DOROTA STAŃCZYK

<< Republika Chile jest jednym z nielicznych krajów, które mogą poszczycić się wielką różnorodnością krajobrazów i stref klimatycznych. Na północy występuje najsuchsza pustynia świata – Atakama, a na południu – potężne lodowce. Pomiędzy tymi dwoma skrajnościami znajdziemy wszystko: od skąpanych w słońcu plaż, poprzez bujne winnice, wiecznie zielone lasy ze szmaragdowymi jeziorami, aż do niekończących się patagońskich stepów. Dopełnieniem tego wszystkiego są szczyty Andów i dymiące wulkany. To właśnie w Chile cuda natury i ciekawa historia składają się na wspaniałe atrakcje turystyczne. >>

 

Ten fascynujący południowoamerykański kraj graniczy z Peru, Boliwią i Argentyną. To niewątpliwie najwęższe państwo na kontynencie. Najdłuższy odcinek między jego zachodnią a wschodnią granicą wynosi jedynie 445 km, a najkrótszy – 90 km. Jednocześnie ze względu na swoją rozciągłość południkową wyróżnia się na chilijskim terytorium aż 4 strefy klimatyczne: zwrotnikową, podzwrotnikową, umiarkowaną, a nawet subpolarną. Nic więc dziwnego, że znajdziemy tu aż 36 parków narodowych.

Chilijczycy wierzą, że ich niezwykły zakątek był ostatnim dziełem Boga. Legenda głosi, że po stworzeniu świata spostrzegł on, iż zostało mu trochę tworzywa i postanowił spożytkować je na jeszcze jeden kraj. Rozsypał piaski Atakamy, do łańcucha Andów dorzucił ośnieżone wulkany, słodką wodą wypełnił rzeki i jeziora, a resztki wysepek umieścił wzdłuż wybrzeża Patagonii. Ta niesamowita kraina, ciągnąca się długim pasem na zachodnim wybrzeżu Ameryki Południowej, dzięki zapierającym dech w piersiach widokom każdego roku przyciąga coraz większą liczbę zagranicznych turystów, także z Polski (w 2012 r. chilijską ziemię odwiedziło ok. 4 tys. Polaków).

 

W Dolinie Centralnej

Większość podróżnych zwiedzanie Chile rozpoczyna od jego stolicy. Santiago (Santiago de Chile) założył hiszpański konkwistador Pedro de Valdivia (1497–1553). Oficjalne powstanie miasta datuje się na 12 lutego 1541 r. Chilijska stolica ma wiele twarzy, ale na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie nowoczesnej metropolii. W jej aglomeracji mieszka mniej więcej 6 mln ludzi, co odpowiada ok. 30 proc. populacji tego 17-milionowego kraju. Santiago to siedziba rządu, najważniejszych organów administracyjnych i sądowych (wyjątek stanowi m.in. parlament Chile – Kongres Narodowy, czyli Congreso Nacional de la República de Chile, który obraduje w Valparaíso), a także instytucji kulturalnych czy finansowych. Dzięki prężnemu międzynarodowemu portowi lotniczemu (Aeropuerto Internacional Comodoro Artuto Merino Benítez) jest bramą dla turystów pragnących odkrywać tajemnice i skarby chilijskiej ziemi.

Do jednych z największych tutejszych atrakcji należą Plaza de Armas de Santiago, czyli zabytkowy centralny plac miejski z Palacio de la Real Audiencia, nazywanym też Palacio de la Independencia (obecnie w pałacu tym mieści się Historyczne Muzeum Narodowe – Museo Histórico Nacional), oraz gmach Palacio de La Moneda (siedziba prezydenta republiki), który we wrześniu 1973 r. został zbombardowany przez chilijskie lotnictwo podczas wojskowego zamachu stanu, tzw. puczu Augusta Pinocheta (1915–2006). Interesujący punkt turystyczny stanowi również Wzgórze św. Krzysztofa (Cerro San Cristóbal – 880 m n.p.m.), wznoszące się w rozległym Parku Metropolitalnym (Parque Metropolitano de Santiago) w północnej części miasta. Na jego szczyt dostać się można koleją linowo-terenową z 1925 r. (Funicular de Santiago), samochodem, bądź specjalnym szlakiem pieszym i rowerowym. Na samym wierzchołku stoi Sanktuarium Niepokalanego Poczęcia (Santuario de la Inmaculada Concepción) i ponad 22-metrowa statua Matki Boskiej. Roztacza się stąd cudowna panorama stolicy. W parku znajdują się także Narodowy Ogród Zoologiczny Chile (Zoológico Nacional de Chile), Ogród Botaniczny Chagual (Jardín Botánico Chagual) oraz dwa duże baseny na świeżym powietrzu. W Santiago na turystów czekają też liczne restauracje i bary, galerie sztuki, sklepy, puby, kluby muzyczne i dyskoteki. Ulice chilijskiej metropolii są zawsze pełne handlarzy oraz artystów.

Zmęczonym zgiełkiem tego wielkiego miasta polecam jedno- lub kilkudniowe wycieczki po okolicy. Najbliższe ośrodki narciarskie (Valle Nevado, El Colorado, Farellones, La Parva czy Lagunillas) leżą zaledwie mniej więcej godzinę jazdy samochodem od stolicy Chile. W jej pobliżu rozciągają się również winnice, w których produkuje się jedne z najlepszych win na naszym globie. Do okolicznych wspaniałych obszarów ochrony przyrody (np. Narodowy Rezerwat Rzeki Clarillo – Reserva Nacional Río Clarillo, Naturalny Pomnik El Morado – Monumento Natural El Morado) możemy wybrać się na piesze wędrówki, przejażdżki konne, kemping, a nawet do gorących źródeł. Z kolei do wybrzeża Pacyfiku dojedziemy w niecałe 2 godziny. Wypoczniemy tutaj na jednej z pięknych i gorących plaż kurortu Viña del Mar albo popływamy w największym basenie świata San Alfonso del Mar (o powierzchni niemal 8 ha i długości ponad 1 km!) w północnej części miasta Algarrobo, ok. 90 km od Santiago. Miliony turystów przyciąga także portowe Valparaíso, słynące z malowniczych wzgórz i prowadzących na nie historycznych wind, zabytkowych kolorowych domów, swojego artystycznego charakteru i pięknych nadmorskich widoków. Setki budynków wzniesionych gęsto nad samym brzegiem Oceanu Spokojnego tworzą prawdziwy labirynt uroczych ulic i uliczek.

 

W słońcu Atakamy

Na tym najsuchszym obszarze na świecie, obejmującym powierzchnię ok. 105 tys. km², odkryjemy też najwyższe szczyty na całym kontynencie. Pustynia Atakama (Desierto de Atacama) to przede wszystkim unikalne atrakcje naturalne. Najdalej wysunięte północne wyżyny w Parku Narodowym Lauca (Parque Nacional Lauca) w regionie Arica y Parinacota znane są przede wszystkim ze swoich suchych, słonych jezior i niebieskich lagun z osiągającymi ponad 6 tys. m n.p.m. wulkanami Parinacota, Pomerape, Guallarite czy Acotango w tle. Poruszając się na południe, natkniemy się na dymiące pola gejzerów El Tatio (ok. 4200 m n.p.m.) i solniska m.in. Salar de Huasco, Salar de Pintados oraz najsłynniejsze, a zarazem największe w Chile – Salar de Atacama (o powierzchni 3 tys. km², leżące na wysokości 2305 m n.p.m.). Tłumy turystów przyciągają również rejony pustynnej Doliny Księżycowej (Valle de la Luna) oraz Doliny Śmierci (Valle de la Muerte), gdzie spotkamy nietypowe formacje skalne wyrzeźbione przez siłę wiatru i wody. Tym niesamowitym miejscom wielkiego uroku dodaje imponujące bogactwo kształtów, kolorów i tekstur. Szczęściarzom uda się także zobaczyć „kwitnącą pustynię” w Parku Narodowym Llanos de Challe (Parque Nacional Llanos de Challe), czyli klimatyczny fenomen powodowany przez wiosenne ulewne deszcze, które pozwalają rozkwitnąć ponad 220 rodzajom roślin. Tak naprawdę jednak Atakama budzi się dopiero nocą. Na tej wysokości nad poziomem morza przy krystalicznie czystym niebie wydaje się, że jest się bliżej gwiazd niż gdziekolwiek indziej.

 FOT. SERVICIO NACIONAL DE TURISMO CHILE

Indianie z lamami w Valle de la Luna

 

Rejon tej pustyni to też liczne ślady historii – wymarłe osady górnicze Santiago Humberstone i Santa Laura, w których wydobywano saletrę (wpisane w 2005 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO), miasto San Pedro de Atacama z jedną z najstarszych świątyń katolickich w Chile (Kościół św. Piotra – Iglesia de San Pedro) oraz wspaniałymi wykopaliskami archeologicznymi. W tych ostatnich odnaleziono najstarsze mumie świata należące do kultury Chinchorro, pochodzące z okresu od 5 tys. do 2,8 tys. lat przed Chrystusem, czyli znacznie bardziej wiekowe niż te ze starożytnego Egiptu.

 

W labiryncie wysp

W chilijskich granicach, między zatoką Reloncaví (Seno de Reloncaví) i przylądkiem Horn (Cabo de Hornos) leży wiele interesujących wysp i wysepek. Jednak największą sławą wśród podróżników cieszą się niepowtarzalna Wyspa Wielkanocna (Isla de Pascua) oraz archipelag Juan Fernández. Za najbardziej znaną uchodzi ta pierwsza, zwana Rapa Nui, położona w południowo-wschodniej części Oceanu Spokojnego, w Polinezji – jeden z najbardziej oddalonych od kontynentu zamieszkałych skrawków lądu. Sprawia ona wrażenie zawieszonej między magią a rzeczywistością. To tutaj legendy związane z majestatycznymi posągami moai, nieprzeniknione glify i kult boga Make-Make, stwórcy świata, przenoszą turystów do pełnej tajemnic przeszłości. Kontrowersyjna historia wyspy (epidemie, wojna domowa, kolonializm, niewolnictwo, katastrofa ekosystemu) wciąż fascynuje mnóstwo ludzi.

Wyspy Juan Fernández zostały odkryte przypadkiem w listopadzie 1574 r. przez hiszpańskiego żeglarza Juana Fernándeza (ok. 1528/1530–1599), który podróżował między Peru i Valparaíso. Tutejszy jedyny w swoim rodzaju ekosystem stwarza warunki do występowania rzadkich, a nawet endemicznych roślin i zwierząt, niespotykanych nigdzie indziej na świecie, jak np. fernandezik wyspowy – mały ptak z rodziny kolibrowatych, czy też koza Juan Fernández. Największa na archipelagu jest wyspa Robinson Crusoe (47,9 km² powierzchni), rozsławiona dzięki historii szkockiego żeglarza Aleksandra Selkirka (1676–1721), który przebywał na niej samotnie przez 4 lata od 1704 r. Angielski pisarz Daniel Defoe przy pisaniu powieści Przypadki Robinsona Crusoe (1719) zainspirował się najprawdopodobniej właśnie jego losami.

Nie mniejsza sława otacza także należący do regionu Los Lagos archipelag Chiloé na czele z Wielką Wyspą Chiloé (Isla Grande de Chiloé), jedną z największych w Ameryce Południowej (o powierzchni 8394 km²). Znajduje się tutaj 16 drewnianych jezuickich kościołów (Iglesias de Chiloé), powstałych między XVIII a początkiem XX w., które wpisano w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Głównymi miejscowymi atrakcjami są też Park Narodowy Chiloé (Parque Nacional Chiloé) z wiecznie zielonymi lasami oraz Naturalny Pomnik Wysepek Puñihuil (Monumento Natural Islotes de Puñihuil) z kolonią pingwinów Humboldta i pingwinów magellańskich. Na wyspie odbywa się też coroczny, jeden z najpopularniejszych w Chile, lutowy Festival Costumbrista Chilote, który stanowi idealną okazję do poznania niepowtarzalnej kultury i historii tego miejsca.

 FOT. SERVICIO NACIONAL DE TURISMO CHILE Endemiczny kaktus Browningia candelaris przy drodze do Putre

 

W krainie rzek, jezior i wulkanów

Warunki klimatyczne na południu sprawiają, że ten rejon kraju można nazwać chilijską krainą czarów. Tutejsze parki narodowe zachwycają wulkanicznymi szczytami, jeziorami, rzekami i wodospadami oraz bogactwem roślinności. Turyści, szczególnie miłośnicy aktywnego spędzania wolnego czasu, chętnie odwiedzają miasto Pucón, leżące malowniczo u podnóża wulkanu Villarrica (2847 m n.p.m.). Ściągają do niego przede wszystkim amatorzy wspinaczki górskiej, raftingu, kajakarstwa, wędkarstwa sportowego, jazdy konnej, narciarstwa czy snowboardingu. Po pełnym wrażeń dniu relaksują się tu w gorących źródłach.

Dla wielbicieli trekkingu rajem na ziemi okażą się pobliskie parki narodowe Parque Nacional Villarrica i Parque Nacional Huerquehue, a także te trochę dalsze (w regionie Los Lagos) – Parque Nacional Puyehue czy Parque Nacional Vicente Pérez Rosales. Oferują one szereg wspaniałych szlaków turystycznych z zapierającymi dech w piersiach punktami widokowymi. Główne centrum narciarstwa w tym rejonie to Antillanca, położona u stóp wulkanu Casablanca (2240 m n.p.m.). Niedaleko stąd do gorących źródeł Puyehue i Aguas Calientes. Na granicy prowincji Osorno i Llanquihue wnosi się natomiast majestatyczny stożek wulkanu Osorno (2652 m n.p.m.). U jego podnóża, na terenie Parque Nacional Vicente Pérez Rosales, znajduje się osada Petrohué, z której odpływają słynne wśród podróżników promy do Argentyny. Na uwagę zasługuje też krajobraz okolic jeziora polodowcowego Llanquihue, jednego z największych naturalnych akwenów w Ameryce Południowej (860 km² powierzchni). W usytuowanych nad jego brzegiem miejscowościach turystycznych Puerto Varas, Frutillar, Puerto Octay, Fresia czy Llanquihue bez trudu dostrzeżemy znaki kolonizacji niemieckiej na tym obszarze.

 

W wietrznej Patagonii

Region Aysén – serce chilijskiej Patagonii – rozpoznawany jest dzięki zapierającym dech w piersiach krajobrazom oraz rozległym terenom, z których część nadal pozostaje nieodkryta. Fiordy, lodowce, rwące rzeki, rozległe łąki, jeziora i lasy oraz dzikie zwierzęta to tylko niektóre atrakcje, jakie przygotowała tutaj dla turysty matka natura. Aysén warto polecić miłośnikom pieszych wędrówek, wędkarstwa, jazdy konnej oraz przyrodnikom. Najbardziej znaną trasę wiodącą wzdłuż Patagonii stanowi 1240-kilometrowa Carretera Austral (Ruta CH-7), łącząca stolicę regionu Los Lagos Puerto Montt z osadą Villa O’Higgins przy granicy z Argentyną. Ze względu na niezmiernie malownicze pejzaże szlak ten stał się prawdziwym rajem dla rowerzystów i amatorów fotografii.

Patagonię można również podziwiać od strony oceanu w czasie wycieczki statkiem należącym do firmy Navimag, która dostarczy każdemu pasażerowi niecodziennych wrażeń i widoków. Dzięki rejsom wycieczkowym oferowanym przez armatora Skorpios, rozpoczynającym się w Puerto Montt, obejrzymy za to z bliska olbrzymi lodowiec San Rafael (Glaciar San Rafael) liczący sobie ponad 30 tys. lat. Za niezmiernie interesującą atrakcję uchodzą też marmurowe wysepki, jaskinie i tunele największego akwenu Patagonii – jeziora General Carrera (po argentyńskiej stronie znanego jako Buenos Aires), mającego aż 1850 km² powierzchni. Te niezwykłe formacje geologiczne, utworzone w wyniku działania fal na przestrzeni ostatnich 6 tys. lat, posiadają niesamowicie żywy niebieski kolor i zanurzone są w równie wspaniałych turkusowych wodach. Cały ten niepowtarzalny kompleks składa się z trzech głównych miejsc: Catedral de Mármol (Marmurowa Katedra), Capilla de Mármol (Marmurowa Kaplica) i Caverna de Mármol (Marmurowa Grota), a turyści zwiedzają go w małych łodziach bądź kajakach.

 

W blasku Ziemi Ognistej

Według legendy ten archipelag u południowych wybrzeży Ameryki Południowej zawdzięcza swoją nazwę blaskom indiańskich ognisk, które widzieli z daleka żeglarze z Ferdynandem Magellanem (1480–1521) na czele. To tutaj łańcuch Andów gwałtownie opada do Oceanu Spokojnego, aby pośród niezliczonych fiordów zniknąć całkowicie w Cieśninie Magellana (Estrecho de Magallanes). W granicach regionu Magallanes leży Park Narodowy Torres del Paine (Parque Nacional Torres del Paine), okrzyknięty w 2013 r. 8 cudem świata przez internautów w ramach konkursu portalu VirtualTourist (otrzymał ponad 5 mln głosów!). Jego nazwa pochodzi od Torres del Paine – małej grupy górskiej złożonej m.in. z trzech charakterystycznych wież skalnych – tzw. Wież Paine (na czele z Cerro Paine Grande – ok. 2750 m n.p.m.). Popularnością cieszą się w nim kilkudniowe wędrówki, podczas których turyści korzystają z noclegów w schroniskach, zwanych tu refugios, oraz na polach namiotowych. Jeden z głównych szlaków turystycznych prowadzi z Refugio Pehoé (Refugio Paine Grande), przez Refugio Grey, Campamento Italiano (Włoskie Obozowisko), Campamento Británico (Brytyjskie Obozowisko) i Los Cuernos (Rogi), aż do wspaniałego punktu widokowego Las Torres (Wieże).

FOT. SERVICIO NACIONAL DE TURISMO CHILE

Wycieczka konna do Torres del Paine

 

Najważniejszym centrum turystycznym na południowym krańcu Chile jest ponad 130-tysięczne miasto Punta Arenas, główna baza wypadowa dla ekspedycji antarktycznych. Warto przejść się tu na plac Muñoza Gamery (Plaza Muñoz Gamero), obejrzeć budynek Palacio Sara Braun (ogłoszony Pomnikiem Narodowym – Monumento Nacional) oraz zwiedzić Muzeum Regionalne Magallanes (Museo Regional de Magallanes), mieszczące się w zabytkowym Palacio Braun Menéndez. Mniej więcej 35 km od Punta Arenas na wyspie Magdalena (2024 km²) i sąsiedniej wysepce Marta znajduje się również kolejny naturalny pomnik – Monumento Natural Los Pingüinos, czyli największa kolonia pingwinów magellańskich na południu Chile (ok. 100 tys. okazów).

 

W lodowych objęciach Antarktydy

Pokrywa lodowa Antarktydy stanowi największą masę lodu na ziemi. Żyje tutaj wiele różnych gatunków zwierząt morskich. To jedno z ostatnich prawdziwie dzikich miejsc na naszym globie i ważny rezerwat biosfery. Jego piękno kontrastuje z ekstremalnymi warunkami pogodowymi, które nie odstraszają jednak odkrywców, naukowców i podróżników. Za bramę do Antarktydy uchodzi Wyspa Króla Jerzego (terytorium sporne Chile, Argentyny i Wielkiej Brytanii) w archipelagu Szetlandów Południowych, na której powstało najwięcej baz badawczych należących m.in. do Chile, Argentyny, Urugwaju, Korei Południowej, a także Polski (Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego).

FOT. SERVICIO NACIONAL DE TURISMO CHILE
Niebieskawy lodowiec Grey ma długość 28 i szerokość 6 km

 

W położonej tu chilijskiej osadzie Villa Las Estrellas, usytuowanej niemal 1600 km na południe od Punta Arenas, mieszka latem mniej więcej 150 osób, a zimą – 80. Założono ją w kwietniu 1984 r. Turyści podróżujący z Punta Arenas na Biały Kontynent (Antarktydę) mają okazję podziwiać m.in. kolonie fok w Cieśninie Drake'a (Pasaje de Drake), pingwiny białobrewe na wyspie Ardley, lodowiec Collins (Glaciar Collins) oraz przyjrzeć się, jak wygląda dzień zwykłego mieszkańca na tym niezwykłym zakątku ziemi. Właśnie tak magiczne jest całe niezmiernie fascynujące i pełne niespodzianek Chile...


 

Artykuły wybrane losowo

Panama z dwóch stron

taboga Island 2

Statki w Zatoce Panamskiej u brzegów Tabogi

© HOVER TOURS

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Słowo „Panama” ma w sobie siłę i melodię. Ilekroć je słyszę, zawsze pobudza moją wyobraźnię. Przed oczami staje mi scena, w której w tropikalnym klimacie literat pracuje nad swoją książką. Na suficie szumi wiatrak, na kolonialnym biurku stoi maszyna do pisania i butelka postarzonego rumu. Panamska rzeczywistość oczarowała pisarzy takich jak choćby Graham Greene, Joseph Conrad czy John le Carré. Ten ostatni zresztą tutaj właśnie umieścił akcję swojej powieści „Krawiec z Panamy”.

 

Kiedy trafiła się więc okazja, aby pojechać do tego kraju w Ameryce Środkowej, natychmiast z niej skorzystałem. Ta wyprawa dała mi mnóstwo radości. Odnajdywałem ją wszędzie: w ludziach, języku, na stoiskach z ulicznym jedzeniem i w przebogatej przyrodzie, której wcześniej nie znałem. Codziennie wstawałem o 5.00 lub 6.00, żeby nowa przygoda nie musiała na mnie czekać, i ciągle nabierałem apetytu na więcej. Na pierwszy rzut oka Panama wydaje się krajem lepiej zorganizowanym niż np. Dominikana. Ale bez obaw! Nie brakuje w niej naturalnego luzu. Wciąż odnajdziemy tu jedyny w swoim rodzaju, uroczy latynoski rozgardiasz. Do Polski wróciłem ogrzany promieniami słońca, naładowany pozytywną energią oraz wzmocniony witaminami ze świeżych soczystych owoców tropikalnych i życzliwością Panamczyków.

 

Z wyprawy do Panamy z największym sentymentem wspominam wizyty na dwóch wyspach: Taboga (Isla de Taboga) i Kolumba (Isla Colón). Pierwszą z nich oblewają wody Oceanu Spokojnego (Zatoki Panamskiej), a druga należy do archipelagu Bocas del Toro na Morzu Karaibskim. Udało mi się więc poznać ten kraj od strony obu jego wybrzeży.

 

Z MIASTA NA WYSPĘ KWIATÓW

 

Mieszkańcy miasta Panama i przyjeżdżający w odwiedziny do tej tętniącej życiem, ale też niezmiernie głośnej, chaotycznej i dzień w dzień potwornie zakorkowanej panamskiej stolicy mają wiele szczęścia. Z tej wielkomiejskiej przestrzeni naznaczonej gęstym lasem połyskujących w słońcu drapaczy chmur, wypełnionych filiami chyba wszystkich kluczowych banków świata czy kancelarii prawniczych, miejsca przypominającego do złudzenia betonową dżunglę Hongkongu albo Singapuru, dosyć łatwo się wydostać. Wystarczy 30 min. i 10 dolarów amerykańskich w kieszeni, aby dopłynąć do wyspy Taboga leżącej w Zatoce Panamskiej (ok. 20 km od wybrzeża kontynentu). Niebiesko-biały katamaran armatora Taboga Express lawiruje co i rusz między majestatycznymi stalowymi bestiami, czyli ogromnymi statkami flot handlowych. Większość z tych wyczekujących wejścia do Kanału Panamskiego wielotonowych kontenerowców, drobnicowców, tankowców czy masowców zarejestrowano w krajach tzw. tanich bander, jak choćby Bahamy, Antigua i Barbuda, oczywiście, Panama i daleka, położona w Afryce Zachodniej Liberia (w jej stolicy, Monrowii, rejestruje się najwięcej jednostek pod względem liczby i tonażu).

 

Na Tabodze dzięki jej wulkanicznemu pochodzeniu i żyznym glebom rozwinęła się niesamowicie bogata przyroda. Tutejsze wzniesienia pokryte są bujnym tropikalnym lasem. Najwyższe z nich – Cerro Vigía – mierzy 307 m wysokości. Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz) osiąga z kolei 169 m, a wieńczy je okazały sześciometrowy krzyż. Podczas II wojny światowej oba służyły amerykańskim żołnierzom jako punkty obserwacyjne. Stany Zjednoczone ulokowały na wyspie bazę wojskową, co ponoć poprawiło znacznie status ekonomiczny jej mieszkańców. Obecnie na szczyty wzniesień prowadzą ścieżki, których pokonanie wymaga mniejszego lub większego wysiłku. Zmieniające się nachylenie terenu i duchota, panująca szczególnie na odcinkach zadrzewionych, stanowią czasem nie lada wyzwanie. Jednak warto podjąć ten trud dla późniejszych widoków, które po prostu zachwycają. Nieco niepokojący wydaje się fakt, że nad głowami osób wchodzących na górę krążą pojedynczo lub stadnie urubu czarne (sępniki czarne), padlinożerne ptaki z rodziny kondorowatych, zwane w Panamie gallotes lub gallinazos (Coragyps atratus). Monitorują kondycję wchodzących, jakby wyczekiwały swojej szansy.

 

Niemal jedna trzecia powierzchni lądu została tu objęta obszarem chronionym. Taboga zwana jest również całkiem zasadnie Wyspą Kwiatów (Isla de las Flores). Zapach tychże dolatuje do nozdrzy, gdy tylko człowiek postawi nogę na molo niewielkiej przystani promowej – ta woń od razu upaja, wprawia w dobry nastrój, zwiastuje przyjemność wakacyjnej laby. Potem zaczyna się zauważać, że kwiaty rosną wszędzie. Mury i balustrady pokrywają bugenwille w kolorze szaty biskupiej, swoje okazałe kielichy kierują do słońca hibiskusy o barwie stroju kardynalskiego. Rośliny kwitną tu bez przerwy, soczystą, radującą oczy zieleń urozmaica mnóstwo wielobarwnych akcentów. Kwiaty zdobią pobocza wąskich uliczek, jakże spokojnych i urokliwych, upiększają domowe tarasy i przydrożne, zadbane kapliczki, których na wyspie nie brakuje. Najokazalsze z tych ostatnich poświęcone są Matce Boskiej z góry Karmel (Nuestra Señora del Carmen), patronce rybaków. Co roku 16 lipca na jej cześć odbywa się zachwycająca procesja na morzu. Świętuje wówczas cała wyspa. Wokół rozbrzmiewa muzyka, wszyscy tańczą do utraty tchu, a wieczorne niebo roziskrzają pokazy sztucznych ogni.

 

Colon Island 3

Kolorowe domy na karaibskiej Wyspie Kolumba

© HOVER TOURS

 

HISZPAŃSCY KONKWISTADORZY

 

Według legendy przekazywanej od pokoleń Matka Boska miała uwolnić miejscowych od najazdów piratów, którzy nękali tę okolicę w XVI w. Ponoć ukazała się intruzom na plaży jako przywódczyni zbrojnej grupy gotowej na odparcie ataku. Piraci zlękli się i wycofali. Wyspiarze pobiegli więc do kościoła, żeby podziękować Bogu za ten cud. W świątyni ujrzeli ślady mokrych stóp prowadzące do ołtarza. Stojący na nim posąg Maryi był mokry i pokryty piaskiem. Wtedy ludzie zrozumieli, komu ten cud zawdzięczają. Dlatego też czczą swoją patronkę do dziś z niesłabnącym oddaniem.

 

Wspomniany Kościół św. Piotra (Iglesia de San Pedro) jest podobno drugą najstarszą świątynią na półkuli zachodniej. Obecnie pieczołowicie odrestaurowany wyróżnia się bielą murów, jednak wyraźnie chropowatych, pamiętających odległą przeszłość. Mimo wielu budynków stojących w sąsiedztwie kościół już z daleka daje się namierzyć po typowej wieży z dzwonnicą. Wygląda niezmiernie malowniczo. Przed nim rozpościera się niewielki plac, gdzie starsi przychodzą, aby przysiąść i poplotkować, a młodsi, żeby pograć w koszykówkę. Świątynia powstała niedługo po tym, jak w 1524 r. przybył na wyspę hiszpański ksiądz Hernando de Luque i nad brzegiem oceanu założył osadę San Pedro. Najpierw była tu mała kaplica, w której m.in. przed wyprawą konkwistadorską komunię przyjęli poddani Królestwa Hiszpanii Diego de Almagro i Francisco Pizarro. Później, jak głosi historia, ten pierwszy odkrył Chile, a drugi podbił Peru. Datę odkrycia samej Tabogi, której nazwa pochodzi od słowa aboga znaczącego w języku dawnej rdzennej ludności „obfitość ryb”, podaje ceramiczna tablica umieszczona na urokliwym skwerku tuż przy nadmorskiej promenadzie. Według niej czynu tego dokonał w 1513 r. najbardziej kojarzony z Panamą konkwistador – Vasco Núñez de Balboa. Jako pierwszy Europejczyk pokonał Przesmyk Panamski i dotarł do Oceanu Spokojnego, któremu nadał nazwę Mar del Sur – Morze Południowe. Z Santo Domingo na wyspie Hispaniola (gdzie mieszkał i popadł w długi) dostał się do ówczesnej Złotej Kastylii, czyli północnego wybrzeża dzisiejszej Panamy, w nadzwyczaj zuchwały sposób. Ukrył się w beczce na solone mięso.

 

Ciudad de Panama-DSC 8755

Avenida Balboa i drapacze chmur stojące wzdłuż wybrzeża (Ciudad de Panamá)

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

WYDŁUŻAJĄCA SIĘ PLAŻA

 

Taboga przyciąga zarówno Panamczyków, jak i obcokrajowców sielskością i wciąż odczuwalną atmosferą czasów kolonialnych. Najwięcej turystów z kontynentu gości w trakcie świąt i weekendów. Dla tych, którzy odwiedzają kosmopolityczne miasto Panama w interesach lub innym celu i marzą, aby choć przez moment odprężyć się poza stolicą, ta wyspa stanowi najwłaściwszy wybór. Znajdują się na niej całkiem przyjemne plaże, obmywane łagodnymi falami Pacyfiku, jak Playa Honda i Playa La Restinga. Wyjątkową cechą tej drugiej jest to, że podczas odpływu można z niej przejść na inną, znacznie mniejszą, pagórkowatą wysepkę zwaną El Morro. Nadal da się tu dostrzec ślady dawnej stoczni. Warto nadmienić, że w połowie XIX stulecia Taboga pełniła funkcję znaczącego panamskiego portu. Miejsce obfituje w owoce tropikalne i owoce morza. Papaje i karambole dojrzewają dziko i w przydomowych ogrodach. Serwowane w lokalnych knajpkach ryby, jak podawana na różne sposoby corvina (Cilus gilberti), będąca panamską specjalnością, czy wszelakie owoce morza są tu zawsze świeże i wyśmienite. Smażona corvina najlepiej smakuje z także smażonymi bananami warzywnymi – platanami (plátanos verdes), popijana lodowatym piwem Balboa albo Panama. Wśród dań z owoców morza prawdziwą rozkosz dla podniebienia stanowią almejas al ajillo – delikatne małże z czosnkiem duszone w winie, doprawione odrobiną ostrej papryki i pietruszki. Uśmiech na niejednej twarzy wywoła na pewno rachunek wypisany odręcznie na kawałku tektury, będącej fragmentem jakiegoś opakowania.

 

UROKI SAN PEDRO

 

Po wyśmienitym posiłku warto udać się na sjestę albo pospacerować po okolicy. Już na obrzeżach San Pedro tutejsza nieposkromiona natura daje o sobie znać. Wszędzie coś rośnie, wije się, pleni. Co chwilę słychać chrobot w konarach drzew, ptasie trele i kwilenie, szelest pośród opadłych, wysuszonych liści lub gdzieś w trawie. Człowiek ma ciągle wrażenie, że nie jest sam, że coś mu dotrzymuje kroku i go obserwuje. Pełno tu jaszczurek śmigających między plamami słońca a cieniem. Jedne są małe i szybkie jak pocisk, inne – całkiem spore, wolniejsze i leniwe. Czasem trafi się wąż, lecz zaraz odpełza w swoją stronę.

 

Po powrocie do miasteczka trafimy na kury grzebiące w cieniu bananowców i na gallos de pelea, czyli koguty bojowe zamknięte w klatkach, odkarmione i zadziorne. Wśród nich znajduje się pewnie przyszły el campeón – czempion. Wtedy skojarzymy, że to, co wcześniej widzieliśmy i co przypominało okrągły basen dla dzieci, ze szczątkami piór zamiast wody, jest w istocie areną do kogucich walk. San Pedro ma też cmentarz. Nekropolie w tropiku zawsze sprawiają wrażenie osobliwych, hipnotyzują. Tworzą przestrzeń z pogranicza jawy i snu, gdzie realizm magiczny, który słynny kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez zaklął w swoich powieściach, wkracza do rzeczywistości. Najmocniej intrygują mnie takie nieco chaotyczne, skromne cmentarze. Złożone są one z białych jak wyschnięte piszczele grobowców z typowymi niszami, w które wsuwa się trumny. Część z grobów jest zapadnięta, część powleczona pajęczyną czarnych zacieków, bo wilgoć wypełza w tropiku z każdego kąta. Czasem widać tylko gołe krzyże wyrastające z suchej ziemi. Nie mogę się napatrzeć na takie cmentarze. Fascynuje mnie ten ich jakiś letargiczny charakter, pociągają te wszystkie tajemnice pozaszywane w cieniach i zapisane w osobliwych epitafiach.

 

W drodze do hotelu obowiązkowo należy zajrzeć do sklepu, gdzie Chińczyk mówiący po hiszpańsku płynnie i bez akcentu sprzedaje wyborny panamski rum Abuelo trzy razy drożej niż w kontynentalnej części kraju i narodowy trunek wysokoprocentowy z trzciny cukrowej Seco Herrerano w normalnej cenie. Co ciekawe, chińska społeczność w Panamie jest najliczniejsza w całej Ameryce Środkowej (między 135 tys. a 200 tys. mieszkańców, czyli ok. 4 proc. ludności tej ponad 4-milionowej republiki). Nie zaszkodzi zakupić oba trunki i jeszcze kilka limonek, zupełnie innych niż te, jakie znamy. Skórkę mają odrobinę zbrązowiałą, lecz ledwo przekrojone pachną jak marzenie bukietem aromatów pomarańczy i cytryn. Poza tym można z nich wycisnąć pyszny sok do drinka z rumem i coca colą, jeśli ktoś chciałby napić się cuba libre w wolnej Panamie. W hotelu, w położonym na najwyższym piętrze pokoju z wiatrakiem na suficie patrzę z balkonu na rozświetlony wieczorem Pacyfik – dziesiątki statków wyczekują wejścia do Kanału Panamskiego. O zmierzchu rozbrzmiewają żabie serenady. Niesforne psy ganiają się po sąsiednich podwórkach. Wreszcie przychodzi zasłużony sen.

 

O poranku wschodzące słońce odbija się pomarańczowo w otwartych na oścież drzwiach balkonowych. Na śniadanie dostaję smażone jajka, tosty i kawę, jak zawsze przepyszną. Na plaży na krótko przed wejściem na powrotny prom do Panamy wypijam jeszcze wodę z wielkiego, zielonego, dobrze schłodzonego orzecha kokosowego, w którym zmieściłyby się trzy szklanki płynu. Spoglądam na urzekającą Tabogę i żegnam się z nią: Hasta la próxima! („Do następnego razu!”).

 

WIECZÓR W TROPIKU

 

Po wizycie nad Pacyfikiem trafiam dla odmiany na Wyspę Kolumba (Isla Colón) leżącą na Morzu Karaibskim w prowincji Bocas del Toro (w archipelagu o tej nazwie). Jest późne popołudnie, prawie wieczór. Palmy kokosowe, zalane złotym kolorem zachodzącego słońca strzelają ponad skorodowane rdzą dachy z blachy falistej. Czaple białe wzbijają się nad gęste korony namorzynów, zataczają dwa, może trzy kręgi i siadają. Po drugiej stronie ulicy rozgrywa się scena jak z powieści Gabriela Garcíi Márqueza. Tęga doña z wałkami we włosach, odziana w bufiastą, pstrokatą sukienkę, spoczywa na bujanym fotelu przed domem i chłodzi się wachlarzem. Czasem ofuknie dzieciaki próbujące zwaśnić psa z kotem, jakby obu było mało kłótni na co dzień. W klatce o rozmiarach kredensu kuśtyka po drążku papuga o zielonożółtej głowie z czerwonymi policzkami, zapewne rudosterka żółtoskrzydła, występująca tu pod nazwą cotorra catana (Pyrrhura hoffmanni). Ptak skrzeczy, jakby chciał komuś naubliżać. Trzy młode Mulatki, ubrane w mundurki szkolne, kartkują jakąś opasłą książkę, coś w niej zaznaczają, trajkoczą i śmieją się. W tle za nimi znajduje się bananowy zagajnik, wyrośnięty mangowiec jeszcze bez owoców i drzewo chlebowe z owocami wielkimi jak bomby. Zapalają się pierwsze światła domowych lamp. Woda w zatoce mieni się najpierw złotem, potem różem i fioletem, odbijając kolory gasnącego nieba. Kiedy w tropiku kończy się dzień, wiadomo, że zmierzch zapadnie szybko.

 

Na Wyspie Kolumba warto wybrać się na Plażę Gwiazd (Playa de las Estrellas) z piaskiem drobnym i jasnym jak mąka, gdzie w płytkiej, przezroczystej wodzie niemal przy samym brzegu wylegują się okazałe rozgwiazdy: pomarańczowe, czerwone, żółte, nakrapiane. Są ich tu dziesiątki, leżą czasem jedna obok drugiej, w tercetach, kwartetach… Aby je podziwiać, trzeba podjechać lokalnym minibusem z Bocas Town (Bocas del Toro) do osady zwanej Boca del Drago (bilet kosztuje 5 dolarów amerykańskich) i dalej powędrować ścieżką biegnącą blisko namorzynów, kryjących setki pociesznych krabów. Idzie się pośród gajów palmowych, migdałowców i powykręcanych konarów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), której hiszpańska nazwa brzmi uva de playa, czyli „winogrono plażowe”. Po nacieszeniu się widokiem rozgwiazd można zamówić smażoną rybę z dodatkami w przyplażowej restauracyjce. Przeważnie w ofercie jest pargo rojo, czyli lucjan czerwony (Lutjanus campechanus), który smakuje znakomicie za każdym razem (zwłaszcza ze zmrożonym panamskim piwem). Warto zerknąć najpierw na świeże sztuki, dopiero co przyniesione z łodzi, i wybrać tę najbardziej nam odpowiadającą, szczególnie z uwagi na cenę.

 

HOTEL NA PALACH

 

Ostatniego dnia pobytu na Wyspie Kolumba wychodzę na werandę hotelu o lirycznej nazwie Olas de la Madrugada (Fale Wczesnego Poranka). Przy barze zwisa malowniczo kiść miniaturowych bananów. Wybieram dwa dojrzałe owoce, obieram nieśpiesznie i zjadam. Gdzieś w oddali puszczają w radio panamski reggaeton. Ta muzyka jest z natury głośna, rytmiczna i dość erotyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o teksty i choreografię w teledyskach. Zrodziła się w wyniku wymiany kulturalnej i muzycznej między Panamą i Portoryko w latach 90. XX w. Zdaniem wielu badaczy reggaeton, nazywany wcześniej reggae po hiszpańsku (reggae en español), pochodzi właśnie z okolic Przesmyku Panamskiego. Dźwięki utworów tego szaleńczego latynoskiego gatunku muzycznego rozchodzą się po wodzie niewielkiej zatoki, ale dystans sprawia, że do moich uszu docierają cichsze, łagodniejsze, co staje się całkiem przyjemnym doznaniem. Pamiętam jeden z usłyszanych kawałków – nazywa się Muchachita. Nagrał go w 2015 r. Fernando Cabrera Guzmán, znany jako Mr. Saik. To dominikański artysta, który zrobił karierę w Panamie.

 

Spoglądam przed siebie. Widzę domy w pastelowych kolorach osadzone na palach, niektóre świeżo pomalowane, inne już nieco zmurszałe, lecz wciąż bijące jakąś radością. Podobnie wygląda mój hotel: żółto-niebieski, trzymający się na filarach zagłębionych w dnie zatoki. Woda jest tu uderzająco przejrzysta i nie brakuje w niej ławic drobnych ryb. Przypomina mi się fragment z Wojny futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego, w którym autor opisuje swój tymczasowy dom w stolicy Ghany – Akrze. Mieszkam na tratwie, w bocznej uliczce handlowej dzielnicy Akry. Tratwa stoi wyniesiona na słupach do wysokości pierwszego piętra i nazywa się Hotel Metropol. W porze deszczów ten dziwoląg architektoniczny gnije i pleśnieje, a w miesiącach suszy – rozsycha się i trzeszczy. Ale się trzyma! Pośrodku tratwy stoi zabudowanie podzielone na osiem przegród. To nasze pokoje. Reszta miejsca objęta rzeźbioną balustradą nazywa się werandą. Tam mamy wielki stół do posiłków i kilka małych stolików, przy których pijemy whisky i piwo. Poza tym, że moja kwatera cechuje się zdecydowanie lepszym stanem, ten opis nawet by do niej pasował. Co najwyżej whisky zamieniłbym na wyśmienity panamski rum.

 

KARAIBSKIE REFLEKSJE

 

Ciężko było mi wyjeżdżać z Bocas Town (Bocas del Toro) na Wyspie Kolumba, a szczególnie żegnać się z tym miejscem o świcie. Za dobrze się tu czułem. Klimat Karaibów potrafi niezmiennie człowieka rozczulić. Niebywałe, jak umie go także zmienić przez pokazanie mu innego życia, często bardzo skromnego, choć kto wie, czy nie lepszego, pełniejszego, bliższego ludzkim sprawom. Wielu wraca z karaibskich tropików, myśląc, że być może mieć mniej znaczy mieć więcej. Dużo jest w tej krainie serdeczności, przyjaznych spojrzeń, pomocnych gestów. Ciągle odczuwa się potrzebę bliskości, towarzystwa drugiego człowieka niezbędnego do tańczenia, gry w domino, wypicia szklaneczki rumu. Poza tym wszyscy cały czas pragną tutaj rozmawiać. Na Karaibach komunikacja jest podstawą codziennego życia. Te rozmowy nigdzie tak szybko nie ujawniają charakteru rozmówców, ich temperamentu i emocji. Dyskutuje się głośno, bez umiaru, gestykulując przy tym żywiołowo. Czy rozmawiają dwie sędziwe matrony w zatłoczonym busie, czy nastolatki jazgoczące do swoich wymuskanych telefonów komórkowych – każdy wykazuje ogromne zaangażowanie. O tym właśnie najbardziej marzą ludzie uciekający z poukładanej północy na bezładne, nieprzewidywalne południe. Chcą doświadczyć obfitości życia i jego barwności we wszystkim, pociągającego luzu i braku pośpiechu, tej chwilowej, ale wyczekiwanej wolności.

 

DESZCZ NA POŻEGNANIE

 

O 5.00 lało jak z cebra. O 6.30 deszcz nie ustawał. Z nieba, jaśniejącego z oporem, spadały krople wielkości awokado. To była prawdziwa tropikalna ulewa. Nie chciała wypuścić mnie z hotelu i wyspy. Właściwie nie czułem się tym zmartwiony. Samolot linii Air Panama odlatywał za ponad godzinę, a do lotniska miałem niespełna 800 m. Najpierw planowałem dotrzeć na nie piechotą i po drodze spojrzeć ostatni raz na malownicze, budzące się domy. Jednak w tym potopie mój plan wydawał się bez sensu. Wyskoczyłem na ulicę i pobiegłem do centrum miasteczka, aby złapać taksówkę. Kierowca tej jedynej w zasięgu wzroku zaczynał dopiero dzień. Dopijał kawę w żółtym kubku z logo „Café Durán”, najpopularniejszej sieci w Panamie. Byłem jego pierwszym pasażerem, do tego przemokniętym do suchej nitki. Podrzucił mnie na miejsce, bo mu się nawinąłem, lecz wyczułem, że chętnie przedłużyłby sobie ten kawowy poranek.

 

Na lotnisku ociekający wodą turbośmigłowy samolot Fokker 50 czekał na poprawę pogody. Tą maszyną miałem odlecieć do stolicy. W końcu przestało padać i wyszło słońce. Ściana deszczu zwykle zmienia widoki w tropiku w coś na kształt kontrolnego obrazu z telewizora. Na szczęście promienie słoneczne przywróciły wszelkie utracone barwy. Rozejrzałem się – miałem przed sobą niewielkie lotnisko, mały samolot i krótki pas startowy. Za to karta pokładowa w mojej dłoni była długa jak spory rachunek z supermarketu. W bliskim sąsiedztwie pasa rosły bananowce i palmy. Natomiast tam, gdzie się kończył, zaczynało się boisko do baseballu i piłki nożnej. Niedawno Panama po raz pierwszy w historii awansowała na mundial (mistrzostwa świata odbędą się w Rosji w czerwcu i lipcu 2018 r.). Można więc przypuszczać, w co chętniej będą teraz grać wyspiarze koło lotniska. Lot z Wyspy Kolumba do Ciudad de Panamá trwał 45 min. W odwrotnym kierunku podróżowałem nocnym autobusem linii Tranceibosa (jedynej obsługującej bezpośrednie połączenie) przeszło 10 godz. Co więcej, klimatyzacja w pojeździe była chyba ustawiona na mrożenie pasażerów. Nie pomogła piersiówka z panamskim rumem. Potem, już o świcie, na przystani w miasteczku Almirante wskoczyłem do szybkiej łodzi płynącej do Bocas Town. Przyznam jednak, że pokonałbym tę całą trasę ponownie, każdym środkiem transportu, bo warto dotrzeć na czarujący archipelag Bocas del Toro, w ten czy inny sposób. To w końcu Karaiby!

 

5  Buceo Bocas del Toro1

Malowniczy bar z pomostem na Wyspie Kolumba zbudowany na palach na wodzie

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

BYSTRE OKO KINOMANA

 

Kiedy oglądam film i widzę w różnych scenach urzekające tropikalne plenery, jak choćby parujący las deszczowy, wybrzeże usiane wysmukłymi palmami kokosowymi albo fragment wiekowej kolonialnej zabudowy, natychmiast zaczynam szukać w internecie informacji, gdzie nakręcono te ujęcia. Szczególnie gdy tropik prezentuje się wyjątkowo realnie i niemal czuć ten bijący z ekranu żar, jaki oblepia aktorów – czoła im błyszczą, a włosy skręcają się w sprężynki od niepojętej wilgoci. Tego nie można sfabrykować. Jeśli tropik jest prawdziwy, od razu to wiadomo.

 

Tak było z filmem Escobar: Historia nieznana z 2014 r. z Benicio del Toro w roli tytułowej, do tego bardzo wyrazistej i przekonującej. Ten wszechstronny portorykański aktor grał dotąd m.in. wilkołaka, baseballistę czy Ernesta Che Guevarę, a w końcu wcielił się w postać kolumbijskiego barona narkotykowego. Jednak we wspomnianym filmie nie ujrzymy tak naprawdę Kolumbii. Zastąpiła ją Panama, czyli sąsiadka zza miedzy (nawiasem mówiąc, niezmiernie szerokiej, bagnistej i malarycznej, jeśli uznamy za nią przesmyk Darién oddzielający oba kraje). Panamskie pejzaże zostały tutaj zaprezentowane tak, że człowiek od razu nabiera ochoty, aby znaleźć się w okolicy z kadrów. Panama jest wyjątkowo fotogeniczna i skutecznie kusi nieujarzmionym interiorem. Najbardziej cieszy mnie powtórne – choć tym razem ograniczone do filmowych scen – odkrywanie miejsc, które już widziałem na własne oczy. Nieraz zdarzają się niespodzianki. Ostatnio okazało się, że Benicio del Toro gościł wraz z ekipą filmowców na... Bocas del Toro! Właśnie tam jeździłem rowerem: wzdłuż długiej i spektakularnej plaży Bluff na Wyspie Kolumba albo w Bocas Town. Oba miejsca pokazano w filmie kilka razy. Benicio del Toro na Bocas del Toro – brzmi to niesamowicie i zabawnie. Uwielbiam takie odkrycia. A Panama jest po prostu piękna!

 

Bruksela i Walonia – odpoczynek w sercu Europy

 

Elżbieta Kuźma

 

Wycieczka do Brukseli to niewątpliwie atrakcja dla każdego turysty. Zarówno dorośli, jak i dzieci czy młodzież znajdą tutaj ciekawe i warte zobaczenia miejsca. I to niezależnie od pogody, która akurat w tej stolicy Europy nikogo nie rozpieszcza. Belgia zaprasza zresztą również do innych swoich regionów, w tym malowniczej francuskojęzycznej Walonii. Nie dajmy się więc dłużej prosić.

Więcej…

Estonia – dziedziczka Inflantów

PAWEŁ PAKIEŁA

 

  FOT. ENTERPRISE ESTONIA/TOOMAS VOLMER
<< „Mój kraj ojczysty, moje szczęście, radość” –
pierwsze słowa estońskiego hymnu narodowego dobrze odzwierciedlają uczucie, które przez wieki kształtowało świadomość narodową mieszkańców tego nadbałtyckiego rejonu i dodawało im sił w pokonywaniu wielu tragicznych zakrętów historii. Ziemie te narażone były nieustannie na najazdy i podlegały cały czas obcym wpływom. W epokach średniowiecza i renesansu panowali na tych terenach Niemcy, Duńczycy, Rusini i Szwedzi, a nawet chwilowo Polacy, a w ostatnich dekadach – aż do odzyskania niepodległości w 1991 r. – Rosjanie. Dzisiaj, po 22 latach od wyzwolenia, Estończycy żyją w stabilnym, prężnie rozwijającym się państwie. Co więcej, stolica kraju – Tallin, stała się ważnym europejskim ośrodkiem biznesowym i jednym z najpopularniejszych kierunków turystycznych w północnej części Europy. >> 

Więcej…