HQ_Sandals_Montego_Bay_Pool_Bar_Aerial.jpg

Strefa z basenami w resorcie Sandals Royal Caribbean w Montego Bay

©UNIQUE VACATIONS (UK) LTD. IMAGE BANK

 

Jerzy Pawleta


Gdy zamkniemy oczy i wyobrazimy sobie Jamajkę, zobaczymy słońce, białe plaże, krystalicznie czystą błękitną wodę Morza Karaibskiego, palmy i rozbawionych ludzi. Oprócz tego przyjdą nam na myśl muzyka reggae, Bob Marley, rum i egzotyczne drinki. Niektórzy z nas na pewno też przypomną sobie historię jamajskich bobsleistów startujących na XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Calgary w 1988 r. czy sześciokrotnego mistrza olimpijskiego Usaina Bolta. To jednak nie wszystko, z czego słynie ta piękna wyspa.

 

Sam miałem niezwykłą przyjemność skonfrontować swoje wyobrażenia z rzeczywistością. Jamajka nie zaskoczyła mnie temperaturą, gdyż ta cały rok utrzymuje się w tych stronach na podobnym poziomie, oscyluje w granicach 25–30°C. Zdziwił mnie natomiast fakt, że mimo tego występują tu sezony turystyczne. Pora deszczowa (od maja do października), objawiająca się zazwyczaj krótką ulewą w godzinach wieczornych, na tyle zniechęca zagranicznych gości, iż we wrześniu bez problemu znajdziemy nocleg w hotelu i stolik w restauracji czy pod plażowym parasolem, choć przecież nie pada codziennie, a chmury, które nagle pojawiają się na horyzoncie, wyglądają fantastycznie. Chyba największą niespodzianką była dla mnie miejscowa infrastruktura przeznaczona dla turystów. Ogromna liczba i różnorodność hoteli i pensjonatów oraz wysoka jakość ich usług naprawdę zdumiewają.

Ostatnie dni na wyspie spędziłem w Sandals Royal Caribbean w Montego Bay. Klasa obiektu, należącego do sieci luksusowych resortów Sandals działającej niemal w całym regionie Morza Karaibskiego, przeszła moje wszelkie oczekiwania. Oprócz malowniczego położenia nad wspaniałymi plażami i spokojnymi turkusowymi wodami, ten rozległy ośrodek wypoczynkowy szczyci się niezmiernie szeroką ofertą rozmaitych form spędzania wolnego czasu i usług w wersji all inclusive. Popływamy tutaj w błękitnych lagunach lub kilku basenach, ponurkujemy wśród raf koralowych, także z maską i rurką, wybierzemy się w rejs jachtem albo na wycieczkę kajakiem bądź po prostu wypoczniemy na łożach z baldachimem stojących tuż nad samym brzegiem. Na lądzie, na białym piasku wybrzeża i w hotelowych ogrodach, czeka na nas wiele propozycji bardziej towarzyskich rozrywek: od siatkówki plażowej czy egzotycznego dla nas krykieta przez zupełnie nieznane mi gry plenerowe po klasyczny bilard. Korzystać możemy ze spa, wielu stanowisk do masażu lub relaksu. W pięciu barach spróbujemy egzotycznych drinków, a na tarasie przy plaży zjemy potrawy regionalne i dania kuchni świata. Największą popularnością cieszy się restauracja tajska Royal Thai, usytuowana na małej wysepce z basenem, nad którym odbywają się imprezy. Dodam jeszcze, że mój pokój wyposażono w dwie wanny, a z jednej z nich, ustawionej niemal na trawniku, rozpościerał się cudowny widok na morze.

Poranek w raju

 

IMG_4825.jpg

 

Położone na wybrzeżu knajpki zapraszają na świeże i smaczne potrawy

©JERZY PAWLETA



Mimo wszelkich udogodnień warto opuścić teren hotelowego kompleksu i poznać bliżej wyspę. Niewielka Jamajka (10 991 km²) ma niezmiernie dużo do zaoferowania. Szczególnie urzekające jest jej piękne wybrzeże. Ja zacząłem zwiedzanie od 11-kilometrowej Siedmiomilowej Plaży w Negril. Do postkolonialnego resortu Rondel Village, na który składa się kilka komfortowych wolno stojących białych pawilonów z drewna, dotarliśmy po zmroku. W strefie podrównikowej dzień trwa zawsze od godziny 6.00 do 18.00. Na granicy morskiego brzegu i hotelu, pośród bujnej zieleni, znajduje się niepozorny okrągły bar. Nielicznym gościom ciemnoskóry barman serwuje tropikalne drinki. Dajemy namówić się na marleya. Napój ma trzy warstwy w kolorach rastafarian: zielonym, żółtym i czerwonym. Barman zapala drink od góry i przez słomkę opróżniamy cały kieliszek naraz. Witaj Jamajko!

Poranek przynosi wspaniałą pogodę. Dzień rozpoczynam od długiej kąpieli. Woda jest spokojna, pływa się świetnie. Z morza podziwiam łodzie rybackie i turystyczne (z przezroczystym dnem umożliwiającym obserwowanie stworzeń morskich i rafy koralowej) oraz niską zabudowę resortów usytuowanych pośród bujnej zieleni. Podglądam krągłe czarnoskóre kobiety rozstawiające pod palmami swoje stoły do masażu, muskularnych młodzieńców świadczących usługi dla turystów i pojawiających się pierwszych sprzedawców pamiątek. Gdy wychodzę na brzeg, zostaję zagadnięty przez jednego z nich. Oferuje swoją muzykę reggae na płycie CD. Żeby namówić mnie do zakupu, zaczyna śpiewać chrapliwym głosem którąś z piosenek. Na szczęście, mam ze sobą kamerę. Płytę – oczywiście – muszę kupić. Po krótkim targowaniu się schodzimy ostatecznie do 5 dolarów amerykańskich, które są tu równoprawną walutą z dolarami jamajskimi.

Śniadanie serwowane w postkolonialnej restauracji z widokiem na morze smakuje wyśmienicie. Zamawiam tutejszy przysmak, czyli ackee and saltfish. Pod tą nazwą kryje się smażony solony dorsz (wcześniej moczy się go przez całą noc) z dodatkami. Najważniejszym jest – oczywiście – sprowadzony na Karaiby przed trzema wiekami z Afryki Zachodniej owoc ackee (bligia pospolita, Blighia sapida), zupełnie nieznany w Europie. Oprócz niego używa się cebuli, papryki, pomidorów i przypraw, a także boczku. Nie wszystkim turystom ta klasyczna jamajska potrawa smakuje. Ja jednak po tym, jak spróbowałem jej po raz pierwszy, zawsze starałem się jadać ją na śniadanie. Warto dodać, że niewłaściwie przyrządzony owoc ackee może być trujący.

Skok na miarę mistrza

Wyruszamy w drogę. Mijamy codzienny targ w Negril, łodzie rybackie zacumowane przy brzegach rzeki wpadającej do morza, senne miasteczko o trochę chaotycznej zabudowie. Poza jego centrum znajdują się liczne resorty, knajpki i kluby. Odwiedzamy madame Jackie Lewis, właścicielkę dosyć niezwykłego pensjonatu Jackie’s on the Reef, usytuowanego na twardym jak skała koralowym nabrzeżu. Okazały kamienny dom mieści kilka obszernych pokoi, z których jeden wyróżnia się niewiarygodnych wręcz rozmiarów baldachimem. Gospodyni oferuje orientalne zabiegi lecznicze i kosmetyczne (co ciekawe, wyłącznie singlom), w związku z czym pomieszczenia pełne są osobliwych rekwizytów. W wolno stojących pawilonach, wokół których krzątają się pracownicy tego kompleksu, goście korzystają z masaży lub po prostu się relaksują. Niektóre z nich to jednopokojowe bungalowy z łazienką pod gołym niebem.

Jedziemy dalej krętymi drogami wnętrza lądu. Zapuszczamy się w głąb wyspy, między okoliczne wzgórza. Mijamy wspaniałe prywatne posiadłości i raczej ubogie wioski. Otaczająca nas przyroda jest niesamowicie bujna. Nasz cel stanowi Blue Hole Mineral Spring koło Negril – naturalna studnia o średnicy kilku metrów wydrążona w poszarpanej skale, na dnie której tryska źródło krystalicznie czystej wody o właściwościach leczniczych. Za największą atrakcję tego miejsca, oprócz kąpieli i zdrowotnych okładów z błota, uchodzą skoki z krawędzi do otworu o ok. 10-metrowej głębokości. Co odważniejsi wspinają się na wysokie drzewo rosnące w pobliżu i spadając, wykonują przeróżne ewolucje. To rozrywka tylko dla największych śmiałków. Mniej skłonne do ryzyka osoby mogą zrelaksować się w położonym niedaleko basenie lub podczas gry w domino z niezmiernie sympatycznymi Jamajczykami w lokalnym barze.

Jak się okazało, skoki do wody były tematem przewodnim tego dnia pobytu na Jamajce. Wyprawę zakończyliśmy w Rick’s Café w Negril. Podczas spaceru po plaży czy samym miasteczku odnosi się wrażenie, że nie ma tutaj zbyt wielu turystów, dopiero w okolicy słynnego lokalu przekonujemy się, że to nieprawda. Takich tłumów dawno nie widziałem. Dlaczego wszyscy ściągają wieczorem do Rick’s Café? Wymienić można kilka powodów, m.in. oglądanie malowniczego zachodu słońca czy popisów amatorów mocnych wrażeń, którzy skaczą z przybrzeżnych klifów West End, z wysokości kilku lub kilkunastu metrów, do wzburzonego morza pomiędzy skałami. Odważnych nie brakuje. Na dole asekuruje ich łódź ratunkowa. Pozostali świetnie bawią się na górze. W towarzystwie brylują amerykańskie dziewczyny w skąpych strojach kąpielowych i atrakcyjnie umięśnieni czarnoskórzy Jamajczycy. Zespół reggae gra też swoje piosenki, ale głównie prezentuje utwory Boba Marleya (1945–1981), które zebrani odśpiewują wspólnie. Gdy słońce chowa się za horyzontem, rozlega się głośny okrzyk i niemal wszyscy, włącznie z nami, opuszczają kafejkę. Kolację jemy w równie gwarnej sąsiedniej restauracji usytuowanej nad samym klifem. Czeka w niej na nas kolejny miejscowy przysmak – jerk chicken, czyli kurczak przyrządzony w bardzo specyficzny sposób. Maroni, potomkowie zbiegłych czarnych niewolników ukrywających się w regionie karaibskim, wynaleźli metodę bezdymnej konserwacji mięsa w glinie. Stosowali ją po to, aby nie zdradzać swoich kryjówek. Dzisiaj dania w stylu jerk, przygotowywane również z wieprzowiny czy ryby, stanowią obowiązkowy punkt na liście każdego smakosza przybywającego na Jamajkę. Wyjątkowy pierwszy dzień wizyty na wyspie kończymy także butelką lokalnego piwa.

Warto wspomnieć, że południowo-wschodni obszar kraju zamieszkiwany przez maronów i związany z ich kulturą, czyli Góry Błękitne (Blue Mountains) i pobliskie pasmo John Crow (John Crow Mountains), wpisano w 2015 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To prestiżowe wyróżnienie otwiera nowe możliwości turystycznego rozwoju rejonu, obejmujące organizowanie wypraw trekkingowych, raftingu bądź nawet wycieczek po historycznych strefach powojskowych. Trasa Nanny Town Heritage Route prowadzi wzdłuż marońskich szlaków, kryjówek i osad. Gęste tropikalne lasy zapewniały maronom wszystko, czego potrzebowali do przetrwania, dlatego kulturowo silnie zrośli się z górami. Wciąż można to dostrzec w obrzędach religijnych, tradycyjnej medycynie i tańcach ich potomków. W tym regionie znajdziemy mnóstwo endemicznych gatunków flory, zwłaszcza porostów, mchów i niektórych roślin kwiatowych. Tereny Parku Narodowego Gór Błękitnych i Johna Crowa (Blue and John Crow Mountains National Park) za czasów prekolumbijskich zasiedlali też Tainowie, rdzenny lud uważany za całkowicie wymarły. Według najnowszych badań jednak obecni mieszkańcy wysp karaibskich w znacznej mierze wywodzą się właśnie od tych Indian.

Spotkanie z krokodylami

 

Jamaica_719.jpg

 

Rzeka Czarna to dom ponad 400 ogromnych krokodyli amerykańskich

©MAGAZYN ALL INCLUSIVE



Kolejnego dnia wybieramy się nad rzekę Czarną (Black River). Na Jamajce żyje niewiele dużych dzikich zwierząt, dlatego spotkanie z krokodylami amerykańskimi jest tu czymś wyjątkowym. Żeby je wypatrzeć, potrzeba nieco szczęścia. My mamy go w nadmiarze. W trakcie czekania na łódź zauważamy, jak z wody wynurzają się najpierw ślepia, a po chwili cały łeb ogromnego gada. Ostrzeżenia przewodnika, aby nie zbliżać się do nabrzeża, okazują się niebezpodstawne. Krokodyl na naszych oczach gwałtownie i z głośnym pluskiem rzuca się na niewidoczną dla nas ofiarę. Podekscytowani ruszamy wielką łodzią motorową w górę nieuregulowanej rzeki, która wije się leniwie przez niemal 55 km pośród fantastycznych lasów namorzynowych. Korzenie drzew wyglądają jak nogi tysięcy pająków wodnych. W przybrzeżnych trawach i krzewach kryją się niezliczone ilości ptaków. Występuje tutaj ponad 100 ich gatunków (w tym długoszpony, czaple i rybołowy). Nad nami krąży duży drapieżnik. Rzeka zmienia kolor z czarnego na jasnobrunatny. Miejscowi żartobliwie nazywają ją Michael Jackson River. Na odmienną barwę wpływa rodzaj dna i butwiejących na nim roślin oraz bagienne środowisko. Sama woda jest krystalicznie czysta. Wypatrujemy kolejnych krokodyli. Niespodziewanie spośród bujnej zieleni wynurzają się znane nam już oczy. Tym razem pojawia się młody osobnik. Pokazuje tylko pysk i bezgłośnie znika pod powierzchnią. Następnego dostrzega nasz przewodnik, gdy gad leniwie wyleguje się na wielkim konarze wystającym z rzeki. Ogromny i piękny krokodyl zupełnie nas ignoruje. Mimo iż podpływamy całkiem blisko, nawet nie otwiera oka. Leży z szeroko otwartą paszczą, ukazując imponujące uzębienie. Przewodnik ochlapuje go wodą i olbrzym uprzejmie zamyka pysk. Wracamy ukontentowani. Po drodze wsłuchujemy się w opowieści naszego opiekuna i podziwiamy niezwykłą równikową roślinność.

To nie koniec dzisiejszej wyprawy. Tym razem poruszamy się po lądzie. Krajobraz szybko się zmienia: z nadmorskiego przechodzi najpierw w bujny tropikalny, a po chwili przekształca się w zupełnie suchy i surowy. Przekraczamy góry, aby dotrzeć na południowe wybrzeże. Tutejszy niewielki, choć bardzo urokliwy resort Jakes Treasure Beach wita nas wiejsko-kolonialną architekturą i starym fordem prefectem z 1941 r. Zostaję zakwaterowany w domku stojącym nad samym brzegiem burzliwego w tej okolicy morza. Salon mieści się na jego dachu, wielkie łoże z baldachimem wychodzi wprost na drewniany taras, a łazienka z prysznicem i wanną usytuowane są na zewnątrz budynku. Widok z samej wanny też jest wspaniały. Urzeka pięknem zwłaszcza w nocy, gdy gwiazdy migoczą nad głową, a księżyc rozświetla srebrzyście morskie fale. Zanim jednak mogłem go podziwiać, usiedliśmy do znakomitej kolacji złożonej ze świeżych owoców morza i lokalnych ryb. W tym rejonie warto odwiedzić także odległy o mniej więcej pół godziny rejsu łodzią Pelican Bar. Lokal wzniesiony na palach z dala od brzegu zbudował i prowadzi jego właściciel.

Rum i wodospady

Nieco inne atrakcje czekają nas następnego dnia. Najpierw składamy wizytę w najstarszej na wyspie destylarni rumu Appleton Estate, która działa od 1749 r. Nie można być na Jamajce i nie skosztować dumy tego kraju. Ten trunek ma niezmiernie ciekawą historię. Dość wspomnieć, że na początku był jedynie produktem ubocznym przy wytwarzaniu cukru. Duże wrażenie robią hale, gdzie leżakują setki ogromnych bek z rumem, w tym również tym najstarszym, gdyż ten dojrzewa właśnie wyłącznie w beczkach. Alkohol rozlany do butelek już nie nabiera wieku. Odwiedziny w Appleton Estate kończy oczekiwana degustacja. Okazuje się, że oprócz podziału na roczniki, rozpoznawane przez znawców także po kolorze (młode są jasne i ciemnieją z wiekiem), trunek klasyfikuje się też ze względu na gatunki. Wśród nich wyróżnia się nawet takie jak czekoladowy czy kokosowy. Przy opuszczaniu destylarni robimy – oczywiście – niezbędne zakupy.

Po zwiedzaniu czas na przygodę. Jedziemy w kierunku gór. Dzięki szczególnemu mikroklimatowi rozwinęły się w tym rejonie bujne lasy deszczowe. Mijamy zielone pola, farmy bydła i stadniny koni. To nieomylny znak, że zbliżamy się do wodospadów YS (YS Falls). Przesiadamy się na traktor z przyczepą i po chwili trafiamy do prawdziwie magicznego miejsca. Spomiędzy gęstej zieleni wyłaniają się kaskady wzburzonej wody. Wodospady tworzą naturalne baseny, rozlewiska i przesmyki na kilku piętrach. Ten cud natury w sposób niemal nienaruszający jego pierwotnego stanu przystosowano do uprawiania sportu i rekreacji. Najodważniejsi mogą zjechać ze szczytu YS na długiej stalowej linie do samych podnóży. Skoczymy tu również do wody z wysokiego brzegu, trzymając się liany niczym Tarzan, oraz przeprawimy się kamiennymi krawędziami na drugą stronę kaskad, żeby opadające z hukiem strugi wymasowały nam całe ciało. Na równo przyciętych trawnikach u dołu wodospadów powstały miejsca przeznaczone do urządzenia pikniku, niewielka restauracja i sklep z pamiątkami.

Turystyczne nowinki

HQ_IslandRoutes_dunnsriver_2.jpg

Dunn’s River Falls koło Ocho Rios, skok z liany do naturalnych basenów

©UNIQUE VACATIONS (UK) LTD. IMAGE BANK

 

 

Wreszcie docieramy do turystycznego Montego Bay pełnego białych plaż. Zatrzymujemy się we wspomnianym Sandals Royal Carribean, resorcie szczycącym się tym, że znajduje się w rękach krajowego zarządu i pracują w nim niemal wyłącznie Jamajczycy. W tym samym czasie w nieodległym Montego Bay Convention Centre (MBCC) odbywają się w dniach 20–22 września największe na Jamajce, 25. targi turystyczne Jamaica Product Exchange (JAPEX) 2015. Przyciągają one wystawców z całego kraju i gości ze świata, którzy zainteresowani są nawiązaniem współpracy z lokalnymi firmami. Przedstawiciele branży mogą zapoznać się z mnóstwem ofert z tutejszego rynku. Wiele z nich to nowości zaskakujące pomysłowością, takie jak choćby uniform do kontaktu i pływania z delfinami. Delfinaria stanowią zresztą oczko w głowie jamajskiej turystyki. Z tymi niesamowicie inteligentnymi ssakami pobawimy się tu nie w basenie, ale w morzu. Pogłaszczemy też rekiny, które prezentują pokaz siły i sprawności. Najbardziej podoba mi się jednak nakierowanie na rozwój regionalnych inicjatyw, powstających wśród małych społeczności i nastawionych na bezpośrednie relacje z turystą.


Galę uświetnił minister turystyki i rozrywki Kenneth Wykeham McNeill i inni wyśmienici goście, m.in. prezes Jamaica Hotel & Tourist Association (JHTA) Nicola Madden-Greig. Impreza na ogromnym placu przed centrum targowym to okazja do zawarcia wielu znajomości, które zaowocować mogą interesującymi kontraktami, szczególnie że Jamajka pretenduje do grona najpopularniejszych kierunków turystycznych. W Montego Bay mamy także szansę przyjrzeć się dynamicznie rozwijającej się bazie hotelowej. Swoim rozmachem imponują inwestycje hotelu Hilton Rose Hall Resort & Spa, który systematycznie się rozbudowuje, unowocześnia i poszerza własną ofertę. Duże wrażenie robi w nim ogromny basen w alei palmowej usytuowany nad samym morzem. W tyle nie pozostają również jego konkurenci, np. Hyatt Zilara Rose Hall. Park pomiędzy obiektem a wybrzeżem z piękną plażą wygląda jak Wenecja zbudowana z zieleni – pełno w nim przesmyków i kanałów z krystalicznie czystą wodą, nad którymi rozpięto białe mostki. Ukryte pośród roślinności baseny zapraszają do kąpieli. Zapotrzebowanie na miejsca noclegowe w hotelach i resortach typu all inclusive stale rośnie, podobnie jak w przypadku hosteli i pensjonatów B&B (bed and breakfast).

James Bond z Jamajki

Na koniec odwiedzam jeszcze modne wśród turystów Ocho Rios. Jamajczycy mówią, że tutaj niebo wlewa się do morza. Okolica słynie z efektownych wodospadów – Dunn’s River Falls – i egzotycznych ogrodów. Udział jamajskich bobsleistów w XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Calgary w 1988 r.stał się inspiracją do stworzenia na pobliskiej górze Mystic (Mystic Mountain) toru bobslejowego w lesie deszczowym. Wielką sławę przyniósł regionowi brytyjski agent specjalny James Bond. To właśnie tutaj nakręcono Doktora No (1962 r.), pierwszą część popularnej serii filmów z 007. Jedna z miejscowych plaż nosi nawet jego imię.

Do Ocho Rios zawijają też gigantyczne rejsowe statki wycieczkowe. Jeden z nich mogłem podziwiać przez ogromną szklaną ścianę hotelu Moon Palace Jamaica Grande Resort and Spa. Jego nazwa idealnie oddaje rozmiary kompleksu, należącego do Meksykanów z Cancún (do sieci Palace Resorts). Obiekt imponuje niezwykłą dbałością o każdy detal, pełną ofertą all inclusive (bez jakichkolwiek dopłat), takimi oryginalnymi pomysłami na spędzenie wolnego czasu jak surfing na terenie resortu oraz troską o najmłodszych gości. Wodny park zabaw dla dzieci po prostu zachwyca. Te osoby, którym przeszkadza towarzystwo niepełnoletnich, mogą zamieszkać w osobnym skrzydle, przeznaczonym tylko dla dorosłych, i w spokoju korzystać z uroków pobytu na wyspie.

Nie polecam jednak zamykania się wyłącznie w murach nawet najbardziej komfortowych ośrodków wypoczynkowych. Świat na zewnątrz jest znacznie ciekawszy. Do jego poznania na pewno zachęci każdego propozycja stadniny z parku rozrywki Chukka z rejonu Ocho Rios – Horseback Ride ’N’ Swim. Podczas przejażdżki konnej zanurzymy się na grzbietach wierzchowców w ciepłych wodach Morza Karaibskiego. To niesamowite doświadczenie pozwala poczuć siłę koni i przekonać się o ich umiejętnościach pływackich. Yeah mon! Zapraszam na rajską Jamajkę!

Artykuły wybrane losowo

12 najlepszych miejsc na świecie do uprawiania kitesurfingu

MAŁGORZATA CHOLEWA
MAGDALENA LASOCKA

Z roku na rok coraz więcej Polaków wsiada na deskę z latawcem, wystarczy latem zawitać nad Zatokę Gdańską, aby przekonać się o dużej popularności tego sportu wodnego w naszym kraju. Niestety, pogoda na wybrzeżu Morza Bałtyckiego pozwala cieszyć się wysokimi temperaturami, wiatrem i falami jedynie przez kilkanaście letnich tygodni. W chłodniejszym okresie miłośnicy tej widowiskowej dyscypliny muszą trenować w rejonach o cieplejszym klimacie. Nic więc dziwnego, że w Polsce niezmiernie szybko rozwija się turystyka kitesurfingowa, co wiąże się również ze zwiększającym się zapotrzebowaniem na odkrywanie coraz to nowych, egzotycznych zakątków świata.

Więcej…

Mała wielka Malta

MARCIN „HUMBAK” JĘDRZEJCZAK

 

Leżąca na Morzu Śródziemnym, mniej więcej pośrodku między Gibraltarem a Izraelem, a także Sycylią i Tunezją, Malta jest dosyć dobrze rozwiniętym gospodarczo państwem, tysiąc razy mniejszym od Polski (316 km2 powierzchni). Nie uprawia się w nim ani warzyw, ani owoców, wycięto wszystkie oliwne drzewka, a jedyne, co pozostało, to winnice. Brak tu rzek czy jezior, deszcz pada rzadko i praktycznie nie ma słodkiej wody, znajdziemy za to mnóstwo zabytków. Dlatego kraj ten nazywa się często muzeum pod gołym niebem.

Wodę w miejscowym hotelu po przegotowaniu można śmiało wypić. Jej smak nie jest jednak źródlany, bowiem Maltańczycy pozyskują ją odsalając tę, której mają pod dostatkiem w morzu. Nad umywalką umieszczone są dwa krany – z jednego płynie gorąca, a z drugiego zimna woda. To jedna z pozostałości po Brytyjczykach, poprzednich władcach archipelagu.

Więcej…

Roztańczona tropikalna Brazylia

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Wymyślne platformy z tancerzami na Sambódromo do Rio de Janeiro w 2016 r.

 24921609281 86fdc983ff o

© FERNANDO GRILLI/RIOTUR

 

W Brazylii, jednym z największych państw na świecie i największym w Ameryce Południowej, znajdziemy wszystko, czego pragnie podróżnik. Jej wschodnią granicę stanowią piękne złociste plaże położone nad Oceanem Atlantyckim. Na północy i zachodzie rozciągają się amazońskie lasy, a bliżej południa leżą tętniące życiem metropolie Rio de Janeiro i São Paulo. Ten kraj kusi i zniewala. Każdy, kto zostawił tu serce, marzy o powrocie w te strony.

 

Uderzenie gorącego powietrza, widok uśmiechniętych twarzy, dochodzący zewsząd gwar wielkiego miasta – takie były moje doświadczenia po wyjściu z lotniska podczas pierwszej wizyty w Rio de Janeiro, od którego rozpoczęłam wyprawę po fascynującej Brazylii. Oszałamia ona przyjezdnego nie tylko różnorodnością, klimatem i serdecznością mieszkańców, lecz także imponującym terytorium. Ma ponad 8,5 mln km2 powierzchni i zajmuje niemal połowę kontynentu. Pod względem obszaru niedużo więc ustępuje Europie.

 

Sami Brazylijczycy, których jest ok. 207 mln, mówią, że nie istnieje coś takiego jak jedna Brazylia. Obok elementów kultury jednoczących mieszkańców (m.in. znanej na całym świecie wielkiej miłości do piłki nożnej, uważanej przez nich za świętą) znajdziemy tu wiele różnic między regionami i ich tradycjami czy krajobrazami. Poza tym przy planowaniu podróży warto wziąć pod uwagę nie tylko duże odległości, ale też zmieniające się uwarunkowania klimatyczne. Na Nizinie Amazonki niemal przez okrągły rok panuje wysoka wilgotność i temperatura powietrza (dochodząca nawet czasami do prawie 45°C). Często nawiedzają ją również burze i tropikalne deszcze. W środkowo-wschodniej części kraju, gdzie rozciąga się Wyżyna Brazylijska, występuje pora deszczowa i sucha. Najbardziej sprzyjający klimat panuje na wybrzeżu, na którym upał nie daje się tak we znaki dzięki orzeźwiającej bryzie znad oceanu. Południe Brazylii natomiast leży w strefie zwrotnikowej i podzwrotnikowej z ciepłą zimą i gorącym latem.

 

MIASTO SŁOŃCA I BOSSA NOVY

 

Ten kraj rozsławił na cały świat – oczywiście – huczny karnawał. Zwyczaj zabaw przed okresem wielkiego postu przywieźli ze sobą w latach 20. XVIII w. portugalscy osadnicy. W kolejnym stuleciu został on spopularyzowany przez… coraz liczniejszych emigrantów z Francji. Brazylijczycy szybko go sobie przyswoili i stopniowo przekształcili w maskaradę i taneczne korowody. Pierwszy bal maskowy z muzyką odbył się w Rio de Janeiro w 1840 r. Od tego czasu tutejszy pięciodniowy karnawał zyskiwał sobie coraz większą popularność. Istnieje oficjalnie już od lutego 1892 r. i do tej pory odbyło się 125 jego edycji.

 

O wyjątkowym charakterze tej niezmiernie barwnej imprezy decyduje z pewnością samba – prawdziwy skarb narodowy Brazylijczyków. Ten gatunek sięga swoimi korzeniami do pieśni i tańców afrykańskich niewolników. Karnawałowe szaleństwo zaczyna się zwykle na kilka dni przed Środową Popielcową. Na znak inauguracji burmistrz oddaje klucze do miasta szkołom samby. To właśnie one organizują defilady, w których można podziwiać tancerzy w błyszczących, kolorowych kostiumach i ludzi poprzebieranych za rozmaite postacie. Fantastyczne korowody przemierzają ulice (Avenida Marquês de Sapucaí, Estrada Intendente Magalhães i inne główne arterie), a po słynnym sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí lub inaczej Sambódromo do Rio de Janeiro – specjalnej alei z trybunami dla widzów i jurorów oceniających każdy zespół) suną barwne platformy. Impreza trwa pięć dni, choć przygotowania do niej odbywają się praktycznie cały rok.

 

Główną zasadą karnawału, zarówno w Rio de Janeiro, jak i wszędzie na świecie, jest to, że w jego trakcie wszyscy stają się równi. Przestają liczyć się podziały na biednych i bogatych, a ustalony porządek ulega odwróceniu. Może dlatego jego tradycja zyskała sobie taką popularność akurat w tym mieście, niezmiernie zróżnicowanym społecznie i pełnym ludzi marzących o odmianie swojego losu. Swoiście karnawałowy charakter ma nawet krajobraz tej metropolii – zamieszkane przez najuboższych fawele (czyli dzielnice nędzy) rozciągają się na wzgórzach, a zamożniejsi obywatele żyją w niżej położonych rejonach. Właśnie ci najbiedniejsi codziennie budzą się z najpiękniejszym widokiem na Rio de Janeiro i pobliską zatokę Guanabara. Od pewnego czasu fawele jednak stopniowo się zmieniają. Nadal stanowią charakterystyczny element miasta, ale stają się bezpieczniejsze.

 

W rejonie dzielnic klasy średniej Santa Teresa i Lapa warto podejść pod ozdobione kolorowymi ceramicznymi kafelkami Schody Selarón (Escadaria Selarón, autorstwa chilijskiego artysty Jorge Selaróna). Na obu tych obszarach znajdziemy zachwycającą kolonialną architekturę. Na dodatek to ulubione miejsca tutejszej bohemy i amatorów dobrej zabawy. Kojarzą się z kawiarniami, klubami z muzyką na żywo i ulicznymi artystami, zapewniającymi spacerowiczom rozrywkę przez całą dobę. Niemal bez przerwy słychać tu sambę, a na placu pod XVIII-wiecznym Akweduktem Carioca (Aqueduto da Carioca) ludzie spotykają się, aby pograć w szachy i pogawędzić przy piwie lub koktajlu caipirinha (klasycznym drinku przyrządzanym na bazie mocnego alkoholu cachaça, cukru, limonek i lodu).

 

WZGÓRZA WŚRÓD PLAŻ

 

Kolejnym znakiem rozpoznawczym Cudownego Miasta (Cidade Maravilhosa), jak określa się Rio de Janeiro, jest bliskość przyrody. Nie trzeba nawet oddalać się od centrum czy dzielnic mieszkalnych, aby natknąć się na wzgórza, tropikalne lasy bądź parki. Właśnie w tej metropolii znajduje się największy ogród botaniczny w Ameryce Południowej (o powierzchni ok. 140 ha). Jardim Botânico do Rio de Janeiro założono w 1808 r. na polecenie późniejszego króla Portugalii Jana VI (1767–1826). Początkowo na tym terenie uprawiano przyprawy, ale po kilkunastu latach (w 1822 r.) został on otwarty dla publiczności. Dziś stanowi idealne miejsce do schronienia się przed gwarem miasta i upałami. Obejrzymy tutaj m.in. pięknie zaprojektowany ogród japoński i aleję wysmukłych palm królewskich (z gatunku Roystonea oleracea) – Aleia Barbosa Rodrigues.

 

W pobliżu ogrodu botanicznego leży Park Narodowy Tijuca (Parque Nacional da Tijuca – niemal 40 km2 powierzchni) z Lasem Tijuca (Floresta da Tijuca) należącym do największych na globie lasów w obrębie miejskiej aglomeracji. Prowadzi tędy droga na wzgórze Corcovado (710 m n.p.m.), którego szczyt wieńczy słynny pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor) – symbol Rio de Janeiro i jeden z siedmiu nowych cudów świata. Figurę Jezusa zaprojektował francuski artysta polskiego pochodzenia Paul Landowski (1875–1961). Powstały we Francji monument umieszczono na Corcovado w 1931 r. Dziś stanowi najpopularniejszy turystyczny punkt nie tylko w samym Rio de Janeiro, lecz także w całej Brazylii. Dlatego aby uniknąć tłumów, warto wybrać się tu wcześnie rano. To samo dotyczy innego znanego wzgórza, z którego rozciąga się niezapomniany widok na miasto (w tym na słynny piłkarski Stadion Maracanã), zatokę i ich okolicę. Mowa o cieszącej się dużym zainteresowaniem turystów Głowie Cukru (Pão de Açúcar, 396 m n.p.m.). Na jej szczyt można dostać się kolejką linową (Bondinho do Pão de Açúcar) lub wspiąć się o własnych siłach. Jeśli trafimy na bezchmurny dzień, w pełni będziemy mogli docenić piękno otaczających nas krajobrazów.

 

Po zwiedzaniu warto odpocząć na którejś z miejskich plaż. W całej aglomeracji jest ich kilkadziesiąt. Godne polecenia są m.in. niezbyt zatłoczone Praia do Leblon i Praia do Flamengo. Nie sposób też ominąć słynnej Copacabany (ponad 4-kilometrowej), tłumnie odwiedzanej zarówno przez turystów, jak i cariocas (jak nazywa się mieszkańców Rio de Janeiro). Przez całą dobę tętni ona życiem: spotkamy tu młodzież grającą w piłkę nożną albo siatkówkę, muzyków i surferów. Choć według miejscowych plaża ta stanowi symbol społecznej równości, bo nie obowiązują tutaj żadne ograniczenia dotyczące wstępu i chętnie wypoczywają na niej bogaci i ubożsi, to uznaje się ją za jeden z najbardziej ekskluzywnych rejonów w mieście. Świadczą o tym np. pobliskie eleganckie budynki takie jak ogromny Pałac Copacabana (Copacabana Palace), wznoszący się przy bulwarze. W obiekcie działa hotel sieci Belmond uchodzący za najbardziej luksusowy w Ameryce Łacińskiej. Poza stylowo urządzonymi pokojami i apartamentami znajdują się w nim m.in. dwa baseny (jeden tylko dla gości piętra z apartamentami penthouse), kort tenisowy, restauracje i kasyno.

 

Niedaleko południowo-zachodniego krańca Copacabany wznosi się twierdza (Forte de Copacabana), której budowę ukończono w 1914 r. Obecnie mieści się w niej muzeum historyczno-wojskowe (Museu Histórico do Exército e Forte de Copacabana). Położone obok przejście prowadzi na kolejną popularną plażę, a mianowicie Ipanemę (2,6 km długości), rozsławioną dzięki piosence Antônia Carlosa Jobima (1927–1994) i Viniciusa de Moraesa (1913–1980). Dziewczyna z Ipanemy (Garota de Ipanema), jedna z najbardziej klasycznych melodii bossa novy, powstała w 1962 r. Jak mówi lokalna legenda, obaj autorzy siedzieli przy stoliku w barze „Veloso” (dzisiaj „Garota de Ipanema”), gdy dostrzegli piękną Helô Pinheiro. Byli tak zachwyceni jej urodą, że postanowili napisać o niej piosenkę. Pikanterii dodaje tej historii fakt, iż zakochany w atrakcyjnej kobiecie żonaty Antônio Carlos Jobim wielokrotnie się jej potem oświadczał. Nostalgiczny utwór stał się rozpoznawalny na całym świecie, a sama bossa nova szybko zyskała sobie status charakterystycznego stylu muzycznego pochodzącego z Brazylii.

 

MIEJSKIE DŻUNGLE

 

Barwne historyczne centrum miasta Paraty

SE Parati0128

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

Jeśli plaże Rio de Janeiro nam nie wystarczą, powinniśmy wybrać się do Búzios (Armação dos Búzios), leżącego ok. 170 km na wschód stąd. To ponad 30-tysięczne miasto często bywa nazywane brazylijskim Saint-Tropez, choć nie ze względu na architekturę czy klimat, lecz głównie dlatego, że mniej więcej w tym samym czasie (w połowie lat 60. XX w.) zaczęło przekształcać się w znaną miejscowość wypoczynkową. Wpływ na tę zmianę miała gwiazda francuskiego kina Brigitte Bardot, która po raz pierwszy odwiedziła to miejsce w 1964 r. i od tego momentu spędzała w nim wakacje równie chętnie jak na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Cudowne, egzotyczne plaże (niemal 25!), krystalicznie czysta błękitna woda, malownicze zatoczki oraz eleganckie restauracje i hotele – to wszystko sprawia, że Búzios, położone blisko Rio de Janeiro, zdążyło wyrosnąć na jeden z najpopularniejszych kurortów w tej części kraju, nie tracąc przy tym swojej niewątpliwej urody.

 

Drugą perłę regionu stanowi miasto Paraty, według wielu należące do najbardziej fotogenicznych w Brazylii. Powstało ono w 1667 r. i szybko zaczęło służyć jako port, z którego wywożono do Portugalii złoto i kamienie szlachetne. Właśnie w tym okresie rozwinęło się i wzbogaciło o przepiękną kolonialną architekturę, do dziś zachowaną w niezmienionym kształcie. W tym melancholijnym, liczącym 40 tys. mieszkańców ośrodku czas naprawdę się zatrzymał.

 

Tego samego zdecydowanie nie można powiedzieć o położonym ok. 270 km dalej na zachód São Paulo – jednej z najludniejszych metropolii świata i zarazem największej pod względem populacji na półkuli południowej i w Ameryce Południowej. Całą aglomerację zamieszkuje ponad 21 mln ludzi. Zatłoczone miasto nie cieszy się takim zainteresowaniem wśród turystów jak Rio de Janeiro. Kryje w sobie jednak wiele atrakcji, a tym, co stanowi o jego sile, jest niezwykła energia, architektoniczny rozmach i różnorodność. Obok rejonów słynących ze sztuki ulicznej, kawiarni i klubów, takich jak Vila Madalena w dzielnicy Pinheiros, znajdują się tu największe na kontynencie centra biznesowe. Warto podkreślić też imponującą liczbę placówek muzealnych, z których szczególnie trzeba odwiedzić Muzeum Sztuki (Museu de Arte de São Paulo – MASP), mieszczące się przy jednej z najważniejszych ulic w São Paulo – alei Paulista (Avenida Paulista). W sercu miasta leży Praça da Sé – plac z neogotycką Katedrą Metropolitalną, którą zaczęto wznosić w 1913 r. Po kilkunastominutowym spacerze dotrzemy stąd z kolei na plac Ramosa de Azevedo (Praça Ramos de Azevedo) z eklektycznym gmachem Teatru Miejskiego (Theatro Municipal de São Paulo), należącym do najpiękniejszych tego typu budynków na świecie. Jednak największą atrakcją São Paulo jest modernistyczna architektura, której przykłady znajdziemy kilkaset metrów od teatru, na placu Sztuki (Praça das Artes). Przedstawicielem tego kierunku był słynny brazylijski architekt Oscar Niemeyer (1907–2012). Zaprojektował on wiele budynków w tym mieście (np. w Parku Ibirapuera) i innych częściach Brazylii (m.in. w Rio de Janeiro i Brasílii, stolicy kraju) oraz za granicą (w Nowym Jorku, Paryżu czy Berlinie). Oprócz tego uroku São Paulo dodaje jego wielokulturowość. Przykładowo w dzielnicy Liberdade żyje największa mniejszość japońska na świecie (stanowi 65 proc. spośród jej 220 tys. mieszkańców).

 

„Polski” Las Papieża Jana Pawła II powstał w 1979 r. w Kurytybie

PR Curitiba0438

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

POTRAWY Z GRILLA I PIEROGI

 

Brazylijska kuchnia bazuje raczej na mięsie. Niewątpliwie przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom dań z rusztu. Brazylijczycy chętnie grillują prawie wszystko: od drobiu i wołowiny po warzywa i owoce. Nieodłącznym składnikiem menu jest tu również ryż, czarna fasola (feijão) i mąka z manioku (farinha de mandioca). Z tych trzech produktów i mięsa wołowego lub kurczaka przyrządza się przypominającą gulasz potrawę feijoada. Mieszkańcy Brazylii uwielbiają także słodycze. W każdej kawiarni kupimy tzw. salgados, smażone w tłuszczu przekąski z serem, nadzieniem z mięsa bądź ryby, przygotowywane z kaszy albo manioku. Brazylijczycy zajadają się też kuleczkami mleczno-kokosowymi (beijinhos de coco) bądź kakaowymi (brigadeiros) i kremem czekoladowym serwowanym z brandy. Napój narodowy stanowi – oczywiście – kawa, uprawiana głównie w stanach São Paulo, Minas Gerais i Paraná. Choć od pewnego czasu w światowym wyścigu o pierwsze miejsce w jej produkcji ścigają się z Brazylią m.in. Wietnam i Kolumbia, to wciąż właśnie ten ogromny południowoamerykański kraj zajmuje pozycję lidera.

 

Jeśli w trakcie podróży najdzie nas ochota na… pierogi lub inne rodzime danie, powinniśmy odwiedzić Kurytybę, stolicę Parany. Mieszka w niej według różnych źródeł od 90 do nawet 400 tys. osób polskiego pochodzenia (w całym stanie żyje ich od 700 tys. do 1,5 mln). Pierwsi przybysze z Polski przypłynęli w te strony w zorganizowanych grupach w 1869 r. Potem, od końca XIX stulecia, rozpoczął się gwałtowny napływ imigrantów z terenów trzech zaborów, a druga największa fala emigracji dotarła tu po II wojnie światowej. Jeden z najrozleglejszych parków w mieście nosi zresztą imię Jana Pawła II (Bosque do Papa João Paulo II). Zaraz przy wejściu do niego natkniemy się na polską restaurację serwującą m.in. barszcz i pierogi. Kurytybę często nazywa się również najbardziej zadbanym, ekologicznym i zielonym ośrodkiem w kraju. Stolica Parany szczyci się poza tym wysoką jakością życia. Dotyczy to także oddalonego stąd o ok. 300 km na południe Florianópolis, położonego malowniczo głównie na wyspie Santa Catarina (424,4 km² powierzchni) i pobliskich mniejszych wysepkach. Nowoczesność świetnie komponuje się w nim z tradycją i naturalnym pięknem. Na północy wznoszą się wysokie hotele i drapacze chmur, rozciągające się wzdłuż nadmorskiej alei, a w południowej części miasta odkryjemy spokojne osady rybackie, pamiętające czasy portugalskich kolonizatorów. W historycznym centrum Florianópolis, wypełnionym kolonialną architekturą, uwagę przyciąga rozłożysty figowiec rosnący na głównym placu 15 Listopada (Praça XV de Novembro). Nieopodal znajduje się m.in. Muzeum Historyczne Santa Catariny (Museu Histórico de Santa Catarina – MHSC) w dawnym Różowym Pałacu (Palácio Rosado) oraz stary targ miejski z licznymi kawiarniami i restauracjami. Osoby marzące o błogim odpoczynku w promieniach słońca mogą udać się natomiast na jedną z ponad czterdziestu plaż. Do wyboru mają zarówno rejony z odpowiednią infrastrukturą, jak i bardziej naturalne miejsca, jak choćby dziewicza Lagoinha do Leste, na którą nie prowadzi żadna droga, dlatego docierają do niej tylko najwytrwalsi.

 

TWÓRCZA MOC WODY

 

Podczas wyprawy po Brazylii zdecydowanie nie wolno ominąć słynnego Parku Narodowego Iguaçu (Parque Nacional do Iguaçu) leżącego przy granicy z Argentyną, kilka kilometrów od Paragwaju. W 1986 r. wpisano go na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Turystów z całego globu przyciąga przede wszystkim zapierającymi dech w piersiach wodospadami Iguaçu (Cataratas do Iguaçu), okrzykniętymi jednym z siedmiu nowych cudów natury. Składa się na nie aż 275 kaskad, z których największe mają nawet ponad 800 m szerokości! Łuki powstających tutaj tęczy często łączą tereny obu krajów, zewsząd dobiega huk spadającej wody, a krajobraz urozmaica intensywnie zielona, gęsta roślinność. To wszystko sprawia, że okolica Iguaçu przypomina baśniową krainę. Choć znaczna część tego obszaru (ok. 80 proc.) znajduje się po stronie argentyńskiej (w granicach Parku Narodowego Iguazú), na terytorium Brazylii również jest co oglądać. Wodospadom można się tu przyjrzeć z naprawdę bliska i podziwiać je od dołu, a z tej perspektywy prezentują się jeszcze bardziej spektakularnie. Szczególnie warto podejść pod ogromną Diabelską Gardziel (Garganta do Diabo) – najwyższą kaskadę, osiągającą 80 m. Niżej położoną część tego regionu porasta subtropikalny las deszczowy. Wśród palm, ogromnych paproci czy araukarii żyją w nim liczne egzotyczne zwierzęta.

 

Aby w pełni docenić urodę i różnorodność przyrody Brazylii, trzeba wyruszyć także na północny wschód kraju, gdzie rozciągają się plaże uchodzące za najpiękniejsze na całym kontynencie. Taką opinią cieszy się m.in. złociste wybrzeże w sąsiedztwie urokliwego kurortu Maceió, stolicy stanu Alagoas. Leży on ok. 250 km na południowy zachód od największego miasta regionu (Região Nordeste do Brasil) – ponad 1,6-milionowego Recife, które ze względu na dużą liczbę kanałów i mostów określa się mianem brazylijskiej Wenecji. Jednak turystów przyciąga do niego raczej nowoczesna architektura. Najchętniej odwiedzanym rejonem jest tzw. Strefa Południowa (Zona Sul). Powstała ona wzdłuż wybrzeża otoczonego malowniczymi rafami koralowymi, od których zresztą pochodzi nazwa samego ośrodka (recife znaczy po portugalsku „rafa”). Właśnie tu znajduje się też najwięcej hoteli, restauracji i plaż, w tym szeroka i długa na mniej więcej 7 km Boa Viagem (Praia de Boa Viagem), porównywana do Copacabany. Recife, stolica stanu Pernambuco, słynie oprócz tego z najlepszych lokali serwujących świeże ryby i owoce morza. Takich specjałów spróbujemy zarówno w knajpkach nad brzegiem oceanu, jak i w historycznym centrum, czyli Recife Antigo, które wieczorami rozbrzmiewa muzyką i wypełnia się ludźmi. W ciągu dnia warto zwiedzić m.in. Centrum Kultury Żydowskiej w Pernambuco (Centro Cultural Judaico de Pernambuco), mieszczące się w budynku najstarszej synagogi w obu Amerykach (Sinagoga Kahal Zur Israel), wzniesionej w pierwszej połowie XVII w. Inną ciekawą atrakcję stanowi wieża Malakoff (Torre Malakoff) służąca przez pewien czas jako obserwatorium astronomiczne (ukończona w 1855 r.). Rozpościera się z niej wspaniały widok na całe miasto.

 

Potężne kaskady na rzece Iguaçu spływającej z bazaltowego płaskowyżu

SU FozIguacu0931

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

GOŚCINNY RAJ

 

Jeśli z Recife udamy się jeszcze dalej na północ, dotrzemy na jedną z najpiękniejszych plaż na świecie, uważaną za prawdziwy raj na ziemi. Nieco hippisowska Pipa (aż 10-kilometrowa!) poza znakomitymi miejscami z lokalnymi przysmakami zachwyca podróżników przede wszystkim lazurową, krystalicznie czystą wodą, piaskiem o niemal śnieżnobiałym kolorze, gęstymi palmami kokosowymi i atmosferą błogości, która każdemu pozwala oderwać się choć na chwilę od problemów.

 

Na zwiedzanie z kolei koniecznie powinniśmy wybrać się do ponad 2,6-milionowej Fortalezy (ok. 570 km na północny zachód), stolicy stanu Ceará. Z dawnej wioski rybackiej w ciągu kilku stuleci zmieniła się ona w jeden z największych ośrodków turystycznych i handlowych Brazylii. Jej magia tkwi w wyjątkowej mieszance kolonialnych tradycji i elementów nowoczesności. Przy ciągnącej się wzdłuż brzegu oceanu alei Beira-Mar wznoszą się wspinające się pod niebo siedziby firm i banków, centra handlowe czy hotele. Tuż obok, wśród białych piasków, zacumowane są drewniane łódki rybaków, a na chodniku przy plaży lokalni artyści i rzemieślnicy wystawiają swoje prace, np. charakterystyczne dla tego rejonu ręcznie haftowane obrusy, hamaki i koronki.

 

Prawdziwy raj dla miłośników tradycyjnych wyrobów stanowi Salvador (Salvador da Bahia). To w nim wiele osób kończy wizytę na środkowym wybrzeżu. Właśnie tu znajduje się największy targ rzemiosła artystycznego w regionie – Mercado Modelo z 263 sklepikami, stoiskami i restauracjami z tradycyjną kuchnią stanu Bahia. Sam zabytkowy Salvador bywa nazywany czarną stolicą Brazylii lub czarnym Rzymem, bo aż 80 proc. jego mieszkańców jest potomkami niewolników, przywiezionych z Afryki na plantacje trzciny cukrowej. Wpływ afrykańskiej kultury dostrzeżemy zresztą w tutejszych tradycjach, lokalnej gastronomii i samym charakterze miasta, które za sprawą imponującej kolonialnej architektury i urokliwego położenia cieszy się zasłużenie opinią jednego z najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych na całym kontynencie. Niezmiernie atrakcyjnie prezentuje się historyczne centrum, czyli Pelourinho. Jego klimatyczną atmosferę tworzą urocze wąskie uliczki, barokowe kościoły, interesujące muzea (w tym znakomite Muzeum Afrobrazylijskie – Museu Afro-Brasileiro przy placu 15 Listopada, czyli Praça XV de Novembro) i nastrojowe kawiarnie, w których można zamówić café da manhã – zestaw śniadaniowy składający się zazwyczaj z kawy, owoców i słodkiej przekąski.

 

Jednak największe wrażenie na przyjezdnych robi w Salvadorze wielka serdeczność i niesamowita energia jego mieszkańców. Wydaje się, że te cechy charakteru Brazylijczyków występują tutaj w wyjątkowo zintensyfikowanej formie. Miejscowi są uśmiechnięci i otwarci, przyjaźnie zagadują innych niemal na każdym kroku. Oprócz tego obywatele Brazylii odczuwają ogromną dumę narodową. Podczas rozmów z cudzoziemcami potrafią godzinami z przejęciem chwalić własną kulturę i zachwycać się jedzeniem, wyliczać sukcesy swoich piłkarzy i opowiadać o bogactwach przyrody. I choć wiadomo, że wszyscy mamy prawo do idealizowania właśnie naszej ojczyzny, to chyba trudno nie przyznać im racji. W tym ogromnym, rozciągającym się na niemal pół kontynentu kraju znajdziemy wszystko, co czyni podróże tak ekscytującymi. Poza tym jego gościnni mieszkańcy nawet w trakcie krótkiej pogawędki będą nas w swoim melodyjnym języku gorąco przekonywać do tego, żebyśmy kiedyś koniecznie tu wrócili. Tak naprawdę nie muszą się jednak zbytnio starać, bo roztańczona Brazylia jest niezmiernie uzależniająca.