ROBERT GONDEK „GERBER“

www.stronagerbera.pl

<< Tajemnicza i dla wielu egzotyczna Uganda nie należy jak na razie do najpopularniejszych kierunków turystycznych na Czarnym Lądzie. Swoim gościom ma jednak niezmiernie wiele do zaoferowania i pod względem atrakcji nie ustępuje słynniejszym sąsiadom – Kenii czy Tanzanii. Niestabilna sytuacja w tym wschodnioafrykańskim kraju przez wiele lat skutecznie odstraszała turystów. Dziś prowadzone przez ugandyjskie władze statystyki pokazują, że od 2006 do 2010 r. liczba odwiedzających 10 tutejszych parków narodowych (m.in. Park Narodowy Królowej Elżbiety – Queen Elizabeth National Park, Nieprzenikniony Park Narodowy Bwindi – Bwindi Impenetrable National Park, Park Narodowy Doliny Kidepo – Kidepo Valley National Park, czy Park Narodowy Kibale – Kibale National Park) zwiększyła się wyraźnie – ze 109 tys. do 190 tys. osób. Miejscowa przyroda przyciąga przede wszystkim bogactwem dzikiej fauny – zobaczymy tu np. szympansy i bardzo rzadkie goryle górskie. Oprócz tego warto polecić także wędrówkę po masywie Rwenzori (Rwenzori Mountains), rafting po burzliwych wodach Nilu Wiktorii w Parku Narodowym Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park) oraz wyprawę nad największe w Afryce Jezioro Wiktorii. >>

Republika Ugandy to jedno z sześciu afrykańskich państw, przez które przebiega linia równika. Graniczy z Sudanem Południowym, Demokratyczną Republiką Konga, Rwandą, Tanzanią oraz Kenią. Jego powierzchnia wynosi ok. 236 tys. km2, czyli mniej więcej 75 proc. terytorium Polski. Na południu dużą część obszaru (31 tys. km²) zajmuje Jezioro Wiktorii. 36 mln Ugandyjczyków posługuje się głównie angielskim i suahili (językami urzędowymi) oraz luganda (ganda), którym mówi prawie połowa ludności kraju.

Ciekawostką może być dla wielu fakt, że w historii Ugandy znajdziemy również powiązania z Polską. W 1941 r. Związek Radziecki ogłosił amnestię dla obywateli polskich aresztowanych na początku II wojny światowej. Część z nich wstąpiła do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, tzw. Armii Andersa, część skorzystała z pomocy władz Wielkiej Brytanii i schroniła się w jej zamorskich koloniach. W okolicach ugandyjskiego miasteczka Nyabyeya, położonego niedaleko Masindi, a także na półwyspie Koja nad Jeziorem Wiktorii w latach 40. ubiegłego wieku powstały brytyjskie osiedla przeznaczone właśnie dla Polaków.

 

Wspinaczka po afrykańsku

Najlepszym miesiącem na trekking na najwyższy punkt Góry Stanleya (Mount Stanley) – Szczyt Małgorzaty (Margherita Peak, 5109 m n.p.m.) w masywie Rwenzori (Rwenzori Mountains) na granicy z Demokratyczną Republiką Konga – jest styczeń. To trzecie najwyższe wzniesienie Afryki po Kilimandżaro w Tanzanii (5895 m n.p.m.) i Kenii w Kenii (5199 m n.p.m.). Zdobycie go nie nastręcza zbytnich trudności, niezbędne są jednak znajomość podstaw wspinaczki, dobra kondycja fizyczna i odpowiednie wyposażenie w postaci raków, czekana, sprzętu wspinaczkowego oraz ciepłego ubrania. Sam masyw identyfikuje się często z Górami Księżycowymi (łac. Lunae Montes), widniejącymi na mapie wykonanej przez Klaudiusza Ptolemeusza, greckiego uczonego z II w. n.e.

Początek szlaku na szczyt znajduje się w małej wiosce Nyakalengija u podnóża Rwenzori na zachodzie Ugandy. Przed wyruszeniem w drogę w siedzibie władz zarządzających Parkiem Narodowym Gór Rwenzori (Rwenzori Mountains National Park) mamy obowiązek wysłuchać prezentacji na temat trekkingu, przewidzianych noclegów, warunków panujących na trasie i bezpieczeństwa podczas wyprawy. Tu również zostaje skompletowana nasza ekipa obsługująca wspinaczkę (przewodnicy, kucharze, tragarze), która liczy w sumie 17 osób.

Pierwszego dnia wkraczamy do lasu deszczowego. Żar leje się z nieba, nad naszymi głowami krąży mnóstwo kolorowych motyli, przez ścieżkę przechodzą kameleony, a z oddali dochodzą do nas dźwięki wydawane przez szympansy. To prawdziwa dżungla, w której nigdy wcześniej nie byłem. Aż trudno uwierzyć, że za cztery dni, ubrani w odzież chroniącą nas przed chłodem, połączeni linami, w rakach i z czekanem w ręku, będziemy się zmagać z lodowcem. Po ponad czterech godzinach dochodzimy do chaty Nyabitaba Hut (2652 m n.p.m.), której pilnuje uzbrojony żołnierz. Drugiego dnia naszym oczom po raz pierwszy ukazuje się Szczyt Małgorzaty. Zanim jednak do niego dotrzemy, musimy pokonać rozległe i głębokie bagna. Dla ułatwienia przejścia na grząskim terenie ułożono kładki i konstrukcje z gałęzi, pozwalające pokonać najtrudniejsze odcinki bez konieczności skakania po wysokich kępach traw i zażywania błotnej kąpieli. Jesteśmy nieco zawiedzeni – od wielu dni nie padało i nie możemy wypróbować naszych woderów (połączenie kaloszy i nieprzemakalnych spodni). Przywieźliśmy je specjalnie z Polski, a okazują się zbędne. Cóż, zostawimy je tragarzom po wycieczce, przydadzą się im podczas kolejnych wypraw. Na zakończenie dnia podczas gry w karty raczymy się ugandyjską sherry, słodkim alkoholem odkrytym podczas pobytu w stołecznej Kampali. Ostatnią, trzecią butelką tego przysmaku planujemy uczcić udane wejście na szczyt.

Trzeciego dnia podchodzimy do Bujuku Hut – chaty leżącej nieco powyżej bezrybnego jeziora Bujuku. Mimo iż znajduje się ono na wysokości prawie 3900 m n.p.m., nigdy nie zamarza. Wędrujemy wzdłuż dwóch mierzących ponad 4500 m wzgórz Speke (Mount Speke) oraz Baker (Mount Baker). Towarzyszą nam najpiękniejsze widoki podczas całego trekkingu. Bez żadnego problemu przekraczamy również niezwykle błotniste bagno Upper Bigo Bog. Niestety, tutaj też nie mamy okazji skorzystać z woderów.

Ostatnią, czwartą noc przed wejściem na Szczyt Małgorzaty spędzamy w Elena Hut, w cieniu skalnych wierzchołków na wysokości ponad 4500 m n.p.m. Powinniśmy dobrze wypocząć, gdyż nazajutrz wyruszamy przed wschodem słońca, aby dotrzeć na lodowiec Margherita, zanim afrykańskie słońce zacznie go roztapiać. Sprawdzamy temperaturę. Spodziewamy się dużego mrozu. Na razie jest -7°C. Wyłaniające się spomiędzy chmur nieliczne gwiazdy i księżyc oświetlają skalne ściany. Mocno przeżywamy jutrzejszy dzień – najważniejszy w naszej podróży. Jestem dobrej myśli, ale sam nie mam pewności, czy zdobędziemy szczyt…

FOT. ROBERT GONDEKPokonywanie lodowca w czasie wspinaczki na Szczyt Małgorzaty

 

Lodowiec przy równiku

Wstajemy już przed godz. 5.00. Wokół nas wznoszą się ośnieżone góry lśniące w blasku gwiazd. Wieje silny wiatr, temperatura wynosi -11°C. Jest ciemno, tylko czołówki na naszych głowach oświetlają drogę. Wspinamy się, pomagając sobie zamontowanymi na skałach linami. Zaczyna świtać. Obserwujemy wspaniały wschód słońca – okolica tonie w pomarańczowych barwach. Po ponad godzinie dochodzimy do Stanley Plateau, czyli Płaskowyżu Stanleya, rozległego śnieżnego pola. Zakładamy po raz pierwszy raki i uprzęże, a następnie bierzemy czekany w ręce. Nigdy jeszcze nie chodziłem po lodowcu.

Szczyt Małgorzaty wydaje się być na wyciągnięcie ręki, ale to tylko złudzenie. Przed nami dwie godziny marszu. To najtrudniejszy odcinek. Słońce zaczyna przygrzewać, lodowa pokrywa szybko się topi. Wspinamy się na czoło lodowca. Po jego powierzchni idziemy już powiązani liną. Krok po kroku posuwamy się do przodu. Na naszej drodze pojawiają się szczeliny. Przez większość wystarczy jedynie przeskoczyć, ale część trzeba obejść dookoła. Mijamy najniebezpieczniejszy fragment. Z mozołem wędrujemy pod górę. Przemykamy pod ogromnymi nawisami lodowymi, omijamy ostatnią wielką rozpadlinę i w końcu stajemy u stóp skalnego wierzchołka Szczytu Małgorzaty. Pokonaliśmy lodowiec! Zdejmujemy raki, przed nami ostatnie podejście. Poruszamy się powoli, co pięć kroków musimy robić sobie małą przerwę. Marzę o tym, żeby być już na wierzchołku, jednak nie mam siły, aby przyśpieszyć… Nareszcie zostawiam za sobą ostatni stopień. Udało mi się! Zdobyłem najwyższy szczyt Rwenzori! Mocno wyczerpany płaczę ze wzruszenia. Wokół mnie rozpościera się z jednej strony terytorium Ugandy, a z drugiej – Demokratycznej Republiki Konga. Ta piękna chwila nie trwa – niestety – długo. Zimno i wiatr zmuszają nas do zejścia. Lód bardzo szybko topnieje, przy większym nachyleniu raki zsuwają się, zanim wbiją się w podłoże. Z przerażeniem spoglądamy w głąb szczelin. Robi się coraz groźniej, czym prędzej opuszczamy się z lodowca na linie. Nie chcemy zostać przygnieceni przez lodowe bloki. Gdy wchodzimy na skały, po których szliśmy niedawno nocą, zaczynam odczuwać coraz większe zmęczenie. Trzymam się kurczowo liny i nie mogę znaleźć miejsca do postawienia nogi. Moje siły są na wyczerpaniu. Pozostało nam jeszcze 50 m w dół. W końcu docieramy do Kitandara Hut (4023 m n.p.m.), gdzie bez słowa wypijamy butelkę ugandyjskiego sherry i zasypiamy. Rano z niedowierzaniem uświadamiamy sobie, że w pełni zrealizowaliśmy swój plan, a przed nami jeszcze tylko dwudniowy powrót do bramy prowadzącej na teren parku.

Na pamiątkę tej wspaniałej wyprawy otrzymujemy dyplom za przejście Central Circuit (głównej trasy trekkingowej). Wykonany na nim długopisem dopisek głosi: „wraz z wejściem na Szczyt Małgorzaty”. Dziękujemy przewodnikom, tragarzom i kucharzowi. Wręczamy im napiwek oraz obiecane wodery. W drodze powrotnej do miasta Kasese nad Jeziorem Jerzego, naszego miejsca noclegowego, kupujemy 6 butelek coca-coli, o których marzyliśmy od kilku dni. Wypijamy je w mgnieniu oka.

FOT. ROBERT GONDEKUgandyjskie dzieci w okolicy między Kasese a Nyakalengiją

 

W drodze do Parku Narodowego Kibale

Najpopularniejszym środkiem transportu zbiorowego w Ugandzie jest matatu. Najczęściej są to leciwe minibusy Toyota Hiace. Na mniej uczęszczanych trasach ich funkcję pełnią zwykłe Toyoty Corolle. Jedną z nich zamierzamy się dostać z miasta Fort Portal do Parku Narodowego Kibale (Kibale National Park), aby zobaczyć szympansy. Duże plecaki umieszczamy w bagażniku, a z małymi usadawiamy się we trzech na tylnym siedzeniu i czekamy, aż zbierze się komplet pasażerów. Pojawia się mężczyzna z teczką i zajmuje fotel z przodu. Jak nam się wydaje, możemy ruszać. Wkrótce jednak dołącza do niego kolejny chętny, z wielkimi słuchawkami na uszach, a potem jeszcze jeden, który siada na fotelu kierowcy. Kiedy wreszcie na kanapę obok nas wciska się kobieta z dziewczynką, a ktoś z zewnątrz siłą domyka za nią drzwi, jesteśmy gotowi i wjeżdżamy na szutrową drogę. Progi zwalniające pokonujemy w poprzek, bo inaczej samochód mógłby zawisnąć. Opuszczając miasto, mijamy niewielkie budynki pokryte kolorowymi reklamami operatorów sieci komórkowych, firm produkujących farby oraz coca-coli. Na ulicach przeważają motocykle, zwane boda-boda, służące jako lokalne taksówki. Gdy kończą się zabudowania, wokół nas oglądamy już tylko plantacje herbaty i bananów.

Po godzinie docieramy do celu. W Parku Narodowym Kibale żyje aż 13 gatunków małp z rzędu naczelnych, w tym m.in. szympansy, koczkodany górskie, koczkodany czarnosiwe, pawiany oliwkowe czy gerezy rude. Opłata za wejście jest dosyć wysoka. Za 3-godzinną wyprawę śladem szympansów (tzw. Chimpanzee Tracking and Habituation) trzeba zapłacić 150 dolarów.

                Do lasu idziemy wydeptaną alejką w towarzystwie uzbrojonego strażnika. Przewodnik kontaktuje się ze swoimi współpracownikami przez krótkofalówkę, aby dowiedzieć się, gdzie aktualnie znajduje się najbliższe stado. Po chwili spotykamy innych turystów. To oznacza, że małpy są blisko. Jedna z nich przechodzi tuż obok nas. Zaraz za nią podążają kolejne. W jednym stadzie może być nawet 100 szympansów i tylko jeden przywódca. Staramy się nie wchodzić im w drogę. Wspinają się po drzewach, przechodzą z gałęzi na gałąź – wysoko w koronach szukają swoich przysmaków: owoców palmy i fig. Potem schodzą na dół i zjadają to, co zerwały na górze. Młode osobniki wędrują wraz z matkami, wtulone mocno w ich futro. Opłacone trzy godziny obserwacji mijają szybko, ale cieszymy się, że na własne oczy widzieliśmy te wspaniałe zwierzęta w ich naturalnym środowisku.

 FOT. BOSS MAGAZIN Goryle górskie z Nieprzeniknionego Parku Narodowego Bwindi

 

Wokół Wodospadów Murchisona

Po paru godzinach jazdy ze stołecznej Kampali docieramy do Wodospadów Murchisona (Murchison Falls), znanych też pod nazwą wodospadów Kabarega (Kabarega Falls). Dziś śpimy na kempingu na wysokim brzegu Nilu Wiktorii. Teren nie został ogrodzony i nocą przechadzają się po nim guźce, hipopotamy i pawiany. Ogromne nietoperze, które upodobały sobie wnętrze baru jako miejsce polowania, coraz śmielej latają nad naszymi głowami. Zamykam szczelnie namiot. Jestem w samym środku Afryki, nad Nilem, a dookoła mnie znajduje się prawdziwy, dziki busz. Reaguję na każdy szelest, każde ryknięcie, każdy trzask łamanej gałązki. To dziwne chrząkanie wydają z siebie guźce. Trzeba na nie uważać, bo mają znakomity węch. Dlatego obowiązuje tutaj bezwzględny zakaz trzymania jedzenia w namiotach. Słyszę, że zbliżają się do mojego… Lekko szturchają jego ściany, ale nie wyczuwają zapachu pożywienia, więc zawiedzione ruszają dalej.

O wschodzie słońca przeprawiamy się promem na drugi brzeg Nilu. Poranne odgłosy budzącej się przyrody i rześkie powietrze wprawiają mnie w stan odprężenia. Wsiadamy do samochodu i jedziemy na safari. Mijamy stada antylop, słoni i małp. W zatoczce leniuchuje wielka grupa hipopotamów. Opierają swoje olbrzymie głowy na grzbietach towarzyszy i ziewają od czasu do czasu, jakby od niechcenia. Dopiero wieczorem, gdy robi się chłodniej, zaczynają żerować. W drodze powrotnej nad brzegiem Nilu czekają na nas pawiany. Szybko wskakują do jednego z pojazdów i kradną torbę z jedzeniem. W obozie ucinamy sobie drzemkę. Gdy budzę się, aż podskakuję z wrażenia. Przede mną widzę patrzącego mi prosto w oczy guźca. On też wygląda na zaskoczonego. Po chwili odchodzi w stronę namiotów i razem ze swoimi towarzyszami przetrząsa zawartość śmietnika z resztkami naszych posiłków.

 

Pożegnanie nad Jeziorem Wiktorii

Zbliża się zachód słońca. To nasz ostatni wieczór w Ugandzie i wraz z mieszkańcami stołecznej Kampali odpoczywamy po kolejnym upalnym dniu nad brzegiem Jeziora Wiktorii. Pomiędzy stolikami wędrują liczne marabuty. Wystarcza chwila nieuwagi, a niedojedzony przez nas kawałek ryby czy kurczaka znika w wielkich dziobach tych niezbyt urodziwych mięsożernych ptaków z rodziny bocianowatych.

W Ugandzie spędziliśmy ponad dwa tygodnie. Zdobyliśmy najwyższy szczyt tego kraju, śledziliśmy szympansy w Parku Narodowym Kibale, podziwialiśmy dzikie zwierzęta i pływaliśmy po Nilu Wiktorii w pobliżu Wodospadów Murchisona. Spróbowaliśmy wielu egzotycznych owoców i poznaliśmy życie codzienne Ugandyjczyków. Nie zobaczyliśmy jednak wszystkich tutejszych wspaniałych atrakcji – nie widzieliśmy goryli górskich i nie odwiedziliśmy pozostałych objętych ochroną regionów. Nie udało nam się również nacieszyć zbyt długo samym Jeziorem Wiktorii. Dzięki temu mamy jednak powód, aby szybko wrócić do Ugandy i zrobimy to z wielką przyjemnością.


 

Artykuły wybrane losowo

Macedonia – nieodkryte Bałkany

 

Kinga Nowotniak

www.odkrywamyinterior.pl

 

 W porównaniu ze swoimi bałkańskimi sąsiadami Macedonia jest w Polsce stosunkowo mało popularna. Uchodzi raczej za kraj tranzytowy w drodze do Grecji. Polacy ignorują ją jednak bardzo niesłusznie, bo znajduje się tu znacznie więcej niż tylko ładne górskie widoki, jakie rozpościerają się z autostrady wiodącej do przejścia granicznego.

 

Choć może to się wydać zaskakujące, do Macedonii całkiem łatwo dotrzeć z Polski samochodem (odległość z Warszawy do Skopje wynosi ponad 1500 km). Praktycznie całą drogę pokonamy autostradami, co znacznie skraca czas podróży i czyni ją dużo wygodniejszą. Już na miejscu z pewnością docenimy wybór tego właśnie środka lokomocji. Dzięki własnemu autu dojedziemy do najbardziej nawet oddalonych rejonów. Jest to o tyle istotne, że główną atrakcją Macedonii są małe miasteczka i wsie oraz nie naznaczona ludzką obecnością przyroda. Niestety, jeśli nie będziemy się poruszać po kraju samochodem, zwiedzanie okaże się nieco trudniejsze. O ile do większych miast dostaniemy się autobusami, o tyle w przypadku niewielkich miejscowości musimy korzystać z taksówek (a i tymi nie wszędzie dotrzemy).

 

Osobom, które zdecydują się na podróż samolotem, pozostaje wypożyczenie auta na miejscu. Jeżeli chcemy zobaczyć jak najwięcej, to na pewno warto je wynająć. Do macedońskiej stolicy Skopje nie ma na razie bezpośrednich połączeń lotniczych z Polski. Zarówno tradycyjni przewoźnicy, jak i ci niskobudżetowi oferują loty z przesiadkami. Zdarzają się jednak nawet takie super promocje, w ramach których dolecimy na skopijskie lotnisko już za ok. 200–300 zł. Możemy też dotrzeć bezpośrednio do Belgradu, stolicy Serbii, i w nim wypożyczyć samochód na wyprawę do Macedonii. Oczywiście, zostaje nam jeszcze wycieczka autobusem. Poza tym z naszego kraju samoloty kursują bezpośrednio do Sofii w Bułgarii. Stąd autobusem lub autem również przekroczymy macedońską granicę. Niestety, ze względu na drogi podróż nie będzie tak wygodna jak z Belgradu, z którego do Skopje prowadzi całkiem przyzwoita autostrada.

 

Miasto pomników

 

Niezależnie od wybranego środka transportu, zwiedzanie warto zacząć od macedońskiej stolicy. Często zwycięża ona w rankingach na najbrzydsze i najmniej ciekawe miasto stołeczne na świecie. Jednak mimo wielu negatywnych opinii Skopje ma swój osobliwy urok, na który składają się m.in. tysiące pomników w zasięgu wzroku. To zdecydowanie niedoceniane miejsce.

 

Nagromadzenie rozmaitych monumentów jest efektem projektu Skopje 2014, na realizację którego wydano ponoć ponad 500 mln euro (!). Najwięcej pieniędzy przeznaczono na posągi większości macedońskich postaci historycznych. Projekt miał na celu zmodernizowanie miasta i nadanie mu nowego wyglądu, który przyciągnąłby turystów. W lipcu 1963 r. aż ok. 80 proc. zabudowy stolicy Macedonii zostało zniszczone przez potężne trzęsienie ziemi. Skopje trzeba było zaprojektować praktycznie od nowa. O 40 latach borykania się ze skutkami tego tragicznego wydarzenia przypomina pomnik wystawiony w centrum, w pobliżu Muzeum Miasta Skopje. Ten monument architektonicznie jeszcze się broni, ale nie można już tego powiedzieć np. o rzeźbach innych naturalistycznie przedstawionych postaci. Twarze bohaterów macedońskich patrzą na turystów i mieszkańców z każdego budynku rządowego i z kilku mostów przewieszonych nad rzeką Wardar. Spacer po stolicy to odkrywanie coraz to nowych pomników porozrzucanych po całym mieście. Warto je zobaczyć ze zwykłej ciekawości, bo same w sobie nie przedstawiają raczej zbyt dużej wartości artystycznej.

 

Po zwiedzaniu współczesnej części Skopje najlepiej wyruszyć na poszukiwania atmosfery dawnych czasów. Znajdziemy ją w rejonie noszącym nazwę Stary Bazar (Stara čaršija), gdzie łatwo zgubić się wśród wąskich uliczek, wzdłuż których ciągną się sklepy z antykami i małe manufaktury macedońskich rzemieślników. Z witryn spoglądają na turystów manekiny ubrane w cekinowe suknie balowe zaprojektowane według lokalnych kanonów mody, ale również wspaniałe dzieła tutejszych jubilerów. Ich umiejętności w wytwarzaniu srebrnej biżuterii budzą zachwyt, ceny są jednak adekwatne do wysokiej jakości wyrobów. Stary Bazar to także najlepsze miejsce na spróbowanie narodowej potrawy Macedonii – tawcze grawcze. Ta zapieczona w glinianej miseczce fasola z cebulą i czerwoną papryką w intensywnie pomidorowym sosie serwowana z dodatkiem mięsa przypomina trochę fasolkę po bretońsku. W wersji macedońskiej, zgodnie ze starym zwyczajem, zapiekana jest w piecach w naczyniach z pewnością zakupionych u tutejszych handlarzy. Wszystkie miski mają prawdopodobnie swoje dzieje, a jedli z nich zarówno turyści, jak i miejscowi Bośniacy, Turcy, Serbowie, Romowie i Albańczycy, którzy mieszkają w okolicznych niskich domkach stojących wzdłuż wąskich uliczek. Tawcze grawcze warto zagryźć świeżym chlebem i popić białym winem Smederevka z regionu winiarskiego Tikveš.

 

Latem temperatury w Macedonii bywają wysokie, dlatego dla ochłody można wybrać się do kanionu Matka (po macedońsku Łono), położonego nie tak daleko od stolicy. Znajduje się w nim jezioro o tej samej nazwie. Tak naprawdę jest sztucznym zbiornikiem, powstałym po wybudowaniu w 1937 r. zapory na rzece Treska. Z jednej strony kanionu wznoszą się wysokie zbocza góry Wodno (1066 m n.p.m.), a z drugiej – strome ściany masywu Osoj (Kowaczica). Wzdłuż jeziora prowadzi wykuta w skałach ścieżka, którą dochodzi się aż do zapory. Oprócz tego można tu wsiąść w romantyczną łódkę i popłynąć do jednej z najgłębszych jaskiń w Europie – Wrelo (Vrelo). Do kanionu dostaniemy się zarówno autobusem miejskim, jak i… na dwóch kółkach! Z wynajęciem tego ostatniego środka transportu nie powinno być problemu, bo w Skopje funkcjonuje miejski system wypożyczania rowerów z dość symbolicznymi opłatami. Trasa nad jezioro Matka jest bezpieczna, a kierowcy samochodów, inaczej niż w sąsiednich krajach bałkańskich, są tutaj przyzwyczajeni do rowerzystów.

 

Warto też wybrać się na pieszą wycieczkę na wspomnianą już górę Wodno, która znajduje się zaraz obok południowo-zachodniej granicy stolicy i stanowi naturalną barierę oddzielającą ją od akwenu w kanionie. Ze szczytu rozpościera się wspaniała panorama miasta i okolicy. Stoi na nim również ogromny Krzyż Milenijny (66 m), wyższy od słynnej figury Chrystusa Odkupiciela z Rio de Janeiro w Brazylii i podobnego pomnika z polskiego Świebodzina. Ma on upamiętniać 2000 lat rozwoju chrześcijaństwa w Macedonii i na świecie oraz symbolizować wejście w nowe tysiąclecie. Albańczycy, którzy są znaczną grupą wśród obywateli republiki (ponad 25 proc. całej populacji), uważają jednak, że monumentalna konstrukcja jest znakiem niechęci prawosławnej społeczności południowosłowiańskiej (stanowiącej w kraju większość) do muzułmańskiej mniejszości pochodzenia albańskiego. Ten pogląd nie wydaje się bezpodstawny, bo krzyż postawiono w 2002 r., tuż po zakończeniu konfliktu zbrojnego w Tetowie.

 

Charakterystyczny obiekt na szczycie góry pełni poza tym bardzo praktyczną funkcję. Uchodzi za najlepszy drogowskaz podczas spacerów po Skopje i wręcz uniemożliwia zgubienie się w mieście. Nocą podświetlony krzyż błyszczy na niebie niczym gwiazda i jest z daleka widoczny z autostrady, dzięki czemu służy jako punkt orientacyjny. Ze względu na tę rolę przypomina latarnię morską, ale umieszczoną w głębi lądu. Z samym wzniesieniem wiąże się pewna ciekawostka. Podobno jego rejon jeszcze niedawno był powszechnie znany jako popularne miejsce dla par umawiających się na seks w samochodzie. Lokalne władze wprowadziły kilka lat temu nawet specjalny zakaz takich aktywności w tej okolicy, za którego złamanie grozi kara pieniężna do 1500 euro. Zwyczaj przyjął się na tyle mocno, że zwrot byliśmy na Wodnie w niektórych sytuacjach interpretowano jako przyznanie się dwójki osób do kontaktów seksualnych.

 

Niezbyt wysoka góra nie robi wrażenia na amatorach trekkingu. Wielki krzyż zdaje się być na wyciągnięcie ręki. Wiedzie tu asfaltowa droga, którą można pokonać samochodem lub nawet autobusem miejskim (dwupoziomowym!). Następnie z parkingu na szczyt idzie się już pieszo wyznaczonym szlakiem lub wjeżdża nowoczesną koleją gondolową z 2010 r. W trakcie wędrówki mija się zazwyczaj wielu Macedończyków, którzy bardzo lubią spędzać weekendy aktywnie. Ustawione przy samym krzyżu stoliki oblegają z reguły liczne grupy ludzi. Piknik możemy zorganizować nawet na małych drewnianych tarasach widokowych przyklejonych do zboczy. Na szczycie znajduje się także wiele restauracji, w których warto zamówić mocno gazowaną wodę Pelisterkę w dużej szklanej butelce, dokładnie takiej, jakich używano w latach 80. XX w. w Polsce. Z pewnością znakomicie zaspokoi ona nasze pragnienie, szczególnie po letniej wspinaczce na tę niepozorną górę, gdy temperatura powietrza sięga 30°C.

 

Noworoczne fajerwerki nad placem Macedonia w centrum stolicy kraju

37 - Ploshtad Makedonija - Zoran Sekerov

© AGENCY FOR PROMOTION AND SUPPORT OF TOURISM OF REPUBLIC OF MACEDONIA

 

Górskie krajobrazy

 

Kiedy obejrzymy już wszystkie największe atrakcje stolicy, powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, co tak naprawdę lubimy. Jeśli wolimy spędzać czas nad wodą, czekają na nas przepiękne macedońskie jeziora, np. Jezioro Ochrydzkie (358,2 km² powierzchni) lub Prespa (276,2 km²), nad którymi odpoczniemy w cichych, zapomnianych wioskach. Jeżeli jesteśmy aktywni, a górskie wędrówki nie są nam obce, zapewne spodoba nam się zdobywanie malowniczych szczytów.

 

Wielbicielom gór Macedonia ma niezmiernie wiele do zaoferowania. Co najważniejsze, tutejsze szlaki nie należą do ciężkich i niebezpiecznych. Wyprawy trekkingowe po dobrze oznaczonych trasach wymagają raczej odrobiny lepszej kondycji. Najbliżej Skopje (ok. 50 km) leży ośrodek Popowa Szapka (Popova Sapka – 1780 m n.p.m.), w okolicy którego zimą pojeździmy na nartach na stokach pasma Szar Płanina (Szarska Płanina). Latem natomiast stanowi on doskonałą bazę wypadową na najwyższy miejscowy szczyt, czyli Titow Wrw (2747 m n.p.m.). Podczas wędrówek trzeba jednak uważać na psy pasterskie, często osobniki rasy sarplaninac (szarplaninac), które od wiosny do jesieni przebywają na halach, gdzie pilnują owiec. Niestety, nie zawsze można liczyć na szybką interwencję pasterza. Dlatego w macedońskich górach (nie dotyczy to wszystkich masywów górskich) trzeba być przygotowanym na takie spotkanie i wiedzieć, jak reagować. Przede wszystkim najbezpieczniej chodzić w większej grupie, wtedy czworonożni strażnicy stad nie powinni nas niepokoić. Jeżeli jednak wybieramy się sami lub we dwójkę, warto wziąć ze sobą kije trekkingowe (albo inne) i kilka niedużych kamieni. Psy pasterskie często uciekają, gdy tylko widzą gest zamachnięcia się, więc w razie potrzeby wystarczy jedynie udawać rzucanie.

 

Niedaleko Skopje (ok. 95 km) znajduje się kolejny urokliwy górski kurort, szczególnie popularny zimą, a mianowicie Mawrowo (Mavrovo – 1230 m n.p.m.). Ze względu na piękną okolicę i sztuczne jezioro warto przyjechać tu o każdej porze roku. Jedną z atrakcji tego niezmiernie malowniczego zakątka jest Kościół św. Mikołaja z 1850 r., który przy wysokim stanie wody wygląda, jakby unosił się na powierzchni zbiornika. Latem i jesienią udaje się nawet dojść pod świątynię suchą stopą, ponieważ tafla obniża się na tyle, że brzeg przesuwa się w głąb jeziora.

 

Malowniczy rejs przez wypełniony szmaragdową wodą kanion Matka

46 - Kanjon Matka

© AGENCY FOR PROMOTION AND SUPPORT OF TOURISM OF REPUBLIC OF MACEDONIA

 

Nad błękitnymi wodami

 

Zarówno wielbicielom pocztówkowych akwenów, jak i osobom niezdecydowanym, co chciałyby robić w Macedonii, z pewnością spodobają się wspomniane jeziora Ochrydzkie i Prespa. Oddziela je od siebie Park Narodowy Galiczica (Galicica – ok. 250 km² powierzchni), przez który można przejechać samochodem. Trasę między oboma zbiornikami pokonamy w mniej więcej godzinę, a przy okazji będziemy podziwiać wspaniałe widoki, jakie rozpościerają się z przełęczy Livada (1568 m n.p.m.). Z tego ostatniego miejsca wyruszymy także na Magaro, najwyższy szczyt w parku (2254 m n.p.m.). Przy dobrej pogodzie da się z niego dostrzec oba akweny.

 

Znajdujące się nad Jeziorem Ochrydzkim miasto Ochryda (695–740 m n.p.m.) to perełka Macedonii i jedna z najstarszych osad ludzkich w Europie. W większości została zbudowana między VII i XIX w. Wznosi się tutaj pierwszy w dziejach słowiański klasztor (poświęcony św. Pantaleonowi), który powstał ponoć już w 863 r. Miasto słynie z tego, że miało niegdyś aż 365 kościołów, po jednym na każdy dzień roku. Dlatego też bywa nazywane „Jerozolimą Bałkanów”. Wielkie walory przyrodnicze i kulturalne regionu Ochrydy doceniła organizacja UNESCO, która umieściła go na swojej prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości. Na pewno spotkamy tu mnóstwo turystów. Nie ma się zresztą czemu dziwić. Zabytkowe miasto jest przepięknie położone, a spacer po jego wąskich, kamiennych uliczkach stanowi wyjątkową przyjemność. W sezonie i w weekendy Ochryda tętni życiem. Restauracje są wypełnione, nad wodą zbierają się prawdziwe tłumy. Niestety, nie znajdziemy tutaj piaszczystych plaż, a jedynie wąskie pasy kamieni, kilka pomostów w centrum i trawnik obok nich. Dlatego na plażowanie i kąpiel lepiej wybrać się do jednego z miasteczek leżących przy trasie wiodącej wzdłuż jeziora w kierunku granicy z Albanią. Warto również wynająć domek stojący tuż przy kamienistym brzegu, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał. Odpoczniemy w nim w ciszy i spokoju. W pobliskiej restauracji natomiast zjemy świeżą rybę prosto z Jeziora Ochrydzkiego.

 

Kiedy znudzi nam się opalanie, możemy odwiedzić założony w 905 r. Monastyr św. Nauma, który znajduje się niedaleko albańskiej granicy. Dotrzemy do niego zarówno samochodem, jak i statkiem turystycznym, odpływającym z Ochrydy. Wokół tutejszego malowniczo położonego klasztoru przechadzają się pawie. Są dosłownie wszędzie i trzeba uważać, aby się z nimi nie zderzyć, ponieważ lubią wlatywać na dach monastyru i okolicznych budynków. Oprócz tego powinniśmy także spróbować smacznych dań podawanych w miejscowych restauracjach.

 

Równie piękne, ale dużo mniej popularne, jest jezioro Prespa, znajdujące się po drugiej stronie Parku Narodowego Galiczica, u zbiegu granic Macedonii, Grecji i Albanii. Poza sezonem czasem na tutejszych plażach nie ma nikogo. Jedynie w gęstych zaroślach przy brzegu, w wykarczowanych przecinkach lokalni rybacy zostawiają swoje łodzie. Nad tym niezmiernie urokliwym zbiornikiem żyją pelikany, kormorany i czaple. Najlepiej zatrzymać się w jednej z malowniczych wiosek leżących trochę wyżej, w górach, tuż przy granicy Parku Narodowego Pelister (171,5 km² powierzchni). W miejscowościach takich jak Brajčino (ok. 1000 m n.p.m.) i Ljubojno (mniej więcej 900 m n.p.m.) można odciąć się od otaczającego świata i doświadczyć prawdziwej macedońskiej gościnności. Znajduje się w nich kilka kameralnych pensjonatów, są też pokoje do wynajęcia. Taki wypoczynek urozmaica wyśmienita domowa kuchnia. Sałatka szopska i dania z grillowanego mięsa nigdzie nie smakują tak świetnie jak u miejscowych gospodarzy.

 

Na wschód od brzegów jeziora Prespa i dalej aż na terytorium północnej Grecji rozciąga się pasmo górskie Baba. Charakterystycznym elementem tutejszego krajobrazu są gołoborza. Stoki jedynie gdzieniegdzie porasta las iglasty, m.in. z endemiczną bałkańską sosną rumelijską, nazywaną sosną macedońską. Najwyższym szczytem jest Pelister (2601 m n.p.m.). Przy sprzyjających warunkach atmosferycznych łatwo go zdobyć, ale nawet lekkie oblodzenie uniemożliwia osiągnięcie celu, choć wierzchołek widać ze szlaku jak na dłoni. Pokonanie niektórych tras zajmuje nawet 13 godz. i wymaga przejścia po śliskich kamieniach. W okolicy samego szczytu leżą dwa małe górskie akweny zwane Pelisterski Oczi: Wielkie Jezioro (Golemo Ezero, 2218 m n.p.m.) i Małe Jezioro (Маlo Ezеrо, 2180 m n.p.m.). Wyprawę do nich najlepiej rozpocząć spod wyciągu narciarskiego w miejscowości Niżepołe (Nižepole), położonej niedaleko zabytkowej Bitoli – drugiego co do wielkości miasta w Macedonii (ponad 75 tys. mieszkańców). Według informacji na drogowskazach z tego punktu czeka nas jedynie 4 godz. marszu na odcinku 9 km. Szlak biegnie początkowo drogą gruntową, a później wchodzi w las i zygzakami wiedzie ostro w górę.

 

W tektonicznym jeziorze Prespa występuje aż 9 endemicznych gatunków ryb

41 - Prespansko ezero - nace popov

© AGENCY FOR PROMOTION AND SUPPORT OF TOURISM OF REPUBLIC OF MACEDONIA

 

Wyprawy winne

 

Oprócz wspaniałych jezior i majestatycznych gór oraz niezwykłej gościnności swoich mieszkańców Macedonia słynie również z doskonałego wina. Najbardziej znane krajowe winnice – Tikveš (jej historia sięga 1885 r.) i Popova Kula – leżą na południu. Do obu można wybrać się w odwiedziny, aby skosztować produkowanych przez nie szlachetnych trunków i specjalnie dobranych do nich przekąsek. Wśród nich są najlepsze macedońskie sery i wędliny. Osoby z większym apetytem nasycą głód tradycyjnymi daniami regionu. Warto wiedzieć, że jedynie w winnicy Popova Kula działa komfortowy hotel, w którym na gości czekają 33 pokoje. Jeżeli na degustację przyjedziemy samochodem i nie zapewnimy sobie transportu powrotnego, lepiej skorzystajmy z możliwości noclegu. Tutejsze wina smakują wyśmienicie i trudno poprzestać tylko na jednym kieliszku. Budynek hotelowy stoi na wzgórzu wśród winorośli, a z jego okien rozpościera się przepiękny widok na położone w dole zabytkowe miasteczko Demir Kapija. Na miejscu wypożyczymy także rowery lub weźmiemy udział w zorganizowanym spływie kajakowym po rzece Wardar.

 

Warto wspomnieć, że Macedończycy, podobnie jak mieszkańcy Bałkanów w ogóle, uwielbiają biesiadować. W trakcie spotkań przy wspólnym stole chętnie rozmawiają i śpiewają. Co najważniejsze w obecnych czasach, rzadko zerkają wtedy na telefon, a skupiają się raczej na swoim towarzystwie. Wizyta w restauracji lub kafanie (po macedońsku kafeanie), czyli rodzaju karczmy w krajach byłej Jugosławii, ma też bardziej oczywiste zalety. Macedońskie potrawy są wyjątkowo smaczne, a Polacy nie od dziś przecież cenią sobie bałkańską kuchnię. Dodatkowo ceny dań bywają niezmiernie atrakcyjne dla turysty. W knajpkach podaje się również wyśmienitej jakości regionalne wina, za które zapłacimy już od 20 zł za butelkę.  

  

Niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na wycieczki górskie, sielski odpoczynek nad jeziorami, czy odkrywanie zapomnianych miasteczek, Macedonia na długo pozostanie w naszej pamięci. To niewątpliwie zasługa niezwykle gościnnych Macedończyków, tutejszego wspaniałego jedzenia i jeszcze lepszych trunków. A jeśli będziemy chcieli przypomnieć sobie podróż w te malownicze strony, wystarczy, że wyjmiemy przywieziony ze sobą słoik z pyszną pastą warzywną ajwar i butelkę macedońskiego wina, a ich wyborny smak jak za skinieniem magicznej różdżki wyczaruje w naszym domu cudowną atmosferę tego naprawdę wyjątkowego bałkańskiego kraju.

 

Dania ze świeżych ryb podawane nad jeziorem Dojran na granicy z Grecją

14 - Hrana riba Dojran

© AGENCY FOR PROMOTION AND SUPPORT OF TOURISM OF REPUBLIC OF MACEDONIA

 

Koleją przez Meksyk – ah, Chihuahua!

MAJA ZAWIERZENIEC

 

Kraj ten, należący do pierwszej dwudziestki największych państw świata, powszechnie kojarzy się z kukurydzą, tequilą i kulturą prekolumbijską. Turyści odwiedzają Meksyk, aby podziwiać zarówno dawną monumentalną architekturę, jak i przepiękną przyrodę. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że można i warto zejść z utartych szlaków i spojrzeć na tę część Ameryki Łacińskiej z innej perspektywy. Wystarczy wykupić bilet na przejazd koleją z Chihuahua do Topolobampo, aby w trakcie takiej wycieczki odkrywać nieznane oblicza Meksyku stacja po stacji…

Więcej…

Meksyk i trzeci ocean

MAGDALENA LASOCKA

<< Jeśli lubicie przygody i nowe doznania, na pewno nie będziecie zawiedzeni podróżą do Meksyku. Zwłaszcza jeżeli tak jak ja kochacie wodę i sporty wodne. W tym kraju czas płynie wolniej, zmysły odbierają więcej, słońce świeci jaśniej, a ludzie uśmiechają się radośniej. Jedyne ryzyko jest takie, że zakochacie się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i zapragniecie pozostać w nim na zawsze. >>

Więcej…