Dubai.jpg

Najwyższy obecnie budynek na świecie – 830-metrowy Burdż Chali

©MATERIAŁY PRASOWE EMIRATES

 

Katarzyna Kałuża

Marcin Lewandowski

www.Travel-Bidder.com

 

O mieście, które wyłoniło się z piasków pustyni, słyszeliśmy bardzo wiele. Niewątpliwie nie ma w tym przypadku znaczenia, czy Dubaj kogoś fascynuje, czy raczej jest mu obojętny – wszystkich bez wyjątku wprawia w osłupienie fakt, że jego monumentalna zabudowa powstała w tak zaskakującym tempie. Sam słynny wieżowiec Burdż Chalifa (Burj Khalifa, niemal 830 m wysokości) urósł jak na drożdżach, otwarto go już w 6 lat po rozpoczęciu prac w 2004 r. W końcu nadszedł ten niesamowity moment i wyruszyliśmy z wizytą do niezmiernie interesujących Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA). 


Przed rozpoczęciem zwiedzania chcieliśmy zdobyć mapkę ze wszystkimi drapaczami chmur w Dubaju, aby przestać mylić ich nazwy, ale powiedziano nam, że co kilka miesięcy musielibyśmy ją aktualizować, bo nowe budynki wyrastają tutaj niczym grzyby po deszczu. Dlatego do dziś nie wiemy, który z obiektów przy autostradzie E 11 (Sheikh Zayed Road – Drodze Szejka Zajida) należał do sieci Marriott. Spośród wszystkich tych dubajskich budowli wyróżnia się tylko kilka: hotel Atlantis, The Palm, czyli bastion nie do zdobycia dla zwykłych turystów, położony na skraju sztucznej wyspy Palma Dżamira (Palm Jumeirah), hotel Burdż Al Arab (Burj Al Arab) – wieżowiec w kształcie żagla widniejący na każdej pocztówce, oraz Burdż Chalifa – wciąż jeszcze najwyższy budynek świata, przypominający gigantyczną tytanową strzykawkę. W przypadku tego ostatniego duże wrażenie wywołuje informacja, że został zaprojektowany przez to samo amerykańskie biuro architektoniczne, które stworzyło One World Trade Center (Freedom Tower – Wieżę Wolności – wzniesioną w miejscu dwóch biurowców World Trade Center, zniszczonych na skutek zamachu z września 2001 r.) w Nowym Jorku.

Same Zjednoczone Emiraty Arabskie, położone na Półwyspie Arabskim, sąsiadują z Arabią Saudyjską i Omanem. Dzielą się na 7 emiratów. My zwiedziliśmy głównie ich stolicę Abu Zabi (Abu Dhabi) i Dubaj. O nich właśnie i o tym, co jeszcze można robić w tym kraju, chcielibyśmy opowiedzieć.

Naj Dubaj

SwatchGroup_tcm17-13889.jpg

Akwarium w galerii The Dubai Mall

©DUBAI AQUARIUM & UNDERWATER ZOO



Dubaj jest miastem rzeczy największych, najwyższych, najdroższych i najbardziej niesamowitych. Choć przed odwiedzinami w nim wiele osób myśli, że przecież oglądały wszystkie jego wspaniałości w telewizji lub na zdjęciach i cały ten blichtr wcale im nie zaimponuje, nie mogą się mocniej mylić. Gdy w Dubai Marinie rozejrzymy się dookoła, zobaczymy turkusowo-srebrno-złote drapacze chmur, które wyglądają jak elementy drogiej biżuterii – najpewniej paska od luksusowego szwajcarskiego zegarka marki Breitling. Kiedy wjedziemy na 124. piętro giganta Burdż Chalifa (na zewnętrzny punkt obserwacyjny położony na wysokości 452 m), żeby tylko rzucić okiem na okolicę, zatracimy się w podziwianiu panoramy miasta oraz fotografowaniu jej. Jeśli natomiast podczas przejażdżki metrem, które niczym statek widmo porusza się nie prowadzone przez nikogo, wyjrzymy przez okno na trasie nad poziomem głównej ulicy i spróbujemy policzyć budynki, a następnie podnieść głowę na tyle wysoko, aby dojrzeć wierzchołki wszystkich wieżowców, przekonamy się, że to niemożliwe. To jednak nie koniec zaskakujących wrażeń.

W największym tutejszym centrum handlowym – The Dubai Mall – znajduje się olbrzymia kaskada, lodowisko, szkielet dinozaura czy akwarium z rekinami, płaszczkami i innymi morskimi stworzeniami (Dubai Aquarium & Underwater Zoo). Widok wielkiego drapieżnika przepływającego nad głową ochroniarza, pilnującego, żeby nikt nie zbliżał się do szyby zbiornika, to coś niesamowitego. Nic też nie bawi bardziej od płaszczki, która prezentuje brzuch z otworem gębowym przypominającym sympatyczny uśmiech. Niejedną kobietę o zawrót głowy przyprawi także stylizowany na tradycyjny targ czy wysadzane kryształami Swarovskiego szpilki wyeksponowane na obracających się szklanych stojakach jak eksponaty w muzeum. Poza tym mamy tu jeszcze wizualizację postępów budowy wieżowca Burdż Chalifa i ustawiony między kawiarniami wielki szkielet dinozaura, podświetlony setkami zmieniających kolory diod LED. Nawet smak koktajlów bananowego z daktylami lub tego ze świeżej guawy (odkrycie tego wyjazdu) jest zupełnie wyjątkowy.

Po zapadnięciu zmroku koniecznie trzeba udać się tam, gdzie ciągną tłumy, czyli przed tę olbrzymią galerię handlową na pokaz The Dubai Fountain – fontann na sztucznym jeziorze, które widoczne są ponoć nawet z kosmosu. My przyszliśmy na jeden z pierwszych spektakli wieczoru, zaczynający się o godz. 18.00. Tryskająca woda tańczyła dla nas przy muzyce Michaela Jacksona, sięgając niemal nieba. Żałowaliśmy tylko, że nie mogliśmy obejrzeć tego widowiska ze 124. piętra Burdż Chalifa lub z tarasu Armani Hotel Dubai. Niestety, za taką przyjemność musimy sporo zapłacić.

Wycieczka za miasto

Po obejrzeniu tych wszystkich dowodów potęgi człowieka i możliwości, jakie dają pieniądze, należy wybrać się na wyprawę do miejsca, gdzie sokoły zawracają – na pustynię. Najlepiej wyruszyć jeepem z odważnym kierowcą. Szybka jazda slalomem po pustynnych wydmach sprawia, że włosy stają na głowie. Uczestnicy rajdu dopiero po kilkunastu minutach zdobywają się na odwagę, aby głośniej się zaśmiać. To doskonała rozrywka, choć jedzie się właściwie całą karawaną wielu aut z zagranicznymi turystami.

Największą przyjemność takiej przejażdżki stanowi dotarcie do celu, czyli wcale nie tak skromnego tradycyjnego obozowiska wśród bezkresnych piasków pustyni. Gdy już się ściemni i podane zostaną specjały arabskiej kuchni, w tym wypiekany na miejscu chleb, zaczyna się niesamowite przedstawienie. Przed zgromadzonych gości wychodzi derwisz i zaczyna wirować. Czujemy się jak pod wpływem hipnozy, z tą różnicą, że oczy otwierają nam się coraz szerzej. Kiedy kręcąca się wraz z jego właścicielem szata nagle rozbłyska dziesiątkami lampek, do głowy przychodzi nam parada w Chinatown i wybuchamy z trudem powstrzymywanym śmiechem. Wciąż jednak nie możemy wyjść z podziwu dla tancerza, który od wielu minut nie przestaje obracać się wokół własnej osi.

Ognisko płonie, w powietrzu unosi się słodki zapach aromatycznego tytoniu do fajki wodnej i wtedy na wyłożonej barwnymi dywanami scenie pojawia się piękna tancerka brzucha. Jej ruchy są tak ponętne, że niemal chcemy jej przerwać i narzucić na jej ciało jakieś okrycie, bo przecież jesteśmy w państwie, w którym kobiety powinny skromnie ukrywać swoje wdzięki pod długimi szatami. Powstrzymujemy się jednak i dalej palimy sziszę, a potem zjadamy do końca resztki najlepszego na świecie hummusu i wreszcie ruszamy do wyjścia na dźwięk odpalanych silników samochodów. To był naprawdę dobry wieczór.

Historia a nowoczesność

Za dnia postanowiliśmy zapoznać się z miejscową historią i kulturą, więc udaliśmy się do Muzeum Dubajskiego (Dubai Museum) w najstarszej budowli w mieście – forcie Al Fahidi z ok. 1787 r. Na niewielkiej przestrzeni zgromadzono w nim naturalnych rozmiarów figury dawnych poławiaczy pereł, kupców i robotników, a także przedmioty znalezione przez archeologów. Największe wrażenie robi na nas ekspozycja poświęcona wyławianiu perłopławów. Przewodnik podkreśla, jak istotne znaczenie miało zaufanie między nurkiem, potrafiącym wstrzymać oddech dłużej niż przeciętny człowiek podczas lawirowania wśród niebezpiecznych gatunków ryb, a sternikiem, odpowiedzialnym za wyciągnięcie tego pierwszego z wody, gdy ten szarpnie za linę lub zbyt długo przebywa na dnie (co mogło oznaczać, że stało mu się coś złego lub… próbuje ukryć cenne znalezisko). Sama twierdza stoi pośrodku placu i wydaje się, jakby nikogo nie obchodziła. Nie widać wokół niej zbyt wielu turystów ani szczególnego ożywienia. Zupełnie jakby od tego reliktu przeszłości wszyscy chcieli się odciąć, a przecież w swojej skromności i prostocie jest niezwykle piękny, choć zdecydowanie odróżnia się od supernowoczesnej zabudowy miasta.

Po zwiedzeniu muzeum i fortu podążamy na tradycyjny Targ Złota (Gold Souq, Gold Souk). Szukamy słynnej sztabki, która waży ponoć tyle, że nie sposób jej podnieść, a ten, komu uda się ta sztuka, może ją zatrzymać. W końcu ją znajdujemy – 160 kg błyszczącego kruszcu chroni pancerna gablota. Rezygnujemy więc z próby z góry skazanej na niepowodzenie. Przewodnik prowadzi nas następnie do sklepu z największym pierścieniem i klejnotem na świecie. Przed nim już stoi tłum turystów robiących zdjęcia drogocennej ozdoby, która raczej pasowałaby na palec nowojorskiej Statui Wolności niż człowieka. Idziemy dalej, ignorując zaczepki tutejszych handlarzy, i docieramy do automatu ze złotem. Przyglądamy mu się z niedowierzaniem. Co dziwne, nie ustawia się do niego kolejka, nikt nie ma ochoty z niego skorzystać... W witrynach kolejnych sklepów widzimy istne dzieła sztuki – ubrania wykonane ze złotych blaszek. Na taką kreację z dużym prawdopodobieństwem skusiłaby się ekscentryczna piosenkarka Lady Gaga. Podziwiamy kunszt artystów, zachwycamy się odcieniami złota, a odchodząc, zastanawiamy się, czy aby na pewno kupienie tutaj jakichś pamiątek w ramach inwestycji nie byłoby dobrym pomysłem…

Spotkanie w porcie

Nadchodzi zmrok, więc kierujemy się w stronę portu. Czeka tam na nas spora łódź oświetlona lampionami. Zanim wejdziemy na jej pokład, chcemy jeszcze przejść się wzdłuż nabrzeża, aby przyjrzeć się rybakom oporządzającym dzisiejszy połów. Tuż przed nami na chodniku ląduje nagle stos przeróżnych ryb. Miejscowi sortują je, nie zwracając na nas uwagi, a my uświadamiamy sobie, że nareszcie jesteśmy wśród prawdziwych dubajczyków – mieszkańców, którzy wprawiają w ruch całą tę imponującą machinę. Spędzamy tu dłuższą chwilę. Nie krępujemy się wejść na pobliską łódkę i zajrzeć do dziury pod pokładem, z której jeden z rybaków wyrzuca świeżą zdobycz. Swoim zachowaniem wywołujemy tylko uśmiech na twarzach pracujących ludzi.

Zadowoleni wracamy na nasz mały statek. Czekają już na nas stoliki i bufet zrobiony z tradycyjnej łódki dau (dhow). Do jedzenia przygotowano nam soczyste owoce, typowe arabskie potrawy i dania kuchni włoskiej przyrządzane na naszych oczach. Po całym dniu chodzenia po Dubaju z radością rozsiadamy się wygodnie na górnym pokładzie, chłodzimy wiatrem i podziwiamy światła miasta. Nasza uwaga znów skupia się na lesie ogromnych hoteli. Właściwie założenie prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich (urzędującego od listopada 2004 r. Chalifa ibn Zajida Al Nahajjana) jest słuszne – gdy ropa się skończy, zostaną turyści, których liczba powiększa się znacząco z roku na rok.

Luksus i szybkie samochody

Galleria-Ferrari.jpg

Model bolidu Formuły 1 w parku tematycznym Ferrari World Abu Dhabi

©FERRARI WORLD ABU DHABI



Ponieważ czujemy jeszcze pewien niedosyt, następnego dnia wsiadamy do auta i pokonujemy korki stulecia, aby dojechać do stolicy kraju, czyli Abu Zabi. Nasz opiekun zabija czas, opowiadając o zamiłowaniu szejka Muhammada ibn Raszida Al Maktuma (premiera i wiceprezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich i emira Dubaju) do przejażdżek po miejskich ulicach. Podobno sam prowadzi samochód, nie korzysta z usług ochrony, a nawet wtapia się w tłum rodowitych mieszkańców (którzy w 9,5-milionowych Zjednoczonych Emiratach Arabskich stanowią zaledwie ok. 15 proc.), żeby podpytać, co u nich słychać.

Wreszcie docieramy do granic miasta. Można je chyba śmiało porównać z ekskluzywną dzielnicą Bel Air w kalifornijskim Los Angeles, a to ze względu na eleganckie wille należące do znamienitych abuzabijczyków i członków rodziny emira Abu Zabi (Al Nahajjan). Mijamy imponujący, lecz nieczynny tego dnia dla odwiedzających Wielki Meczet Szejka Zajida wzniesiony z białego marmuru. Doskonale wiemy, gdzie chcemy jechać. Za cel obraliśmy sobie uważany za najbardziej luksusowy hotel na ziemi – Emirates Palace. Gdy się do niego zbliżamy, przekonujemy się, że wcale się nie zawiedliśmy – obiekt jest niesamowity, a myśleliśmy, iż już nic nas w tym kraju nie zaskoczy. W środku na gości czekają rozległe wnętrza ozdobione złoceniami i ręcznie tkanymi dywanami za milion dolarów za sztukę, klucze do pokoi w kształcie złotych monet i kawa z wielbłądzim mlekiem i płatkami złota oraz bankomat, zamiast banknotów wypłacający sztabki złota. Naprawdę trudno nie być pod wrażeniem.

Wreszcie przyszła pora na rozładowanie emocji, a to najlepiej wychodzi w Ferrari World Abu Dhabi – wielkim kompleksie poświęconym tej jednej z najbardziej ekskluzywnych marek samochodów na świecie. Okazało się, że dwie godziny to za mało, żeby obejść wszystkie tutejsze atrakcje i sfotografować każdy model auta w tym parku tematycznym. Sporo czasu straciliśmy jednak na czekanie w kolejce do pierwszego rzędu Formula Rossa, gdyż za punkt honoru wyznaczyliśmy sobie, że pojedziemy na samym przedzie najszybszej kolejki górskiej na naszym globie (rollercoastera w kształcie bolidu Formuły 1), a wszelkie niepożądane konsekwencje z tym związane zostaną tylko między nami i na zawsze w Abu Zabi. Na koniec mogliśmy sobie pozwolić jedynie na skorzystanie z przeznaczonej dla dzieci rozrywki Speed of Magic, która choć była seansem kina 4D, wywołała jeszcze bardziej niechciane skutki niż przejażdżka z prędkością 240 km/godz. Mimo to niczego nie żałujemy.

Z wiatrem we włosach

shoping1_copy.jpg

Powstałe 10 lat temu duże centrum handlowe Ibn Battuta Mall w Dubaju

©GOVERNMENT OF DUBAI, DEPARTMENT OF TOURISM AND COMMERCE MARKETING


Zjednoczone Emiraty Arabskie to także świetne miejsce na aktywny wypoczynek. Wielbiciele tego typu spędzania czasu mają tu do wyboru różne propozycje.

Dużą popularnością cieszą się w tym kraju sporty motorowe. Ze względu na sprzyjające przepisy podatkowe jego zamożni mieszkańcy mogą kupować kolejne nowe samochody. Niektóre auta kosztują tutaj nawet o połowę mniej niż w Europie. Oprócz tegolokalne ceny paliw zaliczają się do najniższych na świecie (ok. 1,5 zł za litr benzyny), a wielopasmowe autostrady, gdzie obowiązuje ograniczenie prędkości do 140 km/godz., zapewniają szybką i wygodną komunikację. W godzinach szczytu tworzą się co prawda korki, ale nie zniechęca to zmotoryzowanych, bo wiedzą, że szejk wkrótce każe wybudować nowe drogi lub poszerzyć istniejące, aby ten problem rozwiązać. Dodatkowo w Abu Zabi znajduje się tor Formuły 1 (Yas Marina Circuit) i wspomniane centrum Ferrari World Abu Dhabi, gdzie oprócz szalonej przejażdżki najszybszym rollercoasterem na ziemi można pościgać się na gokartach i na symulatorze jazdy F1 oraz skorzystać z mnóstwa innych niesamowitych atrakcji. Dla tych osób, które nie przepadają za pędzącymi kolejkami, przygotowano m.in. wystawę samochodów czy bolid Ferrari udostępniony do pamiątkowych zdjęć.

Abu Zabi promowano niedawno w filmie Szybcy i wściekli 7, w którym bohaterowie dokonywali zapierających dech w piersiach wyczynów kaskaderskich w swoich autach. Wszystko to sprawia, że w Zjednoczonych Emiratach Arabskich panują idealne wręcz warunki do uprawiania wszelkiego rodzaju sportów motorowych.Prawie każde miejscowe biuro podróży oferuje wyprawy off-roadowe na pustyni, podczas których istnieje dodatkowo możliwość jazdy na quadach. Jeśli ktoś zostawi samochód w garażu, ma do dyspozycji szybki i wygodny transport publiczny, w tym w pełni zautomatyzowane ciche metro wyposażone w klimatyzację. Równie sprawnie funkcjonuje także sieć autobusowa, a przystanki są klimatyzowane. Dlatego też na miejskich ulicach (poza centrum) właściwie nie widać pieszych.

Zapaleni biegacze również nie muszą rezygnować ze swojej ulubionej aktywności podczas wizyty w tym kraju. Jogging najlepiej jednak uprawiać już po zapadnięciu zmroku, kiedy temperatura powietrza znacznie się obniża, a ruch uliczny – zmniejsza. Ponieważ w Zjednoczonych Emiratach Arabskich odnotowuje się bardzo niski poziom przestępczości, wieczorem można się tu czuć bezpiecznie. Mimo to bieganie np. po Dubaju wcale nie jest takie łatwe. Wzdłuż ulic nie zawsze są poprowadzone chodniki, a skrzyżowania, poza ścisłym centrum, raczej nie przewidują przejść dla pieszych. Większość amatorów tego sportu udaje się zatem do Parku Safa (największego terenu zielonego w mieście, zajmującego powierzchnię 64 ha), w którym znajduje się długa na 3,4 km pętla. To zdecydowanie najlepsza dostępna dubajska ścieżka biegowa.

Na śniegu i w wodzie

Jeśli ktoś sądzi, że na Półwyspie Arabskim nie da się zaznać uroków białego szaleństwa, to bardzo się myli. Taką właśnie rozrywkę oferuje Ski Dubai – pierwszy całoroczny kryty ośrodek narciarski na Bliskim Wschodzie. Zbudowano go w jednym z większych centrów handlowych w Dubaju, czyli Mall of the Emirates. Zajmuje on powierzchnię 22,5 tys. m² (tyle, co 3 pełnowymiarowe boiska do piłki nożnej). Na tym pokrytym prawdziwym śniegiem terenie znajduje się 5 różnych tras, z których najdłuższa ma 400 m. Na jazdę na nartach lub snowboardzie można zdecydować się spontanicznie. Miła obsługa pomaga gościom zarejestrować się i wypożyczyć dopasowany sprzęt oraz odpowiedni strój. Swoje rzeczy zostawia się w depozycie. Standardowy bilet upoważnia do 2-godzinnego pobytu na sztucznym stoku. Trzeba jednak pamiętać, że pomimo panujących na zewnątrz upałów (30–40°C) w ośrodku Ski Dubai temperatura spada nawet do -4°C, a ryzyko odniesienia kontuzji jest takie samo jak w górach. Dlatego warto założyć czapkę i rękawiczki, a jeśli dopiero stawia się pierwsze kroki w sportach zimowych, skorzystać z opieki instruktora. Osobom, które wolą uprawiać narciarstwo w naturalnych warunkach, polecamy sandskiing albo sandboarding, czyli jazdę na nartach lub desce po piaszczystych wydmach.

W gorącym klimacie człowiek instynktownie myśli o wskoczeniu do wody. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich każdy z 5-gwiazdkowych hoteli oferuje możliwość popływania w basenie. Dla wielbicieli tego typu rozrywek powstały rozległe parki wodne: Wild Wadi i Aquaventure Waterpark w Dubaju, Wadi Adventure w Al-Ajn, Dreamland Aqua Park w Umm al-Kajwajn oraz niesamowity Yas Waterworld w Abu Zabi.Na obszarze całego państwa nie ma rozwiniętej sieci rzecznej, ale jego terytorium posiada dostęp do zatok: Perskiej i Omańskiej. Pod opieką ratowników można kąpać się np. przy plaży Saadiyat w Abu Zabi (Saadiyat Public Beach). Poza tym na wybrzeże ściągają amatorzy snorkelingu, nurkowania, surfingu, wind- i kitesurfingu, kajakarstwa, wędkarstwa oraz przejażdżek skuterami wodnymi.

Wszystkie odwiedzane przez nas hotele wyposażone były też w klimatyzowane sale do zajęć fitness. Sposobów na aktywne spędzanie czasu w tym kraju znajdziemy zresztą jeszcze wiele. Należą do nich m.in. wycieczki po Dubaju wypożyczonym rowerem miejskim, wyprawy konne lub na wielbłądach, jazda na łyżwach (np. w Dubai Mall), a także gra w paintball (w ośrodku Pursuit Games Paintball Dubai).

Osoby z zasobniejszym portfelem mogą również wykupić lot helikopterem, balonem (Balloon Adventures Emirates) bądź samolotem i skoczyć ze spadochronem (Skydive Dubai). Zwolenników spokojniejszych rozrywek zapraszają tutejsze profesjonalne pola golfowe. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich na pewno nikt nie będzie się nudził.

Całkiem inne miasto

W Dubaju i Abu Zabi czas płynie niezmiernie szybko. Nasze tygodniowe zwiedzanie obu miast zakończyliśmy tak z poczuciem satysfakcji, jak i niedosytu. Nie zdołaliśmy przecież zobaczyć jeszcze tylu rzeczy i poznać wszystkich oferowanych przez nie atrakcji. Gdy wjeżdżaliśmy do Dubaju, nasz towarzysz podróży pokazał nam jeden z placów budowy i powiedział: Zapamiętajcie to miejsce i te fundamenty. Kiedy tutaj następnym razem zawitacie, będzie tu już stał nowy budynek, a całe miasteczko, według założeń, zostanie oddzielone od stałego lądu i znajdzie się na wyspie. Istnieje szansa, że zobaczymy to za rok. Mamy więc po co wracać.

Artykuły wybrane losowo

Przepis na karaibski koktajl

MARCIN WESOŁY

<< Karaiby przypominają barwny i ożywczy koktajl, którego poszczególne składniki rozpoznaje się stopniowo, łyk po łyku, choć wymieszane razem znakomicie się dopełniają. Kto raz go spróbuje, nigdy nie zapomni jego wyjątkowego smaku, przywodzącego na myśl słoneczne poranki, skwarne popołudnia oraz przynoszące orzeźwiającą ulgę wieczory. Żadna jego ilość nie zaspokoi jednak potem naszego pragnienia, wciąż wzrastającego już od pierwszej kropli. >>

Więcej…

Kolumbia jest pasją

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Kolumbia jest przepięknym krajem wyróżniającym się niesamowitą różnorodnością etniczną i biologiczną, łączącym w sobie wszystkie atrakcje Ameryki Łacińskiej i Karaibów. Co dziesiąty gatunek roślin i zwierząt żyjących na naszej planecie pochodzi właśnie stąd. To ziemia sympatycznych, gościnnych i przyjaznych ludzi oraz niepowtarzalnych krajobrazów. Pełna bogatej historii, kultury, niezwykłych karnawałów, barwnych świąt lokalnych i festiwali. To kraj słynący z wyśmienitej kawy i najpiękniejszych szmaragdów na świecie. Tutaj właśnie narodziła się słynna legenda o El Dorado i fikcyjna wioska Macondo stworzona przez Gabriela Márqueza. Kolumbia promuje się na całym świecie hasłem Colombia, el riesgo es que te quieras quedar, co oznacza Kolumbia, ryzyko jest takie, że będziesz chciał tu zostać. Kto miał szczęście odwiedzić ten cudowny kraj, wie, że to prawda...  

Więcej…

Słoneczna Tajlandia pachnąca przyprawami

MS Borsang s umbrellas-Chiang Mai-036BB

Tajki malujące wzory kwiatowe na parasolkach w wiosce Bo Sang pod Chiang Mai

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

MAGDALENA PINKWART

www.turystyka24.tv

 

Głośna Tajlandia z powietrzem przepełnionym egzotycznymi zapachami ma ponad 3,2 tys. km linii brzegowej. Plaże są tu zwykle usłane białym piaskiem i otoczone wysokimi palmami. Ten obraz rajskiej krainy dopełniają setki malowniczych wysepek, tysiące błyszczących złotem buddyjskich świątyń i dziko żyjące zwierzęta.

 

Wody w zatokach Tajlandii czasem przybierają kolor lazurowy, innym razem bardziej przypominają opalizujący w promieniach słonecznych szafir. Wszystko zależy od tego, czy patrzymy na nie rankiem czy o zachodzie słońca, z wysypanej drobnym piaskiem plaży czy pokładu jachtu, i – oczywiście – od pory roku. Tylko jedno się nie zmienia. Oblewające tajlandzkie wybrzeże wody są zawsze czyste i rozkosznie ciepłe, a kąpiel w nich jest jak seans w luksusowym gabinecie odnowy biologicznej.

 

Podróż po Tajlandii warto rozpocząć właśnie od wizyty w spa. Słynne na cały świat tajskie masaże relaksują jak nic innego. Wystarczy godzina czy dwie terapeutycznego dotyku doświadczonej masażystki, która ugniata skórę rękami albo delikatnie wciera w nią ciepłe, aromatyczne olejki, aby ciało stało się rozluźnione i wypoczęte, a dusza – lekka. Salony oferujące takie usługi znajdziemy tu niemal przy każdej ulicy, w eleganckich willach, ale także na licznych bazarach. Dla turysty z Europy tajskie masaże nie są zbyt dużym wydatkiem. Tutejsi masażyści stosujący wiedzę opartą na wielowiekowej tradycji potrafią zdziałać cuda.

 

RĘCE, KTÓRE LECZĄ

 

Takie właśnie cuda z pewnością będą nam potrzebne po długiej podróży. Jak każda droga do raju wyprawa do Tajlandii nie należy do najłatwiejszych. Ten kraj dzieli od Polski ponad 8 tys. km. Na razie nie ma regularnych bezpośrednich połączeń tradycyjnych linii lotniczych z żadnego polskiego miasta do Bangkoku, choć biura podróży organizują – oczywiście – loty czarterowe: Rainbow do tajskiej metropolii, a Itaka do miasta Krabi (ich ceny zaczynają się od ok. 2800 zł za jedną osobę w obie strony). Polacy muszą zatem na ogół lecieć z przesiadką np. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – Dubaju (Emirates), Katarze (Qatar Airways), Niemczech (Lufthansa), Francji (Air France), Szwajcarii (SWISS), Holandii (KLM), Austrii (Austrian Airlines z Wiednia) czy Rosji (Aeroflot). Ta sytuacja może się wprawdzie niedługo zmienić, bo tajlandzki tani przewoźnik Thai AirAsia X planuje wprowadzić bezpośrednie kursy do Warszawy z lotniska Bangkok-Don Mueang, ale póki co trzeba się pogodzić z tym, że podróż z naszego kraju do tej części Azji trwa zazwyczaj kilkanaście godzin. Do tego dochodzi zmiana strefy czasowej. Pomiędzy Polską a Tajlandią różnica czasu wynosi 5 godz. w okresie letnim i 6 godz. w okresie zimowym. Pierwszego dnia będziemy więc musieli przestawić swoje zegarki do przodu i zmierzyć się z przykrymi objawami jet lagu. Na takie dolegliwości nie ma na nic lepszego niż właśnie relaksujący tajski masaż i filiżanka rozgrzewającej zielonej herbaty z dodatkiem imbiru i mieszanki miejscowych ziół. Potem z nowymi siłami można rozpocząć zwiedzanie, a zdecydowanie jest tu co oglądać. Tajlandia to duży kraj (o powierzchni ponad 510 tys. km²) z wieloma zabytkami i bogatą kulturą. Poza tym znajdują się w nim również rajskie plaże, na których chciałoby się odpoczywać bez końca. Już sam gigantyczny wielopoziomowy Port Lotniczy Bangkok-Suvarnabhumi stanowi przedsmak głośnego, kolorowego, egzotycznego świata, w jakim mamy się zanurzyć. Co chwilę odlatują stąd samoloty do najciekawszych miast i regionów Tajlandii: Chiang Mai, Chiang Rai, Hat Yai, prowincji Krabi czy na wyspę Phuket. Zanim wybierzemy się do jednego z tych wakacyjnych rajów, warto poświęcić trochę czasu, żeby poznać tętniącą życiem stolicę kraju.

 

AZJATYCKIE MIASTO ANIOŁÓW

 

Bangkok to najgorętsza stolica świata, a zarazem obecnie najchętniej odwiedzane miasto na ziemi (przed Londynem i Paryżem). Jego pełna nazwa w języku tajskim brzmi Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, w skrócie Krung Thep, czyli Miasto Aniołów. Żyje tu niemal 9 mln ludzi. Metropolia wystrzela w niebo setkami szklanych wieżowców, które mieszczą klimatyzowane biura i luksusowe hotele. Nad głowami przechodniów śmigają nowoczesne pociągi naziemnej kolei zwanej Skytrain. Tylko one i łodzie na rzece Menam (Chao Phraya) są w stanie uniknąć ciągłych korków. Warto pamiętać o tym, że Bangkok jest także drugim najbardziej zakorkowanym miastem świata (zaraz po stolicy Meksyku). Po plątaninie ulic w gigantycznych zatorach wolno przesuwają się tysiące samochodów. Pomiędzy nimi na pełnym gazie bohatersko przeciskają się setki skuterów i tuk-tuków. Jako kierowca zjeździłam wiele krajów, ale trzy razy zastanowiłabym się, zanim wyruszyłabym na przejażdżkę po tajlandzkiej metropolii. Poruszanie się po Bangkoku wymaga nie tylko niezwykłej sprawności i znajomości topografii miasta, ale też straceńczej odwagi. Z pewnością nie brakuje jej właścicielom tuk-tuków – małych, kolorowych trójkołowych pojazdów z pasażerską przyczepką. Choć niektórzy uważają jazdę pędzącą zmotoryzowaną rikszą bez pasów bezpieczeństwa za czyste szaleństwo, to zdecydowanie obowiązkowa atrakcja podczas każdej wycieczki do Tajlandii, zwłaszcza jeśli podróżujemy większą grupą. Gdy wyruszymy w trasę kilkoma tuk-tukami, ich kierowcy z dziką radością będą się ścigać, wyprzedzać i pogłaśniać azjatycką muzykę rozbrzmiewającą z małych radyjek. To przeżycie jedyne w swoim rodzaju, a koszt przejazdu jest niewygórowany. Trzeba jednak pamiętać, aby ostro negocjować cenę jeszcze przed zajęciem miejsca na siedzeniu pasażera, szczególnie w popularnych wśród turystów rejonach. Kierowców tuk-tuków ponosi nie tylko na drodze, ale także przy podawaniu początkowej kwoty opłaty za swoją usługę.

 

ULUBIENIEC NARODU

 

Pierwsze kroki kierujemy do największej atrakcji turystycznej miasta. Wielki Pałac Królewski jest sercem Bangkoku i stanowi obowiązkowy punkt wycieczki do stolicy. Zdobiony złotymi dachami, okazały kompleks był oficjalną rezydencją królów Tajlandii w latach 1782–1925. Leży w zakolu rzeki Menam, w samym centrum starej części miasta. Warto wybrać się tutaj do Wat Phra Kaew, aby zobaczyć słynnego Szmaragdowego Buddę wykonanego z zielonego jadeitu. Komnata, w której się znajduje, to najświętsze miejsce w kraju, a sama figura – choć niewielka (66-centymetrowa) – robi duże wrażenie. W tym rejonie Bangkoku pełno jest zabytkowych budowli i świątyń. Obok tłumnie odwiedzanych przez turystów obiektów wznoszą się zatopione w zieleni budynki rządowe i rezydencja króla Tajlandii (Amphorn Sathan Residential Hall).

 

Warto pamiętać, że w 2016 r. w wieku 88 lat zmarł ukochany władca narodu. W październiku, w rok po jego śmierci, odbędą się państwowe uroczystości pogrzebowe. Bhumibol Adulyadej, król Rama IX, rządził przez 70 lat, był wielkim reformatorem i dobroczyńcą swoich poddanych. Traktowano go tu jak dobrego ojca, a jego wspomnienie wywołuje u Tajów szczere łzy smutku. Od roku w całym kraju trwa żałoba narodowa, na ulicach rozstawione są zdjęcia władcy przepasane żałobnym kirem, a miejscowi noszą przypięte na piersi czarne wstążeczki. W samolotach tajskich przewoźników puszczane przed lotem komunikaty dotyczące bezpieczeństwa poprzedza informacja o pogrążonym w smutku narodzie. Turyści bywają zaskoczeni tym, że czasem nawet niewinna rozmowa na temat zmarłego króla może doprowadzić rozmówcę do płaczu. Dlatego w trakcie wizyty w Tajlandii należy okazywać szacunek zarówno samemu władcy, jak i wszystkim członkom rodziny panującej.

 

CHRUPIĄCE TARANTULE

 

Choć zajmujący ogromną powierzchnię Bangkok (niemal 1,6 tys. km², czyli mniej więcej trzy razy tyle co Warszawa) nie ma jednego wyraźnego centrum, wszystkie drogi prowadzą turystów odwiedzających miasto na Khao San. Ta głośna, zatłoczona ulica tętni życiem o każdej porze dnia i nocy. Można tu kupić pamiątki, ubrania i biżuterię, pyszne i bardzo tanie jedzenie przyrządzane na miejscu, owoce i świeże soki. Dla śmiałków znajdą się stragany ze smażonymi w głębokim tłuszczu larwami, skorpionami, szarańczami, chrupiącymi świerszczami i olbrzymimi tarantulami. Ci, którzy chcą poczuć dreszcz emocji, ale nie są gotowi na spróbowanie wielkiego pająka, mogą podjąć podobne kulinarne wyzwanie na targu owoców. Sprzedaje się na nim inną ciekawą osobliwość z tej części świata – kolczastego duriana. Ten nazywany królem owoców specjał wydziela mieszaninę woni z publicznej toalety i męskiej szatni pełnej graczy po wyczerpującym meczu. Nieprzyjemny zapach czuć już przez twardą skórę, dlatego sprzedawcy pracujący przy stoisku z durianami zakładają maseczki i rękawiczki, a dojrzałość towaru sprawdzają, tłukąc w niego kijem. Linie lotnicze zakazują przewożenia tego owocu w bagażu podręcznym. Hotelarze twierdzą, że jeśli ktoś zje go w pokoju, to pomieszczenie przez tydzień jest nie do użytku. Mimo tych przykrych doznań zapachowych durian uchodzi za wyjątkowo smaczny specjał wart wszelkich poświęceń… Według mnie przyjemność z jego jedzenia przypomina doznania przy delektowaniu się budyniem waniliowym z czosnkiem, ale najlepiej spróbować owocu samemu i wyrobić sobie własne zdanie.

 

AMERYKAŃSCY ŻOŁNIERZE I ŁAGODNE TAJKI

 

Bangkok- Chakri Maha Prasat Throne Hall

Kompleks Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

Kiedy już nacieszymy się atmosferą Bangkoku, możemy ruszać na spotkanie z największymi atrakcjami kraju. Turyści lubiący plażowanie i luksusowy wypoczynek powinni wybrać się do pobliskiego miasta Pattaya położonego nad Zatoką Tajlandzką. Dziś to nowoczesny kurort z setkami hoteli na wybrzeżu, ale jeszcze w latach 60. XX w. był jedynie skromną wioską rybacką. Potem zaczęli tu przyjeżdżać amerykańscy żołnierze zwolnieni ze służby po walkach w Wietnamie. Chętnie zostawali na długie miesiące skuszeni ciepłymi wodami, świecącym przez cały rok słońcem, ciągnącą się wzdłuż miejscowości plażą w kształcie księżyca, pokrytą drobnym, białym piaskiem, i – oczywiście – niezwykłą urodą i łagodnym charakterem Tajek. Z czasem miejsce przekształciło się w popularny ośrodek turystyczny. W okolicy można nurkować, surfować, pływać na nartach wodnych, żeglować, wędkować, a także wybrać się łodzią na wycieczkę na pobliskie wyspy. Kilkugodzinne rejsy organizują touroperatorzy z Ocean Marina Yacht Club, jednej z najlepszych przystani w całej Azji. Wyprawy luksusowymi jachtami są tutaj znacznie tańsze niż w Europie. Katamaran kołysze się na falach i zawija do cichych zatoczek, gdzie można zeskoczyć do wody i poczuć na własnej skórze jej przyjemne ciepło. Jeśli podpłyniemy bliżej do jednej z zielonych wysepek, spotkamy dziko żyjące małpy, które z wdzięcznością przyjmą od nas podarki w postaci świeżych owoców serwowanych na pokładzie.

 

W Pattai koniecznie trzeba odwiedzić uważany za największy na świecie targ wodny (floating market). Na targowisko składają się łodzie wypełnione po burty owocami i drewniane budynki, w których można spróbować specjałów tajskiej kuchni. Kupimy tu też pamiątki wykonane ręcznie zgodnie z miejscową tradycją. Jeśli zechcemy nieco odetchnąć od upałów, powinniśmy odwiedzić miasteczko FROST Magical Ice of Siam. Pospacerujemy w nim wśród misternych rzeźb z lodu, a przy lodowym barze napijemy się drinków w lodowych szklankach, które możemy potem stłuc o lodową ścianę. Ta atrakcja nie będzie pewnie zbyt zaskakująca dla większości Europejczyków, ale przyjemnie jest popatrzeć na rozemocjonowanych Tajów po raz pierwszy widzących lód nie w szklance z whisky.

 

Chon Buri-Pattaya Beach

Oblegany przez turystów kurort Pattaya nad Zatoką Tajlandzką

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

OŚWIECENIE I WINO

 

Jedną z wizytówek Pattai stanowi bogate życie nocne. Nieopodal centrum miasta rozciąga się ponad 3-kilometrowa plaża (Pattaya Beach). To zagłębie rozrywki z hotelami, restauracjami i galeriami handlowymi. W okolicy leży dzielnica Walking Street z setkami barów i dyskotek, słynąca również z usług erotycznych. Wbrew pozorom w Pattai znajdziemy coś nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Koniecznie trzeba odwiedzić ogromne ekumeniczne Sanktuarium Prawdy, poświęcone różnym odmianom buddyzmu i hinduizmu. Tę bogato zdobioną tysiącami rzeźb budowlę w całości wykonano z drewna, bez użycia gwoździ. Obiekt budowany jest od lat 80. XX w., wciąż jednak nie został ukończony. Zwiedzający muszą zakładać kaski, żeby wejść do środka, a przed sanktuarium mogą z pomocą pracujących tu cieśli wyrzeźbić dłutem własny wzór i pozostawić swój ślad w tym miejscu.

 

Pattaya potrafi także zaskoczyć atrakcjami unikatowymi w skali kraju. Tajlandia nie słynie wszak z regionów winiarskich, nic więc dziwnego, że większość turystów z lokalnych trunków zna jedynie whisky Mekhong (w rzeczywistości bliższą rumowi) czy orzeźwiające piwo Chang. Jednak od kilku lat rozwija się tu produkcja wina, a prawdziwym klejnotem w tym rejonie jest winnica znajdująca się niedaleko Pattai, czyli Silverlake Vineyard. Leży ona w dolinie w cieniu Khao Chi Chan (Góry Buddy) – olbrzymiej skały ze złotym wizerunkiem Buddy. W jej centrum stoi tonąca w kwiatach willa w stylu toskańskim. W tutejszej restauracji serwowane są dania kuchni tajskiej i europejskiej, do których podaje się świetne lokalne wina. Gospodynią winnicy jest znana tajska aktorka Supansa Nuangpirom, a oprócz degustacji urządza się tu wspaniałe imprezy muzyczne. Tuż obok znajduje się otwarty w maju 2016 r. park wodny – Ramayana Water Park, niezwykły kompleks ze zjeżdżalniami, sztucznymi falami, malowniczymi kanałami i wymyślnymi konstrukcjami. Można w nim spędzić relaksujące rodzinne popołudnie.

 

Ko Phi Phi

Widok na niewielką malowniczą zatokę Ton Sai na Ko Phi Phi Don

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

WYSPY ROZKOSZY

 

Zupełnie inna atmosfera panuje w wyspiarskiej części kraju. Do Tajlandii należy kilkaset wysp i wysepek. Są one bardzo zróżnicowane, przyciągają więc rozmaitych turystów. Znajdą tutaj coś dla siebie wielbiciele luksusu, wytrawni backpackerzy, rodziny z dziećmi, osoby spragnione duchowych przeżyć i chcące wypocząć w spokoju w otoczeniu dziewiczej przyrody, a także imprezowicze. Jedną z najsłynniejszych wysp jest Ko Phi Phi Le położona w cieśninie Malakka, łączącej Morze Andamańskie z Południowochińskim. W 1999 r. kręcono na niej sceny do hollywoodzkiej produkcji Niebiańska plaża z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Zachęcone tym filmem rzesze turystów zaczęły tu przyjeżdżać w poszukiwaniu raju na ziemi. Tym, którzy preferują gwarną wakacyjną atmosferę, spodoba się pobliska Ko Phi Phi Don, która składa się z dwóch grup wapiennych skał wyrastających z morza, połączonych ze sobą wąskim piaszczystym przesmykiem. Działa na niej mnóstwo hoteli, restauracji, barów, szkół sportów wodnych i dyskotek. Dla osób lubiących ciszę i kontakt z naturą idealna będzie Ko Muk, której nazwa w tłumaczeniu brzmi Wyspa Perłowa. Nie dotarła na nią jeszcze masowa turystyka. Znajdują się tutaj śnieżnobiałe plaże, skały porośnięte dziką roślinnością, plantacje kauczukowców i podwodne jaskinie, do których można dostać się łodzią. Na wyspie leży wioska rybacka, a świeże ryby i owoce morza są na niej znacznie tańsze niż w bardziej zatłoczonych rejonach popularnych wśród turystów.

 

TANIEC W ŚWIETLE KSIĘŻYCA

 

Miłośnicy dzikiej przyrody powinni odwiedzić Ko Phra Thong. Nie ma na niej utwardzonych dróg ani samochodów, a mieszkańcy żyją w tradycyjnych domach wtopionych w naturalne otoczenie. Brak rozwiniętej infrastruktury turystycznej wynagrodzi nam bogactwo fauny i flory. W Parku Narodowym Mu Ko Ra – Ko Phra Thong spotkamy żółwie morskie i makaki, zobaczymy lasy namorzynowe i zanurkujemy w lagunie kryjącej nietkniętą przez cywilizację rafę koralową. Osobom planującym wakacje z dziećmi przypadnie do gustu Ko Lanta. W tej okolicy nie ma głośnych barów i dyskotek, jest za to mnóstwo miejsc, które zachwycą najmłodszych – należą do nich wodospady, jaskinie czy gaje bananowe. Można też przejechać się na słoniu albo odwiedzić bajecznie kolorową farmę motyli.

 

Dla odmiany na Ko Pha Ngan, piątej co do wielkości wyspie Tajlandii (o powierzchni 125 km²), nie spotkamy raczej rodzin z dziećmi, ale natkniemy się na rzesze imprezowiczów. Raz w miesiącu odbywa się na niej największa na świecie i słynna w całej Azji impreza przy pełni księżyca (Full Moon Party). Młodzi ludzie przybywają wówczas z najbliższej okolicy i odległych rejonów kraju, a nawet naszego globu, żeby wziąć udział w tym niezwykłym święcie radości, tańca i muzyki. Nieco skromniejsze imprezy organizuje się na tutejszych plażach każdego dnia.

 

Królową tajlandzkich wysp jest z pewnością najsłynniejsza z nich, czyli Phuket. Jej największe miasto noszące tę samą nazwę (leżące w dystrykcie Mueang Phuket) to najpopularniejszy i chyba najbardziej zatłoczony kurort w Tajlandii. Pełno w nim eleganckich hoteli, klubów, restauracji i... domów uciech. Jednak nawet w tym królestwie cielesności Tajowie nie zapominają o sprawach duchowych. Nad miastem góruje Wat Khao Rang, świątynia z potężną, wysoką na 9 m złotą statuą siedzącego Buddy groźnie spoglądającego na położone w dole zabudowania. Na wyspie Phuket warto również zobaczyć Sanktuarium Dzikiej Przyrody Khao Phra Thaeo, chroniące dziewiczy las deszczowy. Można się tu zagubić w labiryncie egzotycznej roślinności pod koronami drzew sięgających nawet 50 m wysokości. Teren ten zamieszkują m.in. makaki, lamparty czy warany.

 

JEDWAB I SŁONIE

 

Jednak Tajlandia to nie tylko plaże i rajskie wysepki. Aby poznać zupełnie inne jej oblicze, warto wybrać się na północ do Chiang Mai. To jedno z największych miast w kraju (200-tysięczne) różni się zdecydowanie od Bangkoku – czas płynie w nim wolniej, a ludzie żyją znacznie spokojniej. Jego zabudowa w niczym nie przypomina lasu wieżowców typowych dla stolicy. W Chiang Mai większość mieszkańców nadal utrzymuje się z rolnictwa i rzemiosła. Na obrzeżach miasta znajdziemy zakłady, w których ręcznie wytwarza się papierowe parasolki i wachlarze malowane w misterne wzory. Natkniemy się tu także na fabryki słynnego tajskiego jedwabiu, gdzie na własne oczy zobaczymy, jak wygląda proces jego produkcji: od karmienia liśćmi morwy larw, poprzez gotowanie kokonów, aż po ręczne tkanie materiału na drewnianych krosnach. Historyczną część Chiang Mai otaczają pozostałości murów obronnych z bramami skierowanymi w różne strony świata. Nad miastem góruje ukryta wśród tropikalnej roślinności świątynia – Wat Phra That Doi Suthep. To prawdziwe cudo architektury, pełne przepychu, złota i misternych ozdób, a zarazem ważny ośrodek pielgrzymkowy. Z tutejszego tarasu rozciąga się szeroki widok na otoczoną górami równinę, na której leży Chiang Mai, a pomiędzy budynkami przechadzają się mnisi w ceglastoczerwonych szatach. W Tajlandii tradycja nakazuje, aby każdy mężczyzna przynajmniej raz w życiu wstąpił do klasztoru i został wyświęcony na mnicha. W klasztornych murach może spędzić całe życie albo tylko kilka miesięcy. Dopiero po tym doświadczeniu uznaje się go za dojrzałego i zdolnego do zawarcia związku małżeńskiego. Tradycji tej wierni są też tajlandzcy królowie. Mnisi żyją w ascezie, korzystają z darów dostarczanych im przez wiernych.

 

Ponad godzinę drogi od Chiang Mai znajduje się sanktuarium słoni. Elephant Nature Park zajmuje duży teren otoczony zalesionymi wzgórzami, po którym przechadzają się te majestatyczne zwierzęta. Żyją tu na wolności i to one są gospodarzami. Pod okiem opiekunów można karmić słonie świeżymi owocami albo brać udział w ich kąpieli w rzece. W parku dowiemy się także wiele o zwyczajach jego dostojnych mieszkańców. Sanktuarium działa charytatywnie na rzecz ratowania tych pięknych ssaków i dzikiej przyrody.

 

PIEKIELNIE SMACZNE

 

Na koniec kilka słów o tajskiej kuchni, która nie ma sobie równych na świecie i jest jedną z najlepszych i najzdrowszych na naszym globie. Jej podstawą są świeże przyprawy, zioła i warzywa. Niemal w każdym przepisie ważny składnik stanowią mleczko kokosowe, trawa cytrynowa, chili, liście limonki, imbir i kolendra. Naulicznych straganach wszystkie te cuda można kupić za grosze. W upalne dni zamiast niezdrowych przekąsek Tajowie (i odwiedzający Tajlandię turyści) raczą się soczystymi przysmakami wprost z drzewa. Spotkamy tu dziesiątki gatunków dziwnych, egzotycznych owoców, a niektóre nazwy trudno nawet wymówić. Na targach sprzedaje się kolczaste duriany, różowo-zielone pitaje, słodko-kwaśne longany, soczyste mangostany, orzeźwiające rambutany, ciężkie od mleka kokosy, delikatne pomelo i chyba najlepsze na świecie mango. Z tych ostatnich Tajowie robią rewelacyjny deser, niezwykle słodki, choć bez dodatku cukru. Pokrojone w kostkę mango podają z klejącym się ryżem zatopionym w mleczku kokosowym. Zresztą wszystko, co serwuje się w Tajlandii, zarówno na ulicznych straganach, jak i w wykwintnych restauracjach, jest po prostu obłędnie smaczne, czy to piekielnie pikantna zupa tom yum, smakowity makaron pad thai podawany ze słodkawymi orzeszkami, czy różne rodzaje ostrych curry lub dopiero co złowione i szybko przyrządzone owoce morza. Dzięki świeżym składnikom i lokalnym aromatycznym przyprawom potrawy tajskiej kuchni na długo zapadają w pamięć. Dla wielu osób są później jednym z ważnych powodów, aby odwiedzić ten azjatycki kraj ponownie...