ANNA JANOWSKA

<< Jeśli Malezja kojarzyła Wam się do tej pory z leżeniem na plaży, snorkelingiem czy nurkowaniem wśród kolorowych raf i pływaniem z żółwiami, a nie ze scenami rodem z filmów science fiction, nie jesteście na bieżąco! Są tu budowane od fundamentów na potrzeby branży informatycznej cybermiasta kontrolowane przez maszyny, jak w „Pamięci absolutnej”. Jest rozświetlona neonami stolica, w której życie toczy się piętrowo jak w futurystycznym Nowy Jorku z „Piątego elementu”. W nieskażonych cywilizacją lasach rodem z „Avatara” nadal można jednak spotkać tajemnicze gatunki roślin i zwierząt nieznane naukowcom. >>

To niemal 30-milionowe państwo w Azji Południowo-Wschodniej leży nad wodami Morza Południowochińskiego na Półwyspie Malajskim i w północnej części wyspy Borneo. Niepodległość od Wielkiej Brytanii uzyskało w 1957 r. Dziś na czele tego kraju o ustroju monarchii konstytucyjnej stoi król (obecnie Tuanku Abdul Halim), który mianuje premiera. Na początku lat 90. XX w. ze względu na szybkie tempo wzrostu gospodarczego Malezję zaliczono do tzw. azjatyckich tygrysów.

 

Wracałam do Kuala Lumpur kilka razy, czasem na dłużej, a niekiedy tylko na chwilę. Wpadałam jak do starego kumpla, u którego nocuję się, bo wszędzie od niego blisko. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, raczej fascynacja, która rodzi się stopniowo, w miarę jak poznajemy kogoś lepiej. Futurystyczna architektura i ogrom stołecznego lotniska, po którym pasażerowie poruszają się kolejką, z początku przeraża. Trzeba się też przyzwyczaić do tutejszego powietrza. Jego temperatura i wilgotność sprawiają, że wydaje się gęste, niemal namacalne. Superszybki pociąg KLIA Ekspres dowozi turystów z Kuala Lumpur International Airport (KLIA) do centrum współczesnej metropolii w 28 min. Przejazd taksówką trwa trzy razy dłużej i nie można w niej sprawdzić poczty elektronicznej (w wagonach natomiast działa bezpłatne Wi-Fi).

 

Stolica nowoczesności

Co prawda samochody jeszcze tu nie latają, ale kolejka, która pełni też funkcję metra, porusza się po torach zawieszonych kilkanaście metrów nad ziemią. Z tej perspektywy da się zauważyć, że układ miasta jest piętrowy, a piętra te odzwierciedlają podziały społeczne. Niebo przesłaniają ultranowoczesne, supereleganckie drapacze chmur i centra handlowe, u stóp których panuje charakterystyczny dla azjatyckich ośrodków bałagan. Są tu China Town i Little India z niechlujnie wyglądającymi barami, serwującymi specjały urban cuisine.

Wizualny środek stolicy wyznaczają słynne bliźniacze wieże Petronas Towers. Do 2004 r. uchodziły za najwyższe wieżowce na ziemi (mierzą niemal 452 m, czyli tyle, co dwa Pałace Kultury i Nauki bez iglicy postawione jeden na drugim i jeszcze trochę). Dzisiaj już nie budzą sensacji. Burdż Chalifa (Burj Khalifa) w Dubaju ma ponad 828 m wysokości, a chiński Sky City w mieście Changsha, którego budowa zaczęła się kilka miesięcy temu, będzie o kolejne 10 m wyższy. Malezyjski drapacz chmur pozostaje jednak jednym z najbardziej fotogenicznych budynków świata. Dlatego też odmawiałam sobie jak dotąd wycieczki na jego szczyt. Podziwiać stamtąd można całe Kuala Lumpur, ale bez Petronas Towers. Zapuściłam się za to nie raz do kilkupiętrowego centrum handlowego Suria KLCC, które stanowi integralną część kompleksu. Główne jego atrakcje to butiki Chanel, Versace i innych słynnych projektantów, restauracje serwujące dania wszystkich kuchni świata, sklepy z najnowocześniejszą elektroniką, kina i dwa supermarkety. Da się w nim spędzić całą dobę, choć to prawdziwe wyzwanie. Na zmęczonych zakupami czekają fotele i stoliki w kawiarnianych ogródkach, które rozstawiane są w parku otaczającym wieżowce.

 

Nocne rozrywki

Koniec dnia jest tutaj początkiem zabawy trwającej do świtu. U mieszkańców polskich, sennych wieczorami miast nocne życie Kuala Lumpur może wywoływać szok. W weekendy o 4 rano nadal korkują się ulice i chodniki w okolicy popularnych klubów. Aby do nich wejść, trzeba odstać swoje. Nie dotyczy to kobiet, zwłaszcza Europejek. Ich egzotyczna dla Malezyjczyków uroda gwarantuje tu przywileje. W odległości 5-minutowego spaceru od Petronas Towers znajduje się miejsce pielgrzymek wszystkich stołecznych imprezowiczów: Beach Club Cafe. Klub działał od 1999 r. w charakterystycznym budynku krytym strzechą z palmowych liści. Nie sposób było go przegapić na tle wszystkich wieżowców. W listopadzie br. otworzył się po remoncie w nowej lokalizacji, przy tej samej ulicy – Jalan P. Ramlee, niecałe 50 m od swojej starej siedziby. Zachowano plażową atmosferę – w środku lokalu rosną 6-metrowe palmy, a w powiększonym szklanym akwarium pływa 6 rekinów żarłaczy czarnopłetwych. W weekendy można tam potańczyć, w tygodniu – posłuchać muzyki na żywo. Kuala Lumpur chętnie gości gwiazdy popu, pod warunkiem, że są odpowiednio ubrane. Z obyczajową cenzurą miały już do czynienia m.in. Rihanna i wokalistki z zespołu The Pussycat Dolls. Piosenka Lady Gagi z 2011 r. zatytułowana Born This Way znalazła się na radiowej czarnej liście, bo porusza kwestię homoseksualizmu – w Malezji temat tabu.

 

W dżungli Borneo

Po wielkomiejskiej dżungli czas na tę prawdziwą, porastającą północ Borneo. Ląduję w stolicy prowincji Sabah – Kota Kinabalu. Dużo tu betonu – mniej lub bardziej nowoczesne hotele okupują nadbrzeże, ale to tylko przystanek w drodze do głuchej dziczy. Tymczasem idę podziwiać dorodne tuńczyki i langusty, zachwalane przez sprzedawców na wieczornym targowisku. Klimat współtworzy na nim słońce zachodzące spektakularnie nad Morzem Południowochińskim. Raczę się homarem za grosze i kupuję na śniadanie pachnące tropikalne owoce.

Rano z Kota Kinabalu ruszam do Sepilok na poszukiwanie dżungli nieoswojonej. Do wyboru mam 8-godzinną podróż autobusem lub godzinę lotu. Może jednak warto się pospieszyć, bo lasy deszczowe Borneo kurczą się w rekordowym tempie. 25 lat temu porastały 75 proc. tej trzeciej co do wielkości (po Grenlandii i Nowej Gwinei) wyspy świata, a dziś już tylko połowę. Karczuje się je, aby zrobić miejsce na dochodowe plantacje palmy olejowej. Wraz z dżunglą giną orangutany, żyjące na wolności jedynie na indonezyjskiej Sumatrze i właśnie na Borneo. Na całej, liczącej 743 330 km2 wyspie (to ponad dwukrotność powierzchni Polski) zostało ich obecnie ok. 50 tys. Poszukujące na plantacjach pożywienia samice są bezlitośnie traktowane przez strażników upraw. Czasem giną, próbując bronić młodych, porywanych dla pieniędzy. Niektóre orangutanie sieroty trafiają do centrów opieki takich jak Sepilok Orangutan Rehabilitation Centre. Jest też dobra wiadomość: choć powierzchnia lasów deszczowych nieubłaganie maleje, to w ich ostępach wciąż kryją się nieznane człowiekowi rośliny i zwierzęta. Jak podaje organizacja WWF, tylko podczas ostatnich 3 lat odkryto w sercu Borneo ponad 100 nowych gatunków, wśród nich najogromniejszego owada świata – patyczaka o długości ludzkiego przedramienia, a także żabę bez płuc. Wizyta na wyspie to również okazja, aby zobaczyć największy kwiat na ziemi – raflezję Arnolda (Rafflesia arnoldii). Rośnie w parku narodowym otaczającym najwyższy borneański i zarazem malezyjski szczyt Kinabalu (4095 m n.p.m.). Granitowa, stercząca prawie pionowo skała od zawsze fascynowała tubylców, a od niedawna przyciąga też wspinaczy. Jest stosunkowo młoda i wciąż się wypiętrza – powiększa się co roku o kilka milimetrów. Ma kilka ostrych niczym brzytwa, strzelających w niebo wierzchołków.

FOT. TOURISM MALAYSIA IMAGE GALLERY

Orangutan borneański z Sepilok Orangutan Rehabilitation Centre

 

Z raflezją może być pewien problem. Kwitnie tylko raz na parę lat, w niedających się przewidzieć miejscach. Nie zawsze dzieje się to na terenie Parku Narodowego Kinabalu, za to często na prywatnych posesjach. Ich właściciele inkasują od turystów równowartość dobrego obiadu za jej podziwianie. Piękno tej przedziwnej rośliny-pasożyta budzi kontrowersje – raflezja porasta liany, którym dostarcza substancji odżywczych. Zdobywa je, zjadając wabione trupim zapachem owady. Czerwone mięsiste płatki z jasnymi plamkami składają się na konstrukcję, która miewa nawet metr średnicy. Największe okazy ważą 10 kg.

 

Rajska wyspa

Dżungla potrafi zmęczyć nadmiarem wrażeń, dlatego czas odpocząć. Relaks na plaży to w końcu specjalność Malezji! Leżąca niedaleko granicy z Tajlandią wyspa Langkawi wchodzi w skład archipelagu o tej samej nazwie, złożonego z ok. 100 rajskich wysepek. Wygląda jak spełnienie marzeń każdej młodej pary o idealnej podróży poślubnej. Nie stała się na szczęście aż tak popularna, jak życzyliby sobie tego miejscowi urzędnicy. Mimo inicjatyw, mających sprzyjać ruchowi turystycznemu (m.in. wybudowano tu bardzo nowoczesne lotnisko i ograniczono ruch samochodowy), nie trzeba się obawiać tłumów. Za to miejscami jest aż nienaturalnie pięknie. Ma się wrażenie, że widoki wygenerowano komputerowo: niemal bezludne białe plaże, wciśnięte między linię pochylających się ku wodzie wysmukłych palm a turkus morza, którego temperatura nie mogłaby być bardziej zachęcająca do kąpieli. A do tego ten zakątek stanowi strefę wolną od podatków! To niewątpliwie raj pod każdym względem.

Aparat fotograficzny, z którym do tej pory się nie rozstawałam, zamieniam na zestaw do snorkelingu i płynę na jedną z malutkich wysepek rozrzuconych u wybrzeży Langkawi. Wskakuję uzbrojona w maskę, rurkę i płetwy w turkusową, ciepłą i niezwykle słoną toń. Zanurzam głowę i otacza mnie kolorowy świat rafy. Koralowce układają się w postrzępiony ogród zamieszkały przez błyskające kolorami setki ryb. Wśród nich dostrzegam sympatyczne biało-pomarańczowe błazenki znane z filmu animowanego Gdzie jest Nemo?.

 

Smakołyki z Penang

Do tropikalnego raju podatkowego można się dostać samolotem lub promem m.in. z George Town (Georgetown) na Penang (Pulau Pinang). Ta wyspa nazywana „Perłą Orientu” leży 100 km na południe od Langkawi. Swego czasu była jednym z dwóch (obok Malakki) najważniejszych portów w tej części świata i pierwszym azjatyckim przyczółkiem handlowym imperium brytyjskiego. W ręce Brytyjczyków trafiła w 1786 r. Wcześniej zapasy uzupełniali tu portugalscy żeglarze w drodze po przyprawy do Indii. Przed monsunowymi ulewami chroniły się na niej chińskie i arabskie statki. Przytulna i strategicznie ulokowana wysepka kusiła też piratów. Burzliwe dzieje Penang i splendor epoki kolonialnej łatwo wyobrazimy sobie, spacerując po jej stolicy, zbudowanej przez Brytyjczyków. Architektura George Town to eklektyczna mieszanka stylów Wschodu i Zachodu. W 2008 r. umieszczono ją (wraz z Malakką) na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To jedno z niewielu miejsc na ziemi, gdzie można celebrować zarówno Chiński Nowy Rok, jak i Diwali, hinduistyczne święto światła, obchodzić Boże Narodzenie po europejsku i odwiedzić największą świątynię buddyjską w Azji Południowo-Wschodniej – kompleks Kek Lok Si. Religie i tradycje z najodleglejszych czasem zakątków świata składają się na niepowtarzalną atmosferę tej wyspy.

FOT. TOURISM MALAYSIA IMAGE GALLERY

Świątynię Kek Lok Si w mieście Ayer Itam zaczęto budować w 1890 r.

 

Możliwe, że dzięki tym wpływom zjemy tu najlepsze potrawy w całej Malezji. Niektórzy twierdzą, że najsmaczniejsze nawet na całym globie. Mieszkańcy Penang uznają delektowanie się posiłkiem za jedną z podstawowych przyjemności życiowych. Kawiarnie i bary nie zamykają się do wczesnych godzin porannych. Serwują specjały kuchni japońskiej, koreańskiej, włoskiej, francuskiej, angielskiej, hinduskiej, chińskiej, malezyjskiej, indonezyjskiej i tajskiej. Dania przygotowywane z lokalnych świeżych produktów i szczodrze doprawiane kuszą z ulicznych straganów i talerzy restauracyjnych klientów. Nikt nie wyjeżdża stąd głodny! Tymczasem znów nie mogę się powstrzymać przed fotografowaniem. Momentami czuję się tutaj jak w Europie: w Lizbonie lub małym miasteczku na południu Włoch albo wiktoriańskim Londynie. Mijam wille z werandami, otwieranymi do góry oknami i zdobionymi narożnymi wieżyczkami. Wystarczy jednak skierować obiektyw w inną stronę, żeby przenieść się do XVIII-wiecznego Szanghaju z domami z wygiętymi, bogato dekorowanymi dachami.  

 

Świątynie ukryte w skałach

Powrót na stały ląd umożliwia ponad 13-kilometrowy most łączący George Town z Seberang Perai na Półwyspie Malajskim. Z pełnym żołądkiem wybieram się po strawę dla ducha. Jaskinie Batu znajdują się 13 km na północ od Kuala Lumpur. Ukryte w nich hinduskie świątynie obejrzymy po pokonaniu prawie 300 schodów i stada małp, przyzwyczajonych przez przybyszów do bezpardonowego napraszania się o jedzenie. Doglądający przybytków mnisi odstraszają je przy pomocy pokrzykiwań i dzwoneczków, ale metoda ta nie jest szczególnie skuteczna. U wejścia do kompleksu stoi największy w Azji (niemal 43-metrowy) posąg boga wojny i zwycięstwa Murugana. Imponuje swoimi rozmiarami i budzi respekt u pielgrzymów i turystów. Dla malezyjskich wyznawców hinduizmu Jaskinie Batu są ważnym miejsce kultu. Dla obcokrajowców atrakcję stanowią także zamieszkujące miejscową grotę Dark owady i pajęczaki, niespotykane nigdzie indziej na świecie. Żyje w niej m.in. pająk Liphistius batuensis, który występuje tu od ponad 100 mln lat. Na niego jednak wolałabym się nie natknąć… Nie mniej paskudny wydaje się ślepy świerszcz cave cricket. Gdy nie udaje mu się znaleźć nic innego do jedzenia, zjada sam siebie.... Może sobie na to pozwolić, bo nogi odrastają mu po jakimś czasie. 

 

Europa w Azji

Na koniec mojej podróży zostawiłam sobie Malakkę (Melakę). Podobno nie odwiedzić jej, to jakby nie być w Malezji. Miasto przypomina małą Europę, a raczej małą, XVI-wieczną Portugalię w sercu Azji Południowo-Wschodniej z najpiękniejszą chińską dzielnicą, jaką tutaj widziałam. Wieczorem ruch zamiera, samochody ustępują miejsca kramom z ulicznym jedzeniem.

FOT. TOURISM MALAYSIA IMAGE GALLERY

Malakka – ulica Jonker to sklepy z antykami i klimatyczne knajpki

Zapalają się czerwone lampiony. Po kolacji trzeba się koniecznie wybrać na spacer nadrzeczną promenadą – to lokalny zwyczaj. W przeszłości miastem interesowali się Portugalczycy, Holendrzy, potem Brytyjczycy. Dzisiaj ściągają do niego turyści. Ciekawostkę stanowią silne tradycje podtrzymywane przez żyjących w nim potomków portugalskich i holenderskich kolonizatorów. Przejawiają się w lokalnej kuchni (warto spróbować inspirowanego iberyjską sztuką kulinarną devil’s curry) i obchodzonych świętach, takich jak Festiwal Wody, po którym katolicy zaczynają okres Wielkiego Postu.

 FOT. TOURISM MALAYSIA IMAGE GALLERY  Villa Sentosa w mieście Malakka – nieoficjalne malajskie muzeum

 

Ku przyszłości

Przywykli do wielokulturowości Malezyjczycy wierzą w dobre i złe moce oraz dżiny. Pieczołowicie kultywują pradawne zwyczaje, święcą dni święte i opowiadają swoim dzieciom legendy. Ich rząd wierzy za to w potęgę najnowocześniejszej technologii, zwłaszcza informatycznej. Z jego inicjatywy 50 km na południe od Kuala Lumpur powstaje światowa stolica branży IT – Cyberjaya. Jej budowę, zainicjowaną w 1997 r., spowolniły nieco kolejne fale kryzysu gospodarczego, ale ambicje pozostały. Cyberjaya ma być malezyjską Doliną Krzemową, pierwszym inteligentnym miastem przyszłości, zarządzanym przez komputery. Umiejętne łączenie sacrum i futurum zdaje się być ambicją współczesnej Malezji. Szczęśliwie dla Malezyjczyków i dla odwiedzających ten region podróżników długo jeszcze nie zabraknie tu atrakcji, będących alternatywą dla klimatów rodem z naukowej fikcji.

 

Artykuły wybrane losowo

Filipiny – kawałek nieba dla każdego

 

MAGDALENA BURDAK

www.1000krokow.pl

 

Filipiny są jak skrawek Ameryki Łacińskiej pośrodku Oceanu Spokojnego. To raj dla każdego, kto lubi beztroski wyspiarski luz, różnorodną przyrodę, przepiękny świat podwodny i ciekawą kulturę. Filipińczycy słyną ze swojej religijności i… niepunktualności. Na Filipinach czasu się nie mierzy. Zegarek warto zostawić w domu i dać się całkowicie pochłonąć niepowtarzalnej atmosferze tego niesamowitego kraju.

 

Na Archipelag Filipiński składa się 7107 wysp pochodzenia wulkanicznego, położonych w Azji Południowo-Wschodniej i otoczonych wodami Oceanu Spokojnego. Najczęściej dzieli się je na trzy regiony: Luzon – leżący na północy, z główną wyspą o tej samej nazwie i znajdującą się na niej stołeczną Manilą, Mindanao – usytuowany na południu, i Visayas – obejmujący centralne wyspy takie jak Cebu, Bohol czy Siquijor. Fascynującą tutejszą kulturę wzbogaciły wpływy zarówno hiszpańskie i malajskie, jak i chińskie i amerykańskie. Można je dostrzec m.in. w religii, zwyczajach, języku lub kuchni.

 

Filipiny leżą w strefie klimatu równikowego z wyraźnymi cechami monsunowego, co sprawia, że jest tu gorąco i wilgotno. Średnia temperatura w ciągu roku wynosi 27–28°C. Na archipelagu występuje ok. 13,5 tys. gatunków roślin, w tym 3,2 tys. rosnących jedynie na tutejszych wyspach, i wiele endemicznych gatunków zwierząt takich jak wyrak filipiński, wół mindorski, małpożer, kanczyl ciemny (filipiński), świnia wisajska, lotokot filipiński (kaguan), sambar kropkowany (jeleń Alfreda) czy krokodyl filipiński. Prawdziwe skarby Filipin czekają jednak pod wodą. W niewielu częściach świata można znaleźć tak ogromną różnorodność życia morskiego: przepiękne kolorowe rafy i 2,4 tys. gatunków ryb, a to wszystko ukryte w ciepłym i krystalicznie czystym oceanie. Do tego na dnie leżą również zatopione statki, które stanowią dodatkową atrakcję dla nurków. Z takich właśnie powodów ten kraj cieszy się ogromną popularnością zarówno wśród osób nurkujących z butlą, jak i uprawiających jedynie snorkeling.

 

POGODNI WYSPIARZE

 

Filipińczycy są gościnni, uśmiechnięci i bardzo uczynni. Mówi się, że to jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie. Mimo burzliwej historii i często powtarzających się katastrof naturalnych zachowali oni niezachwiany optymizm. W 1521 r. dotarł tu portugalski żeglarz Ferdynand Magellan i włączył archipelag do ziem podległych Hiszpanii. Kolonię założył w lutym 1565 r. hiszpański konkwistador Miguel López de Legazpi. Po 333 latach panowania Europejczyków na wyspach wybuchł bunt przeciwko kolonizatorom. W 1898 r. Filipiny zostały wciągnięte w konflikt pomiędzy USA a Hiszpanią, który dotyczył wpływów na Kubie. W jego efekcie i zgodnie z podpisanym pod koniec XIX w. traktatem paryskim zwierzchność nad archipelagiem przejęły Stany Zjednoczone. Te – niestety – nie zgodziły się na przekształcenie kolonii w niezależne państwo, co zmusiło Filipińczyków do kontynuowania walki o niepodległość, którą uzyskali dopiero w lipcu 1946 r. Po II wojnie światowej w kraju wybuchły protesty chłopów, ale zostały stłumione. Wybrany w 1965 r. prezydent Ferdinand Marcos wprowadził rządy dyktatorskie. Stały się one przyczyną strajków i licznych wystąpień niezadowolonych obywateli. Sytuacja w państwie ustabilizowała się w 1986 r., kiedy doszło do pokojowego przewrotu i zakończenia dyktatury. Obecnie Filipiny są jednym z szybciej rozwijających się krajów Azji, a rząd skupia się na tym, aby zapewnić spokój i bezpieczeństwo mieszkańcom.

 

bohol 04 highres

Wzgórza Czekoladowe na wyspie Bohol

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

NA TALERZU

 

Kadayawan Festival 2 

Filipińskie dzieci na Festiwalu Kadayawan w mieście Davao na Mindanao

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

Unikający konfliktów Filipińczycy uwielbiają karaoke, koszykówkę, festyny, walki kogutów i dobre jedzenie. Ich kuchnia czasami zaskakuje Europejczyków. Łatwo można w niej dostrzec wpływy zarówno hiszpańskie, jak i chińskie, a także malajskie, indonezyjskie, hinduskie i amerykańskie. Na stołach królują proste i niedrogie potrawy, na co duży wpływ ma panująca na Filipinach bieda. Nauczyła ona mieszkańców gotowania z dostępnych i tanich produktów.

 

Podczas podróży po wyspach najczęściej trafia się na dania określane mianem adobo, które można uznać za filipiński specjał narodowy. Nazwę tę stosuje się zarówno w przypadku potrawy, jak i sposobu jej przyrządzania. Adobo to kawałki mięsa kurczaka bądź wieprzowiny, owoce morza lub warzywa gotowane w marynacie z octu, sosu sojowego, czosnku i czarnego pieprzu. Najpopularniejszą i dość kontrowersyjną przekąską uwielbianą przez Filipińczyków jest balut – ugotowany w jajku w skorupce kaczy embrion, często z zalążkiem dzioba, piór czy kości. Kilkunastodniowe zarodki kaczki uchodzą za przysmak i afrodyzjak. Niestety, obcokrajowcy raczej nie decydują się na ich degustację z uwagi na wygląd, konsystencję i zapach. Baluty najłatwiej kupić w nocy, gdyż sprzedawane są na ulicach i podawane z koszy, w których cały czas utrzymuje się wysoką temperaturę. Bardziej wybredni smakosze mogą spróbować popularnego na Filipinach deseru halo-halo. Stanowi on mieszankę lodów, mleka, słodkiej fasoli i owoców. Warto też napić się buko – soku ze świeżego kokosa.

 

 Makati by Night

Nowoczesne centrum biznesowe Manili po zmroku rozbłyska światłami

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

MIASTO KONTRASTÓW

 

Większość odwiedzających Archipelag Filipiński zaczyna swoją podróż od stolicy kraju – Manili, która znajduje się w południowej części wyspy Luzon. Gdyby chcieć opisać to miasto trzema słowami, byłyby to kontrast, hałas i chaos. Takie właśnie wywołuje pierwsze wrażenie. Duży wpływ ma na to fakt, że jest ono najgęściej zaludnioną metropolią świata (na 1 km² przypada tu aż ponad 71,2 tys. osób!). Tłumy ludzi, ogromny ruch samochodowy, hałas, feeria barw i zapachów sprawiają, że Manila bywa miejscem bardzo męczącym. Jeżeli jednak da się jej szansę, można odkryć prawdziwą perłę Orientu – przepiękne miasto, które zyskuje na uroku dzięki swoim licznym kontrastom.

 

Administracyjna stolica Filipin jest także najszybciej rozwijającym się ośrodkiem Azji Południowo-Wschodniej. Najlepiej oddają to nowoczesne obszary pełne biurowców, drapaczy chmur, ekskluzywnych hoteli i drogich sklepów. Jeśli jednak chce się poczuć kolonialny klimat, trzeba odwiedzić najstarszą część metropolii – Intramuros. Założyli ją Hiszpanie, którzy w czerwcu 1571 r. podbili Manilę. Można tutaj znaleźć piękne kamienice, zabytkowe kościoły czy historyczne pałace. W tym rejonie warto zajrzeć do muzeum Casa Manila, które stanowi kopię tradycyjnego kolonialnego domu.

 

TRUMNY I POLA RYŻOWE

 

W głębi wyspy Luzon, na północ od stolicy odkryjemy inny świat. W wysokich górach leżą małe miejscowości. Jedną z nich jest Sagada, gdzie czekają na nas przepiękne piesze trasy, małe pola ryżowe, ukryte w tropikalnym lesie wodospady i nieprzeniknione jaskinie. Ta nieznana kiedyś osada słynie z oryginalnego sposobu grzebania zmarłych, który polega na zawieszeniu trumny ze zwłokami na skale. Jak brzmi uzasadnienie tej tradycji? Otóż dusza ludzka musi być bliżej nieba, czuć powiew świeżego powietrza i ciepło promieni słońca. Tylko wtedy szczęśliwa odejdzie do raju. Do niektórych trumien przytwierdzone są krzesła. Oznaczają one, że zmarły odszedł w zaświaty w pozycji siedzącej. Na taki rodzaj pochówku pozwolić sobie mogą tylko rodowici i majętni mieszkańcy Sagady.

 

Miejscowość kryje jeszcze jeden skarb – przepiękne jaskinie Sumaguing i Lumiang. Wyprawa przez ich korytarze, wąskie szczeliny, podziemne jeziora, rzeki i ogromne komory jest jedną z niezapomnianych atrakcji całych Filipin. Pod Sagadą można oglądać przepiękny podziemny świat, który tworzą labirynty przejść oraz stalagmity i stalaktyty przypominające niebywałe, misternie rzeźbione figury. Dodatkowo uwagę turystów zwracają stosy drewnianych trumien ułożone u wejścia do Jaskini Pogrzebowej Lumiang (Lumiang Burial Cave).

 

Na południowy wschód stąd znajdują się miejscowości Banaue i Batad z tarasami ryżowymi, które są dumą grupy etnicznej Ifugao. Filipińczycy uważają je za ósmy cud świata. Tarasowe pola liczą sobie przeszło 2 tys. lat. Zostały zbudowane tylko pracą rąk ludzkich, bez użycia maszyn. Do dziś ryż uprawia się tu w tradycyjny sposób.

 

PODZIEMNA RZEKA

 

Większości osób Filipiny kojarzą się z przepięknymi plażami, białym piaskiem i kolorowymi rafami. Wszystko to znajdziemy właśnie na Palawanie. Wyspa ta leży w południowo-zachodniej części archipelagu. Niedaleko miejscowości Sabang usytuowany jest jeden z 7 Nowych Cudów Natury – Park Narodowy Rzeki Podziemnej Puerto Princesa. Tutejsza podziemna rzeka (Cabayugan) uchodzi za jedną z najdłuższych na świecie. Ciągnie się przez 8,2 km, z czego turyści zobaczyć mogą tylko pierwsze 1,5 km. Jaskinie krasowe zwiedza się małą łódką, sterowaną przez przewodnika. Pod ziemią panuje absolutna cisza i aby jej nie zakłócać, każdy z odwiedzających otrzymuje słuchawki z nagranym wcześniej opisem. Wszystko wokół spowija całkowity mrok, jedynej latarki używa przewodnik i to on oświetla najważniejsze do obejrzenia miejsca. Niezmącony spokój rzeki i jej ogrom robią niesamowite wrażenie. Z łatwością można się tutaj przekonać, jak wielka jest siła natury.

 

Z WYSPY NA WYSPĘ

 

Każdy, kto kiedykolwiek zawita na Filipiny, spotka się z określeniem island hopping. Zwrot ten oznacza zwiedzanie pobliskich małych, nierzadko niezamieszkanych, wysepek, plaż i raf połączone z pływaniem i snorkelingiem. Najpopularniejszy na Palawanie rejon na taką wycieczkę znajduje się w północnej jego części, w okolicy miasta El Nido, zwanego Niebem na Ziemi. Leży tu archipelag Bacuit składający się z 45 niewielkich wysp, które skrywają niesamowite i przepiękne plaże, zatoczki, laguny i jaskinie. W trakcie całodniowej wyprawy tradycyjną filipińską łodzią banca mamy okazję zobaczyć niedostępne brzegi pokryte śnieżnobiałym piaskiem, ponurkować w poszukiwaniu żółwi, obejrzeć niezmiernie kolorową rafę czy popływać kajakiem pomiędzy dzikimi i bezludnymi skrawkami lądu. W El Nido oferuje się cztery wycieczki (oznaczone kolejno literami A, B, C i D), różniące się umieszczonymi w programie miejscami.

 

Do najczęściej odwiedzanych wysepek należy Miniloc, otoczona przepięknymi lagunami – Big Lagoon, Small Lagoon i Secret Lagoon. Aby zobaczyć tę ostatnią, trzeba przecisnąć się przez wąskie przejście ukryte pod olbrzymim wapiennym klifem zanurzonym w wodzie. Helicopter Island swoim kształtem przypomina z kolei mały śmigłowiec. Na Sekretną Plażę (Secret Beach) na Matinloc trafia się przez skalny otwór. Większość z wysp archipelagu Bacuit to ogromne wapienne skały wyrastające pionowo z wody, pokryte bujną zielenią i niewielkimi plażami. Jeżeli jednak ktoś chciałby znaleźć rajski zakątek, ale woli pozostać na Palawanie, powinien w El Nido wypożyczyć skuter i udać się w stronę północnego krańca lądu. Leżą tutaj dzikie plaże, do których trudno dojechać samochodem, takie jak Nacpan Beach. Ma ona 4 km długości i przy odrobinie szczęścia będziemy na niej jedynymi turystami. Usypany ze śnieżnobiałego piasku brzeg oblewa krystalicznie czysta, turkusowa woda, palmy uginają się od kokosów, a nieliczne skromne bary zapraszają do odpoczynku w wygodnym hamaku.

 El Nido Resorts Apulit

El Nido Resorts Apulit Island

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

W SERCU ARCHIPELAGU

 

Centralną częścią Filipin jest region Visayas. To właśnie na jedną z jego wysp (Limasawę) w marcu 1521 r. przypłynęła ekspedycja Ferdynanda Magellana. Hiszpanie przywieźli ze sobą figurkę Dzieciątka Jezus (Santo Niño) i chrześcijaństwo. Na Cebu, w mieście o tej samej nazwie wbito krzyż (Cruz de Magallanes) i ochrzczono pierwszych mieszkańców archipelagu. Ferdynand Magellan zginął jednak 27 kwietnia 1521 r. na sąsiedniej Mactan w walce z wojownikami miejscowego wodza Lapu-Lapu. Kilkadziesiąt lat później do wysp Visayas przybiła kolejna wyprawa z Hiszpanii. Na jej czele stał Miguel López de Legazpi, któremu udało się wprowadzić chrześcijaństwo i ustanowić pierwszą stolicę kolonii hiszpańskich w Azji. Tak właśnie w Cebu, dziś najstarszym założonym przez Hiszpanów mieście na archipelagu (jako Villa de San Miguel w dniu 27 kwietnia 1565 r.), narodził się kraj znany dzisiaj jako Filipiny.

 

W tym największym, ponad 920-tysięcznym ośrodku miejskim regionu Visayas warto poszukać pozostałości po kolonizatorach. W Bazylice Dzieciątka Jezus (Basílica del Santo Niño, najstarszym kościele katolickim na Filipinach, wzniesionym w 1565 r.) można zobaczyć cudowną figurkę Santo Niño. To właśnie w miejscu, w którym stoi świątynia, Ferdynand Magellan ochrzcił pierwszych wyspiarzy. W małym i niepozornym budynku kaplicy nieopodal bazyliki znajduje się krzyż postawiony przez portugalskiego żeglarza, a właściwie jego zachowane fragmenty umieszczone w drewnianej konstrukcji nowego krzyża.

 

Na Cebu ciekawie spędzimy czas również poza stolicą prowincji. W okolicy miasta Moalboal i pobliskiej wysepki Pescador (po hiszpańsku Rybak) można obserwować ogromne ławice sardynek. Niedaleko pod wodą kryją się jedne z piękniejszych filipińskich raf. Znakomitym miejscem na wypoczynek są dwie plaże – Panagsama i Biała (White Beach). Osoby lubiące aktywne wyprawy powinny wybrać się na wycieczkę pod któryś z licznych wodospadów, np. Kawasan Falls. 

 

Cebu słynie też z innej, dość kontrowersyjnej atrakcji. W pobliżu miasta Oslob można spotkać rekiny wielorybie, które przyciągają codziennie rzesze turystów. Ekolodzy jednak regularnie zwracają uwagę, że zbyt duża ingerencja w naturalne środowisko tych największych na świecie ryb wpływa negatywnie na ich populację.

 

SPOTKANIE Z REKINAMI

 

Na Filipinach mamy niesamowitą okazję zobaczyć na własne oczy rekiny wielorybie. Te całkowicie niegroźne dla ludzi ryby żywią się planktonem i prowadzą migracyjny tryb życia. Przebywają codziennie wiele kilometrów. W poszukiwaniu pożywienia pojawiają się w okolicy wspomnianego Oslob. Lokalni rybacy, którzy czyszczą w morzu swoje sieci, zauważyli, że rekiny przypływają, aby najeść się resztkami z połowów. Sytuację postanowiono więc wykorzystać i ze spotkań z tymi fascynującymi stworzeniami zrobić atrakcję turystyczną. Niestety, karmione codziennie ogromne ryby nauczyły się łatwego zdobywania pokarmu i porzuciły swój migracyjny tryb życia, zaburzając tym samym ekosystem. Popularność tego miejsca sprawia, że turystów i łodzi jest coraz więcej, a rekiny narażone są na zranienie i negatywne skutki zbyt bliskiego kontaktu z człowiekiem.

 

Na Filipinach te niesamowite zwierzęta można spotkać także w rejonach, gdzie ludzie nie ingerują tak mocno w środowisko naturalne, m.in. w okolicy wyspy Pamilacan na morzu Bohol (Mindanao). Tutejsi rybacy, kiedyś polujący na rekiny, dziś oferują wyprawy, na których wypatruje się tych olbrzymów i delfinów. Największe na świecie ryby spotyka się również koło rybackiej miejscowości Donsol, znajdującej się w południowej części Luzonu.

 

KRAINA UŚMIECHU

 

Podczas pobytu na Filipinach nie wolno ominąć wyspy Bohol. To niewątpliwie wizytówka kraju – reprezentuje wszystkie jego wspaniałości, przyciąga niepowtarzalnymi atrakcjami i pięknymi plażami. Te ostatnie najłatwiej znaleźć na czarującej wysepce Panglao, połączonej z Bohol dwoma mostami. Turyści lubiący malownicze kurorty i restauracje z lokalnym jedzeniem powinni odwiedzić słynną plażę Alona. Osobom ceniącym sobie spokój spodoba się raczej popularna wśród miejscowych Dumaluan. W tej części Bohol warto zdecydować się na rejs na małe, urokliwe wysepki, np. Pamilacan z lasami koralowców i podwodnym sanktuarium żółwi morskich czy Balicasag, w okolicy której można spotkać delfiny i rekiny wielorybie.

 

Ciekawym sposobem na spędzenie czasu jest też wycieczka rzeką Loboc (Loay). W jej rejonie kręcono sceny do filmu Czas Apokalipsy Francisa Forda Coppoli. Podczas rejsu podziwia się cudowne widoki i delektuje lokalnymi daniami, a to wszystko przy filipińskiej muzyce na żywo. Amatorów mocnych wrażeń Bohol przyciąga wspaniałymi parkami przygód, w których można zjechać na linie zawieszonej nad tropikalnym lasem, wspinać się po skałach, eksplorować jaskinie lub spłynąć rwącą rzeką.

 

NIETYPOWE WZGÓRZA

 

Większość osób przybywa jednak na Bohol, aby zobaczyć wyjątkowy cud natury, jakim są Wzgórza Czekoladowe. Składa się na nie ok. 1270 wapiennych pagórków o wysokości od 30 do 120 m. Wzniesienia zaskakują prawie idealnie stożkowatym kształtem i do dzisiaj naukowcy nie ustalili ich pochodzenia. Filipińczycy wierzą, że powstały za sprawą olbrzymów. Jedna z legend mówi o tym, że pagórki utworzyły ogromne łzy wylane przez giganta Arogo płaczącego nad utraconą miłością. Według innej opowieści to głazy, którymi rzucali w siebie olbrzymi. Co ciekawe, nazwa tego miejsca pochodzi od koloru traw porastających wzniesienia – w porze suchej stają się one ciemnobrązowe. Jednak Wzgórza Czekoladowe równie pięknie prezentują się w kolorze zielonym.

 

POD OSŁONĄ NOCY

 

Innym symbolem wyspy Bohol jest maleńkie stworzenie, które większość ludzi myli z małpką. Mowa tu o wyraku filipińskim. Wyrakowate są ssakami naczelnymi i prowadzą nocny tryb życia. Wyróżniają je ogromne oczy i kończyny zakończone cieniutkimi palcami. Większość dnia przesypiają z jednym zamkniętym okiem, przytulone do gałęzi drzew. Mimo iż wyraki filipińskie uznano za gatunek o podwyższonym ryzyku wyginięcia, ich populacja nadal drastycznie maleje. Sprawy nie ułatwia fakt, że samica rodzi tylko dwa młode w ciągu całego roku. Na Bohol można zobaczyć te niezwykłe stworzenia z bliska. Odpowiednim do tego miejscem jest ośrodek w miasteczku Corella należący do Philippine Tarsier Foundation, w którym zwierzęta przebywają w naturalnym środowisku i pod opieką wolontariuszy.

 

ZACZAROWANY LĄD

 

Na Filipinach leży jeszcze jedna wyjątkowa wyspa, słynąca z magicznej mocy. Filipińczycy starają się ją omijać, gdyż boją się duchów i mieszkających tu szamanów. Siquijor, bo tak się nazywa, można objechać na skuterze w jeden dzień. W tutejszych lasach i górach znajdują się prawdziwe skarby: jeziora z wodospadami, tajemnicze jaskinie, malowniczo położone punkty widokowe i… szamani. Tych ostatnich wcale nie tak łatwo spotkać. Choć przestali trudnić się czarną magią i zajmują się dziś raczej uzdrawianiem, to w miejscowych budzą ogromny respekt.

 

Siquijor z pewnością spodoba się wielbicielom przepięknych widoków. Mówi się, że to właśnie tutaj można oglądać najpiękniejsze zachody słońca na Filipinach. W trakcie zwiedzania trzeba koniecznie wybrać się pod Balete Tree w Campalanas, uważane za najstarsze drzewo na wyspie (ponoć ponad 400-letnie), spod którego korzeni wytryska źródło. Według miejscowych w jego wnętrzu mieszkają duchy. Szamani wykonują w pobliżu drzewa swoje obrzędy. W tej okolicy można skorzystać z naturalnego peelingu stóp w basenie z małymi rybkami.

 

Podczas wizyty na Siquijor warto też zjechać z głównej drogi i poszukać ukrytych plaż i wodospadów. Przy odrobinie szczęścia trafi się na Kagusuan. Tę przepiękną i niedostępną plażę urozmaicają olbrzymie głazy wyrzucone przez morze. Najprawdopodobniej nie spotkamy tu żywej duszy.

 

Kolory i smaki RPA

MARIUSZ KAPCZYŃSKI
redaktor naczelny portalu Vinisfera.pl

<< Nawet najwybredniejszemu turyście uda się spędzić w tym niezmiernie barwnym zakątku świata niezapomniane wakacje. Czymkolwiek się interesuje, na pewno znajdzie to na południowym krańcu Afryki. Kapsztadzkie ulice przypomną mu o dawnych czasach, wybrzeża dwóch oceanów – Atlantyckiego i Indyjskiego – zachwycą surowością pejzaży, a dzikie zwierzęta nauczą pierwotnych praw natury. A gdy zmęczony nadmiarem wrażeń usiądzie, żeby chwilę odpocząć, kieliszek wyśmienitego południowoafrykańskiego wina wprawi go w błogi nastrój satysfakcji z odbytej podróży. >>

Więcej…

Wyspy Zielonego Przylądka – ostatni raj na Atlantyku

KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA
www.karolinasypniewska.pl


<< Ten niezasiedlony aż do przybycia Portugalczyków w drugiej połowie XV w. archipelag, należący dziś do Republiki Zielonego Przylądka (República de Cabo Verde), znany był niegdyś wśród żeglarzy z produkcji wspaniałego grogu robionego z trzciny cukrowej oraz handlu niewolnikami. Obecnie wciąż zachwyca niezwykłą naturą, przepięknymi plażami nad oceanem i jedyną w swoim rodzaju europejsko-afrykańską kulturą wyspiarską. To świetny kierunek nie tylko dla indywidualnych turystów, miłośników sportów wodnych, ale również na firmowe wyjazdy integracyjne i motywacyjne (tzw. incentive), spotkania biznesowe, kongresy czy konferencje. Odkryjmy zatem ostatni raj na Atlantyku! >>

Więcej…