1__Playa_San_Blas1.jpg

Rajska wysepka w archipelagu San Blas

©VISITPANAMA.COM

Mariusz Kozak-Zagozda


Według jednych teorii nazwa kraju pochodzi z języka Indian Cueva i znaczy „miejsce obfitości ryb”, zgodnie z innymi tłumaczy się ją na „obfitość motyli”. Najlepiej opisują go jednak słowa jednego z bohaterów powieści „Krawiec z Panamy”, autorstwa Anglika Johna le Carré: „Mamy wszystko, czego Bóg potrzebował, by stworzyć raj: żyzne ziemie, plaże, góry, dziką przyrodę, co krok drzewa pełne owoców, a wokół wspaniałych ludzi”. Jeśli więc macie przed oczami wizję idealnych tropików, najprawdopodobniej myślicie właśnie o Panamie.


Republika Panamy (República de Panamá) to państwo w Ameryce Środkowej, położone nad Morzem Karaibskim i Oceanem Spokojnym. Jego pochodząca z 1904 r. flaga składa się z czterech równych prostokątów. Kolory niebieski i czerwony oznaczają odpowiednio Kolumbijską Partię Konserwatywną i Kolumbijską Partię Liberalną, natomiast biały – pokój. Niebieska gwiazda symbolizuje czystość i uczciwość, a czerwona – władzę i prawo. W 1821 r. Panama przestała być kolonią hiszpańską, wywalczyła swoją niepodległość, a w 1903 r. oderwała się od Kolumbii. Żyje tu ponad 3,7 mln mieszkańców. Mniej więcej 68 proc. Panamczyków stanowią Metysi, 15 proc. – biali, 10 proc. – osoby rasy czarnej, 6 proc. – rdzenna ludność indiańska i 1 proc. – Azjaci (głównie chińskiego pochodzenia). Do głównych miast należą Panama, San Miguelito, Arraiján, Colón, Chorrera i David. Ok. 70 proc. powierzchni kraju zajmują niziny, a 30 proc. – wyżyny i góry. Na zachodzie rozciąga się Cordillera de Talamanca z licznymi stożkami wulkanów (w tym Barú – 3475 m n.p.m. – najwyższym panamskim szczytem). Tutejsza gospodarka uchodzi za jedną z najbardziej stabilnych w Ameryce, ale poziom życia większości społeczeństwa pozostaje dość niski (płaca minimalna wynosi 624 dolary). Szacuje się, że ok. 25 proc. mieszkańców żyje w biedzie. Mimo tego w Ameryce Łacińskiej trwa moda na osiedlanie się w tym kraju. To jedno z najlepszych miejsc na spędzenie emerytury. Znaczną liczbę osób inwestujących w tutejsze nieruchomości stanowią osoby przyjeżdżające ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. Dla Amerykanów Panama jest dosyć tania. Na dodatek obowiązujący atrakcyjny pakiet udogodnień emerytalnych poszerzono o dwudziestoletnie zwolnienie z podatku od nieruchomości oraz możliwość błyskawicznego uzyskania prawa stałego pobytu. Aby móc oficjalnie osiedlić się w tym kraju, wystarczy miesięczna emerytura lub renta w wysokości minimum 1 tys. dolarów amerykańskich (USD) lub równowartości tej kwoty.

Nasza podróż w te strony nie trwała zbyt długo, bo jedynie 2 tygodnie, ale udało nam się zobaczyć kilka naprawdę fascynujących miejsc, o których chciałbym opowiedzieć. Podczas wyprawy opiekował się nami Enrique, przesympatyczny i bardzo dobrze zorganizowany przewodnik. Przywitał nas razem ze swoim szefem już na lotnisku Tocumen, położonym niecałe 25 km od centrum miasta Panama. Czuliśmy się jak klienci VIP. Marcelo, właściciel opiekującej się nami lokalnej agencji turystycznej, pochodził z Wenezueli. Obaj sprawili, że pobyt w Panamie stał się niezmiernie ciekawy. Enrique zorganizował nam przejazdy, noclegi, posiłki i wiele atrakcji, w tym niespodziankę na sam koniec naszej wizyty.

Witajcie w Panamie

Do stolicy kraju, noszącej tę samą co on nazwę, przylecieliśmy przez Madryt (skorzystaliśmy z całkiem dobrej promocji linii lotniczych Iberia). Kiedy rano obudziliśmy się w luksusowym hotelu na 14. piętrze, przez przeszklone ściany zobaczyliśmy imponującą panoramę miasta – las wieżowców aż po horyzont. Choć to środkowoamerykańskie państwo nie posiada dużej powierzchni (niemal 80 tys. km²), a jego administracyjne centrum wraz z obszarem metropolitalnym zamieszkuje ok. 1,5 mln ludzi, to Warszawa przy Panamie wygląda jak mały, parterowy ośrodek (mamy za to dużo lepsze drogi). Jak okiem sięgnąć, wszędzie widać tutaj olbrzymi wpływ amerykańskiej kultury biznesowej. Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych przedstawia się też sytuacja różnic społecznych: skrajna bieda sąsiaduje z ogromnym bogactwem. W końcu ten kraj uchodzi za drugie co do wielkości międzynarodowe centrum bankowe na świecie (zaraz po Szwajcarii).

Rozległa panamska stolica, zajmująca obszar 2561 km², może pochwalić się zarówno pięknymi zabytkami, jak i nowoczesną zabudową. Często określana bywa mianem „małego Miami” lub „Zachodniego Dubaju”, gdyż jej centralne dzielnice rozwijają się w imponującym tempie. Wypełniają je tysiące sklepików, targowiska, knajpki, promenady, a także wielkie galerie handlowe i dobrze wyposażone supermarkety. Tu ludzie uśmiechają się przyjaźnie i niespiesznie spacerują uliczkami starej części miasta, gdzie czujemy się niemal jak w Europie.

W XVI w. hiszpańscy konkwistadorzy, zachęceni sukcesami w Ameryce Środkowej, postanowili wyprawić się do Peru po złoto Inków. Ponieważ czekała ich daleka droga w głąb lądu, w sercu dzisiejszego kraju zamierzali zbudować ośrodek, który miał być bazą wypadową dla wszystkich ekspedycji do Ameryki Południowej. Starą Panamę (Panamá Viejo) założył w sierpniu 1519 r. Pedro Arias Dávila (1440–1531). W 1671 r. w wyniku ataku walijskiego pirata Henry’ego Morgana (ok. 1635–1688) została ona kompletnie zniszczona. Odbudowano ją 2 lata później, ale 8 km od pierwotnej lokalizacji. To nowe miasto funkcjonuje obecnie jako historyczna dzielnica panamskiej metropolii – Casco Viejo (Casco Antiguo). Od 1997 r. figuruje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajdują się w niej malownicze placyki i klimatyczne wąskie uliczki, a styl art déco przeplata się z architekturą kolonialną i karaibskimi domkami.

Ten zakątek Panamy świetnie oddaje kulturowe zróżnicowanie kraju nie tylko pod względem architektonicznym. Podczas spaceru wśród zabytkowych budynków najwięcej uwagi przyciągają… ludzie. W Casco Viejo spotkamy rodzimych biznesmenów oraz ekspatów, którzy przy lunchu rozprawiają o sprawach wielkiej wagi. Urzędnicy i politycy przechadzają się tu obok artystów, a przybyli z całego świata turyści zatrzymują się przy straganach kobiet z indiańskiego plemienia Kuna, które sprzedają tradycyjne rękodzieło (molas – wzorzyste części strojów). Na stoiskach nie brak również kapeluszy panama, a całości dopełnia wspaniały widok na ogromne statki w Zatoce Panamskiej i nowoczesne centrum.

Spacerem przez miasto

punta_pacifica.jpg

Luksusowe osiedle mieszkaniowe Punta Pacífica w mieście Panama

©VISITPANAMA.COM



W Casco Antiguo są 4 najważniejsze place. Główny (Plaza Mayor, zwany obecnie Plaza de la Independencia – placem Niepodległości) leży między Katedrą Metropolitalną (Catedral Metropolitana), Muzeum Międzyoceanicznego Kanału Panamy (Museo del Canal Interoceánico de Panamá) i Pałacem Miejskim (Palacio Municipal). Z kolei ten upamiętniający przywódcę walk o wyzwolenie Ameryki Południowej spod władzy Hiszpanii Simóna Bolívara (Plaza Bolívar) łatwo poznać po pomniku ku jego czci, a otaczają go Kościół św. Franciszka z Asyżu (Iglesia de San Francisco de Asís), Kościół św. Filipa Neri (Iglesia San Felipe de Neri), Teatr Narodowy (Teatro Nacional) oraz Pałac Bolívara (Palacio Bolívar). Cichy i spokojny plac Francji (Plaza de Francia) zdobi obelisk z kogutem (symbolem narodu francuskiego) i dziesięć płyt, opowiadających historię Kanału Panamskiego. Natomiast ostatni z nich, czwarty, czyli plac Herrera (Plaza Herrera, dawniej nazywany placem Zwycięstwa – Plaza del Triunfo), niegdyś pełnił funkcję areny walk byków.

Poza tym w historycznej dzielnicy stolicy znajduje się jeden z najbardziej wiekowych budynków w Panamie – Casa Góngora z 1756 r. – i jeden z najstarszych drewnianych domów w Casco Viejo – Casa Boyacá. Warto też zobaczyć w tym rejonie mały targ z pamiątkami dla turystów, które w dość wysokich cenach sprzedają Indianie Kuna. Wizyta na nim jest dobrą okazją do zapoznania się z rdzenną ludnością kraju. Lepiej jednak nie liczyć na zrobienie pamiątkowych zdjęć barwnych indiańskich strojów, ponieważ ich właściciele nie przepadają za fotografowaniem, jedynie czasem zgadzają się na nie, ale za opłatą.

Gdy kierowaliśmy się dalej w stronę centrum, minęliśmy niewielki port, skąd rybacy co dzień rano wyruszają na połów. Świeże ryby i owoce morza prosto z sieci trafiają do restauracji, które wypełniają cały budynek stojący naprzeciw wybrzeża. Specjalność tutejszych lokali stanowi ceviche, czyli danie z surowych ryb i owoców morza, marynowanych w limonce, cebuli, papryce, pietruszce, soli i pieprzu, a podawane z solonymi krakersami. Po drodze podziwialiśmy więc gości, pochłaniających ze smakiem największe porcje tego przysmaku jak świeże bułeczki.

W ten sposób dotarliśmy do dzielnicy wieżowców, które drapią chmury na podobieństwo tych z nowojorskiego Manhattanu. Pełno w niej biurowców, hoteli, restauracji i nowoczesnych apartamentów. Strzeliste budowle wznoszą się nad Pacyfikiem, głównie przy Avenida Balboa i pozostałych ulicach. Nie należą one do największych na świecie, ale wiele z nich liczy ponad 250 m wysokości i plasuje się wcale nie nisko na liście najwyższych tego typu budynków, przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej. Najciekawszy z wieżowców to tzw. El Tornillo (F&F Tower) o kształcie 242-metrowej śruby. 

Kiedy przyszła już pora obiadu, nasz wiekowy panamski kierowca Felix zawiózł nas do lokalnej cafeterii. Turystów nie było w niej wcale i chyba na tym polegał niezwykły urok tego miejsca. Za 45 dolarów 5 osób najadło się i napiło do syta, a to całkiem dobra cena jak na Panamę. Po posiłku przejechaliśmy przez Chinatown (Barrio Chino). W żadnej szanującej się metropolii nie może zabraknąć chińskiej dzielnicy. W panamskiej stolicy jej istnienie jest szczególnie uzasadnione. Prawie każdy sklepik należy w niej do Chińczyków. W większości są oni potomkami dawnych budowniczych Kanału Panamskiego.

Od oceanu do oceanu

CP-06-0076.jpg

Most Stulecia na Kanale Panamskim

©VISITPANAMA.COM



Skoro już wspomnieliśmy o słynnej przeprawie, pora powiedzieć o niej coś więcej. Budowę tego kanału o długości ok. 80 km, poprowadzonego między Atlantykiem a Pacyfikiem, ukończono w 1914 r. Nadal stanowi on jedną z najważniejszych dróg wodnych świata.

Na panamskie arcydzieło inżynierii XX w. składają się trzy Śluzy Gatuńskie (Esclusas de Gatún) – Miraflores, Pedro Miguel i Gatún – oraz sztuczne jezioro Gatún (26 m n.p.m.). Olbrzymie kontenerowce (zwane panamaxami) projektuje się według wymiarów umożliwiających pokonanie przeprawy – jednostka powinna mieć maksymalnie ok. 295 m długości i mniej więcej 32 m szerokości. Przeciętny koszt skorzystania z kanału wynosi ok. 55 tys. USD, choć zdarzają się jednorazowe opłaty przewyższające 300 tys. USD. Do dziś użytkownikiem, który wpłacił rekordowo niską kwotę za przebycie tej trasy, jest amerykański podróżnik Richard Halliburton (1900–1939). W 1928 r. przepłynął tędy wpław za 36 centów.

Po zdobyciu tych wszystkich informacji koniecznie chcieliśmy zobaczyć to miejsce. Odwiedziliśmy śluzę Miraflores. Na tym odcinku od godz. 06.00 do 15.15 statki przemieszczają się od Pacyfiku do Atlantyku, a od godz. 15.45 do 23.00 – od Atlantyku do Pacyfiku. Tutejsze centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores) wraz z salami wystawienniczymi prezentują fascynującą historię budowy kanału, jego użytkowania oraz plany kolejnej rozbudowy.

Na tym etapie naszej wycieczki spotkaliśmy pierwszego Polaka w Panamie. Powiedział nam, że zajmuje się łowieniem ryb i pływa po świecie. Do tej pory słyszałem tylko o jednym człowieku, który ma podobną pasję (mężu mojej koleżanki z pracy), ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że to może być on… Rozpoznał mnie dopiero, gdy wrócił do Polski i pochwalił się żonie, że natknął się na rodaka nad Kanałem Panamskim, a ta pokazała mu moje zdjęcia. To niesamowite, jak czasem drogi ludzi, których łączą pewne relacje, krzyżują się na końcu świata.

Poznawanie śluzy i przeprawy zajęło nam kilka godzin. Córka wybrała nam najlepszy taras widokowy, który znajdował się w… restauracji. W trakcie bardzo długiego obiadu obejrzeliśmy kilka wielkich oceanicznych statków, majestatycznie przepływających obok nas. Najbardziej znana atrakcja Panamy stała się częścią naszych wspaniałych wspomnień. Najedzeni i pełni wrażeń wyruszyliśmy w głąb kraju.

Wszystkie cuda TROPIKALNEJ PUSZCZY

Wyprawę do Gamboa zaczęliśmy od… przejechania ogromnego węża, który nagle wypełzł nam pod koła samochodu. Po tym zdarzeniu ani żona, ani córka nie były pewne, czy powinniśmy jechać dalej. W miasteczku zatrzymaliśmy się na terenie dawnej bazy amerykańskiej, położonej w środku lasu deszczowego. Ulokowano nas w zjawiskowym hotelu, wzniesionym na zboczu góry z przepięknym widokiem na Park Narodowy Chagres (Parque Nacional Chagres). Na tarasach pokojów wisiały przepiękne hamaki, na powitanie dostaliśmy wino z owocami, a zewsząd dochodził śpiew ptaków… Nie chcieliśmy stąd wyjeżdżać. To był jednak dopiero początek najatrakcyjniejszej części całej naszej podróży.

Wspomniany Park Narodowy Chagres porastają dziewicze lasy tropikalne oraz pokrywają rzeki i jeziora, m.in. zbiornik retencyjny Alajuela, który gwarantuje funkcjonalność Kanału Panamskiego. Codziennie ruszaliśmy w nowym kierunku, aby na koniec dnia wrócić do naszego bajkowego hotelu. Zaczęliśmy od wycieczki w głąb gęstej selwy. Kolejka linowa przewiozła nas ponad dzikimi i niedostępnymi terenami wprost na jedno ze wzgórz. Na nim czekała wieża widokowa Panama Rainforest Discovery Center, przeznaczona do obserwowania barwnej przyrody (szczególnie ptaków). Oparta na stalowych rurach konstrukcja, wysoka na 32 m, wznosi się na poziom koron najwyższych drzew. Z platformy rozpościera się panorama całej okolicy, dostrzec można nawet pobliski kanał. To naprawdę niezwykły widok!

Po powrocie wybraliśmy się jeszcze na farmę motyli (tzw. Mariposario). Nigdy w życiu nie widziałem ich tak wielu i tak różnorodnych w jednym miejscu. Te z najpiękniejszego gatunku Morpho helenor same przylatywały do mnie i siadały mi na plecach. Wyglądały wyjątkowo pięknie – ich skrzydła z zewnątrz przypominały skórę węża, od wewnątrz były metalicznie niebieskie. Myślałem, że przez przypadek wybrały właśnie mnie, ale gdy następnego dnia znów odwiedziliśmy farmę, wprost do mojej ręki podleciał przepiękny błękitny motyl. Siedział na mojej dłoni kilka minut i wcale nie chciał zmienić miejsca. Stałem się dzięki temu obiektem zdjęć mnóstwa turystów. Czułem się jak bohater filmu Jamesa Camerona Avatar, którego obsiadły świetliste duszki z księżyca Pandora. Jak powiedziała nam lokalna przewodniczka, bardzo rzadko zdarza się, aby motyle przylatywały same do kogokolwiek. Tak jak jaskółki w Polsce, tak one w Panamie przynoszą podobno wielkie szczęście. Ta przepowiednia w naszym przypadku się sprawdziła. Przez całe wakacje czuliśmy się jak szczęściarze.

Kolejnego dnia czekała nas przeprawa łodzią na odosobnione wysepki. Na nich w naturalnym środowisku żyją różne gatunki małp (np. czepiaki Geoffroya, wyjce i kapucynki) oraz tapiry, leniwce, żółwie, kajmany okularowe i krokodyle. Nasz rejs przeszkodził dwóm dużym gadom w polowaniu na ptaka, który zatrzymał się nad mulistą, brązową wodą. Niezadowolone wróciły do rzeki i zaczęły płynąć w naszą stronę. Ruszyliśmy więc szybko dalej. Wkrótce spotkaliśmy i małpy. Zeskakiwały z drzew na pokład łódki, aby zabrać turystom jedzenie. Zupełnie nikogo się nie bały. Kiedy nic nie znalazły, wróciły szybko na swoje stanowiska obserwacyjne, a my naszą motorówką popłynęliśmy dalej kanałem, mijając wielkie kontenerowce. Tak fantastyczne przeżycie zakończyliśmy ochładzającą kąpielą w hotelowym basenie z kieliszkiem dobrego białego wina w dłoni.

Naszą ostatnią wyprawę w Gamboa stanowiła całodzienna wycieczka do wioski, w której od stuleci żyją Indianie Emberá. Przeprawiliśmy się do niej ręcznie wykonanymi indiańskimi kanu. W osadzie jej mieszkańcy powitali nas tradycyjnymi tańcami i muzyką, które nie zmieniły się od czasów okrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. Potem odbyliśmy spacer po tropikalnej puszczy w towarzystwie półnagiego Indianina. Emberá czują się w selwie jak w domu, są odporni na ugryzienia mrówek, świadomi zagrożeń, doskonale tropią dzikie zwierzęta i barwne ptaki. Bez nich nie zobaczylibyśmy nawet połowy tego, co nam pokazali. Po powrocie do wioski obejrzeliśmy plemienne ceremonie i występy artystyczne. Indianie porwali nas do rytualnego tańca, a nasza córka uwieczniła ten taneczny popis za pomocą kamery. Na koniec, w ramach podziękowania, wykonaliśmy w duecie na dwa głosy słynny kanon Panie Janie.

Przed pożegnaniem umyliśmy ręce w wodzie z liśćmi, które pachniały jak mięta i których Emberá używają do dezynfekcji. Zjedliśmy jeszcze indiański obiad, a potem kupiliśmy kilka ręcznie robionych pamiątek. Ostatni wieczór w Gamboa zwieńczył przepiękny zachód słońca. Spędziliśmy go przy znakomitym posiłku i wyśmienitym winie. Żegnał nas śpiewający, nigdy nie zasypiający tropikalny las.

Prawdziwi Indianie

Molas_Isla_Achutupo.jpg

Indianki Guna (Kuna) sprzedają molas – tradycyjne barwne tkaniny

©VISITPANAMA.COM



Najciekawszą pod względem etnicznym panamską prowincją jest region autonomiczny Guna Yala (dawniej Kuna Yala), jedno z ostatnich miejsc zamieszkanych prawie wyłącznie przez rdzenne plemię Guna (Kuna). Lud ten zachowuje niezależność od rządu w Panamie. Ma odrębne sądownictwo, władze wykonawcze oraz język. Utrzymaniu tej sytuacji sprzyja brak połączenia drogowego z resztą kraju.

Guna żyją tradycyjnie, blisko natury, mieszkają w domach krytych palmowymi liśćmi, zajmują się turystyką, rolnictwem, rybołówstwem, myślistwem i rękodziełem. Żywią się głównie tym, co upolują i zbiorą w selwie. Uprawiają też banany, kokosy, kakao, ryż, fasolę i kukurydzę. Tylko niektóre indiańskie dzieci chodzą do szkoły. Po drodze na lekcje muszą pokonywać strumienie i rzeki. Tak naprawdę jednak nikt nie kontroluje, czy Indianie korzystają z państwowej edukacji. Oni sami wszystkiego, co ich zdaniem jest najważniejsze, uczą się od rodziców i przyrody. Doskonale znają niebezpieczeństwa, które niesie natura. Wiedzą również, jak pomóc sobie i innym cierpiącym na różne schorzenia. Uważają, że najlepsze apteki nie zastąpią bogactw, jakie kryje ich tropikalna puszcza.

Aby odwiedzić jedną z wiosek, trzeba wcześniej zapowiedzieć swoją wizytę, gdyż mieszkańcy lasów deszczowych nie należą do zbyt gościnnych. Rajskie wyspy San Blas rozrzucone u wybrzeża regionu Guna Yala są własnością przedstawicieli grupy etnicznej Guna i bez ich zgody nikt obcy nie może na nich przebywać. Indianie stanowią zaledwie ok. 6 proc. ludności Panamy. Żyją w strukturach plemiennych, głównie na zachodzie, wschodzie i południu kraju. W tym ostatnim rejonie właśnie przerwano budowę Autostrady Panamerykańskiej (Carretera Panamericana), tu kończy się jej północnoamerykańska część. Na przeszkodzie drogowcom stoi przesmyk Darién (Tapón del Darién), górzysty obszar bagnistej i niezmiernie gęstej selwy. Prowadząca od Alaski aż po Ziemię Ognistą (Tierra del Fuego) szosa urywa się w odległości ok. 280 km na południowy wschód od miasta Panama, w miasteczku Yaviza, położonym mniej więcej 100 km od granicy z Kolumbią. Transkontynentalna trasa zmienia się tutaj w wyboistą, polną drogę. Ekolodzy uważają, że rozcięcie dziewiczego lasu deszczowego miałoby katastrofalne skutki zarówno dla fauny i flory, jak i dla życia miejscowych Indian, ponieważ dzięki usprawnieniu komunikacji dotarliby w te strony na pewno nowi osadnicy. Naukowcy sądzą, że w tutejszej tropikalnej puszczy występują liczne nieodkryte jeszcze gatunki roślin i zwierząt. Można w niej poza tym spotkać jaguary, pumy, oceloty, tapiry, małpy, leniwce, kajmany okularowe i krokodyle, a także tukany, papugi, kolibry, kwezale herbowe czy harpie wielkie. Te ostatnie mierzą metr długości, mają 2-metrową rozpiętość skrzydeł i łapy większe od męskiej dłoni. To najpotężniejsze ptaki drapieżne na ziemiach Nowego Świata. Dla odmiany żyjące tu płochliwe kapibary, aktywne wieczorem i nocą, to największe gryzonie na świecie (osiągające do 1,3 m długości i wagę do 65 kg).

Żeby wjechać do krainy Indian Guna, trzeba przejść przez ich punkt graniczny, wnieść opłatę wjazdową i poddać się kontroli bagażu. Warto jednak podjąć ten trud. Przedostatniego dnia naszego pobytu w Panamie wybraliśmy się na magiczny archipelag San Blas. Jechaliśmy dużym terenowym samochodem razem z naszymi panamskimi przyjaciółmi: Enrique, Ivone i lokalnym kierowcą. Przeprawa przez góry trwała kilka godzin. Różnice wzniesień były tak duże, że czuliśmy się jak w reklamie auta z napędem na 4 koła. W wielu miejscach brakowało asfaltowej nawierzchni, przemieszczaliśmy się więc po szutrze, gołej ziemi, kamieniach i drogach w budowie. Kiedy wreszcie szlak się skończył, okazało się, że jesteśmy w małym, prowizorycznym indiańskim porcie, skąd za opłatą zawozi się chętnych na wybraną wyspę.

San Blas to archipelag 365 wysepek rozmieszczonych na Morzu Karaibskim wzdłuż wybrzeża Panamy. Mnóstwo z nich nie nosi nawet nazwy. Na ok. 80 osiedlili się Indianie Guna. Kobiety wyrabiają charakterystyczne tradycyjne części strojów, zwane molas, zdobione kolorowymi wzorami. Zazwyczaj znajdziemy na nich przedstawienia człowieka, kwiatów, zwierząt morskich, ptaków lub innych stworzeń albo motywy geometryczne.

Idealne pożegnanie

Ponad godzinę płynęliśmy drewnianą łódką z silnikiem obsługiwaną przez sternika z grupy etnicznej Guna. Drugi Indianin na dziobie wypatrywał sieci rybackich, aby wirnik nie rozerwał żadnej z nich i nie uległ awarii. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zobaczyliśmy niespodziankę, którą przygotowali dla nas Enrique i Marcelo – luksusowy katamaran tylko dla nas, z załogą i pełnym wyżywieniem. Choć mogliśmy z niego korzystać tylko kilka godzin, czuliśmy się jak w bajce. Pomysł wydawał się o tyle znakomity, że tego dnia obchodziliśmy z żoną rocznicę ślubu. Jednostka nazywała się VIP ONE i przy wejściu powitał nas przystojny kapitan. Załogę stanowiły dwie pary dwudziestokilkuletnich Francuzów, od roku pływających po Karaibach łodzią do wynajęcia. Podano nam szampana, świeżo upieczone homary i doskonałe ryby. Zatrzymaliśmy się też przy zjawiskowej plaży jednej z setek cudownych wysp. Ciepłe słońce rzucało promienie na idealnie przejrzystą wodę. Byliśmy w najprawdziwszym raju! Żadne zdjęcia tego nie oddadzą... Po prostu trzeba to zobaczyć na własne oczy.

Na lotnisku Tocumen rozstawaliśmy się z Enrique i Marcelem jak serdeczni przyjaciele. Przygotowali dla nas wiele miłych niespodzianek i pomogli poznać pasjonującą Panamę z jej najpiękniejszej strony. Muchas gracias, amigos!

Przydatne informacje

Językiem urzędowym w Panamie jest hiszpański, a oficjalną walutą – balboa (PAB). Kraj leży w strefie czasowej UTC-5, co oznacza, że zawsze na zegarkach będzie tu 7 godz. wcześniej niż w Polsce.

Zgodnie z umową między państwami Polaków przy przekraczaniu panamskiej granicy nie obowiązuje wiza, o ile mają ważny paszport, nie planują wizyty dłuższej niż 90 dni i nie przyjechali w celach zarobkowych. Każdy turysta musi też udowodnić, że dysponuje kwotą co najmniej 500 USD na pokrycie kosztów pobytu (wystarczającym dowodem będzie udokumentowana karta kredytowa). Osoby opuszczające Panamę drogą powietrzną, uiszczają obowiązkową opłatę wylotową (ok. 30 USD od osoby). Trzeba także pamiętać, że tutejsza służba graniczna ma prawo skrócić odwiedziny cudzoziemca.

Podczas przemieszczania się po kraju należy wziąć pod uwagę kilka rzeczy. Przejażdżka taksówką nie kosztuje wiele, ale stawkę powinno się ustalić z kierowcą przed kursem, ponieważ w samochodach nie ma liczników. Turyści bywają również niekiedy celem napaści, szczególnie po zmroku w rejonach stolicy obleganych przez przyjezdnych, np. w Casco Viejo czy w pobliżu Avenida Central, oraz w biedniejszych dzielnicach, m.in. Curundú i El Chorrillo. Najniebezpieczniej jest w prowincji Darién, wzdłuż granicy z Kolumbią, ze względu na zorganizowane i uzbrojone grupy przestępcze.

Skąd pochodzi kapelusz panama?

Każdy chyba kojarzy charakterystyczne jasne kapelusze robione z włókien z liści łyczkowca dłoniastego. Powszechnie nazywa się je panamami, choć pochodzą one z Ekwa­do­ru. Jednak to w Panamie zrobiły zawrotną karierę podczas budowy Kanału Pa­nam­skie­go. Tę słynną pamiątkę można kupić np. w stolicy kraju w Casco Viejo od ulicznych sprzedawców za ok. 10 USD. Dobrej jakości kapelusz po zwinięciu w nieduży rulon i po rozwinięciu wraca do swoich kształtów bez zagięć.

Artykuły wybrane losowo

Wielki grecki błękit

BEATA KUCZBORSKA

                                                                                   FOT. VILAGjArO MAGAZINE
<< „Nie mam nadziei na nic, niczego się nie boję, jestem wolny” – taki napis można zobaczyć na szczycie weneckiego Bastionu Martinengo w Heraklionie na skromnym grobie kreteńskiego pisarza, Nikosa Kazantzakisa, autora „Greka Zorby” i „Ostatniego kuszenia Chrystusa”. Ja też czuję się wolna, kiedy samolot ze mną na pokładzie siada na pasie lotniska im. Elefteriosa Wenizelosa w Atenach (choć tak naprawdę znajduje się ono w Spacie). Niczego się nie boję, lecz mam w sobie wiele nadziei… Cała Grecja stoi przede mną otworem, bo podróżowanie po niej, mimo trwającego od kilku lat kryzysu i wprowadzonych ograniczeń (choćby mniejszej liczby promów), nadal jest bardzo proste. >>

Położoną na Półwyspie Bałkańskim Grecję uważa się powszechnie za miejsce, w którym narodziła się cywilizacja zachodnia. Pozostałości wspaniałej starożytnej kultury do dziś stanowią największy magnes przyciągający do tej części Europy podróżników z całego świata. Znaczną część powierzchni tego kraju zajmują wyspy. To one są kolejnym powodem, dla którego turyści wciąż bardzo chętnie wybierają się na greckie wakacje.

Więcej…

Tunezja – imperium atrakcji

ALINA WOŹNIAK

Ten „kraj zachodzącego słońca” smagany jest bryzą znad Morza Śródziemnego i suchymi wiatrami Sahary, doświadczony burzliwą historią – zarówno starożytną, jak i współczesną, przepełniony tradycją, ale i otwarty na świat, pulsujący życiem kurortów i gwarem w medinach, uśpiony ciszą bezkresnych piasków. Tunezja mieni się w promieniach słonecznych, uwodząc całą paletą kolorów, dla których przybywali tu poeci i malarze, później filmowcy, a wraz z nimi rzesze turystów z całego globu. Niestety, ostatnie zawirowania w tym regionie świata studzą nieco zapał do jego odwiedzenia. Republika Tunezyjska jest jednak nadal bezpieczna dla gości, którzy – jak zresztą zawsze – są mile widziani w jej gościnnych progach.

W 2010 r. ten kraj w Afryce Północnej odwiedziło 7 mln turystów. Ich liczba spadła wyraźnie po tzw. rewolucji jaśminowej (17 grudnia 2010 r. – 14 stycznia 2011 r.). W pierwszym kwartale tego roku przybyło do Tunezji 2,6 mln gości zza granicy. Zaczęło to wyglądać optymistycznie, ale w wyniku doniesień prasowych o burzliwych wydarzeniach w pobliskim Egipcie liczba rezerwacji znów się zmniejszyła. Obecnie trwa walka o powrót wczasowiczów, bowiem turystyka stanowi niezmiernie ważną gałąź tunezyjskiej gospodarki (zapewnia 7 proc. dochodu narodowego brutto, daje pracę dla ok. 400 tys. osób).

Więcej…

Rajskie wyspy Indonezji

 Prambanan temple

Hinduistyczny kompleks Prambanan na Jawie

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MAJA KAŹMIERCZAK-BARTHEL

www.TRAVELINGROCKHOPPER.COM

 

Według mnie Indonezja słynie z licznych wulkanów, tradycyjnego dania „nasi goreng”, orangutanów z Sumatry i Borneo oraz waranów z Komodo. Choć każdy z moich przykładów da się uzasadnić, większość osób kojarzy ją jednak z rajską Bali. Czy właśnie ta wyspa najlepiej reprezentuje cały kraj? Zdecydowanie nie i… trochę tak.

 

Indonezja leży w Azji Południowo-Wschodniej i częściowo Oceanii. To największe wyspiarskie państwo na świecie (o powierzchni ponad 1,9 mln km²). Swoimi granicami obejmuje 17 508 wysp, z czego mniej więcej 6 tys. pozostaje zamieszkanych. Ten rozległy kraj oddziela Pacyfik od Oceanu Indyjskiego.

 

Przy tak dużym wyborze naprawdę trudno zdecydować, gdzie zawitać podczas podróży po Indonezji. Mnóstwo jej wysp kusi turystów obietnicą rajskich wakacji. W tym ogromie znajduje się wiele prawdziwych perełek.

 

KRAINA BOGÓW

 

Bali z jednej strony jawi się jako turystyczny eden, egzotyczna kraina o wyjątkowej kulturze, z cudowną przyrodą, piaszczystymi plażami i idealną pogodą. Z drugiej strony wiele osób mówi, że wyspa jest przereklamowana, zatłoczona czy wręcz niewarta odwiedzenia, ponieważ w Indonezji znajduje się mnóstwo ciekawszych miejsc. Obie te opinie są słuszne. Na Bali funkcjonują rewelacyjne resorty, ale także kiepskiej jakości hotele. Rozwinęła się tu interesująca kultura i balijska odmiana hinduizmu, przetrwał odrębny język (balijski, basa bali), jednak inne rejony kraju też są wyjątkowe. Na wyspie leży dużo pięknych plaż, lecz wiele z nich jest zatłoczonych. W tym regionie panuje klimat równikowy z dwoma porami w roku: suchą i deszczową. W trakcie trwania tej drugiej (zazwyczaj od października do kwietnia) nie należy raczej spodziewać się idealnej pogody. Mnóstwo miejsc na Bali ma charakter typowo turystyczny, komercyjny, ale nie wszystkie, uchowało się tutaj również wiele urokliwych zakątków. Choć to nieduża wyspa (ma ponad 5,5 tys. km² powierzchni), jednak jest na tyle rozległa, że dzięki sporemu zróżnicowaniu prawie każdy znajdzie na niej coś dla siebie. Zdecydowanie warto ją odwiedzić i poznać rozmaite jej oblicza. W końcu nie bez przyczyny nazywana bywa krainą bogów.

 

Jednym z powodów, dla których turyści udają się na Bali, są jej przepiękne plaże. Wybrzeże wyspy w wielu miejscach pokrywa biały piasek. Natkniemy się też na czarne, wulkaniczne brzegi (plaża Lovina na północy), także bardzo malownicze. Amatorzy wszelkich sportów wodnych poczują się tu jak w raju. Ogromną popularnością cieszą się surfing i nurkowanie. Ciekawą atrakcję stanowi poza tym obserwowanie delfinów.

 

Indonezja jest w większości muzułmańska (powyżej 87 proc. ludności), jednak Balijczycy wyznają przede wszystkim lokalną odmianę hinduizmu (ok. 83,5 proc. mieszkańców wyspy), co w dużej mierze sprawiło, że kultura balijska tak bardzo różni się od tej z innych rejonów kraju. Na Bali znajduje się ponad 6 tys. świątyń hinduistycznych! Nie sposób ich wszystkich odwiedzić, ale do kilku koniecznie należy się wybrać, gdyż są dość specyficzne. Jedne z piękniejszych to np. Besakih na zboczu góry Agung (3031 m n.p.m.), Tirta Empul i Gunung Kawi w mieście Tampaksiring, sanktuarium Goa Gajah (Jaskinia Słonia) koło Ubud, zbudowana na klifie XI-wieczna świątynia Uluwatu (zwana również Luhur Uluwatu) oraz dwie najchętniej fotografowane budowle: Ulun Danu Bratan nad brzegiem jeziora Bratan i usytuowana na skale Tanah Lot niedaleko Denpasar.

 

Zwiedzanie obiektów sakralnych na wyspie można połączyć z oglądaniem przedstawienia muzyczno-tanecznego. Mimo iż takie spektakle bywają zwykle przeznaczone głównie dla turystów, warto je zobaczyć, gdyż prezentują interesujące elementy balijskiej kultury. Do typowych widowisk należy pokaz tańca lwa (barong), ilustrującego wieczną walkę dobra ze złem.

 

Podczas pobytu na Bali albo w innej części Indonezji polecam zainteresować się także batikiem. To technika malowania tkanin polegająca na nakładaniu wielu warstw wosku na materiał, a następnie zanurzaniu go w barwniku, który farbuje jedynie nie pokryte niczym miejsca. Aby uzyskać rozmaite efekty, proces woskowania i farbowania powtarza się wielokrotnie. Ta metoda zdobienia znana jest w różnych krajach, np. w Indonezji, Malezji, Singapurze, Indiach, Bangladeszu, Nigerii, Senegalu, Mali, Chinach, Japonii, Iranie, na Sri Lance i Filipinach. Historia batiku sięga starożytności, już w IV w. p.n.e. w Egipcie używano podobnie dekorowanych tkanin do owijania zwłok. Co ciekawe, ten indonezyjski uchodzi za zdecydowanie najsłynniejszy. W 2009 r. batik z Indonezji wpisano na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od tego czasu tutejszy rząd zachęca obywateli, aby w piątki nosili ubrania wykonane z tak zdobionych tkanin, a 2 października obchodzi się w kraju Dzień Batiku.

 

Ciekawą atrakcją Bali jest również Małpi Las Ubud (Ubud Monkey Forest). To park o powierzchni ok. 12,5 ha. Żyje w nim mniej więcej 700 małp (makaków krabożernych), występują tutaj rozmaite gatunki roślin i znajdują się trzy świątynie. Wizyta w tym miejscu powinna być doznaniem duchowym, przynieść nam spokój i równowagę.

 

Jeden z moich ulubionych rejonów na wyspie stanowią tarasy ryżowe (Tegallalang lub Jatiluwih). Ryż jest podstawowym produktem spożywczym na Bali (jak i w całym kraju), częścią tutejszej kultury. Co więcej, jego uprawa to ważny element indonezyjskiej gospodarki. Indonezja znajduje się na trzecim miejscu wśród największych światowych producentów ryżu (po Chinach i Indiach). Niestety, uprawianie tej rośliny stanowi skomplikowane i trudne zajęcie. W Azji rolnicy coraz częściej rezygnują z pracy na polu, gdy widzą, że łatwiej czerpać dochody z branży turystycznej. Trudno im się dziwić, ale żal patrzeć na niszczejące tarasy ryżowe.

 

Bali szczyci się też typowo indonezyjską atrakcją, jaką są wulkany. Dwa najsłynniejsze to Batur (1717 m n.p.m.) i Agung (3031 m n.p.m.). Ze szczytu pierwszego z nich turyści często podziwiają zachwycający wschód słońca. Góra Agung jest wyższa i wspinaczka na nią wymaga dużo więcej wysiłku. Na dodatek od sierpnia 2017 r. aktywność tego wulkanu bardzo wzrosła i w listopadzie doszło do kilku znacznych wybuchów. Z tego powodu odwołano wszystkie loty z i na Bali, a wiele osób ewakuowano. Większa erupcja może całkowicie odmienić oblicze wyspy...

 

RAJ BEZ TURYSTÓW

 

Jeżeli wakacje na Bali ciągle nie brzmią do końca przekonująco, polecam wybrać się na Lombok. Obie wyspy są do siebie podobne pod względem przyrodniczym (niektóre miejsca nawet mają takie same nazwy, np. plaża Kuta). Lombok bywa jednak słusznie nazywana Bali bez tłumów. Warto się spieszyć, żeby ją odwiedzić, bo każdego roku przybywa na nią coraz więcej turystów.

 

Na wyspie znajdują się wspaniałe plaże (w tym wyjątkowa różowa Tangsi), piękne wodospady (Benang Kelambu i Senaru), góry i wulkany. Jej okolica świetnie nadaje się do surfowania i nurkowania. Lombok to również znakomite miejsce na romantyczną podróż dla nowożeńców. Tutejsze tradycje i kulturę można poznać bliżej w wiosce grupy etnicznej Sasak.

 

Na północy wyspy wznosi się jeden z najwyższych i najbardziej aktywnych indonezyjskich wulkanów – Rinjani (3726 m n.p.m.). Wyprawa na jego szczyt zajmuje ok. dwa–trzy dni, mimo to przyciąga on wielu chętnych. Z góry rozpościera się wspaniała panorama na całą Lombok, widać nawet pobliską Bali.

 

U północno-zachodnich wybrzeży leżą tu trzy małe wysepki Gili. Dość długo ten archipelag był uznawany za rajski, idealny na idylliczne wakacje dla mniej zamożnych turystów. Obecnie wszystko się zmienia, jednak wysepki Gili ciągle wydają się być ciekawą propozycją turystyczną.

 

SEN NA JAWIE

 

bromo

Rozległa kaldera Tengger z dymiącym kraterem czynnego wulkanu Bromo

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Najbardziej zaludnioną wyspę na świecie stanowi indonezyjska Jawa. Zamieszkuje ją aż ok. 145 mln osób. Zdecydowanie nie brzmi to jak zachęta do jej odwiedzenia, ale jest tutaj kilka wspaniałych miejsc, bez zobaczenia których wizyta w Indonezji byłaby niepełna. To właśnie na Jawie znajdują się mistyczne świątynie Borobudur i Prambanan, zachwycające okolice z wulkanami Bromo (2329 m n.p.m.) i Ijen (2443 m n.p.m.) oraz Madakaripura – wodospad pozostający na długo w pamięci. Tutejsze cuda wbrew nazwie wyspy wydają się jak ze snu.

 

Zwiedzanie najlepiej zacząć od ponad 400-tysięcznej Yogyakarty (Jogyakarty). Uchodzi ona za centrum kultury i sztuki jawajskiej. Miasto jest warte zobaczenia, a do tego tutejsze restauracje kuszą smaczną kuchnią. Z Yogyakarty obowiązkowo trzeba wybrać się do wspomnianych wyjątkowych zabytków sakralnych.

 

Borobudur należy do największych buddyjskich świątyń na świecie. Pochodzi według szacunków z VIII–IX w. W 1991 r. obiekt ten został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Moim zdaniem to najpiękniejsza i najciekawsza świątynia w Indonezji, nie tylko ze względu na detale architektoniczne, liczne rzeźby (m.in. 504 posągi Buddy) i płaskorzeźby (2672 reliefy). Zachwyca także jej okolica. Jedynie ogromna popularność tego miejsca, a co za tym idzie, ściągające tu codziennie tłumy turystów, mogą odstręczać od wizyty. Co ciekawe, kompleks Borobudur przez kilka stuleci był ukryty pod pyłem wulkanicznym i porośnięty bujną roślinnością. Został opuszczony prawdopodobnie na przełomie X i XI w., ale dopiero w 1814 r. natrafiono na pierwsze ślady budowli. Przez kolejne lata odkrywano ją po kawałku, a obecnie jest jedną z głównych atrakcji kraju.

 

Prambanan to hinduistyczny zespół świątynny z połowy IX w. Ten największy tego typu obiekt w Indonezji umieszczono zresztą w 1991 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niestety, w wyniku trzęsień ziemi, zwłaszcza ostatniego z maja 2006 r., wiele miejscowych świątyń zostało zniszczonych. Niektóre z nich odbudowano, ale część nadal czeka na renowację. Prambanan również uchodzi za jedną z ważniejszych atrakcji kraju. Każdego dnia odwiedzają go rzesze turystów. Jednak i tu można znaleźć spokój i miejsce tylko dla siebie.

 

W Indonezji jest prawie 130 czynnych wulkanów. Na Jawie, o ile pozwalają na to względy bezpieczeństwa, polecam odwiedzić okolice Bromo i Ijen. Czasem z powodu dużej aktywności nie zaleca się wycieczek w ich rejony. Należy więc wcześniej sprawdzić aktualną sytuację.

 

Najpopularniejszy w Indonezji Bromo wchodzi w skład masywu Tengger. Najaktywniejszym i najwyższym wulkanem na Jawie jest jednak Semeru (zwany też Mahameru, 3676 m n.p.m.). Od 1967 r. regularnie (co ok. 20 min.) wydobywa się z niego dym, a czasem wydostają się również chmury pyłu lub kamienie. Bromo i Semeru położone są wewnątrz kaldery o średnicy mniej więcej 10 km i otoczone przez tzw. morze piasków (z drobnego piasku wulkanicznego). Okolica wulkanów stanowi popularne miejsce na podziwianie wschodu słońca. Jakkolwiek banalnie to brzmi, zapewniam, że jest cudownym doświadczeniem. Wyłaniający się spod pierzyny chmur krajobraz wygląda niesamowicie. Po przeżyciach natury estetycznej można pokrążyć w pobliżu i nawet zajrzeć do krateru. W drodze powrotnej trzeba koniecznie zobaczyć Madakaripurę – według mnie jeden z najwspanialszych wodospadów w Azji.

 

Równie wyjątkowo prezentuje się zespół czynnych wulkanów Ijen (Kawah Ijen, Gunung Iljen). W jednym z kraterów znajduje się największe na świecie kwaśne jezioro charakteryzujące się pięknym turkusowym kolorem. Ijen często bywa celem nocnych wycieczek, których uczestnicy chcą zobaczyć tzw. niebieski płomień. Zjawisko to zachodzi na skutek wysokiego stężenia związków siarki. Nie jest to jedyne miejsce na naszym globie, gdzie można je obserwować, jednak w Indonezji widuje się największe niebieskie ognie. Niestety, okolica słynie także z niezmiernie ciężkich warunków pracy. Mężczyźni wydobywający siarkę wspinają się po zboczu, aby dostać się do złóż. Nie mają żadnego specjalistycznego sprzętu, strojów ochronnych czy chociażby masek przeciwgazowych. Rozłupują ogromne bloki, a potem układają żółte bryły w dwóch sporych koszach i niosą je na plecach stromą i długą ścieżką. Mimo włożonego wielkiego wysiłku nie zarabiają zbyt dużo. Na ten temat nakręcono kilka filmów dokumentalnych, m.in. Śmierć człowieka pracy (Workingman’s Death) z 2005 r. w reżyserii Austriaka Michaela Glawoggera.

 

Na Jawie znajduje się również stolica, a zarazem największe miasto Indonezji – ponad 10-milionowa Dżakarta. Nie jest ona jednak zbyt ciekawa. Właściwie warto polecić w niej jedynie piękny park Taman Mini Indonesia Indah, który prezentuje w miniaturze rozmaite atrakcje kraju. Wizyta w nim może być swojego rodzaju inspiracją do odwiedzenia poszczególnych wysp. Dżakarta sprawia też wrażenie najbardziej holenderskiego miejsca w Indonezji. Przez kilka wieków nazywana była Batawią (od 1619 do 1949 r.) i stanowiła stolicę Holenderskich Indii Wschodnich (od 1800 do 1949 r.). Dziś w Holandii działa wiele restauracji indonezyjskich. W Indonezji można za to spotkać Holendrów i znaleźć wiatraki.

 

 Sunrise at Kawah Ijen

Turkusowe kwaśne jezioro wulkaniczne w aktywnym kraterze Kawah Iljen

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

U ORANGUTANÓW

 

Sumatra to szósta pod względem wielkości wyspa na świecie (ma powierzchnię ponad 443 tys. km²) i największa należąca w całości do Indonezji. Słynie ona przede wszystkim z przepięknej przyrody. Znajdziemy tutaj tropikalne lasy, wulkany i jeziora. Poza tym wyspę zamieszkuje także endemiczny gatunek orangutana (orangutan sumatrzański). Polecam szczególnie dwa akweny na Sumatrze – Toba i rzekę Bahorok.

 

Pierwszy z nich to największe jezioro wulkaniczne na świecie, które powstało po wybuchu ogromnego wulkanu, prawdopodobnie ok. 75–80 tys. lat temu. Toba ma powierzchnię 1130 km². Znajduje się na nim wyspa o nazwie Samosir. Okolica cieszy się dużą popularnością wśród Indonezyjczyków, ale niewielu obcokrajowców słyszało o tym miejscu. Muszę przyznać, że otoczenie jeziora wygląda całkiem przyjemnie, wokół wznoszą się majestatyczne góry, jest tu spokojnie (prawie nie ma turystów) i można wypocząć. Jednak bardzo rozczarowała mnie jakość wody. Niestety, obecnie Toba nie nadaje się nawet do pływania. Widok ludzi myjących w nim kanistry na benzynę zdecydowanie nie polepsza sytuacji. Może kiedyś się to zmieni.

 

Lasy deszczowe na Borneo i Sumatrze zamieszkują orangutany. Te wyjątkowe zwierzęta są dziś zagrożone wyginięciem. Ich populacja zmniejsza się ze względu na wycinanie drzew i wypalanie skupisk leśnych (często nielegalne). Uważam, że podczas podróżowania po świecie trzeba zachowywać się odpowiedzialnie i starać się jak najmniej wpływać na miejsca, do których się trafia. Dotyczy to szczególnie środowiska naturalnego. Polecam więc odwiedzać rezerwaty (a nie ogrody zoologiczne), gdzie można nauczyć się czegoś o ich mieszkańcach i dowiedzieć się, jak pomóc przetrwać zagrożonym gatunkom. Jednym z takich obszarów specjalnej ochrony jest sanktuarium w miejscowości Bukit Lawang na Sumatrze. Ośrodek nad rzeką Bahorok został założony w 1973 r. właśnie z myślą o osieroconych, rannych lub urodzonych w niewoli orangutanach. To wspaniałe centrum rehabilitacji leży na wschodnim skraju Parku Narodowego Gunung Leuser.

 

NA GRANICY

 

Trzecią co do wielkości wyspę na świecie stanowi Borneo (ma blisko 750 tys. km² powierzchni). Jej terytorium jest podzielone między trzy kraje: Malezję, Brunei i Indonezję. Do tego ostatniego należy największy obszar (ok. 73 proc. powierzchni wyspy). Borneo po indonezyjsku nazywa się Kalimantan. Co ciekawe, nie ma na niej wulkanów (z wyjątkiem Bombalai w malezyjskiej części), nie występuje również zagrożenie tsunami. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyspę pokrywały głównie lasy deszczowe. Niestety, ten stan bardzo drastycznie się zmienił. Niemniej dla turystów Borneo wciąż jest wielkim tropikalnym lasem z rozmaitymi gatunkami roślin i zwierząt. W indonezyjskiej części wyspy obowiązkowo trzeba odwiedzić Park Narodowy Tanjung Puting słynący z ochrony orangutanów i nosaczy sundajskich.

 

WSPANIAŁY OGRÓD

 

Sulawesi (Celebes) leży między Borneo i Molukami (Wyspami Korzennymi). Jest jedną z głównych wysp Indonezji (ma ponad 180 tys. km² powierzchni), ale ciągle pozostaje niemal nieodkrytą perełką. Znajdują się na niej piękne plaże, góry, tarasy ryżowe czy lasy deszczowe. Rozwinęła się tutaj także bogata kultura i tradycje. Na Sulawesi można spotkać wiele endemicznych gatunków zwierząt, np. anoa nizinnego, babirussę sulaweską, łaskuniaka (łaskuna) brązowego, wyraka karłowatego, nogala hełmiastego, makaka czarnego czy makaka czubatego (który przeniósł się też na sąsiednie mniejsze wyspy). Okoliczne wody budzą duże zainteresowanie wśród miłośników nurkowania, ponieważ rozciąga się w nich przepiękna kolorowa rafa koralowa (m.in. w rejonie wysepki Bunaken, archipelagu Wakatobi lub Togian).

 

Sulawesi ma bardzo specyficzny kształt – składa się z czterech półwyspów. Na poszczególnych jej obszarach występuje charakterystyczna dla nich fauna i flora. Mieszkańcy każdego półwyspu wymieniają tysiące powodów, dla których turyści powinni odwiedzić właśnie ich region. Ja jednak ograniczyłabym się do kilku najpiękniejszych miejsc (np. jeziora Tondano, obszaru Tana Toraja), chyba że czas pozwala komuś na dłuższy pobyt.

 

Wyspę zamieszkują różne grupy etniczne, w tym m.in. Toradżowie (Toraja), którzy zajmują się od lat uprawą ryżu, rybołówstwem i myślistwem. Warto rozważyć wizytę w rejonie Tana Toraja, aby poznać zwyczaje jego mieszkańców, ich styl życia czy specyficzne podejście do śmierci i oryginalne tradycje pogrzebowe. Poza tym to wyjątkowo malownicza okolica z zielonymi dolinami i górami.

 

Na Sulawesi nie bez powodu przyciągają wielu turystów dwa obszary chronione. W końcu przyroda jest najpiękniejszym skarbem tej wyspy. W Parku Narodowym Bogani Nani Wartabone żyje mnóstwo endemicznych gatunków zwierząt, w tym anoa nizinny, niezmiernie rzadko widywana sowica cynobrowa, babirussa sulaweska, świnia celebeska czy jego symbol – nogal hełmiasty. Podobnym bogactwem fauny szczyci się pięknie usytuowany Rezerwat Naturalny Tangkoko Batuangus, gdzie ujrzymy choćby makaka czubatego i wyraka upiornego.

 

NIEZNANY SKARB

 

Flores przez wielu uważana jest za najpiękniejszą i najbardziej fascynującą wyspę Indonezji. Długo pozostawała w cieniu np. dużo popularniejszej Bali i dzięki temu nie została jeszcze zalana przez tłumy turystów. Dlatego tym bardziej polecam rozważyć zatrzymanie się na niej podczas planowania wakacji w tym fascynującym kraju. Flores reklamuje się jako wyspa dla osób aktywnych, ze wspaniałymi miejscami do nurkowania i snorkelingu oraz spektakularnymi wulkanami idealnymi na trekkingi. Poza tym kładzie się tu też nacisk na ekoturystykę, promowanie lokalnych tradycji i kultury.

 

Największą atrakcją wyspy jest zdecydowanie góra Kelimutu (1639 m n.p.m.). Zdjęcia prezentujące trzy tutejsze niesamowite wulkaniczne jeziora zdecydowanie zachęcają do odwiedzenia Flores. Widoki w tej okolicy rzeczywiście zapierają dech w piersiach. W przeszłości trzy jeziora w kraterze często zmieniały swój kolor. Obecnie jedno jest czarnobrązowe, drugie – turkusowoniebieskie, a trzecie ma barwę przechodzącą z zielonej w czerwoną. Ich woda wybarwia się prawdopodobnie za sprawą minerałów, które nasycają ją w różnej ilości w zależności od aktywności wulkanu. Ze względu na występowanie tego zjawiska lokalna ludność uważa to miejsce za święte. Okolica wulkanu Kelimutu zachwyca o każdej porze dnia, jednak najwięcej ludzi przyciąga o wschodzie słońca lub wcześnie rano.

 

Aby poznać kulturę Flores i jej mieszkańców, najlepiej wybrać się do wioski Wae Rebo. Żyją w niej przedstawiciele grupy etnicznej Manggarai. Osada jest ukryta wśród malowniczych gór i żeby się do niej dostać, trzeba maszerować przez ok. 3–4 godz. Nagrodę za ten wysiłek stanowi wyjątkowe doświadczenie obcowania z rdzenną ludnością Indonezji. Co więcej, w Wae Rebo można także spędzić noc w charakterystycznym domu w kształcie stożka.

 

Całkowicie inną wioską, niemniej fascynującą, jest Bena. To najbardziej znana i najczęściej odwiedzana tradycyjna osada na Flores. Podobnie jak Wae Rebo ona również leży w pięknej scenerii. Wizyta w niej będzie więc nie tylko poznawaniem kultury grupy etnicznej Ngada (Ngadha), ale też doznaniem estetycznym.

 

Inne ciekawe miejsce na wyspie stanowi jaskinia Liang Bua. Sama w sobie jest warta odwiedzenia, ale cieszy się obecnie zainteresowaniem głównie ze względu na cenne znalezisko. W 2003 r. odkryto tutaj szczątki Homo floresiensis, czyli człowieka z Flores. Naukowcy wciąż spierają się, czy był to osobny gatunek, czy odnaleziony osobnik cierpiał na jakąś chorobę, np. genetycznie uwarunkowany zespół Downa bądź zespół Larona. Niezależnie od tego, jakie okaże się wyjaśnienie tej zagadki, Flores jest dumna ze swojego hobbita, jak potocznie nazywa się hominida, którego szczątki zachowały się w Liang Bua. W okolicy warto również odwiedzić dwie pobliskie jaskinie – Gua Galang i Gua Tanah.

 

 Wae Rebo

Wioska Wae Rebo na wyspie Flores z domami mbaru niang w kształcie stożka

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

INDONEZYJSKIE SMOKI

 

Na zakończenie należy dodać chociaż kilka słów o jednym z symboli Indonezji – waranie (smoku) z Komodo. To największa współcześnie żyjąca jaszczurka. Dorosły osobnik może ważyć ponad 70 kg i osiągnąć 3 m długości. Co ciekawe, warany z Komodo nie mają naturalnych wrogów, przynajmniej wśród innych zwierząt, ale zdarza się, że zjadają młode swojego gatunku. Potrafią być też dość agresywne i choć zdarza się to wyjątkowo rzadko, mogą zaatakować człowieka. Muszę przyznać, że gdy kiedyś spotkałam jednego z nich na plaży (akurat wyszedł zza krzaków, wydając charakterystyczne odgłosy), bardzo szybko przeniosłam się w inne, bezpieczniej wyglądające miejsce. W celu ochrony warana w 1980 r. założono Park Narodowy Komodo (od 1991 r. znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Zajmuje on powierzchnię 1817 km² i obejmuje wiele wysp i wysepek, m.in. Komodo, Padar i Rincę (Rindję).