HQ_Sandals_Montego_Bay_Pool_Bar_Aerial.jpg

Strefa z basenami w resorcie Sandals Royal Caribbean w Montego Bay

©UNIQUE VACATIONS (UK) LTD. IMAGE BANK

 

Jerzy Pawleta


Gdy zamkniemy oczy i wyobrazimy sobie Jamajkę, zobaczymy słońce, białe plaże, krystalicznie czystą błękitną wodę Morza Karaibskiego, palmy i rozbawionych ludzi. Oprócz tego przyjdą nam na myśl muzyka reggae, Bob Marley, rum i egzotyczne drinki. Niektórzy z nas na pewno też przypomną sobie historię jamajskich bobsleistów startujących na XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Calgary w 1988 r. czy sześciokrotnego mistrza olimpijskiego Usaina Bolta. To jednak nie wszystko, z czego słynie ta piękna wyspa.

 

Sam miałem niezwykłą przyjemność skonfrontować swoje wyobrażenia z rzeczywistością. Jamajka nie zaskoczyła mnie temperaturą, gdyż ta cały rok utrzymuje się w tych stronach na podobnym poziomie, oscyluje w granicach 25–30°C. Zdziwił mnie natomiast fakt, że mimo tego występują tu sezony turystyczne. Pora deszczowa (od maja do października), objawiająca się zazwyczaj krótką ulewą w godzinach wieczornych, na tyle zniechęca zagranicznych gości, iż we wrześniu bez problemu znajdziemy nocleg w hotelu i stolik w restauracji czy pod plażowym parasolem, choć przecież nie pada codziennie, a chmury, które nagle pojawiają się na horyzoncie, wyglądają fantastycznie. Chyba największą niespodzianką była dla mnie miejscowa infrastruktura przeznaczona dla turystów. Ogromna liczba i różnorodność hoteli i pensjonatów oraz wysoka jakość ich usług naprawdę zdumiewają.

Ostatnie dni na wyspie spędziłem w Sandals Royal Caribbean w Montego Bay. Klasa obiektu, należącego do sieci luksusowych resortów Sandals działającej niemal w całym regionie Morza Karaibskiego, przeszła moje wszelkie oczekiwania. Oprócz malowniczego położenia nad wspaniałymi plażami i spokojnymi turkusowymi wodami, ten rozległy ośrodek wypoczynkowy szczyci się niezmiernie szeroką ofertą rozmaitych form spędzania wolnego czasu i usług w wersji all inclusive. Popływamy tutaj w błękitnych lagunach lub kilku basenach, ponurkujemy wśród raf koralowych, także z maską i rurką, wybierzemy się w rejs jachtem albo na wycieczkę kajakiem bądź po prostu wypoczniemy na łożach z baldachimem stojących tuż nad samym brzegiem. Na lądzie, na białym piasku wybrzeża i w hotelowych ogrodach, czeka na nas wiele propozycji bardziej towarzyskich rozrywek: od siatkówki plażowej czy egzotycznego dla nas krykieta przez zupełnie nieznane mi gry plenerowe po klasyczny bilard. Korzystać możemy ze spa, wielu stanowisk do masażu lub relaksu. W pięciu barach spróbujemy egzotycznych drinków, a na tarasie przy plaży zjemy potrawy regionalne i dania kuchni świata. Największą popularnością cieszy się restauracja tajska Royal Thai, usytuowana na małej wysepce z basenem, nad którym odbywają się imprezy. Dodam jeszcze, że mój pokój wyposażono w dwie wanny, a z jednej z nich, ustawionej niemal na trawniku, rozpościerał się cudowny widok na morze.

Poranek w raju

 

IMG_4825.jpg

 

Położone na wybrzeżu knajpki zapraszają na świeże i smaczne potrawy

©JERZY PAWLETA



Mimo wszelkich udogodnień warto opuścić teren hotelowego kompleksu i poznać bliżej wyspę. Niewielka Jamajka (10 991 km²) ma niezmiernie dużo do zaoferowania. Szczególnie urzekające jest jej piękne wybrzeże. Ja zacząłem zwiedzanie od 11-kilometrowej Siedmiomilowej Plaży w Negril. Do postkolonialnego resortu Rondel Village, na który składa się kilka komfortowych wolno stojących białych pawilonów z drewna, dotarliśmy po zmroku. W strefie podrównikowej dzień trwa zawsze od godziny 6.00 do 18.00. Na granicy morskiego brzegu i hotelu, pośród bujnej zieleni, znajduje się niepozorny okrągły bar. Nielicznym gościom ciemnoskóry barman serwuje tropikalne drinki. Dajemy namówić się na marleya. Napój ma trzy warstwy w kolorach rastafarian: zielonym, żółtym i czerwonym. Barman zapala drink od góry i przez słomkę opróżniamy cały kieliszek naraz. Witaj Jamajko!

Poranek przynosi wspaniałą pogodę. Dzień rozpoczynam od długiej kąpieli. Woda jest spokojna, pływa się świetnie. Z morza podziwiam łodzie rybackie i turystyczne (z przezroczystym dnem umożliwiającym obserwowanie stworzeń morskich i rafy koralowej) oraz niską zabudowę resortów usytuowanych pośród bujnej zieleni. Podglądam krągłe czarnoskóre kobiety rozstawiające pod palmami swoje stoły do masażu, muskularnych młodzieńców świadczących usługi dla turystów i pojawiających się pierwszych sprzedawców pamiątek. Gdy wychodzę na brzeg, zostaję zagadnięty przez jednego z nich. Oferuje swoją muzykę reggae na płycie CD. Żeby namówić mnie do zakupu, zaczyna śpiewać chrapliwym głosem którąś z piosenek. Na szczęście, mam ze sobą kamerę. Płytę – oczywiście – muszę kupić. Po krótkim targowaniu się schodzimy ostatecznie do 5 dolarów amerykańskich, które są tu równoprawną walutą z dolarami jamajskimi.

Śniadanie serwowane w postkolonialnej restauracji z widokiem na morze smakuje wyśmienicie. Zamawiam tutejszy przysmak, czyli ackee and saltfish. Pod tą nazwą kryje się smażony solony dorsz (wcześniej moczy się go przez całą noc) z dodatkami. Najważniejszym jest – oczywiście – sprowadzony na Karaiby przed trzema wiekami z Afryki Zachodniej owoc ackee (bligia pospolita, Blighia sapida), zupełnie nieznany w Europie. Oprócz niego używa się cebuli, papryki, pomidorów i przypraw, a także boczku. Nie wszystkim turystom ta klasyczna jamajska potrawa smakuje. Ja jednak po tym, jak spróbowałem jej po raz pierwszy, zawsze starałem się jadać ją na śniadanie. Warto dodać, że niewłaściwie przyrządzony owoc ackee może być trujący.

Skok na miarę mistrza

Wyruszamy w drogę. Mijamy codzienny targ w Negril, łodzie rybackie zacumowane przy brzegach rzeki wpadającej do morza, senne miasteczko o trochę chaotycznej zabudowie. Poza jego centrum znajdują się liczne resorty, knajpki i kluby. Odwiedzamy madame Jackie Lewis, właścicielkę dosyć niezwykłego pensjonatu Jackie’s on the Reef, usytuowanego na twardym jak skała koralowym nabrzeżu. Okazały kamienny dom mieści kilka obszernych pokoi, z których jeden wyróżnia się niewiarygodnych wręcz rozmiarów baldachimem. Gospodyni oferuje orientalne zabiegi lecznicze i kosmetyczne (co ciekawe, wyłącznie singlom), w związku z czym pomieszczenia pełne są osobliwych rekwizytów. W wolno stojących pawilonach, wokół których krzątają się pracownicy tego kompleksu, goście korzystają z masaży lub po prostu się relaksują. Niektóre z nich to jednopokojowe bungalowy z łazienką pod gołym niebem.

Jedziemy dalej krętymi drogami wnętrza lądu. Zapuszczamy się w głąb wyspy, między okoliczne wzgórza. Mijamy wspaniałe prywatne posiadłości i raczej ubogie wioski. Otaczająca nas przyroda jest niesamowicie bujna. Nasz cel stanowi Blue Hole Mineral Spring koło Negril – naturalna studnia o średnicy kilku metrów wydrążona w poszarpanej skale, na dnie której tryska źródło krystalicznie czystej wody o właściwościach leczniczych. Za największą atrakcję tego miejsca, oprócz kąpieli i zdrowotnych okładów z błota, uchodzą skoki z krawędzi do otworu o ok. 10-metrowej głębokości. Co odważniejsi wspinają się na wysokie drzewo rosnące w pobliżu i spadając, wykonują przeróżne ewolucje. To rozrywka tylko dla największych śmiałków. Mniej skłonne do ryzyka osoby mogą zrelaksować się w położonym niedaleko basenie lub podczas gry w domino z niezmiernie sympatycznymi Jamajczykami w lokalnym barze.

Jak się okazało, skoki do wody były tematem przewodnim tego dnia pobytu na Jamajce. Wyprawę zakończyliśmy w Rick’s Café w Negril. Podczas spaceru po plaży czy samym miasteczku odnosi się wrażenie, że nie ma tutaj zbyt wielu turystów, dopiero w okolicy słynnego lokalu przekonujemy się, że to nieprawda. Takich tłumów dawno nie widziałem. Dlaczego wszyscy ściągają wieczorem do Rick’s Café? Wymienić można kilka powodów, m.in. oglądanie malowniczego zachodu słońca czy popisów amatorów mocnych wrażeń, którzy skaczą z przybrzeżnych klifów West End, z wysokości kilku lub kilkunastu metrów, do wzburzonego morza pomiędzy skałami. Odważnych nie brakuje. Na dole asekuruje ich łódź ratunkowa. Pozostali świetnie bawią się na górze. W towarzystwie brylują amerykańskie dziewczyny w skąpych strojach kąpielowych i atrakcyjnie umięśnieni czarnoskórzy Jamajczycy. Zespół reggae gra też swoje piosenki, ale głównie prezentuje utwory Boba Marleya (1945–1981), które zebrani odśpiewują wspólnie. Gdy słońce chowa się za horyzontem, rozlega się głośny okrzyk i niemal wszyscy, włącznie z nami, opuszczają kafejkę. Kolację jemy w równie gwarnej sąsiedniej restauracji usytuowanej nad samym klifem. Czeka w niej na nas kolejny miejscowy przysmak – jerk chicken, czyli kurczak przyrządzony w bardzo specyficzny sposób. Maroni, potomkowie zbiegłych czarnych niewolników ukrywających się w regionie karaibskim, wynaleźli metodę bezdymnej konserwacji mięsa w glinie. Stosowali ją po to, aby nie zdradzać swoich kryjówek. Dzisiaj dania w stylu jerk, przygotowywane również z wieprzowiny czy ryby, stanowią obowiązkowy punkt na liście każdego smakosza przybywającego na Jamajkę. Wyjątkowy pierwszy dzień wizyty na wyspie kończymy także butelką lokalnego piwa.

Warto wspomnieć, że południowo-wschodni obszar kraju zamieszkiwany przez maronów i związany z ich kulturą, czyli Góry Błękitne (Blue Mountains) i pobliskie pasmo John Crow (John Crow Mountains), wpisano w 2015 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To prestiżowe wyróżnienie otwiera nowe możliwości turystycznego rozwoju rejonu, obejmujące organizowanie wypraw trekkingowych, raftingu bądź nawet wycieczek po historycznych strefach powojskowych. Trasa Nanny Town Heritage Route prowadzi wzdłuż marońskich szlaków, kryjówek i osad. Gęste tropikalne lasy zapewniały maronom wszystko, czego potrzebowali do przetrwania, dlatego kulturowo silnie zrośli się z górami. Wciąż można to dostrzec w obrzędach religijnych, tradycyjnej medycynie i tańcach ich potomków. W tym regionie znajdziemy mnóstwo endemicznych gatunków flory, zwłaszcza porostów, mchów i niektórych roślin kwiatowych. Tereny Parku Narodowego Gór Błękitnych i Johna Crowa (Blue and John Crow Mountains National Park) za czasów prekolumbijskich zasiedlali też Tainowie, rdzenny lud uważany za całkowicie wymarły. Według najnowszych badań jednak obecni mieszkańcy wysp karaibskich w znacznej mierze wywodzą się właśnie od tych Indian.

Spotkanie z krokodylami

 

Jamaica_719.jpg

 

Rzeka Czarna to dom ponad 400 ogromnych krokodyli amerykańskich

©MAGAZYN ALL INCLUSIVE



Kolejnego dnia wybieramy się nad rzekę Czarną (Black River). Na Jamajce żyje niewiele dużych dzikich zwierząt, dlatego spotkanie z krokodylami amerykańskimi jest tu czymś wyjątkowym. Żeby je wypatrzeć, potrzeba nieco szczęścia. My mamy go w nadmiarze. W trakcie czekania na łódź zauważamy, jak z wody wynurzają się najpierw ślepia, a po chwili cały łeb ogromnego gada. Ostrzeżenia przewodnika, aby nie zbliżać się do nabrzeża, okazują się niebezpodstawne. Krokodyl na naszych oczach gwałtownie i z głośnym pluskiem rzuca się na niewidoczną dla nas ofiarę. Podekscytowani ruszamy wielką łodzią motorową w górę nieuregulowanej rzeki, która wije się leniwie przez niemal 55 km pośród fantastycznych lasów namorzynowych. Korzenie drzew wyglądają jak nogi tysięcy pająków wodnych. W przybrzeżnych trawach i krzewach kryją się niezliczone ilości ptaków. Występuje tutaj ponad 100 ich gatunków (w tym długoszpony, czaple i rybołowy). Nad nami krąży duży drapieżnik. Rzeka zmienia kolor z czarnego na jasnobrunatny. Miejscowi żartobliwie nazywają ją Michael Jackson River. Na odmienną barwę wpływa rodzaj dna i butwiejących na nim roślin oraz bagienne środowisko. Sama woda jest krystalicznie czysta. Wypatrujemy kolejnych krokodyli. Niespodziewanie spośród bujnej zieleni wynurzają się znane nam już oczy. Tym razem pojawia się młody osobnik. Pokazuje tylko pysk i bezgłośnie znika pod powierzchnią. Następnego dostrzega nasz przewodnik, gdy gad leniwie wyleguje się na wielkim konarze wystającym z rzeki. Ogromny i piękny krokodyl zupełnie nas ignoruje. Mimo iż podpływamy całkiem blisko, nawet nie otwiera oka. Leży z szeroko otwartą paszczą, ukazując imponujące uzębienie. Przewodnik ochlapuje go wodą i olbrzym uprzejmie zamyka pysk. Wracamy ukontentowani. Po drodze wsłuchujemy się w opowieści naszego opiekuna i podziwiamy niezwykłą równikową roślinność.

To nie koniec dzisiejszej wyprawy. Tym razem poruszamy się po lądzie. Krajobraz szybko się zmienia: z nadmorskiego przechodzi najpierw w bujny tropikalny, a po chwili przekształca się w zupełnie suchy i surowy. Przekraczamy góry, aby dotrzeć na południowe wybrzeże. Tutejszy niewielki, choć bardzo urokliwy resort Jakes Treasure Beach wita nas wiejsko-kolonialną architekturą i starym fordem prefectem z 1941 r. Zostaję zakwaterowany w domku stojącym nad samym brzegiem burzliwego w tej okolicy morza. Salon mieści się na jego dachu, wielkie łoże z baldachimem wychodzi wprost na drewniany taras, a łazienka z prysznicem i wanną usytuowane są na zewnątrz budynku. Widok z samej wanny też jest wspaniały. Urzeka pięknem zwłaszcza w nocy, gdy gwiazdy migoczą nad głową, a księżyc rozświetla srebrzyście morskie fale. Zanim jednak mogłem go podziwiać, usiedliśmy do znakomitej kolacji złożonej ze świeżych owoców morza i lokalnych ryb. W tym rejonie warto odwiedzić także odległy o mniej więcej pół godziny rejsu łodzią Pelican Bar. Lokal wzniesiony na palach z dala od brzegu zbudował i prowadzi jego właściciel.

Rum i wodospady

Nieco inne atrakcje czekają nas następnego dnia. Najpierw składamy wizytę w najstarszej na wyspie destylarni rumu Appleton Estate, która działa od 1749 r. Nie można być na Jamajce i nie skosztować dumy tego kraju. Ten trunek ma niezmiernie ciekawą historię. Dość wspomnieć, że na początku był jedynie produktem ubocznym przy wytwarzaniu cukru. Duże wrażenie robią hale, gdzie leżakują setki ogromnych bek z rumem, w tym również tym najstarszym, gdyż ten dojrzewa właśnie wyłącznie w beczkach. Alkohol rozlany do butelek już nie nabiera wieku. Odwiedziny w Appleton Estate kończy oczekiwana degustacja. Okazuje się, że oprócz podziału na roczniki, rozpoznawane przez znawców także po kolorze (młode są jasne i ciemnieją z wiekiem), trunek klasyfikuje się też ze względu na gatunki. Wśród nich wyróżnia się nawet takie jak czekoladowy czy kokosowy. Przy opuszczaniu destylarni robimy – oczywiście – niezbędne zakupy.

Po zwiedzaniu czas na przygodę. Jedziemy w kierunku gór. Dzięki szczególnemu mikroklimatowi rozwinęły się w tym rejonie bujne lasy deszczowe. Mijamy zielone pola, farmy bydła i stadniny koni. To nieomylny znak, że zbliżamy się do wodospadów YS (YS Falls). Przesiadamy się na traktor z przyczepą i po chwili trafiamy do prawdziwie magicznego miejsca. Spomiędzy gęstej zieleni wyłaniają się kaskady wzburzonej wody. Wodospady tworzą naturalne baseny, rozlewiska i przesmyki na kilku piętrach. Ten cud natury w sposób niemal nienaruszający jego pierwotnego stanu przystosowano do uprawiania sportu i rekreacji. Najodważniejsi mogą zjechać ze szczytu YS na długiej stalowej linie do samych podnóży. Skoczymy tu również do wody z wysokiego brzegu, trzymając się liany niczym Tarzan, oraz przeprawimy się kamiennymi krawędziami na drugą stronę kaskad, żeby opadające z hukiem strugi wymasowały nam całe ciało. Na równo przyciętych trawnikach u dołu wodospadów powstały miejsca przeznaczone do urządzenia pikniku, niewielka restauracja i sklep z pamiątkami.

Turystyczne nowinki

HQ_IslandRoutes_dunnsriver_2.jpg

Dunn’s River Falls koło Ocho Rios, skok z liany do naturalnych basenów

©UNIQUE VACATIONS (UK) LTD. IMAGE BANK

 

 

Wreszcie docieramy do turystycznego Montego Bay pełnego białych plaż. Zatrzymujemy się we wspomnianym Sandals Royal Carribean, resorcie szczycącym się tym, że znajduje się w rękach krajowego zarządu i pracują w nim niemal wyłącznie Jamajczycy. W tym samym czasie w nieodległym Montego Bay Convention Centre (MBCC) odbywają się w dniach 20–22 września największe na Jamajce, 25. targi turystyczne Jamaica Product Exchange (JAPEX) 2015. Przyciągają one wystawców z całego kraju i gości ze świata, którzy zainteresowani są nawiązaniem współpracy z lokalnymi firmami. Przedstawiciele branży mogą zapoznać się z mnóstwem ofert z tutejszego rynku. Wiele z nich to nowości zaskakujące pomysłowością, takie jak choćby uniform do kontaktu i pływania z delfinami. Delfinaria stanowią zresztą oczko w głowie jamajskiej turystyki. Z tymi niesamowicie inteligentnymi ssakami pobawimy się tu nie w basenie, ale w morzu. Pogłaszczemy też rekiny, które prezentują pokaz siły i sprawności. Najbardziej podoba mi się jednak nakierowanie na rozwój regionalnych inicjatyw, powstających wśród małych społeczności i nastawionych na bezpośrednie relacje z turystą.


Galę uświetnił minister turystyki i rozrywki Kenneth Wykeham McNeill i inni wyśmienici goście, m.in. prezes Jamaica Hotel & Tourist Association (JHTA) Nicola Madden-Greig. Impreza na ogromnym placu przed centrum targowym to okazja do zawarcia wielu znajomości, które zaowocować mogą interesującymi kontraktami, szczególnie że Jamajka pretenduje do grona najpopularniejszych kierunków turystycznych. W Montego Bay mamy także szansę przyjrzeć się dynamicznie rozwijającej się bazie hotelowej. Swoim rozmachem imponują inwestycje hotelu Hilton Rose Hall Resort & Spa, który systematycznie się rozbudowuje, unowocześnia i poszerza własną ofertę. Duże wrażenie robi w nim ogromny basen w alei palmowej usytuowany nad samym morzem. W tyle nie pozostają również jego konkurenci, np. Hyatt Zilara Rose Hall. Park pomiędzy obiektem a wybrzeżem z piękną plażą wygląda jak Wenecja zbudowana z zieleni – pełno w nim przesmyków i kanałów z krystalicznie czystą wodą, nad którymi rozpięto białe mostki. Ukryte pośród roślinności baseny zapraszają do kąpieli. Zapotrzebowanie na miejsca noclegowe w hotelach i resortach typu all inclusive stale rośnie, podobnie jak w przypadku hosteli i pensjonatów B&B (bed and breakfast).

James Bond z Jamajki

Na koniec odwiedzam jeszcze modne wśród turystów Ocho Rios. Jamajczycy mówią, że tutaj niebo wlewa się do morza. Okolica słynie z efektownych wodospadów – Dunn’s River Falls – i egzotycznych ogrodów. Udział jamajskich bobsleistów w XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Calgary w 1988 r.stał się inspiracją do stworzenia na pobliskiej górze Mystic (Mystic Mountain) toru bobslejowego w lesie deszczowym. Wielką sławę przyniósł regionowi brytyjski agent specjalny James Bond. To właśnie tutaj nakręcono Doktora No (1962 r.), pierwszą część popularnej serii filmów z 007. Jedna z miejscowych plaż nosi nawet jego imię.

Do Ocho Rios zawijają też gigantyczne rejsowe statki wycieczkowe. Jeden z nich mogłem podziwiać przez ogromną szklaną ścianę hotelu Moon Palace Jamaica Grande Resort and Spa. Jego nazwa idealnie oddaje rozmiary kompleksu, należącego do Meksykanów z Cancún (do sieci Palace Resorts). Obiekt imponuje niezwykłą dbałością o każdy detal, pełną ofertą all inclusive (bez jakichkolwiek dopłat), takimi oryginalnymi pomysłami na spędzenie wolnego czasu jak surfing na terenie resortu oraz troską o najmłodszych gości. Wodny park zabaw dla dzieci po prostu zachwyca. Te osoby, którym przeszkadza towarzystwo niepełnoletnich, mogą zamieszkać w osobnym skrzydle, przeznaczonym tylko dla dorosłych, i w spokoju korzystać z uroków pobytu na wyspie.

Nie polecam jednak zamykania się wyłącznie w murach nawet najbardziej komfortowych ośrodków wypoczynkowych. Świat na zewnątrz jest znacznie ciekawszy. Do jego poznania na pewno zachęci każdego propozycja stadniny z parku rozrywki Chukka z rejonu Ocho Rios – Horseback Ride ’N’ Swim. Podczas przejażdżki konnej zanurzymy się na grzbietach wierzchowców w ciepłych wodach Morza Karaibskiego. To niesamowite doświadczenie pozwala poczuć siłę koni i przekonać się o ich umiejętnościach pływackich. Yeah mon! Zapraszam na rajską Jamajkę!

Artykuły wybrane losowo

Sri Lanka – zielony klejnot Oceanu Indyjskiego

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Położoną na południowy wschód od Półwyspu Indyjskiego Sri Lankę nazywa się niekiedy Łzą Indii. To jednak nie jedyne jej miano, a większość określeń wiąże się z zachwytem, w jaki od wieków wprawiała ona odwiedzających ją ludzi. Dla słynnego weneckiego podróżnika Marca Polo była „najwspanialszą wyspą o tej wielkości na świecie”, a dla portugalskiego kapitana Edwarda Barbosy – „wyspą rozkoszy”. Sri Lanka znana jest również jako Perła Oceanu Indyjskiego. W sanskrycie jej nazwa oznacza po prostu „Lśniący Kraj”. Wszystkie te określenia obiecują wiele, ale nie ma w nich wcale żadnej przesady.

 

Wyspa Cejlon (na której leży Sri Lanka) kojarzy się z zielonymi wzgórzami porośniętymi herbatą, zapachem korzennych przypraw i opowieściami żeglarzy o odległych lądach. Panuje tu tropikalny klimat ze średnią roczną temperaturą powietrza ok. 30°C. Od upałów można odetchnąć tylko w wyższych partiach gór w głębi lądu.

 

Na pogodę wybrzeży Sri Lanki wpływają dwa monsuny: yala i maha. Pierwszy z nich od maja do sierpnia przynosi deszcze w południowo-zachodniej części kraju. Drugi od października do stycznia sprowadza wilgoć w północno-wschodni rejon wyspy. Wiejące tutaj wiatry nie tylko sprzyjają występowaniu opadów i rozwojowi bujnej roślinności, ale także ułatwiały dotarcie do tego regionu podróżnikom i kupcom przybywającym na Cejlon z różnych stron świata. To m.in. dzięki nim Sri Lanka jest dziś miejscem tak różnorodnym kulturowo, w którym różne religie i tradycje współistnieją, wzajemnie się uzupełniając i tworząc lokalny koloryt.

 

Dambulla cave temple World heritage site- 1st Century BC

Jedna z pięciu jaskiń należących do Złotej Świątyni w Dambulli

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

ŚLADY DAWNEJ ŚWIETNOŚCI

 

Jednak na długo zanim przybyli tu wspomniani podróżnicy i kupcy, na wyspie kwitła kultura, której początki sięgają zamierzchłych czasów. Według historycznej Mahavamsy z V w. n.e., czyli w języku pai „Wielkiej Kroniki”, pierwotnymi mieszkańcami Cejlonu byli Jakszowie i lud Naga. Dzieje pochodzących z północy Indii Syngalezów zaczynają się w 543 r. p.n.e. wraz z przybyciem księcia Vijaya (Zwycięzcy), legendarnego króla Sri Lanki, i utworzeniem przez niego Królestwa Tambapanni (istniejącego do 505 r. p.n.e.). Pojawienie się na tym obszarze narodu syngaleskiego zapoczątkowało kulturalny, religijny i architektoniczny rozkwit, którego ślady podziwiać możemy do dzisiaj.

 

Najwspanialszą stolicą jednego ze starożytnych królestw Syngalezów (Królestwa Anuradhapura z lat 377 p.n.e.–1017) była Anuradhapura, położona w obecnej Prowincji Północno-Środkowej, ok. 200 km na północ od Kolombo (gospodarczej stolicy Sri Lanki). To miasto o niezmiernie bogatej historii rozwijało się od IV w. p.n.e. do końca X stulecia. Anuradhapura do dziś jest jednym z najważniejszych centrów buddyjskich na świecie, a to za sprawą rosnącego tutaj świętego figowca pagodowego zwanego Jaya Sri Maha Bodhi, pod którym według tradycji doznał oświecenia medytujący Budda. Sadzonkę na wyspę przywiozła w III w. p.n.e. Sanghamitta, córka władcy indyjskiego imperium Maurjów – Aśoki, wypełniając tym samym misję szerzenia buddyzmu na Cejlonie. Okaz ten uchodzi za najstarsze posadzone przez człowieka drzewo na świecie z udokumentowaną historią. Zasadzono je w 288 r. p.n.e. i od tego czasu wierni wciąż o nie dbają, nie przestali troszczyć się o świętego figowca nawet wtedy, gdy miasto znajdowało się w rękach Tamilów. Wśród tutejszych ruin zachowało się kilka buddyjskich świątyń i pałaców, a historyczne centrum wpisano w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Kiedy Anuradhapura była stolicą państwa Syngalezów, Polonnaruwa pełniła funkcję okresowej rezydencji królewskiej. Jednak po zniszczeniu tej pierwszej w 993 r. przez wojska tamilskie to ona przejęła rolę najważniejszej metropolii na wyspie. Status ten utrzymała do XIII w. W czasach największego rozkwitu była wspaniałym, otoczonym potrójnym murem miastem ogrodem, w którym pałace i świątynie wtapiały się w bujną zieleń.

 

Syngalezi wielokrotnie musieli odpierać ataki z zewnątrz. W XIII stuleciu Sri Lankę najechali ponownie Tamilowie z subkontynentu indyjskiego. W wyniku tych wydarzeń Polonnaruwa została opuszczona. Na odkrycie czekała ponad 500 lat. Dziś możemy podziwiać ruiny zabytkowej metropolii z licznymi posągami i rzeźbami – m.in. z wykutą w skale kilkunastometrową figurą śpiącego Buddy.

 

Na skutek najazdów Syngalezi zostali zmuszeni do osiedlenia się bardziej na południe. W górzystym wnętrzu wyspy założyli w 1469 r. nowe królestwo wokół miasta Kandy (Królestwo Kandy). Obecnie jest ono nie tylko stolicą Prowincji Środkowej, lecz także jednym z ważniejszych ośrodków wyznawców buddyzmu. Wszystko za sprawą znajdującej się tu Świątyni Zęba (Sri Dalada Maligawa), w której w szkatułce złożono według tradycji ząb samego Buddy. Relikwia ma niezwykłą moc – przyciąga zarówno buddystów, jak i tysiące turystów. Mnóstwo osób przybywa z jej powodu do Kandy zwłaszcza raz w miesiącu, kiedy na Cejlonie obchodzi się Poyę, czyli święto przypadające na dzień pełni księżyca. Przez całą dobę we wszystkich buddyjskich świątyniach w kraju odbywają się barwne uroczystości i panuje podniosła atmosfera.

 

WIZJA SZALONEGO WŁADCY

 

Niemal 200-metrowa bryła magmy króluje nad zieloną równiną w okolicy Dambulli. Widoczna z każdej strony już z daleka, stanowi pozostałość po dawno wygasłym wulkanie. Samotna skała, kontrastująca z otoczeniem, robi niemałe wrażenie. Jeszcze bardziej niesamowita jest historia powstałego na niej obiektu. To karkołomne przedsięwzięcie budowlane było realizacją wizji jednego z najbardziej okrutnych władców Sri Lanki – Kassapy I (rządzącego w latach 473–495). Jako potomek z nieprawego łoża nie mógł on legalnie objąć tronu. Zdobył więc władzę, zabijając swojego ojca Dhatusena. Nie opuszczał go jednak strach przed zbiegłym do Indii przyrodnim bratem Mogallaną, który planował powrócić na Cejlon na czele potężnej armii. Aby uchronić się przed gniewem prawowitego następcy tronu, Kassapa I zdecydował się wybudować potężną twierdzę i pałac na szczycie niedostępnej skały.

 

Zaspokojenie wybujałych ambicji władcy kosztowało życie tysięcy robotników. Miejsce o naturalnych walorach obronnych umocniono jeszcze systemem murów i fos, czyniącym je niedostępnym dla wrogów. Jedyną drogę na szczyt stanowiły wykute w kamieniu wąskie schodki. Co jednak najciekawsze, skała przekształcona została w olbrzymiego budzącego grozę lwa. Do ogromnej bryły dodano ceglaną głowę i tors oraz pięknie wyrzeźbione przednie łapy. Do dziś przetrwały tylko one, a także sama nazwa Sigirija, która oznacza Lwią Skałę. Skalne ściany samego pałacu pokryto malowidłami przedstawiającymi najprawdopodobniej damy dworu i królewskie nałożnice. Zachowały się one do dzisiaj w zaskakująco dobrym stanie. Oglądający mogą dzięki nim poznać niegdysiejsze kanony urody. Król lubił podziwiać nie tylko piękne kobiety, ale i siebie samego, a jedna ze ścian pałacu została tak wypolerowana, że przy odpowiednim kącie padania promieni słonecznych służyła władcy za lustro. Panowanie Kassapy I trwało 22 lata, do czasu, gdy Mogallana powrócił, aby odebrać bratu władzę.

 

Do dziś na szczycie przetrwały zaledwie fundamenty zespołu pałacowego i umocnień, tworzą one jednak ciekawy labirynt, z którego rozciągają się fantastyczne widoki. Samą Sigiriję można podziwiać w pełnej okazałości z innej skały – położonej niedaleko Pidurangali.

 

CD5-3

Młodzi buddyjscy mnisi na drodze prowadzącej do słynnej Lwiej Skały

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

W GÓRACH USŁANYCH ZIELENIĄ

 

Mimo iż aż 80 proc. obszaru Sri Lanki zajmują niziny, jej środkowo-południowy region to zielona górska kraina pokryta w dużej części tropikalnym lasem. Najbardziej znanym z lankijskich szczytów jest niewątpliwie mierząca 2243 m n.p.m. Sri Pada. Wysokość góry nie imponuje, ale nie z tego względu wyróżnia się ona spośród innych. Według legendy na prośbę boga Samana swój ślad zostawił na tym szczycie sam Budda. Tak przynajmniej utrzymują jego wyznawcy. Hinduiści przekonują natomiast, że ślad ten należy do Śiwy. Chrześcijanie i muzułmanie twierdzą z kolei, że odbił tutaj swoją stopę biblijny pierwszy człowiek, który po wygnaniu z raju stał w tym miejscu na jednej nodze w celu odkupienia grzechów. Dlatego w Europie góra znana jest głównie jako Szczyt Adama (Adam’s Peak), a nie Sri Pada czy Samanalakanda, jak nazywa się ją w Azji. Tajemnicze wgłębienie w skale czyni wzniesienie obiektem kultu wielu religii i celem licznych pielgrzymek.

 

Aby wspiąć się na górę przed wschodem słońca, o którego pięknie na Sri Lance krążą legendy, wyruszyliśmy o 2.00 w nocy. Pobudka po 3 godz. snu nie była łatwa, zwłaszcza że mieliśmy w perspektywie pokonanie ponad 5 tys. schodów. To właśnie one, początkowo łagodne, im dalej, tym coraz bardziej strome, prowadzą do celu. Światła latarni rozstawionych wzdłuż stopni znaczyły w mroku wijącą się ścieżkę na szczyt. Na pewnym etapie zmęczenie dawało nieco o sobie znać. Zapominaliśmy jednak o nim, gdy mijaliśmy wspinających się starszych ludzi, nierzadko nawet o kulach. Niektórzy o własnych siłach, inni wsparci na barkach krewnych powoli, ale konsekwentnie zbliżali się do celu. Na trasie panowała zresztą prawdziwa różnorodność. Spotykaliśmy osoby starsze i dzieci, samotnych wędrowców i całe rodziny, mnichów odzianych w tradycyjne szaty i ubraną współcześnie młodzież. Wszyscy w swoim tempie zmierzali na szczyt.

 

Dotarliśmy na górę ok. 5.00. Było nieco za wcześnie. Słońce miało wzejść za godzinę, a na szczycie niska temperatura dawała nam się we znaki. Schroniliśmy się w jednym z przyświątynnych budynków. Jak się okazało, nie byliśmy jedyni. Wewnątrz zebrał się już spory tłum również zmagających się z zimnem ludzi i wciąż ich przybywało.

 

Nagle wszyscy zaczęli kierować się do wyjścia. Większość osób zebrała się na schodach przy świątyni i patrzyła w stronę wschodzącego słońca, a raczej tam, gdzie powinno się ono pojawić, bo w ostatniej chwili zostało zasłonięte przez rozległą chmurę. Ciemność powoli się rozpraszała, gasły tak liczne wcześniej gwiazdy, a opadające mgły odsłoniły widok na okolicę. Przy dobiegających ze świątyni dźwiękach bębnów patrzyliśmy na zmieniający się krajobraz. Pobliskie szczyty wyłaniały się zza chmur, aby znów w nich zatonąć. Wszystko to działo się na tle nieba mieniącego się odcieniami różu, żółci, pomarańczy i błękitu. Staliśmy tak jeszcze jakiś czas, chłonąc niesamowitą atmosferę. O zimnie zapomnieliśmy zupełnie.

 

Wracaliśmy tą samą drogą, jednak wyglądała ona zupełnie inaczej. Dopiero za dnia ukazały nam się zbocza porośnięte wiecznie zielonym wilgotnym lasem równikowym, skryte wcześniej pod osłoną nocy. Przed nami było ponad 5 tys. schodów.

 

Wspaniałą górską panoramę podziwiać możemy także w Parku Narodowym Równin Hortona. To wysoko położony płaskowyż (ok. 2100–2300 m n.p.m.) znany z silnych wiatrów i kapryśnej pogody. Ścieżka w różnych odcieniach pomarańczy tworzy tu pętle prowadzące do dwóch charakterystycznych punktów zwanych Małym Końcem Świata i Końcem Świata. Oba zawieszone są nad głębokimi przepaściami (mającymi odpowiednio mniej więcej 300 i 1,2 tys. m). Rozpościerają się stąd zapierające dech w piersiach widoki na pobliskie szczyty. Niestety, można je oglądać tylko wówczas, gdy okolicy nie spowijają ciężkie chmury i gęsta mgła, co często się tutaj zdarza. Najlepiej wybrać się do parku o wczesnych godzinach porannych, ale nawet to nie daje gwarancji na natrafienie na sprzyjające warunki. Czasem warto jednak trochę poczekać na zmianę pogody, bo potrafi ona nastąpić niespodziewanie.

 

Miłośnicy mgieł powinni za to odwiedzić góry Knuckles (Knuckles Mountain Range). Ich niewielki obszar pokrywają lasy mgliste, w których ze względu na ciągłą kondensację pary wodnej mgły nie ustępują ani na chwilę. Zanim jednak dotrze się do tej tajemniczej krainy, podziwiać można piękno zielonych grzbietów skąpanych w południowym słońcu. W tym regionie znajdziemy również odosobnione domy zamieszkane przez ludzi trudniących się głównie uprawą ryżu i kardamonu.

 

KRÓLESTWO HERBATY

 

Tea Pluckers

Kobiety ciężko pracujące przy zbiorach herbaty to w większości Tamilki

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

Chociaż na wyspie uprawia się wiele gatunków roślin, w tym zwłaszcza przyprawy takie jak cynamon, gałka muszkatołowa czy kardamon, powszechnie kojarzy się ona przede wszystkim z herbatą, która stała się niejako symbolem Sri Lanki. Trudno się temu dziwić, gdyż ten cejloński produkt doceniany jest od dawna, a sam kraj mimo niewielkiej powierzchni (65 610 km²) zajmuje czwarte miejsce na świecie pod względem wielkości zbiorów (po Chinach, Indiach i Kenii).

 

Więcej sadzonek herbaty trafiło na Sri Lankę dopiero w drugiej połowie XIX w. Sprowadzone zostały z indyjskiego stanu Asam przez Brytyjczyków po tym, jak zaraza zniszczyła uprawianą przez nich wcześniej na wyspie kawę. Sekret wysokiej jakości cejlońskiej herbaty tkwi nie tylko w doskonałych warunkach do jej uprawy. Przede wszystkim wpływa na nią sposób zbierania liści. Podczas gdy w wielu miejscach na świecie używa się do tego celu maszyn, na Sri Lance wciąż tę pracę wykonuje się ręcznie, co umożliwia dokładną selekcję. Dlatego do suszenia trafiają później najlepiej nadające się liście.

 

Jakość ta okupiona jest jednak ciężką pracą kobiet na plantacjach. Zbieraniem herbaty (i wcześniej kawy) trudniły się przede wszystkim Tamilki sprowadzone przez Brytyjczyków po tym, jak Syngalezki odmówiły wykonywania tego zadania. Mimo upływu lat i zmiany sytuacji politycznej nadal to właśnie one są najliczniejszymi pracownicami plantacji. Od bladego świtu krążą wśród równo przyciętych krzewów, żeby zebrać nawet do 20 kg liści w ciągu dnia! Kobiety zrywają jedynie te najmłodsze, jasnozielone listki wraz z nierozwiniętym pączkiem, rosnące na szczycie herbacianego krzewu. Wymaga to nie tylko wiedzy, ale i cierpliwości, a także manualnej sprawności.

 

Specjalnie wyselekcjonowane liście poddawane są procesom suszenia, rolowania i fermentacji. Dopiero tak przygotowany susz trafia na aukcje, na których zaopatrują się w niego światowi producenci. Warto przy tym zaznaczyć, że zarówno herbatę czarną, jak i zieloną czy białą pozyskuje się z jednego typu herbacianego krzewu. Różni je jedynie to, co dzieje się z liśćmi po zerwaniu. W przypadku herbaty czarnej są one w pełni sfermentowane – najpierw więdną, potem zostają skręcone, ulegają fermentacji, a na koniec się je suszy. Liście herbaty zielonej poddaje się tylko minimalnemu utlenianiu, a później suszeniu i podgrzewaniu, co zapobiega rozpoczęciu się procesów fermentacyjnych, dzięki czemu produkt końcowy zachowuje zieloną barwę. Herbatę białą wytwarza się z nierozwiniętych młodych pączków pozostawianych do zwiędnięcia, a następnie suszonych.

 

Wzgórza pokryte przystrzyżonymi herbacianymi krzewami to jeden z najbardziej charakterystycznych, a także najpiękniejszych widoków na Cejlonie. Wspaniale prezentują się zarówno skąpane w południowym słońcu, jak i otulone poranną mgłą. Znajdują się m.in. w pobliżu miejscowości Nuwara Elija (Nuwara Eliya), Kandy, Haputale, Badulla, Bandarawela czy Dimbula, a podziwiać można je również z przebiegającej tu niezwykle widokowej trasy linii kolejowej. Przejażdżka pociągiem w tym malowniczym rejonie jest atrakcją, której podczas podróży po Sri Lance naprawdę nie wolno pominąć.

 

W trakcie wizyty na tutejszych plantacjach nie tylko nacieszymy oczy. Uświadomimy też sobie, jak długotrwały i pracochłonny proces przechodzi herbata, zanim trafi do naszych filiżanek w formie popularnego napoju.

 

Rajskie wybrzeże

 

Sun tanning at one of the many beautiful sandy beaches

Na Cejlonie jest mnóstwo słonecznych plaż idealnych na błogi wypoczynek

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

Sri Lanka to wręcz wymarzone miejsce dla osób chcących odpocząć na słonecznym wybrzeżu. Wszak wyspę oblewają krystaliczne wody Oceanu Indyjskiego, a długa na 1340 km linia brzegowa usłana jest gęsto naturalnymi, skąpanymi w słońcu plażami. Pasy białego i złocistego piasku urozmaicają namorzynowe laguny, palmowe gaje, zaciszne zatoczki, urokliwe rybackie wioski i rafy koralowe. Lankijskie wybrzeże ma niejedno oblicze. Znajdują się na nim tętniące życiem kurorty, jak i miejsca niemal całkiem bezludne. Są tutaj plaże dla miłośników imprez i nocnego życia oraz takie dla osób lubiących czytać książki w hamaku. Luksusowe hotele zaspokajające oczekiwania bardzo wymagających klientów przeplatają się ze skromnymi domkami pozbawionymi cywilizacyjnych udogodnień. Odnajdą się tu turyści chcący aktywnie spędzić czas na surfowaniu czy nurkowaniu, a także ludzie szukający błogiego spokoju i ciszy, spragnieni obcowania z przyrodą. Warto zatem zrobić wcześniej rozeznanie, żeby wybrać plażę najbardziej odpowiadającą naszym wymaganiom.

 

Na południowo-zachodnim wybrzeżu można odwiedzić Galle. To założone na początku XVI stulecia przez Portugalczyków (w miejscu, gdzie istniał już port) i przebudowane później przez Holendrów miasto słynie z wąskich uliczek, kolonialnych willi, kilkusetletnich kościołów i fortu z XVII w. Jego centrum historyczne zostało wpisane w 1988 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO jako najlepszy przykład ufortyfikowanego ośrodka wzniesionego przez Europejczyków w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej.

 

Niedaleko brzegów oceanu położony jest również Park Narodowy Yala, w którym można spotkać wiele gatunków zwierząt takich jak słonie, bawoły indyjskie (wodne), krokodyle błotne i różańcowe czy lamparty w ich naturalnym środowisku. To zresztą nie jedyne takie miejsce na wyspie. W celu obserwowania lokalnej fauny warto wybrać się też do parków narodowych Udawalawe lub Wilpattu.

 

Powierzchnia Sri Lanki wynosi tyle, ile mniej więcej jedna piąta terytorium Polski. Na tak niewielkim obszarze znajdują się wspaniałe góry, piękne plaże, ciekawe skarby kultury i architektury buddyjskiej, a także parki narodowe pełne egzotycznych roślin i zwierząt. Wszystko to sprawia, że po pierwszej wizycie na wyspie odwiedzający ją czują niedosyt, który skłania ich do planowania powrotu do tego niesamowitego zielonego zakątka świata.

 

Pod słońcem południowej Hiszpanii

pano2net.jpg

Widok na marinę w Alicante z Zamku św. Barbary na wzgórzu Benacantil

©AYUNTAMIENTO DE ALICANTE

MAGDALENA BARTCZAK


Choć wśród polskich turystów odwiedzających Hiszpanię wciąż największą popularnością cieszą się przede wszystkim Barcelona i region Costa Brava czy Wyspy Kanaryjskie – na czele z Fuerteventurą i Teneryfą – oraz Madryt, to warto pamiętać o tym, jak niezmiernie fascynującym miejscem jest południe tego kraju. Ten rozpalony słońcem fragment Półwyspu Iberyjskiego wypełniają piękne miasta i pokrywają liczne, wciąż jeszcze nieodkryte plaże. Koniecznie trzeba się o tym przekonać. 

Więcej…

Apetyt na Gruzję

NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

<< Podróżowanie po tym usytuowanym na Kaukazie Południowym (Zakaukaziu), na pograniczu Europy i Azji, pięknym, dzikim i szalonym państwie to doświadczanie świata wszystkimi zmysłami. Podczas podziwiania majestatycznych kaukaskich szczytów rozlewamy do kieliszków kolejną butelkę aromatycznego czerwonego wina Saperavi lub białego Rkatsiteli. W naszych ustach rozpływają się wyborne, domowej roboty sery, a na suto zastawionym stole czekają kolejne przysmaki, które kuszą apetycznym wyglądem, zapachem i przede wszystkim smakiem. Pora wznieść toast za przodków i rozpocząć gruzińską „suprę”, czyli huczną i radosną ucztę. „Gaumardżos!” – „Na zdrowie!”. Niech żyje Gruzja! >>

Więcej…