Mariusz Kozak-Zagozda

 

Archipelag Zanzibar składa się z trzech dużych wysp – Ungui (Zanzibaru), Pemby i Mafii, a także kilkudziesięciu mniejszych wysepek. Pierwsza z nich od wieków przyciągała poszukiwaczy przygód, odkrywców i podróżników. Skąd się wzięła jej egzotyczna nazwa, dokładnie nie wiadomo. Najczęściej powtarzane turystom wyjaśnienie mówi, że pochodzi od słowa „zendż” („zenj”) oznaczającego czarnoskórych mieszkańców Afryki Wschodniej oraz arabskiego i perskiego określenia lądu lub wybrzeża oddanego w cząstce „-bar”. Ten toponim podobno wymyślili Arabowie, którzy w I w. n.e. przypłynęli w te strony na drewnianych łodziach żaglowych „dau” („dhow”).

jambiani_Zanzibar_3.jpg

Rajska plaża koło Jambiani na południowym wschodzie Zanzibaru

©MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA

W ciągu wielu stuleci ścierały się tu i nawarstwiały na siebie różne kultury, religie i tradycje, co wpłynęło na dzisiejszy unikalny charakter wyspy. Plemiona Bantu, Arabowie, Persowie, lud Suahili, Hindusi, Azjaci, Europejczycy – wszyscy oni zostawili w tym rejonie coś po sobie. Między XII a XIX w. Zanzibar pełnił funkcję ważnego centrum handlu z Bliskim Wschodem, Indiami i kontynentalną Afryką, a od XVI stulecia – również z Europą. Wtedy też nastąpił największy rozwój regionu i jego ówczesnej stolicy Stone Town (z ang. „Kamienne Miasto”).

Znane z filmu animowanego Król Lew sformułowanie hakuna matata w suahili oznacza „nie martw się”, „nie miej zmartwień”. Idealnie oddaje ono mentalność Zanzibarczyków. Choć ich losy były trudne i pełne cierpień, nadal potrafią oni żyć na co dzień tą maksymą. Na dodatek czasami trudno oderwać od nich wzrok. Uwielbiają nosić barwne stroje, z którymi kontrastuje ich hebanowa skóra. Kiedy przechadzają się po klimatycznych uliczkach Stone Town, można odnieść wrażenie, że kolory tęczy nie wystarczą, aby ich opisać. Dopełnienie wizerunku mieszkańców Zanzibaru stanowi szeroki, promienny uśmiech.

Pierwszy raz w CZARNEJ Afryce

Na wyspie wylądowaliśmy w nocy. Wcale nie było tak gorąco i duszno, jak się spodziewałem. Lekki, świeży wiatr podpowiadał nam, że Ocean Indyjski jest całkiem blisko. Z płyty lotniska weszliśmy wprost do sali z kolejką do okienek wizowych. Zapłaciliśmy za wizy kartami kredytowymi VISA, bo innych nie honorowano. Oprócz tego musieliśmy wypełnić dwa bogate w informacje kwity imigracyjne. Odbiór bagażu okazał się dla nas zaskoczeniem. Nie używa się tutaj żadnych taśm czy aut ciągnących platformy bagażowe. Nasze walizki wprost z samolotu na plecach lub na prowizorycznych wózkach targali pracownicy lotniska. Było ciemno i wyłaniali się z mroku znienacka, widoczni dzięki jaskrawym butom albo T-shirtom. Kto dał im mały napiwek i opisał bagaż, ten otrzymał go szybciej. Niespodzianki się jednak na tym nie skończyły. Po opuszczeniu budynku znów otoczyły nas ciemności. Nagle zauważyliśmy kartkę z nazwiskiem „Kozak” i białe zęby mówiące Jambo! (w suahili „Cześć!”) – transfer do hotelu mieliśmy zapewniony. Zapakowaliśmy walizki do małego busa i ruszyliśmy w mrok.

Najpierw przemieszczaliśmy się nieoświetloną, nieoznaczoną i nieutwardzoną drogą bez namalowanych pasów. Pomyślałem, że właśnie zostawiamy za sobą cywilizację i zmierzamy w głąb dzikiej Afryki. W końcu wjechaliśmy na asfaltową nawierzchnię i przez kolejne 1,5 godz. szukaliśmy hotelu, który niedawno zmienił nazwę. Wreszcie dotarliśmy daleko na południowy wschód Zanzibaru, pomiędzy miejscowości Jambiani i Makunduchi. Znów podążaliśmy prowizorycznym szlakiem, telepiąc się na wszystkie strony. Ostatecznie stanęliśmy w ciemnościach przed białym murem i czerwoną bramą, zza której wyjrzał ktoś przypominający wojownika. Nasz kierowca wreszcie odezwał się do nas zrozumiałym językiem. Wskazując tajemniczą postać palcem, rzekł: Masaj!. Osobliwy odźwierny zabrał naszą rezerwację i zniknął za ogrodzeniem. Po chwili brama otworzyła się i wjechaliśmy do… pełnej pięknej roślinności oazy, efektownie podświetlonej jak z turystycznej reklamy bajkowego kurortu. Otoczyła nas grupa Masajów przepasanych shukami (rodzaj obszernego okrycia podobnego do koca), ozdobionych bransoletami z białych paciorków i z mieczami u pasa. W ciemnościach wnieśli nasze walizki na drugie piętro zanzibarskiego hotelu. W pokoju czekały na nas wielkie drewniane, ale prowizoryczne łoże z moskitierą i dostawką dla dziecka oraz malutka lodówka na nasze krakowskie suche kiełbasy (zabrane na czarną godzinę) i ptasie mleczko, które przeznaczyliśmy na prezent dla najmilszego spotkanego Zanzibarczyka.

Wakacje w raju

malpka_red_colobus_4.jpg

Urocze zanzibarskie gerezy rude są gatunkiem endemicznym

©MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA



Rano, kiedy wstaliśmy po wyjątkowo głębokim śnie, naszym oczom ukazał się niezwykły widok. Po raz pierwszy zatrzymaliśmy się w ośrodku, gdzie każdy gość mógł z własnego okna podziwiać morze. Najtańsze pokoje (w tym nasz) zajmowały drugie piętro, a my mieliśmy przyjemność widzieć to, co w dużych ekskluzywnych hotelach kosztuje majątek – bajkowy szmaragdowy ocean, rafę koralową i cały teren przytulnego, cichego i przeuroczego kompleksu.

Po dwóch dniach zwiedzania okolicy i spacerów po odsłoniętych przez odpływ skamieniałych formacjach rafowych przyszedł czas na umówione wcześniej przez internet wyprawy. Wtedy małym klimatyzowanym busem, wyposażonym w zapas wody, przyjechał po nas nasz opiekun Omar. Był muzułmaninem i, jak się potem okazało, zawsze chodził w idealnie czystym, tradycyjnym islamskim stroju. Życzliwy i uśmiechnięty, podobnie do wielu Zanzibarczyków, miał też dystans do świata Zachodu oraz turystów, ich powierzchowności i lekką ręką wydawanych pieniędzy. Pracował dla Maturafa, szefa lokalnej firmy turystycznej ze Stone Town, który zgodził się dać nam niższe niż standardowo ceny. My cieszyliśmy się z atrakcyjnej oferty, a Omar dostał po prostu kolejne zlecenie. Dzięki własnemu kierowcy i samochodowi mogliśmy wybierać się codziennie na samodzielne wycieczki i wracać do hotelu dopiero na noc. Nasz opiekun opowiadał nam dużo o zanzibarskiej historii i kulturze, a także życiu w tym regionie i miejscach, do których nas zabierał. Z każdym dniem pokazywał nam coraz więcej i więcej, aż wreszcie zawiózł nas tam, gdzie rośnie… pieprz i wanilia.

Kraina przypraw i małp

Zanzibar nazywa się „Wyspą Przypraw”, a słynie on przede wszystkim z uprawy goździków. W XIX w. uchodził za największego ich producenta i eksportera na świecie. Odwiedziny na jednej z tutejszych plantacji stanowią często duże zdziwienie dla osób używających na co dzień mieszanek kupionych w sklepie. Pierwszy raz dane im jest zobaczyć na własne oczy korzeń kurkumy, nieususzoną laskę cynamonu czy owoc kardamonu.

My swoją lekcję zaczęliśmy od trawy cytrynowej, świetnie pasującej do dań z ryb i warzyw. Później był imbir i niejadalne na surowo żółte kłącze kurkumy, zdarta kora cynamonowca i włochata śliwka liczi (liczi chińskie), której sok z łupiny zawiera różowy barwnik. Widzieliśmy też drzewa, na jakich rosną liście curry (nie mylić z indyjską mieszanką przypraw curry), niepozorne płożące odnóżki kardamonu i pnącą się po pniach wanilię. Dalej czekały na nas jeszcze dojrzewające w słońcu wspaniałe egzotyczne owoce. Od zapachu tych wszystkich cudów aż kręciło się nam w głowie.

Na pożegnanie zostaliśmy poczęstowani kokosem, po który jeden z wyćwiczonych pracowników wdrapał się na imponująco wysoką palmę, nucąc pod nosem najpopularniejszy szlagier na Zanzibarze, czyli Jambo Bwana. Ten utwór usłyszymy tutaj wszędzie i przy każdej okazji – w hotelu, sklepie, barze, na ulicy i plaży, a ponieważ wpada w ucho, będziemy go śpiewać jeszcze długo po powrocie do Polski.

Obszar Jozani Forest, celu naszej kolejnej wyprawy, należy do Parku Narodowego Jozani Chwaka Bay, położonego na południu wyspy i obejmującego powierzchnię 50 km². Zwiedzać można go pod opieką przewodnika po zarejestrowaniu się w recepcji rezerwatu. To jeden z ostatnich rejonów porośniętych dziewiczym lasem deszczowym w tej części Afryki. Wśród koron ogromnych baobabów, figowców i innych tropikalnych drzew żyją różne gatunki ptaków i motyli, a także endemiczne zanzibarskie gerezy rude (Procolobus kirkii). Te płochliwe małpy żyją tu pod szczególną ochroną. Próby rozmnożenia ich na innych terenach do tej pory się nie powiodły. Żywią się one głównie młodymi liśćmi drzew oraz nasionami, kwiatami, korą i niedojrzałymi owocami, ponieważ ich układ pokarmowy nie trawi cukru zawartego w tych dojrzałych. Zaobserwowano również, że zanzibarskie gerezy rude spożywają węgiel drzewny. Naukowcy podejrzewają, że w ten sposób starają się wyleczyć bóle brzucha. Na Zanzibarze osiedlają się one nie tylko na obszarze rezerwatu, gdyż nauczyły się koegzystować z ludźmi i zwierzętami hodowlanymi.

W Jozani Forest znajdziemy też trochę bardziej nieśmiałe i ostrożne koczkodany czarnosiwe, które czasami można wypatrzyć wysoko wśród gałęzi. Wizytę w tym wyjątkowym tropikalnym lesie powinien odbyć każdy, kto zawitał na tanzańskiej wyspie. Jego fauna i flora robią naprawdę wielkie wrażenie na turystach z Europy.


Niechlubne karty historii

Najstarszą część miasta Zanzibar – Stone Town – wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO w 2000 r. Jej zabudowa to prawdziwa mieszanka kulturowa. Odnajdziemy tutaj wpływy architektury arabskiej, perskiej, indyjskiej, afrykańskiej i europejskiej. Uwagę zwracają przede wszystkim piękne rzeźbione drewniane drzwi z wystającymi kolcami. Niegdyś stanowiły one najważniejszy element domu i symbol statusu jego właściciela. Wspomniane kolce chroniły przed wyważeniem wielkich wrót przez wytresowanego słonia, jakim posługiwali się włamywacze. Ich konstrukcja pochodzi z Indii. Jedne z najstarszych zachowanych tego typu drzwi w Stone Town powstały w 1694 r.

Burzliwa historia „Kamiennego Miasta” (jak i całej wyspy) związana jest z prowadzonym w tym regionie przez wiele lat handlem niewolnikami. Ciągle na nowo podbijany Zanzibar przez stulecia przechodził z rąk do rąk. Znajdował się więc pod wpływem kultury Suahili, aby potem dostać się pod panowanie Persów i Arabów, a na samym początku XVI w. – Portugalczyków i w 1698 r. zostać częścią sułtanatu Omanu. Obowiązujący na wyspie ruch lewostronny zawdzięcza ona natomiast sprawującym nad nią kontrolę od końca XIX w. Brytyjczykom. W grudniu 1963 r. wraz z sąsiednią Pembą Zanzibar uzyskał niepodległość. W kolejnym roku wybuchła rewolucja. W wyniku następujących po niej wydarzeń w kwietniu 1964 r. proklamowano nowe państwo pod nazwą Zjednoczona Republika Tanzanii (złożone z brytyjskich kolonii Tanganiki i Zanzibaru). Sam archipelag stanowi region autonomiczny i posiada swojego prezydenta, własny rząd i 82-osobowy jednoizbowy parlament (Baraza la Wawakilishi).

W Stone Town tragiczne czasy niewolnictwa upamiętnia pomnik z kamiennymi rzeźbami postaci połączonych ze sobą łańcuchami przymocowanymi do obręczy na szyi. Umieszczono go na placu przed Katedralnym Kościołem Chrystusa (Christ Church), w którego pobliżu przetrzymywano niegdyś żywy towar w podziemnych celach. Te ciasne, wilgotne pomieszczenia można obejrzeć dziś na własne oczy, ale ostrzegam, że widok jest porażający. Wzdłuż wnęk z niskim sufitem i bardzo małymi oknami poprowadzono głębsze przejścia, jakby rynnę, do której więzieni załatwiali swoje potrzeby. Cele często były przepełnione. Targ niewolników funkcjonował tu od 1811 do 1873 r. Obecnie w jego miejscu stoi świątynia anglikańska. Jej budowę zainicjował kolonialny biskup Edward Steere (1828–1882), który walczył o zniesienie niewolnictwa. Po śmierci pochowano go za ołtarzem katedry.

Spacerem przez Stone Town

NGOME_KONGWE_STONE_TOWN_2.jpg

Mury Starego Fortu w Stone Town

©MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA



W „Kamiennym Mieście” udało nam się zobaczyć naprawdę wiele. Do najstarszych jego zabytków należy Ngome Kongwe, czyli Stary Fort, położony na wybrzeżu niedaleko małego portu. Wzniesiono go w XVII w. po wyparciu Portugalczyków przez siły Sułtanatu Omanu, aby chronił wyspę przed atakami od strony Oceanu Indyjskiego. Wcześniej znajdował się tutaj prawdopodobnie portugalski kościół. W XIX w. forteca służyła za więzienie i koszary. Dzisiaj jej odnowione pozostałości przyciągają licznych turystów, wchodzących na górną część murów obronnych i wieżę po zachodniej stronie. W twierdzy działają punkt informacji turystycznej i restauracja, a na dziedzińcu kupimy pamiątki i lokalne rękodzieło. Dalej za fortem natkniemy się na Beit-al-Ajaib – Dom Cudów (House of Wonders). Ten jeden z największych budynków na wyspie był rezydencją sułtana Barghasha ibn Saʿīda (ok. 1834–1888), syna sułtana Muskatu i Omanu Saʿīda ibn Sulṭāna (1791–1856), który przeniósł w 1840 r. swoją stolicę do Stone Town. Gmach jako pierwszy na archipelagu został wyposażony w oświetlenie elektryczne i dostęp do bieżącej wody oraz pierwszą windę w całej Afryce Wschodniej. Na północny wschód od niego wznosi się dawny Pałac Sułtana (zwany po rewolucji z 1964 r. Pałacem Ludu). Obecnie funkcjonuje w nim muzeum zanzibarskich sułtanów (Palace Museum) z ciekawą kolekcją portretów ofiarowywanych władcom podczas wizyt międzynarodowych. Poza tym w środku obejrzymy salę posiedzeń rządu i ekspozycję prezentującą sylwetkę księżniczki Zanzibaru i Omanu Sayyidy Salme (lepiej znanej jako Emily Ruete, 1844–1924). To ona napisała książkę o życiu dworskim na wyspie w XIX w.

Do sułtańskiej rodziny należała też rezydencja Swahili House. Śnieżnobiały budynek od 2008 r. odgrywa rolę hotelu. Zachowało się w nim wiele oryginalnych elementów, np. ciemne drewniane okiennice, wewnętrzne dziedzińce czy strome schody. Na dachu jest restauracja z tarasem, z którego rozpościera się przepiękny widok na „Kamienne Miasto” i Ocean Indyjski.

We wrześniu 1946 r. w Stone Town urodził się Farrokh Bulsara, późniejszy lider brytyjskiego zespołu Queen, znany jako Freddie Mercury. Dom jego rodziców, którzy pochodzili z regionu Gudźarat w Indiach, stanowi częsty cel poszukiwań turystów. Łatwo go jednak przeoczyć, bo nie wyróżnia się niczym szczególnym oprócz złotej tabliczki z informacją powieszonej przed wejściem. Podczas zwiedzania Omar zabrał nas również do położonego niedaleko ciekawego sklepu z pamiątkami. Kupiliśmy w nim nie tylko prezenty dla przyjaciół i kartki pocztowe (które wysłaliśmy dzień później do Polski), ale także trzy T-shirty dla trójki jego małych dzieci. Nasz opiekun bardzo się ucieszył, że potraktowaliśmy go jako kogoś więcej niż zwykłego pracownika agencji turystycznej i chcieliśmy sprawić mu przyjemność.

Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o głównym targu w Stone Town, leżącym na granicy starego i nowego miasta, czyli Bazarze Darajani (Darajani Market). To miejsce jedyne w swoim rodzaju, chociaż nie polecam go osobom wrażliwym na silne zapachy. Sprzedaje się tutaj wszystko: od produktów spożywczych po ubrania i używany sprzęt gospodarstwa domowego. Na zadaszonych stoiskach piętrzą się owoce morza, ryby i mięso. W trakcie spaceru wśród straganów z owocami i warzywami, przyprawami oraz żywym drobiem można poczuć wyjątkową atmosferę Zanzibaru. Największy ruch na tym bazarze panuje do godzin południowych. Turyści planujący na nim zakupy muszą pamiętać, aby się targować i nie dać naciągnąć na wyższe ceny. Nam przyszedł z pomocą Omar, który w naszym imieniu rozmówił się ze sprzedawcą, gdy ten żądał, abyśmy zapłacili dużo więcej niż towar był warty. Od tego momentu między nami i naszym opiekunem zaczęła się rodzić nić sympatii.

To nie jest pożegnanie

Jambiani_-_Ladies_collecting_seaweed_at_low_tide.jpg

Kobiety zbierające algi na plaży blisko wioski Jambiani

©MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA

 



Każdy dzień na Zanzibarze przynosił nam nowe przeżycia. Wybraliśmy się na rejs tradycyjnymi arabskimi łodziami żaglowymi dau (dhow), nurkowaliśmy w pobliżu rafy koralowej i pływaliśmy z delfinami, w wiosce Jambiani odwiedziliśmy Vanilla House – dom Polki Doroty Katende – oraz spędziliśmy 2 dni w Makunduchi, w którym przez teren należący do naszego hotelu przechodziły swobodnie krowy. Na następny raz zostawiliśmy sobie pobliską wysepkę Changuu (zwaną Prison Island), zamieszkaną przez żółwie olbrzymie, aby móc kolejny dzień włóczyć się po magicznym Stone Town, gdzie u lokalnego rzeźbiarza kupiliśmy naprawdę wielką drewnianą skrzynię. Mimo pokaźnych rozmiarów udało nam się ją przywieźć do Polski.

Wreszcie nasza podróż dobiegła końca. Późnym wieczorem zamówiliśmy samochód na lotnisko. Ogromnie się zdziwiliśmy, kiedy przyjechał po nas nie kto inny jak Omar. Kilka dni wcześniej ofiarowaliśmy mu nasze specjalne ptasie mleczko (w idealnej kondycji, bo przechowywane w hotelowej lodówce). Śmiał się, gdy usłyszał, że choć wyprodukowano je w Polsce, z dużym prawdopodobieństwem wykorzystano w nim wanilię sprowadzoną z Zanzibaru. Omar okazał się najmilszą i najniezwyklejszą osobą, jaką poznaliśmy na wyspie, dlatego pożegnanie nie należało do łatwych, a uściskom nie było końca.

Przez te dwa tygodnie zakochaliśmy się w tym pasjonującym zakątku Afryki Wschodniej – widowiskowych zachodach słońca, uspokajającym szumie oceanu, urokliwych białych plażach o drobnym piasku, ocienionych wysmukłymi zielonymi palmami, a także egzotycznej kulturze, smacznej kuchni i przyjaźnie nastawionych Zanzibarczykach. Co ważne, archipelag nie padł jeszcze ofiarą masowej turystyki, można więc na nim odetchnąć w spokoju i poddać się błogiej atmosferze relaksu w świecie, w którym nikt nigdzie się nie śpieszy. Oczywiście, nie zobaczyliśmy wszystkich atrakcji Zanzibaru, ale też wcale nie chcieliśmy tego robić. Teraz będziemy mogli wrócić w te rajskie strony w niedalekiej przyszłości i dokończyć naszą fascynującą przygodę.

Przydatne informacje

Waluta

W Tanzanii (również na Zanzibarze) obowiązuje szyling tanzański (TZS). Można tutaj także płacić dolarami amerykańskimi (USD). W wielu miejscach akceptuje się jedynie nowe banknoty (drukowane po 2005 r.). Bankomaty znajdują się tylko w stolicy kraju, warto więc mieć przy sobie gotówkę. Pieniądze wymienimy w kantorach w Stone Town (najkorzystniejszy kurs), na lotnisku lub w hotelu. Należy pamiętać, że w hali odlotów lotniska na Zanzibarze nie ma kantoru. Szylingi tanzańskie są poza Afryką bezużyteczne, dlatego przed wylotem dobrze kupić za nie twardą walutę jeszcze w „Kamiennym Mieście”.

Obowiązek wizowy

Wymagane jest posiadanie wizy turystycznej. Można ją bez problemu otrzymać na lotnisku. Wystawia się ją na czas pobytu podany we wniosku wizowym, ale nie dłuższy niż 3 miesiące. Wiza zwykła kosztuje 50 USD. Ważna jest zarówno na terenie Tanzanii, jak i na Zanzibarze. Dowód wniesienia opłaty wizowej należy zachować do ewentualnej kontroli. Paszport musi być ważny co najmniej 6 miesięcy od chwili przekroczenia granicy. Warunkiem wjazdu jest okazanie biletu powrotnego bądź poświadczenie posiadania odpowiedniej sumy pieniędzy na jego zakup i pokrycie kosztów pobytu (nie ma określonej kwoty za dzień pobytu). Informację na ten temat trzeba wpisać do wniosku wizowego.

Strefa czasowa

Zanzibar leży w strefie czasowej UTC+3. Po przylocie wskazówki zegara trzeba zatem przesunąć o 2 godz. do przodu względem czasu polskiego.

Gniazdka w hotelach

Pokoje hotelowe wyposażone są w gniazdka brytyjskie przystosowane do napięcia 230 V i częstotliwości 50 Hz.

Szczepienia


Przy wjeździe na Zanzibar nie ma obowiązku szczepień, jednak są one zalecane. Warto zaszczepić się przeciwko żółtej febrze. Koniecznie należy natomiast zaopatrzyć się w środki przeciw komarom występującym w strefie tropikalnej.

Podstawowe zwroty w języku suahili


Na wyspie oprócz angielskiego używa się języka suahili. Przed wyjazdem dobrze nauczyć się kilku przydatnych w codziennych sytuacjach zwrotów, np. Karibu Zanzibar! – „Witajcie na Zanzibarze!”, Hakuna matata – „Nie ma problemu”, Jambo! – „Cześć!”, Asante sana – „Dziękuję bardzo”.

Artykuły wybrane losowo

Na północ przez Litwę, Łotwę i Estonię

Drewniana kaplica w Kiernowie nad Wilią
Kernav - Laimonas Ciunys
© WWW.LITHUANIA.TRAVEL/LAIMONAS CIŪNYS

Potężne tallińskie średniowieczne mury obronne z basztami i bramami

panorama-tornidevaljak

© VISIT ESTONIA/KAUPO KALDA

Piękna fasada Domu Bractwa Czarnogłowych na Starym Mieście w Rydze

house-of-the-blackheads

© WWW.LATVIA.TRAVEL

KATARZYNA BYRTEK


Litwa, Łotwa i Estonia, choć na pierwszy rzut oka wydają się do siebie podobne, są jednak całkiem inne. Podróż po tych trzech bałtyckich krajach będzie z pewnością pełna porównań, ale też nietypowych atrakcji. Zwiedzanie parku z socjalistycznymi pomnikami i wyspy, na której rządzą kobiety, podziwianie mnóstwa wspaniałych secesyjnych budynków, spacer po bagnach i oglądanie białych nocy – to wszystko przeżyjemy podczas naszej wyprawy. Ruszamy na północ!

Więcej…

Księżna Andora

ELŻBIETA PAWEŁEK

 

<< Ma wszystko, czym można uwieść gości – spektakularną scenerię Pirenejów, rwące górskie potoki, parki przyrody i piękne szlaki wędrowne. Narciarzom oferuje biały raj na stokach Grandvaliry, smakoszom – wyborną kuchnię, łowcom okazji – zakupy w strefie wolnocłowej. Na dodatek znajduje się tutaj jedno z największych górskich SPA w Europie! Tak wielu pokusom nikomu nie uda się oprzeć. >>

 

Andora powierzchnią ustępuje Warszawie i jest znakomitym przykładem na to, że małe jest piękne. W księstwie nie ma kryzysu ekonomicznego, a wskaźnik bezrobocia pozostaje bardzo niski. Niegdyś był to kraj rolników, pasterzy i mekka… szmuglerów. Dziś przeżywa gospodarczy i turystyczny boom, wprawiając w zdumienie ekonomistów. – Jako niewielkie państwo wciąż jesteśmy słabo znani przez Polaków. Ale to się szybko zmieni – wyraził nadzieję Francesc Camp Torres, minister turystyki i środowiska Księstwa Andory, podczas czerwcowego pobytu w Polsce.  

Więcej…

Mała wielka Malta

MARCIN „HUMBAK” JĘDRZEJCZAK

 

Leżąca na Morzu Śródziemnym, mniej więcej pośrodku między Gibraltarem a Izraelem, a także Sycylią i Tunezją, Malta jest dosyć dobrze rozwiniętym gospodarczo państwem, tysiąc razy mniejszym od Polski (316 km2 powierzchni). Nie uprawia się w nim ani warzyw, ani owoców, wycięto wszystkie oliwne drzewka, a jedyne, co pozostało, to winnice. Brak tu rzek czy jezior, deszcz pada rzadko i praktycznie nie ma słodkiej wody, znajdziemy za to mnóstwo zabytków. Dlatego kraj ten nazywa się często muzeum pod gołym niebem.

Wodę w miejscowym hotelu po przegotowaniu można śmiało wypić. Jej smak nie jest jednak źródlany, bowiem Maltańczycy pozyskują ją odsalając tę, której mają pod dostatkiem w morzu. Nad umywalką umieszczone są dwa krany – z jednego płynie gorąca, a z drugiego zimna woda. To jedna z pozostałości po Brytyjczykach, poprzednich władcach archipelagu.

Więcej…