salto_angel_en_alta.jpg

Najwyższy na świecie wodospad Salto Ángel spływa z Auyantepui

© HOVER TOURS

 

Karolina Sypniewska-Wida

www.karolinasypniewska.pl

 

Niezmiernie barwna Wenezuela zaskakuje różnorodnością. Zdobędziemy w niej potężne andyjskie szczyty, zrelaksujemy się na rajskiej karaibskiej plaży, odwiedzimy idylliczne wysepki, zachwycimy się soczyście zielonymi równinami nad majestatycznymi rzekami Amazonką i Orinoko czy przemierzymy niekończącą się sawannę poprzecinaną górami stołowymi („tepuyes”). Oprócz tego możemy tutaj choćby zjechać na linie z najwyższego wodospadu na świecie, pojeździć konno po Andach, eksplorować tajemnicze jaskinie, wybrać się na trekking i nurkowanie, spróbować swoich sił w kite- i windsurfingu, polatać na paralotni albo skoczyć ze spadochronem z mostu, wieżowca lub urwiska (BASE jumping). Jedynym ograniczeniem w tym kolorowym królestwie będzie nasza wyobraźnia. 

 Gran_S-Kukenan_Tepuy_at_Sunset.jpg

Szczyt Kukenán (2680 m n.p.m.) w Parku Narodowym Canaima

©HOVER TOURS

 

 

 

Wenezuelę odwiedza obecnie znacznie mniej przybyszów z zagranicy niż inne kraje Ameryki Południowej. Istniejącą na jej obszarze infrastrukturę turystyczną wykorzystują głównie tutejsi mieszkańcy. Mówi się, że Wenezuelczycy uwielbiają dobrze się bawić, a ich pogoda ducha jest zaraźliwa. Od śmierci charyzmatycznego Hugo Cháveza w marcu 2013 r. przyszłość socjalistycznej rewolucji boliwariańskiej pozostaje nieznana. Niezależnie od tego, jaka ideologia zatriumfuje ostatecznie na wenezuelskiej ziemi, bez kontrowersyjnego przywódcy nigdy już nie będzie tak samo.

Oficjalna nazwa tego państwa, położonego w północnej części kontynentu, brzmi Boliwariańska Republika Wenezueli. Od zachodu graniczy ono z Kolumbią, od południa – z Brazylią, a od wschodu – z Gujaną. Należące do niego wybrzeże Morza Karaibskiego ciągnie się przez 2718 km, a Oceanu Atlantyckiego – przez 556 km. Sąsiadują z nim liczne wyspy, z których największa jest Margarita (1072 km² powierzchni), nazywana również „Perłą Karaibów”, „Karaibską Księżniczką” czy „Hawajami Wenezueli”. Zachodnią część wenezuelskiego terytorium zajmują przede wszystkim Andy z najwyższym szczytem Bolívar (Pico Bolívar, 4981 m n.p.m.). Na tych terenach natkniemy się też na trochę winnic, szczególnie w stanach Lara (okolice miast Barquisimeto, Cabudare, El Tocuyo i Carora) i Zulia (na obszarze metropolitalnym Maracaibo). W centrum kraju znajduje się Nizina Orinoko, pocięta gęstą siecią rzek i miejscami zabagniona. Stąd aż do południowej i wschodniej granicy rozciąga się Wyżyna Gujańska. Wenezuela leży w strefie klimatów równikowego i podrównikowego (w Andach występuje odmiana górska), a pora deszczowa przypada na okres od maja do listopada. Średnie roczne temperatury powietrza utrzymują się na poziomie 24–28°C. Chłodniej jest w miejscowościach górskich. Wybrzeże opływa ciepły Prąd Karaibski. Roczna suma opadów charakteryzuje się dość dużym zróżnicowaniem, zależy od ukształtowania terenu i położenia poszczególnych regionów. Największą wenezuelską rzekę stanowi Orinoko, tworząca razem ze swoimi dopływami rozległy system i połączona przez Casiquiare (canal del Casiquiare) i Río Negro z Amazonką. Przy ujściu do Atlantyku rozlewa się w szeroką deltę. W kraju funkcjonuje wiele elektrowni wodnych. Ich budowie sprzyjają liczne progi, katarakty i wodospady występujące na rzekach.

Dawniej i dziś

Przed odkryciem przez Europejczyków terytorium współczesnej Wenezueli zamieszkiwały koczownicze plemiona indiańskie, których potomkowie żyją tutaj do dziś. W sierpniu 1498 r. u ujścia Orinoko pojawił się Krzysztof Kolumb (ok. 1436 albo 1451–1506). W latach 1499–1500 nieznany ląd badali Alonso de Ojeda (ok. 1468–1515) i Amerigo Vespucci (ok. 1451–1512), którzy trafili nad jezioro Maracaibo. Gdy ujrzeli należące do Indian chaty wzniesione na palach (palafitos), ochrzcili tę część Ameryki „małą Wenecją” (po włosku Venezziola, po hiszpańsku Venezuela), jak według najpopularniejszej z teorii tłumaczy się nazwę „Wenezuela”. Na wyspie Cubagua już w 1500 r. Hiszpanie założyli pierwszą osadę w Ameryce Południowej, która 28 lat potem otrzymała rangę miasta i nazwę Nowy Kadyks (Nueva Cádiz). Zaczęli oni również wykorzystywać tutejszych Indian Guaiquerí (Waikerí), wyśmienitych rybaków i nurków, do połowów pereł. Wymagało to od tych ostatnich morderczo długiego przebywania pod wodą i schodzenia na duże głębokości. Z kolei pierwszym miastem ufundowanym przez Europejczyków na kontynentalnym wybrzeżu Ameryki jest Cumaná, która powstała oficjalnie 27 listopada 1515 r. Ta 500-letnia stolica stanu Sucre w swojej bogatej historii była wielokrotnie niszczona przez rdzenną ludność indiańską i trzęsienia ziemi. W ciągu kolejnych wieków tereny te znajdowały się pod władzą Hiszpanii, a w 1717 r. włączono je do Wicekrólestwa Nowej Granady ze stolicą ustanowioną w dzisiejszej kolumbijskiej Bogocie.

Kolonizatorzy zakładali liczne plantacje, m.in. bawełny, trzciny cukrowej, tytoniu, kakaowca czy kawy. Pracowali na nich najpierw miejscowi Indianie, a potem także niewolnicy z Afryki. Na początku XIX stulecia rozgorzały walki o wyzwolenie spod panowania hiszpańskiego. Ich inicjatorem był Francisco de Miranda (1750–1816). Sukces na tym polu odniósł jednak dopiero jego następca, Simón Bolívar (1783–1830). Dzięki niemu 8 listopada 1823 r. Wenezuela wywalczyła pełną niepodległość. Tego dnia zajęto ostatni bastion korony hiszpańskiej na jej ziemiach – Puerto Cabello. Na kongresie w Angosturze (obecnie Ciudad Bolívar) w lutym 1819 r. proklamowano utworzenie republiki federacyjnej Wielka Kolumbia (Gran Colombia). W skład tego państwa wchodziły na początku terytoria dzisiejszej Kolumbii i Wenezueli. Później przyłączono do nich Panamę (1821 r.) i Ekwador (1822 r.).

Ostatecznie po śmierci Bolívara federacja rozpadła się i w 1830 r. wyodrębnił się oddzielny kraj. Nastały rządy dyktatorów i okres wojen domowych. Wenezuelski system polityczny uległ demokratyzacji dopiero po śmierci prezydenta Juana Vicente Gómeza (1857–1935). Na początku XX w. odkryto na terytorium państwa wielkie złoża ropy. Dzięki temu pod koniec lat 20. Wenezuela stała się największym wydobywcą tego surowca w Ameryce Południowej, co spowodowało szybki wzrost gospodarczy. Sytuacja polityczna nie należała jednak do spokojnych i wciąż dochodziło do zamachów stanu. W październiku 1958 r. Akcja Demokratyczna, Partia Społeczno-Chrześcijańska i Republikańska Unia Demokratyczna zawarły porozumienie w Punto Fijo (tzw. Pacto de Punto Fijo) mające na celu ustabilizowanie kraju pod wspólnymi rządami. Niestety, w sierpniu 1973 r. rozpoczął się kryzys naftowy, który wpłynął bardzo niekorzystnie także na wenezuelską gospodarkę. Gwałtowny wzrost cen i wprowadzone w jego wyniku reformy wywołały niezadowolenie szczególnie biedniejszej części społeczeństwa. Dochodziło często do zamieszek i demonstracji. W 1992 r. Hugo Chávez (1954–2013) przeprowadził nieudany zamach stanu, po którym został osadzony w więzieniu na 2 lata. Uwolnił go nowy prezydent Rafael Caldera Rodríguez (1916–2009). W 1998 r. w wyborach parlamentarnych zwyciężył Ruch Piątej Republiki założony przez socjalistę Cháveza, a on sam zasiadł w fotelu prezydenckim, zdobywając 6 grudnia 56,20 proc. głosów Wenezuelczyków. Sprawował ten urząd do swojej śmierci w dniu 5 marca 2013 r. Odsunięto go od władzy jedynie na 2 dni na skutek zamachu stanu w kwietniu 2002 r.

Obecnie to południowoamerykańskie państwo znowu dotknął głęboki kryzys gospodarczy i polityczny, który sprawił, że ludzie ponownie wyszli na ulice w lutym 2014 r. Postawa rządu wobec demonstrantów pogorszyła wizerunek kraju na arenie międzynarodowej. Po ustaniu protestów i zamieszek rozpoczęto próby uleczenia sytuacji i obniżenia bardzo wysokiej inflacji.

Królestwo ropy naftowej

W Wenezueli żyje powyżej 33 mln ludzi. Ponad połowę populacji stanowią Metysi, a kolejne 43 proc. – osoby rasy białej pochodzące z Europy lub Bliskiego Wschodu. Pozostali mieszkańcy należą do rasy czarnej, są Indianami albo Azjatami. Według statystyk 79 proc. Wenezuelczyków to katolicy, a 13 proc. – protestanci.

W latach 60. i 70. XX w. kraj zwano „Wenezuelą Saudyjską”, a to z uwagi na fakt, że był on wówczas znaczącym eksporterem ropy naftowej. Ta stabilna sytuacja gospodarki załamała się w kolejnej dekadzie, gdy konkurenci na rynku światowym – USA i Arabia Saudyjska – zaczęli produkować więcej tego surowca, którego ceny dzięki temu osiągnęły historycznie niski poziom. Wysokość PKB przypadająca na jednego mieszkańca bardzo się zmniejszyła. Pod koniec lutego 1989 r. nastąpił kryzys społeczny, znany pod nazwą Caracazo, a 5 lat później – bankowy. Wprowadzone w tym czasie reformy pogłębiły tylko dysproporcje między bogatymi a biednymi. Od tamtej pory niezadowolenie Wenezuelczyków z ich sytuacji ekonomicznej wciąż się nie zmniejsza. Co jakiś czas wybuchają protesty i strajki. Obecnie nadal podstawą gospodarki państwa jest eksport ropy naftowej – pod tym względem zajmuje ono 1. miejsce w obu Amerykach (przed Kanadą i Meksykiem) oraz 8. na świecie. Wydobywa się tutaj również gaz ziemny, węgiel, diamenty, złoto, boksyt, rudy żelaza, manganu, niklu i wolframu.

Rolnictwo wytwarza tylko 5 proc. PKB. Uprawia się głównie trzcinę cukrową, pszenicę, kukurydzę, banany, kokosy, pomarańcze, ananasy, melony, ryż, maniok, ziemniaki, kawę, kakao, słoneczniki, bawełnę, agawę sizalową, soję warzywną, sezam indyjski, fasolę czy tytoń. Na Nizinie Orinoko i w Andach hoduje się bydło domowe, świnie, owce, kozy, konie i drób. Mimo iż Wenezuela nie znajdowała się nigdy wśród krajów najczęściej odwiedzanych przez podróżników, ten trend się zmienia. Główne ośrodki turystyczne to Mérida, wyspa Margarita i sąsiednia Coche, stolica Caracas, archipelag Los Roques, parki narodowe – Sierra Nevada, Morrocoy, Mochima, Canaima, Los Médanos de Coro i El Guácharo, region Los Llanos, Amazonia czy delta rzeki Orinoko. Sieć komunikacyjna stale się rozwija. Przeważa transport samochodowy i lotniczy (w państwie istnieje ok. 360 lotnisk, z czego 11 ma status międzynarodowych) oraz żegluga śródlądowa na Orinoko i jej dopływach. Trwający ostatnio proces rozbudowy i unowocześniania infrastruktury nie przeszkadza w zwiedzaniu Wenezueli, szczególnie że do jednej z jej największych atrakcji, płaskich wierzchołków tepuyes, dociera się samolotem.

Tajemnicze szczyty

 

039-DSC_0259.jpg

Obóz rozbity na noc na półce skalnej w drodze na szczyt Auyantepui

©KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA 


Tepuyes, czyli osobliwe formacje skalne charakterystyczne dla Wyżyny Gujańskiej, nazywane górami stołowymi, wznoszą się jak wieże na 1000 m nad nieprzeniknione selwy porastające tutejszą Gran Sabanę (Wielką Sawannę). Stanowią pozostałość płaskowyżu z prekambryjskiego piaskowca, który pokrywał granitową płytę położoną pomiędzy dorzeczem Amazonki i Orinoko. Piaskowcowe skały ulegały stopniowej erozji i tak powstały samotne szczyty, które niczym baszty strzegą okolicy.

Przez większą część roku tepuyes zasłaniają chmury. Takie warunki sprzyjają utrzymaniu stałego poziomu wilgotności i zacienienia. Strome, prawie pionowe ściany utrudniają ludziom dostęp na wierzchołki, co powoduje, że znaczna ich liczba wciąż nie została zbadana. Ten właśnie fakt najbardziej fascynuje przybyszów, odwiedzających jedną z najpopularniejszych gór – Roraimę (2810 m n.p.m.), która zainspirowała brytyjskiego pisarza Artura Conana Doyle’a (1859–1930). W swojej powieści przygodowej z 1912 r. pt. Zaginiony świat przedstawił on ukrytą przed ludźmi krainę zamieszkaną przez prehistoryczne zwierzęta. Niektóre szczyty są tu tak niedostępne, że pomysł twórcy postaci Sherlocka Holmesa wcale nie wydaje się zbytnio szalony. W lutym 2012 r. wyprawa naukowo-eksploracyjna pod przewodnictwem Michała Kochańczyka (ur. 1950 r.) dotarła na wierzchołek dotąd niezdobytej góry Tramen Tepui (2726 m n.p.m.) leżącej niedaleko granicy z Gujaną. Odkryto wtedy trzy nieznane wcześniej gatunki motyli oraz endemiczny gatunek ropuchy.

Niezwykła kraina płaskich niczym stół formacji, zwana też „wyspami na niebie”, stanowi fragment prakontynentu Gondwana, czyli jeden z najstarszych regionów naszej planety. Ten swoisty zaginiony świat ekscytuje każdego podróżnika kochającego bliskie spotkania z dziewiczą naturą. W Wenezueli najwięcej tepuyes znajdziemy w olbrzymim Parku Narodowym Canaima (30 tys. km² powierzchni, czyli tyle, ile cała Belgia!), wpisanym w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jego atrakcją jest także ogromna liczba wodospadów. Do najsłynniejszych z nich należą Salto Ángel, Salto El Sapo, Salto Cuquenán, Salto del Yuri, Salto Kamá czy Salto Aponwao.

Sukces polskiej wyprawy

Za najbardziej znany symbol Wenezueli uchodzi wspomniany wodospad Salto Ángel, najwyższy na świecie (aż 979-metrowy!). Odkrył go w listopadzie 1933 r. amerykański lotnik James Crawford Angel (1899–1956), gdy przelatywał awionetką nad wyżyną Gran Sabana i szczytem Auyantepui (Auyantepuy – 2535 m n.p.m.), największą pod względem powierzchni górą stołową w kraju (ok. 700 km2).

W marcu i kwietniu 2013 r. miałam przyjemność uczestniczyć w pierwszej polskiej wyprawie, której główny cel stanowił zjazd na linach z pionowej granitowej ściany (tzw. rappeling) wzdłuż tego właśnie wodospadu. Razem z Agnieszką Grudowską z Warszawy i Piotrem Sudołem ze Szczecina odbyliśmy podróż Aqua Story – u źródeł nadwody. Zjechać z Auyantepui można tylko w porze suchej, w marcu i kwietniu. Takich projektów organizuje się rocznie ok. 10–12, co czyni to przedsięwzięcie dość wyjątkowym. Krawędź Salto Ángel jest też w tym samym czasie dostępna dla amatorów BASE jumpingu, którzy opisują swoje doświadczenie jako 8 dni wspinania – 50 sekund swobodnego lotu. Taka wyprawa obejmuje nie tylko dwudniowy zjazd ze ściany połączony z noclegiem na półce skalnej (na szczęście, nikt z naszego 9-osobowego zespołu nie lunatykował). Składa się na nią przede wszystkim trwający 8 dni wymagający trekking z 20-kilogramowym plecakiem na maksymalną wysokość 2500 m n.p.m. Była to niezwykła wędrówka do świata dziewiczych gór stołowych i do źródeł krystalicznie czystej wody. Ekscytującemu obcowaniu z niesamowitą naturą towarzyszyła walka ze zmęczeniem i spadkiem motywacji.

Oczywiście, do tego cudu wenezuelskiej ziemi można wybrać się także bez tak ekstremalnych planów. Najlepiej polecieć najpierw do malowniczej Canaimy, małej osady z lotniskiem położonej w Parku Narodowym Canaima. Stąd pod wodospad dostaniemy się na kilka sposobów, m.in. awionetką (to wyjście dla osób mających mało czasu, ale dysponujących większym budżetem) lub łodzią – po rejsie rzeką Churún (dopływ Caroní) trzeba wspiąć się na górę o własnych siłach. Wycieczka kończy się orzeźwiającą kąpielą.

Według praw natury

Podczas wyprawy na szczyt Auyantepui, z którego spada Salto Ángel, towarzyszyli nam jako tragarze chłopcy z grupy etnicznej Pemón. Mówi się, że tylko z tymi rdzennymi mieszkańcami ziem położonych na granicy Wenezueli z Gujaną i Brazylią powinno odbyć się trekking po Parku Narodowym Canaima. Cały obszar Gran Sabany należy właśnie do tych Indian, którzy zajmują go zgodnie z prawem. Dzielą się oni na trzy główne grupy: na południu mieszkają Taurepan, w centrum – Kamarakoto, a na północy – Arekuna. Nazwa Pemón oznacza „ludzie”. Przedstawiciele tej grupy etnicznej żyją w zgodzie z przyrodą i wielbią dwa główne bóstwa Canaimę (Kanaimę) i Makunaimę. Pierwsze odpowiedzialne jest za choroby, nieszczęścia i śmierć, drugie natomiast – za opiekę nad ludem. Bogom pomagają duchy lasu, np. ukąszenie pająka może być wytłumaczone jako działanie takiej istoty na polecenie Canaimy. Indianie polują na tapiry i mrówkojady oraz łowią ryby za pomocą patyka ze sznurkiem. Często używają rośliny barbasco, z której po rozgnieceniu wydziela się trujący sok. Gdy wrzuci się ją do wody, ryby wypływają otumanione na powierzchnię i dość łatwo wtedy je złapać.

Pemón posługują się swoim własnym językiem (z rodziny karaibskiej), w którym nowe słowa są zapożyczane z hiszpańskiego. Dobrym przykładem będzie tu wyraz „drzwi”. W indiańskich domach brak tego elementu, dlatego też nie było potrzeby utworzenia takiego określenia. Po wyżynie miejscowi poruszają się łodziami curiara. Każdy, kto zawita do Parku Narodowego Canaima, na pewno spotka tych niezwykle przyjaźnie nastawionych do turystów Indian.

W krainie nad rzeką

 

Venezuela_828.jpg

Warao to język izolowany, nie wykazujący pokrewieństwa z żadnym innym

©MAGAZYN ALL INCLUSIVE

 

Delta Orinoko zajmuje powierzchnię ponad 40 tys. km2 i jest drugą co do wielkości po amazońskiej deltą rzeczną w Ameryce Południowej. Ten rejon uchodzi za jeden z najbardziej dziewiczych obszarów na ziemi. Oprócz 110-tysięcznego miasta Tucupita, stolicy stanu Delta Amacuro, całkowicie pokrywają go mokradła, lasy tropikalne i mangrowe oraz liczne kanały. Żyją tutaj Indianie Warao (co znaczy „Ludzie Łodzi”), rdzenna ludność tych terenów. Podobno ich dzieci zanim nauczą się dobrze chodzić, potrafią już wiosłować. Nietrudno w to uwierzyć, kiedy widzi się trzylatki pływające po rzece pod opieką niewiele starszego rodzeństwa. Większość przedstawicieli tego ludu prowadzi tryb życia taki sam jak ich przodkowie. Mieszkają oni na skraju tropikalnych lasów w domkach ustawionych na palach (palafitos). W Delcie Orinoko żyje ok. 40 tys. Warao, którzy stanowią drugą pod względem liczebności społeczność indiańską w kraju (po Wayúu). Niewielu z nich zna dobrze język hiszpański.


Sam region ujścia rzeki do oceanu zachwyca różnorodnością fauny. Spotkamy tutaj w ich naturalnym środowisku jaguary, pumy, oceloty, wyjce, kapibary wielkie, paki nizinne, świnki morskie, różowe delfiny (inie), wydry oraz liczne gatunki ptaków, m.in. ary, tukany, czaple, jastrzębie, orły i kolibry. Oprócz tego występują w tym regionie rozmaite gady, płazy i ryby, w tym anakondy, boa dusiciele, węże koralowe, żmije, iguany, kajmany, żółwie, płaszczki czy piranie. Kobiety Warao znane są z plecenia koszy i hamaków z włókien palmy moriche (maurycji pogiętej). Dieta Indian składa się głównie z tego, co złowią w Orinoko i upolują w okolicznych lasach – ptaków i małych ssaków (unikają zabijania większych zwierząt, bo wierzą, że płynie w nich bratnia krew). W lecie spożywają również kraby. Poza tym uprawiają oni ocumo chino (kolokazję jadalną), banany, maniok i kukurydzę. Ze wspomnianej palmy moriche wyrabia się także rodzaj chleba oraz wydobywa bogate w białko larwy.

Warao uważają śmierć za coś zupełnie naturalnego. Przez lata nauczyli się, że życie polega właśnie na przemijaniu. Dzieci rodzą się, aby kiedyś umrzeć, czasem zdarza się to wcześniej. Kiedy w ich kręgu rozprzestrzenia się choroba, winią za to zwykle złe duchy. W wioskach panują przeważnie nie najlepsze warunki higieniczne, szpitale i przychodnie znajdują się daleko, brakuje lekarzy. Dlatego epidemie cholery czy gruźlicy nie są wśród Indian rzadkością. Chorzy nie mają też w zwyczaju zgłaszać się na badania lub leczenie. Warto zatem przed wizytą w okolicy Orinoko profilaktycznie zaszczepić się przeciw żółtej febrze, tężcowi, durowi brzusznemu, wirusowemu zapaleniu wątroby i zastosować leki przeciwmalaryczne.

Piękno niejedno ma imię

Wspaniałość przyrody Wenezueli może się równać z urokiem niejednej Wenezuelki, choć nie każdą z nich urodą obdarzyła matka natura. W Ameryce Południowej organizuje się setki konkursów piękności, ale idealne ciała ich uczestniczek bywają często efektem pracy chirurga. Większość Latynosek marzy o tym, aby wyglądać idealnie. Kiedy dziewczynka kończy 15 lat i obchodzi święto quinceañera, które symbolizuje w krajach latynoamerykańskich jej wejście w dorosłość, nierzadko w prezencie od rodziców dostaje… korektę nosa czy powiększenie piersi. Od ponad 20 lat w Wenezueli istnieją specjalne szkoły przygotowujące do roli kandydatki na miss. Posyła się do nich już pięciolatki. Uczennice chodzą na zajęcia jogi, baletu, pod okiem eksperta uczą się ładnie poruszać, a nawet robić makijaż.

Jedno jest pewne, w tym państwie nie potrzeba obrabiać zdjęć do magazynów, tu upiększa się kobiety przy użyciu skalpela i botoksu. Do najbardziej opłacalnych zawodów należy chirurg plastyczny i wstąpienie na tę ścieżkę kariery stanowi klucz do finansowego sukcesu. Podczas pobytu w Caracas moje zaskoczenie wywołały manekiny na wystawach, które miały biusty w naprawdę imponujących rozmiarach. Spotykane przeze mnie na ulicach Wenezuelki wyglądały niezmiernie atrakcyjnie. Co ciekawe, María Eugenia Bellorín, reprezentująca prorządową partię Podemos, wystąpiła w 2007 r. z pomysłem utworzenia funduszu socjalnego przeznaczonego na finansowanie operacji plastycznych dla najbiedniejszych kobiet. Mówi się, że mieszkanki Wenezueli wydają 30 proc. swojego budżetu na implanty, ponieważ wierzą, iż branie udziału w konkursach miss to nie zabawa, lecz zawód, który wymaga ciężkiej pracy tak samej kandydatki, jak i chirurgów oraz innych specjalistów od medycyny estetycznej. Trudno się dziwić takiemu podejściu, gdy weźmie się pod uwagę, jak wielu obywateli kraju żyje w nędzy i nie może liczyć na poprawę swojej sytuacji.

Wśród miejscowych

Przed podróżą w te strony warto poznać jeden pomocny wyraz chévere, oznaczający po prostu „super”. Dobrze go używać często, przyda się nie tylko podczas zakupów, ale też na szlaku. Jeśli podziękujecie miejscowym słowami gracias, chévere, na pewno ich zaskoczycie i ucieszycie. Wenezuelczycy to ludzie o pogodnym usposobieniu, uśmiechnięci, otwarci i bardzo towarzyscy. Szybko nawiążemy z nimi kontakt, oni także chętnie zagadują przybyszów i wydają się nie przejmować codziennymi problemami. Tutejsze społeczeństwo jest dość zróżnicowane. W Caracas zobaczymy nowoczesną młodzież naśladującą wzorce z USA. Na wenezuelskiej sawannie, w regionie Los Llanos, napotkamy kowbojów wypasających bydło. W Parku Narodowym Canaima poznamy wspomnianych Indian Pemón, a w dorzeczu Amazonki natkniemy się na lud Yanomami.

Ważną częścią życia Wenezuelczyków są znane również w Polsce telenowele. Co więcej, branża serialowa przenika się z muzyczną: piosenkarki zostają bohaterkami telewizyjnych romansów, a aktorzy śpiewają w teledyskach. Nieraz to umiłowanie świata z oper mydlanych przenosi się na rzeczywistość. Mężczyźni uwielbiają tu piękne kobiety i często dają się ponieść swojemu namiętnemu temperamentowi, nie zważając zupełnie na stan cywilny…

Nie da się zaprzeczyć, że Wenezuela to raj zarówno dla osób szukających przygód, jak i turystów chcących wypocząć. Ten kraj nazywa się też „księżniczką Ameryki Południowej”. Warto jednak samemu sprawdzić, czy aby na pewno zasługuje na to miano. Podobno urodą potrafi zachwycić każdego, nawet najbardziej wybrednego, podróżnika.

Artykuły wybrane losowo

Kambodża śladami Lary Croft

MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK

www.myfengstyle.com

                                      

<< Kiedy Europejczyk słyszy o Kambodży, często przed oczami stają mu pola minowe i zasieki, a na myśl przychodzi bieda i śmierć setek tysięcy ludzi za krwawych rządów Czerwonych Khmerów. Za tą nazwą kryje się jednak przepiękny krajobrazowo kraj o niezwykłej kulturze, szczycący się wieloma wspaniałymi zabytkami, w tym słynnym kompleksem Angkor ze świątynią Ta Prohm, gdzie Lara Croft w filmie „Lara Croft: Tomb Raider” zwinnie przeskakiwała z jednej komnaty do drugiej. Większość osób nie ma pojęcia o tym, jak bardzo jest interesujący. Kambodża dopiero zaczyna zyskiwać popularność jako cel podróży. Dlatego warto ją odwiedzić, aby wyrobić sobie własną opinię. Najlepiej wyruszyć w drogę już teraz, póki jeszcze wszystkie magiczne zakątki nie zostały zadeptane przez tłumy turystów. Również i mnie przyciągnęła tu właśnie ciekawość. >>

 

Deptak Pub Street w mieście Siem Reap tętni życiem zwłaszcza po zmroku

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

Przekraczanie kambodżańskiej granicy już samo w sobie stanowi przygodę. Od turystów pobierane są odciski palców, fotografuje się także twarze przybywających. Obywateli Polski obowiązują wizy, ale można je bez problemu załatwić przy wjeździe do kraju. Trzeba być jednak przygotowanym na długie kolejki. My przyjechaliśmy do Kambodży z Tajlandii, przez tajlandzkie miasto graniczne Aranyapradet (Aranyaprathet). Sama przeprawa z urzędnikami może trwać wiele godzin albo… niecałą godzinę. Podobnie jak w większości krajów tak i tutaj odpowiednia suma pieniędzy otwiera każde drzwi. Nieoficjalna zasada każe wręczyć pewną kwotę obsłudze, aby przyspieszyć odprawę bagażu. Po przekazaniu datku pojawia się życzliwy człowiek z wozem drabiniastym, na który ładuje się walizki, żeby odebrać je już po właściwej stronie granicy. Nie mam pojęcia, czy ktoś w ogóle ogląda bagaże. Prawdopodobnie (sądząc po ilości czasu) nikt ich nie sprawdza, są przewożone wprost przez przejście. Słyszeliśmy za to opowieści o turystach, którzy chcieli oszczędzić na tej łapówce i spróbować przejść całą procedurę normalnie. Niewykluczone, że wciąż jeszcze czekają na wszystkie swoje walizki, torby czy plecaki…

Gdy wreszcie przekraczamy w Poipet (sąsiadującym z Aranyapradet) bramę z napisem Królestwo Kambodży, towarzyszy nam niezwykłe uczucie. Już sam wjazd zapowiada krainę piękna, tajemniczości i przygód. Przed nami otwiera swoje podwoje wspaniały kraj, z ciekawą, choć smutną, historią i życzliwymi, pracowitymi mieszkańcami.

 

KAMBODŻAŃSKA CODZIENNOŚĆ

Naszym celem był kompleks Angkor i okolice miasta Siem Reap (Siĕm Réab). Poza tym nastawiliśmy się na chłonięcie tutejszej atmosfery. Zdaję sobie sprawę, że nie widzieliśmy różnych innych ciekawych miejsc ani stolicy czy pozostałych miast, ale to, co zobaczyliśmy, i tak wystarczyło, aby Kambodża zapadła nam mocno w pamięć i na zawsze zamieszkała w naszych sercach. Przede wszystkim zwróciliśmy uwagę na ludzi: drobnych, ze zmęczonymi, ale nieraz pięknymi twarzami, bardzo uczynnych, wręcz usłużnych. Co ciekawe, nie spotkaliśmy osób żebrzących. Dostrzegaliśmy biedę panującą wokół, lecz też poczucie godności i zaradność mieszkańców. Zamiast usiąść na ulicy i żebrać każdy coś ze sobą niósł czy ciągnął: obwoźną garkuchnię, wyciskarkę soków lub towary do sprzedania. Potrawy przygotowywane na takich prowizorycznych stoiskach są niezmiernie smaczne i można je bezpiecznie jeść. Wybór jest bardzo szeroki – spróbujemy zarówno miejscowych specjałów, takich jak szaszłyki z larw, pająków i różnych owadów, jak i bardziej tradycyjnych zup lub pieczonych mięs i ryb. Gdziekolwiek trafiamy, zawsze staramy się zaznajomić z lokalną kuchnią, bo w ten sposób bliżej poznaje się dane miejsce.

                Lepiej też odwiedzać lokale, gdzie jadają Kambodżanie, niż te nastawione na turystów. Kuchnia kambodżańska jest zbliżona do tajskiej, wiele w niej słodkich smaków, ale również ostrych przypraw. Koniecznie trzeba spróbować miejscowych lodów zamrażanych na płycie i zwijanych w rulonik – niebo w gębie! Przeróżne soki świeżo wyciskane z tropikalnych owoców znakomicie gaszą pragnienie podczas upału. Jednak prawdziwym przebojem w gorące dni jest dobrze schłodzona woda kokosowa podawana w orzechu z wetkniętą słomką. Jeden taki napój wystarczy, aby się nieco orzeźwić i odzyskać siły. Sprzedawcy kokosów są niemal wszędzie, stoją praktycznie na każdym rogu ulicy, spotkamy ich nawet przy świątyniach kompleksu Angkor.

 

Uliczne stoisko z przysmakami – szaszłykami z larw, pająków i owadów

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NA PROWINCJI

Jeśli zamierzamy przywieźć z naszej podróży pamiątki, pomyślmy o czymś niestandardowym. Warto zatrzymać się po drodze przy wiejskiej chacie i kupić świeży kambodżański ryż, prawie prosto z pola. Ma zupełnie inny aromat i smak niż ten ze sklepu. Można także przyjrzeć się, jak miejscowi robią cukierki z owoców palmy cukrowej (arengi pierzastej) i przy okazji zakupić trochę takich słodyczy. Przy domach często znajdują się stoły z wystawionymi na sprzedaż naczyniami i ozdobami wyplatanymi z liści palmy czy z trzciny. Mieszkańcy Kambodży w ten sposób zarabiają na życie i dzięki kupującym mogą stanąć na nogi i polepszyć swój byt. W wielu miejscach sprzedaje się też niezwykłą kambodżańską herbatę w różnych smakach i kolorach. Odwiedziliśmy jeden z takich prywatnych domów i gospodarze z radością pokazali nam jego wnętrze oraz nową, umieszczoną na zewnątrz „łazienkę”, gdzie z dumą wskazali na pompę wodną, stanowiącą luksus na prowincji. Dostęp do świeżej wody wciąż jest tu utrudniony. Po wielu latach wojny część brzegów rzek i pola są nadal zaminowane. Co roku wiele osób ginie od min przeciwpiechotnych podczas uprawiania ziemi lub czerpania wody. Swoje uprawy miejscowi podlewają często wodą przyniesioną z daleka, każda zwyczajna czynność bywa więc okupiona dużym trudem, ale nikt nie okazuje niezadowolenia czy zniechęcenia. Mieszkańcy kambodżańskiej wsi ciężko pracują i nie mają czasu na narzekanie. O dziwo, do życia są nastawieni optymistycznie i życzliwie odnoszą się do innych. To jest właśnie niesamowite w tym kraju. Wielu lokalnych przewodników wycieczek prowadzi wśród turystów zbiórki niewykorzystanych hotelowych kosmetyków czy jednorazowych szczoteczek do zębów i grzebieni. Potem te podarki jadą na wieś, a w zamian można otrzymać woreczek świeżego ryżu. Czyż to nie cudowna wymiana?

 

SMUTEK I RADOŚĆ

Aby lepiej zrozumieć Kambodżę, jej mieszkańców i ich problemy, warto udać się do Muzeum Min Lądowych w pobliżu miasta Siem Reap. Założył je Aki Ra, który jako dziecko został siłą wcielony do wojska Czerwonych Khmerów. Później walczył przeciwko nim, a po wojnie poświęcił się szukaniu i rozbrajaniu min. W muzeum można dowiedzieć się, jakiego ogromu cierpienia ten naród doświadczył w przeszłości i – niestety – znaleźć też akcent polski: granaty i miny produkowane w Polsce…

                Z tego miejsca wychodzi się przygnębionym, ale na szczęście potem niemal od razu wtapiamy się w różnokolorowy, optymistyczny i pracowity tłum w Siem Reap. To całkiem duże miasto (ok. 200-tysięczne) i stanowi wspaniałą bazę wypadową do kompleksów świątynnych. Znajdują się w nim przyjemne, a nawet eleganckie hotele, wiele sklepów (m.in. wielki sklep bezcłowy, świetnie zaopatrzony i z korzystnymi cenami), a także Pub Street – deptak słynący z bogatego nocnego życia, mnóstwa knajpek i ulicznych występów. To właśnie przy nim działa znany klub „Angkor What? Bar”, gdzie drinki serwowane są w… wiadrach.

                Pub Street najlepiej odwiedzić wieczorem, ponieważ wtedy otwierają się puby, restauracje, przeróżne kluby i sklepy. Wszystko rozbłyskuje kolorowymi światłami. Deptak zastawiony jest przenośnymi garkuchniami i rozmaitymi stoiskami, a wszędzie dookoła przelewa się rzeka ludzi mówiących w niezliczonych językach. Czasem turystę zaczepi właściciel tutejszej knajpki czy klubu i wręczy ulotkę z aktualnymi promocjami. Trochę dalej ktoś gra na jakimś instrumencie, magik pokazuje sprytne sztuczki. W innym miejscu znów skąpo ubrane hostessy zapraszają do klubu go-go. Na Pub Street zagraniczni goście spędzają wiele godzin, ani chwili się nie nudząc. Można tu wtopić się w wielobarwny tłum i płynąć łagodnie z punktu do punktu albo zasiąść w którejś z knajpek na tarasie i obserwować żywą rzekę z góry, sącząc jakiegoś drinka lub zajadając się lokalnym rarytasem. Nie trzeba się przejmować brakiem miejscowej waluty, ponieważ podstawowym środkiem płatniczym jest tutaj dolar amerykański, a ceny są bardzo przystępne.

 

W CIENIU ZABYTKÓW

W Siem Reap zatrzymaliśmy się w miejscu, które szczerze polecam – to Mémoire d’Angkor Boutique Hotel. Wnętrza wyglądają przepięknie, urządzono je ze smakiem, a obsługa staje na rzęsach, aby goście byli zadowoleni. Codziennie w pokoju pojawia się też taca z owocami i butelkowana woda. Picie tej ostatniej jest w Kambodży koniecznością. Należy pamiętać o tym, że lokalna woda nie nadaje się dla zagranicznych turystów. Miejscowi są przyzwyczajeni do specyficznej flory bakteryjnej i jakości tutejszej wody, przyjezdni po jej spożyciu mogą – niestety – cierpieć na nieprzyjemne dolegliwości. Co zaskakujące, bezprzewodowy internet działa w hotelach i pubach bardzo dobrze. Wynika to z tego, że infrastruktura sieci komunikacyjnych została w kraju zbudowana niedawno i zastosowane rozwiązania nadal uchodzą za w miarę nowoczesne.

Jednak najciekawsze i najcenniejsze w Kambodży są świątynie i dawne miasta. To prawdziwe perły architektury, ukryte głęboko w dżungli. Wśród nich znajduje się kompleks Angkor – kiedyś głośny i zatłoczony, dziś opuszczony i poprzerastany niezwykłymi drzewami i pnączami. Natura, zgodnie z odwiecznym prawem, zaczęła w nim powracać na swoje. Tutejsze budowle były niemym świadkiem historii i ludzkich dramatów. Z niewiadomych przyczyn mieszkańcy porzucili to miejsce, aby już nigdy do niego nie powrócić. Przez wieki świątynie okradano, później niszczyły je przechodzące tędy oddziały Czerwonych Khmerów. Historycy mówią, że gdyby materiały wybuchowe były bardziej dostępne, z pewnością cały kompleks zostałby wysadzony w powietrze, na zawsze grzebiąc pod gruzami ten fragment dziejów Kambodży. Na szczęście tak się nie stało, chociaż w wielu miejscach widać ślady po kulach. Dżungla i deszcze dokonały reszty zniszczeń. To, co ocalało, wciąż robi jednak ogromne wrażenie. Angkor został w 1992 r. wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i obecnie napędza rozwój turystyki w kraju. Sylwetka Angkor Wat (najbardziej znanej tutejszej świątyni) znajduje się nawet na fladze Kambodży.

 

Ruiny wspaniałej świątyni buddyjskiej Bajon

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NAJCENNEJSZY SKARB

Angkor warto odwiedzić o świcie. Budowle oświetlają wtedy ciepłe promienie słońca. Wieże Angkor Wat odbijają się przepięknie w wodach stawu. Do kompleksu wchodzi się długim mostem. Z Siem Reap można tu dojechać wypożyczonym rowerem lub popularnym w Azji tuk-tukiem. Droga jest całkiem przyzwoita i dobrze oznaczona.

                Cały kompleks zajmuje dość rozległy teren, ale największe zainteresowanie wzbudza główna świątynia – Angkor Wat – do której prowadzą bardzo strome schody. U ich stóp strażnicy kontrolują strój wchodzących. Trzeba pamiętać, że obowiązuje tutaj zwyczaj zakrywania ramion, dekoltów i kolan u kobiet. Również mężczyźni nie wejdą w szortach. Należy także zapomnieć o klapkach (sandały nie będą źle widziane). Miejsce to nadal uchodzi za święte i wciąż składa się w nim ofiary, pali kadzidła i wznosi modły.

Podczas wędrówki po labiryncie komnat za każdym narożnikiem można odkryć coś ciekawego: ukryty w małej wnęce posąg Buddy z palącymi się przed nim kadzidełkami lub fragment dziedzińca z porozrzucanymi kawałkami murów dekorowanych pięknymi reliefami. Ściany zdobią płaskorzeźby przedstawiające boginie, bóstwa i tancerki w niezwykłych pozach. Tu też znajduje się jeden z największych skarbów Angkoru – kamienny relief mający ponad 900 m długości i prezentujący sceny z indyjskich eposów: Ramajany i Mahabharaty.

                Świątynię zaczęto budować w pierwszej połowie XII w., za panowania władcy Imperium Khmerskiego Surjawarmana II (1113–1150), i pierwotnie była poświęcona hinduistycznemu bogu Wisznu. Potem przez pewien czas służyła buddystom, aż w końcu przywrócono jej pierwotny charakter. Wiele osób uważa, że Angkor Wat jest najpiękniejszą budowlą sakralną świata. Oczywiście, to raczej kwestia gustu, ale niewątpliwie ta niepowtarzalna świątynia, tajemnicza i magiczna, potrafi zachwycić swoją surowością i majestatem.

 

MIASTO I FILMOWA SŁAWA

Innym wspaniałym i równie ciekawym obiektem w okolicy są pozostałości miasta Angkor Thom, ostatniej stolicy państwa Khmerów. Prowadzi do niej most i pięknie zdobiona Brama Południowa. Po obu stronach tego pierwszego umieszczono posągi strażników strzegących wjazdu do stolicy.

                Obecnie z dawnej świetności zostało już niewiele, ale u schyłku średniowiecza Angkor Thom było jednym z najludniejszych miast świata i miało mniej więcej 150 tys. mieszkańców. Właśnie tutaj znajduje się przepiękna świątynia buddyjska Bajon ze słynnymi wieżami ozdobionymi głowami Awalokiteśwary, za którego wcielenie uważał się król Imperium Khmerskiego Dżajawarman VII (panujący w latach 1181–1218). Spacer pośród krzyżujących się spojrzeń kamiennych twarzy z zastygłym delikatnym uśmiechem dostarcza niezapomnianych wrażeń.

                Z miasta zostały już tylko ruiny. Większość budynków jest zawalonych i poprzerastanych korzeniami drzew, ale cały ten obszar stanowi niesamowity labirynt, w którym czas się zatrzymał.

Niedaleko świątyni Bajon znajduje się Taras Słoni długi na niemal 350 m i wysoki na ok. 4 m. Jego mur pokrywają realistyczne płaskorzeźby słoni. Stąd oglądano parady wojskowe, zawody sportowe i widowiska. Podczas oficjalnych wizyt i audiencji taras zamieniał się w trybunę. Prawdopodobnie stanowił część pałacu królewskiego, ale sam pałac zachował się tylko w szczątkowym stanie. Pozostały z niego ruiny, rzeźby, piękne schody i fragmenty takich udogodnień jak łaźnia. Ponieważ dużo zabudowań było drewnianych, niestety, nie przetrwały do naszych czasów. Wciąż jednak wzrok przyciągają tu piękne zdobienia w formie kwiatów i ślady po fosie broniącej dostępu do pałacu.

                Kolejna świątynia, choć niewielka, jest niemal tak samo znana jak Angkor Wat. Nazywa się Ta Prohm i to właśnie w niej kręcono w 2000 r. słynne sceny do filmu Lara Croft: Tomb Raider z Angeliną Jolie w roli Lary Croft. Tropikalna roślinność rozsadza tutaj korzeniami każdy mur i podważa każdy kamień. Tak wygląda prawdziwa walka z naturą. Dżungla skutecznie sięga po swoją własność. Przy Ta Prohm zbiera się zazwyczaj wielu turystów i trzeba zaczekać w kolejce, aby móc ją uwiecznić na fotografii. Powstały na przełomie XII i XIII stulecia obiekt służył nie tylko jako świątynia. Znajdował się tu również buddyjski uniwersytet, biblioteka i świetnie zaopatrzony skarbiec. Przechowywano w nim podobno 5 t srebra, diamenty i tysiące drogocennych kamieni szlachetnych. Warto zejść z głównego szlaku i pochodzić wśród murów i rozrzuconych brył. Gdy uważnie się patrzy, można czasem wśród wijących się jak węże korzeni drzew odnaleźć twarz tancerki zdobiącą oderwany kawałek reliefu.

 

NIEPOZORNY KLEJNOT

Mniej więcej 25 km od Angkor Wat i Angkor Thom znajduje się jeszcze jedna przepiękna świątynia, zwana Twierdzą Kobiet – Banteay Srei. Została ona wzniesiona w X w., jednak nie na polecenie khmerskich władców – jak te już wspomniane – a dwóch braminów i doradców królewskich. Jeśli ktoś widział misterne arabskie ornamenty wyrzeźbione w drewnie, od razu dostrzeże tę samą precyzję w wykonaniu tutejszych zdobień w kamieniu. Ta mała świątynia jest prawdziwą perełką. Zbudowano ją w większości z czerwonego piaskowca, co nadaje jej niezwykły wygląd. Szczególnie wspaniale prezentuje się o zachodzie słońca, gdy jego promienie nasycają czerwień ścian, a koronkowe reliefy pokrywające dosłownie każdy metr muru zachwycają bardziej niż w innych porach dnia. Całość stanowi ciekawą kompozycję przestrzenną – wiele bram występuje tutaj w szeregu. Ma się zatem wrażenie, jakby oglądało się widoki otoczone podwójną czy nawet potrójną ramą obrazu. W Banteay Srei uprawiano kult hinduistycznego boga Śiwy, ale dlaczego budowlę nazwano Twierdzą Kobiet (w innych źródłach – Cytadelą Kobiet lub Cytadelą Piękna), niestety, nie wiadomo. Być może nazwa ta nawiązuje do delikatnych, jakby utkanych kobiecą ręką wzorów na kamiennych ścianach…

                Na tyłach świątyni jest piękny staw otoczony bujną roślinnością. Zazwyczaj panuje nad nim cisza, bo nie docierają tu tłumy turystów skupionych głównie na bramach i komnatach po drugiej stronie. W tym cichym zakątku można więc w spokoju kontemplować magiczne piękno tego miejsca.

 

Kambodżańskie tancerki podczas wykonywania tradycyjnego tańca khmerskiego

©MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

WSKAZÓWKI DLA ZWIEDZAJĄCYCH

Podczas pobytu w okolicy poza zwiedzaniem świątyń warto wybrać się na organizowane w Siem Reap przedstawienia i pokazy dawnych tańców khmerskich. Polecam szczególnie „Restaurację Koulen”, w której podaje się wspaniałe potrawy lokalnej kuchni. Odbywają się w niej występy taneczne i prezentacje różnych miejscowych rytuałów. Takie pokazy najlepiej oglądać po wizycie w Angkor Wat i Angkor Thom oraz pozostałych wspomnianych obiektach. Wtedy ma się wrażenie, że apsary – przepiękne i zwinne indyjskie boginki zaklęte w reliefach na murach świątyń – ożywają na naszych oczach. Na moment zapomina się o codziennym życiu i zanurza w świecie magicznych ceremonii, bajecznie kolorowych strojów i poruszających się z ogromnym wdziękiem khmerskich tancerek. Na zakończenie można zrobić sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie.

                Jaki okres jest najlepszy na zwiedzanie Kambodży? My podróżowaliśmy w porze deszczowej, w czerwcu. Deszcz padał raz dziennie, około południa, potem wychodziło słońce. Co kilka dni zdarzała się wieczorna ulewa trwająca mniej więcej godzinę lub dwie, ale nie przypominała opadów, jakie obserwujemy w Polsce. Z nieba spływała ściana wody, a ulice zamieniały się w rwące potoki. Sam deszcz nie stanowi problemu, bo można go gdzieś przeczekać. Dużo bardziej uciążliwa jest wysoka wilgotność powietrza powodująca, że po kilku krokach człowiek staje się cały mokry od potu. Osoby odwiedzające częściej tę część Azji twierdzą jednak, że pora sucha znacznie bardziej daje się we znaki, bo ze względu na upał ciężko zwiedzać cokolwiek. Dla nas istotny był fakt, że w porze deszczowej do Kambodży przyjeżdża mniej turystów i dzięki temu przyjemniej poznaje się ten kraj. Mniej jest kolejek i tłumów, a ceny bywają nieco niższe. Zamiast peleryn przeciwdeszczowych lepiej jednak zabrać ze sobą parasol, ponieważ przy wysokich temperaturach i wilgotności pod nieprzepuszczającym powietrza materiałem człowiek przemaka od… potu. Nie zaszkodzi też krem do opalania z filtrem i dobry środek odstraszający komary (przeznaczony do używania w warunkach tropikalnych). Tych ostatnich nie ma zbyt wiele i w okolicy głównych atrakcji Kambodży nie trzeba obawiać się zagrożenia chorobami przez nie przenoszonymi. Tak zaopatrzeni możemy śmiało ruszać na odkrywanie tego tajemniczego kraju.

 

Wydanien Lato 2018

Jamajka, czyli nie tylko rum, reggae i all inclusive

HQ_Sandals_Montego_Bay_Pool_Bar_Aerial.jpg

Strefa z basenami w resorcie Sandals Royal Caribbean w Montego Bay

©UNIQUE VACATIONS (UK) LTD. IMAGE BANK

 

Jerzy Pawleta


Gdy zamkniemy oczy i wyobrazimy sobie Jamajkę, zobaczymy słońce, białe plaże, krystalicznie czystą błękitną wodę Morza Karaibskiego, palmy i rozbawionych ludzi. Oprócz tego przyjdą nam na myśl muzyka reggae, Bob Marley, rum i egzotyczne drinki. Niektórzy z nas na pewno też przypomną sobie historię jamajskich bobsleistów startujących na XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Calgary w 1988 r. czy sześciokrotnego mistrza olimpijskiego Usaina Bolta. To jednak nie wszystko, z czego słynie ta piękna wyspa.

Więcej…

Kolumbia – na granicy magii i rzeczywistości

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Od Amazonii przez szczyty Andów i aksamitnie zielone wzgórza aż po piaszczyste wybrzeże i pustynię – Kolumbia to kraj intensywnych kolorów, fantastycznych krajobrazów oraz chyba najbardziej radosnych i życzliwych ludzi w całej Ameryce Południowej. Choć wciąż jeszcze zmaga się z łatką miejsca niebezpiecznego, opanowanego przez kartele narkotykowe i partyzantów, z roku na rok staje się coraz bardziej popularnym celem wyjazdów turystów. Przyciągają ich piękne plaże otoczone bujną, tropikalną roślinnością oraz urocze miasteczka, gdzie w powietrzu unosi się zapach świeżo parzonej kawy i egzotycznych owoców, a wieczorami rozbrzmiewa zmysłowa muzyka. >>

To jedyne państwo kontynentu południowoamerykańskiego, które ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i nad Atlantykiem (a dokładnie Morzem Karaibskim). Na południu przez jego terytorium przechodzi linia równika (90 proc. kraju leży na półkuli północnej, a departament Amazonas – na półkuli południowej). Na północy wznoszą się dwa najwyższe, bliźniacze szczyty w tej republice – Pico Cristóbal Colón, czyli Szczyt Krzysztofa Kolumba (5775 m n.p.m.), i Pico Simón Bolívar (ok. 5775 m n.p.m.).

 

Luksusowa Hacienda Buenavista w regionie kawy

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

Kolumbia zachwyca swoją wielką bioróżnorodnością. Pod tym względem w rankingach wyprzedza ją jedynie kilkukrotnie większa Brazylia. Różnorodne ekosystemy zapewniają idealne warunki rozwoju dla imponującej liczby zwierząt i roślin. To przede wszystkim prawdziwy raj dla miłośników ptaków – według naukowców występuje tu niemal 1950 ich gatunków (blisko 90 z nich to endemity).

 

ZŁOTA BRAMA AMERYKI

Naszym pierwszym przystankiem jest piękna i romantyczna Perła Karaibów – Cartagena. Pełna nazwa miasta brzmi Cartagena de Indias. Zostało założone 1 czerwca 1533 r. przez konkwistadora Pedra de Heredię i przez lata było najważniejszym hiszpańskim portem na wybrzeżu karaibskim. Dzięki temu stanowiło łakomy kąsek dla piratów i padło ofiarą wielu ataków. Świadectwem tej dramatycznej przeszłości jest rozbudowany system murów obronnych, które powstały wokół najstarszej części Cartageny (nazywanej Ciudad Amurallada, czyli Miastem za Murami) w kilku etapach na przestrzeni dwóch wieków. Spacerujemy po nich, obserwując, jak ognista kula zachodzącego słońca powoli znika w morzu. Wokół nas panuje gwar. To jedno z ulubionych miejsc spotkań nie tylko turystów, ale też mieszkańców. Mamy tutaj świetny widok zarówno na pokryte dachówką kolonialne budynki, jak i na strzeliste wieżowce nowoczesnej dzielnicy Bocagrande. Z pobliskiej restauracji dobiega muzyka, a siedząca obok nas zakochana para odpływa w tańcu. Z podziwem przyglądamy się ich lekkim ruchom i ruszamy w plątaninę wąskich uliczek otoczonych kolorowymi kamieniczkami.

Mimo iż zapadł już zmrok, ulice miasta tętnią życiem. Plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo) jest szczelnie wypełniony kawiarnianymi stolikami. Nieprzyzwyczajeni do wysokich temperatur turyści mogą w końcu odetchnąć od upału. Czekają na nich liczne restauracje, bary i sklepy z pamiątkami. Uliczni artyści dbają o dobrą atmosferę – urozmaicają wieczór swoją muzyką, śpiewem, tańcem. W powietrzu czuć radość i beztroskę. Przysiadamy na jednym z placów i przyglądamy się nocnemu życiu Cartageny. Nad wybrukowanymi uliczkami głośne echo niesie stukot końskich kopyt – niektórzy zamiast spaceru wybierają przejazd dorożką. Niedaleko nas rozkładają się stoiska z jedzeniem. Są domowe hamburgery, dużym powodzeniem cieszą się też salchipapas – frytki z dodatkiem kiełbasy. Nasze zainteresowanie wzbudzają jednak arepas con queso. Arepa to nieduży kukurydziany placek przypominający tortillę. Może być różnych rozmiarów i grubości, w Kolumbii spożywa się go o każdej porze dnia i nocy, jako dodatek, przekąskę czy danie główne (wtedy znajdziemy w nim całe bogactwo składników). Nasz wypełniony jest białym, ziarnistym serem (queso) i polany słodkim mleczkiem.

 

KULTUROWA MIESZANKA

Następnego dnia zaczynamy zwiedzanie wcześnie. Na ulicach jest jeszcze pusto i spokojnie. Przechodzimy przez charakterystyczną żółtą Bramę Zegarową (Puerta del Reloj), nazywaną także Wieżą Zegarową (Torre del Reloj), i wkraczamy do historycznego serca miasta. Na centralnym placu, Plaza de los Coches, powoli gromadzą się sprzedawcy, pojawiają się pierwsi przechodnie i turyści. Kilkaset lat temu właśnie w tym miejscu odbywał się jeden z największych targów niewolników w Ameryce Południowej. Transportowani w podłych warunkach na statkach z Afryki, przybywali wycieńczeni i przerażeni do Cartageny, gdzie kupowano ich do pracy na okolicznych plantacjach lub w kopalniach w głębi kraju. Niewolnictwo zostało w Kolumbii zniesione 1 stycznia 1852 r. Dziś wpływy kultury afrykańskiej można dostrzec w wielu jej regionach – przede wszystkim właśnie na wybrzeżu karaibskim.

Jedną z wizytówek nie tylko Cartageny, ale i całego kraju są palenqueras. Czarnoskóre kobiety ubrane w kolorowe, rozłożyste suknie od lat sprzedają na ulicach miasta egzotyczne owoce oraz słodycze na bazie kokosa. Swoje towary zazwyczaj przenoszą w koszach lub miskach, które wdzięcznie trzymają na głowie. Wszyscy turyści chcą zrobić im zdjęcie, biada jednak temu, kto wyjmie aparat i spróbuje sfotografować je niepostrzeżenie. W takich momentach na twarzach sprzedawczyń pojawia się nieprzyjazny grymas, potrafią fuknąć, syknąć, a nawet rzucić soczystym przekleństwem. Ich podejście zupełnie się zmienia, jeśli kupimy od nich cokolwiek. Wtedy rozpływają się w uśmiechach i przybierają najróżniejsze pozy niczym profesjonalne modelki. Większość palenqueras nie mieszka w Cartagenie, a w oddalonym o ok. 50 km stąd San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio). Ta niewielka miejscowość w gminie Mahates (mniej więcej 3,5-tysięczna) została założona przez afrykańskich niewolników, którym udało się wyrwać z niewoli. Zasłynęła w świecie jako pierwsze wolne miasto w Amerykach. Jego dzisiejsi mieszkańcy pielęgnują zwyczaje i tradycje swoich przodków pochodzących z Afryki. Mają też własny język – palenquero (criollo palenquero), który stanowi mieszankę hiszpańskiego, portugalskiego i języków afrykańskich (głównie bantu). W 2008 r. przestrzeń kulturowa San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio) została wpisana na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Podczas spaceru uliczkami historycznego centrum Cartageny można przez chwilę poczuć się jak gość w bajkowym świecie. Zadbane, kolorowe budynki mają drewniane balkony ozdobione kwitnącymi pnączami. Niemal każdy zaułek wygląda jak perfekcyjnie przygotowana scenografia do sesji zdjęciowej. Jednak bardziej do gustu przypadła nam dzielnica Getsemaní. Nie jest aż tak wymuskana jak zabytkowe centrum, panuje w niej niezobowiązujący klimat i ceny są znacznie niższe. Jej mieszkańcy przesiadują na wąskich uliczkach, plotkując z sąsiadami i grając w karty. Podniszczone mury budynków pokrywają barwne murale, które nawiązują do tradycji miasta i kraju, często także poruszają ważne tematy społeczne, np. problem rasizmu lub przemocy wobec kobiet. Głównym centrum wydarzeń jest Plaza de la Trinidad, gdzie sprzedawcy rozkładają stoiska z przekąskami, a wieczorami występują uliczni artyści.

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Cartagena przyciąga turystów nie tylko zadbaną zabytkową zabudową, ale też tropikalną pogodą i możliwością błogiego wypoczynku na karaibskim wybrzeżu. Wystarczy jedynie godzina lub dwie rejsu motorówką i można spełnić swoje marzenie o raju. Piaszczysta plaża otoczona turkusową wodą i pyszne kokosy prosto z wysmukłej palmy – czego więcej potrzeba do szczęścia… Na popularną Białą Plażę (Playa Blanca) da się dotrzeć nawet drogą lądową, ale w tym miejscu najtrudniej również uciec od innych turystów. Warto więc poświęcić trochę więcej czasu i wybrać mniej oblegany zakątek w pobliskim archipelagu Wysp Różańcowych (Islas del Rosario). Poza leniwym plażowaniem zaglądamy także pod wodę i podziwiamy imponującą rafę koralową, która stanowi dom dla wielu gatunków kolorowych ryb. Kolejną ciekawą atrakcją jest zjawisko bioluminescencji – niezwykły pokaz świecącego planktonu w Zaczarowanej Lagunie (Laguna Encantada). Tysiące maleńkich organizmów rozświetla powierzchnię wody niczym gwiazdy, a my wpatrujemy się jak zahipnotyzowani.

Po kilku dniach w Cartagenie i okolicach ruszamy dalej wzdłuż wybrzeża w kierunku Santa Marty. Po drodze przejeżdżamy przez Barranquillę. To czwarte co do liczby mieszkańców miasto Kolumbii (po stołecznej Bogocie, Medellín i Cali) na pierwszy rzut oka wygląda raczej niepozornie i nieciekawie. Większe emocje wzbudza jedynie wśród fanów Shakiry – tu urodziła się ta najsłynniejsza kolumbijska piosenkarka. Na cztery dni w roku Barranquilla zmienia się nie do poznania. Ogarnia ją szaleństwo kolorów, tańca i śpiewu, a gorące rytmy cumbii nie milkną ani na chwilę. Właśnie w niej odbywa się drugi największy karnawał na świecie. Barranquilla ustępuje miejsca jedynie boskiemu Rio de Janeiro. Tutejszy karnawał to nie tylko świetna zabawa, ale również okazja do pielęgnowania wieloletnich tradycji i wierzeń przodków oraz wyraz niezwykłej różnorodności kulturowej Kolumbii. Mieszają się na nim wpływy lokalne, europejskie i afrykańskie.

Najstarsze miasto Kolumbii, Santa Marta (założona 29 lipca 1525 r. przez hiszpańskiego konkwistadora Rodriga de Bastidasa), jest malowniczo położone na wybrzeżu i otoczone imponującymi górami. Dla większości turystów stanowi jednak jedynie bramę do jednego z najbardziej znanych kolumbijskich parków narodowych. Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona) skrywa nieziemsko piękny fragment wybrzeża u podnóża drugiego (zaraz po Górach Świętego Eliasza w Kanadzie i USA – 5959 m n.p.m.) najwyższego przybrzeżnego pasma górskiego na świecie – Sierra Nevada de Santa Marta (wznoszącego się na wysokość 5775 m n.p.m.). Bujna tropikalna roślinność wdziera się w tym miejscu na rajskie plaże otoczone wysmukłymi palmami, między gałęziami wędrują małpki i tukany, a na skałach wygrzewają się dorodne iguany. Można tutaj spędzić noc w hamaku, namiocie lub chatce z widokiem na morze. Choć wytyczone ścieżki prowadzą przez las deszczowy, trudno natknąć się na niebezpieczne zwierzęta. Największym zagrożeniem są spadające kokosy i silne prądy morskie – ze względu na nie na niektórych plażach obowiązuje zakaz kąpieli.

Te rejony to również obszar wciąż zamieszkiwany przez rdzenną ludność, która żyje na trudniej dostępnych terenach w prostych domach zbudowanych z kamieni, gliny i liści palmowych oraz zachowała swoje tradycyjne zwyczaje. Miłośnicy przygód mogą wyruszyć na wymagający trekking przez tropikalny las aż do Zaginionego Miasta (Ciudad Perdida). W latach świetności było ono stolicą państwa Taironów (Tayronas) i nosiło nazwę Teyuna. Obecnie uważane jest za jeden z najważniejszych zabytków prekolumbijskich w Ameryce Południowej. Składa się aż ze 169 kamiennych tarasów, ale jak na razie odkryto jedynie ich część. Wciąż trwają prace badaczy. Miasto odnalezione zostało w 1972 r. przez poszukiwaczy skarbów. Kilka lat później, kiedy na czarnym rynku zaczęły się pojawiać nieznanego pochodzenia złote artefakty i ceramiczne urny, do dzieła wkroczyli archeolodzy. Do Ciudad Perdida można dotrzeć jedynie z lokalnym przewodnikiem. Trzeba pokonać trasę o długości 42 km w upale, wśród gęstej roślinności tropikalnej selwy, często wiodącą przez rzekę Buritaca. Trudy wędrówki wynagradzają jednak wspaniałe widoki na miejscu.

 

Wieża Zegarowa, brama do centrum historycznego

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

CODZIENNOŚĆ MAGICZNA

Po dwóch tygodniach spędzonych na wybrzeżu czas ruszyć na południe, w głąb kraju. Naszym pierwszym przystankiem jest mikroskopijna kropka na mapie, niewielkie jak na Kolumbię, 40-tysięczne miasto Aracataca. Zjeżdżamy z głównej drogi na szeroką szutrówkę. Mijamy mężczyznę wolno sunącego na skrzypiącym rowerze. Wokół nas unosi się kurz, a powietrze jest aż lepkie od upału. Po kilku minutach kluczenia wąskimi uliczkami docieramy na miejsce. Zatrzymujemy się przed domem, w którym urodził się laureat Nagrody Nobla i jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez (1927–2014). Dziś działa w nim muzeum. Co prawda, jego opiekunka od razu ostudza atmosferę, mówiąc, że nie zachowały się żadne oryginalne sprzęty i wszystko jest repliką.

Ślady twórczości Márqueza można znaleźć w wielu miastach. Choćby w Cartagenie, w której toczy się akcja powieści Miłość w czasach zarazy (1985 r.). Nigdzie jednak nie mieliśmy tak silnego poczucia przebywania na granicy magii i rzeczywistości jak w Mompox. Oficjalna nazwa miasta brzmi Santa Cruz de Mompox. W przeszłości pełniło funkcję swoistego skarbca dla Hiszpanów. Wywożono tutaj złoto i kosztowności w obawie przed atakami piratów na wybrzeżu. Obecnie przypomina miejsce zagubione w czasie. Nie tak łatwo tu dojechać. Niewinnie wyglądająca na mapie droga zupełnie niespodziewanie zmienia się w spore wyboje. Asfalt znika, co znacznie wydłuża nam czas jazdy, i kiedy zapada zmrok, jesteśmy gdzieś pośrodku niczego. Wtedy następuje kolejna niespodzianka: trasa nagle się kończy, a przed nami rozciąga się w całej okazałości najważniejsza żeglowna rzeka Kolumbii – Magdalena (o długości ok. 1530 km). Most podobno gdzieś jest, ale kilka kilometrów dalej, a mieszkańcy podają nam sprzeczne informacje co do tego, w którym kierunku powinniśmy jechać. Pozostaje nam archaiczny prom mogący przetransportować kilka samochodów. Przedostajemy się na drugi brzeg i mamy wrażenie, że przekroczyliśmy bramę do innego świata.

Choć funkcjonujemy w tropikalnym klimacie już od kilku miesięcy i zdążyliśmy przyzwyczaić się do wysokich temperatur, upał w Mompox daje nam popalić. Miasto otoczone jest rozlewiskami, powietrze stoi, a ubrania lepią się do skóry. Nic dziwnego, że koło południa życie zamiera, mieszkańcy kryją się w hamakach i z wytęsknieniem wyczekują rześkiej bryzy znad rzeki. Na spacery po malowniczych kolonialnych uliczkach wybieramy się rano i późnym popołudniem, a resztę dnia spędzamy na ocienionym bulwarze, zajadając się soczystym ananasem. Nie musimy się nigdzie spieszyć, wszystkie najciekawsze miejsca w mieście leżą w rejonie trzech ulic. Z sennością pomaga walczyć aromatyczne tinto – kolumbijska mała czarna. Częstują nas nim właściciele naszego hostelu i kobiety w sklepach, a na placach mężczyźni rozlewają do kubeczków ciemny napój z termosów. Wcale nie tak łatwo trafić na dobrą kawę, częściej zdarza się słodki ulepek.

W Kolumbii magicznych miasteczek nie brakuje. Przekonaliśmy się o tym w trakcie tej podróży wielokrotnie. Niektóre są wyjątkowo ładne, urzekają urokliwym położeniem i kolorami. Inne prezentują się trochę mniej atrakcyjnie. Wszystkie jednak są estetyczne i zadbane, a życie ich mieszkańców skupia się na zazwyczaj skąpanym w zieleni głównym placu. Nie inaczej wygląda Villa de Leyva. To, co tu zaskakuje, to rozmiar samego brukowanego placu – ma on aż 14 tys. m2! Tym samym jest największy w całej Kolumbii (i według niektórych nawet w całej Ameryce Południowej), a jego ogromna powierzchnia wydaje się nieproporcjonalna w stosunku do wielkości tego zabytkowego, 17-tysięcznego miasteczka. Na tutejszym Plaza Mayor (Plaza Principal) próżno również szukać drzew dających odrobinę cienia i chroniących przed palącym słońcem. Villa de Leyva zachwyca brukowanymi uliczkami, bielonymi ścianami budynków, otaczającymi ją malowniczymi górami oraz życzliwością mieszkańców.

 

Malownicze wybrzeże w Parku Narodowym Tayrona otacza bujna, tropikalna roślinność

© PROCOLOMBIA

 

MIASTO WIECZNEJ WIOSNY

Tak jak uwielbiamy spokojne, niewielkie miejscowości, tak zdecydowanie mniejszą sympatią darzymy duże ośrodki i szybko z nich uciekamy. Medellín – ukochane miasto najsłynniejszego barona narkotykowego, Pabla Escobara (1949– 993) – jest wyjątkiem od tej reguły. Położone w dolinie Aburrá, między zielonymi wzgórzami, zostało rozsławione ostatnio przez serial Narcos (o którym mieszkańcy nie lubią rozmawiać). Jeszcze 20 lat temu zaliczane było do najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. Dziś uchodzi za symbol przemian, miasto nowoczesnych inwestycji, inicjatyw społecznych i artystycznych oraz świetnego systemu komunikacji miejskiej – działa tu jedyne jak na razie w Kolumbii metro. Nieodłącznym elementem panoramy Medellín są kolejki linowe (Metrocable de Medellín). Pozwalają także spojrzeć na nie z innej perspektywy.

Większość turystów zatrzymuje się w El Poblado – dzielnicy szklanych wieżowców, modnych restauracji i zadbanych parków. My znaleźliśmy niewielkie mieszkanie w San Javier, słynnej Comunie 13. Jego największą zaletą było wyjście na dach i rozpościerający się z niego niesamowity widok na miasto. Comuna 13 stanowiła kiedyś siedlisko zła. Oprowadza nas po niej Laura – dziewczyna w naszym wieku, która tutaj się urodziła. Dawniej wstydziłam się przyznać, skąd pochodzę. Kiedy byłam mała, zdarzały się takie dni, że mama nie pozwalała nam wyjść, bo bała się, że zginiemy. Dziś z dumą przyprowadzam tu turystów, opowiadam naszą historię i pokazuję twórczość lokalnych artystów – opowiada. Sztuka uliczna jest tutaj bardzo ważną formą ekspresji. To nie tylko kolorowe malunki na ścianach, ale też historie o strachu, niesprawiedliwości, sile, nadziei i miłości. Nie znaczy to jednak, że przemoc i narkotyki całkowicie zniknęły z ulic. Mieszkańcy wciąż zmagają się z wieloma problemami.

Życie w metropolii może męczyć. W Medellín wystarczy jednak zaledwie pół godziny, żeby uciec od zgiełku wielkiego miasta. A jeżeli mamy trochę więcej czasu, zdecydowanie warto wybrać się do oddalonego o ok. 80 km Guatapé. Są aż trzy powody, aby odwiedzić to 10-tysięczne miasteczko: sztuczne jezioro o turkusowym kolorze, z rozsianymi na jego powierzchni wysepkami, El Peñón de Guatapé (Piedra del Peñol), czyli wysoka na 220 m skała, na której szczyt prowadzi blisko 660 schodów i skąd roztaczają się najlepsze widoki na okolicę, oraz chyba najbardziej kolorowe uliczki w całej Kolumbii (a konkurencja jest spora). Charakterystyczny element dekoracyjny stanowią tutaj zócalos, czyli barwne płaskorzeźby przedstawiające historię i tradycje właściciela domu. Nawet jak na wysokie kolumbijskie standardy Guatapé jest wyjątkowo urocze. W jego klimatycznych uliczkach można spokojnie zagubić się na ładnych parę godzin.

 

ZIELONE KRÓLESTWO KAWY

Eje Cafetero, czyli region kawy, który obejmuje departamenty Caldas, Risaralda i Quindío, skrywa tysiące odcieni zieleni, urokliwe miasteczka oraz jeden z największych skarbów kraju. Kolumbia jest trzecim na świecie producentem kawy zaraz za Brazylią i Wietnamem. Wiele osób uważa jednak, że to właśnie kolumbijskie ziarna są najlepsze pod względem jakości. Niestety, jeszcze do niedawna zwykli Kolumbijczycy mieli niewielkie szanse się o tym przekonać. Najlepsze ziarna zawsze szły na eksport, a w kraju zostawały tylko te najniższej jakości, które nazywamy „cafe basura” („kawowe odpady”) – opowiada nam don Leo, właściciel rodzinnej plantacji Finca Alsacia w niewielkim miasteczku Buenavista w departamencie Quindío. Kawy z nich nie da się pić, to właśnie dlatego dodaje się do niej tyle cukru. Trzeba zabić ten smak. Na szczęście teraz sytuacja znacznie się poprawiła, ale wciąż nie tak łatwo znaleźć dobrą kawę poza naszym regionem.

Staramy się w pełni wykorzystać pobyt w kawowym raju i wizytę w każdym nowym dla nas miasteczku zaczynamy od filiżanki tinto. Najbardziej popularne wśród turystów jest Salento. W kolorowych uliczkach można znaleźć wiele przytulnych kafejek, restauracji, sklepów z pamiątkami. Codziennie rano z głównego placu odjeżdżają charakterystyczne jeepy willysy, które zawożą chętnych do oddalonej o kilka kilometrów doliny – Valle de Cocora. To miejsce słynie z najwyższych na świecie palm woskowych (palma de cera del Quindío). Sięgają nawet 60 m, a przy tym są wyjątkowo smukłe. Ich wierzchołki często kryją się we mgle, co jedynie dodaje krajobrazom magii. Przez kilka godzin wędrujemy po malowniczej dolinie. Kiedy wychodzimy, jest ciepło i słonecznie, ale wkrótce widoczność znacznie słabnie. Gdy tylko dochodzimy do Domu Kolibrów – Rezerwatu Przyrody Acaime (La Casa de los Colibríes – Reserva Natural Acaime), zaczyna lekko padać. Uzupełniamy energię gorącą czekoladą z serem i podglądamy różne gatunki kolibrów. Droga powrotna ma w sobie coś z przygody – przeskakujemy przez strumienie, przechodzimy przez liczne linowe mostki i staramy się nie wpaść w błoto po kostki.

 

ZŁOTO I SZMARAGDY

Choć większość poznanych w Kolumbii osób odradzała nam wizytę w stołecznej Bogocie, na swój sposób polubiliśmy to miasto. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka nas nie zachwyciła. Jedyne, co dostrzegliśmy, to ogromna miejska dżungla i korki ciągnące się po horyzont. Sympatia przyszła z czasem. Turystycznym sercem stolicy kraju jest tętniąca życiem i kolorami zabytkowa La Candelaria. Tutaj można znaleźć wiele barwnych murali, klimatycznych knajpek i kafejek. Bogota najładniej prezentuje się z góry, szczególnie w promieniach popołudniowego słońca. Najlepsze widoki rozpościerają się ze szczytu Monseratte (3152 m n.p.m.), na który wjeżdża kolejka, oraz tarasu na Torre Colpatria – 196-metrowym drapaczu chmur. Jeśli komuś Kolumbia kojarzy się jedynie z tropikami, może przeżyć lekki szok. Miasto położone jest na wysokości ponad 2600 m n.p.m. i wieczory są tu dość chłodne. W razie niepogody dobrze ukryć się w jednym z licznych muzeów, np. słynnym Muzeum Złota (Museo del Oro). Nam jednak najbardziej przypadło do gustu muzeum kolumbijskiego malarza i rzeźbiarza Fernanda Botera (Museo Botero), który słynie z upodobania do charakterystycznie zaokrąglonych postaci. Imponującą kolekcję każdy może zobaczyć za darmo – taki był warunek artysty, zanim przekazał dzieła miastu.

Stołeczne lotnisko nie bez przyczyny nosi nazwę Aeropuerto Internacional El Dorado. Hiszpańscy konkwistadorzy, którzy przybyli na teren dzisiejszej Kolumbii w pierwszej połowie XVI stulecia, marzyli o złocie. Nietrudno sobie wyobrazić, jak podziałała na nich historia o świętym jeziorze, gdzie podczas lokalnych rytuałów zatapiano łodzie wypełnione złotem i szmaragdami. Przybyszom z Europy udało się je zlokalizować – była to położona ok. 70 km na północny wschód od Bogoty Guatavita (Laguna de Guatavita). Poświęcili wiele czasu na poszukiwania, próbowali nawet osuszyć jezioro. Niektóre źródła podają, że konkwistadorzy trudzili się bezskutecznie. Inne zapewniają, że kilku szczęśliwców znalazło kosztowności. Obecnie Bogota wciąż przyciąga wielbicieli drogocennych kamieni – to właśnie w Kolumbii wydobywa się najlepszej jakości szmaragdy na świecie. Na ulicach stolicy kupimy je w licznych butikach, a osoby z żyłką hazardzisty mogą spróbować szczęścia na czarnym rynku, który funkcjonuje nieopodal Muzeum Złota.

Po kilku dniach w Bogocie mamy już dość zgiełku i zimna. Kierujemy się do departamentu Huila na pustynię Tatacoa (Desierto de la Tatacoa). Choć w ostatnich latach to miejsce zaczyna być coraz bardziej popularne, wciąż pozostaje na uboczu turystycznego szlaku. Nazwa jest dość myląca. Tak naprawdę to nie pustynia, a suchy las tropikalny. Hiszpańscy konkwistadorzy z XVI w. nazywali ją również Doliną Smutków (Valle de las Tristezas). Tatacoa mieni się kolorami, wśród których dominują czerwony i szary. Fascynujące formacje skalne tworzą swoisty labirynt upstrzony wielkimi kaktusami. Żar leje się z nieba. Z radością znajdujemy niewielką oazę z basenem. Natychmiast wskakujemy do wody, aby się orzeźwić. Po południu temperatura staje się przyjemniejsza, a gra światła ożywia niezwykły krajobraz. Zupełnym przypadkiem trafiamy na pokaz tradycyjnego tańca w wykonaniu młodej pary. Wracamy do hostelu późnym wieczorem, obserwując rozgwieżdżone niebo.

 

Guatapé nazywa się miasteczkiem zócalos

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

ROZTAŃCZONE CALI

Ostatnim przystankiem w naszej kolumbijskiej podróży jest Cali (pełna nazwa miasta to Santiago de Cali). Choć stanowi ważny ośrodek finansowy i przemysłowy, w świecie słynie raczej jako stolica salsy. Dźwięki muzyki wyznaczają tutaj rytm życia. Dwa razy w roku ulice Cali zamieniają się w wielki taneczny parkiet: we wrześniu w trakcie Światowego Festiwalu Salsy (Festival Mundial de Salsa de Cali) oraz w okolicy Bożego Narodzenia, kiedy odbywa się widowiskowe święto miasta (Feria de Cali).

Mimo iż w ubiegłych latach donoszono o wzroście przestępczości w Cali, wyczuwamy w nim dobrą energię. Cieszymy się smakiem świeżych egzotycznych owoców, przesiadujemy na placach i wdajemy się w rozmowy z życzliwymi mieszkańcami. Rozpromieniają się, kiedy mówimy, jak bardzo podoba nam się ich kraj. Dopytują, czy na pewno spróbowaliśmy wszystkich lokalnych specjałów i zaraz zamawiają coś, czego nie zdążyliśmy wcześniej posmakować. Te dni są pełne szczerego uśmiechu i spontanicznej radości. Bo właśnie ludzie to największy skarb Kolumbii.

 

Wydanie jesień-zima 2018