IT-11.jpg

Mauzoleum Tadź Mahal w Agrze upamiętnia żonę cesarza Szahdżahana

©MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA

 


Monika Skiba


Kto chce poznać prawdziwą potęgę natury, zobaczyć niezwykłe krajobrazy, zachwycić się pięknem architektury, a także potrzebuje duchowego ukojenia lub – przeciwnie – pragnie nasycić oczy intensywnymi kolorami i jest gotowy na zastrzyk życiowej energii, powinien pojechać do Indii. Ten kraj zadziwia, wywołuje różnorakie emocje, działa na wszystkie zmysły. Pozwala wyjść poza swoją strefę komfortu i równocześnie zajrzeć w głąb siebie. To naprawdę inny świat. 


Nie sposób opisać Indii jednym słowem, które oddawałoby w pełni ich charakter. Trzeba by było raczej użyć całego słownika różnych wyrazów i zwrotów, a i to nie wystarczyłoby pewnie do przedstawienia tego niezmiernie interesującego i barwnego państwa, pełnego kontrastów. Żyją w nim wciąż dawne tradycje i prastare rytuały. Podróż w te strony stanowi intensywne doświadczenie, sprawdza naszą dojrzałość, odporność na przeciwności losu i otwartość na inność.

Chyba każdy turysta z Europy podczas swojej pierwszej wizyty w Indiach wielokrotnie przeżywał szok kulturowy. Ludzie, zwyczaje, kuchnia, mozaika religijna, widoki, przyroda – wszystko to zaskakuje na każdym kroku. Tak też było w moim przypadku, gdy odbywałam prawie dwumiesięczną wyprawę po tym kraju.

Od morza do gór

To drugie po Chinach pod względem liczby ludności państwo na świecie leży w Azji Południowej. Mieszka w nim niemal 1,3 mld osób. Republikę Indii oblewają wody Zatoki Bengalskiej, Morza Andamańskiego, Arabskiego i Lakkadiwskiego. Od północy od reszty kontynentu azjatyckiego oddzielają ją potężne łańcuchy górskie – Himalaje i Karakorum.

               
Krajobraz zmienia się tutaj jak w kalejdoskopie. W Indiach znajdziemy prawie wszystko: od rozległych piaszczystych plaż na południu przez tropikalną dżunglę po ośnieżone szczyty na północy. Święta rzeka Ganges w porze monsunowej często wylewa. Dla odmiany na zachodzie, na granicy z Pakistanem rozciąga się pustynia Thar, znana również jako Wielka Pustynia Indyjska. Takich kontrastów odkryjemy mnóstwo.

               
Temperatura wody u wybrzeży kraju właściwie nie spada poniżej 25°C, jednak w kwietniu i maju upały stają się dość uciążliwe. Obfite opady przychodzą wraz z monsunem i trwają niemal wyłącznie latem, czyli podczas pory deszczowej (od końca maja do września). Dlatego do Indii najlepiej wybrać się zimą (od połowy listopada do marca). Z jednej strony unikniemy nieznośnego gorąca, a z drugiej – przeciągających się ulew.

Dla turysty

BE-01.jpg

Plaża Pulinkudi niedaleko Kovalam

©KERALA TOURISM/M. BALAN (WWW.KERALAPICTURES.COM)



Współcześnie podróżnicy spotykają się w ojczyźnie Hindusów z otwartością i gościnnością. W Indiach żyją wyznawcy hinduizmu, islamu, chrześcijaństwa, buddyzmu, judaizmu, zaratusztrianizmu, sikhizmu i dżinizmu. Wyróżnia się tu 22 języki regionalne i ok. 1600 dialektów, przy czym funkcję języków urzędowych w całym państwie pełnią hindi i angielski.

               
W trakcie wypraw po nieznanych rejonach zawsze trzeba zachować pewną ostrożność. Nie wszędzie bywa jednakowo bezpiecznie i nie o każdej porze. To samo dotyczy Indii. Według mnie do spokojniejszych regionów należy Kerala i południowo-zachodnia część kraju. W północnych obszarach można już czuć się trochę mniej pewnie. Bez względu na płeć odradzam jednak samotne zapuszczanie się w nowe miejsca czy spacery w późnych godzinach nocnych. Warto wychodzić grupką osób lub z przewodnikiem, który doskonale zna lokalne realia. Oczywiście, niebezpieczniej jest w większych miastach, ponieważ ogromne bogactwo miesza się w nich z wielką biedą. Mimo to nie znajdziemy tu raczej „zakazanych dzielnic”, znanych nam z Europy. Indie są naprawdę bezpiecznym państwem. Wystarczy jedynie odrobina ostrożności i zdrowego rozsądku i nie powinniśmy mieć podstaw do obaw przed podróżowaniem po tym olbrzymim kraju.

               
Przed wyjazdem dobrze odpowiednio zaplanować całą wyprawę – zadbać o ubezpieczenie turystyczne i kwestie zdrowotne, przygotować się na odmienne warunki klimatyczne, dowiedzieć się czegoś o rejonach, które chcemy odwiedzić, i panujących w nich zwyczajach. W ten sposób zminimalizujemy znacznie ryzyko nieprzyjemnych niespodzianek.

               
Do Indii warto przyjechać na minimum 2 tygodnie. W ciągu takiej wycieczki zobaczymy całkiem dużo ciekawych miejsc, a jednocześnie jej koszt nie nadwyręży znacząco naszego budżetu. Jeśli wybieramy się na wyjazd grupowy z rodziną, znajomymi czy przyjaciółmi, możemy spróbować zorganizować go samodzielnie, ale już w przypadku wyprawy w pojedynkę polecam zajrzeć do dobrze zorientowanego biura podróży. Ja znałam właścicieli jednej z lokalnych agencji i korzystałam z usług przewodników. Dzięki temu nie tylko trafiałam do zakątków mniej dostępnych dla turystów, lecz także mogłam liczyć na lepsze ceny i nie traciłam czasu na dodatkowe poszukiwania. Co jeszcze ważniejsze, ze względu na towarzystwo osoby doskonale znającej okolicę miałam poczucie większego bezpieczeństwa.

               
Trzeba sobie też zdawać sprawę z tego, że w tym kraju zwykła krowa to stworzenie święte dla Hindusów. Symbolizuje ona płodność, obfitość i matkę karmicielkę. Te zwierzęta spotkamy prawie wszędzie, nawet na najbardziej ruchliwych ulicach. Od pewnego czasu jednak swobodne wędrówki krów ogranicza się w dużych nowoczesnych aglomeracjach takich jak 22-milionowe Nowe Delhi. Za święte uchodzą również węże, przeważnie kobry. Kojarzone są z dobrobytem i płodnością. Poza tym szczególną czcią otacza się figowiec bengalski i drzewo mango – symbol miłości.

               
W trakcie zwiedzania Indii należy koniecznie zajrzeć na targ i choć raz spróbować ponegocjować ze sprzedawcą. Hindusi żyją gwarną atmosferą bazarów. Uwielbiają się targować i cenią klientów o podobnych upodobaniach. Dania hinduskiej kuchni smakują jak żadne inne na świecie. Bywają zazwyczaj bardzo ostro doprawione, ale są przepyszne.

Na południe

Niezmiernie interesująca, choć ciągle mało znana i pełna niespodzianek jest południowa i południowo-zachodnia część Indii. W odróżnieniu od większości turystów ja zaczęłam swoją pierwszą podróż właśnie od leżącego tutaj stanu Kerala, aby później dotrzeć do tzw. Złotego Trójkąta. Taka kolejność wpłynęła – oczywiście – na moje obecne postrzeganie tego kraju. Już od momentu wylądowania na międzynarodowym lotnisku w Koczin byłam pod wielkim wrażeniem współistnienia różnorodnych poglądów, religii, tradycji i obyczajów.

               
Nazwa stanu Kerala pochodzi według pewnych teorii od słów kera („palma kokosowa”) i alam („ziemia”). Rolę jego stolicy odgrywa Thiruvananthapuram (Triwandrum). Obszar tego regionu administracyjnego rozciąga się wzdłuż pięknego Wybrzeża Malabarskiego nad Morzem Arabskim. Ten malowniczy zakątek Indii słynie ze wspaniałych plaż i wysmukłych palm, lasów mangrowych, rozlewisk rzek i sieci kanałów. Tutejsze liczne ekskluzywne kurorty zapewniają błogi wypoczynek i oferują wszelkiego rodzaju specjalistyczne zabiegi ajurwedyjskie. W głębi lądu znajdują się Ghaty Zachodnie, pasmo górskie zamieszkane przez dzikie zwierzęta, m.in. tygrysy, makaki lwie, lamparty, gaury czy słonie indyjskie. Na jego stokach uprawia się herbatę, kawę i przyprawy. Kerala graniczy z Tamilnadu na wschodzie i Karnataką na północnym wschodzie. W jej granicach leży także dystrykt terytorium związkowego Puducherry (byłej kolonii francuskiej) – Mahé, złożony z trzech enklaw.

               
Ten stan szczyci się najwyższą w Indiach liczbą piśmiennych obywateli (ok. 94 proc.). To wcale nie znaczy, że łatwiej znaleźć w nim osobę mówiącą płynnym angielskim. Hinduska wersja tego języka jest dosyć specyficzna z uwagi na akcent i dialekty, które występują w danym regionie. Przez to czasami trudno porozumieć się z miejscowymi i wymaga to sporej cierpliwości. Pozytywnie zaskakuje tu fakt pokojowego współżycia przedstawicieli różnych religii: hinduistów, muzułmanów, chrześcijan i żydów. Kerala należy do tych obszarów Indii, które mogą pochwalić się najwyższym poziomem służby zdrowia i oświaty. Poza tym dysponuje dobrą infrastrukturą drogową.

Wśród rzek i jezior

BW-07.jpg

Rejs łodzią kettuvallam po jeziorze Punnamada w regionie Kuttanad

©KERALA TOURISM/M. BALAN (WWW.KERALAPICTURES.COM)



Ta dużo spokojniejsza część kraju bardzo różni się od reszty Republiki Indii. Słynie z niezmiernie bujnej tropikalnej roślinności, w tym gajów kokosowych, wspaniałych parków narodowych i krajobrazowych, plantacji przypraw, pięknych piaszczystych plaż ciągnących się kilometrami czy tajemniczych rozlewisk (backwaters). To te ostatnie właśnie stanowią jedną z największych indyjskich atrakcji turystycznych. Znany keralski region zajmuje znaczny obszar graniczący z Morzem Arabskim, poprzecinany tysiącami kanałów, 38 rzekami i 5 dużymi jeziorami (wieloma małymi). W tym fantastycznym labiryncie toczy się normalne życie jego mieszkańców – istnieją wioski, kwitnie handel, wznoszą się świątynie, uprawia się ryż czy pasie krowy. Po rozlewiskach można podróżować statkami turystycznymi, publicznymi promami, prywatnymi czółnami z wioślarzem albo łodzią typu house boat z kapitanem, nazywaną tutaj kettuvallam. Do najważniejszych miejscowości na trasie należą Koczin, Alappuzha, Kottayam i Kollam.

               
Kerala oferuje poza tym szereg innych atrakcji – od przepysznej południowoindyjskiej kuchni począwszy, przez tradycyjny styl teatru-tańca kathakali, a na plantacjach herbaty oraz ogrodach z ziołami i przyprawami (gdzie nabędziemy te naturalne specjały) skończywszy. W tym stanie organizuje się z wielkim rozmachem liczne święta religijne i festiwale kulturalne. Najciekawsze z nich to hinduistyczne święto światła Diwali (Deepavali), wypadające w październiku–listopadzie, wiosenny festiwal kolorów, radości i miłości Holi (koniec lutego lub marzec) czy święto boga z głową słonia Ganeśa – Ganeś Ćaturthi, znane tu jako Lamboodhara Piranalu (przełom sierpnia i września).

Dobroczynna ajurweda

Jeśli chcemy odbyć autentyczną kurację ajurwedyjską w kraju, z którego pochodzi tenstarożytny system terapeutyczno-leczniczy, musimy koniecznie wybrać się do Kerali. Ta medycynaniekonwencjonalna ma w tym regionie wyjątkowo długą tradycję. Ajurwedę praktykujesię już od ok. 5 tys. lat, a zdobyła sobie uznanie na całym świecie. Zakłada, że w ludzkim organizmie współdziałają ze sobą 3 typy energii, tzw. dosze.Indywidualną terapię dobiera się w zależności od tego, jakie ich połączenie występuje u danej osoby. Kerala jest też idealnym miejscem na tego typu kurację ze względu na swoje malownicze krajobrazy.Zabiegi ajurwedyjskiewykonywane w bajecznym otoczeniu słonecznych plaż, błękitnych lagun i szmaragdowych rozlewisk potrafią ukoić wszystkie zmysły.

               
Wybrzeże Malabarskie wypełnia bardzo rozbudowana sieć hoteli (także luksusowych), willi, apartamentów i pensjonatów, które zapewniają spokojny odpoczynek z dala od zgiełku miast. Przepiękne piaszczyste plaże ocienione lasami palmowymi robią niesamowite wrażenie. Warto wybrać się na nie na spacer o wschodzie lub zachodzie słońca. Polecam również zajrzeć do miejscowych wiosek rybackich, których mieszkańcy krzątają się przy swoich tradycyjnych łódkach, przygotowując je do połowów.

W stolicy Kerali

Festival-_Holi.jpg

Wiosenne święto radości i miłości – Holi, zwane też Festiwalem Kolorów

©MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA



Funkcję stolicy stanu pełni Thiruvananthapuram, położone po zachodniej stronie wybrzeża, prawie na samym krańcu trójkątnego Półwyspu Indyjskiego. Stanowi największy ośrodek Kerali (ok 1 mln mieszkańców). Już ponad 3 tys. lat temu rozwinął się tutaj handel. Sprzedawano przede wszystkim przyprawy, drzewo sandałowe i kość słoniową. W mieście znajduje się wiele siedzib instytucji rządowych, organizacji i firm. Dużą wagę przywiązuje się też do edukacji. Działają tu m.in. Uniwersytet Kerala, różne szkoły informatyczne i centrum kosmiczne Vikram Sarabhai Space Centre (VSSC). Poza tym w keralskiej stolicy funkcjonuje również rozbudowany Technopark, w którym znajduje zatrudnienie aż 46 tys. specjalistów.

Współcześnie Thiruvananthapuram jest głównym ośrodkiem handlu pieprzem, koprą i kauczukiem. Rozwija się w nim przemysł włókienniczy, drzewny, spożywczy i chemiczny, a także rzemiosło (produkcja wyrobów z kości słoniowej i palmy kokosowej). Miasto coraz chętniej odwiedzają turyści, którzy odpoczywają na pięknych plażach, usytuowanych na południe od centrum, zaglądają do zoo czy zwiedzają muzea i stare świątynie. Do posiłku można tutaj zamówić najbardziej znane indyjskie piwo Kingfisher. Serwuje się je w każdym hotelu i barze.

Miasto na wyspach

Z kolei niemal 650-tysięczny port Koczin, znany jako „Królowa Morza Arabskiego”, leży tak na stałym lądzie, jak i okolicznych wysepkach. Jego bogate tradycje handlowe sięgają 700 lat wstecz. Dostrzeżemy tu przenikające się wpływy kultury hinduskiej, chrześcijańskiej, muzułmańskiej i judaistycznej. Warto złożyć wizytę w dzielnicy żydowskiej (Jew Town) z doskonale zachowaną Synagogą Paradesi zbudowaną w XVI w. 

               
Podczas pobytu w Koczin dużo przyjemności sprawi nam spacer po historycznej części miasta i odwiedzanie świątyń należących do różnych religii. Rozstawione wzdłuż promenady stragany kuszą przechodniów świeżo złowionymi rybami i owocami morza. Na nabrzeżu zobaczymy, jak działają chińskie sieci rybackie. Ich konstrukcja nie zmieniła się od przeszło 600 lat, czyli od czasu, kiedy je zaprojektowano. W miejscowych knajpkach można zamówić danie z produktów, które wcześniej kupiliśmy u rybaków. Okoliczne restauracje przygotowują prawie wszystko, co przyniesie klient. W koszt posiłku wliczone są sałatka i frytki lub ryż. Jeżeli zechcemy zaopatrzyć się w pamiątki, powinniśmy zdecydować się na lokalne wyroby rękodzielnicze. Znajdziemy tutaj spory wybór przedmiotów w atrakcyjnych cenach. Warto odwiedzić też majestatyczną Bazylikę św. Krzyża (Santa Cruz Basilica), wzniesioną przez Portugalczyków na początku XVI stulecia, zniszczoną przez Brytyjczyków pod koniec XVIII w. i ostatecznie zrekonstruowaną, a następnie ponownie konsekrowaną w listopadzie 1905 r.

               
Architektoniczną perełkę tego rejonu Indii stanowi historyczny drewniany pałac Padmanabhapuram – jeden z najlepiej zachowanych przykładów tradycyjnych budowli regionu Kerala. Wprawdzie obiekt leży obecnie na terytorium sąsiedniego stanu Tamilnadu, ale nim samym i jego terenem zarządzają keralskie władze.

               
Jeżeli wizytę w Kerali zaplanujemy jako ostatni etap podróży po tym południowoazjatyckim kraju, to pozwoli nam ona odpocząć od wszechobecnego w nim zgiełku i otaczających nas tłumów ludzi. Niewielkie urocze sklepy, hotele i knajpki tworzą niepowtarzalną atmosferę tego miejsca. Wśród kolonialnej zabudowy wypełniającej wąskie kolorowe uliczki na chwilę zapomnimy, jak potrafi wyglądać codzienne życie Hindusów.


Portugalskie pozostałości

Goa uchodzi za typowy region wypoczynkowy, do którego również mieszkańcy Indii przyjeżdżają na miesiąc miodowy czy rodzinne wakacje. Do grudnia 1961 r. było ono kolonią portugalską. Co ciekawe, w stanie mieszka stosunkowo wielu chrześcijan (ponad 25 proc.), dlatego ma on dość europejski charakter. Może się także pochwalić dobrze rozwiniętą infrastrukturą turystyczną i bazą hotelową (od chat bambusowych po luksusowe bungalowy i 5-gwiazdkowe ośrodki). Ten niewielki okręg administracyjny (3700 km² i 1,5 mln ludności) należy do najczystszych w kraju i najmniej indyjskich. Świadczą o tym np. rozpowszechnienie zwyczaju sjesty czy fakt, że miejscowe kobiety częściej noszą spódnice niż sari.

               
Różnorodne plaże Goa (Majorda, Anjuna, Arambol, Baga, Candolim, Chapora, Dona Paula, Morjim, Vagator, Palolem, Colvá i Calangute) przypadną do gustu zarówno amatorom zabawy do świtu, jak i miłośnikom pustych przestrzeni. Turystów przyciągają jednak do tego stanu nie tylko wspaniałe wybrzeże, ale też charakterystyczne portugalskie kościoły i architektura w Starym Goa (Velha Goa), wpisanym w 1986 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Barokowa Bazylika Dobrego Jezusa (Basílica do Bom Jesus) z lat 1594–1605 jest jedną z najstarszych katolickich świątyń w Indiach.

Daleka północ

Hinduskie miasta same w sobie są pomnikami kultury. Liczba i jakość zabytków północnych Indii zadziwiają nawet bardzo doświadczonych podróżników. Większość z nich pochodzi z okresu panowania Wielkich Mogołów (od XVI do XIX w.), którzy zbudowali na tych terenach potężne imperium, wznosili majestatyczne budowle i tworzyli podwaliny znanego nam obecnie państwa. Do dziś podziw budzą złote i brązowe posągi Buddy i Śiwy. Aby poczuć klimat Indii, aurę ich religijności i mistycyzmu, należy odwiedzić hinduskie świątynie. Medytujący mnisi wzbudzą w nas potrzebę filozoficznej refleksji. Jeśli chcemy zobaczyć codzienne życie Hindusów, powinniśmy wybrać się na wycieczkę po mieście i koniecznie zajrzeć na lokalne targowisko. Od razu zostaniemy zalani tysiącem barw, różnorodnością dźwięków, mnóstwem pamiątek, kolorowych ubrań, dywanów, sukien, biżuterii i ceramiki oraz zapachem regionalnych przysmaków. Na ulicach ujrzymy piękne kobiety odziane w błyszczące sari i mężczyzn w turbanach na głowach, a zewsząd rozbrzmiewać będzie melodyjny język hindi.

Delhi było stolicą Sułtanatu Delhijskiego (1206–1526) i Imperium Wielkich Mogołów (od 1649 do 1857 r.). W czasach Indii Brytyjskich głównym ośrodkiem władzy (od 1858 do 1911 r.) stała się Kolkata (Kalkuta). Jej dominacja trwała aż do ufundowania w grudniu 1911 r. Nowego Delhi, które przejęło funkcję miasta stołecznego. Razem z historycznym Delhi, zamieszkiwanym już od VI w. p.n.e., tworzy ono jeden organizm. Każde z nich ma jednak zupełnie inny charakter. Stare Delhi, dawne centrum muzułmańskiego państwa indyjskiego, zamieszkują Hindusi. Na jego obraz składają się chaotyczna zabudowa i ciasne, kręte uliczki. Nowy rejon miasta jest uporządkowany architektonicznie. Osiedlają się w nim zamożniejsi obywatele i goście z zagranicy, którzy zakładają tu swoje firmy bądź pracują w międzynarodowych korporacjach, miejscowych przedsiębiorstwach i bankach.

Złotym Trójkątem nazywa się obszar rozciągający się pomiędzy trzema miastami – Delhi, Dźajpurem (Jaipurem) i Agrą. Ze wszystkich części Indii to on cieszy się największą popularnością wśród turystów, szczególnie tych, którzy pierwszy raz przyjeżdżają do tego kraju. Na trasie łączącej wspomniane ośrodki leżą zarówno liczne zabytki z czasów dawnych władców, jak i zwykłe spokojne wioski. Za najwspanialszy skarb Złotego Trójkąta uważa się mauzoleum Tadź Mahal, nazywane „świątynią miłości”.

Mauzoleum cesarzowej

Od 1526 r. (z małymi przerwami) do połowy XVII w. Agra grała rolę stolicy państwa Wielkich Mogołów. Z tego właśnie okresu pochodzą wspaniałe budowle przyciągające podróżników ze wszystkich stron świata.

               
Tadź Mahal został wzniesiony z polecenia cesarza Szahdżahana (1592–1666) w latach 1632–1653 ku czci jego ukochanej żony Mumtaz Mahal, która zmarła zaraz po urodzeniu ich 14 dziecka. Mauzoleum jest przykładem eklektycznego stylu mogolskiego łączącego elementy muzułmańskie, perskie i indyjskie. W lipcu 2007 r. uznano je za jeden z 7 Nowych Cudów Świata. Sam cesarz planował podobno wznieść dla siebie replikę grobowca, dla odmiany z czarnego marmuru, po drugiej stronie rzeki Jamuny. Ostatecznie pochowano go jednak również w Tadź Mahal. Kompleks budowano przez ponad 20 lat, a w pracach uczestniczyło ok. 20 tys. ludzi. Biały marmur przywożono na setkach słoni z odległej o 380 km Makrany w Radżastanie, a wyselekcjonowane drogocenne kamienie do inkrustowania elementów roślinnych sprowadzano z Chin, Tybetu, Afganistanu, Sri Lanki czy Półwyspu Arabskiego.

               
Szahdżahana obalił jego syn Aurangzeb (1618–1707), który uwięził ojca w 1658 r. na 8 lat w Czerwonym Forcie w Agrze. Jak głosi legenda, zdetronizowany władca spoglądał stąd na dzieło swojego życia, miejsce wiecznego spoczynku ukochanej żony. Umarł w wieku 74 lat. Sama twierdza, która spełniała początkowo funkcje obronne, z czasem stała się rezydencją cesarską.

               
Nieopodal Agry, na pustyni znajduje się opuszczone miasto Fatehpur Sikri, ufundowane w 1569 r. przez cesarza Akbara (1542–1605). Służyło ono w latach 1571–1585 jako stolica Imperium Wielkich Mogołów. Otoczony murami ośrodek został porzucony przez mieszkańców prawdopodobnie z braku wody. Do dziś zachowało się w bardzo dobrym stanie wiele tutejszych budowli, m.in. ruiny łaźni, Brama Zwycięstwa (Buland Darwaza), fragmenty budynków mieszkalnych, Wielki Meczet (Jama Masjid), Dom Kultu (Ibadat Khana), Sala Audiencji Prywatnych (Diwan-i-Khas) czy Pałac Pięciu Pięter (Panch Mahal).

Podwójne miasto

Po śmierci żony Szahdżahan przeniósł stolicę imperium do Delhi. Od jego imienia nazwę bierze również zbudowane przez niego tzw. siódme miasto Delhi – Szahdżahanabad (dziś nazywane Starym Delhi). Powstał tutaj wówczas najbogatszy rynek ówczesnego świata, czyli Chandni Chowk. Obecnie jest to główne centrum tego starego ośrodka. W trakcie spaceru po nim przejdziemy szybki kurs negocjacji z hinduskimi handlarzami, miniemy mnóstwo straganów i sklepów, tłumy Hindusów, wiele riksz, dostrzeżemy panujący wokół bałagan i przesiąkniemy zapachem palących się kadzideł. Tego wszystkiego nie doświadczymy w Nowym Delhi. Z uwagi na to, iż ta część miasta była stolicą muzułmańskich Indii między XVII a XIX w., natkniemy się w niej też na liczne meczety.

            
Zbudowany przez Brytyjczyków nowy ośrodek prezentuje zupełnie inne założenie architektoniczne. Znajdują się w nim szerokie ulice, wspaniałe parki, nowoczesna dzielnica w stylu brytyjskim z muzeami, centrum bankowym, biznesowym i turystycznym (Connaught Place), Brama Indii (42-metrowy łuk triumfalny poświęcony poległym w I wojnie światowej i w walkach z Afganistanem żołnierzom indyjskim, wieńczący drogę królewską Rajpath), a także hinduistyczna Świątynia Lakszmi Narajany wzniesiona ku czci boga Wisznu i jego małżonki, bogini szczęścia, bogactwa i piękna Lakszmi.

               
Kiedy cesarz Szahdżahan zdecydował się przenieść stolicę z Agry do Delhi, zlecił wybudowanie w nim Czerwonego Fortu (Lal Qila). Miał on odgrywać rolę rezydencji cesarskiej. Nazwa obiektu pochodzi od koloru jego ścian. Pierwotnie budowla leżała wzdłuż rzeki Jamuny, która służyła za fosę. Dziś jej koryto znajduje się ok. 1 km od murów. Czerwony Fort jest również symbolem uzyskania niepodległości od Wielkiej Brytanii w 1947 r. Kompleks otacza park z licznymi fontannami i małymi pawilonami do wypoczynku. Każdego wieczoru odbywa się tu przedstawienie typu światło i dźwięk opowiadające o znaczących wydarzeniach z historii Indii.

               
Narodowe Terytorium Stołeczne Delhi, podobnie jak inne hinduskie metropolie, warto odwiedzić jeżeli nie dla architektury, to ze względu na smaczną indyjską kuchnię i niesamowitą atmosferę tego miasta zamieszkanego przez miliony ludzi z rozmaitych kast, warstw społecznych i wyznających różne religie. Piękne pałace i wille z ogrodami sąsiadują w nim z dzielnicami biedy. Najlepszy sposób na zwiedzanie stanowi w tym przypadku zagłębienie się w zatłoczone uliczki kipiące życiem przez cały dzień.

Pałac maharadży

Dźajpur (Jaipur), stolica Radżastanu, leży ok. 260 km na południowy zachód od Delhi. Z uwagi na kolor budynków bywa nazywany „Różowym Miastem”. Mieszka w nim niemal 4 mln ludzi. Na zainteresowanie zasługują tutaj przepiękne historyczne centrum, liczne kompleksy pałacowe, forty i bazar z wyrobami jubilerskimi.

               
Najważniejszym zabytkiem w Dźajpurze jest Pałac Wiatrów (Hawa Mahal) z 1799 r. Jego budowę zainicjował maharadża Sawai Pratap Singh (1764–1803). Rezydencja miała być podobno przeznaczona dla jego żon i umożliwić im obserwowanie z ukrycia codziennego życia mieszkańców, ponieważ zgodnie z obyczajem nie mogły pokazywać się one publicznie. Tuż obok wznosi się obserwatorium astronomiczne (Jantar Mantar) z I połowy XVIII w. W Dźajpurze warto oprócz tego zobaczyć Pałac Miejski, Fort Nahargarh, park połączony z zoo, Galerię Sztuki Juneja, Świątynię Garh Ganesh i Muzeum Indologii, w którym obejrzymy prywatną kolekcję przedmiotów ludowych i manuskryptów.

 

Artykuły wybrane losowo

Z wizytą w ogrodzie Kostaryki

Magdalena Moll-Musiał

<< „Costa Rica”, czyli „Bogate Wybrzeże” — tak nazwał ten rejon Nowego Świata Krzysztof Kolumb, kiedy dopłynął tu we wrześniu 1502 r. w poszukiwaniu legendarnej krainy złota. Nazwa okazała się dość trafna i ponadczasowa, gdyż Kostaryka i dziś kojarzy się z ogromnym bogactwem: fascynującymi skarbami natury. Niektórzy określają ją poetycko mianem „Ogrodu Ameryki Centralnej”, aby podkreślić jej niepowtarzalne walory przyrodnicze. >>  

Kostaryka to górzysty kraj, oblany z jednej strony wodami Pacyfiku, a z drugiej — Morza Karaibskiego. Ponieważ leży w strefie aktywności sejsmicznej, nieodłączną część jej krajobrazu stanowią liczne wulkany. Kostarykanie są bardzo spokojni i opanowani, nie przypominają zwykle niezmiernie żywiołowych i pełnych temperamentu mieszkańców Ameryki Łacińskiej. Mówią o sobie ticos, dlatego że często zdrabniają wszelkie wyrazy. Wyróżniają się szczególną troską o środowisko naturalne i utrzymanie pokoju w regionie — Kostaryka nie posiada sił zbrojnych, a parki narodowe i rezerwaty przyrody zajmują mniej więcej jedną czwartą jej powierzchni.  

Więcej…

Zachwycająca przygoda w Meksyku

EWA ZAMIECKA

 

                                                                                                             FOT. MEXICO TOURISM BOARD

<< Gdy poszukujący złota Hiszpanie pod wodzą Hernána Cortésa przybyli w 1519 r. do kontynentalnego wybrzeża Zatoki Meksykańskiej, nie spodziewali się znaleźć tutaj zbyt rozwiniętej cywilizacji i wielkich kamiennych miast. Ogrom i bogactwo tych ziem musiały jednak ich zachwycić, bo zapragnęli przyłączyć je do swojego królestwa. Tak powstała Nowa Hiszpania, która po trzech stuleciach wyzwoliła się spod władzy kolonizatorów, aby przeistoczyć się m.in. w barwny Meksyk, gdzie dziś obok hiszpańskiego funkcjonuje aż 67 języków urzędowych (np. náhuatl, maja, mixtec czy tzeltal). Ta dawna kraina Majów, Azteków i Zapoteków przyciąga obecnie każdego roku miliony turystów z całego świata. >>

Nazwa México pochodzi z języka z grupy uto-azteckiej – náhuatl, rozpowszechnionego przez Azteków. Jej znaczenie nie zostało jednak do końca wyjaśnione. Meksyk to dzisiaj jedno z najludniejszych państw naszego globu – ma prawie 115 mln mieszkańców. Posiada powierzchnię ponad 6 razy większą od Polski (niemal 2 mln km²). Jest ojczyzną rozśpiewanych muzyków mariachi, charyzmatycznej malarki Fridy Kahlo i laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury Octavia Paza.

Więcej…

Panama z dwóch stron

taboga Island 2

Statki w Zatoce Panamskiej u brzegów Tabogi

© HOVER TOURS

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Słowo „Panama” ma w sobie siłę i melodię. Ilekroć je słyszę, zawsze pobudza moją wyobraźnię. Przed oczami staje mi scena, w której w tropikalnym klimacie literat pracuje nad swoją książką. Na suficie szumi wiatrak, na kolonialnym biurku stoi maszyna do pisania i butelka postarzonego rumu. Panamska rzeczywistość oczarowała pisarzy takich jak choćby Graham Greene, Joseph Conrad czy John le Carré. Ten ostatni zresztą tutaj właśnie umieścił akcję swojej powieści „Krawiec z Panamy”.

 

Kiedy trafiła się więc okazja, aby pojechać do tego kraju w Ameryce Środkowej, natychmiast z niej skorzystałem. Ta wyprawa dała mi mnóstwo radości. Odnajdywałem ją wszędzie: w ludziach, języku, na stoiskach z ulicznym jedzeniem i w przebogatej przyrodzie, której wcześniej nie znałem. Codziennie wstawałem o 5.00 lub 6.00, żeby nowa przygoda nie musiała na mnie czekać, i ciągle nabierałem apetytu na więcej. Na pierwszy rzut oka Panama wydaje się krajem lepiej zorganizowanym niż np. Dominikana. Ale bez obaw! Nie brakuje w niej naturalnego luzu. Wciąż odnajdziemy tu jedyny w swoim rodzaju, uroczy latynoski rozgardiasz. Do Polski wróciłem ogrzany promieniami słońca, naładowany pozytywną energią oraz wzmocniony witaminami ze świeżych soczystych owoców tropikalnych i życzliwością Panamczyków.

 

Z wyprawy do Panamy z największym sentymentem wspominam wizyty na dwóch wyspach: Taboga (Isla de Taboga) i Kolumba (Isla Colón). Pierwszą z nich oblewają wody Oceanu Spokojnego (Zatoki Panamskiej), a druga należy do archipelagu Bocas del Toro na Morzu Karaibskim. Udało mi się więc poznać ten kraj od strony obu jego wybrzeży.

 

Z MIASTA NA WYSPĘ KWIATÓW

 

Mieszkańcy miasta Panama i przyjeżdżający w odwiedziny do tej tętniącej życiem, ale też niezmiernie głośnej, chaotycznej i dzień w dzień potwornie zakorkowanej panamskiej stolicy mają wiele szczęścia. Z tej wielkomiejskiej przestrzeni naznaczonej gęstym lasem połyskujących w słońcu drapaczy chmur, wypełnionych filiami chyba wszystkich kluczowych banków świata czy kancelarii prawniczych, miejsca przypominającego do złudzenia betonową dżunglę Hongkongu albo Singapuru, dosyć łatwo się wydostać. Wystarczy 30 min. i 10 dolarów amerykańskich w kieszeni, aby dopłynąć do wyspy Taboga leżącej w Zatoce Panamskiej (ok. 20 km od wybrzeża kontynentu). Niebiesko-biały katamaran armatora Taboga Express lawiruje co i rusz między majestatycznymi stalowymi bestiami, czyli ogromnymi statkami flot handlowych. Większość z tych wyczekujących wejścia do Kanału Panamskiego wielotonowych kontenerowców, drobnicowców, tankowców czy masowców zarejestrowano w krajach tzw. tanich bander, jak choćby Bahamy, Antigua i Barbuda, oczywiście, Panama i daleka, położona w Afryce Zachodniej Liberia (w jej stolicy, Monrowii, rejestruje się najwięcej jednostek pod względem liczby i tonażu).

 

Na Tabodze dzięki jej wulkanicznemu pochodzeniu i żyznym glebom rozwinęła się niesamowicie bogata przyroda. Tutejsze wzniesienia pokryte są bujnym tropikalnym lasem. Najwyższe z nich – Cerro Vigía – mierzy 307 m wysokości. Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz) osiąga z kolei 169 m, a wieńczy je okazały sześciometrowy krzyż. Podczas II wojny światowej oba służyły amerykańskim żołnierzom jako punkty obserwacyjne. Stany Zjednoczone ulokowały na wyspie bazę wojskową, co ponoć poprawiło znacznie status ekonomiczny jej mieszkańców. Obecnie na szczyty wzniesień prowadzą ścieżki, których pokonanie wymaga mniejszego lub większego wysiłku. Zmieniające się nachylenie terenu i duchota, panująca szczególnie na odcinkach zadrzewionych, stanowią czasem nie lada wyzwanie. Jednak warto podjąć ten trud dla późniejszych widoków, które po prostu zachwycają. Nieco niepokojący wydaje się fakt, że nad głowami osób wchodzących na górę krążą pojedynczo lub stadnie urubu czarne (sępniki czarne), padlinożerne ptaki z rodziny kondorowatych, zwane w Panamie gallotes lub gallinazos (Coragyps atratus). Monitorują kondycję wchodzących, jakby wyczekiwały swojej szansy.

 

Niemal jedna trzecia powierzchni lądu została tu objęta obszarem chronionym. Taboga zwana jest również całkiem zasadnie Wyspą Kwiatów (Isla de las Flores). Zapach tychże dolatuje do nozdrzy, gdy tylko człowiek postawi nogę na molo niewielkiej przystani promowej – ta woń od razu upaja, wprawia w dobry nastrój, zwiastuje przyjemność wakacyjnej laby. Potem zaczyna się zauważać, że kwiaty rosną wszędzie. Mury i balustrady pokrywają bugenwille w kolorze szaty biskupiej, swoje okazałe kielichy kierują do słońca hibiskusy o barwie stroju kardynalskiego. Rośliny kwitną tu bez przerwy, soczystą, radującą oczy zieleń urozmaica mnóstwo wielobarwnych akcentów. Kwiaty zdobią pobocza wąskich uliczek, jakże spokojnych i urokliwych, upiększają domowe tarasy i przydrożne, zadbane kapliczki, których na wyspie nie brakuje. Najokazalsze z tych ostatnich poświęcone są Matce Boskiej z góry Karmel (Nuestra Señora del Carmen), patronce rybaków. Co roku 16 lipca na jej cześć odbywa się zachwycająca procesja na morzu. Świętuje wówczas cała wyspa. Wokół rozbrzmiewa muzyka, wszyscy tańczą do utraty tchu, a wieczorne niebo roziskrzają pokazy sztucznych ogni.

 

Colon Island 3

Kolorowe domy na karaibskiej Wyspie Kolumba

© HOVER TOURS

 

HISZPAŃSCY KONKWISTADORZY

 

Według legendy przekazywanej od pokoleń Matka Boska miała uwolnić miejscowych od najazdów piratów, którzy nękali tę okolicę w XVI w. Ponoć ukazała się intruzom na plaży jako przywódczyni zbrojnej grupy gotowej na odparcie ataku. Piraci zlękli się i wycofali. Wyspiarze pobiegli więc do kościoła, żeby podziękować Bogu za ten cud. W świątyni ujrzeli ślady mokrych stóp prowadzące do ołtarza. Stojący na nim posąg Maryi był mokry i pokryty piaskiem. Wtedy ludzie zrozumieli, komu ten cud zawdzięczają. Dlatego też czczą swoją patronkę do dziś z niesłabnącym oddaniem.

 

Wspomniany Kościół św. Piotra (Iglesia de San Pedro) jest podobno drugą najstarszą świątynią na półkuli zachodniej. Obecnie pieczołowicie odrestaurowany wyróżnia się bielą murów, jednak wyraźnie chropowatych, pamiętających odległą przeszłość. Mimo wielu budynków stojących w sąsiedztwie kościół już z daleka daje się namierzyć po typowej wieży z dzwonnicą. Wygląda niezmiernie malowniczo. Przed nim rozpościera się niewielki plac, gdzie starsi przychodzą, aby przysiąść i poplotkować, a młodsi, żeby pograć w koszykówkę. Świątynia powstała niedługo po tym, jak w 1524 r. przybył na wyspę hiszpański ksiądz Hernando de Luque i nad brzegiem oceanu założył osadę San Pedro. Najpierw była tu mała kaplica, w której m.in. przed wyprawą konkwistadorską komunię przyjęli poddani Królestwa Hiszpanii Diego de Almagro i Francisco Pizarro. Później, jak głosi historia, ten pierwszy odkrył Chile, a drugi podbił Peru. Datę odkrycia samej Tabogi, której nazwa pochodzi od słowa aboga znaczącego w języku dawnej rdzennej ludności „obfitość ryb”, podaje ceramiczna tablica umieszczona na urokliwym skwerku tuż przy nadmorskiej promenadzie. Według niej czynu tego dokonał w 1513 r. najbardziej kojarzony z Panamą konkwistador – Vasco Núñez de Balboa. Jako pierwszy Europejczyk pokonał Przesmyk Panamski i dotarł do Oceanu Spokojnego, któremu nadał nazwę Mar del Sur – Morze Południowe. Z Santo Domingo na wyspie Hispaniola (gdzie mieszkał i popadł w długi) dostał się do ówczesnej Złotej Kastylii, czyli północnego wybrzeża dzisiejszej Panamy, w nadzwyczaj zuchwały sposób. Ukrył się w beczce na solone mięso.

 

Ciudad de Panama-DSC 8755

Avenida Balboa i drapacze chmur stojące wzdłuż wybrzeża (Ciudad de Panamá)

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

WYDŁUŻAJĄCA SIĘ PLAŻA

 

Taboga przyciąga zarówno Panamczyków, jak i obcokrajowców sielskością i wciąż odczuwalną atmosferą czasów kolonialnych. Najwięcej turystów z kontynentu gości w trakcie świąt i weekendów. Dla tych, którzy odwiedzają kosmopolityczne miasto Panama w interesach lub innym celu i marzą, aby choć przez moment odprężyć się poza stolicą, ta wyspa stanowi najwłaściwszy wybór. Znajdują się na niej całkiem przyjemne plaże, obmywane łagodnymi falami Pacyfiku, jak Playa Honda i Playa La Restinga. Wyjątkową cechą tej drugiej jest to, że podczas odpływu można z niej przejść na inną, znacznie mniejszą, pagórkowatą wysepkę zwaną El Morro. Nadal da się tu dostrzec ślady dawnej stoczni. Warto nadmienić, że w połowie XIX stulecia Taboga pełniła funkcję znaczącego panamskiego portu. Miejsce obfituje w owoce tropikalne i owoce morza. Papaje i karambole dojrzewają dziko i w przydomowych ogrodach. Serwowane w lokalnych knajpkach ryby, jak podawana na różne sposoby corvina (Cilus gilberti), będąca panamską specjalnością, czy wszelakie owoce morza są tu zawsze świeże i wyśmienite. Smażona corvina najlepiej smakuje z także smażonymi bananami warzywnymi – platanami (plátanos verdes), popijana lodowatym piwem Balboa albo Panama. Wśród dań z owoców morza prawdziwą rozkosz dla podniebienia stanowią almejas al ajillo – delikatne małże z czosnkiem duszone w winie, doprawione odrobiną ostrej papryki i pietruszki. Uśmiech na niejednej twarzy wywoła na pewno rachunek wypisany odręcznie na kawałku tektury, będącej fragmentem jakiegoś opakowania.

 

UROKI SAN PEDRO

 

Po wyśmienitym posiłku warto udać się na sjestę albo pospacerować po okolicy. Już na obrzeżach San Pedro tutejsza nieposkromiona natura daje o sobie znać. Wszędzie coś rośnie, wije się, pleni. Co chwilę słychać chrobot w konarach drzew, ptasie trele i kwilenie, szelest pośród opadłych, wysuszonych liści lub gdzieś w trawie. Człowiek ma ciągle wrażenie, że nie jest sam, że coś mu dotrzymuje kroku i go obserwuje. Pełno tu jaszczurek śmigających między plamami słońca a cieniem. Jedne są małe i szybkie jak pocisk, inne – całkiem spore, wolniejsze i leniwe. Czasem trafi się wąż, lecz zaraz odpełza w swoją stronę.

 

Po powrocie do miasteczka trafimy na kury grzebiące w cieniu bananowców i na gallos de pelea, czyli koguty bojowe zamknięte w klatkach, odkarmione i zadziorne. Wśród nich znajduje się pewnie przyszły el campeón – czempion. Wtedy skojarzymy, że to, co wcześniej widzieliśmy i co przypominało okrągły basen dla dzieci, ze szczątkami piór zamiast wody, jest w istocie areną do kogucich walk. San Pedro ma też cmentarz. Nekropolie w tropiku zawsze sprawiają wrażenie osobliwych, hipnotyzują. Tworzą przestrzeń z pogranicza jawy i snu, gdzie realizm magiczny, który słynny kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez zaklął w swoich powieściach, wkracza do rzeczywistości. Najmocniej intrygują mnie takie nieco chaotyczne, skromne cmentarze. Złożone są one z białych jak wyschnięte piszczele grobowców z typowymi niszami, w które wsuwa się trumny. Część z grobów jest zapadnięta, część powleczona pajęczyną czarnych zacieków, bo wilgoć wypełza w tropiku z każdego kąta. Czasem widać tylko gołe krzyże wyrastające z suchej ziemi. Nie mogę się napatrzeć na takie cmentarze. Fascynuje mnie ten ich jakiś letargiczny charakter, pociągają te wszystkie tajemnice pozaszywane w cieniach i zapisane w osobliwych epitafiach.

 

W drodze do hotelu obowiązkowo należy zajrzeć do sklepu, gdzie Chińczyk mówiący po hiszpańsku płynnie i bez akcentu sprzedaje wyborny panamski rum Abuelo trzy razy drożej niż w kontynentalnej części kraju i narodowy trunek wysokoprocentowy z trzciny cukrowej Seco Herrerano w normalnej cenie. Co ciekawe, chińska społeczność w Panamie jest najliczniejsza w całej Ameryce Środkowej (między 135 tys. a 200 tys. mieszkańców, czyli ok. 4 proc. ludności tej ponad 4-milionowej republiki). Nie zaszkodzi zakupić oba trunki i jeszcze kilka limonek, zupełnie innych niż te, jakie znamy. Skórkę mają odrobinę zbrązowiałą, lecz ledwo przekrojone pachną jak marzenie bukietem aromatów pomarańczy i cytryn. Poza tym można z nich wycisnąć pyszny sok do drinka z rumem i coca colą, jeśli ktoś chciałby napić się cuba libre w wolnej Panamie. W hotelu, w położonym na najwyższym piętrze pokoju z wiatrakiem na suficie patrzę z balkonu na rozświetlony wieczorem Pacyfik – dziesiątki statków wyczekują wejścia do Kanału Panamskiego. O zmierzchu rozbrzmiewają żabie serenady. Niesforne psy ganiają się po sąsiednich podwórkach. Wreszcie przychodzi zasłużony sen.

 

O poranku wschodzące słońce odbija się pomarańczowo w otwartych na oścież drzwiach balkonowych. Na śniadanie dostaję smażone jajka, tosty i kawę, jak zawsze przepyszną. Na plaży na krótko przed wejściem na powrotny prom do Panamy wypijam jeszcze wodę z wielkiego, zielonego, dobrze schłodzonego orzecha kokosowego, w którym zmieściłyby się trzy szklanki płynu. Spoglądam na urzekającą Tabogę i żegnam się z nią: Hasta la próxima! („Do następnego razu!”).

 

WIECZÓR W TROPIKU

 

Po wizycie nad Pacyfikiem trafiam dla odmiany na Wyspę Kolumba (Isla Colón) leżącą na Morzu Karaibskim w prowincji Bocas del Toro (w archipelagu o tej nazwie). Jest późne popołudnie, prawie wieczór. Palmy kokosowe, zalane złotym kolorem zachodzącego słońca strzelają ponad skorodowane rdzą dachy z blachy falistej. Czaple białe wzbijają się nad gęste korony namorzynów, zataczają dwa, może trzy kręgi i siadają. Po drugiej stronie ulicy rozgrywa się scena jak z powieści Gabriela Garcíi Márqueza. Tęga doña z wałkami we włosach, odziana w bufiastą, pstrokatą sukienkę, spoczywa na bujanym fotelu przed domem i chłodzi się wachlarzem. Czasem ofuknie dzieciaki próbujące zwaśnić psa z kotem, jakby obu było mało kłótni na co dzień. W klatce o rozmiarach kredensu kuśtyka po drążku papuga o zielonożółtej głowie z czerwonymi policzkami, zapewne rudosterka żółtoskrzydła, występująca tu pod nazwą cotorra catana (Pyrrhura hoffmanni). Ptak skrzeczy, jakby chciał komuś naubliżać. Trzy młode Mulatki, ubrane w mundurki szkolne, kartkują jakąś opasłą książkę, coś w niej zaznaczają, trajkoczą i śmieją się. W tle za nimi znajduje się bananowy zagajnik, wyrośnięty mangowiec jeszcze bez owoców i drzewo chlebowe z owocami wielkimi jak bomby. Zapalają się pierwsze światła domowych lamp. Woda w zatoce mieni się najpierw złotem, potem różem i fioletem, odbijając kolory gasnącego nieba. Kiedy w tropiku kończy się dzień, wiadomo, że zmierzch zapadnie szybko.

 

Na Wyspie Kolumba warto wybrać się na Plażę Gwiazd (Playa de las Estrellas) z piaskiem drobnym i jasnym jak mąka, gdzie w płytkiej, przezroczystej wodzie niemal przy samym brzegu wylegują się okazałe rozgwiazdy: pomarańczowe, czerwone, żółte, nakrapiane. Są ich tu dziesiątki, leżą czasem jedna obok drugiej, w tercetach, kwartetach… Aby je podziwiać, trzeba podjechać lokalnym minibusem z Bocas Town (Bocas del Toro) do osady zwanej Boca del Drago (bilet kosztuje 5 dolarów amerykańskich) i dalej powędrować ścieżką biegnącą blisko namorzynów, kryjących setki pociesznych krabów. Idzie się pośród gajów palmowych, migdałowców i powykręcanych konarów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), której hiszpańska nazwa brzmi uva de playa, czyli „winogrono plażowe”. Po nacieszeniu się widokiem rozgwiazd można zamówić smażoną rybę z dodatkami w przyplażowej restauracyjce. Przeważnie w ofercie jest pargo rojo, czyli lucjan czerwony (Lutjanus campechanus), który smakuje znakomicie za każdym razem (zwłaszcza ze zmrożonym panamskim piwem). Warto zerknąć najpierw na świeże sztuki, dopiero co przyniesione z łodzi, i wybrać tę najbardziej nam odpowiadającą, szczególnie z uwagi na cenę.

 

HOTEL NA PALACH

 

Ostatniego dnia pobytu na Wyspie Kolumba wychodzę na werandę hotelu o lirycznej nazwie Olas de la Madrugada (Fale Wczesnego Poranka). Przy barze zwisa malowniczo kiść miniaturowych bananów. Wybieram dwa dojrzałe owoce, obieram nieśpiesznie i zjadam. Gdzieś w oddali puszczają w radio panamski reggaeton. Ta muzyka jest z natury głośna, rytmiczna i dość erotyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o teksty i choreografię w teledyskach. Zrodziła się w wyniku wymiany kulturalnej i muzycznej między Panamą i Portoryko w latach 90. XX w. Zdaniem wielu badaczy reggaeton, nazywany wcześniej reggae po hiszpańsku (reggae en español), pochodzi właśnie z okolic Przesmyku Panamskiego. Dźwięki utworów tego szaleńczego latynoskiego gatunku muzycznego rozchodzą się po wodzie niewielkiej zatoki, ale dystans sprawia, że do moich uszu docierają cichsze, łagodniejsze, co staje się całkiem przyjemnym doznaniem. Pamiętam jeden z usłyszanych kawałków – nazywa się Muchachita. Nagrał go w 2015 r. Fernando Cabrera Guzmán, znany jako Mr. Saik. To dominikański artysta, który zrobił karierę w Panamie.

 

Spoglądam przed siebie. Widzę domy w pastelowych kolorach osadzone na palach, niektóre świeżo pomalowane, inne już nieco zmurszałe, lecz wciąż bijące jakąś radością. Podobnie wygląda mój hotel: żółto-niebieski, trzymający się na filarach zagłębionych w dnie zatoki. Woda jest tu uderzająco przejrzysta i nie brakuje w niej ławic drobnych ryb. Przypomina mi się fragment z Wojny futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego, w którym autor opisuje swój tymczasowy dom w stolicy Ghany – Akrze. Mieszkam na tratwie, w bocznej uliczce handlowej dzielnicy Akry. Tratwa stoi wyniesiona na słupach do wysokości pierwszego piętra i nazywa się Hotel Metropol. W porze deszczów ten dziwoląg architektoniczny gnije i pleśnieje, a w miesiącach suszy – rozsycha się i trzeszczy. Ale się trzyma! Pośrodku tratwy stoi zabudowanie podzielone na osiem przegród. To nasze pokoje. Reszta miejsca objęta rzeźbioną balustradą nazywa się werandą. Tam mamy wielki stół do posiłków i kilka małych stolików, przy których pijemy whisky i piwo. Poza tym, że moja kwatera cechuje się zdecydowanie lepszym stanem, ten opis nawet by do niej pasował. Co najwyżej whisky zamieniłbym na wyśmienity panamski rum.

 

KARAIBSKIE REFLEKSJE

 

Ciężko było mi wyjeżdżać z Bocas Town (Bocas del Toro) na Wyspie Kolumba, a szczególnie żegnać się z tym miejscem o świcie. Za dobrze się tu czułem. Klimat Karaibów potrafi niezmiennie człowieka rozczulić. Niebywałe, jak umie go także zmienić przez pokazanie mu innego życia, często bardzo skromnego, choć kto wie, czy nie lepszego, pełniejszego, bliższego ludzkim sprawom. Wielu wraca z karaibskich tropików, myśląc, że być może mieć mniej znaczy mieć więcej. Dużo jest w tej krainie serdeczności, przyjaznych spojrzeń, pomocnych gestów. Ciągle odczuwa się potrzebę bliskości, towarzystwa drugiego człowieka niezbędnego do tańczenia, gry w domino, wypicia szklaneczki rumu. Poza tym wszyscy cały czas pragną tutaj rozmawiać. Na Karaibach komunikacja jest podstawą codziennego życia. Te rozmowy nigdzie tak szybko nie ujawniają charakteru rozmówców, ich temperamentu i emocji. Dyskutuje się głośno, bez umiaru, gestykulując przy tym żywiołowo. Czy rozmawiają dwie sędziwe matrony w zatłoczonym busie, czy nastolatki jazgoczące do swoich wymuskanych telefonów komórkowych – każdy wykazuje ogromne zaangażowanie. O tym właśnie najbardziej marzą ludzie uciekający z poukładanej północy na bezładne, nieprzewidywalne południe. Chcą doświadczyć obfitości życia i jego barwności we wszystkim, pociągającego luzu i braku pośpiechu, tej chwilowej, ale wyczekiwanej wolności.

 

DESZCZ NA POŻEGNANIE

 

O 5.00 lało jak z cebra. O 6.30 deszcz nie ustawał. Z nieba, jaśniejącego z oporem, spadały krople wielkości awokado. To była prawdziwa tropikalna ulewa. Nie chciała wypuścić mnie z hotelu i wyspy. Właściwie nie czułem się tym zmartwiony. Samolot linii Air Panama odlatywał za ponad godzinę, a do lotniska miałem niespełna 800 m. Najpierw planowałem dotrzeć na nie piechotą i po drodze spojrzeć ostatni raz na malownicze, budzące się domy. Jednak w tym potopie mój plan wydawał się bez sensu. Wyskoczyłem na ulicę i pobiegłem do centrum miasteczka, aby złapać taksówkę. Kierowca tej jedynej w zasięgu wzroku zaczynał dopiero dzień. Dopijał kawę w żółtym kubku z logo „Café Durán”, najpopularniejszej sieci w Panamie. Byłem jego pierwszym pasażerem, do tego przemokniętym do suchej nitki. Podrzucił mnie na miejsce, bo mu się nawinąłem, lecz wyczułem, że chętnie przedłużyłby sobie ten kawowy poranek.

 

Na lotnisku ociekający wodą turbośmigłowy samolot Fokker 50 czekał na poprawę pogody. Tą maszyną miałem odlecieć do stolicy. W końcu przestało padać i wyszło słońce. Ściana deszczu zwykle zmienia widoki w tropiku w coś na kształt kontrolnego obrazu z telewizora. Na szczęście promienie słoneczne przywróciły wszelkie utracone barwy. Rozejrzałem się – miałem przed sobą niewielkie lotnisko, mały samolot i krótki pas startowy. Za to karta pokładowa w mojej dłoni była długa jak spory rachunek z supermarketu. W bliskim sąsiedztwie pasa rosły bananowce i palmy. Natomiast tam, gdzie się kończył, zaczynało się boisko do baseballu i piłki nożnej. Niedawno Panama po raz pierwszy w historii awansowała na mundial (mistrzostwa świata odbędą się w Rosji w czerwcu i lipcu 2018 r.). Można więc przypuszczać, w co chętniej będą teraz grać wyspiarze koło lotniska. Lot z Wyspy Kolumba do Ciudad de Panamá trwał 45 min. W odwrotnym kierunku podróżowałem nocnym autobusem linii Tranceibosa (jedynej obsługującej bezpośrednie połączenie) przeszło 10 godz. Co więcej, klimatyzacja w pojeździe była chyba ustawiona na mrożenie pasażerów. Nie pomogła piersiówka z panamskim rumem. Potem, już o świcie, na przystani w miasteczku Almirante wskoczyłem do szybkiej łodzi płynącej do Bocas Town. Przyznam jednak, że pokonałbym tę całą trasę ponownie, każdym środkiem transportu, bo warto dotrzeć na czarujący archipelag Bocas del Toro, w ten czy inny sposób. To w końcu Karaiby!

 

5  Buceo Bocas del Toro1

Malowniczy bar z pomostem na Wyspie Kolumba zbudowany na palach na wodzie

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

BYSTRE OKO KINOMANA

 

Kiedy oglądam film i widzę w różnych scenach urzekające tropikalne plenery, jak choćby parujący las deszczowy, wybrzeże usiane wysmukłymi palmami kokosowymi albo fragment wiekowej kolonialnej zabudowy, natychmiast zaczynam szukać w internecie informacji, gdzie nakręcono te ujęcia. Szczególnie gdy tropik prezentuje się wyjątkowo realnie i niemal czuć ten bijący z ekranu żar, jaki oblepia aktorów – czoła im błyszczą, a włosy skręcają się w sprężynki od niepojętej wilgoci. Tego nie można sfabrykować. Jeśli tropik jest prawdziwy, od razu to wiadomo.

 

Tak było z filmem Escobar: Historia nieznana z 2014 r. z Benicio del Toro w roli tytułowej, do tego bardzo wyrazistej i przekonującej. Ten wszechstronny portorykański aktor grał dotąd m.in. wilkołaka, baseballistę czy Ernesta Che Guevarę, a w końcu wcielił się w postać kolumbijskiego barona narkotykowego. Jednak we wspomnianym filmie nie ujrzymy tak naprawdę Kolumbii. Zastąpiła ją Panama, czyli sąsiadka zza miedzy (nawiasem mówiąc, niezmiernie szerokiej, bagnistej i malarycznej, jeśli uznamy za nią przesmyk Darién oddzielający oba kraje). Panamskie pejzaże zostały tutaj zaprezentowane tak, że człowiek od razu nabiera ochoty, aby znaleźć się w okolicy z kadrów. Panama jest wyjątkowo fotogeniczna i skutecznie kusi nieujarzmionym interiorem. Najbardziej cieszy mnie powtórne – choć tym razem ograniczone do filmowych scen – odkrywanie miejsc, które już widziałem na własne oczy. Nieraz zdarzają się niespodzianki. Ostatnio okazało się, że Benicio del Toro gościł wraz z ekipą filmowców na... Bocas del Toro! Właśnie tam jeździłem rowerem: wzdłuż długiej i spektakularnej plaży Bluff na Wyspie Kolumba albo w Bocas Town. Oba miejsca pokazano w filmie kilka razy. Benicio del Toro na Bocas del Toro – brzmi to niesamowicie i zabawnie. Uwielbiam takie odkrycia. A Panama jest po prostu piękna!