DSC_0561.jpg

Stare Miasto w Hội An na północnym brzegu rzeki Thu Bồn

©POLKA TRAVEL/MAJKA SZURA

 


MAGDALENA BARTCZAK

 

Wietnamczycy tworzą jedną z najliczniejszych mniejszości narodowych mieszkających w Polsce. Jeśli wierzyć aktualnym statystykom, ich populacja w naszym kraju sięga dziś ponad 50 tys. osób. Mimo tego wydaje się, że większość Polaków nadal niewiele wie o tym narodzie oraz jego fascynującej ojczyźnie, pełnej kontrastów i emanującej zauważalną na każdym kroku energią. 

Sapa-Trekking-Sercrets-of-Hight-Tonkin-18-days-9.jpg

Wyprawa trekkingowa w rejonie pasma górskiego Hoàng Liên Sơn 

©GREEN TRAIL TOURS LTD/VIETNAMTREKKINGTOURS.ASIA


Pierwsza fala emigracji Wietnamczyków do Polski przypadła na lata 50. XX w. i wiązała się z wymianą studentów, prowadzoną w ramach podtrzymywania socjalistycznej przyjaźni między dwoma oddalonymi od siebie o prawie 10 tys. km państwami. Jeszcze liczniejsze ich grupy zaczęły do nas docierać w latach 90., tym razem głównie z powodów ekonomicznych i politycznych. Szukający azylu bądź przyjeżdżający za chlebem emigranci długo stanowili zamkniętą społeczność, co jednak od pewnego czasu się zmienia. Coraz swoich nowych sąsiadów. Świadczy o tym choćby powiększająca się liczba festiwali poświęconych ich kulturze oraz ogromna popularność wietnamskiej kuchni, która bywa już identyfikowana nie tylko z prostym fast foodem, lecz także z tradycyjnymi i wykwintniejszymi restauracjami.

Mimo to Wietnam wciąż pozostaje dla nas państwem pod wieloma względami nieznanym. Jak powiada wietnamskie przysłowie: raz zobaczyć znaczy więcej niż sto razy usłyszeć. Zgodnie z nim, jeśli chcemy dowiedzieć się o tym kraju czegoś więcej, powinniśmy skorzystać z jednej z licznych promocji biletów lotniczych i ujrzeć go na własne oczy. Ojczyzna Wietnamczyków spójnie wiąże tradycję z nowoczesnością i stanowi fascynującą mieszankę kolorów, zapachów i dźwięków. Niczym popularna w azjatyckiej kuchni przyprawa pięciu smaków, łączy w sobie najrozmaitsze, często kontrastujące ze sobą barwy i aromaty. Tym bardziej więc warto wyruszyć w daleką podróż i przekonać się o tej różnorodności na własnym… podniebieniu.

Smak gorzki – dawniejsza historia

Wietnam leży w Azji Południowo-Wschodniej, na Półwyspie Indochińskim. Od północy graniczy z Chinami, a od zachodu z Laosem i Kambodżą. Jego wydłużone terytorium rozciąga się na kilka stref klimatycznych: północny rejon charakteryzuje się klimatem wilgotnym podzwrotnikowym, środkowa część – zwrotnikowym z porą deszczową i suchą, zaś tropikalny południowy kraniec – zwrotnikowym w odmianie monsunowej. Podobnym bogactwem szczyci się tutejsza przyroda. W tym kraju świetnie odnajdą się zarówno wielbiciele trekkingu, jak i miłośnicy wędrówek po dżungli czy wypoczynku na długich, śnieżnobiałych plażach.

Kraina czerwonego smoka – jak często określa się Wietnam – słynie też z fascynującej, lecz trudnej historii. Kluczowe jej rozdziały stanowiły ponadtysiącletnia chińska okupacja (od 111 r. p.n.e. do 938 r. n.e.) i szczególnie znacząca dla późniejszych losów państwa francuska kolonizacja. Jak pisał pionier studiów postkolonialnych Edward Said (1935–2003): francuskie imperium, choć nie mniej zainteresowane było zyskiem, plantacjami i niewolnikami niż brytyjskie, motywowane było ideą prestiżu. Ślady tego modelu rządów są w tym kraju stale widoczne m.in. we wspaniałej kolonialnej architekturze, dobrych drogach czy gęstej sieci kolei. W 1858 r. pod pretekstem ochrony przebywających na tym obszarze katolickich misjonarzy wojska Francuzów zajęły Tourane (dziś Đà Nẵng),a później południowe prowincje Wietnamu. Od tego momentu trafił on pod panowanie francuskie na niemal 100 lat, aż do 1940 r., gdy wkroczyła tu armia japońska.

W 1945 r. do istnienia powołano Demokratyczną Republikę Wietnamu, na której czele stanął działacz komunistyczny Ho Chi Minh (1890–1969). Wkrótce potem o terytorium dawnej kolonii upomniała się Francja, czym doprowadziła do I wojny indochińskiej (1946–1954). W jej efekcie wyzwolony kraj podzielono na komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu (Wietnam Północny) i Republikę Wietnamu (Wietnam Południowy). Mieszkańcy nie mogli jednak zbyt długo cieszyć się wolnością. Niedługo później znaleźli się w ogniu wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej 1955–1975), która okazała się jednym z najdłuższych i najbardziej krwawych konfliktów w historii regionu. W zachodnim świecie od lat wiele mówi się o tym, jak dramatycznie doświadczyła ona Amerykanów, ale rzadziej wspomina się o traumie, jaką przyniosła Wietnamczykom. To ci drudzy ponieśli znacznie więcej ofiar w żołnierzach (ponad milion, podczas gdy po amerykańskiej stronie liczba nie przekraczała 60 tys.) oraz cywilach, których zginęło niemal 70 tys. Skutki stosowanej przez siły amerykańskie broni chemicznej są odczuwalne do dziś, np. wywołane przez nią choroby genetyczne dziedziczą kolejne pokolenia.

Zjednoczone w 1976 r. państwo przyjęło nazwę Socjalistyczna Republika Wietnamu i zaczęło stopniowo stawać na nogi m.in. za sprawą kultywowanego przez jego mieszkańców etosu pracy, ich pragmatyzmu oraz przedsiębiorczości. Dziś to jeden z najprężniej rozwijających się krajów Azji Południowo-Wschodniej, w czym zresztą również widać swoistą różnorodność. Współczesny Wietnam, podobnie jak Chiny, stanowi ciekawą syntezę komunizmu i drapieżnego kapitalizmu. Ta dynamika rozwoju ekonomicznego daje o sobie znać głównie w dużych miastach, zdominowanych przez wszechobecny tłum, który jest pierwszym elementem wietnamskiego pejzażu rzucającym się przyjezdnym w oczy. Zagęszczenie ludzi na jednostkę powierzchni odczuwa się niemal na każdym kroku: w sklepach, na ulicach, targach czy autobusowych przystankach. Warto przy tym dodać, że o wiele popularniejszym środkiem transportu niż autobusy są tu skutery – nimi znacznie szybciej można przejechać przez zakorkowane wąskie uliczki lub rozległe aleje. Zresztą same w sobie sprawiają one wrażenie przepełnionych, ponieważ często jeżdżą nimi całe rodziny bądź 4-, a nawet 5-osobowe grupy przyjaciół.

Ten powszechny tłok nie powinien jednak dziwić. W Wietnamie na terytorium nieznacznie większym od Polski (ponad 330 tys. km²) mieszka 2,5 razy więcej ludzi niż u nas (niemal 95 mln). Gdziekolwiek spojrzeć – nic tylko ludzie, ludzie i ludzie. Ludzie piłujący, machający młotkiem, spawający, szyjący, gotujący, jak gdyby wszyscy zaciekle walczyli o przetrwanie – tak w połowie lat 90. XX w. pisał o wietnamskiej przestrzeni włoski mistrz reportażu Tiziano Terzani (1938–2004). Wydaje się, że od czasów jego azjatyckich wojaży niewiele się pod tym względem zmieniło, a jeśli nawet, to zrobiło się jeszcze tłoczniej.

4.jpg

Statek Paradise Privilege podczas rejsu po zatoce Ha Long

©PARADISECRUISES.VN



Smak kwaśny – współczesna sytuacja polityczna

Są takie miejsca, które stanowią odstępstwo od tej niepisanej reguły wszechobecnego tłumu. Należy do nich bez wątpienia położona w północnej części kraju zatoka Ha Long (rozległa na ponad 1,5 tys. km2) – jeden z jego największych skarbów przyrodniczych, wpisany w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Najlepiej jest ją zwiedzić podczas przynajmniej jednodniowego rejsu. W jej granicach znajduje się ok. 2 tys. wapiennych wysepek, wystających z wody skalnych rzeźb oraz tajemniczych grot, które można podziwiać godzinami. Całą okolicę porastają gęste lasy deszczowe pełne dzikich zwierząt. Region ten nosi też miano „Zatoki Lądującego Smoka”. Według legendy niesamowity archipelag został stworzony właśnie za sprawą tego baśniowego zwierzęcia, które zanurzyło się w wodzie po tym, jak zwyciężyło wrogów wietnamskiego narodu. Choć nietrudno zakochać się w spokojnej, kontemplacyjnej naturze krainy Ha Long, to równie łatwo zauważyć, że to jeden z najchętniej odwiedzanych przez turystów zakątków w Wietnamie – ich liczba rocznie sięga 3 mln.

Wielki tłok jest znacznie bardziej zauważalny w politycznym sercu kraju, czyli ponad 7-milionowym Hanoi. Chaotyczne, deszczowe i zanurzone w smogu miasto ma przy tym swój nieodparty urok: wydaje się kwintesencją tego, czego podróżnicy szukają w każdej azjatyckiej metropolii. Na jego ścieżkę dźwiękową składają się donośne klaksony, nawoływania sklepikarzy czy gwarne rozmowy studentów, bo właśnie ten ośrodek stanowi naukową stolicę Wietnamu, a liczbą uczelni przewyższa większe od niego niemal dwukrotnie Ho Chi Minh (dawniej Sajgon). Tu znajduje się najstarszy wietnamski uniwersytet, będący zarazem najsłynniejszą miejscową świątynią konfucjańską. Kompleks zwany Świątynią Literatury (Văn Miếu) ufundował w 1070 r. król Lý Nhân Tông. Utrzymane w klasycznym chińskim stylu budynki są otoczone ogrodem i odgrodzone od reszty zabudowań miejskich grubym murem, dzięki czemu można wśród nich na chwilę zapomnieć o tym, jaki hałas panuje w Hanoi. Bardziej typowe i niewątpliwie głośniejsze oblicze miasta prezentuje jego najstarsza część, czyli Stare Hanoi, utkane z kolonialnej, przyprószonej przez czas architektury oraz plątaniny wąskich uliczek, których nazwy pochodzą od rzemiosł uprawianych przez mieszkających przy nich mistrzów.

Kolejnym kluczowym elementem krajobrazu stolicy jest… woda. Oprócz płynącej przez nią Rzeki Czerwonej, na jej terenie znajdziemy ponad 100 jezior. Za najbardziej reprezentacyjne uchodzi liczące 700 m długości Hoàn Kiếm, czyli Jezioro Zwróconego Miecza. U źródła tej poetyckiej nazwy leży – oczywiście – legenda. Na początku XV w., podczas okupacji chińskiej, ubogi rybak Lê Lợi otrzymał od żyjącego w tym akwenie Złotego Żółwia magiczny miecz, który uczynił go niepokonanym. Wykorzystał go w walce z armią dynastii Ming i został królem, a po zwycięstwie udał się nad brzeg, aby podziękować za swój sukces bogom. Wówczas z głębin ponownie wynurzył się Złoty Żółw i zażądał od mężczyzny zwrotu broni. Miecz sam wysunął się z pochwy i zamienił w smoka, który wzleciał nad taflę i chwilę potem zniknął na zawsze w falach. Król uznał tajemnicze stworzenie za opiekuńczego ducha jeziora i na pamiątkę kazał wybudować na leżącej na nim wysepce Wieżę Żółwia (Tháp Rùa), która stała się symbolem miasta. Budowla szczególne wrażenie robi wieczorem, gdy rozpromieniają ją blaski kolorowych świateł, dodające temu miejscu jeszcze większego uroku.

Drugą wizytówką Hanoi pozostaje Mauzoleum Ho Chi Minha – monumentalny gmach, gdzie spoczywa wielki przywódca i bohater Wietnamu. Jego zabalsamowane ciało umieszczono w centralnej sali budynku, przy którym wartę pełni straż honorowa. Zarówno tam, jak i na całym terenie otaczającym gigantyczny grobowiec, łatwo uświadomić sobie, że przebywa się w państwie rządzonym twardą ręką – żołnierze surowo egzekwują zasady zwiedzania i każde odstępstwo od nich może się spotkać z groźnym spojrzeniem, uwagą bądź stanowczą interwencją. Podczas wizyty w tym prężnie rozwijającym się kraju, pełnym pracowitych, serdecznych i uśmiechniętych ludzi, nietrudno zapomnieć o ponurych stronach tutejszej rzeczywistości, choćby ostrej cenzurze, represjach stosowanych wobec przeciwników politycznych czy prześladowaniach religijnych, które dotykają m.in. buddyjskich mnichów.

Ofiarami polityki komunistycznego rządu są też przedstawiciele mniejszości narodowych. Spotkamy ich np. na terenach leżących na północ od Hanoi, tuż przy granicy z Chinami. Wielu z nich mieszka wśród gór Hoàng Liên Sơn, których najwyższym szczytem (a zarazem najwyższą górą Wietnamu i całych Indochin) jest liczący 3143 m n.p.m. Phan Xi Păng (Fansipan), wiecznie osnuty mgłą i pokryty soczystą zielenią. W jego pobliżu znajduje się chętnie odwiedzana przez turystów miejscowość Sa Pa, słynąca ze wspaniałych widoków na tarasowe pola ryżowe. W samych jej granicach mieszkają Hmongowie, Daowie (Yaowie) oraz Tayowie, których można od siebie rozróżnić po niezwykłych, kolorowych strojach. Jako osoby należące do mniejszości etnicznych, najczęściej nie posiadają oni jednak prawa do swoich ziem, nauki języka ojczystego w szkołach i kultywowania własnych tradycji. Władze Wietnamu zdecydowanie dążą do ujednolicenia narodu i nie potrafią wykorzystać ani docenić skarbu, jaki stanowi wielokulturowość jego obywateli.

Smak ostry – pejzaż kulinarny

Wspomnianą różnorodność widać również w sztuce kulinarnej tego kraju, uważanej za jedną z najlepszych na świecie i podbijającej serca smakoszy na równi z chińską czy tajską. Najpopularniejszym daniem narodowym jest bez wątpienia zupa pho (Phở), czyli rosół z makaronem ryżowym zwykle z kawałkami wołowiny lub kurczaka. Wietnamczycy ochoczo jadają ją nie tylko na obiad, ale też na śniadanie bądź kolację, czemu ciężko się dziwić, bo od jej aromatycznego smaku (w odpowiednio przyprawionej pho składa się na niego m.in. kolendra, imbir, sos rybny i limonka) naprawdę łatwo się uzależnić. Poza tym popularnością cieszą się nem, znane w Polsce jako sajgonki, złożone z farszu (najczęściej mięsnego, krewetkowego lub warzywnego) zawiniętego w papier ryżowy. Kolejny ważny element lokalnej kuchni, na który natkniemy się dosłownie wszędzie, stanowi mocna ca phe, czyli kawa. Wietnam to zresztą drugi po Brazylii największy jej producent na świecie

Poza daniami rozpowszechnionymi w całym kraju każdy region ma również własne przysmaki. Potrawy z rejonu północnego charakteryzują się prostotą przygotowania, stosowaniem smażenia jako ostatecznej obróbki produktów i wykorzystywaniem dużych ilości sosu sojowego, co wiąże się z wpływami chińskiej sztuki kulinarnej. W menu mieszkańców z południa zauważymy natomiast ślady czasów kolonialnych, a także popularność ryb, warzyw oraz owoców. Posiadający niemal 3,5 tys. km linii brzegowej, obdarzony licznymi zatokami i potężnymi deltami Rzeki Czerwonej oraz Mekongu, Wietnam obfituje też w owoce morza. Najsmaczniejsze z nich znajdziemy właśnie na południowym wybrzeżu. Z kolei za najbardziej finezyjną w smaku uważa się mającą cesarskie korzenie kuchnię środkowego obszaru państwa – znacznie ostrzejszą, a przy tym bardziej kolorową i dbającą o wytworniejszą formę podania od pozostałych. Do jej typowych dań należą m.in. bún bò Huế – pikantna zupa z makaronem ryżowym z wołowiną – czy bánh xèo – chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, wypełnione krewetkami, wieprzowiną i kiełkami, przykryte kolendrą, miętą oraz bazylią.

Jeśli zapragniemy spróbować tego rodzaju wietnamskich smakołyków w najlepszym wydaniu, powinniśmy wybrać się do jednej z licznych restauracji lub ulicznych knajpek w Huế – dawnej stolicy (1802–1945), która zachwyca Cytadelą (Hoàng Thành), niegdyś siedzibą władców całego Wietnamu. Na jej terenie zwiedzić można pałac cesarski, świątynie, muzea i Zakazane Purpurowe Miasto, nazwane tak ze względu na surowe reguły dotyczące wizyt za jego murami – przekroczenie ich bez specjalnych uprawnień groziło śmiercią.

Drugą niewątpliwą atrakcją środkowej części kraju jest przepiękne portowe Hội An, którego zabytkowa zabudowa została uratowana przed zniszczeniem przez polskiego architekta Kazimierza Kwiatkowskiego (1944–1997). Wśród Wietnamczyków był on znany jako Kazik. W połowie lat 90. XX w. sprzeciwił się planom władz, które chciały wyburzyć starsze budynki i w ich miejsce postawić nowoczesne bloki mieszkalne. Za jego namową historyczne centrum odrestaurowano i przystosowano je do obsługi ruchu turystycznego. W 1999 r., głównie za sprawą zasług Polaka, Hội An wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wdzięczni mieszkańcy po śmierci Kazimierza Kwiatkowskiego uczcili go w 2007 r. pomnikiem w środku miasta. Bogactwa tutejszej architektury trudno nie docenić nawet podczas jednodniowego spaceru – przez wieki ośrodek ten pozostawał jednym z najważniejszych portów w Azji Południowo-Wschodniej, ściągającym kupców z całego świata, co wpłynęło na jego niepowtarzalny styl i atmosferę.

Smak słony i słodki – skarby południa

phuquoctourism.jpg

Idylliczne domki na wyspie Phú Quốc w Zatoce Tajlandzkiej

©PHUQUOCTOURISM.ORG



Jeżeli z Hội An przejedziemy wzdłuż wybrzeża nieco bardziej na południe, znajdziemy długie na wiele kilometrów plaże – zarówno w pobliżu samego miasta, jak i w okolicy kolejnych kurortów. Najbardziej urokliwy z nich stanowi miejscowość Mũi Né, która z nieznanej wioski rybackiej w ciągu ostatnich lat zmieniła się w niezmiernie popularne nadmorskie centrum wypoczynkowe. Złociste wybrzeże, kosmiczny pejzaż pobliskich Czerwonych Wydm, pełen kolorowych łodzi port rybacki oraz świetne warunki do nurkowania, surfowania, kite- i windsurfingu – to wszystko sprawia, że klimatyczne miasteczko idealnie nadaje się na złapanie oddechu po zwiedzaniu większych ośrodków. Podróżnicy, którzy chcą spędzić więcej czasu w południowym regionie kraju, koniecznie powinni wybrać się także na największą wietnamską wyspę Phú Quốc (ok. 590 km²), słynącą z prawdziwie rajskich, niemal bezludnych plaż, wysokich palm kokosowych oraz produkcji sosu rybnego (nước mắm) i upraw czarnego pieprzu.

Po wypoczynku nad morzem czeka nas jeszcze najważniejszy miejski skarb południa Wietnamu, czyli Ho Chi Minh, dawniej Sajgon (jak nadal nieformalnie określają go sami mieszkańcy). Ta niemal 13-milionowa metropolia tętni życiem i olśniewa monumentalną urodą. Aż trudno uwierzyć, że zanim rozpoczęła swoją karierę, była ledwie zauważalną na mapie wioską rybacką, którą w XVII w. zaczęli zaludniać uchodźcy z Chin. Wkrótce potem została przejęta przez wietnamską dynastię Nguyễn i otrzymała nazwę Gia Đinh. Jednak największy wpływ na jej obecne oblicze mieli Francuzi. To oni przemianowali ją na Sài Gòn i uczynili z niej stolicę i prawdziwą perłę Indochin. Kolonialna architektura, znacznie lepiej zachowana niż w bardziej zniszczonym Hanoi, największe wrażenie robi w Pierwszej Dzielnicy, sercu Sajgonu. Znajdziemy tu wiele zadbanych XIX-wiecznych kamienic, ogromny budynek Poczty Głównej ze stalową konstrukcją zaprojektowaną przez samego Gustave’a Eiffela (1832–1923), sąsiadującą z nim strzelistą neoromańską Katedrę Notre-Dame czy neoklasycystyczny gmach Opery. Bez wątpienia właśnie ta część miasta jest najbardziej zadbana i wytworna, pełna luksusowych sklepów, wykwintnych kawiarni i restauracji. Zdecydowane jej przeciwieństwo stanowi Chinatown (znane również jako Cholon) z kolorowymi buddyjskimi świątyniami, wiecznie zapełnionymi targami, warsztatami rzemieślniczymi, pachnącymi sklepikami z przyprawami i chińskimi (a jakżeby inaczej!) restauracjami. Przy wąskich i klimatycznych uliczkach stoją całymi rzędami stare chińskie kamienice, nadające tej dzielnicy osobliwego charakteru, który znacznie trudniej dostrzec w typowo wietnamskiej części metropolii – najmniej interesującej pod względem architektury, nowoczesnej, ale dość chaotycznej.

Kolejne miejsce, którego nie wolno ominąć podczas pobytu w Ho Chi Minh, to Muzeum Pozostałości Wojennych, prezentujące wstrząsające świadectwa wojny wietnamskiej. Na zewnątrz budynku zobaczyć można autentyczne helikoptery, czołgi i samoloty wojskowe, wykorzystywane w okresie konfliktu. Jeszcze większe wrażenie robią ekspozycje mieszczące się w środku, m.in. zdjęcia przedstawiające zbrodnie, jakich dopuszczało się amerykańskie wojsko czy zachowany z tamtych czasów sprzęt, za pomocą którego Amerykanie rozpylali broń chemiczną. Świetnym uzupełnieniem wizyty w muzeum będzie wycieczka do położonych pod miastem tuneli Củ Chi, wybudowanych w trakcie wojny przez żołnierzy Wietkongu. Pierwotnie liczyły one niemal 250 km długości i okazały się niezmiernie przydatne w walkach. Partyzanci należący do Narodowego Frontu Wyzwolenia Wietnamu Południowego wykorzystywali podziemną sieć jako mieszkania, szpitale, kuchnie, arsenały, a także drogę transportu i przede wszystkim pułapkę na wroga. Zwiedzający Củ Chi mogą poznać mechanizmy groźnych zasadzek, które czyhały na nieproszonych gości, a nawet przeczołgać się przez słynne tunele, które mają zaledwie 60 cm wysokości – jest to więc zadanie tylko dla największych śmiałków.

Po powrocie do Ho Chi Minh warto odpocząć po tej ekscytującej wyprawie w jednej z ulicznych kawiarni – najlepiej przy pobudzającej do życia mocnej wietnamskiej kawie czy orzeźwiającym piwie Sajgon oraz obowiązkowych sajgonkach – i poddać się urokowi tropikalnej metropolii, która zdaje się żyć przez całą dobę. Być może zasypia tylko na chwilę przed samym świtem, aby o poranku znów się obudzić i rozpocząć nowy, pracowity dzień. Jakże inaczej powinno się go przywitać, jeśli nie kultowym filmowym powitaniem Good morning, Vietnam! (używanym oryginalnie na antenie Radia Amerykańskich Sił Zbrojnych przez Adriana Cronauera, granego przez nieodżałowanego Robina Williamsa), zapowiadającym nie tylko piękną przygodę, ale też tęsknotę za tym fascynującym krajem, którą na pewno poczujemy, gdy już zakończymy naszą wietnamską podróż.

Artykuły wybrane losowo

Sycylia od kuchni

Stragany na uliczce w Palermo uginają się od świeżych warzyw
food-and-wine-palermo-street-markets

© WWW.SICILY.CO.UK

Dominika Friedrich

www.sycyliabocznymidrogami.pl


Sycylia należy do tzw. Mezzogiorno, południowych regionów Włoch. To najbardziej odległy od kontynentalnej Europy zakątek kraju, oddzielony od niej Cieśniną Mesyńską, i najbliższy reszcie świata. Trójkątny ląd otaczają trzy morza – Jońskie, Tyrreńskie i Śródziemne.

Więcej…

Esencja Kuby, czyli cygara, rum i muzyka

Anna César Winiarek
www.cuba-miamor.blogspot.com

 

<< Są trzy rzeczy, które rozsławiły Kubę na cały świat: cygara, rum i tutejsza muzyka. Z nimi zresztą kojarzy się ona większości obcokrajowców i to dla nich ściągają do niej liczni turyści. Kubanka wydmuchująca cygarowy dym, ludzie spędzający czas w hawańskim barze ze szklaneczką złocistego rumu w dłoni, para tańcząca salsę na ulicy – takie zdjęcia widzieli prawie wszyscy z nas. Pora przenieść się do miejsc, gdzie zostały zrobione. >>

Więcej…

Niezwykłe piękno Panamy

 

Filip Werstler

 

Sielski archipelag Bocas del Toro położony na Morzu Karaibskim

14991055 1200368353389294 7969613924783795900 o

© AZULPARADISE.COM/BOCASDELTORO.COM

 

Od zawsze chciałem odwiedzić Amerykę Środkową, a najbardziej Karaiby. Taka podróż z Polski to wciąż niezbyt łatwa wyprawa. Dlatego gdy pojawiła się korzystna oferta lotów do Panamy, nie wahałem się długo. Ten kraj już w trakcie przeglądania relacji internetowych wystarczająco mnie zainteresował. Miałem ochotę na własne oczy zobaczyć wielkie drapacze chmur jego stolicy i piękne bezludne wyspy na Morzu Karaibskim. Jednak to, co ujrzałem i przeżyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

 

Panama jest obecnie jednym z najszybciej rozwijających się państw Ameryki Łacińskiej. W ciągu ostatnich 16 lat zmieniła się nie do poznania, głównie dzięki dochodom płynącym z administrowania Kanału Panamskiego (od 31 grudnia 1999 r.), wpływom ze Strefy Wolnego Handlu Colón (Zona Libre de Colón – druga największa strefa wolnocłowa na naszym globie po Hongkongu) i funkcjonowania stołecznego międzynarodowego centrum bankowego (uważanego również za drugie w skali światowej pod względem wielkości, zaraz po Zurychu). Ma to swoje odbicie także w turystyce, która z roku na rok staje się coraz ważniejszym elementem gospodarki tego niewielkiego kraju (o powierzchni ponad 74 tys. km²) leżącego między Kostaryką a Kolumbią.

 

Ameryka Południowa i Środkowa to – z wyjątkiem niektórych państw wyspiarskich położonych na Morzu Karaibskim, jak Jamajka, Kuba czy Republika Dominikańska, do których latają bezpośrednio samoloty czarterowe z Polski – rejony wciąż nie tak łatwo dostępne dla turystów znad Wisły. Panama, ale też Nikaragua, Kostaryka, Gwatemala, Honduras, Salwador czy inne kraje tej części globu nadal stanowią dla większości Polaków pewną zagadkę. W te strony najczęściej dolecimy z przesiadką w Madrycie (liniami Iberia) lub USA. O ile w tym pierwszym przypadku nie musimy starać się o żadne dodatkowe dokumenty, o tyle zmienianie samolotu na lotnisku w Stanach Zjednoczonych wymaga już posiadania ważnej wizy tranzytowej, co jest niejakim utrudnieniem. Na ogół polskim podróżnikom najłatwiej wyprawić się do kontynentalnej części Ameryki Środkowej z Hiszpanii, skąd dotrą bez żadnych przesiadek do Gwatemali, Salwadoru oraz Kostaryki i Panamy. Te dwa ostatnie państwa są zresztą zdecydowanie najlepiej połączone z Europą. Do kostarykańskiej stolicy dostaniemy się przez cały rok nie tylko z Madrytu, ale także z Frankfurtu nad Menem (Condor) czy Londynu (British Airways). Jeszcze większy wybór mamy obecnie w przypadku panamskiej metropolii. Dolecimy do niej bezpośrednio właśnie z Madrytu oraz Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Paryża (Air France), Amsterdamu (KLM) i Stambułu (Turkish Airlines).

 

Jeżeli chodzi o mnie, to kupiłem bilet do Panamy z Barcelony z międzylądowaniem w hiszpańskiej stolicy. W sumie przesiadałem się dwa razy, bo na Półwysep Iberyjski dotarłem samolotem tanich linii Ryanair z Portu Lotniczego Warszawa-Modlin w Nowym Dworze Mazowieckim. Lot z Madrytu nie najnowszym airbusem trwał ok. 11 godz. i nie należał do ciężkich. Podstawowe udogodnienia w klasie ekonomicznej pozwoliły nam przetrwać podróż w znośnych warunkach. Po wylądowaniu i dopełnieniu formalności administracyjnych udaliśmy się na postój taksówek przy Międzynarodowym Lotnisku Tocumen usytuowanym ok. 25 km od panamskiej metropolii.

 

Casco Antiguo (Casco Viejo) – historyczna dzielnica panamskiej stolicy

Casco Antiguo 2

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

 

Latynoski Nowy Jork

 

 Stolica kraju – Panama (Ciudad de Panamá) – zachwyciła nas od samego początku naszej wizyty. Dzielnica finansowa (distrito financiero) imponuje wysokimi wieżowcami, których są tu dziesiątki. Potężne galerie handlowe, drapacze chmur i ekskluzywne samochody wypełniają miasto ludzi z latynoskim temperamentem. Ważnym miejscem w tym rejonie jest Cinta Costera, ok. 7-kilometrowa promenada biegnąca wzdłuż wybrzeża. Można na niej spotkać panamczyków, którzy biegają lub ćwiczą w siłowniach pod gołym niebem. Jogging stanowi tutaj jedną z najpopularniejszych aktywności, uprawia go naprawdę wiele osób.

 

Z tej chętnie odwiedzanej promenady szybko dotrzemy do historycznego centrum stolicy – Casco Viejo (Casco Antiguo). Należy pamiętać, żeby raczej nie zwiedzać jego zaułków po zmroku, jeśli nie towarzyszą nam miejscowi. Ta część miasta bardziej przypomina Kubę niż Stany Zjednoczone. Wśród kolorowych, choć dość często odrapanych, kamienic i małych sklepików stojących przy wąskich uliczkach unosi się atmosfera latynoskiego świata. Mimo iż coraz więcej budynków zostało świeżo odnowionych, Casco Viejo nie straciło swojego klimatu. Możemy tu spróbować innych przysmaków niż w modnych restauracjach i poznać bliżej codzienną twarz Panamy, odmienną od jej biznesowego oblicza. Nie znajdziemy w tym rejonie zbyt wielu punktów informacji turystycznej (przyznaję, że nawet ich nie szukałem), ale nie jest on duży i zwiedzimy go w ciągu 2–3 godz. Wystarczy, że ruszymy przed siebie.

 

Kolejne miejsce warte odwiedzenia stanowi Calzada de Amador. Wzdłuż tej drogi łączącej ze stałym lądem mały archipelag czterech wysp na Pacyfiku (Naos, Perico, Culebra i Flamenco) biegnie krótka, bo ledwie kilkukilometrowa, trasa rowerowa, z której rozpościerają się wspaniałe widoki zarówno na nową część Panamy, jak i południowe wejście do Kanału Panamskiego oraz oczekujące na przeprawę różnej wielkości statki. Wypożyczenie roweru kosztuje kilka dolarów amerykańskich (USD), a sama wycieczka razem z postojem na robienie zdjęć i podziwianie okolicy zajmuje ok. 1,5–2 godz.

 

 

Dzieło inżynierii wodnej

 

Podczas 6-dniowego pobytu w stolicy wybrałem się również – oczywiście – nad Kanał Panamski. Obok Kanału Sueskiego to jedna z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Dzięki tej ogromnej inwestycji znacząco skróciły się trasy rejsów statków pływających między Atlantykiem (Morzem Karaibskim) a Pacyfikiem. Wpływy z obsługi przeprawy stanowią główną siłę napędową gospodarki kraju. Jednak ten wyjątkowy wytwór inżynierii wodnej warto zobaczyć też z innych powodów.

 

Na miejsce dojedziemy transportem publicznym (za 1 dolara) lub taksówką (ok. 10–20 dolarów). My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Zapłaciliśmy przy wysiadaniu i prowadzeni przez drogowskazy skierowaliśmy się do wejścia na teren centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores). Po drodze dostrzegliśmy znak ostrzegający nas o pojawiających się w okolicy krokodylach, więc postanowiliśmy przyspieszyć kroku.

 

Po kupieniu biletów (15 dolarów od osoby dorosłej) i wejściu do budynku udaliśmy się po schodach na pierwsze piętro, gdzie niczym na stadionie znajdują się trybuny, a spiker na bieżąco komentuje to, co się dzieje. Wielkie tankowce i kontenerowce czekały w oddali. Kolejne wpływały do śluz Miraflores (las esclusas de Miraflores). Choć cała procedura trwa nieco ponad 30 min. (tak przynajmniej było przed powiększeniem Kanału Panamskiego, które zakończono oficjalnie 26 czerwca 2016 r.), jej przebieg wygląda imponująco. Cztery silniki, każdy wielkości ciężarówki, przesuwają się po specjalnych szynach. Do nich przyczepione są liny zamocowane do kadłuba statku. Dopiero po odpowiednim naprężeniu tych lin jednostka może zostać przeprowadzona. Minimalna odległość między burtą a krawędzią śluzy wynosi… ok. 60 cm. Niesamowity wydaje się fakt, że ta technologia ma więcej niż 100 lat (oddano ją do użytku 15 sierpnia 1914 r.). Przez ponad półtorej godziny oglądaliśmy kolejne statki pokonujące kanał, napełnianie i opróżnianie śluz. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sprawność całego procesu. Przeprowadzenie przez nie tak znów szeroki korytarz z wodą (o odległości między brzegami wynoszącej 33,53 m, a po poszerzeniu w 2016 r. – 54,86 m) długich stalowych kolosów wyglądało na najprostszą rzecz na świecie. Takiego doświadczenia się nie zapomina.

 

Po tym spektaklu odwiedziliśmy pozostałe piętra budynku prezentującego w ciekawy sposób rozwiązania techniczne i dzieje panamskiej przeprawy. Można tutaj zapoznać się z informacjami na temat powstawania i modernizacji kanału oraz tego, kto przy nim pracował, a także jakie zwierzęta żyją w jego rejonie. W gablotach obejrzymy mnóstwo okazów owadów różnych gatunków. W centrum dla odwiedzających jest również coś dla młodszych turystów – symulator 3D pokonywania przeprawy. Użytkownik urządzenia wciela się w rolę kapitana masowca o maksymalnych dopuszczalnych dla kanału wymiarach. Panamax może mieć do 294,1 m długości, 32,3 m szerokości i 12 m zanurzenia, a tzw. Neo Panamax (od 26 czerwca 2016 r.) odpowiednio: 366, 49 i 15,2 m. Na ostatnim poziomie znajduje się taras widokowy, z którego jeszcze lepiej widać przepływające statki, choć nie usłyszymy na nim komentatora i nie skorzystamy z miejsc siedzących. Wizytę w Centro de Visitantes de Miraflores z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, ponieważ spodoba się tu zarówno dorosłym, jak i dzieciom.

 

Wodospad El Macho skryty wśród bujnej tropikalnej roślinności

El Chorro del Macho

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Górskie wędrówki

 

Po opuszczeniu Panamy odwiedziłem najpierw El Valle de Antón – małą miejscowość położoną ok. 125 km na południowy zachód od stolicy, w odległości 2 godz. jazdy busem. Dociera się do niej początkowo Autostradą Panamerykańską (Carretera Panamericana), a następnie drogami wiodącymi przez góry i doliny prowincji Coclé. Po szybkiej konsultacji w punkcie informacji turystycznej wybrałem się obejrzeć mniej więcej 35-metrowy wodospad El Macho (Chorro El Macho). Leży w prywatnym rezerwacie o tej samej nazwie (Refugio Ecológico del Chorro Macho). Wejście kosztuje 5 dolarów, a w granicach obszaru chronionego oprócz podziwiania malowniczej kaskady można obserwować kolibry i przyjrzeć się dokładniej bogatej florze tego specyficznego miejsca. W pobliżu znajduje się poza tym naturalny basen termalny, w którym wolno się kąpać. Bardzo polecam skorzystanie z tej okazji wszystkim oglądającym wodospad.

 

Dłuższą i wymagającą więcej wysiłku wyprawę stanowi zdobycie góry La India Dormida (Śpiąca Indianka – ok. 800–900 m n.p.m.). To jeden z najbardziej wyróżniających się punktów w okolicy. Jej nazwa pochodzi od charakterystycznego kształtu śpiącej Indianki, jaki tworzy linia grzbietu. Wejście na teren Pomnika Przyrody Wzgórze Gaital (Monumento Natural Cerro Gaital), na którym wznosi się ten szczyt, kosztowało mnie 3,5 dolara. Proponuję jednak wynająć lokalnego przewodnika lub skorzystać z tego typu usługi oferowanej przez miejscowych. Ja tego nie zrobiłem, co spowodowało, że dwa razy się zgubiłem i straciłem mniej więcej godzinę na błądzenie po lesie tropikalnym, choć mogło skończyć się o wiele gorzej.

 

Podejście pod górę jest bardzo strome i jeśli mamy dobrą kondycję, na szczycie będziemy już po 50 min. ciągłego marszu. Szlak prowadzi po zboczu porośniętym bujną roślinnością, w trakcie wędrówki mija się też strumień. Towarzyszą nam odgłosy ptaków. Obok wodospadu położonego przy ścieżce warto zrobić sobie przerwę na odpoczynek i podziwianie zarówno wstęgi spienionej wody malowniczo omywającej skały, jak i wąwozu. Podczas mojej wyprawy oglądałem piękne widoki i kolorowe kwiaty oraz spotykałem ciekawe zwierzęta. Natknąłem się także na tutejszych Indian. Jak wspomniałem, nie miałem przewodnika, a przecież poruszałem się po obcym terenie. W takiej sytuacji w Panamie przydaje się znajomość języka hiszpańskiego. Na szczęście, miejscowi pomogli mi i wyprowadzili mnie na szczyt.

 

Zdobycie góry La India Dormida było warte każdych pieniędzy, a moje wspomnienia zostaną ze mną na zawsze. Widok na Dolinę Antoniego (Valle de Antón) zapierał dech w piersiach. Malownicze zielone wzgórza zatrzymywały masy chmur, a słońce oświetlało wąwóz z przeciwnej strony. To jedno z najcudowniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. W dodatku moja wyprawa nie obyła się bez przygód, więc z pewnością jej nie zapomnę.

 

Wizyta nad pacyfikiem

 

W drodze na północny zachód kraju skręciłem nieco na południe i zatrzymałem się w jednej z miejscowości położonych na wybrzeżu Pacyfiku w prowincji Veraguas. Santa Catalina znajduje się w środku lasu tropikalnego. Dotarcie do niej ze stolicy zajęło mi niemal cały dzień drogi i wymagało dwóch przesiadek (w miastach Santiago de Veraguas i Soná). Podróż kosztowała mnie w sumie ok. 12 dolarów. Późnym popołudniem dojechałem w końcu do miejsca, w którym przyszło mi spędzić kolejne 3 dni.

 

Miejscowość zasługuje na zainteresowanie ze względu na panujące w jej okolicy świetne warunki do uprawiania sportów wodnych. Do pobliskiego Parku Narodowego Coiba (Parque Nacional Coiba) można wybrać się na nurkowanie. Spotyka się tu niezmiernie dużo gatunków zwierząt, w tym manty (diabły morskie), koryfeny (złote makrele), tuńczyki żółtopłetwe, rekiny wielorybie, żarłacze tygrysie czy nawet humbaki, orki, delfinki wysmukłe i butlonosy zwyczajne. Poza tym na malownicze wybrzeże w tym rejonie ściągają liczni surferzy, zarówno osoby początkujące, jak i zaawansowane. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, w niewielkiej Santa Catalinie znaczną grupę stanowią przybysze z całego świata. Według mnie to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

 

Pierwszego dnia wybrałem się na surfing. Za wypożyczenie deski musiałem zapłacić 10 dolarów, a za godzinę opieki instruktora w 3-osobowej grupie – 15 dolarów. Warunki były bardzo dobre i po chwili mogłem już cieszyć się ze swoich postępów. Wody Pacyfiku oblewają tutaj pustą plażę pokrytą czarnym piaskiem i ocienioną wysmukłymi palmami. Miłośnikom surfowania z pewnością to miejsce przypadnie do gustu. Po całym dniu spędzonym na falach warto obejrzeć zachód słońca. Przed godziną 18.00 udałem się na brzeg. Widok, jaki ujrzałem, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Złocista kula powoli chowała się za horyzontem i odbijała w lekko falującej powierzchni Oceanu Spokojnego. Był to najpiękniejszy zachód słońca, jaki widziałem w życiu. Po dniu pełnym fantastycznych przeżyć szybko poszedłem spać. Nazajutrz planowałem wziąć udział w nurkowaniu.

 

Wyprawę rozpoczęliśmy od zbiórki w bazie i omówienia trasy oraz innych szczegółów. Na pokładzie łodzi poza dwoma osobami z załogi i instruktorem znalazłem się ja, para ze Szwecji i jeden Niemiec. W takim składzie wypłynęliśmy w godzinny rejs na wyspę Coiba (ok. 500 km² powierzchni), będącą częścią wspomnianego parku narodowego.

 

Już na miejscu miał odbyć się trening przypominający podstawowe zasady nurkowania. W moim przypadku okazało się to bardzo przydatne. Sama wyspa i jej okolica wyglądały naprawdę urokliwie. Po kilkudziesięciu minutach przygotowań ruszyliśmy w stronę wyznaczonego punktu. W wodzie mogliśmy obserwować wiele ciekawych zwierząt, m.in. mureny czy manty. Nie był to natomiast dobry sezon na wytropienie rekinów wielorybich czy żarłaczy tygrysich. Po ponad 20 min. od zejścia na dno całkowicie zużyłem swój tlen i musiałem wracać na górę. Czułem pewien niedosyt, bo chciałem jednak zobaczyć więcej.

 

Powrót uprzyjemniła nam niezapowiedziana atrakcja. W pewnym momencie para ze Szwecji zauważyła, że asystują nam 3 delfiny! Co chwilę wyskakiwały z wody w odległości ok. 1 metra od łodzi. Widok był fantastyczny. Pierwszy raz widziałem te sympatyczne ssaki na wolności w ich naturalnym środowisku i nigdy tego nie zapomnę, nawet mimo utraty filmu wideo, który udało mi się wówczas nagrać. Niespodziewana przygoda stała się tematem naszych rozmów już do końca dnia. Po powrocie zjedliśmy kurczaka w sosie kokosowym i poszliśmy spać. Następnego dnia wyruszyłem w kierunku północno-zachodniego wybrzeża Panamy.

 

Nurkowanie w towarzystwie żółwi

 visitpanama 6252876118

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Raj odnaleziony

 

Cel mojej kolejnej wyprawy stanowił archipelag Bocas del Toro. Tworzy go kilkanaście większych wysp i ok. 250 wysepek, z których kilka pozostaje zamieszkanych. Najważniejszą wśród nich jest Isla Colón, czyli Wyspa Kolumba (o powierzchni ponad 61 km²), ze stolicą tutejszej prowincji Bocas del Toro noszącą tę samą nazwę, co cały region administracyjny. Miasto liczy w przybliżeniu 8 tys. mieszkańców. Aby dostać się na archipelag, najpierw musimy dojechać do miejscowości Almirante, gdzie należy skorzystać z taksówki wodnej, zabierającej średnio 7–9 osób (za taki kurs zapłacimy 7 dolarów od osoby w jedną stronę, podróż trwa mniej więcej 45 min.). Możemy tu też dolecieć w godzinę samolotem linii Air Panamá z lotniska Albrook w Ciudad de Panamá (koszt biletu powrotnego to ok. 250 dolarów).

 

Na północno-zachodnim brzegu Isla Colón leży Boca del Drago. Ta niewielka osada (a właściwie skupisko kilku domów) przypomina prawdziwy raj. Wśród kołyszących się przy uroczej plaży palm panuje błoga cisza. Nie ma tutaj sklepów, chińskich zabawek i przepełnionych koszów na śmieci. Jest za to dużo hamaków zamocowanych między drzewami. Po prostu wiszą i czekają na chętnych, dostępne bez żadnej opłaty. Nikt nie kładzie na nich swojego ręcznika z samego rana, żeby je zająć. Hamaków wystarczy dla wszystkich. Przystanek autobusowy stanowi palma. Wokół niej zakręca bus, który nas przywiózł. W osadzie znajdują się tylko dwa hostele oraz klimatyczne chatki do wynajęcia (cabañas), a także działają restauracje z wyśmienitymi daniami, typowymi dla kuchni karaibskiej. Wciąż mało kto wie o tym miejscu i chyba lepiej, aby tak zostało.

 

W pobliżu położona jest jedna z największych atrakcji wyspy – Playa de las Estrellas (Playa Estrella),czyli plaża, przy której możemy spotkać cudowne rozgwiazdy. Turyści zazwyczaj wolą nocować w Bocas del Toro, a w tę okolicę wybierają się z wycieczką zorganizowaną, co kosztuje ok. 20–30 dolarów. Za przejazd busem zapłacimy 5 dolarów. Przechadzki przepiękną plażą prowadzącą do Playa de las Estrellas nie da się wycenić. Uważam, że to przeżycie wyjątkowo wartościowe.

 

W Boca del Drago spędziłem 3 dni, w tym Wigilię i pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Codziennie szedłem na plażę i ładowałem baterie, leżałem na hamaku i czytałem. W okolicy jedynym miejscem przystosowanym do ruchu turystycznego jest Playa de las Estrellas, ale i ona nie utraciła z tego powodu swojego dziewiczego uroku. Owszem, można tu znaleźć białe plastikowe leżaki, drogie restauracje (zazwyczaj zbudowane z drewna) i reklamy popularnych napojów, a z głośników rozbrzmiewa radosna muzyka reggae. Ja traktowałem jednak to zestawienie jako swoisty klimat tego zakątka. Boca del Drago stanowi prawdziwą oazę spokoju, zachwyci osoby chcące zrelaksować się przez kilka dni w ciszy i z dala od tłumów. Odcięciu od świata sprzyjają nawet przerwy w dostawach energii elektrycznej – z prądu korzysta się tylko przez mniej więcej 5 godz. dziennie, między 18.00 a 23.00, przynajmniej w hostelach, w których nocowałem. A jeśli zatęsknimy za widokiem ludzi, wystarczy, że wybierzemy się wraz z innymi na plażę na podziwianie rozgwiazd.

 

Atrakcje archipelagu

 

Na Isla Colón warto odwiedzić również wspomnianą stolicę prowincji. W Bocas del Toro możemy dobrze zjeść w ciągu dnia i poimprezować w nocy. Tutejsze bary, puby i dyskoteki są otwarte do białego rana. Nie musimy się w nich obawiać o swoje bezpieczeństwo. Oprócz tego jeśli nie będziemy zapuszczać się poza główne ulice i spacerować samotnie, z pewnością nic się nam nie stanie. Po zapadnięciu zmierzchu turyści często wyruszają na pobliską długą i zalesioną wysepkę Carenero (Isla Carenero, 0,94 km² powierzchni). Krótki rejs łodzią, która kursuje bez przerwy, kosztuje 1 dolara. Tu także czeka na nas dobra zabawa. W lokalach gra się lokalną muzykę lub hity popularne w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

 

Po nocnych szaleństwach warto udać się na 7-kilometrową plażę Bluff (Playa Bluff). W jednej z tutejszych restauracji zamiast stolików natknęliśmy się na łóżka ustawione przy brzegu morza. Uznaliśmy to za wspaniały pomysł. Jeśli pójdziemy dalej wzdłuż plaży, trafimy na miejsce oblegane przez surferów ze względu na niesamowite fale, wysokie na 2–4 m.

 

Na wyspie polecam zajrzeć też do prywatnego Ogrodu Botanicznego Finca Los Monos. Dzięki takiej wizycie poznamy bogatą florę i faunę tego regionu. Osoby spacerujące alejkami otacza prawdziwa feeria barw i niezliczone ilości egzotycznych kwiatów, a nad ich głowami lata mnóstwo małych kolibrów.

 

Na północ od Isla Colón znajduje się Isla Pájaros – Wyspa Ptaków. To raczej grupa połączonych skał wystających z Morza Karaibskiego pokrytych bujną roślinnością. Prezentuje się jednak niezmiernie malowniczo. Ten cud natury cieszy się dość dużym zainteresowaniem wśród turystów. Zdecydowanie warto go zobaczyć na własne oczy.

 

Innym popularnym miejscem są bezludne Cayos Zapatilla – dwie małe wysepki (0,48 km² powierzchni) oddalone o ok. 50 min. rejsu łodzią od stolicy prowincji. Na wyprawę na nie należy zarezerwować sobie co najmniej pół dnia. Za taką wycieczkę bezpośrednio u właściciela łodzi zapłaciliśmy 10 dolarów za osobę, podczas gdy lokalne agencje turystyczne oferowały ją za 30–40 dolarów. Abyśmy mogli odbić od brzegu, musi zebrać się odpowiedniej wielkości grupa chętnych (przynajmniej 8–9 osób). W drodze powrotnej warto zatrzymać się w Morskim Parku Narodowym Wyspy Bastimentos (Parque Nacional Marino Isla Bastimentos), gdzie w trakcie snorkelingu przyjrzymy się licznym mieszkańcom podwodnego świata. Tego rodzaju rejs zazwyczaj zapewnia każdy właściciel łodzi, a w opłatę wliczony jest również sprzęt do nurkowania powierzchniowego.

 

Podróże po kraju

 

Na koniec chciałbym jeszcze krótko opisać sposoby przemieszczania się między różnymi punktami na mapie kraju. Samoloty z Europy (Frankfurtu nad Menem, Madrytu, Paryża, Amsterdamu i Stambułu) lądują na Międzynarodowym Lotnisku Tocumen (Aeropuerto Internacional de Tocumen), skąd do centrum panamskiej stolicy można dojechać taksówką, zwykły autobusem albo kolorowym chicken busem. Oczywiście, w tym pierwszym przypadku należy negocjować cenę. Po Panamie najlepiej podróżować samochodem bądź środkami autobusowego transportu zbiorowego. W kraju działa także kolej (Ferrocarril de Panamá), łącząca Atlantyk z Pacyfikiem, ale z niej nie korzystałem, bo nie było takiej potrzeby. W stolicy poruszałem się taksówkami lub komunikacją miejską, która funkcjonuje bardzo dobrze, zwłaszcza w części biznesowej i turystycznej. Cały system transportu publicznego jest zintegrowany. Podobnie jak w wielu dużych miastach na świecie, musimy kupić plastikową kartę i wpłacić na nią określoną sumę pieniędzy, które później wydajemy na przejazdy autobusami i metrem (odczytu dokonuje się przy wejściu). Główny stołeczny terminal autobusowy znajduje się przy modnym centrum handlowym Albrook Mall – Gran Terminal Nacional de Transporte de Panamá. Stąd dojedziemy do niemal każdego zakątka w Panamie, włącznie z Bocas del Toro. Oczywiście, po drodze czasem będą konieczne przesiadki (np. do Santa Catalina).

 

Do części rejonów można również dolecieć. Samolotem dostaniemy się np. do Bocas del Toro, choć ten środek transportu wybierają jednak nieliczni z uwagi na dość duży koszt biletu. Krajowe linie lotnicze Air Panamá oferują obecnie połączenia do siedemnastu miejsc leżących w panamskich granicach oraz do San José (stolicy Kostaryki) i dwóch miast w Kolumbii (Armenii i Medellín). Trzeba pamiętać, że niektóre loty są sezonowe. Jeśli nasz budżet na tym zbytnio nie ucierpi, warto skorzystać z usług tego przewoźnika, bo podróżowanie samolotem to z pewnością najwygodniejszy i najszybszy sposób poruszania się po Panamie. Połączeń oferowanych ze stolicy przez Air Panamá nie obsługuje jednak Międzynarodowe Lotnisko Tocumen, ale Międzynarodowy Port Lotniczy Marcosa A. Gelaberta (Aeropuerto Internacional Marcos A. Gelabert) położony przy Albrook Mall.

 

Ta część Ameryki Centralnej wciąż pozostaje dla Polaków ziemią nieznaną. Większość z nich niewiele wie o jej historii i mieszkańcach. Dlatego wyprawa do Panamy ma w sobie coś z odkrywania Nowego Świata. Ten kraj potrafi zachwycić swoim pięknem i nadal można w nim znaleźć prawdziwie rajskie zakątki. Kto zdecyduje się go odwiedzić, przeżyje fascynującą przygodę, której nigdy nie zapomni.