Mariusz Kozak-Zagozda

 

Archipelag Zanzibar składa się z trzech dużych wysp – Ungui (Zanzibaru), Pemby i Mafii, a także kilkudziesięciu mniejszych wysepek. Pierwsza z nich od wieków przyciągała poszukiwaczy przygód, odkrywców i podróżników. Skąd się wzięła jej egzotyczna nazwa, dokładnie nie wiadomo. Najczęściej powtarzane turystom wyjaśnienie mówi, że pochodzi od słowa „zendż” („zenj”) oznaczającego czarnoskórych mieszkańców Afryki Wschodniej oraz arabskiego i perskiego określenia lądu lub wybrzeża oddanego w cząstce „-bar”. Ten toponim podobno wymyślili Arabowie, którzy w I w. n.e. przypłynęli w te strony na drewnianych łodziach żaglowych „dau” („dhow”).

jambiani_Zanzibar_3.jpg

Rajska plaża koło Jambiani na południowym wschodzie Zanzibaru

©MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA

W ciągu wielu stuleci ścierały się tu i nawarstwiały na siebie różne kultury, religie i tradycje, co wpłynęło na dzisiejszy unikalny charakter wyspy. Plemiona Bantu, Arabowie, Persowie, lud Suahili, Hindusi, Azjaci, Europejczycy – wszyscy oni zostawili w tym rejonie coś po sobie. Między XII a XIX w. Zanzibar pełnił funkcję ważnego centrum handlu z Bliskim Wschodem, Indiami i kontynentalną Afryką, a od XVI stulecia – również z Europą. Wtedy też nastąpił największy rozwój regionu i jego ówczesnej stolicy Stone Town (z ang. „Kamienne Miasto”).

Znane z filmu animowanego Król Lew sformułowanie hakuna matata w suahili oznacza „nie martw się”, „nie miej zmartwień”. Idealnie oddaje ono mentalność Zanzibarczyków. Choć ich losy były trudne i pełne cierpień, nadal potrafią oni żyć na co dzień tą maksymą. Na dodatek czasami trudno oderwać od nich wzrok. Uwielbiają nosić barwne stroje, z którymi kontrastuje ich hebanowa skóra. Kiedy przechadzają się po klimatycznych uliczkach Stone Town, można odnieść wrażenie, że kolory tęczy nie wystarczą, aby ich opisać. Dopełnienie wizerunku mieszkańców Zanzibaru stanowi szeroki, promienny uśmiech.

Pierwszy raz w CZARNEJ Afryce

Na wyspie wylądowaliśmy w nocy. Wcale nie było tak gorąco i duszno, jak się spodziewałem. Lekki, świeży wiatr podpowiadał nam, że Ocean Indyjski jest całkiem blisko. Z płyty lotniska weszliśmy wprost do sali z kolejką do okienek wizowych. Zapłaciliśmy za wizy kartami kredytowymi VISA, bo innych nie honorowano. Oprócz tego musieliśmy wypełnić dwa bogate w informacje kwity imigracyjne. Odbiór bagażu okazał się dla nas zaskoczeniem. Nie używa się tutaj żadnych taśm czy aut ciągnących platformy bagażowe. Nasze walizki wprost z samolotu na plecach lub na prowizorycznych wózkach targali pracownicy lotniska. Było ciemno i wyłaniali się z mroku znienacka, widoczni dzięki jaskrawym butom albo T-shirtom. Kto dał im mały napiwek i opisał bagaż, ten otrzymał go szybciej. Niespodzianki się jednak na tym nie skończyły. Po opuszczeniu budynku znów otoczyły nas ciemności. Nagle zauważyliśmy kartkę z nazwiskiem „Kozak” i białe zęby mówiące Jambo! (w suahili „Cześć!”) – transfer do hotelu mieliśmy zapewniony. Zapakowaliśmy walizki do małego busa i ruszyliśmy w mrok.

Najpierw przemieszczaliśmy się nieoświetloną, nieoznaczoną i nieutwardzoną drogą bez namalowanych pasów. Pomyślałem, że właśnie zostawiamy za sobą cywilizację i zmierzamy w głąb dzikiej Afryki. W końcu wjechaliśmy na asfaltową nawierzchnię i przez kolejne 1,5 godz. szukaliśmy hotelu, który niedawno zmienił nazwę. Wreszcie dotarliśmy daleko na południowy wschód Zanzibaru, pomiędzy miejscowości Jambiani i Makunduchi. Znów podążaliśmy prowizorycznym szlakiem, telepiąc się na wszystkie strony. Ostatecznie stanęliśmy w ciemnościach przed białym murem i czerwoną bramą, zza której wyjrzał ktoś przypominający wojownika. Nasz kierowca wreszcie odezwał się do nas zrozumiałym językiem. Wskazując tajemniczą postać palcem, rzekł: Masaj!. Osobliwy odźwierny zabrał naszą rezerwację i zniknął za ogrodzeniem. Po chwili brama otworzyła się i wjechaliśmy do… pełnej pięknej roślinności oazy, efektownie podświetlonej jak z turystycznej reklamy bajkowego kurortu. Otoczyła nas grupa Masajów przepasanych shukami (rodzaj obszernego okrycia podobnego do koca), ozdobionych bransoletami z białych paciorków i z mieczami u pasa. W ciemnościach wnieśli nasze walizki na drugie piętro zanzibarskiego hotelu. W pokoju czekały na nas wielkie drewniane, ale prowizoryczne łoże z moskitierą i dostawką dla dziecka oraz malutka lodówka na nasze krakowskie suche kiełbasy (zabrane na czarną godzinę) i ptasie mleczko, które przeznaczyliśmy na prezent dla najmilszego spotkanego Zanzibarczyka.

Wakacje w raju

malpka_red_colobus_4.jpg

Urocze zanzibarskie gerezy rude są gatunkiem endemicznym

©MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA



Rano, kiedy wstaliśmy po wyjątkowo głębokim śnie, naszym oczom ukazał się niezwykły widok. Po raz pierwszy zatrzymaliśmy się w ośrodku, gdzie każdy gość mógł z własnego okna podziwiać morze. Najtańsze pokoje (w tym nasz) zajmowały drugie piętro, a my mieliśmy przyjemność widzieć to, co w dużych ekskluzywnych hotelach kosztuje majątek – bajkowy szmaragdowy ocean, rafę koralową i cały teren przytulnego, cichego i przeuroczego kompleksu.

Po dwóch dniach zwiedzania okolicy i spacerów po odsłoniętych przez odpływ skamieniałych formacjach rafowych przyszedł czas na umówione wcześniej przez internet wyprawy. Wtedy małym klimatyzowanym busem, wyposażonym w zapas wody, przyjechał po nas nasz opiekun Omar. Był muzułmaninem i, jak się potem okazało, zawsze chodził w idealnie czystym, tradycyjnym islamskim stroju. Życzliwy i uśmiechnięty, podobnie do wielu Zanzibarczyków, miał też dystans do świata Zachodu oraz turystów, ich powierzchowności i lekką ręką wydawanych pieniędzy. Pracował dla Maturafa, szefa lokalnej firmy turystycznej ze Stone Town, który zgodził się dać nam niższe niż standardowo ceny. My cieszyliśmy się z atrakcyjnej oferty, a Omar dostał po prostu kolejne zlecenie. Dzięki własnemu kierowcy i samochodowi mogliśmy wybierać się codziennie na samodzielne wycieczki i wracać do hotelu dopiero na noc. Nasz opiekun opowiadał nam dużo o zanzibarskiej historii i kulturze, a także życiu w tym regionie i miejscach, do których nas zabierał. Z każdym dniem pokazywał nam coraz więcej i więcej, aż wreszcie zawiózł nas tam, gdzie rośnie… pieprz i wanilia.

Kraina przypraw i małp

Zanzibar nazywa się „Wyspą Przypraw”, a słynie on przede wszystkim z uprawy goździków. W XIX w. uchodził za największego ich producenta i eksportera na świecie. Odwiedziny na jednej z tutejszych plantacji stanowią często duże zdziwienie dla osób używających na co dzień mieszanek kupionych w sklepie. Pierwszy raz dane im jest zobaczyć na własne oczy korzeń kurkumy, nieususzoną laskę cynamonu czy owoc kardamonu.

My swoją lekcję zaczęliśmy od trawy cytrynowej, świetnie pasującej do dań z ryb i warzyw. Później był imbir i niejadalne na surowo żółte kłącze kurkumy, zdarta kora cynamonowca i włochata śliwka liczi (liczi chińskie), której sok z łupiny zawiera różowy barwnik. Widzieliśmy też drzewa, na jakich rosną liście curry (nie mylić z indyjską mieszanką przypraw curry), niepozorne płożące odnóżki kardamonu i pnącą się po pniach wanilię. Dalej czekały na nas jeszcze dojrzewające w słońcu wspaniałe egzotyczne owoce. Od zapachu tych wszystkich cudów aż kręciło się nam w głowie.

Na pożegnanie zostaliśmy poczęstowani kokosem, po który jeden z wyćwiczonych pracowników wdrapał się na imponująco wysoką palmę, nucąc pod nosem najpopularniejszy szlagier na Zanzibarze, czyli Jambo Bwana. Ten utwór usłyszymy tutaj wszędzie i przy każdej okazji – w hotelu, sklepie, barze, na ulicy i plaży, a ponieważ wpada w ucho, będziemy go śpiewać jeszcze długo po powrocie do Polski.

Obszar Jozani Forest, celu naszej kolejnej wyprawy, należy do Parku Narodowego Jozani Chwaka Bay, położonego na południu wyspy i obejmującego powierzchnię 50 km². Zwiedzać można go pod opieką przewodnika po zarejestrowaniu się w recepcji rezerwatu. To jeden z ostatnich rejonów porośniętych dziewiczym lasem deszczowym w tej części Afryki. Wśród koron ogromnych baobabów, figowców i innych tropikalnych drzew żyją różne gatunki ptaków i motyli, a także endemiczne zanzibarskie gerezy rude (Procolobus kirkii). Te płochliwe małpy żyją tu pod szczególną ochroną. Próby rozmnożenia ich na innych terenach do tej pory się nie powiodły. Żywią się one głównie młodymi liśćmi drzew oraz nasionami, kwiatami, korą i niedojrzałymi owocami, ponieważ ich układ pokarmowy nie trawi cukru zawartego w tych dojrzałych. Zaobserwowano również, że zanzibarskie gerezy rude spożywają węgiel drzewny. Naukowcy podejrzewają, że w ten sposób starają się wyleczyć bóle brzucha. Na Zanzibarze osiedlają się one nie tylko na obszarze rezerwatu, gdyż nauczyły się koegzystować z ludźmi i zwierzętami hodowlanymi.

W Jozani Forest znajdziemy też trochę bardziej nieśmiałe i ostrożne koczkodany czarnosiwe, które czasami można wypatrzyć wysoko wśród gałęzi. Wizytę w tym wyjątkowym tropikalnym lesie powinien odbyć każdy, kto zawitał na tanzańskiej wyspie. Jego fauna i flora robią naprawdę wielkie wrażenie na turystach z Europy.


Niechlubne karty historii

Najstarszą część miasta Zanzibar – Stone Town – wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO w 2000 r. Jej zabudowa to prawdziwa mieszanka kulturowa. Odnajdziemy tutaj wpływy architektury arabskiej, perskiej, indyjskiej, afrykańskiej i europejskiej. Uwagę zwracają przede wszystkim piękne rzeźbione drewniane drzwi z wystającymi kolcami. Niegdyś stanowiły one najważniejszy element domu i symbol statusu jego właściciela. Wspomniane kolce chroniły przed wyważeniem wielkich wrót przez wytresowanego słonia, jakim posługiwali się włamywacze. Ich konstrukcja pochodzi z Indii. Jedne z najstarszych zachowanych tego typu drzwi w Stone Town powstały w 1694 r.

Burzliwa historia „Kamiennego Miasta” (jak i całej wyspy) związana jest z prowadzonym w tym regionie przez wiele lat handlem niewolnikami. Ciągle na nowo podbijany Zanzibar przez stulecia przechodził z rąk do rąk. Znajdował się więc pod wpływem kultury Suahili, aby potem dostać się pod panowanie Persów i Arabów, a na samym początku XVI w. – Portugalczyków i w 1698 r. zostać częścią sułtanatu Omanu. Obowiązujący na wyspie ruch lewostronny zawdzięcza ona natomiast sprawującym nad nią kontrolę od końca XIX w. Brytyjczykom. W grudniu 1963 r. wraz z sąsiednią Pembą Zanzibar uzyskał niepodległość. W kolejnym roku wybuchła rewolucja. W wyniku następujących po niej wydarzeń w kwietniu 1964 r. proklamowano nowe państwo pod nazwą Zjednoczona Republika Tanzanii (złożone z brytyjskich kolonii Tanganiki i Zanzibaru). Sam archipelag stanowi region autonomiczny i posiada swojego prezydenta, własny rząd i 82-osobowy jednoizbowy parlament (Baraza la Wawakilishi).

W Stone Town tragiczne czasy niewolnictwa upamiętnia pomnik z kamiennymi rzeźbami postaci połączonych ze sobą łańcuchami przymocowanymi do obręczy na szyi. Umieszczono go na placu przed Katedralnym Kościołem Chrystusa (Christ Church), w którego pobliżu przetrzymywano niegdyś żywy towar w podziemnych celach. Te ciasne, wilgotne pomieszczenia można obejrzeć dziś na własne oczy, ale ostrzegam, że widok jest porażający. Wzdłuż wnęk z niskim sufitem i bardzo małymi oknami poprowadzono głębsze przejścia, jakby rynnę, do której więzieni załatwiali swoje potrzeby. Cele często były przepełnione. Targ niewolników funkcjonował tu od 1811 do 1873 r. Obecnie w jego miejscu stoi świątynia anglikańska. Jej budowę zainicjował kolonialny biskup Edward Steere (1828–1882), który walczył o zniesienie niewolnictwa. Po śmierci pochowano go za ołtarzem katedry.

Spacerem przez Stone Town

NGOME_KONGWE_STONE_TOWN_2.jpg

Mury Starego Fortu w Stone Town

©MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA



W „Kamiennym Mieście” udało nam się zobaczyć naprawdę wiele. Do najstarszych jego zabytków należy Ngome Kongwe, czyli Stary Fort, położony na wybrzeżu niedaleko małego portu. Wzniesiono go w XVII w. po wyparciu Portugalczyków przez siły Sułtanatu Omanu, aby chronił wyspę przed atakami od strony Oceanu Indyjskiego. Wcześniej znajdował się tutaj prawdopodobnie portugalski kościół. W XIX w. forteca służyła za więzienie i koszary. Dzisiaj jej odnowione pozostałości przyciągają licznych turystów, wchodzących na górną część murów obronnych i wieżę po zachodniej stronie. W twierdzy działają punkt informacji turystycznej i restauracja, a na dziedzińcu kupimy pamiątki i lokalne rękodzieło. Dalej za fortem natkniemy się na Beit-al-Ajaib – Dom Cudów (House of Wonders). Ten jeden z największych budynków na wyspie był rezydencją sułtana Barghasha ibn Saʿīda (ok. 1834–1888), syna sułtana Muskatu i Omanu Saʿīda ibn Sulṭāna (1791–1856), który przeniósł w 1840 r. swoją stolicę do Stone Town. Gmach jako pierwszy na archipelagu został wyposażony w oświetlenie elektryczne i dostęp do bieżącej wody oraz pierwszą windę w całej Afryce Wschodniej. Na północny wschód od niego wznosi się dawny Pałac Sułtana (zwany po rewolucji z 1964 r. Pałacem Ludu). Obecnie funkcjonuje w nim muzeum zanzibarskich sułtanów (Palace Museum) z ciekawą kolekcją portretów ofiarowywanych władcom podczas wizyt międzynarodowych. Poza tym w środku obejrzymy salę posiedzeń rządu i ekspozycję prezentującą sylwetkę księżniczki Zanzibaru i Omanu Sayyidy Salme (lepiej znanej jako Emily Ruete, 1844–1924). To ona napisała książkę o życiu dworskim na wyspie w XIX w.

Do sułtańskiej rodziny należała też rezydencja Swahili House. Śnieżnobiały budynek od 2008 r. odgrywa rolę hotelu. Zachowało się w nim wiele oryginalnych elementów, np. ciemne drewniane okiennice, wewnętrzne dziedzińce czy strome schody. Na dachu jest restauracja z tarasem, z którego rozpościera się przepiękny widok na „Kamienne Miasto” i Ocean Indyjski.

We wrześniu 1946 r. w Stone Town urodził się Farrokh Bulsara, późniejszy lider brytyjskiego zespołu Queen, znany jako Freddie Mercury. Dom jego rodziców, którzy pochodzili z regionu Gudźarat w Indiach, stanowi częsty cel poszukiwań turystów. Łatwo go jednak przeoczyć, bo nie wyróżnia się niczym szczególnym oprócz złotej tabliczki z informacją powieszonej przed wejściem. Podczas zwiedzania Omar zabrał nas również do położonego niedaleko ciekawego sklepu z pamiątkami. Kupiliśmy w nim nie tylko prezenty dla przyjaciół i kartki pocztowe (które wysłaliśmy dzień później do Polski), ale także trzy T-shirty dla trójki jego małych dzieci. Nasz opiekun bardzo się ucieszył, że potraktowaliśmy go jako kogoś więcej niż zwykłego pracownika agencji turystycznej i chcieliśmy sprawić mu przyjemność.

Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o głównym targu w Stone Town, leżącym na granicy starego i nowego miasta, czyli Bazarze Darajani (Darajani Market). To miejsce jedyne w swoim rodzaju, chociaż nie polecam go osobom wrażliwym na silne zapachy. Sprzedaje się tutaj wszystko: od produktów spożywczych po ubrania i używany sprzęt gospodarstwa domowego. Na zadaszonych stoiskach piętrzą się owoce morza, ryby i mięso. W trakcie spaceru wśród straganów z owocami i warzywami, przyprawami oraz żywym drobiem można poczuć wyjątkową atmosferę Zanzibaru. Największy ruch na tym bazarze panuje do godzin południowych. Turyści planujący na nim zakupy muszą pamiętać, aby się targować i nie dać naciągnąć na wyższe ceny. Nam przyszedł z pomocą Omar, który w naszym imieniu rozmówił się ze sprzedawcą, gdy ten żądał, abyśmy zapłacili dużo więcej niż towar był warty. Od tego momentu między nami i naszym opiekunem zaczęła się rodzić nić sympatii.

To nie jest pożegnanie

Jambiani_-_Ladies_collecting_seaweed_at_low_tide.jpg

Kobiety zbierające algi na plaży blisko wioski Jambiani

©MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA

 



Każdy dzień na Zanzibarze przynosił nam nowe przeżycia. Wybraliśmy się na rejs tradycyjnymi arabskimi łodziami żaglowymi dau (dhow), nurkowaliśmy w pobliżu rafy koralowej i pływaliśmy z delfinami, w wiosce Jambiani odwiedziliśmy Vanilla House – dom Polki Doroty Katende – oraz spędziliśmy 2 dni w Makunduchi, w którym przez teren należący do naszego hotelu przechodziły swobodnie krowy. Na następny raz zostawiliśmy sobie pobliską wysepkę Changuu (zwaną Prison Island), zamieszkaną przez żółwie olbrzymie, aby móc kolejny dzień włóczyć się po magicznym Stone Town, gdzie u lokalnego rzeźbiarza kupiliśmy naprawdę wielką drewnianą skrzynię. Mimo pokaźnych rozmiarów udało nam się ją przywieźć do Polski.

Wreszcie nasza podróż dobiegła końca. Późnym wieczorem zamówiliśmy samochód na lotnisko. Ogromnie się zdziwiliśmy, kiedy przyjechał po nas nie kto inny jak Omar. Kilka dni wcześniej ofiarowaliśmy mu nasze specjalne ptasie mleczko (w idealnej kondycji, bo przechowywane w hotelowej lodówce). Śmiał się, gdy usłyszał, że choć wyprodukowano je w Polsce, z dużym prawdopodobieństwem wykorzystano w nim wanilię sprowadzoną z Zanzibaru. Omar okazał się najmilszą i najniezwyklejszą osobą, jaką poznaliśmy na wyspie, dlatego pożegnanie nie należało do łatwych, a uściskom nie było końca.

Przez te dwa tygodnie zakochaliśmy się w tym pasjonującym zakątku Afryki Wschodniej – widowiskowych zachodach słońca, uspokajającym szumie oceanu, urokliwych białych plażach o drobnym piasku, ocienionych wysmukłymi zielonymi palmami, a także egzotycznej kulturze, smacznej kuchni i przyjaźnie nastawionych Zanzibarczykach. Co ważne, archipelag nie padł jeszcze ofiarą masowej turystyki, można więc na nim odetchnąć w spokoju i poddać się błogiej atmosferze relaksu w świecie, w którym nikt nigdzie się nie śpieszy. Oczywiście, nie zobaczyliśmy wszystkich atrakcji Zanzibaru, ale też wcale nie chcieliśmy tego robić. Teraz będziemy mogli wrócić w te rajskie strony w niedalekiej przyszłości i dokończyć naszą fascynującą przygodę.

Przydatne informacje

Waluta

W Tanzanii (również na Zanzibarze) obowiązuje szyling tanzański (TZS). Można tutaj także płacić dolarami amerykańskimi (USD). W wielu miejscach akceptuje się jedynie nowe banknoty (drukowane po 2005 r.). Bankomaty znajdują się tylko w stolicy kraju, warto więc mieć przy sobie gotówkę. Pieniądze wymienimy w kantorach w Stone Town (najkorzystniejszy kurs), na lotnisku lub w hotelu. Należy pamiętać, że w hali odlotów lotniska na Zanzibarze nie ma kantoru. Szylingi tanzańskie są poza Afryką bezużyteczne, dlatego przed wylotem dobrze kupić za nie twardą walutę jeszcze w „Kamiennym Mieście”.

Obowiązek wizowy

Wymagane jest posiadanie wizy turystycznej. Można ją bez problemu otrzymać na lotnisku. Wystawia się ją na czas pobytu podany we wniosku wizowym, ale nie dłuższy niż 3 miesiące. Wiza zwykła kosztuje 50 USD. Ważna jest zarówno na terenie Tanzanii, jak i na Zanzibarze. Dowód wniesienia opłaty wizowej należy zachować do ewentualnej kontroli. Paszport musi być ważny co najmniej 6 miesięcy od chwili przekroczenia granicy. Warunkiem wjazdu jest okazanie biletu powrotnego bądź poświadczenie posiadania odpowiedniej sumy pieniędzy na jego zakup i pokrycie kosztów pobytu (nie ma określonej kwoty za dzień pobytu). Informację na ten temat trzeba wpisać do wniosku wizowego.

Strefa czasowa

Zanzibar leży w strefie czasowej UTC+3. Po przylocie wskazówki zegara trzeba zatem przesunąć o 2 godz. do przodu względem czasu polskiego.

Gniazdka w hotelach

Pokoje hotelowe wyposażone są w gniazdka brytyjskie przystosowane do napięcia 230 V i częstotliwości 50 Hz.

Szczepienia


Przy wjeździe na Zanzibar nie ma obowiązku szczepień, jednak są one zalecane. Warto zaszczepić się przeciwko żółtej febrze. Koniecznie należy natomiast zaopatrzyć się w środki przeciw komarom występującym w strefie tropikalnej.

Podstawowe zwroty w języku suahili


Na wyspie oprócz angielskiego używa się języka suahili. Przed wyjazdem dobrze nauczyć się kilku przydatnych w codziennych sytuacjach zwrotów, np. Karibu Zanzibar! – „Witajcie na Zanzibarze!”, Hakuna matata – „Nie ma problemu”, Jambo! – „Cześć!”, Asante sana – „Dziękuję bardzo”.

Artykuły wybrane losowo

Magia pełnej tajemnic Sardynii

JERZY MOSKAŁA

<< Choć Sardynia to druga co do wielkości wyspa Morza Śródziemnego, pozostaje dla turystów z Polski mniej znanym kierunkiem niż jej większa sąsiadka Sycylia, hiszpańskie Baleary, greckie archipelagi czy wreszcie Cypr i Malta. Wpłynęły na to m.in. jej opinia dość drogiego miejsca oraz koszty podróży na nią – samolotem albo promem. Dzięki temu jednak ten skalisty ląd leżący u wybrzeży Włoch otacza w oczach Polaków pewna aura tajemniczości, a dziś po uruchomieniu bezpośrednich połączeń obsługiwanych przez tanie linie lotnicze oraz przelotów czarterowych możemy wyruszyć na odkrywanie tego fascynującego zakątka Europy w każdej chwili. >>

Więcej…

Dwanaście najpiękniejszych włoskich wysp

URSZULA KRAJEWSKA

www.interpretareitalia.com

 

<< Za wyspiarski raj w basenie Morza Śródziemnego zwykło się uważać Grecję, do której należy 6 tys. wysp i wysepek. Jednak to określenie pasuje również bez wątpienia do Włoch. W ich granicach znajduje się ok. 800 wysp. Tę mnogość trudno dostrzec przy pierwszym rzucie oka na mapę. Wyspy Italii są zróżnicowane, każda jest inna i niepowtarzalna. >>

 

Ruiny malowniczo położonego teatru greckiego z III w. p.n.e. w Taorminie na Sycylii

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

 

Mieszkańców tych niedużych, odrębnych światów można nazwać po włosku isolani, czyli wyspiarzami. Nie uważają się za Włochów, tworzą niezależne społeczności i za nic w świecie nie chcieliby opuścić swojego miejsca zamieszkania. Nie ma w tym nic dziwnego – kto nie pragnąłby w końcu żyć na uroczej śródziemnomorskiej wyspie.

Nie jest łatwo wybrać najbardziej warte odwiedzenia zakątki wyspiarskiej części Włoch. Wiele miejsc zachwyca tu swoją urodą i atmosferą. Chciałabym jednak przedstawić 12 najpiękniejszych według mnie włoskich wysp, a jednocześnie zachęcić do podróży w te strony i stworzenia własnego subiektywnego rankingu.

 

Sycylia

Cesarz rzymski narodu niemieckiego Fryderyk II Hohenstauf, będący królem Sycylii w latach 1198–1250, miał powiedzieć: Nie zazdroszczę Bogu raju, ponieważ jestem szczęśliwy, żyjąc na Sycylii. Największa wyspa na Morzu Śródziemnym (ok. 25,5 tys. km² powierzchni) pachnie pomarańczami i winem migdałowym. Tętni życiem, któremu rytm nadaje wciąż czynny wulkan Etna (3329 m n.p.m.), górujący nad typowo śródziemnomorskimi krajobrazami. Na Sycylii jest wszystko, co włoskie, ale nie tylko. Mieszają się na niej kultury i religie, style i barwy, ale przede wszystkim smaki i zapachy, pozwalające oszaleć zmysłom. Znajdziemy tu greckie świątynie, rzymskie wille, bizantyjskie mozaiki i barokowe katedry.

Mieszankę stykających się w tej krainie wpływów kulturalnych odzwierciedla sycylijska kuchnia. Podróż na tę wyspę to uczta dla oka, ale w szczególności dla podniebienia. Można powiedzieć, że Sycylię się smakuje, a nie zwiedza. Każdy jej zakątek ma długą i ciekawą historię. To raj dla archeologów, miłośników architektury i tych, którzy kochają południowy styl życia. Jednak na wyspie najbardziej fascynują jej mieszkańcy i ich ognisty charakter. W cieniu monumentalnych zabytków, wśród śródziemnomorskiej roślinności żyją ludzie, których twarze oddają różnorodność tego regionu. Uważają się oni za zupełnie niezależny naród i manifestują swoją odrębność na każdym kroku. Ich temperament, ciepło i gościnność znane są na całym świecie, dlatego Sycylia stała się jednym z najpopularniejszych miejsc na urlop wśród wczasowiczów. To właśnie wyspiarze tworzą tak serdeczną atmosferę, że każdy czuje się tu jak w domu i chętnie w te strony wraca.

Dzień na wyspie polecam rozpocząć w otoczeniu natury. Póki upał nie utrudnia jeszcze pieszych wycieczek, warto wybrać się nad saliny położone tuż obok lotniska pod Trapani lub zmierzyć się z Etną podczas wspinaczki na sam jej szczyt. Na drugie śniadanie można odwiedzić Ragusę bądź Noto, żeby w barokowej scenerii spróbować typowej granity, np. o smaku migdałów ze śmietaną, lub przejść się promenadą w Marzamemi, kolorowej miejscowości leżącej na południowo-wschodnim krańcu wyspy.

W południe trzeba udać się na targ Ballarò w samym centrum Palermo, aby zadziwić się dorodnością bakłażanów czy pomidorów, lub zajrzeć na targ La Pescheria w Katanii, gdzie sprzedają świeżo złowione ryby. Obiad najlepiej zjeść... na ulicy. Sycylijczycy uwielbiają jedzenie, które mieści się w rękach, a jakość takich przekąsek doceni nawet najbardziej wymagający smakosz. Podczas sjesty warto schować się w cieniu drzew ogrodu botanicznego Taorminy. Pausa pranzo, czyli przerwa poobiednia, jest rzeczą świętą i należy się nią delektować. To czas największego skwaru, więc aby się ochłodzić, można wstąpić do lokalnej lodziarni i poczęstować się lodami, tym razem o smaku pistacji. Późniejszym popołudniem polecam zwiedzić znany i lubiany zespół świątyń greckich (Valle dei Templi) w Agrygencie (Agrigento) i zobaczyć białe Schody Turków (Scala dei Turchi) niedaleko Porto Empedocle albo złożyć wizytę w mniej popularnych, a równie ciekawych miastach takich jak Modica, stolica sycylijskiej czekolady, czy malutkie Savoca i Forza d’Agrò, gdzie kręcono Ojca chrzestnego. Gdy słońce nie będzie już tak bardzo grzało, warto udać się na plażę, np. Mondello koło Palermo, lub na klif w miejscowości Terrasini, aby podziwiać zachód słońca.

Wieczorem, kiedy bryza morska w końcu ułatwia swobodne oddychanie, przychodzi pora na zabawę. Najlepiej spędzić ten czas w towarzystwie miejscowych, którzy nierzadko zapraszają przyjezdnych na obfitą kolację z lokalnym białym winem inzolia bądź też znanym na całym świecie czerwonym nero d’avola. Przy okazji warto pamiętać, że na Sycylii płacze się trzy razy: gdy się na nią przyjeżdża i z niej wyjeżdża oraz w momencie stawania na wagę.

 

Lipari

Największa z Wysp Liparyjskich (Wysp Eolskich) – Lipari (ok. 37,3 km²) – powstała w wyniku erupcji wulkanicznych. Położona na Morzu Tyrreńskim i administracyjnie należąca do Sycylii, jest jednak łatwo dostępna także z Kalabrii, samego czubka włoskiego buta. Najbardziej turystyczne i najmodniejsze miejsce tutaj stanowi miasto Lipari. Przyciąga ono licznymi zabytkami. Zamek z XVI w., znajdujący się na terenie wykopalisk archeologicznych, zrekonstruowany teatr grecki czy Katedra św. Bartłomieja, odbudowana po zniszczeniu przez piratów, to najciekawsze z nich. Jednak wyspa nie kończy się na tej miejscowości. Warto wyruszyć w jej głąb i odkryć miejsca, których turyści przyjeżdżający tutaj na kilka godzin nie mają szans zobaczyć.

Na zainteresowanie zasługuje m.in. czarna plaża w Canneto, skąd idealnie widać pobliską Stromboli, znaną z erupcji wulkanicznych, prezentujących się szczególnie widowiskowo po zapadnięciu zmroku, i Panareę, najmniejszą z siedmiu głównych wysp archipelagu (zaledwie 3,34 km²). Na aperitif w postaci kieliszka słodkiego wina o kolorze żywicy (Malvasia delle Lipari DOC) należy wybrać się w okolice Spiagge Bianche, gdzie wbrew nazwie (z wł. Białe Plaże) brzeg morza pokrywa szary piasek. Na kąpiel warto zatrzymać się w miejscowości Acquacalda (w tłumaczeniu na polski Gorąca Woda) – tu można się rozkoszować najcieplejszą wodą na Lipari.

Wycieczka po wyspie dostarcza wielu przyjemnych wrażeń zwłaszcza ze względu na malownicze drogi i unoszącą się wokół nich woń roślin. W powietrzu wyczuwa się zapach śliwy, opuncji i drzewa karobowego, a wiosną licznych bugenwilli. Osoby, którym dopisze szczęście, natkną się na kwitnącego kapara liparyjskiego (cappero di lipari) – jego kwiaty utrzymują się tylko jeden dzień. Pąki tej rośliny królują w tutejszej kuchni. Słowo liparos oznaczało w antycznym greckim m.in. „żyzny”, więc choć Lipari charakteryzuje się pochodzeniem wulkanicznym i z tego powodu można by spodziewać się na niej surowych krajobrazów, uwagę zwraca tu wyjątkowo bujna przyroda. Warto dotrzeć aż do punktu widokowego Quattrocchi (wł. Czworo Oczu) – aby ogarnąć wzrokiem całą rozpościerającą się stąd panoramę, należałoby mieć dwie pary oczu. Z wyspy trzeba koniecznie przywieźć ze sobą kawałek obsydianu i pumeksu z Cave di Pomice, wyjątkowo urokliwej kopalni. Lipari, miejsce, w którym spotykają się cztery żywioły, z pewnością oczaruje wielbicieli Sycylii, pozostałych turystów zaskoczy wielością kolorów i bogatą historią.

 

Sardynia

Podróż na Sardynię to wyprawa do kompletnie innego świata, wciąż jeszcze owianego tajemnicą. Nie bez powodu nazywa się ją wyspą siedmiu kontynentów, gdyż znajdziemy na niej naprawdę wszystko, czego dusza zapragnie. Mieszka tu ponad 1,6 mln osób. Wyspiarze posiadają geny zupełnie inne niż naród włoski. Przez stulecia skutecznie opierali się wszelkim najeźdźcom, choć na Sardynii możemy dostrzec wiele wpływów hiszpańskich. Mniej więcej 400-letnie panowanie Aragończyków (w latach 1324–1720) zostawiło swoje ślady przede wszystkim w zachodniej jej części oraz w miejscowym języku (sardo). Sardyński jest używany na wyspie obok włoskiego. To wszystko powoduje, że oddycha się na niej zupełnie innym powietrzem, nasyconym oryginalną, wielowiekową tradycją.

Ta druga największa wyspa Morza Śródziemnego (ok. 24,1 tys. km² powierzchni) zachwyca cudownymi widokami. Góry łączą się tutaj z wodą, przesadny luksus styka się z ludowymi obrządkami. Do dziś na Sardynii kultywowane są pogańskie rytuały, szczególnie w okresie karnawału. Nie wolno też zapomnieć, że do jej największych skarbów należą urzekający lazur morza, wyjątkowo czyste plaże i piękne jaskinie krasowe. Wyspa jest wymarzonym plenerem dla fotografów i malarzy, a także odwieczną inspiracją wielu poetów.

                Wyrafinowanym turystom z pewnością przypadnie do gustu Porto Cervo koło Arzacheny, stolica europejskiego luksusu. Ta modna dzisiaj miejscowość została zaprojektowana na życzenie przywódcy ismailickich nizarytów, urodzonego w 1936 r. w Genewie księcia Agi Chana IV, który dostrzegł potencjał regionu i dzięki któremu Sardynia stała się ważnym punktem na turystycznej mapie Europy. W samym sercu Szmaragdowego Wybrzeża (Costa Smeralda) można nie tylko oglądać drogie jachty i wille bogaczy. W posiadłości Balajana w pobliskim Luogosanto znajduje się zabytkowa winnica – Vigneti Piero Mancini. Wizyta w niej jest atrakcją na każdą kieszeń. Warto tu wypić kieliszek cannonau, rubinowoczerwonego wina zapewniającego długowieczność, podawanego z dodatkiem lokalnego pecorino, sera owczego. W końcu Sardynia to jedna z pięciu Błękitnych Stref (Blue Zones) na świecie, czyli obszarów, gdzie odnotowano największą liczbę stulatków.

Miłośnicy historii powinni odwiedzić kompleks nuragów (kamiennych wież) Su Nuraxi usytuowany koło Barumini na południu wyspy. Na zainteresowanie zasługuje również Tharros, starożytna kolonia fenicka. Wzburzone wody w okolicy tutejszej plaży w San Giovanni di Sinis przyciągają windsurferów. Mimo iż amatorzy sportów wodnych od lat wybierają Porto Pollo na północy lub Porto Botte w południowo-zachodniej części Sardynii, to nietrudno znaleźć na niej wiele innych miejsc idealnych do uprawiania tego typu aktywności. Najczystsze plaże na wschodnim brzegu wyspy leżą w zatoce Orosei. Są dostępne jedynie od strony morza.

W tym rejonie Włoch natkniemy się też na flamingi – brodzą w wodach lagun w południowym regionie Chia lub przy miejscowości San Teodoro na wschodzie, która jest także najpopularniejszym skupiskiem pubów, knajpek i dyskotek na Sardynii. Przy okazji wizyty na południu należy udać się na wydmy w Piscinas i pobliską wysepkę Sant’Antioco, będącą jedynym miejscem na świecie, gdzie produkuje się tzw. jedwab morski (tkaninę bisiorową). Północno-zachodnia część wyspy również prezentuje się ciekawie. Leżą w niej typowo katalońskie miasta i miasteczka (na czele z Alghero, nazywanym nawet małą Barceloną), w których wydobywane są najcenniejsze czerwone korale, a kobiety do dziś trudnią się pleceniem koszy wiklinowych. Jeśli pragniemy poznać prawdziwe oblicze Sardynii, musimy odwiedzić jej serce – górzysty region Barbagia, skąd pochodzą tradycyjne potrawy i stroje ludowe. Polecam pozwolić zaprosić się na obiad miejscowym pasterzom. Chętnie poczęstują nas lokalnym likierem z mirtu. Zapach tej rośliny unosi się tu wszędzie. Jedna wizyta na tej pełnej kontrastów wyspie nie wystarczy. Zresztą mało kto odwiedza ją tylko raz i nie marzy o powrocie na nią.

 

Sartiglia – widowiskowy turniej konny odbywający się podczas karnawału w Oristano

© URSZULA KRAJEWSKA/WWW.INTERPRETAREITALIA.COM

 

La Maddalena

U północno-wschodnich brzegów Sardynii leży archipelag La Maddalena. Co prawda to grupa wysp, ale nie sposób nie umieścić go w tym rankingu. Od zawsze stanowi wizytówkę Sardynii i często pojawia się na okładkach katalogów turystycznych. Nazywany bywa europejskimi Malediwami lub rajem na ziemi. Każda zatoczka archipelagu hipnotyzuje swoją urodą. Unosząca się wokół woń mirtu i jałowców przyprawia o zawrót głowy. La Maddalena składa się z 7 głównych wysp i ok. 60 mniejszych. Nie da się wybrać z nich tej najwspanialszej.

To miejsce oczaruje nie tylko amatorów nurkowania czy snorkelingu. Każdy, kto raz odwiedzi Park Narodowy Archipelagu La Maddalena, na długo pozostanie pod wrażeniem bajecznych widoków. Spotyka się tutaj rzadkie, chronione gatunki roślin i zwierząt. Koniecznie należy zobaczyć plażę z różowym piaskiem (Spiaggia Rosa) na Budelli, obecnie możliwą do oglądania jedynie z łodzi. Najważniejsza w archipelagu – La Maddalena – to wyspa w wyspie. Jej mieszkańcy posługują się dialektem i nie uważają się za Sardyńczyków. La Maddalena ma złożoną historię, ale nie aż tak znaną jak połączona z nią mostem Caprera, na której mieszkał i zmarł włoski bohater narodowy Giuseppe Garibaldi (1807–1882). Urozmaiceniem wycieczki po okolicy może być także przejażdżka konna po plażach, oferowana przez lokalną stadninę. Odwiedzenie archipelagu stanowi obowiązkową atrakcję podczas pobytu na magicznej Sardynii i jest niezapomnianą ucztą dla oka.

 

Elba

Trzecia co do wielkości włoska wyspa (ok. 224 km² powierzchni) położona nieopodal toskańskiego wybrzeża od lat przyciąga turystów o wysublimowanych gustach i wysokich wymaganiach oraz inspiruje artystów. Sławę zapewnił jej Napoleon Bonaparte (zesłany tu w 1814 r. po tym, jak został zmuszony do abdykacji). Elba to kolejny pachnący raj na ziemi. W powietrzu czuć na niej m.in. jaśmin, akację i rozmaryn. Krajobraz wyspy miejscami wygląda jak sielskie pejzaże Toskanii. Wśród wiecznie zielonych winnic, gajów oliwnych i lasów piniowych kryją się przepiękne plaże, niektóre do złudzenia przypominające północne wybrzeże Sardynii.

Koniecznie trzeba zobaczyć tutaj plażę Sant’Andrea, otoczoną granitowymi skałami przywołującymi na myśl archipelag La Maddalena. Ci, którzy wybierają się na Elbę ze względu na jej związki z cesarzem Napoleonem, powinni zwiedzić jego rezydencje: Villę dei Mulini (Palazzinę dei Mulini) w Portoferraio i letni dom w San Martino otoczony ogrodem z egzotycznymi roślinami. Do najładniejszych portowych miejscowości na wyspie należy Porto Azzurro, nieopodal którego znajduje się Laghetto di Terranera, sztuczne jeziorko będące pozostałością po kopalni i mieniące się tysiącem kolorów. Miłośników Toskanii, pastelowych barw i klimatycznych zakątków oczaruje Capoliveri, a lubiącym romantyczne spacery przypadnie do gustu wspomniane Portoferraio, 12-tysięczne zabytkowe miasteczko pełne schodów i wąskich uliczek, zbudowane przez potężną rodzinę Medyceuszy. Na Elbie warto odwiedzić również usytuowaną na południu Marinę di Campo. Znajdziemy w niej wszystko, co niezbędne do wymarzonego wypoczynku: piaszczyste plaże, pocztówkowe wybrzeże, urokliwe widoki oraz bary, kawiarnie i restauracje z doskonałym jedzeniem. Czarująca toskańska wyspa, nazywana „Królową Archipelagu” (La Regina dell’Arcipelago), stanowi nie lada gratkę dla geologów ze względu na ogromne zasoby minerałów. Wyrafinowane podniebienia na pewno zadowoli kieliszek aromatycznego wina aleatico podanego z lokalnym sztokfiszem w pomidorach lub marynowanymi sardelami. Tutejsza tradycyjna kuchnia opiera się na rybach i owocach morza. Ze względu na bogatą podwodną florę i faunę wyspa przyciąga także nurków. Niezapomniana panorama rozpościera się z twierdzy Volterraio (394 m n.p.m.) położonej w północno-wschodniej części lądu, niedaleko Portoferraio. Przesiąknięta legendami, pełna osobliwych zakątków, a wciąż jeszcze przyćmiona przez pobliską, tłumnie odwiedzaną Toskanię Elba może poszczycić się historią starszą niż Rzym i obfitością wpływów rozmaitych kultur. Mówi się, że to jedna z pereł z naszyjnika Wenus, który wpadł do morza. Samemu trzeba jednak sprawdzić, czy zasługuje na to miano. Przekazywana z rąk do rąk wyspa jest bardzo zróżnicowana, dlatego każdy znajdzie na niej coś dla siebie.

 

Plaża Sant’Andrea niedaleko przylądka o tej samej nazwie na zachodzie uroczej Elby

© ROBERTO RIDI/VISITELBA.INFO

 

Giglio

Podczas rejsu w styczniu 2012 r. kapitan statku wycieczkowego Costa Concordia uznał Giglio za na tyle atrakcyjną, że podpłynął do jej brzegów, ryzykując bezpieczeństwo pasażerów. Jednostka, jak wiadomo, zatonęła. Warto samemu się przekonać, co tak zachwyciło nierozważnego kapitana. Ta druga co do wielkości z Wysp Toskańskich (ok. 24 km² powierzchni), oddalona o ponad 50 km od Elby i słynąca z niezwykle bogatej flory i fauny morskiej, jest niezmiernie popularna wśród amatorów nurkowania. Mieszkańców podwodnego świata można obserwować też z brzegu. Spotkamy tu m.in. liczne kraby, jeżowce, małże, pławikoniki, samogłowy, graniki wielkie, kielczaki śródziemnomorskie, tuńczyki i rzadkie gatunki żółwi morskich.

Giglio stanowi również prawdziwy raj dla smakoszy. Koniecznie trzeba spróbować na niej wina ansonaco o bursztynowej barwie czy lokalnych słodkości, takich jak placek z migdałami lub figami (panficato), a do domu przywieźć słoiczek wybornego miejscowego miodu. Na zainteresowanie zasługują Giglio Castello, średniowieczne miasteczko wznoszące się na wzgórzu (405 m n.p.m.), oraz malownicze Giglio Porto. Od lat na wyspę chętnie przybywają osoby lubiące odpoczynek na łonie natury, gdyż całą jej powierzchnię (podobnie jak w przypadku sąsiedniej Elby) objętą ochroną przepięknego Parku Narodowego Wysp Toskańskich.

 

Capri

To miejsce uwielbiane przez turystów przede wszystkim ze względu na zapierające dech w piersiach krajobrazy. Capri bywa nazywana wyspą zakochanych. Zbudowana jest ze skał wapiennych, których biel idealnie łączy się z turkusem Morza Tyrreńskiego w Zatoce Neapolitańskiej. Tym, których zwabiła jaskiniami i formacjami skalnymi, na pewno spodoba się Lazurowa Grota (Grotta Azzurra). Otoczona aurą luksusu Capri od lat przyciąga najbogatszych ludzi ze świata show-biznesu, ponieważ znajdują na niej ciszę i spokój. Małe, urocze zatoczki zapewniają poczucie prywatności, a wśród gajów cytrynowych kryją się eleganckie posiadłości. Ze względu na tę popularność wśród osób ze śmietanki towarzyskiej wyspa zyskała sobie status najdroższej w Europie.

Piękno tutejszej przyrody idealnie oddają Ogrody Augusta (Giardini di Augusto). Poszukiwacze atrakcji historycznych powinni odwiedzić pałac cesarza rzymskiego Tyberiusza na szczycie Monte Tiberio (354 m n.p.m.) – Villę Jovis. Domy na Capri na tle jej górskich szczytów wydają się być wyjątkowo małe. Drogi wijące się między skałami przypominają serpentyny. Warto też wspomnieć o tutejszych plażach. Piasku na wyspie nie znajdziemy, ale woda ma w jej okolicy przepiękny kolor, który zawdzięcza kamienistemu dnu. Podczas spaceru po porcie, gdzie panuje elegancka atmosfera, należy spróbować lokalnego likieru limoncello. Capri to oaza spokoju, zajmuje powierzchnię zaledwie nieco ponad 10 km2. Jest jednak odwiedzana przez licznych turystów spędzających wakacje nad wybrzeżem w Amalfi, pragnących przenieść się na chwilę do ekskluzywnego świata.

 

Ischia

W archipelagu Wysp Flegrejskich leży starsza siostra urokliwej Procidy – Ischia (46,3 km² powierzchni). Zwie się ją zieloną wyspą, ale nie z powodu bujnej śródziemnomorskiej roślinności, jak twierdzi większość. Przydomek ten zawdzięcza występującym tu tufom wulkanicznym o dość nietypowym odcieniu zieleni. Turyści przybywają na Ischię skuszeni bogatą ofertą centrów uzdrowiskowych i źródłami termalnymi. Wyspa powstała w wyniku erupcji wulkanu. Pozostały po niej żyzne gleby i fumarole oraz bardzo charakterystyczna góra Epomeo (789 m n.p.m.). Z jej szczytu rozciąga się wspaniały widok na całą Zatokę Neapolitańską.

Tutejszy ogród La Mortella (Giardini La Mortella) swoją baśniową scenerią podbija serca wszystkich odwiedzających. Na powierzchni ok. 2 ha znajdują się w nim tropikalne rośliny, wodospady, jeziorka i fontanny. Co ciekawe, na tym terenie wydobywano kiedyś skałę wulkaniczną. Po przechadzce będącej ukojeniem dla duszy można odpocząć w rozległym kompleksie basenów termalnych Giardini Poseidon Terme.

Dostojny Zamek Aragoński (Castello Aragonese) z 1441 r. wznoszący się nad portem stanowi piękny plener do zdjęć. Turystów przyciąga także Torre di Guevara, wieża uchodząca za rzekome miejsce schadzek Michała Anioła i znanej poetki Vittorii Colonny, z którą miał mieć romans. Widoki jak z pocztówki odnajdziemy w Sant’Angelo, gdzie kolorowe domki rybackie tworzą wyjątkową oprawę dla ekskluzywnych butików. Na wyspie nie brakuje śladów osadnictwa greckiego, takich jak pochodząca z VIII w. p.n.e. nekropolia odkryta w dolinie San Montano. Na uwagę zasługują również tutejsze kościoły, a w szczególności Chiesa di Santa Maria del Soccorso w Forio. W okolicy tej świątyni można podziwiać spektakularne zachody słońca.

 

Procida       

Ukochana przez miliony Procida zdobywa serca turystów od pierwszych chwil pobytu na niej. Jest tęczowa jak Burano i urzeka widokami jak Ischia i Capri.

Aby podziwiać barwną panoramę wyspy z najlepszej perspektywy, należy wybrać się na jej najwyższy punkt zwany Terra Murata (91 m). Można z niego oglądać też całą Zatokę Neapolitańską. Na dłuższy spacer warto udać się na Vivarę. Ta przylegająca do Procidy wysepka o kształcie półksiężyca jest niezamieszkałym rezerwatem przyrody. Zachwyca tak intensywnym zapachem cytryn, że Emilio Pucci (1914–1992) nazwał pierwsze perfumy wypuszczone pod swoją marką właśnie Vivara. Na samej Procidzie koniecznie trzeba spróbować specjalnej, ogromnie słodkiej odmiany cytryn (limone procidano) dodawanych do sałatek, a także wykorzystywanych do produkcji lokalnych dżemów i trunków. Choć cała wyspa olśniewa kolorami, to za najpiękniejszą jej część uchodzi wyjątkowo nasłoneczniony port rybacki Marina Corricella. Co więcej, mieści się tutaj najstarszy instytut morski we Włoszech, kształcący kapitanów najważniejszych statków pasażerskich. Procida ma niewielką powierzchnię (tylko ok. 4 km2), ale turyści uwielbiają jej typowo południowy klimat.

 

Murano

Nietuzinkowa Murano (ok. 1,2 km² powierzchni) położona na Lagunie Weneckiej składa się właściwie z siedmiu wysepek połączonych ze sobą i słynie ze szklanych dzieł sztuki, cenionych na całym świecie. Najlepiej wybrać się na nią tramwajem wodnym przy okazji wizyty w Wenecji.

Obowiązkowym punktem podczas zwiedzania Murano jest znakomite muzeum szkła (Museo del Vetro), prezentujące eksponaty pochodzące nawet z VIII w. Koniecznie trzeba też zajrzeć do zakładów zajmujących się tworzeniem sztuki użytkowej, gdzie na własne oczy można zobaczyć dmuchanie i barwienie szkła. To niepowtarzalna atrakcja dla całej rodziny! Wartość wytwarzanych w tym miejscu szklanych przedmiotów wciąż wzrasta, szczególnie że z roku na rok powstaje ich coraz mniej. Technologię wytopu przezroczystego szkła odkryto tu już w XIII stuleciu i otaczano największą tajemnicą przez lata. Uwagę przykuwają szklane rzeźby będące projektami znanych artystów, wykonane przez lokalnych rzemieślników. Zdobią one ulice Murano. Stoją wśród kościołów i kolorowych domów. Nadają temu miejscu zupełnie inny charakter niż ma pobliska słynna Wenecja.

 

Widok na XIX-wieczną wieżę zegarową na Campo Santo Stefano na Murano

© ZBIGNIEW KRAJEWSKI

 

Burano

Na Lagunie Weneckiej znajduje się również Burano (zaledwie ok. 0,2 km² powierzchni). To zdecydowanie najbarwniejsza z włoskich wysp. Trudno się na niej powstrzymać, aby nie wyjąć aparatu fotograficznego. Co ciekawe, kolory domów narzucane są z góry przez gminę Wenecja-Murano-Burano, ale osiągnięty w ten sposób efekt cieszy oko. Poza tęczową zabudową ta malownicza wysepka słynie z produkcji koronek. Działa na niej zarówno szkoła, jak i muzeum koronkarstwa (Museo del Merletto). Burano przypomina z jednej strony starą wioskę rybacką, a z drugiej typowe włoskie miasteczko z rozwieszonym między budynkami praniem i kotami wylegującymi się na słońcu.

Spacer uliczkami tej wyspy to prawdziwa koloroterapia. Warto podejść do Kościoła św. Marcina (Chiesa di San Martino), do którego przylega krzywa dzwonnica z początków XVIII stulecia. Wyspa stanowi idealne schronienie przed tłumami turystów zalewającymi Wenecję. Najlepiej przypłynąć na nią rankiem, kiedy odbywa się tutaj lokalny targ rybny, a potem usiąść przy stoliku kawiarnianym i zamówić cappuccino oraz słodki obwarzanek bussolà, tradycyjny specjał z Burano.

 

Favignana

Najmniej popularna z całego przedstawionego zestawienia jest oddalona o ok. 7 km od zachodniego wybrzeża Sycylii Favignana. Tę największą wyspę z archipelagu Egadów (19,8 km² powierzchni) polecam objechać rowerem. Ponieważ większość turystów decyduje się właśnie na taką formę zwiedzania, drogi pełne są tu jednośladów. W krajobrazie zbudowanej z wapienia Favignany dominuje biel.

Na wyspie można zrelaksować się na piaszczystych plażach. Na wybrzeżu znajdują się też jaskinie o wyjątkowo romantycznych nazwach, takich jak Grota Westchnień (Grotta dei Sospiri) czy Grota Zakochanych (Grotta degli Innamorati). Jednak Favignana słynie przede wszystkim z połowów tuńczyka, które stanowią główne źródło dochodów jej mieszkańców. Osoby o mocniejszych nerwach mogą na własne oczy zobaczyć, jak łowi się te ogromne ryby. Najbardziej widowiskowe połowy odbywają się na przełomie maja i czerwca. Towarzyszą im wtedy tradycyjne pieśni lokalnych rybaków. Na szczycie najwyższego tutejszego wzgórza znajduje się Zamek św. Katarzyny (Castello di Santa Caterina). Można stąd podziwiać malowniczy archipelag, do którego należy Favignana.

***

Jak widać, włoskie wyspy to nie tylko kojarzona z mafią słoneczna Sycylia, pełna magii Elba, która oczarowała swoim naturalnym pięknem samego Napoleona, czy też zachwycająca Sardynia oblewana turkusowymi wodami. Ten niezmiernie atrakcyjny kraj może pochwalić się licznymi wspaniałymi zakątkami otoczonymi ze wszystkich stron wodą. Większość z nich leży na Morzu Tyrreńskim, lecz i na Adriatyku znajduje się kilka prawdziwych klejnotów. I choć nie wszystkie wyspy przyciągają białymi, piaszczystymi plażami czy licznymi zabytkami architektury, to ich zaciszne zatoczki zadowolą każdego, kto poszukuje spokoju i ciszy. Wyprawa na nie spodoba się także amatorom aktywnego wypoczynku, którzy mogą zdobywać szczyty, wchodzić na wulkany, odkrywać jaskinie, jeździć na rowerze, nurkować, surfować czy żeglować. Warto poza tym zwiedzać małe, urocze miasteczka i próbować lokalnych specjałów, w tym wyśmienitych win. Natura bardzo hojnie obdarzyła Włochy, dlatego podczas odwiedzin w tym kraju należy skorzystać z okazji i delektować się skarbami jego winnic, gajów i sadów. Oprócz tego każda włoska wyspa ma swój charakter i zachwyca widokami. To wszystko sprawia, że poznaje się je pełnią zmysłów, ale taka właśnie jest Italia. Absorbuje całą naszą uwagę, a w zamian daje nam tyle, że wciąż chcemy do niej wracać.

 

Wydanie Wiosna 2018

Łatwo zakochać się w Wenezueli

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Tym, co najbardziej przyciąga do tego południowoamerykańskiego kraju, kojarzonego obecnie w Polsce przede wszystkim z kontrowersyjnym prezydentem Hugo Chávezem, wielkimi złożami ropy naftowej, najpiękniejszymi kobietami na świecie (aż 6 tytułów Miss World i Miss Universe!) i porywającą tłumy widzów, niezrównaną Orkiestrą Symfoniczną Simóna Bolívara pod dyrekcją młodego geniusza muzycznego, 31-letniego Gustavo Dudamela, jest bezsprzecznie wielkie bogactwo tutejszej przyrody. Odważniejsi turyści eksplorują deltę rzeki Orinoko, krainę Indian Warao, podróżując szlakiem słynnego niemieckiego geografa, przyrodnika i podróżnika Aleksandra von Humboldta (1769–1859). Miłośników gór przyciągają dostojne Andy, na czele z najwyższym szczytem Wenezueli – Pico Bolívar (4978 m n.p.m.). Amatorzy ciszy i spokoju oraz zapierających dech w piersiach widoków odpoczywają na rajskim archipelagu Los Roques i u stóp potężnego wodospadu Salto Ángel. A to przecież tylko kilka spośród wielu zachwycających atrakcji tego pasjonującego kraju...

Więcej…