HQ_Sandals_Montego_Bay_Pool_Bar_Aerial.jpg

Strefa z basenami w resorcie Sandals Royal Caribbean w Montego Bay

©UNIQUE VACATIONS (UK) LTD. IMAGE BANK

 

Jerzy Pawleta


Gdy zamkniemy oczy i wyobrazimy sobie Jamajkę, zobaczymy słońce, białe plaże, krystalicznie czystą błękitną wodę Morza Karaibskiego, palmy i rozbawionych ludzi. Oprócz tego przyjdą nam na myśl muzyka reggae, Bob Marley, rum i egzotyczne drinki. Niektórzy z nas na pewno też przypomną sobie historię jamajskich bobsleistów startujących na XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Calgary w 1988 r. czy sześciokrotnego mistrza olimpijskiego Usaina Bolta. To jednak nie wszystko, z czego słynie ta piękna wyspa.

 

Sam miałem niezwykłą przyjemność skonfrontować swoje wyobrażenia z rzeczywistością. Jamajka nie zaskoczyła mnie temperaturą, gdyż ta cały rok utrzymuje się w tych stronach na podobnym poziomie, oscyluje w granicach 25–30°C. Zdziwił mnie natomiast fakt, że mimo tego występują tu sezony turystyczne. Pora deszczowa (od maja do października), objawiająca się zazwyczaj krótką ulewą w godzinach wieczornych, na tyle zniechęca zagranicznych gości, iż we wrześniu bez problemu znajdziemy nocleg w hotelu i stolik w restauracji czy pod plażowym parasolem, choć przecież nie pada codziennie, a chmury, które nagle pojawiają się na horyzoncie, wyglądają fantastycznie. Chyba największą niespodzianką była dla mnie miejscowa infrastruktura przeznaczona dla turystów. Ogromna liczba i różnorodność hoteli i pensjonatów oraz wysoka jakość ich usług naprawdę zdumiewają.

Ostatnie dni na wyspie spędziłem w Sandals Royal Caribbean w Montego Bay. Klasa obiektu, należącego do sieci luksusowych resortów Sandals działającej niemal w całym regionie Morza Karaibskiego, przeszła moje wszelkie oczekiwania. Oprócz malowniczego położenia nad wspaniałymi plażami i spokojnymi turkusowymi wodami, ten rozległy ośrodek wypoczynkowy szczyci się niezmiernie szeroką ofertą rozmaitych form spędzania wolnego czasu i usług w wersji all inclusive. Popływamy tutaj w błękitnych lagunach lub kilku basenach, ponurkujemy wśród raf koralowych, także z maską i rurką, wybierzemy się w rejs jachtem albo na wycieczkę kajakiem bądź po prostu wypoczniemy na łożach z baldachimem stojących tuż nad samym brzegiem. Na lądzie, na białym piasku wybrzeża i w hotelowych ogrodach, czeka na nas wiele propozycji bardziej towarzyskich rozrywek: od siatkówki plażowej czy egzotycznego dla nas krykieta przez zupełnie nieznane mi gry plenerowe po klasyczny bilard. Korzystać możemy ze spa, wielu stanowisk do masażu lub relaksu. W pięciu barach spróbujemy egzotycznych drinków, a na tarasie przy plaży zjemy potrawy regionalne i dania kuchni świata. Największą popularnością cieszy się restauracja tajska Royal Thai, usytuowana na małej wysepce z basenem, nad którym odbywają się imprezy. Dodam jeszcze, że mój pokój wyposażono w dwie wanny, a z jednej z nich, ustawionej niemal na trawniku, rozpościerał się cudowny widok na morze.

Poranek w raju

 

IMG_4825.jpg

 

Położone na wybrzeżu knajpki zapraszają na świeże i smaczne potrawy

©JERZY PAWLETA



Mimo wszelkich udogodnień warto opuścić teren hotelowego kompleksu i poznać bliżej wyspę. Niewielka Jamajka (10 991 km²) ma niezmiernie dużo do zaoferowania. Szczególnie urzekające jest jej piękne wybrzeże. Ja zacząłem zwiedzanie od 11-kilometrowej Siedmiomilowej Plaży w Negril. Do postkolonialnego resortu Rondel Village, na który składa się kilka komfortowych wolno stojących białych pawilonów z drewna, dotarliśmy po zmroku. W strefie podrównikowej dzień trwa zawsze od godziny 6.00 do 18.00. Na granicy morskiego brzegu i hotelu, pośród bujnej zieleni, znajduje się niepozorny okrągły bar. Nielicznym gościom ciemnoskóry barman serwuje tropikalne drinki. Dajemy namówić się na marleya. Napój ma trzy warstwy w kolorach rastafarian: zielonym, żółtym i czerwonym. Barman zapala drink od góry i przez słomkę opróżniamy cały kieliszek naraz. Witaj Jamajko!

Poranek przynosi wspaniałą pogodę. Dzień rozpoczynam od długiej kąpieli. Woda jest spokojna, pływa się świetnie. Z morza podziwiam łodzie rybackie i turystyczne (z przezroczystym dnem umożliwiającym obserwowanie stworzeń morskich i rafy koralowej) oraz niską zabudowę resortów usytuowanych pośród bujnej zieleni. Podglądam krągłe czarnoskóre kobiety rozstawiające pod palmami swoje stoły do masażu, muskularnych młodzieńców świadczących usługi dla turystów i pojawiających się pierwszych sprzedawców pamiątek. Gdy wychodzę na brzeg, zostaję zagadnięty przez jednego z nich. Oferuje swoją muzykę reggae na płycie CD. Żeby namówić mnie do zakupu, zaczyna śpiewać chrapliwym głosem którąś z piosenek. Na szczęście, mam ze sobą kamerę. Płytę – oczywiście – muszę kupić. Po krótkim targowaniu się schodzimy ostatecznie do 5 dolarów amerykańskich, które są tu równoprawną walutą z dolarami jamajskimi.

Śniadanie serwowane w postkolonialnej restauracji z widokiem na morze smakuje wyśmienicie. Zamawiam tutejszy przysmak, czyli ackee and saltfish. Pod tą nazwą kryje się smażony solony dorsz (wcześniej moczy się go przez całą noc) z dodatkami. Najważniejszym jest – oczywiście – sprowadzony na Karaiby przed trzema wiekami z Afryki Zachodniej owoc ackee (bligia pospolita, Blighia sapida), zupełnie nieznany w Europie. Oprócz niego używa się cebuli, papryki, pomidorów i przypraw, a także boczku. Nie wszystkim turystom ta klasyczna jamajska potrawa smakuje. Ja jednak po tym, jak spróbowałem jej po raz pierwszy, zawsze starałem się jadać ją na śniadanie. Warto dodać, że niewłaściwie przyrządzony owoc ackee może być trujący.

Skok na miarę mistrza

Wyruszamy w drogę. Mijamy codzienny targ w Negril, łodzie rybackie zacumowane przy brzegach rzeki wpadającej do morza, senne miasteczko o trochę chaotycznej zabudowie. Poza jego centrum znajdują się liczne resorty, knajpki i kluby. Odwiedzamy madame Jackie Lewis, właścicielkę dosyć niezwykłego pensjonatu Jackie’s on the Reef, usytuowanego na twardym jak skała koralowym nabrzeżu. Okazały kamienny dom mieści kilka obszernych pokoi, z których jeden wyróżnia się niewiarygodnych wręcz rozmiarów baldachimem. Gospodyni oferuje orientalne zabiegi lecznicze i kosmetyczne (co ciekawe, wyłącznie singlom), w związku z czym pomieszczenia pełne są osobliwych rekwizytów. W wolno stojących pawilonach, wokół których krzątają się pracownicy tego kompleksu, goście korzystają z masaży lub po prostu się relaksują. Niektóre z nich to jednopokojowe bungalowy z łazienką pod gołym niebem.

Jedziemy dalej krętymi drogami wnętrza lądu. Zapuszczamy się w głąb wyspy, między okoliczne wzgórza. Mijamy wspaniałe prywatne posiadłości i raczej ubogie wioski. Otaczająca nas przyroda jest niesamowicie bujna. Nasz cel stanowi Blue Hole Mineral Spring koło Negril – naturalna studnia o średnicy kilku metrów wydrążona w poszarpanej skale, na dnie której tryska źródło krystalicznie czystej wody o właściwościach leczniczych. Za największą atrakcję tego miejsca, oprócz kąpieli i zdrowotnych okładów z błota, uchodzą skoki z krawędzi do otworu o ok. 10-metrowej głębokości. Co odważniejsi wspinają się na wysokie drzewo rosnące w pobliżu i spadając, wykonują przeróżne ewolucje. To rozrywka tylko dla największych śmiałków. Mniej skłonne do ryzyka osoby mogą zrelaksować się w położonym niedaleko basenie lub podczas gry w domino z niezmiernie sympatycznymi Jamajczykami w lokalnym barze.

Jak się okazało, skoki do wody były tematem przewodnim tego dnia pobytu na Jamajce. Wyprawę zakończyliśmy w Rick’s Café w Negril. Podczas spaceru po plaży czy samym miasteczku odnosi się wrażenie, że nie ma tutaj zbyt wielu turystów, dopiero w okolicy słynnego lokalu przekonujemy się, że to nieprawda. Takich tłumów dawno nie widziałem. Dlaczego wszyscy ściągają wieczorem do Rick’s Café? Wymienić można kilka powodów, m.in. oglądanie malowniczego zachodu słońca czy popisów amatorów mocnych wrażeń, którzy skaczą z przybrzeżnych klifów West End, z wysokości kilku lub kilkunastu metrów, do wzburzonego morza pomiędzy skałami. Odważnych nie brakuje. Na dole asekuruje ich łódź ratunkowa. Pozostali świetnie bawią się na górze. W towarzystwie brylują amerykańskie dziewczyny w skąpych strojach kąpielowych i atrakcyjnie umięśnieni czarnoskórzy Jamajczycy. Zespół reggae gra też swoje piosenki, ale głównie prezentuje utwory Boba Marleya (1945–1981), które zebrani odśpiewują wspólnie. Gdy słońce chowa się za horyzontem, rozlega się głośny okrzyk i niemal wszyscy, włącznie z nami, opuszczają kafejkę. Kolację jemy w równie gwarnej sąsiedniej restauracji usytuowanej nad samym klifem. Czeka w niej na nas kolejny miejscowy przysmak – jerk chicken, czyli kurczak przyrządzony w bardzo specyficzny sposób. Maroni, potomkowie zbiegłych czarnych niewolników ukrywających się w regionie karaibskim, wynaleźli metodę bezdymnej konserwacji mięsa w glinie. Stosowali ją po to, aby nie zdradzać swoich kryjówek. Dzisiaj dania w stylu jerk, przygotowywane również z wieprzowiny czy ryby, stanowią obowiązkowy punkt na liście każdego smakosza przybywającego na Jamajkę. Wyjątkowy pierwszy dzień wizyty na wyspie kończymy także butelką lokalnego piwa.

Warto wspomnieć, że południowo-wschodni obszar kraju zamieszkiwany przez maronów i związany z ich kulturą, czyli Góry Błękitne (Blue Mountains) i pobliskie pasmo John Crow (John Crow Mountains), wpisano w 2015 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To prestiżowe wyróżnienie otwiera nowe możliwości turystycznego rozwoju rejonu, obejmujące organizowanie wypraw trekkingowych, raftingu bądź nawet wycieczek po historycznych strefach powojskowych. Trasa Nanny Town Heritage Route prowadzi wzdłuż marońskich szlaków, kryjówek i osad. Gęste tropikalne lasy zapewniały maronom wszystko, czego potrzebowali do przetrwania, dlatego kulturowo silnie zrośli się z górami. Wciąż można to dostrzec w obrzędach religijnych, tradycyjnej medycynie i tańcach ich potomków. W tym regionie znajdziemy mnóstwo endemicznych gatunków flory, zwłaszcza porostów, mchów i niektórych roślin kwiatowych. Tereny Parku Narodowego Gór Błękitnych i Johna Crowa (Blue and John Crow Mountains National Park) za czasów prekolumbijskich zasiedlali też Tainowie, rdzenny lud uważany za całkowicie wymarły. Według najnowszych badań jednak obecni mieszkańcy wysp karaibskich w znacznej mierze wywodzą się właśnie od tych Indian.

Spotkanie z krokodylami

 

Jamaica_719.jpg

 

Rzeka Czarna to dom ponad 400 ogromnych krokodyli amerykańskich

©MAGAZYN ALL INCLUSIVE



Kolejnego dnia wybieramy się nad rzekę Czarną (Black River). Na Jamajce żyje niewiele dużych dzikich zwierząt, dlatego spotkanie z krokodylami amerykańskimi jest tu czymś wyjątkowym. Żeby je wypatrzeć, potrzeba nieco szczęścia. My mamy go w nadmiarze. W trakcie czekania na łódź zauważamy, jak z wody wynurzają się najpierw ślepia, a po chwili cały łeb ogromnego gada. Ostrzeżenia przewodnika, aby nie zbliżać się do nabrzeża, okazują się niebezpodstawne. Krokodyl na naszych oczach gwałtownie i z głośnym pluskiem rzuca się na niewidoczną dla nas ofiarę. Podekscytowani ruszamy wielką łodzią motorową w górę nieuregulowanej rzeki, która wije się leniwie przez niemal 55 km pośród fantastycznych lasów namorzynowych. Korzenie drzew wyglądają jak nogi tysięcy pająków wodnych. W przybrzeżnych trawach i krzewach kryją się niezliczone ilości ptaków. Występuje tutaj ponad 100 ich gatunków (w tym długoszpony, czaple i rybołowy). Nad nami krąży duży drapieżnik. Rzeka zmienia kolor z czarnego na jasnobrunatny. Miejscowi żartobliwie nazywają ją Michael Jackson River. Na odmienną barwę wpływa rodzaj dna i butwiejących na nim roślin oraz bagienne środowisko. Sama woda jest krystalicznie czysta. Wypatrujemy kolejnych krokodyli. Niespodziewanie spośród bujnej zieleni wynurzają się znane nam już oczy. Tym razem pojawia się młody osobnik. Pokazuje tylko pysk i bezgłośnie znika pod powierzchnią. Następnego dostrzega nasz przewodnik, gdy gad leniwie wyleguje się na wielkim konarze wystającym z rzeki. Ogromny i piękny krokodyl zupełnie nas ignoruje. Mimo iż podpływamy całkiem blisko, nawet nie otwiera oka. Leży z szeroko otwartą paszczą, ukazując imponujące uzębienie. Przewodnik ochlapuje go wodą i olbrzym uprzejmie zamyka pysk. Wracamy ukontentowani. Po drodze wsłuchujemy się w opowieści naszego opiekuna i podziwiamy niezwykłą równikową roślinność.

To nie koniec dzisiejszej wyprawy. Tym razem poruszamy się po lądzie. Krajobraz szybko się zmienia: z nadmorskiego przechodzi najpierw w bujny tropikalny, a po chwili przekształca się w zupełnie suchy i surowy. Przekraczamy góry, aby dotrzeć na południowe wybrzeże. Tutejszy niewielki, choć bardzo urokliwy resort Jakes Treasure Beach wita nas wiejsko-kolonialną architekturą i starym fordem prefectem z 1941 r. Zostaję zakwaterowany w domku stojącym nad samym brzegiem burzliwego w tej okolicy morza. Salon mieści się na jego dachu, wielkie łoże z baldachimem wychodzi wprost na drewniany taras, a łazienka z prysznicem i wanną usytuowane są na zewnątrz budynku. Widok z samej wanny też jest wspaniały. Urzeka pięknem zwłaszcza w nocy, gdy gwiazdy migoczą nad głową, a księżyc rozświetla srebrzyście morskie fale. Zanim jednak mogłem go podziwiać, usiedliśmy do znakomitej kolacji złożonej ze świeżych owoców morza i lokalnych ryb. W tym rejonie warto odwiedzić także odległy o mniej więcej pół godziny rejsu łodzią Pelican Bar. Lokal wzniesiony na palach z dala od brzegu zbudował i prowadzi jego właściciel.

Rum i wodospady

Nieco inne atrakcje czekają nas następnego dnia. Najpierw składamy wizytę w najstarszej na wyspie destylarni rumu Appleton Estate, która działa od 1749 r. Nie można być na Jamajce i nie skosztować dumy tego kraju. Ten trunek ma niezmiernie ciekawą historię. Dość wspomnieć, że na początku był jedynie produktem ubocznym przy wytwarzaniu cukru. Duże wrażenie robią hale, gdzie leżakują setki ogromnych bek z rumem, w tym również tym najstarszym, gdyż ten dojrzewa właśnie wyłącznie w beczkach. Alkohol rozlany do butelek już nie nabiera wieku. Odwiedziny w Appleton Estate kończy oczekiwana degustacja. Okazuje się, że oprócz podziału na roczniki, rozpoznawane przez znawców także po kolorze (młode są jasne i ciemnieją z wiekiem), trunek klasyfikuje się też ze względu na gatunki. Wśród nich wyróżnia się nawet takie jak czekoladowy czy kokosowy. Przy opuszczaniu destylarni robimy – oczywiście – niezbędne zakupy.

Po zwiedzaniu czas na przygodę. Jedziemy w kierunku gór. Dzięki szczególnemu mikroklimatowi rozwinęły się w tym rejonie bujne lasy deszczowe. Mijamy zielone pola, farmy bydła i stadniny koni. To nieomylny znak, że zbliżamy się do wodospadów YS (YS Falls). Przesiadamy się na traktor z przyczepą i po chwili trafiamy do prawdziwie magicznego miejsca. Spomiędzy gęstej zieleni wyłaniają się kaskady wzburzonej wody. Wodospady tworzą naturalne baseny, rozlewiska i przesmyki na kilku piętrach. Ten cud natury w sposób niemal nienaruszający jego pierwotnego stanu przystosowano do uprawiania sportu i rekreacji. Najodważniejsi mogą zjechać ze szczytu YS na długiej stalowej linie do samych podnóży. Skoczymy tu również do wody z wysokiego brzegu, trzymając się liany niczym Tarzan, oraz przeprawimy się kamiennymi krawędziami na drugą stronę kaskad, żeby opadające z hukiem strugi wymasowały nam całe ciało. Na równo przyciętych trawnikach u dołu wodospadów powstały miejsca przeznaczone do urządzenia pikniku, niewielka restauracja i sklep z pamiątkami.

Turystyczne nowinki

HQ_IslandRoutes_dunnsriver_2.jpg

Dunn’s River Falls koło Ocho Rios, skok z liany do naturalnych basenów

©UNIQUE VACATIONS (UK) LTD. IMAGE BANK

 

 

Wreszcie docieramy do turystycznego Montego Bay pełnego białych plaż. Zatrzymujemy się we wspomnianym Sandals Royal Carribean, resorcie szczycącym się tym, że znajduje się w rękach krajowego zarządu i pracują w nim niemal wyłącznie Jamajczycy. W tym samym czasie w nieodległym Montego Bay Convention Centre (MBCC) odbywają się w dniach 20–22 września największe na Jamajce, 25. targi turystyczne Jamaica Product Exchange (JAPEX) 2015. Przyciągają one wystawców z całego kraju i gości ze świata, którzy zainteresowani są nawiązaniem współpracy z lokalnymi firmami. Przedstawiciele branży mogą zapoznać się z mnóstwem ofert z tutejszego rynku. Wiele z nich to nowości zaskakujące pomysłowością, takie jak choćby uniform do kontaktu i pływania z delfinami. Delfinaria stanowią zresztą oczko w głowie jamajskiej turystyki. Z tymi niesamowicie inteligentnymi ssakami pobawimy się tu nie w basenie, ale w morzu. Pogłaszczemy też rekiny, które prezentują pokaz siły i sprawności. Najbardziej podoba mi się jednak nakierowanie na rozwój regionalnych inicjatyw, powstających wśród małych społeczności i nastawionych na bezpośrednie relacje z turystą.


Galę uświetnił minister turystyki i rozrywki Kenneth Wykeham McNeill i inni wyśmienici goście, m.in. prezes Jamaica Hotel & Tourist Association (JHTA) Nicola Madden-Greig. Impreza na ogromnym placu przed centrum targowym to okazja do zawarcia wielu znajomości, które zaowocować mogą interesującymi kontraktami, szczególnie że Jamajka pretenduje do grona najpopularniejszych kierunków turystycznych. W Montego Bay mamy także szansę przyjrzeć się dynamicznie rozwijającej się bazie hotelowej. Swoim rozmachem imponują inwestycje hotelu Hilton Rose Hall Resort & Spa, który systematycznie się rozbudowuje, unowocześnia i poszerza własną ofertę. Duże wrażenie robi w nim ogromny basen w alei palmowej usytuowany nad samym morzem. W tyle nie pozostają również jego konkurenci, np. Hyatt Zilara Rose Hall. Park pomiędzy obiektem a wybrzeżem z piękną plażą wygląda jak Wenecja zbudowana z zieleni – pełno w nim przesmyków i kanałów z krystalicznie czystą wodą, nad którymi rozpięto białe mostki. Ukryte pośród roślinności baseny zapraszają do kąpieli. Zapotrzebowanie na miejsca noclegowe w hotelach i resortach typu all inclusive stale rośnie, podobnie jak w przypadku hosteli i pensjonatów B&B (bed and breakfast).

James Bond z Jamajki

Na koniec odwiedzam jeszcze modne wśród turystów Ocho Rios. Jamajczycy mówią, że tutaj niebo wlewa się do morza. Okolica słynie z efektownych wodospadów – Dunn’s River Falls – i egzotycznych ogrodów. Udział jamajskich bobsleistów w XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Calgary w 1988 r.stał się inspiracją do stworzenia na pobliskiej górze Mystic (Mystic Mountain) toru bobslejowego w lesie deszczowym. Wielką sławę przyniósł regionowi brytyjski agent specjalny James Bond. To właśnie tutaj nakręcono Doktora No (1962 r.), pierwszą część popularnej serii filmów z 007. Jedna z miejscowych plaż nosi nawet jego imię.

Do Ocho Rios zawijają też gigantyczne rejsowe statki wycieczkowe. Jeden z nich mogłem podziwiać przez ogromną szklaną ścianę hotelu Moon Palace Jamaica Grande Resort and Spa. Jego nazwa idealnie oddaje rozmiary kompleksu, należącego do Meksykanów z Cancún (do sieci Palace Resorts). Obiekt imponuje niezwykłą dbałością o każdy detal, pełną ofertą all inclusive (bez jakichkolwiek dopłat), takimi oryginalnymi pomysłami na spędzenie wolnego czasu jak surfing na terenie resortu oraz troską o najmłodszych gości. Wodny park zabaw dla dzieci po prostu zachwyca. Te osoby, którym przeszkadza towarzystwo niepełnoletnich, mogą zamieszkać w osobnym skrzydle, przeznaczonym tylko dla dorosłych, i w spokoju korzystać z uroków pobytu na wyspie.

Nie polecam jednak zamykania się wyłącznie w murach nawet najbardziej komfortowych ośrodków wypoczynkowych. Świat na zewnątrz jest znacznie ciekawszy. Do jego poznania na pewno zachęci każdego propozycja stadniny z parku rozrywki Chukka z rejonu Ocho Rios – Horseback Ride ’N’ Swim. Podczas przejażdżki konnej zanurzymy się na grzbietach wierzchowców w ciepłych wodach Morza Karaibskiego. To niesamowite doświadczenie pozwala poczuć siłę koni i przekonać się o ich umiejętnościach pływackich. Yeah mon! Zapraszam na rajską Jamajkę!

Artykuły wybrane losowo

Japonia dla początkujących

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

U wschodnich wybrzeży Azji, na Wyspach Japońskich i kilku mniejszych archipelagach leży kraj dość osobliwy z punktu widzenia Europejczyków. Z jednej strony jest zupełnie wyjątkowy pod względem kultury, z drugiej chętnie czerpie ze zwyczajów popularnych w Stanach Zjednoczonych, położonych po drugiej stronie Oceanu Spokojnego. W Japonii niesamowicie wyraźnie daje się odczuć, że nasz świat to miejsce różnorodne, mozaika rozmaitych rzeczywistości współistniejących ze sobą i wchodzących w zaskakujące relacje.

 

Przed wyjazdem w te strony warto zdać sobie sprawę z kilku rzeczy. Taka wiedza z pewnością ułatwi pierwszy kontakt z tym krajem. Cztery główne wyspy archipelagu – Hokkaido, Honsiu, Kiusiu i Sikoku – układają się w kształt ćwierćokręgu rozciągniętego południkowo, co sprawia, że klimat jest tu zróżnicowany. Ze względu na położenie na styku płyt tektonicznych w Japonii występują częste trzęsienia ziemi, jednak na ogół nie są zbyt silne i bywają nawet nieodczuwalne. Oprócz tego obserwuje się też dużą aktywność wulkaniczną. To azjatyckie państwo ma prawie 378 tys. km2 powierzchni, czyli nieco więcej niż np. Niemcy, ale jego obszar zamieszkuje aż ponad 127 mln ludzi (dla porównania w Polsce żyje ich niemal 38,5 mln). Tę wyjątkową gęstość zaludnienia (ok. 336 osób/km²) najbardziej odczuwa się w większych miastach. Poza tym dobrze pamiętać, że obowiązuje tutaj ruch lewostronny.

 

Na podróż do Japonii zdecydowaliśmy się, ponieważ nigdy nie byliśmy jeszcze w tej części Azji i tak odległa wyprawa wydała nam się niezmiernie ekscytująca. Na wybór tego właśnie miejsca wpłynął również fakt, że nasz kolega właśnie kończył swój doktorat na tutejszej uczelni i jako osobom nieznającym japońskiego mógł służyć nam pomocą. Na dodatek od 2015 r. Polskie Linie Lotnicze LOT obsługują bezpośrednie połączenie między warszawskim Lotniskiem Chopina a Międzynarodowym Portem Lotniczym Narita koło Tokio. Za bilety trzeba co prawda zazwyczaj zapłacić więcej niż w przypadku lotu z przesiadką w Katarze (liniami Qatar Airways) lub Dubaju (Emirates), jednak ze względu na komfort podróży (nie musimy czekać na następny samolot ani martwić się, czy nasz bagaż dotrze do celu) i jej czas (ok. 11 godzin zamiast nawet ponad 20) warto ponieść ten koszt.

 

Plantacje herbaty położone w pobliżu nadal czynnego wulkanu Fudżi

Tea Plantation and Mt

© JNTO

 

SKOK NA GŁĘBOKĄ WODĘ

 

Na początek chciałabym wspomnieć, czego obawialiśmy się przed wyjazdem. Problemem dla nas była głównie bariera językowa. Jak się później okazało, martwiliśmy się niepotrzebnie. Na lotnisku i większych stacjach kolejowych z obsługą komunikowaliśmy się po angielsku. Zakup biletów nie stanowił więc wielkiego wyzwania. W Tokio korzystaliśmy za to z wszechobecnych automatów biletowych opatrzonych także napisami w języku angielskim. Trochę inaczej sytuacja wyglądała w sklepach. Ekspedienci w Japonii podczas odbierania towaru przy kasie, oprócz używania standardowych zwrotów grzecznościowych, informują klienta o wszystkich wykonywanych czynnościach: o sczytywaniu kolejnych produktów, wartości przyjętej gotówki, nominałach przy wydawanej reszcie. Oczywiście, wszystkie kwestie wypowiadają po japońsku. Tak naprawdę przez cały proces można przejść bezboleśnie bez użycia żadnego słowa, na koniec wystarczy się lekko pokłonić i uśmiechnąć. Czasem jednak dochodzi do interakcji. Przy kupowaniu alkoholu w samoobsługowym sklepie niekiedy trzeba potwierdzić, że ma się przynajmniej 20 lat, np. wciskając odpowiedni przycisk na ekranie. Do gotowych dań do odgrzania w domu pracownik przy kasie proponuje pałeczki. Z naszych doświadczeń wynika, że ostatecznie zawsze udaje się porozumieć. Japończycy wykazują po prostu dużą determinację, żeby sprawę zakończyć pomyślnie. W większych restauracjach i lokalach często goszczących turystów złożymy natomiast zamówienie po angielsku. W mniejszych barach z kolei zwykle przy wejściu umieszczone są automaty do zamawiania jedzenia i wystawy prezentujące przykładowe dania wykonane z… tworzywa sztucznego. Oczywiście, jeśli chcemy porozmawiać z Japończykami, musimy znaleźć wspólny język.

 

Pewnym kłopotem dla Europejczyków bywa orientowanie się w układzie urbanistycznym. Japoński system adresowy jest z naszego punktu widzenia dość trudny do opanowania. Wystarczy wspomnieć, że większość ulic w Japonii nie ma nazw. Tutaj największą pomocą była dla nas po prostu nawigacja w telefonie, która ustalała nasze położenie i pokazywała nam drogę do punktu docelowego. Dlatego polecamy na czas podróży zaopatrzyć się w pakiet internetowy. Odpowiadającą nam kartę do telefonu można kupić na miejscu. Ceny w ofertach roamingowych europejskich operatorów bywają zazwyczaj wysokie. Do atrakcji turystycznych prowadzą zwykle dość czytelne oznaczenia. Z pewną satysfakcją mogę też przyznać, że ani razu się nie zgubiliśmy i zawsze udawało nam się dotrzeć do celu, nawet mimo drobnych trudności.

 

METROPOLIA PO JAPOŃSKU

 

Lubię zwiedzać duże miasta. Jest w nich coś wyjątkowo przyciągającego, ponieważ swoim układem, architekturą, rodzajem sieci komunikacyjnej oddają charakter żyjącej w nich społeczności. Dlatego wielką przyjemność podczas pobytu w Japonii sprawiały mi spacery po Tokio, położonym na wyspie Honsiu, której powierzchnia wynosi niemal 228 tys. km². W stolicy kraju wraz z jej obszarem metropolitalnym mieszka ponad 13,6 mln ludzi (w uproszczeniu można powiedzieć, że na Tokio składają się 23 okręgi administracyjne tworzące Tōkyō-to oraz miasta i miejscowości na zachód od niego). To sprawia, że w jej krajobrazie dominuje głównie gęsta zabudowa poprzecinana ciągami komunikacyjnymi. Mamy tu osiedla z blokami, niskie domki ustawione jeden obok drugiego, wysokie błyszczące wieżowce z biurami i apartamentami, a obok nich małe i większe świątynie, sklepy spożywcze, domy towarowe i punkty czy wręcz całe kompleksy z automatami do gier.

 

Aby uświadomić sobie wielkość tego miasta (ok. 2190 km² powierzchni), należy wybrać się na jeden z punktów widokowych. Za najpopularniejsze uchodzą Tokyo Skytree (najwyższa wieża na świecie – 634 m) i Tokyo Tower (333 m). Wejście na nie jest płatne i w przypadku tego pierwszego obiektu dość kosztowne, bo zwykły bilet dla osoby dorosłej na niższą galerię (350 m) kosztuje 2060 jenów (za wjazd na wyższą galerię na 450 m trzeba zapłacić dodatkowo 1030 jenów). Jeśli ktoś nie uważa się za amatora takich atrakcji i postanowił przeznaczyć swój budżet wyjazdowy na inne cele, może wybrać się na darmowy taras widokowy np. w budynku tokijskich władz w dzielnicy Shinjuku (Tokyo Metropolitan Government Building) lub gmachu Bunkyo Civic Center w Bunkyō. Polecam szczególnie podziwianie panoramy Tokio po zmroku – robi niesamowite wrażenie.

 

Zwiedzanie stolicy Japonii zdecydowanie trzeba sobie zaplanować tak w dzień, jak i w nocy. Po zapadnięciu zmierzchu polecam udać się w okolice sztucznej wyspy Odaiba, aby zobaczyć podświetlony Tęczowy Most (Rainbow Bridge). W pobliżu Parku Shiokaze stoi nawet mała amerykańska Statua Wolności. W tej okolicy warto wsiąść do jednego z pociągów kursujących na trasie Tokyo Monorail, kolei jednoszynowej, której pojazdy poruszają się na pewnej wysokości nad ziemią. Po drodze mija się m.in. szklane ściany wieżowców, a między nimi da się nawet dostrzec oświetloną sylwetkę Tokyo Tower. Gdy patrzy się na rozpościerające się z okna wagonu widoki, trudno nie odnieść wrażenia, że trafiło się do miasta przyszłości.

 

Do największych turystycznych atrakcji Tokio należą niewątpliwie Pałac Cesarski, szintoistyczna świątynia Meiji, buddyjski kompleks Sensō-ji czy rozległy park Shinjuku Gyoen. Obcokrajowcy chętnie wybierają się także na niemal zawsze zatłoczone skrzyżowanie koło stacji Shibuya, aby obserwować tłum pieszych wkraczających na nie jednocześnie ze wszystkich stron, gdy zapala się zielone światło. Na skwerze przy jednym z wejść na wspomnianą wyjątkowo ruchliwą stację postawiono pomnik psa Hachikō (popularnej w Japonii rasy akita), który czekał tu codziennie na swojego właściciela, profesora uniwersyteckiego, wracającego do domu. Pewnego dnia jego pan dostał w pracy udaru mózgu i zmarł. Nie pojawił się jak zwykle na stacji, ale Hachikō przez kolejnych ponad 9 lat wciąż przychodził o tej samej porze i go wypatrywał. Wykonany z brązu pomnik jest dziś popularnym miejscem spotkań Japończyków.

 

Na zainteresowanie zasługują też z pewnością dzielnica Akihabara i luksusowy region Ginza w dzielnicy Chūō. W niedzielę ich główne arterie zostają zamknięte dla ruchu samochodowego i udostępnione pieszym (w Ginzie również w sobotę). Akihabara, obecnie w znacznym stopniu nastawiona na turystów, przyciąga głównie amatorów anime (japońskich filmów animowanych), sprzętu elektronicznego i gier komputerowych. Spotkać w niej można dziewczyny poprzebierane za bohaterki animowanych seriali. Funkcjonują tu także maid cafés, czyli kawiarnie, w których gości obsługują kelnerki w strojach pokojówek. W Ginzie dla odmiany działa wiele butików znanych światowych marek modowych takich jak Chanel, Dior, Carolina Herrera, Gucci, Louis Vuitton czy Furla. W tej okolicy znajdują się też luksusowe domy towarowe Wako i Mitsukoshi. Na zakupy przychodzą tutaj eleganckie Japonki.

 

Swoistą atrakcję turystyczną Tokio stanowi metro. Na peronach oznaczone są punkty, w których otwierają się drzwi do wagonu (pociąg zawsze ustawia się zgodnie z tym układem), a przed nimi często znajdziemy wytyczone linie dla oczekujących osób formujących kolejkę do wejścia. Podczas jazdy Japończycy zwykle drzemią lub wpatrują się w ekran swojego smartfona. Bardzo nietaktownym zachowaniem jest rozmawianie przez telefon w pociągu czy prowadzenie głośnej dyskusji ze znajomymi. Należy jednak pamiętać, że w godzinach porannego i popołudniowego szczytu wagony i stacje bywają wypełnione po brzegi.

 

Wiszący Tęczowy Most nad północną częścią Zatoki Tokijskiej

Rainbow bridge

© YASUFUMI NISHI/JNTO

 

WIDOK NA SZCZYT

 

Za jeden z najważniejszych symboli Japonii za granicą uchodzi góra Fudżi (3776 m n.p.m.). Niestety, jej szczyt często kryje się za chmurami. Najlepszym okresem do podziwiania tego czynnego stratowulkanu np. z Tokio są miesiące zimowe, kiedy powietrze bywa zwykle najbardziej przejrzyste. Zazwyczaj góra Fudżi jest najwyraźniej widoczna w godzinach porannych. Zobaczymy ją m.in. z tarasów widokowych Tokyo Skytree i Bunkyo Civic Center.

 

Słynny japoński szczyt górski udaje się dostrzec również z wypoczynkowej miejscowości Hakone, położonej na południowy zachód od stolicy (ponad 80 km). W tym rejonie specjalnie z myślą o turystach przygotowano Hakone Freepass – karnet uprawniający do przejazdu kolejką górską, kolejką linowo-terenową i gondolową, rejsu statkiem po malowniczym jeziorze Ashi oraz poruszania się niektórymi autobusami kursującymi do stacji kolejowej. Z przystani w Hakone-machi przez zrekonstruowany punkt kontrolny z okresu Edo (1603–1868) można przejść na półwysep z punktem widokowym, a potem dotrzeć do Alei Cedrowej. Stąd najlepiej udać się jeszcze do chramu Hakone (Hakone Jinja), którego jedna z bram (torii) wznosi się w wodach jeziora. W niedalekim 200-tysięcznym mieście Odawara na uwagę zasługuje otoczony parkiem zamek obronny.

 

Z Hakone nie zawsze udaje się jednak dostrzec Fudżi. Jeśli ktoś postawił sobie właśnie taki cel podróży po Japonii, polecam wybrać się nad jedno z pięciu jezior znajdujących się w pobliżu wulkanu, np. Yamanaka, Kawaguchi lub Motosu. Na sam szczyt można wejść kilkoma szlakami, a sezon wspinaczkowy wypada w lipcu i sierpniu. Zarówno Japończycy, jak i obcokrajowcy decydują się często na wędrówkę popołudniową i wieczorną, aby wyprawę zakończyć oglądaniem wschodu słońca. Osoby, które źle znoszą szybkie zmiany wysokości, powinny najpierw zaaklimatyzować się do takich warunków.

 

WYPRAWY PO HONSIU

 

Naszą bazą wypadową podczas pobytu w Japonii było Tokio. Odwiedziliśmy więc nowoczesną Jokohamę, gdzie wybraliśmy się na spacer po porcie i zajrzeliśmy do kolorowej chińskiej dzielnicy (Chinatown). Poza tym pojechaliśmy na niewielką wyspę Enoshima, na której czci się występującą w mitologii japońskiej buddyjską boginię urody, bogactwa i muzyki Benzaiten. W okolicy nad głowami przechodniów latają liczne kanie czarne. W tym rejonie warto zwiedzić także Kamakurę, miasto znane ze swoich świątyń (w tym Kōtoku-in z wielkim brązowym posągiem Buddy Nieograniczonego Światła – Daibutsu), które pełniło funkcję stolicy w okresie Kamakura (szogunatu Kamakura, przypadającego od 1185 do 1333 r.).

 

Nie mogliśmy też odmówić sobie podróży shinkansenem, japońskim superszybkim pociągiem. Jednym z nich pokonaliśmy część drogi do Nikkō, położonego ok. 140 km na północ od Tokio. Ludzie odwiedzają je najczęściej ze względu na trzy cenne kompleksy świątynne, z których najsłynniejszy jest zespół chramów szintoistycznych Tōshō-gū poświęcony Ieyasu Tokugawie (założycielowi dynastii szogunów Tokugawa, żyjącemu w latach 1543–1616). Aż 103 tutejsze obiekty sakralne i ich naturalne otoczenie wpisano w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od stuleci stanowiły dla Japończyków święte miejsce, znane z prawdziwych arcydzieł architektury i sztuki zdobniczej. Na zwiedzanie zabytkowego sanktuarium Tōshō-gū trzeba przeznaczyć kilka godzin. Budowle robią bardzo duże wrażenie na oglądających ze względu na bogate zdobienia. Cały czas można odkrywać tu nowe płaskorzeźby. Przewodniki zwykle wspominają o trzech mądrych małpach umieszczonych nad drzwiami stajni, ale warto z uwagą przyglądać się każdej bramie i ścianie. W najwyższym punkcie Tōshō-gū znajduje się grobowiec Ieyasu Tokugawy. Wspina się do niego po schodach wśród olbrzymich drzew. Ciekawą atrakcję dla turystów stanowi wizyta w Yakushi-dō. Gdy opowiadający o świątyni mnich klaszcze w dłonie, dźwięk rezonuje i zgromadzonym wydaje się, że namalowany na suficie smok ryczy. Od 2007 r. w całym kompleksie prowadzone są prace renowacyjne, które potrwają do 2024 r. Musimy się więc liczyć z tym, że nie wszystkie obiekty bywają udostępnione do zwiedzania, a pewne z nich zasłaniają rusztowania. Niedaleko Nikkō leży poza tym urokliwe jezioro Chūzenji (11,62 km² powierzchni). Wypływająca z niego rzeka Daiya tworzy liczne wodospady, w tym malowniczy 97-metrowy Kegon. W okolicy znajdują się również źródła termalne, dlatego powstały tu onseny – japońskie publiczne kąpieliska z łaźniami i basenami. Cały region słynie z wyjątkowo pięknych krajobrazów. Jesienią Japończycy podziwiają w nim zabarwione na głęboką czerwień liście klonów. To zjawisko cieszy się podobnym zainteresowaniem co wiosenne kwitnienie drzew wiśniowych. W samym Nikkō przez rzekę Daiya przerzucono uroczy czerwony Święty Most (Shinkyō), należący do założonego w 767 r. chramu Futarasan (Futarasan jinja).

 

Także shinkansenem wyruszyliśmy z Tokio do Sendai, a stąd lokalnym pociągiem do miejscowości Matsushima sąsiadującej z archipelagiem o tej samej nazwie. Wznoszą się tutaj zabudowania Zuigan-ji – ważnej japońskiej świątyni zen (nurtu buddyzmu). Należą do niej też liczne jaskinie, w których składano prochy zmarłych. Archipelag Matsushima składa się z ok. 260 małych wysepek porośniętych sosnami. Z pobliskiej przystani odbijają statki zabierające turystów w rejs wokół nich. Na Fukuurę, gdzie znajduje się m.in. mały ogród botaniczny, prowadzi długi czerwony most. Z wybrzeża pieszo dostaniemy się również na niewielką Oshimę. Jeszcze niedawno takich drewnianych mostków było więcej, ale region ten bardzo ucierpiał w wyniku trzęsienia ziemi i tsunami w marcu 2011 r. Archipelag wygląda niezmiernie malowniczo zwłaszcza o zachodzie słońca.

 

Zabytkowe świątynie i sanktuaria w Nikkō

Nikko Toshogu Shrine1 2

© JNTO

 

HISTORIA DAWNIEJSZA I NOWSZA

 

Na Honsiu warto zatrzymać się także w położonej nad zatoką Osace. Stąd można zaplanować np. wycieczki do Kioto, nad Morze Wewnętrzne czy na wyspę Sikoku, a nawet Kiusiu. Tokio zostało niemal całkowicie zniszczone pod koniec II wojny światowej. Nocny nalot dywanowy z 9 na 10 marca 1945 r. wywołał wielki pożar. Dlatego zabudowa japońskiej metropolii jest dosyć nowa. Tego losu uniknęło Kioto. W tej dawnej stolicy Japonii i siedzibie cesarzy (od 794 do 1868 r.) spotkamy się z ogromnym zagęszczeniem zabytków. Jej zabytkowy zespół urbanistyczno-architektoniczny z wieloma pięknymi świątyniami, z Kinkaku-ji i Ryōan-ji na czele, wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Zarówno pierwsza, czyli Świątynia Złotego Pawilonu stojąca nad stawem w parku, jak i druga, z charakterystycznym kamiennym ogrodem do medytacji, przynależą do nurtu buddyzmu zen. Do najbardziej znanych miejsc w Kioto zaliczyć wypada na pewno sanktuarium zwane Fushimi Inari Taisha, do którego prowadzi 4-kilometrowa droga wyznaczona przez tysiące torii. Ponieważ trasa wiedzie w większości pod górę, trzeba założyć wygodne buty i wziąć ze sobą butelkę wody. Kompleks poświęcono japońskiemu bóstwu płodności, ryżu, herbaty, sake, rolnictwa, przemysłu, powodzenia i sukcesu Inari, przedstawianemu w różnych postaciach. Jego posłańcami są dobre białe lisy.

 

W mieście Himeji, leżącym ok. 120 km na południowy zachód od Kioto, warto natomiast zobaczyć piękną budowlę nazywaną Zamkiem Białej Czapli (Shirasagi-jō). To przykład japońskiej architektury obronnej. Jednak zabudowania zamkowe na Europejczykach robią wrażenie finezyjnych i delikatnych. Na zachodnim krańcu Honsiu, na wyspie Itsukushima (Miyajima) znajduje się z kolei Itsukushima Jinja. Imponująca brama tego szintoistycznego chramu stoi w wodach Morza Wewnętrznego. W czasie odpływu można podejść do niej po odkrytym piaszczystym dnie.

 

Osoby, które lubią zwiedzać mniej typowe miejsca, powinny wybrać się do Hiroszimy. To na to miasto 6 sierpnia 1945 r. Stany Zjednoczone zrzuciły bombę atomową. Hiroszimę odbudowano, a o samym wydarzeniu i ofiarach ataku przypomina kompleks parkowy z zachowanymi ruinami dawnego centrum wystawowego, obecnie zwanego Kopułą Bomby Atomowej. W pobliżu działa również Muzeum Pokoju, które utworzono w sierpniu 1955 r. Oprócz tego w mieście funkcjonuje warta uwagi sieć tramwajowa. Po szynach jeżdżą tu m.in. pojazdy produkowane w poprzednim stuleciu w Japonii, a nawet Europie. Tramwaje o numerach 651 i 652 jako jedyne przetrwały wybuch bomby atomowej i wciąż pozostają w użyciu.

 

Tak naprawdę nie ma idealnej instrukcji podróżowania. Każdy musi znaleźć swój sposób na zwiedzanie. Podczas wizyty w tak odmiennym od naszego kraju jak Japonia warto jednak paradoksalnie odstawić na bok wszystkie rzeczy, które o nim przeczytaliśmy bądź usłyszeliśmy. Choć nie da się z pewnością zapomnieć opinii i wrażeń innych ludzi, spróbujmy nie odtwarzać ich doświadczeń, a przeżyć własne. Na każde miejsce spójrzmy ze swojej perspektywy. Prawdopodobnie wtedy dużo łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, że Japonia może być tym wszystkim, czym jest w oczach innych, a nawet czymś jeszcze odmiennym. Każdy punkt widzenia tworzy kolejny jej obraz. Ja tak właśnie zapamiętałam ten kraj i w taki sam sposób chcę go poznawać znowu, gdy zawitam do niego po raz kolejny.

 

Ponad 16-metrowa brama Itsukushima Jinja w portowym mieście Hatsukaichi

l 180895

© HIROSHIMA PREFECTURE/JNTO

 

 

Lazurowe Wybrzeże i Korsyka – perły południa Francji

ALEKSANDRA SOROCZYŃSKA

 

<< Cannes to miasto, które kojarzy się z przepychem, gwiazdami i odbywającym się zwykle w maju prestiżowym festiwalem filmowym. Tylko 15 min. jazdy samochodem dzieli je od Monte Carlo, gdzie niemal w tym samym czasie rozgrywa się wyścig Formuły 1 Grand Prix de Monaco. Turyści planujący odwiedzić Riwierę Francuską stają czasem przed nie lada dylematem, gdy muszą dokonać wyboru między jej pięknymi kurortami. Zwłaszcza że ekskluzywne Cannes i Monako stanowią jedynie część bogatego wachlarza atrakcji południowo-wschodniego wybrzeża Francji. >>

W latach 30. XX w. na plażach Lazurowego Wybrzeża (Côte d'Azur) wypoczywali głównie arystokraci i koronowane głowy, którzy przybywali tu przede wszystkim zimą z Wielkiej Brytanii, a nawet z Rosji. Liczbę ówczesnych turystów szacuje się na 300 tys. rocznie. Wcześniej miejsce to odkryli artyści. Ściągali w te strony pod koniec XIX w. ze względu na doskonałe światło, krajobrazy i klimat. Claude Monet, Auguste Renoir, Pablo Picasso, Marc Chagall, Henri Matisse, Jean Cocteau, Fernand Léger, Alberto Giacometti zarówno czerpali z bogactwa regionu, jak i jednocześnie wywierali wpływ na jego kulturę.

Dziś na Lazurowe Wybrzeże każdego roku przyjeżdża ponad 10 mln turystów, w tym prawie milion to uczestnicy rejsów, a 400 tys. – osoby biorące udział w kongresach. Prawdziwe tłumy pojawiają się latem. Wtedy też tutejsze kurorty okupują głównie Brytyjczycy, Niemcy i Duńczycy. Jednak ta część Francji to nie tylko słynne Nicea i Cannes, lecz także maleńkie miasteczka z zabytkami i muzeami oraz fascynująca górzysta Korsyka.

Więcej…

Meksyk i trzeci ocean

MAGDALENA LASOCKA

<< Jeśli lubicie przygody i nowe doznania, na pewno nie będziecie zawiedzeni podróżą do Meksyku. Zwłaszcza jeżeli tak jak ja kochacie wodę i sporty wodne. W tym kraju czas płynie wolniej, zmysły odbierają więcej, słońce świeci jaśniej, a ludzie uśmiechają się radośniej. Jedyne ryzyko jest takie, że zakochacie się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i zapragniecie pozostać w nim na zawsze. >>

Więcej…