Bali-_Tanah_Loot.jpg

Popularna balijska świątynia Tanah Lot

©TOURISMUS-INDONESIEN.DE

KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA

www.karolinasypniewska.pl

 

Indonezyjskie motto narodowe „Bhinneka Tunggal Ika”, czyli „Jedność w różnorodności”, idealnie określa to państwo położone na największym na ziemi Archipelagu Malajskim, złożonym z ponad 25 tys. wysp. Trudno znaleźć na naszym globie drugie takie miejsce, które może poszczycić się równie długą historią, bogactwem natury oraz wielokulturowością. Nowoczesne kurorty na znanej chyba każdemu na świecie wyspie Bali sąsiadują z historycznymi jawajskimi świątyniami. Z kolei wschodni kraniec kraju – Papua – to kraina rytuałów i wodzów wiosek, odcięta od rzeczywistości, jakby zatrzymana w czasoprzestrzeni. Jawa tętni życiem olbrzymiej stolicy Dżakarty, a sylwetki jej licznych wulkanów majaczą złowieszczo na horyzoncie. Poszukiwacze mocnych wrażeń będą mieli szansę zajrzeć w oczy słynnemu waranowi z Komodo. Zapaleni nurkowie zachwycą się wielobarwnym podwodnym królestwem okolic Bali. Czwarty najbardziej zaludniony kraj na ziemi to prawdziwy raj dla podróżników. 

04-rytualy1_.jpg

Baliem Valley Festival – wielkie święto plemion Dani, Lani i Yali

©KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA


Republika Indonezji jest państwem wyspiarskim położonym między Oceanem Spokojnym a Indyjskim. W jej skład wchodzi 17508 wysp Archipelagu Malajskiego (niektóre powstają podczas silnego odpływu), z czego tylko ok. 6 tys. zostało zamieszkanych. Pięć największych z nich stanowią Sumatra, Jawa, Borneo (należące częściowo do Malezji i Brunei), Celebes (Sulawesi) i Nowa Gwinea (wschodni jej region znajduje się w granicach Papui-Nowej Gwinei). Kraj ten leży w Azji Południowo-Wschodniej i Oceanii (Nową Gwineę uznaje się za część Melanezji). Ogółem zajmuje powierzchnię powyżej 1,9 mln km2. Loty między indonezyjskimi wyspami traktowane są jak przejazdy lokalnym autobusem. Niektórzy bilety na nie kupują dopiero na lotnisku.

Populacja Indonezji wynosi ponad 255 mln osób. Indonezyjczycy dzielą się na ok. 300 różnych grup etnicznych władających niemal 740 odrębnymi językami i dialektami, z których kilka co jakiś czas umiera wraz ze śmiercią ostatnich posługujących się nimi ludzi. Funkcję języka urzędowego pełni indonezyjski (Bahasa Indonesia), powstały na bazie malajskiego. Uważa się go za dość łatwy do nauczenia, ponieważ nie posiada czasów, odmiany czasowników czy rzeczowników. Mniej więcej 87 proc. mieszkańców Indonezji stanowią muzułmanie, pozostali to przede wszystkim chrześcijanie (głównie protestanci), hinduiści, buddyści, konfucjaniści oraz wyznawcy wierzeń animistycznych. Ogromne dysproporcje panują w rozmieszczeniu ludności na poszczególnych wyspach – ponad 148 mln żyje na Jawie i Bali, które zajmują tylko 7,6 proc. powierzchni kraju. Z tego względu władze prowadzą politykę przesiedleń ubogich osób na dalekie odludne części archipelagu, co wiedzie do konfliktów pomiędzy grupami etnicznymi. Ich przedstawiciele znacznie różnią się od siebie – widać to szczególnie przy porównaniu Papuasów z ludźmi z Jawy. Na przestrzeni wieków mieszały się tu różne kultury za sprawą kontaktów handlowych. Dlatego w tym regionie osiedli Hindusi, Arabowie, Europejczycy oraz Chińczycy.

Fakty historyczne

Wyspy Indonezji zostały trwale zasiedlone ok. 2000 lat p.n.e. przez plemiona austronezyjskie, ale złożone struktury organizacyjne pojawiły się dopiero w VII i VIII w. n.e. Wówczas powstały państwa buddyjskie Śriwidźaja na Sumatrze i hinduistyczne Mataram (Medang) na Jawie. W XIII–XVI stuleciu dominację nad większością Archipelagu Malajskiego przejęło jawajskie królestwo Majapahit, którego szczyt potęgi przypadł na drugą połowę XIV w. Przez cały ten okres z kontynentu napływała do tego regionu ludność indyjska, co z czasem doprowadziło do wyparcia pierwotnych wierzeń przez hinduizm. Świadectwem tego procesu są m.in. sztuka Bali oraz wiele hinduistycznych świątyń na Jawie. Od VII stulecia coraz większą popularność zaczął natomiast zyskiwać buddyzm, zwłaszcza na Sumatrze. Sytuacja ponownie zmieniła się wraz z nawiązaniem przez wyspiarzy kontaktów handlowych z kupcami arabskimi. Od końca XIII w. rozpoczął się stopniowy proces islamizacji archipelagu. Ekspansja muzułmanów przyczyniła się do upadku królestwa Majapahit i powstania sułtanatów Mataram (1588–1681) i Banten (1527–1813).

Po założeniu w 1602 r. Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej na te tereny zaczęli napływać kupcy z Republiki Zjednoczonych Prowincji. Holendrzy podporządkowali sobie i skolonizowali wyspy w XIX i XX stuleciu, po stłumieniu powstań rdzennej ludności na Bali, Lombok, Sumatrze, Borneo i Celebesie. Od początku XX w. na archipelagu rozwijał się ruch narodowowyzwoleńczy. W rękach Portugalczyków, pierwszych Europejczyków, którzy dotarli do Indonezji, pozostawała wówczas jedynie wschodnia część Timoru. Wcześniej, na krótki okres, władzę nad całym regionem przejęły Francja (w latach 1806–1811) i Wielka Brytania (1811–1815). Wrócił on jednak w 1815 r. ponownie pod panowanie holenderskie.W czasie II wojny światowej archipelag znalazł się pod okupacją Japonii (1942–1945), a zaraz po jej zakończeniu (17 sierpnia 1945 r.) rozpoczęła się 4-letnia walka o wyzwolenie spod dominacji Holandii. Dopiero od 27 grudnia 1949 r. Indonezja mogła cieszyć się wolnością.

Kraj dążył do poszerzenia swojego terytorium i od 1963 r. sprawował kontrolę polityczną nad Irianem Zachodnim (zachodnia część Nowej Gwinei oraz wyspy do niej przyległe), a w latach 1975–1976 zbrojnie zdobył Timor Wschodni, dotychczasową kolonię portugalską, która pełną niepodległość ogłosiła dopiero w maju 2002 r.

Mistyczny świat

08-Karolina_aSypniewska-_Indonezja.jpg

Rytualne obmywanie ciała w balijskiej świątyni Tirta Empul

©KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA



Selamat datang! – witają nas z uśmiechem na Bali (ponad 5,6 tys. km2 powierzchni, ok. 4,2 mln mieszkańców), wyspie tysiąca skrywanych marzeń, przyciągającej miliony turystów z całego świata. Niegdyś tak bardzo tajemnicza, egzotyczna i dla wielu niedostępna, dziś znajduje się na wyciągnięcie ręki. Zwłaszcza że od czerwca 2015 r. Polacy nie potrzebują wyrabiać wizy do Indonezji na okres pobytu do 30 dni. Ruch bezwizowy – oczywiście – obowiązuje na najpopularniejszym balijskim lotnisku Denpasar (Ngurah Rai International Airport).

Ta jedna z Małych Wysp Sundajskich (Nusa Tenggara) przyciąga globtroterów kulturą, sztuką, olśniewającymi krajobrazami, przepięknymi plażami i tysiącem świątyń. Tutejsza odmiana hinduizmu (hindu dharma) przetrwała trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów czy ekspansję islamu. Do największych skarbów tego miejsca należy jednak różnorodność podwodnego świata. Bez względu na stopień zaawansowania, każdy nurek znajdzie tu coś dla siebie. W płytkich, obfitujących w rafy i spokojnych zatoczkach koło miejscowości Tulamben i Amed lub opływanej morskimi prądami zatoce Amuk, nad którą leży balijska Candidasa (Candi Dasa), można spotkać większe drapieżne ryby, takie jak żarłacze grube (Triaenodon obesus – ang. whitetip reef sharks), a także tuńczyki czy tajemniczego samogłowa, zwanego inaczej Mola mola. W okolicy pobliskiej wyspy Nusa Penida natkniemy się na ogromne oceaniczne manty (Manta birostris) i ciągnące się kilometrami nietknięte ręką człowieka formacje rafowe.Nurkowanie wokół Bali dostarcza różnorodnych wrażeń i na długo pozostaje w pamięci. To jeden z takich uroczych zakątków świata, jakie bez wahania poleca się potem swoim znajomym i dokąd chętnie samemu się wraca.

Na szczególną uwagę w tym regionie zasługuje profesjonalny resort nurkowy we wspomnianym malowniczym miasteczku Candidasa – Benthos Bali Dive Resort, który stworzył nasz rodak Maciej Perepeczo. To idealna propozycja dla osób chcących poznać prawdziwe oblicze wyspy, stroniących od głośnych dyskotek, przepełnionych plaż i hoteli znanych z modnego kurortu Kuta. Tutaj nie znajdziemy wpływów masowej turystyki, a ujrzymy egzotyczną i różnorodną indonezyjską krainę. W pobliskiej świątyni spotkamy liczne małpki. Podczas takich odwiedzin musimy tylko bardzo uważać na okulary bądź aparaty, bo szybko mogą stać się łupem tych zwinnych zwierząt.

Boskie wulkany

Trzema fundamentami rzeczywistości Balijczyków są ryż, woda i religia. Uprawa pól ryżowych nie jest jedynie zwykłą działalnością rolniczą, to znacznie więcej. Lokalna społeczność łączy się i pomaga sobie we wszystkim: od przygotowań do wielkich świąt religijnych po decyzje polityczne i gospodarcze, a nawet rozwiązywanie problemów poszczególnych osób. Życie codzienne opiera się na współdziałaniu banjaru – kilku wielopokoleniowych rodzin oraz subaku – spółdzielni irygacyjnej koordynującej dystrybucję wody i podział prac polowych.

Zbiory z plantacji ryżu, kawy, kakaowca, pieprzu, wanilii, goździkowca, palmy kokosowej i trzciny cukrowej mają dość duże znaczenie dla gospodarki Bali. Jednak decydującą rolę w tym zakresie od wielu już lat odgrywa turystyka (mimo zamachów terrorystycznych przeprowadzonych w 2002 i 2005 r.). Zarówno pod względem duchowym, jak i krajobrazowym ważny element oblicza wyspy stanowią również trzy potężne wulkaniczne szczyty: Batur (1717 m n.p.m.), Batukaru (2276 m n.p.m.) oraz najświętszy z nich Agung (3142 m n.p.m.). Ten ostatni to centrum balijskiego wszechświata, siedziba bogów i źródło wody. Co ciekawe, według wierzeń mieszkańców właśnie bogowie mogą wywołać wybuch wulkanu, aby ukarać ludzi za brak należytego szacunku lub inne przewinienia. Niedawno grupa turystów przyłapana na robieniu sobie nagich zdjęć na wierzchołku tutejszej góry została skazana na karę więzienia. Dlatego lepiej nie postępować wbrew lokalnym zwyczajom.

Garuda i sztuka

Bali to wyspa niezmiernie różnorodna. Odkryjemy na niej m.in. jeden z najpotężniejszych posągów na świecie, który ma osiągnąć ostatecznie wysokość ok. 120 m i szerokość 64 m. Olbrzymi Wisznu dosiadający Garudę (stworzenie o głowie orła i ciele człowieka) znajduje się w interesującym Parku Kulturowym Garuda Wisnu Kencana (Garuda Wisnu Kencana Cultural Park) w Ungasan. Monument ma symbolizować podróż ludzkości ku nowemu tysiącleciu, tak jak Statua Wolności przypomina o niepodległości Ameryki, a wieża Eiffla jest świadectwem rewolucji przemysłowej w Europie.

Warto zobaczyć również balijską świątynię Tanah Lot („Ziemia w morzu”), którą założył w XVI w. bramin Dang Hyang Nirartha (Danghyang Nirartha, znany też jako Pedanda Shakti Wawu Rauh). Podczas przypływu budowla wygląda, jakby stała na wodzie, gdyż wznosi się na wielkiej skale położonej nieopodal brzegu. Turystom musi wystarczyć oglądanie kompleksu z zewnątrz, ponieważ tylko wierni mogą wejść do środka. Mieszkańcy przynoszą tu dary w postaci jedzenia, kwiatów i figurek z liści palmowych. Życie religijne skupia się wokół ceremonii składania ofiar i oczyszczania. Codzienną daninę zwaną canang sari stanowią kwiaty i garść ugotowanego ryżu umieszczone na palmowym liściu, skropione świętą wodą i odymione kadzidłem. Wyznawana na Bali odmiana hinduizmu (hindu dharma) łączy tę religię z animizmem i kultem przodków. Wyjątkowym jej rysem jest fakt, że Balijczycy jednakowo czczą bogów i demony, a utrzymanie równowagi między tymi dwiema siłami umożliwiają im rytuały.

Po drugiej stronie

Na wschód od Bali rozciąga się reszta archipelagu Małych Wysp Sundajskich. Na prowincję Małe Wyspy Sundajskie Zachodnie (Nusa Tenggara Barat) składają się m.in. Lombok i Sumbawa. Z kolei okręg administracyjny Małe Wyspy Sundajskie Wschodnie (Nusa Tenggara Timur) tworzą Flores, Sumba, Komodo, Sawu, Roti, zachodnia część Timoru i pobliskie mniejsze wysepki. Ten ostatni zakątek stanowi jedno z niewielu miejsc w Indonezji, w którym zdecydowanie przeważają chrześcijanie (ok. 90 proc. ludności). Coraz ważniejszą rolę odgrywa tutaj turystyka.

W bezpośrednim sąsiedztwie Bali leży Lombok. Na tej niezmiernie malowniczej wyspie o powierzchni 4750 km2 wznosi się drugi najwyższy wulkan kraju – Rinjani (3726 m n.p.m.). Oba lądy (Bali i Lombok) oddziela tzw. linia Wallace’a, która wyznacza granicę między ich odrębnymi klimatami oraz całkowicie odmienną florą i fauną. Według tego podziału Bali zalicza się do regionu azjatyckiego, a Lombok – australijskiego.

Głównym ośrodkiem turystycznym w tym pięknym rejonie Indonezji jest miejscowość Senggigi położona u zachodnich brzegów wyspy. Funkcję stolicy administracyjnej całej prowincji Małe Wyspy Sundajskie Zachodnie pełni tutejsze ponad 400-tysięczne miasto Mataram. Wśród miłośników nurkowania (i nie tylko!) dużą popularnością cieszą się trzy pobliskie Wyspy Gili: Gili Trawangan, Gili Meno i Gili Air. Ich wyjątkowa atmosfera pozwala oderwać się od rzeczywistości i naładować baterie. Warunki do obserwacji podwodnego świata w tej okolicy są wręcz idealne. Lombok ma zdecydowanie mniej komercyjny charakter niż Bali. Centra dla nurków (oraz surferów) powstały tu również na południowo-zachodnim półwyspie i na południowej plaży Kuta (Kute).

Ta „wyspa tysiąca meczetów” słynie głównie z gamelanów (indonezyjskich zespołów muzyki tradycyjnej) i ceramiki znanej na całym świecie. Jak na Indonezję przystało, Lombok jest zróżnicowany pod względem kulturowym, religijnym i etnicznym. Liczba jego mieszkańców wynosi ok. 3,5 mln osób, z czego 85 proc. stanowią Sasakowie. Reszta to Balijczycy, Chińczycy, Jawajczycy i Arabowie. Obok siebie na wyspie żyją zarówno hindusi i muzułmanie, jak i chrześcijanie oraz ateiści. Podczas świąt obchodzonych w listopadzie lub grudniu przy pełni księżyca w XVIII-wiecznym kompleksie sakralnym Pura Lingsar spotkamy wyznających hinduizm Balijczyków i muzułmańskich Sasaków. Lombok oferuje nie tylko wspaniałe warunki do nurkowania czy surfingu, ale także świetne tereny do uprawiania turystyki trekkingowej. Zachodnią jego część pokrywa niezmiernie bujna zielona roślinność. 

Sen na Jawie

Nie istnieje właściwa odpowiedź na pytanie, jaką wyspę najlepiej wybrać podczas wizyty w Indonezji, tak wiele każda z nich potrafi zaoferować. Na pewno warto odwiedzić Jawę, bo skrywa ona mnóstwo jedynych w swoim rodzaju skarbów. Jawajska Yogyakarta (wym. Dżogjakarta) to prawdziwe miasto muzeum obfitujące w liczne atrakcje kulturalne. Jego serce wyznacza XVIII-wieczny rozległy pałac sułtański Keraton (Kraton). Budowa obiektu rozpoczęła się w 1755 r., a mieszkał w nim sułtan Hamengkubuwono I, uważany za władcę wszystkich bóstw. Po miejskich ulicach polecam pojeździć becakiem, czyli rikszą rowerową. Poza tym musimy koniecznie zakupić indonezyjski batik (tkaninę malowaną przy użyciu specjalnej techniki z wykorzystaniem wosku) lub posłuchać gamelanu. W Yogyakarcie działa prowadzone przez Polaka Piotra Śmieszka i jego żonę Arun biuro Lombok Tour & Travel, organizujące wakacje w Indonezji rodakom znad Wisły.

W tym praktycznie muzułmańskim kraju najpopularniejszymi świątyniami nie są wcale meczety, lecz dwa inne kompleksy sakralne – hinduistyczny Prambanan i buddyjski Borobudur. Obydwa znajdują się na Jawie i właśnie je co roku odwiedzają miliony turystów z całego świata. Ten drugi jest jednym z największych zabytków buddyzmu na ziemi. Olbrzymią stupę wznoszono od ok. 770 do 825 r. podczas stosunkowo krótkiego panowania dynastii Śailendrów w środkowej części wyspy, zatem ponad 300 lat wcześniej niż Angkor Wat w Kambodży i mniej więcej tyle samo przed położeniem kamienia węgielnego pod budowę Katedry Notre-Dame de Paris w stolicy Francji. Najpewniej nigdy nie poznamy pełnego znaczenia Borobudur jako obiektu religijnego. Szacuje się, że nad świątynią pracowało ok. 30 tys. kamieniarzy i rzeźbiarzy, 15 tys. innych robotników fizycznych i tysiące murarzy. Jednak ponad wiek po zakończeniu budowy cały kompleks i jego okolice zostały opuszczone (prawdopodobnie między 928 a 1006 r). Przypuszcza się, że w tym samym czasie wydarzył się gwałtowny wybuch sąsiedniego wulkanu, w wyniku którego stupę przysypał popiół. Prawdopodobnie gdyby nie ogromna pomoc organizacji UNESCO (duże prace restauracyjne trwały w latach 1975–1982), Borobudur nigdy nie nabrałby tak wielkiego blasku, jakim szczyci się obecnie. Na szczęście kompleks sakralny wyszedł cało z niszczycielskiego trzęsienia ziemi w 2006 r., które – niestety – zrujnowało hinduistyczną świątynię Prambanan. Zbudowano ją dla upamiętnienia zwycięstwa króla Rakaiego Pikatana z dynastii Sandżaja nad Balupatrą, ostatnim przedstawicielem Śailendrów w środkowej części Jawy. Wznoszenie zespołu architektonicznego dedykowanego Śiwie, Wisznu i Brahmie ukończono ok. 850 r. W kolejnym stuleciu (w latach 30. X w.) jego konstruktorzy go opuścili, wskutek czego popadł w ruinę. Mimo iż pierwsze prace remontowe ruszyły już w 1918 r., zostały zakończone dopiero w 1953 r. Gdy 27 maja 2006 r. silne trzęsienie ziemi nawiedziło okolicę, nie tylko pochłonęło ok. 6 tys. ofiar, lecz także uszkodziło częściowo Prambanan.

Polskie specjały na Flores

W podróżach zawsze kochałam nieprzewidywalność i niespodzianki. Podczas przemierzania Flores, przepięknej wyspy kwiatów, przydarzyła mi się zaskakująca przygoda – w rybackim miasteczku Labuan Bajo poznałam polskiego księdza z zakonu werbistów. Gdy jeden z wyspiarzy dowiedział się, że pochodzę z Polski, zadzwonił do ojca Stanisława Wyparły, znanego wśród miejscowych jako Padre Stanis. Okazało się, że duchowny działa tutaj od niemal 50 lat, wybudował 15 kościołów, szkoły, drogi i mosty, a w dzień mojej wizyty akurat obchodził 50-lecie święceń kapłańskich. Uroczystość w świątyni przyciągnęła wszystkich mieszkańców osady, która jako nieliczna w Indonezji jest w prawie 100 proc. chrześcijańska. Niestety, ksiądz Stanisław Stanis Wyparło zmarł 14 kwietnia 2013 r. w szpitalu w Cancar na Flores. W Labuan Bajo kochał go praktycznie każdy i dzięki niemu nawet w tak odległej od naszej ojczyzny części globu ludzie wiedzą, co to bigos i pierogi. Jak widać, rodaka można spotkać również niemal na krańcu świata.

W Indonezji koniecznie trzeba spróbować niepowtarzalnej i jednej z najdroższych na ziemi kaw – kopi luwak. Co ciekawe, jej ziarna wydobywa się z odchodów łaskuna muzanga, popularnie zwanego cywetą. Ten indonezyjski drapieżny ssak, podobny do łasicy i zachowujący się w sytuacjach zagrożenia jak skunks, zjada najdorodniejsze owoce kawowca. Potem wydala z kałem lekko nadtrawione i sfermentowane nasiona. Ziarna, które przeszły przez przewód pokarmowy łaskuna muzanga, tracą gorycz, za to kawa z nich zaparzona zyskuje jedyny w swoim rodzaju smak i aromat. Rocznie wytwarza się tylko 300–400 kg produktu, co przekłada się na niezmiernie wysokie ceny, jakie osiąga na rynku. Filiżanka napoju kosztuje nawet 30 dolarów amerykańskich.

Pacyfik i Ocean Indyjski opływające Archipelag Malajski kryją przepiękne, kolorowe podwodne królestwo. Jego bogactwo zachęca do snorkelingu, czyli pływania po powierzchni wody z maską i rurką, czy nurkowania z profesjonalnym sprzętem. Mnie u wybrzeży morza Flores udało się zajrzeć do świata magicznych diabłów morskich, tzn. wielkich płaszczek zwanych mantami. Godzinami mogłabym obserwować te niesamowite ryby, które osiągają długość do 5 m i posiadają płetwy o rozpiętości nawet do 9 m. Trudno uwierzyć, że unoszące się z gracją dookoła mnie stworzenia ważyły ponad tonę. Manty niespodziewanie wyłaniały się z głębin, zwalniając przy nas tempo. Miałam wrażenie, że to one bacznie wpatrują się w nas, siedzących na dnie morza przybyszów z lądu.

Spojrzeć w oczy waranowi

Innym niecodziennym przeżyciem było spotkanie z największymi jaszczurkami na ziemi, nazywanymi smokami z Komodo, w Parku Narodowym Komodo. Warany zamieszkują obecnie Małe Wyspy Sundajskie: Komodo, Rinkę (Rincah), Flores, Gili Motang i Padar. Ich liczba z roku na rok maleje i obecnie wynosi 4–5 tys. sztuk. Gatunkiem zagrożonym stały się głównie dlatego, że są kanibalami. Z tego względu zaraz po wykluciu małe jaszczurki przez dwa lata żyją wysoko pośród drzew, żywiąc się owadami i gekonami. Widok dorosłych nawet 3-metrowych waranów, ważących zwykle ok. 70 kg, przyprawił mnie o ciarki na całym ciele. Szczególnie że te dzikie stworzenia oglądałam w ich naturalnym środowisku. Po parku oprowadzał mnie strażnik, którego jedyną bronią był rozwidlony na końcu patyk. Wydawało mi się to mało przekonującą ochroną przed jadowitym zwierzęciem, którego ugryzienie powoduje śmierć w przeciągu tygodnia. Na samej wyspie można zatrzymać się na kempingu, na którym dookoła kuchni zawsze krąży jakiś głodny tutejszy smok. Lepiej więc nie wychodzić po zmroku...

Przedstawicielkami niezwykłej indonezyjskiej przyrody są też jedne z najmniejszych małpiatek na świecie. Dużą atrakcję północnej części Celebesu (Sulawesi) stanowi Park Narodowy Bogani Nani Wartabone, w którym o zachodzie słońca wypatrzymy osiągające tylko ok. 100–130 g i mające ogromne oczy wyraki upiory. Te małe zwierzęta spoglądają z drzewa na przybyszów, a potem przeskakują na kolejne gałęzie w poszukiwaniu owadów. Najłatwiej obserwuje się je, kiedy zapada zmrok, ponieważ wtedy wyruszają na żer.

Zaginiony świat

W trakcie mojej podróży po Indonezji zdecydowałam się także na przelot do Jayapury położonej na dalekim wschodzie kraju, na Nowej Gwinei, aby odwiedzić plemiona, u których zatrzymał się czas. Najpierw dotarłam do miasta Wamena w sercu Doliny Baliem. Do niektórych wiosek można dojechać małymi vanami, a dalej w góry powędrować z plecakiem. Im głębiej się zapuścimy, tym więcej tradycyjnie ubranych ludzi i nietkniętych cywilizacją osad znajdziemy. Sam region został odkryty całkiem niedawno, bo dopiero w 1938 r. Ze względu na położenie na wysokości ok. 1600–1700 m n.p.m. panuje tu klimat górski i bardzo zmienna pogoda. Żyjące w tej okolicy plemiona Dani oraz Yali i Lani reprezentują pierwotną kulturę ludu gór. Mężczyźni chodzą praktycznie nago, a na penisy zakładają tzw. koteki, czyli wydrążone owoce tykwy, które przymocowuje się tasiemką bądź sznurkiem do ciała. Nos zdobią natomiast kłami dzików. Ich ciała pokrywa czasem błoto. Kobiety z kolei noszą tylko trawiastą spódnicę. Na głowę zakładają zawsze dekoracje zrobione z kłów, liści bądź skór zwierząt.

Prowincja Papua Zachodnia przed 2007 r. nazywała się Irian Jaya Zachodni. Jej rdzenni mieszkańcy to Melanezyjczycy o czarnej skórze i gęstych, kręconych włosach. Wyglądają bardzo podobnie do Papuasów z Papui-Nowej Gwinei i bliżej im do nich niż do biznesmena z Jawy. W części Doliny Baliem żyją w drewnianych chatach z typowymi owalnymi dachami. W środku leży siano, czasem chodzą świnie (traktowane często jako członkowie rodziny). Centrum domu wyznacza miejsce do gotowania, przy którym gromadzi się zazwyczaj cała rodzina. Wnętrze jest bardzo ciemne, nie ma tu okien, a światło wpada jedynie przez małe drzwi. Podczas trekkingu przez Baliem zawsze witaliśmy się z każdym spotkanym po drodze miejscowym. Uściskom dłoni, uśmiechom i krótkim rozmowom nie było końca. Zauważyliśmy jednak, iż niektórym kobietom brakowało kilku palców, czasami tylko kciuka. Okazało się, że obcina się im je, gdy umiera im ktoś z najbliższych krewnych, najczęściej mężczyzna, po to, aby zapomniały o bólu psychicznym, kiedy pojawi się fizyczny. W jednej z wiosek, noszącej nazwę Jiwika, wyjęto dla nas z ciemnej chaty mniej więcej 360-letnią mumię wodza. Jej mieszkańcy są dość przyzwyczajeni do widoku białych. Próbują nawet podwyższać cenę za zobaczenie zmumifikowanego przywódcy, więc trzeba się mocno z nimi targować. Na terenie Doliny Baliem można wciąż zobaczyć trzy tak zakonserwowane ciała. Coroczny Baliem Valley Festival (w tym roku odbywający się od 6 do 8 sierpnia) przyciąga tutaj tysiące turystów z całego świata, więc polecam zaszyć się na kilka dni w górach, aby spotkać niesamowicie życzliwych ludzi.

Podczas wędrówek po tym regionie natrafiliśmy również na dzieci, które chwaliły się nam swoją zręcznością i zaradnością. Poczęstowały nas ustrzeloną przez siebie z procy i upieczoną jaszczurką. Ja dostałam do zjedzenia nóżkę, niezmiernie żylastą i gumiastą. Starałam się jednak okazać zadowolenie z otrzymanego przysmaku, w końcu wpatrywała się we mnie gromadka małych, ale dumnych z siebie przedstawicieli rdzennego ludu. W wielu wioskach znajdują się też kościoły. W niedzielę uczestniczyliśmy więc we mszy razem z tradycyjnie ubranymi (czyli prawie nagimi) miejscowymi. Wielu z nich witało się z nami, a dzieci nie spuszczały z nas wzroku. Te okolice słyną również z toreb noken. Wyplata się je kilka tygodni, a nosi się w nich nie tylko niemowlęta, lecz także trawę czy warzywa, owoce i wszystko, co można znaleźć w dżungli.

Okiełznać Bromo

BROMO_KIAT.jpg

Wulkan Bromo na Jawie należy do najaktywniejszych w Indonezji

©MINISTRY OF CULTURE & TOURISM, REPUBLIC OF INDONESIA



Oprócz obserwowania dzikich zwierząt i poznawania fascynujących rdzennych plemion, w Indonezji warto też wspiąć się na jeden z wielu czynnych wulkanów. Ja postanowiłam dotrzeć do krateru samego groźnego Bromo (2329 m n.p.m.) wznoszącego się we wschodniej części Jawy. Aby ujarzmić nieprzewidywalną górę, po rozmowie z lokalnymi mieszkańcami zdecydowałam się wrzucić do otwartej paszczy stratowulkanu bukiet świeżych kwiatów. Osiadli w okolicy Hindusi wierzą, że taki dar uspokaja Bromo, który wydaje się spać i złowieszczo pochrapywać przez bulgoczącą lawę.

Choć co roku niejeden kataklizm nęka którąś z indonezyjskich wysp, Indonezyjczycy na pytanie Apa kabar? („Jak się masz?”) zawsze odpowiadają z szerokim uśmiechem Bagus! („Dobrze!”). To właśnie ci niezmiernie otwarci, przyjaźni ludzie sprawiają, że do tego wyspiarskiego kraju chce się wracać, bo w końcu zostało w nim jeszcze tyle do odkrycia…

Artykuły wybrane losowo

Trzy twarze Meksyku

CancunPic.jpg

Znany meksykański kurort Cancún

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO

G0766801.jpg

W Guelaguetza w Oaxace de Juárez to barwny festiwal folklorystyczny

©SECTUR OAXACA

OLA SYNOWIEC

 „Góry, plaże, pustynie, morza, selwy – Meksyk ma wszystko!” – mówi Carlos, który już czwarty rok z rzędu spędza wakacje, podróżując po tym kraju. Pochodzi z jego stolicy – Meksyku (Ciudad de México) – i dodaje, że jego ojczyzna jest tak duża i zróżnicowana, iż na razie nie czuje potrzeby, aby miejsca na urlop szukać gdzieś dalej. W końcu Meksykańskie Stany Zjednoczone zajmują niemal taki obszar, jak jedna piąta Europy. Meksyk bez wątpienia potrafi zaoferować coś wspaniałego każdemu turyście.


ZAC_zacatecas_021.jpg

Widok na Bazylikę Katedralną w centrum historycznym Zacatecas

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO


Czekają tu na nas turkusowe morze, bajkowe plaże, ruiny prekolumbijskich budowli, pyszne jedzenie i rozbudowana oferta kulturalna. Wielkie i gwarne kurorty sąsiadują z rejonami, gdzie na horyzoncie nie zobaczymy żadnego człowieka. Co ważne, do tego północnoamerykańskiego kraju (do Cancún) można dolecieć już bezpośrednio samolotami czarterowymi z Warszawy, a ceny biletów są dość konkurencyjne, bo podobne do kosztów przelotu do Wietnamu czy Tajlandii (już od 3249 zł w obie strony, przy czym zdarzają się niekiedy atrakcyjne promocje typu last minute z taryfami w wysokości ok. 2000 zł).


Chciałabym przedstawić trzy ciekawe krainy w Meksyku: półwysep Jukatan oraz stany Oaxaca i Zacatecas. Mimo iż różnią się od siebie, każda z nich jest na wskroś meksykańska i na swój sposób prezentuje bogactwo i historię tej części Ameryki Północnej.


Jukatan Majów

Tulum_Xpedi.jpg

Prekolumbijskie miasto Majów Tulum wzniesione na 12-metrowym klifie

©EXPERIENCIAS XCARET S.A. DE C.V


Półwysep Jukatan przypomina turystyczne eldorado. Tutejsze wybrzeże Morza Karaibskiego to urzeczywistnienie wyobrażenia raju. Zrelaksowani ludzie popijający drinki z kokosa w hamaku rozpiętym w cieniu palm nad białym piaskiem pokrywającym brzeg oblewany błękitnymi wodami – taki obrazek przyciąga rocznie ponad 7 mln turystów z całego świata, którzy odwiedzają kurorty położone na Riwierze Majów (Riviera Maya) i słynne Cancún w stanie Quintana Roo. Zatrzymują się oni przede wszystkim w luksusowych hotelach w tym ostatnim 650-tysięcznym mieście, a także imprezowo-młodzieżowej miejscowości wypoczynkowej Playa del Carmen, spokojnym Akumalu oraz wciąż nieco alternatywnym Tulum, szczycącym się bez wątpienia najpiękniejszą plażą ze wszystkich ośrodków turystycznych w tym rejonie. Górują tu nad nią dumne majańskie ruiny, nieustannie przypominające o wspaniałej historii tych okolic.


Na Jukatanie znajduje się prawie 150 stanowisk archeologicznych – pozostałości po cywilizacji Majów. Najpopularniejsze wśród nich jest Chichén Itzá, wybrane 7 lipca 2007 r. jednym z siedmiu nowych cudów świata. Oprócz rajskich plaż, to właśnie położona na jego terenie słynna Świątynia Kukulkána (Kukulkán to odpowiednik azteckiego Quetzalcóatla, czyli Pierzastego Węża), przez Hiszpanów nazwana El Castillo (Zamkiem), zazwyczaj kojarzy się z półwyspem. Najwięcej osób odwiedza to miejsce w czasie równonocy wiosennej i jesiennej, kiedy to można oglądać niezwykłe widowisko – po schodach budowli ześlizguje się cień węża.


Żeby uniknąć tłumów turystów na zdjęciach, warto udać się do nieco mniej popularnych stref archeologicznych. Wśród pagórków malowniczego Uxmal poznamy boga deszczu Chaca (Chaaca), który był bardzo ważnym bóstwem w tym majańskim mieście pozbawionym naturalnych źródeł wody. W kompleksie Cobá wdrapiemy się na najwyższą na Jukatanie piramidę Majów – Nohoch Mul. Ze szczytu 42-metrowej konstrukcji rozpościera się widok na ciągnący się po horyzont las tropikalny, nad który raz na jakiś czas wzlatuje kolorowa papuga. W innych stanowiskach możemy być często jedynymi turystami i podczas odkrywania prekolumbijskich ruin poczuć się jak Indiana Jones.


Potomkowie wielkich, nie do końca zbadanych kultur wciąż mieszkają na tych ziemiach. Tereny półwyspu to jeden z regionów kraju, w którym tradycje Indian są najżywsze, a wszystkie trzy jukatańskie stany – Jukatan, Quintana Roo i Campeche – plasują się w pierwszej piątce obszarów w Meksyku, gdzie językami indiańskimi posługuje się największy procent ludności. Podstawy maja (maya yucateco) pozwolą zrozumieć poetyckie toponimy w okolicy, np. nazwa rezerwatu Sian Ka’an oznacza „miejsce, gdzie narodziło się niebo”. Wśród lagun, mokradeł i lasów namorzynowych żyje w nim 379 gatunków ptaków oraz 115 gatunków ssaków, m.in. pumy, oceloty, margaje, jaguary, tapiry, wyjce, czepiaki czarnorękie, paki nizinne, hirary amerykańskie, pekari białobrode i delfiny. Podczas wycieczki kajakiem lub łodzią ma się wrażenie, że trafiło się do filmu przyrodniczego Davida Attenborough i jest się w samym sercu niezwykłego królestwa natury.


Najbarwniejsza fiesta w krainie fauny i flory odbywa się w Rezerwacie Biosfery Celestún. Upodobały go sobie szczególnie flamingi. Zlatują na zimę w okolice miasta Mérida, aby wykonywać bajkowo kolorowy taniec, w którym róż ich skrzydeł miesza się z błękitem wody i nieba. Można je zobaczyć także na jednej z najbardziej dziewiczych wysp w pobliżu Cancún – Holbox. W odróżnieniu od innych wyspiarskich oaz spokoju, takich jak Isla Mujeres (Wyspa Kobiet) czy Cozumel, ta jest wciąż rzadko wybieranym kierunkiem wśród turystów. Tak wyglądała kiedyś podobno cała Riwiera Majów, kiedy Cancún, Playa del Carmen i Tulum stanowiły jedynie małe rybackie wioski. Na Holbox nie wjedziemy samochodem, cały czas otacza nas tu natura. Wyjątkowym przeżyciem będzie w tej okolicy pływanie z rekinami wielorybimi. Warto wziąć też lekcje kitesurfingu – spokojne w tym rejonie morze świetnie nadaje się dla początkujących.


Półwysep Jukatan i oblewające go wody to jeden z bardziej popularnych celów wypraw nurkowych. Do obejrzenia znajdującej się tuż przy brzegu karaibskiej rafy koralowej wystarczy nawet jedynie maska z rurką. Nurkować wśród koralowców w towarzystwie kolorowych ryb można praktycznie na całej długości (aż 865 km!) wybrzeża stanu Quintana Roo. W Akumalu spotkamy się z ogromnymi żółwiami zielonymi, a niedaleko Cancún odwiedzimy niesamowite podwodne muzeum MUSA (Museo Subacúatico de Arte). Na dnie spoczywa tu ponad 500 rzeźb. Z kolei prawdziwą przygodą będzie wyprawa do wypełnionych krystalicznie czystą wodą studni wapiennych zwanych cenotami.


Cały teren obecnego półwyspu Jukatan pokrywało niegdyś morze. Był on olbrzymią rafą koralową. Jego obszar wypiętrzyło uderzenie meteorytu, najprawdopodobniej tego samego, który (według jednej z teorii) wywołał wymieranie kredowe i spowodował wyginięcie dinozaurów. Potężna kosmiczna skała spadła zresztą niedaleko Méridy, gdzie można odnaleźć wielki krater o średnicy ponad 180 km zwany Chicxulub. Przez wapienne skały nowego lądu pod jego powierzchnię zaczęły spływać deszcze tworzące podziemne jeziora. Woda i korzenie drzew przebiły do nich otwory. Tak powstały cenoty. Nazwa dzonot w języku maja oznacza „studnię”. Na Jukatanie znajduje się ich – wedle różnych szacunków – od ponad 2 do 30 tys. Wypełniająca je woda, filtrowana przez wapień, jest niezwykle czysta, a podziemne jeziora zamieszkują różne interesujące zwierzęta. Jednymi z nich są małe rybki, które podczas kąpieli zrobią nam darmowy peeling. W ciemniejszych częściach cenotów zauważymy szczelnie oblepiające strop nietoperze. Oprócz tego żyją tutaj endemiczne gatunki ryb i skorupiaków, w tym stworzenia, które na skutek niedoboru światła stały się wtórnie ślepe, a następnie w wyniku ewolucji utraciły nawet oczy.


Na półwyspie nie ma praktycznie żadnych rzek ani jezior. Jedynym źródłem słodkiej wody pozostają właśnie wapienne studnie, które dawni Majowie uważali za święte. Wierzyli, że są one wejściem do majańskich zaświatów (Mitnal). Krainę tę zamieszkiwał cały szereg dziwnych bóstw i demonów, które były odpowiedzialne za zsyłanie na ziemię śmierci i chorób. Poza tym świat umarłych nie różnił się zbytnio od codziennej rzeczywistości – ludzie kontynuowali swoje dawne życie w podziemnych miastach z placami, ogrodami i... boiskiem do rytualnej gry w piłkę (ullamaliztli), ukochanego sportu prekolumbijskiego Meksyku. W cenotach umieszczano więc podarunki dla przodków oraz bogów zaświatów. Składano też w nich ofiary dla władcy deszczu Chaca, czasem – jak w Cenote Sagrado w Chichén Itzá – również z ludzi.


Jeśli zechcemy opuścić królestwo natury, powinniśmy odwiedzić Méridę – jedno z najstarszych miast w obu Amerykach (założono ją w styczniu 1542 r.) i stolicę kulturalną półwyspu Jukatan. Tutejsze zbudowane z białego wapienia centrum historyczne uchodzi za drugie największe w całym Meksyku (po Ciudad de México). Ten klimatyczny ośrodek szczyci się ogromną ofertą wydarzeń związanych z kulturą, interesującymi muzeami i galeriami, a także świetnym rękodziełem artystycznym. Mérida to najbardziej oczywiste miejsce na zakup meksykańskiego hamaka. Można go wybrać w wersji jednoosobowej lub matrimonial („małżeńskiej”), która według mieszkańców doskonale nadaje się do uprawiania starej majańskiej sztuki zwanej hamacasutrą... W tym „Białym Mieście” (Ciudad Blanca) spróbujemy też specjałów kuchni jukatańskiej: sopa de lima (zupy z limonką, kurczakiem i kawałkami tortilli), poc chuc (pikantnej wieprzowiny marynowanej w sosie z kwaśnych pomarańczy) i pollo ticuleño (kurczaka pieczonego z plasterkami banana).


Oaxaca nad Pacyfikiem


Jukatan to nie jedyny cel wyjazdów wypoczynkowych w Meksyku. Wiele do zaoferowania ma także piękny stan Oaxaca, znajdujący się na południu kraju u wybrzeży Oceanu Spokojnego. Plaże nie są tu tak zatłoczone jak w kurortach na Riwierze Majów, jest również znacznie taniej. Może się nawet zdarzyć, że na szerokim piaszczystym brzegu będziemy zupełnie sami lub tylko w towarzystwie wyruszających na połów rybaków. To właśnie na jednej z tutejszych rajskich plaż, nazywanej Cacaluta (na terenie Santa María Huatulco lub po prostu Huatulco), kręcono sceny do filmu I twoją matkę też (2001 r.) z Maribel Verdú, Gaelem Garcíą Bernalem i Diegiem Luną w rolach głównych.


Na wybrzeżu Oaxaki wciąż nie powstało zbyt wiele luksusowych kompleksów hotelowych, zatrzymamy się na nim za to tuż nad oceanem, w małej drewnianej chatce cabaña krytej palmowymi liśćmi. Swój nieodparty urok mają małe hipisowskie wioski – Zipolite ze słynną plażą nudystów oraz Mazunte, gdzie odbywają się w listopadzie koncerty jazzowe (Festival Internacional de Jazz Mazunte), a pod koniec lutego i na początku marca festiwal cyrkowy (Festival de Circo en Mazunte). W tej ostatniej miejscowości zapoznamy się z żółwiami morskimi, którymi opiekuje się Centro Mexicano de la Tortuga. Można też tutaj ponoć zobaczyć najbardziej magiczny zachód słońca na całym wybrzeżu. Każdego dnia wspólne kontemplowanie tego widoku, zazwyczaj przy dźwięku bębnów, odbywa się na Punta Cometa – najdalej na południe wysuniętym przylądku Ameryki Północnej wychodzącym na Pacyfik. Miejsce to dla kultur prekolumbijskich miało znaczenie strategiczne i rytualne i do dziś uchodzi za źródło mocy.


Mniej więcej 65 km dalej leży mekka surferów – Puerto Escondido. Otóż Ocean Spokojny, wbrew swojej nazwie, wcale spokojny nie jest, a Atlantyk to przy nim – jak mówią Meksykanie – nudny i grzeczny kuzyn. Fale w tym rejonie osiągają wysokość nawet 6 m, a tutejsza 3-kilometrowa Playa Zicatela znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepszych plaż do surfowania na świecie. Dla początkujących miłośników tego sportu lepsza będzie znana z bardziej sprzyjających warunków La Punta, a jeśli ktoś chce jedynie popływać, powinien wybrać Manzanillo albo Puerto Angelito. Jeżeli szukamy natomiast pięknych widoków, warto udać się na Carrizalillo albo Bacocho. Wszystkie z wymienionych miejsc położone są w Puerto Escondido. W innej popularnej miejscowości turystycznej, Huatulco, jest aż 36 plaż, i to leżących w 9 malowniczych zatokach!


Urokliwe zachody słońca, romantyczne klify, ciche zakątki, które możemy mieć tylko dla siebie – wybrzeże należy do niewątpliwych skarbów stanu Oaxaca. Wiele ciekawych miejsc znajduje się także w głębi lądu. Jedno z nich stanowi stolica stanu, nosząca tę samą co on nazwę – Oaxaca (Oaxaca de Juárez). Kolonialna architektura, kolorowe budynki, klimatyczne uliczki i urocze zaułki przyciągają amerykańskich i zachodnioeuropejskich seniorów, którzy decydują się spędzić tu swoją emeryturę. Miasto działa jak magnes również na artystów. Nie ma w nim wieczoru bez wernisażu albo innego wydarzenia kulturalnego. Meksykanie śmieją się, że w Oaxace ludzie przy nawiązywaniu znajomości po zwyczajowym zwrocie Jak się miewasz? pytają się o to, jaką sztuką zajmuje się na co dzień ich rozmówca.


Stolica stanu słynie z rękodzieła. Tutejsze przepiękne tkaniny można podziwiać w Muzeum Tekstyliów (Museo Textil de Oaxaca) lub po prostu w trakcie wizyty w lokalnych sklepach i na targach, które są także swojego rodzaju rękodzielniczymi galeriami. Natkniemy się na nie co chwilę podczas spaceru po spokojnym centrum miasta. W witrynach sklepowych rozgościła się kolorowa meksykańska sztuka. Z wielu półek spogląda na nas osobliwa ferajna dziwnych barwnych zwierząt: osioł ze skrzydłami motyla, kogut z rogami byka, lew z głową orła. To alebrijes – rzeźby cudacznych kreatur, które kiedyś przyśniły się pewnemu artyście. Pedro Linares (1906–1992) leżał w łóżku z wysoką gorączką i we śnie ujrzał te niezwykłe stworzenia. Kolorowe zwierzęta otoczyły go i zaczęły wykrzykiwać jedno bezsensowne słowo: Alebrijes!. Postanowił więc odtworzyć je w postaci figur z papier-mâché. Dzisiaj jego nocne widziadła zobaczymy tutaj w co drugim sklepie z rękodziełem artystycznym. Senne majaki Linaresa stały się jednym z symboli Oaxaki.


Miasto znane jest również ze swojej kuchni. Jak w raju poczują się w nim miłośnicy słodyczy. O ile samo kakao pochodzi ze stanu Tabasco i południa Chiapas, to właśnie Oaxaca słynie z najlepszej czekolady. Przy ulicy Francisca Javiera Miny można spróbować jej bezpośrednio u wytwórców. To tu znajdziemy najlepsze meksykańskie marki: od dużych producentów takich jak Chocolate Mayordomo aż po małe rodzinne firmy z tradycjami. Ten słodki specjał podaje się w formie gorącego napoju albo jako mole – pikantny sos do kurczaka. Przepis na tę ostatnią intrygującą potrawę zawiera długą listę starannie dobranych składników, w tym prażone ziarna i nasiona, suszone owoce, liczne przyprawy, orzechy i papryczki chili. Innym lokalnym przysmakiem są chapulines, czyli smażone koniki polne. Bez trudu dostaniemy je na tutejszych targach i bazarach. Mówi się, że jeśli ktoś ich spróbuje, to z pewnością wróci do Oaxaki.


Jeżeli do powrotu nie przekonają nas chrupiące owady, być może uczyni to mezcal. Miasto uchodzi za nieoficjalną stolicę producentów tego meksykańskiego trunku, wyrabianego z agawy. Ma on status niemal kultowego napoju i panaceum na wszelkie życiowe problemy. Meksykanie zwykli o nim mawiać: Para todo mal – mezcal, para todo bien – también („Na całe zło – mezcal, na wszystko, co dobre – też”). Serwujące go mezcalerie to bardzo popularny w kraju rodzaj lokalu, przypominający polskie bary z wódką i zakąską, tyle że jako zagryzkę podaje się w nich smażone koniki polne. Ten meksykański alkohol często kojarzy się także z innym owadem – pływającą w butelce larwą ćmy. Wbrew obiegowej opinii, jej obecność wcale nie świadczy o wysokiej jakości trunku. Wręcz przeciwnie, w najlepszych mezcalach się jej nie umieszcza.


Mimo tych wszystkich atrakcji nie powinniśmy się zbytnio zasiedzieć w stolicy stanu, bo jej okolice mają również wiele ciekawego do zaoferowania. Hierve el Agua w osadzie San Isidro Roaguía wygląda jak skamieniały wodospad przeniesiony z księżycowego krajobrazu. W rzeczywistości to formacje skalne, które powstawały przez tysiące lat. Na ich szczycie znajdują się źródła tworzące niewielkie jeziora. Gdy leży się w turkusowej wodzie tuż przy krawędzi przepaści z widokiem na pobliskie pasmo górskie, odnosi się wrażenie, że trafiło się w sam środek obrazu Salvadora Dalego (1904–1989). Na wierzchołku innej góry położonej w sąsiedztwie Oaxaki de Juárez odkryjemy natomiast pozostałości dawnej stolicy Zapoteków – Monte Albán. Z ruin rozciąga się zapierająca dech w piersiach panorama okolicznych wzniesień i dolin.


Oaxaca jest jednym ze stanów o największym procencie ludności rdzennej i słynie ze świetnie zachowanych tradycji ludowych. Wiele z tutejszych fiest ma swoje korzenie w rytuałach sprzed chrystianizacji. W mieście Juchitán de Zaragoza od czasów prekolumbijskich utrzymuje się także podział na trzy płcie: kobiety, mężczyzn i muxes, czyli osoby, które urodziły się mężczyznami, ale mówi się do nich w rodzaju żeńskim. Przedstawiciele tej ostatniej grupy podczas swojego dorocznego święta w listopadzie zakładają pięknie wyszywane i kolorowe bluzki zwane huipilami oraz kwieciste spódnice i wykonują regionalne tańce. Z kolei największą lokalną imprezą jest Guelaguetza – odbywający się w lipcu w Oaxace de Juárez barwny festiwal wszelkich ludowych tradycji.


Zacatecas ze srebra


O ile w Oaxace ludność rdzenna stanowi ok. 50 proc., to już w Zacatecas – tylko niespełna 3 proc. Mimo niewielkiej populacji Indian jest to region niezmiernie ważny dla kolonialnej historii kraju. Chociaż dość rzadko odwiedzany przez turystów, ma czym zaciekawić podróżników, szczególnie tych, których interesuje turystyka aktywna i kulturowa. Podczas wizyty w tym stanie zobaczymy zupełnie inną twarz Meksyku niż na Jukatanie i w Oaxace, co tylko zachęci nas do dalszego odkrywania fascynującej ojczyzny Meksykanów.


Stolica regionu, mająca tę samą co on nazwę, została założona w 1546 r., a powstała na fali gorączki srebra. Lokalne kopalnie uczyniły z kraju największego producenta tego metalu na świecie, która to sytuacja utrzymuje się do dziś. Na początku XIX w. sam tylko stan Zacatecas dostarczał 20 proc. światowego zapotrzebowania na ten kruszec. Zaledwie 10 min. od centrum stolicy znajduje się Mina El Edén – jeden z zakładów wydobywczych, działający w latach 1586–1960. W otworzonym dla zwiedzających w 1975 r. obiekcie można oglądać oryginalne mosty, klatki schodowe i maszyny górnicze oraz przetańczyć noc w La Mina Club. To podobno jedyny klub nocny na świecie utworzony w kopalni. Żeby bawić się 280 m pod ziemią, trzeba najpierw pokonać odcinek o długości 650 m specjalną kolejką, która zawozi pasażerów do dawnych komór.


Dzięki dochodom z wydobycia srebra wybudowano w Zacatecas jedne z najpiękniejszych meksykańskich kościołów i klasztorów. To drugie najwyżej położone duże miasto w kraju (rozciągające się na średniej wysokości ok. 2430 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach. Jego architektura została dostosowana do górzystego ukształtowania terenu, a budynki są prawdziwymi dziełami sztuki. Zabudowania mają kolor żółtopomarańczowy, a wspaniale oświetlone w nocy sprawiają wrażenie złotych. W dawnych kompleksach kościelnych znajdziemy dwa ważne muzea. W kolegium jezuitów, następnie należącym do dominikanów, funkcjonuje obecnie Museo Pedro Coronel, gdzie możemy podziwiać jedną z większych kolekcji sztuki w Meksyku. Zebrano w nim dzieła takich artystów jak Salvador Dalí, Pablo Picasso, Joan Miró, Marc Chagall, Eugène Delacroix czy Georges Braque. Z kolei brat Pedra, Rafael, zgromadził największy na świecie zbiór meksykańskich masek liczący ponad 10 tys. egzemplarzy. Obejrzymy je w Museo Rafael Coronel w niegdysiejszym Klasztorze św. Franciszka, jednym z najstarszych na północy Meksyku, ufundowanym pod koniec XVI stulecia. To jednak tylko dwie z licznych placówek muzealnych Zacatecas, w którym tętni życie kulturalne i odbywa się wiele festiwali i ważnych wydarzeń.


Stolica stanu najlepiej prezentuje się z góry, z legendarnego wzgórza Bufa (Cerro de la Bufa – ok. 2650 m n.p.m.). Z historycznego centrum dostaniemy się na nie w 7 min. teleférico, czyli kolejką linową. Miejsce to było cichym świadkiem rewolucji meksykańskiej (1910–1920). To właśnie tutaj 23 czerwca 1914 r. rozegrała się jedna z jej największych bitew – toma de Zacatecas (bitwa o Zacatecas). Francisco Pancho Villa (1878–1923) pokonał w tym rejonie armię 12 tys. żołnierzy generała Luisa Mediny Barróna (1873–1937). Na wzgórzu znajduje się muzeum upamiętniające to wydarzenie. Zgromadzono w nim ubrania, broń, działa, makiety, gazety, zdjęcia i dokumenty z tego okresu, a przed budynkiem ustawiono pomniki wielkich przywódców rewolucji meksykańskiej.


Cały Meksyk usiany jest wspaniałymi pamiątkami po kulturach prekolumbijskich, więc także w Zacatecas leży kilka interesujących stref archeologicznych, takich jak Altavista (Chalchihuites), La Quemada czy El Teúl, czyli najstarsze miejsce w Ameryce Łacińskiej, w którym wytapiano miedź. Ten stan spodoba się też miłośnikom turystyki aktywnej. Park Narodowy Sierra de Órganos to świetna okolica na trekking, wspinaczkę bądź jazdę rowerem górskim. Erozja wietrzna nadała tutejszym górom niesamowite kształty – wyglądają jak katedry, wieże i zamki. U ich podnóży kręcono m.in. Działa Navarony (1961 r.) z Anthonym Quinnem i Gregorym Peckiem w rolach głównych i Jaskiniowca (1981 r.) z Ringo Starrem. Parkowa infrastruktura została wyśmienicie przygotowana – są tu np. specjalne miejsca z grillem, gdzie można rozbić namiot. Poza tym w tym rejonie zatrzymamy się również w domkach kempingowych. Jak mówi hasło promocyjne stanu: Zacatecas, Suena Bien!, czyli „Zacatecas, brzmi dobrze!”. Z pewnością warto odwiedzić ten region Meksyku, w którym czeka na nas mnóstwo niezapomnianych wrażeń.  

Saksonia – Niemcy mniej znane

590.jpg

Panorama historycznego centrum Drezna oglądana od strony Łaby

©TOURISMUS MARKETING GESELLSCHAFT SACHSEN MBH (TMGS)/ ANJA UPMEIER

JULITA CZECHOWICZ


Gdyby spytać Bawarczyka o to, z czym kojarzą mu się Saksonia i Saksończycy, pewnie uśmiechnąłby się z lekkim lekceważeniem i powiedział, że z dialektem. Rzeczywiście, Niemcy uważają dialekt saksoński za trudny w odbiorze, ale niewielu wie, iż to tą odmianą językową posłużył się w XVI w. Marcin Luter w swoim tłumaczeniu Biblii, pod wpływem którego wykształcił się później standardowy język niemiecki („Hochdeutsch”). Jednak wystarczy raz odwiedzić Saksonię, aby przekonać się, że jest miejscem jedynym w swoim rodzaju.

Więcej…

Koleją przez Meksyk – ah, Chihuahua!

MAJA ZAWIERZENIEC

 

Kraj ten, należący do pierwszej dwudziestki największych państw świata, powszechnie kojarzy się z kukurydzą, tequilą i kulturą prekolumbijską. Turyści odwiedzają Meksyk, aby podziwiać zarówno dawną monumentalną architekturę, jak i przepiękną przyrodę. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że można i warto zejść z utartych szlaków i spojrzeć na tę część Ameryki Łacińskiej z innej perspektywy. Wystarczy wykupić bilet na przejazd koleją z Chihuahua do Topolobampo, aby w trakcie takiej wycieczki odkrywać nieznane oblicza Meksyku stacja po stacji…

Więcej…