie najwyższy afrykański szczyt – Kilimandżaro. Oszołomiony jego widokiem pisarz Ernest Hemingway (1899–1961) tak go scharakteryzował: Jest to góra szeroka jak świat, potężna, wysoka i niewiarygodnie biała w promieniach słońca. Nazywano ją m.in. „Górą Złych Duchów”, „Górą Źródlaną”, „Górą Światłości” lub „Białą Górą”. Europejczycy długo nie mogli uwierzyć, że w Afryce znajdują się wierzchołki pokryte śniegiem (początkowo sądzono, że to osady solne lub złoża kwarcu odbijające światło). W 1889 r. sprawdzili to po raz pierwszy Niemiec Hans Meyer (1858–1929) i Austriak Ludwig Purtscheller (1849–1900). Z kolei pierwszym Polakiem, który wspiął się na Kilimandżaro, był zoolog Antoni Jakubski (1885–1962). Dokonał tego w 1910 r.
     Trekking na szczyt trwa zazwyczaj 5 dni i stanowi prawdziwe wyzwanie dla miłośników górskich wędrówek. Trasa nie należy do prostych, ale wszystkie trudy wynagradza panorama rozpościerająca się z wysokości 5895 m n.p.m. Podziwiając ją, można poczuć się prawdziwie wolnym człowiekiem. W końcu najwyższy wierzchołek góry nosi nazwę Uhuru, czyli „Wolność”, a otrzymał ją po uzyskaniu niepodległości przez Tanganikę. Jeśli samo wejście na „Dach Afryki” to dla kogoś zbyt mały wysiłek, zostaje mu jeszcze udział w corocznym Maratonie Kilimandżaro (Kilimanjaro Marathon, kolejny bieg 28 lutego 2016 r.). Odbywa się on co roku pod koniec lutego lub na początku marca, a nagroda pieniężna przyciąga wielu zainteresowanych.
     Za klejnoty kraju uchodzą też jego wielkie jeziora: Tanganika, Jezioro Wiktorii czy Manyara. Pierwsze z nich, otoczone wysokimi górami, jest najdłuższym słodkowodnym zbiornikiem świata. Ciągnie się przez 673 km (dla porównania Wisła ma 1048 km) na granicy Tanzanii, Burundi, Demokratycznej Republiki Konga i Zambii. Położona na wysokości 773 m n.p.m. w strefie ryftu wschodnioafrykańskiego Tanganika to najgłębsze jezioro kontynentu (1470 m). Żyje w nim ponad 300 gatunków ryb oraz hipopotamy i krokodyle. Aby zobaczyć te wszystkie cuda, najlepiej wybrać się na safari.

 

NA TROPIE
Podróż do Afryki nie byłaby pełna bez safari. Oglądanie zwierząt w ich naturalnym środowisku przenosi turystę w świat pionierów, którzy odkrywali Czarny Ląd na przełomie XIX i XX w. Specjalnie przystosowane samochody z otwieranym dachem pozwalają przyjrzeć się przepięknej sawannie z bliska. Zazwyczaj są to niezniszczalne land-rovery, nazywane potocznie „landrynami”. Jednak gdy człowiek przypatruje się z nich dzikim stworzeniom, zastanawia się, kto kogo obserwuje – on je czy może na odwrót…? Tysiące antylop gnu razem z zebrami pasą się na trawie. Niedaleko dumnie kroczy stado siedmiu żyraf, a kawałek dalej w małym bajorku kąpie się kilkutonowy słoń. Ciszę przerywa jedynie dźwięk dobywający się z radia, przez które nasz kierowca dowiaduje się o gepardzicy z młodymi nieopodal nas. Jedziemy! Kto pierwszy raz zobaczy z bliska lwa albo zebrę na wolności, nie zapomni tego widoku do końca życia.

 

ORGANIZACJA SAFARI
Przy planowaniu takiej wyprawy najbezpieczniej skorzystać z pakietów sprawdzonych biur podróży z Polski. Ich wieloletnie doświadczenie i nawiązane kontakty z miejscowymi usługodawcami są gwarancją sukcesu. Wyjazd organizują z uwzględnieniem przelotów i dodatkowych opłat. Z drugiej strony, w internecie znajdziemy bardzo dużo konkurencyjnych ofert tego typu. Trudno jednak sprzed ekranu komputera ocenić ich wiarygodność. Często trzeba mieć sporo doświadczenia albo niezawodny instynkt, żeby nie dać się oszukać. Najkorzystniej jest wybrać kogoś wcześniej poleconego lub poczytać na forach internetowych o najlepszych lokalnych przewodnikach. Warto zwrócić uwagę na to, czy cena safari zawiera koszty transportu, noclegów (w hotelach, lodżach bądź na biwakach), wyżywienia, wynajęcia kierowcy oraz opłaty za wstęp do parków lub rezerwatów, a potem wszystko przeliczyć i nie pozwolić się ponieść zbędnym emocjom. Wielu Polaków chwali sobie wyjazdy za granicę z polskojęzycznym pilotem, który zatroszczy się o każdy detal podróży i ułatwi poznanie kraju od podszewki.

 

ETYKIETA NA SAWANNIE
Leave no trace but memories (z ang. „nie pozostawiaj za sobą nic oprócz wspomnień”) – taki napis widnieje u wejścia do jednego z tanzańskich parków narodowych. Turyści muszą pamiętać, że z samochodu nie wolno wysiadać pod żadnym pozorem. Lew, patrząc na nas, widzi o wiele większe zwierzę od siebie: auto na 4 kołach, i dlatego nas nie atakuje. Samotnie na sawannie stajemy się dość łatwym i pysznym kąskiem. Tylko w nielicznych wyznaczonych miejscach można opuścić pojazd. Dzięki otwieranemu dachowi z lornetką w ręku wypatrzymy orzełka afrykańskiego na drzewie czy nadlatujące stado sępów. Cel safari stanowi przede wszystkim poznanie królestwa dzikich zwierząt przez obserwację, czyli nie zakłócanie ich spokoju. Nie wolno więc krzyczeć do nich ani wpływać w żaden sposób na ich zachowanie, nie wspominając już o wyrzucaniu śmieci za okna… Obowiązuje zasada niezbliżania się do mieszkańców parku bądź rezerwatu na odległość mniejszą niż 20 m, chociaż oni sami często potrafią nas zaskoczyć, gdy z ciekawości podchodzą do samochodów.

 

KIEDY JECHAĆ
Sawanna żyje przez okrągłe 12 miesięcy i zawsze wygląda inaczej. Powszechnie uważa się, że sezon na safari trwa od listopada do końca marca, ale trzeba pamiętać o tym, że w Afryce Wschodniej występują dwie pory: sucha i deszczowa – każda z nich przypada dwukrotnie w ciągu roku. Pierwsza pora deszczowa panuje od kwietnia do końca maja, druga – od października do ostatnich dni grudnia. Pora sucha zaczyna się w styczniu i kończy wraz z marcem, aby znowu powrócić od czerwca do września. Zdarza się, że opady pojawiają się niespodziewanie, poza ramami wyznaczonymi przez meteorologów, i wtedy przyjdzie nam nauczyć się afrykańskiej cierpliwości. Najlepiej poczekać, aż przeminie wysoki sezon, trwający zawsze od Nowego Roku do końca lutego. Turystom zainteresowanym kwitnącymi baobabami i niesamowicie zieloną sawanną polecam okres deszczów. Jedno jest pewne – niezależnie od tego, kiedy będziemy w Afryce, czeka nas wspaniała przygoda.

 

„ZIEMIA BEZ KOŃCA”
Istnieje kilka miejsc w Tanzanii, które zawładną każdym, nawet już doświadczonym podróżniczo sercem. Zalicza się do nich Park Narodowy Serengeti słynący z niezwykłego cudu natury – Wielkiej Migracji. Siringet w języku Masajów oznacza „ziemię bez końca”, gdyż po horyzont ciągnie się tu gigantyczna płaska równina niczym morze traw. Od milionów lat życie toczy się na niej niezmienionym rytmem, wyznaczanym przez deszcze i porę suchą. Razem z opadami wędrują zwierzęta. W czerwcu lub lipcu wielkie stada gnu pręgowanych wyruszają z południowej części Serengeti na zachód i północ, aby dotrzeć do słynnej rzeki Mara, gdzie czekają na nie wypatrujące pożywienia krokodyle. Zawrócić nie mogą, gdyż oznaczałoby to dla nich śmierć z głodu. Podczas przeprawy ginie ok. 200 tys. antylop, aby wiosną urodziło się kolejne 400 tys. młodych. Najbardziej wytrwałe gnu po przeprawieniu się na drugi brzeg do końca października pasą się na świeżej trawie Rezerwatu Narodowego Masai Mara w Kenii. W listopadzie zbierają się do drogi powrotnej na tanzańską równinę.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL

Gnu pręgowane żyje w dużych stadach


Moim największym przeżyciem znad rzeki Mara był nieprawdopodobny widok wielkiego stada hipopotamów, liczącego ok. 50 sztuk, które całą grupą zaczęły biec w kierunku naszego samochodu. Tupot kopyt po wodzie wszystkich osobników naraz (każdy waży mniej więcej 1,5 t) to niesamowicie przerażający, dudniący w uszach dźwięk. Na szczęście, te ssaki raczej się nie wspinają, zatem ich obserwacja z góry przebiegła spokojnie. Co ciekawe, wyglądające na potulne i leniwe „hipcie”, jak zwą je pieszczotliwie dzieci, należą do najbardziej niebezpiecznych zwierząt Afryki. Wtargnięcie na ich terytorium oznacza szybką śmierć, zazwyczaj poprzez rozerwanie nieproszonego gościa (krokodyla czy człowieka) na kawałki jednym klapnięciem wielkiej szczęki.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL

Hipopotamy na terenie krateru Ngorongoro

 

AFRYKA W PIGUŁCE
Dumę Tanzanii – Obszar Chroniony Ngorongoro – w 1979 r. wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Z geologicznego punktu widzenia jego teren tworzy rozległe zagłębienie w szczycie stożka wulkanu, który 2–3 mln lat temu wybuchł, pozostawiając gigantyczną kalderę o średnicy mniej więcej 20 km. Dno krateru znajduje się na wysokości 1800 m n.p.m. i jest osłonięte wysokimi, stromymi zboczami wznoszącymi się na ok. 600 m. Przez wiele lat pozostawało w ukryciu, a myśliwym nie chciało się pokonywać trudnej i niebezpiecznej drogi w dół, aby tu polować. Nosorożce czarne, hipopotamy, słonie, lwy, zebry i antylopy żyły więc jak w raju, niczym na swoistej arce Noego. To jedyne miejsce na świecie, gdzie słonie nie atakują ludzi, gdyż nie mają złych wspomnień z nimi związanych. Podróżnicy mogą podziwiać w rezerwacie jedne z najpiękniejszych widoków, jakie będzie im dane zobaczyć w życiu. Ngorongoro stanowi prawdziwy raj dla fotografów, a jednocześnie – olbrzymi wodopój dla roślinożerców i magazyn pożywienia dla mięsożerców. Czas zamyka się w nim w pętlę życia i śmierci, która tworzy specyficzną harmonię tego wyjątkowego zakątka. Co więcej, obserwować toczące się tutaj życie można nawet nocą praktycznie z okna swojego pokoju w jednej z miejscowych lodży.  

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL

Masajowie przypływają na Zanzibar sprzedawać turystom pamiątki

 

„ZIEMIA CZARNYCH”
Po trudach i niezwykłych emocjach safari warto wysiąść na dobre z samochodu i z małego lotniska w Aruszy polecieć do… raju, w którym urodził się w 1946 r. wokalista zespołu Queen – Freddie Mercury (Farrokh Bulsara). To w tym miejscu po raz pierwszy w Afryce wprowadzono kolorową telewizję (w 1974 r.). Jego nazwa pochodzi od dwóch słów – zendż (zenj, jak określano czarnych mieszkańców Afryki Wschodniej) oraz arabskiego i perskiego oznaczenia lądu (ziemi) albo wybrzeża (końcówka -bar). Zanzibar, czyli „Ziemię Czarnych”, nazywa się „wyspą przyprawową” lub „korzenną”. W XIX w. był on największym producentem i eksporterem goździków na świecie. Do dziś przyjrzymy się na nim, jak rośnie pieprz, wanilia lub gałka muszkatołowa, jakiego koloru są liście cynamonu i w jaki sposób wytwarza się kardamon. Z zanzibarską historią wiążą się wpływy arabskie (terytorium należało do sułtanatu Omanu) i, co za tym idzie, muzułmańskie. Poza tym na wyspie funkcjonowało duże centrum handlu niewolnikami.

FOT. WWW.PALMS-ZANZIBAR.COM

Tradycyjna arabska łódź dau (dhow) napędzana za pomocą żagla

 

WYSPIARSKIE ŻYCIE
W X w. będący pod wpływem kultury Suahili Zanzibar skolonizowali Arabowie i Persowie. Na samym początku XVI w. opanowali go Portugalczycy, a blisko 200 lat później, bo w 1698 r., władzę nad nim objął sułtan Omanu. W 1890 r. kontrolę nad tymi terenami przejęli Brytyjczycy. Dopiero w 1963 r. kolonia uzyskała niepodległość. Po rewolucji i połączeniu się z Tanganiką znalazła się w granicach Zjednoczonej Republiki Tanzanii, chociaż dziś stanowi autonomiczny region tego kraju z własnym prezydentem, rządem i 82-osobowym jednoizbowym parlamentem (Baraza la Wawakilishi).
     Zanzibar (Unguja) jest największą z wysp archipelagu o tej samej nazwie. Ma powierzchnię 1660 km² i żyje na nim ponad 900 tys. mieszkańców. Historyczna część stolicy autonomii – Stone Town (z ang. „Kamienne Miasto”) zachwyca i zarazem szokuje. Niejednego przybysza urzekają w niej przepiękne rzeźbione drzwi. Zgodnie z tradycją budowanie domu w tym rejonie rozpoczynano od tego właśnie jego elementu. Najstarsze zachowane dzieło sztuki tego typu pochodzi z 1694 r. i służy dziś jako wejście do Peace Memorial Museum. Zdobienia na zanzibarskich ościeżnicach często nawiązują do handlu i wykorzystują motywy morskie. Na framugach w całym Stone Town znajdziemy kształty ryb, łusek, falujących linii, które uświadamiają nam rolę, jaką odgrywa ocean w życiu Zanzibarczyków. Szokująco wygląda natomiast fakt, że każdego roku w „Kamiennym Mieście” zapada się przynajmniej jeden budynek. Przez 10 lat od 1982 r. ze względu na brak prac konserwacyjnych zawaliło się ich 85. Szacuje się, że tylko niespełna 15 proc. zabudowań tego fragmentu stolicy jest w dobrym stanie. Niestety, czasy świetności sułtańskiej Zanzibar ma już za sobą.
     Na miejscu warto zwiedzić niegdysiejszą rezydencję sułtana, czyli Beit-al-Ajaib – House of Wonders (Dom Cudów), a także wybudowany w XVII w. Stary Fort. O smutnym rozdziale historii regionu przypomina dawny rozległy targ niewolników, w centrum którego stoi teraz anglikańska katedra z XIX stulecia. Widok ciasnych pomieszczeń piwnicznych, gdzie przetrzymywano kiedyś „żywy towar”, przyprawia o gęsią skórkę. Ciekawostką jest fakt, że w Stone Town o powierzchni ok. 1 km2 i populacji porównywalnej do ludności Wieliczki (20 tys. mieszkańców) odbywa się coroczny Międzynarodowy Festiwal Filmowy Zanzibar (Zanzibar International Film Festival – ZIFF). Wydarzenie łączy ze sobą różne dziedziny: film, muzykę, taniec i teatr. W trakcie jego trwania odbywają się też warsztaty i panele dyskusyjne na Zanzibarze oraz sąsiedniej Pembie. Najbliższa edycja festiwalu odbędzie się w dniach od 18 do 26 lipca 2015 r.

 

RAJ NIESKAŻONY
Turyści ściągają tutaj, aby odpocząć na bialutkim piasku, zanurzyć się w turkusowej wodzie czy ponurkować (z maską i rurką) na rafie koralowej. Co ciekawe, mieszkańcy wschodniej części wyspy uprawiają wodorosty. Codziennie podczas odpływu kobiety w pięknych kolorowych sukniach wchodzą do Oceanu Indyjskiego podwiązać wyrzucone przez wodę algi. Każda z nich pielęgnuje swoje poletko, żeby po kilku tygodniach wysuszyć na brzegu glony i sprzedać je za krocie na targu w Stone Town. Chociaż żyją bardzo skromnie, wiedzą, że turystyka przynosi ich krajowi duże dochody. Przestają więc dziwić je roznegliżowani turyści na plaży, mimo iż ich rzeczywistością rządzą zasady konserwatywnego islamu.
     Na Zanzibarze, a w szczególności na sąsiednich wyspach Pembie i Chumbe wciąż jeszcze znajdziemy wiele nieskażonych cywilizacją miejsc. Za najlepszy ekologiczny ośrodek wypoczynkowy w tej części Afryki uznaje się ten na koralowej Chumbe, leżącej 12 km na zachód od zanzibarskich brzegów. Tworzy go tylko 7 bungalowów stojących na samej plaży. Park Koralowy Wyspy Chumbe (Chumbe Island Coral Park) ze swoim 3-kilometrowym półwyspem bialutkiego piasku, turkusową wodą oblewającego go Oceanu Indyjskiego, licznymi baobabami i gigantycznymi krabami palmowymi nieodparcie przypomina raj. W domkach do wytworzenia prądu wykorzystuje się energię słoneczną, a toalety są w pełni ekologiczne, bo kompostujące. Z kolei dania tutejszej kuchni to mieszanka afrykańsko-indyjsko-arabska. W tym samym czasie na terenie obiektu może przebywać jedynie 14 gości, dlatego to świetna propozycja dla tych, którzy szukają ciszy, spokoju i odrobiny samotności.

***

Tanzański klejnot Zanzibar zachwyca przybyszów z Europy strudzonych wędrówką przez parki narodowe i afrykańskie miasteczka oraz wspinaczką na najwyższy szczyt Czarnego Lądu. Trzeba jednak pamiętać o tym, że śniegi Kilimandżaro topnieją z roku na rok, a wpływ człowieka na wspaniałą przyrodę Tanzanii wciąż się zwiększa. Spieszmy się więc zobaczyć ten urzekający i wyjątkowy świat, bo czasu na to pozostało nam naprawdę niewiele...

Artykuły wybrane losowo

Nieznany niesamowity Honduras

 

Copan Stairs Day

Imponujące Schody Hieroglifów w Copán mają 62 stopnie o szerokości 10 m

© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

IZABELA RUTKOWSKA

 

Honduras jako jeden z niewielu krajów na świecie oparł się masowej turystyce i komercjalizacji. Długo okryty był złą sławą, a to ze względu na niestabilną sytuację polityczną i panującą w nim biedę. Według rozpowszechnionych stereotypów wciąż uchodzi za miejsce niebezpieczne. Jednak podczas wizyty w Hondurasie łatwo odczarujemy ten jego wizerunek. Znajdziemy w nim wszystko, co sprawia, że wyjazd staje się podróżą marzeń. Zanurzymy się tu w krystalicznie czystych, turkusowych wodach Morza Karaibskiego, zakochamy się w pięknych złotych plażach, odkryjemy niezliczone gatunki egzotycznej fauny w tropikalnych lasach i pełne tajemnic ruiny miast niezwykłej cywilizacji Majów.

 

Ten niewielki kraj (jego powierzchnia wynosi prawie 112,5 tys. km2) leży w Ameryce Środkowej, w sąsiedztwie Gwatemali, Salwadoru i Nikaragui. Zamieszkuje go ponad 9,1 mln ludzi. Mniej więcej połowa z nich to katolicy, drugą co do wielkości grupą wyznaniową są protestanci (ok. 40 proc.). Hondurasu nie zalała jeszcze masowa turystyka, co stanowi jego ogromny atut. Jest to świetne miejsce na wyjazdy kulturowe i przyrodnicze oraz wyprawy dla osób aktywnych. Tutejsze wybrzeże Morza Karaibskiego uchodzi za prawdziwy raj dla nurków. Na południowym zachodzie kraju znajduje się zatoka Fonseca (Golfo de Fonseca) wychodząca na Ocean Spokojny. Uważa się ją za jeden z najlepszych naturalnych portów na świecie. Prawie 80 proc. terytorium Hondurasu zajmują wyżyny i góry. Karaibski brzeg o długości mniej więcej 670 km porastają gęste lasy.

 

Honduran cechuje skromność i serdeczność, a także wielka miłość do ojczyzny. Ich ulubionym sportem jest piłka nożna. W lipcu 1969 r. rozegrał się konflikt zbrojny między Hondurasem a Salwadorem. Wojna stu godzin, nazwana przez polskiego reportażystę Ryszarda Kapuścińskiego wojną futbolową, pochłonęła ok. 2 tys. ofiar. Walki przerwała interwencja Organizacji Państw Amerykańskich, lecz napięcie w kontaktach obu krajów utrzymywało się jeszcze latami. Zarzewiem konfliktu miała być rzekomo przegrana honduraskiej drużyny w meczu kwalifikacyjnym do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 1970 odbywającym się 15 czerwca 1969 r. w San Salvadorze (salwadorskiej stolicy). W rzeczywistości jednak stosunki między tymi państwami nie należały do najłatwiejszych już dużo wcześniej. Główny powód wybuchu wojny stu godzin stanowił fakt, że na przygranicznych obszarach Hondurasu masowo osiedlali się salwadorscy rolnicy poszukujący pracy. Honduraskie władze chciały zmusić Salwadorczyków do powrotu do ojczyzny, ale rząd Salwadoru obawiał się, że będą oni żądać reformy rolnej i przydziału ziemi.

 

DZIEDZICTWO MAJÓW

 

Sport, a właściwie sportowe emocje towarzyszyły człowiekowi od zawsze. W Imperium Rzymskim wrażeń dostarczały walki gladiatorów, starożytni Grecy żyli igrzyskami olimpijskimi, natomiast większość ludów prekolumbijskich miała swoją grę w piłkę, czyli juego de pelota.W ruinach majańskich miast w Ameryce Środkowej do dziś zachowały się boiska do grania. Jedno z największych i najbardziej imponujących powstało w Copán, znajdującym się obecnie na zachodzie Hondurasu. Ta mezoamerykańska gra była bardzo trudna i wymagała nie lada umiejętności. Do zawieszonej na wysokości kilku metrów kamiennej obręczy należało trafić podłużną kauczukową piłką (niekiedy nawet 4-kilogramową), którą odbijało się wyłącznie łokciem, kolanem lub biodrem. Gracze używali specjalnych ochraniaczy, często zrobionych z drewna. Z tego, że sport to nie do końca zdrowie, a jego uprawianie może powodować kontuzje i ciężkie obrażenia, Majowie doskonale zdawali sobie sprawę. Oprócz źródła sportowych emocji gra stanowiła też swojego rodzaju rytuał. Często jedna z drużyn składała się z jeńców wojennych i to właśnie ten zespół skazany był na porażkę. Wedle reguł krwawego wariantu rozgrywek kapitan drużyny przegranej tracił głowę. Podczas spaceru po wielkim boisku w Copán łatwo wyobrazić sobie, jak kilkunastu młodzieńców toczy tu walkę na śmierć i życie.

 

Majowie swoje miasta budowali na trudno dostępnym obszarze, w zakątkach głęboko ukrytych wśród gęstych tropikalnych lasów. Dotarcie do nich wymagało znakomitej wiedzy o przyrodzie, tężyzny fizycznej, odwagi i orientacji w terenie. Stanowisko archeologiczne Copán to największe i najlepiej zachowane pozostałości po majańskiej cywilizacji w całym kraju. Koniecznie trzeba je odwiedzić podczas wizyty w Hondurasie. Ruiny zostały odkryte na początku XIX w., ale dopiero w 1841 r. dzięki publikacji amerykańskiego podróżnika Johna Lloyda Stephensa i angielskiego rysownika Fredericka Catherwooda świat dowiedział się więcej o tym niezwykłym miejscu.

 

Tajemniczy Majowie zamieszkiwali półwysep Jukatan i rejony na południe od niego. Do najważniejszych ich ośrodków należały m.in. Chichén Itzá i Palenque (w Meksyku), Tikal (w granicach Gwatemali) czy właśnie Copán. To ostatnie miasto słynie przede wszystkim z najdłuższego znanego majańskiego tekstu utrwalonego pismem hieroglificznym, który opisuje historię jego władców. Znajdziemy go na kamiennych Schodach Hieroglifów prowadzących do centrum ceremonialnego. Składały się na nie świątynie budowane na piramidach schodkowych, zespoły pałacowe, dziedzińce i wspomniane boisko. Na głównym placu mieszkańcy spotykali się w ważnych dla społeczności momentach i z okazji uroczystości religijnych. Znajdowały się tu również stanowiska do prowadzenia niezwykle ważnych dla prekolumbijskich cywilizacji obserwacji astronomicznych. Okres świetności Copán przypada na stulecia od V do VIII. W tym czasie miasto mogło zamieszkiwać nawet 20 tys. osób. Nie bez powodu ośrodek nazywa się Atenami Nowego Świata. Centrum otoczone było dzielnicami mieszkalnymi. W Copán można spędzić cały dzień. Warto przy okazji zajrzeć do tutejszego bardzo ciekawego muzeum archeologicznego.

 

Ten skarb kraju znajduje się jedynie ok. 10 km od gwatemalskiej granicy. Dlatego z Gwatemali często organizuje się fakultatywne wycieczki do Copán. W Hondurasie warto jednak zostać na dużo dłużej.

 

OWOCOWY PORT

 

Na nizinnym obszarze kraju rozciągającym się wzdłuż wybrzeża karaibskiego można spotkać ceibę, w kulturze Majów uważaną za święte drzewo. Jej polska nazwa rodzajowa to puchowiec. Roślina ta występuje licznie w basenie Morza Karaibskiego. Drzewo ma charakterystyczną gładką korę, a z upływem lat pokrywają je gęsto kilkucentymetrowe kolce. Od wieków wykorzystywane jest jako środek leczniczy przy problemach związanych z układem moczowym, jak również przy schorzeniach skóry. Z oleju z nasion ceiby produkuje się mydło. Najcenniejszą jej częścią są jednak włókna nasienne (w formie puchu) o znacznych właściwościach wypornościowych nazywane kapokiem. Wykorzystuje się je w tapicerstwie i jako materiał izolacyjny oraz wypełnia się nimi poduszki i materace (kiedyś używano ich w kamizelkach ratunkowych). Obecnie coraz częściej kapok bywa zastępowany sztucznymi odpowiednikami.

 

Od puchowca pochodzi nazwa trzeciego co do wielkości ośrodka miejskiego Hondurasu. La Ceiba to ponad 200-tysięczne miasto portowe, stolica departamentu Atlántida. Właśnie stąd eksportuje się do Stanów Zjednoczonych owoce z Ameryki Środkowej, m.in. grejpfruty, pomarańcze, cytryny, a przede wszystkim ananasy i banany. Plantacje bananowca są bardzo charakterystycznym elementem krajobrazu północnej i północno-wschodniej części kraju. W 1899 r. powstała spółka United Fruit Company operująca na terenie Ameryki Środkowej i Południowej. Firma była właścicielem największych plantacji i uzależniła Honduras od uprawy bananów, na eksporcie których zarobiła ogromne pieniądze. Miała poza tym znaczący wpływ na politykę w tym kraju i wielu innych, nazywanych z tego względu republikami bananowymi.

 

La Ceiba uchodzi za honduraską stolicę rozrywki. Turyści przyjeżdżają tutaj zwłaszcza w maju na festiwal karnawałowy organizowany ku czci patrona miasta – św. Izydora Oracza.

 

MIESZKAŃCY KARAIBÓW

 

Niedaleko La Ceiby znajduje się Park Narodowy Pico Bonito (Parque Nacional Pico Bonito), drugi co do wielkości w kraju (ok. 1070 km² powierzchni). Majestatyczna góra (Pico Bonito) o charakterystycznym trójkątnym wierzchołku to wizytówka tego portowego miasta. Szczyt położony w paśmie górskim o nazwie Nombre de Dios wznosi się na wysokość 2435 m n.p.m. O wyjątkowości tego obszaru stanowi bogactwo flory i fauny oraz piękno krajobrazu. Na stosunkowo niewielkiej powierzchni rozwinęły się tu różne systemy roślinne, w tym gęste lasy równikowe na wybrzeżu i leśne kompleksy wysokich partii gór. Warto spędzić w tej malowniczej okolicy więcej czasu. Można go poświęcić na wspinaczkę górską, kąpiele w naturalnych akwenach czy obserwowanie ptaków. W tym rejonie występuje ok. 700 ich gatunków! Spotyka się tutaj piękne bławatniki, kolorowe tukany, wielkie czerwone ary i mnóstwo innych fascynujących stworzeń. Rzeka Cangrejal przepływająca przez park idealnie nadaje się na rafting. Jest jednym z najbardziej znanych w Hondurasie miejsc do uprawiania tej aktywności. Obszar parkowy stanowi część mezoamerykańskiego korytarza migracyjnego zwierząt, obejmującego Amerykę Środkową. W krajach leżących w tym regionie występuje mniej więcej 8 proc. znanych na świecie gatunków fauny, w tym wiele endemicznych.

 

Przy opisywaniu tego rejonu naszego globu nie sposób nie wspomnieć o Garifuna, czyli o tzw. Czarnych Karaibach. Ich bardzo liczna społeczność zamieszkuje właśnie tereny nad rzeką Cangrejal w pobliżu Parku Narodowego Pico Bonito. W całym Hondurasie żyje ok. 100 tys. przedstawicieli tej grupy etnicznej, najwięcej spośród wszystkich krajów w basenie Morza Karaibskiego. Garifuna są potomkami rdzennej ludności Karaibów i Afrykańczyków przywiezionych do pracy na plantacjach. Przekazy mówią o dwóch statkach transportujących afrykańskich niewolników, które w 1635 lub 1675 r. rozbiły się w pobliżu wyspy Saint Vincent w archipelagu Małych Antyli. Prawie wszyscy ocaleli i zasymilowali się z miejscowymi Karaibami. Od połowy XVIII w. władzę w rejonie archipelagu zaczęli przejmować Brytyjczycy. Mieszkańcy wysp długo stawiali opór nowym porządkom. Ostatecznie na obszarze brytyjskiej kolonii pozwolono pozostać rdzennej ludności, tzw. Czerwonym Karaibom, resztę zesłano w 1797 r. na wyspę Roatán u wybrzeży Hondurasu. Była ona zbyt mała, aby pomieścić nowych mieszkańców, którzy szybko przenieśli się na kontynent. Kultura dumnych Garifuna rozwija się do dziś i wraz z ich językiem, tańcem i muzyką została wpisana na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Warto spędzić w zamieszkanym przez nich rejonie choć jeden cały dzień i dać się porwać rytmom energetycznych punty i hunguhungu (fedu) czy zagrać w domino przy szklaneczce wyśmienitego honduraskiego rumu. Produkcji tego trunku sprzyjają idealne warunki do uprawiania trzciny cukrowej.

 

AROMATYCZNE PAMIĄTKI

 

Z Hondurasu pochodzi jedna z najlepszych kaw na świecie. Paczka aromatycznych ziaren będzie znakomitą pamiątką lub prezentem z tego kraju. Aby dowiedzieć się czegoś więcej o uprawie kawowców, najlepiej udać się na jedną z licznych plantacji i do palarni kawy. W takich miejscach można spróbować świeżo przyrządzonego napoju i przekonać się, że zazwyczaj różni się on zdecydowanie jakością od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Zmielona kawa w sklepach w Europie często magazynowana bywa nawet ponad rok. O niepowtarzalnym smaku i doznaniach związanych z piciem tego napoju stanowi aromat, a on szybko się ulatnia. Dlatego też zawsze należy kupować kawę w ziarnach. Kawowce uprawiane są w Hondurasie na stokach o odpowiednim nachyleniu i nasłonecznieniu (głównie na terenie departamentu El Paraíso, czyli Raj). Przed palącym słońcem chronią je wysokie drzewa. Od października do stycznia pielęgnowane ręcznie krzewy pokrywają się czerwonymi dojrzewającymi owocami. Po zebraniu przy pomocy prasy pozbawia się je skórki, a następnie płucze i oddziela miąższ w procesie fermentacji. Kolejnym etapem jest suszenie, które niejednokrotnie odbywa się na słońcu. Rozsypane na plandekach ziarna to częsty widok w Hondurasie. Ostatni etap stanowi palenie – końcowe nierzadko odbywa się już w kraju importera. Najwartościowszą honduraską kawę oznacza się symbolem SHG (Strictly High Grown). Pochodzi ona z najlepszych upraw położonych na średniej wysokości ok. 1350 m n.p.m. Za jej kilogram trzeba zapłacić nawet kilkaset złotych.

 

Z Hondurasu warto przywieźć również cygara. W niewielu miejscach na świecie panują sprzyjające warunki do uprawy dobrego tytoniu. Liści z honduraskich plantacji, skoncentrowanych przede wszystkim na żyznym obszarze malowniczej doliny Jamastrán w departamencie El Paraíso, używają najwięksi światowi producenci. Od klimatu, rodzaju gleby, stopnia nasłonecznienia i poziomu wilgotności zależy smak, aromat, rozmiar i kolor cygar. Te z Hondurasu są wyraziste i aromatyczne.

 

KARAIBSKA IDYLLA

 

004PicoBonito
Pico Bonito, motyl Caligo memnon nazywany sową
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

Ten środkowoamerykański kraj to mekka miłośników nurkowania i wędkarstwa. Jego nazwa pochodzi od wyjątkowej głębokości wody w okolicy karaibskiego wybrzeża. W języku hiszpańskim hondo znaczy „głęboki”. Honduras leży wzdłuż drugiej co do wielkości na świecie (mającej długość ok. 1 tys. km) rafy koralowej zwanej Wielką Rafą Koralową Majów (Mezoamerykańskim Systemem Rafy Barierowej). Zwykle kojarzy się z nią Belize i głęboka studnia Great Blue Hole, ale prawdziwe bogactwo podwodnego świata kryje się także nieopodal honduraskiego archipelagu Islas de la Bahía. W jego skład wchodzą główne wyspy Roatán, Guanaja i Útila. Są one łatwo dostępne, a pobyt na nich nie kosztuje na ogół zbyt dużo. Z wyjątkiem rajskiego skrawka lądu, za jaki uważa się słusznie Roatán, nie ma tu rozbudowanych luksusowych hoteli i resortów, za to w wielu miejscach możemy spędzić niezapomniane chwile w hamaku na tarasie drewnianego domku na palach lub na dziewiczej plaży. W okolicach Útili znajdziemy jedne z najzdrowszych i najmniej zniszczonych koralowców w Morzu Karaibskim. Poza tym spotyka się w tym rejonie liczne rekiny wielorybie, płaszczki, homary, krewetki czy mureny. Jeśli dopisze nam szczęście, natkniemy się na stado delfinów. Nie bez powodu wyspa ta (jak zresztą cały archipelag Islas de la Bahía!) uchodzi za jedno z najlepszych miejsc do nurkowania na świecie.

 

 MG 7855

Roatán – tzw. Dolphin Encounter zaprasza na spotkanie i pływanie z delfinami 
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

Miłośnicy żeglarstwa, kajakarstwa, wędkarstwa, trekkingu, obserwacji ptaków i ekoturystyki koniecznie muszą odwiedzić jezioro Yojoa usytuowane na zachodzie kraju, na wysokości ok. 630–700 m n.p.m. Leży ono między szczytami wygasłych wulkanów. To największe naturalne jezioro Hondurasu. Znajdują się tu parki narodowe Montaña Santa Bárbara (Parque Nacional Montaña Santa Bárbara) i Cerro Azul Meámbar (Parque Nacional Cerro Azul Meámbar). Na tym obszarze występują np. legwany, węże, małpy, oceloty i pumy.

 

MIASTO W GÓRACH

 

 F3G1132

Kobiety Garifuna tańczące hunguhungu (fedu)
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

Tegucigalpę, stolicę kraju, zamieszkuje ok. 1,2 mln osób – to ponad jedna ósma ludności całego Hondurasu. Położona u podnóży wzgórza El Picacho, przed wiekami stanowiła ośrodek wydobycia srebra i złota. Miasto sprawia wrażenie nieuporządkowanego. Warto odwiedzić w nim Muzeum Tożsamości Narodowej (Museo para la Identidad Nacional – MIN). W rejonie historycznego centrum wznosi się XVIII-wieczna barokowa Katedra św. Michała Archanioła i budynek Kongresu Narodowego. Miasto często służy turystom za bazę wypadową, ponieważ właśnie stąd bez problemu dostaniemy się do wszystkich najatrakcyjniejszych miejsc w Hondurasie. Niemal z każdego punktu w Tegucigalpie można dostrzec 30-metrową figurę Chrystusa El Picacho ustawioną na szczycie wzgórza El Picacho. Ma ona przynosić nadzieję na lepszą przyszłość krajowi, który w 1821 r. wyrwał się spod hiszpańskiego jarzma i 17 lat później ogłosił pełną niepodległość (26 października 1838 r.), lecz dopiero od niedawna powoli staje na nogi. Ogromną szansą dla tego państwa jest m.in. rozwój turystyki, a temu sprzyja walka ze stereotypami na temat Hondurasu.

 

Aby wczuć się w atmosferę stolicy, warto przystanąć na chwilę i zjeść sprzedawane na każdym rogu arepas, czyli placki z kukurydzy, smażonych platanów czy fasoli. Honduraska kuchnia niewiele różni się od tej spotykanej w innych krajach Ameryki Środkowej. Jej podstawę stanowi ryż, a także fasola przygotowywana na różne sposoby i tortilla. Na śniadanie jada się zwykle tzw. baleadas, czyli właśnie tortille podawane z fasolą, żółtym serem i kwaśną śmietaną. Dodatki zależą – oczywiście – od upodobania. Kilkadziesiąt lempirów (HNL) kosztuje doskonała wersja z awokado, mięsem i wieloma innymi składnikami. Całość doprawia się zazwyczaj bardzo ostrym sosem na bazie papryki jalapeño. Słynny szkocki szef kuchni Gordon Ramsay, który odwiedził Honduras w marcu 2017 r., tak zachwycił się miejscowymi baleadas, że uznał je nawet za zdecydowanie najlepsze latynoamerykańskie danie.    

 

INDIANIE I KOLONIŚCI

 

Ciudad Blanca, legendarne Białe Miasto, można nazwać Atlantydą Ameryki Środkowej. Według wierzeń to właśnie w nim narodził się Pierzasty Wąż (Quetzalcóatl). Uważany był za boga wiatru, nieba, ziemi, wody i płodności. Ok. 300 km od Tegucigalpy archeolodzy odkryli w 2012 r. interesujący zespół ruin. Wiele artefaktów dowodzi, że mogą być to pozostałości legendarnego ośrodka Ciudad Blanca. Stanowisko archeologiczne, którego powierzchnię szacuje się na mniej więcej 50 km², znajduje się w gęstym tropikalnym lesie w historycznym rejonie La Mosquitia (na Wybrzeżu Moskitów – Costa de Mosquitos), na terenie dziewiczego Rezerwatu Biosfery Río Plátano, wpisanego w 1982 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To pełne tajemnic miejsce do dziś chroni wojsko, aby zapobiec kradzieżom. Odnaleziono tu fragmenty starożytnych struktur, w tym ziemnych piramid i placów, oraz liczne przedmioty codziennego użytku.

 

W wielu honduraskich miejscowościach natkniemy się na ślady kolonialnych czasów. Perełką architektury i niezmiernie ciekawym miejscem jest Gracias, dawna stolica Hondurasu (dzisiaj departamentu Lempira), założona w 1536 r. Do najstarszych tutejszych budynków należy świetnie zachowany Kościół La Merced, który powstał na początku XVII w. Obowiązkowo trzeba wybrać się też na spacer do hiszpańskiego Fortu św. Krzysztofa (Fuerte San Cristóbal), z którego rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na całą dolinę. Wiele nazw własnych w Gracias nawiązuje do imienia pochodzącego z tego terenu legendarnego Lempiry (ok. 1499–1537), bohaterskiego władcy Indian Lenca (zamieszkujących terytorium dzisiejszego Hondurasu i Salwadoru), walczącego z hiszpańskimi konkwistadorami w latach 30. XVI stulecia. W pobliżu miasta znajdują się najsłynniejsze naturalne gorące źródła w kraju (Aguas Termales „Presidente”).

 

W tej części Ameryki Środkowej jest jeszcze bezsprzecznie mnóstwo do odkrycia. Nie warto się więc zbyt długo zastanawiać nad decyzją o podróży do wciąż raczej nieznanego turystom, lecz niezmiernie fascynującego Hondurasu. Najlepiej po prostu wyruszyć na spotkanie z wielką przygodą.

Finlandia, czyli zimowa ucieczka przed pluchą

Adam Stępień

 

                                                                                                             FOT. VISIT FINLAND AND MEDIA BANK

<< Prawdziwa zima już za pasem. Niektórzy zastanawiają się, jak się przed nią schować, ale tym, którym śnieg i mróz niestraszne, proponuję ucieczkę przed pluchą i szarością środkowoeuropejskiej aury, czyli wyprawę do Finlandii, a przede wszystkim fińskiej Laponii. Jeziora i rzeki skute lodem, zaśnieżone wzgórza i sauny opalane drewnem powinny skusić niejednego podróżnika, szczególnie że przy okazji można odwiedzić Świętego Mikołaja, pojeździć na biegówkach, zjeść stek z renifera, zapoznać się z najnowszymi trendami wzornictwa przemysłowego czy poczytać opowieści o Muminkach… >>

Republika Finlandii to państwo stosunkowo nowe na mapie Europy (istnieje od grudnia 1917 r.), choć sami Finowie żyli na tych terenach przez wieki, najpierw pod panowaniem szwedzkim, a później – rosyjskim. Mimo dość dużej powierzchni – 338 tys. km², kraj ten zalicza się do najsłabiej zaludnionych na kontynencie (ok. 18 osób na 1 km²). Każdego roku staje się jednak coraz bardziej popularnym kierunkiem podróży, w tym także Polaków.

Więcej…

W indonezyjskiej krainie rozmaitości

ANNA MARIA KRAJEWSKA

DAWID ZASTROŻNY

 

W różnorodności siła – to narodowe motto Indonezji wyjątkowo trafnie opisuje ten piękny kraj. Składa się na niego ponad 17,5 tys. wysp, z czego „jedynie” ok. 6 tys. jest zamieszkałych, 300 grup etnicznych, więcej niż pół tysiąca języków. To największe wyspiarskie państwo świata (mające powierzchnię ponad 1,9 mln km2) przyciąga turystów błękitem swoich wybrzeży, zielenią tropikalnych lasów, doskonałymi miejscami do nurkowania i tajemnicą groźnych wulkanów. Aż trudno w to uwierzyć, że te tysiące wysp u południowo-wschodnich krańców Azji, o zróżnicowanej geografii, historii, przyrodzie i tradycjach, należą do jednego kraju – Republiki Indonezji… Indonezyjczycy są niezwykle otwarci i tolerancyjni, bliska jest im postawa szacunku dla innych, dla różnorodności kulturowej. Nic więc dziwnego, że odwiedzający ich goście z całego świata czują się tutaj naprawdę dobrze i bezpiecznie.

Więcej…