1516007201507023k_Juknokwon_Bamboo_Park.jpg

Przepiękny gaj bambusowy Juknokwon

©KOREA TOURISM ORGANIZATION
2010005200908021k_Changing_Ceremony_of_Royal_Guards_at_Gyeongbokgung_Palace.jpg

Gyeongbokgung – pałac królewski w Seulu

©KOREA TOURISM ORGANIZATION



KAROLINA BEDNARZ www.wkrainietajfunow.pl

 

Przez ponad 500 lat w tej części Azji Północno-Wschodniej istniało królestwo Joseon, przekształcone w 1897 r. w Cesarstwo Koreańskie. Dziś nie ma już – niestety – jednej Korei. Została ona podzielona na dwa terytoria w 1945 r. po zakończeniu II wojny światowej. Północna część Półwyspu Koreańskiego znajduje się poza zasięgiem większości turystów, lecz Korea Południowa zaprasza ich z otwartymi ramionami.

3820142201400075k_Songdo_City_of_the_Future.jpg

Niezmiernie nowoczesne Songdo w wolnej strefie ekonomicznej w Incheon

©KOREA TOURISM ORGANIZATION


To niesamowicie nowoczesne i prężnie rozwijające się 51-milionowe państwo jest pełne kontrastów. Z jednej strony charakteryzują je bogate miasta i nowatorski przemysł, a z drugiej na jego oblicze składają się również piękne klasztory w górach. Młodzi ludzie na co dzień spędzają czas na zakupach w butikach światowych sieci, ale chętnie bawią się też na wielu krajowych festiwalach, obchodzą narodowe i religijne święta i na specjalne okazje zakładają tradycyjne stroje. Koreańczycy to naród dumny ze swojej historii, kultury i języka, nawet jeśli na pierwszy rzut oka wydaje się zachłyśnięty wszystkim, co zachodnie.

Korea Południowa nie należy do najpopularniejszych kierunków wyjazdowych wśród polskich turystów, choć na pewno zachwyciłaby nie tylko miłośników cywilizacji Azji Północno-Wschodniej. Może nadeszła więc pora, aby zmienić swoje przyzwyczajenia i wyruszyć w podróż w nieznane...

Koreańskie przysmaki

Podczas wycieczek po różnych zakątkach kraju koniecznie trzeba spróbować specjałów koreańskiej kuchni. Bazuje ona na kiszonej na ostro kapuście pekińskiej – kimchi, którą je się niemal do każdego posiłku. Kiszonki przygotowuje się na milion sposobów i z przeróżnych warzyw, np. rzepy. Dla Koreańczyków jedzenieto czynność towarzyska. Przystawki (banchan) podawane są z reguły na środek stołu. Częstuje się nimi każdy, ale nie nakłada ich sobie na swój talerz, lecz po prostu sięga po porcję do miseczek. Można je jeść zazwyczaj do woli, często nawet nie trzeba pytać o dokładkę, bo naczynia zostają nie wiadomo kiedy uzupełnione.

Kuchnia koreańska różni się także w zależności od pory roku. Latem najpopularniejszym daniem jest naengmyeon–zupa na zimno z makaronem z mąki gryczanej czy skrobi ze słodkich ziemniaków. Z różnych wersji tej potrawy słynie głównie Pjongjang (Phenian), stolica 25-milionowej Korei Północnej, lecz zajadają się nią również mieszkańcy południowej części półwyspu. Wiele osób chwali sobie też gorącą zupę samgyetang. Jej podstawę stanowi cały młody kurczak nadziewany ryżem, czosnkiem, żeń-szeniem, owocami jujuby pospolitej i różnymi ziołami. Młodzi Koreańczycy lubują się jednak w słodkiej metodzie walki z upałem. Pochłaniają oni ogromne miski patbingsu, kruszonego lodu z dodatkami, takimi jak kuleczki ryżowe i pasta z fasoli azuki, owoce, lody lub orzechy. Wersji tego przysmaku jest nieskończenie wiele. Często porcje przewidziane są dla dwóch osób, więc do jednego z miejsc serwujących ten specjał warto wybrać się z kimś jeszcze.

Żeby spróbować prawdziwej domowej kuchni, najlepiej udać się na jeden z ulicznych targów, np. seulski Gwangjang Market, który ze zwykłego rynku po zachodzie słońca przeobraża się w świątynię jedzenia. Skosztujemy tu smażonych placków z fasolki mung (bindaetteok), ryżowych klusek w ostrym sosie (tteokbokki), ryżu serwowanego w żeliwnych misach z rozmaitymi warzywami (dolsot bibimbap) czy koreańskiej odmiany sushi (kimbap). A najlepiej popić to wszystko szklaneczką schłodzonego alkoholu destylowanego z ryżu – lekko mętnego makgeolli.

Spotkanie z kulturą

Koreańczycy mogą poszczycić się bogatą kulturą nie tylko w przypadku sztuki kulinarnej. Przy okazji wizyty w buddyjskiej świątyni albo jednym z pałaców w Seulu na pewno zwrócimy uwagę na piękne wielobarwne wzornictwo. Najbardziej charakterystycznym elementem są zdobienia drewnianych elementów, zwane dancheong–nie pełnią funkcji jedynie estetycznej, ale także, a może przede wszystkim, konserwują drewno. Stosuje się je również do dekoracji mebli, bębnów i parawanów, czasami nawet ujrzymy je na papierze i płótnie, na które nanosi się ludowe malowidła w stylu minhwa.

W Korei Południowej odbywa się mnóstwo festiwali kulturalnych. Warto wziąć udział w którymś z nich, aby poznać ten kraj od trochę innej strony niż ta, jaką prezentują coraz popularniejsza kultura masowa i twórczość koreańskich zespołów popowych. Jedno z najważniejszych świąt stanowi Nowy Rok, czyli Seollal.Sposób jego obchodzenia można by porównać do zwyczajów związanych z polską Wigilią: ten dzień spędza się razem z rodziną, je się wówczas tradycyjne dania i oddaje szacunek swoim przodkom. Koreańczycy podają wtedy m.in. zupę tteokgukz ryżowymi kluskami i kawałkami posiekanego mięsa, ugotowanych jajek i wodorostów. Trzeba pamiętać, że Seollal wypada przeważnie w tym samym czasie, co chiński Nowy Rok, którego data jest ruchoma.

Za drugie pod względem ważności uchodzi w tym państwie święto plonów Chuseok. Odbywa się co roku 15 dnia 8 miesiąca według kalendarza księżycowo-słonecznego (zazwyczaj w sierpniu). Oprócz biesiady organizowane są wtedy tradycyjne zabawy i występy tańca ganggangsullae, wykonywanego jedynie przez kobiety, w nocy i bez akompaniamentu jakiegokolwiek instrumentu. Obyczaj ten praktykowany jest głównie na południu półwyspu. Na wsiach ludzie biorą udział w zapasach ssireumi zawodach łucznictwa. W przerwach zajadają się songpyeon– ryżowymi kluseczkami ze słodkim nadzieniem, np. z sezamu i miodu, pasty z fasoli azuki czy kasztanów.

Podczas tradycyjnych uroczystości Koreańczycy noszą często strój zwany hanbok, składający się z dwóch części: kurtki jeogori oraz spódnicy chima u kobiet i workowatych spodni baji u mężczyzn. Codzienna wersja tego ubioruróżni się od tej wkładanej na specjalne okazje i bardzo rzadko można spotkać na ulicy kogoś prezentującego się tak elegancko. Chętni mogą przymierzyć taki zestaw, nieraz nawet za darmo, np. w ramach oferty centrum turystycznego w rejonie tętniącego życiem seulskiego osiedla Myeongdong, a także go kupić. Jeśli chcemy wrócić do domu z pięknie wykonanym jedwabnym hanbokiem, musimy jednak liczyć się ze sporym wydatkiem. Największy wybór znajdziemy w sklepach z materiałami, m.in. na targach Gwangjang czy Dongdaemun. Coraz popularniejsze stają się też nowoczesne warianty tego stroju albo ubrania nim zainspirowane – za tymi najlepiej rozejrzeć się w butikach seulskiego osiedla Insadong.

Święta obchodzi się głównie w gronie rodzinnym, ale w ciągu roku są i takie wydarzenia, w których bez problemu mogą wziąć udział turyści. Jeden z najwspanialszych festiwali organizuje się z okazji narodzin Buddy. Seul przyozdobiony zostaje wówczas tysiącami latarni, a w dniu uroczystości jego ulicami przechodzi piękna parada. W całym kraju odbywają się zresztą różne imprezy, również o niereligijnym charakterze. Festiwal Kwiatów Lotosu wBuyeo czy dość nowy Festiwal Błota w Boryeong to tylko niektóre z nich.

W stolicy

Większość turystów z reguły rozpoczyna poznawanie Korei Południowej od wizyty w Seulu, tętniącej życiem stolicy, w której nie sposób się nudzić. Leży ona dość blisko granicy (do Koreańskiej Strefy Zdemilitaryzowanej jest tylko 60 km), lecz nie odczuwa się tutaj jakiegokolwiek napięcia. Ta ponad 10-milionowa metropolia może pochwalić się nie tylko historycznymi zabytkami, ale także nowoczesnymi dzielnicami oświetlonymi neonami.

Serce miasta od stuleci stanowi pałac Gyeongbokgung, w którym od końca XIV w. do okresu okupacji japońskiej (1910–1945) mieszkali władcy kraju. Zbudowano go z uwzględnieniem zasad geomancji, czyli sztuki wykorzystywania pozytywnych wpływów otaczającego nas środowiska. Od północy obiekt chroni góra Bugaksan (342 m n.p.m.), a od południa wychodzi on na ogromny plac Gwanghwamun, gdzie znajdują się obecnie pomniki dwóch niezwykle zasłużonych koreańskich bohaterów: króla Sejonga (1397–1450) i generała Yi Sun-sina (1545–1598).

Budowla sporo wycierpiała. Została doszczętnie zniszczona podczas japońskiej inwazji w latach 1592–1598 i straszyła ruinami przez ponad 250 lat. Kompleks odbudowano w II połowie XIX stulecia, lecz niedługo później Japończycy ponownie zrównali go z ziemią. Dzisiaj możemy podziwiać jedynie częściową rekonstrukcję, ale i tak robi ona duże wrażenie. Naprawdę warto pobłądzić trochę w labiryncie kunsztownie wykończonych budynków, nawet jeśli niektóre z nich mają dopiero kilkanaście lat.

Poza tym okolica szczyci się kilkoma innymi zespołami architektonicznymi, idealnymi na spacery, np. kompleksem pałacowym Changdeokgung z pięknym sekretnym ogrodem, zwanym Huwon, czy Changgyeonggung, pełniącym dawniej funkcję letniej rezydencji królewskiej. Nieopodal znajduje się osiedle Insadong słynące ze sklepów z antykami. Wciąż można w nich jeszcze poczuć atmosferę dawnej Korei podczas rozmów ze sprzedawcami oferującymi tradycyjną ceramikę, papier bądź pędzle do kaligrafii. Od kilku lat daje się tu dostrzec także powiew świeżości – w bocznych uliczkach zaczęły powstawać butiki niezależnych projektantów, malutkie kawiarenki, gdzie spotykają się studenci, i stoiska ze słodyczami popularnymi wśród koreańskiej młodzieży.

Za coraz bardziej rozpoznawalne uchodzi jednak nie historyczne, lecz nowoczesne oblicze Seulu. To o nim z lekką ironią śpiewa Psy w znanej na całym świecie piosence Gangnam Style. Dzielnica (gu) Gangnam (co oznacza dosłownie „na południe od rzeki”) to świątynia konsumpcji, królestwo światowych restauracji i luksusowych butików. Swoje siedziby mają w niej wielkie koreańskie korporacje, takie jak Samsung. Kupimy tutaj dosłownie wszystko i poczujemy się jak w centrum wszechświata. Jednak młodzi Koreańczycy robią zakupy niekonieczniew tym rejonie. Chętniej wybierają się np. do Myeongdong, gdzie w labiryncie kawiarni i sklepów mniej lub bardziej znanych marek można spędzić całe dnie.

Na północy i południu

Trzecie co do wielkości miasto w Korei Południowej stanowi Incheon koło Seulu. Jeszcze sto lat temu było ono malutkim portem z kilkoma tysiącami mieszkańców. Dzisiaj żyje tutaj 3 mln osób. Sam ośrodek, dzięki m.in. wolnej strefie ekonomicznej, należy do najszybciej rozwijających się w kraju.

Incheon promuje się jako kosmopolityczna metropolia. Znajduje się w niej największe lotnisko na terytorium państwa (Incheon International Airport), w 2014 r. odbyła się w jej granicach 17. azjatycka olimpiada Asian Games, a co roku organizowane są setki różnych targów i konferencji. Niedaleko stąd leży kilka popularnych wśród mieszkańców stolicy wysepek, na które można uciec od miejskiego zgiełku. Warto wymienić wśród nich Yeongjongdo i słynne Ganghwado, gdzie schronił się podczas inwazji mongolskiej w XIII w. dwór królewski.

To z tego regionu odpływa w świat duża część produkowanej w Korei Południowej elektroniki. Tutejsza specjalna strefa ekonomiczna według koreańskiego rządu ma w przyszłości stać się jedną z trzech największych na ziemi. Nie jest to jednak jedyne miejsce w kraju, gdzie z całych sił popularyzuje się południowokoreański przemysł. Kolejne jego centrum stanowi położone na południowym wschodzie 1,2-milionowe miasto Ulsan, w którym znajduje się największa fabryka samochodów na naszym globie, mogąca produkować ponad 1,6 mln aut rocznie, należąca do koncernu Hyundai Motor Company, największa stocznia i druga co do wielkości rafineria ropy. Ośrodek ten może pochwalić się również jedną z najwyższych wartości PKB przypadającą na mieszkańca, wynoszącą prawie 80 tys. dolarów amerykańskich. Oprócz tego promuje się także 12 malowniczych krajobrazów, z których słynie okolica. Na tej liście umieszczono m.in. szczyty Gajisan (1240 m n.p.m.) czy Sinbulsan (1209 m n.p.m.), skąd rozpościera się piękna panorama na cały masyw Alp Yeongnam.

Buddyjskie oazy

Jeśli znudzi nam się poznawanie nowoczesnej strony Korei Południowej w rejonie Ulsan, powinniśmy odpocząć od niej w 270-tysięcznym Gyeongju, dawnej stolicy królestwa Silla (57 r. p.n.e.–935 r. n.e.). To tu znajdziemy bodajże najsłynniejszą buddyjską świątynię w całym kraju – Bulguksa. Prowadzą do niej dwa piękne kamienne mosty Niebieskiej Chmury i Białej Chmury. Na jednym z dziedzińców wznosi się pagoda Dabotap, która widnieje też na rewersie monety o nominale 10 wonów południowokoreańskich (KRW). Na podziwianiu wyjątkowych zdobień budynków, przyglądaniu się modlącym ludziom i spacerach po okolicy można spędzić nawet pół dnia.

Kilka kilometrów dalej leży kolejne ważne miejsce dla buddyzmu – grota Seokguram. Przy dobrej pogodzie warto wybrać się do niej pieszo i cieszyć wspaniałymi widokami po drodze. W środku nie wolno robić zdjęć, ale ten zakaz pozwala odwiedzającym skupić się na panującej w środku atmosferze świętości. Kilka chwil spędzonych w otoczeniu 3,5-metrowego kamiennego Buddy zostanie w naszej pamięci na długo. Zwłaszcza jeśli dotrzemy tutaj z samego rana i przy okazji wizyty w grocie będziemy mieli szansę podziwiać panoramę z widocznym w tle morzem.

Wielki port

Całkowicie innym klimatem niż stolica charakteryzuje się znajdujący się na południowym wschodzie Busan, druga co do wielkości metropolia (niemal 3,6-milionowa) i największy port Korei Południowej. Obok Daegu to jedyne miasto, które ocalało podczas wojny koreańskiej (1950–1953). Do dziś zachowały się w nim fragmenty starej zabudowy, w tym oryginalne świątynie.

Dookoła Busan usytuowanych jest kilka kompleksów sakralnych, które po prostu trzeba zobaczyć. Za najsłynniejszy z nich uchodzi klasztor Beomeosa, zbudowany w II połowie VII w. na zlecenie króla Munmu (626–681), władcy królestwa Silla. W jego murach dowiemy się, jak wygląda życie buddyjskiego mnicha. To wszystko dzięki programowi Temple Stay, w ramach którego po uiszczeniu drobnej opłaty można zostać w świątyni na weekend i zapoznać się z panującymi w niej zasadami. Poza uczestniczeniem w porannej modlitwie, przygotowywaniem i wspólnym spożywaniem wegetariańskich potraw postnych (sachal eumsik), nauczymy się też tutaj sztuki medytacji czy weźmiemy udział w ceremonii herbacianej. Tego typu oferty cieszą się popularnością nie tylko wśród Koreańczyków, lecz także wśród zagranicznych turystów. Niedawno uruchomiono nawet serwis internetowy zawierający listę obiektów w całym kraju, które proponują takie pobyty (eng.templestay.com).

Większość południowokoreańskich świątyń znajduje się w górach, więc położenie Haedong Yonggungsamoże zdziwić. Wybudowano ją w 1376 r. w otoczeniu zapierających dech w piersiach klifów nad samym brzegiem morza. Po zwiedzaniu zrelaksujemy się na przepięknej piaszczystej plaży Haeundae w Busan, gdzie odbywa się wiele festiwali i rozmaitych wydarzeń. Najbliższa okolica wybrzeża to również tygiel różnych kultur. Mieszka w niej spora część cudzoziemców osiadłych w tym rejonie Korei Południowej.

Warto wybrać się też do Gamcheondong (w dzielnicy Busan Saha), malowniczego osiedla nazywanego „Santorini Wschodu”. W ostatnich latach cieszy się ono wielką popularnością. Dawniej ten obszar zamieszkiwali głównie uchodźcy i najbiedniejsi. Dzisiaj natomiast wypełnia go mnóstwo alternatywnych sklepów i kawiarenek, ukrytych w wąskich uliczkach wśród kolorowych domów. Osiedle promuje się jako „Wioska Kultury”. Spróbujemy tu swoich sił w wytwarzaniu przedmiotów z ceramiki czy drewna.

Wyspa z wulkanem

3820514201300021k_Taegeukdo_Village.jpg

Gamcheondong – niesamowicie kolorowa „Wioska Kultury” w Busan

©KOREA TOURISM ORGANIZATION

Najpopularniejsze miejsce na wypoczynek stanowi z pewnością leżąca na południu, w Cieśninie Koreańskiej, wyspa Czedżu (Jeju), która może poszczycić się wyjątkową kulturą. Język używany przez wyspiarzy różni się znacznie od standardowego koreańskiego. Rozsiane w tym regionie bazaltowe posągi dol hareubang mają zapewnić ochronę przed demonami, a także płodność tutejszym mieszkańcom.

Na ponad 600-tysięcznej Czedżu jeszcze niedawno panował matriarchat. Jego pozostałości dostrzeżemy m.in. na sąsiednich wysepkach Udo i Mara. Haenyeo, czyli „morskie kobiety”, zapewniają byt swoim rodzinom – zajmują się wyławianiem owoców morza z jego dna bez użycia jakiegokolwiek sprzętu do nurkowania.

Najbardziej znanym miejscem w tym rejonie jest święta góra Hallasan. Stanowi ona również najwyższy szczyt w Korei Południowej (1950 m n.p.m.). Czedżu to wyspa wulkaniczna, dlatego można zobaczyć na niej wiele zachwycających formacji skalnych, w tym np. na wschodzie Wulkan Wschodzącego Słońca (Seongsan Ilchulbong). Z pewnością trzeba obejrzeć też piękne wodospady w pobliżu 160-tysięcznego miasta Seogwipo. Najlepszym sposobem zwiedzania będzie trekking po znakomicie opracowanych trasach olle.

Bambusowy raj

Po Korei Południowej najłatwiej poruszać się ekspresowymi pociągami KTX, którymi w ciągu kilku godzin dojedziemy niemalże wszędzie. W drodze z Seulu do Busan warto zatrzymać się na dzień czy dwa w 1,5-milionowym Gwangju, czyli „Mieście Światła”. Jednym z najciekawszych organizowanych w nim wydarzeń jest cykliczny Daein Art Market. Odbywa się on wieczorami w czwarte piątki i soboty miesiąca. Tłumy mieszkańców przechadzają się wtedy wśród stoisk z rękodziełem artystycznym i przygotowywanym na miejscu jedzeniem oraz sklepików z mnóstwem drobiazgów.

Gwangju do 2005 r. pełniło rolę stolicy prowincji Jeolla Południowa, słynącej także z pięknej przyrody. Aby uciec od zgiełku metropolii, wystarczy w centrum miasta wsiąść w jeden z autobusów jadących poza jego granice. Ciągnące się aż po horyzont pola ryżowe powciskane między liczne wzgórza robią ogromne wrażenie. Za jedną z głównych atrakcji okolic Gwangju uchodzi zielony gaj bambusowy Juknokwon, znajdujący się w powiecie Damyang. Ten region zyskał sobie popularność przede wszystkim dzięki tteokgalbi, grillowanej potrawie z żeberek wołowych i wieprzowych, i wszelkim daniom z bambusem, takim jak ryż gotowany w jego łodydze daetongbap. W otoczeniu tych wyjątkowych roślin można zażyć „leśnej kąpieli”, zwanej sanlimyok. To idealny sposób na zrelaksowanie się, zwłaszcza w upalne lato.

Góry latem i zimą

Nigdzie nie da się chyba lepiej odpocząć od męczącego gwaru miasta niż wśród malowniczych szczytów górskich. Park Narodowy Seoraksanw Górach Wschodniokoreańskichstanowi popularne miejsce na kilkudniową wyprawę z plecakiem. Wybierają się do niego zarówno Koreańczycy, jak i przybysze z zagranicy. Okolica zachwyca szczególnie jesienią, kiedy krajobrazy mienią się różnymi odcieniami złota i czerwieni. Niedaleko wznoszą się też słynne Góry Diamentowe, które – niestety – leżą już po północnej stronie linii demarkacyjnej. Jeszcze kilka lat temu organizowano wycieczki do specjalnej strefy turystycznej, ale po zastrzeleniu turysty z południa w lipcu 2008 r. odwiedzający muszą zadowolić się jedynie podziwianiem pasma z daleka.

Mimo iż większość podróżników przybywa na Półwysep Koreański latem, Korea Południowa potrafi oczarować także zimą. W lutym 2018 r. w Pjongczangu odbędą się XXIII Zimowe Igrzyska Olimpijskie. Warto skorzystać z rozbudowywanej ciągle infrastruktury przeznaczonej dla miłośników białego szaleństwa. Najpopularniejszym rejonem do jazdy na nartach jest położony nieopodal góry Seorak (1708 m n.p.m.) kurort Alpensia. Niedługo oddana zostanie do użytku również specjalna linia ekspresowego pociągu, który dowiezie nas tutaj z Seulu w zaledwie 50 min. Jeśli będziemy chcieli chwilę odetchnąć, możemy odwiedzić jedną z pobliskich buddyjskich świątyń, które wyglądają niezmiernie pięknie także okryte puszystym śniegiem.

Na granicy światów

Miejsce, które trzeba koniecznie odwiedzić, żeby zrozumieć współczesną sytuację na Półwyspie Koreańskim, stanowi Koreańska Strefa Zdemilitaryzowana (Korean Demilitarized Zone–DMZ) utworzona na linii demarkacyjnej między Koreą Południową a Północną. Nie wolno zwiedzać jej samodzielnie. Warto jednak wykupić specjalną wycieczkę i choćby z daleka spojrzeć na najbardziej tajemnicze państwo na świecie. Wszelkie rokowania i negocjacje między oboma krajami odbywają się we wsi Panmundżom. Z ich powodu strefa bywa zamknięta. Kiedy sytuacja polityczna jest stabilna, można wejść do jednego ze słynnych niebieskich baraków i odwiedzić teren należący oficjalnie do Korei Północnej. Przy odrobinie szczęścia ujrzymy również ludzi, którzy oglądają granicę z drugiej strony.

Co ciekawe, całe terytorium zachwyca zróżnicowaną naturą. Nie powinno to jednak dziwić. W końcu ten długi na 250 km i szeroki na ok. 4 km pas ziemi od kilkudziesięciu lat pozostaje prawie niezamieszkany (z wyjątkiem dwóch wiosek na południu i północy oraz samego Panmundżom. Żyją tu żurawie mandżurskie i białoszyje, które na pewno zobaczymy przez okna autobusu dowożącego turystów do strefy. Ponoć w okolicy spotkać można nawet niezwykle rzadkie tygrysy syberyjskie, lamparty amurskie i niedźwiedzie himalajskie! Wiele organizacji pozarządowych stara się przekonać odpowiednie organy, żeby po ewentualnym zjednoczeniu obu państw utworzyć w tym regionie rezerwat przyrody. Dopóki to nie nastąpi, dziką naturę mamy szansę podziwiać tutaj jedynie w trakcie kilkunastominutowej podróży autobusem przez DMZ.

Artykuły wybrane losowo

Lato nad węgierskim Balatonem

9126_a4.jpg

Rodzinne wakacje nad Balatonem

©MAGYAR TURIZMUS ZRT. FOTOTÁR

 

Sylwia Jedlak-Dubiel

 

Choć Węgry, położone między Austrią, Słowacją, Ukrainą, Rumunią, Serbią, Chorwacją i Słowenią, nie mają obecnie dostępu do morza, znakomicie radzą sobie z tą niedogodnością. Dzięki niej Madziarzy mogą w pełni docenić tutejsze jeziora, rzeki i źródła termalne, a należą one do prawdziwych skarbów tego kraju. W czasach PRL-u, gdy wyjazdy za żelazną kurtynę stanowiły przywilej niewielu osób, to m.in. węgierski Balaton robił prawdziwą furorę wśród kierunków urlopowych. Mimo iż dziś granice są już otwarte, a wycieczki na słoneczne południowe wybrzeża Europy wcale nie kosztują dużo, wciąż cieszy się on niesłabnącym zainteresowaniem turystów z zagranicy, w tym Polaków. 

Więcej…

Z czym kojarzy się Peru…?

opracował

MICHAŁ DOMAŃSKI

Zapytaliśmy o to pięciu wybranych ekspertów, którzy znają doskonale tę magiczną krainę Inków… Poniżej znajdują się ich krótkie wypowiedzi na ten temat.

 

JUSTYNA CEMPEL-RYBICKA

PREZES DELUXE TRAVEL CLUB

Tajemnicze, dzikie, bogate w historię i fascynujące Peru kojarzę przede wszystkim z Cuzco, które uznawane jest za najstarsze wciąż zamieszkane miasto kontynentu oraz za archeologiczną stolicę Ameryki. Dzieje świetności i upadku imperium Inków można poznać podczas zwiedzania pobliskich ruin – Sacsayhuamán. Mimo iż Cuzco w języku keczua (miejscowych Indian) oznacza pępek świata, to jednak – moim zdaniem – określenie to pasuje dzisiaj bardziej do wprawiającego w zachwyt, otulonego mgłą i owianego tajemnicą Machu Picchu. Jest to najlepiej zachowane inkaskie miasto. Wzniesiono je w XV w., kiedy cywilizacja Inków znajdowała się u szczytu potęgi. Po ok. 100 latach zostało jednak opuszczone w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach. Machu Picchu podzielone jest na dwie części – rolniczą oraz mieszkalną ze Świątynią Słońca, Pałacem Królewskim, Świętym Placem i obserwatorium astronomicznym Intihuatana. W lipcu 2007 r. ogłoszono je jednym z siedmiu cudów świata nowożytnego.

Więcej…

W Argentynie, kraju różnorodności

 

KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

 

 Wieczór z tangiem w Buenos Aires, degustacja wina w Mendozie, delektowanie się stekami w niemal każdym rejonie w kraju – to tylko kilka atrakcji czekających na turystów w Argentynie. Poza tym znajdą tu oni otwarte przestrzenie Patagonii, lodowce, wodospady i wybrzeże oceanu. Są też wulkany okryte śniegiem, pustynia zasypana solą i chłodna Ziemia Ognista. W Argentynie jest po prostu wszystko i jeszcze więcej.

 

Taka różnorodność krajobrazu i klimatu nie powinna dziwić. Ten drugi po Brazylii największy kraj Ameryki Południowej zajmuje ponad 15 proc. całego kontynentu (ma ok. 2,8 mln km² powierzchni). Dzieli niemal 6,7 tys. km granicy z Chile i ma prawie 5 tys. km linii brzegowej. Wilgotne lasy z wodospadami Iguazú na północy, majestatyczne Andy z najwyższym szczytem Aconcagua (6961 m n.p.m.) i najwyższym aktywnym wulkanem na ziemi Ojos del Salado (6893 m n.p.m.) na zachodzie, surowe krajobrazy najdalej na południe wysuniętych zakątków kontynentu i bezkres oceanu na wschodzie – jedno życie nie wystarczy na zobaczenie i poznanie wszystkich skarbów Argentyny, ale warto próbować.

 

Ponieważ miejsc do odwiedzenia w tym południowoamerykańskim kraju jest tak wiele, wyjazd trzeba dobrze zaplanować. Nie ma jednego sposobu na udaną wyprawę. Jednak właśnie dlatego każda wizyta w Argentynie staje się wyjątkowym przeżyciem.

 

34465836134 7d01e9dd81 o

Para tańcząca tango w San Telmo, jednej z najstarszych dzielnic Buenos Aires

© ENTE DE TURISMO DE LA CIUDAD DE BUENOS AIRES

 

TANGO I KOLOROWE ULICE

 

Naszą podróż zaczniemy od stolicy kraju, która przyciąga jak magnes turystów i miłośników tanga z całego świata. Szczerze mówiąc, nigdy nie przypuszczałam, że będę tańczyć ten zmysłowy taniec w Buenos Aires, czyli tu, gdzie się narodził, choć tak naprawdę o miano kolebki tanga to argentyńskie miasto walczy z urugwajskim Montevideo. Wszak to w obu tych ośrodkach, leżących po dwóch stronach La Platy (Río de la Plata – Srebrnej Rzeki), cieszyło się ono rosnącą popularnością od połowy XIX w. Rozpowszechniać zaczęli je imigranci, choć nie wiadomo, czy pierwsi byli ci z Montevideo czy Buenos Aires. Jednak nie to jest najważniejsze, a fakt, że taniec zyskał sobie grono miłośników nie tylko w tym regionie, ale i na całym świecie. Dziś istnieje co najmniej kilkanaście różnych jego odmian. Poza tym w 2009 r. na wspólny wniosek Argentyny i Urugwaju tango zostało wpisane na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Być w Buenos Aires i nie zobaczyć pokazu tanecznego to moim zdaniem duży błąd. Występy profesjonalnych tancerzy w klubach tanga naprawdę zachwycają. Jeszcze lepszym doświadczeniem będzie nauka tańca. W argentyńskiej stolicy znajduje się wiele miejsc, w których oferuje się płatne lub darmowe lekcje. Wystarczy przejść się wieczorem wąskimi ulicami dzielnicy San Telmo, żeby na nie trafić. Do tego rejonu Buenos Aires warto również wybrać się w poszukiwaniu pamiątek – w każdą niedzielę zamienia się on w wielkie targowisko ze starociami, rękodziełem i najróżniejszymi drobiazgami (Feria de San Telmo). Niedaleko tej urokliwej dzielnicy pełnej kawiarń i sklepów ze starymi, pięknie stylizowanymi szyldami, w samym ścisłym centrum (Microcentro) stoi Różowy Dom (Casa Rosada) –siedziba prezydenta kraju, z której okna Madonna wcielająca się w rolę Evy Perón (1919–1952) w filmie Evita śpiewała piosenkę Don’t cry for me Argentina (Nie płacz za mną, Argentyno).

 

Na zwiedzanie argentyńskiej stolicy trzeba przeznaczyć co najmniej tydzień. Do zobaczenia poza San Telmo i Microcentro jest jeszcze Puerto Madero – nowoczesny port, jeden z piękniejszych i najbardziej znanych cmentarzy świata, czyli Cementerio de la Recoleta, Palermo – dzielnica hipsterskich kawiarń, klubów i nowoczesnych hosteli, a do tego ciekawe muzea, zabytkowa i bardzo kolorowa dzielnica La Boca i tysiące ciekawych murali rozsianych w najróżniejszych rejonach. Buenos Aires upodobali sobie uliczni malarze z całego świata, dzięki czemu podczas poznawania miasta można odkrywać ich dzieła w zaskakujących miejscach.

 

Stolica Argentyny leży, jak wspomniałam, nad La Platą – estuarium (szerokim lejkowatym ujściem), które tworzą wody rzek Paraná i Urugwaj przed połączeniem się z Oceanem Atlantyckim. Argentyńczycy i Urugwajczycy nazywają je rzeką, choć wedle definicji geograficznych mogłoby być także zatoką lub morzem przybrzeżnym. Río de la Plata ma ok. 290 km długości oraz zaledwie kilka kilometrów szerokości w głębi lądu i 220 km przy granicy z Atlantykiem. Warto wybrać się tu na rejs na pokładzie jednego z niewielkich promów, które pływają z Buenos Aires do urugwajskiego miasteczka Colonia del Sacramento – ulubionego celu weekendowych wycieczek wielu Porteños (jak nazywają siebie mieszkańcy portowego argentyńskiego miasta). Ponad 400 km na południe od stolicy Argentyny leży Mar del Plata (Morze Srebra). To 700-tysięczne miasto słynie z piaszczystych, ale też zatłoczonych plaż, bogatego życia nocnego, kasyn i kuchni opartej na rybach i owocach morza. Porteños bardzo chętnie spędzają w nim wakacje.

 

WODOSPADY I MISJE JEZUICKIE

 

Skoro jesteśmy przy temacie rzek i wody, nie sposób nie wspomnieć o wodospadach Iguazú – jednej z największych atrakcji całego kontynentu. Nazwa tego niezwykłego cudu natury wywodzi się z języka guarani, którego użytkownicy zamieszkiwali tutejsze tereny na długo przed wytyczeniem granic dzielących Argentynę z Brazylią i Paragwajem. Iguazú, a właściwie Yguasu, znaczy po prostu Wielka Woda, co znakomicie oddaje rzeczywistość. Wodospady mają szerokość ok. 2,7 km, a woda w najwyższym punkcie (Garganta del Diablo, czyli Diabelska Gardziel) spada z wysokości aż 80 m. Są więc dużo potężniejsze od Niagary w Ameryce Północnej czy Wielkiej Siklawy w polskich Tatrach Wysokich. Podobno sama pierwsza dama Stanów Zjednoczonych Eleanor Roosevelt (1884–1962) straciła respekt dla majestatu Niagary, gdy ujrzała Iguazú. Warto zobaczyć je na własne oczy. Po argentyńskiej stronie można chodzić przed kaskadami, obok nich i nad nimi (a nawet pod nie podpłynąć). Na podziwianiu wodospadów z bliska da się spędzić nawet cały dzień. Z części brazylijskiej rozpościera się jednak lepszy widok na całe Iguazú. Najlepiej więc wybrać się na zwiedzanie po obu stronach granicy.

 

Te wspaniałe wodospady leżą w prowincji Misiones wciśniętej pomiędzy Brazylię i Paragwaj. To niezmiernie atrakcyjny region, choć – niestety – często odwiedzany tylko ze względu na Iguazú. W tych tropikalnych, porośniętych gęstymi, soczyście zielonymi lasami okolicach znajdują się pozostałości jezuickich misji (zwanych również redukcjami), które powstawały w XVII w. w tej części Ameryki Południowej na terenie dzisiejszego Paragwaju, Argentyny i Brazylii. Jezuici nawracali miejscowych Indian Guarani na wiarę katolicką, dzieci posyłali do szkoły, a dorosłych przyuczali do wykonywania zawodów rzemieślniczych. W drugiej połowie XVIII stulecia misje jezuickie zostały zlikwidowane w wyniku działań politycznych i wojskowych Hiszpanów i Portugalczyków, a misjonarze wypędzeni. Dziś w każdym z trzech krajów można odnaleźć pozostałości po nich. W Argentynie najlepiej zachowała się redukcja San Ignacio Miní, ale oprócz niej warte obejrzenia są jeszcze Santa Ana, Nuestra Señora de Loreto i Santa María la Mayor. Wszystkie umieszczono w 1984 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Choć z jednej strony wydają się do siebie podobne, każda z nich jest jednocześnie inna.

 

POLACY I YERBA MATE

 

Kolejny powód do odwiedzenia prowincji Misiones można nazwać patriotycznym. W tym regionie żyje sporo potomków naszych rodaków, którzy wyemigrowali do Argentyny pod koniec XIX i na początku XX w. Pierwszym Polakom nie było łatwo. Zastali tu żyzną, ale porośniętą gęstym lasem ziemię, a kiedy opuścili pokład statku, zostali zdani tylko na siebie. Musieli zmagać się z nieznośnym upałem, komarami i tropikalnymi chorobami. Mieli jednak ręce gotowe do pracy i tymi rękoma karczowali lasy i przygotowywali glebę pod uprawy, żeby przeżyć. Rolnictwa uczyli się od nowa, na miejscu, wszak z uwagi na inny klimat wiedza przywieziona z Europy niemal na nic się zdała. Wielu z nich zmarło, a ci, którzy przetrwali, pomimo odniesionego sukcesu (imigranci ujarzmili nieprzyjazne człowiekowi tereny i zaczęli żyć z roli) nie byli do końca szczęśliwi. Brakowało im polskiego jedzenia, języka i tradycji. Starali się więc kultywować rodzime zwyczaje w swoich domach. Dziś wielu ich potomków wciąż pamięta o tych korzeniach, interesuje się kulturą przywiezioną przez przodków i nie pozwala jej zaniknąć. Działają tutaj zespoły taneczne, odbywają się lekcje języka polskiego i sprzedaje się przysmaki i dania naszej kuchni. W miastach i miasteczkach, takich jak Posadas (stolica prowincji Misiones), Wanda, Oberá czy Apóstoles, można odkryć polskie nazwy ulic, przykłady architektury, kościoły, młyny i odnaleźć polskie domy i stowarzyszenia oraz spotkać potomków emigrantów.

 

W Oberze co roku we wrześniu odbywa się Fiesta Nacional del Inmigrante, czyli Narodowy Festiwal Imigrantów, którzy przybywali tu od początku XX w. z wielu krajów świata. W tej barwnej imprezie biorą udział wspólnoty popularyzujące kulturę i zwyczaje przywiezione przez przodków ze swoich ojczyzn. Wydarzenie organizowane jest w Parku Narodów (Parque de las Naciones), w którym stoi 14 tradycyjnych domów poszczególnych społeczności imigranckich. Polskę reprezentuje duży, piękny budynek w stylu zakopiańskim. W środku można spróbować lepionych na miejscu pierogów czy golonki lub wypić kieliszek polskiej wódki. Obserwowanie Argentyńczyków z pieczołowitością i zapałem kultywujących tradycje przekazane im przez rodziców lub dziadków to naprawdę wzruszające przeżycie.

 

W Apóstoles znajduje się za to Muzeum Historyczne Jana Szychowskiego (Museo Histórico Juan Szychowski) poświęcone Polakowi, który stworzył jedną z najbardziej znanych na świecie marek produkujących yerba mate – Amandę. Sam zbudował maszyny do mielenia ryżu, mąki kukurydzianej i liści ostrokrzewu paragwajskiego (z tej rośliny powstaje yerba mate) i w latach 20. XX w. rozpoczął produkcję. Dziś torebki z yerba mate z logo tej firmy można kupić praktycznie w każdym zakątku naszego globu.

 

Argentyńczycy piją napar z ostrokrzewu paragwajskiego niemal bez przerwy. Nie rozstają się z mate (naczyniem zrobionym z tykwy, drewna, metali, ceramiki, a nawet plastiku), bombillą (specjalną rurką do picia) i termosem z gorącą wodą, służącą do ponownego zalewania suszu. W Misiones, jak też w Paragwaju i na południu Brazylii, równie popularna jest wersja yerba mate zwana tereré, czyli przygotowywana na zimno, z kostkami lodu, ziołami i często również z sokiem z owoców. Taki napój idealnie orzeźwia w upalne dni! Napar nie tylko odpowiednio się przyrządza, lecz także pija w grupie w określony sposób: każde zalanie suszu przeznaczone zostaje dla jednej osoby, ale wszyscy korzystają z tego samego mate i używają jednej bombilli. Kiedy ktoś wypije swoją porcję, przekazuje naczynie posiadaczowi termosu, a on ponownie je uzupełnia dla następnego członka grupy. I tak trwa to kilka tur, aż yerba mate przestanie nadawać smak wodzie. Jeśli jakaś osoba nie ma już ochoty na picie, gdy oddaje mate, mówi gracias, czyli dziękuję – to znak dla nalewającego, żeby więcej nie wręczał jej naparu.

 

Activa - Turismo de Aventura - Trecking - Tolar Grande Salta

Trekking w okolicy wioski Tolar Grande (ponad 3500 m n.p.m.) w prowincji Salta

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

POCIĄG DO CHMUR I GÓRY

 

Na północy Argentyny znajduje się wiele ciekawych miejsc. W drodze z Misiones na zachód warto się zatrzymać na spacer po mieście Corrientes leżącym nad rzeką Paraná. Kolonialna architektura miesza się tutaj z nowoczesnym budownictwem. Znakiem rozpoznawczym tego miejsca jest wielki most generała Manuela Belgrano, który łączy Corrientes z miastem Resistencia położonym już w sąsiedniej prowincji – Chaco. Podczas wyprawy na zachód kraju przez tę ostatnią warto zawitać do Salty. Ma ona ciekawą kolonialną zabudowę, ale turystów przyciąga ze względu na swoje położenie. Miasto stanowi dobrą bazę wypadową w Andy, u stóp których leży. W okolicy można wybrać się na trekking, pojeździć na rowerach górskich lub koniach. Popularną atrakcją jest Pociąg do Chmur (Tren a las Nubes). Wprawdzie od dwóch lat nie odjeżdża on już z samej Salty, jednak stąd najłatwiej wyruszyć na wycieczkę. Rano autobus zabiera chętnych do San Antonio de los Cobres, gdzie wsiadają do wagonów. Pociąg wwozi pasażerów na wiadukt La Polvorilla położony na wysokości 4200 m n.p.m. To dzieło inżynierii z lat 30. XX w. stanowi najbardziej malowniczy punkt krótkiej trasy. Wiadukt jest wysoki na 63 m i waży prawie 1,6 tys. t. W założeniu linia kolejowa miała połączyć Argentynę z Chile i służyć mieszkańcom, ale w 1971 r. postanowiono zrobić z niej atrakcję turystyczną, która dziś przyciąga zarówno miłośników kolejnictwa, jak i osoby lubiące piękne górskie widoki. W drodze powrotnej do Salty autobus zatrzymuje się w małej wiosce Santa Rosa de Tastil, przy której znajdują się ruiny XIV- i XV-wiecznego miasta Tastil zbudowanego tylko z kamienia, bez użycia żadnej zaprawy. Pod koniec XV stulecia, zanim dotarli do niego Inkowie, mieszkało tu ponad 2 tys. osób. Ludność ta trudniła się uprawą kwinoa i kukurydzy oraz wypasaniem lam.

 

Z Salty warto się także wybrać na północ, do miasta Jujuy, a właściwie San Salvador de Jujuy, które leży u wejścia do wąwozu Humahuaca (Quebrada de Humahuaca). Ta niezwykła głęboka dolina ma ok. 150 km długości. Zimą jest sucha, a latem wypełnia ją Rzeka Wielka (Río Grande). W 2003 r. Humahuaca trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jedną z największych atrakcji okolicy stanowi Wzgórze Siedmiu Kolorów (Cerro de los Siete Colores), wznoszące się nad małą, urokliwą miejscowością Purmamarca. Swoje barwne warstwy zawdzięcza ono procesom geologicznym. Legenda mówi jednak, że zboczy nie zdobiły kolorowe pasy, gdy powstała Purmamarca. Miejscowym dzieciom zamarzyła się wielobarwna góra, która ożywiłaby okolicę, ale ich rodzice nie chcieli o tym słuchać. Dlatego przez siedem nocy ich pociechy wymykały się z domów i domalowywały kolejne warstwy na skalnych ścianach, dzięki czemu dziś możemy podziwiać ten prawdziwie malowniczy widok. Warto zostać chwilę w Purmamarce i przyjrzeć się spokojnemu życiu tego górskiego miasteczka.

 

Komu będzie jeszcze mało pięknych krajobrazów z górami w roli głównej, powinien zajrzeć do Cafayate, skąd wyrusza się na wycieczki do dolin Calchaquíes (Valles Calchaquíes). Można w nich podziwiać wspaniałe widoki na kolorowe formacje skalne, wśród których dominują wszelkie odcienie pomarańczu. Ze względu na żyzne ziemie okolica słynie z produkcji wyśmienitych win.

 

MIASTO NIEPODLEGŁOŚCI I KOLONIALNA PERŁA

 

Ważne miasto dla Argentyńczyków stanowi San Miguel de Tucumán. To właśnie tutaj 9 lipca 1816 r. podpisano deklarację niepodległości. Co roku, na ten jeden dzień San Miguel de Tucumán zostaje stolicą Argentyny. Szczególnie hucznie obchodzono 200. rocznicę podpisania dokumentu (w 2016 r.) i to nie tylko w tym miejscu. W Buenos Aires przygotowano piękny spektakl przedstawiający najważniejsze wydarzenia z historii kraju. Miałam szczęście zarówno oglądać samo przedstawienie, jak i podziwiać ogromny tłum Argentyńczyków śpiewających znane patriotyczne piosenki wraz z artystami ze sceny. To był naprawdę wzruszający widok!

 

Kolejnym interesującym miejscem jest położona ponad 550 km na południe od San Miguel de Tucumán 1,5-milionowa Córdoba (założona już w 1573 r.). To drugi największy pod względem liczby ludności ośrodek w Argentynie po jej stolicy. Należy do najstarszych kolonialnych miast w kraju – znajduje się tu pierwszy argentyński uniwersytet (Narodowy Uniwersytet w Córdobie – Universidad Nacional de Córdoba, utworzony w 1613 r.). Warto pochodzić wśród historycznej zabudowy i zwiedzić wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO dzielnicę jezuicką z urokliwą architekturą (Manzana Jesuítica). Jak przystało na ośrodek studencki, w Córdobie kwitnie również życie kulturalne i nocne.

 

Z miasta polecam przenieść się na łono natury – do Parku Narodowego Talampaya leżącego w prowincji La Rioja przy granicy z prowincją San Juan. Można w nim oglądać spektakularny kanion czy niezwykłą formację skalną Talampaya mierzącą 143 m. Do tego obszaru przylega Park Prowincjonalny Ischigualasto (Parque Provincial Ischigualasto, położony już w prowincji San Juan), zwany także Doliną Księżycową (Valle de la Luna) ze względu na nieziemski krajobraz, jaki rozpościera się tu przed oczami przybyłych.

 

KRAINA WINA, STEKÓW I „ASADO”

 

Zarówno prowincje La Rioja i San Juan, jak i Mendoza, Salta, Córdoba czy Catamarca słyną z win. Argentyna jest obecnie szóstym krajem na świecie pod względem wytwarzanych ilości tego produktu. Argentyńczycy piją bardzo dużo czerwonego wina, więc nie ma się co dziwić, że jego butelka bywa tańsza od wody. Poza tym w 2010 r. wino zostało ogłoszone tu narodowym trunkiem, a to zobowiązuje.

 

Kieliszek miejscowego malbecu idealnie pasuje do tutejszych steków wołowych, z których – zasłużenie – ten kraj słynie na całym świecie. Tak wielką popularność temu daniu przyniosła nie tylko wysoka jakość argentyńskiej wołowiny, ale również sposób, w jaki Argentyńczycy potrafią ją przyrządzić. Weekend spędzony ze znajomymi będzie nieważny, jeśli przynajmniej raz nie zorganizuje się asado. Nazwa ta oznacza zarówno spotkanie przy typowym argentyńskim grillu, jak i samo grillowane mięso. Upieczona na ogniu lub nad żarem z węgla drzewnego wołowina z lampką czerwonego wina smakuje wyśmienicie! Do tego podaje się zwykle jakąś zieloną sałatkę i pieczywo, ale dla wielu Argentyńczyków są one tylko niezbyt istotnym dodatkiem. Na ruszcie porcji znajduje się zawsze za dużo, a to dlatego, że jak mawiają niektórzy, asado jest nieudane, jeśli całe mięso zostało zjedzone.

 

R5B 2 - Gourmet - Gastronomia - Asado Buenos Aires

Asado – baranina pieczona w stylu patagońskim z lampką argentyńskiego wina

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

LODOWCE I KONIEC ŚWIATA

 

Autentica - Patrimonio de la Humanidad - Ballenas Puerto Madryn Chubut

W okolicach Puerto Madryn można od czerwca do grudnia podziwiać walenie

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

W Argentynie im przemieszczamy się dalej na południe, tym robi się bardziej surowo i zimno, ale i ciekawiej. Patagonia słynie z ogromnych przestrzeni, niezwykłych krajobrazów i swoich letnich wiatrów, które niemal urywają głowy. Ten region leży w strefie ryczących czterdziestek (stałych wiatrów zachodnich o bardzo dużej prędkości wiejących pomiędzy 40 i 50° szerokości geograficznej). Jednym z najbardziej znanych miast tej krainy jest 120-tysięczne San Carlos de Bariloche, położone nad południowym brzegiem pięknego polodowcowego jeziora Nahuel Huapi, na terenie parku narodowego o tej samej nazwie, niedaleko granicy z Chile. W okolicy trudno się nudzić. Latem można wybrać się na trekking w góry lub wyruszyć do któregoś z punktów widokowych, a zimą zjeżdżać na nartach czy snowboardzie na ośnieżonych stokach największego w Argentynie kompleksu narciarskiego. Szczególnie wart uwagi jest lodowiec Czarna Zaspa (Ventisquero Negro) na wygasłym wulkanie Tronador (Cerro Tronador, 3491 m n.p.m.). Woda spływa z niego po wysokim klifie, tworząc malowniczy wodospad.

 

Dla odmiany nad Atlantykiem znajduje się półwysep Valdés. To miejsce, wpisane w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, stanowi ważny obszar ochrony życia morskiego. Można tutaj zobaczyć m.in. walenie południowe (zazwyczaj od maja do grudnia), pingwiny magellańskie, uchatki patagońskie, orki, kotiki południowe, słonie morskie (mirungi) czy toniny (delfiny) czarnogłowe. To prawdziwy raj dla miłośników fauny.

 

Dalej na południe, w Parku Narodowym Lodowców (Parque Nacional Los Glaciares) panuje już wieczna zima. Swoimi granicami obejmuje on Południowy Lądolód Patagoński, który jest trzecim największym lądolodem na ziemi po tych na Antarktydzie i Grenlandii. Na tym terenie znajduje się 49 dużych lodowców (leżących w Argentynie i Chile), w tym najbardziej popularny wśród turystów Perito Moreno (zajmujący powierzchnię ponad 250 km²). Ten ostatni robi naprawdę olbrzymie wrażenie na oglądających – sunie do przodu, stuka, trzeszczy, a bryły wielkości autobusu odłupują się od niego i spadają do wody z hukiem przypominającym wybuch bomby. Do tego ten argentyński lodowiec mieni się odcieniami bieli i błękitu. Perito Moreno ma 5 km szerokości, 30 km długości i wystaje nad poziom jeziora Argentino średnio na wysokość 74 m, czyli mierzy mniej więcej tyle, ile ok. 20-piętrowy budynek! Większa jego część (jeszcze jakieś 100 m) kryje się pod powierzchnią wody. To jeden z niewielu lodowców na świecie, który postępuje zamiast się cofać.

 

Podczas pobytu w tej części Argentyny nie można odpuścić sobie wizyty w 60-tysięcznej Ushuai, uchodzącej za położone najdalej na południe miasto na naszym globie (choć dalej znajduje się jeszcze chilijska miejscowość Puerto Williams). Leży ona na archipelagu Ziemia Ognista (Tierra del Fuego) oddzielonym od kontynentu Cieśniną Magellana. Rejs po Kanale Beagle, podglądanie uchatek patagońskich, amfitryt lamparcich (lampartów morskich), mirung oraz pingwinów królewskich, magellańskich i maskowych (latem), wizyta w Parku Narodowym Ziemia Ognista (Parque Nacional Tierra del Fuego) czy odwiedziny w muzeum morskim (Museo Marítimo) mieszczącym się w dawnym więzieniu (Ushuaia była niegdyś kolonią karną) to obowiązkowe atrakcje turystyczne w tym mieście na końcu świata. Pod względem kulinarnym Ushuaia słynie z wielkich krabów królewskich, które można sobie samemu złowić przed przygotowaniem przez kucharza – takie doświadczenie będzie prawdziwą gratką dla odważnych smakoszy. Wreszcie, to tu kończy się słynna Droga Panamerykańska (hiszp. Carretera Panamericana) wiodąca przez obie Ameryki aż od Alaski (przerwana tylko przez przesmyk Darién) i tutaj następuje kres naszej wspaniałej podróży. Argentyno, do zobaczenia następnym razem!