m_151551.jpg

Park Kakuzan w mieście Tsuyama z uroczo kwitnącymi drzewami wiśniowymi

© OKAYAMA-KEN KANKO RENMEI/JNTO

 

Anna Bielak

WWW.JAPONIA-ONLINE.pl

 

Zanim miałam okazję postawić pierwsze kroki na japońskiej ziemi, interesowałam się Krajem Kwitnącej Wiśni przez wiele lat. Jego obraz w mojej głowie wykreowały książki, filmy, zdjęcia, relacje znajomych. Kiedy więc zbliżał się upragniony dzień wylotu, z jednej strony byłam bardzo podekscytowana, z drugiej – obawiałam się, czy moje wyobrażenia nie okażą się błędne, a oczekiwania nazbyt bajkowe. W końcu każdy ląd wygląda podobnie, jedne drzewa przypominają inne drzewa, ludzie nie różnią się aż tak od siebie nawzajem, a niebo nad nami jaśnieje to samo... Nie zawiodłam się jednak.


Japonia jest miejscem niezwykłym, w którym nawet przestrzeń odczuwa się inaczej, a wszystko to za sprawą przenikających się kontrastów. Wszechobecne góry mieszczą się w jednym kadrze z zachodami słońca nad morzem, drewniane budynki z wielopoziomowymi dachami stoją obok majestatycznych wieżowców, ciasne uliczki giną w ogromie nowoczesnych miast, osoby w tradycyjnych kimonach mijają się z wielbicielami najnowszych trendów mody, piękno minimalizmu miesza się z kolorową i uroczą stylistyką kawaii, ceremonie picia herbaty odbywają się, gdy współczesny świat wciąż pędzi przed siebie, a tradycje ojczyzny samurajów przeplatają się ze zjawiskami wykreowanymi przez nowinki technologiczne. To wszystko czyni ten kraj lądem nieodgadnionym, który nieraz w opowieściach urasta do rangi krainy egzotycznej i dziwnej, prawie mitycznej.

Tymczasem, przy całej swojej niezwykłości, Japonia stała się obecnie osiągalna niemal na wyciągnięcie ręki. Wystarczy kupić bilet lotniczy, wsiąść do samolotu i dać się porwać przygodzie. Teraz sami możemy spotkać Japończyków, zmierzyć się ze stereotypami o nich i ich ojczyźnie i poczuć atmosferę tego świata kontrastów. Co jeszcze przeżyjemy, zależy od tego, czego oczekujemy po naszej wyprawie. 

Tysiące wysp, tysiące kilometrów

m_180895.jpg

Efektowna czerwona brama chramu Itsukushima na wyspie Miyajima

©HIROSHIMA PREFECTURE/JNTO



Zanim wysiądziemy z samolotu, zachwyci nas widziana z lotu ptaka japońska przyroda, która tylko zyskuje przy bliższym poznaniu. Kilka tysięcy górzystych wysp i wysepek rozsianych na długości ponad 3 tys. km szczyci się malowniczymi brzegami – oglądany z nich zachód słońca ma swój niepowtarzalny urok. W dużej mierze to za sprawą wyspiarskiego położenia kultura Kraju Kwitnącej Wiśni zyskała tak fascynujący charakter, a okresy izolacji jedynie uczyniły ją bardziej wyjątkową. Po dziś dzień w społeczeństwie Japonii można obserwować niezwykłą umiejętność czerpania z innych kręgów kulturowych i zmieniania pochodzących z nich elementów w coś własnego, jedynego w swoim rodzaju, przesiąkniętego rodzimą tradycją.

               
Przy odrobinie szczęścia to właśnie z okien samolotu po raz pierwszy ujrzymy majestatyczną górę Fudżi, której charakterystyczna sylwetka dominuje w krajobrazie. Ten znany na całym świecie wulkan jest popularnym punktem wypraw, a wielu turystów decyduje się na wspinaczkę w nocy po to, aby móc podziwiać niemal magiczny wschód słońca z najwyższego, sięgającego 3776 m n.p.m., szczytu archipelagu.

               
Wokół Fudżi znajduje się też mnóstwo miejsc, z których nacieszymy się jej widokiem. W pogodne dni, gdy powietrze staje się przejrzyste, widać ją nawet z odległego o ponad 90 km Tokio, dobrze jednak wybrać się także poza miasto, np. w okolicę bajkowo położonych Pięciu Jezior Fudżi: Kawaguchi, Motosu, Sai, Yamanaka i Shōji. Warto również odwiedzić popularną miejscowość wypoczynkową Hakone, gdzie można nie tylko zachwycać się zniewalającą panoramą z wulkanem i pięknymi krajobrazami czy wybrać się na spacer cedrową aleją, ale i poznać inne, mroczniejsze oblicze japońskiej natury. Leżąca w tym rejonie dolina Ōwakudani słynie z siarkowych wulkanicznych oparów oraz czarnych jaj, których skorupka zawdzięcza swój kolor gotowaniu w tutejszych gorących źródłach. Chętni mogą spróbować tego przysmaku.

              
Niezależnie od tego, z jakiej perspektywy będziemy podziwiać Fudżi, warto pamiętać, że dla Japończyków stanowi ona świętą górę, symbol żywych sił przyrody, które ludzie od wieków darzyli szczególnym szacunkiem. Gdy żyje się i buduje swoje domy w jednym z najbardziej aktywnych sejsmicznie regionów na ziemi, w sąsiedztwie potężnych wulkanów, inaczej postrzega się nie tylko naturę, lecz także każdy nowy dzień. Ta pokora wobec świata, pogodzenie się z ulotnością chwili oraz hart ducha nie pozwalający dać się pokonać przeciwnościom losu mocno zakorzeniły się w świadomości tego narodu i również dziś dostrzeżemy je w postawie mieszkańców Kraju Wschodzącego Słońca.

               
W Japonii istnieje o wiele więcej miejsc, które mogą oczarować wielbicieli pięknych krajobrazów. Wśród niezliczonych wzniesień, lasów, pól ryżowych, szlaków spacerowych i wkomponowanych w nie świątyń, kryją się takie perełki, jak trzy widoki uważane za najwspanialsze na wyspach: zniewalająca wąska mierzeja Amanohashidate, porośnięty sosnami (matsu) malowniczy archipelag Matsushima oraz położony niemal na wodzie chram Itsukushima (na wyspie Miyajima, inaczej Itsukushima) z największą japońską czerwoną bramą, tzw. torii, mierzącą ok. 16 m. Szukającego ciekawych okolic turystę do wielu magicznych zakątków doprowadzą natomiast wodospady. W pobliżu jeziora Chūzenji mamy szansę znaleźć ich co najmniej kilka, w tym Kegon, który zapiera dech w piersiach zarówno w lecie, gdy spieniona woda spada z jego 97-metrowego progu, jak i zimą, kiedy na skałach formują się lodowe sople. Podczas wizyty w tym rejonie nie sposób nie odwiedzić klimatycznego Nikkō. Wzniesiony w nim chram Tōshōgū, poświęcony Ieyasu Tokugawie (1543–1616), założycielowi dynastii szogunów Tokugawa, urzeka m.in. barwną architekturą oraz słynnymi rzeźbami śpiącego kota i trzech małp, z których jedna zakrywa uszy, druga – usta, a trzecia – oczy, żeby nie słyszeć, nie mówić i nie widzieć nic złego.

               
Z kolei ci turyści, którzy chcieliby odpocząć od klasycznych japońskich krajobrazów, powinni udać się na wysuniętą na południe Okinawę. Podobnie jak pozostałe wyspy archipelagu Riukiu, charakteryzuje się ona niemal tropikalną scenerią, niesamowicie szerokim wachlarzem barw egzotycznych roślin, wielkim bogactwem zwierząt i pięknymi plażami. Poza tym powstało tu niezwykłe akwarium Churaumi (Okinawa Churaumi Aquarium) – jedno z największych na świecie, w którym można podziwiać także majestatyczne rekiny wielorybie.

Metropolia z japońską duszą

m_164793.jpg

Wiszący Tęczowy Most łączący brzegi Zatoki Tokijskiej ma dwa poziomy

©MIKE LUK/JNTO



Między tysiącami porośniętych lasami wzniesień rozciągają się japońskie miasta. Góry zajmują olbrzymią większość terytorium archipelagu, przez co Japończycy nauczyli się oszczędnie gospodarować pozostałymi, bardzo cennymi gruntami. Takie ukształtowanie terenu wymusiło specyficzną zabudowę. Małe mieszkania, niewielkie, wąskie domy, stojące jeden obok drugiego, które dla nas stanowią raczej ciekawostkę architektoniczną niż odpowiednie do zastosowania rozwiązanie, dla wielu tutejszych rodzin są całym światem. I choć, gdy wyobrażamy sobie japońskie ogrody, przychodzą nam na myśl zazwyczaj te przy rezydencjach cesarskich i olbrzymich świątyniach buddyjskich, to niejeden przydomowy ogródek czy miniaturowe drzewo bonsai może nas zaskoczyć i równie szczerze zachwycić. W nich również czuć ducha perfekcjonizmu, cierpliwości, precyzji i umiejętności cieszenia się drobnymi rzeczami.

               
Mimo wszystko Japonia kojarzy się nam także z nowoczesnością i wielkimi miastami, pełnymi nowinek technicznych, wysokich wieżowców i skomplikowanych szlaków komunikacyjnych. Jak ich budowniczowie radzą sobie z brakiem miejsca? Jednoszynowa kolej rozciągająca się na wysokich słupach nad Kobe, olbrzymi Międzynarodowy Port Lotniczy Kansai obok Osaki, położony na usypanym na Morzu Wewnętrznym lądzie, popularna wśród turystów duża sztuczna wyspa Odaiba w Zatoce Tokijskiej czy wreszcie dwupoziomowy Tęczowy Most (Rainbow Bridge) łączący ją z resztą Tokio – to tylko nieliczne przykłady sposobów na zagospodarowanie przestrzeni w gęsto zaludnionych japońskich metropoliach. Niektóre z tych rozwiązań same w sobie stanowią atrakcje turystyczne, a inne pozwalają na swobodne zwiedzanie i wygodny dojazd do kolejnego celu na mapie naszej podróży. Szczególnym przypadkiem tych drugich jest z pewnością tokijskie metro, tworzące sieć o łącznej długości ponad 310 km. Dzięki godnej Japończyka punktualności, dokładnym opisom (nie tylko w znakach kanji) i takim udogodnieniom, jak np. specjalne karty zamiast biletów, ten świetnie zorganizowany system komunikacyjny pozwala całemu miastu na sprawne funkcjonowanie. Dzięki precyzji, z jaką działa, niemal moglibyśmy stanąć z zamkniętymi oczami na peronie w oczekiwaniu na pociąg i po jego nadjechaniu po prostu zrobić krok przed siebie, mając pewność, że wsiądziemy do właściwego wagonu.

               
Samemu Tokio trzeba poświęcić więcej uwagi – nie tylko jako pomnikowi japońskiej nowoczesności. Przypomina ono mozaikę z kalejdoskopu złożoną z wielu obliczy kraju. Zobaczymy w nim monumentalne wieżowce, wielkie ulice obok starych świątyń i symbol narodowej tradycji – Pałac Cesarski, w którym po dziś dzień mieszka cesarz Japonii, niegdyś uważany za boga i nadal cieszący się olbrzymim szacunkiem swoich rodaków. Warto wjechać na jeden z licznych punktów obserwacyjnych, takich jak 333-metrowa wieża telewizyjna Tokyo Tower lub jej nowe wcielenie – najwyższa na świecie wieża Tokyo Skytree (mająca aż 634 m!), z których można podziwiać sięgającą po horyzont panoramę największej japońskiej metropolii. Rozmaite twarze stolicy najlepiej jednak poznać podczas spaceru po różnych jej dzielnicach. W jego trakcie z pewnością kupimy upragnione pamiątki przy otoczonej setkami straganów buddyjskiej świątyni Sensō-ji w Asakusie, odwiedzimy Akihabarę, będącą ziemią obiecaną fanów anime i mangi, spotkamy nietuzinkowych ludzi ubranych w bajkowe kreacje w krainie mody ulicznej Harajuku czy urocze zwierzęta zamieszkujące niecodzienne kawiarnie z kotami, królikami, sowami, a nawet wężami... Im bardziej otworzymy się na tego rodzaju zwiedzanie Tokio, tym więcej niespodzianek na nas czeka. Brama torii na ulicy, niewielka stara drewniana księgarnia między wysokimi drapaczami chmur, klimatyczna restauracja w niepozornym zaułku, pies witający klientów w okienku małego kiosku ulicznego z papierosami (koło stacji Musashi-Koganei) – takie właśnie atrakcje znajdziemy w tym fascynującym mieście, trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać, lub cierpliwie odkrywać tajemnice tokijskiej betonowej dżungli.

               
Można sobie wyobrazić, ile pracy i perfekcyjnej koordynacji różnych zadań potrzeba, aby w tak wielkim i zróżnicowanym miejskim mechanizmie wszystko chodziło jak w zegarku. W zrozumieniu tego fenomenu pomaga przyjrzenie się podejściu Japończyków do pracy. I nie mam tu na myśli tylko poświęcenia dla dobra ogółu, słynnych japońskich nadgodzin czy stawiania obowiązków zawodowych na pierwszym miejscu. W Japonii każde zajęcie uznaje się za ważne. Kelnerka uśmiecha się zawsze do klientów, kasjerka przelicza na głos kwoty za poszczególne produkty, pakuje zakupy do reklamówki, kierowca autobusu ostrzega pasażerów przed zakrętem itd. To, co nam może wydawać się zbędne, sztuczne i nieszczere, stanowi tutaj wyraz wiary w założenie, że każda praca jest istotna, trzeba się do niej przykładać i należy się jej szacunek. Japończycy są mistrzami dostosowywania się do sytuacji, zakładanie odpowiedniej maski przychodzi im naturalnie i okazuje się, że potrafi się to udzielać. Wśród moich znajomych nie brakowało osób, które po powrocie z Japonii kłaniały się podczas... rozmowy przez telefon. W końcu uprzejmość to uprzejmość i nie ma tu znaczenia, czy druga strona widzi nasz gest.

Dawna Japonia dziś

Żeby zanurzyć się w świecie pełnym ducha japońskiej tradycji, należy jednak opuścić Tokio i odwiedzić też inne miejsca, w szczególności te związane z dawnymi stolicami Kraju Kwitnącej Wiśni – miastami Nara, Kamakura i Kioto. To w nich niejedna budowla przywodzi na myśl czasy sprzed otwarcia się Japonii na Zachód. W miasteczku Ikaruga w prefekturze Nara i w samej Narze znajdziemy dwie słynne świątynie: Hōryū-ji z jednym z najstarszych oraz Tōdai-ji z zaliczanym do największych drewnianych budynków na ziemi. W tej ostatniej warto zatrzymać się chwilę dłużej, aby ujrzeć oblicze umieszczonego w głównym pawilonie ponad 15-metrowego Wielkiego Buddy z brązu i odpocząć w okolicznym parku znanym z sympatycznych, choć natarczywie upominających się o ryżowe ciastka senbei jeleni. Co ciekawe, w Kamakurze również czeka na nas Wielki Budda, tym razem prawie 14-metrowy, stojący na wolnym powietrzu. Można go nie tylko oglądać z zewnątrz, ale i zwiedzać w środku.

               
Jednak to Kioto, które straciło w 1869 r. status stolicy kraju na rzecz Tokio, urosło niemal do symbolu japońskiej tradycji. W czasie naszej wizyty z pewnością udzieli się nam niezapomniana atmosfera tego miasta. Tworzą ją świątynie, których naliczono kilka tysięcy, wąskie uliczki wytyczone wśród historycznej zabudowy, setki sklepów z tradycyjnymi wyrobami i pamiątkami. Tutaj też obejrzymy np. jakby przeniesione z przeszłości zawody strzeleckie, założymy prawdziwe kimono, a także mamy największe szanse, aby uchwycić na zdjęciu ulotnego ducha dawnej Japonii – spacerującą po nastrojowych uliczkach dzielnicy Gion piękną gejszę. Kioto jest jednym z tych rejonów, gdzie nawet na pierwszy rzut oka można dostrzec to wyjątkowe japońskie zjawisko współistnienia dwóch pozornie zupełnie odmiennych światów: kulturowego dziedzictwa i nowoczesności. Podczas zwiedzania trudno nam będzie wybrać między urokliwymi parkami i zabytkami, wśród których znajdziemy efektowny Złoty Pawilon (Kinkaku-ji), chram Heian (Heian-jingū) z jedną z największych w kraju bram torii, długi na 120 m pawilon Sanjūsangendō z 1001 posągów bogini Kannon, przesycony minimalistyczną estetyką zen kamienny ogród przy świątyni Ryōan-ji czy wreszcie położony wysoko na zboczu kompleks buddyjski Kiyomizu-dera, skąd roztacza się malownicza panorama miasta. A to tylko kilka z miejsc, które warto odwiedzić, żeby poczuć niepowtarzalny klimat dawnej stolicy. Co więcej, pełne magii Kioto stanowi również świetny punkt do rozpoczęcia dalszych wędrówek. Wyruszymy stąd m.in. do chramu Fushimi Inari, znanego z alejek z tysiącami czerwonych bram torii, pawilonu Byōdōin, leżącego w japońskim zagłębiu herbacianym Uji, lub szczególnie mi bliskiej Arashiyamy ze świątyniami, ogrodami, bambusowym lasem w Sagano i słynnym drewnianym mostem nad malowniczo wijącą się wśród górskich zboczy rzeką Ōi – ten rejon o każdej porze roku odkrywać można od nowa.

               
Dla odmiany, samuraje w nieunikniony sposób kojarzą się z zamkami Japonii. Budowle te warte są uwagi nie tylko ze względu na swoją charakterystyczną architekturę, ale i spektakularne widoki, jakie zazwyczaj rozpościerają się z nich na całą okolicę. Jeden z nielicznych oryginalnych zabytków tego typu znajdziemy w Himeiji. Nad miastem góruje sylwetka olbrzymiego i wyjątkowo fotogenicznego Zamku Białej Czapli (Shirasagi-jō), który oszczędziły zniszczenia wojenne. Jeśli natomiast mielibyśmy ochotę poczuć się jak aktorzy na planie historycznej produkcji, powinniśmy zajrzeć do wioski filmowej Toei Kyoto Studio Park, gdzie nadal kręci się wiele filmów o samurajach. Można w niej przez chwilę uwierzyć, że czas się zatrzymał.

Chwila zapomnienia

m_162709.jpg

Makaki japońskie w gorących źródłach w Parku Małp Jigokudani

©YAMANOUCHI TOWN/JNTO



Każdy, nawet najbardziej wytrwały podróżnik, potrzebuje w pewnym momencie odrobiny wytchnienia. W Japonii żaden gość nie powinien mieć problemu ze znalezieniem dobrego miejsca na odpoczynek, niezależnie od trwającej właśnie pory roku czy regionu, w którym akurat przebywa. Szczególnie zachęcająco przedstawiają się pod tym względem wiosna i jesień. Wtedy to obcokrajowcom trafia się niezapomniana okazja do zatrzymania się i kontemplowania ulotnego spektaklu japońskiej przyrody – obsypanych różowymi kwiatami drzew wiśniowych sakura, gdy przyroda budzi się do życia, oraz mieniących się czerwienią liści klonów, kiedy wszystko przygotowuje się do zimowego snu. Japończycy do tego stopnia pokochali to pierwsze zjawisko, że w okresie wiosennym całe firmy, klasy, rodziny spotykają się na hanami („oglądanie kwiatów”) na wspólnych piknikach, a krajowe media przygotowują specjalne prognozy dotyczące przesuwania się swoistej fali kwitnienia przez archipelag. Latem japoński klimat utrudnia podróżowanie z powodu panujących wysokich temperatur i wilgotności, lecz jednocześnie właśnie wtedy turyści ściągają licznie na leniwe plaże Okinawy otoczone przez lazurowy błękit Oceanu Spokojnego. Zimą dobrze zatrzymać się choćby na chwilę w gorących źródłach (jap. onsen), które choć kuszą relaksującymi kąpielami przez okrągły rok, to otulone śniegiem zyskują niepowtarzalny czar. W Parku Małp Jigokudani (Jigokudani Yaen-koen) w trakcie takiego błogiego wypoczynku spotkamy nawet makaki japońskie (nazywane śnieżnymi małpami).

               
Jeśli chcemy uciec od turystycznego zgiełku, powinniśmy spędzić niezapomnianą noc w klasztorze buddyjskich mnichów w górach Kōya w atmosferze medytacji i wyciszenia. Koniecznie trzeba też wziąć udział w ceremonii herbacianej, niezależnie od tego, gdzie i przy jakiej okazji będzie nam to dane. Niezwykły nastrój spotkania, delikatny zapach kadzidła, cichy dźwięk przelewanej wody i tlących się węgli, aromat niepowtarzalnej zielonej herbaty matcha, możliwość trzymania w dłoniach pięknych czarek oraz spokój i duch japońskiej gościnności widoczny w każdym geście gospodarza pozwolą nam zapomnieć o trudach wędrówki i choć na chwilę wszystkimi zmysłami poczuć istotę tradycji tego kraju.

               
Nawet najcudowniejsza i najbardziej kojąca dla duszy podróż nie obejdzie się jednak bez pokarmu dla ciała. Tutaj z pomocą przychodzi nam kuchnia mieszkańców Japonii, mająca tyle smaków, ile rozmaitych regionów występuje na archipelagu. Aby ją naprawdę poznać, nie wystarczy spróbować znanego na całym świecie sushi, perfekcyjnie wykonanych i pięknie podanych posiłków kaiseki albo szybkich ulicznych przekąsek, takich jak takoyaki (kulki z ciasta z ośmiornicą), soba (makaron z mąki gryczanej), toriyaki (grillowane kawałki kurczaka), okonomiyaki (rodzaj placków z różnych składników) czy rāmen (rosół z wieloma dodatkami). W Kraju Kwitnącej Wiśni dokądkolwiek byśmy pojechali, znajdziemy charakterystyczne dla tego miejsca odmiany wielu dań oraz regionalne specjały, których nie zjemy nigdzie indziej. Dla Japończyków takie lokalne smakołyki są nie tylko warte skosztowania, ale i stanowią idealny prezent z podróży. W trakcie odkrywania Japonii dobrze więc brać przykład z jej mieszkańców i zostawić sobie nieco czasu na spokojne delektowanie się przysmakami tutejszej sztuki kulinarnej.

               
Poznanie tak różnorodnych i oddalonych od siebie rejonów w ciągu jednej podróży byłoby niemożliwe, gdyby nie liczne środki transportu, które mają do dyspozycji turyści odwiedzający archipelag. Bogata siatka wewnętrznych połączeń lotniczych, nocne autobusy, promy i – oczywiście – słynne na całym świecie linie kolejowe pozwalają przebyć Kraj Wschodzącego Słońca wzdłuż i wszerz bez większego wysiłku. Niezmiernie nowoczesna, wygodna, czysta, punktualna i perfekcyjna w każdym calu kolej jest jedną z rzeczy, z których Japończycy z pewnością mogą być dumni. Dotyczy to zarówno superszybkich pociągów Shinkansen, jak i dużej liczby mniejszych, nieraz jednowagonowych regionalnych składów, w których nierzadkim widokiem będzie maszynista w białych rękawiczkach.

       
Osobom wychowanym w europejskim kręgu kulturowym próba zrozumienia ducha Japonii może zająć całe życie. Jestem jednak przekonana, że warto podjąć to wyzwanie i zanurzyć się w atmosferze tego niezwykłego państwa choćby na chwilę. Jeśli się otworzycie i uda Wam się znaleźć tu cząstkę świata, której brakuje Wam w Waszej codzienności, ta nieodgadniona kraina prawdopodobnie rozkocha Was w sobie na zawsze. Jeżeli odmienność japońskiej kultury potraktujecie po prostu jako zbiór dziwactw, przeoczycie prawdziwy obraz archipelagu i jego mieszkańców i zniechęcicie się do nich. Niezależnie natomiast od tego, czy od udanej podróży oczekujecie zapierających dech w piersiach krajobrazów, odkrywania niecodziennych miejsc, zrobienia pięknych zdjęć, dobrej zabawy, czy odpoczynku i wyciszenia, o ile dobrze poszukacie, z pewnością odnajdziecie to wszystko w Japonii. Warto więc odwiedzić ten niezmiernie pasjonujący kraj i wyrobić sobie na jego temat własne zdanie – kto wie, może i Wasze życie zmieni on nie do poznania…

Artykuły wybrane losowo

Tajlandia zmysłowa

 

 

temple_of_the_emerald_buddha.jpg

Bangkocka Świątynia Szmaragdowego Buddy

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Katarzyna Byrtek

 

Prawdopodobnie większość Europejczyków słyszała o tajskich niebiańskich plażach, białym piasku i lazurowej wodzie. Jednak Tajlandia to nie tylko rajska kraina uśmiechów, idealna na wakacyjny leniwy wypoczynek, lecz także kraj dostarczający różnorodnych i mocnych wrażeń. Zapewnią nam je m.in. degustacje najlepszej kuchni świata, oglądanie emocjonujących walk boksu syjamskiego („muay thai”) na ringu i zwiedzanie niezmiernie kolorowego podwodnego królestwa zamieszkanego przez wyjątkowe stworzenia. 

Z klimatyzowanego samolotu przez klimatyzowany terminal docieram aż do metra prowadzącego do centrum Bangkoku. Wagon pociągu jest tak wychłodzony, że nie zdejmuję i nie chowam swojego europejskiego swetra. Wkrótce dojeżdżamy jednak do stacji końcowej i wysiadam w bangkocką noc – parną, duszną, gorącą tak, że fala ciepła zatrzymuje mnie na peronie na ułamek sekundy. Moje ciało ciągle pamięta środek warszawskiej zimy. Jak ja tu będę żyć przez dwa miesiące – myślę. W Tajlandii w najchłodniejszym okresie temperatura sięga 30°C, a woda w morzu nagrzewa się do 26°C. W trakcie naszej jesieni i zimy trwa w tym rejonie pora sucha, a powietrze jest przyjemniejsze i mniej wilgotne niż np. w lecie, kiedy część kraju dręczą uparte monsuny i deszcze. Wytchnienie dają klimatyzowane pomieszczenia. Zresztą mieszkańcy całej Azji Południowo-Wschodniej mają niemal obsesję na punkcie chłodzenia się. Klimatyzacja zwykle bywa nastawiona nie na komfortowe dla Europejczyka 20–22°C, ale na temperaturę znacznie niższą. Dlatego do kina zawsze trzeba się ciepło ubrać, przed podróżą nocnym autobusem wyjąć bluzę i szal, a nawet narzucić coś na siebie przy każdej przejażdżce metrem.

Tajlandia cieszy się dużą popularnością wśród turystów z całego świata głównie ze względu na przepiękne plaże i lazurowe morze. Warto jednak wyjść nieco poza ten schemat, zrezygnować z błogiego wylegiwania się na złotym piasku choć na kilka dni i przeżyć o wiele więcej. To idealny cel wyjazdów dosłownie dla wszystkich – rodzin z dziećmi, backpackerów, którzy muszą nieraz zaciskać pasa, miłośników sportów i wielbicieli leniuchowania, samodzielnych podróżników czy królów imprez.

Raj dla kubków smakowych

Jedzenie stanowi wielką atrakcję w czasie wizyty w Tajlandii. Nie bez powodu kuchnia tajska uważana jest za najciekawszą i najlepszą na świecie. Niespróbowanie miejscowych przysmaków byłoby prawdziwym grzechem. Trzeba jednak pamiętać, że tosty zapiekane z szynką sprzedawane w popularnej sieci sklepów 7-Eleven wcinają tylko przyjezdni, a tutejsze śniadanie, obiad i kolacja niespecjalnie się od siebie różnią – rano można spokojnie zajadać się grillowaną wieprzowiną, kurczakiem czy dużą miską wywaru mięsnego z makaronem ryżowym.

Jeśli do obiadu nie dostaliście pałeczek, lecz sztućce, nie martwcie się, nikt nie zwątpił w wasze umiejętności posługiwania się nimi. W Tajlandii większość dań je się po prostu łyżką i widelcem (noże to rzadkość). Pałeczki, razem z łyżką, podawane są najczęściej do zupy z makaronem ryżowym.

W kuchni tajskiej wszystko kręci się wokół ryżu (zamówić go można nawet w miejscowym KFC), intensywnych przypraw i różnych rodzajów mięsa. Najsłynniejsze jest boskie pad thai, czyli smażony makaron ryżowy m.in. z jajkiem, sosem rybnym, orzeszkami, krewetkami, serwowany z połówką limonki i kiełkami. Nie wolno nie spróbować chociaż jednej z wersji curry (mieszanki przypraw rozprowadzanej w mleku kokosowym podawanej z mięsem, warzywami i ryżem) – do wyboru czerwone, zielone, żółte bądź łagodniejsze phanaeng curry (panang curry lub penang curry). Z kolei tom yam (tom yum) to intensywna kwaśno-pikantna zupa na mleku kokosowym. Ciekawą propozycję na lunch stanowi też sałatka z papai. Na deser często zamawia się lepki ryż khao niaw z bananem, mlekiem kokosowym czy jajkiem.

Przed wyruszeniem na wędrówkę w poszukiwaniu tajskich specjałów trzeba również odrzucić restrykcyjne zasady polskiego sanepidu, aby móc beztrosko zapuścić się w uliczki, gdzie na każdym kroku spotkać można dymiące wózki pełne świeżo przygotowanych smakołyków (wspomnianej zupy albo np. nadzianego na patyki mięsa). Wokół nich chaotycznie poustawiane są małe stoliki z niskimi plastikowymi krzesłami – nie ma na nich serwetek i sztućców, ale atmosfera jedzenia na ulicy jest niepowtarzalna. We wszystkich miastach i punktach, gdzie zatrzymują się autobusy dalekobieżne, znajduje się przynajmniej kilka niewielkich targów, na których oprócz świeżych owoców czy ryb sprzedaje się przeróżne mieszanki mięsa z lokalnymi warzywami przyprawione prawdziwie po tajsku. Posiłki na wynos pakuje się do zawiązywanych woreczków. Duża część lokali typowo restauracyjnych powstała dla turystów, dlatego ceny bywają w nich nawet kilkakrotnie większe, a dania – nie zawsze oryginalne.

W słynnej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej Pattaya,uchodzącej za jedno z centrów seksbiznesu,koniecznie należy odwiedzić chińsko-tajskie restauracje z rodzaju all you can eat (pol. jesz, ile chcesz). Pośrodku stołu znajduje się w nich wielki rozgrzany gar, w którym goście samodzielnie gotują lub przysmażają jedzenie. W formie szwedzkiego stołu wystawione są przeróżne warzywa, owoce, mięsa i najrozmaitsze owoce morza. Większe porcje tych dwóch ostatnich składników można wybrać samemu i oddać w ręce obsługi, która przygotuje je na grillu.

Moje własne curry

W Tajlandii przyrządzimy też miejscowe przysmaki samodzielnie pod okiem doświadczonego szefa kuchni w czasie kursu gotowania. Nawet największym obżartuchom powinien wystarczyć półdniowy wariant takiego szkolenia, w trakcie którego przygotowuje się kilka dań, a potem je konsumuje. W menu pojawiają się doskonała zupa kokosowa tom kha czy wspomniana już tom yam, makaronowe pad thai, jeden z rodzajów sajgonek i deser. W moździerzu uciera się również proszek curry, którego później dodaje się do potrawy z ryżem. Takie własnoręcznie przyrządzone specjały to prawdziwe niebo w gębie.

Największy wybór godnych polecenia kursów gotowania znajdziemy w mieście Chiang Mai, położonym w północnej części kraju. To jeden ze standardowych przystanków wszystkich turystów w Tajlandii, dlatego zaplecze usługowe jest w nim na tyle rozwinięte, że przyjezdni mogą siedzieć tu ponad tydzień i nigdy się nie nudzić.

Dzień najlepiej zacząć na lokalnym targu. Niektóre sprzedawane na nim produkty są tak niezwykłe, że człowiek z Europy Środkowej nie tylko dziwi się, że Tajowie je jedzą, ale też zastanawia, jak to robią. Do najsłynniejszych tego typu osobliwości należy zielonkawy durian z grubą skórką przypominającą nieco kolce. Ciągnie się za nim opinia najbardziej śmierdzącego owocu świata. Kiedy w pokoju w hostelu czuć zapach starych skarpetek, niekoniecznie winę za to musi ponosić niechlujny współlokator. Może ktoś nielegalnie (większość obiektów noclegowych wywiesza kartki z rysunkiem przekreślonego duriana) przemycił cuchnący smakołyk. Podobno nie wolno spożywać go także z alkoholem lub kawą.

Ciało do ciała

Po spacerze z orzeźwiającym świeżo zmiksowanym sokiem z owoców egzotycznych w ręce przychodzi czas na relaks. Wbrew obiegowej opinii większość tajskich masaży wcale nie kończy się zaspokojeniem seksualnym. Zabieg ten ma długą historię, a za jego legendarnego twórcę uchodzi sam lekarz Buddy – Shivago Komarpaj (Jīvaka Komarabhācca), żyjący ok. VI w. p.n.e. W rzeczywistości rozwój tej techniki masowania był bardziej złożony, bo czerpie ona z tradycji Chin, Indii i innych południowoazjatyckich krajów.

Wizyta w miejscowym salonie bywa niełatwym przeżyciem dla osób nieśmiałych i kruchych – taki masaż jest wyjątkowo kontaktowy i intensywny. Przed nim rozbieramy się do majtek albo zakładamy coś w rodzaju luźnego szlafroka i kładziemy się na materacu lub specjalnej leżance. W trakcie zabiegu masażystka używa różnych części ciała: łokci, stóp, kciuków bądź przedramion, może na nas siadać, trzymać za rękę, przyciskać nasze ciało do swojego. W przypadku tej techniki nie chodzi tyle o delikatne ugniatanie mięśni i skóry, co o naciskanie odpowiednich punktów i rozciąganie. Tajski masaż łączy elementy akupresury, pasywnej jogi i refleksologii. Czasem wywołuje chwilowy ból, ale po wszystkim człowiekowi wydaje się, że jest na tyle rozciągnięty, iż urósł kilka centymetrów. Taka sesja niesamowicie odpręża, dlatego zaleca się korzystanie z jej dobrodziejstw przynajmniej raz w tygodniu, nie tylko na urlopie. Osoby krępujące się tak bliskiego kontaktu z obcym człowiekiem mogą skusić się na wymasowanie stóp czy karku i głowy. Salony masażu znajdziemy tutaj dosłownie wszędzie, m.in. na południowych wyspach, w Bangkoku lub północnym Chiang Mai (gdzie działa zresztą najbardziej renomowana szkoła masażu).

Wielki błękit

scuba_diving_andaman_sea.jpg

W wodach Morza Andamańskiego nurkowie spotkają m.in. rekiny brodate

©THAITRAVELMART.COM



Ciepłe przejrzyste morze, bogactwo kolorowych ryb i zapierające dech w piersiach rafy koralowe przyciągają co roku do południowej Tajlandii tysiące turystów, a podwodny świat tego regionu od zawsze trafia do pierwszych dziesiątek rankingów najciekawszych nurkowisk na ziemi. Jeśli ktoś nie wie nic o nurkowaniu, to nic nie szkodzi. Może kupić albo wypożyczyć maskę, rurkę oraz płetwy i wybrać się na eksplorację dna morskiego na własną rękę na płytkie wody blisko brzegu. Dobrze dopytać się o lokalne warunki – w niektórych miejscach występują silne prądy lub fale, które wyrzucają na skały czy rafy. Najlepsze do snorkelingu są okolice wysp Koh Lipe, Koh Chang i Koh Samui.

Warto jednak zarezerwować sobie kilka dni bądź tydzień i wykupić podstawowy kurs nurkowy ze sprzętem – tutejsze ceny należą do najkorzystniejszych na świecie, a to, co zobaczymy pod powierzchnią morza w Tajlandii, jest zdecydowanie atrakcyjniejsze niż widoki podczas szkoleń prowadzonych na basenie i jeziorach w Polsce. Co więcej, sprzyjające warunki panują tu cały rok (z małymi wyjątkami), temperatura wody w zasadzie nie spada poniżej 26°C, a najlepszy okres do nurkowania to styczeń–marzec, czyli szczyt tajskiego sezonu. Zwykle nie ma konieczności zapisywania się na lekcje z wyprzedzeniem. Nawet na mniejszych turystycznych wyspach działa po kilka firm, bez problemu już na miejscu sprawdzimy ceny, dostępność i terminy kursów. Dobrze też zainteresować się, jakie certyfikaty posiada instruktor, czy dogadamy się z nim w jakimś języku, którym władamy, i co dokładnie zawiera dana oferta.

Cisza pod wodą, otaczające człowieka rozległe przestrzenie czy uczucie latania to dodatkowe argumenty przemawiające za spróbowaniem nurkowania. Niemal 75 proc. wszystkich gatunków fauny morskiej i koralowców na świecie występuje właśnie w Azji Południowo-Wschodniej – od malutkich koników morskich, przez płaszczki, ośmiornice, węże wodne, po kilku- lub kilkunastometrowe ryby. Spotkania z tymi stworzeniami nigdy się nie zapomina. Zachwycają również podwodne jaskinie, bloki skalne i wraki łodzi. Tajlandię można podzielić na trzy rejony idealne dla nurków. Pierwszy z nich stanowi zachodnie wybrzeże ze słynną wyspą Phuket oraz archipelagiem Phi Phi, leżący na północ od niego obszar, na który składają się wyspy Similan, Koh Bon, Koh Tachai i Skała Richelieu (Richelieu Rock), a także region południowy, czyli Koh Haa, Hin Daeng, Hin Muang i Koh Lipe. Z kolei w północnej części Zatoki Tajlandzkiej warto odwiedzić Pattayę i Koh Chang. Natomiast na jej południowym terenie miłośników podwodnych przygód przyciągają Koh Tao i Koh Samui.

Na siedzeniu tuk-tuka

phi-ph-island-1.jpg

Koh Phi Phi Don jest największą wyspą w archipelagu Phi Phi

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND



Istnieje wiele sposobów podróżowania po kraju Tajów. Wielką frajdą będzie na pewno zwiedzanie wybranej wyspy na własną rękę wypożyczonym na jeden lub kilka dni skuterem. Samodzielne prowadzenie środka transportu (wynajęcie samochodu bywa znacznie droższe) daje dużą niezależność. Nie tylko nie jesteśmy wówczas uzależnieni od rozkładów jazdy, lecz także bez problemu możemy zatrzymać się przy opuszczonej rajskiej plaży i wskoczyć wprost do orzeźwiającej wody.

W dużym mieście warto choć raz przejechać się tuk-tukiem, czyli autorikszą pełniącą funkcję taksówki. Taki trzykołowy pojazd wygląda jak motor z dobudowanym z tyłu wózkiem, który pomieści kilka osób. Jazda zatłoczonymi ulicami Bangkoku podniesie ciśnienie krwi niejednemu Europejczykowi. Jeśli ktoś podróżuje samodzielnie, może skorzystać z taksówek motorowych i skuterowych. Pasażer plecak wkłada pod kierownicę i wskakuje na siedzenie za kierowcą, który pędzi, przeciskając się między samochodami i ignorując większość znaków drogowych. Trudno powiedzieć, czy to aby na pewno bezpieczne, ale przeżycia z takiej przejażdżki są z pewnością niezapomniane.

Tajlandia to wręcz wymarzone miejsce dla miłośników morza i wysp, a co za tym idzie, zapalonych żeglarzy. Wystarczy zebrać grupę znajomych i wypożyczyć jacht albo katamaran, aby przemierzać bezkresną Zatokę Tajlandzką, a podczas rejsu zatrzymywać się w każdej chwili przy opuszczonych lądach, opalać bez towarzystwa tłumu turystów i nurkować z maską wśród bajecznych raf koralowych.

W świetle księżyca

shopping_at_khao_san_road1.jpg

Ulicę Khao San w centrum Bangkoku odwiedzają tłumy turystó

©THAITRAVELMART.COM



Wieczorem siadamy w jednym z barów. Noc jest gorąca, w środku stoją plastikowe krzesła i stół bilardowy, gra głośna muzyka. Podają tutaj tajskie piwa Chang i Singha bądź popularnego Tigera z Singapuru, czasem z lodem. Dla niektórych wakacje to moment, kiedy wreszcie mogą beztrosko imprezować i nie martwić się wczesnym wstawaniem. Do najlepszych do tego miejsc należy Bangkok – znajdziemy w nim słynną ulicę dla backpackerów Khao San, luksusowe bary na dachach wieżowców (rooftop bars) czy dzielnicę czerwonych latarni Patpong odwiedzaną przez licznych zagranicznych przybyszów. Wiele osób przyciągają kolorowe nocne światła położonego na wybrzeżu miasta Pattaya, centrum tajskiego seksbiznesu, w którym przy głównej ulicy działają kluby dla gejów oraz lokale oferujące pokazy erotyczne lub występy kathoey, czyli tzw. ladyboys (osób, które przyswoiły sobie cechy przeciwnej płci, uważanych w buddyzmie za trzecią płeć). Dzikie noce w ociekającej alkoholem i seksem Pattayi niezbyt przypadną do gustu osobom ceniącym zwykłego typu rozrywki czy rodzinom z dziećmi. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że seksturystyka to nie tylko niewinna wakacyjna zabawa, lecz także branża kontrolowana przez mafie i związana z wykorzystywaniem kobiet oraz zmuszaniem nieletnich do prostytucji.


Bawić można się wszędzie, ale dobre towarzystwo i odpowiedni termin to czasem podstawa. Tajlandia słynie na świecie z full moon party, czyli całonocnych imprez nad brzegiem morza organizowanych na południu kraju w dzień przed pełnią księżyca, w jej trakcie albo dzień po niej. Zwyczaj ten zainicjowano na plaży Haad Rin na wyspie Phangan w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej. W 1985 r. odbyło się pierwsze takie wydarzenie dla kilkudziesięciu osób. Wkrótce zyskało sławę i dziś przyciąga przynajmniej kilka tysięcy uczestników, w większości turystów, a jego odpowiedniki spotkamy również na innych wyspach. Na full moon party usłyszymy muzykę reggae, trance, rhythm and blues, techno, house czy drum and bass. Alkohol leje się strumieniami, nierzadko pojawiają się też inne środki odurzające. Trzeba jednak wiedzieć, że kary za posiadanie i sprzedawanie narkotyków w Tajlandii są wyjątkowo surowe.

Emocje na ringu

Wielbiciele widowisk podnoszących poziom adrenaliny we krwi także nie będą się w tym kraju nudzić. Muay thai, czyli boks tajski (boks syjamski), to bardzo popularna sztuka walki, szczycąca się niemal statusem sportu narodowego i przyciągająca tysiące żądnych wrażeń Tajów i zagranicznych turystów. Zwykle podoba się nawet osobom, które nie są fanami bijatyk na ringu. Ma wielowiekową tradycję, a wiele ze starych elementów przetrwało do dzisiaj – pojedynek zaczyna się od rytualnego tańca wojownika wai khru. Kiedyś w jego trakcie prezentowano region, z którego pochodził zawodnik. Ta część stanowi jednocześnie rozgrzewkę. Cała walka odbywa się na stojąco, przeciwnicy używają niskich kopnięć okrężnych, uderzeń łokciami i kolanami oraz tzw. klinczu, czyli chwytu klamrowego rękami. Niesamowitą atmosferę na widowni tworzy rozemocjonowana publiczność zawsze reagująca na silniejszy cios, przekrzykująca się, obstawiająca wynik w każdym momencie spotkania. Walczą w większości Tajowie, ale zdarzają się też zawodnicy z innych krajów. Niektórzy z nich są bardzo młodzi – trafiają się nawet 15-latkowie. Za najlepsze areny bokserskie uchodzą Lumpinee Boxing Stadium i Rajadamnern Stadium w Bangkoku oraz te na Phuket i Koh Samui czy w Chiang Mai.

Noc w dżungli

Liczne parki narodowe, dziewicza przyroda i zielona dżungla, w głąb której urządza się kilkudniowe wędrówki, czekają na wszystkich mających odwagę zejść nieco ze standardowego szlaku pełnego piaszczystych plaż i taniego piwa Chang. Leśnych ścieżek i zorganizowanych wycieczek szukać można w różnych częściach kraju, zarówno na popularnej północy, jak i w regionie wschodnim, często omijanym przez turystów. Dużo wypraw trekkingowych organizuje się w prowincjach Chiang Mai i Chiang Rai, Mae Hong Son, Kanchanaburi, Krabi, dystrykcie Mae Sot czy Parku Narodowym Khao Yai. Jeśli musimy wybrać jedno miejsce, warto zaufać ekspertom z UNESCO i odwiedzić Kompleks Leśny Dong Phayayen-Khao Yai, leżący w środkowej Tajlandii, stosunkowo niedaleko od stolicy. Podczas planowania wędrówek należy brać pod uwagę porę roku. Inaczej niż na wybrzeżu w okresie zimowym temperatura powietrza na terenach wyżej położonych bywa znacznie niższa od tej panującej w pozostałych miesiącach.

Światło i dym

Tajlandia to kraj o długiej historii i bogatej tradycji, dobrze więc poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jej najważniejszymi zabytkami i dowiedzenie się czegoś więcej o dominującym tutaj buddyzmie. Do obowiązkowych miejsc do zwiedzenia w Bangkoku zaliczają się przepiękny Wielki Pałac Królewski z Wat Phra Kaew (Świątynią Szmaragdowego Buddy), jedna z najstarszych tajskich budowli sakralnych Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy) oraz Wat Suthat z 28 chińskimi pagodami symbolizującymi 28 postaci Buddy. Na prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO znajdują się m.in. stanowisko archeologiczne Ban Chiang, dawna stolica Syjamu Ayutthaya, ruiny miasta Sukhothai czy rezerwaty dzikiej przyrody rozciągające się wzdłuż granicy z Birmą występujące pod wspólną nazwą Thung Yai-Huai Kha Khaeng.

Choć flaga Tajlandii jest niebiesko-biało-czerwona, to zdecydowanie dominują tu kolory pomarańczowy, złoty i biały. Można się o tym przekonać w trakcie jednego z buddyjskich świąt. W jakimkolwiek mieście wtedy będziemy, udajmy się do najbliższej świątyni i przeżyjmy je razem z Tajami. W czasie pełni księżyca obchodzi się Makha Bucha (Magha Puja), kiedy to rozbłyskają setki świateł, a w powietrzu unosi się dym. Pochód ze świeczkami i kwiatami prowadzony przez ubranych na pomarańczowo mnichów okrąża kilkakrotnie kompleks świątynny. Z kolei Songkran to tradycyjny tajski Nowy Rok (wypada na połowę kwietnia). Na ogół spędza się go w gronie rodziny, a do jego zwyczajów należy obmywanie posągów Buddy w świątyniach lub w czasie procesji (przewozi się je na bagażnikach samochodów). Przez kilka dni ulice pełne są roześmianych ludzi, którzy malują się białą kredą i oblewają wodą. Przypomina to trochę nasz śmigus-dyngus.

Tajskie niezwykłości

W Tajlandii zaskoczy nas wiele rzeczy. Na śniadanie dostaniemy ryż z mięsem lub zupę z makaronem ryżowym, a niedojrzałe mango serwuje się tu z sosem rybnym albo chilli. Do większości potraw otrzymamy łyżkę i widelec. Piwo z kolei często podaje się z lodem.

Do zwykłych widoków należą w tym kraju mnich bawiący się telefonem komórkowym czy słonie spacerujące po ulicach. Na drogach trzeba zachować ostrożność, bo przepisy dla uczestników ruchu traktuje się raczej jako wskazówki niż nakazy i zakazy.

Niemal wszystkie kremy dostępne w sklepach przeznaczone są do rozjaśniania skóry. Klimatyzacja w środkach komunikacji i pomieszczeniach ustawiona jest na dość niską temperaturę – sweter w autobusie to konieczność. Hymn państwowy rozbrzmiewa z głośników dwa razy dziennie, dodatkowo również przed każdym seansem w kinie.

Wiele twarzy Panamy

1__Playa_San_Blas1.jpg

Rajska wysepka w archipelagu San Blas

©VISITPANAMA.COM

Mariusz Kozak-Zagozda


Według jednych teorii nazwa kraju pochodzi z języka Indian Cueva i znaczy „miejsce obfitości ryb”, zgodnie z innymi tłumaczy się ją na „obfitość motyli”. Najlepiej opisują go jednak słowa jednego z bohaterów powieści „Krawiec z Panamy”, autorstwa Anglika Johna le Carré: „Mamy wszystko, czego Bóg potrzebował, by stworzyć raj: żyzne ziemie, plaże, góry, dziką przyrodę, co krok drzewa pełne owoców, a wokół wspaniałych ludzi”. Jeśli więc macie przed oczami wizję idealnych tropików, najprawdopodobniej myślicie właśnie o Panamie.

Więcej…

Wiatr zmian nad zachodnim Balatonem

NOÉMI PETNEKI

 

„Węgierskie morze” wciąż wielu Polakom kojarzy się z czasami PRL-u. Niesłusznie – Balaton zmienia się z roku na rok: wzdłuż jego wybrzeży powstają piaszczyste plaże, przybywa licznych atrakcji. Tym razem skupimy się na zachodniej części tego rozległego jeziora, gdzie na przyjezdnych czekają przepiękna przyroda, niezwykła kultura i wiele możliwości aktywnego wypoczynku. Pod trzcinowymi strzechami gospód czy sklepieniem piwnic spróbujemy zaś miejscowych przysmaków oraz wyśmienitych win ze słonecznych wzgórz.

Ogromna powierzchnia jeziora – 594 km2 – zapewnia świetne warunki do uprawiania sportów wodnych. Doskonale będą się tu czuć miłośnicy żeglarstwa, windsurfingu, narciarstwa wodnego (za wyciągiem) czy wędkarstwa. Ci ostatni mają do dyspozycji także dwie rzeki oraz zaciszne i romantyczne zakątki pobliskiego Małego Balatonu (Kis-Balaton), który wchodzi w skład Parku Narodowego Pogórza Balatonu (Balaton-felvidéki Nemzeti Park ). Gęsto porośnięte trzciną brzegi tego niewielkiego akwenu zamieszkują też liczne rzadkie gatunki ptaków wodnych – przyrodnicy amatorzy mogą zwiedzić te tereny z przewodnikiem. Na turystów czekają również nad Balatonem malownicze plaże i ciepła woda. Nic więc dziwnego, że „węgierskie morze” przyciąga każdego roku nie tylko Madziarów, lecz także wielu zagranicznych gości.

Więcej…