MARCIN WESOŁY

 

<< Różnorodność przyrody w Republice Dominikańskiej potrafi człowieka wprawić w osłupienie. W ciągu kilku godzin, w drodze z północnego wschodu na południowy zachód tego kraju możemy na własne oczy przekonać się, jak szybko zmieniają się tutaj krajobrazy. Bujna zieleń środkowej części kraju przechodzi w niekończące się pola ryżowe doliny Cibao albo w plantacje bananów. Na półwyspie Samaná mijamy rozległe gaje palm kokosowych, które osiadły na łagodnie pofałdowanych wzgórzach. Im bliżej granicy z Haiti natomiast, tym tereny bardziej przypominają Meksyk czy Afrykę – ogromne połacie ziemi, czerwonej od boksytu, porastają spłaszczone drzewa akacjowe, wybujałe kaktusy oraz karłowate, typowo preriowe krzewy. W okolicach miast Jarabacoa i Constanza w prowincji La Vega pejzaż jest za to bardziej górzysty, a klimat chłodniejszy. Na Dominikanie nie sposób zatem nie znaleźć swojego miejsca. To raj praktycznie dla każdego. Spróbujmy sami się o tym przekonać. >>

Państwo to leży na wyspie La Española na Morzu Karaibskim (znanej w Polsce jako Haiti lub Hispaniola) i stanowi drugi co do wielkości kraj w jego akwenie (po Kubie). Funkcję stolicy pełni Santo Domingo, założone przez brata Krzysztofa Kolumba – Bartłomieja – w 1496 r., ze wspaniałą dzielnicą Ciudad Colonial (Zona Colonial) wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Przed erą kolonizacji tereny te zajmowali Tainowie. Dziś Dominikańczycy posługują się językiem hiszpańskim, którego odmiana nieco różni się od tej używanej w Europie.

Dominikana cieszy się dużą popularnością wśród turystów. Większość z nich podąża jednak utartymi szlakami. Ten, kogo interesuje obraz kraju inny niż ze zdjęć w biurach podróży, musi spróbować opracować własny plan zwiedzania. Dla takich poszukiwaczy przygód mam kilka propozycji.

 

Spotkanie z wielorybami

Aby dostać się do plaży Rincón na półwysepie Samaná, muszę wybrać w Las Galeras jedną z dwóch tras: lądową lub morską. Decyduję raczej spontanicznie, gdyż odpowiadają mi oba warianty. Potrzebuję motocykla lub łodzi. Dojazd tym pierwszym jest dłuższy, karkołomny i tańszy. Przeprawa tą drugą będzie trzy razy droższa, pozornie bezpieczna i względnie krótsza. Nieraz jechałem z duszą na ramieniu rozklekotanym jednośladem, wspinając się po lokalnych stromiznach tuż po deszczu albo co rusz boksując w czerwonym błocie wiejskiej, szutrowej drogi. Mijałem liczne plantacje ananasów i bananów – kwadraty owocowych pól wkomponowane w fałdy wzniesień tak naturalnie i miękko, jak zegary Salvadora Dalego w surrealistyczny pejzaż. Płynąłem już także świeżo odmalowaną łodzią z silnikiem Yamahy, tak szeroką, jak balia. Gdy jej kadłub mierzwił grzywy napierających, jakby na krótko przed sztormem, bałwanów, pokład odchylał się pod kątem czterdziestu pięciu stopni, a ja wpadałem w odrętwienie czy też stan podobny medytacji. Czułem, jak gubię umysł w idyllicznym kalejdoskopie lazurowej toni morskiej i soczystej zieleni kokosowego wybrzeża. Za każdym razem jednak wyprawa stanowiła tylko oczekiwanie na zjawiskowe widoki na jej końcu.

FOT.MARCIN WESOŁY

Magiczna rybacka miejscowość Las galeras nad zatoką Rincón

 

Półwysep Samaná jedynie z pozoru wygląda jak raj dla leniuchów. W rzeczywistości ten jeden z najpiękniejszych rejonów w Republice Dominikańskiej zachęca wręcz do aktywnego wypoczynku, szczególnie indywidualnych turystów. Do połowy XIX w. na francuskich i hiszpańskich mapach miejsce to przedstawiano jako prawie osobną wyspę, na którą najłatwiej było dostać się łodzią. Dawniej ten kawałek lądu od reszty Dominikany oddzielało rozległe pasmo bagien, mokradeł i kanałów, wykorzystywane przez piratów jako kryjówki. Dziś także w czasie pory deszczowej niektóre obszary chłoną wodę niczym gąbka, w wyniku czego powstają naturalne laguny. Tutaj w styczniu 1493 r. zawitał ze swoją flotą Krzysztof Kolumb. Jednak Indianie zamiast przywitać go z otwartymi ramionami, unieśli łuki i wypuścili grad strzał, które przysłoniły niebo. Odkrywca uzupełnił swoje podróżne notatki o nową krainę. Ochrzcił ją mianem Golfo de Las Flechas, czyli „Zatoki Strzał” (nie zostały ostatecznie rozstrzygnięte spory co do tego, czy obecnie jest to zatoka Rincón, czy zatoka Samaná).

W bezpośrednim sąsiedztwie półwyspu Samaná  co roku od stycznia do marca gromadzą się ogromne humbaki (Megaptera novaeangliae). Przypływają z dalekiej i mroźnej północy, aby w cieplejszych wodach południowego Atlantyku odbyć gody i wydać na świat potomstwo. Ich miłosnym serenadom rokrocznie przysłuchują się tłumy turystów. Dla nich właśnie organizuje się tu specjalne, ściśle regulowane rejsy, cieszące się niezmiennie dużą popularnością. Jako pierwsi prawdopodobnie podglądali humbaki Indianie, którzy wymalowali wielorybie sylwetki na ścianach jaskiń w pobliskim Parku Narodowym Los Haitises (Parque Nacional Los Haitises). Również Krzysztof Kolumb wspomniał o nich w swoim dzienniku pokładowym.

FOT. NARODOWY URZĄD TURYSTYCZNY REPUBLIKI DOMINIKAŃSKIEJ

Plaża Rincón nad zatoką o tej samej nazwie na półwyspie Samaná

 

Podobno do wybrzeży Dominikany przybywa co roku do 1,5 tys. waleni (głównie z okolic wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, Kanady, Grenlandii i Islandii). W czasie migracji utrzymują łączność za pomocą systemu specjalnie opanowanych dźwięków, służących zarówno do komunikacji, jak i do przywabiania partnerek. Gdy rodzą się młode, matki skupiają się jedynie na ich karmieniu, a muszą dostarczyć im do 200 l mleka dziennie. Małe wielorybiątka rosną w niesłychanym tempie 45 kg na dobę, aby móc powrócić wraz z rodzicami na daleką północ. Z pewnością warto udać się na półwysep Samaná poobserwować humbaki podczas zalotów. Wyskakujący z oceanu 40-tonowy olbrzym stanowi niezapomniany widok, który na długo pozostanie w naszej pamięci. Pamiętajmy tylko o zabraniu ze sobą lornetek!

 

Dominikański western

Bardzo lubię jeździć do zachodniej części Dominikany. Jest mało turystyczna, a w powietrzu czuć jakąś wibrującą magię. Dobrze mi się tu oddycha, również w sensie nieco metafizycznym. Im bliżej granicy z Haiti, tym robi się ciekawiej, przestronniej, podróż osiąga jakiś konkretny wymiar. Zawsze wyczekuję chwili, żeby tutaj wrócić. Ten region żyje dla siebie, a nie dla przyjezdnych. Zresztą ciągle niewielu turystów zagląda w te strony, które pod względem ekonomicznym raczej odstają od reszty kraju. Sam mówię o tym rejonie Dziki Zachód, lecz bez żadnych złośliwych czy negatywnych podtekstów. Jego dzikość naprawdę wciąga z nieodpartą siłą. Wyjazd w ten fascynujący zakątek odkładam przeważnie na koniec każdej wyprawy, zostawiam go sobie niejako na deser. Najczęściej docieram do miasteczka Enriquillo. Leży ono na styku prowincji Barahona i Pedernales. Sam dojazd (nierzadko na pace terenowego auta) bywa niezwykle widowiskowy. Długi odcinek trasy prowadzi wzdłuż wybrzeża z pięknymi zatokami, kamienistymi plażami i wydmami. Niestety, w sezonie huraganów (zazwyczaj od sierpnia do października) często robi się w Enriquillo niebezpiecznie. Gdy żywioł przesuwa się nad Haiti, znów jest spokojnie i zjawiskowo...

Do miasta Barahona (Santa Cruz de Barahona) ze stołecznego Santo Domingo wyjeżdżam przeważnie wcześnie rano, pierwszym możliwym autobusem. Zawsze realizuję ten sam scenariusz. Biorę taksówkę, bowiem inne środki transportu jeszcze nie zdążyły rozpocząć kolejnego dnia. Ulice stolicy są puste, a przyjemny chłód wnika do auta przez uchylone okna. Szofer czasem coś powie, czasem o coś zapyta, a często tylko włączy radio. Gdy sprawia wrażenie, jakby nie chciał rozmawiać, nie narzucam się. Sącząca się z głośników muzyka przyjemnie wpada w ucho. Kiedy zaczynają się wiadomości, kierowca całkiem przycisza odbiornik albo zmienia kanał, jakby spodziewał się czegoś złego, jakiejś nieprzyjemnej informacji, której ani on, ani jego pasażer nie mają ochoty wysłuchiwać o tak wczesnej porze. Czasem gwałtownie zatrzeszczy CB-radio. Zmierzam na dworzec autobusowy Caribe Tours.

Kiedy powoli nastaje wielkomiejski świt i koloruje wyłaniające się z mroku Santo Domingo, najchętniej jechałbym taksówką bez wysiadania, słuchając wciąż bachaty, merengue albo salsy (coraz bardziej popularnej na Dominikanie). Jednak w końcu trzeba zapłacić i wysiąść. Uwielbiam terminal Caribe Tours, tę komunikacyjną aortę latynoskiej metropolii. Co więcej, zaszedłbym tam o każdej porze, nawet bez konkretnych wyjazdowych planów, a to z jednego powodu: w miejscu tym można dostać najlepszą kawę na świecie – aromatyczną, mocną, słodką i laną do plastikowego kubka wielkości naparstka prosto z termosu. W domu zaparza ją leciwa señora, aby sprzedawać ją potem za kilka pesos obok głównego wejścia na dworzec. Na peronach zawsze zalega duszne powietrze, wymieszane ze spalinami. Kierowcy zostawiają autobusy na chodzie. Lepiej posiedzieć w poczekalni i obejrzeć skróty bejsbolowych rozgrywek albo powtórki wybranej telenoweli. Pasażerowie mogą wygodnie rozsiąść się podczas podróży. Niektóre z najnowszych modeli busów dysponują fotelami lepszymi od lotniczych. Caribe Tours dociera prawie wszędzie, nie kursuje tylko do wschodniej Dominikany, gdzie transport zorganizowano inaczej.

Jestem zatem w drodze do miasta Barahona. Za ponad 3 godz. dojadę na miejsce. W autobusie podano informację, że spożywanie posiłków jest zabronione, ale niektórzy coś tam dojadają bez względu na zakaz. Kierowca, bardzo elegancki pan w żółtej, firmowej koszuli, niczego nie widzi. Siedzi szczelnie odizolowany od rzeszy pasażerów za domkniętymi drzwiami. Wszystko po to, aby mogła działać klimatyzacja, tj. ciągły nawiew lodowatego powietrza. Proszę mi wierzyć, w tropikach przydaje się czasem bluza z polaru za dnia! Gdyby chociaż muzyka dodawała kilka stopni ciepła… Nie usłyszymy tu jednak salsy, merengue, bachaty czy reggae, a same ckliwe romantyczne melodie.

Na szczęście, za oknem widać już pierwsze sukulenty, bo krajobraz w okolicach miejscowości Azúa zaczyna się mocno zmieniać i wygląda jak kadry z westernów. Różnorodność dominikańskiej flory potrafi zadziwić i zdezorientować. W zachodniej Dominikanie nie ma ryżowych pól, plantacji bananów czy gajów palmowych. Im dalej na zachód, tym zdecydowanie bardziej sucho – pejzaż przypomina meksykańską prerię albo afrykańską sawannę. W okolicach Barahony znowu wyrastają grzywiaste kokosowe palmy, aby potem zniknąć, gdy w tle wystrzelą góry prowincji Baoruco lub kiedy zastąpi je pole trzciny cukrowej czy bananowy zagajnik.

FOT. NARODOWY URZĄD TURYSTYCZNY REPUBLIKI DOMINIKAŃSKIEJ

Playa de Paraíso koło miejscowości Paraíso (Raj), prowincja Barahona

 

Myślę, że wiele filmów produkowanych w Hollywood mogłoby powstać taniej właśnie w Republice Dominikańskiej. Ten kraj stanowi bardzo fotogeniczny plener. Przekonał się o tym niegdyś np. Francis Ford Coppola. Większość scen z Czasu apokalipsy poleciał kręcić na Filipiny, które miały grać Wietnam. Resztę jednak reżyser nagrał już na Dominikanie nadrzekąChavón. Niektóre fragmenty Ojca chrzestnego II również powstały na wyspie Haiti (Hispanioli). Poza tym ten karaibski kraj upatrzyli sobie także tacy twórcy, jak Sydney Pollack (Hawana), Robert De Niro (Dobry agent), czy Andy García (Hawana, miasto utracone).

W Barahonie wysiadam ok. 9.00. To dobra pora, żeby zjeść drugie śniadanie. Biorę to samo, co kilka godzin wcześniej na stołecznym dworcu: empanadas (rodzaj lokalnych smażonych pierogów z farszem). Do Enriquillo jadę na nieco chybotliwej pace małej ciężarówki marki Daihatsu. Załapałem się jako autostopowicz. Kierowca prowadzi szybko, ale pewnie. Widać, że zna dobrze tę trasę, miejscami dość karkołomną. Zakręty mija z nabytą wprawą. Klaksonem przegania opieszałych. Czasem trąbi, jakby kogoś pozdrawiał. Wiatr coraz mocniej smaga moją twarz, ledwo łapię oddech, chowam się więc za kabiną, siadam tyłem do kierunku jazdy i patrzę… Po drodze, w miejscowości Paraíso, czyli Raj, zmieniam środek transportu. Kiedy zbliżamy się do celu, jeden ze współpasażerów siedzących koło mnie w minibusie pyta znienacka, czy byłem już kiedyś w Enriquillo. Po czym dodaje, że tam jest jak w… niebie, że za moment sam zobaczę. Tak to właśnie ujmuje. Wydaje się wyraźnie przejęty tym, co mi powiedział. To chyba szczera rekomendacja. Nagle oślepia mnie jasność oceanu. Czy faktycznie tak wygląda niebo – pięknie rozświetlone słońcem, a przy tym bardzo ludzkie, pełne życzliwych, otwartych ludzi, którzy od razu częstują kawą, jaka jeszcze niedawno suszyła się na jednym z podwórek albo bezpośrednio na jezdni? W Enriquillo nikt się nie śpieszy. Tutaj człowiek zaczyna odpoczywać.

 

Smoki z La Descubierta

Gdy wróciłem do Barahony, postanowiłem wybrać się nad jezioro Enriquillo. W pobliżu lokalnego mercado (rynku) rozglądam się za transportem. W dużych miastach, jak np. Santo Domingo czy Santiago de los Caballeros (największa miejscowość regionu Cibao), rynek przeważnie pełni swoją podstawową funkcję targowiska (nierzadko jednego z wielu). W mieścinach pokroju Barahony mercado jest pępkiem świata, barwnym, rozkrzyczanym ulem. Tu każdy chciałby załatwić wiele spraw na raz, wszystkiego się dowiedzieć i z każdym poplotkować. Kiedy człowiek wstanie rano bez pomysłu na to, czym wypełnić swój dzień, najlepiej niech idzie na targ: tam ciągle coś się dzieje. Co więcej, zawsze stanowi on znaczący węzeł komunikacyjny.

Wkrótce, jako pasażer mocno wyeksploatowanego, lecz wciąż sprawnego busa, nazywanego tutaj guagua, wydostaję się z Barahony. Kieruję się do miejscowości Neiba i potem jeszcze dalej – na dziki dominikański zachód. La Descubierta znaczy „Odkryta” i niedaleko tego właśnie miasteczka, blisko północnego brzegu ogromnego, słonego jeziora Enriquillo, odkryłem iguany, a ściślej legwany nosorogie. Kierowca busa jadącego z centrum Neiby do przygranicznego Jimaní dokładnie wie, gdzie mnie wysadzić. Jednak nie daję mu spokoju przez większość trasy. Trzymając mapę na kolanach, wciąż pytam: czy będą w Villa Jaragua? Nie? A tutaj, w Los Ríos? Nie? W Postrer Río? Też nie?. Wreszcie przestaję go męczyć, a on zatrzymuje wóz. – Znajdziesz je tutaj – mówi spokojnie – wyskakuj i zrób dużo zdjęć! Pozostali pasażerowie pozdrawiają mnie z uśmiechem, życząc mi powodzenia w czasie dalszej wyprawy. Zostaje sam na poboczu drogi w tumanie białego pyłu. Rozglądam się i z rozczarowaniem stwierdzam, że miejsce przypomina wejście do rezerwatu przyrody z kasą z biletami. Przysiadam na rozgrzanym głazie, patrzę na aparat. Wokół mnie panuje zadziwiająca cisza, ani żywego ducha. Wtedy zauważyłam przybitą do drzewa niedużą, zieloną deskę, a na niej nakaz wypisany dosyć niedbale żółtą farbą: Chroń iguany!. Może jednak czeka mnie samotna wyprawa w poszukiwaniu dominikańskich smoków… Moje nadzieje nie okazują się płonne. Wystarczyło przejść kilkanaście metrów w gęstwinie parnego buszu, aby na nie trafić tu, na krańcu świata, cichym i wyludnionym popołudniową porą.

 

Czarne piaski Las Salinas

Z Santo Domingo do ciemnych piasków Las Salinas prowadzi prosta droga, trzeba tylko wiedzieć, jak jechać. Dlatego warto wybrać się z kimś, kto tę wiedzę posiada i ma własny samochód, najlepiej terenowy. Obieramy kierunek na San Cristóbal, a obwodnica pozwala ominąć nam miasto. Potem pędzimy trasą numer 2 aż do Baní, stolicy prowincji Peravia. Można w niej zarządzić postój i spróbować najsłodszego owocu na świecie – tutejszej odmiany mango zwanej banilejo. Sezon na nią panuje w maju. Dalej droga prowadzi do Azúa, a później aż do granicy z Haiti w prowincji Elías Piña. Jednak aby dojechać do Las Salinas, w Baní musimy odbić na południe. Miasto nie jest rozległe, lecz podejrzanie łatwo się w nim zgubić. Zamiast kręcić się na ślepo po ulicach, lepiej od razu poprosić o pomoc kogoś miejscowego. Co ważne, na Dominikanie warto znać nazwy różnych punktów przelotowych na naszej trasie. Wtedy ktokolwiek zapytany, otrzymawszy podstawowe informacje, będzie się mniej głowił i szybciej wskaże nam właściwy kierunek. W Baní szukamy wylotu na drogę numer 510 (Carretera Máximo Gómez), która przecina Villę Sombrero i mknie do Matanzas. Dalej leży miejscowość Las Calderas, a zaraz za nią niewielka baza marynarki i stocznia o tej samej nazwie. Kiedy nawierzchnia się skończy, jesteśmy u celu – przy plaży Las Salinas nad zatoką Las Calderas.

FOT. NARODOWY URZĄD TURYSTYCZNY REPUBLIKI DOMINIKAŃSKIEJ

Wydmy Baní (Dunas de Baní) w okolicy Las Salinas i Las Calderas

 

Dla amatorów jazdy autem z napędem na cztery koła tu dopiero zaczyna się przygoda. Przed nami rozpościera się pole ciemnego, grubego piasku. Na obrzeżach parkingu wisi prowizoryczny szlaban w postaci sznurka na dwóch kołkach. Jeśli chcemy wjechać na plażę, musimy przekonać strażnika, żeby nas przepuścił. Kilka uśmiechów i argument, że ciężko przejść całe Las Salinas na piechotę powinno zmienić jego nastawienie. Nawet bardzo pryncypialny Dominikańczyk na służbie zrozumie, że długie spacery mijają się z celem. Pamiętajmy, że rodowici mieszkańcy Dominikany z reguły nie chodzą, tylko jeżdżą.

Pokonujemy spory odcinek, czasem nieco boksując w piasku, i wreszcie stajemy w jakimś punkcie rozległej przestrzeni, gdzie człowiek od razu czuje, że poprawia mu się nastrój. Przed nami błękitna i pomarszczona tafla Morza Karaibskiego, które bardziej tutaj mruczy niż szumi. Pod kołami mamy wciąż ciemny, ziarnisty piasek, ponadziewany kamieniami różnej wielkości i koloru i gdzieniegdzie przyszpilony zasuszonym konarem, wyrzuconym na brzeg. Nie jest to pocztówkowa plaża, a raczej księżycowa i dość surowa (niestety, już z wyraźnymi śladami bytności ludzkiej), z zachwycającymi dunas, czyli wydmami. Jednak tylko taka wydaje się tu idealnie pasować. Daleko stąd, po drugiej stronie morza, znajduje się wybrzeże Wenezueli. O wiele bliżej majaczą na pozór ponure wzniesienia, przynależne jakby do innej, nieodległej wyspy. To wciąż ląd dominikański, stąd ledwo widoczny, bo zamglony – najpewniej zatoka Neiba… Bardziej na północ zbierają się natomiast wody Bahía de Ocoa (zatoki Ocoa). Już w samolocie, gdy przelatując nad Dominikaną, w dole rozpoznałem charakterystyczny kształt haczykowatego dzioba półwyspu Las Calderas z plażą Las Salinas, pomyślałem, że kiedyś chętnie powrócę w to urokliwe miejsce...

 

W cieniu palm

Niedaleko rzeki Ocoa leży Palmar de Ocoa, miejscowość, która zachowała urok karaibskiej rybackiej wioski, żyjącej po swojemu rytmem pracy, sjesty oraz fiesty. Za jej patronkę uchodzi Virgen del Carmen (Matka Boska z Góry Karmel). Raz do roku obchodzi się tutaj jej święto. Palmar słynie przede wszystkim z palm kokosowych. Najwięcej tych drzew zobaczymy w drodze do wioski od strony miasteczka Sabana Buey. Warto mieć pretekst do przejechania tamtędy w okolicach godz. 17.00. Wtedy słońce oświetla zielono-żółte grzywy palm w niezwykły sposób. Gdy las mocno się przerzedza, pokazują się zabudowania, za którymi ciągnie się już tylko plaża usypana z czarnego piasku i zastawiona rybackimi łodziami. Na niej właśnie biesiadowało kilka rodzin, kiedy się pojawiłem. W powietrzu rozchodził się zapach smażonego mięsiwa, ktoś pogłośnił muzykę. W głowie oprócz zbawiennego w upale piwa Presidente zaszumiała pieśń sławnego dominikańskiego barda – Juana Luisa Guerry. Usiadłem w przyplażowym barze, niedaleko grilla i chłonąłem tę wspaniałą karaibską atmosferę.  

Wcale niełatwo przychodzi rozstanie z Palmar de Ocoa… Zresztą na Dominikanie jest wiele takich miejsc, wciąż mało znanych, kameralnych, gdzie człowiek chętnie zatrzymałby się na dłużej, zrelaksował w otoczeniu dziewiczej przyrody i przyjaznych mieszkańców, aby z nową energią wrócić do swojego codziennego życia.

 

 

Artykuły wybrane losowo

Najpiękniejsze miejsca do nurkowania na Ziemi

opracował:

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

W tym wydaniu magazynu All Inclusive mamy obszerny artykuł Darka Sepioły, ilustrowany jego niezwykłymi zdjęciami, poświęcony magii wielkiego błękitu. Ten podróżnik, dziennikarz, fotograf i filmowiec, a przede wszystkim znany w Polsce nurek, który spędził pod wodą aż 2 tys. godzin, opowiada o najwspanialszych miejscach na świecie, jakie można znaleźć w głębinach mórz i oceanów. Jego tekst, będący cudowną podróżą po 7 kontynentach, zainspirował nas do przygotowania większego materiału na temat prawdziwych rajów dla miłośników podwodnych przygód. Postanowiliśmy zapytać kilku wybranych ekspertów i pasjonatów nurkowania o ich ulubione, najpiękniejsze miejsca pod wodą na Ziemi, jakie do tej pory odwiedzili. Dzięki nim odbywamy wspaniałą podróż po morskich głębinach…   

Więcej…

Słowackie perły – góry i gorące źródła

ROBERT PAWEŁEK

 

Aby posiedzieć w naturalnym gorącym jacuzzi, nie musimy wybierać się aż do Vichy czy Baden-Baden. Termalny raj leży tuż za miedzą – na Słowacji. Natura hojnie obdarowała ten niewielki kraj, w którym doliczono się około 1300 gorących źródeł z wodą mineralną. U naszych południowych sąsiadów mamy do wyboru 23 uzdrowiska wyposażone w aquaparki, kąpieliska, termy i hotelowe SPA. Niektórzy żartują więc, że słowackie morze znajduje się pod ziemią. Słowacja to jednak nie tylko gorące źródła, ale także piękne góry z nowoczesnymi ośrodkami narciarskimi, które co roku poszerzają swoją ofertę i rozbudowują infrastrukturę. Ten kraj jest prawdziwym rajem dla miłośników białego szaleństwa. Mogą oni tutaj przeżyć zimą niezapomnianą przygodę – połączyć jazdę na nartach z relaksem w wodach termalnych.

Więcej…

Tajlandia zmysłowa

 

 

temple_of_the_emerald_buddha.jpg

Bangkocka Świątynia Szmaragdowego Buddy

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Katarzyna Byrtek

 

Prawdopodobnie większość Europejczyków słyszała o tajskich niebiańskich plażach, białym piasku i lazurowej wodzie. Jednak Tajlandia to nie tylko rajska kraina uśmiechów, idealna na wakacyjny leniwy wypoczynek, lecz także kraj dostarczający różnorodnych i mocnych wrażeń. Zapewnią nam je m.in. degustacje najlepszej kuchni świata, oglądanie emocjonujących walk boksu syjamskiego („muay thai”) na ringu i zwiedzanie niezmiernie kolorowego podwodnego królestwa zamieszkanego przez wyjątkowe stworzenia. 

Z klimatyzowanego samolotu przez klimatyzowany terminal docieram aż do metra prowadzącego do centrum Bangkoku. Wagon pociągu jest tak wychłodzony, że nie zdejmuję i nie chowam swojego europejskiego swetra. Wkrótce dojeżdżamy jednak do stacji końcowej i wysiadam w bangkocką noc – parną, duszną, gorącą tak, że fala ciepła zatrzymuje mnie na peronie na ułamek sekundy. Moje ciało ciągle pamięta środek warszawskiej zimy. Jak ja tu będę żyć przez dwa miesiące – myślę. W Tajlandii w najchłodniejszym okresie temperatura sięga 30°C, a woda w morzu nagrzewa się do 26°C. W trakcie naszej jesieni i zimy trwa w tym rejonie pora sucha, a powietrze jest przyjemniejsze i mniej wilgotne niż np. w lecie, kiedy część kraju dręczą uparte monsuny i deszcze. Wytchnienie dają klimatyzowane pomieszczenia. Zresztą mieszkańcy całej Azji Południowo-Wschodniej mają niemal obsesję na punkcie chłodzenia się. Klimatyzacja zwykle bywa nastawiona nie na komfortowe dla Europejczyka 20–22°C, ale na temperaturę znacznie niższą. Dlatego do kina zawsze trzeba się ciepło ubrać, przed podróżą nocnym autobusem wyjąć bluzę i szal, a nawet narzucić coś na siebie przy każdej przejażdżce metrem.

Tajlandia cieszy się dużą popularnością wśród turystów z całego świata głównie ze względu na przepiękne plaże i lazurowe morze. Warto jednak wyjść nieco poza ten schemat, zrezygnować z błogiego wylegiwania się na złotym piasku choć na kilka dni i przeżyć o wiele więcej. To idealny cel wyjazdów dosłownie dla wszystkich – rodzin z dziećmi, backpackerów, którzy muszą nieraz zaciskać pasa, miłośników sportów i wielbicieli leniuchowania, samodzielnych podróżników czy królów imprez.

Raj dla kubków smakowych

Jedzenie stanowi wielką atrakcję w czasie wizyty w Tajlandii. Nie bez powodu kuchnia tajska uważana jest za najciekawszą i najlepszą na świecie. Niespróbowanie miejscowych przysmaków byłoby prawdziwym grzechem. Trzeba jednak pamiętać, że tosty zapiekane z szynką sprzedawane w popularnej sieci sklepów 7-Eleven wcinają tylko przyjezdni, a tutejsze śniadanie, obiad i kolacja niespecjalnie się od siebie różnią – rano można spokojnie zajadać się grillowaną wieprzowiną, kurczakiem czy dużą miską wywaru mięsnego z makaronem ryżowym.

Jeśli do obiadu nie dostaliście pałeczek, lecz sztućce, nie martwcie się, nikt nie zwątpił w wasze umiejętności posługiwania się nimi. W Tajlandii większość dań je się po prostu łyżką i widelcem (noże to rzadkość). Pałeczki, razem z łyżką, podawane są najczęściej do zupy z makaronem ryżowym.

W kuchni tajskiej wszystko kręci się wokół ryżu (zamówić go można nawet w miejscowym KFC), intensywnych przypraw i różnych rodzajów mięsa. Najsłynniejsze jest boskie pad thai, czyli smażony makaron ryżowy m.in. z jajkiem, sosem rybnym, orzeszkami, krewetkami, serwowany z połówką limonki i kiełkami. Nie wolno nie spróbować chociaż jednej z wersji curry (mieszanki przypraw rozprowadzanej w mleku kokosowym podawanej z mięsem, warzywami i ryżem) – do wyboru czerwone, zielone, żółte bądź łagodniejsze phanaeng curry (panang curry lub penang curry). Z kolei tom yam (tom yum) to intensywna kwaśno-pikantna zupa na mleku kokosowym. Ciekawą propozycję na lunch stanowi też sałatka z papai. Na deser często zamawia się lepki ryż khao niaw z bananem, mlekiem kokosowym czy jajkiem.

Przed wyruszeniem na wędrówkę w poszukiwaniu tajskich specjałów trzeba również odrzucić restrykcyjne zasady polskiego sanepidu, aby móc beztrosko zapuścić się w uliczki, gdzie na każdym kroku spotkać można dymiące wózki pełne świeżo przygotowanych smakołyków (wspomnianej zupy albo np. nadzianego na patyki mięsa). Wokół nich chaotycznie poustawiane są małe stoliki z niskimi plastikowymi krzesłami – nie ma na nich serwetek i sztućców, ale atmosfera jedzenia na ulicy jest niepowtarzalna. We wszystkich miastach i punktach, gdzie zatrzymują się autobusy dalekobieżne, znajduje się przynajmniej kilka niewielkich targów, na których oprócz świeżych owoców czy ryb sprzedaje się przeróżne mieszanki mięsa z lokalnymi warzywami przyprawione prawdziwie po tajsku. Posiłki na wynos pakuje się do zawiązywanych woreczków. Duża część lokali typowo restauracyjnych powstała dla turystów, dlatego ceny bywają w nich nawet kilkakrotnie większe, a dania – nie zawsze oryginalne.

W słynnej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej Pattaya,uchodzącej za jedno z centrów seksbiznesu,koniecznie należy odwiedzić chińsko-tajskie restauracje z rodzaju all you can eat (pol. jesz, ile chcesz). Pośrodku stołu znajduje się w nich wielki rozgrzany gar, w którym goście samodzielnie gotują lub przysmażają jedzenie. W formie szwedzkiego stołu wystawione są przeróżne warzywa, owoce, mięsa i najrozmaitsze owoce morza. Większe porcje tych dwóch ostatnich składników można wybrać samemu i oddać w ręce obsługi, która przygotuje je na grillu.

Moje własne curry

W Tajlandii przyrządzimy też miejscowe przysmaki samodzielnie pod okiem doświadczonego szefa kuchni w czasie kursu gotowania. Nawet największym obżartuchom powinien wystarczyć półdniowy wariant takiego szkolenia, w trakcie którego przygotowuje się kilka dań, a potem je konsumuje. W menu pojawiają się doskonała zupa kokosowa tom kha czy wspomniana już tom yam, makaronowe pad thai, jeden z rodzajów sajgonek i deser. W moździerzu uciera się również proszek curry, którego później dodaje się do potrawy z ryżem. Takie własnoręcznie przyrządzone specjały to prawdziwe niebo w gębie.

Największy wybór godnych polecenia kursów gotowania znajdziemy w mieście Chiang Mai, położonym w północnej części kraju. To jeden ze standardowych przystanków wszystkich turystów w Tajlandii, dlatego zaplecze usługowe jest w nim na tyle rozwinięte, że przyjezdni mogą siedzieć tu ponad tydzień i nigdy się nie nudzić.

Dzień najlepiej zacząć na lokalnym targu. Niektóre sprzedawane na nim produkty są tak niezwykłe, że człowiek z Europy Środkowej nie tylko dziwi się, że Tajowie je jedzą, ale też zastanawia, jak to robią. Do najsłynniejszych tego typu osobliwości należy zielonkawy durian z grubą skórką przypominającą nieco kolce. Ciągnie się za nim opinia najbardziej śmierdzącego owocu świata. Kiedy w pokoju w hostelu czuć zapach starych skarpetek, niekoniecznie winę za to musi ponosić niechlujny współlokator. Może ktoś nielegalnie (większość obiektów noclegowych wywiesza kartki z rysunkiem przekreślonego duriana) przemycił cuchnący smakołyk. Podobno nie wolno spożywać go także z alkoholem lub kawą.

Ciało do ciała

Po spacerze z orzeźwiającym świeżo zmiksowanym sokiem z owoców egzotycznych w ręce przychodzi czas na relaks. Wbrew obiegowej opinii większość tajskich masaży wcale nie kończy się zaspokojeniem seksualnym. Zabieg ten ma długą historię, a za jego legendarnego twórcę uchodzi sam lekarz Buddy – Shivago Komarpaj (Jīvaka Komarabhācca), żyjący ok. VI w. p.n.e. W rzeczywistości rozwój tej techniki masowania był bardziej złożony, bo czerpie ona z tradycji Chin, Indii i innych południowoazjatyckich krajów.

Wizyta w miejscowym salonie bywa niełatwym przeżyciem dla osób nieśmiałych i kruchych – taki masaż jest wyjątkowo kontaktowy i intensywny. Przed nim rozbieramy się do majtek albo zakładamy coś w rodzaju luźnego szlafroka i kładziemy się na materacu lub specjalnej leżance. W trakcie zabiegu masażystka używa różnych części ciała: łokci, stóp, kciuków bądź przedramion, może na nas siadać, trzymać za rękę, przyciskać nasze ciało do swojego. W przypadku tej techniki nie chodzi tyle o delikatne ugniatanie mięśni i skóry, co o naciskanie odpowiednich punktów i rozciąganie. Tajski masaż łączy elementy akupresury, pasywnej jogi i refleksologii. Czasem wywołuje chwilowy ból, ale po wszystkim człowiekowi wydaje się, że jest na tyle rozciągnięty, iż urósł kilka centymetrów. Taka sesja niesamowicie odpręża, dlatego zaleca się korzystanie z jej dobrodziejstw przynajmniej raz w tygodniu, nie tylko na urlopie. Osoby krępujące się tak bliskiego kontaktu z obcym człowiekiem mogą skusić się na wymasowanie stóp czy karku i głowy. Salony masażu znajdziemy tutaj dosłownie wszędzie, m.in. na południowych wyspach, w Bangkoku lub północnym Chiang Mai (gdzie działa zresztą najbardziej renomowana szkoła masażu).

Wielki błękit

scuba_diving_andaman_sea.jpg

W wodach Morza Andamańskiego nurkowie spotkają m.in. rekiny brodate

©THAITRAVELMART.COM



Ciepłe przejrzyste morze, bogactwo kolorowych ryb i zapierające dech w piersiach rafy koralowe przyciągają co roku do południowej Tajlandii tysiące turystów, a podwodny świat tego regionu od zawsze trafia do pierwszych dziesiątek rankingów najciekawszych nurkowisk na ziemi. Jeśli ktoś nie wie nic o nurkowaniu, to nic nie szkodzi. Może kupić albo wypożyczyć maskę, rurkę oraz płetwy i wybrać się na eksplorację dna morskiego na własną rękę na płytkie wody blisko brzegu. Dobrze dopytać się o lokalne warunki – w niektórych miejscach występują silne prądy lub fale, które wyrzucają na skały czy rafy. Najlepsze do snorkelingu są okolice wysp Koh Lipe, Koh Chang i Koh Samui.

Warto jednak zarezerwować sobie kilka dni bądź tydzień i wykupić podstawowy kurs nurkowy ze sprzętem – tutejsze ceny należą do najkorzystniejszych na świecie, a to, co zobaczymy pod powierzchnią morza w Tajlandii, jest zdecydowanie atrakcyjniejsze niż widoki podczas szkoleń prowadzonych na basenie i jeziorach w Polsce. Co więcej, sprzyjające warunki panują tu cały rok (z małymi wyjątkami), temperatura wody w zasadzie nie spada poniżej 26°C, a najlepszy okres do nurkowania to styczeń–marzec, czyli szczyt tajskiego sezonu. Zwykle nie ma konieczności zapisywania się na lekcje z wyprzedzeniem. Nawet na mniejszych turystycznych wyspach działa po kilka firm, bez problemu już na miejscu sprawdzimy ceny, dostępność i terminy kursów. Dobrze też zainteresować się, jakie certyfikaty posiada instruktor, czy dogadamy się z nim w jakimś języku, którym władamy, i co dokładnie zawiera dana oferta.

Cisza pod wodą, otaczające człowieka rozległe przestrzenie czy uczucie latania to dodatkowe argumenty przemawiające za spróbowaniem nurkowania. Niemal 75 proc. wszystkich gatunków fauny morskiej i koralowców na świecie występuje właśnie w Azji Południowo-Wschodniej – od malutkich koników morskich, przez płaszczki, ośmiornice, węże wodne, po kilku- lub kilkunastometrowe ryby. Spotkania z tymi stworzeniami nigdy się nie zapomina. Zachwycają również podwodne jaskinie, bloki skalne i wraki łodzi. Tajlandię można podzielić na trzy rejony idealne dla nurków. Pierwszy z nich stanowi zachodnie wybrzeże ze słynną wyspą Phuket oraz archipelagiem Phi Phi, leżący na północ od niego obszar, na który składają się wyspy Similan, Koh Bon, Koh Tachai i Skała Richelieu (Richelieu Rock), a także region południowy, czyli Koh Haa, Hin Daeng, Hin Muang i Koh Lipe. Z kolei w północnej części Zatoki Tajlandzkiej warto odwiedzić Pattayę i Koh Chang. Natomiast na jej południowym terenie miłośników podwodnych przygód przyciągają Koh Tao i Koh Samui.

Na siedzeniu tuk-tuka

phi-ph-island-1.jpg

Koh Phi Phi Don jest największą wyspą w archipelagu Phi Phi

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND



Istnieje wiele sposobów podróżowania po kraju Tajów. Wielką frajdą będzie na pewno zwiedzanie wybranej wyspy na własną rękę wypożyczonym na jeden lub kilka dni skuterem. Samodzielne prowadzenie środka transportu (wynajęcie samochodu bywa znacznie droższe) daje dużą niezależność. Nie tylko nie jesteśmy wówczas uzależnieni od rozkładów jazdy, lecz także bez problemu możemy zatrzymać się przy opuszczonej rajskiej plaży i wskoczyć wprost do orzeźwiającej wody.

W dużym mieście warto choć raz przejechać się tuk-tukiem, czyli autorikszą pełniącą funkcję taksówki. Taki trzykołowy pojazd wygląda jak motor z dobudowanym z tyłu wózkiem, który pomieści kilka osób. Jazda zatłoczonymi ulicami Bangkoku podniesie ciśnienie krwi niejednemu Europejczykowi. Jeśli ktoś podróżuje samodzielnie, może skorzystać z taksówek motorowych i skuterowych. Pasażer plecak wkłada pod kierownicę i wskakuje na siedzenie za kierowcą, który pędzi, przeciskając się między samochodami i ignorując większość znaków drogowych. Trudno powiedzieć, czy to aby na pewno bezpieczne, ale przeżycia z takiej przejażdżki są z pewnością niezapomniane.

Tajlandia to wręcz wymarzone miejsce dla miłośników morza i wysp, a co za tym idzie, zapalonych żeglarzy. Wystarczy zebrać grupę znajomych i wypożyczyć jacht albo katamaran, aby przemierzać bezkresną Zatokę Tajlandzką, a podczas rejsu zatrzymywać się w każdej chwili przy opuszczonych lądach, opalać bez towarzystwa tłumu turystów i nurkować z maską wśród bajecznych raf koralowych.

W świetle księżyca

shopping_at_khao_san_road1.jpg

Ulicę Khao San w centrum Bangkoku odwiedzają tłumy turystó

©THAITRAVELMART.COM



Wieczorem siadamy w jednym z barów. Noc jest gorąca, w środku stoją plastikowe krzesła i stół bilardowy, gra głośna muzyka. Podają tutaj tajskie piwa Chang i Singha bądź popularnego Tigera z Singapuru, czasem z lodem. Dla niektórych wakacje to moment, kiedy wreszcie mogą beztrosko imprezować i nie martwić się wczesnym wstawaniem. Do najlepszych do tego miejsc należy Bangkok – znajdziemy w nim słynną ulicę dla backpackerów Khao San, luksusowe bary na dachach wieżowców (rooftop bars) czy dzielnicę czerwonych latarni Patpong odwiedzaną przez licznych zagranicznych przybyszów. Wiele osób przyciągają kolorowe nocne światła położonego na wybrzeżu miasta Pattaya, centrum tajskiego seksbiznesu, w którym przy głównej ulicy działają kluby dla gejów oraz lokale oferujące pokazy erotyczne lub występy kathoey, czyli tzw. ladyboys (osób, które przyswoiły sobie cechy przeciwnej płci, uważanych w buddyzmie za trzecią płeć). Dzikie noce w ociekającej alkoholem i seksem Pattayi niezbyt przypadną do gustu osobom ceniącym zwykłego typu rozrywki czy rodzinom z dziećmi. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że seksturystyka to nie tylko niewinna wakacyjna zabawa, lecz także branża kontrolowana przez mafie i związana z wykorzystywaniem kobiet oraz zmuszaniem nieletnich do prostytucji.


Bawić można się wszędzie, ale dobre towarzystwo i odpowiedni termin to czasem podstawa. Tajlandia słynie na świecie z full moon party, czyli całonocnych imprez nad brzegiem morza organizowanych na południu kraju w dzień przed pełnią księżyca, w jej trakcie albo dzień po niej. Zwyczaj ten zainicjowano na plaży Haad Rin na wyspie Phangan w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej. W 1985 r. odbyło się pierwsze takie wydarzenie dla kilkudziesięciu osób. Wkrótce zyskało sławę i dziś przyciąga przynajmniej kilka tysięcy uczestników, w większości turystów, a jego odpowiedniki spotkamy również na innych wyspach. Na full moon party usłyszymy muzykę reggae, trance, rhythm and blues, techno, house czy drum and bass. Alkohol leje się strumieniami, nierzadko pojawiają się też inne środki odurzające. Trzeba jednak wiedzieć, że kary za posiadanie i sprzedawanie narkotyków w Tajlandii są wyjątkowo surowe.

Emocje na ringu

Wielbiciele widowisk podnoszących poziom adrenaliny we krwi także nie będą się w tym kraju nudzić. Muay thai, czyli boks tajski (boks syjamski), to bardzo popularna sztuka walki, szczycąca się niemal statusem sportu narodowego i przyciągająca tysiące żądnych wrażeń Tajów i zagranicznych turystów. Zwykle podoba się nawet osobom, które nie są fanami bijatyk na ringu. Ma wielowiekową tradycję, a wiele ze starych elementów przetrwało do dzisiaj – pojedynek zaczyna się od rytualnego tańca wojownika wai khru. Kiedyś w jego trakcie prezentowano region, z którego pochodził zawodnik. Ta część stanowi jednocześnie rozgrzewkę. Cała walka odbywa się na stojąco, przeciwnicy używają niskich kopnięć okrężnych, uderzeń łokciami i kolanami oraz tzw. klinczu, czyli chwytu klamrowego rękami. Niesamowitą atmosferę na widowni tworzy rozemocjonowana publiczność zawsze reagująca na silniejszy cios, przekrzykująca się, obstawiająca wynik w każdym momencie spotkania. Walczą w większości Tajowie, ale zdarzają się też zawodnicy z innych krajów. Niektórzy z nich są bardzo młodzi – trafiają się nawet 15-latkowie. Za najlepsze areny bokserskie uchodzą Lumpinee Boxing Stadium i Rajadamnern Stadium w Bangkoku oraz te na Phuket i Koh Samui czy w Chiang Mai.

Noc w dżungli

Liczne parki narodowe, dziewicza przyroda i zielona dżungla, w głąb której urządza się kilkudniowe wędrówki, czekają na wszystkich mających odwagę zejść nieco ze standardowego szlaku pełnego piaszczystych plaż i taniego piwa Chang. Leśnych ścieżek i zorganizowanych wycieczek szukać można w różnych częściach kraju, zarówno na popularnej północy, jak i w regionie wschodnim, często omijanym przez turystów. Dużo wypraw trekkingowych organizuje się w prowincjach Chiang Mai i Chiang Rai, Mae Hong Son, Kanchanaburi, Krabi, dystrykcie Mae Sot czy Parku Narodowym Khao Yai. Jeśli musimy wybrać jedno miejsce, warto zaufać ekspertom z UNESCO i odwiedzić Kompleks Leśny Dong Phayayen-Khao Yai, leżący w środkowej Tajlandii, stosunkowo niedaleko od stolicy. Podczas planowania wędrówek należy brać pod uwagę porę roku. Inaczej niż na wybrzeżu w okresie zimowym temperatura powietrza na terenach wyżej położonych bywa znacznie niższa od tej panującej w pozostałych miesiącach.

Światło i dym

Tajlandia to kraj o długiej historii i bogatej tradycji, dobrze więc poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jej najważniejszymi zabytkami i dowiedzenie się czegoś więcej o dominującym tutaj buddyzmie. Do obowiązkowych miejsc do zwiedzenia w Bangkoku zaliczają się przepiękny Wielki Pałac Królewski z Wat Phra Kaew (Świątynią Szmaragdowego Buddy), jedna z najstarszych tajskich budowli sakralnych Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy) oraz Wat Suthat z 28 chińskimi pagodami symbolizującymi 28 postaci Buddy. Na prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO znajdują się m.in. stanowisko archeologiczne Ban Chiang, dawna stolica Syjamu Ayutthaya, ruiny miasta Sukhothai czy rezerwaty dzikiej przyrody rozciągające się wzdłuż granicy z Birmą występujące pod wspólną nazwą Thung Yai-Huai Kha Khaeng.

Choć flaga Tajlandii jest niebiesko-biało-czerwona, to zdecydowanie dominują tu kolory pomarańczowy, złoty i biały. Można się o tym przekonać w trakcie jednego z buddyjskich świąt. W jakimkolwiek mieście wtedy będziemy, udajmy się do najbliższej świątyni i przeżyjmy je razem z Tajami. W czasie pełni księżyca obchodzi się Makha Bucha (Magha Puja), kiedy to rozbłyskają setki świateł, a w powietrzu unosi się dym. Pochód ze świeczkami i kwiatami prowadzony przez ubranych na pomarańczowo mnichów okrąża kilkakrotnie kompleks świątynny. Z kolei Songkran to tradycyjny tajski Nowy Rok (wypada na połowę kwietnia). Na ogół spędza się go w gronie rodziny, a do jego zwyczajów należy obmywanie posągów Buddy w świątyniach lub w czasie procesji (przewozi się je na bagażnikach samochodów). Przez kilka dni ulice pełne są roześmianych ludzi, którzy malują się białą kredą i oblewają wodą. Przypomina to trochę nasz śmigus-dyngus.

Tajskie niezwykłości

W Tajlandii zaskoczy nas wiele rzeczy. Na śniadanie dostaniemy ryż z mięsem lub zupę z makaronem ryżowym, a niedojrzałe mango serwuje się tu z sosem rybnym albo chilli. Do większości potraw otrzymamy łyżkę i widelec. Piwo z kolei często podaje się z lodem.

Do zwykłych widoków należą w tym kraju mnich bawiący się telefonem komórkowym czy słonie spacerujące po ulicach. Na drogach trzeba zachować ostrożność, bo przepisy dla uczestników ruchu traktuje się raczej jako wskazówki niż nakazy i zakazy.

Niemal wszystkie kremy dostępne w sklepach przeznaczone są do rozjaśniania skóry. Klimatyzacja w środkach komunikacji i pomieszczeniach ustawiona jest na dość niską temperaturę – sweter w autobusie to konieczność. Hymn państwowy rozbrzmiewa z głośników dwa razy dziennie, dodatkowo również przed każdym seansem w kinie.