CTTC100318162748121.jpg

Golden Gate Bridge w San Francisco

©CALIFORNIA TRAVEL AND TOURISM COMMISSION/ANDREAS HUB

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

www.lucyna-lewandowska.pl

 

Od kilku stuleci ludzie przybywający do Ameryki przywożą ze sobą swoje wyobrażenia, nadzieje i marzenia. W dzisiejszych czasach Stany Zjednoczone są dodatkowo postrzegane przez pryzmat kadrów z licznych amerykańskich filmów. Z pamięci widzów wyłania się więc specyficzny obraz kraju, na który składają się drapacze chmur, przepaściste kaniony, neony kasyn i bezkresne drogi. 

 

Podróż po USA to więc dla wielu osób nie tyle odkrywanie nowych zakątków, ile rozpoznawanie znajomych widoków. Niemal każde najchętniej odwiedzane przez turystów miejsce było częścią planu filmowego. Podczas gdy w Europie tabliczki na budynkach informują o dacie powstania zabytku i jego historii, tutaj dowiemy się z nich także, w jakiej produkcji posłużyły za scenerię i kto grał w niej główną rolę.

Naszą podróż zaczniemy od najważniejszego regionu w historii amerykańskiej kinematografii – znajdującej się na zachodnim wybrzeżu Kalifornii. Potem przeniesiemy się do Nevady, a następnie złożymy wizytę na Florydzie i w Luizjanie. Wyprawę zakończymy w fascynującym Nowym Jorku.

Słoneczne Miasto Aniołów

Kiedy zbliżamy się do lotniska w Los Angeles, kapitan samolotu po podziękowaniu za wspólnie spędzony na pokładzie czas dodaje: Welcome to sunny California! Gdy spoglądamy na błękitne niebo za oknem, nie mamy wątpliwości – lądujemy w słonecznej 39-milionowej Kalifornii. To najludniejszy i najbogatszy stan USA.

Nazwa Los Angeles pochodzi z języka hiszpańskiego. Jej pełna wersja brzmiała „Miasto Matki Boskiej Królowej Aniołów rzeki Porciúncula” (El Pueblo de Nuestra Señora la Reina de los Ángeles del Río de Porciúncula), dlatego często mówi się o nim Miasto Aniołów (City of Angels). Amerykanie używają jednak najczęściej kolejnego skrótu – L.A.

Metropolia jest przepięknie położona nad brzegiem Oceanu Spokojnego. Jednocześnie otaczają ją góry Santa Monica i wzgórza San Rafael. Poza ścisłym, biznesowym centrum niemal wszędzie dominują niskie zabudowania, przez co Los Angeles zajmuje bardzo rozległy obszar (ok. 1300 km²), a niektóre ulice miewają w nim po kilkadziesiąt kilometrów długości.

Najpopularniejszą część Miasta Aniołów stanowi Hollywood. Swoją sławę zawdzięcza wytwórniom filmowym, takim jak Warner Bros., Columbia Pictures bądź Paramount Pictures. Obecnie jedynie siedziba tego ostatniego przedsiębiorstwa znajduje się w samej dzielnicy. Pozostałe studia, a także Sony Pictures Studios i Universal Pictures, mieszczą się w innych ośrodkach aglomeracji Wielkie Los Angeles. Każdy z tych kompleksów można zwiedzać. Obejrzymy w nich rekwizyty i scenografie, a nawet, jeśli dopisze nam szczęście, podpatrzymy, jak kręci się sceny do najnowszych filmów czy programów telewizyjnych.

Przylegające do dzielnicy wzgórza zdobi charakterystyczny biały napis Hollywood (Hollywood Sign). Pierwotnie pełnił on funkcję zewnętrznej reklamy firmy budowlanej. Teraz stanowi jeden z najważniejszych na świecie symboli ambicji i sukcesu w przemyśle rozrywkowym. Turyści bardzo chętnie fotografują się na tle znaku, który jest dobrze widoczny z licznych punktów w okolicy, również z Obserwatorium Griffith (Griffith Observatory), idealnego miejsca do podziwiania panoramy miasta.

Hollywood słynie też z Alei Sławy (Hollywood Walk of Fame), ciągnącej się przez ponad 2 km wzdłuż Hollywood Boulevard i Vine Street. Jej budowę rozpoczęto w 1958 r. w hołdzie aktorom i innym przedstawicielom świata show-biznesu. Składają się na nią płyty chodnikowe z różowymi pięcioramiennymi gwiazdami i nazwiskami artystów. Tutaj także możemy zajrzeć do Dolby Theatre, teatru znanego przede wszystkim z corocznych ceremonii wręczania Oscarów, oraz licznych sklepów z pamiątkami.

Los Angeles razem z kilkoma mniejszymi miastami tworzy hrabstwo o tej samej nazwie (Los Angeles County). W jego granicach znajduje się Beverly Hills, gdzie swoje posiadłości ma spora grupa aktorów i celebrytów. Z kolei w położonej na północny wschód stąd Pasadenie w trakcie Turnieju Róż (Tournament of Roses) odbywa się każdego roku Parada Róż (Rose Parade), czyli pochód zespołów muzycznych i sportowych urozmaicony przejazdem ogromnych platform fantazyjnie udekorowanych kwiatami.

 Największym skarbem L.A. są piękne, długie plaże w dzielnicy Venice i miejscowościach Santa Monica oraz Long Beach, a także leżącej bardziej na północ Santa Barbara, zwanej „Amerykańską Riwierą”. W weekendy można odnieść wrażenie, że cała Kalifornia spędza czas nad oceanem. Jej mieszkańcy świętują na wybrzeżu urodziny, uprawiają jogę, surfują, biegają, pozują do rodzinnych zdjęć.

Złote wybrzeże

Drugim co do wielkości kalifornijskim miastem jest San Diego, położone tuż pod granicą meksykańską. Ze swoimi malowniczymi plażami, piękną pogodą i długimi, wysokimi falami uchodzi ono za raj dla surferów. Klimat tego miejsca tworzą też drapacze chmur i wąskie uliczki dawnych osiedli kolonizatorów. Miłośnicy morskich militariów powinni odwiedzić muzealny lotniskowiec USS Midway i łódź podwodną. Co ciekawe, to w pobliskiej bazie lotnictwa wojskowego nagrywano film Top Gun (1986 r.) z Tomem Cruise’em w roli głównej.

Jeśli dla odmiany skierujemy się na północ od Los Angeles, dotrzemy do dwóch kolejnych dużych miast: San Jose, nazywanego „Stolicą Doliny Krzemowej”, oraz San Francisco, bezsprzecznie najbardziej wielokulturowego ośrodka zachodniego wybrzeża. Oba leżą nad zatoką San Francisco (San Francisco Bay), której brzegi spina kilka długich mostów. Jednak tylko jeden z nich jest wizytówką zarówno tego regionu, jak i całych Stanów Zjednoczonych. To Golden Gate Bridge o charakterystycznym pomarańczowoczerwonym kolorze. Samo San Francisco prezentuje się niesamowicie widowiskowo również dzięki swoim rozlicznym wzniesieniom, których pokonywanie ułatwiają XIX-wieczne tramwaje linowe. Do symboli miasta należą też m.in. dawne więzienie na wyspie Alcatraz, rozsławione dzięki filmowi z 1979 r. opartemu na prawdziwych wydarzeniach (Ucieczka z Alcatraz), i 260-metrowy wieżowiec w kształcie piramidy (Transamerica Pyramid).

Im dalej od oceanu, tym klimat staje się bardziej surowy. W Palm Springs, położonym dwie godziny jazdy samochodem od Los Angeles, w pustynnej strefie klimatycznej, latem jest niebywale gorąco. Zimą jednak mieszkańcy kalifornijskiego wybrzeża ściągają tu, aby uprawiać rozmaite sporty: golf, jazdę konną, tenis czy pływanie. Niedaleko stąd także do Parku Narodowego Joshua Tree (Joshua Tree National Park) z fantazyjnymi jukkami krótkolistnymi, tzw. drzewami Jozuego.

Jaskinia hazardu

Od wschodu Kalifornia graniczy z bardzo pustynnym stanem Nevada. Funkcję jego stolicy pełni niewielkie Carson City o eleganckiej zabudowie. Jednak liczni turyści przyjeżdżają tu do innego miasta, a mianowicie Las Vegas, nieco surrealistycznej oazy na środku pustyni. Swoją nazwę zawdzięcza ono meksykańskim handlarzom. W języku hiszpańskim vegas znaczy „łąki”, „żyzne ziemie”. Tak zapamiętali tę krainę pierwsi podróżnicy, którzy wędrowali przez okoliczne nieurodzajne tereny i właśnie w tym miejscu znaleźli wodę i trawę dla swoich koni. Ośrodek zaczął rozwijać się dopiero w latach 30. XX w. wraz z budową oddalonej od niego o ok. 50 km wodnej Zapory Hoovera (Hoover Dam) na rzece Kolorado. Ciężko pracujący przy jej wznoszeniu robotnicy mogli odpocząć i rozerwać się w mieście, które jako pierwsze w kraju zalegalizowało hazard (w 1931 r.).

Dzisiaj potężne zyski przynoszą Las Vegas nie tylko kasyna, ale i turystyka. W krajobrazie dominuje wieża kompleksu Stratosphere Casino, Hotel & Tower (350 m). Jest ona najwyższą wolnostojącą wieżą obserwacyjną w Stanach Zjednoczonych i jednocześnie drugą co do wysokości na zachodniej półkuli (po CN Tower w kanadyjskim Toronto). Rozpościerający się z niej widok zapiera dech w piersiach, zwłaszcza tuż po zachodzie słońca, gdy pustynny płaskowyż otoczony górami zaczyna wręcz płonąć światłami miasta. Gdy spojrzymy na południe, bez trudu rozpoznamy główną ulicę Las Vegas Strip (The Strip, część Las Vegas Boulevard), przy której strzelają ku niebu ogromne gmachy hoteli i kasyn. Po zmroku rozbłyska ona neonami, podświetlanymi fontannami i kolorowymi laserami. Każdy obiekt stara się przyciągnąć klientów różnymi ciekawymi metodami: występami cyrkowymi, wybuchami sztucznego wulkanu lub inscenizacjami pirackich bitew. Niektóre wyglądem przypominają budowle starożytne, inne – znane europejskie atrakcje turystyczne, jak wieżę Eiffla w Paryżu czy plac św. Marka w Wenecji. Hazard trwa tu dzień i noc. Stracić i zyskać pieniądze można na wiele sposobów, np. podczas gry na automatach, w kości, karty albo wideopokera. Ceny noclegów w Las Vegas są na ogół niższe niż w innych miastach Stanów Zjednoczonych, ponieważ właściciele hoteli, wybudowanych najczęściej nad kasynami, utrzymują się przede wszystkim z dochodów, jakie przynoszą im gracze.

Do tego hazardowego królestwa ludzie przybywają i z innych powodów. Bardzo łatwo wziąć tutaj ślub. Niektóre ceremonie bywają niekonwencjonalne. Zdarza się przykładowo, że młoda para opuszcza tylko szybę samochodu. A gdy miesiąc miodowy dobiegnie końca, można pojechać do Reno, stolicy szybkich rozwodów.

Wakacje przez cały rok

7402797260_bd7f95d2a9_o.jpg

Słoneczne plaże w kurorcie Miami Beach na Florydzie przyciągają tłumy
©VISIT FLORIDA


Jedno z najchętniej odwiedzanych przez turystów miejsc w USA stanowi Floryda. Przepiękne widoki na Zatokę Meksykańską i Ocean Atlantycki, scenerie znane z filmów i seriali oraz tropikalna roślinność – to wszystko przyciąga ludzi z całego świata.

Największe miasto stanu, Miami, uważa się za najbardziej zróżnicowaną etnicznie i jednocześnie najdalej na południe wysuniętą metropolię w Stanach Zjednoczonych. Podzwrotnikowy klimat pozwala na wypoczynek przez okrągły rok, chociaż lato bywa tutaj rzeczywiście gorące. Aglomeracja składa się z kilku ściśle ze sobą powiązanych części: North, South, West i Downtown, ale blisko stąd także do słynnego kurortu Miami Beach. Do miejscowego portu przybijają największe pasażerskie statki wycieczkowe, które pływają nie tylko po wodach Morza Karaibskiego. Dzięki szybkim połączeniom promowym w niecałe dwie godziny możemy znaleźć się na Bahamach.

Charakterystyczną zabudowę tętniącego życiem Miami tworzą zarówno przeszklone wieżowce, jak i urocze klasyczne domy z lat 30. XX w. Jednym z ciekawszych budynków jest Freedom Tower z 1925 r., obecnie pełniący funkcję muzeum sztuki współczesnej. Dawniej był siedzibą gazety The Miami News, a w latach 60. odgrywał rolę schronienia dla kubańskich uchodźców. Niektórzy mówią przekornie, że miasto swój rozwój zawdzięcza Fidelowi Castro, który po objęciu władzy na Kubie zmusił tysiące obywateli do ucieczki na Florydę. Dziś Kubańczycy stanowią 35 proc. mieszkańców Miami. W dzielnicy Little Havana język hiszpański rozbrzmiewa na co dzień.

Imigranci mieli duży wpływ na wygląd miasta. W latach 20. i 30. XX stulecia w Europie królował styl art déco. Neoklasycystyczne budynki ozdabiano m.in. motywami kwiatów i geometrycznymi figurami. Nurt ten zadziwiająco dobrze przyjął się również w Ameryce Łacińskiej, a wraz z napływem ludności trafił do Miami i okolic. Większość z najwspanialszych przykładów art déco znajdziemy w South Beach, leżącym ok. 12 km od centrum metropolii.

Od miejskiego zgiełku odetchniemy w Coconut Grove, oryginalnej dzielnicy założonej w XIX w. przez artystów, intelektualistów i poszukiwaczy przygód. Wśród jej uroczych kafejek, galerii i butików panuje ciepła atmosfera beztroski. Do spacerów zachęcają liczne parki, np. David Kennedy ParkiPeacock Parkz pięknymi widokami na zatokę.

Jedną z największych atrakcji okolic Miami są jednak plaże, zwłaszcza te w Miami Beach, ciągnące się wzdłuż luksusowych kompleksów hotelowych. Można tutaj uprawiać różnorodne sporty wodne, a także wybrać się w lot balonem. Na gorącym piasku wypoczniemy również w miejscowości Fort Lauderdale. Jej mieszkańcy i turyści nazywają ją „Wenecją Ameryki”, ponieważ poprzecinana jest siecią żeglownych kanałów, po których pływają gondole. Mariny i nabrzeżne restauracje przyciągają nie tylko miłośników żeglowania. Warto odwiedzić też luksusowe sklepy przy szykownym bulwarze Las Olas (Las Olas Boulevard). Rejon Miami tętni życiem przez całą dobę, dlatego wieczorem, po wypoczynku na plaży lub całodziennym zwiedzaniu, najlepiej zajść do jednego z wielu klubów, w których rozbrzmiewa muzyka latynoska na żywo.

W stronę Kuby

22178151199_7fdf5f4d35_o.jpg

©VISIT FLORIDA

Miasteczko Hogsmeade na terenie kompleksu Universal Orlando Resort



Z tego regionu Florydy niedaleko już do Parku Narodowego Everglades (Everglades National Park). To prawdziwe królestwo podmokłej prerii, bagien, lasów namorzynowych i szuwarów. Sercem tego obszaru są mokradła, na których żyją aligatory amerykańskie, grzechotniki diamentowe, żółwie oraz ptactwo brodzące. Rdzenni mieszkańcy, Indianie Seminole, nazywają te tereny „Rzeką Trawy”. Schodzenie z wytyczonych ścieżek jest tutaj bardziej utrudnione niż w innych parkach Stanów Zjednoczonych. Do większości miejsc dociera się kajakiem, czółnem lub łodzią śmigłową, ale to wystarcza, aby podpatrzeć flamingi, kolorowe motyle, a wieczorami posłuchać niezwykłego chóru rzekotek zielonych i świerszczy.

Dalej na południe od Parku Narodowego Everglades kończy się stały ląd. Do USA należy jednak jeszcze niewielki koralowy archipelag Florida Keys o łącznej powierzchni 356 km², uchodzący za popularny rejon wypoczynkowy. Do Key West, najmodniejszej z wysp, prowadzi 182-kilometrowa autostrada – Overseas Highway. Jej trasa wiedzie nad przejrzystymi wodami Zatoki Meksykańskiej i Cieśniny Florydzkiej wzdłuż 42 mostów. Miejscowość Key West swoim spokojem przyciągała w przeszłości wielu artystów i pisarzy, m.in. Ernesta Hemingwaya (1899–1961), którego dom można tutaj zwiedzić.

Z Miami międzystanową autostradą 75 (Interstate 75) dotrzemy natomiast do miasta Tampa przez zatokę o tej samej nazwie. Pokonamy ją za pomocą najdłuższego na świecie mostu wantowego wykonanego z betonu – Sunshine Skyway Bridge. Sam ośrodek nazywa się „Cygarową Stolicą Świata”. Większość z historycznych fabryk cygar już nie istnieje, ale te zachowane udostępniono do zwiedzania. W dzielnicy Ybor City jest wiele małych sklepików, w których sprzedawcy, tzw. tabaqueros, ciągle ręcznie skręcają liście tytoniu. Domy z czerwonej cegły, kute balkony i wąskie uliczki nadają wyjątkowego uroku temu rejonowi miasta. Jego mieszkańcom i gościom od rana towarzyszy zapach parzonej kubańskiej kawy, a muzyka latynoska rozbrzmiewa tu do późnej nocy.

Z kolei na wschodnim wybrzeżu i jednocześnie północnym krańcu półwyspu Floryda znajdziemy największy ośrodek stanu (860-tysięczny), Jacksonville, przez miejscowych zwany Jax. To równocześnie najbardziej rozległa metropolia tzw. kontynentalnych Stanów Zjednoczonych. Jej obszar wynosi aż 2265 km2. Choć sąsiaduje z długimi, szerokimi plażami, centrum miasta stanowi rzeka św. Jana (St. Johns River). Wieczorami z jej południowego brzegu rozpościera się imponująca panorama Downtown. Światła wieżowców odbijają się wtedy w tafli wody, tworząc wyjątkowy widok. Ciekawym wydarzeniem w Jacksonville jest Art Walk, organizowany w pierwszy piątek miesiąca, prezentujący ogromną liczbę lokalnych artystów, ciekawych sklepów i doskonałych etnicznych restauracji.

W krainie dzieciństwa

Podczas wizyty na Florydzie nawet już trochę większe dzieci koniecznie powinny pojechać do Orlando. Tygodniowy urlop może nie wystarczyć na zabawę w tutejszych parkach rozrywki. Universal Orlando Resort zaprasza do magicznego świata Harry’ego Pottera. Z kolei Gatorland otwiera drzwi do królestwa gadów, a SeaWorld zachęca do obejrzenia występów morskich stworzeń.

Jednak to Walt Disney World Resort w Bay Lake, jeden z największych tego typu kompleksów na świecie, uchodzi za prawdziwą gwiazdę w tym rejonie. Oryginalny Disneyland otwarto w 1955 r. w Anaheim w Kalifornii. Obiekt na Florydzie powstał w 1971 r. W sercu tej krainy fantazji wznosi się bajeczny Zamek Kopciuszka (Cinderella Castle), który wyglądem przypomina bawarskie pałace króla Ludwika II Wittelsbacha. Możemy tutaj spotkać bohaterów popularnych kreskówek, wziąć udział w licznych pokazach, przejechać się kolejkami górskimi (roller coaster). Na terenie Walt Disney World Resort działają również parki wodne i ogromne zoo z ponad 2 tys. zwierząt. Nie sposób wymienić wszystkich tutejszych atrakcji. Warto jednak pamiętać, że w dniu swoich urodzin bilet wstępu otrzymujemy za darmo.

Nad Missisipi

CircleLineNightCruise_JulienneSchaer_044-3.jpg

Wieżowiec One World Trade Center dominuje nad Dolnym Manhattanem

©NYC & COMPANY/JULIENNE SCHAER


Tak jak do rozwoju Florydy przyczyniła się ludność hiszpańskojęzyczna, tak jeszcze na początku XX w. większość mieszkańców Luizjany mówiła po francusku. Gdy oglądamy amerykańskie filmy o niewolnictwie, ciężko nam sobie nawet wyobrazić właścicieli ogromnych plantacji posługujących się językiem Napoleona Bonapartego. Jednak w tym południowym stanie leżącym nad brzegami Zatoki Meksykańskiej wpływy kulturalne Francji są ciągle widoczne.

Historia Nowego Orleanu, największego miasta Luizjany (385 tys. mieszkańców), zaczęła się w 1718 r., kiedy Francuz, Jean-Baptiste Le Moyne de Bienville (1680–1767), założył osadę na brzegu rzeki Missisipi. Podobnie jak wielu ówczesnych europejskich podróżników, poszukiwał w Nowym Świecie legendarnych skarbów ze złota. Nigdy ich nie odnalazł, lecz miejscowość rozkwitła. Do dzisiaj główną arterią Dzielnicy Francuskiej (French Quarter, Vieux Carré) jest Bourbon Street (Rue Bourbon). Wzdłuż wąskich uliczek stoją czarujące stare domy z ażurowymi balkonami i zacisznymi podwórkami. Liczne restauracje, bary i kluby wypełnia muzyka grana na żywo. Mnogość muzycznych rodzajów stanowi odbicie etnicznego zróżnicowania ludności. Znajdziemy tu wpływy kreolskie, francuskie, hiszpańskie, indiańskie i afrykańskie. Jednak Nowy Orlean kojarzy się przede wszystkim z jazzem. Ten gatunek usłyszymy nie tylko podczas miejscowych festiwali, ale nawet na statkach parowych, tzw. tylnokołowcach, które zabierają turystów w rejs po okolicy.

Do głównych lokalnych atrakcji należą także stare nowoorleańskie cmentarze. Ponieważ miasto zostało zbudowane na bagnach, zmarli musieli być chowani nad ziemią w skomplikowanych kamiennych grobowcach i mauzoleach. Z czasem nekropolie, ozdabiane wieloma rzeźbami, zaczęły przypominać małe wioski, a obecnie znane są pod nazwą „Miast Zmarłych” (Cities of the Dead). Najsłynniejszy Cmentarz św. Ludwika (St. Louis Cemetery), otwarty w 1789 r., położony jest przy zabytkowej Basin Street. Spoczywa na nim m.in. Marie Laveau (1794–1881), legendarna „Królowa Voodoo”. Tutaj też żyjący wciąż aktor Nicholas Cage wykupił w 2010 r. jedną z ostatnich dostępnych kwater. Jego mauzoleum w kształcie piramidy przyciąga fanów amerykańskiego kina. Zarówno Cmentarz św. Ludwika, jak i inne nekropolie można zwiedzać w zorganizowanych grupach, a dla osób lubiących nietypowe atrakcje przygotowano Wycieczki Duchów (Ghost Tours) po zmroku.

Pośród ryb i aligatorów

W Nowym Orleanie czekają na nas również inne rozrywki, m.in. nurkowanie i połowy. Ok. 170 km od wybrzeża Luizjany, w północno-zachodniej części Zatoki Meksykańskiej znajduje się chroniony obszar Flower Garden Banks National Marine Sanctuary. Obejrzymy w nim barwne koralowce i spotkamy liczne manty, rekiny, żółwie morskie i niemal 300 gatunków ryb. Wyspecjalizowane biura podróży organizują ciekawe wycieczki w tym regionie, ale nie są one raczej przeznaczone dla początkujących nurków. Aż tak dużego doświadczenia nie potrzebujemy natomiast, aby wziąć udział w wyprawie wędkarskiej. Zdjęcie z naprawdę wielką sztuką w wyjątkowej scenerii delty Missisipi z pewnością będzie jedną z najlepszych pamiątek z tych stron.

Warto wybrać się też na bagna Luizjany (Wetlands of Louisiana). Porośnięte gęstymi lasami cyprysowymi mokradła zamieszkuje ponad 2 mln aligatorów amerykańskich (podczas gdy w samym stanie Luizjana żyje niemal 4,7 mln ludzi). Mimo iż te gady zaciskają szczęki z największą siłą spośród wszystkich zwierząt, na wycieczkę możemy udać się bez obaw. O nasze bezpieczeństwo zadbają doświadczeni przewodnicy, znający doskonale te podmokłe tereny.

Nad Missisipi, najdłuższą rzeką Ameryki Północnej (3734 km), leży również stolica stanu, Baton Rouge. Nazwa ta w języku francuskim oznacza „Czerwony Kij” i pochodzi od koloru wbitej w ziemię włóczni oznaczającej granicę między obszarami zajętymi przez ludność indiańską z dwóch plemion. Choć miasto ma charakter przemysłowy i jest jednym z większych portów w Luizjanie, zachowało się w nim dużo okazałych rezydencji dawnych plantatorów, w tym otoczona dębami i wybudowana pod koniec XVIII w. Magnolia Mound Plantation House. W centrum Baton Rouge warto zobaczyć kapitol (Louisiana State Capitol), najwyższy w USA tego typu budynek rządowy (137 m), z którego dachu rozpościerają się cudowne widoki.

„New York, New York”

Na koniec został nam jeszcze najsłynniejszy symbol Stanów Zjednoczonych – Nowy Jork. Wielu osobom kojarzy się on przede wszystkim ze Statuą Wolności. To tę olbrzymią figurę przedstawiającą kobietę z pochodnią w ręku widzą najpierw pasażerowie statków wpływających do miejscowego portu. Dawniej dla tysięcy imigrantów była ona zapowiedzią wyzwolenia z ucisku i ubóstwa Starego Świata. Dzisiaj ten charakterystyczny posąg stał się atrakcją turystyczną. Na Wyspę Wolności (Liberty Island), na której się wznosi, kursuje prom z Battery Park, południowego krańca wyspy Manhattan. Podczas rejsu można rozkoszować się wspaniałą panoramą Nowego Jorku.

Najludniejsza, a zarazem najmniejsza (59,1 km² lądu), nowojorska dzielnica nie bez powodu bywa rozsławiana w piosenkach, książkach i filmach. Manhattan, słynący z żółtych taksówek, dziesiątków drapaczy chmur i rozświetlonego neonami Times Square, przyciąga nie tylko biznesmenów, polityków i gwiazdy, lecz także tłumy turystów. Co ciekawe, ten obszar administracyjny dzieli się na kilka całkowicie różnych od siebie rejonów.

W południowej części, zwanej Dolnym Manhattanem (Lower Manhattan, Downtown Manhattan), znajduje się Dzielnica Finansowa (Financial District – FiDi) ze swoją najbardziej znaną ulicą – Wall Street, na której siedziby mają największe instytucje finansowe Stanów Zjednoczonych, decydujące również o losach światowej gospodarki. Pośród strzelających w niebo wieżowców istnieje jednak pewna przestrzeń nie pozwalająca przejść obok pospiesznie. Strefa Zero (Ground Zero) to ciągle plac budowy przypominający o zamachach terrorystycznych z 11 września 2001 r. Kiedyś stały tu wieże World Trade Center. Na razie w tym miejscu wzniesiono One World Trade Center (Freedom Tower – Wieżę Wolności) o wysokości ponad 541 m. Budynek ten został oficjalnie otwarty 3 listopada 2014 r.

Świat biznesu graniczy z dzielnicą chińską (Chinatown), pełną kolorowych lampionów, orientalnych sklepów, restauracji i znaków języka mandaryńskiego. Kilka przecznic dalej zaczyna się już osiedle włoskie (Little Italy). Małe Włochy odróżniają od słonecznego kraju z Półwyspu Apenińskiego wąskie czerwone kamienice i metalowe schody przeciwpożarowe zamontowane na zewnątrz budynków. Unoszące się zapachy pizzy, sosów i makaronów, roześmiani włoscy restauratorzy i maleńkie rodzinne sklepiki sprawiają jednak, że trudno nie poczuć się tu jak w prawdziwej Italii. Z kolei po zachodniej stronie Dolnego Manhattanu leży Greenwich Village, znane niegdyś jako centrum artystycznej bohemy i kolebka ruchów LGBT. Dzisiaj ten rejon zalicza się do najdroższych miejsc do zamieszkania w Stanach Zjednoczonych.

W krajobrazie środkowej części wyspy (Midtown Manhattan) dominuje potężna sylwetka Empire State Building. To na ten wieżowiec wdrapywał się King Kong w filmie z 1933 r. Z tarasu widokowego, usytuowanego na 86. piętrze, można nie tylko podziwiać panoramę Nowego Jorku, ale i dojrzeć cztery sąsiednie stany. Natomiast na wschodnim brzegu Manhattanu znajduje się kwatera główna Organizacji Narodów Zjednoczonych (ONZ). Kiedy pod koniec lat 40. XX w. projektowano ten budynek, nikt nie przewidywał powstania nowych państw w Afryce i Azji po okresie kolonizacji. Zaplanowano w nim miejsca dla reprezentantów ok. 50 krajów. Obecnie ONZ ma 193 członków i pracownicy nowojorskiej siedziby narzekają na zbyt mało przestrzeni. Kompleks można jednak zwiedzać, ale należy liczyć się z dość drobiazgową kontrolą.

Zieleń i stal

Pomiędzy wysoką szklano-betonową zabudową wyspy kryje się zielona oaza. Na samym środku Manhattanu, na powierzchni 3,41 km², rozciąga się Central Park. Otwarty w 1857 r. na podmokłych i zaniedbanych terenach, stanowi dziś miejsce wypoczynku i rekreacji wszystkich nowojorczyków. Znajdziemy tu kilka jezior i wzgórz, place zabaw oraz zoo (Central Park Zoo). Ze względu na tysiące drzew ten obszar nazywany jest płucami miasta.             

Kilka przecznic na południe od Central Parku wznosi się gmach jednego z najbardziej znanych muzeów sztuki współczesnej, zwanego MoMA (Museum of Modern Art), z obrazami m.in. Pabla Picassa, Claude’a Moneta, Salvadora Dalego czy Andy’ego Warhola. Z kolei niedaleko północno-zachodniego krańca nowojorskiej zielonej oazy, na Górnym Manhattanie (Upper Manhattan), swoją siedzibę ma Uniwersytet Columbia (Columbia University in the City of New York), należący do tzw. Ligii Bluszczowej (Ivy League). Wszystkie 8 uczelni stowarzyszonych w tej organizacji uchodzi za najstarsze i najbardziej prestiżowe szkoły wyższe w Stanach Zjednoczonych.

Dużą część Górnego Manhattanu zajmuje Harlem, dzielnica zamieszkiwana głównie przez ludność afroamerykańską. Jeszcze kilkanaście lat temu niezbyt bezpiecznie było zapuszczać się w to miejsce, lecz dziś mówi się o jego prawdziwym odrodzeniu. Wiele kamienic jest odnawianych, powstają nowe teatry i galerie sztuki, choć życie toczy się tutaj jak dawniej, w trochę wolniejszym tempie, przy dźwiękach jazzu i muzyki latynoskiej.

Manhattan to tylko jeden z pięciu nowojorskich okręgów. Najdalej na południe, na wyspie o tej samej nazwie leży Staten Island (150 km² lądu). Ze względu na małą liczbę mieszkańców (ok. 475 tys.) i panujący w tej okolicy spokój obszar zyskał sobie miano wiejskiej prowincji. Kolejnymi trzema dzielnicami Nowego Jorku są Bronx, Queens i Brooklyn. Ta pierwsza, tak jak i Harlem, przez długie lata cieszyła się nienajlepszą sławą. Spadek przestępczości w tym rejonie to zasługa byłego już burmistrza Rudolpha Giulianiego, który uczynił z całej metropolii jedno z najbezpieczniejszych amerykańskich miast. Bronx kojarzy się teraz nowojorczykom z ogromną ilością zieleni, największym ogrodem botanicznym w Ameryce (New York Botanical Garden) oraz ponad 50-tysięcznym stadionem drużyny New York Yankees (Yankee Stadium), legendarnych gwiazd baseballu.

Po przylocie do Nowego Jorku turyści zazwyczaj najpierw odwiedzają Queens. Tutaj właśnie znajdują się dwa główne nowojorskie lotniska: John F. Kennedy International Airport i LaGuardia Airport. I chociaż całe miasto ma zdecydowanie wielokulturowy charakter, to jednak Queens jest najbardziej zróżnicowane etnicznie. Połowę jego mieszkańców stanowią osoby pochodzenia latynoskiego, a jedną trzecią – azjatyckiego. Nie brakuje również przybyszów z Europy (ok. 15 proc.) – Włochów, Irlandczyków, Niemców, Polaków, Rosjan czy Greków. Z kolei Brooklyn uważa się za sypialnię Nowego Jorku. Żyje tutaj ponad 2,6 mln ludzi, w tym spora grupa imigrantów z Polski w rejonie 75-tysięcznego Greenpointu, nazywanego Małą Polską (Little Poland). Okręg słynie przede wszystkim z jednej z najstarszych na świecie wiszących przepraw (ukończonej w 1883 r.), która łączy go z Manhattanem. Ozdobiony charakterystycznymi neogotyckimi łukami Most Brookliński (Brooklyn Bridge) jest prawdziwą wizytówką miasta i całego kraju.

Siła różnorodności

Stany Zjednoczone są tak duże i zróżnicowane, że mogłoby nie starczyć nam życia na zobaczenie wszystkich ich wspaniałości. Sami Amerykanie mają także świadomość tego bogactwa i pewnie dlatego wybrali na swoją dewizę łacińskie powiedzenie, umieszczane zarówno na monetach, jak i w oficjalnych dokumentach: E pluribus unum („Z wielu – jedno”). To motto daje się przetłumaczyć na różne sposoby: „Z wielu stanów – jeden kraj”, „Z wielu nacji – jeden naród”. W naszą podróż po USA zabierzmy więc nie tylko wyobrażenia rodem z filmów. Ten olbrzymi północnoamerykański kraj na pewno zaskoczy nas mnóstwem fascynujących miast, ciekawych historii i zapierających dech w piersiach krajobrazów.

Artykuły wybrane losowo

Sardynia – kraina sprzyjających wiatrów

ELŻBIETA PAWEŁEK

                                                                                                             FOT. FOTOTECA ENIT/SANDRO BEDESSI
<< Ta piękna wyspa miała wielu sławnych wielbicieli wśród elit politycznych i arystokracji. Dziś jest rajem żeglarzy, nurków oraz wind- i kitesurferów. Turystów szukających błogiego wypoczynku kusi błękitną wodą, kilometrami uroczych plaż i luksusem Costa Smeralda (Szmaragdowego Wybrzeża). >>

Druga po Sycylii największa wyspa Morza Śródziemnego posiada status regionu autonomicznego Włoch. To poczucie odrębności to zapewne dziedzictwo po historycznym Królestwie Sardynii, które choć w ciągu setek lat istnienia zmieniało swoje granice i przechodziło z rąk do rąk, zakończyło swój żywot dopiero w 1861 r. po włączeniu do Królestwa Włoch. Potwierdza je także język sardyński, nadal używany przez mieszkańców wyspy.

Więcej…

Zanurz się w kulturze na pograniczu Węgier i Austrii

Noémi Petneki

 

Po obu stronach granicy austriacko-węgierskiej i wzdłuż brzegów jeziora Nezyderskiego rozciąga się ten sam region. Dzisiejszy Burgenland (po węgiersku Őrvidék), najbardziej wysunięty na wschód i najmłodszy kraj związkowy Austrii, od XII w. był częścią historycznego Królestwa Węgier, które od XVI stulecia (po bitwie z Turkami pod Mohaczem w 1526 r.) dostało się pod panowanie Habsburgów i Cesarstwa Austriackiego. Dziś, po obaleniu żelaznej kurtyny i wstąpieniu Węgier do Unii Europejskiej w 2004 r., znów (jak za czasów Monarchii Austro-Węgierskiej) praktycznie nie zauważamy, kiedy przejeżdżamy tutaj przez granicę. Węgrzy (nasi bratankowie) i Austriacy nazywają siebie szwagrami – w ten sposób wszyscy jesteśmy ze sobą trochę spowinowaceni…

Więcej…

Seszele – kokosowa kraina szczęścia

379 IMG1 Grande Soeur 10630x7102

Otoczona granitowymi skałami rajska plaża na wysepce Grande Soeur na Seszelach

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

MAGGIE ANKOWSKA

www.seszelerajnaziemi.com

 

Pewnego dnia dziwnym zbiegiem okoliczności miejsce, które do niedawna było dla mnie tylko kropką na mapie świata, tropikiem odległym i nieosiągalnym, stało się moim domem. Wylądowałam w zakazanym raju – wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że nie mam prawa tu być. Na Seszelach, archipelagu będącym częścią Grzbietu Maskareńskiego, do dziś żyje największa populacja żółwi olbrzymich na naszym globie. Większość wysp jest niezamieszkała, a ciszę mąci na nich tylko szum Oceanu Indyjskiego i wiatr szeleszczący wśród liści palm kokosowych…

 

W tym wyspiarskim państwie mieszka ponad 93 tys. ludzi. Dla porównania w samej Warszawie żyje ich niemal 19 razy tyle. Największa w archipelagu jest wyspa Mahé (157,3 km2) ze stolicą Victorią. Seszele, znajdujące się przez wiele lat w rękach Francuzów, a potem Brytyjczyków, uzyskały niepodległość w czerwcu 1976 r. Mimo iż ich mieszkańcy silnie utożsamiają się ze swoją kreolską kulturą i najchętniej posługują się seszelskim kreolskim, wpływy wcześniejszych kolonizatorów są bardzo wyraźne – do języków urzędowych należy również francuski i brytyjski, na ulicach obowiązuje ruch lewostronny, a w budynkach montuje się gniazdka z trzema otworami.

 

Choć dochody z turystyki stanowią niezmiernie istotną część budżetu państwa i miejscowi chętnie goszczą turystów, najważniejsze pozostaje dla nich zachowanie archipelagu w niezmienionym naturalnym stanie. Życie lokalnej ludności płynie spokojnym rytmem, a ruch turystyczny odbywa się jakby obok. Mieszkałam tutaj kilka lat, pracowałam z wyspiarzami i spędzałam z nimi czas wolny, ale pomimo moich największych starań i dużej otwartości na odmienną kulturę zawsze czułam się obca, choć zostałam zaakceptowana. Ta aura niedostępności otaczająca Seszelczyków sprawia, że człowiek z zewnątrz odnosi wrażenie, iż znalazł miejsce wyjątkowe, tylko dla wybranych – trafił do raju. Okolica zdaje się zresztą potwierdzać to przypuszczenie. Nawet na Mahé, najpopularniejszej z wysp, o każdej porze dnia możemy wybierać z minimum tuzina rajskich plaż, na których będziemy po prostu sami.

 

WYSPA ATRAKCJI

 

W ostatnich latach ruch turystyczny na Seszelach zwiększył się i dziś archipelag postrzegany jest jako idealne miejsce na romantyczny wyjazd dla zakochanych, ślub, podróż poślubną czy świętowanie okrągłych rocznic dla osób w związku. Trudno się temu dziwić. Już w momencie opuszczania samolotu można poczuć, że trafiło się w tropiki. Słodkie, lepkie, gorące powietrze o niepowtarzalnym zapachu otula twarz i zapowiada dalsze przyjemności. Droga z lotniska prowadzi krętym wybrzeżem pokrytym białym piaskiem i granitowymi skałami. Gdy wreszcie dotrze się do jednego z miejscowych wspaniałych hoteli, trudno oprzeć się urokowi pięknych prywatnych plaż i znakomicie zagospodarowanych ogrodów. Niejednemu turyście wydaje się, że cudowniej być już nie może. Dlatego też wielu z nich decyduje się nie opuszczać swojego hotelowego raju, ale zupełnie niesłusznie. Zapewniam, że warto poznać bliżej całe Seszele.

 

Ze wszystkich wysp archipelagu właściwie tylko trzy są zamieszkałe przez lokalną ludność – Mahé, Praslin i La Digue. Na kilku pozostałych znajdują się luksusowe ośrodki wczasowe i przebywają tu tylko bardzo majętni turyści i obsługa hotelowa.

 

Dla większości osób odwiedzających Seszele pierwszym przystankiem jest Mahé. Ponieważ to największa i najbardziej rozwinięta wyspa z całego regionu, czeka na niej najwięcej atrakcji. Możemy wykupić lot helikopterem, popłynąć na połów, pojeździć po wybrzeżu konno, wynająć skutery wodne, wybrać się na rejs łodzią i zatrzymywać po drodze na najdzikszych plażach. Dla amatorów pieszych wycieczek nie zabraknie szlaków trekkingowych. W środku tropikalnego lasu poszalejemy na tyrolce. Podwodne królestwo wokół Mahé przypadnie do gustu nawet najbardziej wymagającym i doświadczonym nurkom. Chyba jedynym typowo turystycznym rejonem jest plaża Beau Vallon położona na północno-zachodnim brzegu wyspy. W jej okolicy znajdują się hotele, restauracje, promenada i uliczny bazar Labrin, na którym sprzedaje się typowo kreolskie jedzenie. Warto odwiedzić to miejsce w środę wieczorem, kiedy odbywa się festyn z kulinarnymi przysmakami. Seszelski rum Takamaka leje się wtedy strumieniami, a wokół rozbrzmiewa kreolska muzyka. Okoliczni mieszkańcy wylegają na ulice i można poczuć się wśród nich częścią tej lokalnej społeczności, która chętnie przyjmuje do swojego grona ludzi chcących poznać tutejszą kulturę.

 

Jeśli jednak wolimy zejść z utartych ścieżek i odkryć prawdziwe oblicze wyspy, proponuję wynająć samochód i objechać ją dookoła. Podczas takiej wycieczki trzeba zatrzymać się na plaży Anse Royale i po spacerze po ogrodzie przypraw spróbować dań seszelskiej kuchni. Na liście obowiązkowych przystanków nie powinno zabraknąć także Anse Takamaka. Ta jedna z najsłynniejszych plaż na Mahé ciągnie się przez 2 km. Warto zahaczyć też o plaże Anse Intendance i Port Launay.

 

Do stolicy Seszeli – Victorii – dobrze wybrać się rano, aby zdążyć na najświeższe przysmaki z tutejszego targu rybnego, kupić przyprawy, owoce i warzywa. Jeśli jednak ryby aż tak nas nie interesują albo wolimy rozpocząć dzień od plażowania, możemy spokojnie odwiedzić to miejsce później, gdyż otwarte jest do popołudnia i rzadko kiedy brakuje tu towaru.

 

Miłośnicy lokalnej sztuki znajdą w mieście mnóstwo straganów i galerii oferujących wyroby seszelskich artystów. W położonej na piętrze restauracji „Marie-Antoinette” spróbujemy miejscowej kuchni i zasymilujemy się z tutejszą społecznością.

 

Prawie w samym centrum Victorii, w dzielnicy Mont Fleuri leży piękny ogród botaniczny, w którym można zobaczyć, a nawet nakarmić słynne żółwie olbrzymie. Te osobliwe zwierzęta są jedną z większych atrakcji w tym zakątku świata.

 

W SESZELSKICH GŁĘBINACH

 

Podwodny świat Seszeli to przede wszystkim mieniące się tysiącami kolorów i tętniące życiem rafy koralowe, ale nie tylko one. Do najpopularniejszych punktów nurkowych w okolicy należą także cztery wraki (Ennerdale, Twin Barges, Dredger i Aldebaran), które koniecznie trzeba zobaczyć. W ich pobliżu zawsze, bez względu na sezon czy pogodę, można spotkać licznych mieszkańców oceanicznego królestwa. Pod wodą z pewnością natkniemy się na skorpeny, szkaradnice, skrzydlice, olbrzymich rozmiarów homary czy rozdymki tygrysie, a oglądaniu tych niezwykłych stworzeń będzie towarzyszył lekki dreszczyk emocji związany ze zwiedzaniem wnętrz zatopionych statków.

 

Sprzyjające warunki pogodowe i stabilna temperatura utrzymująca się przez cały rok sprawiają, że na nurkowanie na Seszelach warto wybrać się właściwie zawsze, jednak są miesiące, w których eksploracja głębin bywa znacznie przyjemniejsza. Polecam szczególnie okres od stycznia do kwietnia. Wówczas woda jest najcieplejsza, a widoczność – najlepsza. Życie w oceanie rozkwita i zachwyca swoją różnorodnością. Deszcze nie padają prawie w ogóle, w związku z czym między kolejnymi zanurzeniami można przyjemnie odpocząć na łódce i wspaniale się opalić.

 

211 STB 14 Vallee De Mai 4961x3311

Rezerwat Naturalny Doliny Mai porastają endemiczne lodoicje seszelskie

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

Nie oznacza to jednak wcale, że nie powinno się nurkować w pozostałe miesiące, wręcz przeciwnie, nawet trzeba! Zwłaszcza jeśli chcielibyśmy popływać w towarzystwie rekinów wielorybich. Przybywają one w rejon archipelagu w okolicy września i października wraz z południowo-wschodnim monsunem, aby żywić się planktonem. Woda w tym czasie jest trochę chłodniejsza – ma ok. 24–26°C, ale 45-minutowa kąpiel w takiej temperaturze w odpowiednim stroju miło orzeźwia, a podziwianie tej największej ryby na ziemi dostarcza niezapomnianych wrażeń.

 

Nie trzeba być jednak doświadczonym nurkiem, aby odkrywać piękno oceanicznego świata Seszeli. Osoby początkujące znajdą tu wiele fantastycznych miejsc na płytkich wodach, gdzie pośród wspaniałej morskiej fauny i flory będą mogły podszlifować swoje nurkowe umiejętności.

 

Tym, którzy wolą zostać na powierzchni, a ryby chętniej widzą na swoim talerzu, również spodoba się na archipelagu. W regionie, gdzie taniej jest mieć małą łódkę niż samochód, ludzie często trudnią się połowami, a wiedza lokalnych rybaków bywaimponująca. Chętnie dzielą się nią ze wszystkimi zainteresowanymi w trakcie powszechnie organizowanych wypraw na pełne morze, podczas których trafiają się takie zdobycze jak barakudy, żaglice, tuńczyki, pelamidy, marliny błękitne czy samogłowy.

 

Wróćmy jednak na chwilę na ląd, bo i tutaj na Mahé na miłośników przygód czeka niejedno. Jeśli ktoś lubi bliski kontakt z naturą i górskie wędrówki, to na pewno się nie rozczaruje. Co prawda tutejsze góry nie są wysokie, więc wspinaczka w ich rejonie ma charakter bardziej turystyczny niż wyczynowy, ale istnieje kilka szlaków, których pokonanie w tym tropikalnym klimacie wymaga nieco wysiłku. Nagrodę dla wytrwałych stanowią satysfakcja i niepowtarzalne widoki. Najwyższym szczytem na wyspie jest Morne Seychellois (905 m n.p.m.) i choć wydaje się niewysoki, wyprawa na niego bywa niełatwa. Trzeba się dobrze napocić, aby dotrzeć do wierzchołka, ale naprawdę warto! Przy odpowiedniej pogodzie można stąd podziwiać zapierający dech w piersiach rozległy widok na Ocean Indyjski upstrzony gdzieniegdzie kawałkami zielonego, często nietkniętego ludzką ręką lądu.

 

Mahé, mimo iż jest wspaniała i różnorodna, stanowi jednak tylko część tropikalnego archipelagu. Jeśli ograniczymy się więc jedynie do pobytu na niej, nie będziemy w stanie poznać całego regionu. Choć nie sposób odwiedzić wszystkich wysp, są miejsca, których przegapić nie wolno…

 

W CIENIU PALM

 

Zwiedzanie powinniśmy zacząć od Praslin, mimo iż La Digue leży w podobnej odległości od Mahé. Na wyspę najlepiej dostać się porannym samolotem – lot dwupłatowcem prawie w kokpicie pilota dostarcza niesamowitych wrażeń, a przepiękny widok wschodzącego słońca i budzącego się do życia świata zostaje na długo w pamięci.

 

Praslin zachwyca swoimi restauracjami, barami i chyba jeszcze piękniejszymi plażami i ośrodkami wypoczynkowymi, z których nie chce się wychodzić. Jeżeli planujemy spędzić na Seszelach więcej czasu i mamy kilka wolnych dni do zagospodarowania, wizyta tu z pewnością nas nie rozczaruje. Wyspa ta charakteryzuje się stabilniejszą od Mahé pogodą, niewielkim ruchem samochodowym i licznymi połaciami pełnych życia tropikalnych lasów.

 

Odwiedziny na tutejszej przepięknej plaży Anse Lazio będą wspaniałym wstępem do późniejszego poznawania cudów La Digue. Oprócz tego na Praslin zobaczyć trzeba na pewno Rezerwat Naturalny Doliny Mai (Vallée de Mai Nature Reserve) z ekosystemem stanowiącym pozostałość po pradawnych lasach palmowych, gdzie wykształciła się słynna endemiczna dla Seszeli palma kokosowa (lodoicja seszelska), lokalnie zwana coco de mer. W jej owocach o bardzo specyficznym kształcie kryje się największe nasienie świata roślinnego. Wyjątkowa lodoicja seszelska stała się symbolem tego wyspiarskiego kraju.

 

W tych niemalże niezmienionych od wieków lasach spotkać można wiele endemicznych gatunków ptaków i roślin. Podczas spaceru da się usłyszeć czarną papugę seszelską, koralczyka czerwonogłowego czy pustułkę seszelską. Niesamowite bogactwo fauny i flory, zachowane do dziś dzięki staraniom Seszelczyków, sprawia, że to miejsce przypomina świat sprzed rozwinięcia się cywilizacji człowieka, prehistoryczną krainę, w której rządzi tylko natura.

 

Jeśli z Praslin będziemy chcieli wybrać się na La Digue, zabierze nas na nią prom. Na 15 min. staniemy się małym poruszającym się punkcikiem na bezkresnym Oceanie Indyjskim. Gdy ze wszystkich stron otacza nas lazurowa woda, a na horyzoncie widać jedynie oddalającą się linię brzegową usianą palmami kokosowymi, trudno nie pomyśleć, jak mali jesteśmy w porównaniu z ogromem świata. I może niektórych myśl ta przeraża i skłania do rozważań prowadzących do kryzysu egzystencjalnego, ale ja w takim właśnie momencie czuję się wolna…

 

225 STB 7 Creole Buffet 4961x3311

Kuchnia seszelska charakteryzuje się niezmiernie bogatą mieszanką smaków

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

SMAK RAJU

 

La Digue to miejsce idealne. Na tej trzeciej co do wielkości zamieszkałej wyspie Seszeli główny środek transportu stanowi rower. Zaraz po wpłynięciu do portu przedsiębiorczy miejscowi próbują każdego z turystów wyposażyć w jednoślad. Nie należy, oczywiście, oczekiwać najnowocześniejszych modeli rowerów górsko-wyścigowych – większość z oferowanych pojazdów to raczej wysłużone i lekko zniszczone wehikuły, ale przecież nikt nie przyjeżdża się tu ścigać…

 

Na La Digue koniecznie trzeba odwiedzić dwie plaże: Anse Source d’Argent i L’Union Estate. Do obydwu prowadzą bardzo przyjemne, niewymagające specjalnej sprawności fizycznej trasy rowerowe. W Parku Union Estate możemy spotkać żółwie olbrzymie, zwiedzić plantacje wanilii, kokosów i ananasów. Po przemierzeniu tej okolicy w końcu dociera się do jednej z najczęściej fotografowanych plaż na świecie – Anse Source d’Argent. Biały, drobny piasek, nieskazitelnie czysta, turkusowa woda, kokosowe palmy i tak charakterystyczne dla Seszeli granitowe skały tworzą scenerię niczym z prawdziwego raju. Do tego wokół panuje niesamowita cisza nie zakłócana nawet szumem fal, bo ich tu prawie nie ma. Koniecznie należy zabrać ze sobą maskę do snorkelingu, chociaż nawet bez niej najprawdopodobniej będziemy mogli oglądać żółwie morskie podpływające do brzegu w towarzystwie najbardziej egzotycznych gatunków ryb na ziemi. Podczas spaceru wzdłuż plaży na południe podziwia się zapierające dech w piersiach widoki, które na zawsze pozostawiają w pamięci pewność, że byliśmy częścią czegoś wyjątkowego.

 

Choć dzięki otaczającemu nas pięknu na chwilę zapomnimy o głodzie, oprócz nasycenia ducha ważny jest też pokarm dla ciała. Usytuowana tuż przy plaży restauracja, której nie sposób ominąć w drodze powrotnej, serwuje przysmaki kuchni kreolskiej, opartej głównie na rybach i owocach morza.

 

Potrawy z Seszeli są świeże i naturalne. W tutejszej aromatycznej, dość pikantnej kuchni wykorzystuje się głównie produkty lokalne. Miłośnicy owoców morza będą zachwyceni – na początek powinni spróbować tradycyjnej sałatki z ośmiornicy, a po niej ryby po kreolsku. Rybołówstwo jest jednym z głównych zajęć na archipelagu, więc różnorakich świeżych ryb, wyławianych praktycznie co godzinę, nie brakuje nigdy, a miejscowi osiągnęli prawdziwe mistrzostwo w ich przygotowywaniu. Niemal do każdego posiłku podaje się sałatkę z mango i papai. Wyśmienicie komponuje się ona z dość pikantnymi przyprawami, w szczególności ze słynnym kreolskim sosem curry, z którym serwuje się praktycznie wszystko: kurczaka, ryby, wieprzowinę, a dla odważniejszych – lokalny przysmak, czyli nietoperza!

 

Na Seszelach warto też spróbować charakterystycznego dla wysp pacyficznych owocu chlebowca właściwego – rośnie na drzewie i wygląda jak owoc, ale ma konsystencję świeżego chleba i smakuje podobnie do pieczonych ziemniaków. Ci, którzy nie lubią kulinarnych eksperymentów, mogą zamówić po prostu hamburgera i frytki.

 

Najedzeni, opaleni i wypoczęci wyruszymy w drogę powrotną do portu, aby zdążyć przed zachodem słońca. Należy pamiętać, że Seszele leżą na równiku, więc dzień i noc mają porównywalną długość przez cały rok (mniej więcej 12 godz.). Słońce zachodzi ok. godz. 18.30. Zachód oglądany z pokładu statku płynącego przez ocean wygląda po prostu bajecznie…

 

324 IMG24 Anse Source dArgent 4288x2848

Zjawiskowa plaża Anse Source d’Argent na La Digue

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

OSOBLIWY CUD NATURY

 

Rozpieszczeni i może nawet chwilowo nasyceni ostatnimi wrażeniami nie dajmy się zwieść, że widzieliśmy już wszystko. Najdalej na północ w archipelagu leży niewielka koralowa wyspa o powierzchni ok. 1 km2, przez wielu uważana za najpiękniejszą na świecie. To prawdziwy raj dla ornitologów, miejsce, w którym w niezmąconym spokoju żółwie morskie (zielone i szylkretowe) składają jaja.

 

Od maja do października miliony ptaków przylatują na Bird Island zakładać gniazda. Przez cały rok wyspę zasiedla przynajmniej 20 ich gatunków. Nieustannie rozbrzmiewające ptasie odgłosy nie dają zapomnieć o tym, kto rządzi na tym skrawku lądu.

 

Na Bird Island znajduje się jeden ośrodek (z 24 bungalowami), zbudowany i prowadzony w jak największej zgodzie z naturą. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc wycieczkę na wyspę trzeba zaplanować odpowiednio wcześniej. Choć koszt pobytu może nie należy do najniższych, jest warty każdej złotówki, a większość pieniędzy zostawianych przez turystów przeznacza się na ochronę tego niezaprzeczalnego cudu przyrody.

 

Nie da się na paru stronach przedstawić całego bogactwa Seszeli, jak również nie sposób w kilka czy kilkanaście dni zwiedzić ich całych. Po każdej wyprawie na archipelag pozostaje niedosyt. Nawet po kilku latach spędzonych na wyspach wciąż będzie nam mało. Stawałam na najwyższych szczytach kontynentów, przemierzałam przerażające ciszą pustynie, skakałam z samolotów, nurkowałam w niedosięgłych głębinach oceanów – robiłam to wszystko, bo szukałam ekstremalnych doznań.

 

Seszele też są ekstremalne, w swoim pięknie, ciszy i osamotnieniu. Leżą pośrodku niczego. To miejsce tak cudowne, że niemal nierealne, odcięte od problemów, z którymi boryka się reszta świata. Tu królową jest natura, a największą wartością – czas spędzany na jej łonie w towarzystwie najbliższych, w cieniu kokosowych palm i przy szklaneczce Takamaki… Na Seszelach człowiek zaczyna rozumieć, że to właśnie ten poszukiwany przez wszystkich raj, beztroska kraina szczęścia.