PYI_SOE_TUN_120C345_smiling_of_lisu_ladies.jpg

Birmę zamieszkuje oficjalnie aż 135 różnych grup etnicznych © HTAY WIN/MYANMAR TOURISM MARKETING ©

©PYI SOE TUN/MYANMAR TOURISM MARKETING

 


Anna Bandura 
www.nadiavstheworld.com

 

Choć Birma (od 1989 r. oficjalnie Mjanma – Myanmar) otworzyła się na świat cztery lata temu, wciąż na swój sposób jest krajem zamkniętym. Mężczyźni chodzą tu w spódnicach, kobiety nie piją alkoholu w miejscach publicznych, a dzieci pracują odkąd postawią pierwsze kroki. Woły zaprzęgnięte do drewnianego wozu czy parowóz w ruchu osobowym to nie atrakcje turystyczne, a codzienny widok. Najlepszą wizytówką tej krainy są jej mieszkańcy – imponują gościnnością, otwartością i szacunkiem do obcokrajowców. Ich ciepłe uśmiechy, szczere pozdrowienia oraz okrzyki radości rzucane w stronę turystów zaskakują zagranicznych gości, a jednocześnie sprawiają, że czujemy się niezwykle dobrze w tym kraju, w którym czas się zatrzymał.

 

Htay_Win_082B471_nice_view_to_thetbyinu.jpg

Spektakularny starożytny Pagan

©HTAY WIN/MYANMAR TOURISM MARKETING

Pogoda ducha nie odstępuje Birmańczyków ani na krok, mimo iż żyją w jednym z najbiedniejszych państw świata. Birma, niegdyś będąca potęgą Azji Południowo-Wschodniej, przypomina dziś Polskę z lat 80. XX w. Niektórzy mówią, że na podróż w te strony jest już za późno, bo na dobre rozpoczął się w nich boom turystyczny. Inni twierdzą, iż na taki wyjazd może być jeszcze za wcześnie, ponieważ miną lata, zanim w tym kraju powstanie infrastruktura potrzebna do przyjęcia tak dużej liczby gości. Warto tu jednak przyjechać dla ludzi, nieważne, czy teraz, czy za kilka lat.

 

Przy pierwszej wizycie w Birmie najlepiej odwiedzić tzw. wielką czwórkę, czyli Rangun ze złotą Pagodą Szwedagon (Shwedagon), starożytny Pagan słynący z mnóstwa świątyń i klasztorów, Mandalaj, czyli kulturową stolicę, oraz magiczne jezioro Inle otoczone wysokimi górami. Jeśli będziemy poruszać się tym szlakiem, istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że spotkamy na swojej drodze uzbrojone bojówki lub birmańską armię. Wiza turystyczna zachowuje ważność przez 28 dni (liczone od wylądowania na lotnisku) i od niedawna można ją wyrobić za pośrednictwem internetu (kosztuje 50 dolarów). Te cztery tygodnie powinny wystarczyć na poznanie najważniejszych zabytków i przekonanie się, że Birmańczycy to najserdeczniejsi i najbardziej bezinteresowni ludzie na świecie. Wyjazd do Birmy najlepiej zaplanować na okres od listopada do lutego. Wówczas temperatury w dzień osiągają ok. 32°C, a w nocy wynoszą mniej więcej 20°C.  

 

Złoto Birmy

 

Swoją 3-tygodniową wyprawę zaczynam w dawnej birmańskiej stolicy – Rangunie. Wjazd do centrum miasta jest nie lada wyzwaniem. Na ulicach utworzył się kilometrowy korek, a dźwięk klaksonów najwidoczniej skutecznie osłabia koncentrację mojego kierowcy, bo prawie potrącamy przebiegającego przez jezdnię chłopaka. Przechodniów zauważam dopiero przy wielkich targowiskach, które wylewają się na chodniki. Aby dostrzec piękno tego ponad 5,2-milionowego miasta, należy spędzić w nim przynajmniej kilka dni. Trzeba się przyzwyczaić do chaosu, zapachu jedzenia smażonego na środku ulicy i krwistoczerwonych plam pod nogami.


O uroku tej metropolii najprościej przekonać się u stóp jednego z najświętszych obiektów Birmy – Pagody Szwedagon. Można tutaj nie tylko podziwiać tę perłę architektury, ale również godzinami obserwować życie religijne Birmańczyków. Wokół wysokiego na 99 m złotego stożka wysadzanego kamieniami szlachetnymi rozciąga się gąszcz korytarzy, zakamarków i kapliczek. Legenda głosi, że dwaj bracia Tapussa i Bhallika otrzymali od Buddy dar w postaci ośmiu włosów wyrwanych z jego głowy. Po powrocie do domu postanowili, że schowają je w jakimś świętym miejscu, a następnie otoczą kultem. Z pomocą czterech duchów (Sule, Amyitha, Yawhani i Dakkhina) i króla nieba Sakki cenny podarek umieszczono na wzgórzu Singuttara. Szkatułkę z włosami ukryto w skarbcu, na którym wzniesiono kilka mosiężnych stożków. Podobno 2500 lat temu (kiedy to według podań powstała) budowla miała 20 m wysokości, dziś mierzy już 99. Od tego czasu pagoda była wielokrotnie przebudowywana, aby w końcu otrzymać obecny kształt.

 

Każdy zakątek tego świętego miejsca rozbrzmiewa nieustającymi modlitwami. Mniszki w różowych habitach tkwią w bezruchu pogrążone w medytacji, a pielgrzymi oblewają wodą posągi Buddy. Turyści fotografują to niecodzienne widowisko, po czym przysiadają na schodach, żeby skorzystać z darmowego bezprzewodowego internetu i jak najszybciej podzielić się zdjęciami z najbliższymi. W kraju, w którym istnieje duży problem z połączeniem z siecią i prędkością przesyłu danych, udostępnienie technologii Wi-Fi na terenie pagody jest co najmniej zaskakujące.


Buddyzm therawada został ustanowiony religią państwową przez króla Anawrahta (1014–1077), twórcy Królestwa Paganu (I Imperium Birmańskiego). Dziś wyznaje go ponad 80 proc. społeczeństwa. Religia odgrywa ogromną rolę w życiu Birmańczyków, a jej symbole można znaleźć na każdym kroku. Wszędzie zauważamy drogocenne posągi Buddy, różnobarwne ołtarze, przechadzających się po ulicach mnichów, medytujących pielgrzymów. W ciągu roku odbywa się tu wiele religijnych świąt i festiwali. Nawet najbardziej odizolowana od świata wioska ma własną pagodę, w której umieszczono figurę Oświeconego. Do tego każda rodzina zna jakieś wyświęcone osoby, a ich wizerunki trzyma na domowym ołtarzyku, w samochodzie lub portfelu.

 

Świątynie Paganu

207ho.jpg

XIX-wieczny buddyjski klasztor Maha Aungmye Bonzan w mieście Inwa

©MYANMAR TOURISM PROMOTION DEPARTMENT

 

Przed przyjęciem buddyzmu mieszkańcy tych terenów wierzyli w istnienie bytów duchowych zasiedlających drzewa, góry i rzeki. Uważali, że na ich zadowolenie bądź jego brak wpływają zachowania ludzi. Od 1056 r. za sprawą króla Anawrahta wszystko się zmieniło – wierzenia miejscowej ludności zostały wyparte przez buddyzm therawada.

 

Dziś Pagan stanowi jedną z największych atrakcji Azji Południowo-Wschodniej. Zdaniem wielu podróżników tutejszy kompleks świątyń jest bardziej zachwycający niż kambodżański Angkor Wat czy indonezyjski Borobudur. Europejscy badacze do tej pory spierają się, ile pagód, klasztorów i innych sakralnych obiektów znajduje się na tym terenie. W XIII stuleciu było ich prawdopodobnie powyżej 10 tys.

 

Starożytne miasto przetrwało liczne wojny, zmiany dynastii i klęski żywiołowe, jednak nie udało mu się stawić czoła wojskowemu rządowi. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu tętniło życiem, obecnie oprócz świątyń nie ma tutaj nic. Na początku lat 90. XX w., podczas rozpoczętej na dużą skalę restauracji zabytkowych obiektów, które ucierpiały w wyniku trzęsienia ziemi z lipca 1975 r., junta zarządziła przymusowe wysiedlenie mieszkańców, bo zaniedbane bambusowe chatki nie pasowały do nowego wizerunku wschodzącej atrakcji turystycznej Birmy.

 

Swój pobyt w Paganie rozpoczęłam fantastycznym wschodem słońca. Wypełnione gorącym powietrzem balony leniwie unosiły się nad zamglonym miastem, a ich kosze niemal dotykały czubków potężnych wież. Jeździłam od pagody do pagody, nie mogąc się nadziwić, że niektóre stoją tu od mniej więcej tysiąca lat. Przez kolejne trzy dni pchałam wypożyczony motorower przez gorące piaski i wchodziłam do każdej świątyni: małej, dużej, pozłacanej, zapomnianej, otulonej labiryntem z czerwonych cegieł. Zachód słońca podziwiałam z wzniesionej w 1057 r. na rozkaz króla Anawrahta Pagody Szwesandaw (Shwesandaw) wraz z tysiącem innych turystów. Mimo otaczającego mnie zgiełku rozmów w dziesiątkach języków świata, widok na rzekę Irawadi i pasmo gór skąpane w ciepłych promieniach zrobił na mnie wielkie wrażenie.

 

Ostatni dzień przesiedziałam w chłodnych murach jednej z budowli. Przyglądałam się życiu lokalnych sprzedawców. W Paganie można dostać najciekawsze pamiątki, m.in. sand paintings, czyli obrazy malowane piaskiem i pigmentem w proszku zrobionym z minerałów lub kryształów, a także piękne produkty z bambusa. Warto pamiętać, że kupując wyroby rękodzieła artystycznego na targach bezpośrednio od wytwórców, wspomagamy ich pracę i rozwój. To byłby idealny dzień, gdybym nie natknęła się na kilkuletnie dzieci w zniszczonych ubraniach oferujące ręcznie zdobione pocztówki. Rodzice zamiast do szkół wysyłają swoje pociechy pod świątynie. Najmłodsi pracują w pocie czoła od świtu do nocy, a za jeden rysunek dostają w przeliczeniu niecałą złotówkę. Wydawać by się mogło, że jest to niewielka kwota, ale znacząco poprawia ona sytuację finansową rodziny. Jedna trzecia ludności Birmy (populacja kraju wynosi ponad 51 mln) żyje za mniej niż dolara dziennie. W tak turystycznych miejscach jak Pagan dzieci są w stanie w prosty sposób odciążyć rodziców. Jednak praca w tak młodym wieku niesie ze sobą poważne konsekwencje.

 

Miasto wśród czterech stolic

 

Mandalaj stanowi z pewnością jedną z najgłośniejszych i najbardziej zaniedbanych metropolii w kraju. Od wczesnych godzin porannych do późnej nocy panuje w niej niesamowity gwar. Mimo to miasto nie jest pozbawione uroku. Nazwałabym je nawet kulturowym centrum Birmy. Ogromna liczba interesujących świątyń i położenie w pobliżu czterech dawnych stolic sprawiają, że warto się tu zatrzymać na kilka dni.

 

W hostelu otrzymałam mapę, na której grubą czerwoną kreską podkreślono atrakcję turystyczną nazwaną „największą książką na świecie”. Od razu wyobraziłam sobie ogromną księgę w mosiężnej, pozłacanej oprawie, stojącą na wysokim wzgórzu. Trochę się myliłam. Ten wyjątkowy egzemplarz znajduje się w Pagodzie Kuthodaw, a jego zawartość spisano na 729 pionowych marmurowych płytach, złożonych w 729 białych stupach. To zbiór świętych tekstów buddyjskich, rozsławiony jako „buddyjska Biblia”. Muszę przyznać, że tym przypadku rzeczywistość okazała się znacznie ciekawsza niż moje wyobrażenia.

 

Kolejnym przystankiem było słynne wzgórze Mandalaj (240 m n.p.m.), z którego rozciąga się niesamowity widok na okolicę. Miejsce to przez długi czas traktowano jako święte, ponieważ zgodnie z legendą Budda w trakcie swojej wizyty na wzniesieniu przepowiedział, że u jego podnóży zostanie założone potężne miasto. I tak 13 lutego 1857 r. na życzenie króla Mindona (1808–1878) rozpoczęto budowę nowego centralnego ośrodka królestwa.

 

W niedalekiej odległości od Mandalaj znajdują się cztery dawne stolice: Mingun, Amayabuya (Amarapura, obecnie stanowi jego przedmieście), Inwa i Sikong (Sagaing). Wycieczkę do nich można odbyć wynajętą rikszą, rowerem lub skuterem. Zdecydowałam się na ten ostatni i z samego rana wyruszyłam w poszukiwaniu starożytnych miast. Kilkanaście minut po opuszczeniu hostelu pożałowałam, że nie zatrudniłam przewodnika. Błądziłam po szutrowych drogach i co chwilę prosiłam przechodniów o wskazówki. Po raz kolejny doświadczyłam bezinteresownej pomocy ze strony Birmańczyków.

 

Mijam podskakujące na dziurach konne powozy, a wokół mnie unoszą się tumany kurzu. Większość dróg w Birmie jest w fatalnym stanie, choć kilka lat temu zadbano o poprawę nawierzchni autostrad łączących główne miasta. W kraju obowiązuje ruch prawostronny, dlatego widok samochodów z kierownicą po prawej stronie może dziwić. Jeszcze w latach 70. XX w. pojazdy poruszały się tu przy lewej krawędzi jezdni, jednak ówczesny premier Ne Win (1911–2002) zdecydował o zmianie. Podobno zasugerował się przepowiednią swojego wróżbity. Od tego czasu wszyscy jeżdżą prawą stroną. W kabinach ciężarówek przystosowanych do ruchu lewostronnego oprócz kierowcy znajduje się nawigator, który daje znać, kiedy należy wyprzedzić wolniejszy samochód lub stado kóz.

 

Po godzinie docieram do miasta Sikong – stolicy Królestwa Sikongu z lat 1315–1364. Podziwiać tutaj można zabytki świadczące o dawnej chwale tej miejscowości. Główną atrakcję stanowią złote pagody położone na wzgórzu Sikong będące ważnym centrum religijnym buddystów. Następnie zatrzymuję się w Inwie (dawna Ava), pełniącej funkcję stołecznego ośrodka przez niemal 360 lat (z kilkoma przerwami) – od 1365 do 1842 r. Została ona stopniowo opuszczona po serii silnych trzęsień ziemi w I połowie XIX w. Najważniejszym zabytkowym obiektem jest tu klasztor Bagaya Kyaung, w całości wykonany z drewna tekowego. Ustawiony na 267 gigantycznych palach, pokryty mnóstwem misternych rzeźb i zdobień kompleks zalicza się do największych tego typu budowli na świecie. Po Inwie przychodzi kolej na Mingun znane z pozostałości świątyni (Mingun Pahtodawgyi), która w pierwotnym założeniu miała być najpotężniejszą stupą na ziemi. Budowę jednak wstrzymano, gdyż astrolog króla Bodawpaya (1745–1819) przepowiedział, że imperium birmańskie upadnie, jeśli jego dzieło zostanie dokończone. Warto zobaczyć tutaj również imponujących rozmiarów, niemal 91-tonowy dzwon z brązu, który uważa się za jeden z największych wciąż funkcjonujących (wydających dźwięk) na naszym globie. Tuż przed zachodem słońca dojeżdżam do miasta Amayabuya. W swojej historii dwukrotnie odgrywało ono rolę birmańskiej stolicy. Było to za czasów dynastii Konbaung – w latach 1783–1821 i 1842–1859. To właśnie w tym miejscu można przejść się po najprawdopodobniej najstarszym i najdłuższym na świecie tekowym moście. Wzniesiony ok. 1850 r. U Bein ma 1,2 km długości i łączy brzegi jeziora Taungthaman.

 

Birmańska Atlantyda

Kyaw_Kyaw_Win_068A613_boat_running_race_in_inlay_lake.jpg

Żyjący nad jeziorem Inle lud Intka słynie z wiosłowania za pomocą stóp

©KYAW KYAW WIN/MYANMAR TOURISM MARKETING

 

Rejon jeziora Inle to otoczona wysokimi szczytami bajkowa kraina położona na wodzie. Drewniane łodzie zastępują w niej samochody, a zamiast mocnych domów z cegieł stawia się małe chaty na palach. Życie płynie tu wolno, od wieków w tym samym rytmie. Samo jezioro jest najpiękniejsze o poranku, kiedy nad zieloną taflą unosi się lekka mgła. W oddali widać sylwetki ludzi pracujących w pływających ogrodach i rybaków zarzucających stożkowe sieci. 

 

Inle leży na wysokości 880 m n.p.m., mierzy 22 km długości i stanowi drugi pod względem wielkości słodkowodny akwen w Birmie. Nad jego powierzchnią wzniesiono miasta i wioski, w których znajdują się szkoły, klasztory, a nawet hotele. Trasa typowej wycieczki wiedzie do manufaktur, gdzie na ręcznych warsztatach kobiety tkają wzorzyste materiały, skręcają słodkie cygaretki i tworzą prawdziwe dzieła sztuki jubilerskiej. Miejscową atrakcją są także pływające plantacje. Lokalni rolnicy uprawiają na nich warzywa, owoce i kwiaty, które każdego ranka trafiają do sklepów położonych po drodze do buddyjskich świątyń. Ostatnim punktem programu jest wizyta na targu. Można się na nim zaopatrzyć w birmańskie pamiątki. W okolicy jeziora znajduje się winnica Red Mountain Estate z ponad 400 tys. winorośli sprowadzonych z Hiszpanii, Izraela i Francji. Warto udać się do niej tuż przed zachodem słońca. Degustacja schłodzonego wina podczas podziwiania widoku na góry skąpane w ciepłym świetle będzie idealnym zakończeniem dnia wypełnionego intensywnym zwiedzaniem. 

 

Nyaungshwe, miasto leżące niedaleko Inle, stanowi też doskonałą bazę wypadową dla turystów lubiących piesze wycieczki. Szlaki są niezmiernie malownicze, wiodą przez zielone wzgórza, rozległe pola ryżowe i małe wioski, po których dzieci biegają na bosaka. Czas zatrzymał się tutaj dawno temu. Chociaż gliniane dzbany zostały wyparte przez plastikowe kanistry, to kobiety wciąż chodzą po wodę do studni, tej samej, z której przez setki lat korzystali ich przodkowie. Na pomarańczowych polach rolnicy pracują motykami, a maluchy noszą młodsze rodzeństwo na plecach.

 

Każdy podróżnik odczuwa potrzebę odkrycia niesamowitości i inności. Wizyta w Birmie z pewnością ją zaspokoi. Kraj ten jest wyjątkowy i fascynujący, ponieważ przez dziesięciolecia był zamknięty na wpływy z zewnątrz, a spragnieni kontaktu z obcokrajowcami Birmańczycy na każdym kroku okazują przybyszom wielkie serce. Dopiero zaczęły tu powstawać pierwsze restauracje McDonald’s czy KFC i sieciowe kawiarnie (np. Starbucks), a w krajobrazie dużych miast brakuje ogromnych szklanych centrów handlowych. Spotkamy za to serdecznych i uśmiechniętych ludzi, którzy swoją życzliwością sprawią, że jeszcze przed wyjazdem do domu zaplanujemy kolejną wizytę. Według danych rządowych Birmę w 2011 r. odwiedziło niemal 400 tys. zagranicznych turystów. W minionym roku liczba ta przekroczyła już 1,1 mln. I choć boom turystyczny wciąż trwa, to w tym kraju bez problemu można znaleźć miejsca nieskażone komercyjną bylejakością. Gościnni Birmańczycy otworzą dla nas swoje domy, obdzwonią całą rodzinę, aby wskazać nam drogę, a w lokalnych autobusach poczęstują ciastkami i winem domowej roboty. Naprawdę trudno będzie nam stąd wrócić do Polski.

 

Artykuły wybrane losowo

Kanada – niezapomniany zapach wolności

PIOTR TOMZA

 

Takiego połączenia zaawansowanego rozwoju cywilizacyjnego z surową i dziką przyrodą nie ma chyba w żadnym innym kraju na świecie. Choć może raczej należałoby powiedzieć: „w żadnych innych dwóch krajach”. Bo nazwa „Kanada” nie wszędzie brzmi jednakowo. Za to kraj, do którego odsyła, wszystkich zniewala swym pięknem.

Do tego, żeby Kanada definitywnie podzieliła się na dwie części, brakowało naprawdę niewiele i to całkiem niedawno… W 1995 r. w referendum zorganizowanym przez secesjonistów, domagających się niepodległości dla francuskojęzycznego Québecu, zwolennicy utrzymania jedności państwa zwyciężyli w stosunku zaledwie 50,6 do 49,4 proc. głosów. Kanada pozostała więc jednym krajem, co nie oznacza, że zniknęły wewnętrzne różnice.

Więcej…

SŁOWENIA – ZIELONY ZAKĄTEK EUROPY

TOMASZ ŁUKASZEWICZ

<< Na tegorocznych XXII Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Soczi słoweńscy sportowcy prezentowali się w strojach z elementami koloru zielonego. Podobnie było 2 lata wcześniej podczas letniej olimpiady w Londynie. I mimo iż nie ma tej zieleni na fladze Słowenii, każdy, kto choć raz zawitał w jej gościnne progi, wie, co zainspirowało projektantów… >>

Więcej…

Skarby Wysp Zielonego Przylądka

 BVCII  49

Wyspy Zawietrzne są nieco wilgotniejsze i pokryte bujniejszą roślinnością

© BARRACUDA TOURS

 

EMILIA WOJCIECHOWSKA

 

Wyspy Zielonego Przylądka leżą na Oceanie Atlantyckim, w odległości ok. 570 km od Senegalu. Ich nazwa wcale nie pochodzi od występującej tu roślinności, ale od Przylądka Zielonego (po francusku Cap-Vert, po portugalsku Cabo Verde), znajdującego się nieopodal Dakaru. Dziewięć wysp archipelagu jest zamieszkałych i podzielić je można na dwie grupy – Wyspy Zawietrzne (Ilhas de Barlavento, do których należą Boa Vista, Sal, São Nicolau, São Vicente i Santo Antão) i Wyspy Podwietrzne (Ilhas de Sotavento, czyli Santiago, Maio, Fogo i Brava). Do tych pierwszych zalicza się jeszcze opuszczona Santa Luzia, objęta ochroną rezerwatu przyrody.

 

Cabo Verde, a właściwie Republika Zielonego Przylądka (República de Cabo Verde), bo tak brzmi oficjalna nazwa kraju, to dawna kolonia portugalska. Niepodległość uzyskała w lipcu 1975 r., ale nawet dziś śladami po tamtych czasach są nie tylko kolonialne budynki. Choć na ten temat od wielu lat toczą się gorące debaty, nadal jedynym oficjalnym językiem w państwie jest portugalski. Jednak bardzo rzadko można go usłyszeć na ulicach archipelagu – mieszkańcy mówią raczej kabowerdeńskim kreolskim (kriolu kabuverdianu, port. língua cabo-verdiana). Powstał on wprawdzie na bazie portugalskiego, ale z licznymi modyfikacjami. Co więcej, każda wyspa ma inny dialekt. W języku portugalskim wciąż co prawda sporządza się wszelkie dokumenty pisane czy oficjalne komunikaty, lecz z biegiem czasu, zwłaszcza za sprawą rosnącej popularności i dostępności mediów społecznościowych, i na tym polu zaczyna on tracić swoją uprzywilejowaną pozycję. Niezmiennie silny wpływ Portugalii i Portugalczyków można zaobserwować przede wszystkim wśród... fanów piłki nożnej. Niemalże wszyscy kibice na Cabo Verde dzielą się na sympatyków jednej z portugalskich drużyn, takich jak SL Benfica, Sporting CP czy FC Porto, i traktują te podziały bardzo poważnie!

 

Wyspy Zielonego Przylądka to republika demokratyczna i choć nadal ma przed sobą mnóstwo wyzwań, społecznych, politycznych i gospodarczych, a dużo spraw wymaga usprawnienia, to dla wielu krajów afrykańskich stanowi przykład do naśladowania. Jednak mimo iż geograficznie i politycznie archipelag należy do Afryki, jest w nim coś, co go wyróżnia. Jak czasem pół żartem, a czasem na serio mówią Kabowerdeńczycy, tak naprawdę Cabo Verde, także z racji swojego położenia i historii, znajduje się pośrodku Europy, Ameryki Południowej i Afryki. Wielu z nich z uśmiechem dodaje: Gdybyśmy tylko byli więksi, moglibyśmy być osobnym kontynentem. Zapraszam zatem w podróż po tej wyjątkowej wyspiarskiej krainie!

 

 FOGO 20150821 2646 7

Aktywny stratowulkan Pico do Fogo to najwyższy szczyt na Cabo Verde

© BARRACUDA TOURS

 

KRAINA RÓŻNORODNOŚCI

 

Cały archipelag jest pochodzenia wulkanicznego. Na jednych wyspach widać to niezwykle wyraźnie w krajobrazie, na innych, tych geologicznie starszych, zupełnie nie da się tego dostrzec, co sprawia, że każda z nich zaskakuje. Dzięki temu zarówno miłośnicy plażowania, jak i amatorzy górskich wycieczek znajdą tu coś dla siebie.

 

Wśród turystów zagranicznych Cabo Verde słynie w szczególności ze swoich pięknych i rozległych plaż. Zresztą nie tylko ukształtowanie terenu, ale i warunki atmosferyczne sprzyjają na archipelagu plażowaniu, i to przez cały rok. Na Wyspach Zielonego Przylądka panuje klimat zwrotnikowy suchy, ze średnią roczną temperaturą powietrza 25°C i wody 23°C. Słońce świeci w tym rejonie prawie codziennie. Mieszkańcy, w odróżnieniu od turystów, wyczekują zwykle pory deszczowej, która zaczyna się w sierpniu i trwa do października. Jednak wizytę na Cabo Verde warto rozważyć nawet w tym okresie, i to nie tylko wtedy, gdy opady deszczu występują bardzo rzadko, jak w 2017 r. To właśnie w czasie pory deszczowej można obserwować, jak raptownie, z każdą kroplą wody, krajobraz wokół całkowicie się zmienia i nasyca soczystą zielenią. Wbrew nazwie Wyspy Zielonego Przylądka nie zawsze i nie wszędzie są zielone! Na większości z nich nie brakuje za to koloru złotego i białego, bo te barwy przybierają plaże np. na Sal, Boa Viście i Maio. I właśnie na tych trzech wyspach panują najlepsze warunki do plażowania.

 

Wśród turystów spragnionych słońca i morskich kąpieli najpopularniejsza jest Sal, choć Boa Vista niewiele jej ustępuje. Sal w języku portugalskim oznacza „sól”. Zanim tutejszym złotem stały się plaże, przynoszące zyski z turystyki, w XIX w. to właśnie pozyskiwanie soli było głównym źródłem dochodu. Wtedy też zmieniono pierwotną nazwę Llana na Sal. Jednak i dziś sól jest ważna dla gospodarki wyspy, chociaż obecnie ze względu na swoje walory lecznicze i pielęgnacyjne. Kolejną atrakcję Sal, zaraz po jej pięknych plażach i znakomitych warunkach do uprawiania sportów wodnych, stanowi Pedra de Lume. W tej położonej niedaleko lotniska miejscowości znajdują się zbiorniki wypełnione solanką, z których korzystają tysiące turystów.

 

Wyspa ta zajmuje ważne miejsce w archipelagu nie od dziś i nie tylko ze względu na licznie odwiedzających ją zagranicznych gości. Od dawna jest w pewnym sensie oknem na świat Cabo Verde. To właśnie na Sal powstało w 1939 r. pierwsze tutejsze międzynarodowe lotnisko, nazwane potem imieniem ojca narodu i największego bohatera kraju – Amílcara Cabrala (1924–1973). Dzięki swojemu strategicznemu położeniu wyspa od dawna stanowi istotny punkt na lotniczej mapie świata.

 

Pod względem liczby turystów zaraz za Sal plasuje się Boa Vista, zresztą całkiem słusznie. Jej nazwa w tłumaczeniu z portugalskiego na polski brzmi Dobry Widok. Ta trzecia co do wielkości wyspa archipelagu (620 km² powierzchni) kusi odwiedzających przepięknymi złotymi piaskami, a nawet wydmami, znaczącymi pustynny obszar Viana. Jeden ze znakomitszych pisarzy kabowerdeńskich Germano Almeida swoją książkę A Ilha Fantástica poświęcił właśnie Boa Viście, na której przyszedł na świat w 1945 r. Odgrywa ona zresztą ważną rolę w kulturze kraju. To prawdopodobnie właśnie na niej narodził się w XVIII stuleciu wspaniały gatunek muzyczny, jeden z symboli Cabo Verde – morna. Bubista, jak pieszczotliwie nazywają wyspę mieszkańcy, z pewnością nie zawiedzie tych, którzy lubią spędzać czas na uprawianiu sportów wodnych, jak i osób preferujących leniwy odpoczynek na plaży.

 

Ten, komu marzą się jeszcze spokojniejsze wakacje, powinien wybrać Maio. Jest ona jedną z rzadziej odwiedzanych w archipelagu i to bynajmniej nie ze względu na brak atrakcyjności, bo zachwyca przepięknymi bezkresnymi plażami, które przez zdecydowaną większość roku są bezludne. Jej nazwa w języku portugalskim oznacza „maj” – właśnie w tym miesiącu została odkryta przez Portugalczyków w 1460 r. Można zaryzykować tezę, że jedynie brak międzynarodowego lotniska, jakie znajdują się na Boa Viście i Sal, sprawia, iż nie spotkamy na niej tłumów turystów. Dzięki temu nietrudno poczuć się tu jak na końcu świata, na dodatek wyjątkowo malowniczym.

 

Wspaniałych plaż, i to w różnych kolorach, nie brakuje także na Santiago i São Vicente, które są dwoma głównymi wyspami kraju. Mimo znacznych różnic między nimi można powiedzieć, że na każdej z nich znajdziemy po trochu wszystkiego, co na Cabo Verde najlepsze. Często mówi się, że Santiago stanowi centrum biznesowe i polityczne archipelagu, a São Vicente – kulturalne, ale tak naprawdę obie konkurują w pewien sposób ze sobą na wszystkich tych polach.

 

Niemniej jednak pod względem politycznym i administracyjnym to Santiago jest ważniejsza i to na niej leży stolica kraju, Praia. Wyspa ta nazwana została od imienia świętego patronującego dniowi, w którym ją odkryto (podobnie jak kilka innych w archipelagu), czyli św. Jakuba (São Tiago). Na niej najwyraźniej widać wpływy afrykańskie, które nadają jej wyjątkowy koloryt, co można dostrzec nie tylko na barwnym targu Sucupira (Mercado de Sucupira) w Prai.

 

Santiago, największa w archipelagu (991 km² powierzchni), odegrała bardzo istotną rolę w historii regionu. To ona została najprawdopodobniej odkryta i zasiedlona jako pierwsza, to na niej założono w 1462 r. pierwsze miasto i pierwszą stolicę Cabo Verde – Ribeirę Grande. Dziś ten najstarszy ośrodek nazywany jest Cidade Velha (z portugalskiego Stare Miasto). Od końca XVI w. znajduje się w nim fort (Forte Real de São Filipe), który bronił dostępu do wyspy. W mieście odbywały się też targi niewolników pochodzących z Afryki i archipelagu. Przewożono ich stąd głównie do obu Ameryk. O tej niechlubnej przeszłości przypomina usytuowany w samym centrum Cidade Velha pręgierz (Pelourinho).

 

Z czasem stolicę przeniesiono do Prai (w 1770 r.), która dziś jest tętniącą życiem metropolią. Niewątpliwie fakt, że znajdują się w niej siedziby największych lokalnych i zagranicznych firm oraz placówki dyplomatyczne, nadaje jej dynamicznego charakteru, ale – oczywiście – w swoistym, kabowerdeńskim wydaniu. Wystarczy jednak wyjechać poza miasto, aby przenieść się do zupełnie innego świata – krainy plantacji bananów, papai, trzciny cukrowej czy kukurydzy. Mieszkańcy stolicy, jak i całej wyspy chętnie odpoczywają na jednej z wielu plaż, takich jak ta w Tarrafal lub São Francisco. Wybierają się również w góry. Malownicze trasy leżą m.in. w Parku Naturalnym Serra da Malagueta na północy Santiago lub w samym jej centrum w okolicach ogrodu botanicznego w São Jorge dos Órgãos. A że Kabowerdeńczycy bardzo lubią spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi na piknikach i pieszych wycieczkach, plaże i szlaki zapełniają się ludźmi w każdy wolny dzień, i to na całym archipelagu.

 

Na São Vicente (nazwanej od św. Wincentego), z głównym miastem Mindelo, życie płynie zdecydowanie spokojniej niż na Santiago, ale na pewno nie jest tu mniej ciekawie. Wyspa w całym kraju słynie ze swoich wydarzeń kulturalnych. W okolicach lutego lub marca odbywa się na niej karnawał (w 2018 r. jego główne obchody zaplanowano w terminie od 9 do 13 lutego), a w lipcu – kulinarna impreza Kavala Fresk Feastival, na której wszyscy zajadają się makrelami pod każdą postacią. W sierpniu São Vicente gości największe na archipelagu wydarzenie muzyczne na plaży Festival Baía das Gatas. Do 2017 r. we wrześniu w Mindelo organizowany był jeden z większych festiwali teatralnych w Afryce – Mindelact. Obecnie przeniesiono go na późniejszy termin. Jego 24. już edycję zaplanowano między 2 a 10 listopada 2018 r. Z kolei na przełomie września i października wyspa zamienia się w plenerowe kino. W tym czasie odbywają się pokazy w ramach festiwalu filmowego o nazwie Festival Oiá. Warto odwiedzić São Vicente podczas jednego z tych wydarzeń, w szczególności w trakcie karnawału. Nie bez powodu porównuje się go ze słynną imprezą w Rio de Janeiro.

 

Na Cabo Verde spodoba się nie tylko plażowiczom czy osobom spragnionym rozrywek kulturalnych. Amatorzy górskich wycieczek także znajdą na archipelagu miejsca dla siebie. Idealna będzie dla nich wyspa Fogo, czyli Ogień. Wznosi się na niej czynny wulkan, a zarazem najwyższy szczyt kraju – Pico do Fogo (2829 m n.p.m.). To z jego powodu zrezygnowano z wcześniejszej nazwy wyspy, która brzmiała São Filipe (od św. Filipa). Ostatnia erupcja zaczęła się w listopadzie 2014 r., a zakończyła w lutym kolejnego roku, i dość znacznie zmieniła krajobraz leżącej u stóp wulkanu wioski Chã das Caldeiras. Dziś miejscowość wygląda jak nie z tego świata, a mieszka w niej niewiele ponad 100 z dawnych niemal 1,3 tys. mieszkańców. Bez wątpienia hart ich ducha jest godny podziwu. Poza tym warte spróbowania są wyjątkowe plony, jakie przynosi wulkaniczna ziemia. Smakosze z całego globu chwalą sobie wino i kawę właśnie z Fogo.

 

O pobliskiej Bravie można z kolei powiedzieć, że przypomina miejsce położone na końcu świata. Jest najbardziej wysunięta na zachód ze wszystkich Wysp Podwietrznych i stosunkowo rzadko odwiedzana, ale całkiem niesłusznie. Urodził się na niej jeden z największych kabowerdeńskich poetów – Eugénio Tavares (1867–1930). Brava nazywana też bywa wyspą kwiatów. Wizytą w tym miejscu nie będzie zawiedziony nikt, kto chce odpocząć od zgiełku świata w otoczeniu natury. Mimo iż jest najmniejszą zamieszkaną wyspą Cabo Verde (ma 67 km² powierzchni), świetnie nadaje się na liczne piesze wycieczki, podobnie zresztą jak równie mało popularna São Nicolau.

 

Ta ostatnia otrzymała nazwę od św. Mikołaja. Niegdyś skupiała się tu elita intelektualna archipelagu. To na São Nicolau założono w 1866 r. pierwsze na Cabo Verde seminarium duchowne i liceum ogólnokształcące i to właśnie z niej pochodzi Baltasar Lopes da Silva (1907–1989), autor obowiązkowej lektury każdego Kabowerdeńczyka Chiquinho i jeden z założycieli magazynu literacko-kulturalnego Claridade. Dziś można odnieść wrażenie, że świat nieco zapomniał o tej wyspie, co sprawia, że jej przepiękne górskie szlaki są idealne dla każdego, kto chce się poczuć jak prawdziwy odkrywca. Warto wybrać się na wycieczkę zwłaszcza do Parku Naturalnego Monte Gordo. Na São Nicolau, podobnie jak na São Vicente, odbywa się również co roku karnawał. Choć może jest nieco mniej wystawny niż ten w Mindelo, ma w sobie coś wyjątkowego. Przede wszystkim trudno na nim odróżnić uczestników karnawałowej parady od publiczności, a to dlatego, że każdemu wolno brać udział w pochodzie.

 

Naszą podróż po Cabo Verde zakończymy na najbardziej na północ wysuniętej, a zarazem drugiej co do wielkości po Santiago, wyspie Santo Antão (779 km² powierzchni). Uchodzi ona za jedną z najpiękniejszych w całym archipelagu. To sprawia, że z każdym rokiem przybywa odwiedzających ją miłośników gór. I trudno im się dziwić. Santo Antão szczyci się mnóstwem niezmiernie różnorodnych szlaków górskich i zapierającymi dech w piersiach widokami. Najczęściej odwiedzany wschód wyspy zachwyca zielonymi krajobrazami, a mniej popularna zachodnia część lądu – księżycowym pejzażem okolic najwyższego miejscowego szczytu Topo da Coroa (1979 m n.p.m.) i położoną na końcu świata wioską Tarrafal de Monte Trigo.

 

Nie bez powodu zatem Cabo Verde stara się przyciągnąć gości hasłem „Jeden kraj… dziesięć kierunków podróży” (Um país… dez destinos). Jednak różnorodność archipelagu nie przejawia się jedynie w charakterze wysp. Kabowerdeńczycy mówią wieloma odmianami kabowerdeńskiego kreolskiego, a także różnią się od siebie wyglądem. Bogactwo Cabo Verde można zresztą dostrzec nie tylko w tym, co widoczne na pierwszy rzut oka.

 

 Santa Maria Drone

Plaża w Santa Maria, najpopularniejszej miejscowości turystycznej na wyspie Sal

© BARRACUDA TOURS

 

MUZYKA I KUCHNIA

 

Ten niewielki archipelag zachwyca przede wszystkim bogatą kulturą. Przez długi czas, zanim na świecie popularność zyskały złote piaski Sal i Boa Visty, Wyspy Zielonego Przylądka były kojarzone zwłaszcza z muzyką, a w szczególności z wyjątkową artystką Cesárią Évorą (1941–2011), zwaną Bosonogą Diwą i Królową Morny. Chyba niewiele jest miejsc na naszym globie, gdzie choćby raz nie rozbrzmiała jej słynna piosenka Sodade. Muzyka unosi się tutaj w powietrzu, wyspiarze mają ją we krwi. Tradycyjne gatunki takie jak morna, coladeira (koladera), funaná, batuque (batuk, batuku), tabanka (tabanca) lub colá znakomicie oddają bogactwo kulturowe Cabo Verde. Bez końca można by wyliczać znakomitych artystów, którzy je wykonują (są wśród nich m.in. Lura czy Nancy Vieira). W młodym pokoleniu nie brakuje też muzyków nadających nowe brzmienie klasycznym już rytmom – reprezentuje ich choćby Elida Almeida. Dlatego jedną z piękniejszych i cenniejszych pamiątek z archipelagu, oprócz wspomnień z koncertu bądź wieczoru w knajpce urozmaiconego występami muzycznymi, jest płyta z nagraniami lokalnych wykonawców. Na szczęście okazji do posłuchania dobrej muzyki na wyspach bywa mnóstwo. Oprócz licznych festiwali, organizowanych przez cały rok, ale najczęściej w lato, kabowerdeńskie utwory rozbrzmiewają także podczas obchodów rozmaitych świąt. A na żadnym z takich wydarzeń nie może zabraknąć również typowego dla archipelagu jedzenia.

 

 Kuchnia Wysp Zielonego Przylądka, choć niezbyt urozmaicona, jest smaczna. Dostępność wielu towarów na targach i w sklepach zależy od cyklów upraw, dlatego lokalne produkty są zazwyczaj świeże i zdrowe. Kabowerdeńskie potrawy bazują przede wszystkim na rybach, fasoli i kukurydzy. Ta ostatnia ma zresztą dla Kabowerdeńczyków też znaczenie symboliczne. Podobno jako pierwsza z sianych tu roślin dała plon na nieurodzajnych ziemiach archipelagu. Kukurydza stanowi składnik wielu dań, ale także uchodzi za symbol nadziei i ma nawet swój festiwal (Festa do Milho) organizowany na Santiago co roku w dniu 1 listopada, kiedy to je się ją pod każdą postacią. Przygotowuje się z niej m.in. tradycyjną tutejszą potrawę – cachupę. W wersji podstawowej dodaje się do niej jeszcze ewentualnie fasolę, ale w wariancie bardziej urozmaiconym zawierać może wszystko, co tylko akurat znajduje się pod ręką, np. marchewkę, rybę czy mięso. Przyrządzenie cachupy w tradycyjny sposób zajmuje sporo czasu. Nawet według nowocześniejszego przepisu nie da się jej szybko ugotować. Nadal jednak uchodzi ona za danie dla całej rodziny, przygotowywane w dużych ilościach. Dziś najczęściej cachupę je się w dni, kiedy czasu jest więcej, czyli np. w soboty. Poza tym stanowi ona również obowiązkową potrawę na wszelkie święta. Świeżo ugotowana cachupa ma konsystencję zupy. Jeśli nie zostanie zjedzona na obiad, kolejnego dnia podaje się ją z jajkiem sadzonym, omletem lub smażoną rybą jako... typowe kabowerdeńskie śniadanie.

 

Oprócz tego tradycyjnego dania na stołach goszczą też często ryby. Jedynie od powodzenia podczas połowu zależy, co trafi na talerz, makrela czy raczej tuńczyk. Choć nie zawsze znajdziemy na targu tę rybę, którą lubimy najbardziej, możemy być pewni, że i tak nam posmakuje, bo po prostu będzie świeża. W niektórych okresach w roku mamy szansę zamówić nawet takie przysmaki jak homary czy percebes (kaczenice)!

 

BVCII  34

Kabowerdeńskie potrawy są zazwyczaj proste, ale bardzo smaczne

© BARRACUDA TOURS

 

WYSPY DLA ODKRYWCÓW

 

Różnorodność archipelagu można opisać trzema słowami – sabura, morabeza i sodade. Wyraz sabura oznacza „coś fajnego” – takie są Wyspy Zielonego Przylądka. Czas na nich płynie po prostu w miłej, spokojnej, bezstresowej atmosferze. Morabeza to z kolei „gościnność”, choć tak naprawdę coś dużo więcej. Znaczenie tego słowa zrozumie każdy, kto będzie miał okazję trochę bliżej poznać Kabowerdeńczyków i zaprzyjaźnić się z nimi. Z pewnością dołożą oni wszelkich starań, aby przybysze poczuli się u nich jak u siebie w domu. Sodade znaczy „tęsknota”, ale właściwie to bardziej złożone uczucie. Mieszkańcy archipelagu to właśnie odczuwają, kiedy są daleko od swojej ojczyzny i tego, co jest im bliskie. Zrozumieć mogą ich wszyscy ci, którzy pokochają Cabo Verde i będą musieli te strony opuścić, a miłością obdarzy ten kraj niemal każdy, kto do niego zawita.

 

Wyspy Zielonego Przylądka to coś o wiele więcej niż różnorodne krajobrazy, w tym piękne plaże i zachwycające widokami szlaki górskie. Aby je odkryć, wystarczy tylko chcieć. Ten mały archipelag posiada aż cztery lotniska międzynarodowe – na Santiago, Sal, São Vicente i Boa Viście. Na dodatek najprawdopodobniej od maja 2018 r. nastąpi w końcu planowane zniesienie obowiązku wizowego dla obywateli Unii Europejskiej przybywających na Cabo Verde w celach turystycznych. Między wyspami najlepiej poruszać się samolotami, jedynie na Bravę i Santo Antão nie da się dolecieć, ale można na nie dostać się promem (z Fogo w przypadku Bravy i z São Vicente na Santo Antão). Wystarczy zatem zarezerwować bilet, spakować się i wyruszyć na spotkanie przygodzie, aby poznać największe skarby tego wyjątkowego archipelagu, czyli jego gościnnych mieszkańców i ich bogatą kulturę. Naprawdę warto zdecydować się na tę podróż, zwłaszcza że według brytyjskiego dziennika Daily Mirror Cabo Verde było w 2017 r. najczęściej wyszukiwanym celem wakacyjnego wyjazdu w przeglądarce Google.