ALINA WOŹNIAK

<< Każdego roku przyjeżdżają tu miliony turystów spragnionych słońca, złotych plaż, wyśmienitej kuchni, wielowiekowych zabytków, egzotycznych pejzaży i wszelkiego rodzaju atrakcji: od kursów medytacji przez górskie wędrówki po zabawę w nocnych klubach. Moda na Tajlandię nie przeminęła i jeszcze długo będzie się utrzymywać. >>

Królestwo Tajlandii to monarchia konstytucyjna, na której czele stoi król (aktualnie Rama IX – Bhumibol Adulyadej). Leży w Azji Południowo-Wschodniej na Półwyspie Indochińskim i części Półwyspu Malajskiego. Należą do niego również setki wysp w Zatoce Tajlandzkiej i na Morzu Andamańskim. Duża różnorodność stref roślinności (lasy monsunowe, równikowe, namorzynowe, sawanny) sprawia, że w granicach tego państwa żyje wiele gatunków zwierząt, m.in. słoń indyjski, niedźwiedź malajski, lotokot, lampart czy zagrożony wyginięciem tygrys.

 

Bogate dziedzictwo kulturowe kraju, otwartość i gościnność jego mieszkańców oraz rozbudowana infrastruktura od lat przyciągają w te strony zarówno zwolenników turystyki zorganizowanej, jak i indywidualnych  podróży. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie: miłośnicy luksusu i backpakerzy, plażowicze i wędrowcy, bywalcy klubów nocnych i ci, którzy stronią od rozrywek.

W Tajlandii rozwijają się wszystkie rodzaje turystyki – przyrodnicza, krajoznawcza, imprezowa, zakupowa, aktywna czy medyczna (w 2012 r. z tej ostatniej skorzystało ponad 2 mln cudzoziemców!). Prywatne szpitale, przychodnie i kliniki oferują szeroki zakres usług: od stomatologii przez liposukcję, czyli odsysanie tłuszczu, po operacje zmiany płci (poddała się jej w Bangkoku m.in. posłanka na Sejm RP Anna Grodzka). Natomiast liczne wspaniałe ośrodki spa & wellness zadbają o nasze ciało i ukoją duszę.    

FOT. TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Parasailing – lot na spadochronie ciągniętym przez motorówkę

 

„Mai pen rai”

Tajlandia jest ogromna (ma niemal 515 tys. km² powierzchni) i niezmiernie zróżnicowana. Znajdziemy w niej spokojne zatoczki i nigdy nie zasypiające miasta, plaże dzikie i takie, które cały czas pulsują życiem, dziewicze wysepki, porośnięte dżunglą góry, pola ryżowe, tradycyjne wioski i nowoczesne miejscowości, luksusowe restauracje i przenośne garkuchnie, zabytkowe świątynie i słynne dyskoteki, oddalone od cywilizacji ośrodki medytacji i kluby go-go w modnych kurortach. Na turystów czeka rozbudowana baza noclegowa: elitarne rezydencje, hotele niemal wszystkich czołowych międzynarodowych sieci, luksusowe resorty, skromne hostele, pokoje do wynajęcia i proste chatki – do wyboru, do koloru i na każdą kieszeń.

Cudzoziemcy lubią przyjeżdżać do tego kraju także ze względu na jego pomocnych, kontaktowych, łagodnie usposobionych, ceniących spokój i umiar mieszkańców. Tajowie to dumny naród, szanujący tradycję, ale jednocześnie otwarty na inność. Nie poddali się ani wpływom kolonialnym, ani komunistycznym, a w dobie masowej turystyki i homogenizacji kultury nadal zachowują swoją odrębność i chętnie dzielą się swoimi zwyczajami z przybyszami (np. w szkołach i na kursach tajskiego gotowania, masażu, języka i rzemiosła). Warto jednak nauczyć się od nich przede wszystkim cierpliwości, powściągliwości i uśmiechu, będącego kwintesencją wrodzonej pogody ducha. Tajlandię określa się często jako królestwo spokoju. Tajowie, w przeważającej większości buddyści, perfekcyjnie opanowali sztukę niepoddawania się irytacji. Dlatego zamiast kolejnej pamiątki z wakacji lepiej przywieźć stąd umiejętność godzenia się z losem, a zatem mai pen rai („nie przejmuj się”)!  

 

Raj nieutracony

Rozwój turystyki stanowi dla Tajlandii błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie – zapewnia dochód 2 mln mieszkańców, generuje przychód 7,3 proc. PKB, lecz grozi degradacją przyrody. Jeszcze 20 lat temu w wielu miejscach można było poczuć się niemal jak Robinson Crusoe, dziś powstały w nich drogi, wyrosły hotele i sklepy. Rajską wyspę Koh Phi Phi Don niegdyś zamieszkiwali tylko lokalni Cyganie. Gdy odwiedziłam ją pierwszy raz, żaden z kilku tutejszych skromnych hotelików nie posiadał klimatyzacji, a ciepła woda uchodziła za luksus. Soczyście zielony naturalny pas wybrzeża oddzielający dwie zatoki za każdym moim kolejnym pobytem zmieniał się w coraz bardziej wielobarwny kompleks nowych budowli. Po sukcesie filmu Niebiańska plaża z Leonardem DiCaprio w roli głównej turyści oblegają również pobliską bezludną Koh Phi Phi Leh.

Archipelag Phi Phi został zniszczony przez tsunami w 2004 r. W usuwaniu skutków żywiołu pomagali wolontariusze z całego świata, m.in. zgrupowani w Phi Phi Dive Camp (zbieranie śmieci z rafy koralowej) i HiPhiPhi (praca przy odbudowie domów). Okazało się więc, że obcokrajowcy potrafią nie tylko napawać się urokami tego zniewalającego zakątka, lecz także włączyć się w przywracanie jego piękna.

 

Ekologiczna Tajlandia

Na szczęście państwo Tajów nie zamieniło się w betonowo-szklane królestwo i nadal znajdziemy w nim enklawy wolne od wpływów nowoczesności, a wśród nich aż ponad 100 parków narodowych (pierwszy był ustanowiony w 1962 r. Khao Yai), rezerwaty przyrody i tereny chronione. Na wybrzeżach nie buduje się hoteli wyższych od palm kokosowych (choć na początku boomu turystycznego różnie z tym bywało). Nawet powierzchnię największej i najbardziej rozwiniętej wyspy Phuket nadal w 60 proc. porasta dżungla. Wiele ośrodków noclegowych w całym kraju wprowadziło też ekologiczne rozwiązania (użytkowanie energii z paneli słonecznych, wykorzystywanie wody deszczowej do podlewania ogrodów, przygotowywanie posiłków z żywności naturalnej, stosowanie energooszczędnego oświetlenia, recykling, ograniczanie zużycia detergentów itp.).

Rosnącą popularnością cieszy się również ekoturystyka, której patronują agencje ochrony środowiska, ministerstwo turystyki oraz różne fundacje i zrzeszenia (np. Green Leaf Foundation czy TCDF Eco-Logic). Jednym z największych przedsięwzięć jest projekt 7Greens, propagujący wycieczki agroturystyczne. Uczestnicy takich wypraw zatrzymują się z dala od utartych szlaków, obserwują życie tajskich rolników i sami biorą w nim udział: pomagają przy uprawie ryżu i bawełny, mieszkają u Tajów, poznają lokalne tradycje, pracują jako wolontariusze.

Turyści, którzy wypoczywają w popularnych kurortach, coraz częściej kupują wyroby miejscowego rękodzieła artystycznego, wypożyczają rower zamiast samochodu, wybierają knajpki z organicznym jedzeniem dostarczanym przez okolicznych rolników. Takie proekologiczne nastawienie widać szczególnie w północnej Tajlandii, która zawsze przyciągała miłośników dziewiczej przyrody. Wiele lat temu wprowadzono tu królewski program rolniczy mający na celu upowszechnianie upraw warzyw i kawy na dotychczasowych nielegalnych polach makowych. Dzięki wciąż rozwijającemu się sektorowi ekoturystyki założenia te dużo łatwiej zrealizować.

 

Urok stolicy

Według opublikowanego przez MasterCard rankingu Global Destination Cities Index 2013 Bangkok zajmuje pierwsze miejsce na liście najczęściej odwiedzanych miast na świecie. Wstępne szacunki mówią o rekordzie w 2013 r., który ma sięgnąć zawrotnej liczby: 15,98 mln turystów! Ciekawe, czy o takiej popularności marzył założyciel dynastii Czakri – król Rama I, gdy ustanawiał nową stolicę w 1782 r. Dziś ta kosmopolityczna metropolia łączy w sobie azjatycką atmosferę i buddyjski mistycyzm oraz wpływy zachodnioeuropejskie w postaci nowoczesnej architektury, odbywających się tutaj międzynarodowych kongresów i targów czy centrów zakupowego szaleństwa. Drapacze chmur wyrosły obok klasztorów i świątyń, klimatyzowane galerie handlowe i luksusowe hotele – w sąsiedztwie ulicznych bazarów, lepianek i domków duchów, a tuk-tuki (zmotoryzowane riksze) przedzierają się między nowymi modelami japońskich samochodów i w cieniu szybkiej naziemnej kolejki BTS SkyTrain. To miasto nigdy nie zasypia. Nocą przeobraża się w wielki bazar, gdzie można kupić wszystko – od papierowych parasolek, przez amulety, kość słoniową i smażoną szarańczę po podróbki rolexów czy artykułów od Gucciego – i skorzystać z usług erotycznych.    

FOT. TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Na bazarach w stolicy Tajlandii możemy kupić każdy towar

 

Serce Bangkoku bije w Wielkim Pałacu Królewskim, który stanowi prawdziwe arcydzieło sztuki. Odbywają się w nim audiencje u króla, uroczystości państwowe i religijne. Najświętszym miejscem jest tutaj Wat Phra Kaew (Świątynia Szmaragdowego Buddy) z narodowym talizmanem Tajów: wykutym z zielonego nefrytu posążkiem Buddy. Nieopodal wznosi się największa i najstarsza bangkocka budowla sakralna: Wat Pho (Świątynia Odpoczywającego Buddy) z prestiżową szkołą tajskiej medycyny tradycyjnej i masażu (są również klasy dla obcokrajowców), gdzie przekonamy się o dobroczynnym działaniu technik relaksujących, które odblokowują kanały energetyczne i głęboko odprężają, przywracając równowagę duchową. Chwila wyciszenia i odpoczynku na pewno przyda się podczas zwiedzania miasta, bo potrafi ono przytłoczyć Europejczyka swoją wielkością, zmęczyć hałasem, korkami, smogiem i upałem, choć równocześnie zachwyca i zadziwia feerią barw i aromatów, kunsztem zabytków i wschodnią gościnnością.

 FOT. TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Budowę Wielkiego Pałacu Królewskiego rozpoczęto w 1782 r.

 

Duszą stolicy i jej osią jest rzeka Menam (Chao Praya), po której pływają barki, łodzie i tramwaje wodne. Warto spojrzeć na Bangkok z jej perspektywy. W wodach Menamu przeglądają się eleganckie hotele, takie jak legendarny Mandarin Oriental, zbudowany w 1879 r., czy nowsze Shangri-La Hotel, Chatrium Hotel Riverside Bangkok i Ramada Plaza Menam Riverside Bangkok, a liczne świątynie i szklane elewacje wieżowców mienią się w słońcu. Na wybrzeżu rozłożyły się różne centra handlowe i rozrywkowe, np. Asiatique The Riverfront – otwarty w maju 2012 r. ogromny teren handlowo-rekreacyjny (bulwar nadrzeczny, ponad 1500 sklepów i lokali gastronomicznych, teatr, pokazy tańców, diabelski młyn itd.). Nadal jednak najpopularniejszą dzielnicą handlową pozostaje Chinatown z setkami sklepików, straganów, knajpek, zielarni i gabinetów tradycyjnej medycyny chińskiej. 

Z głównego nurtu rzeki warto skręcić, aby popłynąć do dzielnicy Thonburi (dawniej odrębnego miasta), gdzie pośród labiryntów kanałów (klongi), stanowiących niegdyś miejskie arterie, wyłania się zupełnie inny świat: do drewnianych, skromnych domków na palach przylegają werandy obrośnięte pnączami egzotycznych kwiatów, przy brzegach kołyszą się stare łodzie, a w mętnej wodzie radośnie taplają się dzieci… Wycieczka do tej części stołecznego okręgu to podróż do przeszłości – do czasów, gdy Bangkok nazywano „Wenecją Wschodu”. 

 

Czar tropików   

Na południe od stolicy, zarówno w kontynentalnej części Tajlandii, jak i na licznych wyspach, spełniają się marzenia o tropikalnych wakacjach. Pełno tu piaszczystych, skąpanych w słońcu plaż, lagun mieniących się wszystkimi odcieniami błękitu i turkusu, malowniczych zatok (jedną z najpiękniejszych jest Phang Nga uwieczniona w filmie o brytyjskim agencie Jamesie Bondzie Człowiek ze złotym pistoletem), urokliwych jaskiń, cudownej roślinności czy skalnych ostańców wyrastających z krystalicznie czystej wody. Na turystów czeka w tym rejonie mnóstwo ofert rekreacyjnych i sportowych. Do wyboru mamy olbrzymią liczbę niezmiernie interesujących kierunków: od pulsującego życiem kurortu Pattaya (ok. 130 km od Bangkoku) przez największą wyspę Phuket (543 km² powierzchni) po niewielkie wysepki, gdzie nie dotarła jeszcze masowa turystyka, szczycące się dziewiczą przyrodą, spokojną atmosferą i zapierającymi dech w piersiach widokami – zarówno na lądzie, jak i pod wodą (np. Koh Tao, czyli Wyspa Żółwi, w Zatoce Tajlandzkiej na archipelagu Samui niedaleko wodnej granicy z Malezją, Koh Lanta Yai i Koh Similan czy Koh Racha Yai w pobliżu Phuket). 

FOT. TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Wody oblewające archipelag Surin przyciągają fanów snorkelingu

 

            Warto odwiedzić też trzecią co do wielkości tajską wyspę – Koh Chang (217 km²), leżącą na wschodnim wybrzeżu, w pobliżu granicy z Kambodżą. Aby do niej dotrzeć z Bangkoku, trzeba polecieć samolotem do Trat (lot trwa godzinę) i następnie wsiąść na prom lub łódź motorową. Wyspa zachwyca pięknymi plażami (szczególnie w zachodniej części), gęstym lasem deszczowym, granitowymi wzgórzami, liczącymi sobie 200 mln lat, malowniczymi wodospadami, autentycznymi wioskami rybackimi i rafą koralową. Można tu wybrać się na snorkeling, nurkowanie głębinowe, rejs jachtem, kajakiem lub łodzią albo trekking na słoniach. Na przybyszów czekają liczne wypożyczalnie skuterów, klimatyczne bungalowy, świetne knajpki serwujące przepyszne ryby i owoce morza, ale także pub irlandzki, supermarkety, stragany i salony masażu. Natomiast te osoby, którym marzy się błogi relaks na odludnej i cichej wysepce, powinny popłynąć na sąsiednie Koh Mak lub Koh Kood. Na tej ostatniej znajduje się oryginalny, idealnie wkomponowany w naturalne otoczenie kompleks luksusowych willi Soneva Kiri, oferujący wypoczynek zgodnie z filozofią slow life – dla szczęśliwych turystów smakujących życie.       


 

Artykuły wybrane losowo

Nasze piękne tureckie wakacje

IZABELA MISZCZAK

www.turcjawsandalach.pl

                                                                                                 FOT. BIURO RADCY DS. KULTURY I INFORMACJI AMBASADY TURCJI/ÝBRAHÝM ZAMAN
 << Turcja, kraj położony na półwyspie Azja Mniejsza, nazywanym też Anatolią, czyli Krainą Wschodzącego Słońca, oblewany wodami czterech mórz, to idealne miejsce zarówno na błogie wakacyjne lenistwo, jak i aktywny wypoczynek. Można tu podążać śladami dawnych cywilizacji i podziwiać niezwykłe krajobrazy z perspektywy łodzi kołyszącej się na błękitnych falach lub z balonu wznoszącego się o poranku nad przepiękną Kapadocją. >>

W większości wyżynne terytorium państwa otaczają wody mórz Czarnego, Marmara, Egejskiego i Śródziemnego. Linia brzegowa ma ponad 7 tys. km długości, a rozmieszczone wzdłuż niej kurorty są głównymi ośrodkami rozwijającej się dynamicznie turystyki. To one są najczęściej głównym celem letnich wyjazdów mieszkańców Europy.

Więcej…

Panama z dwóch stron

taboga Island 2

Statki w Zatoce Panamskiej u brzegów Tabogi

© HOVER TOURS

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Słowo „Panama” ma w sobie siłę i melodię. Ilekroć je słyszę, zawsze pobudza moją wyobraźnię. Przed oczami staje mi scena, w której w tropikalnym klimacie literat pracuje nad swoją książką. Na suficie szumi wiatrak, na kolonialnym biurku stoi maszyna do pisania i butelka postarzonego rumu. Panamska rzeczywistość oczarowała pisarzy takich jak choćby Graham Greene, Joseph Conrad czy John le Carré. Ten ostatni zresztą tutaj właśnie umieścił akcję swojej powieści „Krawiec z Panamy”.

 

Kiedy trafiła się więc okazja, aby pojechać do tego kraju w Ameryce Środkowej, natychmiast z niej skorzystałem. Ta wyprawa dała mi mnóstwo radości. Odnajdywałem ją wszędzie: w ludziach, języku, na stoiskach z ulicznym jedzeniem i w przebogatej przyrodzie, której wcześniej nie znałem. Codziennie wstawałem o 5.00 lub 6.00, żeby nowa przygoda nie musiała na mnie czekać, i ciągle nabierałem apetytu na więcej. Na pierwszy rzut oka Panama wydaje się krajem lepiej zorganizowanym niż np. Dominikana. Ale bez obaw! Nie brakuje w niej naturalnego luzu. Wciąż odnajdziemy tu jedyny w swoim rodzaju, uroczy latynoski rozgardiasz. Do Polski wróciłem ogrzany promieniami słońca, naładowany pozytywną energią oraz wzmocniony witaminami ze świeżych soczystych owoców tropikalnych i życzliwością Panamczyków.

 

Z wyprawy do Panamy z największym sentymentem wspominam wizyty na dwóch wyspach: Taboga (Isla de Taboga) i Kolumba (Isla Colón). Pierwszą z nich oblewają wody Oceanu Spokojnego (Zatoki Panamskiej), a druga należy do archipelagu Bocas del Toro na Morzu Karaibskim. Udało mi się więc poznać ten kraj od strony obu jego wybrzeży.

 

Z MIASTA NA WYSPĘ KWIATÓW

 

Mieszkańcy miasta Panama i przyjeżdżający w odwiedziny do tej tętniącej życiem, ale też niezmiernie głośnej, chaotycznej i dzień w dzień potwornie zakorkowanej panamskiej stolicy mają wiele szczęścia. Z tej wielkomiejskiej przestrzeni naznaczonej gęstym lasem połyskujących w słońcu drapaczy chmur, wypełnionych filiami chyba wszystkich kluczowych banków świata czy kancelarii prawniczych, miejsca przypominającego do złudzenia betonową dżunglę Hongkongu albo Singapuru, dosyć łatwo się wydostać. Wystarczy 30 min. i 10 dolarów amerykańskich w kieszeni, aby dopłynąć do wyspy Taboga leżącej w Zatoce Panamskiej (ok. 20 km od wybrzeża kontynentu). Niebiesko-biały katamaran armatora Taboga Express lawiruje co i rusz między majestatycznymi stalowymi bestiami, czyli ogromnymi statkami flot handlowych. Większość z tych wyczekujących wejścia do Kanału Panamskiego wielotonowych kontenerowców, drobnicowców, tankowców czy masowców zarejestrowano w krajach tzw. tanich bander, jak choćby Bahamy, Antigua i Barbuda, oczywiście, Panama i daleka, położona w Afryce Zachodniej Liberia (w jej stolicy, Monrowii, rejestruje się najwięcej jednostek pod względem liczby i tonażu).

 

Na Tabodze dzięki jej wulkanicznemu pochodzeniu i żyznym glebom rozwinęła się niesamowicie bogata przyroda. Tutejsze wzniesienia pokryte są bujnym tropikalnym lasem. Najwyższe z nich – Cerro Vigía – mierzy 307 m wysokości. Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz) osiąga z kolei 169 m, a wieńczy je okazały sześciometrowy krzyż. Podczas II wojny światowej oba służyły amerykańskim żołnierzom jako punkty obserwacyjne. Stany Zjednoczone ulokowały na wyspie bazę wojskową, co ponoć poprawiło znacznie status ekonomiczny jej mieszkańców. Obecnie na szczyty wzniesień prowadzą ścieżki, których pokonanie wymaga mniejszego lub większego wysiłku. Zmieniające się nachylenie terenu i duchota, panująca szczególnie na odcinkach zadrzewionych, stanowią czasem nie lada wyzwanie. Jednak warto podjąć ten trud dla późniejszych widoków, które po prostu zachwycają. Nieco niepokojący wydaje się fakt, że nad głowami osób wchodzących na górę krążą pojedynczo lub stadnie urubu czarne (sępniki czarne), padlinożerne ptaki z rodziny kondorowatych, zwane w Panamie gallotes lub gallinazos (Coragyps atratus). Monitorują kondycję wchodzących, jakby wyczekiwały swojej szansy.

 

Niemal jedna trzecia powierzchni lądu została tu objęta obszarem chronionym. Taboga zwana jest również całkiem zasadnie Wyspą Kwiatów (Isla de las Flores). Zapach tychże dolatuje do nozdrzy, gdy tylko człowiek postawi nogę na molo niewielkiej przystani promowej – ta woń od razu upaja, wprawia w dobry nastrój, zwiastuje przyjemność wakacyjnej laby. Potem zaczyna się zauważać, że kwiaty rosną wszędzie. Mury i balustrady pokrywają bugenwille w kolorze szaty biskupiej, swoje okazałe kielichy kierują do słońca hibiskusy o barwie stroju kardynalskiego. Rośliny kwitną tu bez przerwy, soczystą, radującą oczy zieleń urozmaica mnóstwo wielobarwnych akcentów. Kwiaty zdobią pobocza wąskich uliczek, jakże spokojnych i urokliwych, upiększają domowe tarasy i przydrożne, zadbane kapliczki, których na wyspie nie brakuje. Najokazalsze z tych ostatnich poświęcone są Matce Boskiej z góry Karmel (Nuestra Señora del Carmen), patronce rybaków. Co roku 16 lipca na jej cześć odbywa się zachwycająca procesja na morzu. Świętuje wówczas cała wyspa. Wokół rozbrzmiewa muzyka, wszyscy tańczą do utraty tchu, a wieczorne niebo roziskrzają pokazy sztucznych ogni.

 

Colon Island 3

Kolorowe domy na karaibskiej Wyspie Kolumba

© HOVER TOURS

 

HISZPAŃSCY KONKWISTADORZY

 

Według legendy przekazywanej od pokoleń Matka Boska miała uwolnić miejscowych od najazdów piratów, którzy nękali tę okolicę w XVI w. Ponoć ukazała się intruzom na plaży jako przywódczyni zbrojnej grupy gotowej na odparcie ataku. Piraci zlękli się i wycofali. Wyspiarze pobiegli więc do kościoła, żeby podziękować Bogu za ten cud. W świątyni ujrzeli ślady mokrych stóp prowadzące do ołtarza. Stojący na nim posąg Maryi był mokry i pokryty piaskiem. Wtedy ludzie zrozumieli, komu ten cud zawdzięczają. Dlatego też czczą swoją patronkę do dziś z niesłabnącym oddaniem.

 

Wspomniany Kościół św. Piotra (Iglesia de San Pedro) jest podobno drugą najstarszą świątynią na półkuli zachodniej. Obecnie pieczołowicie odrestaurowany wyróżnia się bielą murów, jednak wyraźnie chropowatych, pamiętających odległą przeszłość. Mimo wielu budynków stojących w sąsiedztwie kościół już z daleka daje się namierzyć po typowej wieży z dzwonnicą. Wygląda niezmiernie malowniczo. Przed nim rozpościera się niewielki plac, gdzie starsi przychodzą, aby przysiąść i poplotkować, a młodsi, żeby pograć w koszykówkę. Świątynia powstała niedługo po tym, jak w 1524 r. przybył na wyspę hiszpański ksiądz Hernando de Luque i nad brzegiem oceanu założył osadę San Pedro. Najpierw była tu mała kaplica, w której m.in. przed wyprawą konkwistadorską komunię przyjęli poddani Królestwa Hiszpanii Diego de Almagro i Francisco Pizarro. Później, jak głosi historia, ten pierwszy odkrył Chile, a drugi podbił Peru. Datę odkrycia samej Tabogi, której nazwa pochodzi od słowa aboga znaczącego w języku dawnej rdzennej ludności „obfitość ryb”, podaje ceramiczna tablica umieszczona na urokliwym skwerku tuż przy nadmorskiej promenadzie. Według niej czynu tego dokonał w 1513 r. najbardziej kojarzony z Panamą konkwistador – Vasco Núñez de Balboa. Jako pierwszy Europejczyk pokonał Przesmyk Panamski i dotarł do Oceanu Spokojnego, któremu nadał nazwę Mar del Sur – Morze Południowe. Z Santo Domingo na wyspie Hispaniola (gdzie mieszkał i popadł w długi) dostał się do ówczesnej Złotej Kastylii, czyli północnego wybrzeża dzisiejszej Panamy, w nadzwyczaj zuchwały sposób. Ukrył się w beczce na solone mięso.

 

Ciudad de Panama-DSC 8755

Avenida Balboa i drapacze chmur stojące wzdłuż wybrzeża (Ciudad de Panamá)

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

WYDŁUŻAJĄCA SIĘ PLAŻA

 

Taboga przyciąga zarówno Panamczyków, jak i obcokrajowców sielskością i wciąż odczuwalną atmosferą czasów kolonialnych. Najwięcej turystów z kontynentu gości w trakcie świąt i weekendów. Dla tych, którzy odwiedzają kosmopolityczne miasto Panama w interesach lub innym celu i marzą, aby choć przez moment odprężyć się poza stolicą, ta wyspa stanowi najwłaściwszy wybór. Znajdują się na niej całkiem przyjemne plaże, obmywane łagodnymi falami Pacyfiku, jak Playa Honda i Playa La Restinga. Wyjątkową cechą tej drugiej jest to, że podczas odpływu można z niej przejść na inną, znacznie mniejszą, pagórkowatą wysepkę zwaną El Morro. Nadal da się tu dostrzec ślady dawnej stoczni. Warto nadmienić, że w połowie XIX stulecia Taboga pełniła funkcję znaczącego panamskiego portu. Miejsce obfituje w owoce tropikalne i owoce morza. Papaje i karambole dojrzewają dziko i w przydomowych ogrodach. Serwowane w lokalnych knajpkach ryby, jak podawana na różne sposoby corvina (Cilus gilberti), będąca panamską specjalnością, czy wszelakie owoce morza są tu zawsze świeże i wyśmienite. Smażona corvina najlepiej smakuje z także smażonymi bananami warzywnymi – platanami (plátanos verdes), popijana lodowatym piwem Balboa albo Panama. Wśród dań z owoców morza prawdziwą rozkosz dla podniebienia stanowią almejas al ajillo – delikatne małże z czosnkiem duszone w winie, doprawione odrobiną ostrej papryki i pietruszki. Uśmiech na niejednej twarzy wywoła na pewno rachunek wypisany odręcznie na kawałku tektury, będącej fragmentem jakiegoś opakowania.

 

UROKI SAN PEDRO

 

Po wyśmienitym posiłku warto udać się na sjestę albo pospacerować po okolicy. Już na obrzeżach San Pedro tutejsza nieposkromiona natura daje o sobie znać. Wszędzie coś rośnie, wije się, pleni. Co chwilę słychać chrobot w konarach drzew, ptasie trele i kwilenie, szelest pośród opadłych, wysuszonych liści lub gdzieś w trawie. Człowiek ma ciągle wrażenie, że nie jest sam, że coś mu dotrzymuje kroku i go obserwuje. Pełno tu jaszczurek śmigających między plamami słońca a cieniem. Jedne są małe i szybkie jak pocisk, inne – całkiem spore, wolniejsze i leniwe. Czasem trafi się wąż, lecz zaraz odpełza w swoją stronę.

 

Po powrocie do miasteczka trafimy na kury grzebiące w cieniu bananowców i na gallos de pelea, czyli koguty bojowe zamknięte w klatkach, odkarmione i zadziorne. Wśród nich znajduje się pewnie przyszły el campeón – czempion. Wtedy skojarzymy, że to, co wcześniej widzieliśmy i co przypominało okrągły basen dla dzieci, ze szczątkami piór zamiast wody, jest w istocie areną do kogucich walk. San Pedro ma też cmentarz. Nekropolie w tropiku zawsze sprawiają wrażenie osobliwych, hipnotyzują. Tworzą przestrzeń z pogranicza jawy i snu, gdzie realizm magiczny, który słynny kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez zaklął w swoich powieściach, wkracza do rzeczywistości. Najmocniej intrygują mnie takie nieco chaotyczne, skromne cmentarze. Złożone są one z białych jak wyschnięte piszczele grobowców z typowymi niszami, w które wsuwa się trumny. Część z grobów jest zapadnięta, część powleczona pajęczyną czarnych zacieków, bo wilgoć wypełza w tropiku z każdego kąta. Czasem widać tylko gołe krzyże wyrastające z suchej ziemi. Nie mogę się napatrzeć na takie cmentarze. Fascynuje mnie ten ich jakiś letargiczny charakter, pociągają te wszystkie tajemnice pozaszywane w cieniach i zapisane w osobliwych epitafiach.

 

W drodze do hotelu obowiązkowo należy zajrzeć do sklepu, gdzie Chińczyk mówiący po hiszpańsku płynnie i bez akcentu sprzedaje wyborny panamski rum Abuelo trzy razy drożej niż w kontynentalnej części kraju i narodowy trunek wysokoprocentowy z trzciny cukrowej Seco Herrerano w normalnej cenie. Co ciekawe, chińska społeczność w Panamie jest najliczniejsza w całej Ameryce Środkowej (między 135 tys. a 200 tys. mieszkańców, czyli ok. 4 proc. ludności tej ponad 4-milionowej republiki). Nie zaszkodzi zakupić oba trunki i jeszcze kilka limonek, zupełnie innych niż te, jakie znamy. Skórkę mają odrobinę zbrązowiałą, lecz ledwo przekrojone pachną jak marzenie bukietem aromatów pomarańczy i cytryn. Poza tym można z nich wycisnąć pyszny sok do drinka z rumem i coca colą, jeśli ktoś chciałby napić się cuba libre w wolnej Panamie. W hotelu, w położonym na najwyższym piętrze pokoju z wiatrakiem na suficie patrzę z balkonu na rozświetlony wieczorem Pacyfik – dziesiątki statków wyczekują wejścia do Kanału Panamskiego. O zmierzchu rozbrzmiewają żabie serenady. Niesforne psy ganiają się po sąsiednich podwórkach. Wreszcie przychodzi zasłużony sen.

 

O poranku wschodzące słońce odbija się pomarańczowo w otwartych na oścież drzwiach balkonowych. Na śniadanie dostaję smażone jajka, tosty i kawę, jak zawsze przepyszną. Na plaży na krótko przed wejściem na powrotny prom do Panamy wypijam jeszcze wodę z wielkiego, zielonego, dobrze schłodzonego orzecha kokosowego, w którym zmieściłyby się trzy szklanki płynu. Spoglądam na urzekającą Tabogę i żegnam się z nią: Hasta la próxima! („Do następnego razu!”).

 

WIECZÓR W TROPIKU

 

Po wizycie nad Pacyfikiem trafiam dla odmiany na Wyspę Kolumba (Isla Colón) leżącą na Morzu Karaibskim w prowincji Bocas del Toro (w archipelagu o tej nazwie). Jest późne popołudnie, prawie wieczór. Palmy kokosowe, zalane złotym kolorem zachodzącego słońca strzelają ponad skorodowane rdzą dachy z blachy falistej. Czaple białe wzbijają się nad gęste korony namorzynów, zataczają dwa, może trzy kręgi i siadają. Po drugiej stronie ulicy rozgrywa się scena jak z powieści Gabriela Garcíi Márqueza. Tęga doña z wałkami we włosach, odziana w bufiastą, pstrokatą sukienkę, spoczywa na bujanym fotelu przed domem i chłodzi się wachlarzem. Czasem ofuknie dzieciaki próbujące zwaśnić psa z kotem, jakby obu było mało kłótni na co dzień. W klatce o rozmiarach kredensu kuśtyka po drążku papuga o zielonożółtej głowie z czerwonymi policzkami, zapewne rudosterka żółtoskrzydła, występująca tu pod nazwą cotorra catana (Pyrrhura hoffmanni). Ptak skrzeczy, jakby chciał komuś naubliżać. Trzy młode Mulatki, ubrane w mundurki szkolne, kartkują jakąś opasłą książkę, coś w niej zaznaczają, trajkoczą i śmieją się. W tle za nimi znajduje się bananowy zagajnik, wyrośnięty mangowiec jeszcze bez owoców i drzewo chlebowe z owocami wielkimi jak bomby. Zapalają się pierwsze światła domowych lamp. Woda w zatoce mieni się najpierw złotem, potem różem i fioletem, odbijając kolory gasnącego nieba. Kiedy w tropiku kończy się dzień, wiadomo, że zmierzch zapadnie szybko.

 

Na Wyspie Kolumba warto wybrać się na Plażę Gwiazd (Playa de las Estrellas) z piaskiem drobnym i jasnym jak mąka, gdzie w płytkiej, przezroczystej wodzie niemal przy samym brzegu wylegują się okazałe rozgwiazdy: pomarańczowe, czerwone, żółte, nakrapiane. Są ich tu dziesiątki, leżą czasem jedna obok drugiej, w tercetach, kwartetach… Aby je podziwiać, trzeba podjechać lokalnym minibusem z Bocas Town (Bocas del Toro) do osady zwanej Boca del Drago (bilet kosztuje 5 dolarów amerykańskich) i dalej powędrować ścieżką biegnącą blisko namorzynów, kryjących setki pociesznych krabów. Idzie się pośród gajów palmowych, migdałowców i powykręcanych konarów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), której hiszpańska nazwa brzmi uva de playa, czyli „winogrono plażowe”. Po nacieszeniu się widokiem rozgwiazd można zamówić smażoną rybę z dodatkami w przyplażowej restauracyjce. Przeważnie w ofercie jest pargo rojo, czyli lucjan czerwony (Lutjanus campechanus), który smakuje znakomicie za każdym razem (zwłaszcza ze zmrożonym panamskim piwem). Warto zerknąć najpierw na świeże sztuki, dopiero co przyniesione z łodzi, i wybrać tę najbardziej nam odpowiadającą, szczególnie z uwagi na cenę.

 

HOTEL NA PALACH

 

Ostatniego dnia pobytu na Wyspie Kolumba wychodzę na werandę hotelu o lirycznej nazwie Olas de la Madrugada (Fale Wczesnego Poranka). Przy barze zwisa malowniczo kiść miniaturowych bananów. Wybieram dwa dojrzałe owoce, obieram nieśpiesznie i zjadam. Gdzieś w oddali puszczają w radio panamski reggaeton. Ta muzyka jest z natury głośna, rytmiczna i dość erotyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o teksty i choreografię w teledyskach. Zrodziła się w wyniku wymiany kulturalnej i muzycznej między Panamą i Portoryko w latach 90. XX w. Zdaniem wielu badaczy reggaeton, nazywany wcześniej reggae po hiszpańsku (reggae en español), pochodzi właśnie z okolic Przesmyku Panamskiego. Dźwięki utworów tego szaleńczego latynoskiego gatunku muzycznego rozchodzą się po wodzie niewielkiej zatoki, ale dystans sprawia, że do moich uszu docierają cichsze, łagodniejsze, co staje się całkiem przyjemnym doznaniem. Pamiętam jeden z usłyszanych kawałków – nazywa się Muchachita. Nagrał go w 2015 r. Fernando Cabrera Guzmán, znany jako Mr. Saik. To dominikański artysta, który zrobił karierę w Panamie.

 

Spoglądam przed siebie. Widzę domy w pastelowych kolorach osadzone na palach, niektóre świeżo pomalowane, inne już nieco zmurszałe, lecz wciąż bijące jakąś radością. Podobnie wygląda mój hotel: żółto-niebieski, trzymający się na filarach zagłębionych w dnie zatoki. Woda jest tu uderzająco przejrzysta i nie brakuje w niej ławic drobnych ryb. Przypomina mi się fragment z Wojny futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego, w którym autor opisuje swój tymczasowy dom w stolicy Ghany – Akrze. Mieszkam na tratwie, w bocznej uliczce handlowej dzielnicy Akry. Tratwa stoi wyniesiona na słupach do wysokości pierwszego piętra i nazywa się Hotel Metropol. W porze deszczów ten dziwoląg architektoniczny gnije i pleśnieje, a w miesiącach suszy – rozsycha się i trzeszczy. Ale się trzyma! Pośrodku tratwy stoi zabudowanie podzielone na osiem przegród. To nasze pokoje. Reszta miejsca objęta rzeźbioną balustradą nazywa się werandą. Tam mamy wielki stół do posiłków i kilka małych stolików, przy których pijemy whisky i piwo. Poza tym, że moja kwatera cechuje się zdecydowanie lepszym stanem, ten opis nawet by do niej pasował. Co najwyżej whisky zamieniłbym na wyśmienity panamski rum.

 

KARAIBSKIE REFLEKSJE

 

Ciężko było mi wyjeżdżać z Bocas Town (Bocas del Toro) na Wyspie Kolumba, a szczególnie żegnać się z tym miejscem o świcie. Za dobrze się tu czułem. Klimat Karaibów potrafi niezmiennie człowieka rozczulić. Niebywałe, jak umie go także zmienić przez pokazanie mu innego życia, często bardzo skromnego, choć kto wie, czy nie lepszego, pełniejszego, bliższego ludzkim sprawom. Wielu wraca z karaibskich tropików, myśląc, że być może mieć mniej znaczy mieć więcej. Dużo jest w tej krainie serdeczności, przyjaznych spojrzeń, pomocnych gestów. Ciągle odczuwa się potrzebę bliskości, towarzystwa drugiego człowieka niezbędnego do tańczenia, gry w domino, wypicia szklaneczki rumu. Poza tym wszyscy cały czas pragną tutaj rozmawiać. Na Karaibach komunikacja jest podstawą codziennego życia. Te rozmowy nigdzie tak szybko nie ujawniają charakteru rozmówców, ich temperamentu i emocji. Dyskutuje się głośno, bez umiaru, gestykulując przy tym żywiołowo. Czy rozmawiają dwie sędziwe matrony w zatłoczonym busie, czy nastolatki jazgoczące do swoich wymuskanych telefonów komórkowych – każdy wykazuje ogromne zaangażowanie. O tym właśnie najbardziej marzą ludzie uciekający z poukładanej północy na bezładne, nieprzewidywalne południe. Chcą doświadczyć obfitości życia i jego barwności we wszystkim, pociągającego luzu i braku pośpiechu, tej chwilowej, ale wyczekiwanej wolności.

 

DESZCZ NA POŻEGNANIE

 

O 5.00 lało jak z cebra. O 6.30 deszcz nie ustawał. Z nieba, jaśniejącego z oporem, spadały krople wielkości awokado. To była prawdziwa tropikalna ulewa. Nie chciała wypuścić mnie z hotelu i wyspy. Właściwie nie czułem się tym zmartwiony. Samolot linii Air Panama odlatywał za ponad godzinę, a do lotniska miałem niespełna 800 m. Najpierw planowałem dotrzeć na nie piechotą i po drodze spojrzeć ostatni raz na malownicze, budzące się domy. Jednak w tym potopie mój plan wydawał się bez sensu. Wyskoczyłem na ulicę i pobiegłem do centrum miasteczka, aby złapać taksówkę. Kierowca tej jedynej w zasięgu wzroku zaczynał dopiero dzień. Dopijał kawę w żółtym kubku z logo „Café Durán”, najpopularniejszej sieci w Panamie. Byłem jego pierwszym pasażerem, do tego przemokniętym do suchej nitki. Podrzucił mnie na miejsce, bo mu się nawinąłem, lecz wyczułem, że chętnie przedłużyłby sobie ten kawowy poranek.

 

Na lotnisku ociekający wodą turbośmigłowy samolot Fokker 50 czekał na poprawę pogody. Tą maszyną miałem odlecieć do stolicy. W końcu przestało padać i wyszło słońce. Ściana deszczu zwykle zmienia widoki w tropiku w coś na kształt kontrolnego obrazu z telewizora. Na szczęście promienie słoneczne przywróciły wszelkie utracone barwy. Rozejrzałem się – miałem przed sobą niewielkie lotnisko, mały samolot i krótki pas startowy. Za to karta pokładowa w mojej dłoni była długa jak spory rachunek z supermarketu. W bliskim sąsiedztwie pasa rosły bananowce i palmy. Natomiast tam, gdzie się kończył, zaczynało się boisko do baseballu i piłki nożnej. Niedawno Panama po raz pierwszy w historii awansowała na mundial (mistrzostwa świata odbędą się w Rosji w czerwcu i lipcu 2018 r.). Można więc przypuszczać, w co chętniej będą teraz grać wyspiarze koło lotniska. Lot z Wyspy Kolumba do Ciudad de Panamá trwał 45 min. W odwrotnym kierunku podróżowałem nocnym autobusem linii Tranceibosa (jedynej obsługującej bezpośrednie połączenie) przeszło 10 godz. Co więcej, klimatyzacja w pojeździe była chyba ustawiona na mrożenie pasażerów. Nie pomogła piersiówka z panamskim rumem. Potem, już o świcie, na przystani w miasteczku Almirante wskoczyłem do szybkiej łodzi płynącej do Bocas Town. Przyznam jednak, że pokonałbym tę całą trasę ponownie, każdym środkiem transportu, bo warto dotrzeć na czarujący archipelag Bocas del Toro, w ten czy inny sposób. To w końcu Karaiby!

 

5  Buceo Bocas del Toro1

Malowniczy bar z pomostem na Wyspie Kolumba zbudowany na palach na wodzie

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

BYSTRE OKO KINOMANA

 

Kiedy oglądam film i widzę w różnych scenach urzekające tropikalne plenery, jak choćby parujący las deszczowy, wybrzeże usiane wysmukłymi palmami kokosowymi albo fragment wiekowej kolonialnej zabudowy, natychmiast zaczynam szukać w internecie informacji, gdzie nakręcono te ujęcia. Szczególnie gdy tropik prezentuje się wyjątkowo realnie i niemal czuć ten bijący z ekranu żar, jaki oblepia aktorów – czoła im błyszczą, a włosy skręcają się w sprężynki od niepojętej wilgoci. Tego nie można sfabrykować. Jeśli tropik jest prawdziwy, od razu to wiadomo.

 

Tak było z filmem Escobar: Historia nieznana z 2014 r. z Benicio del Toro w roli tytułowej, do tego bardzo wyrazistej i przekonującej. Ten wszechstronny portorykański aktor grał dotąd m.in. wilkołaka, baseballistę czy Ernesta Che Guevarę, a w końcu wcielił się w postać kolumbijskiego barona narkotykowego. Jednak we wspomnianym filmie nie ujrzymy tak naprawdę Kolumbii. Zastąpiła ją Panama, czyli sąsiadka zza miedzy (nawiasem mówiąc, niezmiernie szerokiej, bagnistej i malarycznej, jeśli uznamy za nią przesmyk Darién oddzielający oba kraje). Panamskie pejzaże zostały tutaj zaprezentowane tak, że człowiek od razu nabiera ochoty, aby znaleźć się w okolicy z kadrów. Panama jest wyjątkowo fotogeniczna i skutecznie kusi nieujarzmionym interiorem. Najbardziej cieszy mnie powtórne – choć tym razem ograniczone do filmowych scen – odkrywanie miejsc, które już widziałem na własne oczy. Nieraz zdarzają się niespodzianki. Ostatnio okazało się, że Benicio del Toro gościł wraz z ekipą filmowców na... Bocas del Toro! Właśnie tam jeździłem rowerem: wzdłuż długiej i spektakularnej plaży Bluff na Wyspie Kolumba albo w Bocas Town. Oba miejsca pokazano w filmie kilka razy. Benicio del Toro na Bocas del Toro – brzmi to niesamowicie i zabawnie. Uwielbiam takie odkrycia. A Panama jest po prostu piękna!

 

Muzyczna podróż po Kolumbii

MAGDALENA LECHOWSKA
WWW. MAGDALENALECHOWSKA.MANIFO.COM

 

<< Kolumbia jest krajem niespotykanych bogactw naturalnych oraz wielkiej bioróżnorodności (pod tym względem zajmuje drugie miejsce na świecie, po Brazylii), niezmiernie malowniczych pejzaży i egzotycznych plaż, zapierających dech w piersiach widoków i oszałamiającej kolorami przyrody. Mało kto jednak wie, że to kolebka cumbii i vallenato: gatunków muzycznych, których dziś słucha cały świat. W jej karaibskim mieście Barranquilla stawiała swoje pierwsze kroki Shakira, z Medellín pochodzi Juanes, wykonawca piosenki „La Camisa Negra”, a z Santa Marty – piosenkarz, aktor i kompozytor Carlos Vives. Ci kolumbijscy artyści wielokrotnie zdobywali statuetki Grammy oraz MTV Video Music Awards. Każdy region w kraju ma swoje charakterystyczne melodie, tańce i festiwale. >>

Więcej…