fot_11.jpg

Błękitno-turkusowa fasada budynku w nekropolii Szach-i Zinda

© SŁAWEK JANAS/ODPRAWIENI.PL


Sławomir Janas

Magdalena Oczkowska-Janas

 www.odprawieni.pl

 

Bajkowe krajobrazy, egzotyczny klimat, miasta spowite błękitem, atmosfera jak z „Baśni tysiąca i jednej nocy”, a do tego najsłodsze arbuzy i melony pod słońcem – tak wyobrażaliśmy sobie Uzbekistan, zanim go odwiedziliśmy. Te przewidywania w większości się sprawdziły, ale dziś możemy powiedzieć, że przed wyjazdem nasz obraz tego serca Azji Środkowej był niepełny. Trudno przecież tak naprawdę poznać jakiś region bez ruszania się z domu. Zapraszamy więc do zapoznania się z naszymi doświadczeniami z podróży do tej wyjątkowej azjatyckiej republiki.


Najprzyjemniejszą porą na wizytę w tym kraju będzie polski sezon wiosenny (kwiecień–maj). Temperatury utrzymują się wtedy w granicach 20–25°C, co zdecydowanie ułatwia zwiedzanie. W lipcu i sierpniu na termometrze często pojawia się ponad 40°C. Wówczas nawet najwytrwalsi i uwielbiający upały turyści są zmuszeni zostać w hotelu między godziną 12.00 a 16.00. Uzbecka baza noclegowa jest dobrze rozwinięta. Rezerwacji pokojów można bez problemu dokonać przez internet. Zazwyczaj korzystając z tego sposobu, zapłacimy więcej niż w przypadku organizowania zakwaterowania już na miejscu lub za pośrednictwem wyspecjalizowanych biur podróży. Małe, rodzinne pensjonaty oferują przyzwoite warunki w cenach o wiele niższych od dużych obiektów hotelowych.

Uzbekistan warto polecić przede wszystkim osobom lubiącym egzotykę, prażące słońce, przyjaznych ludzi, imponującą architekturę, stare, klimatyczne miasta i baraninę. Podczas wojaży po tym kraju na pewno nie zabraknie też przygód i śmiechu z mnóstwa absurdalnych sytuacji, które czekają tu na nas na każdym kroku.

W krainie absurdów

Być może niektórymi doświadczeniami z wizyty w tych stronach nie powinniśmy się dzielić, aby nie psuć zabawy czytelnikom. Nie będzie to jednak takie proste, bo oprócz wspomnień o turkusowych, spalonych słońcem architektonicznych perełkach czy też przejmującej ciszy okolic Jeziora Aralskiego, niemal za każdym razem uśmiech na naszych twarzach wywołują również zupełnie innego rodzaju przeżycia. Uzbekistan jest egzotyczny nie tylko ze względu na kulturę bądź położenie, lecz także z powodu mnóstwa często nielogicznych, śmiesznych i trudnych do zrozumienia przepisów lub obyczajów, z którymi przychodzi się mierzyć przyjezdnym. Ich genezy należy szukać zarówno w historii państwa, jak i w ludzkich charakterach, ponieważ tutaj, podobnie do całej Azji Środkowej, radziecka ideologia i islamski mistycyzm łączą się z orientalną kulturą. Dlatego słowo „egzotyka” nabiera w tych warunkach nowego znaczenia.

Wyobraźmy sobie kraj o populacji ponad 30 mln osób, w którym niemal wszędzie ludzie jeżdżą samochodami jednej marki – w tym przypadku Daewoo. Już po przekroczeniu uzbeckiej granicy zauważamy, że na ulicach praktycznie nie ma innych aut. Wszędzie widzimy matizy, nubiry, nexie, a wszystkie rodzimej produkcji. Oprócz nich dostrzegamy też całkiem sporo chevroletów, wypuszczanych również przez fabrykę Daewoo. Od razu nasuwa się pytanie o przyczyny takiej sytuacji. Odpowiedź jest prosta: w latach 90. XX w., aby rozwijać krajową gospodarkę i ułatwić marce zdobycie rynku, nałożono bardzo wysokie cło na samochody sprowadzane z zagranicy. W wyniku tego import aut stał się zupełnie nieopłacalny i uchodzi za przywilej ludzi naprawdę bogatych. Jedynie w Taszkencie czasem, choć niezmiernie rzadko, rzuca nam się w oczy jakiś mercedes czy honda. Poza stolicą próżno szukać jakiegokolwiek urozmaicenia. Co ciekawe, prezydent państwa Islom Karimov podobno jeździ… właśnie mercedesem.

Uzbekistan, z racji swojego położenia w głębi rozległego kontynentu azjatyckiego, znajduje się w strefie klimatu umiarkowanego kontynentalnego o ciepłej i suchej odmianie, charakteryzującego się niewielkimi opadami. Takie warunki nie wydają się zbyt korzystne do uprawy bawełny i ryżu. Warto zaznaczyć, że do wyhodowania 1 kg tej pierwszej (z którego wytwarza się tkaninę na 2 pary spodni) potrzeba 29 tys. l wody! Nie przeszkadzało to władzom radzieckim założyć na znacznej części terytorium kraju pól tej rośliny. Nawadnia je rozbudowana sieć kanałów irygacyjnych połączonych z rzekami Amu-darią i Syr-darią. Jedną rzecz jednak wielcy planiści ZSRR w tym przypadku zignorowali. Ta metoda powoduje wysychanie Jeziora Aralskiego (zasilanego przez te rzeki), którego powierzchnia od lat 60. XX w. zmniejszyła się o ok. 80 proc.

Podczas wizyty w Uzbekistanie warto nastawić się na zakupy. Ceny są przystępne, a różnorodność rękodzieła przyprawia o zawrót głowy. Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, mimo wszystko portfele możemy zostawić w domu, bowiem w tym kraju pieniądze nosi się w reklamówkach. Jeszcze do niedawna najwyższym nominałem było 1 tys. sumów (UZS), czyli ok. 1,40 zł. Łatwo sobie wyobrazić, jaką objętość zajmuje równowartość kilkuset dolarów amerykańskich w uzbeckiej walucie. Z tych oczywistych powodów trudno tu także znaleźć bankomaty. Tylko w Taszkencie ich sieć została jako tako rozbudowana, choć zastanawia nas, jak często należy je uzupełniać. Ze względu na to, że oficjalny państwowy kurs jest całkowicie nieopłacalny, popularny w Polsce w latach 90. XX w. zawód cinkciarza stał się w Uzbekistanie profesją ściśle związaną z turystyką. Ludzie się nią parający doskonale znają zapotrzebowanie rynku i zawsze pojawiają się nie wiadomo skąd tam, gdzie są potrzebni, czyli głównie na bazarach i w okolicach obiektów turystycznych.

Podobne spostrzeżenia można by mnożyć niemal w nieskończoność. Zapewne każdy turysta opuszczający ten kraj ma swoją osobistą listę absurdów, które wyjątkowo go zaskoczyły lub też wywołały zdziwienie pomieszane ze śmiechem i niezrozumieniem.

fot_6_Serdeczny_mieszkaniec_Buchary_-_fot_Sławek_Janas__odprawieni.jpg

Sympatyczny mieszkaniec Buchary

©SŁAWEK JANAS/ODPRAWIENI.PL



Dwa oblicza Samarkandy

DSC01320_a1.jpg

Samarkandzki plac Registan z trzema reprezentacyjnymi medresami

©MATEUSZ KNOL



Samarkanda to miasto o dwóch twarzach – takie zdanie przeczytamy prawie we wszystkich relacjach z tej stolicy wilajetu samarkandzkiego i w większości przewodników. Na pierwszy rzut oka stanowi prawdziwą perełkę. Popularne dzielnice są zadbane, czyste i wyjątkowo dopieszczone. Jedne z najstarszych w całej Azji Środkowej zabytki o turkusowych fasadach i kopułach znajdują się w doskonałym stanie. Perfekcyjny obraz uzupełniają wypielęgnowana roślinność, eleganckie sklepy z pamiątkami, szerokie ulice i kolorowe grające fontanny. Wszystko to wygląda spektakularnie, szczególnie gdy ma się świadomość, że Uzbekistan jest byłą republiką radziecką, a niepodległością cieszy się od niedawna, bo od 1991 r. Idealny wizerunek Samarkandy nie bierze się znikąd. Przy głównym deptaku na każdym kroku widać cały sztab ludzi dbających o perfekcyjny wygląd tego miasta: kobietę przycinającą źdźbła trawy nożycami, bo nieco wychodziły ponad krawężnik, mężczyzn myjących elewacje budynków gąbką itd. Ciągle ktoś coś tu sprząta, zamiata, naprawia i poprawia. Próżno szukać papierka na chodniku, już nie mówiąc o niedopałku papierosa. Jednak wystarczy wychylić nos za jedną z bram, które szczelnie oddzielają reprezentacyjny bulwar od części mieszkalnej i zboczyć ze świetnie oznaczonych tras turystycznych, aby ujrzeć drugie oblicze stolicy wilajetu samarkandzkiego. Składają się na nie skromne domy, bita droga, trochę porozrzucanych śmieci oraz uśmiechnięte dzieci kopiące piłkę i proszące turystów o bon-bona, czyli cukierka. W tej Samarkandzie tętni prawdziwe życie. Tutaj miejscowi uśmiechają się do obcokrajowców, chłopcy z piekarni zapraszają ich do spróbowania najlepszego tradycyjnego uzbeckiego chleba, kobiety wychodzą na spacery ze swoimi pociechami i czuć zapach gotującego się obiadu dochodzący z czyjejś kuchni.

To trzecie co do wielkości miasto Uzbekistanu (po Taszkencie i Namanganie) jest jednym z najstarszych wciąż zamieszkanych na świecie. Pierwsze wzmianki o nim sięgają IV w. p.n.e. Było wówczas znane jako Marakanda, stolica krainy Sogdiana. Zdobył ją w 329 r. p.n.e. Aleksander Wielki. Za panowania średniowiecznego władcy Tamerlana (Timura, 1336–1405), określanego mianem tyrana z duszą artysty, ośrodek stał się najwspanialszym pod względem architektury miejscem w całej Azji Środkowej. Dziś swoim rozmachem i przepychem dorównuje wielu światowym metropoliom. Imponująca liczba zabytków przyczyniła się do wpisania go w 2001 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.  

Nawet ci, którzy nie uważają się za miłośników sztuki, powinni zobaczyć chociaż te najbardziej znane samarkandzkie atrakcje, będące wspaniałymi wizytówkami miasta, takie jak plac Registan z trzema monumentalnymi medresami z XV i XVII w., największy i najpiękniejszy tutejszy Meczet Bibi Chanum, obecnie pełniący funkcję muzeum, nekropolia Szach-i Zinda nazywana „Aleją Mauzoleów” czy Gur-i Mir („Grób Króla”), czyli grobowiec Timura i jego potomków.

Oprócz podziwiania wspaniałej architektury koniecznie należy odwiedzić samarkandzki Bazar Siabski położony tuż obok Meczetu Bibi Chanum. Nawet gdy nie planujemy zakupów, warto pójść na niego przyjrzeć się codziennej krzątaninie miejscowych, spróbować lokalnych specjałów i nasycić się zapachami okazałych owoców. Charakterystycznymi dla Samarkandy przysmakami są domowej roboty słodkości sprzedawane przez gospodynie. Znajdziemy wśród nich czekolady, nugaty i ogromny wybór bakalii. Pamiętajmy również, że przy kupowaniu nie tyle można, co trzeba się targować, a bazar jest nieczynny w poniedziałki.

Tam, gdzie czas stoi w miejscu

W Bucharze czas zatrzymał się setki lat temu. Na własnej skórze da się w niej poczuć klimat średniowiecznego islamskiego miasta, pełnego starych medres, meczetów, mauzoleów, minaretów i innych zabytków, pomiędzy którymi toczy się normalne życie mieszkańców. W świątyniach modlą się ludzie, pomiędzy budowlami sprzed kilku stuleci przechadzają się kobiety z zakupami czy dzieci wracające ze szkoły. Niektóre zabytkowe obiekty przekształcono na sklepy lub zakłady usługowe. Buchara jest bardziej kameralna niż Samarkanda, posiada mniej monumentalną architekturę i choć swoim pięknem także przyciąga wielu turystów, można w niej odetchnąć od zgiełku. Ten spokój naruszają jedynie lekko nachalni sprzedawcy rozmaitych pamiątek, ale oni stanowią nieodłączną część ruchu turystycznego.

W mieście warto pospacerować labiryntem bocznych ulic odchodzących od tych głównych. Spotkamy tu serdecznych bucharczyków, którzy nierzadko potrafią zaprosić przyjezdnego na herbatę. Centrum wyznacza kompleks budowli Lab-i Hauz otaczający staw z fontanną, wokół którego szczególnie wieczorami zarówno turyści, jak i mieszkańcy odpoczywają od upału na ławkach i w restauracjach. Bucharę nazywa się żywym muzeum, więc zabytków w niej nie brakuje. Za jej wizytówkę uchodzi Poi Kalon – przepiękny zespół architektoniczny, na który składają się olbrzymi minaret i meczet Kalon oraz medresa Mir-i Arab. Do punktów obowiązkowych zalicza się również potężna Twierdza Ark z medresami, meczetami, minaretami, ruinami murów obronnych, salą koronacyjną i kilkoma muzeami.

Oaza poza światem

fot2_Cmentarzysko_statków_-_Mujnak.jpg

Cmentarzysko statków na obrzeżach niegdysiejszego portu Mujnak

©SŁAWEK JANAS/ODPRAWIENI.PL



Położona tuż przy granicy z Turkmenistanem Chiwa jest idealnym celem dla osób zafascynowanych klimatem Jedwabnego Szlaku. Nie dociera do niej zbyt wielu turystów, bo droga przez pustynię nie należy do łatwych, mimo to zdecydowanie warto zadać sobie ten trud. Miasto dzieli się na dwie części: nową Diszan Kala oraz starą, schowaną za X-wiecznymi murami Iczan Kala. To właśnie te labirynty uliczek, meczety, minarety, domy mieszkających w tym miejscu od pokoleń rodzin i idylliczny spokój sprawią, że zapomnicie tutaj o całym świecie. Wszystko oświetlają piekielnie gorące promienie pustynnego słońca. W Chiwie nie ma strefy turystycznej. Chcąc nie chcąc, każdy przenosi się w niej chociaż na chwilę w czasy podróży w karawanach i wyczuwa atmosferę oazy, w której można zaczerpnąć oddechu przed dalszą wędrówką. Historyczna część miasta stanowi stosunkowo nieduży obszar, lecz nawet wielokrotne spacery wśród jej zabudowań zawsze dostarczają coraz to innych wrażeń. Tu nie trzeba i nie należy się nigdzie spieszyć, wszystko znajduje się w zasięgu ręki. Centralnym punktem tego rejonu Chiwy jest deptak, wzdłuż którego zlokalizowane są stoiska z pamiątkami i restauracje. Oprócz kilku straganów z tandetą, które zdarzają się wszędzie, odkryjemy tutaj także takie z prawdziwymi dziełami sztuki tworzonymi tuż za rogiem w przydomowych warsztatach. Pracują w nich często całe pokolenia. Warto przyjrzeć się tym rzemieślnikom artystom, gdy misternie rzeźbią kolejne pionki szachów czy też wzory na meblach.

Nad miastem górują minarety meczetów Islam Chodża i Dżuma, z których rozpościerają się przepiękne widoki na okolicę i Mauzoleum Pahlawona Mahmuda. Doskonały punkt obserwacyjny stanowią również mury obronne. Turyści mogą na nie wchodzić po uiszczeniu drobnej opłaty. Koniecznie trzeba to uczynić o zachodzie słońca – panorama robi wtedy niesamowite wrażenie. Najbardziej charakterystyczną budowlą, widoczną niemal z każdego miejsca starej dzielnicy, jest minaret Kalta Minor z XIX w. Miał to być najwyższy tego typu obiekt w Azji Środkowej (o wysokości ponad 70 m), z którego dałoby się dostrzec całą drogę z Buchary do Chiwy. Jego budowę jednak nagle przerwano ze względu na śmierć głównego fundatora. W rezultacie wieża liczy sobie 29 m i swoim nietypowym kształtem przypomina olbrzymi pionek szachowy. Zdobią ją mieniące się w słońcu glazurowane płytki.

Smutny triumf ludzkiej ambicji

Wycieczka nad Jezioro Aralskie była najbardziej poruszającą częścią naszej wyprawy po Uzbekistanie. Tak naprawdę te 2 czy 3 dni podróży w sam środek pustkowia stały się żywą lekcją historii i uświadomiły nam, jak wielki wpływ na świat ma człowiek. Losy znikającego morza (jak nazywają je miejscowi) pokazują, jak ludzka ambicja potrafi doprowadzić do katastrofy ekologicznej. Pomysł uczynienia z krajów Azji Środkowej (Kazachstan, Uzbekistan i Turkmenistan) światowej potęgi w produkcji bawełny zdecydowanie zasługuje na miano szaleństwa. Ogromne pola przez dziesiątki lat nawadniano za pomocą wielokilometrowych kanałów irygacyjnych, pobierających wodę z rzek zasilających Jezioro Aralskie (Amu-darii i Syr-darii). Wskutek tego zaczęło ono wysychać i zmniejszać się w zastraszającym tempie. Od lat 60. XX w. do dziś jego powierzchnia zmalała o ok. 80 proc. Wioski rybackie i miasta, które żyły tylko i wyłącznie z rybołówstwa, opustoszały, bo z roku na rok brzeg znajdował się coraz dalej. Niegdyś leżący nad „Morzem Aralskim” kilkunastotysięczny Mujnak (Moʻynoq) to dziś wyludnione, smutne miejsce. Główny tutejszy pracodawca – fabryka konserw rybnych – wiele lat temu ogłosił upadłość. Wskutek osuszania jeziora zwiększało się mocno jego zasolenie, przez co wyginęły wszystkie zasiedlające je stworzenia.

Jeśli ktoś już dotarł do Uzbekistanu, to w planie zwiedzania powinien koniecznie uwzględnić 2–3-dniowy wyjazd do tego regionu (wyprawy wyruszają z miasta Nukus). Po odwiedzinach w prężnym niegdyś ośrodku przemysłu rybnego, jakim był do lat 80. XX w. Mujnak, oraz na słynnym cmentarzysku statków położonym na jego granicy polecamy pojechać dalej dawnym dnem akwenu w kilkudziesięciostopniowym upale, bowiem warto zobaczyć obecny brzeg wciąż wysychającego jeziora. Za jakiś czas „Morze Aralskie” może przecież zupełnie zniknąć. Kto chce je jeszcze zobaczyć, niech jak najszybciej wyrusza do pełnego atrakcji Uzbekistanu.

Trochę informacji praktycznych

Do przekroczenia uzbeckiej granicy potrzebne będą wiza i zaproszenie. Obecnie w Polsce wiele biur pośrednictwa załatwia za swoich klientów wszelkie formalności z nimi związane. Należy tylko przekazać im komplet dokumentów, czyli ważny co najmniej jeszcze 6 miesięcy paszport, zaświadczenie o zatrudnieniu lub studiowaniu oraz 2 zdjęcia. Procedurę wizową musimy rozpocząć przynajmniej miesiąc przed podróżą, bo cały proces trwa do kilku tygodni. Oczywiście, wszystkim możemy także zająć się samodzielnie.

Przy wjeździe do Uzbekistanu (na granicy albo lotnisku) wypełnia się w dwóch kopiach deklarację celną. Wpisujemy do niej ilość wwożonej waluty, cenne rzeczy (aparat, kamera), leki. Oddzielną jej część przeznaczono dla osób przyjeżdżających samochodem lub motocyklem. Formularz należy uzupełnić skrupulatnie, ale z zachowaniem zdrowego rozsądku. Warto również pamiętać, aby podać każdą walutę, którą mamy przy sobie (złotówki, dolary amerykańskie, sumy itd.)

W tym kraju turystów obejmuje obowiązek meldunkowy w miejscu zakwaterowania. Przepis ten nie jest już tak uciążliwy jak jeszcze kilka lat temu, bo formalności zazwyczaj dopełniają pracownicy hotelu. Trzeba jednak pamiętać, żeby po przybyciu do niego zapytać o to, czy obiekt noclegowy otrzymał uprawnienia do wystawienia meldunku, bowiem czasem zdarza się, że nie posiada on odpowiedniej licencji. Druki pokwitowania zameldowania w danym mieście należy skrupulatnie gromadzić.

Artykuły wybrane losowo

Sardynia – kraina sprzyjających wiatrów

ELŻBIETA PAWEŁEK

                                                                                                             FOT. FOTOTECA ENIT/SANDRO BEDESSI
<< Ta piękna wyspa miała wielu sławnych wielbicieli wśród elit politycznych i arystokracji. Dziś jest rajem żeglarzy, nurków oraz wind- i kitesurferów. Turystów szukających błogiego wypoczynku kusi błękitną wodą, kilometrami uroczych plaż i luksusem Costa Smeralda (Szmaragdowego Wybrzeża). >>

Druga po Sycylii największa wyspa Morza Śródziemnego posiada status regionu autonomicznego Włoch. To poczucie odrębności to zapewne dziedzictwo po historycznym Królestwie Sardynii, które choć w ciągu setek lat istnienia zmieniało swoje granice i przechodziło z rąk do rąk, zakończyło swój żywot dopiero w 1861 r. po włączeniu do Królestwa Włoch. Potwierdza je także język sardyński, nadal używany przez mieszkańców wyspy.

Więcej…

Czarująca różnorodność Indonezji

opracował

MICHAŁ DOMAŃSKI

Indonezja jest największym na świecie krajem wyspiarskim, który oferuje turystom z Polski moc atrakcji, m.in. słońce zimą, malownicze egzotyczne plaże, górskie trekkingi, wyprawy w głąb dziewiczej dżungli oraz wręcz wymarzone miejsca do uprawiania surfingu, raftingu, kanioningu, wędkarstwa morskiego, żeglarstwa, snorkelingu czy nurkowania. Można tu podziwiać cenne zabytki, delektować się wyśmienitą i różnorodną kuchnią oraz odkrywać wspaniałe kultury wyróżniające się kolorowymi strojami ludowymi, tradycyjnymi tańcami, oryginalnymi wierzeniami, fascynującymi świętami i tajemniczymi zwyczajami. Jest tu tak dużo do zobaczenia i przeżycia, że nawet jeśli będziemy wracać do Indonezji wiele razy, to nie grozi nam nuda. To doskonały kierunek turystyczny, idealny na udane wakacje nie tylko dla miłośników przygód i prawdziwych odkrywców, ale także dla rodzin z dziećmi, zakochanych par, nowożeńców oraz amatorów luksusowych hoteli SPA & Wellness. Specjalnie dla Państwa poprosiliśmy kilka osób, które znają dość dobrze Indonezję, o krótkie wypowiedzi na temat – ich zdaniem – najbardziej fascynujących i zniewalających miejsc w tym niezmiernie interesującym, olbrzymim i różnorodnym kraju, leżącym na ponad 17 tys. wysp. Zapraszamy więc teraz w magiczną podróż po niepowtarzalnym regionie świata stanowiącym pomost pomiędzy dwoma kontynentami – Azją i Australią…

Więcej…

Aktywny wypoczynek na Wyspach Kanaryjskich

 

Filip Werstler

 

 Parque Rural del Nublo we wnętrzu górzystej wyspy Gran Canaria

3700

© TURISMO DE CANARIAS BRANDCENTER/ALEX BRAMWELL

 

Wyspy Kanaryjskie znane były już starożytnym, którzy określali je mianem Wysp Szczęśliwych. Trudno się zresztą z nimi nie zgodzić. Archipelag położony na Oceanie Atlantyckim należy do najpiękniejszych miejsc na świecie. Panujący tu klimat czyni go jednym z najbardziej przyjaznych dla ludzi regionów na ziemi. Liczba słonecznych dni w ciągu roku zdecydowanie przekracza 300 na większości z wysp. Rzadkie opady deszczu występują głównie późną jesienią, zimą i na początku wiosny. Temperatura powietrza utrzymuje się w granicach 17–25°C przez okrągłe 12 miesięcy. Te wyjątkowo sprzyjające warunki klimatyczne nie tylko wprowadzają przybyszów w dobry nastrój, ale także stwarzają znakomite możliwości do uprawiania rozmaitych sportów. A gdy aktywnie spędzamy czas, czujemy się przecież szczęśliwsi.

 

Na archipelag składa się siedem głównych wysp (Teneryfa, Fuerteventura, Gran Canaria, Lanzarote, La Palma, La Gomera i El Hierro) i okoliczne małe wysepki. Region należy do Hiszpanii, chociaż bliżej stąd do Afryki niż Europy. Największe jego miasta to Santa Cruz de Tenerife (ponad 200 tys. mieszkańców) i Las Palmas de Gran Canaria (ok. 380 tys.).

 

Najważniejszy atut tego archipelagu stanowi jego różnorodność. Każda wyspa jest inna, dlatego warto dowiedzieć się, jakie rodzaje sportu można uprawiać w konkretnych miejscach. Wybór mamy naprawdę duży. Wszelcy amatorzy aktywnego wypoczynku z pewnością znajdą tu coś dla siebie.

 

Ferteventura i silne wiatry

 

Według niektórych teorii malownicza Fuerteventura, leżąca zaledwie ok. 100 km od północno-zachodniego wybrzeża Afryki, wzięła swoją nazwę od hiszpańskich słów fuerte („silny”) i viento („wiatr”). Dziś wyspa jest prawdziwą mekką wind- i kitesurferów z całego świata. Panują na niej wręcz wymarzone warunki dla pasjonatów tych sportów, dotyczy to zwłaszcza wschodnich brzegów. Wiatr wiejący z zachodu osiąga w tej okolicy dość dużą siłę, ale jednocześnie powoduje, że powierzchnia wody staje się dość płaska. Szczególną popularnością cieszy się miejscowość Costa Calma (Spokojne Wybrzeże). Wynika to z faktu, że leży ona w najwęższej części Fuerteventury, gdzie wiatry są najmocniejsze. Ze względu na tak sprzyjające warunki powstały tutaj liczne ośrodki wind- i kitesurfingu. Największe na wyspie jest działające od 1984 r. centrum René Egli by Meliã położone w tym samym niezmiernie urokliwym miejscu, co luksusowy Hotel Meliã Gorriones (4 gwiazdki plus) wyróżniający się pełnymi tropikalnej roślinności ogrodami i dużym wyborem basenów, a mianowicie tuż przy bajkowej plaży Sotavento, którą uważa się nawet za jedną z najpiękniejszych na całym globie. Wzdłuż niej ciągnie się płytka 4-kilometrowa laguna, nadająca się wyśmienicie do nauki pływania na desce z żaglem lub latawcem (także pod czujnym okiem profesjonalnych polskich instruktorów!). W tej części Fuerteventury, dzięki zjawisku tunelu wietrznego, wieje praktycznie przez cały rok oraz panują wysokie temperatury powietrza i wody. Na całym archipelagu naprawdę trudno znaleźć lepsze warunki do uprawiania tych widowiskowych sportów. Dlatego też już od 1986 r. (zwykle na przełomie lipca i sierpnia) odbywają się tutaj Mistrzostwa Świata w Windsurfingu i Kiteboardingu (Fuerteventura Windsurfing & Kiteboarding World Cup). Przybywają na nie najlepsi sportowcy, a również liczni kibice i dziennikarze sportowi z różnych krajów. Oprócz podziwiania na żywo ekscytujących zmagań zawodników można się w tym czasie także rozerwać. Zawodom, które trwają zazwyczaj od ok. 10.00 do 18.00, towarzyszą dodatkowe atrakcje – specjalny namiot z przysmakami lokalnej kuchni, występy muzyków na żywo i bogaty program dla całych rodzin. Wieczorami, od godz. 21.00, zaczynają się klimatyczne szalone imprezy do białego rana i ciekawe koncerty. Te mistrzostwa, świetnie zorganizowane przez René Egli by Meliã (pod kierownictwem niezmiernie profesjonalnej Anniki Ingwersen), warto polecić każdemu.

 

Jednak na Fuerteventurę można wybrać się nie tylko w okresie wspomnianego wydarzenia. Sezon na uprawianie sportów panuje na niej właściwie przez cały rok. Obok przepięknej plaży Sotavento wind- i kitesurferzy odwiedzają również inne miejsca na wyspie. Wielu z nich zatrzymuje się w wysuniętych na południe miasteczkach Jandía i Morro Jable (należących razem ze wspomnianą już miejscowością Costa Calma do gminy Pájara), gdzie z uwagi na położenie geograficzne także wieją silne wiatry. Niektóre osoby udają się natomiast na północ, w okolice Dunas de Corralejo, czyli spektakularnych wydm leżących niedaleko 20-tysięcznego kurortu Corralejo, będącego stolicą turystyczną tej części Fuerteventury. Tutejsze wybrzeże jest wielką atrakcją nie tylko dla amatorów sportów wodnych, ale i dla wszystkich marzących o wypoczynku w malowniczym otoczeniu. Bezkresne piaski przyciągają turystów z całej wyspy. W tym miejscu można uprawiać m.in. surfing, wind- i kitesurfing, stand up paddling (SUP) oraz grać w gry plażowe, biegać czy spacerować. To jedyny w swoim rodzaju zakątek, z pewnością warty odwiedzenia podczas aktywnych wakacji.

 

Zachodnie brzegi Fuerteventury są mniej popularne. Świetnie odnajdą się tu surferzy, choć ta część lądu jest słabiej skomunikowana. Jednak wysokie fale, powstające pod wpływem silnego wiatru wiejącego znad Atlantyku, rekompensują wszelkie trudności związane z dojazdem. Do głównych ośrodków surfingowych na wyspie należą La Pared czy El Cotillo. Mimo iż to niewielkie miejscowości, mają szczęście znajdować się w idealnych miejscach. Dzięki ich małej popularności nie przybywają do nich tłumy turystów, co sprawia, że warunki do szaleństw na wodzie są w tym rejonie doskonałe. Poza tym na wyróżnienie zasługuje też z pewnością Park Naturalny Jandía (Parque Natural de Jandía) z niesamowicie urokliwą plażą Cofete. Kręcono na niej sceny do filmu Ridleya Scotta Exodus: Bogowie i królowie z 2014 r. Nad niemal 14-kilometrowym piaszczystym brzegiem unosi się nigdy nieopadająca mżawka wywołana uderzeniami fal, a w tle widać góry oddzielające wybrzeże od reszty lądu. Prowadzącą tutaj malowniczą trasę pokrywa w dużej części nawierzchnia szutrowa.

 

Na Fuerteventurze popularnością cieszy się też stand up paddling

SUP Pic by John Carter PWA

© TURISMO DE CANARIAS BRANDCENTER/LEX THOONEN

 

Trekking na GRAN CANARII

 

Gran Canaria, obok Fuerteventury i Teneryfy, uchodzi za jedną z najpopularniejszych wysp wśród turystów z Europy. W 2015 r. odwiedziło ją ponad 3,2 mln ludzi z kilkudziesięciu krajów. Na jej atrakcyjność wpływa duże zróżnicowanie pod względem klimatycznym i przyrodniczym. Co roku ściąga tu mnóstwo osób nastawionych na aktywny wypoczynek. Podobnie jak na Fuerteventurze także na Gran Canarii spotkamy licznych miłośników surfingu, wind- i kitesurfingu, choć warunki do uprawiania tych sportów są na niej mniej stabilne.

 

Na wyspie można również z powodzeniem odbywać wyprawy trekkingowe. Pokrywa ją wiele odpowiednich do tego celu tras. Zainteresowaniem cieszą się m.in. wycieczki do Roque Nublo (1813 m n.p.m.) – wznoszącej się pod niebo niemal 80-metrowej wulkanicznej skały (przywodzi ona na myśl Maczugę Herkulesa z Ojcowskiego Parku Narodowego). Przypominająca kolumnę formacja stoi nad głęboką przepaścią. Prezentuje się naprawdę imponująco, dlatego turyści często decydują się przyjrzeć się jej z bliska. W okolicy warto też wejść na znajdujący się nieopodal Pico de las Nieves – najwyższy szczyt Gran Canarii, wznoszący się na wysokość 1956 m. n.p.m. Można do niego dojechać głównie samochodem albo rowerem. Rozpościera się stąd wspaniała panorama, koniecznie trzeba więc zabrać ze sobą aparat fotograficzny.

 

Zupełnie niepopularna jest natomiast wyprawa na dziewiczą plażę Güigüi (Guguy), którą miejscowi uznają za najpiękniejszą na wyspie. Być może zasłużyła sobie na tak pochlebną opinię dlatego, że nie została usypana z białego piasku i nie udaje Karaibów jak pobliskie Playa de los Amadores czy Playa de Anfi del Mar. Prezentuje prawdziwe oblicze archipelagu – ciemny wulkaniczny brzeg otaczają wysokie majestatyczne klify i oblewają spienione fale Oceanu Atlantyckiego. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że ta wycieczka wymaga lepszej kondycji. My naszą wyprawę rozpoczęliśmy jeszcze przed świtem. Ok. godz. 5.00–5.30 wsiedliśmy w autobus w miejscowości Puerto de Mogán. Podaliśmy nazwę interesującej nas plaży, a kierowca dowiózł nas na przystanek na rozstaju dróg położony najbliżej naszego celu. Stąd mieliśmy do pokonania pieszo ok. 25-kilometrową trasę wiodącą głównie przez góry.

 

Na początku przemierzyliśmy 8 km po asfalcie do miejscowości Tasártico. Tu warunki się zmieniły. Dalej szliśmy już po szutrze i skałach aż do samego końca. Gdy trasa zaczęła piąć się pod górę, zauważyliśmy drogowskaz informujący o tym, że do celu zostało nam jeszcze 17 km. Ta część wyprawy była najbardziej wymagająca. Najpierw musieliśmy pokonać kilka kilometrów ostrego podejścia po średnio wyrobionej ścieżce. Zajęło nam to mniej więcej 2 godz. z jedną krótką przerwą na nabranie sił. Jednak po dotarciu na szczyt czekała nas wspaniała nagroda – cudowny widok na leżącą w dole zatokę i pobliską Teneryfę z górującym wulkanem Teide. Przez jakąś godzinę odpoczywaliśmy i cieszyliśmy się tym miejscem, po czym ruszyliśmy w dół. Ten ostatni odcinek wyglądał równie pięknie i osobliwie. Wokół nie dało się dostrzec żadnych śladów cywilizacji, zabudowań czy sklepów. Na ścieżce także nie spotkaliśmy nikogo. Nasze telefony nie łapały również zasięgu sieci komórkowych. Po drodze napotykaliśmy natomiast coraz więcej lokalnej roślinności.

 

Po dotarciu na plażę mogliśmy rozkoszować się jej niezwykłą urodą. Kilkusetmetrowe klify odgradzały resztę lądu od oceanu. Na rozległym i czystym piaszczystym brzegu byliśmy sami. W spokoju przyglądaliśmy się Teneryfie oddalonej od nas o niecałe 200 km. Najcudowniejszy moment tego dnia stanowił zachód słońca. Chowa się ono tutaj za szczytami sąsiedniej wyspy. To widok jedyny w swoim rodzaju, wręcz idylliczny.

 

Podczas planowania wycieczki na plażę Güigüi (Guguy) należy pamiętać o zapewnieniu sobie transportu powrotnego. Do wyboru mamy dwa wyjścia: wrócić tą samą drogą, ale będzie to bardzo męczące, albo dzień wcześniej umówić się z miejscowym rybakiem, aby przypłynął po nas o wskazanej porze. Naszą trójkę taka usługa kosztowała ok. 15 euro za osobę.

 

Oprócz uprawiania trekkingu na Gran Canarii można np. grać w golfa (choćby w jedynym na całym archipelagu resorcie z dwoma profesjonalnymi 18-dołkowymi polami golfowymi – Sheraton Gran Canaria Salobre Golf Resort!), nurkować (działa na niej nawet w kurorcie Puerto de Mogán polska szkoła Delphinus, a także nowatorskie centrum Sea TREK Spain w resorcie Anfi del Mar, zapraszające na spacery po dnie oceanu bez sprzętu nurkowego i uczestniczenia w specjalistycznym kursie!) albo jeździć konno. Na wyspie pojawia się zresztą coraz więcej firm oferujących ten ostatni rodzaj aktywności. Zazwyczaj takie wyprawy trwają 1–4 godz. i odbywają się w różnych częściach lądu. Ceny wahają się od 20 do 90 euro w zależności od organizatora i długości trasy. Kilka firm wyróżnia się wysokim standardem, profesjonalizmem i rozbudowaną ofertą. Jedną z nich jest bez wątpienia El Salobre Horse Riding. Należące do niej ranczo z kilkunastoma wierzchowcami leży na południu, nieopodal turystycznej stolicy Gran Canarii – Maspalomas (ok. 10 minut od niej). W okolicy znajdują się przepiękne wydmy, wulkaniczne szlaki i tropikalne plantacje. Poza tym ten rejon charakteryzuje się oryginalną florą i fauną. To wszystko przyciąga wielu miłośników jazdy konnej z różnych krajów (w tym i z Polski!). Zdecydowanie warto rozważyć wybranie się na wycieczkę po wyspie na końskim grzbiecie, tym bardziej że tutejsze zapierające dech w piersiach krajobrazy czynią z niej ekscytujące przeżycie.

 

Na archipelagu wzrasta też zainteresowanie kolarstwem, dotyczy to zwłaszcza Gran Canarii i Teneryfy. Uprawianiu tego sportu sprzyjają m.in. duże różnice wysokości i przyjazny klimat przez okrągły rok. Poza tym znajdują się tu niezmiernie malownicze i kręte drogi. Wielbicieli jazdy na rowerze przyciągają wymagające trasy ze spektakularnymi widokami. Na Gran Canarii prowadzą one zazwyczaj przez jej wnętrze, które jest w mniejszym stopniu zamieszkane i rzadziej odwiedzane przez turystów. Wyspa charakteryzuje się znaczną różnorodnością szlaków. Lokalne firmy oferują usługi na wysokim poziomie – zajmują się nie tylko wypożyczaniem sprzętu, ale także organizują wycieczki czy nawet specjalne obozy kolarskie, które trwają zazwyczaj od 5 do 10 dni. Pakiety obejmują zakwaterowanie w komfortowym hotelu, transport i częściowe wyżywienie (half board, czyli śniadanie i obiadokolację). Jeżeli chcemy jedynie wypożyczyć rower górski lub kolarzówkę, będzie nas to kosztować od ok. 12 euro za dzień (70 euro za tydzień).

 

Surowa Lanzarote

 

Jak na większości wysp w archipelagu, również na Lanzarote bardzo dużą popularnością cieszą się surfing, wind- i kitesurfing oraz stand up paddling (SUP). Amatorzy tych dyscyplin zjeżdżają głównie do miejscowości Famara (Caleta de Famara). Jednak można tutaj robić jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy.

 

Lanzarote znana jest choćby z zawodów triatlonowych. W ciągu roku odbywa się na niej kilka takich imprez sportowych, z których największą sławą na całym świecie cieszą się te z serii IRONMAN. Od ich uczestników wymaga się naprawdę bardzo dobrego przygotowania. Muszą oni przepłynąć 3,86 km, pokonać na rowerze dystans 180,25 km i przebiec odcinek 42,20 m (maraton) bez żadnej przerwy. Dlatego też ten wyścig uchodzi za wyjątkowo trudny i budzi niemałe zainteresowanie nie tylko wśród osób chcących sprawdzić swoją wytrzymałość, lecz także i widzów. Club La Santa IRONMAN Lanzarote (jego tegoroczna edycja odbędzie się 20 maja) to jedna z imprez cyklu zawodów organizowanych przez World Triathlon Corporation. Stanowi nie lada gratkę dla amatorów triatlonu i kibiców sportowych.

 

Okolice wyspy odwiedzają również chętnie nurkowie. Nic więc dziwnego, że na jej południowym krańcu, na słynnym wybrzeżu Playa Blanca, znajdziemy nawet polskie centrum Delphinus Lanzarote, dawne Cool Dive. Miłośnicy wielkiego błękitu mogą tu podziwiać faunę typową dla Oceanu Atlantyckiego. Poza tym ostatnio, 11 stycznia 2017 r., w sąsiedztwie Lanzarote (w Bahía de Las Coloradas, na głębokości mniej więcej 12–14 m) otwarto zupełnie nowe, pierwsze w Europie, podwodne muzeum – Museo Atlántico. Składa się na nie imponujący zbiór celowo zatopionych rzeźb brytyjskiego artysty Jasona deCairesa Taylora. Można przyjrzeć im się z bliska podczas ok. 1-godzinnej wyprawy nurkowej wyruszającej z Mariny Rubicón (cena 12 euro od osoby dorosłej) lub z trochę dalszej odległości w trakcie rejsu wolno płynącym statkiem ze szklanym dnem.

 

Kolejną unikatową na skalę europejską propozycją są firmowane przez system Sea TREK niesamowite spacery po dnie Atlantyku bez sprzętu dla nurków i ukończenia specjalistycznego szkolenia. Dzięki kaskowi z doprowadzanym tlenem wizytę w podwodnym królestwie Wysp Kanaryjskich złożymy już po przejściu 10-minutowego instruktażu, nawet jeżeli nie potrafimy pływać. Na tego typu rozrywkę zaprasza wszystkich chętnych szkoła nurkowa Native Diving w modnym kurorcie Costa Teguise na wschodnim wybrzeżu Lanzarote (oraz wspomniane centrum Sea Trek Spain w Anfi del Mar na Gran Canarii). Schodzi się wówczas na maksymalną głębokość 6 m, a cała przyjemność trwa 45 minut i kosztuje 60 euro od osoby dorosłej.

 

Na wyspie znajduje się również mnóstwo tras dla miłośników trekkingu i jazdy na rowerze. Szlaki są wyjątkowo atrakcyjne ze względu na tutejsze malownicze powulkaniczne krajobrazy. Na terenie miejscowego Parku Narodowego Timanfaya (Parque Nacional de Timanfaya) doszło do jednej z najdłuższych erupcji w dziejach nowożytnych (w latach 1730–1736 codziennie z ok. 300 kraterów wypływały olbrzymie ilości lawy). Surowa okolica wywiera na zwiedzających ogromne wrażenie. Wspaniałe piesze wycieczki można organizować nie tylko na obszarze parku (ponad 51 km² powierzchni). Zabronione jest poruszanie się po nim na rowerze górskim, ale dozwolone – na szosowym. Na tym ostatnim pojeździmy po głównej drodze parkowej, która stanowi zresztą część trasy słynnego wyścigu triatlonowego Club La Santa IRONMAN Lanzarote. Na całej wyspie znajdziemy wiele urokliwych i dobrze przygotowanych tras rowerowych, choćby Costa Teguise – Arrieta (42 km, dość trudny do pokonania odcinek, na tę wyprawę należy przeznaczyć ok. 5–6 godzin) czy Costa Teguise – Los Cocoteros (30 km, szlak średnio trudny, ok. 3,5–4-godzinny).

 

Jazda rowerem górskim na Lanzarote dostarcza ekscytujących wrażeń

12822

© TURISMO DE CANARIAS BRANDCENTER/SERAFÍN ARGIBAY CARBALLADA

 

Pełna atrakcji Teneryfa

 

Zdaniem wielu turystów Teneryfa ma ze wszystkich kanaryjskich sióstr najwięcej do zaoferowania. To świetne miejsce do uprawiania rozmaitych sportów wodnych, trekkingu po zróżnicowanym terenie czy jazdy na rowerze wśród zapierających dech w piersiach krajobrazów. Z pewnością jedną z ciekawszych i mniej typowych form aktywności jest golf. W ostatnich latach cieszy się on tutaj coraz większą popularnością. Profesjonalne pola do gry znajdziemy na kilku wyspach. Najwięcej powstało ich na Teneryfie i Gran Canarii (na tej ostatniej na uwagę zasługuje m.in. jedyny na całym archipelagu resort z dwoma 18-dołkowymi polami golfowymi – Sheraton Gran Canaria Salobre Golf Resort, położony niedaleko opisywanego już nieco szerzej rancza z końmi El Salobre Horse Riding). Cenią je sobie zarówno doświadczeni golfiści, jak i osoby początkujące.

 

Ośrodki na Teneryfie leżą w jej południowej części, w pobliżu znanych turystycznych kurortów takich jak Playa de Las Américas, Costa Adeje i Los Cristianos (słynących również z doskonałych warunków do uprawiania surfingu, nurkowania, żeglarstwa czy sportów motorowodnych), oraz w rejonie północnym i zachodnim. Warto tu wymienić choćby Golf Costa Adeje i Golf Las Américas oraz Golf del Sur i Amarilla Golf & Marina na terenie gminy San Miguel de Abona. Charakteryzują się one nie tylko wysoką jakością oferowanych usług czy zróżnicowanym stopniem trudności, lecz także wyjątkowo malowniczym położeniem. W trakcie gry można podziwiać wspaniałe widoki np. na Ocean Atlantycki. Oprócz tego niewątpliwy atut profesjonalnych pól golfowych w tym regionie stanowią panujące tutaj warunki klimatyczne. Jak już wspominałem, przez zdecydowaną większość roku na archipelagu jest słonecznie i wystarczająco ciepło, aby spędzać czas na świeżym powietrzu. Dlatego na golfa na Teneryfę warto przylecieć zawsze, w listopadzie, marcu bądź lipcu. Poza nią równie korzystnymi warunkami szczyci się południe Gran Canarii. Na obu wyspach turystyka golfowa z roku na rok coraz bardziej się rozwija.

 

Piękna i różnorodna Teneryfa, największa i najludniejsza w archipelagu (2034 km² powierzchni i ok. 900 tys. mieszkańców), to również znakomity region na ciekawe wędrówki piesze. Miejscowe agencje turystyczne oferują też wycieczki objazdowe do najbardziej spektakularnych punktów widokowych czy wyprawy na wulkan Teide (3718 m n.p.m.). Wejście na ten najwyższy szczyt Wysp Kanaryjskich i całej Hiszpanii powinno być obowiązkowym zadaniem dla wszystkich spędzających aktywnie urlop w tym rejonie.

 

La Palma pod gwiazdami

 

Na północny zachód od Teneryfy leży La Palma. Turystyka masowa dopiero na nią dociera. Znajdziemy tu wciąż niewiele rozległych kompleksów hotelowych w porównaniu z opisanymi już czterema największymi wyspami. Dla odmiany mocno rozwija się w tym miejscu turystyka alternatywna. Ten zakątek archipelagu budzi więc zainteresowanie osób, które preferują ruch na świeżym powietrzu.

 

La Palma słynie z malowniczych zielonych terenów i dużej aktywności wulkanicznej. Ze względu na bogatą florę i faunę często wybierają się na nią miłośnicy przyrody i amatorzy długich pieszych wycieczek. Zwiedzających przyciąga zwłaszcza położony w centrum wyspy Park Narodowy Kaldery Taburiente (Parque Nacional de la Caldera de Taburiente), lubiany zarówno przez polskich, jak i zagranicznych turystów. Trasy na jego obszarze mają od kilku do kilkunastu kilometrów, dlatego na wyprawę najlepiej zarezerwować sobie cały dzień. Trzeba także pamiętać o odpowiednim obuwiu i sprzęcie do pieszych wędrówek. Z uwagi na znaczne różnice wysokości sugeruje się wynajęcie przewodnika, gdyż pokonywanie niektórych szlaków bywa czasami dość niebezpieczne.

 

Na tego typu wycieczki można udać się również do Bosque de Los Tilos (Los Tiles) – bujnego lasu wawrzynowego zamieszkanego przez endemiczne gatunki zwierząt, jak np. gołębie kanaryjskie i laurowe czy liczne rzadkie bezkręgowce. Inne popularne miejsce stanowi okolica szczytu Roque de los Muchachos (2426 m n.p.m.), gdzie aktywny wypoczynek urozmaica podziwianie nocnego nieba. W tej części La Palmy znajduje się obserwatorium astronomiczne (Observatorio del Roque de los Muchachos – 2396 m n.p.m.), uchodzące za jedną z największych jej atrakcji. Powszechnie wiadomo, że Wyspy Kanaryjskie znakomicie nadają się do obserwowania gwiazd (mogłem się o tym przekonać m.in. na dziewiczej plaży Güigüi). Jednak właśnie w tym rejonie archipelagu panują najlepsze do tego warunki, dzięki czemu tutejszy kompleks cieszy się sporym zainteresowaniem turystów.

 

Wybrzeże La Palmy chętnie odwiedzają też zapaleni surferzy. Ze względu na niespokojne wody Atlantyku cenią je zwłaszcza osoby bardziej zaawansowane. Choć istnieje tu kilka punktów, w których wynajmiemy deski czy wykupimy kurs dla początkujących, to miejsce rekomendowane jest raczej dla doświadczonych pogromców fal. Do najpopularniejszych należy mniej więcej 500-metrowa Playa de Los Guirres (Playa Nueva), znajdująca się na zachodnim brzegu La Palmy. Wspaniałe warunki panują także w pobliżu dzikiej plaży Nogales, leżącej na północnym wschodzie.

 

Niepozorne El hierro i la gomera

 

Park Narodowy Garajonay, La Gomera

3917

© TURISMO DE CANARIAS BRANDCENTER/CARLOS SPOTTORNO

 

Dwie najmniejsze z siedmiu głównych wysp archipelagu nie zostały jeszcze opanowane przez turystykę masową. Uczestnicy licznych wycieczek fakultatywnych przybywają na nie na ogół promami lub samolotami z Teneryfy, Gran Canarii czy La Palmy (na El Hierro i La Gomerze działają małe lotniska). Dlatego zazwyczaj pojawiają się tutaj ludzie nastawieni na konkretne aktywności. Dużym zainteresowaniem cieszą się rejsy jachtami i wyprawy na obserwowanie waleni biskajskich, płetwali Bryde’a, grindwali, delfinków pręgobokich czy delfinów. Spokojna El Hierro jest najdalej wysunięta w głąb oceanu, dlatego fascynuje eksploratorów podwodnego świata.

 

La Gomera przyciąga uwagę przybyszów przede wszystkim swoimi zapierającymi dech w piersiach krajobrazami – na południu położone są skaliste tereny, centrum i północ natomiast pokrywają rozległe lasy wawrzynowe, w których występują różne rzadkie gatunki roślin i zwierząt. Spodoba się tu również miłośnikom geologii i wulkanologii, a to ze względu na dużą aktywność wulkaniczną w tym regionie. Zróżnicowanie terenu sprzyja odbywaniu wycieczek pieszych i rowerowych, które stanowią popularną aktywność na wyspie. W jej środkowej i północnej, bardziej zielonej części znakomicie jeździ się na rowerach górskich.

 

El Hierro doceniają z kolei wielbiciele podwodnych przygód. Ściągają oni przede wszystkim do miejsca o nazwie Punta de La Restinga (Punta Restinga) – najdalej na południe wysuniętego punktu Hiszpanii. To bodajże najlepszy rejon do nurkowania na całym archipelagu ze względu na wielkie bogactwo flory i fauny oraz znaczną różnorodność form skalnych. W tej okolicy, na terenie Rezerwatu Morskiego La Restinga – Morze Spokoju (Reserva Marina La Restinga – Mar de Las Calmas), można natknąć się na rozmaite gatunki rekinów czy mant, a także wiele innych stworzeń, niespotykanych gdzie indziej w regionie. Pod wodę schodzi się tutaj zazwyczaj na głębokość od kilkunastu do nawet 50 m, co czyni to miejsce jeszcze bardziej atrakcyjnym. Punta de La Restinga i Mar de Las Calmas muszą się znaleźć w planie wyprawy na Wyspy Kanaryjskie każdego zapalonego nurka.