10a_1.jpg

Grupa dzieci z przedmieść Masaki

©MARTA RZESZUT

MARTA RZESZUT

 

Podróżujący po Ugandzie Winston Churchill nazwał ją „Perłą Afryki”. Użył tego wyrażenia nie bez przyczyny. Ten kraj może pochwalić się bogatą przyrodą, soczyście zielonymi lasami, przyjaznymi mieszkańcami i… najsmaczniejszymi ananasami na świecie. Tutaj naprawdę poczujemy, czym jest Czarny Ląd.


Uganda ma powierzchnię ponad 240 tys. km², co odpowiada ok. 75 proc. terytorium Polski. Leży w Afryce Wschodniej, nie posiada dostępu do oceanu, a jej obszar przecina linia równika. Południowo-wschodni kraniec kraju zajmuje potężne Jezioro Wiktorii, gdzie znajduje się źródło Nilu (Nilu Białego, Nilu Wiktorii). Ekscytujący rafting po najdłuższej afrykańskiej rzece, safari przy malowniczych wodospadach, spotkanie z majestatycznymi gorylami górskimi – to tylko niektóre z wielkich atrakcji, czekających tu na podróżników.

Zawsze chciałam wyjechać na wolontariat, a że należę do osób realizujących swoje marzenia, znalazłam studencką organizację, dzięki której stało się to możliwe. Cel wyprawy wybrałam spontanicznie. Skusił mnie projekt – praca z dziećmi w szkole na przedmieściach niedużego miasta. W trakcie weekendów i popołudniami razem z moimi nowymi znajomymi z całego świata, również wolontariuszami, organizowaliśmy większe i mniejsze wycieczki po Ugandzie, kraju do tej pory zupełnie mi nieznanym.

Początek fascynacji

Picture_304.jpg

Park Narodowy Wodospadów Murchisona ma powierzchnię aż 3840 km

©UGANDA TOURISM BOARD



Najbardziej upodobałam sobie okolice ponad 100-tysięcznego miasta Masaka, w którym mieszkałam. Leży ono w Regionie Centralnym, na zachód od Jeziora Wiktorii. Pobliskie wzgórza są łagodne i przypominają mniej zaludnione Beskidy. Największą radość sprawiała mi praca w tutejszej szkole. Uczą się w niej dzieci w wieku od 3 do 6 lat – placówka jest odpowiednikiem polskiego przedszkola. Podopieczni jednak więcej czasu spędzają w ławkach, przy nauce angielskiego, czytania, pisania i liczenia, niż na zabawie. Dzięki nauczycielkom i właścicielkom tego miejsca mogłam poznać prawdziwe życie przeciętnego Ugandyjczyka. Zapraszano mnie na rodzinne posiłki, w odwiedziny do domów uczniów, a także odpowiadano na mnóstwo moich pytań dotyczących historii Ugandy i jej codziennej rzeczywistości. Po kilku tygodniach mieszkańcy zaczęli traktować mnie już niemal jak swoją. Przestałam być mzungu, co w języku suahili znaczy „obcy”, „biały”, a stałam się po prostu Martą, a nawet auntie Marta – „ciocią Martą” (określenia auntie, czyli „ciocia”, dzieci używają w stosunku do członków dalszej rodziny).

Żywiłam się tam, gdzie miejscowi. Uważam, że zaznajomienie się z lokalnymi potrawami stanowi środek do zrozumienia danej kultury, a wspólne posiłki pomagają w porozumiewaniu się. Kuchnia Ugandy jest prosta, lecz smaczna. W regionie, w którym mieszkałam, czyli w południowej części kraju, jada się głównie matoke – masę przypominającą tłuczone ziemniaki, ale bardziej zbitą i odrobinę słodszą. Wytwarza się ją z jednego z gatunków bananów i serwuje w liściach bananowca, najczęściej z sosem z orzeszków ziemnych o różowawym zabarwieniu. Na straganach, rozkładanych od późnego ranka do nocy (która zapada szybko, bowiem już o godz. 19.00 robi się ciemno) można również kupić frytki ze słodkich ziemniaków (batatów) oraz rolexa – słowo pochodzi od angielskiego wyrażenia rolled eggs (roll of eggs) – naleśnika z pomidorem i cebulą. Wszystko serwuje się w plastikowych reklamówkach. Ponieważ w Masace i innych miastach niż stolicy bardzo trudno dostać czekoladę bądź batonika, jako czekoladoholiczka musiałam znaleźć sobie jakiś substytut tej słodkości. Na szczęście w jednym z niewielkich sklepików sprzedawano kabalagalę domowej produkcji – smażone w głębokim tłuszczu małe słodkie placki, wyrabiane z kassawy, czyli mąki zrobionej z jadalnego manioku, oraz bardzo dojrzałych bananów. Do tego brałam świeży sok z ananasów i marakui albo jogurt truskawkowy (obowiązkowo pite przez rurkę wbitą w jednorazówkę) i byłam najszczęśliwsza na ziemi. Same ananasy w Ugandzie, pochodzące prosto z pola, krojone i obierane przy taczce, z której są sprzedawane, pakowane do, jakżeby inaczej, plastikowej reklamówki, uchodzą za najsmaczniejsze na świecie. Dzienny koszt takiego wyżywienia zamykał się w kwocie maksymalnie 20 zł.

Gorillas.jpg

Podziwianie z bliska goryli górskich

©LOVE UGANDA SAFARIS



Zakupy w Kampali

Niemal każdego weekendu lądowałam w ugandyjskiej stolicy Kampali, bo stanowiła ona dla nas bazę wypadową wszystkich wycieczek. Jeśli musieliśmy spędzić noc w tym ponad 2-milionowym mieście, zatrzymywaliśmy się w domu należącym do AIESEC – organizacji, z którą wyjechałam do Afryki – w bardzo biednej i oddalonej od centrum dzielnicy Bandzie. Jak w każdych prawdziwych slumsach, znajdują się tutaj tory kolejowe, biega mnóstwo dzieciaków, włóczą się kozy i kury, stoją sklepiki zrobione z niczego, a na swojej trasie trzeba uważać na dziury w ziemi o paru metrach głębokości. Mimo tego nigdy nie czułam się w tym rejonie zagrożona. Może dlatego, że nasz budynek był jedynym ogrodzonym murem z drutem kolczastym...?

W pamięć zapadł mi najbardziej jeden obrazek z Kampali. Ja i moi znajomi wysiadamy z matatu (małego białego busa służącego jako publiczny środek transportu miejskiego i krajowego), który podwoził nas z centrum do Bandy, i musimy przejść kawałek wzdłuż głównej drogi, aby dostać się do domu. Jest już ciemno, po jednej stronie ulicy działa jeszcze coś w rodzaju targowiska – kobiety pilnują ułożonych na liściach bananowca bądź na stole skleconym z byle czego albo bezpośrednio na czerwonej ziemi towarów do sprzedaży, głównie owoców i warzyw. Zmrok zapadł, ale one nadal tam siedzą przy zapalonych świeczkach. Z góry oświetla je księżyc, z oddali bije blask neonów, ich twarze drgają od migoczących płomieni. W wieczornej ciszy niesie się gwar rozmów. Ta scena wydała mi się zupełnie nierealna i magiczna.

Stolica Ugandy oferuje kilka turystycznych atrakcji, m.in. największy meczet w Afryce Wschodniej – Meczet Narodowy Ugandy (dawniej Meczet Narodowy Muammara Kaddafiego), oddany do użytku w 2007 r. Świątynia może pomieścić nawet 15 tys. wiernych i robi imponujące wrażenie. Z tarasu roztacza się piękna panorama miasta. Dopiero z tej perspektywy widać, jak zielona jest Kampala. Warto zostać tu do zachodu słońca, aby cieszyć się niesamowitym widokiem.

Oprócz przejażdżki matatu, podczas której z pewnością ściągniemy na siebie zainteresowanie Ugandyjczyków, a kierowca posadzi nas na przedniej kanapie obok siebie, abyśmy z trwogą mogli obserwować jego wariacką jazdę i niedziałające liczniki, polecam skorzystać też z boda-boda. To specyficzna szybka taksówka motocykl (bądź rower). Kosztuje trochę więcej od autobusu, ale podwozi klienta pod same drzwi i zapewnia niezapomniane wrażenia! Jako pasażer jednośladu kluczy się między innymi uczestnikami ruchu i na milimetry od kolan mija samochody i matatu. Kierowca jedzie po chodniku, żeby było szybciej, i niezbyt go obchodzi, czy pali się czerwone, czy zielone światło. Na boda-boda mieści się do 4 osób i nieskończona ilość bagażu. Kampala leży na licznych wzgórzach, więc droga to wznosi się, to opada, przez co taka przejażdżka zyskuje jeszcze na atrakcyjności.

W ugandyjskiej stolicy zrobimy również wspaniałe (i tanie!) zakupy. Razem z dziewczynami kilka razy wybrałyśmy się na polowanie na sukienki. Polecam do tego celu okolice głównego dworca autobusowego. Zdecydowanie warto także udać się z wizytą do jednego z lokalnych krawców. Ja skorzystałam z takiej sposobności w Masace. Z przepięknych materiałów w afrykańskie wzory uszyłam sobie 3 pary spodni. Wciąż je posiadam, noszą się świetnie, a jedne kosztowały niewiele ponad 30 zł. Mają co prawda nieco niedociągnięć – jedna nogawka jest węższa od drugiej i są trochę przykrótkie, ale za to niepowtarzalne i najlepsze! To świetna pamiątka z Ugandy. W poszukiwaniu klasycznych upominków, takich jak biżuteria, figurki, bębny, ozdoby, skórzane buty, koszulki czy pocztówki, najlepiej zajrzeć na jeden z kilku tutejszych bazarów tzw. craft markets, które, mimo iż nastawione na turystów, oferują mnóstwo lokalnych ugandyjskich towarów w miarę przystępnych cenach. Nie należy jednak kupować niczego z rogów nosorożca lub kości słoniowej – w całej Afryce walczy się z kłusownictwem i nielegalnym handlem tymi materiałami. Nie wspierajmy więc tego okrutnego procederu.

Pierwsze w życiu safari

Wyruszyliśmy z Kampali z samego rana, a do Parku Narodowego Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park), położonego w północno-zachodniej Ugandzie, dotarliśmy późnym popołudniem. To była długa i męcząca trasa. Gdy tylko wjechaliśmy na teren chroniony... otoczyła nas gęsta puszcza niczym z filmów! Wydawało się, że zaraz przetną nam drogę Tarzan i Jane uczepieni długiej liany. Już wtedy zobaczyliśmy pierwsze pawiany, a dalej na poboczu guźce taplające się w błocie. Nasze miejsce noclegowe nie prezentowało się szczególnie atrakcyjnie. Składała się na nie mała chatka z zimną wodą w brudnej łazience, ale łóżka były czyste i osłonięte moskitierami, więc nie mieliśmy na co narzekać.

Na początek postanowiliśmy obejrzeć Wodospady Murchisona z góry. Chcieliśmy przyjrzeć się spienionym i huczącym kaskadom, zostawiającym drobne kropelki na skórze i włosach. Następnego dnia o poranku przywitały nas małpy siedzące pod domem i czekające na coś do jedzenia. Nad Nilem Wiktorii (Nilem Białym), przez który musieliśmy się przeprawić, zastał nas wschód słońca. Na safari ruszyliśmy małym terenowym samochodem. Roztaczająca się przed nami sawanna sprawiała wrażenie bezkresnej, a jedyne, czego brakowało w tym krajobrazie, to Lwia Skała z filmu animowanego Król Lew. Rano było rześko i przyjemnie, ale potem zrobiło się niesamowicie gorąco, dlatego gdy siedzieliśmy na dachu auta potrzebowaliśmy nakryć głowy, bez nich dostalibyśmy udaru. Wypatrywaliśmy pierwszych zwierząt i po chwili... ujrzeliśmy mnóstwo słoni oraz antylopy i żyrafy. Najwięcej emocji wzbudziły jednak dwa lwy, w tym samiec bez jednej łapy. Jak nam powiedział przewodnik, jego stado się nim opiekuje i tylko dlatego jeszcze żyje. Oba majestatycznie przecięły drogę dla samochodów, aby po chwili zniknąć w kolczastym buszu. Potem nastąpił krótki postój przy jednej z odnóg Jeziora Alberta, gdzie hipopotamy wystawiały z wody swoje wielkie cielska. Po drugiej stronie zbiornika majaczyło terytorium Demokratycznej Republiki Konga. Widzieliśmy sporo antylop i innych kopytnych, a także resztki jakiegoś posiłku w postaci porozrzucanych kości oraz dużo ptaków. Podziwialiśmy też afrykańskie drzewa. Wokół nas pachniało pięknie gorącą ziemią, nieznanymi roślinami i dziką zwierzyną.

Po południu wsiedliśmy na małą łódkę, żeby podpłynąć do Wodospadów Murchisona od dołu i zobaczyć stworzenia żyjące w Nilu Wiktorii. Natrafiliśmy na mnóstwo hipopotamów, które coraz częściej uznaje się za drugie, nie pierwsze, na liście najgroźniejszych zwierząt w Afryce, zaraz po komarach. Te wielkie ssaki tratują każdego, kto nieproszony wejdzie na ich teren. Udało się nam również dostrzec krokodyla, a kaskady widziane z dołu prezentowały się groźnie i dostojnie. Na kolację zawieziono nas na sawannę do małej chatki bez prądu, w której dostaliśmy ugandyjski posiłek (ryż, słodkie ziemniaki, fasolkę i owoce na deser). Rolę muzyki odgrywały głośne cykanie świerszczy i dolatujące z daleka echo tam-tamów. Ziemię spowiła gęsta ciemność, choć gwiazdy świeciły jasno. Panował niezwykły i niezapomniany nastrój.

Oczywiście, słyszałam, że za najlepsze uznaje się safari w Kenii czy Tanzanii, a to ze względu na niezmierne bogactwo występującej tam fauny i flory. Można podczas niego spotkać stada zebr, bawołów, polującego geparda, wyciągniętego na gałęzi drzewa lamparta i wiele innych ciekawych stworzeń. Jednak swoją pierwszą tego typu wyprawę, którą odbyłam akurat w Parku Narodowym Wodospadów Murchisona, uważam za doskonałą i świetnie zorganizowaną. Mimo iż taka przyjemność dość dużo kosztuje, w czasie wizyty w Czarnej Afryce warto choć raz skorzystać z okazji, aby odwiedzić sawannę i poobserwować dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku.

Rafting W UGANDZIE

Do miasta Jinja, w okolicach którego zaczynał się rafting, dojechaliśmy późnym rankiem. Dostaliśmy skromny, ale smaczny poczęstunek – jajka oraz banany. Polecono nam ubrać się w kapoki, założyć kaski, wziąć wiosła i udać się na brzeg Nilu Wiktorii, żeby wsiąść do przygotowanych pontonów. Na spokojnej części rzeki odbyło się szkolenie. Poinstruowano nas, jak mamy wiosłować, zachowywać się na miniwodospadach, wydostawać się spod płynącej łódki, gdy obróci się do góry dnem, i jak podnosić stopy, kiedy wypadniemy do wody, aby nie zranić się o ostre kamienie. Wyjaśniono nam także, w jaki sposób nasi ugandyjscy opiekunowie, krążący dookoła każdego pontonu w małych kajakach, będą nas łapać i holować z powrotem, jeśli przewrócimy się na fali.

Z początku spokojny nurt nie zapowiadał nadchodzącego wodospadu, na którym, oczywiście, się wywróciliśmy. W takim momencie zupełnie traci się orientację i nie wie się, co się dzieje – woda wdziera się do gardła i oczu, a człowiek jedynie usilnie próbuje nie zgubić swojego wiosła. Po tym przeżyciu stwierdziłam, że ta rozrywka nie jest dla mnie, a zwiększona dzięki niej ilość adrenaliny wystarczy mi na całe życie. Niestety, przed nami znajdowało się jeszcze kilka wodospadów, ale wytrwaliśmy! Najlepiej wspominam te momenty, kiedy spokojna rzeka pozwalała nam wylegiwać się i rozmawiać albo wskakiwać do wody i dryfować leniwie w kapokach. Gdy nadeszła przerwa na lunch, rzuciliśmy się na jedzenie. Wydawało nam się przepyszne, ale jak naprawdę smakowało, nie wiem. Byliśmy tak głodni, że chcieliśmy tylko siedzieć na trawie z pełnymi talerzami. Wieczorem wylądowaliśmy na kempingu. Czekały na nas wysokie czteropiętrowe łóżka, gorąca kąpiel, piękny taras ze wspaniałym widokiem na szumiący Nil, dobry posiłek i mnóstwo ciekawych ludzi, z którymi prowadziliśmy potem długie dyskusje o życiu.

Rafting to atrakcja dla miłośników mocnych wrażeń. Jeśli komuś będzie mało emocji, niedaleko naszego obozowiska można również skończyć na bungee nad rzeką. Niestety, odkryliśmy także minusy ekscytującej pontonowej wyprawy – prawie wszyscy złapaliśmy porządną grypę żołądkową. Trudno się jednak temu dziwić po wypiciu tak dużej ilości nilowej wody. Poza tym chmary komarów, licznych zapewne z powodu bliskości rozlewisk, bardzo utrudniały życie po zachodzie słońca.

Jeszcze więcej wrażeń

W Ugandzie znajduje się największe w Afryce Jezioro Wiktorii. Warto wybrać się np. na położone na nim wyspy Ssese (łącznie aż 84) – świetne miejsce do odpoczynku w malowniczej scenerii. Jedyną wadę takiej wycieczki stanowi zakaz kąpieli ze względu na pasożyty występujące w wodzie. Na innej wyspie, zwanej Ngamba, przyjrzymy się z bliska szympansom w Sanktuarium Szympansów Wyspy Ngamba (Ngamba Island Chimpanzee Sanctuary) utworzonym w 1998 r. przy współpracy krajowych i międzynarodowych organizacji. Ośrodek można odwiedzić na jeden dzień lub zostać w nim nawet kilka tygodni, ponieważ oferuje on też pobyt na wolontariacie.

Kolejną niesamowitą atrakcją tego kraju jest spotkanie z największymi małpami człekokształtnymi, czyli gorylami górskimi, w ich naturalnym środowisku. Taką szansę stwarzają również Demokratyczna Republika Konga i Rwanda, ale ze względu na toczące się na ich obszarze jeszcze nie tak dawno krwawe konflikty zbrojne turyści nie pojawiają się w nich często. W Ugandzie te imponujące stworzenia mieszkają w jej południowo-zachodniej części w Parku Narodowym Goryli Mgahinga (Mgahinga Gorilla National Park) oraz Nieprzeniknionym Lesie Bwindi, jednym z najbogatszych ekosystemów w Afryce, objętym w większości ochroną Nieprzeniknionego Parku Narodowego Bwindi (Bwindi Impenetrable National Park). Wycieczka do tego regionu kraju stanowi dość spory wydatek, bo samo pozwolenie na wejście na terytorium goryli kosztuje 600 dolarów amerykańskich od osoby (jedynie w tzw. niskim sezonie, który przypada na kwiecień i maj, obowiązuje cena promocyjna – 350 dolarów), a do tego trzeba jeszcze doliczyć opłaty za przewodnika, samochód i wyżywienie. Jednak obserwowanie tych wielkich małp na wolności to przeżycie warte każdych pieniędzy.

Na granicy z Demokratyczną Republiką Konga leży masyw Rwenzori nazywany Górami Księżycowymi ze względu na swój nietypowy krajobraz i przekonanie, że to właśnie jego oznaczył na swojej mapie grecki uczony z II w. n.e. Klaudiusz Ptolemeusz pod nazwą Lunae Montes (z łac. Góry Księżycowe). Oprócz nich w Ugandzie jest jeszcze mnóstwo do zobaczenia, w tym niezliczone jeziora (m.in. Kioga czy Mburo), 10 parków narodowych (np. Kibale i Królowej Elżbiety – Queen Elizabeth), groby królów ugandyjskich (Grobowce Kasubi w Kampali), bujna przyroda i małe wioski, w których czas płynie inaczej niż w naszym świecie. Na swojej drodze spotkamy tu na dodatek niezmiernie gościnnych i otwartych ludzi.

Zostawić serce w Afryce

snow_at_Rwenzori.jpg

Najwyższa w masywie Rwenzori Góra Stanleya (5109 m n.p.m.)

©UGANDA TOURISM BOARD



Wyjazd do tego kraju okazał się największą przygodą mojego życia, niezwykłym przeżyciem, które wiele mnie nauczyło. Przewartościował moje spojrzenie na świat, zmienił myślenie o podstawowych sprawach. Zdefiniował mnie. Codziennie cieszę się z drobnostek, takich jak piękny wschód słońca, smaczne śniadanie i uśmiech narzeczonego. Afryka ciągle śni mi się po nocach – czerwona ziemia, twarze ludzi, smaki, zapachy. Wracam do tego wciąż na nowo. Przeglądam zdjęcia. Czytam. Opowiadam sobie i innym. Nie wiem, czy to tęsknota konkretnie za Ugandą i Afryką, czy też może za byciem w drodze, nowością, innością, podróżą, żywiołem, odkrywaniem. Udało mi się tam przekroczyć magiczną barierę – nie byłam już mzungu, tylko Martą albo nawet „ciocią Martą” dla dzieci. Zapraszano mnie do wspólnego stołu, gościłam w miejscowych domach. Zostawiłam w Ugandzie kawałek siebie, a tę pustą przestrzeń w sobie nią wypełniłam. Z pewnością kiedyś wrócę w te fascynujące strony. Muszę się przekonać, czy znów Afryka Wschodnia przyjmie mnie jak swoją, jak znajomego. Czy ponownie będzie przyjazna i wcale niegroźna. Czy kolejny raz mnie czegoś nauczy. Pokaże się z piękniejszego profilu. Uganda, Czarny Ląd… Tęsknię. Wrócę, wiem to na pewno, gdyż zakochałam się w najprawdziwszej „Perle Afryki”.

Informacje praktyczne

Najlepszy sezon

Do Ugandy można się wybrać o dowolnej porze roku. Natomiast na trekking w masywie Rwenzori najlepszymi miesiącami będą styczeń i luty.

Klimat

Kraj leży w strefie klimatu podrównikowego wilgotnego. Temperatury w regionach centralnych i południowych wynoszą 25–30°C w dzień, wieczory są chłodniejsze.

Potrzebne rzeczy

Na wyprawę do tej części Afryki warto zabrać lekkie i wygodne ubrania i buty (nie poleca się nosić rzeczy, które sugerowałyby, że jesteśmy zamożni), a także repelent na komary z rejonów tropikalnych oraz dolary amerykańskie wydrukowane po 2000 r.

Środki ostrożności

W dużych miastach i środkach transportu publicznego trzeba uważać na kradzieże. Należy też mieć świadomość, że białym Europejczykom miejscowi podają często wyższe ceny za towary i usługi.

Dla kogo

Uganda to idealny cel podróży dla miłośników przyrody, amatorów nieutartych szlaków i osób lubiących przygody i nowe doznania. To również kraj dla ludzi otwartych i takich, którzy potrafią cierpliwie czekać.

Wyżywienie

Na posiłki warto udawać się do małych jadłodajni i na lokalne stragany. Najprostsze jedzenie jest zazwyczaj najświeższe i najsmaczniejsze. W ten sposób ma się też szansę poznać prawdziwą ugandyjską kuchnię.

Zakwaterowanie

W Ugandzie znajdziemy duży wybór hoteli, lodży, kempingów i hosteli o różnym standardzie i szerokim zakresie cenowym. Wskazówki dotyczące noclegów z przewodników Lonely Planet i innych wydawnictw są na ogół dość trafne.


Podróżowanie


Jeśli mamy więcej czasu, powinniśmy choć raz skorzystać z lokalnego środka transportu. Jeżeli natomiast nasz grafik jest dość napięty, wynajmijmy samochód terenowy z kierowcą przewodnikiem.

Artykuły wybrane losowo

Lato nad węgierskim Balatonem

9126_a4.jpg

Rodzinne wakacje nad Balatonem

©MAGYAR TURIZMUS ZRT. FOTOTÁR

 

Sylwia Jedlak-Dubiel

 

Choć Węgry, położone między Austrią, Słowacją, Ukrainą, Rumunią, Serbią, Chorwacją i Słowenią, nie mają obecnie dostępu do morza, znakomicie radzą sobie z tą niedogodnością. Dzięki niej Madziarzy mogą w pełni docenić tutejsze jeziora, rzeki i źródła termalne, a należą one do prawdziwych skarbów tego kraju. W czasach PRL-u, gdy wyjazdy za żelazną kurtynę stanowiły przywilej niewielu osób, to m.in. węgierski Balaton robił prawdziwą furorę wśród kierunków urlopowych. Mimo iż dziś granice są już otwarte, a wycieczki na słoneczne południowe wybrzeża Europy wcale nie kosztują dużo, wciąż cieszy się on niesłabnącym zainteresowaniem turystów z zagranicy, w tym Polaków. 

Więcej…

Sycylia od kuchni

Stragany na uliczce w Palermo uginają się od świeżych warzyw
food-and-wine-palermo-street-markets

© WWW.SICILY.CO.UK

Dominika Friedrich

www.sycyliabocznymidrogami.pl


Sycylia należy do tzw. Mezzogiorno, południowych regionów Włoch. To najbardziej odległy od kontynentalnej Europy zakątek kraju, oddzielony od niej Cieśniną Mesyńską, i najbliższy reszcie świata. Trójkątny ląd otaczają trzy morza – Jońskie, Tyrreńskie i Śródziemne.

Więcej…

Bliższe spotkanie z Węgrami

ANNA BUTRYM

www.annabutrym.pl

 

<< Na pytanie, co szczególnie zachwyca mnie w Węgrzech, odpowiadam niezmiennie od lat: przyroda, zabytki i kuchnia. Wydaje się, że to klasyczna trójka, jednak my, Polacy, znamy smaki Włoch, krajobrazy Grecji i atrakcje Hiszpanii, a o skarbach kraju tak bliskich nam Madziarów nie wiemy zbyt wiele. Dlatego jeśli ktoś marzy o odwiedzeniu miejsca, gdzie odpocznie w otoczeniu natury, pozna inspirującą kulturę oraz rozsmakuje się w lokalnych daniach i wyśmienitym winie, a przede wszystkim spotka ludzi o sercach otwartych dla polskich braci, powinien już teraz zacząć planować niezapomnianą i pełną wspaniałych odkryć podróż do niespełna dziesięciomilionowej ojczyzny Węgrów. >>

 

Widok na most Łańcuchowy (Széchenyiego) z balkonu Pałacu Greshama w Budapeszcie

© MAGYAR TURISZTIKAI ÜGYNÖKSÉG

 

Ciepłe relacje między naszymi narodami nie są kwestią jedynie zgodności charakterów. Gdy w 1370 r. w katedrze wawelskiej koronowano na króla Polski władcę Węgier Ludwika I Wielkiego (znanego u nas jako Ludwika Węgierskiego), oba kraje złączone zostały unią personalną. I choć niewiele osób pamięta o tym fakcie, warto mieć świadomość, że losy Węgrów i Polaków przeplatały się w przeszłości wielokrotnie.

Od Budapesztu, jednej z najpiękniejszych stolic świata, której urokiem zachwycają się rzesze turystów, dzieli nas niespełna półtoragodzinny lot z Krakowa lub Warszawy. Czy trzeba lepszego pretekstu, aby zaplanować choćby weekendowy pobyt na gościnnych Węgrzech? Naszą przygodę zacznijmy zatem od samego Budapesztu, którym nie sposób się rozczarować.

 

ZACHWYCAJĄCY BUDAPESZT

Najważniejsze zabytki i atrakcje węgierskiej stolicy, podzielonej Dunajem na górzystą, spokojną Budę i płaski, rozrywkowy Peszt, znajdują się w centrum miasta, zwiedzać warto więc głównie na piechotę, żeby móc dobrze przyjrzeć się zbliżonej do wiedeńskiej architekturze. Na wznoszącą się nad rzeką sylwetkę Budy składa się przede wszystkim rozległe Wzgórze Zamkowe z urokliwymi kamieniczkami starówki, białą Basztą Rybacką (Halászbástya) i Kościołem Macieja (Mátyás-templom), krytym kolorową dachówką, a także Wzgórze Gellérta (Gellérthegy), skąd rozciąga się najpiękniejsza panorama miasta i słynnych mostów. Magicznie oświetlone centrum warto podziwiać również wieczorami, spacerując naddunajskim bulwarem lub delektując się węgierską kolacją przy świecach na pokładzie rejsowego statku.

Szczególne wrażenie po stronie peszteńskiej robi Parlament (Országház), należący do największych na świecie. Jego jasna sylwetka pojawia się na większości zdjęć ze stolicy. Na lewym brzegu Dunaju znajduje się także druga największa na naszym globie i największa w Europie synagoga, a obok niej bije turystyczne i rozrywkowe serce miasta – dzielnica klubów, pubów i restauracji. Trzecia ikona Pesztu to Bazylika św. Stefana (Szent István-bazilika), wyznaczająca maksymalną wysokość budynków w centrum – Budapeszt zaskakuje brakiem drapaczy chmur i uporządkowaną zabudową. Jednak i po stronie peszteńskiej można podziwiać panoramę stolicy, np. z wieży bazyliki, licznych sky-barów czy wagonika BudapestEye.

Peszt słynie też z popularnych ulic. Równoległa do Dunaju Váci (Váci utca) jest ponad kilometrowym, turystycznym deptakiem, kuszącym tysiącami mniej lub bardziej oryginalnych pamiątek i przysmaków. Prawdziwą perełkę stanowi długa aleja Andrássyego (Andrássy út), wiodąca do placu Bohaterów (Hősök tere) i Lasku Miejskiego (Városliget), pełnego atrakcji dla całej rodziny. Do tych dwóch miejsc warto jednak podjechać najstarszym metrem na kontynencie, które zachowało swój urok sprzed ponad 120 lat.

Po intensywnym dniu można odpocząć na Wyspie Małgorzaty (Margitsziget) – to prawdziwa oaza zieleni pośrodku Dunaju, idealna na piknik, z przyciągającą turystów grającą fontanną. Słodkiemu lenistwu oddamy się też w zabytkowych kąpieliskach (Széchenyi gyógyfürdő, Gellért gyógyfürdő, Király gyógyfürdő). Z całą rodziną warto udać się do jednego z największych krytych parków wodnych w Europie, należącego do nowoczesnego kompleksu Aquaworld Resort Budapest, gdzie czeka na nas 19 basenów i 11 zjeżdżalni. Gdy dzieci będą szaleć w wodzie, dorośli mogą skorzystać z luksusowego, trzypoziomowego Oriental Spa. Chwila odpoczynku przyda się z pewnością przed odkrywaniem kolejnych atrakcji Węgier.

 

Pięknie oświetlone Zamek Budański na Wzgórzu Zamkowym i most Łańcuchowy

© MAGYAR TURISZTIKAI ÜGYNÖKSÉG

 

WAKACJE MARZEŃ

Jest coś, czego Węgrzy zazdroszczą Polakom – to dostęp do morza. Nie wiem jednak, czy w referendum nie oddalibyśmy im chłodnego i kapryśnego Bałtyku za największe (ok. 600 km² powierzchni) jezioro Europy Środkowej: ciepły, czysty i szmaragdowy Balaton, cel letnich wycieczek Madziarów, nazywany przez nich samych węgierskim morzem. Gdy w dodatku weźmiemy pod uwagę, że średnia temperatura wody w lecie wynosi w nim 23°C, a pod względem liczby słonecznych godzin ten region nie ustępuje Riwierze Francuskiej, to wakacje na Węgrzech zaczynają plasować się na szczycie podróżniczej listy marzeń. Co więcej, niejednokrotnie znajdziemy w tym rejonie oferty pobytu korzystniejsze cenowo niż w przypadku polskiego wybrzeża czy pojezierzy.

Zróżnicowana głębokość Balatonu sprawia, że panują tu idealne warunki zarówno dla miłośników sportów wodnych, żeglarzy czy wędkarzy, jak i rodzin z dziećmi (w południowej części płycizna sięga nawet 300 m w głąb jeziora). Pomysłów na spędzenie niezapomnianych, spokojnych lub szalonych wakacji w tej okolicy jest tak wiele, że nigdy nie potrafię polecić konkretnej miejscowości. Jezioro okala cały łańcuch miast i miasteczek, w których znajdziemy mnóstwo zróżnicowanych atrakcji, kilka perełek postaram się jednak wyłowić.

Nad Balatonem koniecznie trzeba skosztować miejscowej zupy rybnej (halászlé), bo przepis na ten niekwestionowany symbol madziarskiej kuchni różni się w zależności od regionu. Na deser proponuję zjeść „łabędzia” (hattyú). Pod tą nazwą kryje się rodzaj pączka o kształcie tych powszechnie zdobiących jezioro ptaków, których karmienie staje się niemal codziennym rytuałem dla wielu rodzin podczas długich, relaksujących spacerów.

 

Dzieje neobarokowego pałacu Festeticsów w Keszthely nad Balatonem sięgają 1745 r.

© MAGYAR TURISZTIKAI ÜGYNÖKSÉG

 

MORZE ATRAKCJI

Szczególnie wartym uwagi rejonem w tych stronach jest zachodnia część Balatonu, gdzie znajduje się choćby słynne Keszthely, nierozerwalnie związane z dziedzictwem jednego z najznamienitszych węgierskich rodów arystokratycznych – rodziną Festeticsów. Nieprzypadkowo jego miasto partnerskie stanowi m.in. Łańcut, także słynący z wyjątkowej rezydencji magnackiej i angielskiego parku. Neobarokowy pałac w Keszthely (Festetics-kastély), w którym mieści się dziś muzeum (Helikon Kastélymúzeum) i zachowała się niespotykana w skali kraju biblioteka, to najczęściej odwiedzany tego typu obiekt na Węgrzech. W tutejszym mauzoleum znajdziemy kolejny akcent polski: spoczywają w nim szczątki arystokratki z Polski, Marii von Haugwitz (1900–1972), matki jednego z ostatnich żyjących potomków Festeticsów. W całym mieście i okolicy istnieje niewiele takich zabytków czy miejsc, których powstania nie zainicjowałby słynny magnacki ród. Na terenie pałacowego parku rozpoczyna się również trasa kulturalno-historycznego spaceru, prezentującego losy i spuściznę ośmiu pokoleń rodziny Festeticsów, wiodąca przez Keszthely i nad brzeg Balatonu. W jego trakcie mamy możliwość podążać śladami, jakie zostawili po sobie członkowie rodu, poznać historię ich życia i dowiedzieć się, jak znaczącą rolę odgrywali na Węgrzech. Nie brakuje opowieści o wspaniałych ślubach, znamienitych gościach, wspieraniu nauki czy magnackich rozrywkach.

W Keszthely nie ma czasu na nudę. Po zwiedzeniu pałacu i przygotowanych przez Muzeum Pałacowe Helikon (Helikon Kastélymúzeum) ekspozycji – wystawy powozów (hintókiállítás), wystawy myśliwskiej (vadászati kiállítás) i wystawy historycznych modeli kolejek (történelmi modellvasút kiállítás) – oraz odnowionego zaledwie kilka lat temu historycznego centrum czeka na nas ogrom fascynujących muzeów: Cadillaca (Cadillac Múzeum), Zabawek (Játékmúzeum), Marcepana (Marcipán Múzeum), Tortur (Horrorárium és Kínzó múzeum), Nostalgii i Kiczu (Nosztalgia Múzeum – Látványtár és giccs múzeum), Lalek i Strojów Ludowych (NépviseletesBabamúzeum), Radia i Telewizji (Rádió és Televízió Múzeum). Są tu również panoptika: historyczne i erotyczne oraz wyjątkowa w skali światowej makieta budapeszteńskiego Parlamentu, budowana przez 14 lat z 4,5 mln ślimaczych muszli (Csigaparlament).

W samym Keszthely i jego sąsiedztwie nie tylko przeniesiemy się do przeszłości, ale także wypoczniemy aktywnie na wysokim poziomie. I to dosłownie, bo tutejsze gęsto zalesione pogórze usiane jest licznymi wieżami obserwacyjnymi, z których podziwiać można piękno całej okolicy. Dobrze oznakowane szlaki wiodą od jednego punktu widokowego do drugiego – w trakcie takiej wyprawy koniecznie trzeba wejść na wieżę noszącą znane nam już nazwisko Festeticsów, z której rozpościera się wspaniała panorama balatońskiej zatoki. Warto odszukać również punkt Szép-kilátó. Przymiotnik „piękny” (szép) w swojej nazwie zawdzięcza on rozciągającemu się stąd zachwycającemu widokowi, stanowiącemu natchnienie dla niejednego poety i malarza.

 

WERSJA MINI

Z ogromnym Balatonem sąsiaduje jego miniatura, czyli Mały Balaton (Kis-Balaton), którego obszar w większości został objęty ochroną, głównie ze względu na występujące tu ptactwo. W okolicy jeziora zobaczymy całoroczną stację obrączkowania, ptasią klinikę oraz unikatowe zbiory gniazd i jajek. Ze ścieżek edukacyjnych i punktów widokowych można obserwować nie tylko ptaki, ale też wiele innych gatunków zwierząt, zamieszkujących okoliczne dziewicze lasy.

Mały Balaton nie byłby jednak prawdziwie węgierski, gdyby w jego rejonie nie znajdowały się gorące źródła. W niedalekim miasteczku Zalakaros działa kompleks basenów z wodami termalnymi o wyjątkowym na skalę europejską składzie i właściwościach leczniczych. To znakomite miejsce dla całej rodziny – czekają w nim zarówno atrakcje dla maluchów, jacuzzi dla marzących o relaksie dorosłych, jak i zjeżdżalnie (Magic Tunnel, Rafting-Inga, Ufo, Kamikaze i Turbo), które powinny zadowolić nawet najbardziej wybrednych miłośników wrażeń podnoszących poziom adrenaliny.

 

WIZYTA W JASKINIACH

Na stosunkowo niewielkich Węgrzech istnieje tak dużo możliwości zrelaksowania się w ciepłych bądź zimnych wodach, że jeśli wpiszemy w wyszukiwarkę hasło „Tapolca” i „jaskinie”, to na liście wyników znajdziemy dwa różne miejsca: termalne baseny w grotach w Miszkolcu (Miskolc-Tapolca) oraz nadbalatońskie miasteczko Tapolca, idealne na niezapomniany odpoczynek. W tym drugim można nie tylko skorzystać z kąpieli w gorących źródłach, ale również przeżyć wyjątkową przygodę – wyprawę łódką po podziemnym jeziorze, położonym w rozciągającym się pod miejską zabudową systemie jaskiń. Towarzysząca tej atrakcji wystawa pozwala lepiej poznać tajemnice tego ukrytego świata. Dzień spędzony w Tapolcy warto zwieńczyć lampką regionalnego wina w jednej z piwniczek ulokowanych pod domami w centrum miasta.

 

ZAPACH LAWENDY

Miejscem, gdzie powracam podczas każdej, nawet najkrótszej wycieczki nad Balaton, jest miasteczko Tihany, nieodłącznie związane z dwoma symbolami regionu – górującym nad okolicą opactwem benedyktynów i polami lawendy. Miejscowość zachwyca imponującym widokiem na jezioro, które stąd rzeczywiście wygląda jak morze. Tihany kusi echem odbijającym się od murów klasztoru, wiankami papryczek, oryginalną ceramiką, bogactwem obłędnie pachnących produktów z lawendą i warzonym przez zakonników lawendowym piwem.


RAJ DLA ROWERZYSTÓW

Balaton powinien koniecznie znaleźć się na liście marzeń rowerzystów. Całe jezioro okala świetnie przygotowana i chwalona przez cyklistów trasa, ciągnąca się przez ok. 200 km. Wycieczkę wokół Balatonu można rozszerzyć o wyprawy po okolicznych winnicach (należących m.in. do słynnego obszaru winiarskiego Badacsony, porównywanego przez wielu do Toskanii) i na liczne festiwale.

Dla tych, którzy wolą mniej intensywne przejażdżki, w zachodnim regionie balatońskim przygotowano wyjątkową w skali kraju ofertę. W biurach informacji turystycznej (Tourinform) można wypożyczyć rower, który po zwiedzaniu miasta lub okolicy oddaje się w tym samym lub kolejnym punkcie informacyjnym. Stacje rozmieszczono w atrakcyjnych dla turystów lokalizacjach, punkty serwisowe zorganizowano w przyjaznych cyklistom miejscach, takich jak restauracje czy pensjonaty, stworzono 12 oznaczonych szlaków, udostępniono darmowe mapy i specjalną infolinię telefoniczną, postawiono tablice informacyjne oraz zadbano o schronienie w razie deszczu. Dzięki takim udogodnieniom aż trudno nie skusić się na aktywne spędzanie czasu i odkrywanie nadbalatońskich krajobrazów na dwóch kółkach. Warto więc zostawić samochód i wyruszyć rowerem na wyprawę od plaży do plaży i od muzeum do muzeum, w okolicy wielkiego Balatonu i jego miniatury, Małego Balatonu.

 

WYJĄTKOWA ATRAKCJA

Wspomniana trasa dla rowerzystów zawiedzie nas także do Hévíz, położonego zaledwie kilka kilometrów od wspaniałego Keszthely i również związanego z Festeticsami. Miasteczko słynie jednak przede wszystkim ze stworzonej przez naturę wyjątkowej atrakcji, przyciągającej rocznie milion gości z 42 krajów, czyli największego na świecie dostępnego dla kąpielowiczów naturalnego jeziora termalnego o powierzchni 4,44 ha. Można z niego korzystać o każdej porze roku: zimą temperatura wody wynosi ok. 24°C, a latem dochodzi nawet do 38°C.

Nie wszyscy lubią kąpiel w jeziorze z powodu powolnej wymiany wody. Hévíz to jednak nie dotyczy, ponieważ ciągłe wirowanie w zbiorniku zapewnia całkowitą jej wymianę co 72 godz. Dodatkowo nieustanne wzbijanie się ciepłej wody do góry daje przyjemne uczucie naturalnego masażu. Ze względu na sprzyjającą kąpielom temperaturę jeziora cieszy się ono popularnością przez cały rok. Niektórzy turyści chętniej ściągają tu w chłodniejsze miesiące, gdy kąpielisko spowijają obłoki pary, bo wdychanie unoszącego się nad taflą powietrza wypełnionego mikroelementami ma dobroczynny wpływ na organizm.

 

Hévíz, największe na świecie dostępne dla kąpielowiczów naturalne jezioro termalne

© HÉVÍZI TURISZTIKAI NONPROFIT KFT.

 

BŁOGI WYPOCZYNEK

Nad Hévíz w nie mniejszym stopniu przyciąga jego przepiękne położenie oraz fakt, że lecznicze kąpiele bierze się wśród kwiatów, a dokładniej – indyjskich czerwonych lilii wodnych. Warto jednak pamiętać, że to naturalny zbiornik, którego głębokość sięga 38 m i już nawet 2 m od brzegu woda potrafi nas zakryć po czubek głowy, dlatego ta atrakcja nie jest polecana dla dzieci. Rodzinom tę niedogodność wynagrodzi wizyta w kompleksie spa. Można w nim zrelaksować się w jacuzzi, oddać się w ręce jednego ze 100 masażystów, wyspecjalizowanych w technikach z całego świata, uprawiać sporty wodne czy skorzystać z oferty nowoczesnej strefy wellness, gdzie czekają kriokomory i zabiegi laserowe.

Wybór obiektów hotelowych odpowiednich na dłuższy odpoczynek jest naprawdę szeroki. W bazie noclegowej znajduje się ok. 10 tys. miejsc, które oferowane są zarówno przez pensjonaty, jak i 5-gwiazdkowe hotele. Po uzdrawiających ciało i duszę kąpielach w jeziorze (ze względu na temperaturę wody nie powinny przekraczać półtorej godziny w ciągu dnia) można przedłużyć chwile relaksu muzycznymi seansami w saunie, zajęciami jogi, wizytą w parku linowym, wycieczkami po okolicy (pieszymi, rowerowymi lub segwayem) czy nawet lotami balonem. Idealnym zwieńczeniem dnia będzie z pewnością typowo węgierska atrakcja, czyli degustacja win z całego kraju i samego regionu balatońskiego.

 

WIELOWIEKOWA TRADYCJA

Podczas poznawania uroków okolicy warto zainteresować się początkami uzdrowiska. Swój rozwój zawdzięcza ono hrabiemu Györgyowi Festeticsowi (1755–1819), który w 1795 r. rozpoczął jego budowę w oparciu o kuracyjne właściwości tego miejsca. Kąpielisko stopniowo zdobywało coraz większe uznanie, a wzrostowi popularności towarzyszyło ciągłe poszerzanie i uwspółcześnianie oferty leczniczej i wypoczynkowej, nierozłącznie związanej z największą tutejszą naturalną atrakcją, jaką jest jezioro termalne. Dziś Hévíz to współczesny, komfortowy kurort, w którym gdzieniegdzie znajdziemy jeszcze pamiątki z przeszłości. Niezmienna pozostała choćby część elementów architektonicznych uzdrowiska, jak strzegące wejścia dwa gryfy, wykonane na zlecenie rodziny Festeticsów. Jak głosi legenda, rzeźby przemówią, jeśli pomiędzy nimi przejdzie ktoś, kto nie przeżył miłosnej przygody podczas pobytu w tej miejscowości – to jednak, zdaniem miejscowych, nigdy jeszcze się nie zdarzyło.

 

CUDOWNA MOC

Z jeziorem związanych jest też kilka innych legend i podań o cudownych właściwościach lokalnych wód. Jedna z nich, pochodząca jeszcze z czasów rzymskich, głosi, że dające początek Hévíz źródło wytrysnęło dzięki modlitwie pewnej chrześcijanki, piastunki sparaliżowanego dziecka. Lecznicze wody uzdrowiły chłopca – był nim sam Teodozjusz I Wielki (347–395), ostatni władca wschodniej i zachodniej części cesarstwa rzymskiego, który uczynił chrześcijaństwo religią państwową. Wiele innych podań, zarówno z czasów starożytnych, jak i średniowiecznych, przywołuje kolejne przykłady uzdrawiających i odmładzających mocy jeziora. Nieustannie narzekająca na reumatyzm żona rzymskiego skryby Dubiusa pozbyła się nie tylko tej dolegliwości, ale i innych oznak upływającego czasu dzięki kąpieli w Hévíz, do której namówił ją mąż, obserwujący wcześniej na spacerach, jak okoliczne zwierzęta leczą obolałe kończyny w charakterystycznie pachnącej wodzie. Kilkanaście wieków później zastępca kapitana na zamku Pápa usłyszał od Cyganki, że bitwę z Turkami wygra tylko wtedy, jeśli uprzednio wykąpie się w niezwykłym jeziorze. Péter Huszár poszedł za radą kobiety i rzeczywiście pokonał niełatwego przeciwnika. Cudowne właściwości tutejszych wód uratowały też małżeństwo sparaliżowanej od pasa w dół Kláry Pethő i Sándora Reziego. Im również z pomocą przyszła pewna Cyganka, doradzając młodej mężatce częste kąpiele w jeziorze, dzięki którym dziewczyna całkowicie ozdrowiała.

RELAKS W TERMACH

Nieustającą popularnością wśród Polaków cieszy się od wielu lat słynne uzdrowisko Hajdúszoboszló. Ja jednak uważam, że warto wciąż odkrywać inne, nie mniej atrakcyjne węgierskie kurorty, takie jak choćby drugi największy w kraju kompleks basenów termalnych w miejscowości Bük. Jeśli ktoś chce z kolei połączyć odpoczynek w gorących źródłach, korzystanie z leczniczego wpływu uzyskanych z nich kryształków i zabawę w parku wodnym ze zwiedzaniem świetnie zachowanego średniowiecznego zamku, powinien koniecznie odwiedzić Sárvár.

 

TO NIE WSZYSTKO

Po spędzeniu kilku dni na podziwianiu zabytków stolicy i odwiedzinach w mniejszych miastach, relaksie w łaźniach termalnych i wypłynięciu na wody węgierskiego morza wydawać by się mogło, że poznaliśmy Węgry już dość dobrze. Nic bardziej mylnego – te doświadczenia odsłaniają zaledwie ułamek bogactwa, jakim wita nas kraj bratanków. Przyjrzyjmy się więc jeszcze kilku atrakcjom, choć zapewniam, że do ojczyzny Madziarów można powracać wiele razy i podczas każdej wizyty odkrywać kolejne powody do zachwytu i ponownego przyjazdu.

 

NIEZAPOMNIANE SMAKI

Magiczną siłę przyciągania ma w sobie chociażby węgierska kuchnia – nielekka, to prawda, bo wykorzystująca smalec i pełnotłustą śmietanę, za to pełna aromatycznej, słodkiej czerwonej papryki (pikantną każdy dodaje według swojego gustu) i dojrzewających w słońcu warzyw, najczęściej duszonych lub gotowanych, stawiająca na sycące potrawy i pyszne desery. Tradycyjna zupa gulaszowa (gulyásleves), pörkölt (nazywany w Polsce gulaszem) oraz dobrze nam znane leczo (lecsó) to zaledwie początek listy dań, których koniecznie trzeba spróbować. Nie należy jednak szukać tutaj placka po węgiersku, bo to nasz rodzimy wymysł – jeśli chcemy chwycić na szybko coś treściwego, powinniśmy sięgnąć po madziarski fast food, czyli langosza (lángos). Smakowity węgierski obiad warto zakończyć słodkimi naleśnikami à la Gundel, purée z kasztanów lub tortem Dobosa, a jeśli je się w biegu, można kupić kurtoszkołacza (kürtőskalács) – kominowe ciasto obtoczone w różnych posypkach.

 

WINO KRÓLÓW

Na liście największych skarbów Madziarów bogactwo kulinarnych tradycji ustępuje pierwszeństwa jedynie mnogości wspaniałych win, wytwarzanych z miłością w 22 regionach winiarskich dzięki sprzyjającemu klimatowi, odpowiednim glebom i dużemu nasłonecznieniu. Każdy z łatwością odnajdzie na Węgrzech swój ulubiony trunek, jednak prawdziwą perłą w koronie jest tokaj aszú (tokaji aszú). Jeżeli ktoś gustuje w mocnych alkoholach, powinien spróbować węgierskiej wódki na owocach – palinki – oraz Unicum, gorzkiego likieru ziołowego o magicznej mocy, który można pić i jako aperitif, i jako lekarstwo, gdy zje się zbyt wiele dokładek madziarskich przysmaków.

 

FASCYNUJĄCY BEZKRES

Wytrawny podróżnik sprytnie połączy rozsmakowywanie się w lokalnej kuchni z poznawaniem kolejnych atrakcji Węgier. W jego planach znajdzie się więc prawdopodobnie wycieczka do największego (zajmującego powierzchnię 82 tys. ha) i najstarszego w kraju (założonego w 1973 r.) Parku Narodowego Hortobágy (Hortobágyi Nemzeti Park). Można w nim podziwiać bezkresną równinę, zwaną pusztą, i przenieść się w czasie dzięki kultywowanym tu zwyczajom węgierskich pasterzy. Kto zawita do tej krainy, spotka madziarskich kowbojów, da się omamić fatamorganie, będzie miał szansę obserwować mnóstwo gatunków ptaków i zobaczy słynne węgierskie zwierzęta hodowlane, m.in. bydło węgierskie szare (magyar szürkemarha), długowłose świnie – mangalice – czy znane na całym świecie rasy psów, spośród których serca Polaków niejednokrotnie już podbił puli, czyli pokryty dredami pies mop.

 

MIASTA I GÓRY

Z regionu Hortobágy w kilka chwil można dotrzeć do Debreczyna (Debrecen), drugiego największego miasta Węgier, które już na początku zaskoczy nas niewielką liczbą mieszkańców (nieco ponad 200 tys.) w porównaniu do stolicy (niemal 2 mln ludzi). Kolejny urok tego kraju polega właśnie na tym, że znajduje się w nim dużo niewielkich miast i miasteczek. Segedyn (Szeged), Pecz (Pécs), Székesfehérvár, Veszprém, Eger, Vác, Szentendre czy Ostrzyhom (Esztergom) to tylko kilka miejsc idealnych dla tych, którzy cenią połączenie bogatej historii i spokojnej atmosfery niezatłoczonych miejscowości.

Jeśli jednak po płaskim i nizinnym krajobrazie puszty będziemy mieli ochotę na pewną odmianę, zawsze możemy wybrać się na wycieczkę do Wyszehradu (Visegrád). Z murów tutejszego zamku, który odegrał znaczącą rolę w dziejach Polski i Węgier, rozpościera się przepiękna panorama Zakola Dunaju (Dunakanyar). Ciekawą propozycją jest też trekking po paśmie Mátra lub Górach Bukowych. Choć nie są tak wysokie jak polskie (najwyższy szczyt Węgier – Kékes – wznosi się na 1014 m n.p.m.), potrafią zachwycić niejednego miłośnika górskich wędrówek.

 

NA POŻEGNANIE

Do domu warto zabrać ze sobą z Węgier takie przysmaki i pamiątki, które już za chwilę skłonią nas do planowania kolejnej wizyty w kraju Madziarów. Aromatyczne salami, butelka wspaniałego i niedrogiego wina, łagodna lub pikantna, ale zawsze soczyście czerwona papryka, fantazyjne marcepany, przepiękna porcelana z Herend, słynne na cały świat hafty z naddunajskiej Kalocsy czy bogracz (bogrács), kociołek do powieszenia nad ogniskiem, sprawią, że powracanie w te strony stanie się uzależnieniem i największą przyjemnością. Dlaczego jestem tego tak pewna? Bo moja miłość do węgierskiej kultury, kuchni i krajobrazów pozostaje głęboka i niezmienna od kilkunastu lat, a i tak każdego dnia przekonuję się, jak wiele mam jeszcze do odkrycia.

 

Wydanie Lato 2018