Dubai.jpg

Najwyższy obecnie budynek na świecie – 830-metrowy Burdż Chali

©MATERIAŁY PRASOWE EMIRATES

 

Katarzyna Kałuża

Marcin Lewandowski

www.Travel-Bidder.com

 

O mieście, które wyłoniło się z piasków pustyni, słyszeliśmy bardzo wiele. Niewątpliwie nie ma w tym przypadku znaczenia, czy Dubaj kogoś fascynuje, czy raczej jest mu obojętny – wszystkich bez wyjątku wprawia w osłupienie fakt, że jego monumentalna zabudowa powstała w tak zaskakującym tempie. Sam słynny wieżowiec Burdż Chalifa (Burj Khalifa, niemal 830 m wysokości) urósł jak na drożdżach, otwarto go już w 6 lat po rozpoczęciu prac w 2004 r. W końcu nadszedł ten niesamowity moment i wyruszyliśmy z wizytą do niezmiernie interesujących Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA). 


Przed rozpoczęciem zwiedzania chcieliśmy zdobyć mapkę ze wszystkimi drapaczami chmur w Dubaju, aby przestać mylić ich nazwy, ale powiedziano nam, że co kilka miesięcy musielibyśmy ją aktualizować, bo nowe budynki wyrastają tutaj niczym grzyby po deszczu. Dlatego do dziś nie wiemy, który z obiektów przy autostradzie E 11 (Sheikh Zayed Road – Drodze Szejka Zajida) należał do sieci Marriott. Spośród wszystkich tych dubajskich budowli wyróżnia się tylko kilka: hotel Atlantis, The Palm, czyli bastion nie do zdobycia dla zwykłych turystów, położony na skraju sztucznej wyspy Palma Dżamira (Palm Jumeirah), hotel Burdż Al Arab (Burj Al Arab) – wieżowiec w kształcie żagla widniejący na każdej pocztówce, oraz Burdż Chalifa – wciąż jeszcze najwyższy budynek świata, przypominający gigantyczną tytanową strzykawkę. W przypadku tego ostatniego duże wrażenie wywołuje informacja, że został zaprojektowany przez to samo amerykańskie biuro architektoniczne, które stworzyło One World Trade Center (Freedom Tower – Wieżę Wolności – wzniesioną w miejscu dwóch biurowców World Trade Center, zniszczonych na skutek zamachu z września 2001 r.) w Nowym Jorku.

Same Zjednoczone Emiraty Arabskie, położone na Półwyspie Arabskim, sąsiadują z Arabią Saudyjską i Omanem. Dzielą się na 7 emiratów. My zwiedziliśmy głównie ich stolicę Abu Zabi (Abu Dhabi) i Dubaj. O nich właśnie i o tym, co jeszcze można robić w tym kraju, chcielibyśmy opowiedzieć.

Naj Dubaj

SwatchGroup_tcm17-13889.jpg

Akwarium w galerii The Dubai Mall

©DUBAI AQUARIUM & UNDERWATER ZOO



Dubaj jest miastem rzeczy największych, najwyższych, najdroższych i najbardziej niesamowitych. Choć przed odwiedzinami w nim wiele osób myśli, że przecież oglądały wszystkie jego wspaniałości w telewizji lub na zdjęciach i cały ten blichtr wcale im nie zaimponuje, nie mogą się mocniej mylić. Gdy w Dubai Marinie rozejrzymy się dookoła, zobaczymy turkusowo-srebrno-złote drapacze chmur, które wyglądają jak elementy drogiej biżuterii – najpewniej paska od luksusowego szwajcarskiego zegarka marki Breitling. Kiedy wjedziemy na 124. piętro giganta Burdż Chalifa (na zewnętrzny punkt obserwacyjny położony na wysokości 452 m), żeby tylko rzucić okiem na okolicę, zatracimy się w podziwianiu panoramy miasta oraz fotografowaniu jej. Jeśli natomiast podczas przejażdżki metrem, które niczym statek widmo porusza się nie prowadzone przez nikogo, wyjrzymy przez okno na trasie nad poziomem głównej ulicy i spróbujemy policzyć budynki, a następnie podnieść głowę na tyle wysoko, aby dojrzeć wierzchołki wszystkich wieżowców, przekonamy się, że to niemożliwe. To jednak nie koniec zaskakujących wrażeń.

W największym tutejszym centrum handlowym – The Dubai Mall – znajduje się olbrzymia kaskada, lodowisko, szkielet dinozaura czy akwarium z rekinami, płaszczkami i innymi morskimi stworzeniami (Dubai Aquarium & Underwater Zoo). Widok wielkiego drapieżnika przepływającego nad głową ochroniarza, pilnującego, żeby nikt nie zbliżał się do szyby zbiornika, to coś niesamowitego. Nic też nie bawi bardziej od płaszczki, która prezentuje brzuch z otworem gębowym przypominającym sympatyczny uśmiech. Niejedną kobietę o zawrót głowy przyprawi także stylizowany na tradycyjny targ czy wysadzane kryształami Swarovskiego szpilki wyeksponowane na obracających się szklanych stojakach jak eksponaty w muzeum. Poza tym mamy tu jeszcze wizualizację postępów budowy wieżowca Burdż Chalifa i ustawiony między kawiarniami wielki szkielet dinozaura, podświetlony setkami zmieniających kolory diod LED. Nawet smak koktajlów bananowego z daktylami lub tego ze świeżej guawy (odkrycie tego wyjazdu) jest zupełnie wyjątkowy.

Po zapadnięciu zmroku koniecznie trzeba udać się tam, gdzie ciągną tłumy, czyli przed tę olbrzymią galerię handlową na pokaz The Dubai Fountain – fontann na sztucznym jeziorze, które widoczne są ponoć nawet z kosmosu. My przyszliśmy na jeden z pierwszych spektakli wieczoru, zaczynający się o godz. 18.00. Tryskająca woda tańczyła dla nas przy muzyce Michaela Jacksona, sięgając niemal nieba. Żałowaliśmy tylko, że nie mogliśmy obejrzeć tego widowiska ze 124. piętra Burdż Chalifa lub z tarasu Armani Hotel Dubai. Niestety, za taką przyjemność musimy sporo zapłacić.

Wycieczka za miasto

Po obejrzeniu tych wszystkich dowodów potęgi człowieka i możliwości, jakie dają pieniądze, należy wybrać się na wyprawę do miejsca, gdzie sokoły zawracają – na pustynię. Najlepiej wyruszyć jeepem z odważnym kierowcą. Szybka jazda slalomem po pustynnych wydmach sprawia, że włosy stają na głowie. Uczestnicy rajdu dopiero po kilkunastu minutach zdobywają się na odwagę, aby głośniej się zaśmiać. To doskonała rozrywka, choć jedzie się właściwie całą karawaną wielu aut z zagranicznymi turystami.

Największą przyjemność takiej przejażdżki stanowi dotarcie do celu, czyli wcale nie tak skromnego tradycyjnego obozowiska wśród bezkresnych piasków pustyni. Gdy już się ściemni i podane zostaną specjały arabskiej kuchni, w tym wypiekany na miejscu chleb, zaczyna się niesamowite przedstawienie. Przed zgromadzonych gości wychodzi derwisz i zaczyna wirować. Czujemy się jak pod wpływem hipnozy, z tą różnicą, że oczy otwierają nam się coraz szerzej. Kiedy kręcąca się wraz z jego właścicielem szata nagle rozbłyska dziesiątkami lampek, do głowy przychodzi nam parada w Chinatown i wybuchamy z trudem powstrzymywanym śmiechem. Wciąż jednak nie możemy wyjść z podziwu dla tancerza, który od wielu minut nie przestaje obracać się wokół własnej osi.

Ognisko płonie, w powietrzu unosi się słodki zapach aromatycznego tytoniu do fajki wodnej i wtedy na wyłożonej barwnymi dywanami scenie pojawia się piękna tancerka brzucha. Jej ruchy są tak ponętne, że niemal chcemy jej przerwać i narzucić na jej ciało jakieś okrycie, bo przecież jesteśmy w państwie, w którym kobiety powinny skromnie ukrywać swoje wdzięki pod długimi szatami. Powstrzymujemy się jednak i dalej palimy sziszę, a potem zjadamy do końca resztki najlepszego na świecie hummusu i wreszcie ruszamy do wyjścia na dźwięk odpalanych silników samochodów. To był naprawdę dobry wieczór.

Historia a nowoczesność

Za dnia postanowiliśmy zapoznać się z miejscową historią i kulturą, więc udaliśmy się do Muzeum Dubajskiego (Dubai Museum) w najstarszej budowli w mieście – forcie Al Fahidi z ok. 1787 r. Na niewielkiej przestrzeni zgromadzono w nim naturalnych rozmiarów figury dawnych poławiaczy pereł, kupców i robotników, a także przedmioty znalezione przez archeologów. Największe wrażenie robi na nas ekspozycja poświęcona wyławianiu perłopławów. Przewodnik podkreśla, jak istotne znaczenie miało zaufanie między nurkiem, potrafiącym wstrzymać oddech dłużej niż przeciętny człowiek podczas lawirowania wśród niebezpiecznych gatunków ryb, a sternikiem, odpowiedzialnym za wyciągnięcie tego pierwszego z wody, gdy ten szarpnie za linę lub zbyt długo przebywa na dnie (co mogło oznaczać, że stało mu się coś złego lub… próbuje ukryć cenne znalezisko). Sama twierdza stoi pośrodku placu i wydaje się, jakby nikogo nie obchodziła. Nie widać wokół niej zbyt wielu turystów ani szczególnego ożywienia. Zupełnie jakby od tego reliktu przeszłości wszyscy chcieli się odciąć, a przecież w swojej skromności i prostocie jest niezwykle piękny, choć zdecydowanie odróżnia się od supernowoczesnej zabudowy miasta.

Po zwiedzeniu muzeum i fortu podążamy na tradycyjny Targ Złota (Gold Souq, Gold Souk). Szukamy słynnej sztabki, która waży ponoć tyle, że nie sposób jej podnieść, a ten, komu uda się ta sztuka, może ją zatrzymać. W końcu ją znajdujemy – 160 kg błyszczącego kruszcu chroni pancerna gablota. Rezygnujemy więc z próby z góry skazanej na niepowodzenie. Przewodnik prowadzi nas następnie do sklepu z największym pierścieniem i klejnotem na świecie. Przed nim już stoi tłum turystów robiących zdjęcia drogocennej ozdoby, która raczej pasowałaby na palec nowojorskiej Statui Wolności niż człowieka. Idziemy dalej, ignorując zaczepki tutejszych handlarzy, i docieramy do automatu ze złotem. Przyglądamy mu się z niedowierzaniem. Co dziwne, nie ustawia się do niego kolejka, nikt nie ma ochoty z niego skorzystać... W witrynach kolejnych sklepów widzimy istne dzieła sztuki – ubrania wykonane ze złotych blaszek. Na taką kreację z dużym prawdopodobieństwem skusiłaby się ekscentryczna piosenkarka Lady Gaga. Podziwiamy kunszt artystów, zachwycamy się odcieniami złota, a odchodząc, zastanawiamy się, czy aby na pewno kupienie tutaj jakichś pamiątek w ramach inwestycji nie byłoby dobrym pomysłem…

Spotkanie w porcie

Nadchodzi zmrok, więc kierujemy się w stronę portu. Czeka tam na nas spora łódź oświetlona lampionami. Zanim wejdziemy na jej pokład, chcemy jeszcze przejść się wzdłuż nabrzeża, aby przyjrzeć się rybakom oporządzającym dzisiejszy połów. Tuż przed nami na chodniku ląduje nagle stos przeróżnych ryb. Miejscowi sortują je, nie zwracając na nas uwagi, a my uświadamiamy sobie, że nareszcie jesteśmy wśród prawdziwych dubajczyków – mieszkańców, którzy wprawiają w ruch całą tę imponującą machinę. Spędzamy tu dłuższą chwilę. Nie krępujemy się wejść na pobliską łódkę i zajrzeć do dziury pod pokładem, z której jeden z rybaków wyrzuca świeżą zdobycz. Swoim zachowaniem wywołujemy tylko uśmiech na twarzach pracujących ludzi.

Zadowoleni wracamy na nasz mały statek. Czekają już na nas stoliki i bufet zrobiony z tradycyjnej łódki dau (dhow). Do jedzenia przygotowano nam soczyste owoce, typowe arabskie potrawy i dania kuchni włoskiej przyrządzane na naszych oczach. Po całym dniu chodzenia po Dubaju z radością rozsiadamy się wygodnie na górnym pokładzie, chłodzimy wiatrem i podziwiamy światła miasta. Nasza uwaga znów skupia się na lesie ogromnych hoteli. Właściwie założenie prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich (urzędującego od listopada 2004 r. Chalifa ibn Zajida Al Nahajjana) jest słuszne – gdy ropa się skończy, zostaną turyści, których liczba powiększa się znacząco z roku na rok.

Luksus i szybkie samochody

Galleria-Ferrari.jpg

Model bolidu Formuły 1 w parku tematycznym Ferrari World Abu Dhabi

©FERRARI WORLD ABU DHABI



Ponieważ czujemy jeszcze pewien niedosyt, następnego dnia wsiadamy do auta i pokonujemy korki stulecia, aby dojechać do stolicy kraju, czyli Abu Zabi. Nasz opiekun zabija czas, opowiadając o zamiłowaniu szejka Muhammada ibn Raszida Al Maktuma (premiera i wiceprezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich i emira Dubaju) do przejażdżek po miejskich ulicach. Podobno sam prowadzi samochód, nie korzysta z usług ochrony, a nawet wtapia się w tłum rodowitych mieszkańców (którzy w 9,5-milionowych Zjednoczonych Emiratach Arabskich stanowią zaledwie ok. 15 proc.), żeby podpytać, co u nich słychać.

Wreszcie docieramy do granic miasta. Można je chyba śmiało porównać z ekskluzywną dzielnicą Bel Air w kalifornijskim Los Angeles, a to ze względu na eleganckie wille należące do znamienitych abuzabijczyków i członków rodziny emira Abu Zabi (Al Nahajjan). Mijamy imponujący, lecz nieczynny tego dnia dla odwiedzających Wielki Meczet Szejka Zajida wzniesiony z białego marmuru. Doskonale wiemy, gdzie chcemy jechać. Za cel obraliśmy sobie uważany za najbardziej luksusowy hotel na ziemi – Emirates Palace. Gdy się do niego zbliżamy, przekonujemy się, że wcale się nie zawiedliśmy – obiekt jest niesamowity, a myśleliśmy, iż już nic nas w tym kraju nie zaskoczy. W środku na gości czekają rozległe wnętrza ozdobione złoceniami i ręcznie tkanymi dywanami za milion dolarów za sztukę, klucze do pokoi w kształcie złotych monet i kawa z wielbłądzim mlekiem i płatkami złota oraz bankomat, zamiast banknotów wypłacający sztabki złota. Naprawdę trudno nie być pod wrażeniem.

Wreszcie przyszła pora na rozładowanie emocji, a to najlepiej wychodzi w Ferrari World Abu Dhabi – wielkim kompleksie poświęconym tej jednej z najbardziej ekskluzywnych marek samochodów na świecie. Okazało się, że dwie godziny to za mało, żeby obejść wszystkie tutejsze atrakcje i sfotografować każdy model auta w tym parku tematycznym. Sporo czasu straciliśmy jednak na czekanie w kolejce do pierwszego rzędu Formula Rossa, gdyż za punkt honoru wyznaczyliśmy sobie, że pojedziemy na samym przedzie najszybszej kolejki górskiej na naszym globie (rollercoastera w kształcie bolidu Formuły 1), a wszelkie niepożądane konsekwencje z tym związane zostaną tylko między nami i na zawsze w Abu Zabi. Na koniec mogliśmy sobie pozwolić jedynie na skorzystanie z przeznaczonej dla dzieci rozrywki Speed of Magic, która choć była seansem kina 4D, wywołała jeszcze bardziej niechciane skutki niż przejażdżka z prędkością 240 km/godz. Mimo to niczego nie żałujemy.

Z wiatrem we włosach

shoping1_copy.jpg

Powstałe 10 lat temu duże centrum handlowe Ibn Battuta Mall w Dubaju

©GOVERNMENT OF DUBAI, DEPARTMENT OF TOURISM AND COMMERCE MARKETING


Zjednoczone Emiraty Arabskie to także świetne miejsce na aktywny wypoczynek. Wielbiciele tego typu spędzania czasu mają tu do wyboru różne propozycje.

Dużą popularnością cieszą się w tym kraju sporty motorowe. Ze względu na sprzyjające przepisy podatkowe jego zamożni mieszkańcy mogą kupować kolejne nowe samochody. Niektóre auta kosztują tutaj nawet o połowę mniej niż w Europie. Oprócz tegolokalne ceny paliw zaliczają się do najniższych na świecie (ok. 1,5 zł za litr benzyny), a wielopasmowe autostrady, gdzie obowiązuje ograniczenie prędkości do 140 km/godz., zapewniają szybką i wygodną komunikację. W godzinach szczytu tworzą się co prawda korki, ale nie zniechęca to zmotoryzowanych, bo wiedzą, że szejk wkrótce każe wybudować nowe drogi lub poszerzyć istniejące, aby ten problem rozwiązać. Dodatkowo w Abu Zabi znajduje się tor Formuły 1 (Yas Marina Circuit) i wspomniane centrum Ferrari World Abu Dhabi, gdzie oprócz szalonej przejażdżki najszybszym rollercoasterem na ziemi można pościgać się na gokartach i na symulatorze jazdy F1 oraz skorzystać z mnóstwa innych niesamowitych atrakcji. Dla tych osób, które nie przepadają za pędzącymi kolejkami, przygotowano m.in. wystawę samochodów czy bolid Ferrari udostępniony do pamiątkowych zdjęć.

Abu Zabi promowano niedawno w filmie Szybcy i wściekli 7, w którym bohaterowie dokonywali zapierających dech w piersiach wyczynów kaskaderskich w swoich autach. Wszystko to sprawia, że w Zjednoczonych Emiratach Arabskich panują idealne wręcz warunki do uprawiania wszelkiego rodzaju sportów motorowych.Prawie każde miejscowe biuro podróży oferuje wyprawy off-roadowe na pustyni, podczas których istnieje dodatkowo możliwość jazdy na quadach. Jeśli ktoś zostawi samochód w garażu, ma do dyspozycji szybki i wygodny transport publiczny, w tym w pełni zautomatyzowane ciche metro wyposażone w klimatyzację. Równie sprawnie funkcjonuje także sieć autobusowa, a przystanki są klimatyzowane. Dlatego też na miejskich ulicach (poza centrum) właściwie nie widać pieszych.

Zapaleni biegacze również nie muszą rezygnować ze swojej ulubionej aktywności podczas wizyty w tym kraju. Jogging najlepiej jednak uprawiać już po zapadnięciu zmroku, kiedy temperatura powietrza znacznie się obniża, a ruch uliczny – zmniejsza. Ponieważ w Zjednoczonych Emiratach Arabskich odnotowuje się bardzo niski poziom przestępczości, wieczorem można się tu czuć bezpiecznie. Mimo to bieganie np. po Dubaju wcale nie jest takie łatwe. Wzdłuż ulic nie zawsze są poprowadzone chodniki, a skrzyżowania, poza ścisłym centrum, raczej nie przewidują przejść dla pieszych. Większość amatorów tego sportu udaje się zatem do Parku Safa (największego terenu zielonego w mieście, zajmującego powierzchnię 64 ha), w którym znajduje się długa na 3,4 km pętla. To zdecydowanie najlepsza dostępna dubajska ścieżka biegowa.

Na śniegu i w wodzie

Jeśli ktoś sądzi, że na Półwyspie Arabskim nie da się zaznać uroków białego szaleństwa, to bardzo się myli. Taką właśnie rozrywkę oferuje Ski Dubai – pierwszy całoroczny kryty ośrodek narciarski na Bliskim Wschodzie. Zbudowano go w jednym z większych centrów handlowych w Dubaju, czyli Mall of the Emirates. Zajmuje on powierzchnię 22,5 tys. m² (tyle, co 3 pełnowymiarowe boiska do piłki nożnej). Na tym pokrytym prawdziwym śniegiem terenie znajduje się 5 różnych tras, z których najdłuższa ma 400 m. Na jazdę na nartach lub snowboardzie można zdecydować się spontanicznie. Miła obsługa pomaga gościom zarejestrować się i wypożyczyć dopasowany sprzęt oraz odpowiedni strój. Swoje rzeczy zostawia się w depozycie. Standardowy bilet upoważnia do 2-godzinnego pobytu na sztucznym stoku. Trzeba jednak pamiętać, że pomimo panujących na zewnątrz upałów (30–40°C) w ośrodku Ski Dubai temperatura spada nawet do -4°C, a ryzyko odniesienia kontuzji jest takie samo jak w górach. Dlatego warto założyć czapkę i rękawiczki, a jeśli dopiero stawia się pierwsze kroki w sportach zimowych, skorzystać z opieki instruktora. Osobom, które wolą uprawiać narciarstwo w naturalnych warunkach, polecamy sandskiing albo sandboarding, czyli jazdę na nartach lub desce po piaszczystych wydmach.

W gorącym klimacie człowiek instynktownie myśli o wskoczeniu do wody. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich każdy z 5-gwiazdkowych hoteli oferuje możliwość popływania w basenie. Dla wielbicieli tego typu rozrywek powstały rozległe parki wodne: Wild Wadi i Aquaventure Waterpark w Dubaju, Wadi Adventure w Al-Ajn, Dreamland Aqua Park w Umm al-Kajwajn oraz niesamowity Yas Waterworld w Abu Zabi.Na obszarze całego państwa nie ma rozwiniętej sieci rzecznej, ale jego terytorium posiada dostęp do zatok: Perskiej i Omańskiej. Pod opieką ratowników można kąpać się np. przy plaży Saadiyat w Abu Zabi (Saadiyat Public Beach). Poza tym na wybrzeże ściągają amatorzy snorkelingu, nurkowania, surfingu, wind- i kitesurfingu, kajakarstwa, wędkarstwa oraz przejażdżek skuterami wodnymi.

Wszystkie odwiedzane przez nas hotele wyposażone były też w klimatyzowane sale do zajęć fitness. Sposobów na aktywne spędzanie czasu w tym kraju znajdziemy zresztą jeszcze wiele. Należą do nich m.in. wycieczki po Dubaju wypożyczonym rowerem miejskim, wyprawy konne lub na wielbłądach, jazda na łyżwach (np. w Dubai Mall), a także gra w paintball (w ośrodku Pursuit Games Paintball Dubai).

Osoby z zasobniejszym portfelem mogą również wykupić lot helikopterem, balonem (Balloon Adventures Emirates) bądź samolotem i skoczyć ze spadochronem (Skydive Dubai). Zwolenników spokojniejszych rozrywek zapraszają tutejsze profesjonalne pola golfowe. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich na pewno nikt nie będzie się nudził.

Całkiem inne miasto

W Dubaju i Abu Zabi czas płynie niezmiernie szybko. Nasze tygodniowe zwiedzanie obu miast zakończyliśmy tak z poczuciem satysfakcji, jak i niedosytu. Nie zdołaliśmy przecież zobaczyć jeszcze tylu rzeczy i poznać wszystkich oferowanych przez nie atrakcji. Gdy wjeżdżaliśmy do Dubaju, nasz towarzysz podróży pokazał nam jeden z placów budowy i powiedział: Zapamiętajcie to miejsce i te fundamenty. Kiedy tutaj następnym razem zawitacie, będzie tu już stał nowy budynek, a całe miasteczko, według założeń, zostanie oddzielone od stałego lądu i znajdzie się na wyspie. Istnieje szansa, że zobaczymy to za rok. Mamy więc po co wracać.

Artykuły wybrane losowo

Rajskie wyspy Indonezji

 Prambanan temple

Hinduistyczny kompleks Prambanan na Jawie

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MAJA KAŹMIERCZAK-BARTHEL

www.TRAVELINGROCKHOPPER.COM

 

Według mnie Indonezja słynie z licznych wulkanów, tradycyjnego dania „nasi goreng”, orangutanów z Sumatry i Borneo oraz waranów z Komodo. Choć każdy z moich przykładów da się uzasadnić, większość osób kojarzy ją jednak z rajską Bali. Czy właśnie ta wyspa najlepiej reprezentuje cały kraj? Zdecydowanie nie i… trochę tak.

 

Indonezja leży w Azji Południowo-Wschodniej i częściowo Oceanii. To największe wyspiarskie państwo na świecie (o powierzchni ponad 1,9 mln km²). Swoimi granicami obejmuje 17 508 wysp, z czego mniej więcej 6 tys. pozostaje zamieszkanych. Ten rozległy kraj oddziela Pacyfik od Oceanu Indyjskiego.

 

Przy tak dużym wyborze naprawdę trudno zdecydować, gdzie zawitać podczas podróży po Indonezji. Mnóstwo jej wysp kusi turystów obietnicą rajskich wakacji. W tym ogromie znajduje się wiele prawdziwych perełek.

 

KRAINA BOGÓW

 

Bali z jednej strony jawi się jako turystyczny eden, egzotyczna kraina o wyjątkowej kulturze, z cudowną przyrodą, piaszczystymi plażami i idealną pogodą. Z drugiej strony wiele osób mówi, że wyspa jest przereklamowana, zatłoczona czy wręcz niewarta odwiedzenia, ponieważ w Indonezji znajduje się mnóstwo ciekawszych miejsc. Obie te opinie są słuszne. Na Bali funkcjonują rewelacyjne resorty, ale także kiepskiej jakości hotele. Rozwinęła się tu interesująca kultura i balijska odmiana hinduizmu, przetrwał odrębny język (balijski, basa bali), jednak inne rejony kraju też są wyjątkowe. Na wyspie leży dużo pięknych plaż, lecz wiele z nich jest zatłoczonych. W tym regionie panuje klimat równikowy z dwoma porami w roku: suchą i deszczową. W trakcie trwania tej drugiej (zazwyczaj od października do kwietnia) nie należy raczej spodziewać się idealnej pogody. Mnóstwo miejsc na Bali ma charakter typowo turystyczny, komercyjny, ale nie wszystkie, uchowało się tutaj również wiele urokliwych zakątków. Choć to nieduża wyspa (ma ponad 5,5 tys. km² powierzchni), jednak jest na tyle rozległa, że dzięki sporemu zróżnicowaniu prawie każdy znajdzie na niej coś dla siebie. Zdecydowanie warto ją odwiedzić i poznać rozmaite jej oblicza. W końcu nie bez przyczyny nazywana bywa krainą bogów.

 

Jednym z powodów, dla których turyści udają się na Bali, są jej przepiękne plaże. Wybrzeże wyspy w wielu miejscach pokrywa biały piasek. Natkniemy się też na czarne, wulkaniczne brzegi (plaża Lovina na północy), także bardzo malownicze. Amatorzy wszelkich sportów wodnych poczują się tu jak w raju. Ogromną popularnością cieszą się surfing i nurkowanie. Ciekawą atrakcję stanowi poza tym obserwowanie delfinów.

 

Indonezja jest w większości muzułmańska (powyżej 87 proc. ludności), jednak Balijczycy wyznają przede wszystkim lokalną odmianę hinduizmu (ok. 83,5 proc. mieszkańców wyspy), co w dużej mierze sprawiło, że kultura balijska tak bardzo różni się od tej z innych rejonów kraju. Na Bali znajduje się ponad 6 tys. świątyń hinduistycznych! Nie sposób ich wszystkich odwiedzić, ale do kilku koniecznie należy się wybrać, gdyż są dość specyficzne. Jedne z piękniejszych to np. Besakih na zboczu góry Agung (3031 m n.p.m.), Tirta Empul i Gunung Kawi w mieście Tampaksiring, sanktuarium Goa Gajah (Jaskinia Słonia) koło Ubud, zbudowana na klifie XI-wieczna świątynia Uluwatu (zwana również Luhur Uluwatu) oraz dwie najchętniej fotografowane budowle: Ulun Danu Bratan nad brzegiem jeziora Bratan i usytuowana na skale Tanah Lot niedaleko Denpasar.

 

Zwiedzanie obiektów sakralnych na wyspie można połączyć z oglądaniem przedstawienia muzyczno-tanecznego. Mimo iż takie spektakle bywają zwykle przeznaczone głównie dla turystów, warto je zobaczyć, gdyż prezentują interesujące elementy balijskiej kultury. Do typowych widowisk należy pokaz tańca lwa (barong), ilustrującego wieczną walkę dobra ze złem.

 

Podczas pobytu na Bali albo w innej części Indonezji polecam zainteresować się także batikiem. To technika malowania tkanin polegająca na nakładaniu wielu warstw wosku na materiał, a następnie zanurzaniu go w barwniku, który farbuje jedynie nie pokryte niczym miejsca. Aby uzyskać rozmaite efekty, proces woskowania i farbowania powtarza się wielokrotnie. Ta metoda zdobienia znana jest w różnych krajach, np. w Indonezji, Malezji, Singapurze, Indiach, Bangladeszu, Nigerii, Senegalu, Mali, Chinach, Japonii, Iranie, na Sri Lance i Filipinach. Historia batiku sięga starożytności, już w IV w. p.n.e. w Egipcie używano podobnie dekorowanych tkanin do owijania zwłok. Co ciekawe, ten indonezyjski uchodzi za zdecydowanie najsłynniejszy. W 2009 r. batik z Indonezji wpisano na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od tego czasu tutejszy rząd zachęca obywateli, aby w piątki nosili ubrania wykonane z tak zdobionych tkanin, a 2 października obchodzi się w kraju Dzień Batiku.

 

Ciekawą atrakcją Bali jest również Małpi Las Ubud (Ubud Monkey Forest). To park o powierzchni ok. 12,5 ha. Żyje w nim mniej więcej 700 małp (makaków krabożernych), występują tutaj rozmaite gatunki roślin i znajdują się trzy świątynie. Wizyta w tym miejscu powinna być doznaniem duchowym, przynieść nam spokój i równowagę.

 

Jeden z moich ulubionych rejonów na wyspie stanowią tarasy ryżowe (Tegallalang lub Jatiluwih). Ryż jest podstawowym produktem spożywczym na Bali (jak i w całym kraju), częścią tutejszej kultury. Co więcej, jego uprawa to ważny element indonezyjskiej gospodarki. Indonezja znajduje się na trzecim miejscu wśród największych światowych producentów ryżu (po Chinach i Indiach). Niestety, uprawianie tej rośliny stanowi skomplikowane i trudne zajęcie. W Azji rolnicy coraz częściej rezygnują z pracy na polu, gdy widzą, że łatwiej czerpać dochody z branży turystycznej. Trudno im się dziwić, ale żal patrzeć na niszczejące tarasy ryżowe.

 

Bali szczyci się też typowo indonezyjską atrakcją, jaką są wulkany. Dwa najsłynniejsze to Batur (1717 m n.p.m.) i Agung (3031 m n.p.m.). Ze szczytu pierwszego z nich turyści często podziwiają zachwycający wschód słońca. Góra Agung jest wyższa i wspinaczka na nią wymaga dużo więcej wysiłku. Na dodatek od sierpnia 2017 r. aktywność tego wulkanu bardzo wzrosła i w listopadzie doszło do kilku znacznych wybuchów. Z tego powodu odwołano wszystkie loty z i na Bali, a wiele osób ewakuowano. Większa erupcja może całkowicie odmienić oblicze wyspy...

 

RAJ BEZ TURYSTÓW

 

Jeżeli wakacje na Bali ciągle nie brzmią do końca przekonująco, polecam wybrać się na Lombok. Obie wyspy są do siebie podobne pod względem przyrodniczym (niektóre miejsca nawet mają takie same nazwy, np. plaża Kuta). Lombok bywa jednak słusznie nazywana Bali bez tłumów. Warto się spieszyć, żeby ją odwiedzić, bo każdego roku przybywa na nią coraz więcej turystów.

 

Na wyspie znajdują się wspaniałe plaże (w tym wyjątkowa różowa Tangsi), piękne wodospady (Benang Kelambu i Senaru), góry i wulkany. Jej okolica świetnie nadaje się do surfowania i nurkowania. Lombok to również znakomite miejsce na romantyczną podróż dla nowożeńców. Tutejsze tradycje i kulturę można poznać bliżej w wiosce grupy etnicznej Sasak.

 

Na północy wyspy wznosi się jeden z najwyższych i najbardziej aktywnych indonezyjskich wulkanów – Rinjani (3726 m n.p.m.). Wyprawa na jego szczyt zajmuje ok. dwa–trzy dni, mimo to przyciąga on wielu chętnych. Z góry rozpościera się wspaniała panorama na całą Lombok, widać nawet pobliską Bali.

 

U północno-zachodnich wybrzeży leżą tu trzy małe wysepki Gili. Dość długo ten archipelag był uznawany za rajski, idealny na idylliczne wakacje dla mniej zamożnych turystów. Obecnie wszystko się zmienia, jednak wysepki Gili ciągle wydają się być ciekawą propozycją turystyczną.

 

SEN NA JAWIE

 

bromo

Rozległa kaldera Tengger z dymiącym kraterem czynnego wulkanu Bromo

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Najbardziej zaludnioną wyspę na świecie stanowi indonezyjska Jawa. Zamieszkuje ją aż ok. 145 mln osób. Zdecydowanie nie brzmi to jak zachęta do jej odwiedzenia, ale jest tutaj kilka wspaniałych miejsc, bez zobaczenia których wizyta w Indonezji byłaby niepełna. To właśnie na Jawie znajdują się mistyczne świątynie Borobudur i Prambanan, zachwycające okolice z wulkanami Bromo (2329 m n.p.m.) i Ijen (2443 m n.p.m.) oraz Madakaripura – wodospad pozostający na długo w pamięci. Tutejsze cuda wbrew nazwie wyspy wydają się jak ze snu.

 

Zwiedzanie najlepiej zacząć od ponad 400-tysięcznej Yogyakarty (Jogyakarty). Uchodzi ona za centrum kultury i sztuki jawajskiej. Miasto jest warte zobaczenia, a do tego tutejsze restauracje kuszą smaczną kuchnią. Z Yogyakarty obowiązkowo trzeba wybrać się do wspomnianych wyjątkowych zabytków sakralnych.

 

Borobudur należy do największych buddyjskich świątyń na świecie. Pochodzi według szacunków z VIII–IX w. W 1991 r. obiekt ten został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Moim zdaniem to najpiękniejsza i najciekawsza świątynia w Indonezji, nie tylko ze względu na detale architektoniczne, liczne rzeźby (m.in. 504 posągi Buddy) i płaskorzeźby (2672 reliefy). Zachwyca także jej okolica. Jedynie ogromna popularność tego miejsca, a co za tym idzie, ściągające tu codziennie tłumy turystów, mogą odstręczać od wizyty. Co ciekawe, kompleks Borobudur przez kilka stuleci był ukryty pod pyłem wulkanicznym i porośnięty bujną roślinnością. Został opuszczony prawdopodobnie na przełomie X i XI w., ale dopiero w 1814 r. natrafiono na pierwsze ślady budowli. Przez kolejne lata odkrywano ją po kawałku, a obecnie jest jedną z głównych atrakcji kraju.

 

Prambanan to hinduistyczny zespół świątynny z połowy IX w. Ten największy tego typu obiekt w Indonezji umieszczono zresztą w 1991 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niestety, w wyniku trzęsień ziemi, zwłaszcza ostatniego z maja 2006 r., wiele miejscowych świątyń zostało zniszczonych. Niektóre z nich odbudowano, ale część nadal czeka na renowację. Prambanan również uchodzi za jedną z ważniejszych atrakcji kraju. Każdego dnia odwiedzają go rzesze turystów. Jednak i tu można znaleźć spokój i miejsce tylko dla siebie.

 

W Indonezji jest prawie 130 czynnych wulkanów. Na Jawie, o ile pozwalają na to względy bezpieczeństwa, polecam odwiedzić okolice Bromo i Ijen. Czasem z powodu dużej aktywności nie zaleca się wycieczek w ich rejony. Należy więc wcześniej sprawdzić aktualną sytuację.

 

Najpopularniejszy w Indonezji Bromo wchodzi w skład masywu Tengger. Najaktywniejszym i najwyższym wulkanem na Jawie jest jednak Semeru (zwany też Mahameru, 3676 m n.p.m.). Od 1967 r. regularnie (co ok. 20 min.) wydobywa się z niego dym, a czasem wydostają się również chmury pyłu lub kamienie. Bromo i Semeru położone są wewnątrz kaldery o średnicy mniej więcej 10 km i otoczone przez tzw. morze piasków (z drobnego piasku wulkanicznego). Okolica wulkanów stanowi popularne miejsce na podziwianie wschodu słońca. Jakkolwiek banalnie to brzmi, zapewniam, że jest cudownym doświadczeniem. Wyłaniający się spod pierzyny chmur krajobraz wygląda niesamowicie. Po przeżyciach natury estetycznej można pokrążyć w pobliżu i nawet zajrzeć do krateru. W drodze powrotnej trzeba koniecznie zobaczyć Madakaripurę – według mnie jeden z najwspanialszych wodospadów w Azji.

 

Równie wyjątkowo prezentuje się zespół czynnych wulkanów Ijen (Kawah Ijen, Gunung Iljen). W jednym z kraterów znajduje się największe na świecie kwaśne jezioro charakteryzujące się pięknym turkusowym kolorem. Ijen często bywa celem nocnych wycieczek, których uczestnicy chcą zobaczyć tzw. niebieski płomień. Zjawisko to zachodzi na skutek wysokiego stężenia związków siarki. Nie jest to jedyne miejsce na naszym globie, gdzie można je obserwować, jednak w Indonezji widuje się największe niebieskie ognie. Niestety, okolica słynie także z niezmiernie ciężkich warunków pracy. Mężczyźni wydobywający siarkę wspinają się po zboczu, aby dostać się do złóż. Nie mają żadnego specjalistycznego sprzętu, strojów ochronnych czy chociażby masek przeciwgazowych. Rozłupują ogromne bloki, a potem układają żółte bryły w dwóch sporych koszach i niosą je na plecach stromą i długą ścieżką. Mimo włożonego wielkiego wysiłku nie zarabiają zbyt dużo. Na ten temat nakręcono kilka filmów dokumentalnych, m.in. Śmierć człowieka pracy (Workingman’s Death) z 2005 r. w reżyserii Austriaka Michaela Glawoggera.

 

Na Jawie znajduje się również stolica, a zarazem największe miasto Indonezji – ponad 10-milionowa Dżakarta. Nie jest ona jednak zbyt ciekawa. Właściwie warto polecić w niej jedynie piękny park Taman Mini Indonesia Indah, który prezentuje w miniaturze rozmaite atrakcje kraju. Wizyta w nim może być swojego rodzaju inspiracją do odwiedzenia poszczególnych wysp. Dżakarta sprawia też wrażenie najbardziej holenderskiego miejsca w Indonezji. Przez kilka wieków nazywana była Batawią (od 1619 do 1949 r.) i stanowiła stolicę Holenderskich Indii Wschodnich (od 1800 do 1949 r.). Dziś w Holandii działa wiele restauracji indonezyjskich. W Indonezji można za to spotkać Holendrów i znaleźć wiatraki.

 

 Sunrise at Kawah Ijen

Turkusowe kwaśne jezioro wulkaniczne w aktywnym kraterze Kawah Iljen

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

U ORANGUTANÓW

 

Sumatra to szósta pod względem wielkości wyspa na świecie (ma powierzchnię ponad 443 tys. km²) i największa należąca w całości do Indonezji. Słynie ona przede wszystkim z przepięknej przyrody. Znajdziemy tutaj tropikalne lasy, wulkany i jeziora. Poza tym wyspę zamieszkuje także endemiczny gatunek orangutana (orangutan sumatrzański). Polecam szczególnie dwa akweny na Sumatrze – Toba i rzekę Bahorok.

 

Pierwszy z nich to największe jezioro wulkaniczne na świecie, które powstało po wybuchu ogromnego wulkanu, prawdopodobnie ok. 75–80 tys. lat temu. Toba ma powierzchnię 1130 km². Znajduje się na nim wyspa o nazwie Samosir. Okolica cieszy się dużą popularnością wśród Indonezyjczyków, ale niewielu obcokrajowców słyszało o tym miejscu. Muszę przyznać, że otoczenie jeziora wygląda całkiem przyjemnie, wokół wznoszą się majestatyczne góry, jest tu spokojnie (prawie nie ma turystów) i można wypocząć. Jednak bardzo rozczarowała mnie jakość wody. Niestety, obecnie Toba nie nadaje się nawet do pływania. Widok ludzi myjących w nim kanistry na benzynę zdecydowanie nie polepsza sytuacji. Może kiedyś się to zmieni.

 

Lasy deszczowe na Borneo i Sumatrze zamieszkują orangutany. Te wyjątkowe zwierzęta są dziś zagrożone wyginięciem. Ich populacja zmniejsza się ze względu na wycinanie drzew i wypalanie skupisk leśnych (często nielegalne). Uważam, że podczas podróżowania po świecie trzeba zachowywać się odpowiedzialnie i starać się jak najmniej wpływać na miejsca, do których się trafia. Dotyczy to szczególnie środowiska naturalnego. Polecam więc odwiedzać rezerwaty (a nie ogrody zoologiczne), gdzie można nauczyć się czegoś o ich mieszkańcach i dowiedzieć się, jak pomóc przetrwać zagrożonym gatunkom. Jednym z takich obszarów specjalnej ochrony jest sanktuarium w miejscowości Bukit Lawang na Sumatrze. Ośrodek nad rzeką Bahorok został założony w 1973 r. właśnie z myślą o osieroconych, rannych lub urodzonych w niewoli orangutanach. To wspaniałe centrum rehabilitacji leży na wschodnim skraju Parku Narodowego Gunung Leuser.

 

NA GRANICY

 

Trzecią co do wielkości wyspę na świecie stanowi Borneo (ma blisko 750 tys. km² powierzchni). Jej terytorium jest podzielone między trzy kraje: Malezję, Brunei i Indonezję. Do tego ostatniego należy największy obszar (ok. 73 proc. powierzchni wyspy). Borneo po indonezyjsku nazywa się Kalimantan. Co ciekawe, nie ma na niej wulkanów (z wyjątkiem Bombalai w malezyjskiej części), nie występuje również zagrożenie tsunami. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyspę pokrywały głównie lasy deszczowe. Niestety, ten stan bardzo drastycznie się zmienił. Niemniej dla turystów Borneo wciąż jest wielkim tropikalnym lasem z rozmaitymi gatunkami roślin i zwierząt. W indonezyjskiej części wyspy obowiązkowo trzeba odwiedzić Park Narodowy Tanjung Puting słynący z ochrony orangutanów i nosaczy sundajskich.

 

WSPANIAŁY OGRÓD

 

Sulawesi (Celebes) leży między Borneo i Molukami (Wyspami Korzennymi). Jest jedną z głównych wysp Indonezji (ma ponad 180 tys. km² powierzchni), ale ciągle pozostaje niemal nieodkrytą perełką. Znajdują się na niej piękne plaże, góry, tarasy ryżowe czy lasy deszczowe. Rozwinęła się tutaj także bogata kultura i tradycje. Na Sulawesi można spotkać wiele endemicznych gatunków zwierząt, np. anoa nizinnego, babirussę sulaweską, łaskuniaka (łaskuna) brązowego, wyraka karłowatego, nogala hełmiastego, makaka czarnego czy makaka czubatego (który przeniósł się też na sąsiednie mniejsze wyspy). Okoliczne wody budzą duże zainteresowanie wśród miłośników nurkowania, ponieważ rozciąga się w nich przepiękna kolorowa rafa koralowa (m.in. w rejonie wysepki Bunaken, archipelagu Wakatobi lub Togian).

 

Sulawesi ma bardzo specyficzny kształt – składa się z czterech półwyspów. Na poszczególnych jej obszarach występuje charakterystyczna dla nich fauna i flora. Mieszkańcy każdego półwyspu wymieniają tysiące powodów, dla których turyści powinni odwiedzić właśnie ich region. Ja jednak ograniczyłabym się do kilku najpiękniejszych miejsc (np. jeziora Tondano, obszaru Tana Toraja), chyba że czas pozwala komuś na dłuższy pobyt.

 

Wyspę zamieszkują różne grupy etniczne, w tym m.in. Toradżowie (Toraja), którzy zajmują się od lat uprawą ryżu, rybołówstwem i myślistwem. Warto rozważyć wizytę w rejonie Tana Toraja, aby poznać zwyczaje jego mieszkańców, ich styl życia czy specyficzne podejście do śmierci i oryginalne tradycje pogrzebowe. Poza tym to wyjątkowo malownicza okolica z zielonymi dolinami i górami.

 

Na Sulawesi nie bez powodu przyciągają wielu turystów dwa obszary chronione. W końcu przyroda jest najpiękniejszym skarbem tej wyspy. W Parku Narodowym Bogani Nani Wartabone żyje mnóstwo endemicznych gatunków zwierząt, w tym anoa nizinny, niezmiernie rzadko widywana sowica cynobrowa, babirussa sulaweska, świnia celebeska czy jego symbol – nogal hełmiasty. Podobnym bogactwem fauny szczyci się pięknie usytuowany Rezerwat Naturalny Tangkoko Batuangus, gdzie ujrzymy choćby makaka czubatego i wyraka upiornego.

 

NIEZNANY SKARB

 

Flores przez wielu uważana jest za najpiękniejszą i najbardziej fascynującą wyspę Indonezji. Długo pozostawała w cieniu np. dużo popularniejszej Bali i dzięki temu nie została jeszcze zalana przez tłumy turystów. Dlatego tym bardziej polecam rozważyć zatrzymanie się na niej podczas planowania wakacji w tym fascynującym kraju. Flores reklamuje się jako wyspa dla osób aktywnych, ze wspaniałymi miejscami do nurkowania i snorkelingu oraz spektakularnymi wulkanami idealnymi na trekkingi. Poza tym kładzie się tu też nacisk na ekoturystykę, promowanie lokalnych tradycji i kultury.

 

Największą atrakcją wyspy jest zdecydowanie góra Kelimutu (1639 m n.p.m.). Zdjęcia prezentujące trzy tutejsze niesamowite wulkaniczne jeziora zdecydowanie zachęcają do odwiedzenia Flores. Widoki w tej okolicy rzeczywiście zapierają dech w piersiach. W przeszłości trzy jeziora w kraterze często zmieniały swój kolor. Obecnie jedno jest czarnobrązowe, drugie – turkusowoniebieskie, a trzecie ma barwę przechodzącą z zielonej w czerwoną. Ich woda wybarwia się prawdopodobnie za sprawą minerałów, które nasycają ją w różnej ilości w zależności od aktywności wulkanu. Ze względu na występowanie tego zjawiska lokalna ludność uważa to miejsce za święte. Okolica wulkanu Kelimutu zachwyca o każdej porze dnia, jednak najwięcej ludzi przyciąga o wschodzie słońca lub wcześnie rano.

 

Aby poznać kulturę Flores i jej mieszkańców, najlepiej wybrać się do wioski Wae Rebo. Żyją w niej przedstawiciele grupy etnicznej Manggarai. Osada jest ukryta wśród malowniczych gór i żeby się do niej dostać, trzeba maszerować przez ok. 3–4 godz. Nagrodę za ten wysiłek stanowi wyjątkowe doświadczenie obcowania z rdzenną ludnością Indonezji. Co więcej, w Wae Rebo można także spędzić noc w charakterystycznym domu w kształcie stożka.

 

Całkowicie inną wioską, niemniej fascynującą, jest Bena. To najbardziej znana i najczęściej odwiedzana tradycyjna osada na Flores. Podobnie jak Wae Rebo ona również leży w pięknej scenerii. Wizyta w niej będzie więc nie tylko poznawaniem kultury grupy etnicznej Ngada (Ngadha), ale też doznaniem estetycznym.

 

Inne ciekawe miejsce na wyspie stanowi jaskinia Liang Bua. Sama w sobie jest warta odwiedzenia, ale cieszy się obecnie zainteresowaniem głównie ze względu na cenne znalezisko. W 2003 r. odkryto tutaj szczątki Homo floresiensis, czyli człowieka z Flores. Naukowcy wciąż spierają się, czy był to osobny gatunek, czy odnaleziony osobnik cierpiał na jakąś chorobę, np. genetycznie uwarunkowany zespół Downa bądź zespół Larona. Niezależnie od tego, jakie okaże się wyjaśnienie tej zagadki, Flores jest dumna ze swojego hobbita, jak potocznie nazywa się hominida, którego szczątki zachowały się w Liang Bua. W okolicy warto również odwiedzić dwie pobliskie jaskinie – Gua Galang i Gua Tanah.

 

 Wae Rebo

Wioska Wae Rebo na wyspie Flores z domami mbaru niang w kształcie stożka

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

INDONEZYJSKIE SMOKI

 

Na zakończenie należy dodać chociaż kilka słów o jednym z symboli Indonezji – waranie (smoku) z Komodo. To największa współcześnie żyjąca jaszczurka. Dorosły osobnik może ważyć ponad 70 kg i osiągnąć 3 m długości. Co ciekawe, warany z Komodo nie mają naturalnych wrogów, przynajmniej wśród innych zwierząt, ale zdarza się, że zjadają młode swojego gatunku. Potrafią być też dość agresywne i choć zdarza się to wyjątkowo rzadko, mogą zaatakować człowieka. Muszę przyznać, że gdy kiedyś spotkałam jednego z nich na plaży (akurat wyszedł zza krzaków, wydając charakterystyczne odgłosy), bardzo szybko przeniosłam się w inne, bezpieczniej wyglądające miejsce. W celu ochrony warana w 1980 r. założono Park Narodowy Komodo (od 1991 r. znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Zajmuje on powierzchnię 1817 km² i obejmuje wiele wysp i wysepek, m.in. Komodo, Padar i Rincę (Rindję).

 

Teneryfa – wyspa wiecznej wiosny

WIOLETTA KRAWIEC

 

Marzy wam się takie miejsce, gdzie przez okrągły rok panują doskonałe warunki pogodowe – jest ciepło i słonecznie, ale nie upalnie, a twarze owiewa orzeźwiająca morska bryza? Chcecie wybrać się na wyspiarskie wakacje, ale wyprawa w odległe tropikalne kraje wydaje się zbyt daleką i męczącą podróżą? A może oprócz leżenia na plaży i kąpieli w morzu macie także ochotę zobaczyć cuda przyrody i ciekawe zabytki? Jeśli tak wygląda wasz sen o wakacyjnym raju, zapraszamy na Teneryfę – jedną z Wysp Kanaryjskich!

Więcej…

Kostaryka – podróż od wschodu do zachodu słońca

24182453665 8d5ff41d97 o Tortuguero

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl 

 

Gdzie w ciągu jednego dnia można zobaczyć wschód i zachód słońca nad dwoma różnymi oceanami – pierwszy nad należącym do basenu Atlantyku Morzem Karaibskim, a drugi nad Pacyfikiem? Szansę na to mamy w uroczej Kostaryce. Najmniejsza odległość, jaka dzieli oba malownicze wybrzeża w tym kraju, to ponad 100 km. Z karaibskich plaż nad pacyficzny brzeg dostaniemy się bez problemu samochodem albo autobusem. Szybciej pokonamy ten dystans, jeśli skorzystamy z usług lokalnych przewoźników – SANSA czy Nature Air – oferujących przeloty samolotami na kilka lub kilkanaście osób.

Więcej…