Ad_Dier3.jpg

Petra – Ad-Dajr, czyli Klasztor, wykuta w skale budowla z I w. n.e.

© JORDAN TOURISM BOARD

Hanna Sobczuk


Siedzę na tarasie hotelu i popijam słodką arabską herbatę. Podziwiam rude od promieni zachodzącego słońca skały skrywające Petrę, słynne miasto Nabatejczyków. To tylko jeden z moich ulubionych obrazów w Jordanii, która wielu osobom wydaje się nudna, bo sądzą, że na pustyni nie można znaleźć żadnych atrakcji. Ja jednak uważam, że jest to jeden z najciekawszych i najbardziej ekscytujących krajów na świecie. Nieraz już urzekł mnie swoją różnorodnością, otwartością i gościnnością.


Jordańskie Królestwo Haszymidzkie leży w Azji Południowo-Zachodniej. Graniczy z Izraelem, Arabią Saudyjską, Irakiem, Syrią i Zachodnim Brzegiem Jordanu. Do tego bliskowschodniego państwa należy 26 km wybrzeża nad zatoką Akaba w basenie Morza Czerwonego.

Swoją podróż po Jordanii zwykle zaczynam od Ammanu, jej stolicy. Najlepiej oglądać go podczas przejażdżki taksówką lub z ruin Cytadeli położonej na wzniesieniu. Zawsze mam wrażenie, że to miasto faluje – kwadratowe domy w kolorze piasku gęsto przykrywają okoliczne wzgórza i przypominają potężne beżowe fale. Pomiędzy nimi nie widać żadnych skwerów ani parków. Ciężko uwierzyć, że mieszka tutaj tylko ok. 4 mln ludzi, bo metropolia wydaje się dużo większa, a stada kóz i wielbłądów wypasane wśród budynków na przedmieściach zdumiewają jeszcze bardziej.

Starszy brat Rzymu

JerashGeneral5.jpg

Dżarasz – otoczona dwoma rzędami kolumn dawna rzymska ulica (cardo)

©JORDAN TOURISM BOARD



Dziś w granicach Ammanu leży 19 wzgórz, chociaż podobno został on, niczym starożytny Rzym, założony na siedmiu. Na najwyższym z nich znajdują się ruiny Cytadeli z VIII w. Samo wzniesienie było jednak zamieszkane już od ok. 1650 r. p.n.e., co czyni centrum jordańskiej stolicy starszym od Wiecznego Miasta o prawie tysiąclecie. Mimo to nie ma tu zbyt wielu pamiątek z czasów starożytnych. Zachowały się jedynie teatr rzymski, odeon czy ruiny nimfeum (rodzaj okazałej fontanny) i Świątyni Herkulesa z II w. n.e. Dziś przypominają o świetności i bogactwie antycznego Ammanu (nazywanego wtedy Filadelfią), dzięki którym został włączony do Dekapolis – ligi dziesięciu wolnych miast.

               
Centrum stolicy to moja ulubiona dzielnica. Jej ulice ostro zakręcają i wbiegają pod strome wzgórza, ale miejscowi kierowcy dobrze wiedzą, jak odnaleźć się we wszechobecnym chaosie. Najbardziej lubię spacerować tutaj wieczorami, bo wtedy właśnie metropolia ożywa. Ammańska scena klubowa porównywana jest zresztą do tej z Dubaju w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Szarm el-Szejk w Egipcie i uchodzi za jedną z najlepszych w świecie arabskim. To jednak nie clubbing przyciąga mnie w te strony. Wolę przejść się po okolicy, popatrzeć na grupy przyjaciół, pary i całe rodziny, kupić na targu trochę owoców (tak, nocą), napić się herbaty w jednej z knajpek, gdzie czasem grający w szesz-besz (tryktraka) Arabowie zaproszą mnie do stolika. I chociaż ja znam tylko podstawowe arabskie zwroty, a oni nie mówią po angielsku, atmosfera zawsze jest bardzo miła. Za dnia natomiast uciekam z Ammanu poznawać północ Jordanii.

Starożytny system alarmowy

Nie tylko Amman leży na wzgórzach. Praktycznie całą północno-zachodnią Jordanię zajmują góry, dzięki czemu latem bywa tu chłodniej niż na pustyni, a zimą najwyższe wzniesienia pokrywa nawet cienka warstwa śniegu. Klejnotem tego regionu Jordanii są ruiny najlepiej zachowanego rzymskiego miasta na Bliskim Wschodzie – Gerazy (dziś Dżarasz). Swój złoty okres przeżywało ono za panowania rzymskiego (i również weszło do Dekapolis), ale silne trzęsienie ziemi w VIII w. zapoczątkowało jego stopniowy upadek. Dzisiaj pozostałości dawnych zabudowań stanowią świetny przykład prowincjonalnego ośrodka.

               
Najlepiej przyjechać tutaj wiosną, kiedy okolica tonie w bujnej zieleni, lub latem, gdy turystów jest niewielu, a przez ponad tydzień trwa Festiwal Kultury i Sztuki w Dżarasz. Nocą odbywają się wówczas  spektakle i koncerty wśród podświetlonych budynków, a za dnia można podziwiać zachowane zabytki: łuk triumfalny cesarza Hadriana (76–138), hipodrom, forum, dwa teatry, świątynie i kościoły, łaźnie, fontannę, bramy miejskie i ulice z kolumnami. Lokalny przewodnik zwrócił kiedyś moją uwagę na spody tych kolumn zaokrąglone w prawie niewidoczny sposób. Następnie podniósł z ziemi kamień i uderzył nim o leżące obok wielkie skalne bloki. Zamiast zwykłego odgłosu rozległ się metaliczny brzdęk. Te bloki układano tak, aby uderzały o siebie, gdy kolumny zaczynały się kołysać w czasie trzęsienia ziemi. Dzięki temu ludzie mogli szybko opuścić budynki, zanim się zawaliły – wyjaśnił. To był starożytny system alarmowy – dodał dumny z tego, że pokazał mi tę ciekawostkę.

Arabska etykieta

Arabowie w ogóle są ludźmi bardzo dumnymi, lecz Jordańczycy mają konkretne powody, żeby z takim poczuciem godności opowiadać o swojej ojczyźnie. Mój znajomy Jamal często podkreśla, że Jordania stanowi jeden z najbezpieczniejszych krajów w regionie. Syria, Irak, Arabia Saudyjska, Egipt, nigdzie nie jest tak bezpiecznie jak u nas! – zachwala. Wszyscy chcą tu mieszkać! Trzeba przyznać mu w tym trochę racji. W wielu tutejszych rejonach, szczególnie na północy, można spotkać imigrantów z Iraku, Syrii czy Palestyny.

               
Zwykle przed wyjazdem na Bliski Wschód słyszę pytania, czy jako blondynka nie boję się jeździć do krajów arabskich. Ja jednak w Jordanii czuję się naprawdę bezpiecznie. Przeważająca większość Jordańczyków to uprzejmi ludzie o dobrych manierach. Z szacunku do obcej kobiety nie dotkną jej (a zaczepki seksualne nie zdarzają się prawie nigdy), chociaż spoglądają z ciekawością. Często wielu z nich nie widziało tak bardzo jasnych włosów jak moje, do czego jestem już przyzwyczajona.

               
Trzeba jednak pamiętać o różnicach kulturowych i traktować tutejsze obyczaje z szacunkiem. Nieskromny strój u turystów obu płci uchodzi za obraźliwy. Arabskim kobietom nie należy robić zdjęć bez pytania nawet na ulicy. Z kolei w meczetach w ogóle nie powinno fotografować się ludzi – niegdyś odgrywały one rolę przytułków dla bezdomnych. Poza tym lewą rękę uważa się za nieczystą i nie wolno nią jeść ani wręczać czy przyjmować prezentów.

               
Jeżeli zdarzy nam się, że w ciągu dnia będziemy zasypywani na ulicy pytaniami, jak się czujemy lub czy niczego nam nie brakuje, to tylko dlatego, iż dla Jordańczyków przestrzeń osobista nie istnieje. Najgorsze, co możemy wtedy zrobić, to okazać zniecierpliwienie bądź irytację. Jeśli dorzucimy do tego gesty np. sugerujące, że chcemy, aby nasz rozmówca sobie poszedł, będzie to dla niego głęboko obraźliwe. Turyście z Europy łatwo jest popełnić faux pas, jednak jeżeli pokażemy, iż staramy się zapamiętać zasady arabskiej etykiety i odnosimy się do miejscowych z szacunkiem, Jordańczycy to docenią i zdobędziemy ich przyjaźń.

Miasta i zamki

MountNeboChurchHorizontal.jpg

Ruiny zamku arabskiego w Adżlun z XII w.

©JORDAN TOURISM BOARD



Z dziesięciu miast, które należały do Dekapolis, sześć znajdowało się w granicach dzisiejszej Jordanii. Chociaż ruiny w Dżarasz są najbardziej okazałe i najlepiej zachowane, turyści odwiedzają też pozostałości antycznej Gadary w Umm Qais. Obecnie jednak ten kompleks podziwia mniej przyjezdnych, gdyż osada leży tuż przy granicy z Syrią i ludzie wolą nie ryzykować. Mimo to Jordańczycy zachęcają obcokrajowców do obejrzenia tego zabytku, a konflikt w sąsiednim kraju traktują jako swoistą atrakcję. Tam się zwykle nic nie dzieje, czasem tylko widać dym i słychać strzały – mawiają.

               
Zaledwie ok. 20 km od Dżarasz znajdziemy jeszcze zamek w Adżlun. Twierdza została wzniesiona w XII w. przez dowódcę i siostrzeńca Saladyna jako budowla przeznaczona do obrony przeciwko krzyżowcom, którym nigdy nie udało się jej zdobyć. Dzięki strategicznemu położeniu na wzgórzu można było stąd obserwować Dolinę Jordanu i dochodzące do niej 3 wadi („wąwozy”). Co ciekawe, forteca stanowiła część liczącej ponad 1000 km drogi komunikacyjnej między Damaszkiem i Kairem, którą gołębie pocztowe pokonywały w zaledwie jeden dzień!

               
Poza ruinami rzymskich miast w tej części Jordanii leżą również tzw. zamki pustynne. Rozrzucone na wschód od Ammanu pośród piasków i skał bezkresnej Pustyni Syryjskiej budowle z VII i VIII w. mogły służyć kalifom za pałace, twierdze, magazyny gospodarcze lub karawanseraje (zajazdy) dla wędrujących przez okolice kupców. Dziś najlepiej zachowanych i odrestaurowanych tego typu obiektów jest tylko 9, a wszystkie są uważane przez archeologów za jedne z najwspanialszych przykładów architektury i sztuki wczesnego islamu. Mój ulubiony to Kasr Amra, którego wnętrza zdobią przepiękne freski. Całe komnaty pokrywają ścienne malowidła przedstawiające życie codzienne, władców, a także różne symboliczne obrazy, takie jak np. mapa nocnego nieba z konstelacjami i znakami zodiaków.

               
Na wycieczkę do zamków pustynnych warto wynająć lokalnego przewodnika, ponieważ te budowle o piaskowym kolorze często rozpływają się w gorącym powietrzu niczym fatamorgana. Bywa, że nie prowadzą do nich żadne drogowskazy, a jeśli nasz kierowca nie zna okolicy, to nie będzie chciał nas do nich zawieźć. Nie powinno to nikogo dziwić. Tych twierdz, do których najtrudniej dotrzeć, nie ogląda się dla ich architektury, ale dla otaczającego je bezkresu pustyni, która może być bardzo niebezpieczna.

Kraina z „Biblii”

Wiele osób zaskoczy pewnie fakt, że Jordania kojarzy się nie tylko z islamem, ale też chrześcijaństwem. Znajduje się tutaj kilka miejsc wspomnianych w Starym i Nowym Testamencie, do których ściągają pielgrzymi i amatorzy archeologii biblijnej. Dwa z nich, Betanię nad Jordanem i górę Nebo (817 m n.p.m.), w marcu 2000 r. odwiedził papież Jan Paweł II.

               
Najczęściej ludzie pielgrzymują właśnie na ten drugi szczyt, z którego Mojżesz oglądał zieloną Dolinę Jordanu, czyli Ziemię Obiecaną. Trudno uwierzyć w jego zachwyt nad tym rejonem dzisiaj, kiedy okolica szczególnie latem jest wypalona słońcem, ale kilka tysięcy lat temu rozciągały się tu bardziej urodzajne ziemie. Na tarasie widokowym ustawiono tablicę z opisanym horyzontem, a wczesnym rankiem lub zimą, gdy powietrze staje się niezmiernie przejrzyste, widać stąd dobrze jedno z najstarszych miast świata – Jerycho, położone po drugiej stronie Morza Martwego.

               
Najważniejsze jednak miejsce dla chrześcijan stanowi Betania nad Jordanem, gdzie zgodnie z Ewangelią według św. Jana Jan Chrzciciel nauczał o nadejściu Mesjasza i ochrzcił Jezusa z Nazaretu. Nieprzypadkowo działo się to w tym rejonie. Rzeka ma tutaj zaledwie kilka metrów szerokości i ok. 1,5 m głębokości. W przeszłości znajdował się na tym odcinku bród, którym przekraczano Jordan (nazwa Betania zresztą pochodzi od Beit Anniya – „Dom Przejścia”). Dziś przebiega tędy granica między Izraelem i Jordanią, pilnie strzeżona przez żołnierzy obydwu państw. Nic w tym dziwnego, ponieważ przybywający nad rzeczne brzegi z obu stron pielgrzymi mogą prawie się dotknąć.

               
Z Janem Chrzcicielem wiąże się również inny punkt na mapie Jordanii. To pustynne wzgórze wysokie na niemal 740 m n.p.m., na którego szczycie stał Macheront, zamek Heroda Wielkiego (ok. 73 r. p.n.e.–4 r. p.n.e.). Jego syn, Herod Antypas (przed 20 r. p.n.e.–po 39 r. n.e.) poślubił swoją bratową Herodiadę, łamiąc tym samym moralny zakaz. Jan Chrzciciel, ogłoszony prorokiem i będący wielkim autorytetem dla ludzi, głośno krytykował to małżeństwo, za co został wtrącony do więzienia. Królowa domagała się jego śmierci, jednak władca obawiał się gniewu ludu. W końcu gdy córka Herodiady, Salome III, tańczyła przed królem z okazji jego urodzin, ten urzeczony występem przysiągł spełnić każde jej życzenie. Dziewczyna, za namową matki, poprosiła o głowę Jana Chrzciciela na tacy, a Herod Antypas, chociaż niechętnie, rozkazał ściąć proroka w twierdzy Macheront.

               
Dla osób interesujących się historią biblijną istotna jest też miejscowość Madaba, w której na mozaikowej posadce w prawosławnej Bazylice św. Jerzego znajduje się najstarsza na świecie mapa Palestyny i Delty Nilu z VI w. Umieszczono na niej ok. 150 greckich nazw miejsc zawartych w Biblii. Niegdyś miała kształt nieregularnego trapezu o wysokości 7 m i dłuższym boku mierzącym podobno 21 m, a składała się z ponad 2 mln kawałków! Chociaż większość mapy nie przetrwała do naszych czasów, to i tak w obecnym stanie dostrzeżemy jej złożoność. Palestynę ukazano tu z perspektywy Morza Śródziemnego. Gdy stoimy przed jej odwzorowaniem, widzimy Jerozolimę otoczoną murami, a za nią Morze Martwe. Po lewej wije się rzeka Jordan, po prawej natomiast leży półwysep Synaj i Delta Nilu.

               
W Madabie odkryto więcej mozaik, dlatego wykonane tą techniką obrazy albo meble to typowa pamiątka z Jordanii. Wyrabia się je ręcznie według tradycyjnych metod, a ich cena zależy od wielkości i złożoności wzoru. Mozaikowe malowidło może być tworzone nawet kilka miesięcy!

               
Ostatnią postacią z Biblii kojarzoną z jordańskimi ziemiami jest Lot. Po zniszczeniu Sodomy i Gomory ukrył się on z córkami w jaskini, gdzie według biblijnego przekazu doszło do kazirodczego stosunku, w wyniku którego narodzili się Moab i Ben-Ammi, protoplaści Moabitów i Ammonitów, starożytnych ludów Jordanii. Miejsce to, zwane Jaskinią Lota, znajduje się w klifach na południowym wschodzie Morza Martwego.

Kąpiel w błocie i oleju


Wspomniane Morze Martwe, tak naprawdę będące jeziorem, nie prezentuje się zbyt atrakcyjnie. Co prawda, sól tworząca różne ciekawe formacje przy linii brzegowej wygląda z daleka trochę jak śnieg, ale raczej nie przyjeżdża się tutaj dla widoków. To zresztą bardzo specyficzny rejon, do którego można zapałać miłością lub wręcz przeciwnie, od razu się zniechęcić.

               
Ja – niestety – należę do drugiej grupy osób. Przede wszystkim dlatego, że na wybrzeżu bywa zawsze tak nieznośnie gorąco i duszno, iż ciężko mi oddychać. Akwen leży w najgłębszej depresji świata. Jego lustro znajduje się 429 m p.p.m. i cały czas się obniża, chociaż nie wypływają z niego żadne rzeki. Ze względu na wysokie temperatury (latem dochodzące nawet do 40°C) woda morska ciągle odparowuje, a stężenie substancji mineralnych, w tym soli, stale się zwiększa. Jest ono tak duże, że żadne formy życia (oprócz bakterii) nie są w stanie tutaj przetrwać, a każda ryba, trafiająca do morza z kilku dopływających do niego rzek, natychmiast ginie. Właśnie z tego powodu to wielkie słone jezioro bezodpływowe nazwano „martwym”.

               
Wysokie zasolenie sprawia również, że kąpiel w tym akwenie stanowi dość ciekawe doświadczenie. Przede wszystkim jego wody są oleiste i gorące. W okolicy brzegu bywają cieplejsze od powietrza. Podczas zanurzania się wszystko zaczyna nas bardzo swędzieć i od razu dowiadujemy się o każdym zadrapaniu na naszym ciele (dlatego lepiej nie golić się przed kąpielą). Mimo mojej niechęci do tłustej i ciepłej wody muszę przyznać, że unoszenie się na jej powierzchni to całkiem przyjemne uczucie, a minerały w niej zawarte działają dobroczynnie na skórę i włosy, które natychmiast stają się niezmiernie gładkie. Także czarne błoto pozyskiwane z dna jeziora ma wysoko cenione właściwości i często można zobaczyć smarujących się nim turystów i miejscowych.

               
Lecznicze walory produktów z Morza Martwego i powietrza z jego okolic znano już w starożytności. Przyjeżdżali tu ludzie cierpiący na dermatozy i choroby układu oddechowego. Dziś na wybrzeżu działa wiele uzdrowisk, komfortowych hoteli spa & wellness oraz centrów odnowy biologicznej, których rozwój wspiera państwo.

Królowa z arabskiej baśni

Jordania zaczęła mocno inwestować w turystykę od 1999 r., kiedy na jej tronie zasiadł król Abdullah II z dynastii Haszymidów. Jednak za prawdziwą tutejszą gwiazdę uchodzi jego żona Rania, uznawana przez wielu za najpiękniejszą królową na ziemi. Chociaż podkreśla, że jest muzułmanką, nie ubiera się w tradycyjny sposób. Nosi dopasowane garsonki i nie zakrywa włosów hidżabem. Królowa gorąco popiera równouprawnienie kobiet, wspomaga edukację dzieci i najbardziej konserwatywnych środowisk w kraju (np. Beduinów), a także angażuje się w zmianę wizerunku krajów arabskich na świecie. Ma profile w serwisach społecznościowych Facebook i Instagram. W 2008 r. prowadziła kanał YouTube, gdzie publikowała swoje wypowiedzi o stereotypach o sytuacji Arabek w ich ojczyznach. Para wychowuje czwórkę dzieci.

               
Z kimkolwiek z Jordańczyków rozmawiam, wszyscy wypowiadają się o królu i królowej ciepło i z szacunkiem. Udało im się stworzyć nowoczesny wizerunek rodziny w tym konserwatywnym kraju. Mieszkańcy Jordanii stawiają ich za wzór godny naśladowania, cenią za działalność charytatywną i wspieranie pokoju na Bliskim Wschodzie. Kochają królewską parę tak bardzo, że mimo protestów przeciwko rządowi, które odbyły się na początku 2011 r., mało obywateli chciało zmienić ustrój państwa z monarchii konstytucyjnej na republikę.

Wąwozy i klify

Jednym z moich ulubionych miejsc w Jordanii jest wąwóz, przez który płynie rzeka Wadi al-Mudżib. W rejonie jej ujścia do Morza Martwego poprowadzono 2-kilometrowy szlak dla amatorów kanioningu. Można przebyć go samodzielnie (są tu też bardziej zaawansowane trasy wymagające opieki przewodnika). Przy wejściu na trakt dostajemy kamizelkę ratunkową. Drogę pokonujemy, wędrując, płynąc lub wdrapując się na kaskady (trudniejsze miejsca zabezpieczono liną). Na koniec docieramy do wielkiego wodospadu. To jeden z najpiękniejszych wąwozów w kraju. Woda na jego dnie ma kolor jasnobłękitny, a jego ściany, oddalone od siebie zaledwie o kilka metrów, zdobią poziome pasy w różnych odcieniach brązu. Najwspanialej prezentuje się on od godz. 10.00, kiedy słońce oświetla cały korytarz.

               
Po drodze z Wadi al-Mudżib do Rezerwatu Przyrody Dana warto odwiedzić Al-Karak z największym po Krak des Chevaliers w Syrii zamkiem krzyżowców na Bliskim Wschodzie. Ten XII-wieczny obiekt liczył aż siedem pięter, z czego część znajduje się pod ziemią, dlatego dobrze zabrać ze sobą latarkę. Okres świetności twierdzy trwał zaledwie ponad 100 lat. Została ona zniszczona przez trzęsienie ziemi.

               
Do wspomnianego największego jordańskiego rezerwatu przyrody (308 km² powierzchni) ściągają miłośnicy pieszych wędrówek. Wyznaczono w nim kilkadziesiąt kilometrów szlaków wśród wzgórz i wysokich klifów. Najlepiej przyjechać tutaj wiosną, kiedy kwitną kwiaty, bądź jesienią, gdy najłatwiej wypatrzeć zwierzęta, niezbyt licznych mieszkańców tego kraju. W Jordanii żyją kuny, szakale, lisy, wilki, hieny pręgowane, wiewiórki perskie (kaukaskie), gazele, oryksy arabskie, koziorożce nubijskie, karakale, strusie północnoafrykańskie, a także rzadkie onagery perskie, czyli podgatunek osła azjatyckiego. Spotkanie tych ostatnich na wolności graniczy z cudem, dlatego nazywane są jednorożcami pustyni.

               
Zapaleni ornitolodzy mogą natomiast wybrać się na obserwowanie ptaków. Aż 18 tutejszych regionów zostało uznanych za Ostoje IBA (Important Bird Area). Występuje w nich wiele chronionych gatunków. We wschodniej części Jordanii przy oazie Azrak ujrzymy ptaki pustynne i wodne, np. z rodziny skowronków, nektarników, dzierzb, łuszczaków czy żurawi. W rezerwatach przyrody wypatrzymy m.in. sępy, orły, sokoły i góropatwy azjatyckie. W rejonie rzeki Jordan i Morza Martwego żyją gatunki arabskie i afrykańskie, w tym żołny i tymalie. Oprócz tego obszar ten leży na szlaku wielkiej migracji ptaków między Europą, Afryką i Azją. Warto zajrzeć tu na początku września, gdyż widok dziesiątek tysięcy osobników w jednym miejscu robi niesamowite wrażenie.

Klejnoty Jordanii

WadiRum_2.jpg

Tzw. Obszar Chroniony Wadi Rum słynie z naturalnych łuków skalnych

©JORDAN TOURISM BOARD



Najwięcej turystów przyjeżdża jednak do Jordanii, żeby zobaczyć Petrę, miasto zaliczane do 7 Nowych Cudów Świata. W VI w. p.n.e. osiedlili się na tym terenie Nabatejczycy, którzy przez 500 lat wykuwali monumentalne budowle w czerwonych skałach. Aby poznać to miejsce w miarę dobrze i zwiedzić je bez pośpiechu, najlepiej przeznaczyć na wizytę w nim dwa dni. Ja najbardziej lubię przyglądać się temu starożytnemu kompleksowi przed zapadnięciem zmroku, kiedy skalne ściany zabarwiają się na ogniście pomarańczowy kolor, ale każdy znajdzie swoją ulubioną porę dnia. Fasady grobowców pięknie prezentują się też o wschodzie słońca, a o zachodzie ze szczytów wzniesień można podziwiać czarną dolinę Arabah, położoną za Petrą. Od kilku lat organizuje się także nocne zwiedzanie miasta. Przez Sik, skalny korytarz, podąża się drogą oświetloną lampionami, która ciągnie się aż do Skarbca (Al-Chazny), znanego z filmu Indiana Jones i ostatnia krucjata (1989 r.).

               
Obcokrajowców przyciąga również dolina Wadi Rum. Z czerwonego piasku wyrastają tutaj potężne rdzawe skały. Wydaje się, że leżą niedaleko siebie, ale przejechanie od jednej do następnej na wielbłądzie zajmuje prawie godzinę. Zwierzęta te zwane są okrętami pustyni i od wieków służą Beduinom jako środek transportu. Jednak zwiedzanie Wadi Rum na wielbłądzim grzbiecie może niedoświadczonemu jeźdźcowi szybko się znudzić. Na dodatek dotarcie do większości atrakcji trwałoby co najmniej kilka dni. Beduini organizują więc wycieczki jeepami, podczas których w ciągu kilku godzin obejrzymy piaszczyste wydmy, skalne mosty i grzyby, starożytne inskrypcje (w sumie istnieje ich tu ok. 30 tys.) oraz miejsca związane z Thomasem Edwardem Lawrence’em (1888–1935), zwanym Lawrence’em z Arabii, zakochanym w Bliskim Wschodzie brytyjskim archeologiem, wojskowym i agentem wywiadu. Podczas powstania antytureckiego (1916–1918) popierał on dążących do niepodległości Arabów. Ostatnio niesamowite krajobrazy Wadi Rum posłużyły za scenografię do filmu Ridleya Scotta Marsjanin (2015 r.) z Mattem Damonem w roli głównej.

               
Wszystkim gorąco polecam nocowanie na pustyni, szczególnie latem, gdy noce są tak ciepłe, że można spędzać je pod gołym niebem. Oczywiście, śpi się na wysokim łóżku, na którym nie grozi nam ukąszenie skorpiona, węża czy solfugi, tzw. pustynnego pająka, spotykanego niezmiernie rzadko. Jeśli trafimy na nów, ujrzymy miliony gwiazd. Z kolei podczas pełni jest zwykle tak jasno, że samo niebo wydaje się czarne, a czerwone za dnia skały i piasek przybierają zimny błękitny kolor. Ja zakochałam się w obydwu tych obliczach arabskiej pustynnej nocy.

               
Wisienką na torcie w trakcie naszej wizyty w Jordanii będzie odpoczynek w 140-tysięcznym kurorcie Akaba nad Morzem Czerwonym. Warto wybrać się tutaj na snorkeling lub nurkowanie na rafie koralowej i wśród wraków statków czy innych zatopionych obiektów (np. czołgu) porośniętych koralowcami. Tego typu podwodne ogrody zostały stworzone specjalnie z myślą o turystach i cieszą się niezwykłą popularnością przez cały rok, bowiem sezon nad zatoką Akaba panuje zarówno latem, jak i zimą.

Herbata i orzechy

Podczas zwiedzania Jordanii niejednokrotnie będziemy mieli szansę skosztować lokalnych przysmaków na ulicy lub na obiedzie u jej mieszkańców. Jordańczycy są bardzo gościnni. Nauczyło ich tego trudne życie na pustyni. Do najczęściej podawanych potraw należą szoarma (szawarma), falafel czy przyprawiony ryż z jagnięciną bądź kurczakiem oraz mnóstwem sałatek i sosów. Jeśli trafi nam się taka okazja, kupmy na targu owoce granatu albo kaktusa, soczyste winogrona i koniecznie pistacje i inne orzechy, które sprzedawane są bez dodatków, a także w polewach i przyprawach. Na kolację spróbujmy potrawki z bakłażana i pomidorów z białym serem, a zakończmy ją deserem w postaci bakławy z miodem i równie słodką herbatą lub kawą. Tej ostatniej nie powinniśmy odmawiać, bo ten napój jest tu dość drogi. Pamiętajmy jednak, wolno nam wypić najwyżej trzy szklanki kawy – za duszę, za gościa i za miecz, czyli obronę, w którą weźmie nas Jordańczyk. Jeżeli poprosimy o więcej, odebrane zostanie to jako chciwość.

               
Jordania stanowi serce Bliskiego Wschodu. W te strony można wybrać się zarówno na spokojny wypoczynek, jak i aktywne wakacje pełne przygód wśród pustynnych piasków, skał i głębokich wąwozów. To kraina słodka jak arabska herbata i orzechy w miodzie, a zarazem ciepła niczym Petra o zachodzie słońca i uśmiech na twarzy Jordańczyka. Ten kraj jest nowoczesny, a jednocześnie ciągle tradycyjny, ale z pewnością nie nudny.

Artykuły wybrane losowo

RPA – Afryka nie taka dzika

MICHAŁ SYNOWIEC „ZETOR”

 

 FOT. CAPE TOWN TOURISM

<< Republikę Południowej Afryki trudno porównać do jakiegokolwiek innego kraju. Na poły europejska, na poły afrykańska, nie daje wtłoczyć się w ciasne ramy żadnej kategorii i na przekór wszystkim zachowuje własny charakter, ukształtowany przez lata niełatwej historii. Dlatego tak trudno odmówić sobie spotkania z fascynującą południowoafrykańską przygodą. >>

Na współczesne oblicze RPA znaczący wpływ wywarli niewątpliwie holenderscy i brytyjscy kolonizatorzy, którzy z jednej strony przywieźli ze sobą zdobycze bardziej rozwiniętej cywilizacji, a z drugiej pogłębili nierówność społeczną, pozbawiając praw rdzennych mieszkańców tych ziem. Dziś to leżące najdalej na południe państwo Czarnego Lądu zaprasza do poznania nie tylko jego burzliwej historii, lecz także wspaniałych krajobrazów i niesamowitej przyrody.

Więcej…

Moc przygód w słonecznej Słowenii

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Słowenia nazywana jest Europą w miniaturze, ponieważ można tu spotkać praktycznie każdy rodzaj krajobrazu – wysokie, ośnieżone zimą szczyty Alp Julijskich, rozległe równiny, bujne lasy, rwące górskie rzeki, malownicze winnice, lecznicze wody termalne, sympatyczne kurorty nad Adriatykiem czy zabytkowe miasta i urocze zamki (na czele ze słynnym średniowiecznym Predjamskim gradem). W tym małym państwie znajdziemy również rozbudowaną bazę hotelową, nowoczesną infrastrukturę narciarską i pyszną kuchnię. Magnesem przyciągającym do niego zagranicznych turystów (w tym coraz więcej Polaków) są unikalne cuda przyrody – wspaniałe zjawiska krasowe, bajkowy podziemny świat (jaskinia Postojna i Jaskinie Szkocjańskie) czy zniewalające jeziora (Bled i Bohinj). Słowenia to także wymarzony kierunek (przez okrągły rok!) dla miłośników aktywnego wypoczynku: narciarstwa (zarówno biegowego, jak i zjazdowego), snowboardingu, wspinaczki sportowej (Osp), jazdy konnej (Lipica), raftingu i kanioningu (śliczna szmaragdowo-zielona Socza), wędkarstwa (tutejsze alpejskie rzeki obfitują w pstrągi), żeglarstwa, golfa, kolarstwa górskiego, pływania (w ciepłym Morzu Adriatyckim lub olbrzymich aquaparkach z licznymi basenami) czy podwodnych przygód (doskonałe miejsca nurkowe na wybrzeżu między Piranem a Strunjanem albo niezmiernie głębokie Divje Jezero, czyli „Dzikie Jezioro”, koło Idriji). Nic więc dziwnego, że o tym maleńkim kraju, zapewniającym dużą dawkę adrenaliny, mówi się, że leży po słonecznej stronie Alp.  

Więcej…

Poza utartym szlakiem w Tajlandii

 

Kinga Bielejec

www.gadulec.me

 

 Sukhotai z zabytkami związanymi z początkami architektury tajskiej

Sukhothai-000597

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Tajlandia to jeden z najczęściej odwiedzanych krajów świata. Słynie z pięknych piaszczystych plaż, przejrzystych wód i przepysznej kuchni. Znajduje się tutaj mnóstwo buddyjskich świątyń i posągów. Tajlandzka stolica – Bangkok – nigdy nie zasypia. Nie wszyscy jednak wiedzą, że na krajobraz Tajlandii składają się też bujne zielone lasy i małe sielskie miasteczka, w których czas się zatrzymał.

 

Najlepsza pora na odwiedzenie tego azjatyckiego państwa to okres między listopadem a lutym. Trwa wtedy pora sucha, średnia temperatura powietrza waha się od 28 do 32°C, a opady należą do rzadkości. Jedynie na wschodnim wybrzeżu (w okolicy m.in. Koh Samui, Koh Tao, Phangan) może sporadycznie popadać. Te miesiące są również szczytem sezonu turystycznego, więc hotele w najpopularniejszych miejscach (w czasie Bożego Narodzenia i zabaw sylwestrowych do bardzo chętnie odwiedzanych zaliczają się szczególnie obiekty na wyspach) warto zarezerwować wcześniej.

 

Choć w biurach podróży Tajlandia cieszy się dużym zainteresowaniem, zazwyczaj turystom oferuje się program obejmujący mniej więcej te same atrakcje. Dlatego chciałabym zaproponować zejście z utartego szlaku zwiedzania. W tym kraju pozostało jeszcze wiele do odkrycia.

 

ZAGUBIENI W STOLICY

 

Przy wyborze zakwaterowania w stolicy Tajów korzystałam z portalu Couchsurfing. Ludzie z całego świata oferują w nim nocleg w swoim mieszkaniu i często wspólne spędzanie czasu. Zatrzymaliśmy się u Hosta, z pochodzenia Holendra. Które mniej znane miejsca w Bangkoku warto odwiedzić? – zapytałam go tuż po przylocie do tej prawie 10-milionowej metropolii. Najlepsze, co można zrobić, to się zgubić – odpowiedział. I faktycznie była to wskazówka idealna.

 

Okazało się, że największe miasto Tajlandii to nie tylko słynna ulica Khao San, okryty złą sławą Patpong (dzielnica występów ping pong show, ladyboyów, barów i ledwo trzymających się na nogach turystów), Wielki Pałac Królewski i liczne świątynie, lecz także targi oraz bazary pełne smaków, kolorów i zapachów. Koło ruchliwych skrzyżowań sprzedaje się kawałki kurczaka na patyku czy pad thai (smażony makaron z dodatkami), a na ulicznych straganach piętrzą się świeże egzotyczne owoce. Tutaj najlepszymi przewodnikami są nogi i nos. Do nieco mniej znanych, ale bardzo ciekawych atrakcji należą ulica industrialna (koło Kościoła Świętego Różańca) i Park Pałacowy Dusit, w którym znajdują się Pałac Vimanmek (największa budowla ze złotego drewna tekowego na świecie), sale tronowe, posąg króla Czulalongkorna (Chulalongkorna, Ramy V) i ogród zoologiczny.

 

TAJSKI ANGKOR WAT

 

W drodze z Bangkoku do Chiang Mai (na północy kraju) warto wysiąść na stacji Phitsanulok i wsiąść w autobus do Sukhothai. Początki tego miasta sięgają XIII w., a jego złoty okres przypada na panowanie króla Ramkhamhaenga (urodzonego między 1237 a 1247 i zmarłego w 1298 r.). To wtedy je rozbudowano i stało się jednym z największych na świecie ośrodków buddyzmu. Mniej więcej sto lat później, kiedy swoimi wpływami objęło te tereny Królestwo Ajutthaja (Królestwo Ayutthaya), Sukhothai straciło na znaczeniu. Zainteresowanie wzbudziło ponownie dopiero w XIX w. Przyczynił się do tego król Mongkut, Rama IV (1804–1868).

 

Obecnie odrestaurowane pozostałości tej historycznej stolicy Królestwa Sukhotai znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Leżą one w odległości ponad 10 km od współczesnego miasteczka nazywanego Nowym Sukhothai (Sukhothai Thani). Aby dotrzeć do wspaniałych ruin, najlepiej wypożyczyć skuter na dworcu autobusowym lub podjechać tuk-tukiem (trójkołową motorikszą). Należy jednak pamiętać, że kompleks jest duży i dzieli się na kilka stref (wejście płatne osobno), pomiędzy którymi łatwiej (i szybciej) porusza się środkami transportu.

 

W DŻUNGLI ŻYCIA

 

Przepiękny wodospad Thi Lo Su na rzece Maeklong w dystrykcie Umphang

UMPHANGTak-000299

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Z Sukhothai można udać się autobusem do Mae Sot, mało znanego miasta tuż przy granicy z Birmą (Mjanmą). Wyruszają stąd wycieczki do Umphang, miejscowości położonej na skraju dżungli, do której jedzie się ok. 165 km asfaltową drogą z 1219 zakrętami. Już sama podróż to niezapomniane przeżycie – nierzadko siedzi się w pick-upie wraz z miejscowymi żującymi betel oraz ich kurami i kogutami. Przewożenie ludzi (i zwierząt) na dachu samochodu jest tutaj normą. Na dodatek otaczające nas widoki zapierają dech w piersiach. A to dopiero początek przygody!

 

Do najpopularniejszych należą wycieczki czterodniowe. Pierwszego dnia dojeżdża się do Umphang i tu nocuje. Nazajutrz, tuż po śniadaniu, wyrusza się na spływ po niezbyt rwącej rzece Maeklong (Mae Klong). Kilka lat temu zmieniono przepisy i drewniane tratwy zastąpiono dmuchanymi pontonami. Po drodze można spotkać dzikie zwierzęta (węże, gibony, mundżaki, warany, krokodyle różańcowe) i wykąpać się w gorących źródłach. Po lunchu następuje główny punkt programu – kilkugodzinny trekking w dżungli. Oczywiście, cały czas jest się pod opieką doświadczonego lokalnego przewodnika, który zna te rejony od dziecka. Najlepiej nocować w namiocie pośrodku utworzonego w 1989 r. Sanktuarium Dzikiej Przyrody Umphang (Umphang Wildlife Sanctuary), gdzie zasypia się wśród niesamowitych odgłosów. Trzeciego dnia odwiedza się największy wodospad w Tajlandii o wdzięcznej nazwie Thi Lo Su (również Thee Lor Sue lub The Lor Sue). Ma ok. 250 m wysokości i 450 m szerokości. Robi ogromne wrażenie, w dodatku można się w nim kąpać, a niekiedy nawet z niego skakać (wszystko zależy od stanu wody). Popołudniu znów wyrusza się na trekking, a po kilku godzinach dociera się do wioski Karenów. Posługują się oni językami kareńskimi, całkiem innymi niż tajski, i dopiero od kilkunastu lat uczą się w szkołach podstawowych języka urzędowego kraju. W Tajlandii mieszka ok. 400 tys. Karenów. Zajmują się głównie rolnictwem i hodowlą. W wiosce, którą odwiedziliśmy w 2014 r., nie było zasięgu sieci komórkowych czy internetowych. Miejscowi kontaktowali się z resztą świata za pomocą aparatu umieszczonego w jedynej budce telefonicznej. Uczestnicy wycieczki śpią u lokalnej rodziny i razem z nią spożywają kolację i śniadanie. Czwartego dnia wracają do Umphang. Wiele agencji proponuje wyprawy urozmaicone półtoragodzinną przejażdżką na słoniu, po której wszyscy udają się jeepem do miasteczka. Warto dopytać o szczegóły takiej oferty, ponieważ dość często zdarza się, że zwierzęta są źle traktowane, bite i zakute w łańcuchy.

 

Okolice Mae Sot i Umphang rzadko bywają wspominane w przewodnikach czy na blogach podróżniczych. Z jednej strony można nad tym ubolewać, ponieważ to jeden z ciekawszych rejonów w Tajlandii, a z drugiej dzięki temu właśnie miejsce to nie stało się jeszcze tak oblegane przez turystów jak chociażby miasto Chiang Mai. W okolicy znajduje się także jaskinia Takobi i wspierany przez UNICEF 13-tysięczny obóz dla uchodźców z Birmy (głównie Karenów) – Umpiem Mai.

 

ODPOCZYNEK W PAI

 

Omijamy wspomniane turystyczne, chodź bardzo interesujące, Chiang Mai i udajemy się do Pai – jednego z najbardziej niezwykłych miasteczek w tym kraju. Tutaj czas się zatrzymał, życie płynie powoli, podobnie jak pobliska rzeka o tej samej nazwie. To idealne miejsce na odpoczynek od zgiełku i tłumów z całego świata. Mieszkańcy Pai mają tatuaże i dredy i słuchają Boba Marleya. Ciężko stwierdzić, czy właśnie oni przyciągnęli podobnych do siebie turystów, czy sami zaczęli naśladować styl Europejczyków, Amerykanów i Australijczyków. Jedno jest pewne – dziś to leniwe miasteczko uchodzi za mekkę backpackerów ze wszystkich stron świata. Znajdują się tu hostele, nieco bardziej luksusowe bungalowy z hamakami, na których można przeleżeć tydzień, klimatyczne restauracje i kafejki. Młodzi ludzie przyjeżdżają na 2–3 dni i zostają na tydzień (lub znacznie dłużej).

 

W Pai każdy spędzi przyjemnie czas. Jeśli odpoczynek już nam się znudzi, wystarczy wynająć skuter lub zapisać się na zorganizowaną wycieczkę. W okolicy jest mnóstwo atrakcji – kanion (Pai Canyon, Kong Lan), wodospady (w tym szczególnie malowniczy Pam Bok), gorące źródła, Most Pamięci. Po drodze warto wstąpić na pyszną kawę i ciasto do przepięknie położonej kawiarni „Coffee in Love”.

 

SŁONIE I LUDZIE

 

W odległości ok. 10 km od centrum Pai znajduje się Thom’s Elephant Camp, czyli wioska słoni, która oferuje kilkugodzinne przejażdżki na grzbiecie tych inteligentnych i wrażliwych zwierząt bądź kąpiele z nimi w pobliskiej rzece. Aby poznać je jeszcze bliżej, można odbyć tygodniowy lub dwutygodniowy wolontariat. Sens funkcjonowania miejsc, w których główną atrakcją są żywe stworzenia, to niezmiernie trudny i dyskusyjny temat. Nie inaczej jest w tej sytuacji.

 

Słonie od tysięcy lat pomagają tutejszym mieszkańcom w pracy i życiu codziennym. Niegdyś wykorzystywano je w trakcie działań wojennych i przy wycinaniu lasów. Obecnie stały się machiną do zarabiania pieniędzy. Prawie zawsze w wioskach słoni pracują samice, ponieważ samce są nieposłuszne i trudniej je kontrolować. Młode zabiera się od matek i tresuje, aby w przyszłości służyły człowiekowi. Takie szkolenia bywają niezwykle brutalne, gdyż panuje przekonanie, że każdego osobnika trzeba złamać. Trener, tzw. mahout, musi pokazać słoniowi, iż ma nad nim władzę. Nierzadko stosuje się łańcuchy i ostro zakończone kije – zarówno w trakcie szkolenia, jak i później, już podczas wykonywania określonych zadań. Zwierzęta i mahouci pracują od rana do wieczora, 7 dni w tygodniu, praktycznie przez okrągły rok, jeśli tylko jest na to zapotrzebowanie.

 

W Thom’s Elephant Camp w Pai słonie nie mają założonych łańcuchów, a turyści siedzą bezpośrednio na ich karku, a nie w niewygodnych, ciężkich krzesłach. Mimo wszystko zwierzęta muszą pracować bardzo dużo i spędzają całe życie w niewoli, posłusznie służąc swoim opiekunom. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się przekształcenie wszystkich takich ośrodków w rezerwaty przyrody, jednak wtedy zatrudnienie straciłyby tysiące mahoutów, którzy najczęściej utrzymują wieloosobowe rodziny. Prawdopodobnie Tajlandia nie jest gotowa na tak radykalne zmiany, ale przed przejażdżką na słoniu powinniśmy zastanowić się nad wszystkimi wadami i zaletami tego typu atrakcji. Być może lepiej będzie odwiedzić wioskę, w której te piękne i dostojne zwierzęta dożywają swojej starości po latach pracy, a w Thom’s Elephant Camp jedynie dać słonicom banana i pogłaskać je po trąbie, a potem stąd odjechać.

 

NIEZWYKŁA ŚWIĄTYNIA

 

Na północy Tajlandii, tuż przy granicy z Laosem i Birmą leży miasto Chiang Rai. Można tu przyjechać na jednodniową wycieczkę z Chiang Mai lub zajrzeć w drodze do innego kraju Azji Południowo-Wschodniej. Kilka kilometrów od centrum znajduje się świątynia buddyjska inna niż wszystkie – Wat Rong Khun, zwana również White Temple (Białą Świątynią). Jej nowoczesny gmach zaprojektował tajski artysta Chalermchai Kositpipat. Budowa obiektu rozpoczęła się w 1997 r. i trwa do dzisiaj. Podobno pomysłodawca powiedział kiedyś, że zostanie ukończona ok. 60–90 lat po jego śmierci. Biała Świątynia jest pełna różnego rodzaju symboli. Do głównego budynku (ubosot) prowadzi mostek, który otacza las powykręcanych rąk i dłoni należących do udręczonych dusz próbujących wydostać się z piekła. Wnętrze, z pozoru mało interesujące, zdobią wizerunki bohaterów współczesnej kultury popularnej: Batmana, Spidermana, Supermana, Jacka Sparrowa czy Harry’ego Pottera (a nawet minionków, Angry Birds i Hello Kitty). Postacie te zostały umieszczone wraz z płonącymi wieżami nowojorskiego World Trade Center, co sugeruje, że nie są w stanie uratować naszego świata. W całym obrazie dominującą rolę odgrywa natomiast wielki demon, w oczach którego znajdują się twarze Osamy bin Ladena i George’a W. Busha. Ten osobliwy mural ma uświadomić patrzącemu, że tylko Budda może zbawić ludzkość.

 

Drugą interesującą budowlą w Chiang Rai jest Baan Dam, czyli Czarny Dom. Kompleks ten stworzył Taj Thawan Duchanee. Składa się na niego kilkadziesiąt budynków z drewna, szkła, terakoty i innych tworzyw. W ich wnętrzach można podziwiać m.in. ogromny zbiór trofeów myśliwskich artysty.

 

NA RAJSKICH WYSPACH

 

Wat Rong Khun – główna świątynia i prowadzący do niej mostek

IMG 3507

© KINGA BIELEJEC/GADULEC.ME

 

Południe Tajlandii to przede wszystkim liczne wyspy i piękne plaże. Tutaj trudniej o miejsca poza utartym szlakiem. Przy wschodnim wybrzeżu, w Zatoce Tajlandzkiej leżą jedne z najciekawszych wysp. Koh Tao to mekka nurków, na Koh Phangan odbywa się słynne Full Moon Party, a Koh Samui jest najspokojniejsza z całej trójki. Na każdej z nich warto wynająć skuter, aby zwiedzać okolicę we własnym tempie. Znajdziemy tu zarówno spektakularnie położone punkty widokowe (np. John-Suwan Viewpoint lub Chalok Viewpoint na Koh Tao), jak i rajskie plaże (chociażby Thian Og na Koh Tao czy Chaloklum albo Haad Salad na Koh Phangan).

 

Wody otaczające Koh Tao stanowią idealny rejon na kurs nurkowania. Przystępne ceny, instruktorzy mówiący w wielu językach i niezwykły podwodny świat sprawiają, że to właśnie na tę wyspę przyjeżdżają turyści spragnieni nowych doznań. W jej bezpośrednim sąsiedztwie wyróżnia się 25 atrakcyjnych miejsc nurkowych, wśród których najbardziej znane są Japanese Gardens, Red Rock, Shark Island, White Rock, Southwest Pinnacle, Mango Bay, Chumporn Pinnacle, Green Rock, Hin Wong, Sail Rock czy Twins Peak. Średnia głębokość wynosi mniej więcej 12–18 m, jednak bez problemu znajdziemy punkty dla bardziej zaawansowanych nurków (do 45 m głębokości). Widoczność sięga ok. 15, a nawet 30–40 m w sprzyjających warunkach.

 

Full Moon Party, Half Moon Party, zabawa sylwestrowa czy Boże Narodzenie – na Koh Phangan okazji do świętowania jest bez liku. Na plaży Haad Rin raz w miesiącu gromadzi się od 10 do 30 tys. młodych ludzi z całego świata. Ściągają tutaj, aby słuchać muzyki, tańczyć i popijać drinki z napoju energetycznego, soku i alkoholu (najczęściej lokalnego rumu) podawane z lodem w plastikowych wiaderkach, a zwane buckets. Imprezowicze krążą do białego rana między kilkoma różnymi scenami wystawionymi nad brzegiem Zatoki Tajlandzkiej. Wszyscy mają pomalowane twarze i odblaskowe koszulki, a kolejka do studia tatuażu ciągnie się przez pół ulicy. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się w 1985 r., kiedy po raz pierwszy podczas pełni księżyca bawiła się tu grupa 20–30 turystów. Obecnie to jedna z największych plażowych imprez na świecie. Oprócz tego na Koh Phangan organizuje się także Black Moon Party na plaży Baan Tai (raz w miesiącu, gdy księżyc jest w nowiu) i Half Moon Party w małym lesie leżącym ok. 2 km w głąb lądu (dwa razy w miesiącu, w czasie pierwszej i ostatniej kwadry).

 

Na zachodnim wybrzeżu kraju znajdują się m.in. miasta Krabi i Ao Nang. Same w sobie nie są zbyt ciekawe, jednak będą doskonałymi bazami wypadowymi na maleńkie wysepki lub półwyspy. W Tajlandii obowiązkowo należy odwiedzić plażę Railay (Rai Leh) i archipelag Phi Phi. Na Koh Phi Phi Leh był kręcony słynny film Niebiańska plaża (2000 r.) z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Półwysep Railay jest z kolei świetnym miejscem na odpoczynek i znakomitym rejonem dla miłośników wspinaczki skalnej. Niestety, zarówno jego, jak i archipelag Phi Phi oblegają tłumy turystów, szczególnie w okresie ferii świątecznych.

 

Blisko granicy z Malezją znajduje się wyspa idealna dla osób kochających dziką przyrodę, ceniących spokój i ciszę. Infrastruktura turystyczna na Koh Tarutao jest bardzo ograniczona, dlatego jej rejon pozostaje niemal dziewiczy i niezmieniony przez człowieka. Biuro Narodowego Parku Morskiego Tarutao udostępnia bungalowy do wynajęcia, można też rozbić tutaj namiot (swój lub wypożyczony na miejscu).

 

ULICZNE JEDZENIE

 

Tajska kuchnia uchodzi za jedną z najsmaczniejszych na świecie. Co ciekawe, bardzo często jedzenie uliczne, przygotowywane w budkach przez starsze kobiety, jest dużo lepsze niż w restauracjach. Do najpopularniejszych potraw należy pad thai – podsmażony makaron ryżowy z pastą z tamaryndowca, sosem rybnym, sokiem z limonki, jajkiem, chili, czosnkiem, kiełkami fasoli mung i kurczakiem lub krewetkami. Kolejne danie, którego trzeba spróbować w Tajlandii, to tom yum (tom yam). W tej kwaśno-ostrej zupie bazę stanowi wywar z kurczaka bądź wieprzowiny wzbogacony trawą cytrynową, liśćmi papedy, sokiem z limonki, przyprawą galangal, sosem rybnym i chili. Występuje w dwóch wersjach – z mleczkiem kokosowym i bez niego. Miłośnicy ostrych smaków powinni skosztować sałatki z zielonej papai (som tam). Oprócz cienkich pasków tego owocu dodaje się do niej m.in. fasolę, pomidory, czosnek, orzeszki ziemne, sos rybny, sok z limonki, cukier palmowy i chili. Koniecznie należy również spróbować różnych rodzajów curry – zielonego, żółtego i czerwonego. A na koniec warto zjeść jeden z najpyszniejszych deserów świata – mango sticky rice (khao niao mamuang), czyli kleisty ryż z mleczkiem kokosowym i świeżym mango. To prawdziwe niebo w gębie!

 

KRÓL TAJLANDII

 

W artykule o Tajlandii nie można pominąć tak istotnej kwestii, jaką jest rodzina królewska. Bhumibol Adulyadej (Rama IX) zmarł 13 października 2016 r. w Bangkoku w wieku 88 lat. Był najdłużej panującym monarchą na świecie (wstąpił na tron w czerwcu 1946 r.). Rodacy uwielbiali swojego króla, stanowił dla nich ogromny autorytet, zdjęcia z jego podobizną wisiały wszędzie, a o rodzinie królewskiej nie wypadało powiedzieć złego słowa. Tuż po śmierci władcy miliony osób opłakiwały go na ulicach, na tydzień (a nawet miesiąc) zamknięto wiele barów i klubów, w państwie ogłoszono roczną żałobę. Jego jedyny syn i następca, Maha Vajiralongkorn (Rama X), ma niezmiernie trudne zadanie. Król Bhumibol Adulyadej był powszechnie szanowany. Jego potomek natomiast jest równie powszechnie nielubiany.

 

Tajlandia to kraj kontrastów, rozmaitych smaków i kolorów. Mimo iż z roku na rok odwiedza ją coraz więcej turystów, wciąż można tu znaleźć miejsca mniej popularne, leżące z dala od zgiełku i rewirów naganiaczy. Niekiedy dotarcie do takich zakątków zajmuje sporo czasu, ale na pewno warto zejść z utartego szlaku i odwiedzić dżunglę w okolicy Umphang czy kanion i wodospady koło Pai. Promocje na loty do Bangkoku zdarzają się coraz częściej, aż żal z nich nie skorzystać. Na koniec trzeba dodać, że Tajlandia sprawdza się idealnie jako kraj na pierwszą podróż do Azji – jest egzotyczna, ale nie tak bardzo osobliwa i obca dla Europejczyka jak Indie bądź Indonezja.

 

Koh Phi Phi Leh – rajska zatoka Maya

ao-maya-mu-ko-phi-phi - Kopia

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)