10a_1.jpg

Grupa dzieci z przedmieść Masaki

©MARTA RZESZUT

MARTA RZESZUT

 

Podróżujący po Ugandzie Winston Churchill nazwał ją „Perłą Afryki”. Użył tego wyrażenia nie bez przyczyny. Ten kraj może pochwalić się bogatą przyrodą, soczyście zielonymi lasami, przyjaznymi mieszkańcami i… najsmaczniejszymi ananasami na świecie. Tutaj naprawdę poczujemy, czym jest Czarny Ląd.


Uganda ma powierzchnię ponad 240 tys. km², co odpowiada ok. 75 proc. terytorium Polski. Leży w Afryce Wschodniej, nie posiada dostępu do oceanu, a jej obszar przecina linia równika. Południowo-wschodni kraniec kraju zajmuje potężne Jezioro Wiktorii, gdzie znajduje się źródło Nilu (Nilu Białego, Nilu Wiktorii). Ekscytujący rafting po najdłuższej afrykańskiej rzece, safari przy malowniczych wodospadach, spotkanie z majestatycznymi gorylami górskimi – to tylko niektóre z wielkich atrakcji, czekających tu na podróżników.

Zawsze chciałam wyjechać na wolontariat, a że należę do osób realizujących swoje marzenia, znalazłam studencką organizację, dzięki której stało się to możliwe. Cel wyprawy wybrałam spontanicznie. Skusił mnie projekt – praca z dziećmi w szkole na przedmieściach niedużego miasta. W trakcie weekendów i popołudniami razem z moimi nowymi znajomymi z całego świata, również wolontariuszami, organizowaliśmy większe i mniejsze wycieczki po Ugandzie, kraju do tej pory zupełnie mi nieznanym.

Początek fascynacji

Picture_304.jpg

Park Narodowy Wodospadów Murchisona ma powierzchnię aż 3840 km

©UGANDA TOURISM BOARD



Najbardziej upodobałam sobie okolice ponad 100-tysięcznego miasta Masaka, w którym mieszkałam. Leży ono w Regionie Centralnym, na zachód od Jeziora Wiktorii. Pobliskie wzgórza są łagodne i przypominają mniej zaludnione Beskidy. Największą radość sprawiała mi praca w tutejszej szkole. Uczą się w niej dzieci w wieku od 3 do 6 lat – placówka jest odpowiednikiem polskiego przedszkola. Podopieczni jednak więcej czasu spędzają w ławkach, przy nauce angielskiego, czytania, pisania i liczenia, niż na zabawie. Dzięki nauczycielkom i właścicielkom tego miejsca mogłam poznać prawdziwe życie przeciętnego Ugandyjczyka. Zapraszano mnie na rodzinne posiłki, w odwiedziny do domów uczniów, a także odpowiadano na mnóstwo moich pytań dotyczących historii Ugandy i jej codziennej rzeczywistości. Po kilku tygodniach mieszkańcy zaczęli traktować mnie już niemal jak swoją. Przestałam być mzungu, co w języku suahili znaczy „obcy”, „biały”, a stałam się po prostu Martą, a nawet auntie Marta – „ciocią Martą” (określenia auntie, czyli „ciocia”, dzieci używają w stosunku do członków dalszej rodziny).

Żywiłam się tam, gdzie miejscowi. Uważam, że zaznajomienie się z lokalnymi potrawami stanowi środek do zrozumienia danej kultury, a wspólne posiłki pomagają w porozumiewaniu się. Kuchnia Ugandy jest prosta, lecz smaczna. W regionie, w którym mieszkałam, czyli w południowej części kraju, jada się głównie matoke – masę przypominającą tłuczone ziemniaki, ale bardziej zbitą i odrobinę słodszą. Wytwarza się ją z jednego z gatunków bananów i serwuje w liściach bananowca, najczęściej z sosem z orzeszków ziemnych o różowawym zabarwieniu. Na straganach, rozkładanych od późnego ranka do nocy (która zapada szybko, bowiem już o godz. 19.00 robi się ciemno) można również kupić frytki ze słodkich ziemniaków (batatów) oraz rolexa – słowo pochodzi od angielskiego wyrażenia rolled eggs (roll of eggs) – naleśnika z pomidorem i cebulą. Wszystko serwuje się w plastikowych reklamówkach. Ponieważ w Masace i innych miastach niż stolicy bardzo trudno dostać czekoladę bądź batonika, jako czekoladoholiczka musiałam znaleźć sobie jakiś substytut tej słodkości. Na szczęście w jednym z niewielkich sklepików sprzedawano kabalagalę domowej produkcji – smażone w głębokim tłuszczu małe słodkie placki, wyrabiane z kassawy, czyli mąki zrobionej z jadalnego manioku, oraz bardzo dojrzałych bananów. Do tego brałam świeży sok z ananasów i marakui albo jogurt truskawkowy (obowiązkowo pite przez rurkę wbitą w jednorazówkę) i byłam najszczęśliwsza na ziemi. Same ananasy w Ugandzie, pochodzące prosto z pola, krojone i obierane przy taczce, z której są sprzedawane, pakowane do, jakżeby inaczej, plastikowej reklamówki, uchodzą za najsmaczniejsze na świecie. Dzienny koszt takiego wyżywienia zamykał się w kwocie maksymalnie 20 zł.

Gorillas.jpg

Podziwianie z bliska goryli górskich

©LOVE UGANDA SAFARIS



Zakupy w Kampali

Niemal każdego weekendu lądowałam w ugandyjskiej stolicy Kampali, bo stanowiła ona dla nas bazę wypadową wszystkich wycieczek. Jeśli musieliśmy spędzić noc w tym ponad 2-milionowym mieście, zatrzymywaliśmy się w domu należącym do AIESEC – organizacji, z którą wyjechałam do Afryki – w bardzo biednej i oddalonej od centrum dzielnicy Bandzie. Jak w każdych prawdziwych slumsach, znajdują się tutaj tory kolejowe, biega mnóstwo dzieciaków, włóczą się kozy i kury, stoją sklepiki zrobione z niczego, a na swojej trasie trzeba uważać na dziury w ziemi o paru metrach głębokości. Mimo tego nigdy nie czułam się w tym rejonie zagrożona. Może dlatego, że nasz budynek był jedynym ogrodzonym murem z drutem kolczastym...?

W pamięć zapadł mi najbardziej jeden obrazek z Kampali. Ja i moi znajomi wysiadamy z matatu (małego białego busa służącego jako publiczny środek transportu miejskiego i krajowego), który podwoził nas z centrum do Bandy, i musimy przejść kawałek wzdłuż głównej drogi, aby dostać się do domu. Jest już ciemno, po jednej stronie ulicy działa jeszcze coś w rodzaju targowiska – kobiety pilnują ułożonych na liściach bananowca bądź na stole skleconym z byle czego albo bezpośrednio na czerwonej ziemi towarów do sprzedaży, głównie owoców i warzyw. Zmrok zapadł, ale one nadal tam siedzą przy zapalonych świeczkach. Z góry oświetla je księżyc, z oddali bije blask neonów, ich twarze drgają od migoczących płomieni. W wieczornej ciszy niesie się gwar rozmów. Ta scena wydała mi się zupełnie nierealna i magiczna.

Stolica Ugandy oferuje kilka turystycznych atrakcji, m.in. największy meczet w Afryce Wschodniej – Meczet Narodowy Ugandy (dawniej Meczet Narodowy Muammara Kaddafiego), oddany do użytku w 2007 r. Świątynia może pomieścić nawet 15 tys. wiernych i robi imponujące wrażenie. Z tarasu roztacza się piękna panorama miasta. Dopiero z tej perspektywy widać, jak zielona jest Kampala. Warto zostać tu do zachodu słońca, aby cieszyć się niesamowitym widokiem.

Oprócz przejażdżki matatu, podczas której z pewnością ściągniemy na siebie zainteresowanie Ugandyjczyków, a kierowca posadzi nas na przedniej kanapie obok siebie, abyśmy z trwogą mogli obserwować jego wariacką jazdę i niedziałające liczniki, polecam skorzystać też z boda-boda. To specyficzna szybka taksówka motocykl (bądź rower). Kosztuje trochę więcej od autobusu, ale podwozi klienta pod same drzwi i zapewnia niezapomniane wrażenia! Jako pasażer jednośladu kluczy się między innymi uczestnikami ruchu i na milimetry od kolan mija samochody i matatu. Kierowca jedzie po chodniku, żeby było szybciej, i niezbyt go obchodzi, czy pali się czerwone, czy zielone światło. Na boda-boda mieści się do 4 osób i nieskończona ilość bagażu. Kampala leży na licznych wzgórzach, więc droga to wznosi się, to opada, przez co taka przejażdżka zyskuje jeszcze na atrakcyjności.

W ugandyjskiej stolicy zrobimy również wspaniałe (i tanie!) zakupy. Razem z dziewczynami kilka razy wybrałyśmy się na polowanie na sukienki. Polecam do tego celu okolice głównego dworca autobusowego. Zdecydowanie warto także udać się z wizytą do jednego z lokalnych krawców. Ja skorzystałam z takiej sposobności w Masace. Z przepięknych materiałów w afrykańskie wzory uszyłam sobie 3 pary spodni. Wciąż je posiadam, noszą się świetnie, a jedne kosztowały niewiele ponad 30 zł. Mają co prawda nieco niedociągnięć – jedna nogawka jest węższa od drugiej i są trochę przykrótkie, ale za to niepowtarzalne i najlepsze! To świetna pamiątka z Ugandy. W poszukiwaniu klasycznych upominków, takich jak biżuteria, figurki, bębny, ozdoby, skórzane buty, koszulki czy pocztówki, najlepiej zajrzeć na jeden z kilku tutejszych bazarów tzw. craft markets, które, mimo iż nastawione na turystów, oferują mnóstwo lokalnych ugandyjskich towarów w miarę przystępnych cenach. Nie należy jednak kupować niczego z rogów nosorożca lub kości słoniowej – w całej Afryce walczy się z kłusownictwem i nielegalnym handlem tymi materiałami. Nie wspierajmy więc tego okrutnego procederu.

Pierwsze w życiu safari

Wyruszyliśmy z Kampali z samego rana, a do Parku Narodowego Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park), położonego w północno-zachodniej Ugandzie, dotarliśmy późnym popołudniem. To była długa i męcząca trasa. Gdy tylko wjechaliśmy na teren chroniony... otoczyła nas gęsta puszcza niczym z filmów! Wydawało się, że zaraz przetną nam drogę Tarzan i Jane uczepieni długiej liany. Już wtedy zobaczyliśmy pierwsze pawiany, a dalej na poboczu guźce taplające się w błocie. Nasze miejsce noclegowe nie prezentowało się szczególnie atrakcyjnie. Składała się na nie mała chatka z zimną wodą w brudnej łazience, ale łóżka były czyste i osłonięte moskitierami, więc nie mieliśmy na co narzekać.

Na początek postanowiliśmy obejrzeć Wodospady Murchisona z góry. Chcieliśmy przyjrzeć się spienionym i huczącym kaskadom, zostawiającym drobne kropelki na skórze i włosach. Następnego dnia o poranku przywitały nas małpy siedzące pod domem i czekające na coś do jedzenia. Nad Nilem Wiktorii (Nilem Białym), przez który musieliśmy się przeprawić, zastał nas wschód słońca. Na safari ruszyliśmy małym terenowym samochodem. Roztaczająca się przed nami sawanna sprawiała wrażenie bezkresnej, a jedyne, czego brakowało w tym krajobrazie, to Lwia Skała z filmu animowanego Król Lew. Rano było rześko i przyjemnie, ale potem zrobiło się niesamowicie gorąco, dlatego gdy siedzieliśmy na dachu auta potrzebowaliśmy nakryć głowy, bez nich dostalibyśmy udaru. Wypatrywaliśmy pierwszych zwierząt i po chwili... ujrzeliśmy mnóstwo słoni oraz antylopy i żyrafy. Najwięcej emocji wzbudziły jednak dwa lwy, w tym samiec bez jednej łapy. Jak nam powiedział przewodnik, jego stado się nim opiekuje i tylko dlatego jeszcze żyje. Oba majestatycznie przecięły drogę dla samochodów, aby po chwili zniknąć w kolczastym buszu. Potem nastąpił krótki postój przy jednej z odnóg Jeziora Alberta, gdzie hipopotamy wystawiały z wody swoje wielkie cielska. Po drugiej stronie zbiornika majaczyło terytorium Demokratycznej Republiki Konga. Widzieliśmy sporo antylop i innych kopytnych, a także resztki jakiegoś posiłku w postaci porozrzucanych kości oraz dużo ptaków. Podziwialiśmy też afrykańskie drzewa. Wokół nas pachniało pięknie gorącą ziemią, nieznanymi roślinami i dziką zwierzyną.

Po południu wsiedliśmy na małą łódkę, żeby podpłynąć do Wodospadów Murchisona od dołu i zobaczyć stworzenia żyjące w Nilu Wiktorii. Natrafiliśmy na mnóstwo hipopotamów, które coraz częściej uznaje się za drugie, nie pierwsze, na liście najgroźniejszych zwierząt w Afryce, zaraz po komarach. Te wielkie ssaki tratują każdego, kto nieproszony wejdzie na ich teren. Udało się nam również dostrzec krokodyla, a kaskady widziane z dołu prezentowały się groźnie i dostojnie. Na kolację zawieziono nas na sawannę do małej chatki bez prądu, w której dostaliśmy ugandyjski posiłek (ryż, słodkie ziemniaki, fasolkę i owoce na deser). Rolę muzyki odgrywały głośne cykanie świerszczy i dolatujące z daleka echo tam-tamów. Ziemię spowiła gęsta ciemność, choć gwiazdy świeciły jasno. Panował niezwykły i niezapomniany nastrój.

Oczywiście, słyszałam, że za najlepsze uznaje się safari w Kenii czy Tanzanii, a to ze względu na niezmierne bogactwo występującej tam fauny i flory. Można podczas niego spotkać stada zebr, bawołów, polującego geparda, wyciągniętego na gałęzi drzewa lamparta i wiele innych ciekawych stworzeń. Jednak swoją pierwszą tego typu wyprawę, którą odbyłam akurat w Parku Narodowym Wodospadów Murchisona, uważam za doskonałą i świetnie zorganizowaną. Mimo iż taka przyjemność dość dużo kosztuje, w czasie wizyty w Czarnej Afryce warto choć raz skorzystać z okazji, aby odwiedzić sawannę i poobserwować dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku.

Rafting W UGANDZIE

Do miasta Jinja, w okolicach którego zaczynał się rafting, dojechaliśmy późnym rankiem. Dostaliśmy skromny, ale smaczny poczęstunek – jajka oraz banany. Polecono nam ubrać się w kapoki, założyć kaski, wziąć wiosła i udać się na brzeg Nilu Wiktorii, żeby wsiąść do przygotowanych pontonów. Na spokojnej części rzeki odbyło się szkolenie. Poinstruowano nas, jak mamy wiosłować, zachowywać się na miniwodospadach, wydostawać się spod płynącej łódki, gdy obróci się do góry dnem, i jak podnosić stopy, kiedy wypadniemy do wody, aby nie zranić się o ostre kamienie. Wyjaśniono nam także, w jaki sposób nasi ugandyjscy opiekunowie, krążący dookoła każdego pontonu w małych kajakach, będą nas łapać i holować z powrotem, jeśli przewrócimy się na fali.

Z początku spokojny nurt nie zapowiadał nadchodzącego wodospadu, na którym, oczywiście, się wywróciliśmy. W takim momencie zupełnie traci się orientację i nie wie się, co się dzieje – woda wdziera się do gardła i oczu, a człowiek jedynie usilnie próbuje nie zgubić swojego wiosła. Po tym przeżyciu stwierdziłam, że ta rozrywka nie jest dla mnie, a zwiększona dzięki niej ilość adrenaliny wystarczy mi na całe życie. Niestety, przed nami znajdowało się jeszcze kilka wodospadów, ale wytrwaliśmy! Najlepiej wspominam te momenty, kiedy spokojna rzeka pozwalała nam wylegiwać się i rozmawiać albo wskakiwać do wody i dryfować leniwie w kapokach. Gdy nadeszła przerwa na lunch, rzuciliśmy się na jedzenie. Wydawało nam się przepyszne, ale jak naprawdę smakowało, nie wiem. Byliśmy tak głodni, że chcieliśmy tylko siedzieć na trawie z pełnymi talerzami. Wieczorem wylądowaliśmy na kempingu. Czekały na nas wysokie czteropiętrowe łóżka, gorąca kąpiel, piękny taras ze wspaniałym widokiem na szumiący Nil, dobry posiłek i mnóstwo ciekawych ludzi, z którymi prowadziliśmy potem długie dyskusje o życiu.

Rafting to atrakcja dla miłośników mocnych wrażeń. Jeśli komuś będzie mało emocji, niedaleko naszego obozowiska można również skończyć na bungee nad rzeką. Niestety, odkryliśmy także minusy ekscytującej pontonowej wyprawy – prawie wszyscy złapaliśmy porządną grypę żołądkową. Trudno się jednak temu dziwić po wypiciu tak dużej ilości nilowej wody. Poza tym chmary komarów, licznych zapewne z powodu bliskości rozlewisk, bardzo utrudniały życie po zachodzie słońca.

Jeszcze więcej wrażeń

W Ugandzie znajduje się największe w Afryce Jezioro Wiktorii. Warto wybrać się np. na położone na nim wyspy Ssese (łącznie aż 84) – świetne miejsce do odpoczynku w malowniczej scenerii. Jedyną wadę takiej wycieczki stanowi zakaz kąpieli ze względu na pasożyty występujące w wodzie. Na innej wyspie, zwanej Ngamba, przyjrzymy się z bliska szympansom w Sanktuarium Szympansów Wyspy Ngamba (Ngamba Island Chimpanzee Sanctuary) utworzonym w 1998 r. przy współpracy krajowych i międzynarodowych organizacji. Ośrodek można odwiedzić na jeden dzień lub zostać w nim nawet kilka tygodni, ponieważ oferuje on też pobyt na wolontariacie.

Kolejną niesamowitą atrakcją tego kraju jest spotkanie z największymi małpami człekokształtnymi, czyli gorylami górskimi, w ich naturalnym środowisku. Taką szansę stwarzają również Demokratyczna Republika Konga i Rwanda, ale ze względu na toczące się na ich obszarze jeszcze nie tak dawno krwawe konflikty zbrojne turyści nie pojawiają się w nich często. W Ugandzie te imponujące stworzenia mieszkają w jej południowo-zachodniej części w Parku Narodowym Goryli Mgahinga (Mgahinga Gorilla National Park) oraz Nieprzeniknionym Lesie Bwindi, jednym z najbogatszych ekosystemów w Afryce, objętym w większości ochroną Nieprzeniknionego Parku Narodowego Bwindi (Bwindi Impenetrable National Park). Wycieczka do tego regionu kraju stanowi dość spory wydatek, bo samo pozwolenie na wejście na terytorium goryli kosztuje 600 dolarów amerykańskich od osoby (jedynie w tzw. niskim sezonie, który przypada na kwiecień i maj, obowiązuje cena promocyjna – 350 dolarów), a do tego trzeba jeszcze doliczyć opłaty za przewodnika, samochód i wyżywienie. Jednak obserwowanie tych wielkich małp na wolności to przeżycie warte każdych pieniędzy.

Na granicy z Demokratyczną Republiką Konga leży masyw Rwenzori nazywany Górami Księżycowymi ze względu na swój nietypowy krajobraz i przekonanie, że to właśnie jego oznaczył na swojej mapie grecki uczony z II w. n.e. Klaudiusz Ptolemeusz pod nazwą Lunae Montes (z łac. Góry Księżycowe). Oprócz nich w Ugandzie jest jeszcze mnóstwo do zobaczenia, w tym niezliczone jeziora (m.in. Kioga czy Mburo), 10 parków narodowych (np. Kibale i Królowej Elżbiety – Queen Elizabeth), groby królów ugandyjskich (Grobowce Kasubi w Kampali), bujna przyroda i małe wioski, w których czas płynie inaczej niż w naszym świecie. Na swojej drodze spotkamy tu na dodatek niezmiernie gościnnych i otwartych ludzi.

Zostawić serce w Afryce

snow_at_Rwenzori.jpg

Najwyższa w masywie Rwenzori Góra Stanleya (5109 m n.p.m.)

©UGANDA TOURISM BOARD



Wyjazd do tego kraju okazał się największą przygodą mojego życia, niezwykłym przeżyciem, które wiele mnie nauczyło. Przewartościował moje spojrzenie na świat, zmienił myślenie o podstawowych sprawach. Zdefiniował mnie. Codziennie cieszę się z drobnostek, takich jak piękny wschód słońca, smaczne śniadanie i uśmiech narzeczonego. Afryka ciągle śni mi się po nocach – czerwona ziemia, twarze ludzi, smaki, zapachy. Wracam do tego wciąż na nowo. Przeglądam zdjęcia. Czytam. Opowiadam sobie i innym. Nie wiem, czy to tęsknota konkretnie za Ugandą i Afryką, czy też może za byciem w drodze, nowością, innością, podróżą, żywiołem, odkrywaniem. Udało mi się tam przekroczyć magiczną barierę – nie byłam już mzungu, tylko Martą albo nawet „ciocią Martą” dla dzieci. Zapraszano mnie do wspólnego stołu, gościłam w miejscowych domach. Zostawiłam w Ugandzie kawałek siebie, a tę pustą przestrzeń w sobie nią wypełniłam. Z pewnością kiedyś wrócę w te fascynujące strony. Muszę się przekonać, czy znów Afryka Wschodnia przyjmie mnie jak swoją, jak znajomego. Czy ponownie będzie przyjazna i wcale niegroźna. Czy kolejny raz mnie czegoś nauczy. Pokaże się z piękniejszego profilu. Uganda, Czarny Ląd… Tęsknię. Wrócę, wiem to na pewno, gdyż zakochałam się w najprawdziwszej „Perle Afryki”.

Informacje praktyczne

Najlepszy sezon

Do Ugandy można się wybrać o dowolnej porze roku. Natomiast na trekking w masywie Rwenzori najlepszymi miesiącami będą styczeń i luty.

Klimat

Kraj leży w strefie klimatu podrównikowego wilgotnego. Temperatury w regionach centralnych i południowych wynoszą 25–30°C w dzień, wieczory są chłodniejsze.

Potrzebne rzeczy

Na wyprawę do tej części Afryki warto zabrać lekkie i wygodne ubrania i buty (nie poleca się nosić rzeczy, które sugerowałyby, że jesteśmy zamożni), a także repelent na komary z rejonów tropikalnych oraz dolary amerykańskie wydrukowane po 2000 r.

Środki ostrożności

W dużych miastach i środkach transportu publicznego trzeba uważać na kradzieże. Należy też mieć świadomość, że białym Europejczykom miejscowi podają często wyższe ceny za towary i usługi.

Dla kogo

Uganda to idealny cel podróży dla miłośników przyrody, amatorów nieutartych szlaków i osób lubiących przygody i nowe doznania. To również kraj dla ludzi otwartych i takich, którzy potrafią cierpliwie czekać.

Wyżywienie

Na posiłki warto udawać się do małych jadłodajni i na lokalne stragany. Najprostsze jedzenie jest zazwyczaj najświeższe i najsmaczniejsze. W ten sposób ma się też szansę poznać prawdziwą ugandyjską kuchnię.

Zakwaterowanie

W Ugandzie znajdziemy duży wybór hoteli, lodży, kempingów i hosteli o różnym standardzie i szerokim zakresie cenowym. Wskazówki dotyczące noclegów z przewodników Lonely Planet i innych wydawnictw są na ogół dość trafne.


Podróżowanie


Jeśli mamy więcej czasu, powinniśmy choć raz skorzystać z lokalnego środka transportu. Jeżeli natomiast nasz grafik jest dość napięty, wynajmijmy samochód terenowy z kierowcą przewodnikiem.

Artykuły wybrane losowo

Toskania – serce Włoch

APOLONIA FILONIK

<< Toskania jest jednym z najchętniej odwiedzanych przez turystów regionów Włoch. Nie należy się temu dziwić – wszak znajdziemy w niej wspaniałe zbiory sztuki renesansowej, urokliwe, średniowieczne miasteczka, zachwycające krajobrazy i wyborne wino. Każdy powinien więc być zadowolony z wizyty tutaj. Toskania to także serce kultury Italii – stąd pochodzili Dante Alighieri, Francesco Petrarca i Giovanni Boccaccio, ojcowie języka włoskiego, który wywodzi się z dialektu właśnie tego regionu. >>

Podczas planowania wycieczki po tej przepięknej części Włoch nierzadko musimy wybierać między największymi turystycznymi atrakcjami a mniej oczywistymi miejscami. Podjęcie odpowiedniej decyzji bywa w takiej sytuacji trudne. W tym krótkim artykule postaram się to jednak ułatwić, bo każda podróż do Toskanii powinna być niezapomnianym przeżyciem.

 

Florencka Katedra Matki Boskiej Kwietnej z największą ceglaną kopułą na świecie

© KavalenkavaVol ha/iSto ck/Getty Imag es

 

Na początek przyjrzymy się kontynentalnej części regionu, najbardziej wyczerpująco opisywanej w przewodnikach turystycznych. Tu z pewnością choć raz trzeba odwiedzić toskańską stolicę, Florencję. Warto też poznać inne, większe i mniejsze miasta, w których na każdym kroku można się przekonać, że Włochy to kolebka sztuki europejskiej. Toskania ma również swoje wyspiarskie oblicze. Należy do niej zachwycający archipelag Wysp Toskańskich.

 

Kolacja na sielskiej toskańskiej prowincji

©SolStock/E+/Getty Imag es

 

PRAWDZIWE ARCYDZIEŁO

Florencja to raj dla turystów zafascynowanych włoską sztuką. Miasto oblegają przyjezdni z całego świata, więc nie ma w nim co liczyć na chwilę spokoju i samotności. Należy być gotowym na stanie w kolejkach, zrobić wcześniej rezerwację biletów i niestety poddać się nurtowi zwiedzających w muzeach i galeriach. Jednak to, co można zobaczyć i przeżyć w stolicy Toskanii, jest warte tych poświęceń. Florencja stanowi prawdziwe dzieło sztuki – na każdym kroku napotkamy w niej arcydzieła architektury, rzeźby lub malarstwa autorstwa najwybitniejszych mistrzów w historii.

Za najbardziej ikoniczną florencką budowlę uchodzi – oczywiście – Katedra Matki Boskiej Kwietnej (Cattedrale di Santa Maria del Fiore), której zjawiskowa kopuła góruje nad dachami miasta. Świątynia jest szczególnie atrakcyjna z zewnątrz (rzeźby z niej można zobaczyć w Museo dell’Opera del Duomo) i żeby podziwiać jej majestatyczne piękno, warto wspiąć się po 414 schodach na blisko 85-metrową Dzwonnicę Giotta (Campanile di Giotto). Do kompleksu sakralnego należy również baptysterium (Battistero di San Giovanni), do którego prowadzą słynne drzwi z początku XV w., projektu Lorenza Ghibertiego.

Podczas jednej podróży do Florencji nie sposób zwiedzić wszystkiego, ale dobrze orientować się, co nas czeka w poszczególnych galeriach i muzeach. Na pierwszym miejscu wśród tych placówek znajduje się Galeria Uffizi (Galleria degli Uffizi) – świątynia renesansowego malarstwa włoskiego. Najczęściej kojarzony z nią obraz Narodziny Wenus Sandra Botticellego to tylko jedno płótno z ogromnej kolekcji dzieł artystów takich jak Leonardo da Vinci, Michał Anioł, Rafael Santi, Giotto di Bondone czy Piero della Francesca. Symbolem Florencji, prócz katedry, jest słynny Dawid Michała Anioła. Pierwotnie był umieszczony na zewnątrz, dziś wraz z innymi pracami mistrza wystawia go Galeria Akademii (Galleria dell’Accademia). W poszukiwaniu arcydzieł Michała Anioła powinniśmy udać się też do Museo Nazionale del Bargello w Pałacu Bargello, gdzie możemy także podziwiać rzeźby innych artystów, np. Donatella, oraz do Casa Buonarroti – w domu tym wprawdzie nie mieszkał, ale dziś mieści się w nim jego muzeum. Obok Galerii Uffizi, przy Piazza della Signoria znajduje się Stary Pałac (Palazzo Vecchio), dawna siedziba rady miejskiej. Stąd słynnym mostem złotników (Ponte Vecchio) dotrzemy na drugą stronę rzeki Arno, prosto do Palazzo Pitti z aż czterema muzeami.

Osoby wolące kontemplować dzieła sztuki w zaciszu sakralnych wnętrz mogą być pewne, że nie zabraknie ich we florenckich świątyniach. Oprócz katedry na liście zwiedzania powinny znaleźć się kościół Medyceuszy – Basilica di San Lorenzo z Nową Zakrystią (Sagrestia Nuova) zaprojektowaną przez Michała Anioła; Orsanmichele – pierwotnie spichlerz i hala gildii miejskich, który zdobią rzeźby m.in. Donatella i Lorenza Ghibertiego; Basilica di Santa Croce z kaplicami Peruzzich i Bardich dekorowanymi freskami Giotta; Chiesa di Santa Maria del Carmine z kaplicą Brancaccich z freskami Masaccia, Masolina da Panicale i Filippina Lippiego oraz Basilica di Santa Maria Novella słynąca z innego dzieła Masaccia – Trójcy Świętej.

 

Charakterystyczny element krajobrazów Toskanii stanowią łagodne, zielone wzgórza

© Shaiith/iSto ck/Getty Imag es

 

SIENA, PIZA I CAŁA RESZTA

Średniowieczna Siena to drugie po Florencji miasto stanowiące najczęstszy cel turystów zwiedzających Toskanię. Tu również znajduje się wspaniała katedra (Cattedrale Metropolitana di Santa Maria Assunta). Ma ona pięknie zdobioną fasadę i kryje w swoim wnętrzu wyjątkowe prace gotyckich i renesansowych mistrzów takich jak Nicola Pisano, jego syn Giovanni, Michał Anioł czy Donatello. Podobnie jak we Florencji wiele dzieł sztuki pochodzących z katedry przechowywanych jest w pobliskim muzeum (Museo dell’Opera del Duomo, Siena Opera della Metropolitana). Aby obejrzeć wybitne przykłady malarstwa, należy udać się do galerii Pinacoteca Nazionale. Jednak najważniejszy punkt Sieny stanowi Piazza del Campo – spadzisty plac w kształcie półkola, przy którym mieści się Palazzo Pubblico (Palazzo Comunale) z Muzeum Miejskim (Museo Civico). To właśnie na nim odbywa się dwa razy do roku (2 lipca i 16 sierpnia) słynny wyścig konny Palio di Siena (Il Palio). Biorący w nim udział zawodnicy reprezentują 17 dzielnic (contrade). W samej gonitwie uczestniczy 10 dżokejów (fantini). Widowisko przyciąga niemal wszystkich mieszkańców Sieny i mnóstwo gości z całego świata. Zwycięzca wyścigu zostaje na koniec porwany przez rozentuzjazmowany tłum.

Trzecim najbardziej znanym miastem Toskanii obok Florencji i Sieny jest Piza. Wszyscy kojarzą ją głównie z Krzywą Wieżą (Torre Pendente), z którą turyści fotografują się w różnych pozach. Naszej uwadze nie powinny umknąć jednak inne wspaniałe budowle wzniesione na Placu Cudów (Piazza dei Miracoli) – przede wszystkim majestatyczna Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (Cattedrale Metropolitana Primaziale di Santa Maria Assunta), będąca nietypowym przykładem włoskiej architektury średniowiecznej (arcydziełem tzw. romanico pisano), oraz Baptysterium św. Jana Chrzciciela (Battistero di San Giovanni Battista).

W Toskanii, jeśli tylko będziemy mieli taką możliwość, musimy odwiedzić jak najwięcej zabytkowych miast i miasteczek. Są one nieco spokojniejsze niż te trzy duże, najmodniejsze i najbardziej oblegane toskańskie ośrodki, ale z pewnością nie brakuje im wielkiego uroku. Wśród nich warto wymienić choćby Cortonę, Carrarę, Arezzo, Lukkę, Montalcino, Montepulciano, Pienzę, Pistoię, Grosseto, San Gimignano czy Monteriggioni. Na zainteresowanie zasługują także regiony Chianti, Casentino, Garfagnana, Lunigiana i Maremma. Arezzo słynie m.in. z fresków Piera della Francesco zdobiących Bazylikę św. Franciszka (Basilica di San Francesco). Cortona z kolei szczyci się piękną średniowieczną zabudową, podobnie zresztą jak choćby Lukka, Monteriggioni czy Pistoia. W tej ostatniej nie sposób ominąć Katedry św. Zenona (Cattedrale di San Zeno) z najwspanialszym włoskim ołtarzem, wykonanym ze srebra (Altare argenteo di San Jacopo). San Gimignano rozpoznamy z daleka po 14 wieżach, które nadają mu charakter średniowiecznej metropolii. Pienza to miasteczko zaprojektowane i założone w epoce renesansu przez papieża Piusa II. Carrara słynie z okolicznych kamieniołomów. W marmurze karraryjskim tworzyli swoje dzieła m.in. Michał Anioł czy Giovanni Lorenzo Bernini. Romantyczny górski krajobraz, który niegdyś zachwycił angielskiego poetę George’a Gordona Byrona, będziemy mogli podziwiać w Garfagnanie. Rejon Maremmy z kolei zaskakuje dzikimi pejzażami w swoim centrum. Podążając nieco dalej na zachód od niego, natrafimy na najbardziej popularne plaże w Marina di Alberese, Porto Ercole, Porto Santo Stefano, Monte Argentario, Orbetello, Castiglione della Pescaia i Scarlino. Szlakiem winnym powinniśmy udać się do regionu Chianti oraz Montalcino (ojczyzny wyśmienitego czerwonego Brunello di Montalcino) i Montepulciano, gdzie produkuje się wyborne Vino Nobile di Montepulciano.

 

MALOWNICZY ARCHIPELAG

Wyspy Toskańskie (Arcipelago Toscano) rozciągają się między morzami Liguryjskim i Tyrreńskim, u wybrzeży Toskanii. Największa z nich, Elba (ok. 224 km² powierzchni i 32 tys. mieszkańców), kojarzy się przede wszystkim z zesłanym na nią Napoleonem Bonapartem (przebywającym na niej od maja 1814 r. do lutego 1815 r.), ale jest też miejscem krzyżowania się wielu kultur. To tutaj według mitologii greckiej podczas wyprawy po złote runo zatrzymał się Jazon (Argonauci nazywali ten piękny ląd Aethalią). Wyspa została wspomniana w Eneidzie rzymskiego poety Wergiliusza. Zawitali na nią m.in. Grecy, Etruskowie, Rzymianie, Saraceni, Medyceusze, Hiszpanie, a w końcu sam cesarz Francuzów. Dziś zniewalającą Elbę odwiedzają rzesze turystów, co wcale nie dziwi. Oprócz malowniczych krajobrazów i piaszczystych plaż znajduje się tu wiele innych atrakcji.

W stolicy wyspy, Portoferraio, zwiedzimy przede wszystkim XVI-wieczne medycejskie fortyfikacje. Do ich najważniejszych obiektów należą Torre della Linguella (Torre del Martello), Forte Stella na planie gwiazdy i Forte Falcone. Widoki w tym największym mieście Elby, w którym mieszka na stałe 12 tys. osób, uatrakcyjniają dodatkowo liczne przejścia, tunele, schody i armaty. Pielgrzymów i miłośników sztuki sakralnej zainteresuje główny tutejszy kościół – Chiesa della Natività di Maria (Propositura della Natività di Maria), stojący przy placu Republiki (Piazza della Repubblica).

W każdej miejscowości na wyspie znajdziemy coś interesującego. W Palazzo del Pretorio w miasteczku Marciana mieści się Miejskie Muzeum Archeologiczne (Museo Civico Archeologico di Marciana) z licznymi zbiorami interesujących przedmiotów pochodzących z tej okolicy. Placówka podzielona jest na kilka sekcji: prehistoryczną, etruską, średniowieczną, omawiającą m.in. miejscowe zastosowanie granodiorytu (wydobywanego niegdyś w Cavoli), oraz dotyczącą cennych reliktów odkrytych pod wodą w okolicach Sant’Andrea, Procchio i Chiessi (tzw. relitti di Sant’Andrea, relitto di Procchio i relitto di Chiessi). Z Porto Azzurro można wybrać się do barokowego Sanktuarium Matki Boskiej z Montserrat (Santuario della Madonna di Monserrato), wybudowanego na początku XVII w. przez ówczesne władze hiszpańskie. Poświęcono je Madonnie z Montserrat w Katalonii. Jeśli odwiedzimy Porto Azzurro 8 września, trafimy na obchody święta ku jej czci. Z kolei 25 lipca będziemy mieli w nim okazję obejrzeć spektakularny pokaz fajerwerków nad zatoką organizowany z okazji dnia św. Jakuba (San Giacomo).

Jednak Elba to również, a może przede wszystkim, miejsce atrakcyjne ze względów przyrodniczych, doskonałe dla miłośników wycieczek na łono natury. Częścią rozległego Parku Narodowego Wysp Toskańskich (Parco Nazionale Arcipelago Toscano) jest choćby mieszczące się w pobliżu Monte Perone (630 m n.p.m.) Sanktuarium Motyli „Ornella Casnati” (Il Santuario delle Farfalle „Ornella Casnati”), w którym w naturalnym środowisku lasów sosnowych i pól obejrzymy unikatowe gatunki motyli występujących w tym rejonie.

Elba słynie też z ogromnej różnorodności minerałów. Warto tu wymienić dwie główne atrakcje. Pierwsza z nich to Park Górniczy Wyspy Elba (Parco Minerario Isola d’Elba) w Rio Marinie, w której okolicy od blisko 3 tys. lat (od czasów Etrusków) wydobywano żelazo. Wycieczkę należy rozpocząć w XVIII-wiecznym Palazzo del Burò, najważniejszym budynku historycznego centrum miasta. Obecnie działa w nim muzeum (Museo dei Minerali dell’Elba e dell’Arte Mineraria), w którym zebrano wspaniałą kolekcję tysiąca minerałów, a także zrekonstruowano wnętrza kopalni. Następnie koniecznie trzeba zwiedzić właśnie kopalnie – otaczający je niezwykły, czerwony pejzaż przywodzi na myśl krajobraz księżycowy. Specjalny pociąg (tzw. trenino) w nieco ponad godzinę obwiezie nas po głównych punktach kopalni. Atrakcja ta spodoba się szczególnie młodszym zwiedzającym. Drugim miejscem, które prezentuje minerały wyspy, jest Museo Minerali Elbani „Alfeo Ricci” w Capoliveri. Szczyci się ono kolekcją rzadkich okazów Alfea Ricciego. Muzeum działa codziennie, a wstęp kosztuje zaledwie 2 euro.

Jeden z najpiękniejszych punktów widokowych na Elbie stanowi Punta Calamita, wysunięty w morze górzysty półwysep, wprost idealny jako cel wypraw rowerowych. Już od czasów Etrusków mieściły się w tym rejonie kopalnie magnetytu – obok pirotynu jedynego minerału, który naturalnie wykazuje właściwości magnetyczne. Podobno w pobliżu półwyspu kompasy na statkach traciły orientację i przestawały wskazywać północ. Na jego zwiedzanie można wyruszyć pieszo lub rowerem z Capoliveri drogą, która prowadzi przez malowniczą Plażę Kochanki (Spiaggia dell’Innamorata) do sosnowego lasu na Monte Calamita, wzgórzu o wysokości 413 m n.p.m.

Wspomniana Spiaggia dell’Innamorata ma długość ok. 280 m, pokryta jest piaskiem i osłonięta od wiatru z jednej strony przez Punta di Pareti, a z drugiej przez Punta delle Ciarpe. Swoją romantyczną nazwę zawdzięcza tragicznej historii miłości Lorenza i Marii. Legenda pochodząca z 1534 r. głosi, że plaża była schronieniem dla dwojga kochanków, którzy z powodu sprzeciwu rodziny dziewczyny nie mogli być razem. Kiedy Lorenzo został zabity przez piratów, Maria z rozpaczy rzuciła się w morskie odmęty. Podobno zdarzyło się to 14 lipca i do dziś w Capoliveri w tym dniu obchodzi się Święto Zakochanych, któremu towarzyszy uroczysta parada i procesja ze światłami nad brzeg morza.

W skład archipelagu wchodzi jeszcze sześć innych większych wysp. Druga co do wielkości po Elbie jest Giglio (ok. 24 km² powierzchni i blisko 1,5 tys. mieszkańców). Jej okolica stanowi wymarzone miejsce dla amatorów nurkowania. Przejrzyste wody pozwalają na obserwowanie bujnego życia morskiego. Kto skusi się na podwodną wyprawę, będzie mógł podziwiać skały pokryte niebieskimi gąbkami i czerwonymi gorgoniami oraz spotkać piotrosze (paszczaki, ryby św. Piotra), samogłowy, kielce właściwe (kielczaki śródziemnomorskie), tuńczyki czy pławikoniki. Trzecia pod względem powierzchni jest Capraia (ponad 19 km²). To jedyna wyspa archipelagu, która ma pochodzenie wulkaniczne. Uchodzi za raj dla miłośników zarówno flory, jak i fauny. Z kolei na Pianosie (ok. 10 km²) do 1998 r. mieściło się pilnie strzeżone więzienie. Z tego powodu ta dziewicza wyspa nie jest częstym celem wypraw turystów, poza tym w celu zachowania jej naturalnego piękna podjęto decyzję o wprowadzeniu limitu liczby gości, która nie może przekraczać 250 osób dziennie. Warto ją jednak odwiedzić podczas wycieczki z przewodnikiem i wziąć udział w wędrówkach pieszych lub rowerowych, zwiedzić spektakularny kompleks chrześcijańskich katakumb z III–IV w. albo uprawiać snorkeling u jej brzegów. Giannutri (2,6 km² powierzchni) kształtem przypomina półksiężyc. W okolicznych krystalicznie czystych wodach można się natknąć dość często na delfiny i walenie, a czasami nawet na żółwie karetta. Na wyspie zwiedzimy rzymską willę z I–II w. n.e. wybudowaną dla potężnej rodziny Domizi Enobarbi, z której pochodził cesarz Neron (tzw. Villa Domizia, Villa Domitia). Na Gorgonie (2,23 km² powierzchni) funkcjonuje od 1869 r. kolonia karna, dlatego obowiązuje na niej limit odwiedzających – turyści mogą przypływać tu cztery dni w tygodniu (wpuszcza się do 75 osób dziennie). Niełatwo dostać się również na Montecristo (ok. 10,4 km²). Rozgłos przyniosła jej powieść francuskiego pisarza Aleksandra Dumasa Hrabia Monte Christo (1844–1846). Wokół niej rozwinęło się szczególnie bogate życie morskie. W okolicy pojawiają się różne gatunki waleni, w tym wyjątkowo rzadkie, m.in. dlatego na wyspę, na której utworzono zresztą objęty ścisłą ochroną rezerwat biogenetyczny „Isola di Montecristo” (Riserva Naturale Biogenetica „Isola di Montecristo”), wpuszcza się rocznie, jedynie w okresie od 1 kwietnia do 15 lipca i od 31 sierpnia do 31 października, zaledwie tysiąc szczęśliwców (600 uczniów, studentów i 400 dorosłych – członków ekspedycji naukowych, dziennikarzy czy pisarzy). Nie zniechęca to jednak wielu zafascynowanych tajemniczą, dziewiczą i niedostępną Montecristo osób, które są gotowe długo czekać na akceptację ich zgłoszenia (średnio dwa, trzy lata).

 

PRZYRODA I SPA

Toskania z jednej strony kojarzona jest z miastami, które same w sobie stanowią dzieła sztuki, a z drugiej – z zachwycającymi krajobrazami. Miłośnicy spędzania urlopu na łonie natury nie mogą narzekać na brak atrakcji. Na wielbicieli górskich wycieczek czeka Park Narodowy Apeninu Toskańsko-Emiliańskiego (Parco Nazionale Appennino Tosco-Emiliano), który rozciąga się na granicy Toskanii i Emilii-Romanii. Bogata fauna i flora oraz najwyższy szczyt całego regionu, Prado (Prato, 2054 m n.p.m.), są chyba wystarczającą zachętą, żeby się tu udać. Bliżej wybrzeża można wybrać się na wyprawę w dzikie Alpy Apuańskie, gdzie wśród malowniczych gór znajduje się niemal tysiąc jaskiń, w tym najgłębsza we Włoszech (aż ok. 1210 m!) – Antro del Corchia (nazywana również Grottą di Eolo).

Ci, którzy najchętniej spędzają czas nad brzegiem morza, powinni z pewnością zaplanować wycieczkę na zachwycające Wyspy Toskańskie. Jeśli wolą jednak pozostać w kontynentalnej części regionu, mogą zatrzymać się w jednej z tutejszych nadmorskich miejscowości. Viareggio na wybrzeżu Versilia to kurort nad Morzem Liguryjskim, w którym dominuje architektura w stylu secesji i art déco. Latem wypoczniemy tu na pięknych plażach, a zimą – będziemy się bawić podczas słynnego karnawału (Carnevale di Viareggio). Na południe od Viareggio znajduje się klimatyczne Livorno – najważniejsze miasto portowe w Toskanii, które tętni życiem. Warto je odwiedzić także poza sezonem. Za jego największe atrakcje uchodzą liczne targi, akwarium (Acquario di Livorno) i piękna promenada ciągnąca się wzdłuż wybrzeża (tzw. Lungomare di Livorno). W rejonie niziny Maremma możemy zatrzymać się w Castiglione della Pescaia, dawnej rybackiej wiosce z dwoma portami, latarniami morskimi i molo. W okolicy są zarówno skaliste, jak i piaszczyste plaże. Dalej na południe leży laguna Orbetello i urokliwe miasteczko o tej samej nazwie. Gości tego ostatniego zaskoczy nieco egzotyczna atmosfera. Laguna słynie z bogactwa roślin i zwierząt, w tym różowych flamingów. W miasteczku znajduje się dość sporo perełek architektury, zarówno z początków renesansu, jak i z czasów panowania Hiszpanów (Stato dei Presidi, 1557–1801).

Jeśli ktoś pragnie wybrać się nad morze, ale woli spędzać czas aktywniej, niż tylko leżąc na plaży w towarzystwie innych turystów, powinien odwiedzić Parco Regionale Migliarino San Rossore Massaciuccoli – park o niespotykanie zróżnicowanym krajobrazie. Są tutaj piaszczyste wydmy, malownicze morskie wybrzeże, jezioro Massaciuccoli, ujścia rzek Arno i Serchio oraz sosnowe lasy. Park można zwiedzać samodzielnie lub podczas wycieczki z przewodnikiem. Do wyboru mamy wędrówkę szlakami pieszymi, przejażdżkę trasami rowerowymi, skorzystanie z małego, ekologicznego pociągu czy nawet łodzi.

Wielbiciele wczasów zdrowotnych powinni wybrać się do Montecatini Terme, Castiglione d’Orcia czy Bagni di Lucca. Pierwsza miejscowość to eleganckie uzdrowisko w prowincji Pistoia słynące z dobroczynnych wód, w którym poczujemy się jak kuracjusze z minionych wieków. Pobyt w nim będzie nie tylko relaksem dla ciała i duszy, ale i prawdziwym przeżyciem estetycznym, a to za sprawą zabytkowej architektury kompleksu łaźni (Terme Tettuccio). Do Castiglione d’Orcia warto udać się zwłaszcza, gdy temperatura nieco spadnie, bo w jego okolicy znajdują się gorące źródła w Bagni San Filippo. Klimatyczne uzdrowisko Bagni di Lucca, nie bez powodu zwane Szwajcarią Toskanii, znane było już w czasach starożytnego Rzymu.

 

CHLEB I WINO

W trakcie podróży po malowniczej toskańskiej ziemi nie należy zapominać o przyjemnościach cielesnych i degustacji miejscowych specjałów. Kuchnia tego regionu charakteryzuje się bardzo długą tradycją, związaną głównie ze środowiskiem wiejskim. Choć bazuje na nieskomplikowanych składnikach, nie można odmówić jej wyrafinowania.

Przewodnik po kuchni Toskanii bezsprzecznie trzeba zacząć od steku po florencku, czyli bistecca alla fiorentina – sztandarowego tutejszego dania. W restauracjach Florencji specjalizujących się w tej potrawie kelner najpierw prezentuje gościowi plaster surowej wołowiny. Jeśli ten go zaakceptuje, kucharz przystąpi do odpowiedniego przyrządzania mięsa. Stek ma wagę ok. 1–1,5 kg, grubość mniej więcej 5–6 cm i krwiste wnętrze.

Kuchnia toskańska jest w dużej mierze mięsna i tłusta, dlatego obok wołowiny kluczowe miejsce zajmują w niej flaki. Typowe danie to trippa alla fiorentina. Pod tą nazwą kryją się flaki gotowane z oliwą, cebulą, włoszczyzną i pomidorami, a przed podaniem oprószone tartym parmezanem. W wersji street food potrawa ta występuje w postaci lampredotto, czyli rodzaju burgera z flakami. Można go kupić w specjalnych budkach – lampredottari. Podawany jest najczęściej z sosem z czosnku i natki pietruszki.

Ale kuchnia Toskanii to nie tylko dania mięsne, lecz także wyśmienite zupy. Za typową dla tego regionu uchodzi pappa al pomodoro. Swoją gęstą konsystencję ta włoska pomidorówka zawdzięcza dodatkowi toskańskiego chleba, który według receptury sięgającej średniowiecza zagniata się bez soli. Inną popularną zupą jest fasolowa ribollita. Jej główne składniki, oprócz fasoli, stanowią toskańska czarna kapusta (cavolo nero, nazywana też często czarnym jarmużem lub dinozaurem) i czerstwy chleb. Pierwotnie ribollita była przygotowywana w chłopskich domach i od razu w dużych ilościach po to, żeby odgrzewać ją przez kilka dni, na co wskazuje sama jej nazwa („ponownie gotowana”).

Do charakterystycznych deserów w Toskanii (jak i na całym obszarze Apeninów) należą ciasto z kasztanów, czyli castagnaccio, i ciasteczka cantucci (cantuccini lub biscotti di Prato, czyli „biszkopty z Prato”). To pierwsze jest niepozornym, płaskim plackiem z mąki z kasztanów, z dodatkiem rodzynek i orzeszków piniowych, udekorowanym często gałązką rozmarynu albo skórką pomarańczową. Cantucci są w Polsce lepiej znane. Te twarde ciasteczka migdałowe o cytrynowym lub pomarańczowym aromacie przypominają nieco sucharki. Podaje się je najczęściej z rodzajem toskańskiego wina deserowego (tzw. vin santo – po polsku „święte wino”), w którym macza się cantucci, aby zmiękły. Można je również zanurzyć w pysznej włoskiej kawie.

Skoro już wspomnieliśmy przed chwilą o szlachetnych trunkach, na koniec należy nadmienić o chyba najważniejszym bohaterze opowieści o tradycji kulinarnej Toskanii – winie z regionu Chianti. Wyróżnić tu trzeba Chianti Rufina DOCG (Denominazione di Origine Controllata e Garantita) wytwarzane w miasteczku Rufina i jego okolicach, a przede wszystkim słynne Chianti Classico DOCG, którego spróbować można niemal w każdym punkcie gastronomicznym we Florencji i całym regionie: od ulicznej budki po elegancką restaurację. Inne produkty warte uwagi to przede wszystkim wyborna oliwa, białe trufle z San Miniato, ser pecorino toscano, a z wyrobów mięsnych: finocchiona (toskańskie salami z koprem włoskim) i prosciutto toscano.

INNY RODZAJ TURYSTYKI

Zmęczeni nierzadko wielogodzinnym staniem w kolejkach po bilety i pospiesznym przesuwaniem się z tłumem po korytarzach galerii i muzeów turyści marzą o chwili wytchnienia, alternatywnych formach spędzania czasu, bez pośpiechu, w spokoju, w bliskim kontakcie z naturą. To właśnie oferuje im od 2015 r. Slow Travel Fest – cykliczne wydarzenie, które narodziło się w Toskanii i promuje wypoczynek z dala od typowych turystycznych atrakcji. Jak opisują sami organizatorzy, slow travel oznacza całkowite zanurzenie się w doświadczeniu podróży. Wydarzenie obejmuje różnego rodzaju spotkania związane ze sztuką, muzyką i naturą, a także wycieczki w okolicach historycznej Via Francigena (Drogi Franków). Slow Travel Fest obecnie składa się już z cyklu imprez na świeżym powietrzu. W tym roku w połowie czerwca w jego ramach odbył się festiwal dla rodzin (i nie tylko) Lunigiana Folks & Family. W programie znalazły się wycieczki piesze, rowerowe i konne po zapierającym dech w piersiach nawet najbardziej wybrednym globtroterom obszarze Lunigiana oraz liczne interesujące przedstawienia, koncerty i warsztaty. Połowa września z kolei należała do miłośników wspinaczki górskiej. W ramach Camaiore Climbing & Trekking można było odkrywać Alpy Apuańskie i okolice Camaiore w prowincji Lukka, atrakcyjne właśnie dla wielbicieli tej aktywności na świeżym powietrzu. W weekend od 21 do 23 września odbył się klimatyczny festiwal Monteriggioni Walks & Talks, podczas którego urocze średniowieczne Monteriggioni i pobliska Abbadia a Isola stały się toskańskim centrum slow travel. Oprócz wszelkiego rodzaju wydarzeń o charakterze artystycznym tradycyjnie oferowano wycieczki piesze, rowerowe, konne, a nawet zwiedzanie pobliskich grot czy spokojny rafting z dreszczykiem pozytywnych emocji w przepięknej scenerii doliny rzeki Elsa (Val d’Elsa). Więcej informacji o Slow Travel Fest zdobędziemy pod adresem www.slowtravelfest.it.

 

NATURALNE TARGI

Dla wielbicieli idei slow food w Toskanii przygotowano specjalną ofertę targów zwanych Mercati della Terra. To miejsca, gdzie można kupić i spróbować regionalnych, sezonowych, ekologicznych produktów sprzedawanych przez samych wytwórców, a przy okazji poznać nieco życie lokalnej społeczności. Inicjatywa narodziła się w 2005 r. w toskańskim mieście Montevarchi w prowincji Arezzo, a w kolejnych latach rozprzestrzeniła się na całe Włochy. Obecnie w samej Toskanii działa pięć Mercati della Terra (z 66 na całym świecie i 37 w Italii).

Poza Montevarchi, gdzie tego rodzaju targ (Mercatale di Montevarchi) odbywa się codziennie od 9.00 do 13.00 i od 16.00 do 20.30 na Piazza dell’Antica Gora, warto odwiedzić choćby sielskie Procchio na Elbie. Tutaj już od ponad siedmiu lat (od sierpnia 2011 r.) w każdą sobotę od początku kwietnia do końca września od 8.00 do 13.00 sprzedawcy rozkładają swoje stoiska w Giardini di Procchio (naprzeciwko luksusowego, 4-gwiazdkowego Hotelu del Golfo). Targ w Procchio (Mercato della Terra e del Mare di Procchio – Isola d’Elba) skupia ok. 15 różnych wytwórców z Elby i innych wysp archipelagu. Ma ogromne znaczenie dla rozwoju miejscowego rolnictwa i rybołówstwa. Można na nim kupić m.in. owoce i warzywa, świeże ryby i owoce morza, a także jajka, miody, wyroby cukiernicze, chleby, oliwy, miejscowe wina, sery, naturalne olejki eteryczne i domowe przetwory. Poza tym Mercati della Terra odbywają się w Montecatini Terme (via Mazzini, w sobotę rano, a popołudniu – Margine Coperta przy Piazza Don Andrea Gallo), San Miniato (Piazzale Dante Alighieri, w trzecią niedzielę miesiąca, w każdy piątek również na terenie osiedla La Scala) oraz Lukce (Mercato Bio di Lucca, Piazza San Francesco, w środy latem od 16.30, a zimą od 14.30). Więcej informacji znajdziemy na stronie www.fondazioneslowfood.com.

 

NA ZAKOŃCZENIE

Toskania kryje jeszcze wiele innych skarbów, które opisać trzeba by było w co najmniej kilkutomowym zbiorze. Mam nadzieję, że tym artykułem przekonałam Was, drodzy Czytelnicy, że warto samemu próbować ją odkrywać: zbaczać z utartych szlaków, zaglądać do zaułków, wybrać się na zachwycające Wyspy Toskańskie z gościnną Elbą na czele, rozmawiać z mieszkańcami i być na bieżąco z lokalnymi wydarzeniami, barwnymi festiwalami. Taki sposób zwiedzania dostarcza bezcennej satysfakcji i gwarantuje niepowtarzalne wspomnienia z podróży po malowniczej toskańskiej ziemi.

 

Wydanie jesień-zima 2018

Z wizytą nad Sprewą i Hawelą

JOANNA CZUPRYNA

                                                                                   FOT. GERMAN NATIONAL TOURIST BOARD/KLAUS UND DIRK LEHNARTZ

<< Berlin ze swoją wyjątkową historią i unikalnymi zabytkami od lat stanowi magnes dla turystów z całego świata i systematycznie przyciąga ich coraz więcej. Plan na 2015 r., zakładający przekroczenie sprzedaży 20 mln noclegów rocznie, został ku zdziwieniu ekspertów i radości władz miasta osiągnięty już trzy lata temu. Ze wzrastającego zainteresowania niemiecką metropolią korzysta również Poczdam, jej elegancki sąsiad, którego malownicze położenie zwróciło przed wiekami uwagę członków rodziny panującej z dynastii Hohenzollernów. Dzięki pobudowanym przez nich pałacom otoczonym pięknymi ogrodami słusznie zasłużył on sobie na miano „Wersalu Północy”. Sama Brandenburgia, której jest stolicą, zachwyci natomiast entuzjastów turystyki aktywnej. >>

W Berlinie żyje obecnie ponad 3,5 mln ludności. To prawdziwa europejska metropolia i jedno z największych miast na kontynencie. Leży w samym środku kraju związkowego Brandenburgia. Stolicy Republiki Federalnej Niemiec przysługują jednak prawa autonomicznej jednostki administracyjnej. Pobliski Poczdam uchodzi za ważny ośrodek naukowy – działają tu wyższe uczelnie i instytuty badawcze oraz mieszkają studenci.

Więcej…

Bali – perła Indonezji

Balijki w bogato zdobionych kostiumach w trakcie tańca legong

Photo Balinese - Kopia

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MARTINA ZAWADZKA

http://lovelajf.pl/

 

Bali od stuleci przyciąga turystów i podróżników z całego świata. Odwiedzają oni wyspę ze względu na jej wielowiekową kulturę, zapierające dech w piersiach krajobrazy i egzotyczną przyrodę. Pragną osobiście przekonać się, czy wszystko, co słyszeli na jej temat, jest prawdą. Po kilku dniach od przybycia na miejsce wiedzą już, że na Bali czeka ich dużo więcej. W tym niezwykłym zakątku ziemi mieszkają przecież przyjaźni, uśmiechnięci ludzie i od samego początku daje się wyczuć panującą w nim specyficzną atmosferę duchowości. Większość obcokrajowców w chwili wylotu zdaje sobie sprawę, iż nie była tu po raz ostatni i na pewno wróci odkrywać kolejne sekrety tego fascynującego lądu.

 

Tworzące piękne tarasy pola ryżowe nawadniane systemem przelewowym

rice flields Bali Mkhail Tsyganov

 

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE/MKHAIL TSYGANOV

 

Indonezja leży na 17 508 wyspach, z których w przybliżeniu jedna trzecia – ok. 6 tys. – pozostaje stale zamieszkana. Zdecydowanie najpopularniejsza jest Bali, wchodząca w skład archipelagu Małych Wysp Sundajskich, położonego na granicy Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Znajduje się ona między znacznie większą od siebie Jawą (dzieli je cieśnina Bali) a nieco mniejszą Lombok (odseparowane są cieśniną Lombok). Stolicę prowincji stanowi 850-tysięczne miasto Denpasar, w linii prostej oddalone od Warszawy o ok. 11 tys. km. Bali ma powierzchnię zaledwie 5780 km2 (razem z sąsiednimi wysepkami Nusa Penida, Nusa Lembongan czy Nusa Ceningan), czyli trochę mniej niż połowa województwa świętokrzyskiego, jednego z najmniejszych w naszym kraju. Maksymalna długość wyspy z północy na południe wynosi mniej więcej 112 km, a szerokość – jakieś 153 km.

 

Aby dostać się z Polski do tej części Indonezji, trzeba przekroczyć linię równika. Ze względu na położenie geograficzne przez cały rok panuje tutaj stabilny klimat. Przewodniki turystyczne ostrzegają przed występującą w tym regionie porą deszczową, która trwa zwykle od października do kwietnia. Jednak z doświadczenia wiem, że sytuacja nie wygląda wówczas tak źle. Deszcz i burze pojawiają się głównie wieczorem bądź w nocy, rzadko w ciągu dnia, ale nawet jeśli pada, wciąż jest ciepło. Średnia roczna temperatura powietrza na wybrzeżu wynosi 28°C, w głębi lądu osiąga wartość 26°C, a wyżej w górach – 23°C. Dlatego można wybrać się tu praktycznie zawsze.

 

INNY ŚWIAT

 

Ta perła Indonezji wyróżnia się na tle reszty kraju. W przeciwieństwie do innych wysp, na których żyją głównie wyznawcy islamu, dominującą religię w tym rejonie stanowi hinduizm w odmianie balijskiej. Nie znaczy to jednak, że nie spotkamy w nim muzułmanów (ponad 13 proc. tutejszej ludności) czy chrześcijan (niemal 2 proc. Balijczyków). Miejscowi traktują się nawzajem z szacunkiem. Dużą przyjemność sprawia obserwowanie, jak bardzo tolerancyjne społeczeństwo tworzą. Podczas mojej podróży dookoła świata miałam szansę przez kilka tygodni mieszkać u tradycyjnej rodziny z Bali. Ketut i jego żona Puspa wyznawali właśnie hinduizm balijski. To najpopularniejsza odmiana tej religii na wyspie. Łączy w sobie również elementy buddyzmu i animistycznych wierzeń lokalnych.

 

Balijczycy uważają, że każdego z nich od urodzenia obciążają trzy długi (Tri Rna), które muszą spłacić w trakcie swojego życia. Pierwszym z nich jest Dewa Rna (dług życia). Należy za niego wynagrodzić bogu Sang Hyang Widhi Wasa, który stworzył człowieka. Drugi dług to Pitra Rna (dług miłości i oddania). Za niego trzeba uczynić zadość swoim przodkom. Trzeci – Rsi Rna (oznaczający nabytą mądrość) – spłaca się kapłanom. Większość obrzędów i ceremonii religijnych na Bali dotyczy realizacji tych zobowiązań. Balijczycy liczą, iż bogowie i zmarli krewni uznają ich starania po śmierci.

 

Poza tym dla mieszkańców wyspy bardzo ważna jest karma. Wierzą, że wszystko, co człowiek daje innym, zarówno dobro, jak i zło, wraca do niego z podwojoną siłą, czyli czyny mają wpływ na nasze życie. Jeśli więc siejemy nienawiść, możemy być pewni, iż prędzej czy później takie działanie wyda plony i to, na co pracowaliśmy, zostanie zniszczone.

 

Oprócz tego Balijczycy wierzą w dobre i złe bóstwa. Znajduje się tu kilkadziesiąt tysięcy różnych miejsc kultu. Mimo iż ta liczba wydaje się ogromna jak na tak niewielką wyspę, mieszkańcy praktykują swoją religię nie tylko w ich pobliżu. Sfera sacrum obejmuje znacznie więcej, co dostrzega się na każdym kroku.

 

W BALIJSKIM DOMU

 

Przygotowywanie ofiarnych koszyków

offiar

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Podczas gościny u balijskiej rodziny miałam możliwość przyjrzeć się z bliska niektórym obrzędom oraz oddawaniu czci siłom przyrody i bogom. Niezmiernie dużą rolę odgrywają tutaj także kult przodków i wiara w demony. Puspa (podobnie jak większość kobiet na Bali) codziennie przygotowywała ofiarę złożoną z pięknych kwiatów, ryżu, świeżych owoców i pachnących kadzideł umieszczonych w małym koszyczku z liści palmowych. Jest to bardzo ważny rytuał. Czasem dorzuca się też drobne monety i papierosy. Cudownie przyozdobione kolorowe dary składane są w różnych intencjach zarówno dobrym, jak i złym bóstwom. Ofiarne koszyczki można zobaczyć prawie na każdym ulicznym rogu, chodnikach, przy domach i sklepach, a nawet na plażach.

 

Pewnego dnia Puspa i Ketut obudzili mnie z samego rana i poprosili, żebym wyprowadziła swój skuter, ponieważ chcieliby poświęcić pojazdy. Aby to zrobić, najpierw należało przyozdobić je kwiatami i ofiarami. Podeszli do tego niesamowicie poważnie. Powiedzieli, że po poświęceniu nie będą musieli się o mnie martwić, gdy wybiorę się gdzieś samodzielnie skuterem, bo nie zagrozi mi już żadne niebezpieczeństwo. Obrzęd wraz z przygotowaniami trwał mniej więcej godzinę. Na początek wspólnie pokroiliśmy owoce, przycięliśmy kwiaty i wykonaliśmy koszyczki z liści palmy, a następnie udekorowaliśmy nimi zaparkowane na podjeździe pojazdy. Po kilku minutach ich samochód i mój skuter przypominały przystrojone na święta Bożego Narodzenia choinki. Wtedy przyszedł czas na modlitwę. Poprowadziła ją najstarsza osoba z obecnych, czyli ojciec Puspy. Wszyscy, włącznie ze mną, byliśmy ubrani w tradycyjne koronkowe koszule i długie spódnice, a biodra przepasaliśmy sarongiem (chustą zasłaniającą nogi), który miał nas chronić przed demonami wychodzącymi z wnętrza ziemi. Ceremonia odbywała się na werandzie domu moich gospodarzy. Przed nią stały zaparkowane pojazdy, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł. Siedzieliśmy ze skrzyżowanymi nogami i rękoma złożonymi na wysokości klatki piersiowej. Ojciec Puspy powtarzał słowa modlitwy, którą co jakiś czas przerywał, aby zadzwonić małym dzwonkiem, gdy my oddawaliśmy pokłon.

 

MUZYKA I TANIEC

 

Mimo iż Bali jest niewielką wyspą, może poszczycić się niezmiernie barwną kulturą. To nieprawda, że tutejsze budowle i wytwory artystyczne mają tylko przyciągać turystów. Przejawy sztuki dostrzeżemy praktycznie wszędzie, a jej cel stanowi zadowolenie bogów. Już po opuszczeniu samolotu na lotnisku w Denpasar orientujemy się, iż znaleźliśmy się w zupełnie innej, magicznej części świata. Atmosferę duchowości wyczujemy również w domach, świątyniach, budynkach rządowych, biurach i hotelach.

 

Gdy po raz pierwszy usłyszałam balijską muzykę, byłam zachwycona! Jednak po kilku dniach słuchania jej w kółko, zaczęłam mieć wrażenie, że towarzyszy mi ciągle ten sam utwór… Na wyspie rozwinął się wyjątkowy styl muzyczny i taneczny, rozpoznawany na całym świecie, a zwany gamelanem. Utwory gra się na tradycyjnych metalofonach, gongach, ksylofonach i bębnach. Zespołów tego typu można posłuchać na Bali przy każdej okazji – podczas pokazów artystycznych, występów tancerzy czy rozmaitych uroczystości, np. weselnych.

 

Według statystyk na tej niewielkiej wyspie funkcjonują setki grup tanecznych wykonujących więcej niż 200 rodzajów tańca tradycyjnego. Oryginalny układ choreograficzny wykorzystuje głównie mowę ciała, mimikę i ruchy palców, nadgarstka, stóp, szyi, a nawet ust i oczu. Jeden z najstarszych gatunków (jego dzieje sięgają XV stulecia) nosi nazwę gambuh, charakteryzuje się wolnym rytmem i swoistym mistycyzmem. Bez wątpienia taniec u Balijczyków należy do sfery sacrum.

 

Ze względu na bardzo duże zainteresowanie tym elementem kultury wśród turystów, pokazy odbywają się niemal wszędzie. Tancerzy coraz częściej można podziwiać w restauracjach, hotelach, a nawet centrach handlowych. Żeby zapobiec profanacji w przypadku religijnych odmian tańca balijskiego, w 1992 r. lokalne władze podjęły decyzję o całkowitym zakazie prezentowania niektórych gatunków w nieodpowiednich dla ich charakteru miejscach.

 

KRAINA SPOKOJU I PIĘKNA

 

Jak większość mieszkańców Azji Balijczycy są ludźmi raczej niskimi, lecz o wielkich sercach i szczerym uśmiechu. W odróżnieniu od Europejczyków żyją zdecydowanie wolniej. Z przyjemnością można przyglądać się, jak celebrują czas spędzany z rodziną i jak ogromnym szacunkiem obdarzają osoby starsze. Zdają sobie sprawę z tego, że wszystko, co mają, zawdzięczają swoim przodkom i tego uczą swoje dzieci. I nie oznacza to wcale majątku, a dar życia. Balijczycy skupiają się na codziennych zajęciach, nie rozmyślają o przyszłości i nie snują długoterminowych planów. Oprócz pracy rytm kolejnych dni wyznaczają im religijne obrzędy i święta. Żyją w zgodzie z tradycją.

 

Podróż na Bali dostarcza mnóstwa wrażeń.Na wyspie działa bardzo dużo ośrodków oferujących zajęcia z jogi i sesje poświęcone nauce medytacji. Najwięcej znajduje się ich w ponad 30-tysięcznym mieście Ubud. Stanowi ono tutejsze centrum kulturalne, a także jest ważnym duchowym ośrodkiem regionu. Powinna do niego zawitać każda osoba szukająca odpowiedniego miejsca, aby móc skupić myśli i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Bali to idealny zakątek na skoncentrowanie się na przywróceniu równowagi w swoim życiu.

 

Miłośnicy sportów wodnych też bez wątpienia nie będą się tu nudzić. W pobliżu plaż (np. w sąsiedztwie miasta Kuta) miejscowi oferują wypożyczenie nart wodnych, sprzętu surfingowego, windsurfingowego i łodzi do żeglowania. Balijskie wybrzeże cieszy się wielką popularnością wśród surferów, zarówno tych początkujących, jak i zaawansowanych. Co więcej, wiele osób uważa je za najpiękniejszą okolicę do nurkowania na świecie. Tutejsze rafy koralowe bywają określane mianem cudu natury. Ich niesamowicie bogatą faunę i niespotykane kształty można podziwiać m.in. w południowym rejonie Bali – Nusa Dua, koło wysepki Nusa Penida i plaży Sanur, niedaleko miejscowości Padang Bai (Padangbai) i Candi Dasa (Candidasa), rybackiej wioski Tulamben i zatoki Cemeluk (Jemeluk) oraz wysepki Menjangan i osady Pemuteran.

 

ATRAKCJE WYSPY

 

We wspomnianym mieście Ubud leży Ubud Monkey Forest. To park z hinduistycznymi świątyniami położony w wiosce Padangtegal i zamieszkany przez liczne makaki krabożerne. Przed jego odwiedzeniem warto zaopatrzyć się w banany. Dzięki takiej przynęcie małpy będą bardzo chętnie do nas podchodziły.

 

Miejscem godnym polecenia w pobliżu Ubud jest Satria Coffee Plantation (Satria Agrowisata).Podczas spaceru można tu obejrzeć nie tylko plantację wiecznie zielonych krzewów kawowca, ale również uprawy egotycznych owoców i przypraw. Za jedną z najlepszych i najdroższych kaw na świecie uchodzi kopi luwak. Powstaje ona w specyficzny sposób. Jagody kawowca stanowią pożywienie łaskuna muzanga (nazywanego cywetą, a lokalnie luwakiem). Ten drapieżny ssak z rodziny łaszowatych nie trawi jednak nasion, a jedynie miąższ. Wydalone ziarna, które zostały poddane działaniu enzymów w przewodzie pokarmowym, wybiera się z odchodów zwierzęcia, następnie suszy i pali. W Satria Coffee Plantation przyjrzymy się temu procesowi na własne oczy, a także spróbujemy tej pysznej kawy i innych indonezyjskich przysmaków.

 

Indonezja jest też trzecim największym producentem ryżu na świecie (po Chinach i Indiach). Ze względu na uprawianie różnych jego gatunków zbiory odbywają się co kilka miesięcy, a więc Balijczycy sadzą i zbierają plony przez okrągły rok.W centrum Bali nieodłączną częścią krajobrazu są zielone pola ryżowe. Pokrywają one wzgórza i tworzą piękne wielopoziomowe tarasy.

 

Egzotycznym i jednocześnie mistycznym przeżyciem będzie dla Europejczyków wizyta w Pura Tirta Empul, zwanej również Świątynią Świętej Wody. Pielgrzymi z całej wyspy przybywają do niej w celu oczyszczenia bądź uleczenia ciała i duszy. W odświętnych strojach zanurzają się w kamiennym basenie z fontannami. Po kolei podchodzą do każdej z nich i odmawiają modlitwy, po czym opłukują twarz i ciało tryskającą z otworu wodą. Ceremoniom towarzyszy zapach kadzideł unoszący się w powietrzu.

 

Do najstarszych świątyń na Bali należy XI-wieczna Pura Uluwatu (Pura Luhur Uluwatu). Wznosi się ona na 97-metrowym klifie, znajdującym się na południowym krańcu wyspy. Oprócz podziwiania samej budowli (niestety, turyści nie mogą wejść do środka) atrakcję w tej okolicy stanowi także spacer po przepięknym urwistym wybrzeżu.

 

Pierwszą świątynią, do której zabrali mnie Puspa i Ketut, była Pura Tanah Lot z XVI stulecia. Właśnie od niej polecono mi zacząć odkrywanie Bali i uważam, że to właściwy wybór. Miejsce kultu umieszczono tu na wspaniałej formacji skalnej, której osobliwy kształt wyrzeźbiły fale oceanu. Nazwa Tanah Lot oznacza po balijsku „Ziemię w morzu”. Jeżeli zdecydujemy się na odwiedziny w trakcie przypływu, to zobaczymy właśnie, jak całkowicie oddzielone od lądu skały oblewa z każdej strony woda. W pobliżu znajduje się poza tym słynna jaskinia węży morskich, które podobno chronią świątynię przed intruzami i złymi duchami. Warto też pamiętać, że w przypadku większości obiektów sakralnych przed wizytą na ich terenie trzeba zadbać o odpowiedni ubiór. Należy założyć ubranie zakrywające nogi albo osłonić je sarongiem, który można kupić przed wejściem.

 

W odległości niemal 2 km od świątyni Ulun Danu Bratan (Pura Ulun Danu Bratan) odkryłam miejsce, które skradło moje serce. Prawdopodobnie nie wspomina o nim żaden przewodnik, ale podczas pobytu w urokliwym rejonie miejscowości Bedugul bardzo polecam się tutaj wybrać. Mam na myśli majestatyczną bramę będącą kiedyś wejściem do pobliskiego miasta. Ciężko oddać słowami niecodzienny widok, jaki tworzy ona wraz z wznoszącymi się w tle malowniczymi zielonymi górami. W okolicy stoją wiejskie domy i leżą pola uprawne, a w środku tego sielskiego krajobrazu wyrasta samotny portal przypominający przejście do innego świata.

 

Istnieje mnóstwo powodów, aby odwiedzić Bali. Jednym z nich są bez wątpienia cudowne rajskie plaże. Najpiękniejsze i najbardziej zapadające w pamięć to według mnie Suluban, Padang Padang i Balangan.

 

OSOBLIWY SYSTEM

 

Pura Ulun Danu Bratan w górach nad jeziorem Bratan niedaleko Bedugul

15-photos-that-will-make-you-want-to-travel-to-indonesia

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE

 

W trakcie mojego pobytu gospodarze domu kilkakrotnie próbowali mi wyjaśnić, dlaczego większość koleżanek i kolegów Ketuta nosi takie samo imię i skąd pochodzi jego własne. Muszę przyznać, że miałam duży problem ze zrozumieniem zależności w tutejszym systemie nazywania dzieci stosowanym przez Balijczyków żyjących zgodnie z tradycją. Zasady dotyczą głównie potomków mężczyzn pochodzących z najliczniejszych rodzin i najniższej kasty bądź mężczyzn z wyższej kasty, którzy poślubili kobiety z kasty najniższej. Oprócz przynależności kastowej o imieniu decyduje również kolejność urodzin. Pierwsze dziecko powinno nazywać się Wayan (co pochodzi od słowa wayahan oznaczającego „starszy”), Gede (Duży) lub Putu, czyli Wnuk. Płeć dziecka nie zawsze ma znaczenie. Imię Putu częściej nadaje się dziewczynkom, Wayan i Gede natomiast – chłopcom. Nie jest to jednak regułą. W innych przypadkach te same imiona mogą nosić zarówno synowie, jak i córki. W celu rozróżnienia płci Balijczycy stosują odpowiednie przedrostki. Gdy mówi się o chłopcach, należy użyć „i”, np. I Putu, kiedy wspomina się o dziewczynce, wstawia się „ni”, jak w Ni Putu.

 

Drugi w kolejności potomek to Made (imię zostało prawdopodobnie utworzone od słowa madya, czyli „środek”, „średni”), Nengah (tengah oznacza „w środku”) albo Kade czy Kadek (wyraz adik określa „młodszego brata”). Na trzecie dziecko zazwyczaj woła się Nyoman bądź Komang (co wywodzi się według pewnych hipotez od anom – „młody”, „mały” lub uman – „koniec”, „odpoczynek”). Ostatniego, najmłodszego malca nazywa się Ketut (przypuszczalnie od kitut, czyli „ogon”). Widać więc, że w pewnym uproszczeniu imię danej osoby zależy od kasty, kolejności urodzin, a czasem także od rejonu, z którego pochodzi rodzina. Trzeba przyznać, iż ten system nie jest łatwy i można się w nim pogubić.

 

POZA CZASEM

 

Życie na Bali upływa w swoim tempie i to nie tylko dlatego, że niemal zawsze świeci tu słońce, a w okolicy są same piaszczyste plaże, ciepły ocean i wysokie palmy kokosowe. Gdy mieszkałam u Puspy i Ketuta, codziennie rano obserwowałam, jak przeglądali gazetę i sprawdzali, kiedy będzie pełnia księżyca i jakie święta przypadają w najbliższym czasie według ich rachuby. Balijczycy mają swój własny tradycyjny kalendarz, na który składają się dwa systemy: 210-dniowy Pawukon (6 miesięcy po 35 dni) i księżycowy Saka (12-miesięczny). W każdym roku współistnieje ze sobą 10 osobnych cykli. Na podstawie ich wzajemnych zależności określa się m.in. daty ceremonii religijnych odprawianych w świątyniach.

 

Czas zatrzymuje się na wyspie w Nowy Rok, zwany Nyepi (wypada w marcu, niekiedy w kwietniu – w 2017 r. w dniu 28 marca). Ulice pustoszeją, sklepy, banki, a nawet urzędy są zamknięte. Lotnisko w Denpasar nie funkcjonuje i nie sposób dostać się tutaj w jakikolwiek sposób. Nie wolno jeździć samochodami i nikt nawet nie myśli o tym, aby wsiąść na skuter. Co więcej, w tym dniu Balijczycy rezygnują również z używania elektryczności, rozpalania ognia i wszelkich aktywności. Okna w domach pozostają zasłonięte, nikt nie wychodzi na zewnątrz. Mieszkańcy Bali wierzą, że w tym czasie nad wyspą przelatują demony, dlatego starają się je przekonać, iż cała okolica jest wyludniona, aby nie dać im powodu do zatrzymania się.

              

Ten tzw. Dzień Ciszy przeznacza się na medytację, rozmyślanie i pogrążenie się w zadumie. Stanowi on okazję do oczyszczenia umysłu, osiągnięcia wewnętrznej równowagi i zebrania myśli. Pozwala oderwać się od rzeczywistości, odseparować od świata zewnętrznego po to, aby odnaleźć spokój w sobie. Bali jest zresztą przez cały rok znakomitym miejscem na odkrywanie samego siebie. Panująca na wyspie atmosfera sprzyja błogiemu relaksowi i skupieniu się na swoim wnętrzu. Warto zatrzymać się choć na chwilę w codziennym pędzie, żeby odwiedzić ten wyjątkowy zakątek Indonezji.