Bali-_Tanah_Loot.jpg

Popularna balijska świątynia Tanah Lot

©TOURISMUS-INDONESIEN.DE

KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA

www.karolinasypniewska.pl

 

Indonezyjskie motto narodowe „Bhinneka Tunggal Ika”, czyli „Jedność w różnorodności”, idealnie określa to państwo położone na największym na ziemi Archipelagu Malajskim, złożonym z ponad 25 tys. wysp. Trudno znaleźć na naszym globie drugie takie miejsce, które może poszczycić się równie długą historią, bogactwem natury oraz wielokulturowością. Nowoczesne kurorty na znanej chyba każdemu na świecie wyspie Bali sąsiadują z historycznymi jawajskimi świątyniami. Z kolei wschodni kraniec kraju – Papua – to kraina rytuałów i wodzów wiosek, odcięta od rzeczywistości, jakby zatrzymana w czasoprzestrzeni. Jawa tętni życiem olbrzymiej stolicy Dżakarty, a sylwetki jej licznych wulkanów majaczą złowieszczo na horyzoncie. Poszukiwacze mocnych wrażeń będą mieli szansę zajrzeć w oczy słynnemu waranowi z Komodo. Zapaleni nurkowie zachwycą się wielobarwnym podwodnym królestwem okolic Bali. Czwarty najbardziej zaludniony kraj na ziemi to prawdziwy raj dla podróżników. 

04-rytualy1_.jpg

Baliem Valley Festival – wielkie święto plemion Dani, Lani i Yali

©KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA


Republika Indonezji jest państwem wyspiarskim położonym między Oceanem Spokojnym a Indyjskim. W jej skład wchodzi 17508 wysp Archipelagu Malajskiego (niektóre powstają podczas silnego odpływu), z czego tylko ok. 6 tys. zostało zamieszkanych. Pięć największych z nich stanowią Sumatra, Jawa, Borneo (należące częściowo do Malezji i Brunei), Celebes (Sulawesi) i Nowa Gwinea (wschodni jej region znajduje się w granicach Papui-Nowej Gwinei). Kraj ten leży w Azji Południowo-Wschodniej i Oceanii (Nową Gwineę uznaje się za część Melanezji). Ogółem zajmuje powierzchnię powyżej 1,9 mln km2. Loty między indonezyjskimi wyspami traktowane są jak przejazdy lokalnym autobusem. Niektórzy bilety na nie kupują dopiero na lotnisku.

Populacja Indonezji wynosi ponad 255 mln osób. Indonezyjczycy dzielą się na ok. 300 różnych grup etnicznych władających niemal 740 odrębnymi językami i dialektami, z których kilka co jakiś czas umiera wraz ze śmiercią ostatnich posługujących się nimi ludzi. Funkcję języka urzędowego pełni indonezyjski (Bahasa Indonesia), powstały na bazie malajskiego. Uważa się go za dość łatwy do nauczenia, ponieważ nie posiada czasów, odmiany czasowników czy rzeczowników. Mniej więcej 87 proc. mieszkańców Indonezji stanowią muzułmanie, pozostali to przede wszystkim chrześcijanie (głównie protestanci), hinduiści, buddyści, konfucjaniści oraz wyznawcy wierzeń animistycznych. Ogromne dysproporcje panują w rozmieszczeniu ludności na poszczególnych wyspach – ponad 148 mln żyje na Jawie i Bali, które zajmują tylko 7,6 proc. powierzchni kraju. Z tego względu władze prowadzą politykę przesiedleń ubogich osób na dalekie odludne części archipelagu, co wiedzie do konfliktów pomiędzy grupami etnicznymi. Ich przedstawiciele znacznie różnią się od siebie – widać to szczególnie przy porównaniu Papuasów z ludźmi z Jawy. Na przestrzeni wieków mieszały się tu różne kultury za sprawą kontaktów handlowych. Dlatego w tym regionie osiedli Hindusi, Arabowie, Europejczycy oraz Chińczycy.

Fakty historyczne

Wyspy Indonezji zostały trwale zasiedlone ok. 2000 lat p.n.e. przez plemiona austronezyjskie, ale złożone struktury organizacyjne pojawiły się dopiero w VII i VIII w. n.e. Wówczas powstały państwa buddyjskie Śriwidźaja na Sumatrze i hinduistyczne Mataram (Medang) na Jawie. W XIII–XVI stuleciu dominację nad większością Archipelagu Malajskiego przejęło jawajskie królestwo Majapahit, którego szczyt potęgi przypadł na drugą połowę XIV w. Przez cały ten okres z kontynentu napływała do tego regionu ludność indyjska, co z czasem doprowadziło do wyparcia pierwotnych wierzeń przez hinduizm. Świadectwem tego procesu są m.in. sztuka Bali oraz wiele hinduistycznych świątyń na Jawie. Od VII stulecia coraz większą popularność zaczął natomiast zyskiwać buddyzm, zwłaszcza na Sumatrze. Sytuacja ponownie zmieniła się wraz z nawiązaniem przez wyspiarzy kontaktów handlowych z kupcami arabskimi. Od końca XIII w. rozpoczął się stopniowy proces islamizacji archipelagu. Ekspansja muzułmanów przyczyniła się do upadku królestwa Majapahit i powstania sułtanatów Mataram (1588–1681) i Banten (1527–1813).

Po założeniu w 1602 r. Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej na te tereny zaczęli napływać kupcy z Republiki Zjednoczonych Prowincji. Holendrzy podporządkowali sobie i skolonizowali wyspy w XIX i XX stuleciu, po stłumieniu powstań rdzennej ludności na Bali, Lombok, Sumatrze, Borneo i Celebesie. Od początku XX w. na archipelagu rozwijał się ruch narodowowyzwoleńczy. W rękach Portugalczyków, pierwszych Europejczyków, którzy dotarli do Indonezji, pozostawała wówczas jedynie wschodnia część Timoru. Wcześniej, na krótki okres, władzę nad całym regionem przejęły Francja (w latach 1806–1811) i Wielka Brytania (1811–1815). Wrócił on jednak w 1815 r. ponownie pod panowanie holenderskie.W czasie II wojny światowej archipelag znalazł się pod okupacją Japonii (1942–1945), a zaraz po jej zakończeniu (17 sierpnia 1945 r.) rozpoczęła się 4-letnia walka o wyzwolenie spod dominacji Holandii. Dopiero od 27 grudnia 1949 r. Indonezja mogła cieszyć się wolnością.

Kraj dążył do poszerzenia swojego terytorium i od 1963 r. sprawował kontrolę polityczną nad Irianem Zachodnim (zachodnia część Nowej Gwinei oraz wyspy do niej przyległe), a w latach 1975–1976 zbrojnie zdobył Timor Wschodni, dotychczasową kolonię portugalską, która pełną niepodległość ogłosiła dopiero w maju 2002 r.

Mistyczny świat

08-Karolina_aSypniewska-_Indonezja.jpg

Rytualne obmywanie ciała w balijskiej świątyni Tirta Empul

©KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA



Selamat datang! – witają nas z uśmiechem na Bali (ponad 5,6 tys. km2 powierzchni, ok. 4,2 mln mieszkańców), wyspie tysiąca skrywanych marzeń, przyciągającej miliony turystów z całego świata. Niegdyś tak bardzo tajemnicza, egzotyczna i dla wielu niedostępna, dziś znajduje się na wyciągnięcie ręki. Zwłaszcza że od czerwca 2015 r. Polacy nie potrzebują wyrabiać wizy do Indonezji na okres pobytu do 30 dni. Ruch bezwizowy – oczywiście – obowiązuje na najpopularniejszym balijskim lotnisku Denpasar (Ngurah Rai International Airport).

Ta jedna z Małych Wysp Sundajskich (Nusa Tenggara) przyciąga globtroterów kulturą, sztuką, olśniewającymi krajobrazami, przepięknymi plażami i tysiącem świątyń. Tutejsza odmiana hinduizmu (hindu dharma) przetrwała trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów czy ekspansję islamu. Do największych skarbów tego miejsca należy jednak różnorodność podwodnego świata. Bez względu na stopień zaawansowania, każdy nurek znajdzie tu coś dla siebie. W płytkich, obfitujących w rafy i spokojnych zatoczkach koło miejscowości Tulamben i Amed lub opływanej morskimi prądami zatoce Amuk, nad którą leży balijska Candidasa (Candi Dasa), można spotkać większe drapieżne ryby, takie jak żarłacze grube (Triaenodon obesus – ang. whitetip reef sharks), a także tuńczyki czy tajemniczego samogłowa, zwanego inaczej Mola mola. W okolicy pobliskiej wyspy Nusa Penida natkniemy się na ogromne oceaniczne manty (Manta birostris) i ciągnące się kilometrami nietknięte ręką człowieka formacje rafowe.Nurkowanie wokół Bali dostarcza różnorodnych wrażeń i na długo pozostaje w pamięci. To jeden z takich uroczych zakątków świata, jakie bez wahania poleca się potem swoim znajomym i dokąd chętnie samemu się wraca.

Na szczególną uwagę w tym regionie zasługuje profesjonalny resort nurkowy we wspomnianym malowniczym miasteczku Candidasa – Benthos Bali Dive Resort, który stworzył nasz rodak Maciej Perepeczo. To idealna propozycja dla osób chcących poznać prawdziwe oblicze wyspy, stroniących od głośnych dyskotek, przepełnionych plaż i hoteli znanych z modnego kurortu Kuta. Tutaj nie znajdziemy wpływów masowej turystyki, a ujrzymy egzotyczną i różnorodną indonezyjską krainę. W pobliskiej świątyni spotkamy liczne małpki. Podczas takich odwiedzin musimy tylko bardzo uważać na okulary bądź aparaty, bo szybko mogą stać się łupem tych zwinnych zwierząt.

Boskie wulkany

Trzema fundamentami rzeczywistości Balijczyków są ryż, woda i religia. Uprawa pól ryżowych nie jest jedynie zwykłą działalnością rolniczą, to znacznie więcej. Lokalna społeczność łączy się i pomaga sobie we wszystkim: od przygotowań do wielkich świąt religijnych po decyzje polityczne i gospodarcze, a nawet rozwiązywanie problemów poszczególnych osób. Życie codzienne opiera się na współdziałaniu banjaru – kilku wielopokoleniowych rodzin oraz subaku – spółdzielni irygacyjnej koordynującej dystrybucję wody i podział prac polowych.

Zbiory z plantacji ryżu, kawy, kakaowca, pieprzu, wanilii, goździkowca, palmy kokosowej i trzciny cukrowej mają dość duże znaczenie dla gospodarki Bali. Jednak decydującą rolę w tym zakresie od wielu już lat odgrywa turystyka (mimo zamachów terrorystycznych przeprowadzonych w 2002 i 2005 r.). Zarówno pod względem duchowym, jak i krajobrazowym ważny element oblicza wyspy stanowią również trzy potężne wulkaniczne szczyty: Batur (1717 m n.p.m.), Batukaru (2276 m n.p.m.) oraz najświętszy z nich Agung (3142 m n.p.m.). Ten ostatni to centrum balijskiego wszechświata, siedziba bogów i źródło wody. Co ciekawe, według wierzeń mieszkańców właśnie bogowie mogą wywołać wybuch wulkanu, aby ukarać ludzi za brak należytego szacunku lub inne przewinienia. Niedawno grupa turystów przyłapana na robieniu sobie nagich zdjęć na wierzchołku tutejszej góry została skazana na karę więzienia. Dlatego lepiej nie postępować wbrew lokalnym zwyczajom.

Garuda i sztuka

Bali to wyspa niezmiernie różnorodna. Odkryjemy na niej m.in. jeden z najpotężniejszych posągów na świecie, który ma osiągnąć ostatecznie wysokość ok. 120 m i szerokość 64 m. Olbrzymi Wisznu dosiadający Garudę (stworzenie o głowie orła i ciele człowieka) znajduje się w interesującym Parku Kulturowym Garuda Wisnu Kencana (Garuda Wisnu Kencana Cultural Park) w Ungasan. Monument ma symbolizować podróż ludzkości ku nowemu tysiącleciu, tak jak Statua Wolności przypomina o niepodległości Ameryki, a wieża Eiffla jest świadectwem rewolucji przemysłowej w Europie.

Warto zobaczyć również balijską świątynię Tanah Lot („Ziemia w morzu”), którą założył w XVI w. bramin Dang Hyang Nirartha (Danghyang Nirartha, znany też jako Pedanda Shakti Wawu Rauh). Podczas przypływu budowla wygląda, jakby stała na wodzie, gdyż wznosi się na wielkiej skale położonej nieopodal brzegu. Turystom musi wystarczyć oglądanie kompleksu z zewnątrz, ponieważ tylko wierni mogą wejść do środka. Mieszkańcy przynoszą tu dary w postaci jedzenia, kwiatów i figurek z liści palmowych. Życie religijne skupia się wokół ceremonii składania ofiar i oczyszczania. Codzienną daninę zwaną canang sari stanowią kwiaty i garść ugotowanego ryżu umieszczone na palmowym liściu, skropione świętą wodą i odymione kadzidłem. Wyznawana na Bali odmiana hinduizmu (hindu dharma) łączy tę religię z animizmem i kultem przodków. Wyjątkowym jej rysem jest fakt, że Balijczycy jednakowo czczą bogów i demony, a utrzymanie równowagi między tymi dwiema siłami umożliwiają im rytuały.

Po drugiej stronie

Na wschód od Bali rozciąga się reszta archipelagu Małych Wysp Sundajskich. Na prowincję Małe Wyspy Sundajskie Zachodnie (Nusa Tenggara Barat) składają się m.in. Lombok i Sumbawa. Z kolei okręg administracyjny Małe Wyspy Sundajskie Wschodnie (Nusa Tenggara Timur) tworzą Flores, Sumba, Komodo, Sawu, Roti, zachodnia część Timoru i pobliskie mniejsze wysepki. Ten ostatni zakątek stanowi jedno z niewielu miejsc w Indonezji, w którym zdecydowanie przeważają chrześcijanie (ok. 90 proc. ludności). Coraz ważniejszą rolę odgrywa tutaj turystyka.

W bezpośrednim sąsiedztwie Bali leży Lombok. Na tej niezmiernie malowniczej wyspie o powierzchni 4750 km2 wznosi się drugi najwyższy wulkan kraju – Rinjani (3726 m n.p.m.). Oba lądy (Bali i Lombok) oddziela tzw. linia Wallace’a, która wyznacza granicę między ich odrębnymi klimatami oraz całkowicie odmienną florą i fauną. Według tego podziału Bali zalicza się do regionu azjatyckiego, a Lombok – australijskiego.

Głównym ośrodkiem turystycznym w tym pięknym rejonie Indonezji jest miejscowość Senggigi położona u zachodnich brzegów wyspy. Funkcję stolicy administracyjnej całej prowincji Małe Wyspy Sundajskie Zachodnie pełni tutejsze ponad 400-tysięczne miasto Mataram. Wśród miłośników nurkowania (i nie tylko!) dużą popularnością cieszą się trzy pobliskie Wyspy Gili: Gili Trawangan, Gili Meno i Gili Air. Ich wyjątkowa atmosfera pozwala oderwać się od rzeczywistości i naładować baterie. Warunki do obserwacji podwodnego świata w tej okolicy są wręcz idealne. Lombok ma zdecydowanie mniej komercyjny charakter niż Bali. Centra dla nurków (oraz surferów) powstały tu również na południowo-zachodnim półwyspie i na południowej plaży Kuta (Kute).

Ta „wyspa tysiąca meczetów” słynie głównie z gamelanów (indonezyjskich zespołów muzyki tradycyjnej) i ceramiki znanej na całym świecie. Jak na Indonezję przystało, Lombok jest zróżnicowany pod względem kulturowym, religijnym i etnicznym. Liczba jego mieszkańców wynosi ok. 3,5 mln osób, z czego 85 proc. stanowią Sasakowie. Reszta to Balijczycy, Chińczycy, Jawajczycy i Arabowie. Obok siebie na wyspie żyją zarówno hindusi i muzułmanie, jak i chrześcijanie oraz ateiści. Podczas świąt obchodzonych w listopadzie lub grudniu przy pełni księżyca w XVIII-wiecznym kompleksie sakralnym Pura Lingsar spotkamy wyznających hinduizm Balijczyków i muzułmańskich Sasaków. Lombok oferuje nie tylko wspaniałe warunki do nurkowania czy surfingu, ale także świetne tereny do uprawiania turystyki trekkingowej. Zachodnią jego część pokrywa niezmiernie bujna zielona roślinność. 

Sen na Jawie

Nie istnieje właściwa odpowiedź na pytanie, jaką wyspę najlepiej wybrać podczas wizyty w Indonezji, tak wiele każda z nich potrafi zaoferować. Na pewno warto odwiedzić Jawę, bo skrywa ona mnóstwo jedynych w swoim rodzaju skarbów. Jawajska Yogyakarta (wym. Dżogjakarta) to prawdziwe miasto muzeum obfitujące w liczne atrakcje kulturalne. Jego serce wyznacza XVIII-wieczny rozległy pałac sułtański Keraton (Kraton). Budowa obiektu rozpoczęła się w 1755 r., a mieszkał w nim sułtan Hamengkubuwono I, uważany za władcę wszystkich bóstw. Po miejskich ulicach polecam pojeździć becakiem, czyli rikszą rowerową. Poza tym musimy koniecznie zakupić indonezyjski batik (tkaninę malowaną przy użyciu specjalnej techniki z wykorzystaniem wosku) lub posłuchać gamelanu. W Yogyakarcie działa prowadzone przez Polaka Piotra Śmieszka i jego żonę Arun biuro Lombok Tour & Travel, organizujące wakacje w Indonezji rodakom znad Wisły.

W tym praktycznie muzułmańskim kraju najpopularniejszymi świątyniami nie są wcale meczety, lecz dwa inne kompleksy sakralne – hinduistyczny Prambanan i buddyjski Borobudur. Obydwa znajdują się na Jawie i właśnie je co roku odwiedzają miliony turystów z całego świata. Ten drugi jest jednym z największych zabytków buddyzmu na ziemi. Olbrzymią stupę wznoszono od ok. 770 do 825 r. podczas stosunkowo krótkiego panowania dynastii Śailendrów w środkowej części wyspy, zatem ponad 300 lat wcześniej niż Angkor Wat w Kambodży i mniej więcej tyle samo przed położeniem kamienia węgielnego pod budowę Katedry Notre-Dame de Paris w stolicy Francji. Najpewniej nigdy nie poznamy pełnego znaczenia Borobudur jako obiektu religijnego. Szacuje się, że nad świątynią pracowało ok. 30 tys. kamieniarzy i rzeźbiarzy, 15 tys. innych robotników fizycznych i tysiące murarzy. Jednak ponad wiek po zakończeniu budowy cały kompleks i jego okolice zostały opuszczone (prawdopodobnie między 928 a 1006 r). Przypuszcza się, że w tym samym czasie wydarzył się gwałtowny wybuch sąsiedniego wulkanu, w wyniku którego stupę przysypał popiół. Prawdopodobnie gdyby nie ogromna pomoc organizacji UNESCO (duże prace restauracyjne trwały w latach 1975–1982), Borobudur nigdy nie nabrałby tak wielkiego blasku, jakim szczyci się obecnie. Na szczęście kompleks sakralny wyszedł cało z niszczycielskiego trzęsienia ziemi w 2006 r., które – niestety – zrujnowało hinduistyczną świątynię Prambanan. Zbudowano ją dla upamiętnienia zwycięstwa króla Rakaiego Pikatana z dynastii Sandżaja nad Balupatrą, ostatnim przedstawicielem Śailendrów w środkowej części Jawy. Wznoszenie zespołu architektonicznego dedykowanego Śiwie, Wisznu i Brahmie ukończono ok. 850 r. W kolejnym stuleciu (w latach 30. X w.) jego konstruktorzy go opuścili, wskutek czego popadł w ruinę. Mimo iż pierwsze prace remontowe ruszyły już w 1918 r., zostały zakończone dopiero w 1953 r. Gdy 27 maja 2006 r. silne trzęsienie ziemi nawiedziło okolicę, nie tylko pochłonęło ok. 6 tys. ofiar, lecz także uszkodziło częściowo Prambanan.

Polskie specjały na Flores

W podróżach zawsze kochałam nieprzewidywalność i niespodzianki. Podczas przemierzania Flores, przepięknej wyspy kwiatów, przydarzyła mi się zaskakująca przygoda – w rybackim miasteczku Labuan Bajo poznałam polskiego księdza z zakonu werbistów. Gdy jeden z wyspiarzy dowiedział się, że pochodzę z Polski, zadzwonił do ojca Stanisława Wyparły, znanego wśród miejscowych jako Padre Stanis. Okazało się, że duchowny działa tutaj od niemal 50 lat, wybudował 15 kościołów, szkoły, drogi i mosty, a w dzień mojej wizyty akurat obchodził 50-lecie święceń kapłańskich. Uroczystość w świątyni przyciągnęła wszystkich mieszkańców osady, która jako nieliczna w Indonezji jest w prawie 100 proc. chrześcijańska. Niestety, ksiądz Stanisław Stanis Wyparło zmarł 14 kwietnia 2013 r. w szpitalu w Cancar na Flores. W Labuan Bajo kochał go praktycznie każdy i dzięki niemu nawet w tak odległej od naszej ojczyzny części globu ludzie wiedzą, co to bigos i pierogi. Jak widać, rodaka można spotkać również niemal na krańcu świata.

W Indonezji koniecznie trzeba spróbować niepowtarzalnej i jednej z najdroższych na ziemi kaw – kopi luwak. Co ciekawe, jej ziarna wydobywa się z odchodów łaskuna muzanga, popularnie zwanego cywetą. Ten indonezyjski drapieżny ssak, podobny do łasicy i zachowujący się w sytuacjach zagrożenia jak skunks, zjada najdorodniejsze owoce kawowca. Potem wydala z kałem lekko nadtrawione i sfermentowane nasiona. Ziarna, które przeszły przez przewód pokarmowy łaskuna muzanga, tracą gorycz, za to kawa z nich zaparzona zyskuje jedyny w swoim rodzaju smak i aromat. Rocznie wytwarza się tylko 300–400 kg produktu, co przekłada się na niezmiernie wysokie ceny, jakie osiąga na rynku. Filiżanka napoju kosztuje nawet 30 dolarów amerykańskich.

Pacyfik i Ocean Indyjski opływające Archipelag Malajski kryją przepiękne, kolorowe podwodne królestwo. Jego bogactwo zachęca do snorkelingu, czyli pływania po powierzchni wody z maską i rurką, czy nurkowania z profesjonalnym sprzętem. Mnie u wybrzeży morza Flores udało się zajrzeć do świata magicznych diabłów morskich, tzn. wielkich płaszczek zwanych mantami. Godzinami mogłabym obserwować te niesamowite ryby, które osiągają długość do 5 m i posiadają płetwy o rozpiętości nawet do 9 m. Trudno uwierzyć, że unoszące się z gracją dookoła mnie stworzenia ważyły ponad tonę. Manty niespodziewanie wyłaniały się z głębin, zwalniając przy nas tempo. Miałam wrażenie, że to one bacznie wpatrują się w nas, siedzących na dnie morza przybyszów z lądu.

Spojrzeć w oczy waranowi

Innym niecodziennym przeżyciem było spotkanie z największymi jaszczurkami na ziemi, nazywanymi smokami z Komodo, w Parku Narodowym Komodo. Warany zamieszkują obecnie Małe Wyspy Sundajskie: Komodo, Rinkę (Rincah), Flores, Gili Motang i Padar. Ich liczba z roku na rok maleje i obecnie wynosi 4–5 tys. sztuk. Gatunkiem zagrożonym stały się głównie dlatego, że są kanibalami. Z tego względu zaraz po wykluciu małe jaszczurki przez dwa lata żyją wysoko pośród drzew, żywiąc się owadami i gekonami. Widok dorosłych nawet 3-metrowych waranów, ważących zwykle ok. 70 kg, przyprawił mnie o ciarki na całym ciele. Szczególnie że te dzikie stworzenia oglądałam w ich naturalnym środowisku. Po parku oprowadzał mnie strażnik, którego jedyną bronią był rozwidlony na końcu patyk. Wydawało mi się to mało przekonującą ochroną przed jadowitym zwierzęciem, którego ugryzienie powoduje śmierć w przeciągu tygodnia. Na samej wyspie można zatrzymać się na kempingu, na którym dookoła kuchni zawsze krąży jakiś głodny tutejszy smok. Lepiej więc nie wychodzić po zmroku...

Przedstawicielkami niezwykłej indonezyjskiej przyrody są też jedne z najmniejszych małpiatek na świecie. Dużą atrakcję północnej części Celebesu (Sulawesi) stanowi Park Narodowy Bogani Nani Wartabone, w którym o zachodzie słońca wypatrzymy osiągające tylko ok. 100–130 g i mające ogromne oczy wyraki upiory. Te małe zwierzęta spoglądają z drzewa na przybyszów, a potem przeskakują na kolejne gałęzie w poszukiwaniu owadów. Najłatwiej obserwuje się je, kiedy zapada zmrok, ponieważ wtedy wyruszają na żer.

Zaginiony świat

W trakcie mojej podróży po Indonezji zdecydowałam się także na przelot do Jayapury położonej na dalekim wschodzie kraju, na Nowej Gwinei, aby odwiedzić plemiona, u których zatrzymał się czas. Najpierw dotarłam do miasta Wamena w sercu Doliny Baliem. Do niektórych wiosek można dojechać małymi vanami, a dalej w góry powędrować z plecakiem. Im głębiej się zapuścimy, tym więcej tradycyjnie ubranych ludzi i nietkniętych cywilizacją osad znajdziemy. Sam region został odkryty całkiem niedawno, bo dopiero w 1938 r. Ze względu na położenie na wysokości ok. 1600–1700 m n.p.m. panuje tu klimat górski i bardzo zmienna pogoda. Żyjące w tej okolicy plemiona Dani oraz Yali i Lani reprezentują pierwotną kulturę ludu gór. Mężczyźni chodzą praktycznie nago, a na penisy zakładają tzw. koteki, czyli wydrążone owoce tykwy, które przymocowuje się tasiemką bądź sznurkiem do ciała. Nos zdobią natomiast kłami dzików. Ich ciała pokrywa czasem błoto. Kobiety z kolei noszą tylko trawiastą spódnicę. Na głowę zakładają zawsze dekoracje zrobione z kłów, liści bądź skór zwierząt.

Prowincja Papua Zachodnia przed 2007 r. nazywała się Irian Jaya Zachodni. Jej rdzenni mieszkańcy to Melanezyjczycy o czarnej skórze i gęstych, kręconych włosach. Wyglądają bardzo podobnie do Papuasów z Papui-Nowej Gwinei i bliżej im do nich niż do biznesmena z Jawy. W części Doliny Baliem żyją w drewnianych chatach z typowymi owalnymi dachami. W środku leży siano, czasem chodzą świnie (traktowane często jako członkowie rodziny). Centrum domu wyznacza miejsce do gotowania, przy którym gromadzi się zazwyczaj cała rodzina. Wnętrze jest bardzo ciemne, nie ma tu okien, a światło wpada jedynie przez małe drzwi. Podczas trekkingu przez Baliem zawsze witaliśmy się z każdym spotkanym po drodze miejscowym. Uściskom dłoni, uśmiechom i krótkim rozmowom nie było końca. Zauważyliśmy jednak, iż niektórym kobietom brakowało kilku palców, czasami tylko kciuka. Okazało się, że obcina się im je, gdy umiera im ktoś z najbliższych krewnych, najczęściej mężczyzna, po to, aby zapomniały o bólu psychicznym, kiedy pojawi się fizyczny. W jednej z wiosek, noszącej nazwę Jiwika, wyjęto dla nas z ciemnej chaty mniej więcej 360-letnią mumię wodza. Jej mieszkańcy są dość przyzwyczajeni do widoku białych. Próbują nawet podwyższać cenę za zobaczenie zmumifikowanego przywódcy, więc trzeba się mocno z nimi targować. Na terenie Doliny Baliem można wciąż zobaczyć trzy tak zakonserwowane ciała. Coroczny Baliem Valley Festival (w tym roku odbywający się od 6 do 8 sierpnia) przyciąga tutaj tysiące turystów z całego świata, więc polecam zaszyć się na kilka dni w górach, aby spotkać niesamowicie życzliwych ludzi.

Podczas wędrówek po tym regionie natrafiliśmy również na dzieci, które chwaliły się nam swoją zręcznością i zaradnością. Poczęstowały nas ustrzeloną przez siebie z procy i upieczoną jaszczurką. Ja dostałam do zjedzenia nóżkę, niezmiernie żylastą i gumiastą. Starałam się jednak okazać zadowolenie z otrzymanego przysmaku, w końcu wpatrywała się we mnie gromadka małych, ale dumnych z siebie przedstawicieli rdzennego ludu. W wielu wioskach znajdują się też kościoły. W niedzielę uczestniczyliśmy więc we mszy razem z tradycyjnie ubranymi (czyli prawie nagimi) miejscowymi. Wielu z nich witało się z nami, a dzieci nie spuszczały z nas wzroku. Te okolice słyną również z toreb noken. Wyplata się je kilka tygodni, a nosi się w nich nie tylko niemowlęta, lecz także trawę czy warzywa, owoce i wszystko, co można znaleźć w dżungli.

Okiełznać Bromo

BROMO_KIAT.jpg

Wulkan Bromo na Jawie należy do najaktywniejszych w Indonezji

©MINISTRY OF CULTURE & TOURISM, REPUBLIC OF INDONESIA



Oprócz obserwowania dzikich zwierząt i poznawania fascynujących rdzennych plemion, w Indonezji warto też wspiąć się na jeden z wielu czynnych wulkanów. Ja postanowiłam dotrzeć do krateru samego groźnego Bromo (2329 m n.p.m.) wznoszącego się we wschodniej części Jawy. Aby ujarzmić nieprzewidywalną górę, po rozmowie z lokalnymi mieszkańcami zdecydowałam się wrzucić do otwartej paszczy stratowulkanu bukiet świeżych kwiatów. Osiadli w okolicy Hindusi wierzą, że taki dar uspokaja Bromo, który wydaje się spać i złowieszczo pochrapywać przez bulgoczącą lawę.

Choć co roku niejeden kataklizm nęka którąś z indonezyjskich wysp, Indonezyjczycy na pytanie Apa kabar? („Jak się masz?”) zawsze odpowiadają z szerokim uśmiechem Bagus! („Dobrze!”). To właśnie ci niezmiernie otwarci, przyjaźni ludzie sprawiają, że do tego wyspiarskiego kraju chce się wracać, bo w końcu zostało w nim jeszcze tyle do odkrycia…

Artykuły wybrane losowo

Na wenezuelskim Wybrzeżu Pereł

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Wenezuela powoli staje się coraz popularniejszym kierunkiem turystycznym w Ameryce Południowej. Szczególnie modna jest jej perełka – karaibska wyspa Margarita. To najdynamiczniej rozwijający się obszar w kraju rządzonym od 1999 r. przez kontrowersyjnego prezydenta Hugo Cháveza, do czego przyczyniło się z pewnością utworzenie tutaj w latach 60. minionego stulecia strefy bezcłowej. Margarita, której dzieje sięgają czasów hiszpańskich konkwistadorów, słynęła niegdyś z połowów pereł. Dzisiaj przyciąga coraz więcej turystów z całego świata, oferując im doskonały klimat, słoneczną pogodę, malownicze plaże otoczone tropikalną zielenią, wygodne hotele z bogatymi programami all inclusive, wyśmienite restauracje i gorące imprezy w rytmach latino.

Więcej…

Pod czeskim niebem

KATARZYNA BYRTEK
<< Ten kraj serdecznych ludzi, gdzie przepyszne piwo leje się strumieniami od południa do późnej nocy, słynie przede wszystkim ze swojej stolicy, nazywanej Miastem Stu Wież i Złotą Pragą, obowiązkowego przystanku w podróży dla turystów przyjeżdżających do niego z całego świata – od Japonii przez Rosję po państwa Ameryki Południowej. Znajdziemy w nim jednak także wiele romantycznych zabytkowych zamków i dobrze zachowanych wiekowych miasteczek czy też idealne tereny do aktywnego wypoczynku. Dlatego warto zostać na czeskiej ziemi tak długo, jak to tylko możliwe. >>

Czechy jako kierunek wyjazdowy są atrakcyjne przez cały rok. Wiosna to najlepszy czas na wizytę w Pradze, gdzie przed sezonem noclegi bywają tańsze, a po moście Karola przechadza się dwa razy mniej przyjezdnych. Latem nie będą się tu nudzić amatorzy turystyki rowerowej, wodnej czy pieszej oraz miłośnicy festiwali muzycznych (np. Colours of Ostrava), teatralnych czy wreszcie historycznych, które organizuje się na licznych zamkach. Na jesieni można wziąć udział w winobraniu w jednym z morawskich miasteczek, a zimą zapakować narty zjazdowe lub popularne tutaj biegówki i wybrać się do górskiego Harrachova czy Pecu pod Śnieżką. Jedno jest pewne – piwo i knedliki z gulaszem smakują u naszych sąsiadów tak samo dobrze przez 365 dni w roku.

Więcej…

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA