Mariusz Kozak-Zagozda

 

Archipelag Zanzibar składa się z trzech dużych wysp – Ungui (Zanzibaru), Pemby i Mafii, a także kilkudziesięciu mniejszych wysepek. Pierwsza z nich od wieków przyciągała poszukiwaczy przygód, odkrywców i podróżników. Skąd się wzięła jej egzotyczna nazwa, dokładnie nie wiadomo. Najczęściej powtarzane turystom wyjaśnienie mówi, że pochodzi od słowa „zendż” („zenj”) oznaczającego czarnoskórych mieszkańców Afryki Wschodniej oraz arabskiego i perskiego określenia lądu lub wybrzeża oddanego w cząstce „-bar”. Ten toponim podobno wymyślili Arabowie, którzy w I w. n.e. przypłynęli w te strony na drewnianych łodziach żaglowych „dau” („dhow”).

jambiani_Zanzibar_3.jpg

Rajska plaża koło Jambiani na południowym wschodzie Zanzibaru

©MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA

W ciągu wielu stuleci ścierały się tu i nawarstwiały na siebie różne kultury, religie i tradycje, co wpłynęło na dzisiejszy unikalny charakter wyspy. Plemiona Bantu, Arabowie, Persowie, lud Suahili, Hindusi, Azjaci, Europejczycy – wszyscy oni zostawili w tym rejonie coś po sobie. Między XII a XIX w. Zanzibar pełnił funkcję ważnego centrum handlu z Bliskim Wschodem, Indiami i kontynentalną Afryką, a od XVI stulecia – również z Europą. Wtedy też nastąpił największy rozwój regionu i jego ówczesnej stolicy Stone Town (z ang. „Kamienne Miasto”).

Znane z filmu animowanego Król Lew sformułowanie hakuna matata w suahili oznacza „nie martw się”, „nie miej zmartwień”. Idealnie oddaje ono mentalność Zanzibarczyków. Choć ich losy były trudne i pełne cierpień, nadal potrafią oni żyć na co dzień tą maksymą. Na dodatek czasami trudno oderwać od nich wzrok. Uwielbiają nosić barwne stroje, z którymi kontrastuje ich hebanowa skóra. Kiedy przechadzają się po klimatycznych uliczkach Stone Town, można odnieść wrażenie, że kolory tęczy nie wystarczą, aby ich opisać. Dopełnienie wizerunku mieszkańców Zanzibaru stanowi szeroki, promienny uśmiech.

Pierwszy raz w CZARNEJ Afryce

Na wyspie wylądowaliśmy w nocy. Wcale nie było tak gorąco i duszno, jak się spodziewałem. Lekki, świeży wiatr podpowiadał nam, że Ocean Indyjski jest całkiem blisko. Z płyty lotniska weszliśmy wprost do sali z kolejką do okienek wizowych. Zapłaciliśmy za wizy kartami kredytowymi VISA, bo innych nie honorowano. Oprócz tego musieliśmy wypełnić dwa bogate w informacje kwity imigracyjne. Odbiór bagażu okazał się dla nas zaskoczeniem. Nie używa się tutaj żadnych taśm czy aut ciągnących platformy bagażowe. Nasze walizki wprost z samolotu na plecach lub na prowizorycznych wózkach targali pracownicy lotniska. Było ciemno i wyłaniali się z mroku znienacka, widoczni dzięki jaskrawym butom albo T-shirtom. Kto dał im mały napiwek i opisał bagaż, ten otrzymał go szybciej. Niespodzianki się jednak na tym nie skończyły. Po opuszczeniu budynku znów otoczyły nas ciemności. Nagle zauważyliśmy kartkę z nazwiskiem „Kozak” i białe zęby mówiące Jambo! (w suahili „Cześć!”) – transfer do hotelu mieliśmy zapewniony. Zapakowaliśmy walizki do małego busa i ruszyliśmy w mrok.

Najpierw przemieszczaliśmy się nieoświetloną, nieoznaczoną i nieutwardzoną drogą bez namalowanych pasów. Pomyślałem, że właśnie zostawiamy za sobą cywilizację i zmierzamy w głąb dzikiej Afryki. W końcu wjechaliśmy na asfaltową nawierzchnię i przez kolejne 1,5 godz. szukaliśmy hotelu, który niedawno zmienił nazwę. Wreszcie dotarliśmy daleko na południowy wschód Zanzibaru, pomiędzy miejscowości Jambiani i Makunduchi. Znów podążaliśmy prowizorycznym szlakiem, telepiąc się na wszystkie strony. Ostatecznie stanęliśmy w ciemnościach przed białym murem i czerwoną bramą, zza której wyjrzał ktoś przypominający wojownika. Nasz kierowca wreszcie odezwał się do nas zrozumiałym językiem. Wskazując tajemniczą postać palcem, rzekł: Masaj!. Osobliwy odźwierny zabrał naszą rezerwację i zniknął za ogrodzeniem. Po chwili brama otworzyła się i wjechaliśmy do… pełnej pięknej roślinności oazy, efektownie podświetlonej jak z turystycznej reklamy bajkowego kurortu. Otoczyła nas grupa Masajów przepasanych shukami (rodzaj obszernego okrycia podobnego do koca), ozdobionych bransoletami z białych paciorków i z mieczami u pasa. W ciemnościach wnieśli nasze walizki na drugie piętro zanzibarskiego hotelu. W pokoju czekały na nas wielkie drewniane, ale prowizoryczne łoże z moskitierą i dostawką dla dziecka oraz malutka lodówka na nasze krakowskie suche kiełbasy (zabrane na czarną godzinę) i ptasie mleczko, które przeznaczyliśmy na prezent dla najmilszego spotkanego Zanzibarczyka.

Wakacje w raju

malpka_red_colobus_4.jpg

Urocze zanzibarskie gerezy rude są gatunkiem endemicznym

©MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA



Rano, kiedy wstaliśmy po wyjątkowo głębokim śnie, naszym oczom ukazał się niezwykły widok. Po raz pierwszy zatrzymaliśmy się w ośrodku, gdzie każdy gość mógł z własnego okna podziwiać morze. Najtańsze pokoje (w tym nasz) zajmowały drugie piętro, a my mieliśmy przyjemność widzieć to, co w dużych ekskluzywnych hotelach kosztuje majątek – bajkowy szmaragdowy ocean, rafę koralową i cały teren przytulnego, cichego i przeuroczego kompleksu.

Po dwóch dniach zwiedzania okolicy i spacerów po odsłoniętych przez odpływ skamieniałych formacjach rafowych przyszedł czas na umówione wcześniej przez internet wyprawy. Wtedy małym klimatyzowanym busem, wyposażonym w zapas wody, przyjechał po nas nasz opiekun Omar. Był muzułmaninem i, jak się potem okazało, zawsze chodził w idealnie czystym, tradycyjnym islamskim stroju. Życzliwy i uśmiechnięty, podobnie do wielu Zanzibarczyków, miał też dystans do świata Zachodu oraz turystów, ich powierzchowności i lekką ręką wydawanych pieniędzy. Pracował dla Maturafa, szefa lokalnej firmy turystycznej ze Stone Town, który zgodził się dać nam niższe niż standardowo ceny. My cieszyliśmy się z atrakcyjnej oferty, a Omar dostał po prostu kolejne zlecenie. Dzięki własnemu kierowcy i samochodowi mogliśmy wybierać się codziennie na samodzielne wycieczki i wracać do hotelu dopiero na noc. Nasz opiekun opowiadał nam dużo o zanzibarskiej historii i kulturze, a także życiu w tym regionie i miejscach, do których nas zabierał. Z każdym dniem pokazywał nam coraz więcej i więcej, aż wreszcie zawiózł nas tam, gdzie rośnie… pieprz i wanilia.

Kraina przypraw i małp

Zanzibar nazywa się „Wyspą Przypraw”, a słynie on przede wszystkim z uprawy goździków. W XIX w. uchodził za największego ich producenta i eksportera na świecie. Odwiedziny na jednej z tutejszych plantacji stanowią często duże zdziwienie dla osób używających na co dzień mieszanek kupionych w sklepie. Pierwszy raz dane im jest zobaczyć na własne oczy korzeń kurkumy, nieususzoną laskę cynamonu czy owoc kardamonu.

My swoją lekcję zaczęliśmy od trawy cytrynowej, świetnie pasującej do dań z ryb i warzyw. Później był imbir i niejadalne na surowo żółte kłącze kurkumy, zdarta kora cynamonowca i włochata śliwka liczi (liczi chińskie), której sok z łupiny zawiera różowy barwnik. Widzieliśmy też drzewa, na jakich rosną liście curry (nie mylić z indyjską mieszanką przypraw curry), niepozorne płożące odnóżki kardamonu i pnącą się po pniach wanilię. Dalej czekały na nas jeszcze dojrzewające w słońcu wspaniałe egzotyczne owoce. Od zapachu tych wszystkich cudów aż kręciło się nam w głowie.

Na pożegnanie zostaliśmy poczęstowani kokosem, po który jeden z wyćwiczonych pracowników wdrapał się na imponująco wysoką palmę, nucąc pod nosem najpopularniejszy szlagier na Zanzibarze, czyli Jambo Bwana. Ten utwór usłyszymy tutaj wszędzie i przy każdej okazji – w hotelu, sklepie, barze, na ulicy i plaży, a ponieważ wpada w ucho, będziemy go śpiewać jeszcze długo po powrocie do Polski.

Obszar Jozani Forest, celu naszej kolejnej wyprawy, należy do Parku Narodowego Jozani Chwaka Bay, położonego na południu wyspy i obejmującego powierzchnię 50 km². Zwiedzać można go pod opieką przewodnika po zarejestrowaniu się w recepcji rezerwatu. To jeden z ostatnich rejonów porośniętych dziewiczym lasem deszczowym w tej części Afryki. Wśród koron ogromnych baobabów, figowców i innych tropikalnych drzew żyją różne gatunki ptaków i motyli, a także endemiczne zanzibarskie gerezy rude (Procolobus kirkii). Te płochliwe małpy żyją tu pod szczególną ochroną. Próby rozmnożenia ich na innych terenach do tej pory się nie powiodły. Żywią się one głównie młodymi liśćmi drzew oraz nasionami, kwiatami, korą i niedojrzałymi owocami, ponieważ ich układ pokarmowy nie trawi cukru zawartego w tych dojrzałych. Zaobserwowano również, że zanzibarskie gerezy rude spożywają węgiel drzewny. Naukowcy podejrzewają, że w ten sposób starają się wyleczyć bóle brzucha. Na Zanzibarze osiedlają się one nie tylko na obszarze rezerwatu, gdyż nauczyły się koegzystować z ludźmi i zwierzętami hodowlanymi.

W Jozani Forest znajdziemy też trochę bardziej nieśmiałe i ostrożne koczkodany czarnosiwe, które czasami można wypatrzyć wysoko wśród gałęzi. Wizytę w tym wyjątkowym tropikalnym lesie powinien odbyć każdy, kto zawitał na tanzańskiej wyspie. Jego fauna i flora robią naprawdę wielkie wrażenie na turystach z Europy.


Niechlubne karty historii

Najstarszą część miasta Zanzibar – Stone Town – wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO w 2000 r. Jej zabudowa to prawdziwa mieszanka kulturowa. Odnajdziemy tutaj wpływy architektury arabskiej, perskiej, indyjskiej, afrykańskiej i europejskiej. Uwagę zwracają przede wszystkim piękne rzeźbione drewniane drzwi z wystającymi kolcami. Niegdyś stanowiły one najważniejszy element domu i symbol statusu jego właściciela. Wspomniane kolce chroniły przed wyważeniem wielkich wrót przez wytresowanego słonia, jakim posługiwali się włamywacze. Ich konstrukcja pochodzi z Indii. Jedne z najstarszych zachowanych tego typu drzwi w Stone Town powstały w 1694 r.

Burzliwa historia „Kamiennego Miasta” (jak i całej wyspy) związana jest z prowadzonym w tym regionie przez wiele lat handlem niewolnikami. Ciągle na nowo podbijany Zanzibar przez stulecia przechodził z rąk do rąk. Znajdował się więc pod wpływem kultury Suahili, aby potem dostać się pod panowanie Persów i Arabów, a na samym początku XVI w. – Portugalczyków i w 1698 r. zostać częścią sułtanatu Omanu. Obowiązujący na wyspie ruch lewostronny zawdzięcza ona natomiast sprawującym nad nią kontrolę od końca XIX w. Brytyjczykom. W grudniu 1963 r. wraz z sąsiednią Pembą Zanzibar uzyskał niepodległość. W kolejnym roku wybuchła rewolucja. W wyniku następujących po niej wydarzeń w kwietniu 1964 r. proklamowano nowe państwo pod nazwą Zjednoczona Republika Tanzanii (złożone z brytyjskich kolonii Tanganiki i Zanzibaru). Sam archipelag stanowi region autonomiczny i posiada swojego prezydenta, własny rząd i 82-osobowy jednoizbowy parlament (Baraza la Wawakilishi).

W Stone Town tragiczne czasy niewolnictwa upamiętnia pomnik z kamiennymi rzeźbami postaci połączonych ze sobą łańcuchami przymocowanymi do obręczy na szyi. Umieszczono go na placu przed Katedralnym Kościołem Chrystusa (Christ Church), w którego pobliżu przetrzymywano niegdyś żywy towar w podziemnych celach. Te ciasne, wilgotne pomieszczenia można obejrzeć dziś na własne oczy, ale ostrzegam, że widok jest porażający. Wzdłuż wnęk z niskim sufitem i bardzo małymi oknami poprowadzono głębsze przejścia, jakby rynnę, do której więzieni załatwiali swoje potrzeby. Cele często były przepełnione. Targ niewolników funkcjonował tu od 1811 do 1873 r. Obecnie w jego miejscu stoi świątynia anglikańska. Jej budowę zainicjował kolonialny biskup Edward Steere (1828–1882), który walczył o zniesienie niewolnictwa. Po śmierci pochowano go za ołtarzem katedry.

Spacerem przez Stone Town

NGOME_KONGWE_STONE_TOWN_2.jpg

Mury Starego Fortu w Stone Town

©MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA



W „Kamiennym Mieście” udało nam się zobaczyć naprawdę wiele. Do najstarszych jego zabytków należy Ngome Kongwe, czyli Stary Fort, położony na wybrzeżu niedaleko małego portu. Wzniesiono go w XVII w. po wyparciu Portugalczyków przez siły Sułtanatu Omanu, aby chronił wyspę przed atakami od strony Oceanu Indyjskiego. Wcześniej znajdował się tutaj prawdopodobnie portugalski kościół. W XIX w. forteca służyła za więzienie i koszary. Dzisiaj jej odnowione pozostałości przyciągają licznych turystów, wchodzących na górną część murów obronnych i wieżę po zachodniej stronie. W twierdzy działają punkt informacji turystycznej i restauracja, a na dziedzińcu kupimy pamiątki i lokalne rękodzieło. Dalej za fortem natkniemy się na Beit-al-Ajaib – Dom Cudów (House of Wonders). Ten jeden z największych budynków na wyspie był rezydencją sułtana Barghasha ibn Saʿīda (ok. 1834–1888), syna sułtana Muskatu i Omanu Saʿīda ibn Sulṭāna (1791–1856), który przeniósł w 1840 r. swoją stolicę do Stone Town. Gmach jako pierwszy na archipelagu został wyposażony w oświetlenie elektryczne i dostęp do bieżącej wody oraz pierwszą windę w całej Afryce Wschodniej. Na północny wschód od niego wznosi się dawny Pałac Sułtana (zwany po rewolucji z 1964 r. Pałacem Ludu). Obecnie funkcjonuje w nim muzeum zanzibarskich sułtanów (Palace Museum) z ciekawą kolekcją portretów ofiarowywanych władcom podczas wizyt międzynarodowych. Poza tym w środku obejrzymy salę posiedzeń rządu i ekspozycję prezentującą sylwetkę księżniczki Zanzibaru i Omanu Sayyidy Salme (lepiej znanej jako Emily Ruete, 1844–1924). To ona napisała książkę o życiu dworskim na wyspie w XIX w.

Do sułtańskiej rodziny należała też rezydencja Swahili House. Śnieżnobiały budynek od 2008 r. odgrywa rolę hotelu. Zachowało się w nim wiele oryginalnych elementów, np. ciemne drewniane okiennice, wewnętrzne dziedzińce czy strome schody. Na dachu jest restauracja z tarasem, z którego rozpościera się przepiękny widok na „Kamienne Miasto” i Ocean Indyjski.

We wrześniu 1946 r. w Stone Town urodził się Farrokh Bulsara, późniejszy lider brytyjskiego zespołu Queen, znany jako Freddie Mercury. Dom jego rodziców, którzy pochodzili z regionu Gudźarat w Indiach, stanowi częsty cel poszukiwań turystów. Łatwo go jednak przeoczyć, bo nie wyróżnia się niczym szczególnym oprócz złotej tabliczki z informacją powieszonej przed wejściem. Podczas zwiedzania Omar zabrał nas również do położonego niedaleko ciekawego sklepu z pamiątkami. Kupiliśmy w nim nie tylko prezenty dla przyjaciół i kartki pocztowe (które wysłaliśmy dzień później do Polski), ale także trzy T-shirty dla trójki jego małych dzieci. Nasz opiekun bardzo się ucieszył, że potraktowaliśmy go jako kogoś więcej niż zwykłego pracownika agencji turystycznej i chcieliśmy sprawić mu przyjemność.

Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o głównym targu w Stone Town, leżącym na granicy starego i nowego miasta, czyli Bazarze Darajani (Darajani Market). To miejsce jedyne w swoim rodzaju, chociaż nie polecam go osobom wrażliwym na silne zapachy. Sprzedaje się tutaj wszystko: od produktów spożywczych po ubrania i używany sprzęt gospodarstwa domowego. Na zadaszonych stoiskach piętrzą się owoce morza, ryby i mięso. W trakcie spaceru wśród straganów z owocami i warzywami, przyprawami oraz żywym drobiem można poczuć wyjątkową atmosferę Zanzibaru. Największy ruch na tym bazarze panuje do godzin południowych. Turyści planujący na nim zakupy muszą pamiętać, aby się targować i nie dać naciągnąć na wyższe ceny. Nam przyszedł z pomocą Omar, który w naszym imieniu rozmówił się ze sprzedawcą, gdy ten żądał, abyśmy zapłacili dużo więcej niż towar był warty. Od tego momentu między nami i naszym opiekunem zaczęła się rodzić nić sympatii.

To nie jest pożegnanie

Jambiani_-_Ladies_collecting_seaweed_at_low_tide.jpg

Kobiety zbierające algi na plaży blisko wioski Jambiani

©MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA

 



Każdy dzień na Zanzibarze przynosił nam nowe przeżycia. Wybraliśmy się na rejs tradycyjnymi arabskimi łodziami żaglowymi dau (dhow), nurkowaliśmy w pobliżu rafy koralowej i pływaliśmy z delfinami, w wiosce Jambiani odwiedziliśmy Vanilla House – dom Polki Doroty Katende – oraz spędziliśmy 2 dni w Makunduchi, w którym przez teren należący do naszego hotelu przechodziły swobodnie krowy. Na następny raz zostawiliśmy sobie pobliską wysepkę Changuu (zwaną Prison Island), zamieszkaną przez żółwie olbrzymie, aby móc kolejny dzień włóczyć się po magicznym Stone Town, gdzie u lokalnego rzeźbiarza kupiliśmy naprawdę wielką drewnianą skrzynię. Mimo pokaźnych rozmiarów udało nam się ją przywieźć do Polski.

Wreszcie nasza podróż dobiegła końca. Późnym wieczorem zamówiliśmy samochód na lotnisko. Ogromnie się zdziwiliśmy, kiedy przyjechał po nas nie kto inny jak Omar. Kilka dni wcześniej ofiarowaliśmy mu nasze specjalne ptasie mleczko (w idealnej kondycji, bo przechowywane w hotelowej lodówce). Śmiał się, gdy usłyszał, że choć wyprodukowano je w Polsce, z dużym prawdopodobieństwem wykorzystano w nim wanilię sprowadzoną z Zanzibaru. Omar okazał się najmilszą i najniezwyklejszą osobą, jaką poznaliśmy na wyspie, dlatego pożegnanie nie należało do łatwych, a uściskom nie było końca.

Przez te dwa tygodnie zakochaliśmy się w tym pasjonującym zakątku Afryki Wschodniej – widowiskowych zachodach słońca, uspokajającym szumie oceanu, urokliwych białych plażach o drobnym piasku, ocienionych wysmukłymi zielonymi palmami, a także egzotycznej kulturze, smacznej kuchni i przyjaźnie nastawionych Zanzibarczykach. Co ważne, archipelag nie padł jeszcze ofiarą masowej turystyki, można więc na nim odetchnąć w spokoju i poddać się błogiej atmosferze relaksu w świecie, w którym nikt nigdzie się nie śpieszy. Oczywiście, nie zobaczyliśmy wszystkich atrakcji Zanzibaru, ale też wcale nie chcieliśmy tego robić. Teraz będziemy mogli wrócić w te rajskie strony w niedalekiej przyszłości i dokończyć naszą fascynującą przygodę.

Przydatne informacje

Waluta

W Tanzanii (również na Zanzibarze) obowiązuje szyling tanzański (TZS). Można tutaj także płacić dolarami amerykańskimi (USD). W wielu miejscach akceptuje się jedynie nowe banknoty (drukowane po 2005 r.). Bankomaty znajdują się tylko w stolicy kraju, warto więc mieć przy sobie gotówkę. Pieniądze wymienimy w kantorach w Stone Town (najkorzystniejszy kurs), na lotnisku lub w hotelu. Należy pamiętać, że w hali odlotów lotniska na Zanzibarze nie ma kantoru. Szylingi tanzańskie są poza Afryką bezużyteczne, dlatego przed wylotem dobrze kupić za nie twardą walutę jeszcze w „Kamiennym Mieście”.

Obowiązek wizowy

Wymagane jest posiadanie wizy turystycznej. Można ją bez problemu otrzymać na lotnisku. Wystawia się ją na czas pobytu podany we wniosku wizowym, ale nie dłuższy niż 3 miesiące. Wiza zwykła kosztuje 50 USD. Ważna jest zarówno na terenie Tanzanii, jak i na Zanzibarze. Dowód wniesienia opłaty wizowej należy zachować do ewentualnej kontroli. Paszport musi być ważny co najmniej 6 miesięcy od chwili przekroczenia granicy. Warunkiem wjazdu jest okazanie biletu powrotnego bądź poświadczenie posiadania odpowiedniej sumy pieniędzy na jego zakup i pokrycie kosztów pobytu (nie ma określonej kwoty za dzień pobytu). Informację na ten temat trzeba wpisać do wniosku wizowego.

Strefa czasowa

Zanzibar leży w strefie czasowej UTC+3. Po przylocie wskazówki zegara trzeba zatem przesunąć o 2 godz. do przodu względem czasu polskiego.

Gniazdka w hotelach

Pokoje hotelowe wyposażone są w gniazdka brytyjskie przystosowane do napięcia 230 V i częstotliwości 50 Hz.

Szczepienia


Przy wjeździe na Zanzibar nie ma obowiązku szczepień, jednak są one zalecane. Warto zaszczepić się przeciwko żółtej febrze. Koniecznie należy natomiast zaopatrzyć się w środki przeciw komarom występującym w strefie tropikalnej.

Podstawowe zwroty w języku suahili


Na wyspie oprócz angielskiego używa się języka suahili. Przed wyjazdem dobrze nauczyć się kilku przydatnych w codziennych sytuacjach zwrotów, np. Karibu Zanzibar! – „Witajcie na Zanzibarze!”, Hakuna matata – „Nie ma problemu”, Jambo! – „Cześć!”, Asante sana – „Dziękuję bardzo”.

Artykuły wybrane losowo

Aktywny wypoczynek na Wyspach Kanaryjskich

 

Filip Werstler

 

 Parque Rural del Nublo we wnętrzu górzystej wyspy Gran Canaria

3700

© TURISMO DE CANARIAS BRANDCENTER/ALEX BRAMWELL

 

Wyspy Kanaryjskie znane były już starożytnym, którzy określali je mianem Wysp Szczęśliwych. Trudno się zresztą z nimi nie zgodzić. Archipelag położony na Oceanie Atlantyckim należy do najpiękniejszych miejsc na świecie. Panujący tu klimat czyni go jednym z najbardziej przyjaznych dla ludzi regionów na ziemi. Liczba słonecznych dni w ciągu roku zdecydowanie przekracza 300 na większości z wysp. Rzadkie opady deszczu występują głównie późną jesienią, zimą i na początku wiosny. Temperatura powietrza utrzymuje się w granicach 17–25°C przez okrągłe 12 miesięcy. Te wyjątkowo sprzyjające warunki klimatyczne nie tylko wprowadzają przybyszów w dobry nastrój, ale także stwarzają znakomite możliwości do uprawiania rozmaitych sportów. A gdy aktywnie spędzamy czas, czujemy się przecież szczęśliwsi.

 

Na archipelag składa się siedem głównych wysp (Teneryfa, Fuerteventura, Gran Canaria, Lanzarote, La Palma, La Gomera i El Hierro) i okoliczne małe wysepki. Region należy do Hiszpanii, chociaż bliżej stąd do Afryki niż Europy. Największe jego miasta to Santa Cruz de Tenerife (ponad 200 tys. mieszkańców) i Las Palmas de Gran Canaria (ok. 380 tys.).

 

Najważniejszy atut tego archipelagu stanowi jego różnorodność. Każda wyspa jest inna, dlatego warto dowiedzieć się, jakie rodzaje sportu można uprawiać w konkretnych miejscach. Wybór mamy naprawdę duży. Wszelcy amatorzy aktywnego wypoczynku z pewnością znajdą tu coś dla siebie.

 

Ferteventura i silne wiatry

 

Według niektórych teorii malownicza Fuerteventura, leżąca zaledwie ok. 100 km od północno-zachodniego wybrzeża Afryki, wzięła swoją nazwę od hiszpańskich słów fuerte („silny”) i viento („wiatr”). Dziś wyspa jest prawdziwą mekką wind- i kitesurferów z całego świata. Panują na niej wręcz wymarzone warunki dla pasjonatów tych sportów, dotyczy to zwłaszcza wschodnich brzegów. Wiatr wiejący z zachodu osiąga w tej okolicy dość dużą siłę, ale jednocześnie powoduje, że powierzchnia wody staje się dość płaska. Szczególną popularnością cieszy się miejscowość Costa Calma (Spokojne Wybrzeże). Wynika to z faktu, że leży ona w najwęższej części Fuerteventury, gdzie wiatry są najmocniejsze. Ze względu na tak sprzyjające warunki powstały tutaj liczne ośrodki wind- i kitesurfingu. Największe na wyspie jest działające od 1984 r. centrum René Egli by Meliã położone w tym samym niezmiernie urokliwym miejscu, co luksusowy Hotel Meliã Gorriones (4 gwiazdki plus) wyróżniający się pełnymi tropikalnej roślinności ogrodami i dużym wyborem basenów, a mianowicie tuż przy bajkowej plaży Sotavento, którą uważa się nawet za jedną z najpiękniejszych na całym globie. Wzdłuż niej ciągnie się płytka 4-kilometrowa laguna, nadająca się wyśmienicie do nauki pływania na desce z żaglem lub latawcem (także pod czujnym okiem profesjonalnych polskich instruktorów!). W tej części Fuerteventury, dzięki zjawisku tunelu wietrznego, wieje praktycznie przez cały rok oraz panują wysokie temperatury powietrza i wody. Na całym archipelagu naprawdę trudno znaleźć lepsze warunki do uprawiania tych widowiskowych sportów. Dlatego też już od 1986 r. (zwykle na przełomie lipca i sierpnia) odbywają się tutaj Mistrzostwa Świata w Windsurfingu i Kiteboardingu (Fuerteventura Windsurfing & Kiteboarding World Cup). Przybywają na nie najlepsi sportowcy, a również liczni kibice i dziennikarze sportowi z różnych krajów. Oprócz podziwiania na żywo ekscytujących zmagań zawodników można się w tym czasie także rozerwać. Zawodom, które trwają zazwyczaj od ok. 10.00 do 18.00, towarzyszą dodatkowe atrakcje – specjalny namiot z przysmakami lokalnej kuchni, występy muzyków na żywo i bogaty program dla całych rodzin. Wieczorami, od godz. 21.00, zaczynają się klimatyczne szalone imprezy do białego rana i ciekawe koncerty. Te mistrzostwa, świetnie zorganizowane przez René Egli by Meliã (pod kierownictwem niezmiernie profesjonalnej Anniki Ingwersen), warto polecić każdemu.

 

Jednak na Fuerteventurę można wybrać się nie tylko w okresie wspomnianego wydarzenia. Sezon na uprawianie sportów panuje na niej właściwie przez cały rok. Obok przepięknej plaży Sotavento wind- i kitesurferzy odwiedzają również inne miejsca na wyspie. Wielu z nich zatrzymuje się w wysuniętych na południe miasteczkach Jandía i Morro Jable (należących razem ze wspomnianą już miejscowością Costa Calma do gminy Pájara), gdzie z uwagi na położenie geograficzne także wieją silne wiatry. Niektóre osoby udają się natomiast na północ, w okolice Dunas de Corralejo, czyli spektakularnych wydm leżących niedaleko 20-tysięcznego kurortu Corralejo, będącego stolicą turystyczną tej części Fuerteventury. Tutejsze wybrzeże jest wielką atrakcją nie tylko dla amatorów sportów wodnych, ale i dla wszystkich marzących o wypoczynku w malowniczym otoczeniu. Bezkresne piaski przyciągają turystów z całej wyspy. W tym miejscu można uprawiać m.in. surfing, wind- i kitesurfing, stand up paddling (SUP) oraz grać w gry plażowe, biegać czy spacerować. To jedyny w swoim rodzaju zakątek, z pewnością warty odwiedzenia podczas aktywnych wakacji.

 

Zachodnie brzegi Fuerteventury są mniej popularne. Świetnie odnajdą się tu surferzy, choć ta część lądu jest słabiej skomunikowana. Jednak wysokie fale, powstające pod wpływem silnego wiatru wiejącego znad Atlantyku, rekompensują wszelkie trudności związane z dojazdem. Do głównych ośrodków surfingowych na wyspie należą La Pared czy El Cotillo. Mimo iż to niewielkie miejscowości, mają szczęście znajdować się w idealnych miejscach. Dzięki ich małej popularności nie przybywają do nich tłumy turystów, co sprawia, że warunki do szaleństw na wodzie są w tym rejonie doskonałe. Poza tym na wyróżnienie zasługuje też z pewnością Park Naturalny Jandía (Parque Natural de Jandía) z niesamowicie urokliwą plażą Cofete. Kręcono na niej sceny do filmu Ridleya Scotta Exodus: Bogowie i królowie z 2014 r. Nad niemal 14-kilometrowym piaszczystym brzegiem unosi się nigdy nieopadająca mżawka wywołana uderzeniami fal, a w tle widać góry oddzielające wybrzeże od reszty lądu. Prowadzącą tutaj malowniczą trasę pokrywa w dużej części nawierzchnia szutrowa.

 

Na Fuerteventurze popularnością cieszy się też stand up paddling

SUP Pic by John Carter PWA

© TURISMO DE CANARIAS BRANDCENTER/LEX THOONEN

 

Trekking na GRAN CANARII

 

Gran Canaria, obok Fuerteventury i Teneryfy, uchodzi za jedną z najpopularniejszych wysp wśród turystów z Europy. W 2015 r. odwiedziło ją ponad 3,2 mln ludzi z kilkudziesięciu krajów. Na jej atrakcyjność wpływa duże zróżnicowanie pod względem klimatycznym i przyrodniczym. Co roku ściąga tu mnóstwo osób nastawionych na aktywny wypoczynek. Podobnie jak na Fuerteventurze także na Gran Canarii spotkamy licznych miłośników surfingu, wind- i kitesurfingu, choć warunki do uprawiania tych sportów są na niej mniej stabilne.

 

Na wyspie można również z powodzeniem odbywać wyprawy trekkingowe. Pokrywa ją wiele odpowiednich do tego celu tras. Zainteresowaniem cieszą się m.in. wycieczki do Roque Nublo (1813 m n.p.m.) – wznoszącej się pod niebo niemal 80-metrowej wulkanicznej skały (przywodzi ona na myśl Maczugę Herkulesa z Ojcowskiego Parku Narodowego). Przypominająca kolumnę formacja stoi nad głęboką przepaścią. Prezentuje się naprawdę imponująco, dlatego turyści często decydują się przyjrzeć się jej z bliska. W okolicy warto też wejść na znajdujący się nieopodal Pico de las Nieves – najwyższy szczyt Gran Canarii, wznoszący się na wysokość 1956 m. n.p.m. Można do niego dojechać głównie samochodem albo rowerem. Rozpościera się stąd wspaniała panorama, koniecznie trzeba więc zabrać ze sobą aparat fotograficzny.

 

Zupełnie niepopularna jest natomiast wyprawa na dziewiczą plażę Güigüi (Guguy), którą miejscowi uznają za najpiękniejszą na wyspie. Być może zasłużyła sobie na tak pochlebną opinię dlatego, że nie została usypana z białego piasku i nie udaje Karaibów jak pobliskie Playa de los Amadores czy Playa de Anfi del Mar. Prezentuje prawdziwe oblicze archipelagu – ciemny wulkaniczny brzeg otaczają wysokie majestatyczne klify i oblewają spienione fale Oceanu Atlantyckiego. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że ta wycieczka wymaga lepszej kondycji. My naszą wyprawę rozpoczęliśmy jeszcze przed świtem. Ok. godz. 5.00–5.30 wsiedliśmy w autobus w miejscowości Puerto de Mogán. Podaliśmy nazwę interesującej nas plaży, a kierowca dowiózł nas na przystanek na rozstaju dróg położony najbliżej naszego celu. Stąd mieliśmy do pokonania pieszo ok. 25-kilometrową trasę wiodącą głównie przez góry.

 

Na początku przemierzyliśmy 8 km po asfalcie do miejscowości Tasártico. Tu warunki się zmieniły. Dalej szliśmy już po szutrze i skałach aż do samego końca. Gdy trasa zaczęła piąć się pod górę, zauważyliśmy drogowskaz informujący o tym, że do celu zostało nam jeszcze 17 km. Ta część wyprawy była najbardziej wymagająca. Najpierw musieliśmy pokonać kilka kilometrów ostrego podejścia po średnio wyrobionej ścieżce. Zajęło nam to mniej więcej 2 godz. z jedną krótką przerwą na nabranie sił. Jednak po dotarciu na szczyt czekała nas wspaniała nagroda – cudowny widok na leżącą w dole zatokę i pobliską Teneryfę z górującym wulkanem Teide. Przez jakąś godzinę odpoczywaliśmy i cieszyliśmy się tym miejscem, po czym ruszyliśmy w dół. Ten ostatni odcinek wyglądał równie pięknie i osobliwie. Wokół nie dało się dostrzec żadnych śladów cywilizacji, zabudowań czy sklepów. Na ścieżce także nie spotkaliśmy nikogo. Nasze telefony nie łapały również zasięgu sieci komórkowych. Po drodze napotykaliśmy natomiast coraz więcej lokalnej roślinności.

 

Po dotarciu na plażę mogliśmy rozkoszować się jej niezwykłą urodą. Kilkusetmetrowe klify odgradzały resztę lądu od oceanu. Na rozległym i czystym piaszczystym brzegu byliśmy sami. W spokoju przyglądaliśmy się Teneryfie oddalonej od nas o niecałe 200 km. Najcudowniejszy moment tego dnia stanowił zachód słońca. Chowa się ono tutaj za szczytami sąsiedniej wyspy. To widok jedyny w swoim rodzaju, wręcz idylliczny.

 

Podczas planowania wycieczki na plażę Güigüi (Guguy) należy pamiętać o zapewnieniu sobie transportu powrotnego. Do wyboru mamy dwa wyjścia: wrócić tą samą drogą, ale będzie to bardzo męczące, albo dzień wcześniej umówić się z miejscowym rybakiem, aby przypłynął po nas o wskazanej porze. Naszą trójkę taka usługa kosztowała ok. 15 euro za osobę.

 

Oprócz uprawiania trekkingu na Gran Canarii można np. grać w golfa (choćby w jedynym na całym archipelagu resorcie z dwoma profesjonalnymi 18-dołkowymi polami golfowymi – Sheraton Gran Canaria Salobre Golf Resort!), nurkować (działa na niej nawet w kurorcie Puerto de Mogán polska szkoła Delphinus, a także nowatorskie centrum Sea TREK Spain w resorcie Anfi del Mar, zapraszające na spacery po dnie oceanu bez sprzętu nurkowego i uczestniczenia w specjalistycznym kursie!) albo jeździć konno. Na wyspie pojawia się zresztą coraz więcej firm oferujących ten ostatni rodzaj aktywności. Zazwyczaj takie wyprawy trwają 1–4 godz. i odbywają się w różnych częściach lądu. Ceny wahają się od 20 do 90 euro w zależności od organizatora i długości trasy. Kilka firm wyróżnia się wysokim standardem, profesjonalizmem i rozbudowaną ofertą. Jedną z nich jest bez wątpienia El Salobre Horse Riding. Należące do niej ranczo z kilkunastoma wierzchowcami leży na południu, nieopodal turystycznej stolicy Gran Canarii – Maspalomas (ok. 10 minut od niej). W okolicy znajdują się przepiękne wydmy, wulkaniczne szlaki i tropikalne plantacje. Poza tym ten rejon charakteryzuje się oryginalną florą i fauną. To wszystko przyciąga wielu miłośników jazdy konnej z różnych krajów (w tym i z Polski!). Zdecydowanie warto rozważyć wybranie się na wycieczkę po wyspie na końskim grzbiecie, tym bardziej że tutejsze zapierające dech w piersiach krajobrazy czynią z niej ekscytujące przeżycie.

 

Na archipelagu wzrasta też zainteresowanie kolarstwem, dotyczy to zwłaszcza Gran Canarii i Teneryfy. Uprawianiu tego sportu sprzyjają m.in. duże różnice wysokości i przyjazny klimat przez okrągły rok. Poza tym znajdują się tu niezmiernie malownicze i kręte drogi. Wielbicieli jazdy na rowerze przyciągają wymagające trasy ze spektakularnymi widokami. Na Gran Canarii prowadzą one zazwyczaj przez jej wnętrze, które jest w mniejszym stopniu zamieszkane i rzadziej odwiedzane przez turystów. Wyspa charakteryzuje się znaczną różnorodnością szlaków. Lokalne firmy oferują usługi na wysokim poziomie – zajmują się nie tylko wypożyczaniem sprzętu, ale także organizują wycieczki czy nawet specjalne obozy kolarskie, które trwają zazwyczaj od 5 do 10 dni. Pakiety obejmują zakwaterowanie w komfortowym hotelu, transport i częściowe wyżywienie (half board, czyli śniadanie i obiadokolację). Jeżeli chcemy jedynie wypożyczyć rower górski lub kolarzówkę, będzie nas to kosztować od ok. 12 euro za dzień (70 euro za tydzień).

 

Surowa Lanzarote

 

Jak na większości wysp w archipelagu, również na Lanzarote bardzo dużą popularnością cieszą się surfing, wind- i kitesurfing oraz stand up paddling (SUP). Amatorzy tych dyscyplin zjeżdżają głównie do miejscowości Famara (Caleta de Famara). Jednak można tutaj robić jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy.

 

Lanzarote znana jest choćby z zawodów triatlonowych. W ciągu roku odbywa się na niej kilka takich imprez sportowych, z których największą sławą na całym świecie cieszą się te z serii IRONMAN. Od ich uczestników wymaga się naprawdę bardzo dobrego przygotowania. Muszą oni przepłynąć 3,86 km, pokonać na rowerze dystans 180,25 km i przebiec odcinek 42,20 m (maraton) bez żadnej przerwy. Dlatego też ten wyścig uchodzi za wyjątkowo trudny i budzi niemałe zainteresowanie nie tylko wśród osób chcących sprawdzić swoją wytrzymałość, lecz także i widzów. Club La Santa IRONMAN Lanzarote (jego tegoroczna edycja odbędzie się 20 maja) to jedna z imprez cyklu zawodów organizowanych przez World Triathlon Corporation. Stanowi nie lada gratkę dla amatorów triatlonu i kibiców sportowych.

 

Okolice wyspy odwiedzają również chętnie nurkowie. Nic więc dziwnego, że na jej południowym krańcu, na słynnym wybrzeżu Playa Blanca, znajdziemy nawet polskie centrum Delphinus Lanzarote, dawne Cool Dive. Miłośnicy wielkiego błękitu mogą tu podziwiać faunę typową dla Oceanu Atlantyckiego. Poza tym ostatnio, 11 stycznia 2017 r., w sąsiedztwie Lanzarote (w Bahía de Las Coloradas, na głębokości mniej więcej 12–14 m) otwarto zupełnie nowe, pierwsze w Europie, podwodne muzeum – Museo Atlántico. Składa się na nie imponujący zbiór celowo zatopionych rzeźb brytyjskiego artysty Jasona deCairesa Taylora. Można przyjrzeć im się z bliska podczas ok. 1-godzinnej wyprawy nurkowej wyruszającej z Mariny Rubicón (cena 12 euro od osoby dorosłej) lub z trochę dalszej odległości w trakcie rejsu wolno płynącym statkiem ze szklanym dnem.

 

Kolejną unikatową na skalę europejską propozycją są firmowane przez system Sea TREK niesamowite spacery po dnie Atlantyku bez sprzętu dla nurków i ukończenia specjalistycznego szkolenia. Dzięki kaskowi z doprowadzanym tlenem wizytę w podwodnym królestwie Wysp Kanaryjskich złożymy już po przejściu 10-minutowego instruktażu, nawet jeżeli nie potrafimy pływać. Na tego typu rozrywkę zaprasza wszystkich chętnych szkoła nurkowa Native Diving w modnym kurorcie Costa Teguise na wschodnim wybrzeżu Lanzarote (oraz wspomniane centrum Sea Trek Spain w Anfi del Mar na Gran Canarii). Schodzi się wówczas na maksymalną głębokość 6 m, a cała przyjemność trwa 45 minut i kosztuje 60 euro od osoby dorosłej.

 

Na wyspie znajduje się również mnóstwo tras dla miłośników trekkingu i jazdy na rowerze. Szlaki są wyjątkowo atrakcyjne ze względu na tutejsze malownicze powulkaniczne krajobrazy. Na terenie miejscowego Parku Narodowego Timanfaya (Parque Nacional de Timanfaya) doszło do jednej z najdłuższych erupcji w dziejach nowożytnych (w latach 1730–1736 codziennie z ok. 300 kraterów wypływały olbrzymie ilości lawy). Surowa okolica wywiera na zwiedzających ogromne wrażenie. Wspaniałe piesze wycieczki można organizować nie tylko na obszarze parku (ponad 51 km² powierzchni). Zabronione jest poruszanie się po nim na rowerze górskim, ale dozwolone – na szosowym. Na tym ostatnim pojeździmy po głównej drodze parkowej, która stanowi zresztą część trasy słynnego wyścigu triatlonowego Club La Santa IRONMAN Lanzarote. Na całej wyspie znajdziemy wiele urokliwych i dobrze przygotowanych tras rowerowych, choćby Costa Teguise – Arrieta (42 km, dość trudny do pokonania odcinek, na tę wyprawę należy przeznaczyć ok. 5–6 godzin) czy Costa Teguise – Los Cocoteros (30 km, szlak średnio trudny, ok. 3,5–4-godzinny).

 

Jazda rowerem górskim na Lanzarote dostarcza ekscytujących wrażeń

12822

© TURISMO DE CANARIAS BRANDCENTER/SERAFÍN ARGIBAY CARBALLADA

 

Pełna atrakcji Teneryfa

 

Zdaniem wielu turystów Teneryfa ma ze wszystkich kanaryjskich sióstr najwięcej do zaoferowania. To świetne miejsce do uprawiania rozmaitych sportów wodnych, trekkingu po zróżnicowanym terenie czy jazdy na rowerze wśród zapierających dech w piersiach krajobrazów. Z pewnością jedną z ciekawszych i mniej typowych form aktywności jest golf. W ostatnich latach cieszy się on tutaj coraz większą popularnością. Profesjonalne pola do gry znajdziemy na kilku wyspach. Najwięcej powstało ich na Teneryfie i Gran Canarii (na tej ostatniej na uwagę zasługuje m.in. jedyny na całym archipelagu resort z dwoma 18-dołkowymi polami golfowymi – Sheraton Gran Canaria Salobre Golf Resort, położony niedaleko opisywanego już nieco szerzej rancza z końmi El Salobre Horse Riding). Cenią je sobie zarówno doświadczeni golfiści, jak i osoby początkujące.

 

Ośrodki na Teneryfie leżą w jej południowej części, w pobliżu znanych turystycznych kurortów takich jak Playa de Las Américas, Costa Adeje i Los Cristianos (słynących również z doskonałych warunków do uprawiania surfingu, nurkowania, żeglarstwa czy sportów motorowodnych), oraz w rejonie północnym i zachodnim. Warto tu wymienić choćby Golf Costa Adeje i Golf Las Américas oraz Golf del Sur i Amarilla Golf & Marina na terenie gminy San Miguel de Abona. Charakteryzują się one nie tylko wysoką jakością oferowanych usług czy zróżnicowanym stopniem trudności, lecz także wyjątkowo malowniczym położeniem. W trakcie gry można podziwiać wspaniałe widoki np. na Ocean Atlantycki. Oprócz tego niewątpliwy atut profesjonalnych pól golfowych w tym regionie stanowią panujące tutaj warunki klimatyczne. Jak już wspominałem, przez zdecydowaną większość roku na archipelagu jest słonecznie i wystarczająco ciepło, aby spędzać czas na świeżym powietrzu. Dlatego na golfa na Teneryfę warto przylecieć zawsze, w listopadzie, marcu bądź lipcu. Poza nią równie korzystnymi warunkami szczyci się południe Gran Canarii. Na obu wyspach turystyka golfowa z roku na rok coraz bardziej się rozwija.

 

Piękna i różnorodna Teneryfa, największa i najludniejsza w archipelagu (2034 km² powierzchni i ok. 900 tys. mieszkańców), to również znakomity region na ciekawe wędrówki piesze. Miejscowe agencje turystyczne oferują też wycieczki objazdowe do najbardziej spektakularnych punktów widokowych czy wyprawy na wulkan Teide (3718 m n.p.m.). Wejście na ten najwyższy szczyt Wysp Kanaryjskich i całej Hiszpanii powinno być obowiązkowym zadaniem dla wszystkich spędzających aktywnie urlop w tym rejonie.

 

La Palma pod gwiazdami

 

Na północny zachód od Teneryfy leży La Palma. Turystyka masowa dopiero na nią dociera. Znajdziemy tu wciąż niewiele rozległych kompleksów hotelowych w porównaniu z opisanymi już czterema największymi wyspami. Dla odmiany mocno rozwija się w tym miejscu turystyka alternatywna. Ten zakątek archipelagu budzi więc zainteresowanie osób, które preferują ruch na świeżym powietrzu.

 

La Palma słynie z malowniczych zielonych terenów i dużej aktywności wulkanicznej. Ze względu na bogatą florę i faunę często wybierają się na nią miłośnicy przyrody i amatorzy długich pieszych wycieczek. Zwiedzających przyciąga zwłaszcza położony w centrum wyspy Park Narodowy Kaldery Taburiente (Parque Nacional de la Caldera de Taburiente), lubiany zarówno przez polskich, jak i zagranicznych turystów. Trasy na jego obszarze mają od kilku do kilkunastu kilometrów, dlatego na wyprawę najlepiej zarezerwować sobie cały dzień. Trzeba także pamiętać o odpowiednim obuwiu i sprzęcie do pieszych wędrówek. Z uwagi na znaczne różnice wysokości sugeruje się wynajęcie przewodnika, gdyż pokonywanie niektórych szlaków bywa czasami dość niebezpieczne.

 

Na tego typu wycieczki można udać się również do Bosque de Los Tilos (Los Tiles) – bujnego lasu wawrzynowego zamieszkanego przez endemiczne gatunki zwierząt, jak np. gołębie kanaryjskie i laurowe czy liczne rzadkie bezkręgowce. Inne popularne miejsce stanowi okolica szczytu Roque de los Muchachos (2426 m n.p.m.), gdzie aktywny wypoczynek urozmaica podziwianie nocnego nieba. W tej części La Palmy znajduje się obserwatorium astronomiczne (Observatorio del Roque de los Muchachos – 2396 m n.p.m.), uchodzące za jedną z największych jej atrakcji. Powszechnie wiadomo, że Wyspy Kanaryjskie znakomicie nadają się do obserwowania gwiazd (mogłem się o tym przekonać m.in. na dziewiczej plaży Güigüi). Jednak właśnie w tym rejonie archipelagu panują najlepsze do tego warunki, dzięki czemu tutejszy kompleks cieszy się sporym zainteresowaniem turystów.

 

Wybrzeże La Palmy chętnie odwiedzają też zapaleni surferzy. Ze względu na niespokojne wody Atlantyku cenią je zwłaszcza osoby bardziej zaawansowane. Choć istnieje tu kilka punktów, w których wynajmiemy deski czy wykupimy kurs dla początkujących, to miejsce rekomendowane jest raczej dla doświadczonych pogromców fal. Do najpopularniejszych należy mniej więcej 500-metrowa Playa de Los Guirres (Playa Nueva), znajdująca się na zachodnim brzegu La Palmy. Wspaniałe warunki panują także w pobliżu dzikiej plaży Nogales, leżącej na północnym wschodzie.

 

Niepozorne El hierro i la gomera

 

Park Narodowy Garajonay, La Gomera

3917

© TURISMO DE CANARIAS BRANDCENTER/CARLOS SPOTTORNO

 

Dwie najmniejsze z siedmiu głównych wysp archipelagu nie zostały jeszcze opanowane przez turystykę masową. Uczestnicy licznych wycieczek fakultatywnych przybywają na nie na ogół promami lub samolotami z Teneryfy, Gran Canarii czy La Palmy (na El Hierro i La Gomerze działają małe lotniska). Dlatego zazwyczaj pojawiają się tutaj ludzie nastawieni na konkretne aktywności. Dużym zainteresowaniem cieszą się rejsy jachtami i wyprawy na obserwowanie waleni biskajskich, płetwali Bryde’a, grindwali, delfinków pręgobokich czy delfinów. Spokojna El Hierro jest najdalej wysunięta w głąb oceanu, dlatego fascynuje eksploratorów podwodnego świata.

 

La Gomera przyciąga uwagę przybyszów przede wszystkim swoimi zapierającymi dech w piersiach krajobrazami – na południu położone są skaliste tereny, centrum i północ natomiast pokrywają rozległe lasy wawrzynowe, w których występują różne rzadkie gatunki roślin i zwierząt. Spodoba się tu również miłośnikom geologii i wulkanologii, a to ze względu na dużą aktywność wulkaniczną w tym regionie. Zróżnicowanie terenu sprzyja odbywaniu wycieczek pieszych i rowerowych, które stanowią popularną aktywność na wyspie. W jej środkowej i północnej, bardziej zielonej części znakomicie jeździ się na rowerach górskich.

 

El Hierro doceniają z kolei wielbiciele podwodnych przygód. Ściągają oni przede wszystkim do miejsca o nazwie Punta de La Restinga (Punta Restinga) – najdalej na południe wysuniętego punktu Hiszpanii. To bodajże najlepszy rejon do nurkowania na całym archipelagu ze względu na wielkie bogactwo flory i fauny oraz znaczną różnorodność form skalnych. W tej okolicy, na terenie Rezerwatu Morskiego La Restinga – Morze Spokoju (Reserva Marina La Restinga – Mar de Las Calmas), można natknąć się na rozmaite gatunki rekinów czy mant, a także wiele innych stworzeń, niespotykanych gdzie indziej w regionie. Pod wodę schodzi się tutaj zazwyczaj na głębokość od kilkunastu do nawet 50 m, co czyni to miejsce jeszcze bardziej atrakcyjnym. Punta de La Restinga i Mar de Las Calmas muszą się znaleźć w planie wyprawy na Wyspy Kanaryjskie każdego zapalonego nurka.

 

Antigua i Barbuda – jeden kraj, dwie różne wyspy

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Kiedy myślimy o Karaibach, to oczami wyobraźni widzimy białe, piaszczyste plaże, palmy i turkusową wodę. Ten rajski region świata oferuje jednak zdecydowanie więcej – ciekawe zabytki, wyśmienite warunki do żeglowania, doskonałą kuchnię, radość życia, spontaniczną zabawę i gościnność mieszkańców. To wszystko znajdziemy właśnie na Antigui, której odkrycie zawdzięczamy Krzysztofowi Kolumbowi (w 1493 r.). Nic więc dziwnego, że Brytyjczycy nazwali ją „Bramą do Karaibów”…

Antigua i Barbuda jest małym wyspiarskim państwem na Morzu Karaibskim. Obejmuje ono wyspy: Antiguę (280 km2) i Barbudę (160,6 km2) oraz Redondę (ok. 2 km2). Językiem urzędowym jest tu angielski, ale w użyciu są także lokalne dialekty, m.in. kreolski. Ten karaibski kraj ma ok. 90 tys. mieszkańców.

Więcej…

Cztery światy, jeden Ekwador

AR PN COSTA06 PLAYAS DEPORTES SURF 087

Wybrzeże Pacyfiku w Ekwadorze jest idealne do uprawiania surfingu

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

Aleksandra Świstow

www.pojechana.pl 

 

Jest taki kraj w Ameryce Południowej, w którym występują aż cztery regiony fizyczno-geograficzne – Amazonia, góry („sierra”), wybrzeże („costa”) i słynny archipelag Galapagos, 15 proc. wszystkich gatunków ptaków żyjących na naszej planecie, 6 tys. gatunków motyli i aż 3 tys. odmian storczyków, mimo iż zajmuje on powierzchnię mniejszą niż Polska. Stąd pochodzi aż 10 proc. wszystkich gatunków roślin i 8 proc. wszystkich gatunków zwierząt na świecie. To właśnie Ekwador – najmniejsze z andyjskich państw. „Ecuador” oznacza po hiszpańsku „równik”. Linia najdłuższego równoleżnika Ziemi przecina północną część kraju.

Więcej…