PYI_SOE_TUN_120C345_smiling_of_lisu_ladies.jpg

Birmę zamieszkuje oficjalnie aż 135 różnych grup etnicznych © HTAY WIN/MYANMAR TOURISM MARKETING ©

©PYI SOE TUN/MYANMAR TOURISM MARKETING

 


Anna Bandura 
www.nadiavstheworld.com

 

Choć Birma (od 1989 r. oficjalnie Mjanma – Myanmar) otworzyła się na świat cztery lata temu, wciąż na swój sposób jest krajem zamkniętym. Mężczyźni chodzą tu w spódnicach, kobiety nie piją alkoholu w miejscach publicznych, a dzieci pracują odkąd postawią pierwsze kroki. Woły zaprzęgnięte do drewnianego wozu czy parowóz w ruchu osobowym to nie atrakcje turystyczne, a codzienny widok. Najlepszą wizytówką tej krainy są jej mieszkańcy – imponują gościnnością, otwartością i szacunkiem do obcokrajowców. Ich ciepłe uśmiechy, szczere pozdrowienia oraz okrzyki radości rzucane w stronę turystów zaskakują zagranicznych gości, a jednocześnie sprawiają, że czujemy się niezwykle dobrze w tym kraju, w którym czas się zatrzymał.

 

Htay_Win_082B471_nice_view_to_thetbyinu.jpg

Spektakularny starożytny Pagan

©HTAY WIN/MYANMAR TOURISM MARKETING

Pogoda ducha nie odstępuje Birmańczyków ani na krok, mimo iż żyją w jednym z najbiedniejszych państw świata. Birma, niegdyś będąca potęgą Azji Południowo-Wschodniej, przypomina dziś Polskę z lat 80. XX w. Niektórzy mówią, że na podróż w te strony jest już za późno, bo na dobre rozpoczął się w nich boom turystyczny. Inni twierdzą, iż na taki wyjazd może być jeszcze za wcześnie, ponieważ miną lata, zanim w tym kraju powstanie infrastruktura potrzebna do przyjęcia tak dużej liczby gości. Warto tu jednak przyjechać dla ludzi, nieważne, czy teraz, czy za kilka lat.

 

Przy pierwszej wizycie w Birmie najlepiej odwiedzić tzw. wielką czwórkę, czyli Rangun ze złotą Pagodą Szwedagon (Shwedagon), starożytny Pagan słynący z mnóstwa świątyń i klasztorów, Mandalaj, czyli kulturową stolicę, oraz magiczne jezioro Inle otoczone wysokimi górami. Jeśli będziemy poruszać się tym szlakiem, istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że spotkamy na swojej drodze uzbrojone bojówki lub birmańską armię. Wiza turystyczna zachowuje ważność przez 28 dni (liczone od wylądowania na lotnisku) i od niedawna można ją wyrobić za pośrednictwem internetu (kosztuje 50 dolarów). Te cztery tygodnie powinny wystarczyć na poznanie najważniejszych zabytków i przekonanie się, że Birmańczycy to najserdeczniejsi i najbardziej bezinteresowni ludzie na świecie. Wyjazd do Birmy najlepiej zaplanować na okres od listopada do lutego. Wówczas temperatury w dzień osiągają ok. 32°C, a w nocy wynoszą mniej więcej 20°C.  

 

Złoto Birmy

 

Swoją 3-tygodniową wyprawę zaczynam w dawnej birmańskiej stolicy – Rangunie. Wjazd do centrum miasta jest nie lada wyzwaniem. Na ulicach utworzył się kilometrowy korek, a dźwięk klaksonów najwidoczniej skutecznie osłabia koncentrację mojego kierowcy, bo prawie potrącamy przebiegającego przez jezdnię chłopaka. Przechodniów zauważam dopiero przy wielkich targowiskach, które wylewają się na chodniki. Aby dostrzec piękno tego ponad 5,2-milionowego miasta, należy spędzić w nim przynajmniej kilka dni. Trzeba się przyzwyczaić do chaosu, zapachu jedzenia smażonego na środku ulicy i krwistoczerwonych plam pod nogami.


O uroku tej metropolii najprościej przekonać się u stóp jednego z najświętszych obiektów Birmy – Pagody Szwedagon. Można tutaj nie tylko podziwiać tę perłę architektury, ale również godzinami obserwować życie religijne Birmańczyków. Wokół wysokiego na 99 m złotego stożka wysadzanego kamieniami szlachetnymi rozciąga się gąszcz korytarzy, zakamarków i kapliczek. Legenda głosi, że dwaj bracia Tapussa i Bhallika otrzymali od Buddy dar w postaci ośmiu włosów wyrwanych z jego głowy. Po powrocie do domu postanowili, że schowają je w jakimś świętym miejscu, a następnie otoczą kultem. Z pomocą czterech duchów (Sule, Amyitha, Yawhani i Dakkhina) i króla nieba Sakki cenny podarek umieszczono na wzgórzu Singuttara. Szkatułkę z włosami ukryto w skarbcu, na którym wzniesiono kilka mosiężnych stożków. Podobno 2500 lat temu (kiedy to według podań powstała) budowla miała 20 m wysokości, dziś mierzy już 99. Od tego czasu pagoda była wielokrotnie przebudowywana, aby w końcu otrzymać obecny kształt.

 

Każdy zakątek tego świętego miejsca rozbrzmiewa nieustającymi modlitwami. Mniszki w różowych habitach tkwią w bezruchu pogrążone w medytacji, a pielgrzymi oblewają wodą posągi Buddy. Turyści fotografują to niecodzienne widowisko, po czym przysiadają na schodach, żeby skorzystać z darmowego bezprzewodowego internetu i jak najszybciej podzielić się zdjęciami z najbliższymi. W kraju, w którym istnieje duży problem z połączeniem z siecią i prędkością przesyłu danych, udostępnienie technologii Wi-Fi na terenie pagody jest co najmniej zaskakujące.


Buddyzm therawada został ustanowiony religią państwową przez króla Anawrahta (1014–1077), twórcy Królestwa Paganu (I Imperium Birmańskiego). Dziś wyznaje go ponad 80 proc. społeczeństwa. Religia odgrywa ogromną rolę w życiu Birmańczyków, a jej symbole można znaleźć na każdym kroku. Wszędzie zauważamy drogocenne posągi Buddy, różnobarwne ołtarze, przechadzających się po ulicach mnichów, medytujących pielgrzymów. W ciągu roku odbywa się tu wiele religijnych świąt i festiwali. Nawet najbardziej odizolowana od świata wioska ma własną pagodę, w której umieszczono figurę Oświeconego. Do tego każda rodzina zna jakieś wyświęcone osoby, a ich wizerunki trzyma na domowym ołtarzyku, w samochodzie lub portfelu.

 

Świątynie Paganu

207ho.jpg

XIX-wieczny buddyjski klasztor Maha Aungmye Bonzan w mieście Inwa

©MYANMAR TOURISM PROMOTION DEPARTMENT

 

Przed przyjęciem buddyzmu mieszkańcy tych terenów wierzyli w istnienie bytów duchowych zasiedlających drzewa, góry i rzeki. Uważali, że na ich zadowolenie bądź jego brak wpływają zachowania ludzi. Od 1056 r. za sprawą króla Anawrahta wszystko się zmieniło – wierzenia miejscowej ludności zostały wyparte przez buddyzm therawada.

 

Dziś Pagan stanowi jedną z największych atrakcji Azji Południowo-Wschodniej. Zdaniem wielu podróżników tutejszy kompleks świątyń jest bardziej zachwycający niż kambodżański Angkor Wat czy indonezyjski Borobudur. Europejscy badacze do tej pory spierają się, ile pagód, klasztorów i innych sakralnych obiektów znajduje się na tym terenie. W XIII stuleciu było ich prawdopodobnie powyżej 10 tys.

 

Starożytne miasto przetrwało liczne wojny, zmiany dynastii i klęski żywiołowe, jednak nie udało mu się stawić czoła wojskowemu rządowi. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu tętniło życiem, obecnie oprócz świątyń nie ma tutaj nic. Na początku lat 90. XX w., podczas rozpoczętej na dużą skalę restauracji zabytkowych obiektów, które ucierpiały w wyniku trzęsienia ziemi z lipca 1975 r., junta zarządziła przymusowe wysiedlenie mieszkańców, bo zaniedbane bambusowe chatki nie pasowały do nowego wizerunku wschodzącej atrakcji turystycznej Birmy.

 

Swój pobyt w Paganie rozpoczęłam fantastycznym wschodem słońca. Wypełnione gorącym powietrzem balony leniwie unosiły się nad zamglonym miastem, a ich kosze niemal dotykały czubków potężnych wież. Jeździłam od pagody do pagody, nie mogąc się nadziwić, że niektóre stoją tu od mniej więcej tysiąca lat. Przez kolejne trzy dni pchałam wypożyczony motorower przez gorące piaski i wchodziłam do każdej świątyni: małej, dużej, pozłacanej, zapomnianej, otulonej labiryntem z czerwonych cegieł. Zachód słońca podziwiałam z wzniesionej w 1057 r. na rozkaz króla Anawrahta Pagody Szwesandaw (Shwesandaw) wraz z tysiącem innych turystów. Mimo otaczającego mnie zgiełku rozmów w dziesiątkach języków świata, widok na rzekę Irawadi i pasmo gór skąpane w ciepłych promieniach zrobił na mnie wielkie wrażenie.

 

Ostatni dzień przesiedziałam w chłodnych murach jednej z budowli. Przyglądałam się życiu lokalnych sprzedawców. W Paganie można dostać najciekawsze pamiątki, m.in. sand paintings, czyli obrazy malowane piaskiem i pigmentem w proszku zrobionym z minerałów lub kryształów, a także piękne produkty z bambusa. Warto pamiętać, że kupując wyroby rękodzieła artystycznego na targach bezpośrednio od wytwórców, wspomagamy ich pracę i rozwój. To byłby idealny dzień, gdybym nie natknęła się na kilkuletnie dzieci w zniszczonych ubraniach oferujące ręcznie zdobione pocztówki. Rodzice zamiast do szkół wysyłają swoje pociechy pod świątynie. Najmłodsi pracują w pocie czoła od świtu do nocy, a za jeden rysunek dostają w przeliczeniu niecałą złotówkę. Wydawać by się mogło, że jest to niewielka kwota, ale znacząco poprawia ona sytuację finansową rodziny. Jedna trzecia ludności Birmy (populacja kraju wynosi ponad 51 mln) żyje za mniej niż dolara dziennie. W tak turystycznych miejscach jak Pagan dzieci są w stanie w prosty sposób odciążyć rodziców. Jednak praca w tak młodym wieku niesie ze sobą poważne konsekwencje.

 

Miasto wśród czterech stolic

 

Mandalaj stanowi z pewnością jedną z najgłośniejszych i najbardziej zaniedbanych metropolii w kraju. Od wczesnych godzin porannych do późnej nocy panuje w niej niesamowity gwar. Mimo to miasto nie jest pozbawione uroku. Nazwałabym je nawet kulturowym centrum Birmy. Ogromna liczba interesujących świątyń i położenie w pobliżu czterech dawnych stolic sprawiają, że warto się tu zatrzymać na kilka dni.

 

W hostelu otrzymałam mapę, na której grubą czerwoną kreską podkreślono atrakcję turystyczną nazwaną „największą książką na świecie”. Od razu wyobraziłam sobie ogromną księgę w mosiężnej, pozłacanej oprawie, stojącą na wysokim wzgórzu. Trochę się myliłam. Ten wyjątkowy egzemplarz znajduje się w Pagodzie Kuthodaw, a jego zawartość spisano na 729 pionowych marmurowych płytach, złożonych w 729 białych stupach. To zbiór świętych tekstów buddyjskich, rozsławiony jako „buddyjska Biblia”. Muszę przyznać, że tym przypadku rzeczywistość okazała się znacznie ciekawsza niż moje wyobrażenia.

 

Kolejnym przystankiem było słynne wzgórze Mandalaj (240 m n.p.m.), z którego rozciąga się niesamowity widok na okolicę. Miejsce to przez długi czas traktowano jako święte, ponieważ zgodnie z legendą Budda w trakcie swojej wizyty na wzniesieniu przepowiedział, że u jego podnóży zostanie założone potężne miasto. I tak 13 lutego 1857 r. na życzenie króla Mindona (1808–1878) rozpoczęto budowę nowego centralnego ośrodka królestwa.

 

W niedalekiej odległości od Mandalaj znajdują się cztery dawne stolice: Mingun, Amayabuya (Amarapura, obecnie stanowi jego przedmieście), Inwa i Sikong (Sagaing). Wycieczkę do nich można odbyć wynajętą rikszą, rowerem lub skuterem. Zdecydowałam się na ten ostatni i z samego rana wyruszyłam w poszukiwaniu starożytnych miast. Kilkanaście minut po opuszczeniu hostelu pożałowałam, że nie zatrudniłam przewodnika. Błądziłam po szutrowych drogach i co chwilę prosiłam przechodniów o wskazówki. Po raz kolejny doświadczyłam bezinteresownej pomocy ze strony Birmańczyków.

 

Mijam podskakujące na dziurach konne powozy, a wokół mnie unoszą się tumany kurzu. Większość dróg w Birmie jest w fatalnym stanie, choć kilka lat temu zadbano o poprawę nawierzchni autostrad łączących główne miasta. W kraju obowiązuje ruch prawostronny, dlatego widok samochodów z kierownicą po prawej stronie może dziwić. Jeszcze w latach 70. XX w. pojazdy poruszały się tu przy lewej krawędzi jezdni, jednak ówczesny premier Ne Win (1911–2002) zdecydował o zmianie. Podobno zasugerował się przepowiednią swojego wróżbity. Od tego czasu wszyscy jeżdżą prawą stroną. W kabinach ciężarówek przystosowanych do ruchu lewostronnego oprócz kierowcy znajduje się nawigator, który daje znać, kiedy należy wyprzedzić wolniejszy samochód lub stado kóz.

 

Po godzinie docieram do miasta Sikong – stolicy Królestwa Sikongu z lat 1315–1364. Podziwiać tutaj można zabytki świadczące o dawnej chwale tej miejscowości. Główną atrakcję stanowią złote pagody położone na wzgórzu Sikong będące ważnym centrum religijnym buddystów. Następnie zatrzymuję się w Inwie (dawna Ava), pełniącej funkcję stołecznego ośrodka przez niemal 360 lat (z kilkoma przerwami) – od 1365 do 1842 r. Została ona stopniowo opuszczona po serii silnych trzęsień ziemi w I połowie XIX w. Najważniejszym zabytkowym obiektem jest tu klasztor Bagaya Kyaung, w całości wykonany z drewna tekowego. Ustawiony na 267 gigantycznych palach, pokryty mnóstwem misternych rzeźb i zdobień kompleks zalicza się do największych tego typu budowli na świecie. Po Inwie przychodzi kolej na Mingun znane z pozostałości świątyni (Mingun Pahtodawgyi), która w pierwotnym założeniu miała być najpotężniejszą stupą na ziemi. Budowę jednak wstrzymano, gdyż astrolog króla Bodawpaya (1745–1819) przepowiedział, że imperium birmańskie upadnie, jeśli jego dzieło zostanie dokończone. Warto zobaczyć tutaj również imponujących rozmiarów, niemal 91-tonowy dzwon z brązu, który uważa się za jeden z największych wciąż funkcjonujących (wydających dźwięk) na naszym globie. Tuż przed zachodem słońca dojeżdżam do miasta Amayabuya. W swojej historii dwukrotnie odgrywało ono rolę birmańskiej stolicy. Było to za czasów dynastii Konbaung – w latach 1783–1821 i 1842–1859. To właśnie w tym miejscu można przejść się po najprawdopodobniej najstarszym i najdłuższym na świecie tekowym moście. Wzniesiony ok. 1850 r. U Bein ma 1,2 km długości i łączy brzegi jeziora Taungthaman.

 

Birmańska Atlantyda

Kyaw_Kyaw_Win_068A613_boat_running_race_in_inlay_lake.jpg

Żyjący nad jeziorem Inle lud Intka słynie z wiosłowania za pomocą stóp

©KYAW KYAW WIN/MYANMAR TOURISM MARKETING

 

Rejon jeziora Inle to otoczona wysokimi szczytami bajkowa kraina położona na wodzie. Drewniane łodzie zastępują w niej samochody, a zamiast mocnych domów z cegieł stawia się małe chaty na palach. Życie płynie tu wolno, od wieków w tym samym rytmie. Samo jezioro jest najpiękniejsze o poranku, kiedy nad zieloną taflą unosi się lekka mgła. W oddali widać sylwetki ludzi pracujących w pływających ogrodach i rybaków zarzucających stożkowe sieci. 

 

Inle leży na wysokości 880 m n.p.m., mierzy 22 km długości i stanowi drugi pod względem wielkości słodkowodny akwen w Birmie. Nad jego powierzchnią wzniesiono miasta i wioski, w których znajdują się szkoły, klasztory, a nawet hotele. Trasa typowej wycieczki wiedzie do manufaktur, gdzie na ręcznych warsztatach kobiety tkają wzorzyste materiały, skręcają słodkie cygaretki i tworzą prawdziwe dzieła sztuki jubilerskiej. Miejscową atrakcją są także pływające plantacje. Lokalni rolnicy uprawiają na nich warzywa, owoce i kwiaty, które każdego ranka trafiają do sklepów położonych po drodze do buddyjskich świątyń. Ostatnim punktem programu jest wizyta na targu. Można się na nim zaopatrzyć w birmańskie pamiątki. W okolicy jeziora znajduje się winnica Red Mountain Estate z ponad 400 tys. winorośli sprowadzonych z Hiszpanii, Izraela i Francji. Warto udać się do niej tuż przed zachodem słońca. Degustacja schłodzonego wina podczas podziwiania widoku na góry skąpane w ciepłym świetle będzie idealnym zakończeniem dnia wypełnionego intensywnym zwiedzaniem. 

 

Nyaungshwe, miasto leżące niedaleko Inle, stanowi też doskonałą bazę wypadową dla turystów lubiących piesze wycieczki. Szlaki są niezmiernie malownicze, wiodą przez zielone wzgórza, rozległe pola ryżowe i małe wioski, po których dzieci biegają na bosaka. Czas zatrzymał się tutaj dawno temu. Chociaż gliniane dzbany zostały wyparte przez plastikowe kanistry, to kobiety wciąż chodzą po wodę do studni, tej samej, z której przez setki lat korzystali ich przodkowie. Na pomarańczowych polach rolnicy pracują motykami, a maluchy noszą młodsze rodzeństwo na plecach.

 

Każdy podróżnik odczuwa potrzebę odkrycia niesamowitości i inności. Wizyta w Birmie z pewnością ją zaspokoi. Kraj ten jest wyjątkowy i fascynujący, ponieważ przez dziesięciolecia był zamknięty na wpływy z zewnątrz, a spragnieni kontaktu z obcokrajowcami Birmańczycy na każdym kroku okazują przybyszom wielkie serce. Dopiero zaczęły tu powstawać pierwsze restauracje McDonald’s czy KFC i sieciowe kawiarnie (np. Starbucks), a w krajobrazie dużych miast brakuje ogromnych szklanych centrów handlowych. Spotkamy za to serdecznych i uśmiechniętych ludzi, którzy swoją życzliwością sprawią, że jeszcze przed wyjazdem do domu zaplanujemy kolejną wizytę. Według danych rządowych Birmę w 2011 r. odwiedziło niemal 400 tys. zagranicznych turystów. W minionym roku liczba ta przekroczyła już 1,1 mln. I choć boom turystyczny wciąż trwa, to w tym kraju bez problemu można znaleźć miejsca nieskażone komercyjną bylejakością. Gościnni Birmańczycy otworzą dla nas swoje domy, obdzwonią całą rodzinę, aby wskazać nam drogę, a w lokalnych autobusach poczęstują ciastkami i winem domowej roboty. Naprawdę trudno będzie nam stąd wrócić do Polski.

 

Artykuły wybrane losowo

Macedonia – nieodkryte Bałkany

 

Kinga Nowotniak

www.odkrywamyinterior.pl

 

 W porównaniu ze swoimi bałkańskimi sąsiadami Macedonia jest w Polsce stosunkowo mało popularna. Uchodzi raczej za kraj tranzytowy w drodze do Grecji. Polacy ignorują ją jednak bardzo niesłusznie, bo znajduje się tu znacznie więcej niż tylko ładne górskie widoki, jakie rozpościerają się z autostrady wiodącej do przejścia granicznego.

 

Choć może to się wydać zaskakujące, do Macedonii całkiem łatwo dotrzeć z Polski samochodem (odległość z Warszawy do Skopje wynosi ponad 1500 km). Praktycznie całą drogę pokonamy autostradami, co znacznie skraca czas podróży i czyni ją dużo wygodniejszą. Już na miejscu z pewnością docenimy wybór tego właśnie środka lokomocji. Dzięki własnemu autu dojedziemy do najbardziej nawet oddalonych rejonów. Jest to o tyle istotne, że główną atrakcją Macedonii są małe miasteczka i wsie oraz nie naznaczona ludzką obecnością przyroda. Niestety, jeśli nie będziemy się poruszać po kraju samochodem, zwiedzanie okaże się nieco trudniejsze. O ile do większych miast dostaniemy się autobusami, o tyle w przypadku niewielkich miejscowości musimy korzystać z taksówek (a i tymi nie wszędzie dotrzemy).

 

Osobom, które zdecydują się na podróż samolotem, pozostaje wypożyczenie auta na miejscu. Jeżeli chcemy zobaczyć jak najwięcej, to na pewno warto je wynająć. Do macedońskiej stolicy Skopje nie ma na razie bezpośrednich połączeń lotniczych z Polski. Zarówno tradycyjni przewoźnicy, jak i ci niskobudżetowi oferują loty z przesiadkami. Zdarzają się jednak nawet takie super promocje, w ramach których dolecimy na skopijskie lotnisko już za ok. 200–300 zł. Możemy też dotrzeć bezpośrednio do Belgradu, stolicy Serbii, i w nim wypożyczyć samochód na wyprawę do Macedonii. Oczywiście, zostaje nam jeszcze wycieczka autobusem. Poza tym z naszego kraju samoloty kursują bezpośrednio do Sofii w Bułgarii. Stąd autobusem lub autem również przekroczymy macedońską granicę. Niestety, ze względu na drogi podróż nie będzie tak wygodna jak z Belgradu, z którego do Skopje prowadzi całkiem przyzwoita autostrada.

 

Miasto pomników

 

Niezależnie od wybranego środka transportu, zwiedzanie warto zacząć od macedońskiej stolicy. Często zwycięża ona w rankingach na najbrzydsze i najmniej ciekawe miasto stołeczne na świecie. Jednak mimo wielu negatywnych opinii Skopje ma swój osobliwy urok, na który składają się m.in. tysiące pomników w zasięgu wzroku. To zdecydowanie niedoceniane miejsce.

 

Nagromadzenie rozmaitych monumentów jest efektem projektu Skopje 2014, na realizację którego wydano ponoć ponad 500 mln euro (!). Najwięcej pieniędzy przeznaczono na posągi większości macedońskich postaci historycznych. Projekt miał na celu zmodernizowanie miasta i nadanie mu nowego wyglądu, który przyciągnąłby turystów. W lipcu 1963 r. aż ok. 80 proc. zabudowy stolicy Macedonii zostało zniszczone przez potężne trzęsienie ziemi. Skopje trzeba było zaprojektować praktycznie od nowa. O 40 latach borykania się ze skutkami tego tragicznego wydarzenia przypomina pomnik wystawiony w centrum, w pobliżu Muzeum Miasta Skopje. Ten monument architektonicznie jeszcze się broni, ale nie można już tego powiedzieć np. o rzeźbach innych naturalistycznie przedstawionych postaci. Twarze bohaterów macedońskich patrzą na turystów i mieszkańców z każdego budynku rządowego i z kilku mostów przewieszonych nad rzeką Wardar. Spacer po stolicy to odkrywanie coraz to nowych pomników porozrzucanych po całym mieście. Warto je zobaczyć ze zwykłej ciekawości, bo same w sobie nie przedstawiają raczej zbyt dużej wartości artystycznej.

 

Po zwiedzaniu współczesnej części Skopje najlepiej wyruszyć na poszukiwania atmosfery dawnych czasów. Znajdziemy ją w rejonie noszącym nazwę Stary Bazar (Stara čaršija), gdzie łatwo zgubić się wśród wąskich uliczek, wzdłuż których ciągną się sklepy z antykami i małe manufaktury macedońskich rzemieślników. Z witryn spoglądają na turystów manekiny ubrane w cekinowe suknie balowe zaprojektowane według lokalnych kanonów mody, ale również wspaniałe dzieła tutejszych jubilerów. Ich umiejętności w wytwarzaniu srebrnej biżuterii budzą zachwyt, ceny są jednak adekwatne do wysokiej jakości wyrobów. Stary Bazar to także najlepsze miejsce na spróbowanie narodowej potrawy Macedonii – tawcze grawcze. Ta zapieczona w glinianej miseczce fasola z cebulą i czerwoną papryką w intensywnie pomidorowym sosie serwowana z dodatkiem mięsa przypomina trochę fasolkę po bretońsku. W wersji macedońskiej, zgodnie ze starym zwyczajem, zapiekana jest w piecach w naczyniach z pewnością zakupionych u tutejszych handlarzy. Wszystkie miski mają prawdopodobnie swoje dzieje, a jedli z nich zarówno turyści, jak i miejscowi Bośniacy, Turcy, Serbowie, Romowie i Albańczycy, którzy mieszkają w okolicznych niskich domkach stojących wzdłuż wąskich uliczek. Tawcze grawcze warto zagryźć świeżym chlebem i popić białym winem Smederevka z regionu winiarskiego Tikveš.

 

Latem temperatury w Macedonii bywają wysokie, dlatego dla ochłody można wybrać się do kanionu Matka (po macedońsku Łono), położonego nie tak daleko od stolicy. Znajduje się w nim jezioro o tej samej nazwie. Tak naprawdę jest sztucznym zbiornikiem, powstałym po wybudowaniu w 1937 r. zapory na rzece Treska. Z jednej strony kanionu wznoszą się wysokie zbocza góry Wodno (1066 m n.p.m.), a z drugiej – strome ściany masywu Osoj (Kowaczica). Wzdłuż jeziora prowadzi wykuta w skałach ścieżka, którą dochodzi się aż do zapory. Oprócz tego można tu wsiąść w romantyczną łódkę i popłynąć do jednej z najgłębszych jaskiń w Europie – Wrelo (Vrelo). Do kanionu dostaniemy się zarówno autobusem miejskim, jak i… na dwóch kółkach! Z wynajęciem tego ostatniego środka transportu nie powinno być problemu, bo w Skopje funkcjonuje miejski system wypożyczania rowerów z dość symbolicznymi opłatami. Trasa nad jezioro Matka jest bezpieczna, a kierowcy samochodów, inaczej niż w sąsiednich krajach bałkańskich, są tutaj przyzwyczajeni do rowerzystów.

 

Warto też wybrać się na pieszą wycieczkę na wspomnianą już górę Wodno, która znajduje się zaraz obok południowo-zachodniej granicy stolicy i stanowi naturalną barierę oddzielającą ją od akwenu w kanionie. Ze szczytu rozpościera się wspaniała panorama miasta i okolicy. Stoi na nim również ogromny Krzyż Milenijny (66 m), wyższy od słynnej figury Chrystusa Odkupiciela z Rio de Janeiro w Brazylii i podobnego pomnika z polskiego Świebodzina. Ma on upamiętniać 2000 lat rozwoju chrześcijaństwa w Macedonii i na świecie oraz symbolizować wejście w nowe tysiąclecie. Albańczycy, którzy są znaczną grupą wśród obywateli republiki (ponad 25 proc. całej populacji), uważają jednak, że monumentalna konstrukcja jest znakiem niechęci prawosławnej społeczności południowosłowiańskiej (stanowiącej w kraju większość) do muzułmańskiej mniejszości pochodzenia albańskiego. Ten pogląd nie wydaje się bezpodstawny, bo krzyż postawiono w 2002 r., tuż po zakończeniu konfliktu zbrojnego w Tetowie.

 

Charakterystyczny obiekt na szczycie góry pełni poza tym bardzo praktyczną funkcję. Uchodzi za najlepszy drogowskaz podczas spacerów po Skopje i wręcz uniemożliwia zgubienie się w mieście. Nocą podświetlony krzyż błyszczy na niebie niczym gwiazda i jest z daleka widoczny z autostrady, dzięki czemu służy jako punkt orientacyjny. Ze względu na tę rolę przypomina latarnię morską, ale umieszczoną w głębi lądu. Z samym wzniesieniem wiąże się pewna ciekawostka. Podobno jego rejon jeszcze niedawno był powszechnie znany jako popularne miejsce dla par umawiających się na seks w samochodzie. Lokalne władze wprowadziły kilka lat temu nawet specjalny zakaz takich aktywności w tej okolicy, za którego złamanie grozi kara pieniężna do 1500 euro. Zwyczaj przyjął się na tyle mocno, że zwrot byliśmy na Wodnie w niektórych sytuacjach interpretowano jako przyznanie się dwójki osób do kontaktów seksualnych.

 

Niezbyt wysoka góra nie robi wrażenia na amatorach trekkingu. Wielki krzyż zdaje się być na wyciągnięcie ręki. Wiedzie tu asfaltowa droga, którą można pokonać samochodem lub nawet autobusem miejskim (dwupoziomowym!). Następnie z parkingu na szczyt idzie się już pieszo wyznaczonym szlakiem lub wjeżdża nowoczesną koleją gondolową z 2010 r. W trakcie wędrówki mija się zazwyczaj wielu Macedończyków, którzy bardzo lubią spędzać weekendy aktywnie. Ustawione przy samym krzyżu stoliki oblegają z reguły liczne grupy ludzi. Piknik możemy zorganizować nawet na małych drewnianych tarasach widokowych przyklejonych do zboczy. Na szczycie znajduje się także wiele restauracji, w których warto zamówić mocno gazowaną wodę Pelisterkę w dużej szklanej butelce, dokładnie takiej, jakich używano w latach 80. XX w. w Polsce. Z pewnością znakomicie zaspokoi ona nasze pragnienie, szczególnie po letniej wspinaczce na tę niepozorną górę, gdy temperatura powietrza sięga 30°C.

 

Noworoczne fajerwerki nad placem Macedonia w centrum stolicy kraju

37 - Ploshtad Makedonija - Zoran Sekerov

© AGENCY FOR PROMOTION AND SUPPORT OF TOURISM OF REPUBLIC OF MACEDONIA

 

Górskie krajobrazy

 

Kiedy obejrzymy już wszystkie największe atrakcje stolicy, powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, co tak naprawdę lubimy. Jeśli wolimy spędzać czas nad wodą, czekają na nas przepiękne macedońskie jeziora, np. Jezioro Ochrydzkie (358,2 km² powierzchni) lub Prespa (276,2 km²), nad którymi odpoczniemy w cichych, zapomnianych wioskach. Jeżeli jesteśmy aktywni, a górskie wędrówki nie są nam obce, zapewne spodoba nam się zdobywanie malowniczych szczytów.

 

Wielbicielom gór Macedonia ma niezmiernie wiele do zaoferowania. Co najważniejsze, tutejsze szlaki nie należą do ciężkich i niebezpiecznych. Wyprawy trekkingowe po dobrze oznaczonych trasach wymagają raczej odrobiny lepszej kondycji. Najbliżej Skopje (ok. 50 km) leży ośrodek Popowa Szapka (Popova Sapka – 1780 m n.p.m.), w okolicy którego zimą pojeździmy na nartach na stokach pasma Szar Płanina (Szarska Płanina). Latem natomiast stanowi on doskonałą bazę wypadową na najwyższy miejscowy szczyt, czyli Titow Wrw (2747 m n.p.m.). Podczas wędrówek trzeba jednak uważać na psy pasterskie, często osobniki rasy sarplaninac (szarplaninac), które od wiosny do jesieni przebywają na halach, gdzie pilnują owiec. Niestety, nie zawsze można liczyć na szybką interwencję pasterza. Dlatego w macedońskich górach (nie dotyczy to wszystkich masywów górskich) trzeba być przygotowanym na takie spotkanie i wiedzieć, jak reagować. Przede wszystkim najbezpieczniej chodzić w większej grupie, wtedy czworonożni strażnicy stad nie powinni nas niepokoić. Jeżeli jednak wybieramy się sami lub we dwójkę, warto wziąć ze sobą kije trekkingowe (albo inne) i kilka niedużych kamieni. Psy pasterskie często uciekają, gdy tylko widzą gest zamachnięcia się, więc w razie potrzeby wystarczy jedynie udawać rzucanie.

 

Niedaleko Skopje (ok. 95 km) znajduje się kolejny urokliwy górski kurort, szczególnie popularny zimą, a mianowicie Mawrowo (Mavrovo – 1230 m n.p.m.). Ze względu na piękną okolicę i sztuczne jezioro warto przyjechać tu o każdej porze roku. Jedną z atrakcji tego niezmiernie malowniczego zakątka jest Kościół św. Mikołaja z 1850 r., który przy wysokim stanie wody wygląda, jakby unosił się na powierzchni zbiornika. Latem i jesienią udaje się nawet dojść pod świątynię suchą stopą, ponieważ tafla obniża się na tyle, że brzeg przesuwa się w głąb jeziora.

 

Malowniczy rejs przez wypełniony szmaragdową wodą kanion Matka

46 - Kanjon Matka

© AGENCY FOR PROMOTION AND SUPPORT OF TOURISM OF REPUBLIC OF MACEDONIA

 

Nad błękitnymi wodami

 

Zarówno wielbicielom pocztówkowych akwenów, jak i osobom niezdecydowanym, co chciałyby robić w Macedonii, z pewnością spodobają się wspomniane jeziora Ochrydzkie i Prespa. Oddziela je od siebie Park Narodowy Galiczica (Galicica – ok. 250 km² powierzchni), przez który można przejechać samochodem. Trasę między oboma zbiornikami pokonamy w mniej więcej godzinę, a przy okazji będziemy podziwiać wspaniałe widoki, jakie rozpościerają się z przełęczy Livada (1568 m n.p.m.). Z tego ostatniego miejsca wyruszymy także na Magaro, najwyższy szczyt w parku (2254 m n.p.m.). Przy dobrej pogodzie da się z niego dostrzec oba akweny.

 

Znajdujące się nad Jeziorem Ochrydzkim miasto Ochryda (695–740 m n.p.m.) to perełka Macedonii i jedna z najstarszych osad ludzkich w Europie. W większości została zbudowana między VII i XIX w. Wznosi się tutaj pierwszy w dziejach słowiański klasztor (poświęcony św. Pantaleonowi), który powstał ponoć już w 863 r. Miasto słynie z tego, że miało niegdyś aż 365 kościołów, po jednym na każdy dzień roku. Dlatego też bywa nazywane „Jerozolimą Bałkanów”. Wielkie walory przyrodnicze i kulturalne regionu Ochrydy doceniła organizacja UNESCO, która umieściła go na swojej prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości. Na pewno spotkamy tu mnóstwo turystów. Nie ma się zresztą czemu dziwić. Zabytkowe miasto jest przepięknie położone, a spacer po jego wąskich, kamiennych uliczkach stanowi wyjątkową przyjemność. W sezonie i w weekendy Ochryda tętni życiem. Restauracje są wypełnione, nad wodą zbierają się prawdziwe tłumy. Niestety, nie znajdziemy tutaj piaszczystych plaż, a jedynie wąskie pasy kamieni, kilka pomostów w centrum i trawnik obok nich. Dlatego na plażowanie i kąpiel lepiej wybrać się do jednego z miasteczek leżących przy trasie wiodącej wzdłuż jeziora w kierunku granicy z Albanią. Warto również wynająć domek stojący tuż przy kamienistym brzegu, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał. Odpoczniemy w nim w ciszy i spokoju. W pobliskiej restauracji natomiast zjemy świeżą rybę prosto z Jeziora Ochrydzkiego.

 

Kiedy znudzi nam się opalanie, możemy odwiedzić założony w 905 r. Monastyr św. Nauma, który znajduje się niedaleko albańskiej granicy. Dotrzemy do niego zarówno samochodem, jak i statkiem turystycznym, odpływającym z Ochrydy. Wokół tutejszego malowniczo położonego klasztoru przechadzają się pawie. Są dosłownie wszędzie i trzeba uważać, aby się z nimi nie zderzyć, ponieważ lubią wlatywać na dach monastyru i okolicznych budynków. Oprócz tego powinniśmy także spróbować smacznych dań podawanych w miejscowych restauracjach.

 

Równie piękne, ale dużo mniej popularne, jest jezioro Prespa, znajdujące się po drugiej stronie Parku Narodowego Galiczica, u zbiegu granic Macedonii, Grecji i Albanii. Poza sezonem czasem na tutejszych plażach nie ma nikogo. Jedynie w gęstych zaroślach przy brzegu, w wykarczowanych przecinkach lokalni rybacy zostawiają swoje łodzie. Nad tym niezmiernie urokliwym zbiornikiem żyją pelikany, kormorany i czaple. Najlepiej zatrzymać się w jednej z malowniczych wiosek leżących trochę wyżej, w górach, tuż przy granicy Parku Narodowego Pelister (171,5 km² powierzchni). W miejscowościach takich jak Brajčino (ok. 1000 m n.p.m.) i Ljubojno (mniej więcej 900 m n.p.m.) można odciąć się od otaczającego świata i doświadczyć prawdziwej macedońskiej gościnności. Znajduje się w nich kilka kameralnych pensjonatów, są też pokoje do wynajęcia. Taki wypoczynek urozmaica wyśmienita domowa kuchnia. Sałatka szopska i dania z grillowanego mięsa nigdzie nie smakują tak świetnie jak u miejscowych gospodarzy.

 

Na wschód od brzegów jeziora Prespa i dalej aż na terytorium północnej Grecji rozciąga się pasmo górskie Baba. Charakterystycznym elementem tutejszego krajobrazu są gołoborza. Stoki jedynie gdzieniegdzie porasta las iglasty, m.in. z endemiczną bałkańską sosną rumelijską, nazywaną sosną macedońską. Najwyższym szczytem jest Pelister (2601 m n.p.m.). Przy sprzyjających warunkach atmosferycznych łatwo go zdobyć, ale nawet lekkie oblodzenie uniemożliwia osiągnięcie celu, choć wierzchołek widać ze szlaku jak na dłoni. Pokonanie niektórych tras zajmuje nawet 13 godz. i wymaga przejścia po śliskich kamieniach. W okolicy samego szczytu leżą dwa małe górskie akweny zwane Pelisterski Oczi: Wielkie Jezioro (Golemo Ezero, 2218 m n.p.m.) i Małe Jezioro (Маlo Ezеrо, 2180 m n.p.m.). Wyprawę do nich najlepiej rozpocząć spod wyciągu narciarskiego w miejscowości Niżepołe (Nižepole), położonej niedaleko zabytkowej Bitoli – drugiego co do wielkości miasta w Macedonii (ponad 75 tys. mieszkańców). Według informacji na drogowskazach z tego punktu czeka nas jedynie 4 godz. marszu na odcinku 9 km. Szlak biegnie początkowo drogą gruntową, a później wchodzi w las i zygzakami wiedzie ostro w górę.

 

W tektonicznym jeziorze Prespa występuje aż 9 endemicznych gatunków ryb

41 - Prespansko ezero - nace popov

© AGENCY FOR PROMOTION AND SUPPORT OF TOURISM OF REPUBLIC OF MACEDONIA

 

Wyprawy winne

 

Oprócz wspaniałych jezior i majestatycznych gór oraz niezwykłej gościnności swoich mieszkańców Macedonia słynie również z doskonałego wina. Najbardziej znane krajowe winnice – Tikveš (jej historia sięga 1885 r.) i Popova Kula – leżą na południu. Do obu można wybrać się w odwiedziny, aby skosztować produkowanych przez nie szlachetnych trunków i specjalnie dobranych do nich przekąsek. Wśród nich są najlepsze macedońskie sery i wędliny. Osoby z większym apetytem nasycą głód tradycyjnymi daniami regionu. Warto wiedzieć, że jedynie w winnicy Popova Kula działa komfortowy hotel, w którym na gości czekają 33 pokoje. Jeżeli na degustację przyjedziemy samochodem i nie zapewnimy sobie transportu powrotnego, lepiej skorzystajmy z możliwości noclegu. Tutejsze wina smakują wyśmienicie i trudno poprzestać tylko na jednym kieliszku. Budynek hotelowy stoi na wzgórzu wśród winorośli, a z jego okien rozpościera się przepiękny widok na położone w dole zabytkowe miasteczko Demir Kapija. Na miejscu wypożyczymy także rowery lub weźmiemy udział w zorganizowanym spływie kajakowym po rzece Wardar.

 

Warto wspomnieć, że Macedończycy, podobnie jak mieszkańcy Bałkanów w ogóle, uwielbiają biesiadować. W trakcie spotkań przy wspólnym stole chętnie rozmawiają i śpiewają. Co najważniejsze w obecnych czasach, rzadko zerkają wtedy na telefon, a skupiają się raczej na swoim towarzystwie. Wizyta w restauracji lub kafanie (po macedońsku kafeanie), czyli rodzaju karczmy w krajach byłej Jugosławii, ma też bardziej oczywiste zalety. Macedońskie potrawy są wyjątkowo smaczne, a Polacy nie od dziś przecież cenią sobie bałkańską kuchnię. Dodatkowo ceny dań bywają niezmiernie atrakcyjne dla turysty. W knajpkach podaje się również wyśmienitej jakości regionalne wina, za które zapłacimy już od 20 zł za butelkę.  

  

Niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na wycieczki górskie, sielski odpoczynek nad jeziorami, czy odkrywanie zapomnianych miasteczek, Macedonia na długo pozostanie w naszej pamięci. To niewątpliwie zasługa niezwykle gościnnych Macedończyków, tutejszego wspaniałego jedzenia i jeszcze lepszych trunków. A jeśli będziemy chcieli przypomnieć sobie podróż w te malownicze strony, wystarczy, że wyjmiemy przywieziony ze sobą słoik z pyszną pastą warzywną ajwar i butelkę macedońskiego wina, a ich wyborny smak jak za skinieniem magicznej różdżki wyczaruje w naszym domu cudowną atmosferę tego naprawdę wyjątkowego bałkańskiego kraju.

 

Dania ze świeżych ryb podawane nad jeziorem Dojran na granicy z Grecją

14 - Hrana riba Dojran

© AGENCY FOR PROMOTION AND SUPPORT OF TOURISM OF REPUBLIC OF MACEDONIA

 

Finlandia w blasku zorzy polarnej

snowland-igloo-restaurant-northern-lights-rovaniemi_9294.jpg

Zorza polarna nad lodową restauracją Lumimaa (Snowland) w Rovaniemi

©VISIT FINLAND MEDIA BANK

 

Karolina Paduszyńska

WWW.ZASTRZYKINSPIRACJI.PL

 

Zimą w Finlandii czas można spędzić bardzo ciekawie. Najlepiej zacząć od spaceru po nowoczesnych Helsinkach, potem wybrać się na przejażdżkę skuterem śnieżnym, pojechać do Laponii na podziwianie zorzy polarnej, zanocować w lodowym hotelu, a na koniec rozgrzać się w saunie, po czym wskoczyć do lodowatego jeziora. Takiej podróży nie sposób zapomnieć.

Więcej…

Cztery światy, jeden Ekwador

AR PN COSTA06 PLAYAS DEPORTES SURF 087

Wybrzeże Pacyfiku w Ekwadorze jest idealne do uprawiania surfingu

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

Aleksandra Świstow

www.pojechana.pl 

 

Jest taki kraj w Ameryce Południowej, w którym występują aż cztery regiony fizyczno-geograficzne – Amazonia, góry („sierra”), wybrzeże („costa”) i słynny archipelag Galapagos, 15 proc. wszystkich gatunków ptaków żyjących na naszej planecie, 6 tys. gatunków motyli i aż 3 tys. odmian storczyków, mimo iż zajmuje on powierzchnię mniejszą niż Polska. Stąd pochodzi aż 10 proc. wszystkich gatunków roślin i 8 proc. wszystkich gatunków zwierząt na świecie. To właśnie Ekwador – najmniejsze z andyjskich państw. „Ecuador” oznacza po hiszpańsku „równik”. Linia najdłuższego równoleżnika Ziemi przecina północną część kraju.

Więcej…