BARTEK JANKOWSKI

 

<< Holendrom udało się wiele – sery, piłkarze, tulipany, rowery, drewniane chodaki czy malarze, którzy zdaniem filozofa z filmu „Rejs” malowali ludzi starych i pokurczonych. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, jak tak mały przecież kraj skolonizował w ubiegłych wiekach tyle dalekich lądów. Wśród nich znalazł się słynny tercet z Karaibów: Aruba, Bonaire i Curaçao, czyli w skrócie wyspy ABC. >>

Na mapach i zdjęciach satelitarnych łatwo je przeoczyć. Wyglądają zaledwie jak okruszki zmiecione z północnej części ogromnego stołu Ameryki Południowej. Przez stulecia nie przykuwały takiej uwagi, jak sąsiednie wyspy archipelagów Wielkich i Małych Antyli. Nawet huragany grasujące wszędzie dookoła w miesiącach letnich przybywają tu niezmiernie rzadko. Jak na trojaczki przystało, wszystkie wyspy są zewnętrznie bardzo do siebie podobne. Każda z nich to raczej płaski i surowy skrawek lądu, wystający z Morza Karaibskiego. Porastają je głównie kolczaste krzewy, kaktusy, aloesy i inne sukulenty, a jedynie gdzieniegdzie trafić można na skupione w małych grupkach palmy albo samotne i niemiłosiernie powyginane przez wiatr drzewa divi-divi (Caesalpinia coriaria – brezylki garbarskie).
Powyższy opis nie brzmi raczej zachęcająco, przynajmniej dla niektórych osób. Przyjrzyjmy się jednak bliżej temu wyjątkowemu karaibskiemu regionowi i sprawdźmy, co naprawdę chowa się w nim pod pozorami niegościnnej krainy.  

 

OŚLEPIAJĄCA BLASKIEM ARUBA
Nie będę krył, że w moim osobistym rankingu wysp ABC Aruba zajmuje ostatnie miejsce. Paradoksalnie padła ona ofiarą swojej własnej urody i popularności. Gdy jej włodarze zorientowali się, iż suchy klimat, bezchmurne niebo i pocztówkowe pejzaże mogą stać się źródłem dochodu lepszym nawet niż dominujący tutaj przez dziesięciolecia przemysł rafineryjny, dali inwestorom z branży turystycznej zbyt dużą swobodę w zagospodarowywaniu najatrakcyjniejszych fragmentów lądu. W latach 70. i 80. XX w., kiedy zbudowano najwięcej hoteli i apartamentowców, piękne dotąd wybrzeże na północ od stolicy – Oranjestad, gdzie śnieżnobiały piasek kontrastował z akwamaryną Morza Karaibskiego, upstrzono mnóstwem gmachów niepasujących do naturalnego otoczenia. Teraz pozostaje nam sobie jedynie wyobrażać, jak cudowne musiały być wcześniej plaże Palm Beach, Manchebo, Eagle bądź Malmok. Nie jest tu na pewno aż tak źle, jak np. w meksykańskim Cancún, ale w porównaniu z Curaçao i Bonaire Aruba wygląda niczym Las Vegas. Może dlatego wśród niemal miliona turystów, którzy co roku spędzają na niej wakacje (przy 110 tys. stałych mieszkańców), znaczną część stanowią miłośnicy tutejszych kasyn i goście weselni przybywający na jeden z kilkuset ślubów. Z pewnością na każdym z nich młoda para tańczy leniwie przy dźwiękach Kokomo – przeboju grupy The Beach Boys z 1988 r. Piosenka ta rozpoczyna się przecież właśnie od słowa „Aruba”.

FOT. ARUBA TOURISM AUTHORITY

Palm Beach niedaleko Oranjestad przyciąga rzesze turystów


     Ta ostatnia pozycja w moim rankingu to jednak nadal miejsce na podium. Otóż – na szczęście – wyspa ma drugie, nieskomercjalizowane oblicze, pozwalające odpocząć od masowej turystyki. Za popularną wśród mieszkańców plażą Arashi znajdziemy górującą nad okolicą 30-metrową latarnię morską Kalifornia. Tu zaczyna się dzikie wybrzeże Aruby. Ostatnim łagodnym elementem krajobrazu są rozciągające się niedaleko płaskie piaszczyste wydmy, niespotykane na Curaçao i Bonaire. Dalej widać już tylko surowe skały wapienne i wulkaniczne, smagane silnym wiatrem i falami. Te ostatnie, swoim żmudnym i nieustającym naporem wyżłobiły długie fotogeniczne zatoczki Andicuri, Daimari, Prins (Boca Prins) czy Dos Playa, zwieńczone kameralnymi plażami zachęcającymi do chwili odpoczynku. Morze bywa w tym rejonie wzburzone i zdradliwe, więc kąpiel jest niewskazana, a czasem nawet zabroniona. Centralny punkt tej części wyspy stanowi utworzony oficjalnie w 2000 r. Park Narodowy Arikok, obejmujący niemal 20 proc. jej powierzchni (34 km²). W jego granicach znajdują się 2 najwyższe wzniesienia tego lądu: Jamanota (188 m n.p.m.) i Arikok (176 m n.p.m.). W jaskini Fontein obejrzymy intrygujące piktogramy wykonane na ścianach i suficie przez rdzennych wyspiarzy – Arawaków. Ponoć nazwa „Aruba” pochodzi z ich języka od słów ora („muszla”) i oubao („wyspa”). Wśród barwnych stalaktytów i stalagmitów o fantazyjnych kształtach żyje liczna grupa nietoperzy. W większej grocie Guadirikiri (Quadirikiri) udostępniono zwiedzającym jedną z dwóch dużych izb rozświetlanych teatralnie przez słońce przedostające się przez otwory w suficie. Posiadacze samochodu terenowego albo wytrawni piechurzy mogą dostać się do odosobnionego naturalnego basenu z wodą morską Conchi, powstałego w owalnym zagłębieniu w skałach wulkanicznych.
     Po opuszczeniu parku podążamy dalej wzdłuż nawietrznej strony wyspy i docieramy do jej południowo-wschodniego krańca ze słynną wśród kitesurferów zatoką Boca Grandi. Ich kolorowe deski i latawce w zestawieniu z białym piaskiem i turkusowym morzem tworzą hipnotyzujący widok. Zaczynamy powoli wracać do cywilizacji. Jedziemy na północ w kierunku 35-tysięcznego Oranjestad. Tuż za południowym końcem Aruby natrafiamy na Baby Beach i Rodger’s Beach, dwie wolne od tłumów plaże, niewiele ustępujące urodą tym z północnego zachodu. Ich jedynym mankamentem jest rozpoczynający się raptem kilkaset metrów dalej teren przemysłowy, zdominowany przez istniejącą już od lat 20. XX w. rafinerię ropy naftowej. Choć działa na pół gwizdka, kominy sterczą – niestety – w całej swej okazałości. Nadbrzeżną szosą dostajemy się do zatoki Spanish Lagoon, która z lotu ptaka wygląda jak tulipan. Na jego kielich składają się chronione mokradła porośnięte mangrowcami. W okolicy obejrzeć można ruiny starej przetwórni złota Balashi.
     Wody wokół wyspy zostały zbyt wyjałowione, aby zaciekawiły miłośników życia morskiego. Posiadają jednak coś, co i tak przyciąga nurków – liczne wraki. Najbardziej znany wśród nich to zatopiony w 1940 r. niemiecki frachtowiec Antilla, jeden z największych na Karaibach, spoczywający niedaleko od brzegu.
 
SOLNE ALPY I PODWODNE PASTWISKA BONAIRE
Mimo iż wśród naszych trojaczków Bonaire jest drugie w kolejności alfabetycznej i drugie co do wielkości, grało zawsze trzecie skrzypce w tym tercecie i pełniło jedynie funkcję tła dla swoich dwóch sąsiadek. Przez dziesięciolecia za najcenniejsze jego dobro uważano sól pozyskiwaną z morza w rozległych basenach w południowej jego części. Przemysł rafineryjny pojawił się tu późno i na bardzo małą skalę, więc profity z tego tytułu były i nadal są skromne. Spowolniło to rozwój wyspy, za czego najlepszy przykład może posłużyć Kralendijk, zwany szumnie stolicą, a zamieszkany na stałe przez niewiele ponad 10 tys. ludzi. Tę dość rozległą miejscowość tworzą niemal wyłącznie co najwyżej jednopiętrowe domy, więc przypomina raczej sporą wieś. Jeszcze lepiej wspomniane zahamowanie widać w 2-tysięcznym Rincon, drugim ośrodku Bonaire, po którego ulicach chadzają przez nikogo nie niepokojone kozy i dzikie osły.

FOT. BONPHOTOBONAIRE.COM/ZSUZSANNA PUSZTAI

Bonaire to prawdziwy raj dla nurków


     Prowincjonalność stanowi jednak wielki atut tego skrawka lądu. Sprawia ona, że życie toczy się na nim tak leniwie, jak poruszają się prażące się w słońcu legwany. Pierwszoplanową rolę w tym świecie od kilkunastu już lat odgrywa turystyka, a w zasadzie niszowa jej gałąź, nazywana przeze mnie ichtioturystyką. Warunki są do niej idealne: doskonała widoczność w niezmąconej wodzie, ok. 300 gatunków ryb i ponad 100 rodzajów koralowców. Co prawda, huragan Omar zniszczył w październiku 2008 r. kolonie polipów rosnących najbliżej powierzchni morza, ale trzeba mieć nadzieję, że powoli się one odnowią. Pomoże w tym na pewno fakt, że okolice Bonaire objęto ochroną parku morskiego. Nie wolno wykonywać na jego obszarze żadnej działalności szkodliwej dla środowiska. Wszystko zaczęło się od Amerykanina, kapitana Dona Stewarta (zmarłego, niestety, w wieku 89 lat 28 maja 2014 r.), który oczarowany bogactwem życia podwodnego wokół wyspy osiadł na niej i założył bazę nurkową. Wraz z innymi miłośnikami natury utworzył w 1979 r. Morski Park Narodowy Bonaire (Bonaire National Marine Park). Wszyscy odwiedzający go przybysze: czy to nurkowie, czy pływający z samą maską i fajką, muszą wykupić roczny bilet wstępu. Ma on postać plastikowej plakietki, którą trzeba posiadać zawsze ze sobą w wodzie. Nie poruszamy się tutaj szlakami jak w parkach lądowych, ale podążamy wzdłuż całego zachodniego wybrzeża Bonaire i wokół jej satelity – okrągłego Klein Bonaire – i zwiedzamy po kolei blisko 90 oznaczonych żółtymi kamieniami i bojami punktów do nurkowania i snorkelingu. Warto wypożyczyć w tym celu auto, najlepiej z napędem na 4 koła, aby móc dotrzeć do wszystkich ciekawych miejsc. Pojazd taki będzie potrzebny np. w Parku Narodowym Washington Slaagbai (Washington Slaagbai National Park, Parke Nashonal Washington Slagbaai w języku papiamento), obejmującym prawie całą północną część wyspy. Jego teren przemierza się powoli wyboistymi drogami gruntowymi, ale trudy tej trasy rekompensują wspaniałe, odludne zakątki. Boka Slagbaai z odrestaurowanymi zabudowaniami starego portu czy plaże Boka Bartol, Funchi i Wayaka z bardzo dobrymi warunkami do snorkelingu pozostawiają w pamięci miłe wspomnienia. Do tego dodajmy jeszcze towarzystwo wszędobylskich flamingów i pelikanów, leniwie przypatrujących się samotnym turystom.
     Łatwiej dostępne jest położone na wschód od Kralendijk owalne półjezioro Lac Cai. Jasny błękit jego wód niemal oślepia, choć najwyraźniej nie przeszkadza to ani licznym windsurferom doskonalącym tu swoje umiejętności, ani nagim gościom otoczonego wysokim parkanem hotelu dla naturystów. Bez zamoczenia się wyżej niż do brzucha dojdziemy aż do mierzei, za którą faluje wzburzone morze. Oprócz nas, windsurferów w głębi akwenu i nudystów za płotem nie ma nikogo, mimo iż w porcie stoi akurat kolos wycieczkowy z paroma tysiącami pasażerów. Statki takie przybijają do nabrzeża w stolicy od kilku do kilkunastu razy w miesiącu, w zależności od sezonu, ale odnieść można wrażenie, że większość uczestników rejsu preferuje rozrywki na pokładzie. Ci, którzy schodzą na ląd, robią obchód Kralendijk. Mijają niewielki Fort Oranje z XVII w., przyglądają się muralom na supermarkecie Cultimara, przedstawiającym mieszkańców wyspy – tych zwykłych i tych znanych jak kapitan Don Stewart. Inni jadą wprost na plażę przy Eden Beach Resort, który żyje częściowo z takich kilkugodzinnych gości, pragnących popływać chociaż przez chwilę wśród tutejszych koralowców i ryb. Bardziej aktywni turyści wynajętymi autami starają się objechać Bonaire w czasie postoju statku w porcie. Zmierzają do miejsc najbardziej znanych, np. na południowy kraniec lądu, gdzie nad brzegiem morza stoją maleńkie murowane chatki. Nocowali w nich kiedyś niewolnicy pracujący przy produkcji soli. Po drugiej stronie ulicy wyrastają kilkunastometrowej wysokości kopce solnych kryształów szykowanych do załadunku. Swoim śnieżnobiałym kolorem i szpiczastymi kształtami przywodzą na myśl zimowe szczyty gór. Nieco dalej leży Pekelmeer (Sanktuarium Flamingów Pekelmeer) – rozległy podmokły obszar, zamieszkiwany przez tysiące różowych flamingów, mniej – niestety – chętnych do pozowania do zdjęć niż te z północy wyspy.

 

KOSMICZNE AMBICJE CURAÇAO
Położenie Curaçao między Arubą i Bonaire doskonale oddaje jej charakter. Stanowi ona złoty środek zaspokajający potrzeby tych osób, które pragną skosztować po trochu wszystkiego, co oferują karaibskie terytoria zależne Holandii.
     Centralna część lądu ma w sobie nieco komercyjnego arubijskiego blichtru – znajdziemy w niej kilka kasyn, duże hotele niedaleko portu i lotniska oraz sklepy wolnocłowe, obsługujące tysiące pasażerów schodzących z pokładów ogromnych statków wycieczkowych. Parę lat temu rozpoczęła się kariera Curaçao w show-biznesie, przynajmniej tym europejskim. Już dwukrotnie leżący w pobliżu Willemstad Hotel Avila gościł uczestników programu Deutschland sucht den Superstar (polskim odpowiednikiem był program Idol) z nieśmiertelnym Dieterem Bohlenem z duetu Modern Talking w roli członka jury. Sięgnąć gwiazd chce również firma SpaceXC (XCOR Space Expeditions), która na ten rok zaplanowała uruchomienie turystycznych lotów na orbitę Ziemi pojazdami kosmicznymi startującymi z okolic Międzynarodowego Portu Lotniczego Curaçao. Może będzie to konkurencja dla kosmodromu w Gujanie Francuskiej…
     Z centrum kontrastuje północny rejon wyspy. Zdecydowanie bardziej przypomina on sielankę rodem z Bonaire. Upodobali go sobie nurkowie i miłośnicy spokoju, przyciągani przez zaciszne zatoczki wyżłobione w skalistych klifach i tak czystą wodę, że od samego brzegu widać w niej setki ryb i innych stworzeń morskich. Plaże Lagun, PortoMari, Daaibooi lub Santa Cruz, mimo iż otoczone skałami i pozbawione tak bardzo oczekiwanych na Karaibach palm, obdarzone są magnetyzującym urokiem, jakim emanuje tu morze przybierające niesamowicie soczysty, wręcz hipnotyzujący kolor. Za prawdziwą gwiazdę wśród nich uchodzi Grote Knip. Łagodny łuk lądu, wyjątkowo błękitne fale, biały piasek i zieleń pobliskich wzgórz składają się na ten niezapomniany krajobraz. W okolicach Lagun i Santa Cruz warto wypożyczyć kajak i popłynąć wzdłuż klifowego wybrzeża. W jego koronkowych ścianach kryje się np. maleńka, dwuosobowa piaszczysta łacha, nie bez powodu zwana Lover’s Beach (Plażą Kochanków). Osoby spragnione mocnych wrażeń powinny poszukać spoczywającego na niewielkiej głębokości wraku kutra, na którym rozrasta się koralowe miasto, albo schowanego pod powierzchnią wody wejścia do jaskini. Jeśli odważą się tam wpłynąć, ujrzą jedyną w swoim rodzaju grę promieni słońca.

FOT. CURACAO TOURIST BOARD

Idylliczna zatoka Piscadera na Curaçao


     Wschodnia, nawietrzna strona Curaçao, podobnie, jak na Arubie, jest frontem walki między lądem i morzem. Nieprzypadkowo jedną z tutejszych zatok nazwano Boka Pistol. Wbijające się w wąską szczelinę skalną fale wystrzeliwują na wysokość kilku, a nawet kilkunastu metrów, przybierając różnorakie spektakularne kształty. Miejsce to należy do Parku Narodowego Shete Boka (Shete Boka National Park, Parke Nashonal Shete Boka w języku papiamento), którego księżycowy krajobraz wypełnia jeszcze parę innych tego typu zakątków. W Boka Wandomi dwie platformy obserwacyjne pozwalają podziwiać ogromne masy wody, które przedostają się do zatoki przez wąski przesmyk oraz pod naturalnym kamiennym mostem. W Boka Tabla erozja brzegu stworzyła jaskinię, dostępną do zwiedzania przy sprzyjających warunkach. W pozostałych rejonach wybrzeża chroni się strefy wylęgu żółwi morskich. Podobne atrakcje czekają na nas w Watamula Natural Park, do którego prowadzi kręta droga gruntowa rozpoczynająca się w Westpunt. Na jej końcu docieramy do północnego krańca wyspy, wyścielonego chropowatym podłożem skalnym. Na tym nieprzyjaznym terenie przetrwało samotne drzewo divi-divi. W swojej karłowatości przypomina nieco japońskie bonsai. Kawałek dalej powstała wielka studnia z dnem zalewanym przez wzburzone fale wdzierające się do niej jakąś tajną drogą. Kilkanaście kilometrów stąd leży Christoffelpark. Podobnie jak obszary chronione na sąsiednich terytoriach zależnych Holandii, także i ten zajmuje pokaźny fragment lądu. Jego główną atrakcję stanowi Christoffelberg (Sint-Christoffelberg), będący najwyższym szczytem wysp ABC (372 m n.p.m.).
     Tym, co wyróżnia Curaçao na tle Aruby i Bonaire, jest liczba zabytków związanych głównie z obecnością Holendrów. Przywodzące na myśl Amsterdam, Lubekę bądź Gdańsk historyczne centrum i port w 150-tysięcznym Willemstad wpisano w 1997 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Warto poświęcić choć pół dnia, żeby przejść się między pochodzącymi nawet z XVII w. kolorowymi budynkami dzielnic Punda i Otrobanda (Otrabanda). Łączy je kolejny symbol miasta – ruchomy most pontonowy Królowej Emmy. Spotkań z historią dostarcza nie tylko stolica. Podczas przemierzania Curaçao napotkamy dziesiątki dworków, zwanych landhuis, należących niegdyś do holenderskich kolonizatorów. Jeśli są odrestaurowane, mają najczęściej ulubiony przez Holendrów kolor pomarańczowy. Dziś służą jako restauracje, niewielkie hotele albo po prostu lokale mieszkalne. W kilku większych, takich jak Landhuis Groot Santa Martha, urządzono muzea. Odczuć w nim można, że w XVIII i XIX w. te rezydencje były sercem prawdziwej potęgi ekonomicznej, powstałej – niestety – na barkach niewolników. Obecnie działa tu Fundacja Tayer Soshal (Fundashon Tayer Soshal).

***

Zastanawiając się nad kolejnym celem podróży, spójrzcie przychylnym okiem na 3 małe punkty u wybrzeży Wenezueli. Dotarcie do nich zajmuje tyle samo czasu, co wycieczka do Dominikany czy na Kubę, a zastaniecie na tych wyspach całkowicie odmienne krajobrazy, przyrodę i kulturę. Jeśli marzycie o błogim lenistwie w komfortowym hotelu, wybierzcie Arubę. Miłośnikom masek, fajek, balastu na biodrach i płetw polecam gorąco Bonaire. Curaçao z pewnością spodoba się wszystkim.

Artykuły wybrane losowo

Veneto – peregrynacje nie tylko weneckie

Verona   Piazza Bra  di fronte il municipio e a destra l arena

Przy Piazza Bra w Weronie stoją m.in. Palazzo Barbieri i rzymski amfiteatr

© FOTOTECA REGIONE DEL VENETO

 

MAKSYMILIAN CZORNYJ

 

Jeżeli jak pisał amerykański pisarz i scenarzysta Truman Capote: „Być w Wenecji to jakby zjeść całe pudełko czekoladek z likierem naraz”, to odwiedziny w regionie Veneto należałoby przyrównać do wizyty w cukierni albo jeszcze trafniej – w wielkiej fabryce słodkości. Znajdziemy w nim wszystko, z czego słyną Włochy: miasta pełne najwyższej klasy zabytków, morze, plaże, urokliwe wysepki, malownicze jeziora i góry. Nie brakuje tu modnych kurortów, ośrodków rozrywkowych, tras narciarskich, doskonałych enotek i winnic.

 

Wszak Veneto, czyli Wenecja Euganejska, to Italia w miniaturze. Aby zobrazować skalę tej miniatury, wystarczy wspomnieć, że region ten ma powierzchnię porównywalną do województwa pomorskiego lub łódzkiego (blisko 18,5 tys. km²). Zamieszkuje go niespełna 5 mln osób, a szacuje się, że samą Wenecję odwiedza rocznie nawet sześć razy więcej turystów.

 

Kształtem Veneto przypomina konia stojącego dęba. Pysk opiera o wschodnie Dolomity i sięga nim aż do granicy z Austrią, grzbiet pręży ku jezioru Garda, zad unosi ponad deltą rzeki Pad, a nogami oplata wybrzeże Adriatyku. Z racji różnorodności rejonu dla pewnego porządku w tekście będę się trzymać tras kolejowych i to z ich perspektywy rozpoczniemy zwiedzanie miast. Bramy do nich stanowić będą właśnie dworce.

 

 Villa La Rotonda colza

Villa Rotonda w Vicenzy – renesansowa rezydencja projektu Andrei Palladia

© CONSORZIO VICENZA È/WWW.VICENZAE.ORG

 

WENECJA

 

Podczas peregrynacji po Veneto nie wypada pominąć Wenecji. To słynne miasto na wodzie jest obowiązkowym celem wypraw każdego turysty i podróżnika. Plac św. Marka, Most Westchnień, Bazylika św. Marka czy Pałac Dożów – któż o nich nie słyszał?

 

Jednak Wenecja to znacznie więcej. Poznać ją od innej strony można, gdy przybędzie się na stację kolejową Venezia Santa Lucia. Znajduje się ona przy Canal Grande, ale w innym miejscu niż najsłynniejsze zabytki. Park naprzeciw stacji, zwany Giardini Papadopoli, jest jednym z nielicznych zielonych fragmentów w historycznym centrum miasta. Po drugiej stronie kanału stoi Kościół św. Mikołaja z Tolentino (Chiesa di San Nicola da Tolentino) – świątynia niepozorna, rzadko odwiedzana przez turystów, a mogąca poszczycić się zachwycającymi freskami i chyba najpiękniej oświetlona naturalnym światłem w całej Wenecji. Właśnie takie, położone na uboczu miejsca pozwalają odkryć prawdziwe oblicze tego miasta. Tak wygląda niezadeptana przez zwiedzających Wenecja, zwyczajna i rozbrzmiewająca jedynie szumem przepływającej obok wody.

 

Tutaj najlepiej jest się zgubić. Zamiast podążać za tłumami turystów, gnać ślepo wzdłuż wykreślonych wcześniej na mapie szlaków warto zatracić się w atmosferze, zagłębić się w zaułki i tajemnice La Serenissimy, czyli Najjaśniejszej, jak mówią o swoim mieście wenecjanie. Podczas takiego spaceru przejdziemy przez bramę prowadzącą na niespełna metrowe nadbrzeże nad jednym z ponad 170 kanałów, dostrzeżemy wenecjanina cumującego łódkę bezpośrednio przy drzwiach kamienicy lub trafimy na maleńki targ pełen najświeższych ryb i owoców morza.

 

Tylko jeśli się zgubimy, unikniemy lokali, gdzie zwykły obiad kosztuje więcej niż wykwintna kolacja w luksusowej restauracji, i oszustów oferujących kurs wodną taksówką za bajońską sumę czy wystaw pełnych tandetnych masek karnawałowych sprowadzonych wprost z Chin lub Tajwanu. Błądząc wśród zaułków, poczujemy mistycyzm miasta wyrastającego z wody, w którym samochody, karetki i śmieciarki zostały zastąpione przez łodzie. Wenecja sprawia czasem wrażenie opuszczonej i wymarłej. Tak, naprawdę są w niej takie miejsca. Jeżeli skierujemy się np. w stronę Canale della Giudecca, trafimy na niemal bezludne place, przejdziemy uliczkami, na których spotkamy jedynie gołębie i koty.

 

Podczas dłuższego pobytu w Wenecji warto korzystać z tramwajów wodnych i udać się na inne wysepki Laguny Weneckiej. Na zainteresowanie zasługują szczególnie Murano (słynąca z wyrobów szklanych), Burano (pełna niezmiernie kolorowych domów) i Torcello (jeden z najstarszych tutejszych ośrodków, z Bazyliką Wniebowzięcia NMP – Basilica di Santa Maria Assunta).

 

Tramwajem wodnym (vaporetto) dotrzemy także znacznie dalej, np. do przylegającej do północno-wschodniego brzegu Laguny Weneckiej gminy Jesolo. Leży w niej jeden z najsłynniejszych włoskich kurortów – Lido di Jesolo rozciągnięte na zewnętrznej stronie cypla, wzdłuż wybrzeża Adriatyku. Jego wizytówkę stanowi długa na ok. 15 km i szeroka miejscami na prawie 200 m piaszczysta plaża. W 2017 r. ponownie otrzymała ona Błękitną Flagę, dzięki czemu możemy mieć pewność, że jest czysta i posiada odpowiednią infrastrukturę. Mimo dość dużych rozmiarów w sezonie w dzień plaża zwykle bywa szczelnie wypełniona ludźmi, którzy po zapadnięciu zmroku przenoszą się na niedaleki niewiele krótszy bulwar. Warto wiedzieć, że za wstęp na przeważającą jej część trzeba zapłacić, a niektóre fragmenty należą do pobliskich hoteli. Znajduje się tu również odcinek wydzielony dla naturystów. Poza tym w pobliżu funkcjonuje port jachtowy. Infrastruktura gastronomiczna jest bardzo bogata – w okolicy plaży można zjeść dania niemal z całego świata, a nawet wybrać się do restauracji, którym przyznano gwiazdki w prestiżowym przewodniku Michelin.

 

W Lido di Jesolo na turystów czekają oprócz tego profesjonalne 18-dołkowe pole golfowe klasy mistrzowskiej, tor gokartowy Pista Azzurra i rozległy park wodny Aqualandia. W SEA LIFE i Tropicarium Park zobaczymy ryby i zwierzęta wodne z całego świata. Kluby nocne zapewnią z kolei szaloną zabawę do białego rana.

 

Pamiętajmy jednak, że Veneto to nie tylko pełna atrakcji Laguna Wenecka, dlatego trzeba odwiedzić i inne miejsca w regionie. Warto więc zawrócić na kolejowy szlak, po czym ruszyć na zachód.

 

PiazzaSanMarcoDSC 8787

Wenecka Piazzetta San Marco z dwiema kolumnami

© SERVIZIO COMUNICAZIONE VISIVA DEL COMUNE DI VENEZIA

 

PADWA

 

Polakom Padwa znana jest przede wszystkim ze względu na uczących się tu niegdyś studentów. Wszak wiedzę zdobywali w niej Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski i Jan Zamoyski (wybrany nawet w 1563 r. rektorem tutejszej uczelni), ale założony w 1222 r. uniwersytet stanowi tylko jeden z wielu klejnotów w padewskiej koronie.

 

Według Eneidy Wergiliusza miasto mieli założyć Trojanie, którzy po upadku własnej stolicy wznieśli tu gród o nazwie Patavium. Przez setki lat osada rozrastała się, a w średniowieczu stała się istotnym ośrodkiem gospodarczym i dydaktycznym.

 

Trafienie z dworca kolejowego do historycznego centrum nie powinno przysporzyć problemów. Wystarczy kierować się główną arterią,Corso del Popolo, która po kilkuset metrach płynnie przechodzi w Corso Giuseppe Garibaldi. Gdy miniemy rozległy zielony park (Giardini dell’Arena), możemy zwolnić kroku. Po chwili z lewej strony dostrzeżemy ruiny rzymskiego amfiteatru, a po prawej klasycystyczną bryłę Pałacu Zuckermanna (Palazzo Zuckermann), w którym funkcjonują dwa muzea – sztuki użytkowej i numizmatyczne.

 

Jeśli będziemy szli dalej, po kilkunastu minutach dotrzemy do Pałacu Bo (Palazzo Bo). Pod tą niewiele mówiącą nazwą kryje się w rzeczywistości główny gmach uniwersytecki. Przy jego schodach stoi pomnik Eleny Lucrezii Cornaro Piscopii (1646–1684), matematyczki i filozofki. W 1678 r. jako pierwsza kobieta w historii otrzymała stopień naukowy doktora. Wewnątrz budynku zachowała się m.in. katedra, z której nauki wygłaszał Galileusz (Cattedra di Galileo), a także teatr anatomiczny, czyli pomieszczenie, gdzie najsłynniejsi włoscy medycy w tajemnicy przeprowadzali przed studentami sekcje zwłok.

 

Na północny zachód od uniwersytetu leży Piazza della Frutta, gdzie odbywają się miejskie festyny, a lokalni producenci i wytwórcy wystawiają towary. Niemalże całą południową pierzeję placu zajmuje Palazzo della Ragione. Wielokrotnie przebudowywany gmach nabrał nieco pokracznej, przysadzistej formy, jednak szczyci się podobno największą w Europie powierzchnią dachu, którego nie podpierają kolumny.

 

Jeszcze dalej znajduje się Piazza dei Signori. Wschodni kraniec zamyka tu Kościół św. Klemensa (Chiesa di San Clemente), wzniesiony na miejscu jednej z najstarszych chrześcijańskich świątyń, a przeciwległy – ledwie 30-metrowa, lecz zgrabnie wkomponowana w miejski krajobraz Wieża Zegarowa (Torre dell’Orologio). Na trzecim piętrze umieszczono w niej wspaniały mechanizm wprawiający w ruch zegar astronomiczny, który po niedawnej renowacji ponownie odmierza turystom i padewczykom czas. Spostrzegawcze osoby dostrzegą, że na tarczy znaków zodiaku brakuje wagi, ale nie ma tutaj dość miejsca, aby poruszać legendy uzasadniające ten stan rzeczy.

 

Jeśli poszlibyśmy dalej prosto, dotarlibyśmy do Muzeum Nauk Archeologicznych i Sztuki. Odbijemy jednak w lewo i nie przejdziemy przez bramę Wieży Zegarowej. Wąska uliczka wijąca się pośród kamienic wiedzie do placu katedralnego. Katedra (Duomo di Padova) miała zostać wzniesiona według projektu Michała Anioła, lecz kierujący pracami architekci wprowadzili liczne zmiany i nadali budowli dość ostre, surowe rysy. Również jej wnętrze jest zimne i skromne. Znacznie ciekawsze są XIV-wieczne freski w przylegającym do świątyni baptysterium. Jego kopułę pokrywa monumentalne przedstawienie raju z Chrystusem otoczonym zastępami świętych.

 

Po skierowaniu się znowu na południe i przejściu wąskiego miejskiego kanału zbliżymy się do jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc Padwy – Prato della Valle. Ten największy plac we Włoszech (aż ok. 90 tys. m² powierzchni!) znajduje się w pobliżu słynnych bazylik: św. Antoniego i św. Justyny. Na jego środku leży otoczona eliptycznym kanałem wysepka Memmia. Wokół ustawiono 78 posągów osób zasłużonych dla miasta. Co ciekawe, wśród nich są także statuy Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego, ufundowane przez Stanisława Augusta Poniatowskiego.

 

Na zakończenie padewskiej wędrówki koniecznie należy odwiedzić obie wspomniane bazyliki. Bez wątpienia każda z nich wywiera większe wrażenie niż szacowna miejska katedra. Bazylika św. Antoniego z Padwy charakteryzuje się architektonicznym przemieszaniem stylu romańskiego i gotyckiego – przysadzistą, jakby przygiętą do ziemi fasadę zdobią ostrołukowe wnęki i arkady wspierane na filarach, a również jakże typowa rozeta zdobiona maswerkiem. Budowla ma osiem kopuł, z których centralna, umieszczona ponad skrzyżowaniem naw, została oparta na bryle ostrosłupa zwieńczonego latarnią. We wnętrzu bazyliki znajduje się grób jej patrona. Ołtarz główny jest autorstwa Donatella, jednak był wielokrotnie przekształcany i całkowicie zatracił swój pierwotny charakter.

 

Bazylika św. Justyny z Padwy, męczennicy ściętej 7 października 304 r. za panowania cesarza Dioklecjana, została wzniesiona na miejscu romańskiego kościoła zniszczonego przez trzęsienie ziemi. Budowla zachwyca już samymi rozmiarami – ma ponad 118 m długości i przeszło 82 m szerokości. W kampanili zawieszonych jest siedem dzwonów, z których największy waży niemal 2,5 t. W świątyni znajdują się liczne zabytki sztuki oraz relikwie świętych, w tym szczątki św. Łukasza Ewangelisty i św. Macieja Apostoła.

 

Pomiędzy obiema bazylikami leży zabytkowy ogród botaniczny (Orto Botanico di Padova), założony w 1545 r. jako miejsce, w którym ówcześni studenci medycyny mieli zapoznawać się z roślinami leczniczymi. To w nim uprawiano pierwsze warzywa sprowadzone z nowo odkrytych Ameryk.

 

Prato della Valle PH andrea babetto1

Prato della Valle – kanał i posągi

© PADOVAMERAVIGLIA PHOTO CONTEST/ANDREA BABETTO

 

VICENZA

 

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Wenecją a Weroną, trzy kwadranse koleją od obu z nich, znajduje się miasto, które większość turystów albo omija, albo podziwia jedynie przez okna pociągu. Przyjezdni gnają spod balkonu szekspirowskiej Julii ku placowi św. Marka, spod Mostu Westchnień ku werońskiej Arenie. Blask Vicenzy bezsprzecznie przygasiła bliskość tych dwóch bodaj najsłynniejszych ośrodków północnej Italii. Położone u podnóża monumentalnych gór miasto sprawia wrażenie, jakby spłynęło z alpejskiego stoku i zastygło w bezruchu. Gdy zanurzymy się w jego uliczkach, uderzy nas ich spokój i wytworność, nieuchwytne w wielu innych, zadeptanych przez turystów miejscach Veneto.

 

Spójność architektoniczna tutejszej zabudowy, jej głęboka harmonia, choć trudno w to uwierzyć, jest dziełem jednego architekta. Andrea Palladio (właściwie Andrea di Pietro della Gondolo) urodził się w 1508 r. w rodzinie padewskiego młynarza, lecz niemal całe dorosłe życie związał właśnie z Vicenzą. Wykreślił fasady Bazyliki Palladiana (Basilica Palladiana), Katedry (Cattedrale di Santa Maria Annunciata), wspaniałych rezydencji i miejskich pałaców. Lekkość odrodzenia, liczne nawiązania do starożytnych rozwiązań i świeżość, które dostrzec można w tej architekturze, sprawiają, że miasto kontrastuje z gotyckim wspomnieniem Wenecji. Nic dziwnego, że główna arteria Vicenzy nosi imię Andrei Palladia (Corso Andrea Palladio). Zaczyna się przy Torrione di Porta Castello, monumentalnym fragmencie średniowiecznych fortyfikacji, i ciągnie przez ponad 700 m ku wijącej się rzece Bacchiglione.

 

Główne atrakcje Vicenzy znajdują się w promieniu kilkudziesięciu metrów od wspomnianego corso. Jak na najważniejszą z miejskich ulic jest ona dość wąska i tłoczna, głośna od warkotu skuterów i pokrzykiwań przechodniów. W zabytkowych kamienicach wznoszących się po obu stronach mieszczą się sklepy, restauracje, kawiarnie i kwiaciarnie. Jeśli spojrzymy w górę, bez trudu odnajdziemy gotyckie pozostałości w zabudowie, lecz nie dostrzeżemy ani kopuły Katedry, ani wieży Bazyliki Palladiana, ani wspaniałego Teatru Olimpijskiego (Teatro Olimpico). Aby je zobaczyć, musimy nieco zboczyć z obranej trasy. Wpierw jednak warto przyjrzeć się zwartej bryle Pałacu Thiene Bonin Longare (Palazzo Thiene Bonin Longare), monumentalnej kolumnadzie Pałacu Trissino Baston (Palazzo Trissino Baston), a wreszcie szeregowi figur obserwujących przechodniów z Pałacu Chiericati (Palazzo Chiericati). We wnętrzu tego ostatniego działa muzeum z ciekawym zbiorem malarstwa (pinakoteką).

 

Jeżeli zapuścimy się w boczne uliczki, dotrzemy do wspomnianejBazyliki Palladiana.Wbrew nazwie nie jest ona świątynią, a budynkiem użyteczności publicznej powstałym po przebudowie mniejszych kamienic i później jeszcze przerabianym. Dawniej stanowiła siedzibę władzy administracyjnej i sądowniczej, a w dolnych arkadach znajdowały się tu lokale rzemieślnicze i kupieckie. Wspaniale prezentuje się zachód słońca obserwowany z sąsiedniego placu (Piazza dei Signori). Wieża zegarowa (82-metrowa Torre Bissara) i dach gmachu zdają się wtedy tonąć w złocistych promieniach, podczas gdy marmurowe arkady okrywa kojący półcień. Nie ma nic bardziej włoskiego niż delektowanie się kawą przy takim widoku.

 

Kilkadziesiąt metrów dalej po drugiej stronie corso trafimy na Teatr Olimpijski – ostatnie dzieło wielkiego Andrei Palladia (z 1580 r.). To pierwowzór wielu europejskich teatrów. Jego scena stanowi doskonałe odzwierciedlenie rzymskiej tradycji stałej i przemyślanej dekoracji. Dostrzega się w nim antyczny rodowód miasta, który architekt tak doskonale potrafił uwypuklić.

 

Jeżeli mamy więcej czasu, koniecznie powinniśmy udać się do znajdującej się poza obrębem historycznego centrum Villi Rotonda. Do tej kolejnej realizacji projektu Palladia można dojechać bez problemu autobusem (numer 8, 108 i 132 z przystanku przy dworcu). Każdy z boków zbudowanej na wzniesieniu rezydencji znaczą klasyczne, jońskie portyki. Jej centralny punkt stanowi okrągła sala okryta kopułą. Ten symetryczny obiekt jest zwieńczeniem drogi, jaką architekt obrał w swoim literackim opus vitae zatytułowanym Cztery księgi o architekturze (1570 r.), i stał się inspiracją dla nurtu (palladianizm), w którym wzniesiono m.in. warszawską Królikarnię.

 

W Vicenzy warto zwrócić również uwagę na inne pałace – Palazzo del Capitaniato, Palazzo Valmarana i Palazzo Porto. Oczywiście, w każdym z nich widać wyjątkową rękę Palladia.

 

WERONA

 

Po opuszczeniu werońskiego dworca kolejowego powinniśmy skierować się ku ufortyfikowanej południowej bramie miejskiej o nazwie Porta Nuova, zbudowanej w latach 1532–1540. Jeśli pójdziemy stąd na wprost, już po kilku minutach dotrzemy do pięciokątnej wieży (Torre Pentagona) oraz łukowatych przejść (Portoni della Bra), powstałych w miejscu średniowiecznych murów. W 1872 r. między tymi drugimi zamontowano dwustronny zegar. To bezpośrednio za nimi, w zakolu Adygi, leży historyczna część Werony. W tej okolicy można wstąpić do Muzeum Lapidarnego Maffeiano (Museo Lapidario Maffeiano). Znajdują się w nim bogate zbiory etruskiej, greckiej i rzymskiej ceramiki, kamieni nagrobnych oraz inskrypcji.

 

Po minięciu Portonidella Bra wkraczamy na największy tutejszy plac miejski (Piazza Bra), gdzie stoją trzy istotne zabytki – amfiteatr, Palazzo Barbieri i statua Wiktora Emanuela II. O każdym z nich należy wspomnieć choć w kilku zdaniach.

 

Amfiteatr rzymski, przez werończyków zwany po prostu Areną, powstał w I w. Mógł pomieścić nawet prawie 30 tys. widzów i stanowił scenę walk gladiatorów czy spektaklów. Obecnie jest jednym z najsłynniejszych obiektów Werony, na którym odbywają się rozmaite wydarzenia kulturalne, w tym liczne koncerty gwiazd muzyki.

 

Palazzo Barbieri, encyklopedyczny przykład neoklasycyzmu, pierwotnie zajmował sztab armii austriackiej. Obecnie budynek pełni funkcję ratusza miejskiego. Na ścianę tuż obok wejścia został przeniesiony XIV-wieczny fresk przedstawiający ukrzyżowanie Chrystusa. Liczne sale zdobią zabytkowe płótna i tapiserie.

 

Brązową statuę króla Wiktora Emanuela II odsłonięto w styczniu 1883 r. Warto zwrócić na nią uwagę, choć nie jest to dzieło wybitne. Zarówno sylwetka konia, jak i władcy rażą sztucznością i brak im lekkości.

 

Na północny wschód od Areny uliczki stają się coraz gęściej wypełnione turystami. Niedaleko znajduje się najsłynniejsza atrakcja Werony – Casa di Giulietta. Nie da się potwierdzić, czy piękna Julia z dramatu Williama Szekspira wzdychała tu do Romea. Pewne jest, że w mieście żyły rodziny Montecchich i Cappellettich. Aby uczynić zadość tradycji, turyści zostawiają w murze kamienicy listy. Robią też sobie zdjęcia pod osławionym balkonem. Za wstęp na dziedziniec nie ma opłat.

 

Stąd już tylko kilka kroków dzieli nas od innego werońskiego placu, obowiązkowego celu wędrówek po mieście. Piazza delle Erbe leży w miejscu starożytnego rzymskiego forum. Wokół wznoszą się średniowieczne kamienice, wieże i pałace. Na zainteresowanie zasługuje przede wszystkim Casa dei Mercanti (Domus Mercatorum) – budynek gildii kupieckiej. Z jego niskimi arkadami doskonale współgrają ciągnące się wzdłuż fasady zgrabne bifory (okna podzielone kolumienką na dwie części) i wieńczące ściany blanki.

 

Najwyższa wieża widoczna z placu to Torre dei Lamberti. Mierzy 84 m i znajduje się na niej XVIII-wieczny zegar. W środku wiszą dwa słynne dzwony (a w sumie cztery) – Marangona i Rengo, które odmierzały czas i regulowały życie mieszkańców Werony. Pierwszy z nich (o średnicy 130 cm i wadze 1300 kg) oznajmiał koniec dnia pracy dla miejscowych rzemieślników, w tym stolarzy (marangoni), i ogłaszał również alarm w przypadku pożaru. Z kolei Rengo (184 cm i 4215 kg) odzywał się, żeby zainicjować zebrania rajców i wezwać ludzi do broni w czasach wojny. Oba dzwony nadal rozbrzmiewają z okazji pogrzebów. Budynkiem, z którego zdaje się wyrastać Torre dei Lamberti, jest Palazzo della Ragione, miejsce dawnych zebrań mieszczan i skład soli.

 

Kiedy podążymy na północny wschód, niejako wzdłuż koryta Adygi, trafimy na jeszcze jeden wyjątkowy zabytek – Kościół św. Anastazji (Chiesa di Sant’Anastasia). Doskonale widać go zresztą z opisywanej wieży. Tę największą świątynię Werony wzniesiono w stylu gotyckim, lecz jej budowa nie została do tej pory zakończona. Choć z zewnątrz kościół nie sprawa szczególnego wrażenia, koniecznie należy wykupić bilet i wejść do środka. Krzyżowo-żebrowe sklepienie, które wspiera 12 potężnych marmurowych kolumn, zdaje się być zawieszone znacznie wyżej niż można przypuszczać, gdy patrzy się z zewnątrz. Pod nim znajdziemy bogate kaplice, barwne freski i precyzyjne detale.

 

Niedaleko kościoła stoi kolejny zabytek werońskiej architektury sakralnej – Katedra (Duomo di Verona). Świątynia powstała na miejscu dwóch kościołów zniszczonych przez trzęsienie ziemi w 1117 r. Jej wielokrotnie przebudowywana fasada to prawdziwa mozaika stylów, na którą składa się romańska bryła, gotyckie okna, barokowe dodatki i zaczątek renesansowej dzwonnicy. Jeśli ruszymy wzdłuż katedralnych murów i przejdziemy dalej, trzymając się linii kamienic wzniesionych tuż nad Adygą, dotrzemy do Kamiennego Mostu (Ponte Pietra). Wbrew temu, co często pisze się w przewodnikach, nie jest to oryginalna rzymska konstrukcja. W trakcie wieków pierwotna przeprawa była wielokrotnie niszczona i odbudowywana, a wreszcie została pieczołowicie zrekonstruowana (częściowo z dawnego budulca) po tym, jak w 1945 r. wysadziły ją wycofujące się wojska niemieckie.

 

Doskonałym zwieńczeniem wizyty w Weronie będzie chwila zadumy nad szumiącym nurtem Adygi, w którym odbija się złocisty zachód słońca. Miasto rzeczywiście emanuje niepowtarzalnym nastrojem.

 

GARDALAND

 

Wspomniałem na początku o tym, że w Veneto nie brakuje również ośrodków rozrywkowych. Oczywiście, w każdym z nadmorskich kurortów kwitnie życie nocne, odbywają się liczne festyny i imprezy uliczne. Jednak nieco ponad 20 km na zachód od Werony (zjazd z autostrady – Peschiera del Garda) znajduje się prawdziwe centrum zabawy. Gardaland, bo o nim mowa, to najczęściej odwiedzany park rozrywki we Włoszech (niemal 2,9 mln gości rocznie!). Na powierzchni ponad 200 tys. m² w malowniczym sąsiedztwie jeziora Garda ulokowano mnóstwo atrakcji, kilka barów i restauracji.

 

Park został podzielony tematycznie (m.in. na strefy: Średniowiecze, Rio Bravo, Akademia Kung Fu Pandy, Atlantyda, Piraci czy Królestwo Fantazji), dzięki czemu nadaje się zarówno dla dorosłych, jak i rodzin z dziećmi. Znajdziemy tu trzy rodzaje atrakcji – Fantasy (Fantazja), Adventure (Przygoda) i Adrenaline (Adrenalina), a także kino 4D. Oczywiście, największym zainteresowaniem cieszą się ekstremalne rollercoastery: Blue Tornado i Oblivion The Black Hole. Krzyki pędzących na nich osób niosą się daleko po tafli jeziora...

 

Ceny karnetów na cały sezon zaczynają się już od 50 euro (tzw. Season Pass One). Taki abonament uprawnia do nielimitowanych wejść i korzystania ze wszystkich rozrywek parku. Należy pamiętać, że Gardaland jest otwarty od wiosny do jesieni (w 2018 r. od 29 marca do 4 listopada). Poza sezonem odbywają się w nim widowiskowe wydarzenia tematyczne (np. Gardaland Magic Winter).

 

W REGIONIE

 

Oczywiście, w artykule udało mi się przedstawić jedynie drobny wycinek Veneto. Ten region Włoch idealnie nadaje się również m.in. dla miłośników sportów zimowych. Ów pysk konia skierowany ku Dolomitom przecinają jak mocowania uzdy szlaki narciarskie i wyciągi, a znaczy go najwyższy szczyt tego malowniczego pasma górskiego – Marmolada (3343 m n.p.m.). W gminie Cortina (Cortina d’Ampezzo) wytyczono 85 km doskonale przygotowanych tras zjazdowych.

 

Veneto to także ojczyzna grappy (z uroczym, pochylonym nad rzeką Brentą miastem Bassano del Grappa), kraina doskonałych win (przeszło 90 tys. ha winnic) i rejon słynący z carpaccio. W Wenecji Euganejskiej znajduje się też przycupnięta nad brzegiem Gardy turystyczna miejscowość Malcesine, skąd możemy dostać się koleją (tym razem linową) na szczyt masywu Monte Baldo (2218 m n.p.m.). Panorama roztaczająca się z niego w pogodne dni zapiera dech w piersiach.

 

Nie sposób opisać całego Veneto na kilku czy nawet kilkunastu stronach jednego artykułu. Trzeba po prostu samemu przybyć do tego regionu Italii. Podczas poznawania jego atrakcji możemy delektować się najlepszymi słodyczami z tej osobliwej cukierniczej fabryki.

 

Wyspy Zielonego Przylądka – na styku Europy i Afryki

szwed-cabo-verde-santo-antao-ribeiry01-1

Ribeira – głęboka, wypełniona roślinnością dolina na Santo Antão

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Miejscowa legenda głosi, że Wyspy Zielonego Przylądka (po portugalsku Cabo Verde) powstały, gdy zadowolony ze stworzenia świata Bóg otrzepał ręce, a okruchy z jego palców niezauważenie spadły do wody. Znalazły się więc na oceanie niejako przypadkowo i takie również okazały się ich losy. Kraj ten bardzo długo nie mógł decydować o sobie (aż do 5 lipca 1975 r.), a zależny był od rozgrywek mocarstw z każdej strony Atlantyku. Dziś w pełni samorządna Republika Zielonego Przylądka stoi przed szansą umocnienia swojej pozycji. Przyciąga też coraz więcej osób chcących nie tylko podziwiać różnorodne krajobrazy i piękno przyrody, ale i obcować z bogatą kulturą.

Więcej…

Budapeszteńskie niespodzianki

ALEKSANDRA PAKIEŁA

 

Budapeszt jest miastem tętniącym życiem, pełnym ciekawych miejsc, przepięknych pomników, mostów i zabytków, łączącym w sobie bogatą przeszłość i dynamiczną teraźniejszość. Stolica Węgier kojarzy się przede wszystkim z monumentalnym gmachem Parlamentu (Országház), ruinami rzymskimi – Aquincum, neogotyckim Kościołem Macieja (Mátyás templom), Zamkiem Królewskim (Budavári Palota) czy chętnie odwiedzanym przez turystów Węgierskim Muzeum Narodowym (Magyar Nemzeti Múzeum). Ta urocza metropolia oferuje jednak zdecydowanie więcej atrakcji. Warto je odkryć choćby teraz, podczas ciepłej i słonecznej węgierskiej jesieni…

Więcej…