IT-11.jpg

Mauzoleum Tadź Mahal w Agrze upamiętnia żonę cesarza Szahdżahana

©MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA

 


Monika Skiba


Kto chce poznać prawdziwą potęgę natury, zobaczyć niezwykłe krajobrazy, zachwycić się pięknem architektury, a także potrzebuje duchowego ukojenia lub – przeciwnie – pragnie nasycić oczy intensywnymi kolorami i jest gotowy na zastrzyk życiowej energii, powinien pojechać do Indii. Ten kraj zadziwia, wywołuje różnorakie emocje, działa na wszystkie zmysły. Pozwala wyjść poza swoją strefę komfortu i równocześnie zajrzeć w głąb siebie. To naprawdę inny świat. 


Nie sposób opisać Indii jednym słowem, które oddawałoby w pełni ich charakter. Trzeba by było raczej użyć całego słownika różnych wyrazów i zwrotów, a i to nie wystarczyłoby pewnie do przedstawienia tego niezmiernie interesującego i barwnego państwa, pełnego kontrastów. Żyją w nim wciąż dawne tradycje i prastare rytuały. Podróż w te strony stanowi intensywne doświadczenie, sprawdza naszą dojrzałość, odporność na przeciwności losu i otwartość na inność.

Chyba każdy turysta z Europy podczas swojej pierwszej wizyty w Indiach wielokrotnie przeżywał szok kulturowy. Ludzie, zwyczaje, kuchnia, mozaika religijna, widoki, przyroda – wszystko to zaskakuje na każdym kroku. Tak też było w moim przypadku, gdy odbywałam prawie dwumiesięczną wyprawę po tym kraju.

Od morza do gór

To drugie po Chinach pod względem liczby ludności państwo na świecie leży w Azji Południowej. Mieszka w nim niemal 1,3 mld osób. Republikę Indii oblewają wody Zatoki Bengalskiej, Morza Andamańskiego, Arabskiego i Lakkadiwskiego. Od północy od reszty kontynentu azjatyckiego oddzielają ją potężne łańcuchy górskie – Himalaje i Karakorum.

               
Krajobraz zmienia się tutaj jak w kalejdoskopie. W Indiach znajdziemy prawie wszystko: od rozległych piaszczystych plaż na południu przez tropikalną dżunglę po ośnieżone szczyty na północy. Święta rzeka Ganges w porze monsunowej często wylewa. Dla odmiany na zachodzie, na granicy z Pakistanem rozciąga się pustynia Thar, znana również jako Wielka Pustynia Indyjska. Takich kontrastów odkryjemy mnóstwo.

               
Temperatura wody u wybrzeży kraju właściwie nie spada poniżej 25°C, jednak w kwietniu i maju upały stają się dość uciążliwe. Obfite opady przychodzą wraz z monsunem i trwają niemal wyłącznie latem, czyli podczas pory deszczowej (od końca maja do września). Dlatego do Indii najlepiej wybrać się zimą (od połowy listopada do marca). Z jednej strony unikniemy nieznośnego gorąca, a z drugiej – przeciągających się ulew.

Dla turysty

BE-01.jpg

Plaża Pulinkudi niedaleko Kovalam

©KERALA TOURISM/M. BALAN (WWW.KERALAPICTURES.COM)



Współcześnie podróżnicy spotykają się w ojczyźnie Hindusów z otwartością i gościnnością. W Indiach żyją wyznawcy hinduizmu, islamu, chrześcijaństwa, buddyzmu, judaizmu, zaratusztrianizmu, sikhizmu i dżinizmu. Wyróżnia się tu 22 języki regionalne i ok. 1600 dialektów, przy czym funkcję języków urzędowych w całym państwie pełnią hindi i angielski.

               
W trakcie wypraw po nieznanych rejonach zawsze trzeba zachować pewną ostrożność. Nie wszędzie bywa jednakowo bezpiecznie i nie o każdej porze. To samo dotyczy Indii. Według mnie do spokojniejszych regionów należy Kerala i południowo-zachodnia część kraju. W północnych obszarach można już czuć się trochę mniej pewnie. Bez względu na płeć odradzam jednak samotne zapuszczanie się w nowe miejsca czy spacery w późnych godzinach nocnych. Warto wychodzić grupką osób lub z przewodnikiem, który doskonale zna lokalne realia. Oczywiście, niebezpieczniej jest w większych miastach, ponieważ ogromne bogactwo miesza się w nich z wielką biedą. Mimo to nie znajdziemy tu raczej „zakazanych dzielnic”, znanych nam z Europy. Indie są naprawdę bezpiecznym państwem. Wystarczy jedynie odrobina ostrożności i zdrowego rozsądku i nie powinniśmy mieć podstaw do obaw przed podróżowaniem po tym olbrzymim kraju.

               
Przed wyjazdem dobrze odpowiednio zaplanować całą wyprawę – zadbać o ubezpieczenie turystyczne i kwestie zdrowotne, przygotować się na odmienne warunki klimatyczne, dowiedzieć się czegoś o rejonach, które chcemy odwiedzić, i panujących w nich zwyczajach. W ten sposób zminimalizujemy znacznie ryzyko nieprzyjemnych niespodzianek.

               
Do Indii warto przyjechać na minimum 2 tygodnie. W ciągu takiej wycieczki zobaczymy całkiem dużo ciekawych miejsc, a jednocześnie jej koszt nie nadwyręży znacząco naszego budżetu. Jeśli wybieramy się na wyjazd grupowy z rodziną, znajomymi czy przyjaciółmi, możemy spróbować zorganizować go samodzielnie, ale już w przypadku wyprawy w pojedynkę polecam zajrzeć do dobrze zorientowanego biura podróży. Ja znałam właścicieli jednej z lokalnych agencji i korzystałam z usług przewodników. Dzięki temu nie tylko trafiałam do zakątków mniej dostępnych dla turystów, lecz także mogłam liczyć na lepsze ceny i nie traciłam czasu na dodatkowe poszukiwania. Co jeszcze ważniejsze, ze względu na towarzystwo osoby doskonale znającej okolicę miałam poczucie większego bezpieczeństwa.

               
Trzeba sobie też zdawać sprawę z tego, że w tym kraju zwykła krowa to stworzenie święte dla Hindusów. Symbolizuje ona płodność, obfitość i matkę karmicielkę. Te zwierzęta spotkamy prawie wszędzie, nawet na najbardziej ruchliwych ulicach. Od pewnego czasu jednak swobodne wędrówki krów ogranicza się w dużych nowoczesnych aglomeracjach takich jak 22-milionowe Nowe Delhi. Za święte uchodzą również węże, przeważnie kobry. Kojarzone są z dobrobytem i płodnością. Poza tym szczególną czcią otacza się figowiec bengalski i drzewo mango – symbol miłości.

               
W trakcie zwiedzania Indii należy koniecznie zajrzeć na targ i choć raz spróbować ponegocjować ze sprzedawcą. Hindusi żyją gwarną atmosferą bazarów. Uwielbiają się targować i cenią klientów o podobnych upodobaniach. Dania hinduskiej kuchni smakują jak żadne inne na świecie. Bywają zazwyczaj bardzo ostro doprawione, ale są przepyszne.

Na południe

Niezmiernie interesująca, choć ciągle mało znana i pełna niespodzianek jest południowa i południowo-zachodnia część Indii. W odróżnieniu od większości turystów ja zaczęłam swoją pierwszą podróż właśnie od leżącego tutaj stanu Kerala, aby później dotrzeć do tzw. Złotego Trójkąta. Taka kolejność wpłynęła – oczywiście – na moje obecne postrzeganie tego kraju. Już od momentu wylądowania na międzynarodowym lotnisku w Koczin byłam pod wielkim wrażeniem współistnienia różnorodnych poglądów, religii, tradycji i obyczajów.

               
Nazwa stanu Kerala pochodzi według pewnych teorii od słów kera („palma kokosowa”) i alam („ziemia”). Rolę jego stolicy odgrywa Thiruvananthapuram (Triwandrum). Obszar tego regionu administracyjnego rozciąga się wzdłuż pięknego Wybrzeża Malabarskiego nad Morzem Arabskim. Ten malowniczy zakątek Indii słynie ze wspaniałych plaż i wysmukłych palm, lasów mangrowych, rozlewisk rzek i sieci kanałów. Tutejsze liczne ekskluzywne kurorty zapewniają błogi wypoczynek i oferują wszelkiego rodzaju specjalistyczne zabiegi ajurwedyjskie. W głębi lądu znajdują się Ghaty Zachodnie, pasmo górskie zamieszkane przez dzikie zwierzęta, m.in. tygrysy, makaki lwie, lamparty, gaury czy słonie indyjskie. Na jego stokach uprawia się herbatę, kawę i przyprawy. Kerala graniczy z Tamilnadu na wschodzie i Karnataką na północnym wschodzie. W jej granicach leży także dystrykt terytorium związkowego Puducherry (byłej kolonii francuskiej) – Mahé, złożony z trzech enklaw.

               
Ten stan szczyci się najwyższą w Indiach liczbą piśmiennych obywateli (ok. 94 proc.). To wcale nie znaczy, że łatwiej znaleźć w nim osobę mówiącą płynnym angielskim. Hinduska wersja tego języka jest dosyć specyficzna z uwagi na akcent i dialekty, które występują w danym regionie. Przez to czasami trudno porozumieć się z miejscowymi i wymaga to sporej cierpliwości. Pozytywnie zaskakuje tu fakt pokojowego współżycia przedstawicieli różnych religii: hinduistów, muzułmanów, chrześcijan i żydów. Kerala należy do tych obszarów Indii, które mogą pochwalić się najwyższym poziomem służby zdrowia i oświaty. Poza tym dysponuje dobrą infrastrukturą drogową.

Wśród rzek i jezior

BW-07.jpg

Rejs łodzią kettuvallam po jeziorze Punnamada w regionie Kuttanad

©KERALA TOURISM/M. BALAN (WWW.KERALAPICTURES.COM)



Ta dużo spokojniejsza część kraju bardzo różni się od reszty Republiki Indii. Słynie z niezmiernie bujnej tropikalnej roślinności, w tym gajów kokosowych, wspaniałych parków narodowych i krajobrazowych, plantacji przypraw, pięknych piaszczystych plaż ciągnących się kilometrami czy tajemniczych rozlewisk (backwaters). To te ostatnie właśnie stanowią jedną z największych indyjskich atrakcji turystycznych. Znany keralski region zajmuje znaczny obszar graniczący z Morzem Arabskim, poprzecinany tysiącami kanałów, 38 rzekami i 5 dużymi jeziorami (wieloma małymi). W tym fantastycznym labiryncie toczy się normalne życie jego mieszkańców – istnieją wioski, kwitnie handel, wznoszą się świątynie, uprawia się ryż czy pasie krowy. Po rozlewiskach można podróżować statkami turystycznymi, publicznymi promami, prywatnymi czółnami z wioślarzem albo łodzią typu house boat z kapitanem, nazywaną tutaj kettuvallam. Do najważniejszych miejscowości na trasie należą Koczin, Alappuzha, Kottayam i Kollam.

               
Kerala oferuje poza tym szereg innych atrakcji – od przepysznej południowoindyjskiej kuchni począwszy, przez tradycyjny styl teatru-tańca kathakali, a na plantacjach herbaty oraz ogrodach z ziołami i przyprawami (gdzie nabędziemy te naturalne specjały) skończywszy. W tym stanie organizuje się z wielkim rozmachem liczne święta religijne i festiwale kulturalne. Najciekawsze z nich to hinduistyczne święto światła Diwali (Deepavali), wypadające w październiku–listopadzie, wiosenny festiwal kolorów, radości i miłości Holi (koniec lutego lub marzec) czy święto boga z głową słonia Ganeśa – Ganeś Ćaturthi, znane tu jako Lamboodhara Piranalu (przełom sierpnia i września).

Dobroczynna ajurweda

Jeśli chcemy odbyć autentyczną kurację ajurwedyjską w kraju, z którego pochodzi tenstarożytny system terapeutyczno-leczniczy, musimy koniecznie wybrać się do Kerali. Ta medycynaniekonwencjonalna ma w tym regionie wyjątkowo długą tradycję. Ajurwedę praktykujesię już od ok. 5 tys. lat, a zdobyła sobie uznanie na całym świecie. Zakłada, że w ludzkim organizmie współdziałają ze sobą 3 typy energii, tzw. dosze.Indywidualną terapię dobiera się w zależności od tego, jakie ich połączenie występuje u danej osoby. Kerala jest też idealnym miejscem na tego typu kurację ze względu na swoje malownicze krajobrazy.Zabiegi ajurwedyjskiewykonywane w bajecznym otoczeniu słonecznych plaż, błękitnych lagun i szmaragdowych rozlewisk potrafią ukoić wszystkie zmysły.

               
Wybrzeże Malabarskie wypełnia bardzo rozbudowana sieć hoteli (także luksusowych), willi, apartamentów i pensjonatów, które zapewniają spokojny odpoczynek z dala od zgiełku miast. Przepiękne piaszczyste plaże ocienione lasami palmowymi robią niesamowite wrażenie. Warto wybrać się na nie na spacer o wschodzie lub zachodzie słońca. Polecam również zajrzeć do miejscowych wiosek rybackich, których mieszkańcy krzątają się przy swoich tradycyjnych łódkach, przygotowując je do połowów.

W stolicy Kerali

Festival-_Holi.jpg

Wiosenne święto radości i miłości – Holi, zwane też Festiwalem Kolorów

©MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA



Funkcję stolicy stanu pełni Thiruvananthapuram, położone po zachodniej stronie wybrzeża, prawie na samym krańcu trójkątnego Półwyspu Indyjskiego. Stanowi największy ośrodek Kerali (ok 1 mln mieszkańców). Już ponad 3 tys. lat temu rozwinął się tutaj handel. Sprzedawano przede wszystkim przyprawy, drzewo sandałowe i kość słoniową. W mieście znajduje się wiele siedzib instytucji rządowych, organizacji i firm. Dużą wagę przywiązuje się też do edukacji. Działają tu m.in. Uniwersytet Kerala, różne szkoły informatyczne i centrum kosmiczne Vikram Sarabhai Space Centre (VSSC). Poza tym w keralskiej stolicy funkcjonuje również rozbudowany Technopark, w którym znajduje zatrudnienie aż 46 tys. specjalistów.

Współcześnie Thiruvananthapuram jest głównym ośrodkiem handlu pieprzem, koprą i kauczukiem. Rozwija się w nim przemysł włókienniczy, drzewny, spożywczy i chemiczny, a także rzemiosło (produkcja wyrobów z kości słoniowej i palmy kokosowej). Miasto coraz chętniej odwiedzają turyści, którzy odpoczywają na pięknych plażach, usytuowanych na południe od centrum, zaglądają do zoo czy zwiedzają muzea i stare świątynie. Do posiłku można tutaj zamówić najbardziej znane indyjskie piwo Kingfisher. Serwuje się je w każdym hotelu i barze.

Miasto na wyspach

Z kolei niemal 650-tysięczny port Koczin, znany jako „Królowa Morza Arabskiego”, leży tak na stałym lądzie, jak i okolicznych wysepkach. Jego bogate tradycje handlowe sięgają 700 lat wstecz. Dostrzeżemy tu przenikające się wpływy kultury hinduskiej, chrześcijańskiej, muzułmańskiej i judaistycznej. Warto złożyć wizytę w dzielnicy żydowskiej (Jew Town) z doskonale zachowaną Synagogą Paradesi zbudowaną w XVI w. 

               
Podczas pobytu w Koczin dużo przyjemności sprawi nam spacer po historycznej części miasta i odwiedzanie świątyń należących do różnych religii. Rozstawione wzdłuż promenady stragany kuszą przechodniów świeżo złowionymi rybami i owocami morza. Na nabrzeżu zobaczymy, jak działają chińskie sieci rybackie. Ich konstrukcja nie zmieniła się od przeszło 600 lat, czyli od czasu, kiedy je zaprojektowano. W miejscowych knajpkach można zamówić danie z produktów, które wcześniej kupiliśmy u rybaków. Okoliczne restauracje przygotowują prawie wszystko, co przyniesie klient. W koszt posiłku wliczone są sałatka i frytki lub ryż. Jeżeli zechcemy zaopatrzyć się w pamiątki, powinniśmy zdecydować się na lokalne wyroby rękodzielnicze. Znajdziemy tutaj spory wybór przedmiotów w atrakcyjnych cenach. Warto odwiedzić też majestatyczną Bazylikę św. Krzyża (Santa Cruz Basilica), wzniesioną przez Portugalczyków na początku XVI stulecia, zniszczoną przez Brytyjczyków pod koniec XVIII w. i ostatecznie zrekonstruowaną, a następnie ponownie konsekrowaną w listopadzie 1905 r.

               
Architektoniczną perełkę tego rejonu Indii stanowi historyczny drewniany pałac Padmanabhapuram – jeden z najlepiej zachowanych przykładów tradycyjnych budowli regionu Kerala. Wprawdzie obiekt leży obecnie na terytorium sąsiedniego stanu Tamilnadu, ale nim samym i jego terenem zarządzają keralskie władze.

               
Jeżeli wizytę w Kerali zaplanujemy jako ostatni etap podróży po tym południowoazjatyckim kraju, to pozwoli nam ona odpocząć od wszechobecnego w nim zgiełku i otaczających nas tłumów ludzi. Niewielkie urocze sklepy, hotele i knajpki tworzą niepowtarzalną atmosferę tego miejsca. Wśród kolonialnej zabudowy wypełniającej wąskie kolorowe uliczki na chwilę zapomnimy, jak potrafi wyglądać codzienne życie Hindusów.


Portugalskie pozostałości

Goa uchodzi za typowy region wypoczynkowy, do którego również mieszkańcy Indii przyjeżdżają na miesiąc miodowy czy rodzinne wakacje. Do grudnia 1961 r. było ono kolonią portugalską. Co ciekawe, w stanie mieszka stosunkowo wielu chrześcijan (ponad 25 proc.), dlatego ma on dość europejski charakter. Może się także pochwalić dobrze rozwiniętą infrastrukturą turystyczną i bazą hotelową (od chat bambusowych po luksusowe bungalowy i 5-gwiazdkowe ośrodki). Ten niewielki okręg administracyjny (3700 km² i 1,5 mln ludności) należy do najczystszych w kraju i najmniej indyjskich. Świadczą o tym np. rozpowszechnienie zwyczaju sjesty czy fakt, że miejscowe kobiety częściej noszą spódnice niż sari.

               
Różnorodne plaże Goa (Majorda, Anjuna, Arambol, Baga, Candolim, Chapora, Dona Paula, Morjim, Vagator, Palolem, Colvá i Calangute) przypadną do gustu zarówno amatorom zabawy do świtu, jak i miłośnikom pustych przestrzeni. Turystów przyciągają jednak do tego stanu nie tylko wspaniałe wybrzeże, ale też charakterystyczne portugalskie kościoły i architektura w Starym Goa (Velha Goa), wpisanym w 1986 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Barokowa Bazylika Dobrego Jezusa (Basílica do Bom Jesus) z lat 1594–1605 jest jedną z najstarszych katolickich świątyń w Indiach.

Daleka północ

Hinduskie miasta same w sobie są pomnikami kultury. Liczba i jakość zabytków północnych Indii zadziwiają nawet bardzo doświadczonych podróżników. Większość z nich pochodzi z okresu panowania Wielkich Mogołów (od XVI do XIX w.), którzy zbudowali na tych terenach potężne imperium, wznosili majestatyczne budowle i tworzyli podwaliny znanego nam obecnie państwa. Do dziś podziw budzą złote i brązowe posągi Buddy i Śiwy. Aby poczuć klimat Indii, aurę ich religijności i mistycyzmu, należy odwiedzić hinduskie świątynie. Medytujący mnisi wzbudzą w nas potrzebę filozoficznej refleksji. Jeśli chcemy zobaczyć codzienne życie Hindusów, powinniśmy wybrać się na wycieczkę po mieście i koniecznie zajrzeć na lokalne targowisko. Od razu zostaniemy zalani tysiącem barw, różnorodnością dźwięków, mnóstwem pamiątek, kolorowych ubrań, dywanów, sukien, biżuterii i ceramiki oraz zapachem regionalnych przysmaków. Na ulicach ujrzymy piękne kobiety odziane w błyszczące sari i mężczyzn w turbanach na głowach, a zewsząd rozbrzmiewać będzie melodyjny język hindi.

Delhi było stolicą Sułtanatu Delhijskiego (1206–1526) i Imperium Wielkich Mogołów (od 1649 do 1857 r.). W czasach Indii Brytyjskich głównym ośrodkiem władzy (od 1858 do 1911 r.) stała się Kolkata (Kalkuta). Jej dominacja trwała aż do ufundowania w grudniu 1911 r. Nowego Delhi, które przejęło funkcję miasta stołecznego. Razem z historycznym Delhi, zamieszkiwanym już od VI w. p.n.e., tworzy ono jeden organizm. Każde z nich ma jednak zupełnie inny charakter. Stare Delhi, dawne centrum muzułmańskiego państwa indyjskiego, zamieszkują Hindusi. Na jego obraz składają się chaotyczna zabudowa i ciasne, kręte uliczki. Nowy rejon miasta jest uporządkowany architektonicznie. Osiedlają się w nim zamożniejsi obywatele i goście z zagranicy, którzy zakładają tu swoje firmy bądź pracują w międzynarodowych korporacjach, miejscowych przedsiębiorstwach i bankach.

Złotym Trójkątem nazywa się obszar rozciągający się pomiędzy trzema miastami – Delhi, Dźajpurem (Jaipurem) i Agrą. Ze wszystkich części Indii to on cieszy się największą popularnością wśród turystów, szczególnie tych, którzy pierwszy raz przyjeżdżają do tego kraju. Na trasie łączącej wspomniane ośrodki leżą zarówno liczne zabytki z czasów dawnych władców, jak i zwykłe spokojne wioski. Za najwspanialszy skarb Złotego Trójkąta uważa się mauzoleum Tadź Mahal, nazywane „świątynią miłości”.

Mauzoleum cesarzowej

Od 1526 r. (z małymi przerwami) do połowy XVII w. Agra grała rolę stolicy państwa Wielkich Mogołów. Z tego właśnie okresu pochodzą wspaniałe budowle przyciągające podróżników ze wszystkich stron świata.

               
Tadź Mahal został wzniesiony z polecenia cesarza Szahdżahana (1592–1666) w latach 1632–1653 ku czci jego ukochanej żony Mumtaz Mahal, która zmarła zaraz po urodzeniu ich 14 dziecka. Mauzoleum jest przykładem eklektycznego stylu mogolskiego łączącego elementy muzułmańskie, perskie i indyjskie. W lipcu 2007 r. uznano je za jeden z 7 Nowych Cudów Świata. Sam cesarz planował podobno wznieść dla siebie replikę grobowca, dla odmiany z czarnego marmuru, po drugiej stronie rzeki Jamuny. Ostatecznie pochowano go jednak również w Tadź Mahal. Kompleks budowano przez ponad 20 lat, a w pracach uczestniczyło ok. 20 tys. ludzi. Biały marmur przywożono na setkach słoni z odległej o 380 km Makrany w Radżastanie, a wyselekcjonowane drogocenne kamienie do inkrustowania elementów roślinnych sprowadzano z Chin, Tybetu, Afganistanu, Sri Lanki czy Półwyspu Arabskiego.

               
Szahdżahana obalił jego syn Aurangzeb (1618–1707), który uwięził ojca w 1658 r. na 8 lat w Czerwonym Forcie w Agrze. Jak głosi legenda, zdetronizowany władca spoglądał stąd na dzieło swojego życia, miejsce wiecznego spoczynku ukochanej żony. Umarł w wieku 74 lat. Sama twierdza, która spełniała początkowo funkcje obronne, z czasem stała się rezydencją cesarską.

               
Nieopodal Agry, na pustyni znajduje się opuszczone miasto Fatehpur Sikri, ufundowane w 1569 r. przez cesarza Akbara (1542–1605). Służyło ono w latach 1571–1585 jako stolica Imperium Wielkich Mogołów. Otoczony murami ośrodek został porzucony przez mieszkańców prawdopodobnie z braku wody. Do dziś zachowało się w bardzo dobrym stanie wiele tutejszych budowli, m.in. ruiny łaźni, Brama Zwycięstwa (Buland Darwaza), fragmenty budynków mieszkalnych, Wielki Meczet (Jama Masjid), Dom Kultu (Ibadat Khana), Sala Audiencji Prywatnych (Diwan-i-Khas) czy Pałac Pięciu Pięter (Panch Mahal).

Podwójne miasto

Po śmierci żony Szahdżahan przeniósł stolicę imperium do Delhi. Od jego imienia nazwę bierze również zbudowane przez niego tzw. siódme miasto Delhi – Szahdżahanabad (dziś nazywane Starym Delhi). Powstał tutaj wówczas najbogatszy rynek ówczesnego świata, czyli Chandni Chowk. Obecnie jest to główne centrum tego starego ośrodka. W trakcie spaceru po nim przejdziemy szybki kurs negocjacji z hinduskimi handlarzami, miniemy mnóstwo straganów i sklepów, tłumy Hindusów, wiele riksz, dostrzeżemy panujący wokół bałagan i przesiąkniemy zapachem palących się kadzideł. Tego wszystkiego nie doświadczymy w Nowym Delhi. Z uwagi na to, iż ta część miasta była stolicą muzułmańskich Indii między XVII a XIX w., natkniemy się w niej też na liczne meczety.

            
Zbudowany przez Brytyjczyków nowy ośrodek prezentuje zupełnie inne założenie architektoniczne. Znajdują się w nim szerokie ulice, wspaniałe parki, nowoczesna dzielnica w stylu brytyjskim z muzeami, centrum bankowym, biznesowym i turystycznym (Connaught Place), Brama Indii (42-metrowy łuk triumfalny poświęcony poległym w I wojnie światowej i w walkach z Afganistanem żołnierzom indyjskim, wieńczący drogę królewską Rajpath), a także hinduistyczna Świątynia Lakszmi Narajany wzniesiona ku czci boga Wisznu i jego małżonki, bogini szczęścia, bogactwa i piękna Lakszmi.

               
Kiedy cesarz Szahdżahan zdecydował się przenieść stolicę z Agry do Delhi, zlecił wybudowanie w nim Czerwonego Fortu (Lal Qila). Miał on odgrywać rolę rezydencji cesarskiej. Nazwa obiektu pochodzi od koloru jego ścian. Pierwotnie budowla leżała wzdłuż rzeki Jamuny, która służyła za fosę. Dziś jej koryto znajduje się ok. 1 km od murów. Czerwony Fort jest również symbolem uzyskania niepodległości od Wielkiej Brytanii w 1947 r. Kompleks otacza park z licznymi fontannami i małymi pawilonami do wypoczynku. Każdego wieczoru odbywa się tu przedstawienie typu światło i dźwięk opowiadające o znaczących wydarzeniach z historii Indii.

               
Narodowe Terytorium Stołeczne Delhi, podobnie jak inne hinduskie metropolie, warto odwiedzić jeżeli nie dla architektury, to ze względu na smaczną indyjską kuchnię i niesamowitą atmosferę tego miasta zamieszkanego przez miliony ludzi z rozmaitych kast, warstw społecznych i wyznających różne religie. Piękne pałace i wille z ogrodami sąsiadują w nim z dzielnicami biedy. Najlepszy sposób na zwiedzanie stanowi w tym przypadku zagłębienie się w zatłoczone uliczki kipiące życiem przez cały dzień.

Pałac maharadży

Dźajpur (Jaipur), stolica Radżastanu, leży ok. 260 km na południowy zachód od Delhi. Z uwagi na kolor budynków bywa nazywany „Różowym Miastem”. Mieszka w nim niemal 4 mln ludzi. Na zainteresowanie zasługują tutaj przepiękne historyczne centrum, liczne kompleksy pałacowe, forty i bazar z wyrobami jubilerskimi.

               
Najważniejszym zabytkiem w Dźajpurze jest Pałac Wiatrów (Hawa Mahal) z 1799 r. Jego budowę zainicjował maharadża Sawai Pratap Singh (1764–1803). Rezydencja miała być podobno przeznaczona dla jego żon i umożliwić im obserwowanie z ukrycia codziennego życia mieszkańców, ponieważ zgodnie z obyczajem nie mogły pokazywać się one publicznie. Tuż obok wznosi się obserwatorium astronomiczne (Jantar Mantar) z I połowy XVIII w. W Dźajpurze warto oprócz tego zobaczyć Pałac Miejski, Fort Nahargarh, park połączony z zoo, Galerię Sztuki Juneja, Świątynię Garh Ganesh i Muzeum Indologii, w którym obejrzymy prywatną kolekcję przedmiotów ludowych i manuskryptów.

 

Artykuły wybrane losowo

Brazylia, czyli wszystko, czego szukasz

ANIA GRZEŚKOWIAK

 

<< Mało jest miejsc, które rozbudzają wyobraźnię, tak jak Brazylia. Dociera ona do człowieka za pomocą zmysłów chłonących uderzenia bębnów i gwar ulicy oraz wyczuwających gęstość brazylijskiego powietrza, przesiąkniętego słodkawym zapachem mango. Zgodnie z hasłem „Brasil, um país de todos” to kraj wszystkich i dla wszystkich. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że znajduje się tu wszystko, czego szukają podróżnicy. Najlepiej przekonać się o tym samemu. >>

 

Canoa Quebrada znana jest jako perła wschodniego wybrzeża stanu Ceará

©EMBRATUR IMAGE BANK

 

Brazylia to świat w zupełnie innej skali. Tutaj wszystko jest ogromne, od witryn sklepowych po billboardy, od ludzkiej serdeczności po kontrasty społeczne. Wyjątek stanowi jedynie brazylijskie bikini zwane figlarnie „nicią dentystyczną” (fio dental). Nikt również nie obejmuje i nie wita się z większym entuzjazmem niż Brazylijczycy. Poza tym ten kraj ma ponad 8,5 mln km2 powierzchni. To prawie dwukrotnie więcej niż łączne terytorium państw Unii Europejskiej. W samym stanie São Paulo (jednym z 27 brazylijskich jednostek administracyjnych) mieszka niemal tyle ludności (powyżej 45 mln), co w całej Hiszpanii.

Już w XIX w. Brazylia nie była typowym latynoskim państwem postkolonialnym. Stała się imperium gospodarczym i ośrodkiem kultury całej Ameryki Łacińskiej i w zasadzie jest nim i dziś. Nie dziwi więc liczba prowadzonych tu międzynarodowych inwestycji, w tym polskich. Na rynku brazylijskim działa z powodzeniem kilka dużych firm z Polski. To właśnie do jednej z nich należy projekt Eco Estrela. Na nadmorskim obszarze o powierzchni ponad 2,5 tys. ha, położonym na północnym wschodzie, na terenie gminy Baía Formosa (Piękna Zatoka) w stanie Rio Grande do Norte, w przyszłości (w 2021 r.) powstanie kompleks wypoczynkowy najwyższej jakości – z dwoma resortami, centrum spa i wellness oraz willami (pod marką luksusowej sieci Six Senses) – i centrum badań i ochrony tutejszych żółwi. Brazylia jest w ścisłej czołówce krajów o największej liczbie portów lotniczych, a wciąż buduje się w niej nowe lotniska. Duże nadzieje związane są z planami utworzenia węzła lotniczego, tzw. hubu, w Regionie Północno-Wschodnim (Região Nordeste do Brasil). Ma on być największym portem Ameryki Południowej.

 

MEKKA KITESURFERÓW

W związku ze znacznym wzrostem gospodarczym północno-wschodnie wybrzeże Brazylii przyciąga coraz więcej inwestorów, ale także amatorów plażowania i sportów wodnych. Ci, którzy chcą poszaleć na falach i poznać lokalną kulturę, powinni odwiedzić właśnie ten region. Ze względu na ponad 3,3 tys. km dziewiczego wybrzeża, turkusowe laguny ukryte pośród piaszczystych wydm, malownicze klify, dzikie plaże i krystalicznie czyste powietrze, a do tego utrzymujące się przez dziewięć miesięcy doskonałe warunki pogodowe i sprzyjający wiatr entuzjaści sportów wodnych przybywają tu ze wszystkich stron świata. W północno-wschodnim rejonie kraju, a zwłaszcza w stanach Rio Grande do Norte, Piauí, Ceará, Bahia i Pernambuco, znajduje się mnóstwo wspaniałych zakątków, o których na innych kontynentach można jedynie pomarzyć.

Stan Ceará jest centrum kitesurfingu w Brazylii. Wiatr wieje tu równomiernie, a temperatura wody i powietrza utrzymuje się na stałym poziomie ok. 26–30°C. W regionie znajdziemy zarówno tętniące życiem miejskie plaże w Fortalezie i położoną na północny zachód od nich modną Jericoacoarę, jak i małe wioski rybackie, których mieszkańcy wciąż pływają jangadami (drewnianymi łodziami rybackimi) i żyją w domach krytych strzechą. Europejczycy dobrze znają stolicę stanu. Fortaleza przyciąga ich nie bez powodu – w dzień można w niej skorzystać z mnóstwa sposobów spędzania wolnego czasu, a w nocy bawić się w barach i klubach nocnych z muzyką na żywo. Chociaż niemal w samym centrum miasta jest plaża na miarę słynnej Waikiki w Honolulu na Hawajach (Praia de Iracema), wiele osób wybiera się na odpoczynek poza nie. Praia do Futuro (o długości mniej więcej 8 km), położona we wschodniej części stolicy Ceary, należy do najczęściej odwiedzanych miejsc. W jej okolicy doskonale się surfuje, a w czwartkowe wieczory w lokalnych barach i restauracjach podaje się tutejszy specjał z krabów – caranguejadas.

Na północny zachód od Fortalezy (ok. 30 km) leży Cumbuco – jeden z najsłynniejszych ośrodków kitesurfingu w kraju. Swoją popularność zawdzięcza m.in. położeniu w bliskiej odległości od międzynarodowego lotniska w stolicy stanu Ceará. Po 40 min. od wyjścia z samolotu można już szaleć na falach w jednym z najwietrzniejszych rejonów na ziemi. Niewątpliwą zaletą Cumbuco jest także doskonała infrastruktura. Znajduje się tu mnóstwo sklepów wind- i kitesurfingowych, szkół oferujących kursy na wszystkich poziomach zaawansowania, jak również wiele miejsc noclegowych i barów z charakterystyczną południowoamerykańską atmosferą. Wszystko to sprawia, że w szczycie sezonu, czyli od czerwca do stycznia, ceny rosną i bywa trochę tłoczno. W pobliżu leżą jednak znacznie spokojniejsze miejsca idealne na aktywny wypoczynek. Jedno z nich stanowi Taíba, mała rybacka wioska w gminie São Gonçalo do Amarante, w pobliżu której fale osiągają ponad 2 m wysokości. Jest w niej dużo spokojniej i taniej niż w Cumbuco, wiatr wieje równie mocno, a widoki są jak z pocztówki.

Nieco dalej na północny zachód znajduje się Guajiru (w gminie Trairi), kolejna urokliwa osada rybacka z piękną laguną. Wyróżnia się ona bardzo przyjazną atmosferą zapewniającą poczucie komfortu i bezpieczeństwa. Tworzą ją mieszkańcy na co dzień zajmujący się głównie rybołówstwem. W miejscowości działa kilka małych hoteli i sklepików. Po okolicy porusza się tu głównie pojazdami typu buggy, wszędzie jest blisko, a kitesurfing można uprawiać właściwie wzdłuż całego wybrzeża (ok. 6-kilometrowego). Na oceanie panują (zależne od pływów) doskonałe warunki do surfowania.

Jeśli ruszymy dalej brzegiem Atlantyku, dotrzemy do kolejnego miejsca znanego miłośnikom sportów wodnych. Ilha do Guajirú w gminie Itarema słynie z ogromnej laguny zwanej Flatwatersea, która ma długość ponad 4 km i szerokość powyżej 400 m. Nad wielką, płaską taflą wody stale wieje tu wiatr. To prawdopodobnie jedyne takie miejsce na świecie! Trudno o lepsze i bezpieczniejsze warunki do nauki kitesurfingu lub szlifowania trików.

Blisko 300 km od Fortalezy leży kultowa Jericoacoara, przez miejscowych pieszczotliwe nazywana Jeri. Trafić do niej nie jest łatwo. Do miasteczka można dotrzeć jedynie łodzią, helikopterem lub samochodem terenowym z napędem na cztery koła. Niegdyś było ono senną wioską rybacką przyciągającą hippisów, marzycieli i zbłąkanych wędrowców, dziś uchodzi za atrakcję dla podróżników z całego świata i wielbicieli ujarzmiania fal. Ze względu na dość utrudniony dojazd Jeri nie opanowała jeszcze masowa turystyka, ale wizytę tutaj należy zaplanować z odpowiednim wyprzedzeniem, zwłaszcza w szczycie sezonu, czyli od sierpnia do stycznia. Trudno uwierzyć, że jeszcze mniej więcej 30 lat temu w miejscowości nie było elektryczności, telewizji ani telefonów. Jericoacoara od lat zachwyca jedną z najpiękniejszych plaż świata. Dziś Jeri wypełniają przede wszystkim tętniące życiem małe bary, kolorowe restauracje, sklepy dla wind- i kitesurferów, butiki oraz budki serwujące açaí na tigela (w dosłownym tłumaczeniu „açaí w misce”) i to one tworzą tutejszy pejzaż. Co wieczór z wydmy Pôr do Sol (Zachód Słońca) można podziwiać niezwykły spektakl, tzw. szmaragdowy zachód słońca – trwający ułamek sekundy błysk zielonego światła pojawia się zanim żółta kula ostatecznie zniknie za horyzontem.

Mniej więcej 20 min. (ok. 12 km) jazdy po plaży dzieli słynną Jericoacoarę od nieco spokojniejszej miejscowości Preá. Warto o niej wspomnieć, gdyż ponoć to właśnie tutaj znajduje się jedna z największych szkół kitesurfingu na świecie. Na południowy wschód od Fortalezy ciągną się bez końca plaże usiane małymi wioskami rybackimi i w tym rejonie także usytuowanych jest kilka dobrych ośrodków dla kite- i windsurferów. Należy do nich m.in. Barra Nova (w gminie Cascavel) – stosunkowe nowe miejsce na surferskiej mapie Brazylii, co stanowi jego największy atut. Ceny zakwaterowania są tu znacznie niższe niż w innych, bardziej znanych miejscowościach, a warunki do pływania – tak samo dobre.

Jeżeli ktoś szuka zakątków nie mających jeszcze typowo turystycznego charakteru, to idylliczne Parajuru będzie dla niego strzałem w dziesiątkę. W tym rejonie znajduje się ogromna laguna u ujścia rzeki Pirangi (Piranji), a stały wiatr wieje od lipca do stycznia, najsilniej po południu, więc poranki to idealna pora dla początkujących. Życie toczy się tu leniwie, dzięki czemu można poznać spokojniejsze oblicze Brazylii. Parajuru znalazło się zresztą na liście najlepszych dziewiczych miejsc dla kitesurferów w całej Ameryce Łacińskiej.

Na koniec została nam Canoa Quebrada (w gminie Aracati) – gigantyczne różowe wydmy i klify i nieco hippisowska atmosfera to wizytówka tej nadmorskiej miejscowości. Położona w małej zatoczce pośród kopernicji i palm kokosowych, mimo dość licznego napływu turystów zachowała swój dawny urok. Jej głównymi atrakcjami są białe plaże, piękne zachody słońca i zabawa na głównym deptaku zwanym Broadwayem. Canoa Quebrada słynie również ze wspaniałych warunków do uprawiania wind- i kitesurfingu. Można tu też pojeździć buggy lub spróbować swoich sił w sandboardingu, czyli zjeździe na desce z okolicznych wydm. Według miejscowej legendy pary, które oglądają zachód słońca z tutejszej wydmy, będą cieszyć się wiecznym szczęściem.

Nie tylko stan Ceará kitesurfingiem stoi. W sąsiednim Piauí pojawił się nowy ośrodek coraz bardziej zyskujący na znaczeniu – Barra Grande. Leży 100 km na zachód od słynnej Jericoacoary i stanowi modny punkt dla kitesurferów już nie tylko z Brazylii, ale i z całego świata. Największym wyzwaniem jest samo dotarcie do tej miejscowości położonej poza turystycznym szlakiem. Jednak panujące tu doskonałe warunki sprawiają, że naprawdę warto podjąć ten wysiłek. W 900-tysięcznym mieście Natal, stolicy stanu Rio Grande do Norte, słońce świeci przez 300 dni w roku. Kitesurferzy ściągają w tym regionie do takich miejsc jak Baía Formosa, Barra de Cunhaú i São Miguel do Gostoso. Ze względu na stałe podmuchy wiatru temperatura powietrza nad oceanem utrzymuje się na poziomie 28–34°C, dzięki czemu jest tu przyjemniej niż w stanach Pernambuco, Ceará czy Rio de Janeiro, gdzie latem termometry pokazują nierzadko nawet 40°C.

 

 Krzyż na placu Anchiety przed Kościołem św. Franciszka w Pelourinho (Salvador)

©EMBRATUR IMAGE BANK

 

AFROBRAZYLIJSKI SEN

Północno-wschodnie wybrzeże charakteryzuje się także bogatymi tradycjami. Pełno w tym regionie barokowych kościołów i kolonialnych budynków. To tutaj bije afrobrazylijskie serce kraju – ludzie uprawiają capoeirę i praktykują candomblé, a życie toczy się w rytmie wygrywanym na pandeiro (przypominającym tamburyn) i bębnach (atabaque). Taki właśnie jest stan Bahia i jego stolica Salvador. To miasto oszałamiającej architektury i pięknych brukowanych uliczek. Najlepiej zwiedzać je po prostu na piechotę. Salvador został odrestaurowany przed Mistrzostwami Świata w Piłce Nożnej w 2014 r. i miejscami wydaje się nie do poznania. Oczywiście, największe wrażenie robią kolonialne dzielnice Pelô, czyli słynne Pelourinho, i Santo Antônio. Jednak już po drodze z lotniska widać, że dzisiejsza stolica stanu to ośrodek nowoczesny, z szerokimi alejami, eleganckimi wieżowcami i modnymi centrami handlowymi. Warto również przejechać się jedną z najbardziej znanych wind na świecie – Lacerdą, usytuowaną w historycznym centrum Salvadoru i łączącą tzw. Górne i Dolne Miasto (Cidade Alta i Cidade Baixa). Mieszkańcom służy ona po prostu za środek transportu, którym często najszybciej docierają do pracy. Za to turyści zza jej wielkich, szklanych okien podziwiają okolicę w całej okazałości. Przejażdżka jest warta każdego z 25 centavos, które trzeba zapłacić za bilet. Mimo niewątpliwej urody Salvadoru jego mieszkańcy, gdy tylko nadarza się okazja, uciekają z niego na wybrzeże, a mają w czym wybierać. W stanie Bahia znajdują się jedne z najpiękniejszych plaż na świecie (o łącznej długości aż 932 km)!

Brazylijczycy uwielbiają Morro de São Paulo na wyspie Tinharé. Od Salvadoru dzielą ją 2 godz. rejsu katamaranem. Ilha de Tinharé jest częścią archipelagu Cairu złożonego z 26 wysp, z których tylko 3 są zamieszkałe. Plaże Morro de São Paulo nazwane zostały numerycznie: Primeira Praia (Pierwsza Plaża), Segunda Praia (Druga Plaża) i tak aż do Piątej (Quinta), zwanej też Praia do Encanto. Wraz z numerem wydaje się rosnąć atrakcyjność plaż. Na każdej kolejnej znajduje się coraz więcej białego piasku i palm kokosowych, ale mniej turystów. Nie ma tu samochodów, za to działa sporo barów i kolorowych straganów oferujących doskonałe tropikalne koktajle z dodatkiem rumu lub cachaçy (alkoholu z fermentowanego soku z trzciny cukrowej). Nie tak znana, lecz równie ciekawa jest plaża Arembepe (w gminie Camaçari), położona ok. 40 km na północny wschód od Salvadoru. Główną atrakcję w okolicy stanowi mała hipisowska wioska, w której do dziś wyznawcy filozofii pokoju i miłości żyją w zgodzie z naturą w domach z gliny i słomy, nie podłączonych do prądu. Zajmują się głównie szeroko rozumianym rękodziełem, z którego sprzedaży się utrzymują. Ciekawostką jest fakt, że w latach 60. XX w. pomieszkiwali tu Mick Jagger i Keith Richards, a Janis Joplin bywała w Arembepe częstym gościem. Miłośników przyrody ucieszy, iż tutejsze plaże objęte są projektem ochrony żółwi morskich (tzw. Projeto TAMAR) i od grudnia do lutego można obserwować wypuszczanie ich do oceanu. To bez wątpienia wielka atrakcja turystyczna, która pełni też funkcję edukacyjną.

Na południe od Salvadoru, na Wybrzeżu Kakao (Costa do Cacau), znajduje się najlepiej strzeżony sekret stanu Bahia – 30-tysięczne miasto Itacaré. Niegdyś słynące z licznych plantacji kakaowca, a od lat 80. uchodzi za mekkę brazylijskich (i nie tylko!) surferów. Mówi się, że gdyby Itacaré było piosenką, to linia basowa pochodziłaby z energetycznego numeru funkowego, melodia – z pięknej ballady miłosnej, a tekst – z utworu Boba Marleya. Coś w tym jest. W tej miejscowości pachnącej kakao upływ czasu nie ma znaczenia, a jedyne co się przydaje, to deska surfingowa. Rzeczywiście, warunki do surfingu i aktywnego wypoczynku są tutaj znakomite.

Miłośnicy wypraw pieszych powinni udać się nieco na zachód od Salvadoru, do Parku Narodowego Chapada Diamantina. Kiedyś wydobywano na tym obszarze diamenty, dziś przyciągają do niego liczne trasy trekkingowe, tajemnicze jaskinie, szumiące wodospady, malownicze formacje skalne i przepiękne krajobrazy. Na terenie parku znajduje się drugi najwyższy brazylijski wodospad (Cachoeira da Fumaça – 340 m), słynne płaskie wzgórze (Morro do Pai Inácio) i przypominająca meksykańskie cenoty jaskinia z wodą w kolorze czystego błękitu (Poço Azul). Piesze wędrówki, wspinaczka i kąpiele w naturalnych źródłach to tylko niektóre atrakcje, jakie czekają na odwiedzających. Podczas wizyty w Salvadorze warto nieco zboczyć z trasy i spędzić tu trochę czasu.

 

ROZTAŃCZONE MIASTO

Rio de Janeiro nie jest największym ani najważniejszym miastem Brazylii. Tytuł największej metropolii przypada São Paulo – w całej aglomeracji mieszka ponad 21 mln osób. Rio de Janeiro ze swoimi 12 mln mieszkańców plasuje się na drugim miejscu. Miasto bardzo zmieniło się od czasu powstania bossa novy, czyli lat 50. i 60. XX w., prawdziwej złotej ery, do której prawdopodobnie nigdy już nie powróci. Ale pomimo problemów, z jakimi zmaga się od lat, wciąż wyczuwa się w nim tę trudną do uchwycenia magię. To stąd pochodzi samba i Dziewczyna z Ipanemy (Garota de Ipanema), tutaj odbywa się najsłynniejszy karnawał na świecie oraz znajduje się figura Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor) i Stadion Maracanã. Brazylijska plaża kojarzy się z legendarną Copacabaną. Sąsiednia Ipanema nie przypomina żadnej innej plaży na ziemi. Leży u stóp pokrytego tropikalnym lasem wzgórza – Morro Dois Irmãos (533 m n.p.m.), na którego szczycie człowiekowi wydaje się, jakby mógł dotknąć słońca, gdy jednocześnie spogląda w dół na miasto niczym ptak. Rio de Janeiro to również feijoada (gulasz z czarnej fasoli) i duma Brazylii – açaí na tigela (potrawa z mrożonego musu z owoców euterpy warzywnej, czyli açai) – śniadanie surferów. To najlepsze podaje się w barze „Amazônia Soul” w Ipanemie. Surferów przyciąga Barra da Tijuca z 18-kilometrową plażą. Właśnie na niej odbywa się wiele krajowych mistrzostw w surfingu oraz wind- i kitesurfingu. W gorące letnie weekendy bywa tu tłoczno, gdyż obecnie to bardzo modne miejsce.

Cudowne Rio de Janeiro kojarzy się nie tylko z plażami i sambą, lecz także ze sztuką uliczną. Podczas spaceru wzdłuż nabrzeża można podziwiać największe graffiti ścienne na świecie, mające powierzchnię 3 tys. m2, wpisane do Księgi rekordów Guinnessa. Autorem muralu Etnias jest Eduardo Kobra, światowej sławy brazylijski artysta, który w ten sposób postanowił upamiętnić XXXI Letnie Igrzyska Olimpijskie z 2016 r. To prawdziwa wizualna uczta dla miłośników street artu. Jeśli o Nowym Jorku mówi się, że nigdy nie śpi, Rio de Janeiro powinno nazywać się miastem, które nigdy nie przestaje tańczyć. Jednak liczba turystów przybywających do Cidade Maravilhosa (Cudownego Miasta) z roku na rok maleje i aby temu przeciwdziałać, brazylijski rząd ogłosił nowy program pod hasłem Rio de Janeiro a Janeiro (Rio od stycznia do stycznia). W jego ramach w ciągu roku odbywają się liczne wydarzenia z dziedziny kultury, sportu, turystyki i biznesu.

Za to na tropikalnych wyspach położonych nieopodal miasta turystów nie brakuje. Najsłynniejszą i zarazem najpiękniejszą z nich jest niewątpliwie Ilha Grande. Do 1994 r. mieściło się na niej więzienie (Instituto Penal Cândido Mendes), odpowiednik amerykańskiego Alcatraz, ale dzięki temu wciąż w dużej mierze pozostaje niezagospodarowana i dziewicza. Porastający ją atlantycki las deszczowy cechuje niezwykłe bogactwo fauny i flory. Na wyspie znajdują się również liczne wodospady i dzikie plaże, w tym najpiękniejsza z nich – Lopes Mendes (blisko 3-kilometrowa). Nie ma przy niej restauracji, barów czy hoteli, nie można się na nią także dostać łodzią. Jedynym sposobem dotarcia na Lopes Mendes jest dość wymagająca wędrówka przez gęsty tropikalny las. Rozpościerające się z niej widoki rekompensują jednak wszystkie trudy.

Zaledwie ponad 2 godz. jazdy samochodem na wschód od Rio de Janeiro leży jeden z najbardziej znanych kurortów nadmorskich w Brazylii – Búzios. Dni upływają w nim beztrosko na plażach i deptakach. Malownicze nabrzeże pełne jest butików, eleganckich restauracji i gwarnych barów, dlatego kurort nazywa się brazylijskim Saint-Tropez. Nieco większa odległość (4 godz. drogi) dzieli Rio de Janeiro od kolonialnej perełki. Paraty to doskonale zachowane, urokliwe miasteczko znajdujące się na Zielonym Wybrzeżu (Costa Verde). Można się w nim poczuć, jakby prosto z tropików przeniosło się do Europy Zachodniej. Z jednej strony widać góry porośnięte tropikalnym lasem, z drugiej – zatokę z dziesiątkami małych wysepek i kolorowych łodzi oraz domy milionerów i lokalnych rybaków. Do tego panuje tu kosmopolityczna i nieco artystyczna atmosfera. Wszystko to daje mieszankę doskonałą.

 

 Statua Chrystusa Zbawiciela na Corcovado

©ALEXANDRE MACIEIRA/RIOTUR

 

POŁUDNIOWOAMERYKAŃSKI NOWY JORK

Gdy burmistrz São Paulo witał delegację Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej (FIFA), powiedział: To kosmopolityczna metropolia. Czy jest jakiekolwiek inne miejsce w świecie, gdzie spotkacie Japończyków mówiących po portugalsku z włoskim akcentem?. To ogromne miasto, trudne do ogarnięcia i na pierwszy rzut oka dość odstraszające. Paulistanos, mieszkańcy São Paulo, mają wielkie ambicje i widać to na każdym kroku. Metropolię pokrywa niekończący się las budynków, starych i zaniedbanych, ale i tych supernowoczesnych. Tę miejską dżunglę przecina niemal 3-kilometrowa Avenida Paulista – lokalny odpowiednik Pól Elizejskich.

Budynki z betonu sąsiadują tu z zielonymi oazami takimi jak parki Ibirapuera czy Trianon. Ten południowoamerykański Nowy Jork jest najbardziej kosmopolitycznym i nowoczesnym miastem na kontynencie, zamieszkałym przez zamożną i najlepiej wykształconą część brazylijskiego społeczeństwa. Sampa, bo tak mówią o metropolii jej mieszkańcy, to przemysłowa, finansowa, kulturalna i gastronomiczna stolica kraju. Znajduje się w niej ponad 12 tys. restauracji, 110 światowej klasy muzeów, 90 centrów kultury, 280 sal kinowych i 180 teatrów. W São Paulo wystawia się więcej sztuk niż w Nowym Jorku i jest w nim trzy razy więcej księgarń. Tutejsze kluby nocne i bary są jednymi z najlepszych na kontynencie, a miasto nie zwalnia przez całą dobę. Paulistanos kochają pizzę i pingado (kawę z odrobiną mleka) i raczą się nimi o każdej porze dnia i nocy. Międzynarodowy tydzień mody odbywający się w São Paulo (São Paulo Fashion Week – SPFW) uchodzi za jeden z najważniejszych na świecie. Poza tym organizuje się tu największy festiwal designu w całej Ameryce Południowej – Bienal de São Paulo jest drugim najstarszym tego typu wydarzeniem na naszym globie (istnieje od 1951 r.), zaraz po Biennale w Wenecji, i należy do najważniejszych wystaw artystycznych w kraju.

Jeżeli ktoś zechce uciec od zgiełku metropolii, może udać się na Piękną Wyspę (Ilhabela), która w pełni zasługuje na swoją nazwę. Stanowi ona miejsce wypoczynku zamożnych mieszkańców São Paulo. Ze względu na wspaniałą przyrodę stworzono na niej w 1977 r. park stanowy (Parque Estadual de Ilhabela). Na wyspie warto przedrzeć się przez tropikalny las deszczowy na plażę Castelhanos lub zażyć orzeźwiającej kąpieli w wodospadzie Gato (Cachoeira do Gato). Zupełnie odmienny charakter ma leżący ok. 170 km od São Paulo 50-tysięczny kurort Campos do Jordão. To najwyżej położone (1628 m n.p.m.) i najzimniejsze miasto Brazylii. Jego architektura nawiązuje do zabudowy europejskich miejscowości wypoczynkowych. Nazywane brazylijską Szwajcarią, porównywane do Davos i francuskiego Chamonix-Mont-Blanc, zaczyna tętnić życiem, gdy tylko zima dociera na półkulę południową. Wtedy to Campos do Jordão zamienia się w ośrodek narciarski pokryty sztucznym śniegiem, a wielkie centra handlowe otwierają swoje drzwi. Życie kurortu koncentruje się w eleganckiej dzielnicy Vila Capivari, w której znajduje się większość hoteli, restauracji, kafejek, butików i barów serwujących gorącą czekoladę. Zimą odbywa się tu również festiwal muzyki klasycznej, jeden z najważniejszych nie tylko w Brazylii, ale i w całej Ameryce Łacińskiej.

 

 Cascata do Caracol – malowniczy, 131-metrowy wodospad obok kurortu Canela

©EMBRATUR IMAGE B

 

BRAZYLIJSKA MAŁA POLSKA

Jeszcze bardziej europejsko jest na południe od stanu São Paulo. Ta część kraju nadal przyciąga znacznie mniej turystów niż rejony północne, a ma wiele do zaoferowania. Stany Paraná, Santa Catarina i Rio Grande do Sul leżą w regionie subtropikalnym (podzwrotnikowym), gdzie śnieg niekiedy pokrywa wyższe wzniesienia. Europejczycy z Polski, Włoch i Niemiec uznali ten klimat za przyjazny i ponad 100 lat temu wyemigrowali do Ameryki Południowej w poszukiwaniu lepszego życia. Przywieźli ze sobą odmienne obyczaje, tradycje kulinarne, języki i siłą rzeczy inne geny. Dlatego nie dziwi fakt, że południowe stany Brazylii są niebieskookie i jasnowłose. Szacuje się, że co dziesiąty mieszkaniec Parany ma polskie korzenie – to taka mała Polska za oceanem. Najwięcej potomków Polaków, bo nawet ok. 400 tys., mieszka w niemal 2-milionowej Kurytybie. Jest to grupa wyjątkowa, gdyż jej przedstawiciele jako jedyni ze światowych Polonii praktycznie nie mówią już po polsku. Wpływy znad Wisły widoczne są tutaj na każdym kroku, a składają się na nie tradycyjna architektura, przedstawienia teatralne, polskie msze w kościołach czy w końcu pierogi i żurek jak u babci. Kurytyba należy do najbogatszych i najbardziej rozwiniętych miast Brazylii, a potomkowie Polaków od wielu lat przyczyniają się do rozwoju brazylijskiej gospodarki. Miasto słynie z wysokiej jakości życia, nowoczesnego systemu komunikacji miejskiej i międzynarodowej atmosfery. Znajduje się w nim mnóstwo parków i terenów zielonych. Tutejszy Ogród Botaniczny (Jardim Botânico de Curitiba) przypomina najlepsze francuskie ogrody królewskie. Jego główną atrakcją jest imponujących rozmiarów szklarnia, wyróżniająca się na tle panoramy Kurytyby.

 

KOWBOJE I GÓRSKIE KURORTY

Najdalej na południe rozciąga się stan Rio Grande do Sul, gdzie biali hodowcy bydła pielęgnują tradycje gauchów (gaúchos). Brazylijscy kowboje to także potomkowie europejskich emigrantów, którzy skolonizowali te tereny wiele lat temu. Region ten kojarzy się z ranczami, churrasco (brazylijskim grillem) i chimarrão (lub mate), sączonym przez gaúchos napojem z ostrokrzewu paragwajskiego. Stolicą stanu Rio Grande do Sul jest wielokulturowa metropolia Porto Alegre. To jedno z tych miast, w których Brazylia zaskakuje. Należy do najlepiej prosperujących i najbogatszych kulturowo ośrodków miejskich w kraju. Znajdują się tu liczne muzea, centra kulturalne i sceny teatralne. Większość atrakcji turystycznych usytuowanych jest w centrum, m.in. inspirowana architekturą włoskiego renesansu Katedra Metropolitalna czy dawna elektrownia Gasômetro, a obecnie ośrodek kultury. Na zakupy zaprasza Rua da Praia, na spacer warto udać się wzdłuż malowniczego jeziora Guaíba, a drinka wypić w barze w eleganckiej dzielnicy Cidade Baixa. Jednak wiele osób położone zaledwie 120 km od łańcucha górskiego Serra Gaúcha Porto Alegre traktuje jedynie jako bazę wypadową do najmodniejszych miejsc na południu kraju takich jak Gramado, Canela czy Bento Gonçalves.

          Jeśli ktoś chciałby poczuć się jak w Europie bez opuszczania Brazylii, to bliźniacze górskie kurorty Gramado i Canela są właśnie tym, czego szuka. W powietrzu unosi się w nich zapach gorącej czekolady i fondue, zachęcający do ogrzania się w lokalnych kawiarniach i restauracjach, szczególnie zimą (od czerwca do września), kiedy temperatura spada do 0°C. Romantyczne hotele w stylu alpejskim, tak różne od tych, które stoją przy Copacabanie czy Ipanemie, wtapiają się w krajobraz gór. W Gramado znajduje się muzeum czekolady (Mundo de Chocolate), park miniatur Mini Mundo z makietami różnych obiektów ze świata i Snowland, pierwszy kryty park śnieżny w Ameryce Południowej. W tym malowniczym 35-tysięcznym mieście odbywa się również wiele ważnych wydarzeń kulturalnych, takich jak sierpniowy festiwal filmowy (Festival de Cinema de Gramado), na który ściągają rzesze kinomanów i gwiazd kina brazylijskiego. Bliźniacza Canela kojarzy się przede wszystkim z ekoturystyką, pięknym wodospadem Caracol (Cascata do Caracol – 131 m), parkiem tematycznym Mundo a Vapor i wyciągiem krzesełkowym. Jest także doskonałym miejscem do uprawiania turystyki aktywnej (np. trekkingu, kolarstwa górskiego, canyoningu lub raftingu). Niezależnie od tego, czy od lat marzyliśmy o barwnej paradzie karnawałowej w Rio de Janeiro, czy raczej o wyprawie do dziewiczych amazońskich lasów, Brazylia koniecznie powinna się znaleźć na liście naszych podróży.

 

Wydanie Lato 2018

Turystyka aktywna na Wyspach Kanaryjskich

JOANNA CYBULSKA-MIKA
www.wyspy-szczesliwe.pl

<< Wyspy Kanaryjskie najczęściej kojarzą się z błogim wylegiwaniem się pod palmą na wspaniałej, przez cały rok skąpanej w słońcu plaży czy z drinkiem w ręku przy basenie eleganckiego hotelu. Jednak region ten oferuje także niezliczone możliwości dla osób pragnących podczas urlopu zażywać więcej ruchu i poszukiwać nowych wrażeń. Wycieczka statkiem na spotkanie z delfinami, zdobywanie wulkanów pieszo czy na rowerze, ujarzmianie oceanu i wiatru, eksploracja wąwozów i wawrzynowych lasów to tylko kilka z wybranych tutejszych atrakcji dla miłośników turystyki kwalifikowanej. >>

Osoba lubiąca aktywny wypoczynek poczuje się na tym hiszpańskim archipelagu jak ryba w wodzie. Na wybrzeżu zimą temperatury w ciągu dnia rzadko spadają poniżej 20°C, a w lecie nieczęsto przekraczają 29°C, więc na wyspach swój ulubiony sport można uprawiać na świeżym powietrzu o każdej porze roku. Sami Kanaryjczycy wysoko cenią kulturę fizyczną i posiadają doskonałą infrastrukturę do dbania o swoją kondycję. Centra sportowo-rekreacyjne znajdziemy nawet w niewielkich miastach, powszechnie dostępne są sprzęty do ćwiczeń i boiska do gry w piłkę nożną czy siatkówkę, wytyczono również liczne oznakowane szlaki piesze i dla rowerów górskich, a kluby turystyki organizują trekkingi z wykwalifikowanymi przewodnikami. Bardzo dużą popularnością cieszy się tutaj lucha canaria (zapasy kanaryjskie), nadal naucza się też wymagającego dużej sprawności skoku pasterza – salto de pastor – z użyciem długiego kija. Dawniej stanowił on sposób na przekraczanie wąwozów.

Więcej…

Prowansja – śródziemnomorski skarb

ALEKSANDRA SOROCZYŃSKA

 

                                                                                                              FOT. ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

<< Jeszcze nie tak dawno Prowansja była uznawana przez Francuzów za ojczyznę prowincjuszy. Z kolei obcokrajowcy postrzegali ten region jako istny raj, ale tylko dla bogaczy. Dziś turystów wciąż przybywa, a i sami mieszkańcy Francji uznali, że jest to miejsce godne uwagi i chętnie się tu osiedlają. >>

Ta historyczna kraina rozciąga się nad Morzem Śródziemnym, przy południowo-wschodniej granicy Republiki Francuskiej. Jej krajobraz kształtują z jednej strony Alpy, a z drugiej słoneczne Lazurowe Wybrzeże. Do najbardziej znanych miast na tym terenie zalicza się Niceę, Cannes, Tulon, Aix-en-Provence, Antibes, Saint-Tropez czy Marsylię. Ta ostatnia do końca 2013 r. będzie nosić zaszczytny tytuł Europejskiej Stolicy Kultury (razem ze słowackimi Koszycami).

Więcej…