1212_Segera_MP2_3255_HDR.jpg

Sanktuarium dzikiej przyrody Segera Retreat w sercu płaskowyżu Laikipia

©AFRICA LINE ADVENTURE

 

Karolina Sypniewska-Wida 

www.karolinasypniewska.pl


Kto na safari wybiera się do Kenii, może mieć pewność, że czekają go najlepsze warunki do obserwowania dzikich zwierząt oraz podziwiania gigantycznych przestrzeni i krajobrazów niczym z najpiękniejszych snów. Przy okazji pozna też afrykańskie ludy i dowie się, że Masajowie uważają się za właścicieli wszystkich krów na ziemi, język żyrafy mierzy prawie pół metra, z drzewa kiełbasianego (kigelii afrykańskiej) robi się piwo, a zebra jest czarna w białe paski. Co więcej, pod względem infrastruktury turystycznej to państwo należy do najbardziej rozwiniętych w Afryce. To prawda, że turyści z całego świata przybywający każdego roku w ogromnej liczbie na ten fascynujący kontynent zmienili na dobre obraz dzisiejszego Czarnego Lądu, ale odwiedziny w objętych ochroną parkach narodowych i rezerwatach przyrody w dalszym ciągu są jedyną w swoim rodzaju atrakcją.


Republika Kenii leży nad Oceanem Indyjskim i graniczy z Tanzanią, Ugandą, Somalią, Etiopią i Sudanem Południowym. Największe jej miasto stanowi stolica – Nairobi – typowa wielkomiejska metropolia.

Zamieszkuje ją ok. 3,5 mln ludzi. W całym kraju (o powierzchni ponad 580 tys. km2) żyje powyżej 45 mln Kenijczyków. Wyprawa do tej części Afryki to również okazja do stanięcia na równiku, którego linia przebiega przez 15 państw i terytoriów, w tym Kenię. Obowiązkowo należy zrobić sobie zdjęcie z tablicą z napisem Hakuna matata! You are now crossing equator (Nie martw się! Właśnie przekraczasz równik).

Wiele spraw rozwiązuje tu powszechnie znany zwrot hakuna matata (nie ma problemu). Kenijczycy słyną z niespotykanej łatwości w nawiązywaniu kontaktów, a te dwa słowa idealnie oddają ich pozytywne nastawienie do świata. Praktycznie wszędzie porozumiemy się po angielsku, choć lepiej przyswoić sobie chociaż kilka zdań w języku suahili, co pozwoli nam na zyskanie przychylności miejscowych. Gdy powiemy komuś Jambo! (Cześć!) czy Asante sana! (Dziękuję bardzo!), od razu na jego twarzy pojawi się uśmiech, a atmosfera stanie się przyjemniejsza. Będzie to na pewno szczególnie pomocne np. przy robieniu zakupów.

Etniczna mieszanka

Pierwszymi Europejczykami, którzy przybyli do dziś kwitnącej turystycznie Mombasy w 1498 r., byli Portugalczycy. Zajmowali się handlem w basenie Oceanu Indyjskiego, kolonizacją wybrzeży Kenii i sprawowaniem kontroli nad zdobytym obszarem. Pozostali w tym rejonie do XVIII w., kiedy to wyparli ich Arabowie z Omanu, którzy mieli swoją siedzibę na Zanzibarze. W XIX stuleciu o tereny te rywalizowali Niemcy i Brytyjczycy. Ostatecznie w 1895 r. utworzono brytyjski Protektorat Afryki Wschodniej, który obejmował również Ugandę. W 1920 r. przekształcono go w Kolonię Kenii. Ponieważ interesy miejscowej ludności nie były w niej reprezentowane, elity grupy etnicznej Kikuju założyły Stowarzyszenie Młodych Kikuju, zamienione później w Centralne Stowarzyszenie Kikuju. W 1946 r. powstał Afrykański Związek Kenii (KAU), na którego czele stanął wkrótce Jomo Kenyatta (1891–1978), aresztowany potem podczas powstania Mau-Mau przeciwko brytyjskim rządom (1952–1956). Na początku lat 60. XX w., po wyjściu z więzienia, został on przewodniczącym nowej partii – Afrykańskiego Narodowego Związku Kenii (KANU). Po uzyskaniu przez kraj niepodległości objął w grudniu 1964 r. urząd prezydenta. Jego następca, wcześniej wiceprezydent, Daniel Moi (ur. w 1924 r.) znowelizował konstytucję, aby wprowadzić system jednopartyjny. Ze względu jednak na naciski państw zachodnich, w 1991 r. znów zezwolono na tworzenie wielu partii.

Do dziś sytuacja polityczna w Kenii bywa niestabilna. Największe zamieszki wybuchły pod koniec grudnia 2007 r. po wyborach prezydenckich, których wyniki zakwestionowała opozycja i drugi kandydat Raila Odinga (ur. w 1945 r.). Oprócz tego napięcia zdarzają się również między niektórymi grupami etnicznymi. Sztucznie wytyczone granice krajów afrykańskich zmuszają do życia obok siebie przedstawicieli różnych ludów. Kenia jest pod tym względem niezmiernie różnorodna. Wśród jej mieszkańców 67 proc. stanowią plemiona grupy Bantu, w tym Kikuju, Luhja, Kamba czy Meru. Reszta to Niloci (Luo, Kalendżin, Masajowie, Turkana), Kuszyci (Somalijczycy, Oromo) oraz Azjaci, Arabowie i Europejczycy (głównie Brytyjczycy).

Język wielu kultur

Choć językami urzędowymi są tutaj angielski i suahili, ponad 45 mln obywateli tego kraju mówi też jednym z 66 języków zaliczających się do różnych rodzin językowych z obszaru Afryki. Każde dziecko pochodzące z któregoś z kenijskich ludów uczy się więc 3 języków – swojej grupy etnicznej, angielskiego i suahili. W tym ostatnim znajdziemy wpływy innych języków z grupy bantu, arabskiego, perskiego, hindustani, portugalskiego, angielskiego, niemieckiego i francuskiego. Początkowo posługiwały się nim plemiona Bantu, ale w końcu stał się uniwersalnym środkiem komunikacji dla żeglarzy z różnych stron świata spotykających się na wybrzeżu Czarnego Lądu. Wielu z nich docierało w te strony w poszukiwaniu złota, kości słoniowej, rogów nosorożców, oleju palmowego i skór dzikich zwierząt. Elementy tej mieszanki kulturowej można zauważyć również w lokalnej kuchni suahili, do której zalicza się potrawy na bazie ryżu takie jak indyjskie biriani (biryani) lub pilaw. Nad Oceanem Indyjskim z łatwością kupimy indyjskie placki roti i tradycyjne afrykańskie ugali (papka z mąki maniokowej albo kukurydzianej z dodatkiem wody) czy muzułmańskie danie z jagnięciny.

Afrykańska filozofia życia

026-DSC_2509.jpg

Słonie przecinające drogę w Rezerwacie Narodowym Masai Mara

©KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA



Po co się spieszyć? Przecież mamy tylko jedno życie. Czy najważniejsze nie jest to, że ostatecznie dotrę do miejsca przeznaczenia? Powtarzanie tych trzech zdań w trakcie naszych kenijskich wakacji pozwoli nam zaoszczędzić sobie nerwów, a nawet wybuchów złości w kontaktach z miejscowymi. W Afryce musimy nauczyć się płynąć razem z czasem. Jeżeli autobus ma odjechać o 8.00, to oznacza, że przed tą godziną pojawi się w umówionym punkcie i zacznie czekać na pasażerów. W drogę ruszy dopiero w momencie, kiedy zbierze komplet chętnych. Bywa tak, że trzeba spędzić pół dnia na takim oczekiwaniu, aby odbyć 2- lub 3-godzinną podróż. Wtedy nie pozostaje nam nic innego, jak nauczyć się mądrości wypływającej ze zwrotu hakuna matata.

Adventures_aloft_Maasai_Mara_16.jpg

Wielką Migrację można podziwiać podczas lotu balonem nad sawanną

©KENYA TOURISM BOARD


Co ciekawe, w Afryce Wschodniej początek doby, a zarazem jej pierwszą godzinę liczy się od świtu, a nie jak w Europie od północy, gdy ludzie jeszcze śpią. Dlatego w języku suahili dzień zaczyna się, kiedy wszystko budzi się do życia, czyli o wschodzie słońca. To oznacza, że nasza 6.00 jest tu określana jako godzina 0.00, 7.00 będzie 1.00 itd. Kenijski zegarek miałby więc tarczę ustawioną do góry nogami: na samej górze znajdowałaby się cyfra 6, a na dole – 12. Oczywiście, Kenijczycy najczęściej starają się dostosować do podziału doby używanego przez turystów, więc nie trzeba panikować, ale warto upewnić się, czy godzinę podano według czasu lokalnego czy europejskiego.

W rejonie Wielkich Rowów

110-DSC_3707.jpg

Wojownik z ozdobami z koralików

©KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA



Terytorium Kenii jest niezmiernie zróżnicowane pod względem ukształtowania powierzchni. W większości zajmuje je płaskowyż osiągający w zachodniej części kraju wysokości do 3000 m, a we wschodniej – ok. 500 m n.p.m. Na zachodzie biegnie przez niego Wielki Rów Wschodni, należący do Wielkich Rowów Afrykańskich, czyli rowów tektonicznych Afryki Wschodniej. Na ich obszarze występują liczne wulkany, w tym Kenia (5199 m n.p.m.) i Elgon (jego najwyższy szczyt mierzący 4321 m n.p.m. znajduje się w Ugandzie). Na granicy z Tanzanią i Ugandą leży kotlina z Jeziorem Wiktorii (najrozleglejsza jej część położona jest na terytorium tanzańskim). Na północy na granicy z Etiopią rozciąga się podłużne jezioro Turkana (Jezioro Rudolfa). Dwiema najdłuższymi kenijskimi rzekami są Tana (ok. 800 km) i Athi (w dolnym biegu nazywana Galana lub Sabaki, ok. 550 km). Wiele systemów rzecznych wypełnia się wodą tylko okresowo. Mniejsze akweny, takie jak Naiwasza (Naivasha) i Nakuru, przyciągają turystów swoimi walorami krajobrazowymi.

Klimat panujący na tym obszarze określa się jako równikowy monsunowy i praktycznie przez okrągłe 12 miesięcy warto przylecieć do Kenii.Oficjalnie uważa się, że sezon na safari trwa od początku listopada do końca marca, ale trzeba pamiętać o tym, iż w Afryce Wschodniej występują dwie pory roku: sucha i deszczowa, a każda z nich zazwyczaj przypada dwukrotnie. Pierwszy czas intensywnych opadów rozpoczyna się w kwietniu i kończy wraz z majem, granicę drugiego natomiast wyznaczają październik i ostatnie dni grudnia. Pora sucha nadchodzi w styczniu i utrzymuje się do marca, aby powrócić w okresie od czerwca do września. Z wyjazdem najlepiej poczekać, aż przeminie wysoki sezon, trwający zawsze od Nowego Roku do końca lutego. Jednak kiedykolwiek przyjedziemy, zawsze czeka nas tutaj niesamowita przygoda.

Seans w technice 4D

Jedną z najbardziej znanych grup etnicznych Kenii są Masajowie. Podczas wypraw do tego kraju każdy turysta spotka niejednego kolorowo ubranego przedstawiciela tego ludu wypasającego swoje bydło, np. na terenie Rezerwatu Narodowego Masai Mara, który przylega do tanzańskiego Parku Narodowego Serengeti. Nazwa tego obszaru o powierzchni 1510 km² powstała z połączenia dwóch elementów nierozerwalnie związanych z tutejszą sawanną: plemienia Masajów właśnie i rzeki Mara. To przez nią prowadzi szlak corocznej wędrówki antylop gnu, zebr i innych ssaków kopytnych. Obserwowanie tzw. Wielkiej Migracji przypomina oglądanie wyświetlanego w technice 4D filmu sensacyjnego z fragmentami horroru, puszczanego w najlepszym kinie w mieście. Spektakl rozgrywa się między lipcem a wrześniem, kiedy zmęczone długą drogą zwierzęta docierają nad Marę z równiny Serengeti. Po drugiej stronie rzeki rozciągają się zielone pastwiska porośnięte świeżą trawą. Wystarczy tylko przejść na przeciwległy brzeg, jednak podczas tej przeprawy ponad 250 tys. antylop i zebr ginie w paszczach krokodyli lub po prostu się topi.

Miejscowi nazywają gnu pręgowane klaunami sawanny. Śmieją się, że wyglądają, jakby zostały złożone z innych zwierząt – mają głowę bawoła, nogi antylopy i ogon konia. Gdy się im przyglądamy, też się uśmiechamy. Rezerwat Narodowy Masai Mara stanowi jeden z najciekawszych regionów na wytropienie Wielkiej Piątki Afryki – lwa, słonia i bawoła afrykańskiego, nosorożca czarnego i lamparta. Nazwa ta powstała wśród myśliwych. Określali nią najniebezpieczniejsze zwierzęta sawanny, chociaż wielu ludzi twierdzi, że najgroźniejszym afrykańskim stworzeniem jest hipopotam.

Właściciele wszystkich krów

Jak już wspomniałam, Masajowie wierzą, że bóg Enkai podarował im wszystkie krowy świata. Jeśli więc ktoś, kto nie pochodzi z ich grupy etnicznej, ma bydło, to ukradł je prawowitym właścicielom. Gdy wchodzimy do masajskiej wioski, pierwsze, co widzimy, to stado tych zwierząt, zajmujące większość placu w osadzie. Krowa jest dla Masajów symbolem bogactwa i szczęścia, a za największego biedaka wśród nich uchodzi ten, kto nie posiada żadnej. Dla mięsa hodują oni kozy, a bydło dostarcza im mleka i krwi, której picie daje siłę. Badania wykazują, że ma ona mnóstwo składników wspomagających układ odpornościowy i wykorzystywanych do budowy mięśni, narządów wewnętrznych czy stawów. Aby upuścić krowie krwi, strzałą przebija się jej żyłę na szyi. Płyn tryska cienkim strumieniem do bukłaka. Gdy ten zostanie napełniony, otwór zalepia się korkiem zrobionym z gliny wymieszanej z nawozem.

Życie codzienne w wiosce toczy się według ustalonego porządku. Mężczyźni są wojownikami i pasterzami – ochraniają plemię i wypasają stado. Do kobiet należą wszystkie pozostałe obowiązki: budowanie chaty, przynoszenie wody i drewna na opał, opieka nad dziećmi, zabijanie i oprawianie zwierząt oraz przygotowywanie jedzenia. Oprócz tego wykonują one ubrania i wszelkie ozdoby z koralików, którym nadaje się znaczenie symboliczne. Mężczyzna, aby przypodobać się kobiecie, odprawia jeden z dziwniejszych rytuałów na świecie – taniec adumu. W jego trakcie musi jak najwyżej podskoczyć bez uginania kolan, w miejscu, bez żadnego rozbiegu, nie pokazując, że kosztuje go to jakikolwiek wysiłek. Zwycięzca zabiera wszystkie zgromadzone Masajki, które mają ogolone głowy, pomalowane na czerwono twarze i mnóstwo kolorowej biżuterii z paciorków.

Egzotyczne jeziora

Osobom odwiedzającym Kenię polecam wizytę nad dwoma pięknymi jeziorami Naiwasza (Naivasha) i Nakuru, których okolica jest niezwykle bogata w ciekawe gatunki fauny. Podczas mojego pierwszego safari w tym rejonie w teren wyruszaliśmy o wschodzie słońca, po porannej kawie. Wsiadaliśmy do auta z otwieranym dachem i wypatrywaliśmy zwierząt kończących nocne łowy. Warto było wyjeżdżać o świcie, bo udawało się wtedy zobaczyć rzadko spotykanych mieszkańców Afryki. Krzyk pawianów ogłaszał, że lampart wraca z polowania. Z pełnym brzuchem przeszedł obok naszego samochodu, udając się zapewne na zasłużony odpoczynek. Kiedy indziej widziałam, jak lew kroczył dumnie przez sawannę do czekającej pod drzewem lwicy. Gdy dotarł, ona obeszła go dookoła i odwróciła się, okazując mu swoje niezadowolenie. On podchodził do leżącej samicy i muskał ją nosem, jakby chciał ją za coś przeprosić. Życie na sawannie można by obserwować godzinami, dlatego w podróż warto zabrać lornetkę, a na miejscu uzbroić się w cierpliwość, bo przecież czas w Afryce płynie swoim własnym rytmem.

Brzegi Nakuru i jego okolice zamieszkują przede wszystkim niespotykane zbyt często nosorożce białe i czarne, żyrafy Rothschilda, lamparty, hieny, antylopy – koby śniade, gazelki masajskie i gazelopki sawannowe, a także, co ważniejsze, liczne ptaki: dropy olbrzymie, marabuty, pelikany, flamingi czy bieliki afrykańskie. Na wzgórzu z widokiem na jezioro witają nas pawiany – nie zawsze przyjaźnie nastawione do turystów – i malutkie góralki przylądkowe, czyli niewielkie roślinożerne ssaki kopytne, często mylone z gryzoniami, choć są blisko spokrewnione ze słoniami. Na terenie Parku Narodowego Jeziora Nakuru (ok. 188 km²) występuje 56 gatunków ssaków i niezliczona ilość rozmaitych egzotycznych roślin.

Dla odmiany słodkowodna Naiwasza (Naivasha), leżąca na wysokości 1884 m n.p.m. w dolinie ryftowej, jest domem dla dużej populacji hipopotamów. Podczas rejsu łódkami po jeziorze obserwujemy różnorodne ptactwo i właśnie te olbrzymie stworzenia. Na pierwszy rzut oka wydają się potulne i leniwe, ale w rzeczywistości charakterem bardziej przypominają wojownika niż pluszowego misia. Wejście na ich terytorium oznacza walkę na śmierć i życie. Ten znaczących rozmiarów ssak potrafi być agresywny i nie znosi nieproszonych gości, w tym krokodyli i ludzi, których umie rozszarpać na kawałki jednym kłapnięciem wielkiej szczęki. Nad Naiwaszą można zatrzymać się w niesamowitej lodży, po której terenie w dzień spacerują żyrafy, a w nocy – hipopotamy. Te ostatnie, gdy praży słońce, chłodzą się w wodach jeziora, po zapadnięciu zmierzchu natomiast wychodzą polować na lądzie. Po zmroku, aby udać się do hotelowej restauracji na posiłek, swój pokój należy opuszczać tylko z eskortą. Strażnik wyposażony jedynie w latarkę dzielnie kroczy z wystraszonymi turystami nasłuchującymi wszelkich dziwnych odgłosów…

Afryka „all inclusive”

Jeśli tylko pozwoli nam na to budżet, nasza podróż do Afryki może być niezwykle ekskluzywna. Liczne klimatyczne lodże położone w parkach narodowych oferują warunki niczym w 5-gwiazdkowych hotelach. Do dyspozycji gości są baseny, jacuzzi i restauracje z wyśmienitym jedzeniem. O ich komfort dba wysoko wykwalifikowana obsługa, a dzika przyroda znajduje się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Często spotyka się przepiękne całoroczne namioty dla turystów, które zamiast drzwi mają wielkie okna po to, aby już od rana można było podziwiać sawannę.

Wyprawa na safari dostarcza niezapomnianych wrażeń i gwarantuję, że w Kenii każdy dzień jest w stanie przynieść niepowtarzalną przygodę. Z pewnością warto nauczyć się tutaj afrykańskiego podejścia do czasu, które znakomicie oddaje powiedzenie haraka haraka haina baraka (pośpiech, pośpiech nie ma błogosławieństwa). Czarny Ląd zachwyca i szokuje jednocześnie, dlatego tak mocno przyciąga ludzi z całego świata, głodnych niecodziennych przeżyć w samym środku królestwa natury.

Artykuły wybrane losowo

W indonezyjskiej krainie rozmaitości

ANNA MARIA KRAJEWSKA

DAWID ZASTROŻNY

 

W różnorodności siła – to narodowe motto Indonezji wyjątkowo trafnie opisuje ten piękny kraj. Składa się na niego ponad 17,5 tys. wysp, z czego „jedynie” ok. 6 tys. jest zamieszkałych, 300 grup etnicznych, więcej niż pół tysiąca języków. To największe wyspiarskie państwo świata (mające powierzchnię ponad 1,9 mln km2) przyciąga turystów błękitem swoich wybrzeży, zielenią tropikalnych lasów, doskonałymi miejscami do nurkowania i tajemnicą groźnych wulkanów. Aż trudno w to uwierzyć, że te tysiące wysp u południowo-wschodnich krańców Azji, o zróżnicowanej geografii, historii, przyrodzie i tradycjach, należą do jednego kraju – Republiki Indonezji… Indonezyjczycy są niezwykle otwarci i tolerancyjni, bliska jest im postawa szacunku dla innych, dla różnorodności kulturowej. Nic więc dziwnego, że odwiedzający ich goście z całego świata czują się tutaj naprawdę dobrze i bezpiecznie.

Więcej…

Kuba pełna atrakcji

 

EWA SERWICKA

www.dalekoniedaleko.pl

 

68 CatedralNueva Havanna 14x8 F1

Imponująca barokowa fasada hawańskiej Katedry z XVIII stulecia

© CUBA TOURIST BOARD

 

Stara Hawana z zabytkowymi kolorowymi kamienicami, malownicze uliczki miasta Trinidad, klub salsy z unoszącym się dymem kubańskich cygar i zapachem rumu, długa, biała plaża z wysmukłymi palmami kokosowymi i krystalicznie czysta, błękitna woda, amerykańskie samochody z ubiegłego wieku na drogach i ludzie uśmiechnięci pomimo trudów życia – tak wygląda Kuba. W tym karaibskim kraju można jednak zobaczyć o wiele więcej. Wyspa jak wulkan gorąca to idealne miejsce na urlop pełen wrażeń.

 

Terytorium Republiki Kuby (ok. 110 tys. km² powierzchni) otaczają wody Zatoki Meksykańskiej, Cieśniny Jukatańskiej, Cieśniny Florydzkiej, Cieśniny Wiatrów (Zawietrznej), Kanału Starobahamskiego i Morza Karaibskiego. W ciągu roku występuje tu pora sucha i deszczowa. Główna wyspa, nieco przypominająca swoim kształtem jaszczurkę, i sąsiadujące z nią mniejsze wysepki wchodzą w skład archipelagu Wielkich Antyli podobnie jak Jamajka, Portoryko czy Haiti (Hispaniola). Funkcję stolicy pełni położona u północno-zachodnich wybrzeży ponad 2,1-milionowa Hawana, zwrócona w stronę półwyspu Floryda, należącego do Stanów Zjednoczonych.

 

Kuba jest krajem fascynującym, pełnym kontrastów, nieco zanurzonym w przeszłości. Zachwycą się nim zarówno miłośnicy zabytków i ciekawostek historycznych, jak i osoby chcące odpocząć na rajskich plażach czy amatorzy sportów wodnych. Serdeczność, otwartość i radość życia Kubańczyków sprawią, że każdy będzie się tu czuł jak miły gość.

 

SPACER PO STAREJ HAWANIE

 

Serce Kuby bije w starej części Hawany – La Habana Vieja. Wypełniają ją zabytkowe place, kolonialne kamienice i uliczki, po których jeżdżą amerykańskie krążowniki szos z lat 40. i 50. XX w. Ubrane w kolorowe stroje Kubanki pozują z turystami do zdjęć. La Habana Vieja ma swój wyjątkowy urok.

 

To kubańskie miasto zostało założone na początku XVI stulecia przez konkwistadora z Hiszpanii – Diega Velázqueza de Cuéllara – jako port handlowy. Niecałe 100 lat później stało się stolicą kolonii hiszpańskiej na Kubie. Ponieważ szybko się rozwijało, wkrótce zaczęło pełnić funkcję najważniejszego portu w tej okolicy. Dzieje Hawany są dość burzliwe – często padała celem ataków piratów, przez krótki czas należała do Wielkiej Brytanii (w okresie wojny siedmioletniej, w latach 1762–1763), a na przełomie XIX i XX w. znajdowała się pod okupacją amerykańską. W 1902 r. miasto ogłoszono stolicą Republiki Kuby, a 8 stycznia 1959 r. Fidel Castro praktycznie przejął w nim władzę w państwie.

 

Wpisane w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO historyczne centrum Hawany i jego system fortyfikacji powinien obowiązkowo odwiedzić każdy, kto trafi na wyspę. Spacer można zacząć przy placu Broni (Plaza de Armas). Przylega do niego pierwsza twierdza miasta – Castillo de la Real Fuerza. Zaczęto ją budować w 1558 r. na ruinach starszych umocnień zniszczonych trzy lata wcześniej przez francuskich korsarzy. Tuż obok znajduje się El Templete, świątynia upamiętniająca miejsce założenia Hawany w listopadzie 1519 r. Środek placu stanowi niewielki skwer, wokół którego rozkładają swoje towary sprzedawcy książek, plakatów i płyt winylowych. Dominuje tematyka rewolucyjna, a z okładek nierzadko spoglądają dumnie wielcy przywódcy rewolucji kubańskiej z lat 1953–1959 – Fidel Castro i Ernesto Che Guevara.

 

Nieopodal leży plac św. Franciszka z Asyżu (Plaza de San Francisco de Asís), przy którym wznosi się barokowa bazylika pod wezwaniem tego świętego. Kościół i pobliski klasztor wybudowano pod koniec XVI w. Na obrzeżu placu znaleźć można niewielki pomnik Fryderyka Chopina, a przy wejściu do świątyni stoi brązowy posąg Kawalera z Paryża (El Caballero de París), przedstawiający zmarłego w 1985 r. pacjenta tutejszego szpitala psychiatrycznego. José María López Lledín całymi dniami kręcił się po ulicach Hawany. Nie wiadomo, skąd wziął się jego przydomek, ale podobno jednoczesne złapanie posągu za brodę i palec przynosi szczęście.

 

Przepiękny jest także plac Stary (Plaza Vieja). Co ciekawe, kiedy utworzono go w 1559 r., nadano mu nazwę plac Nowy (Plaza Nueva). Przez lata odbywały się w jego okolicy liczne fiesty, walki byków, procesje i egzekucje oglądane przez zamożnych mieszkańców z pobliskich balkonów. Później przez jakiś czas działał tutaj popularny targ miejski. Dzisiaj przy placu funkcjonują kawiarenki. Turyści spacerują po nim i przyglądają się częściowo odrestaurowanym fasadom starych kolonialnych budynków.

 

Przy placu Katedralnym (Plaza de la Catedral) dominuje sylwetka wybudowanej w barokowym stylu Katedry (Catedral de La Habana). W jej pobliżu można często spotkać starsze Kubanki, chętnie pozujące do zdjęć z cygarem w dłoni lub ustach w zamian za kilka peso. Tuż za rogiem znajduje się jeden z dwóch ulubionych barów amerykańskiego pisarza Ernesta Hemingwaya (przynajmniej według narosłych wokół niego legend) – „La Bodeguita del Medio”. Warto też przespacerować się pod Hotel Ambos Mundos, w którym pomieszkiwał w latach 1932–1939 słynny Amerykanin, a następnie przejść się wzdłuż głównego deptaka Starej Hawany – ulicy Obispo, ciągnącej się od placu Broni prawie po Park Centralny.

 

Parque Central to oaza zieleni. Wzdłuż niego biegnie reprezentacyjna hawańska aleja – Paseo de Martí (Paseo del Prado). To w tej okolicy znaleźć można jedne z najdroższych hawańskich hoteli. W tym rejonie również stoi Kapitol (Capitolio de La Habana) z 1929 r., wzorowany na waszyngtońskim gmachu Kongresu Stanów Zjednoczonych, Panteonie w Paryżu i Bazylice św. Piotra na Watykanie. Do rewolucji był siedzibą rządu kraju. Nieopodal natrafimy także na postój starych amerykańskich samochodów. Przejażdżka takim autem będzie na pewno ciekawym doświadczeniem.

 

PISARZ I RUM

 

Kuba była ukochaną wyspą Ernesta Hemingwaya. Po raz pierwszy zawitał on tutaj przypadkiem w 1928 r., kiedy parowiec, którym wracał z Francji do Stanów Zjednoczonych, z przyczyn technicznych musiał zatrzymać się w Hawanie. Tak zaczęło się szczególne przywiązanie pisarza do kraju będącego jeszcze wówczas pod ogromnymi wpływami amerykańskimi. Uważany za awanturnika, człowieka rozrywkowego i nie wylewającego za kołnierz Amerykanin doskonale czuł się w luźnej atmosferze miasta. Chętnie przypływał tu łodzią rybacką Pilar, a zwykł zatrzymywać się w swoim ulubionym pokoju numer 511 Hotelu Ambos Mundos, leżącego w starej części Hawany. To właśnie w tym miejscu zaczęła powstawać nominowana do Nagrody Pulitzera powieść Komu bije dzwon (ukończona w 1940 r.), na której ponoć wzorował się Fidel Castro przy organizowaniu działań rewolucyjnej partyzantki.

 

Z Hemingwayem i jego silnymi związkami z Kubą kojarzy się przypisywane mu powiedzenie Moje mojito w „Bodeguicie”, moje daiquiri we „Floridicie”, chociaż wielu twierdzi, że tak naprawdę pisarz pił wszystko, co miało w składzie alkohol. Te dwa kubańskie koktajle znane są na całym świecie. Mojito to drink przygotowywany w wysokiej szklance, do której wsypuje się łyżeczkę brązowego cukru trzcinowego lub wlewa guarapo – sok z trzciny cukrowej. Następnie dodaje się liście mięty, sok z limonki, kostki lodu, biały rum i wodę gazowaną. Z kolei daiquiri jest koktajlem na bazie kruszonego lodu z dodatkiem cukru, soku z limonki i – oczywiście – białego rumu. W barze „Floridita”, znajdującym się przy ulicy Obispo, można spróbować różnych wariantów tego drinka, w tym ulubionej wersji Hemingwaya – Papa Hemingway (Papa Doble), z sześcioma kroplami likieru maraschino, sokiem grejpfrutowym, podwójnym rumem i bez cukru.

 

W OBŁOKACH DYMU

 

Kuba słynie też z produkcji cygar doskonałej jakości. Plantacji tytoniu tu nie brakuje. Warto wybrać się do żyznej doliny Viñales (Valle de Viñales), położonej w zachodniej części wyspy, w prowincji Pinar del Río. Na tym obszarze tytoń uprawia się tradycyjnymi metodami, bez użycia maszyn. Nierzadkim widokiem jest tutaj byk ciągnący pług. Podczas wizyty na jednej z takich tradycyjnych plantacji jej pracownik opowiada i pokazuje, jak wygląda cały proces produkcji: od zasiewu małych nasion przypominających nieco zmieloną kawę aż po skręcanie cygara.

 

Ciekawa będzie także wizyta w którejś z fabryk rozsianych po Kubie. Tu wszystko z reguły zaczyna się od pomieszczenia, gdzie kilka kobiet selekcjonuje liście i usuwa z nich grube żyłki. Jakość cygara zależy właśnie od liści użytych do jego produkcji. W głównej sali pracują zwijacze. Na jednym z jej końców znajduje się miejsce dla czytacza – to osoba, która czytaniem gazet czy książek umila innym nudną i monotonną pracę. Cygara rolowane są błyskawicznie na drewnianych pulpitach zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn. Najsprawniejsze osoby potrafią wykonać dziennie nawet kilkaset sztuk o identycznej jakości.

 

Dolina Viñales to jednak nie tylko plantacje tytoniu. Charakterystycznym elementem jej krajobrazu są mogoty – malownicze skalne ostańce będące częścią pasma górskiego Sierra de los Órganos. Te stare formacje krasowe powstały w okresie jury pod wpływem erozji. Woda wypłukała bardziej miękkie fragmenty skał wapiennych, w efekcie czego ukształtowały się ogromne kopułowate lub stożkowate wzgórza. Porastają je gęste, intensywnie zielone zarośla i drzewa. To idealne miejsce na piesze wędrówki, przejażdżki konne czy wspinaczkę. Już samo podziwianie okolicy z punktu widokowego sprawia wielką przyjemność.

 

MALOWNICZE MIASTO

 

W pobliżu miasta Trinidad znajduje się inna przepiękna kubańska dolina – Valle de los Ingenios. Trzcina cukrowa, która przecież tak mocno kojarzy się z Karaibami, na Kubie pojawiła się wraz z przybyciem kolonizatorów. Pierwsze sadzonki przywiózł tu w 1511 r. Diego Velázquez de Cuéllar i od razu okazało się, że wilgotny tropikalny klimat, żyzne gleby i stosunkowo płaski teren stanowią doskonałe warunki do uprawy tej rośliny. Mimo to początkowo cukier produkowano wyłącznie na rynek lokalny. Dopiero w 1762 r. okupujący wyspę Brytyjczycy wprowadzili nowe technologie. W dodatku błyskawicznie podwojono liczbę sprowadzanych na Kubę niewolników i – niestety – zaczęto zmuszać ich do dużo cięższej pracy. Przyczyniło się to do szybkiego wzrostu produkcji, a kraj stał się jednym z największych eksporterów cukru, dzięki czemu właściciele plantacji z Doliny Cukrowni opływali w dostatki.

 

Dzisiaj o tym dobrobycie przypomina Trinidad. Miasto uznawane jest obecnie za jedno z najpiękniejszych na wyspie. Założony w 1514 r. ośrodek bardzo długo cieszył się swojego rodzaju autonomią ze względu na położenie na uboczu i brak dobrych dróg łączących go z innymi częściami Kuby. Okres jego świetności przypadł na XVIII stulecie i związany był właśnie z produkcją cukru. Cukrowi baronowie mieli w mieście wspaniałe rezydencje. W jednej z nich (Palacio Cantero) urządzono muzeum (Museo Municipal de Trinidad) pokazujące, jak wyglądało życie w tamtych czasach. Warto również zwrócić uwagę na szerokie, brukowane ulice – kamienie sprowadzono aż z Bostonu, co dla ówczesnych zamożnych mieszkańców nie stanowiło dużego wydatku. Polecam przejść się tymi ulicami. Stoją przy nich pomalowane na jasne, ciepłe i radosne kolory domy z charakterystycznymi zakratowanymi oknami – to kolejna pamiątka po okresie kolonialnej świetności. Pięknie wyglądają na ich tle stare samochody.

 

AMERYKAŃSKIE KRĄŻOWNIKI

 

Wspomniane już kilka razy oldtimery nieodłącznie kojarzą się z Kubą. Rzeczywiście na ulicach kubańskich miast można spotkać wiele takich zabytkowych pojazdów, choć coraz częściej pojawiają się też nowoczesne samochody. Skąd stare amerykańskie krążowniki szos wzięły się na wyspie? Przed rewolucją większość sprowadzanych aut pochodziła z USA. Przywożono tu popularne wówczas chevrolety, fordy, buicki, chryslery, oldsmobile, plymouthy, dodge’e czy cadillaki. Gdy do władzy doszedł Fidel Castro, Stany Zjednoczone wprowadziły embargo na eksport do Kuby. Jednocześnie w państwie ustanowiono prawo, które zezwalało na posiadanie prywatnie jedynie samochodów nabytych jeszcze przed zwycięską rewolucją (przed 1959 r.).

 

Po wprowadzeniu obostrzeń dotyczących importu aut i części zamiennych z USA zaczęto sprowadzać pojazdy głównie z zaprzyjaźnionych krajów komunistycznych, najczęściej ze Związku Radzieckiego, dlatego dzisiaj na kubańskich ulicach można zobaczyć również łady, wołgi albo nasze polskie maluchy. Ponieważ jednak zakup nowego samochodu przez dłuższy czas był mocno utrudniony, Kubańczycy starali się dbać o swoje stare wozy, żeby służyły im jak najdłużej.

 

W trakcie spaceru po tutejszych miastach nieraz zauważymy wypolerowane, dopieszczone i błyszczące historyczne pojazdy, które jeżdżą głównie jako taksówki wożące turystów. Taka przejażdżka jest na pewno ogromną atrakcją, w szczególności dla miłośników motoryzacji. Oprócz zadbanych stylowych oldtimerów można także dostrzec nadgryzione zębem czasu, poddane licznym prowizorycznym naprawom i połatane gruchoty. Z daleka nadal wyglądają na auta z klasą, ale z bliska widać, że lakier się łuszczy, karoseria rdzewieje, a samochód właściwie powinien trafić na złomowisko, a nie jeździć po drogach. Takich pojazdów bywa więcej na prowincji niż w głównych ośrodkach Kuby.

 

ZWIEDZANIE WYSPY

 

Chociaż to Hawana i Trinidad wiodą prym wśród miast najchętniej odwiedzanych przez turystów wypoczywających na pełnej kolonialnych zabytków gorącej kubańskiej ziemi, w tym karaibskim kraju jest wiele równie pięknych i ciekawych miejscowości. Dobry przykład stanowi Cienfuegos, nazywane Perłą Południa (La Perla del Sur), założone w 1819 r. przez francuskich imigrantów. Przywieźli oni ze sobą kolejne unowocześnienia produkcji cukru i szybko sprawili, że to właśnie to miasto odebrało Trinidadowi miano stolicy cukrowej Kuby. W trakcie spaceru tutejszymi ulicami od razu można zauważyć odmienny charakter okolicy i ślady po Francuzach. Dzisiaj eleganckie i finezyjne budynki przykrywa warstwa kurzu, ale mimo to nadal przypominają o dawnej kolonialnej świetności Cienfuegos, którego historyczne centrum zostało wpisane w 2005 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Urokliwe jest też blisko 350-tysięczne miasto Camagüey, pełne niewielkich, co chwilę rozwidlających się uliczek łączących miejskie place, czasem prowadzących do ślepych zaułków. Ma ono wyjątkowy plan urbanistyczny, niespotykany w innych kolonialnych ośrodkach, które zazwyczaj charakteryzują się geometrycznym układem ulic i budynków. Camagüey wygląda, jakby rozwijało się bez żadnego projektu, zupełnie chaotycznie, ale to tylko pozory. Oryginalną osadę założono bliżej północnego wybrzeża w lutym 1514 r. i nosiła ona wówczas nazwę Santa María del Puerto del Príncipe. Ciągłe ataki piratów i grabieże sprawiły, że przeniesiono ją w głąb lądu i tak zaplanowano ulice, aby stanowiły one labirynt, w którym atakujący gubiliby się, stając się łatwym celem dla znających doskonale plątaninę zaułków mieszkańców.

 

W planie zwiedzania nie można pominąć prawie półmilionowego Santiago de Cuba, powstałego jako piąta z kolei osada założona przez Diega Velázqueza de Cuéllara na Kubie 25 lipca 1515 r. Nazwa miasta pochodzi od patrona tego dnia – św. Jakuba Większego (hiszp. Santiago el Mayor). Zostało ono stolicą hiszpańskiej kolonii, lecz pełniło tę funkcję tak naprawdę dość krótko, jedynie do 1556 r., kiedy to ówczesny gubernator Diego de Mazariegos przeniósł swoją oficjalną rezydencję do Hawany. Oprócz spaceru po przepięknych ulicach warto odwiedzić także koszary Moncada, gdzie 26 lipca 1953 r. niejako rozpoczęła się rewolucja kubańska. Tego dnia młodzi i niedoświadczeni członkowie organizacji Fidela Castro zaatakowali wojskowy obiekt, żeby zdobyć broń do walki z dyktaturą Fulgencia Batisty. Ponieśli jednak sromotną klęskę, niektórzy stracili życie, wielu aresztowano i torturowano. Do więzienia trafił sam Fidel Castro. Zwolniono go w 1955 r. Wyjechał więc do Meksyku, gdzie stworzył Ruch 26 Lipca (Movimiento 26 de Julio). W Santiago de Cuba trzeba również zajrzeć do tutejszego potężnego zamku (Castillo de San Pedro de la Roca, znanego też jako Castillo del Morro), od 1997 r. znajdującego się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Z twierdzy rozciąga się bardzo ładny widok na zabudowania miejskie z zatoką Santiago de Cuba na pierwszym planie.

 

Warto także odwiedzić urokliwe Sancti Spíritus, jedno z najstarszych kubańskich miast, założone 4 czerwca 1514 r. Wyróżnia je przepiękny stary most zbudowany na rzece Yayabo w 1815 r. Konstrukcję o długości 85 m wzniesiono w całości z cegieł, a środkowy z pięciu łuków ma aż 9 m wysokości. Z wieży tutejszego kościoła (Iglesia Parroquial Mayor del Espíritu Santo) rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na okolicę. Sancti Spíritus jest nieco rzadziej odwiedzane przez turystów, ale na pewno nie można mu odmówić dużego uroku.

 

Poszukiwacze wspaniałych punktów widokowych powinni też udać się na Wzgórze Krzyża (Loma de la Cruz, 261 m n.p.m.). Rozpościera się z niego fantastyczna panorama miasta Holguín. Doskonale widać stąd, jak jego precyzyjnie rozplanowane ulice przecinają się pod kątem prostym. Ze szczytu wzniesienia w dół prowadzi 458 schodów. Na północny wschód od Holguín znajduje się zatoka Bariay, która pretenduje do miana miejsca, gdzie Krzysztof Kolumb przybył 28 października 1492 r. i pierwszy raz postawił stopę na przepięknej kubańskiej ziemi. W swoich dziennikach wspomina on o charakterystycznym wzgórzu przypominającym kowadło, a taki właśnie kształt ma górujące nad nią wzniesienie.

 

NA WSCHODZIE

 

O status pierwszego miejsca na Kubie, do którego dotarł odkrywca Ameryki, konkuruje z zatoką Bariay położone na wschodnim końcu wyspy miasto Baracoa. Tu również znajduje się wzgórze wyglądające jak kowadło, taką zresztą nosi nazwę – El Yunque (575 m n.p.m.). Baracoa, leżąca na peryferiach kraju, jest bardziej zaniedbana i uboższa niż Hawana czy Trinidad, ale warto ją odwiedzić. Przez wiele lat była faktycznie odcięta od reszty Kuby, gdyż jeszcze do czasów rewolucji nie prowadziły do niej żadne porządne drogi.

 

Być może nigdy nie uda się ostatecznie ustalić, gdzie na wyspie po raz pierwszy Krzysztof Kolumb zszedł na ląd. Jedno jest jednak pewne – Baracoa to najstarsze kubańskie miasto i pierwsza stolica kolonii. Diego Velázquez de Cuéllar założył ją 15 sierpnia 1511 r. W późniejszych stuleciach Hiszpanie wznieśli tutaj kilka potężnych fortyfikacji, m.in. twierdzę Matachín (w 1802 r.), w której działa obecnie muzeum prezentujące eksponaty związane z historią okolicy (Museo Municipal de Baracoa). Od fortecy wzdłuż wybrzeża biegnie dwukilometrowa ulica zwana Malecón, podobnie jak słynny nadmorski bulwar w Hawanie (z tym że ten w stolicy Kuby ma długość 8 km). Tutejsza promenada jest na pewno mniej reprezentacyjna i cztery razy krótsza niż stołeczna, ale nadal czarująca. Stoją przy niej mocno podniszczone kolorowe budynki. Niektóre z nich znajdują się w trakcie renowacji po wysokiej fali, jaka kilka lat temu zalała nabrzeże.

 

Baracoa nie może się poszczycić piękną piaszczystą plażą, ale nieopodal leży Playa Maguana, ulubione miejsce wypoczynku kubańskich rodzin z okolicy. Wygląda zupełnie jak kadr z rajskiej wyspy – miękki, jasny piasek kontrastuje z błękitną, krystalicznie czystą wodą. Zachwycająca jest dzikość Maguany – brak tu wysokich hoteli i barów plażowych z dudniącą muzyką. W pobliskiej prowizorycznej knajpce można zamówić grillowaną langustę i cieszyć się jej smakiem w błogim spokoju.

 

71 Sailing 2584 2 14x9 M1

Modny kurort Varadero na półwyspie Hicacos

© CUBA TOURIST BOARD

 

RAJSKIE PLAŻE

 

Miłośnicy zapierających dech w piersiach piaszczystych plaż powinni bez wątpienia odwiedzić niewielki archipelag Sabana-Camagüey leżący u północnych wybrzeży Kuby, znany bardziej jako Ogrody Króla (Jardines del Rey). Składa się on z koralowych wysepek (cayos) usytuowanych wzdłuż brzegu. Jedną z najpiękniejszych jest Cayo Coco (370 km² powierzchni), słynąca z luksusowych kompleksów hotelowych. Dodatkową atrakcją w tym rejonie są zachwycające rafy koralowe, które przyciągają płetwonurków z całego świata.

 

Cudownych plaż nie brakuje także na położonej w pobliżu południowo-zachodniego wybrzeża Cayo Largo (Cayo Largo del Sur). Coś dla siebie znajdą tu zarówno osoby oczekujące rozbudowanej infrastruktury i zaplecza do uprawiania sportów wodnych, jak i ci, którzy wolą odpoczywać w dziewiczym otoczeniu. Północną część tej wysepki o powierzchni 37,5 km² porastają przepiękne lasy namorzynowe.

 

Najsłynniejszy kubański kurort stanowi niemal 30-tysięczne Varadero na półwyspie Hicacos, uznawane za jedną z największych miejscowości wypoczynkowych na całych Karaibach. Nie ma się co dziwić, gdyż w okolicy turyści mogą odpoczywać na 22 km piaszczystych plaż, przy których znajdują się hotele dopasowane do najprzeróżniejszych wymagań turystów. Wśród atrakcji tutejszego półwyspu warto wymienić też jaskinie (np. Muzułmanów – Cueva de los Musulmanes), niewielkie wysepki czy wspaniałe rafy koralowe.

 

90 Scenic bay El Junque Baracoa  NOY4451 F1

Zatoka koło najstarszego kubańskiego miasta Baracoa ze wzgórzem El Yunque w tle
© CUBA TOURIST BOARD

 

 

Etiopia – Tybet Czarnego Lądu

ANNA KRYPA
WWW.COMEANN.COM

 

<< Etiopia hipnotyzuje intensywnym aromatem kawy, zachwyca bogactwem i różnorodnością zabytków, wspaniałą kulturą i zapierającymi dech w piersiach dziewiczymi krajobrazami. To najbardziej górzysty kraj Afryki, a swoim niesamowitym urokiem przyciąga miłośników trekkingu z całego świata, którym oferuje niezliczoną liczbę tras i szlaków. Nigdy niedotknięty kolonizacją jest także, obok Japonii i Iranu, jednym z najstarszych państw na ziemi. >>

Więcej…