1__Playa_San_Blas1.jpg

Rajska wysepka w archipelagu San Blas

©VISITPANAMA.COM

Mariusz Kozak-Zagozda


Według jednych teorii nazwa kraju pochodzi z języka Indian Cueva i znaczy „miejsce obfitości ryb”, zgodnie z innymi tłumaczy się ją na „obfitość motyli”. Najlepiej opisują go jednak słowa jednego z bohaterów powieści „Krawiec z Panamy”, autorstwa Anglika Johna le Carré: „Mamy wszystko, czego Bóg potrzebował, by stworzyć raj: żyzne ziemie, plaże, góry, dziką przyrodę, co krok drzewa pełne owoców, a wokół wspaniałych ludzi”. Jeśli więc macie przed oczami wizję idealnych tropików, najprawdopodobniej myślicie właśnie o Panamie.


Republika Panamy (República de Panamá) to państwo w Ameryce Środkowej, położone nad Morzem Karaibskim i Oceanem Spokojnym. Jego pochodząca z 1904 r. flaga składa się z czterech równych prostokątów. Kolory niebieski i czerwony oznaczają odpowiednio Kolumbijską Partię Konserwatywną i Kolumbijską Partię Liberalną, natomiast biały – pokój. Niebieska gwiazda symbolizuje czystość i uczciwość, a czerwona – władzę i prawo. W 1821 r. Panama przestała być kolonią hiszpańską, wywalczyła swoją niepodległość, a w 1903 r. oderwała się od Kolumbii. Żyje tu ponad 3,7 mln mieszkańców. Mniej więcej 68 proc. Panamczyków stanowią Metysi, 15 proc. – biali, 10 proc. – osoby rasy czarnej, 6 proc. – rdzenna ludność indiańska i 1 proc. – Azjaci (głównie chińskiego pochodzenia). Do głównych miast należą Panama, San Miguelito, Arraiján, Colón, Chorrera i David. Ok. 70 proc. powierzchni kraju zajmują niziny, a 30 proc. – wyżyny i góry. Na zachodzie rozciąga się Cordillera de Talamanca z licznymi stożkami wulkanów (w tym Barú – 3475 m n.p.m. – najwyższym panamskim szczytem). Tutejsza gospodarka uchodzi za jedną z najbardziej stabilnych w Ameryce, ale poziom życia większości społeczeństwa pozostaje dość niski (płaca minimalna wynosi 624 dolary). Szacuje się, że ok. 25 proc. mieszkańców żyje w biedzie. Mimo tego w Ameryce Łacińskiej trwa moda na osiedlanie się w tym kraju. To jedno z najlepszych miejsc na spędzenie emerytury. Znaczną liczbę osób inwestujących w tutejsze nieruchomości stanowią osoby przyjeżdżające ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. Dla Amerykanów Panama jest dosyć tania. Na dodatek obowiązujący atrakcyjny pakiet udogodnień emerytalnych poszerzono o dwudziestoletnie zwolnienie z podatku od nieruchomości oraz możliwość błyskawicznego uzyskania prawa stałego pobytu. Aby móc oficjalnie osiedlić się w tym kraju, wystarczy miesięczna emerytura lub renta w wysokości minimum 1 tys. dolarów amerykańskich (USD) lub równowartości tej kwoty.

Nasza podróż w te strony nie trwała zbyt długo, bo jedynie 2 tygodnie, ale udało nam się zobaczyć kilka naprawdę fascynujących miejsc, o których chciałbym opowiedzieć. Podczas wyprawy opiekował się nami Enrique, przesympatyczny i bardzo dobrze zorganizowany przewodnik. Przywitał nas razem ze swoim szefem już na lotnisku Tocumen, położonym niecałe 25 km od centrum miasta Panama. Czuliśmy się jak klienci VIP. Marcelo, właściciel opiekującej się nami lokalnej agencji turystycznej, pochodził z Wenezueli. Obaj sprawili, że pobyt w Panamie stał się niezmiernie ciekawy. Enrique zorganizował nam przejazdy, noclegi, posiłki i wiele atrakcji, w tym niespodziankę na sam koniec naszej wizyty.

Witajcie w Panamie

Do stolicy kraju, noszącej tę samą co on nazwę, przylecieliśmy przez Madryt (skorzystaliśmy z całkiem dobrej promocji linii lotniczych Iberia). Kiedy rano obudziliśmy się w luksusowym hotelu na 14. piętrze, przez przeszklone ściany zobaczyliśmy imponującą panoramę miasta – las wieżowców aż po horyzont. Choć to środkowoamerykańskie państwo nie posiada dużej powierzchni (niemal 80 tys. km²), a jego administracyjne centrum wraz z obszarem metropolitalnym zamieszkuje ok. 1,5 mln ludzi, to Warszawa przy Panamie wygląda jak mały, parterowy ośrodek (mamy za to dużo lepsze drogi). Jak okiem sięgnąć, wszędzie widać tutaj olbrzymi wpływ amerykańskiej kultury biznesowej. Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych przedstawia się też sytuacja różnic społecznych: skrajna bieda sąsiaduje z ogromnym bogactwem. W końcu ten kraj uchodzi za drugie co do wielkości międzynarodowe centrum bankowe na świecie (zaraz po Szwajcarii).

Rozległa panamska stolica, zajmująca obszar 2561 km², może pochwalić się zarówno pięknymi zabytkami, jak i nowoczesną zabudową. Często określana bywa mianem „małego Miami” lub „Zachodniego Dubaju”, gdyż jej centralne dzielnice rozwijają się w imponującym tempie. Wypełniają je tysiące sklepików, targowiska, knajpki, promenady, a także wielkie galerie handlowe i dobrze wyposażone supermarkety. Tu ludzie uśmiechają się przyjaźnie i niespiesznie spacerują uliczkami starej części miasta, gdzie czujemy się niemal jak w Europie.

W XVI w. hiszpańscy konkwistadorzy, zachęceni sukcesami w Ameryce Środkowej, postanowili wyprawić się do Peru po złoto Inków. Ponieważ czekała ich daleka droga w głąb lądu, w sercu dzisiejszego kraju zamierzali zbudować ośrodek, który miał być bazą wypadową dla wszystkich ekspedycji do Ameryki Południowej. Starą Panamę (Panamá Viejo) założył w sierpniu 1519 r. Pedro Arias Dávila (1440–1531). W 1671 r. w wyniku ataku walijskiego pirata Henry’ego Morgana (ok. 1635–1688) została ona kompletnie zniszczona. Odbudowano ją 2 lata później, ale 8 km od pierwotnej lokalizacji. To nowe miasto funkcjonuje obecnie jako historyczna dzielnica panamskiej metropolii – Casco Viejo (Casco Antiguo). Od 1997 r. figuruje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajdują się w niej malownicze placyki i klimatyczne wąskie uliczki, a styl art déco przeplata się z architekturą kolonialną i karaibskimi domkami.

Ten zakątek Panamy świetnie oddaje kulturowe zróżnicowanie kraju nie tylko pod względem architektonicznym. Podczas spaceru wśród zabytkowych budynków najwięcej uwagi przyciągają… ludzie. W Casco Viejo spotkamy rodzimych biznesmenów oraz ekspatów, którzy przy lunchu rozprawiają o sprawach wielkiej wagi. Urzędnicy i politycy przechadzają się tu obok artystów, a przybyli z całego świata turyści zatrzymują się przy straganach kobiet z indiańskiego plemienia Kuna, które sprzedają tradycyjne rękodzieło (molas – wzorzyste części strojów). Na stoiskach nie brak również kapeluszy panama, a całości dopełnia wspaniały widok na ogromne statki w Zatoce Panamskiej i nowoczesne centrum.

Spacerem przez miasto

punta_pacifica.jpg

Luksusowe osiedle mieszkaniowe Punta Pacífica w mieście Panama

©VISITPANAMA.COM



W Casco Antiguo są 4 najważniejsze place. Główny (Plaza Mayor, zwany obecnie Plaza de la Independencia – placem Niepodległości) leży między Katedrą Metropolitalną (Catedral Metropolitana), Muzeum Międzyoceanicznego Kanału Panamy (Museo del Canal Interoceánico de Panamá) i Pałacem Miejskim (Palacio Municipal). Z kolei ten upamiętniający przywódcę walk o wyzwolenie Ameryki Południowej spod władzy Hiszpanii Simóna Bolívara (Plaza Bolívar) łatwo poznać po pomniku ku jego czci, a otaczają go Kościół św. Franciszka z Asyżu (Iglesia de San Francisco de Asís), Kościół św. Filipa Neri (Iglesia San Felipe de Neri), Teatr Narodowy (Teatro Nacional) oraz Pałac Bolívara (Palacio Bolívar). Cichy i spokojny plac Francji (Plaza de Francia) zdobi obelisk z kogutem (symbolem narodu francuskiego) i dziesięć płyt, opowiadających historię Kanału Panamskiego. Natomiast ostatni z nich, czwarty, czyli plac Herrera (Plaza Herrera, dawniej nazywany placem Zwycięstwa – Plaza del Triunfo), niegdyś pełnił funkcję areny walk byków.

Poza tym w historycznej dzielnicy stolicy znajduje się jeden z najbardziej wiekowych budynków w Panamie – Casa Góngora z 1756 r. – i jeden z najstarszych drewnianych domów w Casco Viejo – Casa Boyacá. Warto też zobaczyć w tym rejonie mały targ z pamiątkami dla turystów, które w dość wysokich cenach sprzedają Indianie Kuna. Wizyta na nim jest dobrą okazją do zapoznania się z rdzenną ludnością kraju. Lepiej jednak nie liczyć na zrobienie pamiątkowych zdjęć barwnych indiańskich strojów, ponieważ ich właściciele nie przepadają za fotografowaniem, jedynie czasem zgadzają się na nie, ale za opłatą.

Gdy kierowaliśmy się dalej w stronę centrum, minęliśmy niewielki port, skąd rybacy co dzień rano wyruszają na połów. Świeże ryby i owoce morza prosto z sieci trafiają do restauracji, które wypełniają cały budynek stojący naprzeciw wybrzeża. Specjalność tutejszych lokali stanowi ceviche, czyli danie z surowych ryb i owoców morza, marynowanych w limonce, cebuli, papryce, pietruszce, soli i pieprzu, a podawane z solonymi krakersami. Po drodze podziwialiśmy więc gości, pochłaniających ze smakiem największe porcje tego przysmaku jak świeże bułeczki.

W ten sposób dotarliśmy do dzielnicy wieżowców, które drapią chmury na podobieństwo tych z nowojorskiego Manhattanu. Pełno w niej biurowców, hoteli, restauracji i nowoczesnych apartamentów. Strzeliste budowle wznoszą się nad Pacyfikiem, głównie przy Avenida Balboa i pozostałych ulicach. Nie należą one do największych na świecie, ale wiele z nich liczy ponad 250 m wysokości i plasuje się wcale nie nisko na liście najwyższych tego typu budynków, przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej. Najciekawszy z wieżowców to tzw. El Tornillo (F&F Tower) o kształcie 242-metrowej śruby. 

Kiedy przyszła już pora obiadu, nasz wiekowy panamski kierowca Felix zawiózł nas do lokalnej cafeterii. Turystów nie było w niej wcale i chyba na tym polegał niezwykły urok tego miejsca. Za 45 dolarów 5 osób najadło się i napiło do syta, a to całkiem dobra cena jak na Panamę. Po posiłku przejechaliśmy przez Chinatown (Barrio Chino). W żadnej szanującej się metropolii nie może zabraknąć chińskiej dzielnicy. W panamskiej stolicy jej istnienie jest szczególnie uzasadnione. Prawie każdy sklepik należy w niej do Chińczyków. W większości są oni potomkami dawnych budowniczych Kanału Panamskiego.

Od oceanu do oceanu

CP-06-0076.jpg

Most Stulecia na Kanale Panamskim

©VISITPANAMA.COM



Skoro już wspomnieliśmy o słynnej przeprawie, pora powiedzieć o niej coś więcej. Budowę tego kanału o długości ok. 80 km, poprowadzonego między Atlantykiem a Pacyfikiem, ukończono w 1914 r. Nadal stanowi on jedną z najważniejszych dróg wodnych świata.

Na panamskie arcydzieło inżynierii XX w. składają się trzy Śluzy Gatuńskie (Esclusas de Gatún) – Miraflores, Pedro Miguel i Gatún – oraz sztuczne jezioro Gatún (26 m n.p.m.). Olbrzymie kontenerowce (zwane panamaxami) projektuje się według wymiarów umożliwiających pokonanie przeprawy – jednostka powinna mieć maksymalnie ok. 295 m długości i mniej więcej 32 m szerokości. Przeciętny koszt skorzystania z kanału wynosi ok. 55 tys. USD, choć zdarzają się jednorazowe opłaty przewyższające 300 tys. USD. Do dziś użytkownikiem, który wpłacił rekordowo niską kwotę za przebycie tej trasy, jest amerykański podróżnik Richard Halliburton (1900–1939). W 1928 r. przepłynął tędy wpław za 36 centów.

Po zdobyciu tych wszystkich informacji koniecznie chcieliśmy zobaczyć to miejsce. Odwiedziliśmy śluzę Miraflores. Na tym odcinku od godz. 06.00 do 15.15 statki przemieszczają się od Pacyfiku do Atlantyku, a od godz. 15.45 do 23.00 – od Atlantyku do Pacyfiku. Tutejsze centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores) wraz z salami wystawienniczymi prezentują fascynującą historię budowy kanału, jego użytkowania oraz plany kolejnej rozbudowy.

Na tym etapie naszej wycieczki spotkaliśmy pierwszego Polaka w Panamie. Powiedział nam, że zajmuje się łowieniem ryb i pływa po świecie. Do tej pory słyszałem tylko o jednym człowieku, który ma podobną pasję (mężu mojej koleżanki z pracy), ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że to może być on… Rozpoznał mnie dopiero, gdy wrócił do Polski i pochwalił się żonie, że natknął się na rodaka nad Kanałem Panamskim, a ta pokazała mu moje zdjęcia. To niesamowite, jak czasem drogi ludzi, których łączą pewne relacje, krzyżują się na końcu świata.

Poznawanie śluzy i przeprawy zajęło nam kilka godzin. Córka wybrała nam najlepszy taras widokowy, który znajdował się w… restauracji. W trakcie bardzo długiego obiadu obejrzeliśmy kilka wielkich oceanicznych statków, majestatycznie przepływających obok nas. Najbardziej znana atrakcja Panamy stała się częścią naszych wspaniałych wspomnień. Najedzeni i pełni wrażeń wyruszyliśmy w głąb kraju.

Wszystkie cuda TROPIKALNEJ PUSZCZY

Wyprawę do Gamboa zaczęliśmy od… przejechania ogromnego węża, który nagle wypełzł nam pod koła samochodu. Po tym zdarzeniu ani żona, ani córka nie były pewne, czy powinniśmy jechać dalej. W miasteczku zatrzymaliśmy się na terenie dawnej bazy amerykańskiej, położonej w środku lasu deszczowego. Ulokowano nas w zjawiskowym hotelu, wzniesionym na zboczu góry z przepięknym widokiem na Park Narodowy Chagres (Parque Nacional Chagres). Na tarasach pokojów wisiały przepiękne hamaki, na powitanie dostaliśmy wino z owocami, a zewsząd dochodził śpiew ptaków… Nie chcieliśmy stąd wyjeżdżać. To był jednak dopiero początek najatrakcyjniejszej części całej naszej podróży.

Wspomniany Park Narodowy Chagres porastają dziewicze lasy tropikalne oraz pokrywają rzeki i jeziora, m.in. zbiornik retencyjny Alajuela, który gwarantuje funkcjonalność Kanału Panamskiego. Codziennie ruszaliśmy w nowym kierunku, aby na koniec dnia wrócić do naszego bajkowego hotelu. Zaczęliśmy od wycieczki w głąb gęstej selwy. Kolejka linowa przewiozła nas ponad dzikimi i niedostępnymi terenami wprost na jedno ze wzgórz. Na nim czekała wieża widokowa Panama Rainforest Discovery Center, przeznaczona do obserwowania barwnej przyrody (szczególnie ptaków). Oparta na stalowych rurach konstrukcja, wysoka na 32 m, wznosi się na poziom koron najwyższych drzew. Z platformy rozpościera się panorama całej okolicy, dostrzec można nawet pobliski kanał. To naprawdę niezwykły widok!

Po powrocie wybraliśmy się jeszcze na farmę motyli (tzw. Mariposario). Nigdy w życiu nie widziałem ich tak wielu i tak różnorodnych w jednym miejscu. Te z najpiękniejszego gatunku Morpho helenor same przylatywały do mnie i siadały mi na plecach. Wyglądały wyjątkowo pięknie – ich skrzydła z zewnątrz przypominały skórę węża, od wewnątrz były metalicznie niebieskie. Myślałem, że przez przypadek wybrały właśnie mnie, ale gdy następnego dnia znów odwiedziliśmy farmę, wprost do mojej ręki podleciał przepiękny błękitny motyl. Siedział na mojej dłoni kilka minut i wcale nie chciał zmienić miejsca. Stałem się dzięki temu obiektem zdjęć mnóstwa turystów. Czułem się jak bohater filmu Jamesa Camerona Avatar, którego obsiadły świetliste duszki z księżyca Pandora. Jak powiedziała nam lokalna przewodniczka, bardzo rzadko zdarza się, aby motyle przylatywały same do kogokolwiek. Tak jak jaskółki w Polsce, tak one w Panamie przynoszą podobno wielkie szczęście. Ta przepowiednia w naszym przypadku się sprawdziła. Przez całe wakacje czuliśmy się jak szczęściarze.

Kolejnego dnia czekała nas przeprawa łodzią na odosobnione wysepki. Na nich w naturalnym środowisku żyją różne gatunki małp (np. czepiaki Geoffroya, wyjce i kapucynki) oraz tapiry, leniwce, żółwie, kajmany okularowe i krokodyle. Nasz rejs przeszkodził dwóm dużym gadom w polowaniu na ptaka, który zatrzymał się nad mulistą, brązową wodą. Niezadowolone wróciły do rzeki i zaczęły płynąć w naszą stronę. Ruszyliśmy więc szybko dalej. Wkrótce spotkaliśmy i małpy. Zeskakiwały z drzew na pokład łódki, aby zabrać turystom jedzenie. Zupełnie nikogo się nie bały. Kiedy nic nie znalazły, wróciły szybko na swoje stanowiska obserwacyjne, a my naszą motorówką popłynęliśmy dalej kanałem, mijając wielkie kontenerowce. Tak fantastyczne przeżycie zakończyliśmy ochładzającą kąpielą w hotelowym basenie z kieliszkiem dobrego białego wina w dłoni.

Naszą ostatnią wyprawę w Gamboa stanowiła całodzienna wycieczka do wioski, w której od stuleci żyją Indianie Emberá. Przeprawiliśmy się do niej ręcznie wykonanymi indiańskimi kanu. W osadzie jej mieszkańcy powitali nas tradycyjnymi tańcami i muzyką, które nie zmieniły się od czasów okrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. Potem odbyliśmy spacer po tropikalnej puszczy w towarzystwie półnagiego Indianina. Emberá czują się w selwie jak w domu, są odporni na ugryzienia mrówek, świadomi zagrożeń, doskonale tropią dzikie zwierzęta i barwne ptaki. Bez nich nie zobaczylibyśmy nawet połowy tego, co nam pokazali. Po powrocie do wioski obejrzeliśmy plemienne ceremonie i występy artystyczne. Indianie porwali nas do rytualnego tańca, a nasza córka uwieczniła ten taneczny popis za pomocą kamery. Na koniec, w ramach podziękowania, wykonaliśmy w duecie na dwa głosy słynny kanon Panie Janie.

Przed pożegnaniem umyliśmy ręce w wodzie z liśćmi, które pachniały jak mięta i których Emberá używają do dezynfekcji. Zjedliśmy jeszcze indiański obiad, a potem kupiliśmy kilka ręcznie robionych pamiątek. Ostatni wieczór w Gamboa zwieńczył przepiękny zachód słońca. Spędziliśmy go przy znakomitym posiłku i wyśmienitym winie. Żegnał nas śpiewający, nigdy nie zasypiający tropikalny las.

Prawdziwi Indianie

Molas_Isla_Achutupo.jpg

Indianki Guna (Kuna) sprzedają molas – tradycyjne barwne tkaniny

©VISITPANAMA.COM



Najciekawszą pod względem etnicznym panamską prowincją jest region autonomiczny Guna Yala (dawniej Kuna Yala), jedno z ostatnich miejsc zamieszkanych prawie wyłącznie przez rdzenne plemię Guna (Kuna). Lud ten zachowuje niezależność od rządu w Panamie. Ma odrębne sądownictwo, władze wykonawcze oraz język. Utrzymaniu tej sytuacji sprzyja brak połączenia drogowego z resztą kraju.

Guna żyją tradycyjnie, blisko natury, mieszkają w domach krytych palmowymi liśćmi, zajmują się turystyką, rolnictwem, rybołówstwem, myślistwem i rękodziełem. Żywią się głównie tym, co upolują i zbiorą w selwie. Uprawiają też banany, kokosy, kakao, ryż, fasolę i kukurydzę. Tylko niektóre indiańskie dzieci chodzą do szkoły. Po drodze na lekcje muszą pokonywać strumienie i rzeki. Tak naprawdę jednak nikt nie kontroluje, czy Indianie korzystają z państwowej edukacji. Oni sami wszystkiego, co ich zdaniem jest najważniejsze, uczą się od rodziców i przyrody. Doskonale znają niebezpieczeństwa, które niesie natura. Wiedzą również, jak pomóc sobie i innym cierpiącym na różne schorzenia. Uważają, że najlepsze apteki nie zastąpią bogactw, jakie kryje ich tropikalna puszcza.

Aby odwiedzić jedną z wiosek, trzeba wcześniej zapowiedzieć swoją wizytę, gdyż mieszkańcy lasów deszczowych nie należą do zbyt gościnnych. Rajskie wyspy San Blas rozrzucone u wybrzeża regionu Guna Yala są własnością przedstawicieli grupy etnicznej Guna i bez ich zgody nikt obcy nie może na nich przebywać. Indianie stanowią zaledwie ok. 6 proc. ludności Panamy. Żyją w strukturach plemiennych, głównie na zachodzie, wschodzie i południu kraju. W tym ostatnim rejonie właśnie przerwano budowę Autostrady Panamerykańskiej (Carretera Panamericana), tu kończy się jej północnoamerykańska część. Na przeszkodzie drogowcom stoi przesmyk Darién (Tapón del Darién), górzysty obszar bagnistej i niezmiernie gęstej selwy. Prowadząca od Alaski aż po Ziemię Ognistą (Tierra del Fuego) szosa urywa się w odległości ok. 280 km na południowy wschód od miasta Panama, w miasteczku Yaviza, położonym mniej więcej 100 km od granicy z Kolumbią. Transkontynentalna trasa zmienia się tutaj w wyboistą, polną drogę. Ekolodzy uważają, że rozcięcie dziewiczego lasu deszczowego miałoby katastrofalne skutki zarówno dla fauny i flory, jak i dla życia miejscowych Indian, ponieważ dzięki usprawnieniu komunikacji dotarliby w te strony na pewno nowi osadnicy. Naukowcy sądzą, że w tutejszej tropikalnej puszczy występują liczne nieodkryte jeszcze gatunki roślin i zwierząt. Można w niej poza tym spotkać jaguary, pumy, oceloty, tapiry, małpy, leniwce, kajmany okularowe i krokodyle, a także tukany, papugi, kolibry, kwezale herbowe czy harpie wielkie. Te ostatnie mierzą metr długości, mają 2-metrową rozpiętość skrzydeł i łapy większe od męskiej dłoni. To najpotężniejsze ptaki drapieżne na ziemiach Nowego Świata. Dla odmiany żyjące tu płochliwe kapibary, aktywne wieczorem i nocą, to największe gryzonie na świecie (osiągające do 1,3 m długości i wagę do 65 kg).

Żeby wjechać do krainy Indian Guna, trzeba przejść przez ich punkt graniczny, wnieść opłatę wjazdową i poddać się kontroli bagażu. Warto jednak podjąć ten trud. Przedostatniego dnia naszego pobytu w Panamie wybraliśmy się na magiczny archipelag San Blas. Jechaliśmy dużym terenowym samochodem razem z naszymi panamskimi przyjaciółmi: Enrique, Ivone i lokalnym kierowcą. Przeprawa przez góry trwała kilka godzin. Różnice wzniesień były tak duże, że czuliśmy się jak w reklamie auta z napędem na 4 koła. W wielu miejscach brakowało asfaltowej nawierzchni, przemieszczaliśmy się więc po szutrze, gołej ziemi, kamieniach i drogach w budowie. Kiedy wreszcie szlak się skończył, okazało się, że jesteśmy w małym, prowizorycznym indiańskim porcie, skąd za opłatą zawozi się chętnych na wybraną wyspę.

San Blas to archipelag 365 wysepek rozmieszczonych na Morzu Karaibskim wzdłuż wybrzeża Panamy. Mnóstwo z nich nie nosi nawet nazwy. Na ok. 80 osiedlili się Indianie Guna. Kobiety wyrabiają charakterystyczne tradycyjne części strojów, zwane molas, zdobione kolorowymi wzorami. Zazwyczaj znajdziemy na nich przedstawienia człowieka, kwiatów, zwierząt morskich, ptaków lub innych stworzeń albo motywy geometryczne.

Idealne pożegnanie

Ponad godzinę płynęliśmy drewnianą łódką z silnikiem obsługiwaną przez sternika z grupy etnicznej Guna. Drugi Indianin na dziobie wypatrywał sieci rybackich, aby wirnik nie rozerwał żadnej z nich i nie uległ awarii. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zobaczyliśmy niespodziankę, którą przygotowali dla nas Enrique i Marcelo – luksusowy katamaran tylko dla nas, z załogą i pełnym wyżywieniem. Choć mogliśmy z niego korzystać tylko kilka godzin, czuliśmy się jak w bajce. Pomysł wydawał się o tyle znakomity, że tego dnia obchodziliśmy z żoną rocznicę ślubu. Jednostka nazywała się VIP ONE i przy wejściu powitał nas przystojny kapitan. Załogę stanowiły dwie pary dwudziestokilkuletnich Francuzów, od roku pływających po Karaibach łodzią do wynajęcia. Podano nam szampana, świeżo upieczone homary i doskonałe ryby. Zatrzymaliśmy się też przy zjawiskowej plaży jednej z setek cudownych wysp. Ciepłe słońce rzucało promienie na idealnie przejrzystą wodę. Byliśmy w najprawdziwszym raju! Żadne zdjęcia tego nie oddadzą... Po prostu trzeba to zobaczyć na własne oczy.

Na lotnisku Tocumen rozstawaliśmy się z Enrique i Marcelem jak serdeczni przyjaciele. Przygotowali dla nas wiele miłych niespodzianek i pomogli poznać pasjonującą Panamę z jej najpiękniejszej strony. Muchas gracias, amigos!

Przydatne informacje

Językiem urzędowym w Panamie jest hiszpański, a oficjalną walutą – balboa (PAB). Kraj leży w strefie czasowej UTC-5, co oznacza, że zawsze na zegarkach będzie tu 7 godz. wcześniej niż w Polsce.

Zgodnie z umową między państwami Polaków przy przekraczaniu panamskiej granicy nie obowiązuje wiza, o ile mają ważny paszport, nie planują wizyty dłuższej niż 90 dni i nie przyjechali w celach zarobkowych. Każdy turysta musi też udowodnić, że dysponuje kwotą co najmniej 500 USD na pokrycie kosztów pobytu (wystarczającym dowodem będzie udokumentowana karta kredytowa). Osoby opuszczające Panamę drogą powietrzną, uiszczają obowiązkową opłatę wylotową (ok. 30 USD od osoby). Trzeba także pamiętać, że tutejsza służba graniczna ma prawo skrócić odwiedziny cudzoziemca.

Podczas przemieszczania się po kraju należy wziąć pod uwagę kilka rzeczy. Przejażdżka taksówką nie kosztuje wiele, ale stawkę powinno się ustalić z kierowcą przed kursem, ponieważ w samochodach nie ma liczników. Turyści bywają również niekiedy celem napaści, szczególnie po zmroku w rejonach stolicy obleganych przez przyjezdnych, np. w Casco Viejo czy w pobliżu Avenida Central, oraz w biedniejszych dzielnicach, m.in. Curundú i El Chorrillo. Najniebezpieczniej jest w prowincji Darién, wzdłuż granicy z Kolumbią, ze względu na zorganizowane i uzbrojone grupy przestępcze.

Skąd pochodzi kapelusz panama?

Każdy chyba kojarzy charakterystyczne jasne kapelusze robione z włókien z liści łyczkowca dłoniastego. Powszechnie nazywa się je panamami, choć pochodzą one z Ekwa­do­ru. Jednak to w Panamie zrobiły zawrotną karierę podczas budowy Kanału Pa­nam­skie­go. Tę słynną pamiątkę można kupić np. w stolicy kraju w Casco Viejo od ulicznych sprzedawców za ok. 10 USD. Dobrej jakości kapelusz po zwinięciu w nieduży rulon i po rozwinięciu wraca do swoich kształtów bez zagięć.

Artykuły wybrane losowo

Za każdym razem inne Zjednoczone Emiraty Arabskie

Dubai.jpg

Najwyższy obecnie budynek na świecie – 830-metrowy Burdż Chali

©MATERIAŁY PRASOWE EMIRATES

 

Katarzyna Kałuża

Marcin Lewandowski

www.Travel-Bidder.com

 

O mieście, które wyłoniło się z piasków pustyni, słyszeliśmy bardzo wiele. Niewątpliwie nie ma w tym przypadku znaczenia, czy Dubaj kogoś fascynuje, czy raczej jest mu obojętny – wszystkich bez wyjątku wprawia w osłupienie fakt, że jego monumentalna zabudowa powstała w tak zaskakującym tempie. Sam słynny wieżowiec Burdż Chalifa (Burj Khalifa, niemal 830 m wysokości) urósł jak na drożdżach, otwarto go już w 6 lat po rozpoczęciu prac w 2004 r. W końcu nadszedł ten niesamowity moment i wyruszyliśmy z wizytą do niezmiernie interesujących Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA). 

Więcej…

Finlandia w blasku zorzy polarnej

snowland-igloo-restaurant-northern-lights-rovaniemi_9294.jpg

Zorza polarna nad lodową restauracją Lumimaa (Snowland) w Rovaniemi

©VISIT FINLAND MEDIA BANK

 

Karolina Paduszyńska

WWW.ZASTRZYKINSPIRACJI.PL

 

Zimą w Finlandii czas można spędzić bardzo ciekawie. Najlepiej zacząć od spaceru po nowoczesnych Helsinkach, potem wybrać się na przejażdżkę skuterem śnieżnym, pojechać do Laponii na podziwianie zorzy polarnej, zanocować w lodowym hotelu, a na koniec rozgrzać się w saunie, po czym wskoczyć do lodowatego jeziora. Takiej podróży nie sposób zapomnieć.

Więcej…

W Wietnamie, krainie czerwonego smoka

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Pełen smaków, zapachów, barw i magii Wietnam wydaje się stanowić idealny cel podróży zarówno dla osób dopiero rozpoczynających przygodę z Azją, jak i dla tych, którzy już znają ten kontynent dość dobrze. Jeśli ktoś chce spróbować dań pysznej kuchni, odkryć liczne zabytki, przejechać się z kilkoma współpasażerami jednym skuterem lub po prostu zrelaksować na jednej z tropikalnych plaż, powinien postawić właśnie na ten kraj. Tutaj to wszystko jest możliwe. >>

 

Noworoczne lampiony w kolorze czerwonym przynoszącym szczęście

© MAGDALENA BARTCZAK

 

Przez długi czas, zanim jeszcze wybrałam się w pierwszą podróż do Azji, wiedzę na jej temat czerpałam głównie z reportaży i filmów, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych. Jednym z moich ulubionych azjatyckich twórców stał się Trần Anh Hùng, wietnamski reżyser mieszkający od 1975 r. we Francji, gdzie wyemigrował wraz z rodzicami pod koniec wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej). Oglądając Zapach zielonej papai (1993 r.), Rykszarza (1995 r.) czy Schyłek lata (2000 r.), wyobrażałam sobie jego ojczyznę jako kraj pełen soczystych kolorów, intensywnych zapachów, ulicznego gwaru i ciężkiego, tropikalnego powietrza. Jak przyznaje w wywiadach reżyser, w swoich produkcjach często powraca do Wietnamu z czasów własnego dzieciństwa – przedstawia go więc takim, jakim go zapamiętał przed emigracją. Jego filmy, nostalgiczne i zmysłowe, zachęciły mnie, żeby odwiedzić ten kraj. Szybko zagościł więc na mojej liście wymarzonych miejsc do zobaczenia i długo nie pozwalał mi o sobie zapomnieć.

Gdy marzenie wreszcie się spełniło i po raz pierwszy wybrałam się do ojczyzny Trần Anh Hùnga, już po wyjściu z potężnego lotniska w Ho Chi Minh przekonałam się, że wilgotne i lepkie powietrze, które przenikało jego filmowe opowieści, stanowi stały element klimatu Wietnamu, szczególnie na południu. Wszystko tu niemal od pierwszej chwili wydało mi się intensywne, aromatyczne, przesycone dźwiękami i kolorami. Szybko też okazało się, że ten piękny i długi kraj pełen jest skarbów przyrody oraz zniewalających smaków, które jeszcze długo po podróży pozostają w pamięci.

 

BOGATA HISTORIA

Wietnam leży na Półwyspie Indochińskim, od północy graniczy z Chinami, a od zachodu – z Kambodżą i Laosem. Choć pod względem powierzchni nieco przewyższa Polskę (zajmuje powyżej 331 tys. km²), to mieszka w nim ponad dwa razy więcej ludzi niż w naszym kraju (ok. 95 mln) i żyją co najmniej 54 mniejszości etniczne, które mają własne pismo, tradycje i język. Także dialekty w obrębie wietnamskiego znacznie różnią się od siebie – często te same słowa oznaczają coś zupełnie innego na północy, w centrum i na południu. Regiony charakteryzują się również odmiennymi warunkami pogodowymi. W północnych rejonach występuje klimat wilgotny podzwrotnikowy, w środkowej części – zwrotnikowy z porą deszczową i suchą, a na południowym obszarze – zwrotnikowy w odmianie monsunowej. Warto o tym pamiętać przy planowaniu podróży. Różnice w temperaturze między północą i południem mogą sięgać nawet 15–20°C. Wietnam jest też wyjątkowo różnorodny pod względem kultury, która przez wieki czerpała inspiracje m.in. z Chin, Indonezji i Francji. Specyfikę tego kraju stanowi jednak fakt, że dzięki silnemu zakorzenieniu w lokalnych tradycjach Wietnamczycy nie ulegli znacząco wpływom z zewnątrz. Przyswoili je w zmodyfikowanej formie i wzbogacili tym samym własne dziedzictwo kulturowe, oparte na wzorcach zaczerpniętych z buddyzmu, konfucjanizmu i taoizmu.

Według legend państwo wietnamskie, określane mianem krainy smoka (ze względu na rolę, jaką to stworzenie odgrywa w jego mitologii), zostało założone prawie 5 tys. lat temu przez dynastię Hồng Bàng (ok. 2879 r. p.n.e.). Od tego czasu wielokrotnie musiało bronić swoich ziem przed podbojami. Przez ponad tysiąc lat (od 111 r. p.n.e. do 938 r. n.e.) znajdowało się pod chińską okupacją. Potem kilkukrotnie było najeżdżane przez wojska mongolskie, w drugiej połowie XIX w. stało się częścią Indochin Francuskich, a w 1940 r. kontrolę nad jego terytorium przejęła Japonia. Po II wojnie światowej o swoją dawną kolonię upomnieli się Francuzi, co doprowadziło do wybuchu I wojny indochińskiej (1946–1954). W jej wyniku kraj podzielono na północną komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu i południową Republikę Wietnamu. Wkrótce potem między oboma państwami wybuchł konflikt zbrojny (wojna wietnamska 1955–1975), który okazał się jednym z najdłuższych i najkrwawszych w regionie.

 

ŚWIAT DUCHÓW I PRZODKÓW

Ze względu na trudną przeszłość i konieczność częstego konfrontowania się z innymi narodami, próbującymi narzucić im swój porządek, Wietnamczycy charakteryzują się dumą z własnych tradycji i patriotyzmem. Poza tym do ich głównych cech należy zaliczyć też niewątpliwie zamiłowanie do targowania się, które – szczególnie w mniejszych sklepikach i na targach – jest tu uważane za naturalny element zakupów. Jeśli ktoś nie podejmuje próby zbicia ceny, wzbudza podejrzenia, a w najlepszym wypadku wywołuje rozbawienie lub niedowierzanie wśród miejscowych. Chcesz kupić kilogram bananów, a sprzedawca życzy sobie 30 tys. dongów (w przeliczeniu na złotówki ok. 4,50 PLN)? Najprawdopodobniej kosztuje on nie więcej niż 10 tys. dongów, więc śmiało możesz powiedzieć quá đắt, czyli „zbyt drogo”, i rozpocząć negocjacje. Nie należy przy tym zapominać o uśmiechu, cenionym przez Wietnamczyków tym bardziej, że jako naród mają również opinię pomocnych, radosnych i uprzejmych ludzi.

Miejscowych cechuje także przywiązanie do przesądów, chroniących przed nieszczęściem i pozwalających (przynajmniej pozornie) utrzymać kontrolę nad otaczającą rzeczywistością, w postrzeganiu której zdroworozsądkowe myślenie często miesza się z fantastycznymi wyobrażeniami i wiarą w magię. Warto wymienić choć kilka popularnych zasad i zwyczajów. Wietnamczycy nie zostawiają pałeczek wetkniętych w jedzenie, ponieważ w ten sposób umieszczają je tylko w posiłku stawianym na ołtarzykach dla zmarłych. Źle widziane jest też otwieranie parasola w domu, gdyż może to doprowadzić do uwolnienia przyczepionych do niego duchów i sprowadzić nieszczęście. Z podobnego powodu nie należy sprzątać ani tym bardziej zamiatać domu pierwszego dnia Nowego Roku (Tết Nguyên Đán, w skrócie Tết), świętowanego przez trzy dni i celebrowanego w Wietnamie, zgodnie z kalendarzem księżycowo-słonecznym, zwykle między drugą połową stycznia a połową lutego (w 2019 r. wypadnie on 5 lutego). Wysprzątanie domowych pomieszczeń oznacza pozbycie się dobrych duchów i szans na pomyślność w kolejnych miesiącach.

Z Nowym Rokiem wiąże się zresztą wiele innych przesądów. Przed jego końcem trzeba zwrócić wszystkie długi – w przeciwnym razie w nadchodzącym roku będziemy mieć problemy finansowe. Podczas noworocznych wizyt rodzinnych nie należy mieć na sobie stroju w jednolitym kolorze, ponieważ to przynosi pecha. Dla Wietnamczyków Nowy Rok to najważniejsze święto ze wszystkich, przygotowują się do niego bardzo skrupulatnie. Około tygodnia wcześniej odwiedzają groby bliskich, gdzie palą kadzidła i modlą się, zachęcając duchy przodków, aby zeszły na ziemię i towarzyszyły im w świętowaniu. Przez trzy świąteczne dni, po okresie zakupowej gorączki i przygotowań, wszystkie sklepy są już zamknięte, a ulice i skwery przyozdobione kwiatami, dekoracjami i lampionami. Ulicami przechodzą parady z tańczącym smokiem i towarzyszeniem muzyki. Nowy Rok jest jednak głównie czasem spotkań z najbliższymi, pogłębiania więzi i oddawania czci duchom przodków. Nieodłączny element świętowania stanowi rodzinna kolacja, na której nie może zabraknąć jednego z najbardziej tradycyjnych dań podawanych na tę okazję – bánh chưng (ciasta z ryżu kleistego, wieprzowiny i fasoli mung, gotowanego w bananowych liściach).

 

Wietnamka przygotowująca pyszną zupę pho na ulicznym stoisku w Hanoi

© MAGDALENA BARTCZAK

 

CAŁA PALETA SMAKÓW

Skoro mowa o kuchni, warto wspomnieć o tym, że Wietnamczycy przejawiają również poważne podejście do gotowania, które uchodzi za ważną część codziennego życia. Widać to zresztą w misternie przygotowywanych potrawach – choćby sajgonkach, czyli starannie zawijanych krokietach z papieru ryżowego z farszem z makaronu ryżowego z dodatkiem mięsa, warzyw lub krewetek, doprawionym kolendrą. W Wietnamie podaje się je nie tylko w wersji smażonej, ale też na surowo (gỏi cuốn). W tym drugim wariancie są zdrowsze i orzeźwiają w tropikalne upały. Warto zresztą dodać, że pełna smaków i kolorów kuchnia Wietnamu jest uważana za jedną z najzdrowszych na świecie. Jej dania powstają zgodnie z założeniami zbilansowanej diety, komponuje się je według reguły pięciu smaków (słodkiego, kwaśnego, gorzkiego, ostrego i słonego) oraz koncepcji yin-yang – dwóch uzupełniających się przeciwieństw. W potrawach używa się dużej ilości świeżych przypraw i ziół, takich jak kolendra, trawa cytrynowa czy mięta. Często występującymi w nich składnikami są ryż, limonka, sos rybny i sojowy.

                Wietnamską kuchnię – podobnie jak w wypadku pogody czy przyrody – cechuje różnorodność, a jej regionalne odmiany różnią się między sobą m.in. z powodu klimatu, dostępności produktów i przyswojonych tradycji. Nawet najpopularniejsze tutejsze danie – zupa pho (phở), czyli rosół z makaronem ryżowym, kawałkami wołowiny lub kurczaka, kolendrą, imbirem, sosem rybnym i limonką – ma swoje rozmaite wersje w zależności od regionu. Choć obcokrajowiec nie poczuje dużej różnicy pomiędzy nimi, to według Wietnamczyków pho smakuje zupełnie inaczej w Hanoi niż w Ho Chi Minh. Warto przy tej okazji dodać, że północna część kraju pozostaje pod wpływem chińskich tradycji kulinarnych – przyrządza się tu wiele potraw smażonych (m.in. różnych rodzajów makaronu czy pierożków bánh gối), obficie polewanych sosem sojowym. W menu południa, które czerpie inspiracje ze zwyczajów kolonialnej Francji, znajdziemy więcej ryb, warzyw i owoców morza. Z kolei kuchnia centralnego Wietnamu, wywodząca się z kręgu cesarskiego, uchodzi za najostrzejszą, a przy tym najbardziej wykwintną, kolorową i wytwornie podawaną. Do klasycznych dań należą w tym rejonie m.in. chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, wypełnione wieprzowiną, krewetkami i kiełkami, ozdobione bazylią, kolendrą i miętą (bánh xèo).

 

Malownicze tarasowe pola ryżowe w górzystej okolicy miejscowości Sa Pa

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

BARWNA STOLICA

Terytorium Wietnamu, które zdaje układać się w kształt litery s, przez samych mieszkańców bywa porównywane do smoka. Według legendy głowę tego stworzenia stanowi północ, a jego oko – leżące w delcie Rzeki Czerwonej Hanoi. To centrum polityczne, kulturalne i gospodarcze współczesnego kraju. Miasto jest różnorodne, pełne kontrastów, z jednej strony przywiązane do tradycji, z drugiej – otwarte na zmiany. Choć przy pierwszej wizycie ta 8-milionowa metropolia może przytłoczyć i oszołomić hałasem i energią, to trudno oprzeć się jej urokowi. Mnie od pierwszego wejrzenia zauroczyło przede wszystkim historyczne centrum, od którego zaczęłam włóczęgę po Hanoi. Stanowi ono prawdziwy żywioł: zatłoczone uliczne restauracyjki i bary sąsiadują tu z warsztatami, sklepikami i bazarami, gdzie wśród przepełnionych stoisk znajdziemy worki ryżu, mięsa, ziół, owoców i warzyw. Między nimi manewrują sprzedawcy oferujący świeże owoce, różnego rodzaju przekąski czy turystyczne pamiątki. Nad wąskimi ulicami z kolonialną architekturą królują malownicze plątaniny kabli, które są jednym z tych widoków, do jakich należy się przyzwyczaić w Wietnamie. Stanowią one równie naturalny element miejskiej tkanki jak gwar, tłok i wszechobecne skutery, nierzadko zajęte przez kilku pasażerów naraz.

Jeśli będziemy chcieli odpocząć od zgiełku, powinniśmy wybrać się do otoczonej ogrodami Świątyni Literatury (Văn Miếu), barwnego konfucjańskiego kompleksu, w którym w drugiej połowie XI w. założono pierwszy uniwersytet w całym Wietnamie. Inną wartą odwiedzenia atrakcją jest liczące ok. 700 m długości Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm), usytuowane w centrum miasta. Jego nazwa pochodzi od legendy o wyłowionym z niego mieczu, dzięki któremu przyszły cesarz i założyciel dynastii, Lê Lợi (ok. 1384–1433), miał pokonać przeciwników i wyzwolić ojczyznę spod chińskiego panowania. Pewnego dnia po broń zgłosił się jednak jej prawowity właściciel, czyli… wielki żółw mieszkający w wodach jeziora. Miecz sam wrócił do zwierzęcia, a władca uznał je za opiekuńczego ducha tego miejsca i aby oddać mu cześć, kazał postawić na tutejszej wysepce Wieżę Żółwia (Tháp Rùa), która stała się symbolem pokoju oraz samego Hanoi.

Podczas pobytu w wietnamskiej stolicy nie można także przegapić innej historycznej ciekawostki, jaką jest monumentalne Mauzoleum Ho Chi Minha, działacza komunistycznego i przywódcy Demokratycznej Republiki Wietnamu, przez jednych kochanego, a przez innych nienawidzonego wujka Ho (1890–1969). Obiekt otwarto w 1975 r. w samym sercu dawnej Dzielnicy Francuskiej na placu Ba Đình. Właśnie w tym miejscu, otoczonym dziś szerokimi bulwarami, eleganckimi willami i ambasadami, Ho Chi Minh ogłosił we wrześniu 1945 r. niepodległość kraju. Mauzoleum stanowi atrakcję również dla samych Wietnamczyków, którzy chętnie je odwiedzają. Ubrani skromnie, ale odświętnie, ustawiają się w kilometrowych kolejkach do wejścia. Czekają wyciszeni i podekscytowani perspektywą ujrzenia z bliska grobu dawnego bohatera.

 

Zatoka Hạ Long od 1994 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

MAGICZNA PRZYRODA

Północny Wietnam fascynuje nie tylko widocznymi na każdym kroku śladami historii, ale też wspaniałą przyrodą, którą można podziwiać m.in. w licznych parkach narodowych. Najstarszym z nich jest założony w 1986 r. Park Narodowy Cát Bà, rozciągający się na prawie całej powierzchni wyspy o tej samej nazwie. Turystów przyciąga on lasami, wodospadami, jeziorami i jaskiniami skrywającymi się w wapiennych górach. Leży w południowym rejonie malowniczej zatoki Hạ Long. Na jej dnie według legendy śpi smok, który w przeszłości miał pomagać Wietnamczykom w zmaganiach z najeźdźcami. Słynna zatoka, uważana za jeden z największych skarbów przyrodniczych Wietnamu, ma powierzchnię ponad 1,5 tys. km². W jej granicach znajduje się ok. 2 tys. skalistych wysp i wysepek. Na wizytę w okolicy warto przeznaczyć przynajmniej jeden lub dwa dni. Najlepiej zwiedzać ją podczas rejsu, który można zorganizować nawet z Hanoi – zatoka wraz z parkiem narodowym położone są mniej więcej 170 km na wschód od miasta.

Z kolei ok. 300 km na północny zachód od stolicy, tuż przy granicy z Chinami, znajduje się górzysty Park Narodowy Hoàng Liên (utworzony w 2002 r.) – jeden z moich ulubionych, a to ze względu na rześkie powietrze, soczystą zieleń i unoszące się tu melancholijne mgły. Rozciąga się on w pobliżu pasma górskiego Hoàng Liên Sơn, którego najwyższą górą (a zarazem najwyższym szczytem Wietnamu i całych Indochin) jest Fansipan (Phan Xi Păng, 3143 m n.p.m.). W okolicy leżą pola ryżu, należącego do kluczowych produktów eksportowych kraju. Malownicze tarasy ryżowe można podziwiać m.in. z zagubionej wśród deszczowych lasów górskiej miejscowości Sa Pa, cieszącej się zasłużoną popularnością wśród turystów dzięki rozpościerającym się wokół wspaniałym krajobrazom i panującemu w tym rejonie przyjemnemu, choć dość deszczowemu, klimatowi. Najlepiej wybrać się tutaj w porze suchej (która wypada od listopada do maja), aby w pełni móc cieszyć się widokiem na pobliskie tarasowe pola uprawne. Warto także zajrzeć na lokalny targ w Sa Pa – spotkamy na nim m.in. przedstawicieli górskich grup etnicznych Hmong i Dao (Yao), będących jednymi z wielu mniejszości zamieszkujących wielokulturowy Wietnam.

 

ZAPACH TROPIKÓW

Jeśli wymieniamy skarby wietnamskiej przyrody, to nie możemy nie wspomnieć o ciągnącym się przez niemal 3,5 tys. km wybrzeżu, należącym do najpiękniejszych i najdłuższych w regionie. Znajdziemy na nim wiele pięknych, złocistych plaż, choćby w okolicy portowego Đà Nẵng w środkowej części kraju (takich jak zapełnione bungalowami An Bang i Cửa Đại). Osoby chcące odpocząć od chaosu dużych miast powinny odwiedzić Mũi Né. Ta niegdyś niewielka osada rybacka w połowie lat 90. XX w. zaczęła zamieniać się w kurort turystyczny. Leży tutaj przepiękna 15-kilometrowa plaża, którą otaczają niezwykłe wydmy i laguny.

Jeżeli pojedziemy dalej na południowy zachód, dotrzemy do delty rzeki Mekong – miejsca, gdzie odnogi jednej z największych rzek świata tworzą jeziora i kanały wpadające do Morza Południowochińskiego. Oplatają one wyspy i wysepki, których mieszkańcy całe swoje życie związali z wodą. Pływające domy, szkoły, świątynie, urzędy i sklepy stoją na samym brzegu lądu lub bezpośrednio na wodzie. Transport lądowy właściwie tu nie istnieje, do większości wiosek można się dostać tylko łodzią. Okolica robi niesamowite wrażenie i stanowi jeden z najbardziej niezwykłych rejonów w Wietnamie.

Osoby mające więcej czasu mogą zajrzeć na położony ok. 80 km na południe od delty archipelag Côn Đảo. Składa się on z 16 tropikalnych wysepek (o łącznej powierzchni 75,15 km²), z których większość do dziś nie jest na stałe zamieszkana. Ponieważ utworzono tutaj w 1993 r. park narodowy, ruch turystyczny podlega kontroli. Dzięki takim warunkom archipelag zachował swój prawdziwie rajski charakter. Wydaje się, że nigdzie indziej w Wietnamie nie znajdziemy plaż, które byłyby równie czyste i jasnozłote, ani tak błękitnej wody. Na największej z wysp, Côn Sơn (51,52 km² powierzchni i ok. 4 tys. mieszkańców), działa lotnisko. Można na niej m.in. uprawiać trekking i nurkowanie. Pobliskie rafy koralowe uważa się za najpiękniejsze w kraju.

 

KRÓLEWSKE MIASTA

Na wielką atrakcyjność środkowo-południowych rejonów Wietnamu wpływają też wspaniałe miasta i miejscowości, przypominające o tym, że jego kultura jest jedną z najstarszych i najbogatszych w Azji Południowo-Wschodniej. Podczas wizyty tutaj nie wolno ominąć Huế – dawnej stolicy imperium dynastii Nguyễn (1802–1945), leżącej nad Rzeką Perfumową. Miasto dość mocno ucierpiało w trakcie wojny wietnamskiej. Jeden z zabytków, które udało się odrestaurować, stanowi Zakazane Purpurowe Miasto – otoczona potężnymi murami cytadeli dawna siedziba cesarza z rozległym kompleksem świątyń i pałaców. Warte uwagi są również położone w okolicy Huế buddyjskie grobowce cesarzy. Najłatwiej dotrzeć do nich skuterem lub łodzią.

Z kolei ok. 130 km na południowy wschód stąd znajduje się jedno z moich ulubionych azjatyckich miast, senne Hội An, uchodzące za najbardziej urokliwe w Wietnamie. W XVI–XVIII stuleciu należało do najważniejszych portów na jedwabnym szlaku, ściągającym kupców z całego świata, czemu zawdzięcza niepowtarzalny styl i atmosferę. Obce wpływy dostrzega się w nim do dziś. Między niskie budynki mieszkalne z piękną ceramiczną dachówką wciśnięte są chińskie domy zgromadzeń i świątynie, a jedną z największych atrakcji jest zabytkowy kryty Most Japoński. Nie można także zapomnieć o ważnym polskim akcencie związanym z najnowszą historią tego miejsca. W połowie lat 90. XX w. władze Hội An przedstawiły plan wyburzenia starszej jego części i wzniesienia w jej rejonie nowoczesnych bloków mieszkalnych. Do odstąpienia od tego pomysłu namówił jednak włodarzy miasta Kazimierz Kwiatkowski (1944–1997), architekt i konserwator zabytków pochodzący z Lublina, który od początku lat 80. minionego stulecia mieszkał i pracował w Wietnamie, gdzie był znany jako Kazik. Z pomocą Polaka udało się odrestaurować historyczne centrum. Dzięki temu trafiło ono w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wdzięczna społeczność Hội An nazwała imieniem Kazimierza Kwiatkowskiego miejscowy park, a w 10. rocznicę jego śmierci postawiła mu pomnik.

Na koniec naszej podróży po Wietnamie docieramy do jego dawnej stolicy i największej metropolii – Ho Chi Minh, które do dziś wielu mieszkańców nadal nazywa Sajgonem. W tym potężnym i głośnym ośrodku żyje obecnie blisko 9 mln ludzi, a miasto wciąż się rozrasta i wystrzeliwuje w niebo ostrzami nowych drapaczy chmur. To jedna z tych metropolii, które nigdy nie zasypiają i zdają się odnajdywać równowagę w swoim gwarnym chaosie. Warto odkrywać ją powoli, a jeśli damy jej szansę, z pewnością wyczujemy przyjemną, swojską, nieco nostalgiczną atmosferę dawnego Sajgonu. Ho Chi Minh pełne jest zieleni, galerii, muzeów, targowisk, klimatycznych zaułków i placyków z kawiarniami, chyba najlepszymi w całym kraju.

                Gdybym zresztą musiała wybrać jeden zapach, którym pachnie dla mnie ten Paryż Orientu lub Perła Dalekiego Wschodu, to niewątpliwie byłaby to właśnie kawa (cà phê), kolejny obok ryżu popularny towar eksportowy Wietnamu. Jej uprawę wprowadzili tu w połowie XIX w. Francuzi i od tego czasu stała się prawdziwym skarbem narodowym. Wietnamczycy wypracowali swój niepowtarzalny sposób jej przyrządzania, który ma zarówno gorących zwolenników, jak i przeciwników. Warto samemu wyrobić sobie zdanie na ten temat. Okazji z pewnością nie zabraknie, bo Wietnam jest prawdziwym rajem dla kawoszy. Kawy można tutaj spróbować praktycznie wszędzie: od przenośnych straganów, przez budki i sklepiki, po eleganckie kafeterie i restauracje. Jednym z najlepszych do tego miejsc są kawiarnie przy placu Lam Sơn w Ho Chi Minh. Po jednej jego stronie wznosi się gmach Opery, a po drugiej – historyczny Hotel Continental Saigon. Nad okolicą góruje neoromańska Katedra Notre-Dame, ukończona w 1880 r., obok której stoi jeden z najpiękniejszych budynków w mieście, czyli Poczta Główna, zaprojektowana przez Alfreda Foulhoux. Przez chwilę można się tu poczuć jak w Paryżu, ale to tylko złudzenie. Lekki podmuch tropikalnego powietrza i widok unoszących się liści pobliskich palm przypomina nam o tym, że znajdujemy się w Wietnamie – kraju pełnym kolorów i serdecznych ludzi, stanowiącym wyjątkowo smaczną esencję Azji Południowo-Wschodniej.

 

Wydanie Wiosna 2018