BARTEK JANKOWSKI

 

<< Holendrom udało się wiele – sery, piłkarze, tulipany, rowery, drewniane chodaki czy malarze, którzy zdaniem filozofa z filmu „Rejs” malowali ludzi starych i pokurczonych. Najbardziej zaskakujące jest jednak to, jak tak mały przecież kraj skolonizował w ubiegłych wiekach tyle dalekich lądów. Wśród nich znalazł się słynny tercet z Karaibów: Aruba, Bonaire i Curaçao, czyli w skrócie wyspy ABC. >>

Na mapach i zdjęciach satelitarnych łatwo je przeoczyć. Wyglądają zaledwie jak okruszki zmiecione z północnej części ogromnego stołu Ameryki Południowej. Przez stulecia nie przykuwały takiej uwagi, jak sąsiednie wyspy archipelagów Wielkich i Małych Antyli. Nawet huragany grasujące wszędzie dookoła w miesiącach letnich przybywają tu niezmiernie rzadko. Jak na trojaczki przystało, wszystkie wyspy są zewnętrznie bardzo do siebie podobne. Każda z nich to raczej płaski i surowy skrawek lądu, wystający z Morza Karaibskiego. Porastają je głównie kolczaste krzewy, kaktusy, aloesy i inne sukulenty, a jedynie gdzieniegdzie trafić można na skupione w małych grupkach palmy albo samotne i niemiłosiernie powyginane przez wiatr drzewa divi-divi (Caesalpinia coriaria – brezylki garbarskie).
Powyższy opis nie brzmi raczej zachęcająco, przynajmniej dla niektórych osób. Przyjrzyjmy się jednak bliżej temu wyjątkowemu karaibskiemu regionowi i sprawdźmy, co naprawdę chowa się w nim pod pozorami niegościnnej krainy.  

 

OŚLEPIAJĄCA BLASKIEM ARUBA
Nie będę krył, że w moim osobistym rankingu wysp ABC Aruba zajmuje ostatnie miejsce. Paradoksalnie padła ona ofiarą swojej własnej urody i popularności. Gdy jej włodarze zorientowali się, iż suchy klimat, bezchmurne niebo i pocztówkowe pejzaże mogą stać się źródłem dochodu lepszym nawet niż dominujący tutaj przez dziesięciolecia przemysł rafineryjny, dali inwestorom z branży turystycznej zbyt dużą swobodę w zagospodarowywaniu najatrakcyjniejszych fragmentów lądu. W latach 70. i 80. XX w., kiedy zbudowano najwięcej hoteli i apartamentowców, piękne dotąd wybrzeże na północ od stolicy – Oranjestad, gdzie śnieżnobiały piasek kontrastował z akwamaryną Morza Karaibskiego, upstrzono mnóstwem gmachów niepasujących do naturalnego otoczenia. Teraz pozostaje nam sobie jedynie wyobrażać, jak cudowne musiały być wcześniej plaże Palm Beach, Manchebo, Eagle bądź Malmok. Nie jest tu na pewno aż tak źle, jak np. w meksykańskim Cancún, ale w porównaniu z Curaçao i Bonaire Aruba wygląda niczym Las Vegas. Może dlatego wśród niemal miliona turystów, którzy co roku spędzają na niej wakacje (przy 110 tys. stałych mieszkańców), znaczną część stanowią miłośnicy tutejszych kasyn i goście weselni przybywający na jeden z kilkuset ślubów. Z pewnością na każdym z nich młoda para tańczy leniwie przy dźwiękach Kokomo – przeboju grupy The Beach Boys z 1988 r. Piosenka ta rozpoczyna się przecież właśnie od słowa „Aruba”.

FOT. ARUBA TOURISM AUTHORITY

Palm Beach niedaleko Oranjestad przyciąga rzesze turystów


     Ta ostatnia pozycja w moim rankingu to jednak nadal miejsce na podium. Otóż – na szczęście – wyspa ma drugie, nieskomercjalizowane oblicze, pozwalające odpocząć od masowej turystyki. Za popularną wśród mieszkańców plażą Arashi znajdziemy górującą nad okolicą 30-metrową latarnię morską Kalifornia. Tu zaczyna się dzikie wybrzeże Aruby. Ostatnim łagodnym elementem krajobrazu są rozciągające się niedaleko płaskie piaszczyste wydmy, niespotykane na Curaçao i Bonaire. Dalej widać już tylko surowe skały wapienne i wulkaniczne, smagane silnym wiatrem i falami. Te ostatnie, swoim żmudnym i nieustającym naporem wyżłobiły długie fotogeniczne zatoczki Andicuri, Daimari, Prins (Boca Prins) czy Dos Playa, zwieńczone kameralnymi plażami zachęcającymi do chwili odpoczynku. Morze bywa w tym rejonie wzburzone i zdradliwe, więc kąpiel jest niewskazana, a czasem nawet zabroniona. Centralny punkt tej części wyspy stanowi utworzony oficjalnie w 2000 r. Park Narodowy Arikok, obejmujący niemal 20 proc. jej powierzchni (34 km²). W jego granicach znajdują się 2 najwyższe wzniesienia tego lądu: Jamanota (188 m n.p.m.) i Arikok (176 m n.p.m.). W jaskini Fontein obejrzymy intrygujące piktogramy wykonane na ścianach i suficie przez rdzennych wyspiarzy – Arawaków. Ponoć nazwa „Aruba” pochodzi z ich języka od słów ora („muszla”) i oubao („wyspa”). Wśród barwnych stalaktytów i stalagmitów o fantazyjnych kształtach żyje liczna grupa nietoperzy. W większej grocie Guadirikiri (Quadirikiri) udostępniono zwiedzającym jedną z dwóch dużych izb rozświetlanych teatralnie przez słońce przedostające się przez otwory w suficie. Posiadacze samochodu terenowego albo wytrawni piechurzy mogą dostać się do odosobnionego naturalnego basenu z wodą morską Conchi, powstałego w owalnym zagłębieniu w skałach wulkanicznych.
     Po opuszczeniu parku podążamy dalej wzdłuż nawietrznej strony wyspy i docieramy do jej południowo-wschodniego krańca ze słynną wśród kitesurferów zatoką Boca Grandi. Ich kolorowe deski i latawce w zestawieniu z białym piaskiem i turkusowym morzem tworzą hipnotyzujący widok. Zaczynamy powoli wracać do cywilizacji. Jedziemy na północ w kierunku 35-tysięcznego Oranjestad. Tuż za południowym końcem Aruby natrafiamy na Baby Beach i Rodger’s Beach, dwie wolne od tłumów plaże, niewiele ustępujące urodą tym z północnego zachodu. Ich jedynym mankamentem jest rozpoczynający się raptem kilkaset metrów dalej teren przemysłowy, zdominowany przez istniejącą już od lat 20. XX w. rafinerię ropy naftowej. Choć działa na pół gwizdka, kominy sterczą – niestety – w całej swej okazałości. Nadbrzeżną szosą dostajemy się do zatoki Spanish Lagoon, która z lotu ptaka wygląda jak tulipan. Na jego kielich składają się chronione mokradła porośnięte mangrowcami. W okolicy obejrzeć można ruiny starej przetwórni złota Balashi.
     Wody wokół wyspy zostały zbyt wyjałowione, aby zaciekawiły miłośników życia morskiego. Posiadają jednak coś, co i tak przyciąga nurków – liczne wraki. Najbardziej znany wśród nich to zatopiony w 1940 r. niemiecki frachtowiec Antilla, jeden z największych na Karaibach, spoczywający niedaleko od brzegu.
 
SOLNE ALPY I PODWODNE PASTWISKA BONAIRE
Mimo iż wśród naszych trojaczków Bonaire jest drugie w kolejności alfabetycznej i drugie co do wielkości, grało zawsze trzecie skrzypce w tym tercecie i pełniło jedynie funkcję tła dla swoich dwóch sąsiadek. Przez dziesięciolecia za najcenniejsze jego dobro uważano sól pozyskiwaną z morza w rozległych basenach w południowej jego części. Przemysł rafineryjny pojawił się tu późno i na bardzo małą skalę, więc profity z tego tytułu były i nadal są skromne. Spowolniło to rozwój wyspy, za czego najlepszy przykład może posłużyć Kralendijk, zwany szumnie stolicą, a zamieszkany na stałe przez niewiele ponad 10 tys. ludzi. Tę dość rozległą miejscowość tworzą niemal wyłącznie co najwyżej jednopiętrowe domy, więc przypomina raczej sporą wieś. Jeszcze lepiej wspomniane zahamowanie widać w 2-tysięcznym Rincon, drugim ośrodku Bonaire, po którego ulicach chadzają przez nikogo nie niepokojone kozy i dzikie osły.

FOT. BONPHOTOBONAIRE.COM/ZSUZSANNA PUSZTAI

Bonaire to prawdziwy raj dla nurków


     Prowincjonalność stanowi jednak wielki atut tego skrawka lądu. Sprawia ona, że życie toczy się na nim tak leniwie, jak poruszają się prażące się w słońcu legwany. Pierwszoplanową rolę w tym świecie od kilkunastu już lat odgrywa turystyka, a w zasadzie niszowa jej gałąź, nazywana przeze mnie ichtioturystyką. Warunki są do niej idealne: doskonała widoczność w niezmąconej wodzie, ok. 300 gatunków ryb i ponad 100 rodzajów koralowców. Co prawda, huragan Omar zniszczył w październiku 2008 r. kolonie polipów rosnących najbliżej powierzchni morza, ale trzeba mieć nadzieję, że powoli się one odnowią. Pomoże w tym na pewno fakt, że okolice Bonaire objęto ochroną parku morskiego. Nie wolno wykonywać na jego obszarze żadnej działalności szkodliwej dla środowiska. Wszystko zaczęło się od Amerykanina, kapitana Dona Stewarta (zmarłego, niestety, w wieku 89 lat 28 maja 2014 r.), który oczarowany bogactwem życia podwodnego wokół wyspy osiadł na niej i założył bazę nurkową. Wraz z innymi miłośnikami natury utworzył w 1979 r. Morski Park Narodowy Bonaire (Bonaire National Marine Park). Wszyscy odwiedzający go przybysze: czy to nurkowie, czy pływający z samą maską i fajką, muszą wykupić roczny bilet wstępu. Ma on postać plastikowej plakietki, którą trzeba posiadać zawsze ze sobą w wodzie. Nie poruszamy się tutaj szlakami jak w parkach lądowych, ale podążamy wzdłuż całego zachodniego wybrzeża Bonaire i wokół jej satelity – okrągłego Klein Bonaire – i zwiedzamy po kolei blisko 90 oznaczonych żółtymi kamieniami i bojami punktów do nurkowania i snorkelingu. Warto wypożyczyć w tym celu auto, najlepiej z napędem na 4 koła, aby móc dotrzeć do wszystkich ciekawych miejsc. Pojazd taki będzie potrzebny np. w Parku Narodowym Washington Slaagbai (Washington Slaagbai National Park, Parke Nashonal Washington Slagbaai w języku papiamento), obejmującym prawie całą północną część wyspy. Jego teren przemierza się powoli wyboistymi drogami gruntowymi, ale trudy tej trasy rekompensują wspaniałe, odludne zakątki. Boka Slagbaai z odrestaurowanymi zabudowaniami starego portu czy plaże Boka Bartol, Funchi i Wayaka z bardzo dobrymi warunkami do snorkelingu pozostawiają w pamięci miłe wspomnienia. Do tego dodajmy jeszcze towarzystwo wszędobylskich flamingów i pelikanów, leniwie przypatrujących się samotnym turystom.
     Łatwiej dostępne jest położone na wschód od Kralendijk owalne półjezioro Lac Cai. Jasny błękit jego wód niemal oślepia, choć najwyraźniej nie przeszkadza to ani licznym windsurferom doskonalącym tu swoje umiejętności, ani nagim gościom otoczonego wysokim parkanem hotelu dla naturystów. Bez zamoczenia się wyżej niż do brzucha dojdziemy aż do mierzei, za którą faluje wzburzone morze. Oprócz nas, windsurferów w głębi akwenu i nudystów za płotem nie ma nikogo, mimo iż w porcie stoi akurat kolos wycieczkowy z paroma tysiącami pasażerów. Statki takie przybijają do nabrzeża w stolicy od kilku do kilkunastu razy w miesiącu, w zależności od sezonu, ale odnieść można wrażenie, że większość uczestników rejsu preferuje rozrywki na pokładzie. Ci, którzy schodzą na ląd, robią obchód Kralendijk. Mijają niewielki Fort Oranje z XVII w., przyglądają się muralom na supermarkecie Cultimara, przedstawiającym mieszkańców wyspy – tych zwykłych i tych znanych jak kapitan Don Stewart. Inni jadą wprost na plażę przy Eden Beach Resort, który żyje częściowo z takich kilkugodzinnych gości, pragnących popływać chociaż przez chwilę wśród tutejszych koralowców i ryb. Bardziej aktywni turyści wynajętymi autami starają się objechać Bonaire w czasie postoju statku w porcie. Zmierzają do miejsc najbardziej znanych, np. na południowy kraniec lądu, gdzie nad brzegiem morza stoją maleńkie murowane chatki. Nocowali w nich kiedyś niewolnicy pracujący przy produkcji soli. Po drugiej stronie ulicy wyrastają kilkunastometrowej wysokości kopce solnych kryształów szykowanych do załadunku. Swoim śnieżnobiałym kolorem i szpiczastymi kształtami przywodzą na myśl zimowe szczyty gór. Nieco dalej leży Pekelmeer (Sanktuarium Flamingów Pekelmeer) – rozległy podmokły obszar, zamieszkiwany przez tysiące różowych flamingów, mniej – niestety – chętnych do pozowania do zdjęć niż te z północy wyspy.

 

KOSMICZNE AMBICJE CURAÇAO
Położenie Curaçao między Arubą i Bonaire doskonale oddaje jej charakter. Stanowi ona złoty środek zaspokajający potrzeby tych osób, które pragną skosztować po trochu wszystkiego, co oferują karaibskie terytoria zależne Holandii.
     Centralna część lądu ma w sobie nieco komercyjnego arubijskiego blichtru – znajdziemy w niej kilka kasyn, duże hotele niedaleko portu i lotniska oraz sklepy wolnocłowe, obsługujące tysiące pasażerów schodzących z pokładów ogromnych statków wycieczkowych. Parę lat temu rozpoczęła się kariera Curaçao w show-biznesie, przynajmniej tym europejskim. Już dwukrotnie leżący w pobliżu Willemstad Hotel Avila gościł uczestników programu Deutschland sucht den Superstar (polskim odpowiednikiem był program Idol) z nieśmiertelnym Dieterem Bohlenem z duetu Modern Talking w roli członka jury. Sięgnąć gwiazd chce również firma SpaceXC (XCOR Space Expeditions), która na ten rok zaplanowała uruchomienie turystycznych lotów na orbitę Ziemi pojazdami kosmicznymi startującymi z okolic Międzynarodowego Portu Lotniczego Curaçao. Może będzie to konkurencja dla kosmodromu w Gujanie Francuskiej…
     Z centrum kontrastuje północny rejon wyspy. Zdecydowanie bardziej przypomina on sielankę rodem z Bonaire. Upodobali go sobie nurkowie i miłośnicy spokoju, przyciągani przez zaciszne zatoczki wyżłobione w skalistych klifach i tak czystą wodę, że od samego brzegu widać w niej setki ryb i innych stworzeń morskich. Plaże Lagun, PortoMari, Daaibooi lub Santa Cruz, mimo iż otoczone skałami i pozbawione tak bardzo oczekiwanych na Karaibach palm, obdarzone są magnetyzującym urokiem, jakim emanuje tu morze przybierające niesamowicie soczysty, wręcz hipnotyzujący kolor. Za prawdziwą gwiazdę wśród nich uchodzi Grote Knip. Łagodny łuk lądu, wyjątkowo błękitne fale, biały piasek i zieleń pobliskich wzgórz składają się na ten niezapomniany krajobraz. W okolicach Lagun i Santa Cruz warto wypożyczyć kajak i popłynąć wzdłuż klifowego wybrzeża. W jego koronkowych ścianach kryje się np. maleńka, dwuosobowa piaszczysta łacha, nie bez powodu zwana Lover’s Beach (Plażą Kochanków). Osoby spragnione mocnych wrażeń powinny poszukać spoczywającego na niewielkiej głębokości wraku kutra, na którym rozrasta się koralowe miasto, albo schowanego pod powierzchnią wody wejścia do jaskini. Jeśli odważą się tam wpłynąć, ujrzą jedyną w swoim rodzaju grę promieni słońca.

FOT. CURACAO TOURIST BOARD

Idylliczna zatoka Piscadera na Curaçao


     Wschodnia, nawietrzna strona Curaçao, podobnie, jak na Arubie, jest frontem walki między lądem i morzem. Nieprzypadkowo jedną z tutejszych zatok nazwano Boka Pistol. Wbijające się w wąską szczelinę skalną fale wystrzeliwują na wysokość kilku, a nawet kilkunastu metrów, przybierając różnorakie spektakularne kształty. Miejsce to należy do Parku Narodowego Shete Boka (Shete Boka National Park, Parke Nashonal Shete Boka w języku papiamento), którego księżycowy krajobraz wypełnia jeszcze parę innych tego typu zakątków. W Boka Wandomi dwie platformy obserwacyjne pozwalają podziwiać ogromne masy wody, które przedostają się do zatoki przez wąski przesmyk oraz pod naturalnym kamiennym mostem. W Boka Tabla erozja brzegu stworzyła jaskinię, dostępną do zwiedzania przy sprzyjających warunkach. W pozostałych rejonach wybrzeża chroni się strefy wylęgu żółwi morskich. Podobne atrakcje czekają na nas w Watamula Natural Park, do którego prowadzi kręta droga gruntowa rozpoczynająca się w Westpunt. Na jej końcu docieramy do północnego krańca wyspy, wyścielonego chropowatym podłożem skalnym. Na tym nieprzyjaznym terenie przetrwało samotne drzewo divi-divi. W swojej karłowatości przypomina nieco japońskie bonsai. Kawałek dalej powstała wielka studnia z dnem zalewanym przez wzburzone fale wdzierające się do niej jakąś tajną drogą. Kilkanaście kilometrów stąd leży Christoffelpark. Podobnie jak obszary chronione na sąsiednich terytoriach zależnych Holandii, także i ten zajmuje pokaźny fragment lądu. Jego główną atrakcję stanowi Christoffelberg (Sint-Christoffelberg), będący najwyższym szczytem wysp ABC (372 m n.p.m.).
     Tym, co wyróżnia Curaçao na tle Aruby i Bonaire, jest liczba zabytków związanych głównie z obecnością Holendrów. Przywodzące na myśl Amsterdam, Lubekę bądź Gdańsk historyczne centrum i port w 150-tysięcznym Willemstad wpisano w 1997 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Warto poświęcić choć pół dnia, żeby przejść się między pochodzącymi nawet z XVII w. kolorowymi budynkami dzielnic Punda i Otrobanda (Otrabanda). Łączy je kolejny symbol miasta – ruchomy most pontonowy Królowej Emmy. Spotkań z historią dostarcza nie tylko stolica. Podczas przemierzania Curaçao napotkamy dziesiątki dworków, zwanych landhuis, należących niegdyś do holenderskich kolonizatorów. Jeśli są odrestaurowane, mają najczęściej ulubiony przez Holendrów kolor pomarańczowy. Dziś służą jako restauracje, niewielkie hotele albo po prostu lokale mieszkalne. W kilku większych, takich jak Landhuis Groot Santa Martha, urządzono muzea. Odczuć w nim można, że w XVIII i XIX w. te rezydencje były sercem prawdziwej potęgi ekonomicznej, powstałej – niestety – na barkach niewolników. Obecnie działa tu Fundacja Tayer Soshal (Fundashon Tayer Soshal).

***

Zastanawiając się nad kolejnym celem podróży, spójrzcie przychylnym okiem na 3 małe punkty u wybrzeży Wenezueli. Dotarcie do nich zajmuje tyle samo czasu, co wycieczka do Dominikany czy na Kubę, a zastaniecie na tych wyspach całkowicie odmienne krajobrazy, przyrodę i kulturę. Jeśli marzycie o błogim lenistwie w komfortowym hotelu, wybierzcie Arubę. Miłośnikom masek, fajek, balastu na biodrach i płetw polecam gorąco Bonaire. Curaçao z pewnością spodoba się wszystkim.

Artykuły wybrane losowo

Woda i wino na północy Węgier

NOÉMI PETNEKI

 

<< Coraz popularniejsze wyjazdy do luksusowych hoteli SPA wcale nie muszą oznaczać dni wypełnionych jedynie seriami zabiegów. Ciekawą propozycją dla osób chcących się zrelaksować i uzupełnić zapasy energii niezbędnej do zmagania się z codzienną rzeczywistością są zagraniczne wycieczki do uzdrowisk i centrów wellness. W Europie wiele takich ośrodków znajdziemy na Węgrzech. Kraj naszych bratanków nie od dziś wie, jak wykorzystać swoje dobra naturalne i przyciągnąć jak najwięcej gości z całego świata. >>

Za najpopularniejsze miasta północno-wschodniego regionu państwa Madziarów uchodzą niewątpliwie Miszkolc (Miskolc), Eger oraz Tokaj. Każde z nich ma zupełnie inny charakter i w równym stopniu zasługuje na odwiedzenie. Ten rejon to również zielone lasy Gór Bukowych (Bükk-hegység), łagodne pasma wzgórz Czerhat (Cserhát) czy szczyty Mátry z najwyższym punktem Węgier – Kékes (1014 m n.p.m.). Tuż przy słowackiej granicy leży natomiast podziemne królestwo krasowe z jaskiniami jak z bajki.

Więcej…

Królowie białego szaleństwa, czyli 10 najmodniejszych rejonów narciarskich tego sezonu

ELŻBIETA PAWEŁEK

                                                                                                              FOT. ZILLERTAL TOURISMUS GMBH

<<Największe ośrodki sportów zimowych z niepowtarzalną górską scenerią, snowparki dla snowboardzistów i amatorów freestyl’u oraz setki kilometrów bajecznych nartostrad – to marzenie wszystkich zapalonych narciarzy. Tej zimy każdy powinien poszaleć na nartach w jednym z bajecznych kurortów – z dziećmi, rodziną, przyjaciółmi bądź solo, a czasem nawet w towarzystwie gwiazd z pierwszych stron gazet. >>

Nie od dziś wiadomo, że nic tak nie urozmaica sennego zimowego okresu jak udane podróże. Dlatego też wyjazdy na narty od wielu lat cieszą się dużą popularnością wśród Polaków. Aktywny wypoczynek znakomicie wpływa na organizm człowieka. Urlop na jednej lub dwóch deskach pozwala zachować kondycję, a ciepłe promienie słoneczne, ogrzewające stoki, skutecznie poprawiają wszystkim samopoczucie. Wśród przepięknych górskich widoków, z grupą sprawdzonych przyjaciół czy najbliższych, na pewno uda nam się zapomnieć o codziennej miejskiej szarości.

Więcej…

Chile – kraina różnorodności

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Bezkresne pustynie, gigantyczne solniska, bujne lasy, potężne góry, ogromne wulkany i lodowce, rozległe winnice oraz wybrzeże ciągnące się przez kilka tysięcy kilometrów to tylko część atrakcji, które ma do zaoferowania Chile. Trudno się dziwić, że trafiło na sam szczyt listy krajów polecanych do zobaczenia w 2018 r. według słynnego wydawnictwa Lonely Planet. Swoimi niesamowitymi krajobrazami zachwyci nawet najbardziej doświadczonych i wymagających podróżników. >>

 

Pustynna Dolina Księżyca, 13 km na zachód od miasteczka San Pedro de Atacama

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

Położone na zachodnich krańcach Ameryki Południowej Chile jest pod wieloma względami wyjątkowe. Szczególną uwagę zwraca już niezmiernie długim i wąskim kształtem swojego terytorium, które rozciąga się wzdłuż brzegu Pacyfiku. Wybrzeże kraju ma niemal 4,3 tys. km długości (z wszystkimi chilijskimi wyspami, w liczbie ok. 3 tys., aż ponad 6,4 tys. km), czyli mniej więcej tyle, ile wynosi odległość między Polską i Afryką Środkową. W najszerszym miejscu granicę wschodnią od zachodniej dzieli zaledwie 445 km (na wysokości Cieśniny Magellana), a w najwęższym – 90 km (między Punta Amolanas i Paso de la Casa de Piedra w regionie Coquimbo).

Znakiem charakterystycznym Chile jest też jego odizolowanie od reszty świata. Warunki geograficzne sprawiają, że wydaje się ono dość niedostępną krainą: od północy oddzieloną bezkresnymi pustynnymi przestrzeniami, a na południu zakończoną fiordami i lodowcami. Na wschodzie wznosi się najdłuższy system górski na ziemi (ciągnący się na odcinku aż 7 tys. km!) – Andy, wybrzeże na zachodzie oblewają z kolei wody Pacyfiku, największego oceanu naszego globu. To wszystko sprawia, że Chile często określa się mianem wyspy, a sami Chilijczycy nierzadko przyznają, że czują się zupełnie inni niż pozostali mieszkańcy kontynentu.

 

SKARBIEC ROZMAITOŚCI

Największy walor tego kraju stanowi jego różnorodność, przejawiająca się m.in. w urozmaiconych krajobrazach. W granicach Chile wyróżnia się wiele formacji roślinnych charakterystycznych dla konkretnych regionów, np. pustyń, terenów wysokogórskich, obszarów nizinnych, fiordów czy południowych wysp pokrytych wiecznym lodem. Znajdują się tu także różne strefy klimatyczne. Na północy panuje klimat zwrotnikowy wybitnie suchy, w środkowej części – podzwrotnikowy i umiarkowany, a na najdalszych krańcach – subpolarny. Poza tym choć znaczne różnice w poziomie życia mieszkańców są typową cechą wielu państw Ameryki Łacińskiej, to w Chile kontrast między światem nielicznych bogatych obywateli i codzienną rzeczywistością dużo większej społeczności ludzi biedniejszych wydał mi się wyjątkowo ogromny. Szczególnie wyraźnie tę sytuację daje się zaobserwować w stolicy, niemal 6,5-milionowym Santiago (Santiago de Chile).

        Sercem miasta jest Plaza Baquedano (dawniej Plaza Italia) z pomnikiem XIX-wiecznego generała Manuela Baquedano. Od placu odchodzi długa aleja nosząca imię Bernarda O’Higginsa (1778–1842), przywódcy powstania, w wyniku którego kraj w lutym 1818 r. uzyskał niepodległość od Hiszpanii. W okolicy mieści się Lastarria, dzielnica pełna uliczek, kawiarni, galerii i stoisk ulicznych, przyciągająca turystów piękną architekturą modernistyczną. Do rozpowszechnienia tego stylu w budownictwie w Chile przyczynił się m.in. Luciano Kulczewski (1896–1972), chilijski architekt o polskich korzeniach, który zaprojektował wiele domów w centrum stolicy, również w tym rejonie. Pod względem atmosfery i urody Lastarria konkuruje z położoną po drugiej stronie rzeki Mapocho dzielnicą Bellavista, wieczorami tętniącą życiem za sprawą licznych barów i restauracji. Leży ona u podnóży wznoszącego się nad miastem Wzgórza św. Krzysztofa (Cerro San Cristóbal), które Hiszpanie nazwali tak na cześć patrona podróżnych. Na liczącą 880 m n.p.m. górę można wejść pieszo albo wjechać samochodem, mikrobusem czy rowerem. Najwięcej wrażeń dostarcza jednak wjazd specjalną windą przypominającą stary tramwaj (funicular) bądź kolejką linową (teleférico).

        Dla odmiany serce najstarszej części stolicy stanowi Plaza de Armas, plac wytyczony przez Pedra de Gamboę (1512–1552) na rozkaz Pedra de Valdivii (1497–1553), hiszpańskiego konkwistadora, który w lutym 1541 r. założył miasto, nadając mu nazwę Santiago de la Nueva Extremadura. Przez wieki odbywały się tu parady wojskowe, procesje religijne, a nawet publiczne egzekucje. Dziś na placu kwitnie życie towarzyskie: znajdziemy na nim wiele kawiarni i barów szybkiej obsługi, w których warto spróbować m.in. chilijskiego hot doga completo italiano, składającego się z parówki z majonezem, keczupem i awokado i z tego względu przywodzącego na myśl układ kolorów na włoskiej fladze. Poza tym kilka razy w tygodniu organizuje się tutaj koncerty, a stojące wokół stoliki często są zajęte przez mężczyzn rozgrywających partie szachowe. Nad środkową częścią placu góruje pomnik Pedra de Valdivii na koniu, na zachodzie z kolei wznosi się monumentalna Katedra Metropolitalna (Catedral Metropolitana de Santiago), która dzisiejszy neoklasycystyczny wygląd otrzymała pod koniec XIX stulecia. Autorami jej ostatnich projektów byli włoscy architekci Joaquín Toesca (1745–1799) i Ignacio Cremonesi (1862–1937). Ten pierwszy zaprojektował również mieszczącą się niedaleko La Monedę (Palacio de La Moneda), budynek pałacu prezydenckiego o nazwie pochodzącej od znajdującej się tu wcześniej mennicy.

 

BURZLIWA HISTORIA

Palacio de La Moneda uległ zniszczeniu podczas wojskowego zamachu stanu z 11 września 1973 r., mającego na celu odsunięcie od władzy prezydenta Salvadora Allende (1908–1973). Większość gmachu została wówczas zbombardowana i ostrzelana, a prezydent popełnił samobójstwo. Do władzy doszła junta wojskowa z generałem Augustem Pinochetem (1915–2006) na czele, który przez kolejnych niemal 17 lat sprawował dyktatorskie rządy. Były one naznaczone brutalnym rozprawianiem się z przeciwnikami politycznymi i osobami wspierającymi Allende – wtrącano podejrzanych do więzień i torturowano ich, a także porywano, w wyniku czego ginęli bez śladu. Te czarne karty historii kraju prezentuje m.in. Muzeum Pamięci i Praw Człowieka (Museo de la Memoria y los Derechos Humanos), wprowadzające w czasy junty od pierwszych godzin przewrotu wojskowego po zorganizowany w październiku 1988 r. plebiscyt umożliwiający wybory i stopniowy powrót demokracji. Placówka znajduje się w gminie Quinta Normal w północno-zachodniej części Santiago, którą w większości wypełnia kolorowa zabudowa kolonialna (zwłaszcza tutejszą dzielnicę Yungay).

        Przeciwieństwem tych miejsc o typowo latynoamerykańskim stylu jest nowoczesna dzielnica El Golf w północno-wschodniej gminie Las Condes, stanowiąca centrum finansowe, handlowe i turystyczne, nieoficjalnie określana Sanhattanem. Jej najbardziej charakterystyczny obiekt to Gran Torre Santiago w kompleksie Costanera Center – najwyższy budynek Ameryki Łacińskiej, liczący 64 kondygnacje i mierzący 300 m wysokości, zaprojektowany przez argentyńskiego architekta Césara Pelliego, mającego w swoim dorobku np. Petronas Towers w Kuala Lumpur w Malezji i Carnegie Hall Tower w Nowym Jorku. Wieżowiec, podobnie jak zabudowa wielu chilijskich miast, jest odporny na wstrząsy, które zdarzają się w tym kraju niezwykle często. Właśnie w Chile zanotowano najsilniejsze pod względem magnitudy udokumentowane trzęsienie ziemi w historii – o sile 9,5 stopnia w skali Richtera. Nawiedziło ono w maju 1960 r. Valdivię i było tak potężne, że większość miasta uległa zniszczeniu, a w niektórych miejscach rozstąpiła się ziemia. Odtąd tutejsi architekci zaczęli projektować budynki odporniejsze na wstrząsy, znacznie wytrzymalsze niż w innych częściach świata. Stabilność ich konstrukcji potwierdzają m.in. efekty ostatniego potężnego trzęsienia o sile 8,8 stopnia w skali Richtera, które dotknęło kraj w lutym 2010 r. Pozostawiło ono po sobie mniej zniszczeń, niż początkowo oczekiwano, a strzelista Gran Torre Santiago, jak wspominają miejscowi, tylko nieznacznie tańczyła w powietrzu.

 

CHILIJSKIE SMAKI

Chilijczycy wydają się przyzwyczajeni zarówno do trzęsień ziemi, jak i wielu innych kataklizmów, a jednym z przejawów ich dystansu do tego typu wydarzeń jest m.in. fakt, że nazwę terremoto (czyli „trzęsienie ziemi”) nadali jednemu ze swoich tradycyjnych koktajli – mieszance słodkiego białego wina z lodami ananasowymi, gorzką wódką żołądkową typu fernet lub korzenno-ziołowym likierem amargo i grenadyną. Jeśli mowa o alkoholu, to warto wspomnieć, że do specjałów Chile należy właśnie wino, odznaczające się wysoką jakością i eksportowane na cały świat. Jak głosi legenda, jego produkcję zaczęli rozwijać już w latach 40. XVI w. hiszpańscy kolonizatorzy uprawiający tu winorośl wyhodowaną z pestek z rodzynek przywiezionych z ojczyzny. Na dobre jednak przemysł winiarski upowszechnił się w drugiej połowie XIX stulecia dzięki Francuzom, którzy sprowadzili na kontynent swoje szczepy. Z tego względu za jedne z najpopularniejszych i najsmaczniejszych gatunków chilijskiego wina uchodzą te wytwarzane z odmian cabernet sauvignon, merlot, sauvignon blanc oraz carménère (wprowadzonych do plantacji przez przybyszów z regionu Bordeaux). Co najważniejsze, francuskie szczepy trafiły w Chile na bardzo żyzne gleby. Dolina Środkowochilijska (Valle Central) charakteryzuje się idealnymi do uprawy winogron ziemiami i przyjaznym śródziemnomorskim klimatem. Można się o tym przekonać podczas odwiedzin w licznych winnicach położonych w okolicy stolicy, np. w założonej w 1883 r., słynnej Concha y Toro w Pirque (ponad 20 km od centrum Santiago) – to największy producent i eksporter wina nie tylko w kraju, ale i całej Ameryce Łacińskiej. Jeszcze bardziej malowniczo prezentują się winnice w dolinie Colchagua i Casablanca. Warto do nich zajrzeć nie tylko wtedy, gdy chcemy wybrać się na degustację lub planujemy zakupy szlachetnych trunków, lecz również w przypadku wyprawy na wybrzeże – wiele z nich leży po drodze z Santiago nad ocean.

 

W PORCIE

Miastem, którego nie można ominąć w trakcie pobytu nad Oceanem Spokojnym, jest portowe Valparaíso, położone malowniczo na kilkudziesięciu wzgórzach. W czasach swojej świetności było jednym z największych portów Ameryki Południowej i ze względu na bogactwo i urodę nosiło dumne miano Perły Pacyfiku. Choć dziś okres bycia gospodarczą potęgą ma już za sobą, to wciąż cieszy się opinią najbarwniejszego, najpiękniejszego i najciekawszego miasta w Chile. Zanurzone w dekadenckiej atmosferze Valpo, jak czule mówią o nim Chilijczycy, znane jest z tego, że oddycha sztuką i przyciąga artystów z całego świata. Pomieszkiwał w nim m.in. słynny chilijski poeta i noblista Pablo Neruda (1904–1973). W należącym do niego domu na wzgórzu Florida – La Sebastianie – mieści się obecnie jego muzeum. Właśnie w Valparaíso znajduje się też najsłynniejsza w kraju akademia sztuk pięknych – Instituto de Arte de la Pontificia Universidad Católica (PUCV), której studenci i absolwenci od lat ozdabiają pracami tutejszą XIX- i XX-wieczną zabudowę. W 1992 r. powstało oficjalnie nietypowe Muzeum pod Gołym Niebem (Museo a Cielo Abierto de Valparaíso). Jego początki sięgają jednak tak naprawdę 1969 r. W trakcie spaceru stromymi uliczkami biegnącymi po zboczach wzgórza Bellavista można oglądać 20 ogromnych, barwnych murali. To bezpłatne muzeum stało się wizytówką nie tylko Valparaíso, ale również całego Chile i rozkochanej w sztuce ulicznej Ameryki Południowej.

        Oprócz tego w mieście, szczególnie w jego portowej części, znajdziemy wiele świetnych restauracji, w których podaje się dania chilijskiej kuchni, słynącej ze znakomitych owoców morza i ryb, m.in. miecznika, tuńczyka, dorsza, soli, morszczuka, węgorza i wysokiej jakości łososia. Jedną z tradycyjnych potraw kraju jest paila marina, czyli zupa przygotowywana na bazie ryb i owoców morza, z odrobiną białego wina. Inną popularną zupę stanowi cazuela,przyrządzana z rosołu gotowanego na mięsie, z dodatkiem ziemniaków, dyni, kukurydzy i papryki. Do typowych chilijskich dań należy także pastel de choclo – „ciasto z kukurydzy” i mielonego mięsa, przełożonego jajkami i oliwkami. Popularnością cieszą się też inne potrawy mięsne, przygotowywane głównie z wołowiny, a prawdziwą świętością i sportem narodowym jest w Chile asado, czyli grill, który organizuje się przy każdej możliwej okazji i o każdej porze dnia lub nocy.

Wycieczki łodziami po jeziorze San Rafael wyruszają z Puerto Chacabuco i Puerto Montt

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

WYSPA NA OCEANIE

Podróżników może zdziwić, że w tym samym regionie administracyjnym kraju co portowe Valparaíso leży oddalona tysiące kilometrów od chilijskiego wybrzeża Wyspa Wielkanocna (Isla de Pascua). Pod względem geograficznym jest ona częścią Polinezji. Uchodzi za jedną z najbardziej intrygujących wysp na świecie. Holenderski admirał Jacob Roggeveen (1659–1729) odkrył ją dla Europejczyków 5 kwietnia 1722 r., na który to dzień przypadała Niedziela Wielkanocna – stąd właśnie pochodzenie jej nazwy. Mieszkający na niej Polinezyjczycy określali ją z kolei mianem Te Pito o te Henua, co w ich języku oznacza Pępek Świata. Co ciekawe, uważana dzisiaj za tradycyjną, nazwa Rapa Nui, czyli „Wielka Rapa”, pojawiła się dopiero w XIX stuleciu. Nadali ją najprawdopodobniej żeglarze z Tahiti, którzy odwiedzali wówczas Wyspę Wielkanocną, i nawiązuje ona do podobnej wyspy Rapa (należącej obecnie do Polinezji Francuskiej), znanej także jako Rapa Iti („Mała Rapa”). Jeśli będziemy mieli okazję tu dotrzeć z kontynentalnej części Chile (najpopularniejszym sposobem dostania się w to miejsce jest bezpośredni, mniej więcej pięciogodzinny lot z Santiago do miasteczka Hanga Roa, pełniącego funkcję stolicy), szybko zdamy sobie sprawę z niesamowitego położenia tego malowniczego skrawka lądu. Niewielka wulkaniczna Isla de Pascua, o powierzchni 163,6 km² i liczbie mieszkańców wynoszącej ponad 7,7 tys. ludzi, wydaje się ginąć wśród bezkresnego błękitu Oceanu Spokojnego. Wygląda, jakby była zawieszona w środku ogromnej pustki. Najbliższa zamieszkana polinezyjska wyspa – Pitcairn – leży ok. 2 tys. km na zachód stąd. Wybrzeże Ameryki Południowej znajduje się z kolei ponad 3,5 tys. km od Rapa Nui. Jeszcze mniej więcej 50 lat temu można było się tutaj dostać tylko statkiem zaopatrzeniowym, który kursował kilka razy w roku.

        Mimo swojej niedostępności tropikalna Wyspa Wielkanocna przez wieki budziła zainteresowanie za sprawą charakterystycznych posagów moai, wykonanych ze skał wulkanicznych. Do dziś istnieje wiele hipotez dotyczących okoliczności ich powstania. Według jednych teorii figury zostały wyrzeźbione między IX i XVI w. przez polinezyjskich osadników, zgodnie z innymi wyjaśnieniami nieco wcześniej wykonali je przybysze z Ameryki Południowej. W ustaleniu faktów nie pomaga brak historycznych zapisków na temat wyspy. Jedno jest pewne, tajemnicze moai, prawdopodobnie symbolizujące bogów lub zmarłych wodzów, do dziś robią niesamowite wrażenie. Szczególnie o zachodzie słońca, gdy mienią się kolorami na tle purpurowego nieba i powoli znikają w ciemności. Wtedy wyspiarze wolą się do nich nie zbliżać, bo uważają, że posągi są zamieszkane przez duchy i związane z najbardziej mrocznymi sekretami tej magicznej wyspy, położonej w sercu niezmierzonych oceanicznych przestworzy.

 

Wyspa Wielkanocna słynie z tajemniczych posągów moai z tufu wulkanicznego

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

GWIAZDY PÓŁNOCY

W Chile, zarówno na wyspach, jak i w jego kontynentalnej części, zachwyt wśród turystów budzi przede wszystkim przyroda – dzika i często zupełnie inna od tej, która otacza nas w Europie. Ogromne wrażenie wywierają m.in. pustynne, rozgrzane promieniami palącego słońca i niemal pozbawione śladów ingerencji człowieka przestrzenie na dalekiej północy, znanej jako Wielka Północ (Norte Grande). Znajduje się tu kilka przepięknych parków narodowych, np. graniczący z Boliwią Park Narodowy Lauca, należący do najwyżej położonych na świecie (niektóre miejsca leżą nawet na ponad 6300 m n.p.m.), w którym można podziwiać ośnieżone szczyty wulkanów oraz liczne jeziora i laguny.

        Największą i najchętniej odwiedzaną przez turystów atrakcję północy stanowi rozległa pustynia Atakama, uważana za jeden z najsuchszych obszarów na ziemi. Co ciekawe, w związku z niespodziewanymi opadami deszczu wywołanymi zjawiskiem El Niño tutejsze pustynne tereny w ciągu ostatnich paru lat kilka razy zakwitły, pokrywając się kolorowym dywanem kwiatów. Na zwiedzanie najlepiej przeznaczyć co najmniej dwa lub trzy dni. Polecam zatrzymać się w miasteczku San Pedro de Atacama, gdzie warto zajrzeć do muzeum archeologicznego (Museo Arqueológico R.P. Gustavo Le Paige) i XVIII-wiecznego kościoła zbudowanego z suszonej cegły (Iglesia de San Pedro). Sama miejscowość stanowi świetną bazę wypadową do największych okolicznych atrakcji, m.in. pola gejzerów El Tatio, Doliny Księżyca (Valle de la Luna), pełnej wydm i niezwykłych formacji skalnych wyrzeźbionych przez procesy erozji, i na solnisko Salar de Atacama, z którego rozciąga się widok na majestatyczny Licancabur (5920 m n.p.m.), należący do najwyższych wygasłych wulkanów w Andach.

        Charakterystyczną cechą północy są nie tylko księżycowe pejzaże, ale też ogromna liczba kopalń, głównie miedzi, najważniejszego produktu eksportowego kraju. W historii tutejszego górnictwa znajdziemy także polski akcent: jednym z jego najważniejszych patronów jest naukowiec i inżynier Ignacy Domeyko (1802–1889), który przez lata prowadził badania w tym rejonie i zasłużył się dla rozwoju chilijskiej geologii i mineralogii. Aby uczcić pamięć o polskim emigrancie, nazwano jego nazwiskiem m.in. jedno z pasm górskich w Andach (Cordillera Domeyko), miejscowość w regionie Atakama i planetoidę. A skoro mowa o kosmicznych odkryciach, to nie sposób nie wspomnieć o tym, że na północy Chile znajduje się również duża liczba obserwatoriów astronomicznych, niektóre z nich są otwarte dla zwiedzających. Zapewne istnieje niewiele takich miejsc na świecie, gdzie kosmos wydaje się tak bliski i dostępny, a niebo jest równie gęsto zapełnione gwiazdami. Jeśli jednak ktoś nie ma czasu wybrać się na daleką północ, powinien pojechać na wycieczkę do magicznej doliny Elqui (w regionie Coquimbo), leżącej na tzw. Małej Północy (Norte Chico), pokrytej plantacjami owoców i naznaczonej sennymi, andyjskimi miasteczkami. Warto zatrzymać się tu w Pisco Elqui, które słynie m.in. z licznych wytwórni chilijskiego pisco (pisco chileno), czyli ulubionego alkoholu Chilijczyków, przypominającego brandy i uzyskiwanego ze sfermentowanych białych winogron. Jest ono produkowane w całym tym regionie, a to ze względu na sprzyjające warunki do uprawy winorośli. Co ciekawe, także Peruwiańczycy uznają pisco za swój trunek narodowy i od lat toczą z sąsiadami burzliwe spory o to, kto ma większe prawo do szczycenia się nim.

 

MAGIA POŁUDNIA

Jeśli nieco znuży nas gorący klimat północy i zatęsknimy za innymi krajobrazami, powinniśmy wybrać się na południe, np. do regionu Jezior (Los Lagos), gdzie zaczyna się Patagonia. Jednym z jego najpiękniejszych zakątków jest Puerto Varas, malowniczo położone nad jeziorem Llanquihue i przypominające miasta Szwajcarii czy Bawarii. Największe wrażenie wywiera tu widok na okoliczne wulkany: Osorno (2652 m n.p.m.) i Calbuco (2003 m n.p.m.), majestatycznie wznoszące się nad taflą wody.

        Kolejną atrakcję regionu, której nie można przegapić, stanowi wyspa Chiloé (Isla Grande de Chiloé) z lasami, latarniami morskimi oraz urokliwymi rybackimi wioskami i miasteczkami. Charakteryzuje się nieco tajemniczą atmosferą i własnym folklorem, mitami i tradycjami. Do dań miejscowej kuchni należy curanto, składające się z owoców morza, mięsa wieprzowego, kurczaka, kiełbasy, ziemniaków i warzyw. Według lokalnych przepisów powinno być gotowane w dziurze wykopanej w ziemi, na rozgrzanych kamieniach, co dodaje mu smaku. Na zachodzie wyspy znajduje się Park Narodowy Chiloé, pełen pięknych plaż, wydm, pradawnych lasów waldiwijskich i bagien. Z zachodnich wybrzeży w letnich miesiącach i przy lepszej widoczności można dostrzec pływające w oceanie delfiny czarnogłowe (toniny) i wieloryby (płetwale błękitne, walenie południowe). Trzeba jednak pamiętać, że przez większość roku na Chiloé jest pochmurno i sami jej mieszkańcy przyznają, że czasem deszcz pada tutaj niemal bez ustanku przez kilka tygodni bądź nawet miesięcy.

        Równie deszczowa i kapryśna pogoda panuje w regionie Araukania (La Araucanía), gdzie warto odwiedzić m.in. miasto Pucón, położone malowniczo nad jeziorem Villarrica. Nazwa tego ostatniego pochodzi od pobliskiego wulkanu (Volcán Villarrica – 2847 m n.p.m.), uważanego za jeden z najaktywniejszych nie tylko w Chile, ale i całej Ameryce Południowej – jego ostatnia erupcja, poprzedzona wstrząsami sejsmicznymi, miała miejsce w marcu 2015 r. Innym wulkanem, który stosunkowo niedawno dał o sobie znać, jest Chaitén (1122 m n.p.m.), znajdujący się ok. 260 km na południe od Puerto Varas. Po ponad 9 tys. lat uśpienia w maju 2008 r. wybuchł i zalał lawą leżące poniżej miasteczko o tej samej nazwie. Jego mieszkańców na szczęście w porę udało się ewakuować, ale Chaitén, wcześniej pełne życia i przyciągające turystów, zostało niemal całkowicie zniszczone.

 

KONIEC ŚWIATA

Jeszcze dalej na południe rozciąga się Aisén (Región de Aysén del General Carlos Ibáñez del Campo), najmniej zaludniony region w całym Chile (jedynie niewiele ponad 100 tys. mieszkańców). Tutejsza stolica – Coyhaique – to jedno z najpiękniej położonych, ale i też najbardziej odizolowanych miast w kraju. Stanowi ono znakomitą bazę wypadową m.in. do dziewiczego Rezerwatu Narodowego Cerro Castillo i Parku Narodowego Laguna San Rafael z ogromnym lodowcem San Rafael, zajmującym obszar ok. 760 km². Za atrakcję okolicy uchodzą również tzw. Marmurowe Jaskinie (Santuario de la Naturaleza Capilla de Mármol), uformowane w czystym marmurze i zatopione w wodach turkusowego jeziora General Carrera, największego w Patagonii (1850 km² powierzchni, w tym 978,12 km² na terytorium Chile, a reszta w Argentynie).

        Z kolei najgłębszym patagońskim akwenem (aż 836 m!) jest także niezmiernie rozległe jezioro O’Higgins (San Martín w Argentynie), mające w sumie 1013 km², leżące też na terenie Aisén (Aysén), który graniczy z wysuniętym najbardziej na południe regionem kraju, zwanym Magallanes i Chilijska Antarktyka (Región de Magallanes y de la Antártica Chilena). Znajduje się w nim najważniejsza przyrodnicza atrakcja chilijskiej Patagonii – Park Narodowy Torres del Paine. Wytyczono tu ponad 250 km przepięknych tras, wiodących raz przez zielone i soczyste lasy, łąki i pastwiska, innym razem po górskich zboczach. Pełen ośnieżonych szczytów, lodowców, turkusowych jezior i spektakularnych wodospadów park wydaje się baśniową krainą i od kwietnia 1978 r. figuruje na liście rezerwatów biosfery UNESCO. Najlepszą bazę wypadową w okolicy stanowi Puerto Natales, turystyczne miasteczko położone blisko 250 km na północny zachód od Punta Arenas (stolicy regionu Magallanes i Chilijska Antarktyka), uważanego za jedno z najpiękniejszych miast Chile, a kiedyś należącego do najbogatszych i najbardziej kosmopolitycznych ośrodków Ameryki Południowej – aż do otwarcia Kanału Panamskiego w sierpniu 1914 r. zaliczało się do najważniejszych portów na kontynencie i najruchliwszych na kuli ziemskiej. Dziś nadal pobrzmiewają w nim echa dawnego bogactwa i świetności, o których przypominają m.in. okazałe pałace oraz historyczny cmentarz ze śnieżnobiałymi grobowcami i równo przystrzyżonymi cyprysami.

        Oddychające przeszłością Punta Arenas leży nad Cieśniną Magellana, oddzielającą kontynentalną część Ameryki Południowej, Wyspy Królowej Adelajdy i wyspę Riesco od archipelagu Ziemia Ognista (Tierra del Fuego). Odkryta w 1520 r. przez słynnego portugalskiego podróżnika cieśnina łączy Ocean Atlantycki ze Spokojnym. Ze względu na silne wiatry i prądy morskie w tej okolicy, a także podwodne skały stanowi ogromne wyzwanie dla żeglarzy. Dalekie południe Chile zdaje się przypominać piękną, lecz niegościnną krainę, pełną lodowców, fiordów i niezamieszkanych, poszarpanych falami wysepek. Na jednej z nich leży skalisty przylądek Horn (Cabo de Hornos), uważany tradycyjnie za najdalej na południe wysunięty punkt Ameryki Południowej (w rzeczywistości jest nim wysepka Águila w archipelagu Diego Ramírez). Od tego miejsca pochodzi nazwa Parku Narodowego Przylądka Horn – jednego z najbardziej dziewiczych i niedostępnych na kuli ziemskiej. Można się do niego dostać statkami wojskowymi lub handlowymi, które pływają z chilijskich portów do Europy, Afryki bądź na Antarktydę. Wiele rejsów na tę ostatnią odbywa się z ponad 2-tysięcznego Puerto Williams, wysuniętego najdalej na południe miasteczka na świecie. Powstało ono w latach 50. XX w. jako baza wojskowa i znajduje się na wyspie Navarino, ok. 300 km w linii prostej na południowy wschód od Punta Arenas. Pogoda jest tutaj kapryśna, a życie płynie spokojnie. Na Puerto Williams składa się zaledwie parę ulic, działa w nim kilka sklepów, restauracji, pensjonatów i hosteli, muzeum antropologiczne (Museo Antropológico Martín Gusinde), niewielkie lotnisko, port, baza chilijskiej marynarki wojennej, szpital, kościół katolicki, bank i jeden bankomat. W dzień wypełniają je odgłosy polarnego wiatru, rześkie, mroźne powietrze i nawoływania rybaków wyruszających na połów. Właśnie tu, na najdalszych krańcach cywilizacji, wydaje się mieścić finis terrae, czyli koniec świata, wietrzny i pełen mrocznego uroku, podobnie jak całe Chile odosobniony, dziewiczy i zachwycający wielką siłą i pięknem nieujarzmionej natury.

 

Masyw Torres del Paine składa się z trzech wysokich, granitowych iglic (wież)

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

Wydanie Lato 2018