1212_Segera_MP2_3255_HDR.jpg

Sanktuarium dzikiej przyrody Segera Retreat w sercu płaskowyżu Laikipia

©AFRICA LINE ADVENTURE

 

Karolina Sypniewska-Wida 

www.karolinasypniewska.pl


Kto na safari wybiera się do Kenii, może mieć pewność, że czekają go najlepsze warunki do obserwowania dzikich zwierząt oraz podziwiania gigantycznych przestrzeni i krajobrazów niczym z najpiękniejszych snów. Przy okazji pozna też afrykańskie ludy i dowie się, że Masajowie uważają się za właścicieli wszystkich krów na ziemi, język żyrafy mierzy prawie pół metra, z drzewa kiełbasianego (kigelii afrykańskiej) robi się piwo, a zebra jest czarna w białe paski. Co więcej, pod względem infrastruktury turystycznej to państwo należy do najbardziej rozwiniętych w Afryce. To prawda, że turyści z całego świata przybywający każdego roku w ogromnej liczbie na ten fascynujący kontynent zmienili na dobre obraz dzisiejszego Czarnego Lądu, ale odwiedziny w objętych ochroną parkach narodowych i rezerwatach przyrody w dalszym ciągu są jedyną w swoim rodzaju atrakcją.


Republika Kenii leży nad Oceanem Indyjskim i graniczy z Tanzanią, Ugandą, Somalią, Etiopią i Sudanem Południowym. Największe jej miasto stanowi stolica – Nairobi – typowa wielkomiejska metropolia.

Zamieszkuje ją ok. 3,5 mln ludzi. W całym kraju (o powierzchni ponad 580 tys. km2) żyje powyżej 45 mln Kenijczyków. Wyprawa do tej części Afryki to również okazja do stanięcia na równiku, którego linia przebiega przez 15 państw i terytoriów, w tym Kenię. Obowiązkowo należy zrobić sobie zdjęcie z tablicą z napisem Hakuna matata! You are now crossing equator (Nie martw się! Właśnie przekraczasz równik).

Wiele spraw rozwiązuje tu powszechnie znany zwrot hakuna matata (nie ma problemu). Kenijczycy słyną z niespotykanej łatwości w nawiązywaniu kontaktów, a te dwa słowa idealnie oddają ich pozytywne nastawienie do świata. Praktycznie wszędzie porozumiemy się po angielsku, choć lepiej przyswoić sobie chociaż kilka zdań w języku suahili, co pozwoli nam na zyskanie przychylności miejscowych. Gdy powiemy komuś Jambo! (Cześć!) czy Asante sana! (Dziękuję bardzo!), od razu na jego twarzy pojawi się uśmiech, a atmosfera stanie się przyjemniejsza. Będzie to na pewno szczególnie pomocne np. przy robieniu zakupów.

Etniczna mieszanka

Pierwszymi Europejczykami, którzy przybyli do dziś kwitnącej turystycznie Mombasy w 1498 r., byli Portugalczycy. Zajmowali się handlem w basenie Oceanu Indyjskiego, kolonizacją wybrzeży Kenii i sprawowaniem kontroli nad zdobytym obszarem. Pozostali w tym rejonie do XVIII w., kiedy to wyparli ich Arabowie z Omanu, którzy mieli swoją siedzibę na Zanzibarze. W XIX stuleciu o tereny te rywalizowali Niemcy i Brytyjczycy. Ostatecznie w 1895 r. utworzono brytyjski Protektorat Afryki Wschodniej, który obejmował również Ugandę. W 1920 r. przekształcono go w Kolonię Kenii. Ponieważ interesy miejscowej ludności nie były w niej reprezentowane, elity grupy etnicznej Kikuju założyły Stowarzyszenie Młodych Kikuju, zamienione później w Centralne Stowarzyszenie Kikuju. W 1946 r. powstał Afrykański Związek Kenii (KAU), na którego czele stanął wkrótce Jomo Kenyatta (1891–1978), aresztowany potem podczas powstania Mau-Mau przeciwko brytyjskim rządom (1952–1956). Na początku lat 60. XX w., po wyjściu z więzienia, został on przewodniczącym nowej partii – Afrykańskiego Narodowego Związku Kenii (KANU). Po uzyskaniu przez kraj niepodległości objął w grudniu 1964 r. urząd prezydenta. Jego następca, wcześniej wiceprezydent, Daniel Moi (ur. w 1924 r.) znowelizował konstytucję, aby wprowadzić system jednopartyjny. Ze względu jednak na naciski państw zachodnich, w 1991 r. znów zezwolono na tworzenie wielu partii.

Do dziś sytuacja polityczna w Kenii bywa niestabilna. Największe zamieszki wybuchły pod koniec grudnia 2007 r. po wyborach prezydenckich, których wyniki zakwestionowała opozycja i drugi kandydat Raila Odinga (ur. w 1945 r.). Oprócz tego napięcia zdarzają się również między niektórymi grupami etnicznymi. Sztucznie wytyczone granice krajów afrykańskich zmuszają do życia obok siebie przedstawicieli różnych ludów. Kenia jest pod tym względem niezmiernie różnorodna. Wśród jej mieszkańców 67 proc. stanowią plemiona grupy Bantu, w tym Kikuju, Luhja, Kamba czy Meru. Reszta to Niloci (Luo, Kalendżin, Masajowie, Turkana), Kuszyci (Somalijczycy, Oromo) oraz Azjaci, Arabowie i Europejczycy (głównie Brytyjczycy).

Język wielu kultur

Choć językami urzędowymi są tutaj angielski i suahili, ponad 45 mln obywateli tego kraju mówi też jednym z 66 języków zaliczających się do różnych rodzin językowych z obszaru Afryki. Każde dziecko pochodzące z któregoś z kenijskich ludów uczy się więc 3 języków – swojej grupy etnicznej, angielskiego i suahili. W tym ostatnim znajdziemy wpływy innych języków z grupy bantu, arabskiego, perskiego, hindustani, portugalskiego, angielskiego, niemieckiego i francuskiego. Początkowo posługiwały się nim plemiona Bantu, ale w końcu stał się uniwersalnym środkiem komunikacji dla żeglarzy z różnych stron świata spotykających się na wybrzeżu Czarnego Lądu. Wielu z nich docierało w te strony w poszukiwaniu złota, kości słoniowej, rogów nosorożców, oleju palmowego i skór dzikich zwierząt. Elementy tej mieszanki kulturowej można zauważyć również w lokalnej kuchni suahili, do której zalicza się potrawy na bazie ryżu takie jak indyjskie biriani (biryani) lub pilaw. Nad Oceanem Indyjskim z łatwością kupimy indyjskie placki roti i tradycyjne afrykańskie ugali (papka z mąki maniokowej albo kukurydzianej z dodatkiem wody) czy muzułmańskie danie z jagnięciny.

Afrykańska filozofia życia

026-DSC_2509.jpg

Słonie przecinające drogę w Rezerwacie Narodowym Masai Mara

©KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA



Po co się spieszyć? Przecież mamy tylko jedno życie. Czy najważniejsze nie jest to, że ostatecznie dotrę do miejsca przeznaczenia? Powtarzanie tych trzech zdań w trakcie naszych kenijskich wakacji pozwoli nam zaoszczędzić sobie nerwów, a nawet wybuchów złości w kontaktach z miejscowymi. W Afryce musimy nauczyć się płynąć razem z czasem. Jeżeli autobus ma odjechać o 8.00, to oznacza, że przed tą godziną pojawi się w umówionym punkcie i zacznie czekać na pasażerów. W drogę ruszy dopiero w momencie, kiedy zbierze komplet chętnych. Bywa tak, że trzeba spędzić pół dnia na takim oczekiwaniu, aby odbyć 2- lub 3-godzinną podróż. Wtedy nie pozostaje nam nic innego, jak nauczyć się mądrości wypływającej ze zwrotu hakuna matata.

Adventures_aloft_Maasai_Mara_16.jpg

Wielką Migrację można podziwiać podczas lotu balonem nad sawanną

©KENYA TOURISM BOARD


Co ciekawe, w Afryce Wschodniej początek doby, a zarazem jej pierwszą godzinę liczy się od świtu, a nie jak w Europie od północy, gdy ludzie jeszcze śpią. Dlatego w języku suahili dzień zaczyna się, kiedy wszystko budzi się do życia, czyli o wschodzie słońca. To oznacza, że nasza 6.00 jest tu określana jako godzina 0.00, 7.00 będzie 1.00 itd. Kenijski zegarek miałby więc tarczę ustawioną do góry nogami: na samej górze znajdowałaby się cyfra 6, a na dole – 12. Oczywiście, Kenijczycy najczęściej starają się dostosować do podziału doby używanego przez turystów, więc nie trzeba panikować, ale warto upewnić się, czy godzinę podano według czasu lokalnego czy europejskiego.

W rejonie Wielkich Rowów

110-DSC_3707.jpg

Wojownik z ozdobami z koralików

©KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA



Terytorium Kenii jest niezmiernie zróżnicowane pod względem ukształtowania powierzchni. W większości zajmuje je płaskowyż osiągający w zachodniej części kraju wysokości do 3000 m, a we wschodniej – ok. 500 m n.p.m. Na zachodzie biegnie przez niego Wielki Rów Wschodni, należący do Wielkich Rowów Afrykańskich, czyli rowów tektonicznych Afryki Wschodniej. Na ich obszarze występują liczne wulkany, w tym Kenia (5199 m n.p.m.) i Elgon (jego najwyższy szczyt mierzący 4321 m n.p.m. znajduje się w Ugandzie). Na granicy z Tanzanią i Ugandą leży kotlina z Jeziorem Wiktorii (najrozleglejsza jej część położona jest na terytorium tanzańskim). Na północy na granicy z Etiopią rozciąga się podłużne jezioro Turkana (Jezioro Rudolfa). Dwiema najdłuższymi kenijskimi rzekami są Tana (ok. 800 km) i Athi (w dolnym biegu nazywana Galana lub Sabaki, ok. 550 km). Wiele systemów rzecznych wypełnia się wodą tylko okresowo. Mniejsze akweny, takie jak Naiwasza (Naivasha) i Nakuru, przyciągają turystów swoimi walorami krajobrazowymi.

Klimat panujący na tym obszarze określa się jako równikowy monsunowy i praktycznie przez okrągłe 12 miesięcy warto przylecieć do Kenii.Oficjalnie uważa się, że sezon na safari trwa od początku listopada do końca marca, ale trzeba pamiętać o tym, iż w Afryce Wschodniej występują dwie pory roku: sucha i deszczowa, a każda z nich zazwyczaj przypada dwukrotnie. Pierwszy czas intensywnych opadów rozpoczyna się w kwietniu i kończy wraz z majem, granicę drugiego natomiast wyznaczają październik i ostatnie dni grudnia. Pora sucha nadchodzi w styczniu i utrzymuje się do marca, aby powrócić w okresie od czerwca do września. Z wyjazdem najlepiej poczekać, aż przeminie wysoki sezon, trwający zawsze od Nowego Roku do końca lutego. Jednak kiedykolwiek przyjedziemy, zawsze czeka nas tutaj niesamowita przygoda.

Seans w technice 4D

Jedną z najbardziej znanych grup etnicznych Kenii są Masajowie. Podczas wypraw do tego kraju każdy turysta spotka niejednego kolorowo ubranego przedstawiciela tego ludu wypasającego swoje bydło, np. na terenie Rezerwatu Narodowego Masai Mara, który przylega do tanzańskiego Parku Narodowego Serengeti. Nazwa tego obszaru o powierzchni 1510 km² powstała z połączenia dwóch elementów nierozerwalnie związanych z tutejszą sawanną: plemienia Masajów właśnie i rzeki Mara. To przez nią prowadzi szlak corocznej wędrówki antylop gnu, zebr i innych ssaków kopytnych. Obserwowanie tzw. Wielkiej Migracji przypomina oglądanie wyświetlanego w technice 4D filmu sensacyjnego z fragmentami horroru, puszczanego w najlepszym kinie w mieście. Spektakl rozgrywa się między lipcem a wrześniem, kiedy zmęczone długą drogą zwierzęta docierają nad Marę z równiny Serengeti. Po drugiej stronie rzeki rozciągają się zielone pastwiska porośnięte świeżą trawą. Wystarczy tylko przejść na przeciwległy brzeg, jednak podczas tej przeprawy ponad 250 tys. antylop i zebr ginie w paszczach krokodyli lub po prostu się topi.

Miejscowi nazywają gnu pręgowane klaunami sawanny. Śmieją się, że wyglądają, jakby zostały złożone z innych zwierząt – mają głowę bawoła, nogi antylopy i ogon konia. Gdy się im przyglądamy, też się uśmiechamy. Rezerwat Narodowy Masai Mara stanowi jeden z najciekawszych regionów na wytropienie Wielkiej Piątki Afryki – lwa, słonia i bawoła afrykańskiego, nosorożca czarnego i lamparta. Nazwa ta powstała wśród myśliwych. Określali nią najniebezpieczniejsze zwierzęta sawanny, chociaż wielu ludzi twierdzi, że najgroźniejszym afrykańskim stworzeniem jest hipopotam.

Właściciele wszystkich krów

Jak już wspomniałam, Masajowie wierzą, że bóg Enkai podarował im wszystkie krowy świata. Jeśli więc ktoś, kto nie pochodzi z ich grupy etnicznej, ma bydło, to ukradł je prawowitym właścicielom. Gdy wchodzimy do masajskiej wioski, pierwsze, co widzimy, to stado tych zwierząt, zajmujące większość placu w osadzie. Krowa jest dla Masajów symbolem bogactwa i szczęścia, a za największego biedaka wśród nich uchodzi ten, kto nie posiada żadnej. Dla mięsa hodują oni kozy, a bydło dostarcza im mleka i krwi, której picie daje siłę. Badania wykazują, że ma ona mnóstwo składników wspomagających układ odpornościowy i wykorzystywanych do budowy mięśni, narządów wewnętrznych czy stawów. Aby upuścić krowie krwi, strzałą przebija się jej żyłę na szyi. Płyn tryska cienkim strumieniem do bukłaka. Gdy ten zostanie napełniony, otwór zalepia się korkiem zrobionym z gliny wymieszanej z nawozem.

Życie codzienne w wiosce toczy się według ustalonego porządku. Mężczyźni są wojownikami i pasterzami – ochraniają plemię i wypasają stado. Do kobiet należą wszystkie pozostałe obowiązki: budowanie chaty, przynoszenie wody i drewna na opał, opieka nad dziećmi, zabijanie i oprawianie zwierząt oraz przygotowywanie jedzenia. Oprócz tego wykonują one ubrania i wszelkie ozdoby z koralików, którym nadaje się znaczenie symboliczne. Mężczyzna, aby przypodobać się kobiecie, odprawia jeden z dziwniejszych rytuałów na świecie – taniec adumu. W jego trakcie musi jak najwyżej podskoczyć bez uginania kolan, w miejscu, bez żadnego rozbiegu, nie pokazując, że kosztuje go to jakikolwiek wysiłek. Zwycięzca zabiera wszystkie zgromadzone Masajki, które mają ogolone głowy, pomalowane na czerwono twarze i mnóstwo kolorowej biżuterii z paciorków.

Egzotyczne jeziora

Osobom odwiedzającym Kenię polecam wizytę nad dwoma pięknymi jeziorami Naiwasza (Naivasha) i Nakuru, których okolica jest niezwykle bogata w ciekawe gatunki fauny. Podczas mojego pierwszego safari w tym rejonie w teren wyruszaliśmy o wschodzie słońca, po porannej kawie. Wsiadaliśmy do auta z otwieranym dachem i wypatrywaliśmy zwierząt kończących nocne łowy. Warto było wyjeżdżać o świcie, bo udawało się wtedy zobaczyć rzadko spotykanych mieszkańców Afryki. Krzyk pawianów ogłaszał, że lampart wraca z polowania. Z pełnym brzuchem przeszedł obok naszego samochodu, udając się zapewne na zasłużony odpoczynek. Kiedy indziej widziałam, jak lew kroczył dumnie przez sawannę do czekającej pod drzewem lwicy. Gdy dotarł, ona obeszła go dookoła i odwróciła się, okazując mu swoje niezadowolenie. On podchodził do leżącej samicy i muskał ją nosem, jakby chciał ją za coś przeprosić. Życie na sawannie można by obserwować godzinami, dlatego w podróż warto zabrać lornetkę, a na miejscu uzbroić się w cierpliwość, bo przecież czas w Afryce płynie swoim własnym rytmem.

Brzegi Nakuru i jego okolice zamieszkują przede wszystkim niespotykane zbyt często nosorożce białe i czarne, żyrafy Rothschilda, lamparty, hieny, antylopy – koby śniade, gazelki masajskie i gazelopki sawannowe, a także, co ważniejsze, liczne ptaki: dropy olbrzymie, marabuty, pelikany, flamingi czy bieliki afrykańskie. Na wzgórzu z widokiem na jezioro witają nas pawiany – nie zawsze przyjaźnie nastawione do turystów – i malutkie góralki przylądkowe, czyli niewielkie roślinożerne ssaki kopytne, często mylone z gryzoniami, choć są blisko spokrewnione ze słoniami. Na terenie Parku Narodowego Jeziora Nakuru (ok. 188 km²) występuje 56 gatunków ssaków i niezliczona ilość rozmaitych egzotycznych roślin.

Dla odmiany słodkowodna Naiwasza (Naivasha), leżąca na wysokości 1884 m n.p.m. w dolinie ryftowej, jest domem dla dużej populacji hipopotamów. Podczas rejsu łódkami po jeziorze obserwujemy różnorodne ptactwo i właśnie te olbrzymie stworzenia. Na pierwszy rzut oka wydają się potulne i leniwe, ale w rzeczywistości charakterem bardziej przypominają wojownika niż pluszowego misia. Wejście na ich terytorium oznacza walkę na śmierć i życie. Ten znaczących rozmiarów ssak potrafi być agresywny i nie znosi nieproszonych gości, w tym krokodyli i ludzi, których umie rozszarpać na kawałki jednym kłapnięciem wielkiej szczęki. Nad Naiwaszą można zatrzymać się w niesamowitej lodży, po której terenie w dzień spacerują żyrafy, a w nocy – hipopotamy. Te ostatnie, gdy praży słońce, chłodzą się w wodach jeziora, po zapadnięciu zmierzchu natomiast wychodzą polować na lądzie. Po zmroku, aby udać się do hotelowej restauracji na posiłek, swój pokój należy opuszczać tylko z eskortą. Strażnik wyposażony jedynie w latarkę dzielnie kroczy z wystraszonymi turystami nasłuchującymi wszelkich dziwnych odgłosów…

Afryka „all inclusive”

Jeśli tylko pozwoli nam na to budżet, nasza podróż do Afryki może być niezwykle ekskluzywna. Liczne klimatyczne lodże położone w parkach narodowych oferują warunki niczym w 5-gwiazdkowych hotelach. Do dyspozycji gości są baseny, jacuzzi i restauracje z wyśmienitym jedzeniem. O ich komfort dba wysoko wykwalifikowana obsługa, a dzika przyroda znajduje się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Często spotyka się przepiękne całoroczne namioty dla turystów, które zamiast drzwi mają wielkie okna po to, aby już od rana można było podziwiać sawannę.

Wyprawa na safari dostarcza niezapomnianych wrażeń i gwarantuję, że w Kenii każdy dzień jest w stanie przynieść niepowtarzalną przygodę. Z pewnością warto nauczyć się tutaj afrykańskiego podejścia do czasu, które znakomicie oddaje powiedzenie haraka haraka haina baraka (pośpiech, pośpiech nie ma błogosławieństwa). Czarny Ląd zachwyca i szokuje jednocześnie, dlatego tak mocno przyciąga ludzi z całego świata, głodnych niecodziennych przeżyć w samym środku królestwa natury.

Artykuły wybrane losowo

Irański skarbiec Bliskiego Wschodu

 

Isfahan_2.jpg

Plac Naghsz-e dżahan w Isfahanie

© PARS TOURIST AGENCY

 

Karolina Rakowiecka-Asgari

 

Iran to prawdziwy raj dla turystów. Obfituje w rozmaite atrakcje – od śnieżnych stoków narciarskich po gorące wybrzeże Zatoki Perskiej, od niezwykle suchych terenów w centrum po obszary wilgotnego klimatu nadkaspijskiego, od najnowocześniejszej architektury po subtelne meczety i zagubione w piaskach pustyni wioski z domami z gliny mieszanej ze słomą oraz bezcenne zabytki starożytności. Wszystkie te miejsca pozostają niemal dziewicze, ponieważ zagranicznych przybyszów wciąż przyjeżdża w te strony na tyle niewielu, że budzą autentyczną sympatię i zaciekawienie Irańczyków. Dlatego można tutaj nadal zaznać najprawdziwszej słynnej perskiej gościnności. Pod przyjętą w językach państw zachodnich dopiero w 1935 r. rodzimą nazwą Iran, od zawsze stosowaną przez mieszkańców kraju, kryje się przecież właśnie Persja, odgrywająca tak ważną rolę w dziejach świata od starożytności.

Choć Persowie stanowią dziś zaledwie ponad 50 proc. ludności państwa, od stuleci, a właściwie tysiącleci, to właśnie ich kultura dominuje nie tylko w irańskich granicach, ale i całym regionie. Trzeba pamiętać, że odkąd w VI w. p.n.e. powstało pod wodzą Cyrusa II Wielkiego pierwsze perskie imperium Achemenidów rozciągające się w okresie swojej świetności od Indii po Egipt, zwyczaje i tradycje niesione przez język perski – pełniący funkcję lingua franca na licznych terytoriach świata starożytnego, a potem w kalifacie – rozprzestrzeniły się na ogromnym obszarze (mawiano, że i w muzułmańskim raju perski ma być używany na równi z arabskim). Nigdy nie była to jednak kultura zamknięta. Przeciwnie, tym, co pozwoliło jej przez tysiące lat zachować tożsamość, okazała się zdolność asymilowania wpływów, w tym tych najstarszych asyro-babilońskich, stepowych, greckich, a z czasem arabskich (od najazdu w VII w.), tureckich i mongolskich. Każdy kolejny najeźdźca bądź nowy sąsiad szybko uczył się tutejszych wzorców. Nawet Mongołowie, którzy w XIII w. dosłownie obrócili w niwecz wschodnie centra kulturowe ówczesnej Persji, już w pierwszych pokoleniach jako nowi władcy kraju przejmowali nie tylko religię, ale i zamiłowanie do sztuki i język. W ten sposób literatura perska, jedna z najznamienitszych na świecie, przesiąknięta starymi, przedislamskimi motywami i mitami, znajdowała mecenasów wśród kolejnych obcych rządzących.


Do dziś dzieła literackie stanowią ważny element zbiorowej tożsamości Irańczyków i ich dumę narodową. Taksówkarze, przekupnie czy hotelarze z wypiekami na twarzy wyrecytują nam całe długie fragmenty poezji klasycznej lub też eposu Księga królewska (Szahname), pochodzącego już z okresu islamskiego (przełom X i XI w.), ale opiewającego świetność legendarnych i historycznych władców sprzed najazdu arabskiego. Mieszkańcy Iranu powszechnie sądzą, że XIII-wieczny mistyk i poeta Rumi (1207–1273), współczesny mu Sadi z Szirazu (1213 lub 1219–1291) bądź późniejszy o wiek Hafiz (Hafez, ok. 1315–ok. 1390) lepiej wyrażali ich bolączki niż obecni twórcy. To zresztą kolejna tutejsza osobliwość – choć język nowoperski (farsi) rozwija się od IX stulecia, jego wczesne formy są znacznie łatwiej zrozumiałe dla dzisiejszych irańskich czytelników niż utwory Mikołaja Reja czy Jana Kochanowskiego dla Polaków.

Współcześni Persowie

Shiraz_Botanical_Garden.jpg

Botaniczny Ogród Eram należący do Uniwersytetu w Szirazie

©WIKIMEDIA COMMONS/NICK TAYLOR



Perski jest nadal jedynym urzędowym językiem Iranu, mimo iż jako pierwszym posługuje się nim zaledwie ponad trzy razy więcej ludzi niż azerskim (azerbejdżańskim). Tego drugiego, należącego do języków tureckich, większość obywateli kraju używa na co dzień, podczas gdy ten oficjalny, którego jeszcze niedawno (przed rozpowszechnieniem telewizji) wiejskie dzieci uczyły się dopiero w szkole, funkcjonuje w pozostałych sferach. Podobnie rzecz ma się z mniejszościami, takimi jak Kurdowie, Arabowie czy Beludżowie. Wynika to po trosze z przywiązania do potężnej tradycji narodowej, ale także z polityki państwowej – Islamska Republika Iranu przyznaje teoretycznie nieograniczone prawa grupom etnicznym, mimo to w praktyce oczekuje od nich asymilacji z obawy przed tendencjami separatystycznymi. Różnorodność kulturową widać jednak wyraźnie na irańskiej prowincji (w Teheranie nazywa się nią – jak w Paryżu – całą resztę kraju). Poza dużymi ośrodkami jest zdecydowanie barwniej: kobiece stroje mienią się kolorami koczowniczych spódnic, turkmeńskich chustek i kwiecistych czadorów modlitewnych, które w miastach nosi się jedynie koło domu. Mniej tu czerni nadal dominującej w przestrzeniach publicznych metropolii. Bardziej natomiast będą się rzucać w oczy turystki w opadającej chustce i swobodniejszym stroju, które w stolicy zginęłyby w tłumie teheranek.


Skarby Isfahanu

12810px-Isfahan_Royal_Mosque_general.jpg

Isfahański Meczet Imama (Meczet Szacha) wzniesiony w XVII w

©WIKIMEDIA COMMONS/PATRICK RINGGENBERG



Przedstawicielami mniejszości są w rozumieniu prawa irańskiego przede wszystkim wyznawcy innych religii niż islam szyicki. Ormianie, żydzi, lokalni chrześcijanie i zaratusztrianie (zoroastryjczycy) mogą liczyć na szczególne przywileje, takie jak reprezentacja parlamentarna. Obecnie ok. 99,5 proc. Irańczyków jest muzułmanami, z czego mniej więcej 89 proc. to szyici. Ten odłam islamu dopiero w XVI w. stał się elementem tożsamości forsowanym przez dynastię Safawidów jako przeciwwaga dla sunnickiego imperium osmańskiego. Okres rządów tych władców (1501–1722) to czas odrodzenia narodowego, po którym zostało wiele imponujących zabytków, wśród nich miasto ogrodów i pałaców – Isfahan. Z uwagi na spójność koncepcji architektonicznej bywa ono porównywane z Krakowem. Jego centrum stanowi dawny plac do wywodzącej się prawdopodobnie z Iranu gry w polo, czyli Naghsz-e dżahan (Obraz Świata). Dziś jak na krakowskim Rynku Głównym stoją tutaj dorożki czekające na tłumy turystów. Tuż obok znajduje się bazar, jeden z najbogatszych i najczarowniejszych w kraju, na którym można nie tylko zaopatrzyć się w isfahańskie i koczownicze dywany sławne na cały świat, ale także przyjrzeć się pracy rzemieślników wytwarzających lampy, naczynia czy stemplowane ręcznie bawełniane tkaniny, tzw. kalamkary. W jego zaułkach natkniemy się na tradycyjne herbaciarnie (czajchany), gdzie poza pyszną perską herbatą zamówimy fajkę wodną (ghaljan) i dizi – typową irańską potrawę spożywaną według ustalonego rytuału (osobno zjada się sos z chlebem, oddzielnie mięso i warzywa ubite na miazgę).

Po powrocie z bazaru na Naghsz-e dżahan staniemy naprzeciw największego meczetu w Iranie zwanego niegdyś Meczetem Szacha, a dziś – jak wiele innych placów, dróg i świątyń – noszącego miano Meczetu Imama (przy czym po 36 latach, jakie minęły od rewolucji 1979 r., miejscowi nadal często używają dawnych nazw, całkowicie ignorując te nowsze). Imponuje on nie tylko swoimi rozmiarami i subtelnością wzorów, ale i niespotykanymi efektami akustycznymi ułatwiającymi pracę kaznodziejów. W miejscu, gdzie najlepiej niesie się głos, znajdziemy zawsze grupkę entuzjastów badających zjawisko echa. Na prawo od ogromnego gmachu ujrzymy kolejną nietypową budowlę sakralną – Meczet Szejcha Lotfallaha. Charakteryzująca się niesłychaną grą światła i cienia, stosunkowo niewielka świątynia wyróżnia się brakiem minaretów, niepotrzebnych z uwagi na to, że należała do prywatnego haremu szacha Abbasa I Wielkiego (1571–1629). Po przeciwległej stronie placu wznosi się pałac Ali Kapu (Ali Ghapu) o koronkowych drewnianych sufitach stanowiących niepowtarzalne głośniki podczas odbywających się w nim koncertów. W wielu isfahańskich obiektach, takich jak pałac Czehel Sotun (Czterdzieści Kolumn), odkryjemy przykłady malarstwa figuratywnego w muzułmańskim Iranie, będącym przecież ojczyzną miniatur. Islam irański na ogół słabiej ulegał wpływom ortodoksyjnym i chętnie asymilował tradycje lokalne. Bogate w malunki są także kościoły dzielnicy ormiańskiej – słynnej Dżolfy, którą szach Abbas I Wielki założył, aby wykorzystać obrotność Ormian dla budowania potęgi gospodarczej miasta. Przez środek Isfahanu przepływa rzeka Zajanderud, należąca do najpiękniejszych w kraju. W jednym z malowniczych mostów – Chadżu czy Sijose – możemy napić się herbaty po długim zwiedzaniu.

Od stolicy do Szirazu



Do Isfahanu dojedziemy z Teheranu w ok. 7 godz. wygodnym autokarem. Turyści na ogół chętnie porzucają stolicę, która – choć pięknie położona u podnóża masywu górskiego Elburs, pełna muzeów i parków – jest tłoczna i zanieczyszczona, jak na 8,5-milionowe miasto (a właściwie znacznie większe, bo zlało się w jeden organizm z licznymi satelitami) przystało. Po obejrzeniu klejnotów koronnych i odbyciu górskiej wycieczki (pieszo lub kolejką) większość nowo przybyłych ma dość zgiełku, korków (i tak zmniejszonych przez kilka linii metra) i kierowców mnóstwa samochodów nie zważających za bardzo na przepisy. Warto wiedzieć, że jeśli w trakcie powrotu z wędrówki po górach zostaniemy poczęstowani daktylami lub domowej roboty chałwą, powinniśmy przyjąć poczęstunek. To nazri, czyli jedzenie rozdawane za spełnienie modlitwy, w intencji zmarłego czy jakiejś ważnej sprawy. Najczęściej spotkamy się z nim w miesiącach ramadan i moharram (upamiętniającym żałobę po imamie szyickim Husajnie ibn Alim, wnuku proroka Mahometa, który zginął w 680 r. w bitwie pod Karbalą). W drugim z nich odbywają się spektakularne procesje żałobne i przedstawienia tradycyjnego teatru pasyjnego ta’zije. Poza tym przygotowuje się także wtedy większe nazri, często w postaci całych posiłków wręczanych przechodniom. Oba miesiące są ruchome, ponieważ liczy się je według kalendarza księżycowego. Dlatego dobrze wcześniej sprawdzić, kiedy w danym roku wypadają.

Jedna z najpopularniejszych dróg z Teheranu prowadzi właśnie do Isfahanu, a dalej na południe do Szirazu, kolejnej dawnej stolicy Persji, miejsca życia i pochówku wybitnych poetów: Sadiego i Hafiza (Hafeza). Do grobu tego ostatniego Irańczycy dosłownie pielgrzymują. Miasto powita nas również słynną Bramą Koranu, mauzoleum braci szyickiego imama Alego Rezy – Szach Czeragh, XVIII-wiecznym Bazarem Wakil i palmami daktylowymi (perskie daktyle należą do najlepszych na świecie, podobnie jak tutejsze pistacje i kawior). Dojedziemy stąd do Persepolis, stolicy ceremonialnej Achemenidów, spalonej w 330 r. p.n.e. podczas najazdu Aleksandra Wielkiego na Persję, ale nawet w postaci ruin imponującej rozmachem zamierzeń architektonicznych i płaskorzeźbami ukazującymi wielonarodową procesję lenników niosących dary swojemu achemenidzkiemu suwerenowi, szachinszachowi – królowi królów. W samym Perspepolis i nieopodal niego znajdują się skalne mogiły perskich monarchów. W pobliskim starożytnym mieście Pasargady stoi samotny grobowiec Cyrusa II Wielkiego, założyciela dynastii, o którym z takim uznaniem pisze autor biblijny.

Nomadzi i zaratusztrianie

Iran_-_Yazd.jpg

Kompleks Amir Czakmagh z meczetem i dwoma minaretami w Jaździe

©WIKIMEDIA COMMONS/ALIREZA JAVAHERI



Z Szirazu (albo z Isfahanu) można wybrać się z wizytą do koczowników (szacuje się, że ok. 1,5 proc. ludności Iranu nadal, przynajmniej okresowo, żyje w obozowiskach) nad Zatokę Perską, gdzie temperatura nie spada właściwie poniżej 20°C. Warto również wyruszyć na północny wschód do Jazdu, aby podziwiać zachowane w niezmienionym kształcie gliniane stare miasto pełne urokliwych zaułków i wąziutkich uliczek, a także poznać nieco zaratusztrian, których jest tu – obok Teheranu – najwięcej. Zaratusztrianizm to jedna z najstarszych wciąż żywych religii światowych o korzeniach sięgających II tysiąclecia p.n.e. Odegrał on niebagatelną rolę w rozwoju wielkich monoteistycznych systemów religijnych, przede wszystkim poprzez wpływ na judaizm, w którym zaczepił motywy sądu ostatecznego, raju, piekła i zmartwychwstania. Według niektórych danych dziś na świecie żyje nawet 125 tys. zaratusztrian, w tym mniej więcej 20 tys. w Iranie.

W samym Jaździe znajduje się zaratusztriańska świątynia ognia oraz wieże milczenia, służące niegdyś do wystawiania zwłok uważanych za siedzibę demonów. Pochowane w ziemi ciała zanieczyściłyby jeden ze świętych żywiołów. Dopiero oczyszczone przez ptaki kości mogły zostać pogrzebane pośrodku wieży. Dziś nie praktykuje się już takich pochówków, a zmarłych grzebie się na współczesnym cmentarzu z betonowymi grobami. Ołtarz ognia, wyjątkowo stary i szanowany, zobaczymy też w pobliskim Czak Czak, celu pielgrzymek zaratusztrian. Bije w nim święte źródło, które miało powstać w miejscu, gdzie litościwa skała rozstąpiła się przed perską księżniczką uciekającą przed arabskimi najeźdźcami. Niechęć do Arabów, którzy mimo swojej przewodniej roli w islamie uchodzą wśród Persów za pośledniejszy kulturowo naród, pozostaje w Iranie żywa po dziś dzień. Sami Irańczycy wywodzą się z ludów indoeuropejskich (nie semickich jak arabscy mieszkańcy Afryki i Półwyspu Arabskiego), co uważają za powód do dumy.

Z Jazdu można udać się na północny zachód do Kaszanu – miasta pałaców, z którego polscy królowie sprowadzali dywany – i dalej do Teheranu, żeby zdążyć na samolot powrotny do Europy. Osoby dysponujące większą ilością czasu mają szansę odnaleźć w tym kraju takie czarowne miejscowości jak Abjane koło Kaszanu czy Masule niemal nad Morzem Kaspijskim, a także ormiańskie klasztory, wiele bezcennych zabytków starożytnych bądź islamskich oraz centra pielgrzymkowe, m.in. Kom (Ghom) i Meszhed. Niezapomnianych wrażeń dostarcza podziwianie monumentalnej przyrody: dwóch wysokich łańcuchów górskich Elburs i Zagros, piaszczystych i słonych pustyń oraz całkiem odmiennych wybrzeży Zatoki Perskiej i Morza Kaspijskiego. Jednak nawet krótka wycieczka w te strony pozwala poznać choć w pewnym stopniu tę fascynującą krainę, w której czas płynie inaczej. O samym Isfahanie Irańczycy mówią nesf-e dżahan, co znaczy „połowa świata”. Jak wielki i wspaniały musi być zatem cały Iran…

Pomocne wskazówki

Na koniec warto wspomnieć o kilku uwagach praktycznych. Po tym kraju podróżuje się dobrze nie tylko dzięki życzliwości jego mieszkańców. Między największymi jego miastami wytyczono wygodne drogi, działa w nim rozwinięta sieć połączeń lotniczych i autobusowych, w wiele miejsc można dojechać pociągiem (najlepiej kupić bilet wcześniej i pomyśleć o kuszetce, gdyż Iran jest parokrotnie większy od Polski i podróż drogą lądową pomiędzy poszczególnymi ośrodkami trwa na ogół kilka, czasem nawet kilkanaście godzin). Wielbiciele luksusu znajdą tutaj eleganckie hotele, a osoby z mniejszym budżetem – tanie hostele. Poza tym meczety i pokoje modlitw są otwarte dla zmęczonych podróżnych czekających na pociąg czy autobus. Nikomu nie będzie przeszkadzać, jeśli się w nich prześpimy.

Przed wyjazdem należy zaszczepić się na żółtaczkę. Kobiety, także przyjezdne, obowiązuje hidżab (dosłownie zasłona), co w praktyce oznacza konieczność noszenia chustki lub szala, choćby niedbale narzuconych na włosy, oraz stroju zasłaniającego ręce i nogi, np. spodni i koszuli. Lepiej nie planować też podróży na najgorętszą część roku, zwłaszcza sierpień przynosi trudne do opisania upały. Na południu Iranu, gdzie w lutym temperatura nie spada poniżej 20°C, w lecie termometry wskazują nierzadko 50°C. Ludzie starają się wtedy nie wychodzić z klimatyzowanych pomieszczeń. Również na północy kraju, w Teheranie, a zwłaszcza pasie nadkaspijskim, w którym wilgotność powietrza dochodzi do 90 proc., gorące miesiące są nie do wytrzymania. Znakomitym czasem na wyprawę w te strony jest okres wiosenny. W marcu przyroda wybucha feerią barw, a temperatury wciąż pozostają całkiem znośne. Okolice Nouruzu – perskiego nowego roku obchodzonego w pierwszym dniu wiosny – to niestety pora wzmożonego ruchu turystycznego i jeśli ktoś planuje nocować w hotelach, powinien raczej zdecydować się na wyjazd na przełomie lutego i marca bądź wstrzymać się z nim do kwietnia. Jak we wszystkich krajach muzułmańskich, nawet w mało ortodoksyjnym Iranie lepiej unikać ramadanu, kiedy trudniej niż zwykle o świeże jedzenie. Turyści mogą się jednak stołować w wielu miejscach i nie narażą się też na żadne nieprzyjemności, pijąc czy posilając się na jakiejś bocznej ulicy. Podróżnych islam zwalnia z obowiązku poszczenia.

Irańczycy są bardzo gościnni, ale i kurtuazyjni. Zanim kilkakrotnie nie powtórzą zaproszenia nastawmy się raczej, że mamy do czynienia z ta’arofem – formą czysto grzecznościową, za którą nie stoi rzeczywista propozycja. W przeciwnym wypadku możemy sprawić gospodarzowi kłopot. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku kursu taksówką. Nawet jeśli kierowca uparcie uchyla się od przyjęcia zapłaty, należy ją uiścić. Na koniec jeszcze jedna wskazówka: lepiej uważać na motocykle na chodnikach. Jeśli ich nie liczyć, Iran jest wyjątkowo bezpiecznym krajem – nawet kradzieże przydarzają się tu rzadziej niż gdzie indziej. Dlatego zdecydowanie warto odwiedzić tę niesamowitą starożytną krainę na Bliskim Wschodzie.

Boska Brazylia

MAGDALENA WALCZUK

Fundacja Terra Brasilis

                                                                                                             FOT. FOZDOIGUACUDESTINODOMUNDO.COM.BR

<< „Deus é brasileiro”, czyli „Bóg jest Brazylijczykiem” – stwierdzenie to słyszałam z ust wielu mieszkańców Brazylii. Większość z osób, które kiedykolwiek miały okazję postawić stopę na brazylijskiej ziemi, zgodzi się z nim bez wahania. Bez wątpienia kraj ten został hojnie obdarzony przez Stwórcę: zachwyca bogactwem i niezwykłością przyrody, odurza tropikalnymi smakami i zapachami, urzeka niesamowitą różnorodnością, wybuchową mieszanką kultur, intryguje kontrastami i niejednoznacznością. Naprawdę nietrudno zakochać się w Brazylii. Jak prawdziwa kobieta, powoli odsłania przed nami swoje tajemnice i nie przestaje kusić tym, co jeszcze pozostało do odkrycia. Niechętnie poddaje się prostym definicjom. Nie wierzcie temu, kto twierdzi, że zdołał ją zrozumieć i poznać jej wszystkie sekrety. >>

Więcej…

Brazylia o smaku açaí

 

MAJA KAŹMIERCZAK-BARTHEL

www.TRAVELINGROCKHOPPER.COM

 

Brazylia nie jest typowym turystycznym rajem. Z jednej strony kojarzy się z pięknymi piaszczystymi plażami i słoneczną pogodą, a z drugiej – z ogromną biedą i przestępczością. Oczywiście, nie można zapominać, że dla wielu to po prostu królestwo piłki nożnej, a ten sport ma tutaj prawie status religii. Turyści, którzy odwiedzili kraj Brazylijczyków, zakochują się za to w smaku açaí, czyli owoców euterpy warzywnej, jednego z gatunków tropikalnych palm z Ameryki Południowej.

 

FozIguacu0797

Park Narodowy Iguaçu od 1986 r. znajduje się pod ochroną UNESCO

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

Od 1960 r. stolicą Brazylii jest 3-milionowa Brasília. Wcześniej tę funkcję pełniło Rio de Janeiro. Władze zdecydowały jednak, że najważniejszy ośrodek administracyjny państwa powinien znajdować się raczej w głębi kraju. Nowe miasto zbudowano w ciągu 41 miesięcy na niemal niezamieszkanym terenie. Jego wygląd i układ zostały precyzyjnie zaplanowane. Co ciekawe, Brasílię zaprojektowano w taki sposób, żeby widziana z góry przypominała swoim kształtem ptaka albo samolot. Brazylijska stolica to swojego rodzaju ciekawostka turystyczno-architektoniczna. Niestety, leży dość daleko od głównych atrakcji kraju i dlatego turyści często ją omijają. Trafiają tu zwykle raczej miłośnicy architektury i urbanistyki.

 

Brazylia to największe państwo Ameryki Południowej – ma ponad 8,5 mln km² powierzchni i prawie 210 mln mieszkańców. Jest niesamowicie różnorodna, także pod względem przyrodniczym. Z tego powodu trudno opisać ją w krótkim artykule. Postaram się jednak nieco przybliżyć ten kraj.

 

Bondinho e Morro da Urca vistos Foto Alexandre Macieira Riotur

Bondinho do Pão de Açúcar – kolejka linowa kursująca na Głowę Cukru

© ALEXANDRE MACIEIRA/RIOTUR

 

JAGODY Z PALMY

 

Zacznę od wspomnianych już owoców, z którymi często Brazylia kojarzy się osobom ją zwiedzającym. Açaí (czyt. asai) wyglądają jak małe fioletowe winogrona albo duże borówki – pewnie dlatego bywają nazywane jagodami. Są ważnym składnikiem diety mieszkańców lasów tropikalnych w dorzeczu Amazonki.

 

W wielu miejscach w Brazylii można natrafić na pyszne desery z açaí, takie jak açaí na tigela (w dosłownym tłumaczeniu „açaí w misce”). To mrożony mus z tych jagód z dodatkiem cukru i innych owoców. Obowiązkowo należy go spróbować podczas wizyty w tym kraju. Polecam też sprawdzić, jak smakują same açaí. Deser jest dosładzany, z reguły zbyt mocno, więc warto od razu poprosić o mniejszą ilość cukru.

 

Poza Ameryką Południową te osobliwe owoce uważane są za tzw. superżywność. Od kilku lat promuje się je jako produkt pomagający w odchudzaniu, zawierający mnóstwo składników mineralnych i odżywczych. Również w Polsce można kupić rozmaite suplementy diety zawierające açaí. Część rozpowszechnianych informacji na temat jagód euterpy warzywnej nie jest oparta na żadnych badaniach naukowych. Jednak od lat eksportuje się z Brazylii coraz więcej tych owoców, czasem kosztem lokalnej ludności, która traci ważne źródło witamin.

 

Gdy wracałam z mojej brazylijskiej wyprawy, już zakochana w niezwykłych jagodach, zamarzyło mi się, aby zabrać je do domu. Niestety, açaí bardzo szybko się psują. W Rio de Janeiro znalazłam owoce w proszku, które od razu kupiłam i szczęśliwa wróciłam do Polski. Okazało się jednak, że po takim przetworzeniu nie smakują one jak w brazylijskim deserze. Przez jakiś czas byłam bardzo zdeterminowana w swoich poszukiwaniach i gdziekolwiek zobaczyłam produkt spożywczy z açaí (lody, czekoladę, suszone jagody itd.), natychmiast go kupowałam. W końcu przekonałam się, że te owoce powinno się jeść tylko w Brazylii. Może dzięki temu są one takie wyjątkowe… A jeżeli ktoś chce zdrowo się odżywiać, to idealnym składnikiem jego diety będą zwykłe polskie jagody, porzeczki, maliny, żurawiny czy borówki. Nie dajmy się oszukiwać rozmaitym firmom obiecującym, że ich produkty z açaí odmienią nasze życie.

 

TROPIKALNA AMAZONKA

 

Odpowiedź na pytanie, która rzeka na ziemi jest najdłuższa, okazuje się nie taka oczywista. Nauczyciele z Ameryki Południowej mają często na ten temat inne zdanie niż ci z Europy – pierwsi nieraz przyznają pierwszeństwo Amazonce, a drudzy Nilowi. W obu przypadkach można podeprzeć się źródłami i opiniami badaczy potwierdzającymi słuszność danego stwierdzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że obie rzeki są wyjątkowe.

 

W trakcie pobytu w Brazylii, jeżeli tylko jest taka możliwość, warto spędzić trochę czasu w tropikalnym lesie. Nawet w Amazonii udaje się znaleźć różne formy zakwaterowania: od wygodnych hoteli po prymitywne miejsca noclegowe. Jeśli ktoś obawia się nocować w otoczeniu dzikiej przyrody, wystarczy, że wybierze się na kilkugodzinny rejs po Amazonce. W tak krótkim czasie również można dostrzec wyjątkowość tej wspaniałej rzeki, spotkać niesamowite zwierzęta i zobaczyć rozmaite rośliny. Szczególnie polecam nasłuchiwać odgłosów ptaków i rozglądać się za tymi bajecznie kolorowymi!

 

MOTYLE ZNAD IGUAÇU

 

Gdy wspominam brazylijską przyrodę, mam przed oczyma ogromne liście palm, papugi i tukany oraz barwne motyle spotkane przy wodospadach Iguaçu. Te ostanie leżą na granicy Brazylii i Argentyny, na rzece o tej samej nazwie. Niedaleko rozciąga się już terytorium Paragwaju, ale na jego terenie główną atrakcją jest potężna zapora Itaipú na rzece Paranie. Najlepsze punkty widokowe znajdują się po brazylijskiej i argentyńskiej stronie, odpowiednio w miastach Foz do Iguaçu i Puerto Iguazú.

 

Iguaçu są jednymi z największych wodospadów na świecie, a według mnie należą do najbardziej imponujących. Warto przeznaczyć nawet dwa dni na samo ich podziwianie z rozmaitych miejsc w Brazylii i Argentynie. Podczas spaceru ścieżkami w tej okolicy można spotkać różne ptaki i zwierzęta, a przede wszystkim ogromną ilość kolorowych motyli. Osobiście uważam, że argentyńska część wodospadów prezentuje się dużo lepiej niż brazylijska, jest także bardziej zróżnicowana (aż ok. 80 proc. powierzchni Iguaçu leży w Argentynie). Ta druga też ma sporo uroku i w niej nad kaskadami z reguły łatwiej tworzy się tęcza.

 

KRAJ W MINIATURZE

 

Czasem mówię, trochę przekornie, że jeżeli nie odwiedziliśmy jakiegoś miejsca w danym kraju, to tak jakbyśmy wcale w nim nie byli. W przypadku Brazylii chodzi zdecydowanie o Rio de Janeiro. Może takie stwierdzenie wydaje się trochę na wyrost, ale to 6,5-milionowe miasto i jego okolice odzwierciedlają charakter ojczyzny Brazylijczyków z rozmaitymi jej cechami: tymi najlepszymi, najciekawszymi, ale i najgorszymi. W Rio de Janeiro każdy znajdzie coś dla siebie, niezależnie, czy w podróżach najbardziej fascynuje go przyroda, uprawianie sportu, kultura, zabytki, jedzenie, plażowanie czy szalona zabawa.

 

Są tu trzy takie miejsca, które koniecznie trzeba zobaczyć – pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor), Głowa Cukru (Pão de Açúcar) i plaża Copacabana. Warto także wybrać się do Parku Narodowego Tijuca (Parque Nacional da Tijuca), pospacerować po najstarszej dzielnicy miasta i wypić w niej kawę, zajrzeć na plażę Ipanema, a z daleka przyjrzeć się fawelom. Każdego dnia polecam pić soki z pysznych świeżych owoców dostępnych na każdym rogu ulicy i obowiązkowo rozkoszować się açaí.

 

DWA WZGÓRZA

 

Pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro został zbudowany w dużej mierze dzięki datkom brazylijskich katolików. Zaprojektował go francuski rzeźbiarz polskiego pochodzenia Paul Landowski (1875–1961). Statuę wykonano we Francji i w 1931 r. przewieziono do Brazylii. Pomnik jest ogromny, mierzy 30 m (bez 8-metrowego cokołu), a rozpiętość ramion Chrystusa (od końca palców jednej ręki do drugiej) wynosi 28 m.

 

Figura stoi w niezmiernie urokliwym miejscu, na wzgórzu Corcovado (710 m n.p.m.). Jeżeli kogoś nie interesują zabytki religijne, i tak powinien się tutaj wybrać, bo rozpościera się stąd wspaniały widok na okolicę. Do pomnika można dojść na piechotę lub część trasy pokonać kolejką (Trem do Corcovado). Jeżeli według prognozy pogody na dany dzień przewidziano burze, lepiej przełożyć wycieczkę na Corcovado. W wysoką statuę czasami uderzają pioruny. W styczniu 2014 r. w ten właśnie sposób została ona uszkodzona.

 

Wzgórze Głowa Cukru jest niemal o połowę niższe od Corcovado (osiąga wysokość 396 m n.p.m.). Stanowi ono kolejny świetny punkt widokowy w Rio de Janeiro, który zdecydowanie warto odwiedzić. Co więcej, to bardzo charakterystyczny symbol miasta – ze względu na nietypowy kształt łatwo rozpoznać go na każdym zdjęciu. Na szczyt można wjechać kolejką linową (Bondinho do Pão de Açúcar) albo się wspiąć. Tutejsze trasy wspinaczkowe z pewnością zadowolą miłośników sportów ekstremalnych.

 

CUDOWNE PLAŻE

 

Podobno najpiękniejsze na świecie plaże znajdują się w Brazylii. To stwierdzenie nie wzięło się znikąd! Piaszczyste wybrzeże ciągnie się tu kilometrami (linia brzegowa tego kraju ma aż 7491 km!). Najbardziej znane plaże leżą w stanach: Bahia, Ceará i Pernambuco (jego granice obejmują cudowny archipelag Fernando de Noronha). W Rio de Janeiro na zainteresowanie zasługują przede wszystkim dwie.

 

Copacabana jest położona w dzielnicy o tej samej nazwie. To prawdopodobnie najsłynniejsza plaża na świecie i wręcz kultowe miejsce w mieście. Oczywiście, można na niej się opalać, kąpać, grać w siatkówkę i obowiązkowo piłkę nożną. Poza tym odbywają się tutaj rozmaite imprezy kulturalne i sportowe. Charakterystyczny wzór pokrywający miejscową promenadę umieszcza się na wielu pamiątkach z Brazylii. Copacabana ma długość ponad 4 km. Sąsiaduje z inną piękną plażą, którą także warto zobaczyć – Ipanemą.

 

BRAZYLIJSKA MIŁOŚĆ DO PIŁKI

 

Nie jestem pewna, czy istnieje na świecie drugi taki kraj, którego mieszkańców tak silnie łączy wspólna pasja – miłość do piłki nożnej. Brzmi to wręcz jak stereotyp, jednak nie da się ukryć, że każde brazylijskie miasto ma przynajmniej jeden stadion piłkarski, a podczas spaceru w Brazylii, czy to wzdłuż plaży, czy ulicy, prawie zawsze dostrzeżemy kogoś biegającego za piłką.

 

Narodową fascynację tym sportem widać szczególnie w trakcie międzynarodowych mistrzostw. Cały kraj wygląda wtedy jak sparaliżowany – sklepy są zamykane, dzieciom skraca się zajęcia w szkołach, a w większych firmach pracodawcy zapewniają telewizory, aby pracownicy mieli szansę śledzić przebieg meczów. Choć w wielu innych stronach świata mundial wzbudza podobne emocje, Brazylię opanowuje istne szaleństwo.

 

Wydawać by się mogło, że piłka nożna od zawsze była tutaj częścią kultury. Jednak dopiero pod koniec XIX w. szkoccy i angielscy emigranci rozpowszechnili ten sport (za ojca brazylijskiego futbolu uważa się Charlesa Millera). Bardzo szybko zyskał on ogromną popularność w Brazylii. Każdy mógł grać w piłkę nożną. Potrzebne było jedynie miejsce do gry i coś okrągłego do kopania.

 

GORĄCE RYTMY

 

24389490043 0dd320be9d o

Największą atrakcją karnawału w Rio de Janeiro jest parada szkół samby

© FERNANDO GRILLI/RIOTUR

 

Co jest bardziej brazylijskie: piłka nożna czy samba? Ani jedno, ani drugie nie narodziło się w tym kraju, ale obie rzeczy są zdecydowanie jego symbolami.

 

Samba to taniec towarzyski. Wywodzi się prawdopodobnie ze zwyczajów afrykańskich niewolników z ludów Bantu, choć niektórzy dopatrują się w nim również europejskich wpływów. Co ciekawe, dość długo był uważany za nieprzyzwoity i bogaci Brazylijczycy go nie tańczyli. Obecnie samba ma bardzo wiele stylów: od klasycznego prezentowanego w parach na turniejach do swobodnego, ekspresyjnego, rodem z dyskoteki, a pewne jej elementy przeniesiono nawet do sali sportowej.

 

Z tym widowiskowym tańcem nieodłącznie wiąże się karnawał w Rio de Janeiro, kolejny symbol Brazylii. Impreza trwa od piątku do Środy Popielcowej (w 2018 r. od 9 do 13 lutego) i szacuje się, że codziennie bawi się na niej ok. 2 mln ludzi. W większości są to Brazylijczycy, mniej więcej 20 proc. stanowią obcokrajowcy. Świętuje się nie tylko na słynnym sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí), ulicach miasta, ale także na plażach, w barach i klubach – wszędzie, gdzie tylko się da.

 

Spędzenie karnawału w Rio de Janeiro ma swoje wady i zalety. Na pewno jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że w tym czasie znalezienie tu noclegu będzie bardzo trudne, więc należy wszystko zarezerwować z dużym wyprzedzeniem. Poza tym towarzystwo ogromnych tłumów po jednym dniu szaleństwa może stać się uciążliwe, szczególnie dla osób nieprzyzwyczajonych. W takim ścisku łatwiej też paść ofiarą kradzieży czy nawet napaści.

 

ŚRODKI OSTROŻNOŚCI

 

Niestety, opowieści o przestępczości w Brazylii nie są wyssane z palca. Choć wszędzie na świecie może nam się przytrafić coś złego i nie brakuje złych ludzi, w pewnych miejscach w tym kraju trzeba bardziej uważać. Jeśli zachowamy zdrowy rozsądek, nie będziemy chodzić sami nocą po ulicach i plażach itp., najpewniej wrócimy do domu bogatsi tylko o pozytywne doświadczenia.

 

Przed wyjazdem do Brazylii, a przede wszystkim do Rio de Janeiro, mój znajomy Brazylijczyk ostrzegał mnie, że jest tu bardzo niebezpiecznie i dawał rozmaite porady. Opowiadał, że gdy sam odwiedza to miasto, nosi ze sobą zawsze dwa portfele. Jeden, ten z dokumentami i gotówką chowa głębiej, a drugi, przeznaczony dla ewentualnego złodzieja i wypełniony drobnymi pieniędzmi, żeby wyglądał w miarę wiarygodnie, trzyma gdzieś na wierzchu. Jeżeli ktoś w Rio de Janeiro zechce zabrać nam portfel czy cokolwiek innego, lepiej zbytnio nie protestować, aby nie pogorszyć sytuacji.

 

INNE OBLICZE RAJU

 

Przestępczość w Rio de Janeiro związana jest w dużej mierze z miejscami największej biedy – fawelami. Nazywa się tak ubogie dzielnice, położone wokół centrów miast, często na wzgórzach, w których domy zbudowane są dosłownie z czegokolwiek, np. z materiałów znalezionych na śmietniskach – tektury, sklejek, desek, blach itp. Szacuje się, że ok. 6 proc. ludności Brazylii mieszka w fawelach. W samym Rio de Janeiro jest to zdecydowanie większy odsetek (mniej więcej 22 proc.).

 

Fawele prawdopodobnie powstały pod koniec XIX w., gdy wyzwoleni niewolnicy lub żołnierze, którzy nigdy nie otrzymali swojej zapłaty, szukali miejsca do życia. Nie mieli niczego, zaczęli więc budować sobie domy z materiałów, jakie były pod ręką. Z czasem bieda doprowadziła do wzrostu przestępczości, nierzadko związanej z narkotykami. Fawele rządzą się swoimi prawami, więc nawet policja unika wkraczania na ich teren.

 

Jest wiele filmów pokazujących życie w Brazylii. Warto obejrzeć kilka z nich przed wizytą w tym kraju albo po niej. Do bardziej znanych należy Miasto Boga z 2002 r. Produkcję oparto na książce brazylijskiego pisarza Paula Linsa, która opowiada o życiu młodych chłopców z faweli w Rio de Janeiro.

 

W te rejony w Brazylii turysta nie powinien wybierać się sam. Taka przygoda może być niebezpieczna i bardzo źle się skończyć. Od kilku lat lokalne biura podróży oferują zwiedzanie faweli, ale z reguły tych dość rozwiniętych i względnie bezpiecznych, które dostają pomoc finansową od organizatorów wycieczek. Jest także wiele agencji organizujących przejazdy opancerzonym autobusem przez losowo wybrane dzielnice biedy. Z tego typu atrakcji lepiej zrezygnować – fawele to nie zoo, a osiedla, gdzie mieszkają ludzie, którzy nie mieli w życiu tyle szczęścia co my.

 

Salvador0362

Dzielnica Pelourinho w Salvadorze z arcydziełami brazylijskiego baroku

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

MIASTO NAD ZATOKĄ

 

Stan Bahia należy do tych części Brazylii, które słyną ze wspaniałych plaż. Dodatkowo nad Zatoką Wszystkich Świętych (Baía de Todos os Santos) znajduje się tutaj region Recôncavo, uznawany za miejsce narodzin samby de roda, wpisanej na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Stolicą Bahii jest klimatyczny Salvador (Salvador da Bahia), który koniecznie trzeba odwiedzić. Jeśli mamy do wyboru wizytę w tym mieście lub Brasílii, zdecydowanie warto zdecydować się na to pierwsze.

 

W Salvadorze czeka na turystów wiele atrakcji, łącznie z tutejszym niezmiernie barwnym karnawałem. Najciekawsza wydaje się być historyczna dzielnica Pelourinho. Kojarzy mi się ona z La Bocą w Buenos Aires w Argentynie. Oba miejsca są wypełnione kolorowymi budynkami, tańcem i muzyką, dzięki czemu przyciągają licznych przybyszów z zagranicy.

 

SKARBY PRZYRODY

 

Na zakończenie chciałabym wspomnieć o kilku parkach narodowych. Brazylia jest jednym z największych państw na świecie, więc na jej terytorium znajduje się ich wiele. Do może mniej znanych niż bardzo popularne wśród turystów Park Narodowy Iguaçu i Park Narodowy Tijuca, ale z pewnością niezmiernie ciekawych należą: Lençóis Maranhenses (w stanie Maranhão), Aparados da Serra (na granicy Rio Grande do Sul i Santa Catarina), Serra da Bodoquena (na terenie Mato Grosso do Sul), Pantanal Matogrossense (na obszarze Mato Grosso), Chapada dos Veadeiros (w Goiás) i Fernando de Noronha (w Pernambuco). Warto odwiedzić każdy z nich, ale jeśli kogoś w podróży goni czas, polecam szczególnie wizytę w tym pierwszym. Zwykle robi on na przybyszach zaskakujące wrażenie, bo nie wygląda jak typowy brazylijski region – w kraju kojarzonym z rozległymi lasami deszczowymi i dziewiczą Amazonią nie spodziewamy się zazwyczaj pustynnych pejzaży. A jednak olbrzymi obszar Parku Narodowego Lençóis Maranhenses (Parque Nacional dos Lençóis Maranhenses) pokrywają piaszczyste wydmy. W porze deszczowej pomiędzy nimi powstają malownicze jeziora. Widoki są tu wręcz bajeczne!

 

NA ZDROWIE!

 

Brazylia to ogromny, bardzo różnorodny kraj, zachwycający piękną przyrodą i mnóstwem atrakcji. Trzeba jednak pamiętać, że doniesienia o dość wysokiej przestępczości w tym państwie bywają nierzadko prawdziwe. Mimo to ostrożność i zdrowy rozsądek powinny zapewnić nam bezpieczną podróż.

 

A jeżeli moje opowieści o açaí kogoś nie przekonały, dodam coś jeszcze na temat dwóch typowych brazylijskich napoi. Po pierwsze, niektórzy uważają, że najlepsza kawa na naszym globie pochodzi z Brazylii. Można też spotkać się z opinią mówiącą, że w tym przypadku ilość zwycięża nad jakością. Według mnie prawda leży gdzieś pośrodku. Brazylia jest największym światowym eksporterem kawy, więc nastawienie na masową produkcję nie powinno dziwić. Dlatego jakość napoju czasem nie zadowala prawdziwych smakoszy. Jednak i tu znajdują się mniejsze plantacje, które w pierwszej kolejności stawiają na uzyskanie jak najlepszych ziaren.

 

Inny tradycyjny brazylijski napitek to caipirinha, koktajl na bazie miejscowego alkoholu z fermentowanego soku z trzciny cukrowej, zwanego cachaçą, z limonką, cukrem i lodem. Bez większych problemów można przygotować ją samemu w domu, a jeszcze łatwiej zamówić ten drink w barze. Jednak caipirinha pita w pasjonującej Brazylii na pewno będzie smakować inaczej.