EMILIA GRZESIK

 

<< Tam, gdzie strzeliste szczyty łaskoczą niebo, ziarnka piasku ścigają się z wiatrem przez bezkresne równiny Patagonii, a Ocean Spokojny konkuruje z Atlantykiem – tam rodzi się przygoda. Wytrwałość podróżników przemierzających setki kilometrów surowej patagońskiej ziemi i odwaga żeglarzy wpływających w zdradliwe wody Cieśniny Magellana lub okolic przylądka Horn nabierają zupełnie nowego znaczenia, kiedy podziwiamy majestat andyjskich lodowców. Krajobrazy południowej Argentyny należą do jednych z najbardziej spektakularnych na naszej planecie. Dla mnie Patagonia wraz z Ziemią Ognistą stanowią wręcz symbole wielkich wypraw życia. >>

Południowoamerykańska Republika Argentyńska to kraj bardzo zróżnicowany. Ze względu na jego specyficzne położenie występuje tu kilka stref klimatycznych. Ukształtowanie terenu również nie jest jednolite: wschodnią granicę stanowi wybrzeże Oceanu Atlantyckiego, a zachodnią – wysokie Andy. Pomiędzy nimi rozciągają się bezkresne równiny i porośnięta trawą pampa, na której pasie się bydło. To stąd pochodzi najlepsza na świecie argentyńska wołowina, królowa popularnego asado, czyli tradycyjnego grilla dla rodziny i przyjaciół (barbecue).

W moich oczach Argentyna zawsze była ziemią poszukiwaczy nowych lądów. Dlatego też by poczuć się jak oni, postanowiłam wyruszyć na jej najdalej wysunięty na południe kraniec, stanąć na brzegu kontynentu i rzucić wyzwanie nieznanemu.

 

 Na końcu świata

Po ośmiu dniach spędzonych w rozbrzmiewającym tangiem i pachnącym świeżo zaparzoną yerba mate boskim Buenos Aires przenieśliśmy się na zimne południe. Podczas pobytu w Argentynie nie potrafiłam sobie odmówić odwiedzenia Ushuaia. To niepozornie wyglądające miasto położone na podróżniczym szlaku skrywa historie wielu żeglarzy i odkrywców kierujących się w stronę Antarktydy. Spacerując po jego stromych uliczkach czy wzdłuż portu i Kanału Beagle, z każdym wdechem mroźnego powietrza chłonęłam tę niesamowitą atmosferę oczekiwania, nadziei, napięcia przed wyprawą przez skute lodem wody aż do granic samego białego kontynentu. Z westchnieniem patrzyłam na południe – w odległości jedynie 1000 km przede mną znajdowała się Antarktyda…

Tę fascynującą krainę, jaką jest Ziemia Ognista (Tierra del Fuego), odkrył w 1520 r. Ferdynand Magellan. Nie została ona zasiedlona przez Europejczyków do połowy XIX w., jednak od setek lat żyły tu rdzenne plemiona indiańskie. Początkowo była, na wzór Australii, kolonią karną dla niebezpiecznych przestępców z Argentyny. Od północy oddziela ją od kontynentu Cieśnina Magellana, która do czasu otwarcia Kanału Panamskiego stanowiła główną drogę żeglugową łączącą Ocean Spokojny z Atlantykiem. Nazwą Ziemia Ognista określa się zarówno archipelag, jak i jego największą wyspę (Isla Grande de Tierra del Fuego), które należą do dwu prowincji: argentyńskiej (wschodnia część regionu) i chilijskiej (na zachodzie). Osobom chcącym zgłębić historię Ushuaia oraz odkryć antarktycznych polecam miejscowe Muzeum Morskie Ushuai (Museo Marítimo de Ushuaia) utworzone w dawnym więzieniu.

FOT. INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCION TURISTICA DE ARGENTINA

Latarnia Les Éclaireurs na archipelagu o tej samej nazwie

 

W mieście poradzono nam wybrać się na wycieczkę pod lodowiec Martial – to tylko ok. 4-, 5-godzinny spacer z centrum. Żółtym szlakiem doszliśmy pod sam wyciąg narciarski. Od dolnej stacji kolejki zaczyna się ostre podejście po sypkim kamienistym gruncie. Droga jest trudna, ale osiągnięcie celu daje satysfakcję – rozciąga się stąd panorama na Ziemię Ognistą w pełnej okazałości. Jednak nawet w lato temperatury są tutaj bardzo niskie, więc po trekkingu warto wrócić do miasta i zasiąść w jednej z restauracji przy tradycyjnym asado. Określenie to odnosi się zarówno do technik pieczenia i cięcia mięsa, jak i do samego spotkania przy grillu (parrilla) albo palenisku. Podczas typowego asado mistrz grillowania (asador) przyrządza rozmaite rodzaje mięsiwa: od kiełbas przez steki do wielkich porcji żeberek. Produkty nie są wcześniej marynowane, a jedynie przyprawiane solą.

Ushuaia stanowi także nie lada gratkę dla osób kochających bliski kontakt z naturą, prawdziwy raj dla zoologów i biologów. W głównej przystani wykupimy rejs łodzią po Kanale Beagle. Poza endemiczną roślinnością znajdziemy tu liczne foki, lwy morskie, pingwiny i różnorodne ptactwo.

FOT. EMILIA GRZESIK

Jezioro fagnano na ziemi ognistej

 

Z miasta możemy zorganizować zarówno jednodniowe wycieczki, jak i parodniowe trekkingi. Jeden z bardziej malowniczych szlaków prowadzi do Laguny Esmeralda. Pokonanie trasy w obie strony trwa mniej więcej 3 godz., ale jeśli pójdziemy jeszcze wyżej, aż do lodowca, zajmie nam to już ok. 5 godz. Lepiej zresztą zarezerwować sobie więcej czasu, gdyż okolica jest tak prześliczna, że warto zostać tutaj dłużej, aby rozkoszować się otoczeniem. Ostatnią wędrówkę odbyliśmy po terenach Parku Narodowego Ziemi Ognistej (Parque Nacional Tierra del Fuego) – droga wiodła wzdłuż malowniczych zatoczek z niesamowitymi widokami.

 

W cieniu andyjskich lodowców

Patagonia obejmująca południową część Ameryki Południowej wraz z Ziemią Ognistą również została podzielona między Argentynę i Chile. Na zachodzie górują Andy. Od stóp tych silnie zlodowaconych masywów górskich w kierunku wschodnim rozciąga się stepowa równina sięgająca aż do Atlantyku. Tutejszy klimat jest chłodny i suchy. W tej części Andów znajduje się Południowy Lądolód Patagoński – trzeci co do wielkości na naszej planecie, po tych na Antarktydzie i Grenlandii. Stanowi on także jeden z większych rezerwuarów wody. Jego lodowce, topiąc się, tworzą wielkie i mniejsze jeziora. Całość składa się na spektakularną scenerię: skute lodem góry odbijają się w błękitnych taflach zbiorników wodnych.

Na początku zatrzymaliśmy się w El Calafate. To niewielkie, 20-tysięczne miasteczko należy do głównych atrakcji turystycznych Argentyny. Jego kolorowe centrum zajmują przede wszystkim restauracje serwujące tradycyjne asado i sklepiki z górskimi pamiątkami. El Calafate to baza wypadowa do Parku Narodowego Lodowców (Parque Nacional Los Glaciares) z olbrzymim lodowcem Perito Moreno. Ma on powierzchnię ok. 250 km2 i długość mniej więcej 30 km i jako jeden z niewielu w okolicy wciąż się powiększa. Podczas wycieczki w jego pobliże można podziwiać front jego jęzora, który imponująco wysoką, 60-metrową ścianą lodu wylewa się do jeziora Argentino. Na miejscu mamy do wyboru spacer po kładkach albo dodatkowo płatny rejs stateczkiem, który podpływa naprawdę blisko Perito Moreno.

FOT. INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCION TURISTICA DE ARGENTINA

Lodowiec Perito Moreno zasila zbiornik jeziora Argentino

 

Przy okazji warto też poszerzyć swoją wiedzę na temat niesamowitego zjawiska, jakim są lodowce, oraz ich wpływu na nasz klimat. Taką możliwość daje nam nowo otwarte muzeum Glaciarium, znajdujące się 6 km od centrum miasteczka. Kursują do niego busy, które odjeżdżają z ulicy 1 de Mayo.

Aby uciec od turystycznego zgiełku El Calafate, wybraliśmy się na północ wzdłuż brzegu jeziora Argentino aż do rezerwatu ptactwa Laguna Nimez i trafiliśmy do zupełnie innego świata. Po drodze przyjemnie zaskoczyły nas tańsze jadłodajnie, stadnina koni i przemili ludzie. Tu już nawet nie ma asfaltu, a grillujący pod drzewkiem Argentyńczycy zapraszają podróżników do wspólnego biesiadowania.

 

Patagońskie cuda

Po krótkim pobycie w El Calafate przenieśliśmy się do stolicy argentyńskiego trekkingu, czyli El Chaltén – małej, ale dość turystycznej wioski. Mimo iż nie wygląda na tak okupowaną jak nasze poprzednie miejsce pobytu, ceny potrafią tutaj zwalić z nóg. Dobrze, że zrobiliśmy zakupy wcześniej. Przed wjazdem do wioski każdy autobus zatrzymuje się przy punkcie informacji Parku Narodowego Lodowców. Wszyscy turyści dostają mapki okolicy. Wstęp do parku jest bezpłatny, podobnie jak pola namiotowe. W krajobrazie dominują lodowce spływające pomiędzy strzelistymi szczytami. Góry otoczone są subarktycznym lasem pełnym endemicznych gatunków flory i fauny. Trasy udostępnione turystom pod względem poziomu trudności przypominają nasze Beskidy. W większości zaczynają się w samym El Chaltén, więc nie trzeba nigdzie dojeżdżać. Istnieją tu trzy główne szlaki jednodniowe (6–8 godz.) oraz kilka krótkich spacerowych do pobliskich punktów widokowych. Bardziej zaawansowani miłośnicy górskich wspinaczek mają o wiele większy wybór, jednak muszą wyrobić sobie specjalne pozwolenia lub wynająć lokalnego przewodnika. Pierwszego dnia wyruszyliśmy do Laguny Trzech (Laguna de Los Tres) niezmiernie malowniczą trasą prowadzącą pod spektakularną iglicę Fitz Roy (3375 m n.p.m.). Zajęło nam to 10 godz. z paroma długimi postojami, podczas których podziwialiśmy krajobrazy i moczyliśmy nogi w zimnej wodzie. Na drugi dzień postanowiliśmy wdrapać się na Loma del Pliegue Tumbado, leżący na południe od popularnych szlaków. To już nie było takie łatwe. Sama droga niczym się nie wyróżniała – przez 4 godz. prawie cały czas pięliśmy się pod górę, w tym ostatnie 1,5 godz. pokonywaliśmy ostre podejście po luźnym łupku w pełnym słońcu. Nagroda, która czekała na szczycie, w pełni nas jednak usatysfakcjonowała: naszym oczom ukazała się cudowna panorama na większą część Parku Narodowego Lodowców! Szkoda, że żadne zdjęcia ani film tego nie oddadzą. Pod nami rozpościerała się Laguna Torre, gdzie dotarliśmy bez większych problemów następnego dnia.

FOT. INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCION TURISTICA DE ARGENTINA

Wzgórze Siedmiu Kolorów obok Purmamarki w prowincji Jujuy

 

Nie wolno nam zapomnieć, że Patagonia to także rozległe stepy, na których królują argentyńscy kowboje (gauchos),oraz kilkusetkilometrowe trasy z południa na północ przez surowe pustkowia z górującymi w oddali majestatycznymi Andami. Natomiast na północy Patagonii w okolicach Bariloche (San Carlos de Bariloche) czy El Bolsón krajobraz współtworzą głównie wulkany. Ich perfekcyjne stożki odbijają się w niebieskich wodach wielkich jezior. Wydaje się, że życie płynie tutaj wolniej, co sprawia, iż niemal od razu zarażamy się argentyńskim zamiłowaniem do relaksu i kontemplacji nad kubkiem yerba mate. Termos z gorącą wodą i zapas ususzonych liści ostrokrzewu paragwajskiego towarzyszą zawsze niemal każdemu Argentyńczykowi. Napar, zalewany wielokrotnie, spożywa się przez tradycyjną metalową, często posrebrzaną rurkę do picia zwaną bombillą, która służy także za sito.

 

Moja kraina marzeń

Argentyna stanowi ósme co do wielkości państwo globu (ma prawie 2,8 mln km² powierzchni) i podróżując poprzez jej kolejne prowincje, odkrywamy za każdym razem zupełnie inny świat pod względem kulturowym, geograficznym i klimatycznym – od subpolarnego południa po ciepłą podzwrotnikową północ, od gorących nadmorskich plaż po mroźne szczyty argentyńskich sześciotysięczników. Poza wspaniałą Patagonią znajdziemy tu takie cuda natury, jak np. ukryte w wilgotnej dżungli Wodospady Iguazú (Cataratas del Iguazú) składające się z niemal 300 kaskad z najwyższą, 80-metrową, nazwaną Gardłem Diabła (Garganta del Diablo). W północno-zachodniej część kraju z suchym wysokogórskim klimatem odkryjemy kolorowe wąwozy Quebrada de Humahuaca, rozlegle płaskowyże pokryte tysiącami kaktusów, ośnieżone sześciotysięczniki i pustynie solne, czyli saliny. Usłyszymy tutaj język keczua, przejedziemy się lokalnym busem pachnącym liśćmi koki i poznamy zamieszkującą te rejony ludność noszącą tradycyjne barwne stroje ludowe. Dodajmy do tego jeszcze gorące, zmysłowe tango na kolorowych ulicach dzielnicy La Boca w Buenos Aires, smak wybornego wina w oliwnych gajach w okolicach Mendozy i niepowtarzalną atmosferę sjesty w cieniu białych arkad w centrum Salty przy talerzu z pysznymi empanadami (empanadas), a zrozumiemy, jak powinna wyglądać podróż naszego życia.   

 

Artykuły wybrane losowo

Toskania – serce Włoch

APOLONIA FILONIK

<< Toskania jest jednym z najchętniej odwiedzanych przez turystów regionów Włoch. Nie należy się temu dziwić – wszak znajdziemy w niej wspaniałe zbiory sztuki renesansowej, urokliwe, średniowieczne miasteczka, zachwycające krajobrazy i wyborne wino. Każdy powinien więc być zadowolony z wizyty tutaj. Toskania to także serce kultury Italii – stąd pochodzili Dante Alighieri, Francesco Petrarca i Giovanni Boccaccio, ojcowie języka włoskiego, który wywodzi się z dialektu właśnie tego regionu. >>

Podczas planowania wycieczki po tej przepięknej części Włoch nierzadko musimy wybierać między największymi turystycznymi atrakcjami a mniej oczywistymi miejscami. Podjęcie odpowiedniej decyzji bywa w takiej sytuacji trudne. W tym krótkim artykule postaram się to jednak ułatwić, bo każda podróż do Toskanii powinna być niezapomnianym przeżyciem.

 

Florencka Katedra Matki Boskiej Kwietnej z największą ceglaną kopułą na świecie

© KavalenkavaVol ha/iSto ck/Getty Imag es

 

Na początek przyjrzymy się kontynentalnej części regionu, najbardziej wyczerpująco opisywanej w przewodnikach turystycznych. Tu z pewnością choć raz trzeba odwiedzić toskańską stolicę, Florencję. Warto też poznać inne, większe i mniejsze miasta, w których na każdym kroku można się przekonać, że Włochy to kolebka sztuki europejskiej. Toskania ma również swoje wyspiarskie oblicze. Należy do niej zachwycający archipelag Wysp Toskańskich.

 

Kolacja na sielskiej toskańskiej prowincji

©SolStock/E+/Getty Imag es

 

PRAWDZIWE ARCYDZIEŁO

Florencja to raj dla turystów zafascynowanych włoską sztuką. Miasto oblegają przyjezdni z całego świata, więc nie ma w nim co liczyć na chwilę spokoju i samotności. Należy być gotowym na stanie w kolejkach, zrobić wcześniej rezerwację biletów i niestety poddać się nurtowi zwiedzających w muzeach i galeriach. Jednak to, co można zobaczyć i przeżyć w stolicy Toskanii, jest warte tych poświęceń. Florencja stanowi prawdziwe dzieło sztuki – na każdym kroku napotkamy w niej arcydzieła architektury, rzeźby lub malarstwa autorstwa najwybitniejszych mistrzów w historii.

Za najbardziej ikoniczną florencką budowlę uchodzi – oczywiście – Katedra Matki Boskiej Kwietnej (Cattedrale di Santa Maria del Fiore), której zjawiskowa kopuła góruje nad dachami miasta. Świątynia jest szczególnie atrakcyjna z zewnątrz (rzeźby z niej można zobaczyć w Museo dell’Opera del Duomo) i żeby podziwiać jej majestatyczne piękno, warto wspiąć się po 414 schodach na blisko 85-metrową Dzwonnicę Giotta (Campanile di Giotto). Do kompleksu sakralnego należy również baptysterium (Battistero di San Giovanni), do którego prowadzą słynne drzwi z początku XV w., projektu Lorenza Ghibertiego.

Podczas jednej podróży do Florencji nie sposób zwiedzić wszystkiego, ale dobrze orientować się, co nas czeka w poszczególnych galeriach i muzeach. Na pierwszym miejscu wśród tych placówek znajduje się Galeria Uffizi (Galleria degli Uffizi) – świątynia renesansowego malarstwa włoskiego. Najczęściej kojarzony z nią obraz Narodziny Wenus Sandra Botticellego to tylko jedno płótno z ogromnej kolekcji dzieł artystów takich jak Leonardo da Vinci, Michał Anioł, Rafael Santi, Giotto di Bondone czy Piero della Francesca. Symbolem Florencji, prócz katedry, jest słynny Dawid Michała Anioła. Pierwotnie był umieszczony na zewnątrz, dziś wraz z innymi pracami mistrza wystawia go Galeria Akademii (Galleria dell’Accademia). W poszukiwaniu arcydzieł Michała Anioła powinniśmy udać się też do Museo Nazionale del Bargello w Pałacu Bargello, gdzie możemy także podziwiać rzeźby innych artystów, np. Donatella, oraz do Casa Buonarroti – w domu tym wprawdzie nie mieszkał, ale dziś mieści się w nim jego muzeum. Obok Galerii Uffizi, przy Piazza della Signoria znajduje się Stary Pałac (Palazzo Vecchio), dawna siedziba rady miejskiej. Stąd słynnym mostem złotników (Ponte Vecchio) dotrzemy na drugą stronę rzeki Arno, prosto do Palazzo Pitti z aż czterema muzeami.

Osoby wolące kontemplować dzieła sztuki w zaciszu sakralnych wnętrz mogą być pewne, że nie zabraknie ich we florenckich świątyniach. Oprócz katedry na liście zwiedzania powinny znaleźć się kościół Medyceuszy – Basilica di San Lorenzo z Nową Zakrystią (Sagrestia Nuova) zaprojektowaną przez Michała Anioła; Orsanmichele – pierwotnie spichlerz i hala gildii miejskich, który zdobią rzeźby m.in. Donatella i Lorenza Ghibertiego; Basilica di Santa Croce z kaplicami Peruzzich i Bardich dekorowanymi freskami Giotta; Chiesa di Santa Maria del Carmine z kaplicą Brancaccich z freskami Masaccia, Masolina da Panicale i Filippina Lippiego oraz Basilica di Santa Maria Novella słynąca z innego dzieła Masaccia – Trójcy Świętej.

 

Charakterystyczny element krajobrazów Toskanii stanowią łagodne, zielone wzgórza

© Shaiith/iSto ck/Getty Imag es

 

SIENA, PIZA I CAŁA RESZTA

Średniowieczna Siena to drugie po Florencji miasto stanowiące najczęstszy cel turystów zwiedzających Toskanię. Tu również znajduje się wspaniała katedra (Cattedrale Metropolitana di Santa Maria Assunta). Ma ona pięknie zdobioną fasadę i kryje w swoim wnętrzu wyjątkowe prace gotyckich i renesansowych mistrzów takich jak Nicola Pisano, jego syn Giovanni, Michał Anioł czy Donatello. Podobnie jak we Florencji wiele dzieł sztuki pochodzących z katedry przechowywanych jest w pobliskim muzeum (Museo dell’Opera del Duomo, Siena Opera della Metropolitana). Aby obejrzeć wybitne przykłady malarstwa, należy udać się do galerii Pinacoteca Nazionale. Jednak najważniejszy punkt Sieny stanowi Piazza del Campo – spadzisty plac w kształcie półkola, przy którym mieści się Palazzo Pubblico (Palazzo Comunale) z Muzeum Miejskim (Museo Civico). To właśnie na nim odbywa się dwa razy do roku (2 lipca i 16 sierpnia) słynny wyścig konny Palio di Siena (Il Palio). Biorący w nim udział zawodnicy reprezentują 17 dzielnic (contrade). W samej gonitwie uczestniczy 10 dżokejów (fantini). Widowisko przyciąga niemal wszystkich mieszkańców Sieny i mnóstwo gości z całego świata. Zwycięzca wyścigu zostaje na koniec porwany przez rozentuzjazmowany tłum.

Trzecim najbardziej znanym miastem Toskanii obok Florencji i Sieny jest Piza. Wszyscy kojarzą ją głównie z Krzywą Wieżą (Torre Pendente), z którą turyści fotografują się w różnych pozach. Naszej uwadze nie powinny umknąć jednak inne wspaniałe budowle wzniesione na Placu Cudów (Piazza dei Miracoli) – przede wszystkim majestatyczna Katedra Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (Cattedrale Metropolitana Primaziale di Santa Maria Assunta), będąca nietypowym przykładem włoskiej architektury średniowiecznej (arcydziełem tzw. romanico pisano), oraz Baptysterium św. Jana Chrzciciela (Battistero di San Giovanni Battista).

W Toskanii, jeśli tylko będziemy mieli taką możliwość, musimy odwiedzić jak najwięcej zabytkowych miast i miasteczek. Są one nieco spokojniejsze niż te trzy duże, najmodniejsze i najbardziej oblegane toskańskie ośrodki, ale z pewnością nie brakuje im wielkiego uroku. Wśród nich warto wymienić choćby Cortonę, Carrarę, Arezzo, Lukkę, Montalcino, Montepulciano, Pienzę, Pistoię, Grosseto, San Gimignano czy Monteriggioni. Na zainteresowanie zasługują także regiony Chianti, Casentino, Garfagnana, Lunigiana i Maremma. Arezzo słynie m.in. z fresków Piera della Francesco zdobiących Bazylikę św. Franciszka (Basilica di San Francesco). Cortona z kolei szczyci się piękną średniowieczną zabudową, podobnie zresztą jak choćby Lukka, Monteriggioni czy Pistoia. W tej ostatniej nie sposób ominąć Katedry św. Zenona (Cattedrale di San Zeno) z najwspanialszym włoskim ołtarzem, wykonanym ze srebra (Altare argenteo di San Jacopo). San Gimignano rozpoznamy z daleka po 14 wieżach, które nadają mu charakter średniowiecznej metropolii. Pienza to miasteczko zaprojektowane i założone w epoce renesansu przez papieża Piusa II. Carrara słynie z okolicznych kamieniołomów. W marmurze karraryjskim tworzyli swoje dzieła m.in. Michał Anioł czy Giovanni Lorenzo Bernini. Romantyczny górski krajobraz, który niegdyś zachwycił angielskiego poetę George’a Gordona Byrona, będziemy mogli podziwiać w Garfagnanie. Rejon Maremmy z kolei zaskakuje dzikimi pejzażami w swoim centrum. Podążając nieco dalej na zachód od niego, natrafimy na najbardziej popularne plaże w Marina di Alberese, Porto Ercole, Porto Santo Stefano, Monte Argentario, Orbetello, Castiglione della Pescaia i Scarlino. Szlakiem winnym powinniśmy udać się do regionu Chianti oraz Montalcino (ojczyzny wyśmienitego czerwonego Brunello di Montalcino) i Montepulciano, gdzie produkuje się wyborne Vino Nobile di Montepulciano.

 

MALOWNICZY ARCHIPELAG

Wyspy Toskańskie (Arcipelago Toscano) rozciągają się między morzami Liguryjskim i Tyrreńskim, u wybrzeży Toskanii. Największa z nich, Elba (ok. 224 km² powierzchni i 32 tys. mieszkańców), kojarzy się przede wszystkim z zesłanym na nią Napoleonem Bonapartem (przebywającym na niej od maja 1814 r. do lutego 1815 r.), ale jest też miejscem krzyżowania się wielu kultur. To tutaj według mitologii greckiej podczas wyprawy po złote runo zatrzymał się Jazon (Argonauci nazywali ten piękny ląd Aethalią). Wyspa została wspomniana w Eneidzie rzymskiego poety Wergiliusza. Zawitali na nią m.in. Grecy, Etruskowie, Rzymianie, Saraceni, Medyceusze, Hiszpanie, a w końcu sam cesarz Francuzów. Dziś zniewalającą Elbę odwiedzają rzesze turystów, co wcale nie dziwi. Oprócz malowniczych krajobrazów i piaszczystych plaż znajduje się tu wiele innych atrakcji.

W stolicy wyspy, Portoferraio, zwiedzimy przede wszystkim XVI-wieczne medycejskie fortyfikacje. Do ich najważniejszych obiektów należą Torre della Linguella (Torre del Martello), Forte Stella na planie gwiazdy i Forte Falcone. Widoki w tym największym mieście Elby, w którym mieszka na stałe 12 tys. osób, uatrakcyjniają dodatkowo liczne przejścia, tunele, schody i armaty. Pielgrzymów i miłośników sztuki sakralnej zainteresuje główny tutejszy kościół – Chiesa della Natività di Maria (Propositura della Natività di Maria), stojący przy placu Republiki (Piazza della Repubblica).

W każdej miejscowości na wyspie znajdziemy coś interesującego. W Palazzo del Pretorio w miasteczku Marciana mieści się Miejskie Muzeum Archeologiczne (Museo Civico Archeologico di Marciana) z licznymi zbiorami interesujących przedmiotów pochodzących z tej okolicy. Placówka podzielona jest na kilka sekcji: prehistoryczną, etruską, średniowieczną, omawiającą m.in. miejscowe zastosowanie granodiorytu (wydobywanego niegdyś w Cavoli), oraz dotyczącą cennych reliktów odkrytych pod wodą w okolicach Sant’Andrea, Procchio i Chiessi (tzw. relitti di Sant’Andrea, relitto di Procchio i relitto di Chiessi). Z Porto Azzurro można wybrać się do barokowego Sanktuarium Matki Boskiej z Montserrat (Santuario della Madonna di Monserrato), wybudowanego na początku XVII w. przez ówczesne władze hiszpańskie. Poświęcono je Madonnie z Montserrat w Katalonii. Jeśli odwiedzimy Porto Azzurro 8 września, trafimy na obchody święta ku jej czci. Z kolei 25 lipca będziemy mieli w nim okazję obejrzeć spektakularny pokaz fajerwerków nad zatoką organizowany z okazji dnia św. Jakuba (San Giacomo).

Jednak Elba to również, a może przede wszystkim, miejsce atrakcyjne ze względów przyrodniczych, doskonałe dla miłośników wycieczek na łono natury. Częścią rozległego Parku Narodowego Wysp Toskańskich (Parco Nazionale Arcipelago Toscano) jest choćby mieszczące się w pobliżu Monte Perone (630 m n.p.m.) Sanktuarium Motyli „Ornella Casnati” (Il Santuario delle Farfalle „Ornella Casnati”), w którym w naturalnym środowisku lasów sosnowych i pól obejrzymy unikatowe gatunki motyli występujących w tym rejonie.

Elba słynie też z ogromnej różnorodności minerałów. Warto tu wymienić dwie główne atrakcje. Pierwsza z nich to Park Górniczy Wyspy Elba (Parco Minerario Isola d’Elba) w Rio Marinie, w której okolicy od blisko 3 tys. lat (od czasów Etrusków) wydobywano żelazo. Wycieczkę należy rozpocząć w XVIII-wiecznym Palazzo del Burò, najważniejszym budynku historycznego centrum miasta. Obecnie działa w nim muzeum (Museo dei Minerali dell’Elba e dell’Arte Mineraria), w którym zebrano wspaniałą kolekcję tysiąca minerałów, a także zrekonstruowano wnętrza kopalni. Następnie koniecznie trzeba zwiedzić właśnie kopalnie – otaczający je niezwykły, czerwony pejzaż przywodzi na myśl krajobraz księżycowy. Specjalny pociąg (tzw. trenino) w nieco ponad godzinę obwiezie nas po głównych punktach kopalni. Atrakcja ta spodoba się szczególnie młodszym zwiedzającym. Drugim miejscem, które prezentuje minerały wyspy, jest Museo Minerali Elbani „Alfeo Ricci” w Capoliveri. Szczyci się ono kolekcją rzadkich okazów Alfea Ricciego. Muzeum działa codziennie, a wstęp kosztuje zaledwie 2 euro.

Jeden z najpiękniejszych punktów widokowych na Elbie stanowi Punta Calamita, wysunięty w morze górzysty półwysep, wprost idealny jako cel wypraw rowerowych. Już od czasów Etrusków mieściły się w tym rejonie kopalnie magnetytu – obok pirotynu jedynego minerału, który naturalnie wykazuje właściwości magnetyczne. Podobno w pobliżu półwyspu kompasy na statkach traciły orientację i przestawały wskazywać północ. Na jego zwiedzanie można wyruszyć pieszo lub rowerem z Capoliveri drogą, która prowadzi przez malowniczą Plażę Kochanki (Spiaggia dell’Innamorata) do sosnowego lasu na Monte Calamita, wzgórzu o wysokości 413 m n.p.m.

Wspomniana Spiaggia dell’Innamorata ma długość ok. 280 m, pokryta jest piaskiem i osłonięta od wiatru z jednej strony przez Punta di Pareti, a z drugiej przez Punta delle Ciarpe. Swoją romantyczną nazwę zawdzięcza tragicznej historii miłości Lorenza i Marii. Legenda pochodząca z 1534 r. głosi, że plaża była schronieniem dla dwojga kochanków, którzy z powodu sprzeciwu rodziny dziewczyny nie mogli być razem. Kiedy Lorenzo został zabity przez piratów, Maria z rozpaczy rzuciła się w morskie odmęty. Podobno zdarzyło się to 14 lipca i do dziś w Capoliveri w tym dniu obchodzi się Święto Zakochanych, któremu towarzyszy uroczysta parada i procesja ze światłami nad brzeg morza.

W skład archipelagu wchodzi jeszcze sześć innych większych wysp. Druga co do wielkości po Elbie jest Giglio (ok. 24 km² powierzchni i blisko 1,5 tys. mieszkańców). Jej okolica stanowi wymarzone miejsce dla amatorów nurkowania. Przejrzyste wody pozwalają na obserwowanie bujnego życia morskiego. Kto skusi się na podwodną wyprawę, będzie mógł podziwiać skały pokryte niebieskimi gąbkami i czerwonymi gorgoniami oraz spotkać piotrosze (paszczaki, ryby św. Piotra), samogłowy, kielce właściwe (kielczaki śródziemnomorskie), tuńczyki czy pławikoniki. Trzecia pod względem powierzchni jest Capraia (ponad 19 km²). To jedyna wyspa archipelagu, która ma pochodzenie wulkaniczne. Uchodzi za raj dla miłośników zarówno flory, jak i fauny. Z kolei na Pianosie (ok. 10 km²) do 1998 r. mieściło się pilnie strzeżone więzienie. Z tego powodu ta dziewicza wyspa nie jest częstym celem wypraw turystów, poza tym w celu zachowania jej naturalnego piękna podjęto decyzję o wprowadzeniu limitu liczby gości, która nie może przekraczać 250 osób dziennie. Warto ją jednak odwiedzić podczas wycieczki z przewodnikiem i wziąć udział w wędrówkach pieszych lub rowerowych, zwiedzić spektakularny kompleks chrześcijańskich katakumb z III–IV w. albo uprawiać snorkeling u jej brzegów. Giannutri (2,6 km² powierzchni) kształtem przypomina półksiężyc. W okolicznych krystalicznie czystych wodach można się natknąć dość często na delfiny i walenie, a czasami nawet na żółwie karetta. Na wyspie zwiedzimy rzymską willę z I–II w. n.e. wybudowaną dla potężnej rodziny Domizi Enobarbi, z której pochodził cesarz Neron (tzw. Villa Domizia, Villa Domitia). Na Gorgonie (2,23 km² powierzchni) funkcjonuje od 1869 r. kolonia karna, dlatego obowiązuje na niej limit odwiedzających – turyści mogą przypływać tu cztery dni w tygodniu (wpuszcza się do 75 osób dziennie). Niełatwo dostać się również na Montecristo (ok. 10,4 km²). Rozgłos przyniosła jej powieść francuskiego pisarza Aleksandra Dumasa Hrabia Monte Christo (1844–1846). Wokół niej rozwinęło się szczególnie bogate życie morskie. W okolicy pojawiają się różne gatunki waleni, w tym wyjątkowo rzadkie, m.in. dlatego na wyspę, na której utworzono zresztą objęty ścisłą ochroną rezerwat biogenetyczny „Isola di Montecristo” (Riserva Naturale Biogenetica „Isola di Montecristo”), wpuszcza się rocznie, jedynie w okresie od 1 kwietnia do 15 lipca i od 31 sierpnia do 31 października, zaledwie tysiąc szczęśliwców (600 uczniów, studentów i 400 dorosłych – członków ekspedycji naukowych, dziennikarzy czy pisarzy). Nie zniechęca to jednak wielu zafascynowanych tajemniczą, dziewiczą i niedostępną Montecristo osób, które są gotowe długo czekać na akceptację ich zgłoszenia (średnio dwa, trzy lata).

 

PRZYRODA I SPA

Toskania z jednej strony kojarzona jest z miastami, które same w sobie stanowią dzieła sztuki, a z drugiej – z zachwycającymi krajobrazami. Miłośnicy spędzania urlopu na łonie natury nie mogą narzekać na brak atrakcji. Na wielbicieli górskich wycieczek czeka Park Narodowy Apeninu Toskańsko-Emiliańskiego (Parco Nazionale Appennino Tosco-Emiliano), który rozciąga się na granicy Toskanii i Emilii-Romanii. Bogata fauna i flora oraz najwyższy szczyt całego regionu, Prado (Prato, 2054 m n.p.m.), są chyba wystarczającą zachętą, żeby się tu udać. Bliżej wybrzeża można wybrać się na wyprawę w dzikie Alpy Apuańskie, gdzie wśród malowniczych gór znajduje się niemal tysiąc jaskiń, w tym najgłębsza we Włoszech (aż ok. 1210 m!) – Antro del Corchia (nazywana również Grottą di Eolo).

Ci, którzy najchętniej spędzają czas nad brzegiem morza, powinni z pewnością zaplanować wycieczkę na zachwycające Wyspy Toskańskie. Jeśli wolą jednak pozostać w kontynentalnej części regionu, mogą zatrzymać się w jednej z tutejszych nadmorskich miejscowości. Viareggio na wybrzeżu Versilia to kurort nad Morzem Liguryjskim, w którym dominuje architektura w stylu secesji i art déco. Latem wypoczniemy tu na pięknych plażach, a zimą – będziemy się bawić podczas słynnego karnawału (Carnevale di Viareggio). Na południe od Viareggio znajduje się klimatyczne Livorno – najważniejsze miasto portowe w Toskanii, które tętni życiem. Warto je odwiedzić także poza sezonem. Za jego największe atrakcje uchodzą liczne targi, akwarium (Acquario di Livorno) i piękna promenada ciągnąca się wzdłuż wybrzeża (tzw. Lungomare di Livorno). W rejonie niziny Maremma możemy zatrzymać się w Castiglione della Pescaia, dawnej rybackiej wiosce z dwoma portami, latarniami morskimi i molo. W okolicy są zarówno skaliste, jak i piaszczyste plaże. Dalej na południe leży laguna Orbetello i urokliwe miasteczko o tej samej nazwie. Gości tego ostatniego zaskoczy nieco egzotyczna atmosfera. Laguna słynie z bogactwa roślin i zwierząt, w tym różowych flamingów. W miasteczku znajduje się dość sporo perełek architektury, zarówno z początków renesansu, jak i z czasów panowania Hiszpanów (Stato dei Presidi, 1557–1801).

Jeśli ktoś pragnie wybrać się nad morze, ale woli spędzać czas aktywniej, niż tylko leżąc na plaży w towarzystwie innych turystów, powinien odwiedzić Parco Regionale Migliarino San Rossore Massaciuccoli – park o niespotykanie zróżnicowanym krajobrazie. Są tutaj piaszczyste wydmy, malownicze morskie wybrzeże, jezioro Massaciuccoli, ujścia rzek Arno i Serchio oraz sosnowe lasy. Park można zwiedzać samodzielnie lub podczas wycieczki z przewodnikiem. Do wyboru mamy wędrówkę szlakami pieszymi, przejażdżkę trasami rowerowymi, skorzystanie z małego, ekologicznego pociągu czy nawet łodzi.

Wielbiciele wczasów zdrowotnych powinni wybrać się do Montecatini Terme, Castiglione d’Orcia czy Bagni di Lucca. Pierwsza miejscowość to eleganckie uzdrowisko w prowincji Pistoia słynące z dobroczynnych wód, w którym poczujemy się jak kuracjusze z minionych wieków. Pobyt w nim będzie nie tylko relaksem dla ciała i duszy, ale i prawdziwym przeżyciem estetycznym, a to za sprawą zabytkowej architektury kompleksu łaźni (Terme Tettuccio). Do Castiglione d’Orcia warto udać się zwłaszcza, gdy temperatura nieco spadnie, bo w jego okolicy znajdują się gorące źródła w Bagni San Filippo. Klimatyczne uzdrowisko Bagni di Lucca, nie bez powodu zwane Szwajcarią Toskanii, znane było już w czasach starożytnego Rzymu.

 

CHLEB I WINO

W trakcie podróży po malowniczej toskańskiej ziemi nie należy zapominać o przyjemnościach cielesnych i degustacji miejscowych specjałów. Kuchnia tego regionu charakteryzuje się bardzo długą tradycją, związaną głównie ze środowiskiem wiejskim. Choć bazuje na nieskomplikowanych składnikach, nie można odmówić jej wyrafinowania.

Przewodnik po kuchni Toskanii bezsprzecznie trzeba zacząć od steku po florencku, czyli bistecca alla fiorentina – sztandarowego tutejszego dania. W restauracjach Florencji specjalizujących się w tej potrawie kelner najpierw prezentuje gościowi plaster surowej wołowiny. Jeśli ten go zaakceptuje, kucharz przystąpi do odpowiedniego przyrządzania mięsa. Stek ma wagę ok. 1–1,5 kg, grubość mniej więcej 5–6 cm i krwiste wnętrze.

Kuchnia toskańska jest w dużej mierze mięsna i tłusta, dlatego obok wołowiny kluczowe miejsce zajmują w niej flaki. Typowe danie to trippa alla fiorentina. Pod tą nazwą kryją się flaki gotowane z oliwą, cebulą, włoszczyzną i pomidorami, a przed podaniem oprószone tartym parmezanem. W wersji street food potrawa ta występuje w postaci lampredotto, czyli rodzaju burgera z flakami. Można go kupić w specjalnych budkach – lampredottari. Podawany jest najczęściej z sosem z czosnku i natki pietruszki.

Ale kuchnia Toskanii to nie tylko dania mięsne, lecz także wyśmienite zupy. Za typową dla tego regionu uchodzi pappa al pomodoro. Swoją gęstą konsystencję ta włoska pomidorówka zawdzięcza dodatkowi toskańskiego chleba, który według receptury sięgającej średniowiecza zagniata się bez soli. Inną popularną zupą jest fasolowa ribollita. Jej główne składniki, oprócz fasoli, stanowią toskańska czarna kapusta (cavolo nero, nazywana też często czarnym jarmużem lub dinozaurem) i czerstwy chleb. Pierwotnie ribollita była przygotowywana w chłopskich domach i od razu w dużych ilościach po to, żeby odgrzewać ją przez kilka dni, na co wskazuje sama jej nazwa („ponownie gotowana”).

Do charakterystycznych deserów w Toskanii (jak i na całym obszarze Apeninów) należą ciasto z kasztanów, czyli castagnaccio, i ciasteczka cantucci (cantuccini lub biscotti di Prato, czyli „biszkopty z Prato”). To pierwsze jest niepozornym, płaskim plackiem z mąki z kasztanów, z dodatkiem rodzynek i orzeszków piniowych, udekorowanym często gałązką rozmarynu albo skórką pomarańczową. Cantucci są w Polsce lepiej znane. Te twarde ciasteczka migdałowe o cytrynowym lub pomarańczowym aromacie przypominają nieco sucharki. Podaje się je najczęściej z rodzajem toskańskiego wina deserowego (tzw. vin santo – po polsku „święte wino”), w którym macza się cantucci, aby zmiękły. Można je również zanurzyć w pysznej włoskiej kawie.

Skoro już wspomnieliśmy przed chwilą o szlachetnych trunkach, na koniec należy nadmienić o chyba najważniejszym bohaterze opowieści o tradycji kulinarnej Toskanii – winie z regionu Chianti. Wyróżnić tu trzeba Chianti Rufina DOCG (Denominazione di Origine Controllata e Garantita) wytwarzane w miasteczku Rufina i jego okolicach, a przede wszystkim słynne Chianti Classico DOCG, którego spróbować można niemal w każdym punkcie gastronomicznym we Florencji i całym regionie: od ulicznej budki po elegancką restaurację. Inne produkty warte uwagi to przede wszystkim wyborna oliwa, białe trufle z San Miniato, ser pecorino toscano, a z wyrobów mięsnych: finocchiona (toskańskie salami z koprem włoskim) i prosciutto toscano.

INNY RODZAJ TURYSTYKI

Zmęczeni nierzadko wielogodzinnym staniem w kolejkach po bilety i pospiesznym przesuwaniem się z tłumem po korytarzach galerii i muzeów turyści marzą o chwili wytchnienia, alternatywnych formach spędzania czasu, bez pośpiechu, w spokoju, w bliskim kontakcie z naturą. To właśnie oferuje im od 2015 r. Slow Travel Fest – cykliczne wydarzenie, które narodziło się w Toskanii i promuje wypoczynek z dala od typowych turystycznych atrakcji. Jak opisują sami organizatorzy, slow travel oznacza całkowite zanurzenie się w doświadczeniu podróży. Wydarzenie obejmuje różnego rodzaju spotkania związane ze sztuką, muzyką i naturą, a także wycieczki w okolicach historycznej Via Francigena (Drogi Franków). Slow Travel Fest obecnie składa się już z cyklu imprez na świeżym powietrzu. W tym roku w połowie czerwca w jego ramach odbył się festiwal dla rodzin (i nie tylko) Lunigiana Folks & Family. W programie znalazły się wycieczki piesze, rowerowe i konne po zapierającym dech w piersiach nawet najbardziej wybrednym globtroterom obszarze Lunigiana oraz liczne interesujące przedstawienia, koncerty i warsztaty. Połowa września z kolei należała do miłośników wspinaczki górskiej. W ramach Camaiore Climbing & Trekking można było odkrywać Alpy Apuańskie i okolice Camaiore w prowincji Lukka, atrakcyjne właśnie dla wielbicieli tej aktywności na świeżym powietrzu. W weekend od 21 do 23 września odbył się klimatyczny festiwal Monteriggioni Walks & Talks, podczas którego urocze średniowieczne Monteriggioni i pobliska Abbadia a Isola stały się toskańskim centrum slow travel. Oprócz wszelkiego rodzaju wydarzeń o charakterze artystycznym tradycyjnie oferowano wycieczki piesze, rowerowe, konne, a nawet zwiedzanie pobliskich grot czy spokojny rafting z dreszczykiem pozytywnych emocji w przepięknej scenerii doliny rzeki Elsa (Val d’Elsa). Więcej informacji o Slow Travel Fest zdobędziemy pod adresem www.slowtravelfest.it.

 

NATURALNE TARGI

Dla wielbicieli idei slow food w Toskanii przygotowano specjalną ofertę targów zwanych Mercati della Terra. To miejsca, gdzie można kupić i spróbować regionalnych, sezonowych, ekologicznych produktów sprzedawanych przez samych wytwórców, a przy okazji poznać nieco życie lokalnej społeczności. Inicjatywa narodziła się w 2005 r. w toskańskim mieście Montevarchi w prowincji Arezzo, a w kolejnych latach rozprzestrzeniła się na całe Włochy. Obecnie w samej Toskanii działa pięć Mercati della Terra (z 66 na całym świecie i 37 w Italii).

Poza Montevarchi, gdzie tego rodzaju targ (Mercatale di Montevarchi) odbywa się codziennie od 9.00 do 13.00 i od 16.00 do 20.30 na Piazza dell’Antica Gora, warto odwiedzić choćby sielskie Procchio na Elbie. Tutaj już od ponad siedmiu lat (od sierpnia 2011 r.) w każdą sobotę od początku kwietnia do końca września od 8.00 do 13.00 sprzedawcy rozkładają swoje stoiska w Giardini di Procchio (naprzeciwko luksusowego, 4-gwiazdkowego Hotelu del Golfo). Targ w Procchio (Mercato della Terra e del Mare di Procchio – Isola d’Elba) skupia ok. 15 różnych wytwórców z Elby i innych wysp archipelagu. Ma ogromne znaczenie dla rozwoju miejscowego rolnictwa i rybołówstwa. Można na nim kupić m.in. owoce i warzywa, świeże ryby i owoce morza, a także jajka, miody, wyroby cukiernicze, chleby, oliwy, miejscowe wina, sery, naturalne olejki eteryczne i domowe przetwory. Poza tym Mercati della Terra odbywają się w Montecatini Terme (via Mazzini, w sobotę rano, a popołudniu – Margine Coperta przy Piazza Don Andrea Gallo), San Miniato (Piazzale Dante Alighieri, w trzecią niedzielę miesiąca, w każdy piątek również na terenie osiedla La Scala) oraz Lukce (Mercato Bio di Lucca, Piazza San Francesco, w środy latem od 16.30, a zimą od 14.30). Więcej informacji znajdziemy na stronie www.fondazioneslowfood.com.

 

NA ZAKOŃCZENIE

Toskania kryje jeszcze wiele innych skarbów, które opisać trzeba by było w co najmniej kilkutomowym zbiorze. Mam nadzieję, że tym artykułem przekonałam Was, drodzy Czytelnicy, że warto samemu próbować ją odkrywać: zbaczać z utartych szlaków, zaglądać do zaułków, wybrać się na zachwycające Wyspy Toskańskie z gościnną Elbą na czele, rozmawiać z mieszkańcami i być na bieżąco z lokalnymi wydarzeniami, barwnymi festiwalami. Taki sposób zwiedzania dostarcza bezcennej satysfakcji i gwarantuje niepowtarzalne wspomnienia z podróży po malowniczej toskańskiej ziemi.

 

Wydanie jesień-zima 2018

Współczesne uzdrowiska – połączenie tradycji z nowoczesnością

 

BARBARA TEKIELI

 

Regeneracja sił w bliskości z naturą, podziwianie wyjątkowych krajobrazów i pięknej architektury przy jednoczesnym dbaniu o zachowanie harmonii ciała i ducha, a do tego aktywny udział w wydarzeniach kulturalnych – oto nowe spojrzenie na leczenie uzdrowiskowe w Polsce oraz u naszych sąsiadów i bratanków: na Litwie, Słowacji, Węgrzech i w Czechach. Odpoczynek w miejscowościach kuracyjnych, najczęściej malowniczo położonych, nabiera dziś nieco innego charakteru. Współczesne uzdrowiska znakomicie łączą dwie funkcje: leczenie wielu schorzeń i chorób cywilizacyjnych oraz oferowanie zabiegów odnowy biologicznej. Kuracjusze nie ograniczają się wyłącznie do korzystania z terapii rekomendowanych przez lekarzy. Chcą odbyć kurację w miejscach atrakcyjnych turystycznie i połączyć ją z wypoczynkiem, poznawaniem historii regionu, dbaniem o kondycję fizyczną czy urodę, a nawet delektowaniem się specjałami lokalnej kuchni. Mnóstwo komfortowych ośrodków oferuje swoim gościom popularne ostatnio pakiety ekologiczne i usługi z zakresu medycyny naturalnej. W większości uzdrowisk powstają luksusowe centra spa i wellness proponujące zabiegi na najwyższym światowym poziomie. Poza tym w wielu z nich odbywają się ciekawe wydarzenia kulturalne lub sportowe.

Więcej…

Kolumbia – kraj nierzeczywisty

Cartagena de Indias  Cortesia ProColombia

Kolonialna Cartagena de Indias – wieża Katedry św. Katarzyny Aleksandryjskiej

© PROCOLOMBIA

 

MARIA HAWRANEK, SZYMON OPRYSZEK

www.intoamericas.com

 

To niewiarygodne, że Kolumbia istnieje naprawdę. Znajdziemy w niej wszystko: od karaibskich plaż przez tropikalne lasy po andyjskie szczyty. Na dodatek żyją tu najmilsi ludzie na kontynencie, a atmosfera w tym kraju pełna jest magii. Nic dziwnego, że to tutaj urodził się jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez.

 

To czwarte pod względem powierzchni państwo Ameryki Południowej może poszczycić się wyjątkowym położeniem. Ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i Atlantykiem (a dokładniej Morzem Karaibskim). Jego stolica, Bogota, leży na średniej wysokości 2640 m n.p.m. Najbardziej na południe wysunięty odcinek granicy przebiega wzdłuż Amazonki.

 

Do jakiego kraju byście wrócili? Dokąd w Ameryce Południowej warto pojechać? – pytają nas często słuchacze podczas prelekcji podróżniczych. Niezmiennie wśród naszych trzech ukochanych miejsc wymieniamy właśnie Kolumbię, której w Polsce wciąż przypina się nieaktualną już od dawna łatkę niebezpiecznej krainy koki. Warto odrzucić stereotypy i odkryć skarby tego naprawdę magicznego zakątka świata.

 

UKOCHANA ZIEMIA

 

Cali to miasto najszybszej salsy na świecie, w którym niemal na każdym kroku wyrasta szkoła tańca, a w klubach tancerze wykonują akrobacje. Oczami wyobraźni już widzieliśmy, jak pocimy się na parkiecie. Ale w dniu wylotu do Cali z Brazylii dostaliśmy maila z propozycją pracy na wolontariacie w prowincjonalnej szkole położonej 40 km od Bogoty, gdzie pilnie potrzebowali nauczycieli angielskiego.

 

Dlatego w czasie przesiadki na lotnisku w kolumbijskiej stolicy, zamiast kontynuować podróż – szukamy autobusu do miasta Zipaquirá. Przyjeżdżamy na rekonesans we wtorek wieczorem, a już w środę rano o godz. 7.00 stoimy pod tablicą. Przez najbliższe trzy miesiące będziemy prowadzić lekcje w miejscowości Cogua, gdzie na przerwach słychać muczenie krów. Alejandro Clavijo, koordynator programu, tłumaczy nam, że zaprasza obcokrajowców do swojej szkoły z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby nasi uczniowie w końcu nauczyli się angielskiego. Na naszym hiszpańskojęzycznym kontynencie ze zrozumiałych powodów nie jest popularny, ale kiedy tylko chcemy wyjechać, w mig rozumiemy, jak bardzo się przydaje. A po drugie, abyście zobaczyli, że Kolumbia to już dawno nie jest kraj białego proszku, „narcos” i FARC-u (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia – Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii). Zresztą nigdy w pełni nim nie była, tylko świat przyzwyczaił się tak o nas myśleć.

 

Po wielu tygodniach spędzonych w Kolumbii mamy poczucie głębokiej niesprawiedliwości, że za tą perłą Ameryki Południowej ciągnie się taka krzywdząca opinia. Przepiękne, wściekle zielone pagórki regionu Zona Cafetera, gdzie uprawia się kawę, zjawiskowe, karaibskie plaże, tropikalne lasy – czego jeszcze można chcieć?

 

Każdy dzień na wolontariacie zaczynamy od pobudki o chłodnym poranku na wysokości mniej więcej Kasprowego Wierchu i przytulania się z uczniami na dzień dobry (z przyjemnością odkrywamy, że łączy ich z nauczycielami prawdziwa, oparta na zaufaniu i bliskości więź). Przed przyjazdem do Kolumbii słyszeliśmy, że jest w niej wspaniale, bo Kolumbijczycy to najmilsi ludzie na kontynencie. Nauczeni doświadczeniem, aby na takie slogany patrzeć przez palce, nie dowierzaliśmy im – przecież wszyscy Latynosi są otwarci i sympatyczni. A jednak – ten kraj stał się naszym miejscem na świecie właśnie dzięki jego mieszkańcom. Gdzie indziej klientka w sklepie mięsnym zapyta ekspedientkę: czy podaruje mi pani kurze udko?. Gdzie dwudziestolatek, który odchodzi od grupy znajomych przy piwie, żeby się wysikać, powie: za pozwoleniem? Kolumbijczycy śpiewają o swojej ojczyźnie w najsłynniejszej cumbii: Colombia tierra querida („Kolumbia ukochana ziemia”). Podzielamy ich uczucia.

 

MIASTO POTWÓR

 

Większość stolic Ameryki Południowej to przerośnięte i przytłaczające aglomeracje, w których dojazdy z jednego punktu do drugiego zajmują zbyt dużo czasu w zbyt wielkim ścisku. Kolumbijska Bogota niestety nie jest wyjątkiem – mieszka tu ponad 8 mln ludzi, długie przegubowe autobusy pędzą ulicami wypełnione po brzegi. To zdecydowanie najmniej przyjazne miasto w Kolumbii, więc najlepiej uciec z niego jak najszybciej. Poza małą, urokliwą La Candelarią, którą można obejść w trakcie nie wymagającego wysiłku spaceru i gdzie warto udać się na smaczną kolację, żadna dzielnica nie zachwyca. Wieczorami wiele ulic, nawet tych w centrum, nie jest oświetlonych – nieoswojeni z miastem turyści mogą się przez to czuć niekomfortowo.

 

Dla tych, którzy muszą zakosztować stolicy, mamy jednak trzy propozycje. Po pierwsze, wizytę w spektakularnym Muzeum Złota (Museo del Oro), gdzie znajduje się ogromna kolekcja eksponatów sztuki złotniczej kultur prekolumbijskich (niemal 60 tys. przedmiotów). Po drugie, polecamy zajrzeć do Muzeum Botero (Museo Botero) z dziełami najważniejszego współczesnego kolumbijskiego malarza, rzeźbiarza i rysownika, rozpoznawalnego na całym świecie Fernanda Botera. Grubaśne postaci przedstawione na jego obrazach są charakterystyczne dla stylu twórcy – trochę zabawne, czasem smutne, na swój sposób piękne. Poza tym muzeum mieści się w starym budynku z urokliwym patio – to kolejny powód, aby je odwiedzić. Po trzecie, warto spędzić noc przy rytmach salsy, cumbii i vallenato. Najlepiej skorzystać z usług jednej z kilku agencji turystycznych. Oferują one udział w pokazach i lekcjach z profesjonalnymi tancerzami, ale też zabierają do najlepszych miejscówek w mieście, do których trudno trafić samemu.

 

KATEDRA Z SOLI

 

Kiedy rozpoczynaliśmy wolontariat w kolumbijskiej szkole, nie mieliśmy pojęcia, że miasto Zipaquirá, w którym zamieszkaliśmy, słynie z Katedry Solnej (Catedral de Sal) i że Kolumbijczycy byli kilka lat temu w polskiej kopalni w Wieliczce na wizycie studyjnej, żeby podpatrzyć nowe pomysły na turystykę.

 

Obecny podziemny kościół powstał w latach 90. XX w. Pierwszą kapliczkę, w której górnicy modlili się przed rozpoczęciem pracy, założono w kopalni na początku XX stulecia, ale nie został po niej żaden ślad. W latach 50. na jej miejscu pod ziemią wyrosła katedra. Jednak 40 lat później, po serii podmyć i tąpnięć, ze względów bezpieczeństwa trzeba było ją zamknąć. Mniej więcej 60 m pod nią zbudowano Nową Katedrę (Nueva Catedral).

 

Podobno co niedzielę odbywa się tu msza, ale odnieśliśmy wrażenie, że ten przybytek ma bardziej komercyjny niż duchowy charakter. W katedrze jest mrocznie, ale nie mistycznie. Stacje gigantycznej drogi krzyżowej (Viacrusis) są praktycznie nie do odróżnienia. Wnętrze tworzą trzy nawy. W porównaniu z wielicką Kaplicą św. Kingi świątynia w Zipaquirze wygląda monumentalnie – jest prawie trzy razy dłuższa (ma 80 m) i o połowę wyższa (mierzy ponad 16 m) – ale świeci pustkami. Chociaż opisuje się ją jako „osiągnięcie współczesnej architektury”, na nas nie robi wielkiego wrażenia.

 

O wiele bardziej ucieszyło nas odkrycie, że w mieście przez cztery lata mieszkał w internacie i chodził do liceum Gabriel García Márquez, kolumbijski noblista, którego śladami mieliśmy w planie wyruszyć (w jego dawnym liceum działa dziś Centro Cultural Casa del Nobel Gabriel García Márquez). Zresztą w Kolumbii znajduje się mnóstwo zdecydowanie piękniejszych i ciekawszych miejsc niż solny kościół, jak chociażby pobliska Villa de Leyva.

 

TAM, GDZIE CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ

 

Villa de Leyva wygląda jak wyobrażenie o czasach kolonialnych w Ameryce Łacińskiej. Położona ok. 170 km od Bogoty na średniej wysokości 2149 m n.p.m., zalicza się do najbardziej fotogenicznych (obok Guatapé) kolumbijskich miasteczek. W 1954 r. uznano ją za skarb narodowy. Powstała w 1572 r. jako miejscowość wypoczynkowa dla sędziwych konkwistadorów, kleru i szlachty. Od tamtej pory niewiele sięzmieniło. Najlepiej przyjechać do miasteczka w tygodniu – wtedy będziemy mieć szansę na spokojne poznanie tego miejsca. W weekendy wąskie uliczki pękają w szwach, ściągają tu amatorzy butikowych hoteli i ekskluzywnych restauracji – mieszkańcy stolicy chętnie wpadają do Villi de Leyva na dwudniowy odpoczynek.

 

Centrum miejscowości stanowi oczywiście Plaza Mayor (Plaza Principal), według niektórych największy brukowany plac w Ameryce Południowej (ma 14 tys. m2 powierzchni). Obowiązkowym miejscem do zwiedzenia dla Kolumbijczyków jest również Dom Muzeum Kapitana Antonia Ricaurtego (Casa Museo Capitán Antonio Ricaurte). Walczył on o niepodległość u boku największego bohatera narodowego Kolumbii i wyzwoliciela wielu krajów kontynentu – Simóna Bolívara (1783–1830). Villę de Leyva otacza malownicza półpustynia. Dzięki temu i położeniu wysoko w górach miasteczko zachowało swój niezmieniony kształt.

 

KRAJ KAWY

 

Choć Kolumbia jest trzecim największym po Brazylii i Wietnamie producentem kawy na świecie, ze zdziwieniem odkryliśmy, że niełatwo się tu napić czegoś w stylu espresso – mocnego, aromatycznego i gorzkiego. Od rana na ulicach stoją mężczyźni z wózkami (często są podprowadzone z supermarketu) wypełnionymi termosami z tinto. To słodka, dosyć słaba kawa, podawana w plastikowych kubeczkach (na początku mieliśmy kłopot z zapamiętaniem tej nazwy, ponieważ w innych hiszpańskojęzycznych krajach oznacza czerwone wino). Byliśmy w Kolumbii, kiedy Starbucks, który zaopatruje się tutaj w kawę, otwierał swoją pierwszą kawiarnię w Bogocie (Parque 93). Z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak lokalni hipsterzy od świtu stali w kolejce, aby kupić amerykański napój z rodzimych ziaren. W dłoniach trzymali słodkie tinto.

 

Jednak jedno jest pewne – miejsca, w których uprawia się kawowce, są zjawiskowe. Położona na zachód od Bogoty w kawowym trójkącie – departamentach Caldas, Risaralda i Quindío – Zona Cafetera (Eje Cafetero) od kilku lat znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na soczyście zielonych pagórkach leżą posiadłości z plantacjami (fincas), a w dolinach rosną najwyższe palmy na świecie – palmy woskowe. Zakochaliśmy się w tym rejonie od pierwszego wejrzenia.

 

Zwiedzanie kawowego regionu zwykle zaczyna się w Salento (tu również najlepiej zawitać poza weekendem). W miasteczku jest dużo gringos, ale warto zatrzymać się w nim na noc i spróbować lokalnego specjału – pstrąga ze smażonymi plackami z platana (patacones). Tę odmianę banana pod różnymi postaciami podaje się w Kolumbii do większości posiłków (nam najbardziej smakował pieczony). Poza tym trzeba zagrać w tejo, narodową kolumbijską grę (najlepiej w barze „Los Amigos”). Polega ona na rzucaniu ciężkich metalowych dysków do celu. Jeśli trafi się w fajerwerk ukryty pod piaskiem, następuje wybuch.

 

Prawdziwe skarby znajdują się jednak w okolicy miasteczka. Na piechotę można dojść do plantacji rodziny Eliasów (Finca Las Brisas, Café Don Elias), biznesu prowadzonego od lat na niewielką skalę. Kolejnego dnia warto pojechać jeepami (odjeżdżają z głównego placu) do Valle de Cócora, spektakularnej doliny z wysmukłymi palmami woskowymi. Samochody dowożą nas do początkowego punktu czterogodzinnej trasy pieszej. Po drodze pokonujemy łąki, pagórki i linowe mosty rozwieszone nad strumieniami, aż w końcu dochodzimy do sanktuarium kolibrów Acaime. Starsza para, która je prowadzi, częstuje gorącą czekoladą lub kawą i kawałkiem sera (za symboliczną opłatą). Z filiżanką w dłoni obserwujemy, jak do rozwieszonych wszędzie poidełek podlatują kolejne kolibry. W Kolumbii występuje aż ok. 165 gatunków tego małego ptaka! W drodze powrotnej zaglądamy do jednej z licznych fincas. Do tego regionu najlepiej przyjeżdżać w okresie od stycznia do lutego, kiedy trwają zbiory kawy i dużo się dzieje.

 

KOLUMBIJSKI TYGRYS

 

Paisaje Cultural Cafetero

Departament Quindío to unikatowy przykład urodzajnego krajobrazu kulturowego

© PROCOLOMBIA

 

Od kiedy masową wyobraźnią zawładnęły obrazy z serialu Narcos, miasto Medellín znowu kojarzy się z kokainą, przestępstwami i Pablem Escobarem. Skojarzenia te są częściowo słuszne, ale od ok. 25 lat nieaktualne i stygmatyzujące. Owszem, Medellín było stolicą biznesu narkotykowego w latach 80. XX w., jednak gdy zabito Pabla Escobara w 1993 r. i rozprawiono się z innymi baronami, postawiło na zmianę i rozwój. W tej chwili to najbardziej dynamiczne i nowoczesne miasto w Kolumbii. Kwitnie tu biznes i nowe technologie (zainwestowano m.in. w sieć kolejek gondolowych i największe słodkowodne akwarium w Ameryce Południowej – do obejrzenia w interaktywnym centrum naukowo-technologicznym Parque Explora). Ze względu na swoje położenie w andyjskiej dolinie zwanej Valle de Aburrá, w otoczeniu zielonych wzgórz, i panujący w niej klimat słynie jako miasto wiecznej wiosny (la ciudad de la eterna primavera).

 

Zwiedzanie Medellín zaczynamy od placu imienia wspomnianego artysty Fernanda Botera, pełnego opasłych rzeźb jego autorstwa. Jeśli ktoś nie był w jego muzeum w Bogocie, koniecznie musi zajrzeć do Muzeum Antioquii (Museo de Antioquia) i obejrzeć kolekcję dzieł tego twórcy. Wieczory spędzamy w Parku Lleras (Parque Lleras) – w nim mieszkańcy miasta zbierają się wieczorem na szklaneczkę aguardiente przed imprezą i tańce do rana. Na ciekawe popołudnie wybieramy się do Comuny 13 (San Javier), dawniej niebezpiecznej dzielnicy, gdzie wałęsali się partyzanci z FARC-u i gangsterzy. Dziś wypełniają ją kolorowe domy, galerie sztuki i murale, przeprowadza się w niej ekologiczne i artystyczne projekty (ale wciąż lepiej nie kusić losu nocnymi spacerami). Amatorzy jazdy kolejką gondolową na pewno chętnie skorzystają z jednej z czterech linii (J, K, L i H), które łączą położone na wzgórzach dzielnice Medellín (zanim powstały kolejki, mieszkańcy tych rejonów spędzali na dojeździe do pracy nawet po 2–3 godz. dziennie!). Jeśli kogoś goni czas, naszym zdaniem lepiej jednak zajrzeć na Mercado Minoristai na tym targu urządzić sobie degustację świeżych tropikalnych owoców – niektóre występują tylko w Kolumbii! My po zakosztowaniu soku z lulo nie mogliśmy odżałować, że w żadnym sąsiednim kraju go nie spotkaliśmy. Na stoiskach sprzedaje się też mangostany, pitaje, guanábany czy tamarillo (tomates de árbol, pomidory drzewiaste).

 

Z Medellín można wybrać się na jednodniową wycieczkę do odległego o ok. 80 km miasteczka uchodzącego za najbardziej kolorowe w Kolumbii – Guatapé. To idealne miejsce dla miłośników fotografii i wolno płynącego czasu. Oprócz szukania odpowiednich ujęć, zajadania przysmaków z ulicznych stoisk i popijania tinto nie ma tu nic do roboty. W drodze powrotnej można wysiąść w miejscowości Santa Elena słynącej z pięknych kwiatów, które co roku dostarcza na sierpniowy festiwal Feria de las Flores w Medellín – powstają z nich niesamowite barwne konstrukcje. W tej okolicy ze względu na doskonałe warunki – żyzne ziemie, odpowiednią wysokość bezwzględną i temperaturę – kwiaty rosną jak szalone. Turyści zwykle wybierają się na zachód słońca do położonego nieopodal malowniczego Parku Arví (Parque Arví), gdzie czekają na nich lasy, jeziora, ptaki (ponad 100 gatunków) i owady (powyżej 160 gatunków).

 

KARAIBSKA PERŁA KOLUMBII

 

Cartagena de Indias to obowiązkowy przystanek dla turystów podróżujących po Kolumbii. Pewnie dlatego, że ten dawniej jeden z najważniejszych karaibskich portów, założony w 1533 r., zachował swój kolonialny urok. Po rozległym starym mieście jeżdżą trochę kiczowate bryczki (podobne do tych w Krakowie), ale można też znaleźć mniej turystyczne zakątki. Dlatego oprócz zwiedzania najważniejszych zabytków, takich jak plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo), Zamek św. Filipa (Castillo de San Felipe de Barajas), Katedra św. Katarzyny Aleksandryjskiej (Catedral de Santa Catalina de Alejandría), kościoły: św. Piotra Klawera (Iglesia de San Pedro Claver), św. Trójcy (Iglesia de la Santísima Trinidad) i św. Turybiusza de Mogrovejo (Iglesia de Santo Toribio de Mogrovejo) czy Pałac Inkwizycji (Palacio de la Inquisición), wybieramy się również w inne strony. Wchodzimy na potężne mury, gdzie próbujemy wyobrazić sobie, jak musieli się czuć konkwistadorzy, gdy przybijali do tych karaibskich brzegów, zanurzamy się w dzielnicę Getsemaní, pełną stylowej sztuki ulicznej, tworzonej przez znanych lokalnych i międzynarodowych artystów. To tutaj znajdujemy tętniące życiem bary, do których trafiają tylko zdeterminowani gringos.

 

Dla wielu osób Cartagena de Indias jest bazą wypadową na koralowe Wyspy Różańcowe (Islas del Rosario), gdzie można podziwiać akwarium na otwartym morzu i kąpać się przy bielutkich plażach. Niestety ta część parku narodowego (Parque Nacional Natural Corales del Rosario y de San Bernardo) to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju – w sezonie przeżywa prawdziwe oblężenie, co nie pozwala na swobodne rozkoszowanie się naturą. Dlatego dla nas Cartagena de Indias stała się bazą do wyprawy na niezwykły, ledwie nadgryziony przez turystów i zupełnie nieznany w Polsce archipelag San Bernardo. Po 2 godz. rejsu motorówką lądujemy w raju na wyspie Múcura, gdzie funkcjonują tylko dwa hotele, a jeden z nich – ekskluzywny Punta Faro – to ziszczenie marzeń o relaksie. Czeka nas nurkowanie lub snorkeling w przejrzystej wodzie pełnej egzotycznych ryb, płaszczek i homarów, samotne kąpiele przy pustych plażach i wycieczki kajakami wzdłuż wybrzeża.

 

Kilka minut rejsu łódką od Múcury leży zupełnie inna wyspa, Santa Cruz del Islote, do której brzegów przybiliśmy, żeby pod pretekstem nauki angielskiego poznać jej społeczność, a potem, za jej zgodą, napisać reportaż do naszej książki Tańczymy już tylko w Zaduszki. Santa Cruz del Islote uchodzi za najgęściej zaludnioną wyspę świata – zajmuje niecały hektar powierzchni, a na co dzień mieszka na niej niemal 800 osób. Kiedy dzieci wracają do domu na wakacje z kontynentalnej Kolumbii, gdzie chodzą do szkoły z internatem, ta liczba zwiększa się nawet do 1,2 tys. Wyspa wygląda jak kawałek betonowego osiedla wrzucony w morze – nie ma tu plaż ani palm. Mieszkańcy nieustannie rozbudowują Santa Cruz de Islote. W miejscach, gdzie jest wystarczająco płytko, wykładają mieliznę muszlami ślimaków morskich (będących składnikiem codziennej diety), wielkogabarytowymi śmieciami i betonem. Żeby zagrać w piłkę, płyną na przestronną i zieloną Múcurę. Aby pochować zmarłego, udają się na cmentarz na sąsiednią Tintipán. Warto ich odwiedzić, ale najlepiej zrobić to na własną rękę, wynajętą łódką, a nie z chmarą turystów, którzy chodzą po wyspie w kapokach i pokazują sobie wyspiarzy palcami.

 

Isla Mucura Cortesia ProColombia

 

SIELSKI ZAKĄTEK

 

Jeden z najpopularniejszych parków narodowych w Kolumbii to Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona). W sezonie trzeba liczyć się w nim z dużą liczbą turystów. Nic w tym dziwnego, w końcu karaibskie wybrzeże spotyka się tutaj z tropikalnym lasem. Kiedy staniemy w jednej z licznych zatoczek zwróceni twarzą w stronę morza, nad głową ujrzymy wysmukłe palmy, a za plecami będziemy mieli bujną leśną roślinność i pasmo Sierra Nevada de Santa Marta.

 

W Parku Tayrona koniecznie należy wybrać się na pocztówkowy przylądek – Cabo San Juan de Guía. Przy odrobinie szczęścia po drodze można spotkać papugi, legwany (to akurat pewne), a nawet małpy! Ten zjawiskowy rejon kryje też w swoich lasach niewielkie ruiny osady Taironów (El Pueblito) i pozostałości ich kultury (kamienny krąg Nueve Piedras). Przede wszystkim znajdują się tu jednak niesamowite plaże, jak La Piscina czy Arrecifes.

 

Miasto Santa Marta, które mijamy po drodze z Cartageny de Indias, jest malownicze, ale naszym zdaniem na wybrzeżu o wiele lepiej spędzać czas w otoczeniu natury niż wśród murów. Wielbiciele plaż mogą zatracić się w Parku Tayrona, ale mamy jeszcze jedną propozycję: wycieczkę do położonej o ok. 15 km od Santa Marty wioski Minca otulonej tropikalną zielenią. Od rana rozbrzmiewa tu głośny śpiew ptaków (w tym rejonie występuje ponad 360 gatunków, a lokalne agencje organizują spacery ornitologiczne). Poza tym roztacza się stąd cudowny widok na wybrzeże i okolicę, bo miejscowość leży na wysokości 650 m n.p.m. Warto pójść na spacer do punktu widokowego Los Pinos albo do dwóch małych jezior Pozo Azul, żeby zanurzyć się w chłodnej kąpieli. A jeśli jeszcze uda się komuś zarezerwować nocleg w wyjątkowym kameralnym hostelu Casa Loma, który wygląda jak domek na drzewie, wizyta w Mince będzie niezapomniana.

 

W Santa Marcie można też spełnić marzenie niejednego odkrywcy – zapisać się na niezwykły kilkudniowy trekking przez tropikalny las do zaginionego miasta, czyli Ciudad Perdida (Teyuna). Odkryli je lokalni poszukiwacze skarbów w 1972 r. Kiedy złote figury i biżuteria oraz starodawne naczynia zaczęły pojawiać się na targach, w głąb lasu ruszyli archeolodzy. Ustalili, że miasto pochodzi prawdopodobnie z ok. 800 r. (czyli założono je jakieś 650 lat przed słynnym Machu Picchu), a zostało opuszczone w trakcie hiszpańskiej konkwisty. Rdzenne lokalne społeczności, m.in. Arhuaco, Kogi (Kagaba) i Wiwa, odwiedzały to miejsce od zawsze, ale nie dzieliły się nim ze światem. Przez wiele lat, kiedy na tym terenie operował FARC, wycieczka do Ciudad Perdida była ryzykowna, ale od 2005 r. na szlaku działają agencje turystyczne i taka wyprawa jest bardzo bezpieczna (nie należy jednak wędrować samotnie, bo nietrudno się zgubić, poza tym spacer po tropikalnym lesie wymaga merytorycznego przygotowania). Kto zdecyduje się na trekking, musi wiedzieć, że do pokonania ma ok. 46 km przy dużej wilgotności powietrza.

 

W drodze powrotnej z Parku Tayrona można wysiąść w mieście Barranquilla, a jeśli trwa karnawał, to nawet trzeba! Tu odbywa się najsłynniejsza zabawa karnawałowa w całym kraju, na którą przybywa ponad milion gości. Jej korzenie sięgają XIX w. W Barranquilli mieszają się ze sobą różne kultury z wybrzeża karaibskiego – ich wpływy widać przede wszystkim w muzyce, tańcach i przebraniach. Poza tym miasto ma jeszcze jeden powód do dumy: w 1977 r. urodziła się tu najsłynniejsza współczesna kolumbijska piosenkarka – Shakira (jako ciemna brunetka).

 

KOLEBKA REALIZMU MAGICZNEGO

 

Casa Museo Gabriel Garcia Marquez Aracataca 1

Muzeum Gabriela Garcíi Márqueza w mieście Aracataca otworzono w 2010 r.

© PROCOLOMBIA

 

Jest takie miasto w Kolumbii, do którego nie zajrzy nikt, kto nie zaczytał się choć raz w prozie Gabriela Garcíi Márqueza. To Aracataca. Dla fanów realizmu magicznego wizyta w niej będzie niewielkim nadłożeniem drogi – leży ona zaledwie 80 km od Santa Marty.

 

Aracataca – ta nazwa wybija rytm jak koła pociągu, który przejeżdżał przez miasto wyładowany owocami w okresie boomu bananowego podsycanego przez United Fruit Company. Na te czasy przypadło dzieciństwo pisarza – Gabo, jak pieszczotliwie mówią na niego Latynosi, spędził tu pierwszych osiem lat życia. Aracataca stanowi pierwowzór mitycznego Macondo z powieści Sto lat samotności (1967 r.). Musieliśmy do niej przyjechać, żeby spróbować zrozumieć, jak to się stało, że w opowieściach Márqueza rzeczywistość tak płynnie przechodzi w fantazję, że trudno stwierdzić, co jest bardziej autentyczne – to, co prawdopodobne, czy też to, co wydaje się wytworem wyobraźni.

 

W tym sennym, trochę zapomnianym mieście wszystko dzieje się powoli i nie wiadomo, czy wydarza się naprawdę. Nad murami i chodnikami latają żółte motyle (te owady wciąż towarzyszyły Mauriciowi Babilonii, jednej z postaci Stu lat samotności). Odwiedzamy muzeum, dawny dom pisarza, ale sąsiadka tłumaczy nam, że nie ma on wiele wspólnego z autentycznym, który był dużo skromniejszy. To po prostu replika zbudowana na wzór posiadłości ze słynnej powieści Márqueza, z pokojami ciotek i warsztatem dziadka.

 

Inny sąsiad, Hannibal Caí (dziś dobiega już setki), rozsiada się w bujanym fotelu i opowiada o tym, jak jedna z ciotek Gabo, Francisca, podpaliła kiedyś ich dom. Zajmowała się świętymi w naszym kościele, przystrajała ich ołtarze kwiatami, zapalała świeczki. W domu też miała ołtarzyk. Zapaliła świeczkę i buch, cały dom po chwili stanął w płomieniach. Pomagałem gasić – śmieje się do wspomnień.

 

Próbujemy ustalić, czy jest w miasteczku jakiś pomnik Márqueza. Nie ma i nigdy nie było – twierdzi część mieszkańców. Nie ma, ale był – mówią pozostali. Jaki? Poznajemy trzy różne wersje. Najbardziej podoba nam się ta: ktoś postawił pomnik nagiego Gabita, ale ten przyjechał, obejrzał dzieło i zdecydował, że trzeba je zburzyć – przecież on nie ma takiego małego przyrodzenia!