1__Playa_San_Blas1.jpg

Rajska wysepka w archipelagu San Blas

©VISITPANAMA.COM

Mariusz Kozak-Zagozda


Według jednych teorii nazwa kraju pochodzi z języka Indian Cueva i znaczy „miejsce obfitości ryb”, zgodnie z innymi tłumaczy się ją na „obfitość motyli”. Najlepiej opisują go jednak słowa jednego z bohaterów powieści „Krawiec z Panamy”, autorstwa Anglika Johna le Carré: „Mamy wszystko, czego Bóg potrzebował, by stworzyć raj: żyzne ziemie, plaże, góry, dziką przyrodę, co krok drzewa pełne owoców, a wokół wspaniałych ludzi”. Jeśli więc macie przed oczami wizję idealnych tropików, najprawdopodobniej myślicie właśnie o Panamie.


Republika Panamy (República de Panamá) to państwo w Ameryce Środkowej, położone nad Morzem Karaibskim i Oceanem Spokojnym. Jego pochodząca z 1904 r. flaga składa się z czterech równych prostokątów. Kolory niebieski i czerwony oznaczają odpowiednio Kolumbijską Partię Konserwatywną i Kolumbijską Partię Liberalną, natomiast biały – pokój. Niebieska gwiazda symbolizuje czystość i uczciwość, a czerwona – władzę i prawo. W 1821 r. Panama przestała być kolonią hiszpańską, wywalczyła swoją niepodległość, a w 1903 r. oderwała się od Kolumbii. Żyje tu ponad 3,7 mln mieszkańców. Mniej więcej 68 proc. Panamczyków stanowią Metysi, 15 proc. – biali, 10 proc. – osoby rasy czarnej, 6 proc. – rdzenna ludność indiańska i 1 proc. – Azjaci (głównie chińskiego pochodzenia). Do głównych miast należą Panama, San Miguelito, Arraiján, Colón, Chorrera i David. Ok. 70 proc. powierzchni kraju zajmują niziny, a 30 proc. – wyżyny i góry. Na zachodzie rozciąga się Cordillera de Talamanca z licznymi stożkami wulkanów (w tym Barú – 3475 m n.p.m. – najwyższym panamskim szczytem). Tutejsza gospodarka uchodzi za jedną z najbardziej stabilnych w Ameryce, ale poziom życia większości społeczeństwa pozostaje dość niski (płaca minimalna wynosi 624 dolary). Szacuje się, że ok. 25 proc. mieszkańców żyje w biedzie. Mimo tego w Ameryce Łacińskiej trwa moda na osiedlanie się w tym kraju. To jedno z najlepszych miejsc na spędzenie emerytury. Znaczną liczbę osób inwestujących w tutejsze nieruchomości stanowią osoby przyjeżdżające ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. Dla Amerykanów Panama jest dosyć tania. Na dodatek obowiązujący atrakcyjny pakiet udogodnień emerytalnych poszerzono o dwudziestoletnie zwolnienie z podatku od nieruchomości oraz możliwość błyskawicznego uzyskania prawa stałego pobytu. Aby móc oficjalnie osiedlić się w tym kraju, wystarczy miesięczna emerytura lub renta w wysokości minimum 1 tys. dolarów amerykańskich (USD) lub równowartości tej kwoty.

Nasza podróż w te strony nie trwała zbyt długo, bo jedynie 2 tygodnie, ale udało nam się zobaczyć kilka naprawdę fascynujących miejsc, o których chciałbym opowiedzieć. Podczas wyprawy opiekował się nami Enrique, przesympatyczny i bardzo dobrze zorganizowany przewodnik. Przywitał nas razem ze swoim szefem już na lotnisku Tocumen, położonym niecałe 25 km od centrum miasta Panama. Czuliśmy się jak klienci VIP. Marcelo, właściciel opiekującej się nami lokalnej agencji turystycznej, pochodził z Wenezueli. Obaj sprawili, że pobyt w Panamie stał się niezmiernie ciekawy. Enrique zorganizował nam przejazdy, noclegi, posiłki i wiele atrakcji, w tym niespodziankę na sam koniec naszej wizyty.

Witajcie w Panamie

Do stolicy kraju, noszącej tę samą co on nazwę, przylecieliśmy przez Madryt (skorzystaliśmy z całkiem dobrej promocji linii lotniczych Iberia). Kiedy rano obudziliśmy się w luksusowym hotelu na 14. piętrze, przez przeszklone ściany zobaczyliśmy imponującą panoramę miasta – las wieżowców aż po horyzont. Choć to środkowoamerykańskie państwo nie posiada dużej powierzchni (niemal 80 tys. km²), a jego administracyjne centrum wraz z obszarem metropolitalnym zamieszkuje ok. 1,5 mln ludzi, to Warszawa przy Panamie wygląda jak mały, parterowy ośrodek (mamy za to dużo lepsze drogi). Jak okiem sięgnąć, wszędzie widać tutaj olbrzymi wpływ amerykańskiej kultury biznesowej. Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych przedstawia się też sytuacja różnic społecznych: skrajna bieda sąsiaduje z ogromnym bogactwem. W końcu ten kraj uchodzi za drugie co do wielkości międzynarodowe centrum bankowe na świecie (zaraz po Szwajcarii).

Rozległa panamska stolica, zajmująca obszar 2561 km², może pochwalić się zarówno pięknymi zabytkami, jak i nowoczesną zabudową. Często określana bywa mianem „małego Miami” lub „Zachodniego Dubaju”, gdyż jej centralne dzielnice rozwijają się w imponującym tempie. Wypełniają je tysiące sklepików, targowiska, knajpki, promenady, a także wielkie galerie handlowe i dobrze wyposażone supermarkety. Tu ludzie uśmiechają się przyjaźnie i niespiesznie spacerują uliczkami starej części miasta, gdzie czujemy się niemal jak w Europie.

W XVI w. hiszpańscy konkwistadorzy, zachęceni sukcesami w Ameryce Środkowej, postanowili wyprawić się do Peru po złoto Inków. Ponieważ czekała ich daleka droga w głąb lądu, w sercu dzisiejszego kraju zamierzali zbudować ośrodek, który miał być bazą wypadową dla wszystkich ekspedycji do Ameryki Południowej. Starą Panamę (Panamá Viejo) założył w sierpniu 1519 r. Pedro Arias Dávila (1440–1531). W 1671 r. w wyniku ataku walijskiego pirata Henry’ego Morgana (ok. 1635–1688) została ona kompletnie zniszczona. Odbudowano ją 2 lata później, ale 8 km od pierwotnej lokalizacji. To nowe miasto funkcjonuje obecnie jako historyczna dzielnica panamskiej metropolii – Casco Viejo (Casco Antiguo). Od 1997 r. figuruje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajdują się w niej malownicze placyki i klimatyczne wąskie uliczki, a styl art déco przeplata się z architekturą kolonialną i karaibskimi domkami.

Ten zakątek Panamy świetnie oddaje kulturowe zróżnicowanie kraju nie tylko pod względem architektonicznym. Podczas spaceru wśród zabytkowych budynków najwięcej uwagi przyciągają… ludzie. W Casco Viejo spotkamy rodzimych biznesmenów oraz ekspatów, którzy przy lunchu rozprawiają o sprawach wielkiej wagi. Urzędnicy i politycy przechadzają się tu obok artystów, a przybyli z całego świata turyści zatrzymują się przy straganach kobiet z indiańskiego plemienia Kuna, które sprzedają tradycyjne rękodzieło (molas – wzorzyste części strojów). Na stoiskach nie brak również kapeluszy panama, a całości dopełnia wspaniały widok na ogromne statki w Zatoce Panamskiej i nowoczesne centrum.

Spacerem przez miasto

punta_pacifica.jpg

Luksusowe osiedle mieszkaniowe Punta Pacífica w mieście Panama

©VISITPANAMA.COM



W Casco Antiguo są 4 najważniejsze place. Główny (Plaza Mayor, zwany obecnie Plaza de la Independencia – placem Niepodległości) leży między Katedrą Metropolitalną (Catedral Metropolitana), Muzeum Międzyoceanicznego Kanału Panamy (Museo del Canal Interoceánico de Panamá) i Pałacem Miejskim (Palacio Municipal). Z kolei ten upamiętniający przywódcę walk o wyzwolenie Ameryki Południowej spod władzy Hiszpanii Simóna Bolívara (Plaza Bolívar) łatwo poznać po pomniku ku jego czci, a otaczają go Kościół św. Franciszka z Asyżu (Iglesia de San Francisco de Asís), Kościół św. Filipa Neri (Iglesia San Felipe de Neri), Teatr Narodowy (Teatro Nacional) oraz Pałac Bolívara (Palacio Bolívar). Cichy i spokojny plac Francji (Plaza de Francia) zdobi obelisk z kogutem (symbolem narodu francuskiego) i dziesięć płyt, opowiadających historię Kanału Panamskiego. Natomiast ostatni z nich, czwarty, czyli plac Herrera (Plaza Herrera, dawniej nazywany placem Zwycięstwa – Plaza del Triunfo), niegdyś pełnił funkcję areny walk byków.

Poza tym w historycznej dzielnicy stolicy znajduje się jeden z najbardziej wiekowych budynków w Panamie – Casa Góngora z 1756 r. – i jeden z najstarszych drewnianych domów w Casco Viejo – Casa Boyacá. Warto też zobaczyć w tym rejonie mały targ z pamiątkami dla turystów, które w dość wysokich cenach sprzedają Indianie Kuna. Wizyta na nim jest dobrą okazją do zapoznania się z rdzenną ludnością kraju. Lepiej jednak nie liczyć na zrobienie pamiątkowych zdjęć barwnych indiańskich strojów, ponieważ ich właściciele nie przepadają za fotografowaniem, jedynie czasem zgadzają się na nie, ale za opłatą.

Gdy kierowaliśmy się dalej w stronę centrum, minęliśmy niewielki port, skąd rybacy co dzień rano wyruszają na połów. Świeże ryby i owoce morza prosto z sieci trafiają do restauracji, które wypełniają cały budynek stojący naprzeciw wybrzeża. Specjalność tutejszych lokali stanowi ceviche, czyli danie z surowych ryb i owoców morza, marynowanych w limonce, cebuli, papryce, pietruszce, soli i pieprzu, a podawane z solonymi krakersami. Po drodze podziwialiśmy więc gości, pochłaniających ze smakiem największe porcje tego przysmaku jak świeże bułeczki.

W ten sposób dotarliśmy do dzielnicy wieżowców, które drapią chmury na podobieństwo tych z nowojorskiego Manhattanu. Pełno w niej biurowców, hoteli, restauracji i nowoczesnych apartamentów. Strzeliste budowle wznoszą się nad Pacyfikiem, głównie przy Avenida Balboa i pozostałych ulicach. Nie należą one do największych na świecie, ale wiele z nich liczy ponad 250 m wysokości i plasuje się wcale nie nisko na liście najwyższych tego typu budynków, przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej. Najciekawszy z wieżowców to tzw. El Tornillo (F&F Tower) o kształcie 242-metrowej śruby. 

Kiedy przyszła już pora obiadu, nasz wiekowy panamski kierowca Felix zawiózł nas do lokalnej cafeterii. Turystów nie było w niej wcale i chyba na tym polegał niezwykły urok tego miejsca. Za 45 dolarów 5 osób najadło się i napiło do syta, a to całkiem dobra cena jak na Panamę. Po posiłku przejechaliśmy przez Chinatown (Barrio Chino). W żadnej szanującej się metropolii nie może zabraknąć chińskiej dzielnicy. W panamskiej stolicy jej istnienie jest szczególnie uzasadnione. Prawie każdy sklepik należy w niej do Chińczyków. W większości są oni potomkami dawnych budowniczych Kanału Panamskiego.

Od oceanu do oceanu

CP-06-0076.jpg

Most Stulecia na Kanale Panamskim

©VISITPANAMA.COM



Skoro już wspomnieliśmy o słynnej przeprawie, pora powiedzieć o niej coś więcej. Budowę tego kanału o długości ok. 80 km, poprowadzonego między Atlantykiem a Pacyfikiem, ukończono w 1914 r. Nadal stanowi on jedną z najważniejszych dróg wodnych świata.

Na panamskie arcydzieło inżynierii XX w. składają się trzy Śluzy Gatuńskie (Esclusas de Gatún) – Miraflores, Pedro Miguel i Gatún – oraz sztuczne jezioro Gatún (26 m n.p.m.). Olbrzymie kontenerowce (zwane panamaxami) projektuje się według wymiarów umożliwiających pokonanie przeprawy – jednostka powinna mieć maksymalnie ok. 295 m długości i mniej więcej 32 m szerokości. Przeciętny koszt skorzystania z kanału wynosi ok. 55 tys. USD, choć zdarzają się jednorazowe opłaty przewyższające 300 tys. USD. Do dziś użytkownikiem, który wpłacił rekordowo niską kwotę za przebycie tej trasy, jest amerykański podróżnik Richard Halliburton (1900–1939). W 1928 r. przepłynął tędy wpław za 36 centów.

Po zdobyciu tych wszystkich informacji koniecznie chcieliśmy zobaczyć to miejsce. Odwiedziliśmy śluzę Miraflores. Na tym odcinku od godz. 06.00 do 15.15 statki przemieszczają się od Pacyfiku do Atlantyku, a od godz. 15.45 do 23.00 – od Atlantyku do Pacyfiku. Tutejsze centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores) wraz z salami wystawienniczymi prezentują fascynującą historię budowy kanału, jego użytkowania oraz plany kolejnej rozbudowy.

Na tym etapie naszej wycieczki spotkaliśmy pierwszego Polaka w Panamie. Powiedział nam, że zajmuje się łowieniem ryb i pływa po świecie. Do tej pory słyszałem tylko o jednym człowieku, który ma podobną pasję (mężu mojej koleżanki z pracy), ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że to może być on… Rozpoznał mnie dopiero, gdy wrócił do Polski i pochwalił się żonie, że natknął się na rodaka nad Kanałem Panamskim, a ta pokazała mu moje zdjęcia. To niesamowite, jak czasem drogi ludzi, których łączą pewne relacje, krzyżują się na końcu świata.

Poznawanie śluzy i przeprawy zajęło nam kilka godzin. Córka wybrała nam najlepszy taras widokowy, który znajdował się w… restauracji. W trakcie bardzo długiego obiadu obejrzeliśmy kilka wielkich oceanicznych statków, majestatycznie przepływających obok nas. Najbardziej znana atrakcja Panamy stała się częścią naszych wspaniałych wspomnień. Najedzeni i pełni wrażeń wyruszyliśmy w głąb kraju.

Wszystkie cuda TROPIKALNEJ PUSZCZY

Wyprawę do Gamboa zaczęliśmy od… przejechania ogromnego węża, który nagle wypełzł nam pod koła samochodu. Po tym zdarzeniu ani żona, ani córka nie były pewne, czy powinniśmy jechać dalej. W miasteczku zatrzymaliśmy się na terenie dawnej bazy amerykańskiej, położonej w środku lasu deszczowego. Ulokowano nas w zjawiskowym hotelu, wzniesionym na zboczu góry z przepięknym widokiem na Park Narodowy Chagres (Parque Nacional Chagres). Na tarasach pokojów wisiały przepiękne hamaki, na powitanie dostaliśmy wino z owocami, a zewsząd dochodził śpiew ptaków… Nie chcieliśmy stąd wyjeżdżać. To był jednak dopiero początek najatrakcyjniejszej części całej naszej podróży.

Wspomniany Park Narodowy Chagres porastają dziewicze lasy tropikalne oraz pokrywają rzeki i jeziora, m.in. zbiornik retencyjny Alajuela, który gwarantuje funkcjonalność Kanału Panamskiego. Codziennie ruszaliśmy w nowym kierunku, aby na koniec dnia wrócić do naszego bajkowego hotelu. Zaczęliśmy od wycieczki w głąb gęstej selwy. Kolejka linowa przewiozła nas ponad dzikimi i niedostępnymi terenami wprost na jedno ze wzgórz. Na nim czekała wieża widokowa Panama Rainforest Discovery Center, przeznaczona do obserwowania barwnej przyrody (szczególnie ptaków). Oparta na stalowych rurach konstrukcja, wysoka na 32 m, wznosi się na poziom koron najwyższych drzew. Z platformy rozpościera się panorama całej okolicy, dostrzec można nawet pobliski kanał. To naprawdę niezwykły widok!

Po powrocie wybraliśmy się jeszcze na farmę motyli (tzw. Mariposario). Nigdy w życiu nie widziałem ich tak wielu i tak różnorodnych w jednym miejscu. Te z najpiękniejszego gatunku Morpho helenor same przylatywały do mnie i siadały mi na plecach. Wyglądały wyjątkowo pięknie – ich skrzydła z zewnątrz przypominały skórę węża, od wewnątrz były metalicznie niebieskie. Myślałem, że przez przypadek wybrały właśnie mnie, ale gdy następnego dnia znów odwiedziliśmy farmę, wprost do mojej ręki podleciał przepiękny błękitny motyl. Siedział na mojej dłoni kilka minut i wcale nie chciał zmienić miejsca. Stałem się dzięki temu obiektem zdjęć mnóstwa turystów. Czułem się jak bohater filmu Jamesa Camerona Avatar, którego obsiadły świetliste duszki z księżyca Pandora. Jak powiedziała nam lokalna przewodniczka, bardzo rzadko zdarza się, aby motyle przylatywały same do kogokolwiek. Tak jak jaskółki w Polsce, tak one w Panamie przynoszą podobno wielkie szczęście. Ta przepowiednia w naszym przypadku się sprawdziła. Przez całe wakacje czuliśmy się jak szczęściarze.

Kolejnego dnia czekała nas przeprawa łodzią na odosobnione wysepki. Na nich w naturalnym środowisku żyją różne gatunki małp (np. czepiaki Geoffroya, wyjce i kapucynki) oraz tapiry, leniwce, żółwie, kajmany okularowe i krokodyle. Nasz rejs przeszkodził dwóm dużym gadom w polowaniu na ptaka, który zatrzymał się nad mulistą, brązową wodą. Niezadowolone wróciły do rzeki i zaczęły płynąć w naszą stronę. Ruszyliśmy więc szybko dalej. Wkrótce spotkaliśmy i małpy. Zeskakiwały z drzew na pokład łódki, aby zabrać turystom jedzenie. Zupełnie nikogo się nie bały. Kiedy nic nie znalazły, wróciły szybko na swoje stanowiska obserwacyjne, a my naszą motorówką popłynęliśmy dalej kanałem, mijając wielkie kontenerowce. Tak fantastyczne przeżycie zakończyliśmy ochładzającą kąpielą w hotelowym basenie z kieliszkiem dobrego białego wina w dłoni.

Naszą ostatnią wyprawę w Gamboa stanowiła całodzienna wycieczka do wioski, w której od stuleci żyją Indianie Emberá. Przeprawiliśmy się do niej ręcznie wykonanymi indiańskimi kanu. W osadzie jej mieszkańcy powitali nas tradycyjnymi tańcami i muzyką, które nie zmieniły się od czasów okrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. Potem odbyliśmy spacer po tropikalnej puszczy w towarzystwie półnagiego Indianina. Emberá czują się w selwie jak w domu, są odporni na ugryzienia mrówek, świadomi zagrożeń, doskonale tropią dzikie zwierzęta i barwne ptaki. Bez nich nie zobaczylibyśmy nawet połowy tego, co nam pokazali. Po powrocie do wioski obejrzeliśmy plemienne ceremonie i występy artystyczne. Indianie porwali nas do rytualnego tańca, a nasza córka uwieczniła ten taneczny popis za pomocą kamery. Na koniec, w ramach podziękowania, wykonaliśmy w duecie na dwa głosy słynny kanon Panie Janie.

Przed pożegnaniem umyliśmy ręce w wodzie z liśćmi, które pachniały jak mięta i których Emberá używają do dezynfekcji. Zjedliśmy jeszcze indiański obiad, a potem kupiliśmy kilka ręcznie robionych pamiątek. Ostatni wieczór w Gamboa zwieńczył przepiękny zachód słońca. Spędziliśmy go przy znakomitym posiłku i wyśmienitym winie. Żegnał nas śpiewający, nigdy nie zasypiający tropikalny las.

Prawdziwi Indianie

Molas_Isla_Achutupo.jpg

Indianki Guna (Kuna) sprzedają molas – tradycyjne barwne tkaniny

©VISITPANAMA.COM



Najciekawszą pod względem etnicznym panamską prowincją jest region autonomiczny Guna Yala (dawniej Kuna Yala), jedno z ostatnich miejsc zamieszkanych prawie wyłącznie przez rdzenne plemię Guna (Kuna). Lud ten zachowuje niezależność od rządu w Panamie. Ma odrębne sądownictwo, władze wykonawcze oraz język. Utrzymaniu tej sytuacji sprzyja brak połączenia drogowego z resztą kraju.

Guna żyją tradycyjnie, blisko natury, mieszkają w domach krytych palmowymi liśćmi, zajmują się turystyką, rolnictwem, rybołówstwem, myślistwem i rękodziełem. Żywią się głównie tym, co upolują i zbiorą w selwie. Uprawiają też banany, kokosy, kakao, ryż, fasolę i kukurydzę. Tylko niektóre indiańskie dzieci chodzą do szkoły. Po drodze na lekcje muszą pokonywać strumienie i rzeki. Tak naprawdę jednak nikt nie kontroluje, czy Indianie korzystają z państwowej edukacji. Oni sami wszystkiego, co ich zdaniem jest najważniejsze, uczą się od rodziców i przyrody. Doskonale znają niebezpieczeństwa, które niesie natura. Wiedzą również, jak pomóc sobie i innym cierpiącym na różne schorzenia. Uważają, że najlepsze apteki nie zastąpią bogactw, jakie kryje ich tropikalna puszcza.

Aby odwiedzić jedną z wiosek, trzeba wcześniej zapowiedzieć swoją wizytę, gdyż mieszkańcy lasów deszczowych nie należą do zbyt gościnnych. Rajskie wyspy San Blas rozrzucone u wybrzeża regionu Guna Yala są własnością przedstawicieli grupy etnicznej Guna i bez ich zgody nikt obcy nie może na nich przebywać. Indianie stanowią zaledwie ok. 6 proc. ludności Panamy. Żyją w strukturach plemiennych, głównie na zachodzie, wschodzie i południu kraju. W tym ostatnim rejonie właśnie przerwano budowę Autostrady Panamerykańskiej (Carretera Panamericana), tu kończy się jej północnoamerykańska część. Na przeszkodzie drogowcom stoi przesmyk Darién (Tapón del Darién), górzysty obszar bagnistej i niezmiernie gęstej selwy. Prowadząca od Alaski aż po Ziemię Ognistą (Tierra del Fuego) szosa urywa się w odległości ok. 280 km na południowy wschód od miasta Panama, w miasteczku Yaviza, położonym mniej więcej 100 km od granicy z Kolumbią. Transkontynentalna trasa zmienia się tutaj w wyboistą, polną drogę. Ekolodzy uważają, że rozcięcie dziewiczego lasu deszczowego miałoby katastrofalne skutki zarówno dla fauny i flory, jak i dla życia miejscowych Indian, ponieważ dzięki usprawnieniu komunikacji dotarliby w te strony na pewno nowi osadnicy. Naukowcy sądzą, że w tutejszej tropikalnej puszczy występują liczne nieodkryte jeszcze gatunki roślin i zwierząt. Można w niej poza tym spotkać jaguary, pumy, oceloty, tapiry, małpy, leniwce, kajmany okularowe i krokodyle, a także tukany, papugi, kolibry, kwezale herbowe czy harpie wielkie. Te ostatnie mierzą metr długości, mają 2-metrową rozpiętość skrzydeł i łapy większe od męskiej dłoni. To najpotężniejsze ptaki drapieżne na ziemiach Nowego Świata. Dla odmiany żyjące tu płochliwe kapibary, aktywne wieczorem i nocą, to największe gryzonie na świecie (osiągające do 1,3 m długości i wagę do 65 kg).

Żeby wjechać do krainy Indian Guna, trzeba przejść przez ich punkt graniczny, wnieść opłatę wjazdową i poddać się kontroli bagażu. Warto jednak podjąć ten trud. Przedostatniego dnia naszego pobytu w Panamie wybraliśmy się na magiczny archipelag San Blas. Jechaliśmy dużym terenowym samochodem razem z naszymi panamskimi przyjaciółmi: Enrique, Ivone i lokalnym kierowcą. Przeprawa przez góry trwała kilka godzin. Różnice wzniesień były tak duże, że czuliśmy się jak w reklamie auta z napędem na 4 koła. W wielu miejscach brakowało asfaltowej nawierzchni, przemieszczaliśmy się więc po szutrze, gołej ziemi, kamieniach i drogach w budowie. Kiedy wreszcie szlak się skończył, okazało się, że jesteśmy w małym, prowizorycznym indiańskim porcie, skąd za opłatą zawozi się chętnych na wybraną wyspę.

San Blas to archipelag 365 wysepek rozmieszczonych na Morzu Karaibskim wzdłuż wybrzeża Panamy. Mnóstwo z nich nie nosi nawet nazwy. Na ok. 80 osiedlili się Indianie Guna. Kobiety wyrabiają charakterystyczne tradycyjne części strojów, zwane molas, zdobione kolorowymi wzorami. Zazwyczaj znajdziemy na nich przedstawienia człowieka, kwiatów, zwierząt morskich, ptaków lub innych stworzeń albo motywy geometryczne.

Idealne pożegnanie

Ponad godzinę płynęliśmy drewnianą łódką z silnikiem obsługiwaną przez sternika z grupy etnicznej Guna. Drugi Indianin na dziobie wypatrywał sieci rybackich, aby wirnik nie rozerwał żadnej z nich i nie uległ awarii. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zobaczyliśmy niespodziankę, którą przygotowali dla nas Enrique i Marcelo – luksusowy katamaran tylko dla nas, z załogą i pełnym wyżywieniem. Choć mogliśmy z niego korzystać tylko kilka godzin, czuliśmy się jak w bajce. Pomysł wydawał się o tyle znakomity, że tego dnia obchodziliśmy z żoną rocznicę ślubu. Jednostka nazywała się VIP ONE i przy wejściu powitał nas przystojny kapitan. Załogę stanowiły dwie pary dwudziestokilkuletnich Francuzów, od roku pływających po Karaibach łodzią do wynajęcia. Podano nam szampana, świeżo upieczone homary i doskonałe ryby. Zatrzymaliśmy się też przy zjawiskowej plaży jednej z setek cudownych wysp. Ciepłe słońce rzucało promienie na idealnie przejrzystą wodę. Byliśmy w najprawdziwszym raju! Żadne zdjęcia tego nie oddadzą... Po prostu trzeba to zobaczyć na własne oczy.

Na lotnisku Tocumen rozstawaliśmy się z Enrique i Marcelem jak serdeczni przyjaciele. Przygotowali dla nas wiele miłych niespodzianek i pomogli poznać pasjonującą Panamę z jej najpiękniejszej strony. Muchas gracias, amigos!

Przydatne informacje

Językiem urzędowym w Panamie jest hiszpański, a oficjalną walutą – balboa (PAB). Kraj leży w strefie czasowej UTC-5, co oznacza, że zawsze na zegarkach będzie tu 7 godz. wcześniej niż w Polsce.

Zgodnie z umową między państwami Polaków przy przekraczaniu panamskiej granicy nie obowiązuje wiza, o ile mają ważny paszport, nie planują wizyty dłuższej niż 90 dni i nie przyjechali w celach zarobkowych. Każdy turysta musi też udowodnić, że dysponuje kwotą co najmniej 500 USD na pokrycie kosztów pobytu (wystarczającym dowodem będzie udokumentowana karta kredytowa). Osoby opuszczające Panamę drogą powietrzną, uiszczają obowiązkową opłatę wylotową (ok. 30 USD od osoby). Trzeba także pamiętać, że tutejsza służba graniczna ma prawo skrócić odwiedziny cudzoziemca.

Podczas przemieszczania się po kraju należy wziąć pod uwagę kilka rzeczy. Przejażdżka taksówką nie kosztuje wiele, ale stawkę powinno się ustalić z kierowcą przed kursem, ponieważ w samochodach nie ma liczników. Turyści bywają również niekiedy celem napaści, szczególnie po zmroku w rejonach stolicy obleganych przez przyjezdnych, np. w Casco Viejo czy w pobliżu Avenida Central, oraz w biedniejszych dzielnicach, m.in. Curundú i El Chorrillo. Najniebezpieczniej jest w prowincji Darién, wzdłuż granicy z Kolumbią, ze względu na zorganizowane i uzbrojone grupy przestępcze.

Skąd pochodzi kapelusz panama?

Każdy chyba kojarzy charakterystyczne jasne kapelusze robione z włókien z liści łyczkowca dłoniastego. Powszechnie nazywa się je panamami, choć pochodzą one z Ekwa­do­ru. Jednak to w Panamie zrobiły zawrotną karierę podczas budowy Kanału Pa­nam­skie­go. Tę słynną pamiątkę można kupić np. w stolicy kraju w Casco Viejo od ulicznych sprzedawców za ok. 10 USD. Dobrej jakości kapelusz po zwinięciu w nieduży rulon i po rozwinięciu wraca do swoich kształtów bez zagięć.

Artykuły wybrane losowo

Zobaczyć Izrael

MAGDALENA ZDRENKA

 

Izrael to wciąż miejsce mistyczne. Jego bogata kultura nierozerwalnie łączy się z ogromnym znaczeniem religijnym. Jednak ten kraj posiada również urokliwe plaże, sprzyjający klimat i ciepłe morze. Podróż w te strony jest więc idealnym połączeniem wyprawy śladami korzeni wielkich monoteistycznych religii świata z błogim wypoczynkiem w promieniach słońca.

Według Żydów to Bóg podarował im krainę, w której mieli zamieszkać, ich ziemię obiecaną. Przez wieki istnienia narodu szczęście nie sprzyjało losom państwa izraelskiego. Jego tereny były obszarem targanym konfliktami, przechodzącym z rąk do rąk. Od lat też miejsce to fascynowało wszelkiego rodzaju artystów. Wyprawę do Ziemi Świętej podjął przecież nawet nasz słynny poeta Juliusz Słowacki. Dziś sami możemy się przekonać, jak wielka siła przyciągania tkwi w Izraelu.

Więcej…

Z czym kojarzy się Peru…?

opracował

MICHAŁ DOMAŃSKI

Zapytaliśmy o to pięciu wybranych ekspertów, którzy znają doskonale tę magiczną krainę Inków… Poniżej znajdują się ich krótkie wypowiedzi na ten temat.

 

JUSTYNA CEMPEL-RYBICKA

PREZES DELUXE TRAVEL CLUB

Tajemnicze, dzikie, bogate w historię i fascynujące Peru kojarzę przede wszystkim z Cuzco, które uznawane jest za najstarsze wciąż zamieszkane miasto kontynentu oraz za archeologiczną stolicę Ameryki. Dzieje świetności i upadku imperium Inków można poznać podczas zwiedzania pobliskich ruin – Sacsayhuamán. Mimo iż Cuzco w języku keczua (miejscowych Indian) oznacza pępek świata, to jednak – moim zdaniem – określenie to pasuje dzisiaj bardziej do wprawiającego w zachwyt, otulonego mgłą i owianego tajemnicą Machu Picchu. Jest to najlepiej zachowane inkaskie miasto. Wzniesiono je w XV w., kiedy cywilizacja Inków znajdowała się u szczytu potęgi. Po ok. 100 latach zostało jednak opuszczone w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach. Machu Picchu podzielone jest na dwie części – rolniczą oraz mieszkalną ze Świątynią Słońca, Pałacem Królewskim, Świętym Placem i obserwatorium astronomicznym Intihuatana. W lipcu 2007 r. ogłoszono je jednym z siedmiu cudów świata nowożytnego.

Więcej…

Nieznany niesamowity Honduras

 

Copan Stairs Day

Imponujące Schody Hieroglifów w Copán mają 62 stopnie o szerokości 10 m

© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

IZABELA RUTKOWSKA

 

Honduras jako jeden z niewielu krajów na świecie oparł się masowej turystyce i komercjalizacji. Długo okryty był złą sławą, a to ze względu na niestabilną sytuację polityczną i panującą w nim biedę. Według rozpowszechnionych stereotypów wciąż uchodzi za miejsce niebezpieczne. Jednak podczas wizyty w Hondurasie łatwo odczarujemy ten jego wizerunek. Znajdziemy w nim wszystko, co sprawia, że wyjazd staje się podróżą marzeń. Zanurzymy się tu w krystalicznie czystych, turkusowych wodach Morza Karaibskiego, zakochamy się w pięknych złotych plażach, odkryjemy niezliczone gatunki egzotycznej fauny w tropikalnych lasach i pełne tajemnic ruiny miast niezwykłej cywilizacji Majów.

 

Ten niewielki kraj (jego powierzchnia wynosi prawie 112,5 tys. km2) leży w Ameryce Środkowej, w sąsiedztwie Gwatemali, Salwadoru i Nikaragui. Zamieszkuje go ponad 9,1 mln ludzi. Mniej więcej połowa z nich to katolicy, drugą co do wielkości grupą wyznaniową są protestanci (ok. 40 proc.). Hondurasu nie zalała jeszcze masowa turystyka, co stanowi jego ogromny atut. Jest to świetne miejsce na wyjazdy kulturowe i przyrodnicze oraz wyprawy dla osób aktywnych. Tutejsze wybrzeże Morza Karaibskiego uchodzi za prawdziwy raj dla nurków. Na południowym zachodzie kraju znajduje się zatoka Fonseca (Golfo de Fonseca) wychodząca na Ocean Spokojny. Uważa się ją za jeden z najlepszych naturalnych portów na świecie. Prawie 80 proc. terytorium Hondurasu zajmują wyżyny i góry. Karaibski brzeg o długości mniej więcej 670 km porastają gęste lasy.

 

Honduran cechuje skromność i serdeczność, a także wielka miłość do ojczyzny. Ich ulubionym sportem jest piłka nożna. W lipcu 1969 r. rozegrał się konflikt zbrojny między Hondurasem a Salwadorem. Wojna stu godzin, nazwana przez polskiego reportażystę Ryszarda Kapuścińskiego wojną futbolową, pochłonęła ok. 2 tys. ofiar. Walki przerwała interwencja Organizacji Państw Amerykańskich, lecz napięcie w kontaktach obu krajów utrzymywało się jeszcze latami. Zarzewiem konfliktu miała być rzekomo przegrana honduraskiej drużyny w meczu kwalifikacyjnym do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 1970 odbywającym się 15 czerwca 1969 r. w San Salvadorze (salwadorskiej stolicy). W rzeczywistości jednak stosunki między tymi państwami nie należały do najłatwiejszych już dużo wcześniej. Główny powód wybuchu wojny stu godzin stanowił fakt, że na przygranicznych obszarach Hondurasu masowo osiedlali się salwadorscy rolnicy poszukujący pracy. Honduraskie władze chciały zmusić Salwadorczyków do powrotu do ojczyzny, ale rząd Salwadoru obawiał się, że będą oni żądać reformy rolnej i przydziału ziemi.

 

DZIEDZICTWO MAJÓW

 

Sport, a właściwie sportowe emocje towarzyszyły człowiekowi od zawsze. W Imperium Rzymskim wrażeń dostarczały walki gladiatorów, starożytni Grecy żyli igrzyskami olimpijskimi, natomiast większość ludów prekolumbijskich miała swoją grę w piłkę, czyli juego de pelota.W ruinach majańskich miast w Ameryce Środkowej do dziś zachowały się boiska do grania. Jedno z największych i najbardziej imponujących powstało w Copán, znajdującym się obecnie na zachodzie Hondurasu. Ta mezoamerykańska gra była bardzo trudna i wymagała nie lada umiejętności. Do zawieszonej na wysokości kilku metrów kamiennej obręczy należało trafić podłużną kauczukową piłką (niekiedy nawet 4-kilogramową), którą odbijało się wyłącznie łokciem, kolanem lub biodrem. Gracze używali specjalnych ochraniaczy, często zrobionych z drewna. Z tego, że sport to nie do końca zdrowie, a jego uprawianie może powodować kontuzje i ciężkie obrażenia, Majowie doskonale zdawali sobie sprawę. Oprócz źródła sportowych emocji gra stanowiła też swojego rodzaju rytuał. Często jedna z drużyn składała się z jeńców wojennych i to właśnie ten zespół skazany był na porażkę. Wedle reguł krwawego wariantu rozgrywek kapitan drużyny przegranej tracił głowę. Podczas spaceru po wielkim boisku w Copán łatwo wyobrazić sobie, jak kilkunastu młodzieńców toczy tu walkę na śmierć i życie.

 

Majowie swoje miasta budowali na trudno dostępnym obszarze, w zakątkach głęboko ukrytych wśród gęstych tropikalnych lasów. Dotarcie do nich wymagało znakomitej wiedzy o przyrodzie, tężyzny fizycznej, odwagi i orientacji w terenie. Stanowisko archeologiczne Copán to największe i najlepiej zachowane pozostałości po majańskiej cywilizacji w całym kraju. Koniecznie trzeba je odwiedzić podczas wizyty w Hondurasie. Ruiny zostały odkryte na początku XIX w., ale dopiero w 1841 r. dzięki publikacji amerykańskiego podróżnika Johna Lloyda Stephensa i angielskiego rysownika Fredericka Catherwooda świat dowiedział się więcej o tym niezwykłym miejscu.

 

Tajemniczy Majowie zamieszkiwali półwysep Jukatan i rejony na południe od niego. Do najważniejszych ich ośrodków należały m.in. Chichén Itzá i Palenque (w Meksyku), Tikal (w granicach Gwatemali) czy właśnie Copán. To ostatnie miasto słynie przede wszystkim z najdłuższego znanego majańskiego tekstu utrwalonego pismem hieroglificznym, który opisuje historię jego władców. Znajdziemy go na kamiennych Schodach Hieroglifów prowadzących do centrum ceremonialnego. Składały się na nie świątynie budowane na piramidach schodkowych, zespoły pałacowe, dziedzińce i wspomniane boisko. Na głównym placu mieszkańcy spotykali się w ważnych dla społeczności momentach i z okazji uroczystości religijnych. Znajdowały się tu również stanowiska do prowadzenia niezwykle ważnych dla prekolumbijskich cywilizacji obserwacji astronomicznych. Okres świetności Copán przypada na stulecia od V do VIII. W tym czasie miasto mogło zamieszkiwać nawet 20 tys. osób. Nie bez powodu ośrodek nazywa się Atenami Nowego Świata. Centrum otoczone było dzielnicami mieszkalnymi. W Copán można spędzić cały dzień. Warto przy okazji zajrzeć do tutejszego bardzo ciekawego muzeum archeologicznego.

 

Ten skarb kraju znajduje się jedynie ok. 10 km od gwatemalskiej granicy. Dlatego z Gwatemali często organizuje się fakultatywne wycieczki do Copán. W Hondurasie warto jednak zostać na dużo dłużej.

 

OWOCOWY PORT

 

Na nizinnym obszarze kraju rozciągającym się wzdłuż wybrzeża karaibskiego można spotkać ceibę, w kulturze Majów uważaną za święte drzewo. Jej polska nazwa rodzajowa to puchowiec. Roślina ta występuje licznie w basenie Morza Karaibskiego. Drzewo ma charakterystyczną gładką korę, a z upływem lat pokrywają je gęsto kilkucentymetrowe kolce. Od wieków wykorzystywane jest jako środek leczniczy przy problemach związanych z układem moczowym, jak również przy schorzeniach skóry. Z oleju z nasion ceiby produkuje się mydło. Najcenniejszą jej częścią są jednak włókna nasienne (w formie puchu) o znacznych właściwościach wypornościowych nazywane kapokiem. Wykorzystuje się je w tapicerstwie i jako materiał izolacyjny oraz wypełnia się nimi poduszki i materace (kiedyś używano ich w kamizelkach ratunkowych). Obecnie coraz częściej kapok bywa zastępowany sztucznymi odpowiednikami.

 

Od puchowca pochodzi nazwa trzeciego co do wielkości ośrodka miejskiego Hondurasu. La Ceiba to ponad 200-tysięczne miasto portowe, stolica departamentu Atlántida. Właśnie stąd eksportuje się do Stanów Zjednoczonych owoce z Ameryki Środkowej, m.in. grejpfruty, pomarańcze, cytryny, a przede wszystkim ananasy i banany. Plantacje bananowca są bardzo charakterystycznym elementem krajobrazu północnej i północno-wschodniej części kraju. W 1899 r. powstała spółka United Fruit Company operująca na terenie Ameryki Środkowej i Południowej. Firma była właścicielem największych plantacji i uzależniła Honduras od uprawy bananów, na eksporcie których zarobiła ogromne pieniądze. Miała poza tym znaczący wpływ na politykę w tym kraju i wielu innych, nazywanych z tego względu republikami bananowymi.

 

La Ceiba uchodzi za honduraską stolicę rozrywki. Turyści przyjeżdżają tutaj zwłaszcza w maju na festiwal karnawałowy organizowany ku czci patrona miasta – św. Izydora Oracza.

 

MIESZKAŃCY KARAIBÓW

 

Niedaleko La Ceiby znajduje się Park Narodowy Pico Bonito (Parque Nacional Pico Bonito), drugi co do wielkości w kraju (ok. 1070 km² powierzchni). Majestatyczna góra (Pico Bonito) o charakterystycznym trójkątnym wierzchołku to wizytówka tego portowego miasta. Szczyt położony w paśmie górskim o nazwie Nombre de Dios wznosi się na wysokość 2435 m n.p.m. O wyjątkowości tego obszaru stanowi bogactwo flory i fauny oraz piękno krajobrazu. Na stosunkowo niewielkiej powierzchni rozwinęły się tu różne systemy roślinne, w tym gęste lasy równikowe na wybrzeżu i leśne kompleksy wysokich partii gór. Warto spędzić w tej malowniczej okolicy więcej czasu. Można go poświęcić na wspinaczkę górską, kąpiele w naturalnych akwenach czy obserwowanie ptaków. W tym rejonie występuje ok. 700 ich gatunków! Spotyka się tutaj piękne bławatniki, kolorowe tukany, wielkie czerwone ary i mnóstwo innych fascynujących stworzeń. Rzeka Cangrejal przepływająca przez park idealnie nadaje się na rafting. Jest jednym z najbardziej znanych w Hondurasie miejsc do uprawiania tej aktywności. Obszar parkowy stanowi część mezoamerykańskiego korytarza migracyjnego zwierząt, obejmującego Amerykę Środkową. W krajach leżących w tym regionie występuje mniej więcej 8 proc. znanych na świecie gatunków fauny, w tym wiele endemicznych.

 

Przy opisywaniu tego rejonu naszego globu nie sposób nie wspomnieć o Garifuna, czyli o tzw. Czarnych Karaibach. Ich bardzo liczna społeczność zamieszkuje właśnie tereny nad rzeką Cangrejal w pobliżu Parku Narodowego Pico Bonito. W całym Hondurasie żyje ok. 100 tys. przedstawicieli tej grupy etnicznej, najwięcej spośród wszystkich krajów w basenie Morza Karaibskiego. Garifuna są potomkami rdzennej ludności Karaibów i Afrykańczyków przywiezionych do pracy na plantacjach. Przekazy mówią o dwóch statkach transportujących afrykańskich niewolników, które w 1635 lub 1675 r. rozbiły się w pobliżu wyspy Saint Vincent w archipelagu Małych Antyli. Prawie wszyscy ocaleli i zasymilowali się z miejscowymi Karaibami. Od połowy XVIII w. władzę w rejonie archipelagu zaczęli przejmować Brytyjczycy. Mieszkańcy wysp długo stawiali opór nowym porządkom. Ostatecznie na obszarze brytyjskiej kolonii pozwolono pozostać rdzennej ludności, tzw. Czerwonym Karaibom, resztę zesłano w 1797 r. na wyspę Roatán u wybrzeży Hondurasu. Była ona zbyt mała, aby pomieścić nowych mieszkańców, którzy szybko przenieśli się na kontynent. Kultura dumnych Garifuna rozwija się do dziś i wraz z ich językiem, tańcem i muzyką została wpisana na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Warto spędzić w zamieszkanym przez nich rejonie choć jeden cały dzień i dać się porwać rytmom energetycznych punty i hunguhungu (fedu) czy zagrać w domino przy szklaneczce wyśmienitego honduraskiego rumu. Produkcji tego trunku sprzyjają idealne warunki do uprawiania trzciny cukrowej.

 

AROMATYCZNE PAMIĄTKI

 

Z Hondurasu pochodzi jedna z najlepszych kaw na świecie. Paczka aromatycznych ziaren będzie znakomitą pamiątką lub prezentem z tego kraju. Aby dowiedzieć się czegoś więcej o uprawie kawowców, najlepiej udać się na jedną z licznych plantacji i do palarni kawy. W takich miejscach można spróbować świeżo przyrządzonego napoju i przekonać się, że zazwyczaj różni się on zdecydowanie jakością od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Zmielona kawa w sklepach w Europie często magazynowana bywa nawet ponad rok. O niepowtarzalnym smaku i doznaniach związanych z piciem tego napoju stanowi aromat, a on szybko się ulatnia. Dlatego też zawsze należy kupować kawę w ziarnach. Kawowce uprawiane są w Hondurasie na stokach o odpowiednim nachyleniu i nasłonecznieniu (głównie na terenie departamentu El Paraíso, czyli Raj). Przed palącym słońcem chronią je wysokie drzewa. Od października do stycznia pielęgnowane ręcznie krzewy pokrywają się czerwonymi dojrzewającymi owocami. Po zebraniu przy pomocy prasy pozbawia się je skórki, a następnie płucze i oddziela miąższ w procesie fermentacji. Kolejnym etapem jest suszenie, które niejednokrotnie odbywa się na słońcu. Rozsypane na plandekach ziarna to częsty widok w Hondurasie. Ostatni etap stanowi palenie – końcowe nierzadko odbywa się już w kraju importera. Najwartościowszą honduraską kawę oznacza się symbolem SHG (Strictly High Grown). Pochodzi ona z najlepszych upraw położonych na średniej wysokości ok. 1350 m n.p.m. Za jej kilogram trzeba zapłacić nawet kilkaset złotych.

 

Z Hondurasu warto przywieźć również cygara. W niewielu miejscach na świecie panują sprzyjające warunki do uprawy dobrego tytoniu. Liści z honduraskich plantacji, skoncentrowanych przede wszystkim na żyznym obszarze malowniczej doliny Jamastrán w departamencie El Paraíso, używają najwięksi światowi producenci. Od klimatu, rodzaju gleby, stopnia nasłonecznienia i poziomu wilgotności zależy smak, aromat, rozmiar i kolor cygar. Te z Hondurasu są wyraziste i aromatyczne.

 

KARAIBSKA IDYLLA

 

004PicoBonito
Pico Bonito, motyl Caligo memnon nazywany sową
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

Ten środkowoamerykański kraj to mekka miłośników nurkowania i wędkarstwa. Jego nazwa pochodzi od wyjątkowej głębokości wody w okolicy karaibskiego wybrzeża. W języku hiszpańskim hondo znaczy „głęboki”. Honduras leży wzdłuż drugiej co do wielkości na świecie (mającej długość ok. 1 tys. km) rafy koralowej zwanej Wielką Rafą Koralową Majów (Mezoamerykańskim Systemem Rafy Barierowej). Zwykle kojarzy się z nią Belize i głęboka studnia Great Blue Hole, ale prawdziwe bogactwo podwodnego świata kryje się także nieopodal honduraskiego archipelagu Islas de la Bahía. W jego skład wchodzą główne wyspy Roatán, Guanaja i Útila. Są one łatwo dostępne, a pobyt na nich nie kosztuje na ogół zbyt dużo. Z wyjątkiem rajskiego skrawka lądu, za jaki uważa się słusznie Roatán, nie ma tu rozbudowanych luksusowych hoteli i resortów, za to w wielu miejscach możemy spędzić niezapomniane chwile w hamaku na tarasie drewnianego domku na palach lub na dziewiczej plaży. W okolicach Útili znajdziemy jedne z najzdrowszych i najmniej zniszczonych koralowców w Morzu Karaibskim. Poza tym spotyka się w tym rejonie liczne rekiny wielorybie, płaszczki, homary, krewetki czy mureny. Jeśli dopisze nam szczęście, natkniemy się na stado delfinów. Nie bez powodu wyspa ta (jak zresztą cały archipelag Islas de la Bahía!) uchodzi za jedno z najlepszych miejsc do nurkowania na świecie.

 

 MG 7855

Roatán – tzw. Dolphin Encounter zaprasza na spotkanie i pływanie z delfinami 
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

Miłośnicy żeglarstwa, kajakarstwa, wędkarstwa, trekkingu, obserwacji ptaków i ekoturystyki koniecznie muszą odwiedzić jezioro Yojoa usytuowane na zachodzie kraju, na wysokości ok. 630–700 m n.p.m. Leży ono między szczytami wygasłych wulkanów. To największe naturalne jezioro Hondurasu. Znajdują się tu parki narodowe Montaña Santa Bárbara (Parque Nacional Montaña Santa Bárbara) i Cerro Azul Meámbar (Parque Nacional Cerro Azul Meámbar). Na tym obszarze występują np. legwany, węże, małpy, oceloty i pumy.

 

MIASTO W GÓRACH

 

 F3G1132

Kobiety Garifuna tańczące hunguhungu (fedu)
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

Tegucigalpę, stolicę kraju, zamieszkuje ok. 1,2 mln osób – to ponad jedna ósma ludności całego Hondurasu. Położona u podnóży wzgórza El Picacho, przed wiekami stanowiła ośrodek wydobycia srebra i złota. Miasto sprawia wrażenie nieuporządkowanego. Warto odwiedzić w nim Muzeum Tożsamości Narodowej (Museo para la Identidad Nacional – MIN). W rejonie historycznego centrum wznosi się XVIII-wieczna barokowa Katedra św. Michała Archanioła i budynek Kongresu Narodowego. Miasto często służy turystom za bazę wypadową, ponieważ właśnie stąd bez problemu dostaniemy się do wszystkich najatrakcyjniejszych miejsc w Hondurasie. Niemal z każdego punktu w Tegucigalpie można dostrzec 30-metrową figurę Chrystusa El Picacho ustawioną na szczycie wzgórza El Picacho. Ma ona przynosić nadzieję na lepszą przyszłość krajowi, który w 1821 r. wyrwał się spod hiszpańskiego jarzma i 17 lat później ogłosił pełną niepodległość (26 października 1838 r.), lecz dopiero od niedawna powoli staje na nogi. Ogromną szansą dla tego państwa jest m.in. rozwój turystyki, a temu sprzyja walka ze stereotypami na temat Hondurasu.

 

Aby wczuć się w atmosferę stolicy, warto przystanąć na chwilę i zjeść sprzedawane na każdym rogu arepas, czyli placki z kukurydzy, smażonych platanów czy fasoli. Honduraska kuchnia niewiele różni się od tej spotykanej w innych krajach Ameryki Środkowej. Jej podstawę stanowi ryż, a także fasola przygotowywana na różne sposoby i tortilla. Na śniadanie jada się zwykle tzw. baleadas, czyli właśnie tortille podawane z fasolą, żółtym serem i kwaśną śmietaną. Dodatki zależą – oczywiście – od upodobania. Kilkadziesiąt lempirów (HNL) kosztuje doskonała wersja z awokado, mięsem i wieloma innymi składnikami. Całość doprawia się zazwyczaj bardzo ostrym sosem na bazie papryki jalapeño. Słynny szkocki szef kuchni Gordon Ramsay, który odwiedził Honduras w marcu 2017 r., tak zachwycił się miejscowymi baleadas, że uznał je nawet za zdecydowanie najlepsze latynoamerykańskie danie.    

 

INDIANIE I KOLONIŚCI

 

Ciudad Blanca, legendarne Białe Miasto, można nazwać Atlantydą Ameryki Środkowej. Według wierzeń to właśnie w nim narodził się Pierzasty Wąż (Quetzalcóatl). Uważany był za boga wiatru, nieba, ziemi, wody i płodności. Ok. 300 km od Tegucigalpy archeolodzy odkryli w 2012 r. interesujący zespół ruin. Wiele artefaktów dowodzi, że mogą być to pozostałości legendarnego ośrodka Ciudad Blanca. Stanowisko archeologiczne, którego powierzchnię szacuje się na mniej więcej 50 km², znajduje się w gęstym tropikalnym lesie w historycznym rejonie La Mosquitia (na Wybrzeżu Moskitów – Costa de Mosquitos), na terenie dziewiczego Rezerwatu Biosfery Río Plátano, wpisanego w 1982 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To pełne tajemnic miejsce do dziś chroni wojsko, aby zapobiec kradzieżom. Odnaleziono tu fragmenty starożytnych struktur, w tym ziemnych piramid i placów, oraz liczne przedmioty codziennego użytku.

 

W wielu honduraskich miejscowościach natkniemy się na ślady kolonialnych czasów. Perełką architektury i niezmiernie ciekawym miejscem jest Gracias, dawna stolica Hondurasu (dzisiaj departamentu Lempira), założona w 1536 r. Do najstarszych tutejszych budynków należy świetnie zachowany Kościół La Merced, który powstał na początku XVII w. Obowiązkowo trzeba wybrać się też na spacer do hiszpańskiego Fortu św. Krzysztofa (Fuerte San Cristóbal), z którego rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na całą dolinę. Wiele nazw własnych w Gracias nawiązuje do imienia pochodzącego z tego terenu legendarnego Lempiry (ok. 1499–1537), bohaterskiego władcy Indian Lenca (zamieszkujących terytorium dzisiejszego Hondurasu i Salwadoru), walczącego z hiszpańskimi konkwistadorami w latach 30. XVI stulecia. W pobliżu miasta znajdują się najsłynniejsze naturalne gorące źródła w kraju (Aguas Termales „Presidente”).

 

W tej części Ameryki Środkowej jest jeszcze bezsprzecznie mnóstwo do odkrycia. Nie warto się więc zbyt długo zastanawiać nad decyzją o podróży do wciąż raczej nieznanego turystom, lecz niezmiernie fascynującego Hondurasu. Najlepiej po prostu wyruszyć na spotkanie z wielką przygodą.