ROBERT GONDEK „GERBER“

www.stronagerbera.pl

<< Tajemnicza i dla wielu egzotyczna Uganda nie należy jak na razie do najpopularniejszych kierunków turystycznych na Czarnym Lądzie. Swoim gościom ma jednak niezmiernie wiele do zaoferowania i pod względem atrakcji nie ustępuje słynniejszym sąsiadom – Kenii czy Tanzanii. Niestabilna sytuacja w tym wschodnioafrykańskim kraju przez wiele lat skutecznie odstraszała turystów. Dziś prowadzone przez ugandyjskie władze statystyki pokazują, że od 2006 do 2010 r. liczba odwiedzających 10 tutejszych parków narodowych (m.in. Park Narodowy Królowej Elżbiety – Queen Elizabeth National Park, Nieprzenikniony Park Narodowy Bwindi – Bwindi Impenetrable National Park, Park Narodowy Doliny Kidepo – Kidepo Valley National Park, czy Park Narodowy Kibale – Kibale National Park) zwiększyła się wyraźnie – ze 109 tys. do 190 tys. osób. Miejscowa przyroda przyciąga przede wszystkim bogactwem dzikiej fauny – zobaczymy tu np. szympansy i bardzo rzadkie goryle górskie. Oprócz tego warto polecić także wędrówkę po masywie Rwenzori (Rwenzori Mountains), rafting po burzliwych wodach Nilu Wiktorii w Parku Narodowym Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park) oraz wyprawę nad największe w Afryce Jezioro Wiktorii. >>

Republika Ugandy to jedno z sześciu afrykańskich państw, przez które przebiega linia równika. Graniczy z Sudanem Południowym, Demokratyczną Republiką Konga, Rwandą, Tanzanią oraz Kenią. Jego powierzchnia wynosi ok. 236 tys. km2, czyli mniej więcej 75 proc. terytorium Polski. Na południu dużą część obszaru (31 tys. km²) zajmuje Jezioro Wiktorii. 36 mln Ugandyjczyków posługuje się głównie angielskim i suahili (językami urzędowymi) oraz luganda (ganda), którym mówi prawie połowa ludności kraju.

Ciekawostką może być dla wielu fakt, że w historii Ugandy znajdziemy również powiązania z Polską. W 1941 r. Związek Radziecki ogłosił amnestię dla obywateli polskich aresztowanych na początku II wojny światowej. Część z nich wstąpiła do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, tzw. Armii Andersa, część skorzystała z pomocy władz Wielkiej Brytanii i schroniła się w jej zamorskich koloniach. W okolicach ugandyjskiego miasteczka Nyabyeya, położonego niedaleko Masindi, a także na półwyspie Koja nad Jeziorem Wiktorii w latach 40. ubiegłego wieku powstały brytyjskie osiedla przeznaczone właśnie dla Polaków.

 

Wspinaczka po afrykańsku

Najlepszym miesiącem na trekking na najwyższy punkt Góry Stanleya (Mount Stanley) – Szczyt Małgorzaty (Margherita Peak, 5109 m n.p.m.) w masywie Rwenzori (Rwenzori Mountains) na granicy z Demokratyczną Republiką Konga – jest styczeń. To trzecie najwyższe wzniesienie Afryki po Kilimandżaro w Tanzanii (5895 m n.p.m.) i Kenii w Kenii (5199 m n.p.m.). Zdobycie go nie nastręcza zbytnich trudności, niezbędne są jednak znajomość podstaw wspinaczki, dobra kondycja fizyczna i odpowiednie wyposażenie w postaci raków, czekana, sprzętu wspinaczkowego oraz ciepłego ubrania. Sam masyw identyfikuje się często z Górami Księżycowymi (łac. Lunae Montes), widniejącymi na mapie wykonanej przez Klaudiusza Ptolemeusza, greckiego uczonego z II w. n.e.

Początek szlaku na szczyt znajduje się w małej wiosce Nyakalengija u podnóża Rwenzori na zachodzie Ugandy. Przed wyruszeniem w drogę w siedzibie władz zarządzających Parkiem Narodowym Gór Rwenzori (Rwenzori Mountains National Park) mamy obowiązek wysłuchać prezentacji na temat trekkingu, przewidzianych noclegów, warunków panujących na trasie i bezpieczeństwa podczas wyprawy. Tu również zostaje skompletowana nasza ekipa obsługująca wspinaczkę (przewodnicy, kucharze, tragarze), która liczy w sumie 17 osób.

Pierwszego dnia wkraczamy do lasu deszczowego. Żar leje się z nieba, nad naszymi głowami krąży mnóstwo kolorowych motyli, przez ścieżkę przechodzą kameleony, a z oddali dochodzą do nas dźwięki wydawane przez szympansy. To prawdziwa dżungla, w której nigdy wcześniej nie byłem. Aż trudno uwierzyć, że za cztery dni, ubrani w odzież chroniącą nas przed chłodem, połączeni linami, w rakach i z czekanem w ręku, będziemy się zmagać z lodowcem. Po ponad czterech godzinach dochodzimy do chaty Nyabitaba Hut (2652 m n.p.m.), której pilnuje uzbrojony żołnierz. Drugiego dnia naszym oczom po raz pierwszy ukazuje się Szczyt Małgorzaty. Zanim jednak do niego dotrzemy, musimy pokonać rozległe i głębokie bagna. Dla ułatwienia przejścia na grząskim terenie ułożono kładki i konstrukcje z gałęzi, pozwalające pokonać najtrudniejsze odcinki bez konieczności skakania po wysokich kępach traw i zażywania błotnej kąpieli. Jesteśmy nieco zawiedzeni – od wielu dni nie padało i nie możemy wypróbować naszych woderów (połączenie kaloszy i nieprzemakalnych spodni). Przywieźliśmy je specjalnie z Polski, a okazują się zbędne. Cóż, zostawimy je tragarzom po wycieczce, przydadzą się im podczas kolejnych wypraw. Na zakończenie dnia podczas gry w karty raczymy się ugandyjską sherry, słodkim alkoholem odkrytym podczas pobytu w stołecznej Kampali. Ostatnią, trzecią butelką tego przysmaku planujemy uczcić udane wejście na szczyt.

Trzeciego dnia podchodzimy do Bujuku Hut – chaty leżącej nieco powyżej bezrybnego jeziora Bujuku. Mimo iż znajduje się ono na wysokości prawie 3900 m n.p.m., nigdy nie zamarza. Wędrujemy wzdłuż dwóch mierzących ponad 4500 m wzgórz Speke (Mount Speke) oraz Baker (Mount Baker). Towarzyszą nam najpiękniejsze widoki podczas całego trekkingu. Bez żadnego problemu przekraczamy również niezwykle błotniste bagno Upper Bigo Bog. Niestety, tutaj też nie mamy okazji skorzystać z woderów.

Ostatnią, czwartą noc przed wejściem na Szczyt Małgorzaty spędzamy w Elena Hut, w cieniu skalnych wierzchołków na wysokości ponad 4500 m n.p.m. Powinniśmy dobrze wypocząć, gdyż nazajutrz wyruszamy przed wschodem słońca, aby dotrzeć na lodowiec Margherita, zanim afrykańskie słońce zacznie go roztapiać. Sprawdzamy temperaturę. Spodziewamy się dużego mrozu. Na razie jest -7°C. Wyłaniające się spomiędzy chmur nieliczne gwiazdy i księżyc oświetlają skalne ściany. Mocno przeżywamy jutrzejszy dzień – najważniejszy w naszej podróży. Jestem dobrej myśli, ale sam nie mam pewności, czy zdobędziemy szczyt…

FOT. ROBERT GONDEKPokonywanie lodowca w czasie wspinaczki na Szczyt Małgorzaty

 

Lodowiec przy równiku

Wstajemy już przed godz. 5.00. Wokół nas wznoszą się ośnieżone góry lśniące w blasku gwiazd. Wieje silny wiatr, temperatura wynosi -11°C. Jest ciemno, tylko czołówki na naszych głowach oświetlają drogę. Wspinamy się, pomagając sobie zamontowanymi na skałach linami. Zaczyna świtać. Obserwujemy wspaniały wschód słońca – okolica tonie w pomarańczowych barwach. Po ponad godzinie dochodzimy do Stanley Plateau, czyli Płaskowyżu Stanleya, rozległego śnieżnego pola. Zakładamy po raz pierwszy raki i uprzęże, a następnie bierzemy czekany w ręce. Nigdy jeszcze nie chodziłem po lodowcu.

Szczyt Małgorzaty wydaje się być na wyciągnięcie ręki, ale to tylko złudzenie. Przed nami dwie godziny marszu. To najtrudniejszy odcinek. Słońce zaczyna przygrzewać, lodowa pokrywa szybko się topi. Wspinamy się na czoło lodowca. Po jego powierzchni idziemy już powiązani liną. Krok po kroku posuwamy się do przodu. Na naszej drodze pojawiają się szczeliny. Przez większość wystarczy jedynie przeskoczyć, ale część trzeba obejść dookoła. Mijamy najniebezpieczniejszy fragment. Z mozołem wędrujemy pod górę. Przemykamy pod ogromnymi nawisami lodowymi, omijamy ostatnią wielką rozpadlinę i w końcu stajemy u stóp skalnego wierzchołka Szczytu Małgorzaty. Pokonaliśmy lodowiec! Zdejmujemy raki, przed nami ostatnie podejście. Poruszamy się powoli, co pięć kroków musimy robić sobie małą przerwę. Marzę o tym, żeby być już na wierzchołku, jednak nie mam siły, aby przyśpieszyć… Nareszcie zostawiam za sobą ostatni stopień. Udało mi się! Zdobyłem najwyższy szczyt Rwenzori! Mocno wyczerpany płaczę ze wzruszenia. Wokół mnie rozpościera się z jednej strony terytorium Ugandy, a z drugiej – Demokratycznej Republiki Konga. Ta piękna chwila nie trwa – niestety – długo. Zimno i wiatr zmuszają nas do zejścia. Lód bardzo szybko topnieje, przy większym nachyleniu raki zsuwają się, zanim wbiją się w podłoże. Z przerażeniem spoglądamy w głąb szczelin. Robi się coraz groźniej, czym prędzej opuszczamy się z lodowca na linie. Nie chcemy zostać przygnieceni przez lodowe bloki. Gdy wchodzimy na skały, po których szliśmy niedawno nocą, zaczynam odczuwać coraz większe zmęczenie. Trzymam się kurczowo liny i nie mogę znaleźć miejsca do postawienia nogi. Moje siły są na wyczerpaniu. Pozostało nam jeszcze 50 m w dół. W końcu docieramy do Kitandara Hut (4023 m n.p.m.), gdzie bez słowa wypijamy butelkę ugandyjskiego sherry i zasypiamy. Rano z niedowierzaniem uświadamiamy sobie, że w pełni zrealizowaliśmy swój plan, a przed nami jeszcze tylko dwudniowy powrót do bramy prowadzącej na teren parku.

Na pamiątkę tej wspaniałej wyprawy otrzymujemy dyplom za przejście Central Circuit (głównej trasy trekkingowej). Wykonany na nim długopisem dopisek głosi: „wraz z wejściem na Szczyt Małgorzaty”. Dziękujemy przewodnikom, tragarzom i kucharzowi. Wręczamy im napiwek oraz obiecane wodery. W drodze powrotnej do miasta Kasese nad Jeziorem Jerzego, naszego miejsca noclegowego, kupujemy 6 butelek coca-coli, o których marzyliśmy od kilku dni. Wypijamy je w mgnieniu oka.

FOT. ROBERT GONDEKUgandyjskie dzieci w okolicy między Kasese a Nyakalengiją

 

W drodze do Parku Narodowego Kibale

Najpopularniejszym środkiem transportu zbiorowego w Ugandzie jest matatu. Najczęściej są to leciwe minibusy Toyota Hiace. Na mniej uczęszczanych trasach ich funkcję pełnią zwykłe Toyoty Corolle. Jedną z nich zamierzamy się dostać z miasta Fort Portal do Parku Narodowego Kibale (Kibale National Park), aby zobaczyć szympansy. Duże plecaki umieszczamy w bagażniku, a z małymi usadawiamy się we trzech na tylnym siedzeniu i czekamy, aż zbierze się komplet pasażerów. Pojawia się mężczyzna z teczką i zajmuje fotel z przodu. Jak nam się wydaje, możemy ruszać. Wkrótce jednak dołącza do niego kolejny chętny, z wielkimi słuchawkami na uszach, a potem jeszcze jeden, który siada na fotelu kierowcy. Kiedy wreszcie na kanapę obok nas wciska się kobieta z dziewczynką, a ktoś z zewnątrz siłą domyka za nią drzwi, jesteśmy gotowi i wjeżdżamy na szutrową drogę. Progi zwalniające pokonujemy w poprzek, bo inaczej samochód mógłby zawisnąć. Opuszczając miasto, mijamy niewielkie budynki pokryte kolorowymi reklamami operatorów sieci komórkowych, firm produkujących farby oraz coca-coli. Na ulicach przeważają motocykle, zwane boda-boda, służące jako lokalne taksówki. Gdy kończą się zabudowania, wokół nas oglądamy już tylko plantacje herbaty i bananów.

Po godzinie docieramy do celu. W Parku Narodowym Kibale żyje aż 13 gatunków małp z rzędu naczelnych, w tym m.in. szympansy, koczkodany górskie, koczkodany czarnosiwe, pawiany oliwkowe czy gerezy rude. Opłata za wejście jest dosyć wysoka. Za 3-godzinną wyprawę śladem szympansów (tzw. Chimpanzee Tracking and Habituation) trzeba zapłacić 150 dolarów.

                Do lasu idziemy wydeptaną alejką w towarzystwie uzbrojonego strażnika. Przewodnik kontaktuje się ze swoimi współpracownikami przez krótkofalówkę, aby dowiedzieć się, gdzie aktualnie znajduje się najbliższe stado. Po chwili spotykamy innych turystów. To oznacza, że małpy są blisko. Jedna z nich przechodzi tuż obok nas. Zaraz za nią podążają kolejne. W jednym stadzie może być nawet 100 szympansów i tylko jeden przywódca. Staramy się nie wchodzić im w drogę. Wspinają się po drzewach, przechodzą z gałęzi na gałąź – wysoko w koronach szukają swoich przysmaków: owoców palmy i fig. Potem schodzą na dół i zjadają to, co zerwały na górze. Młode osobniki wędrują wraz z matkami, wtulone mocno w ich futro. Opłacone trzy godziny obserwacji mijają szybko, ale cieszymy się, że na własne oczy widzieliśmy te wspaniałe zwierzęta w ich naturalnym środowisku.

 FOT. BOSS MAGAZIN Goryle górskie z Nieprzeniknionego Parku Narodowego Bwindi

 

Wokół Wodospadów Murchisona

Po paru godzinach jazdy ze stołecznej Kampali docieramy do Wodospadów Murchisona (Murchison Falls), znanych też pod nazwą wodospadów Kabarega (Kabarega Falls). Dziś śpimy na kempingu na wysokim brzegu Nilu Wiktorii. Teren nie został ogrodzony i nocą przechadzają się po nim guźce, hipopotamy i pawiany. Ogromne nietoperze, które upodobały sobie wnętrze baru jako miejsce polowania, coraz śmielej latają nad naszymi głowami. Zamykam szczelnie namiot. Jestem w samym środku Afryki, nad Nilem, a dookoła mnie znajduje się prawdziwy, dziki busz. Reaguję na każdy szelest, każde ryknięcie, każdy trzask łamanej gałązki. To dziwne chrząkanie wydają z siebie guźce. Trzeba na nie uważać, bo mają znakomity węch. Dlatego obowiązuje tutaj bezwzględny zakaz trzymania jedzenia w namiotach. Słyszę, że zbliżają się do mojego… Lekko szturchają jego ściany, ale nie wyczuwają zapachu pożywienia, więc zawiedzione ruszają dalej.

O wschodzie słońca przeprawiamy się promem na drugi brzeg Nilu. Poranne odgłosy budzącej się przyrody i rześkie powietrze wprawiają mnie w stan odprężenia. Wsiadamy do samochodu i jedziemy na safari. Mijamy stada antylop, słoni i małp. W zatoczce leniuchuje wielka grupa hipopotamów. Opierają swoje olbrzymie głowy na grzbietach towarzyszy i ziewają od czasu do czasu, jakby od niechcenia. Dopiero wieczorem, gdy robi się chłodniej, zaczynają żerować. W drodze powrotnej nad brzegiem Nilu czekają na nas pawiany. Szybko wskakują do jednego z pojazdów i kradną torbę z jedzeniem. W obozie ucinamy sobie drzemkę. Gdy budzę się, aż podskakuję z wrażenia. Przede mną widzę patrzącego mi prosto w oczy guźca. On też wygląda na zaskoczonego. Po chwili odchodzi w stronę namiotów i razem ze swoimi towarzyszami przetrząsa zawartość śmietnika z resztkami naszych posiłków.

 

Pożegnanie nad Jeziorem Wiktorii

Zbliża się zachód słońca. To nasz ostatni wieczór w Ugandzie i wraz z mieszkańcami stołecznej Kampali odpoczywamy po kolejnym upalnym dniu nad brzegiem Jeziora Wiktorii. Pomiędzy stolikami wędrują liczne marabuty. Wystarcza chwila nieuwagi, a niedojedzony przez nas kawałek ryby czy kurczaka znika w wielkich dziobach tych niezbyt urodziwych mięsożernych ptaków z rodziny bocianowatych.

W Ugandzie spędziliśmy ponad dwa tygodnie. Zdobyliśmy najwyższy szczyt tego kraju, śledziliśmy szympansy w Parku Narodowym Kibale, podziwialiśmy dzikie zwierzęta i pływaliśmy po Nilu Wiktorii w pobliżu Wodospadów Murchisona. Spróbowaliśmy wielu egzotycznych owoców i poznaliśmy życie codzienne Ugandyjczyków. Nie zobaczyliśmy jednak wszystkich tutejszych wspaniałych atrakcji – nie widzieliśmy goryli górskich i nie odwiedziliśmy pozostałych objętych ochroną regionów. Nie udało nam się również nacieszyć zbyt długo samym Jeziorem Wiktorii. Dzięki temu mamy jednak powód, aby szybko wrócić do Ugandy i zrobimy to z wielką przyjemnością.


 

Artykuły wybrane losowo

Kolumbia – na granicy magii i rzeczywistości

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Od Amazonii przez szczyty Andów i aksamitnie zielone wzgórza aż po piaszczyste wybrzeże i pustynię – Kolumbia to kraj intensywnych kolorów, fantastycznych krajobrazów oraz chyba najbardziej radosnych i życzliwych ludzi w całej Ameryce Południowej. Choć wciąż jeszcze zmaga się z łatką miejsca niebezpiecznego, opanowanego przez kartele narkotykowe i partyzantów, z roku na rok staje się coraz bardziej popularnym celem wyjazdów turystów. Przyciągają ich piękne plaże otoczone bujną, tropikalną roślinnością oraz urocze miasteczka, gdzie w powietrzu unosi się zapach świeżo parzonej kawy i egzotycznych owoców, a wieczorami rozbrzmiewa zmysłowa muzyka. >>

To jedyne państwo kontynentu południowoamerykańskiego, które ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i nad Atlantykiem (a dokładnie Morzem Karaibskim). Na południu przez jego terytorium przechodzi linia równika (90 proc. kraju leży na półkuli północnej, a departament Amazonas – na półkuli południowej). Na północy wznoszą się dwa najwyższe, bliźniacze szczyty w tej republice – Pico Cristóbal Colón, czyli Szczyt Krzysztofa Kolumba (5775 m n.p.m.), i Pico Simón Bolívar (ok. 5775 m n.p.m.).

 

Luksusowa Hacienda Buenavista w regionie kawy

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

Kolumbia zachwyca swoją wielką bioróżnorodnością. Pod tym względem w rankingach wyprzedza ją jedynie kilkukrotnie większa Brazylia. Różnorodne ekosystemy zapewniają idealne warunki rozwoju dla imponującej liczby zwierząt i roślin. To przede wszystkim prawdziwy raj dla miłośników ptaków – według naukowców występuje tu niemal 1950 ich gatunków (blisko 90 z nich to endemity).

 

ZŁOTA BRAMA AMERYKI

Naszym pierwszym przystankiem jest piękna i romantyczna Perła Karaibów – Cartagena. Pełna nazwa miasta brzmi Cartagena de Indias. Zostało założone 1 czerwca 1533 r. przez konkwistadora Pedra de Heredię i przez lata było najważniejszym hiszpańskim portem na wybrzeżu karaibskim. Dzięki temu stanowiło łakomy kąsek dla piratów i padło ofiarą wielu ataków. Świadectwem tej dramatycznej przeszłości jest rozbudowany system murów obronnych, które powstały wokół najstarszej części Cartageny (nazywanej Ciudad Amurallada, czyli Miastem za Murami) w kilku etapach na przestrzeni dwóch wieków. Spacerujemy po nich, obserwując, jak ognista kula zachodzącego słońca powoli znika w morzu. Wokół nas panuje gwar. To jedno z ulubionych miejsc spotkań nie tylko turystów, ale też mieszkańców. Mamy tutaj świetny widok zarówno na pokryte dachówką kolonialne budynki, jak i na strzeliste wieżowce nowoczesnej dzielnicy Bocagrande. Z pobliskiej restauracji dobiega muzyka, a siedząca obok nas zakochana para odpływa w tańcu. Z podziwem przyglądamy się ich lekkim ruchom i ruszamy w plątaninę wąskich uliczek otoczonych kolorowymi kamieniczkami.

Mimo iż zapadł już zmrok, ulice miasta tętnią życiem. Plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo) jest szczelnie wypełniony kawiarnianymi stolikami. Nieprzyzwyczajeni do wysokich temperatur turyści mogą w końcu odetchnąć od upału. Czekają na nich liczne restauracje, bary i sklepy z pamiątkami. Uliczni artyści dbają o dobrą atmosferę – urozmaicają wieczór swoją muzyką, śpiewem, tańcem. W powietrzu czuć radość i beztroskę. Przysiadamy na jednym z placów i przyglądamy się nocnemu życiu Cartageny. Nad wybrukowanymi uliczkami głośne echo niesie stukot końskich kopyt – niektórzy zamiast spaceru wybierają przejazd dorożką. Niedaleko nas rozkładają się stoiska z jedzeniem. Są domowe hamburgery, dużym powodzeniem cieszą się też salchipapas – frytki z dodatkiem kiełbasy. Nasze zainteresowanie wzbudzają jednak arepas con queso. Arepa to nieduży kukurydziany placek przypominający tortillę. Może być różnych rozmiarów i grubości, w Kolumbii spożywa się go o każdej porze dnia i nocy, jako dodatek, przekąskę czy danie główne (wtedy znajdziemy w nim całe bogactwo składników). Nasz wypełniony jest białym, ziarnistym serem (queso) i polany słodkim mleczkiem.

 

KULTUROWA MIESZANKA

Następnego dnia zaczynamy zwiedzanie wcześnie. Na ulicach jest jeszcze pusto i spokojnie. Przechodzimy przez charakterystyczną żółtą Bramę Zegarową (Puerta del Reloj), nazywaną także Wieżą Zegarową (Torre del Reloj), i wkraczamy do historycznego serca miasta. Na centralnym placu, Plaza de los Coches, powoli gromadzą się sprzedawcy, pojawiają się pierwsi przechodnie i turyści. Kilkaset lat temu właśnie w tym miejscu odbywał się jeden z największych targów niewolników w Ameryce Południowej. Transportowani w podłych warunkach na statkach z Afryki, przybywali wycieńczeni i przerażeni do Cartageny, gdzie kupowano ich do pracy na okolicznych plantacjach lub w kopalniach w głębi kraju. Niewolnictwo zostało w Kolumbii zniesione 1 stycznia 1852 r. Dziś wpływy kultury afrykańskiej można dostrzec w wielu jej regionach – przede wszystkim właśnie na wybrzeżu karaibskim.

Jedną z wizytówek nie tylko Cartageny, ale i całego kraju są palenqueras. Czarnoskóre kobiety ubrane w kolorowe, rozłożyste suknie od lat sprzedają na ulicach miasta egzotyczne owoce oraz słodycze na bazie kokosa. Swoje towary zazwyczaj przenoszą w koszach lub miskach, które wdzięcznie trzymają na głowie. Wszyscy turyści chcą zrobić im zdjęcie, biada jednak temu, kto wyjmie aparat i spróbuje sfotografować je niepostrzeżenie. W takich momentach na twarzach sprzedawczyń pojawia się nieprzyjazny grymas, potrafią fuknąć, syknąć, a nawet rzucić soczystym przekleństwem. Ich podejście zupełnie się zmienia, jeśli kupimy od nich cokolwiek. Wtedy rozpływają się w uśmiechach i przybierają najróżniejsze pozy niczym profesjonalne modelki. Większość palenqueras nie mieszka w Cartagenie, a w oddalonym o ok. 50 km stąd San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio). Ta niewielka miejscowość w gminie Mahates (mniej więcej 3,5-tysięczna) została założona przez afrykańskich niewolników, którym udało się wyrwać z niewoli. Zasłynęła w świecie jako pierwsze wolne miasto w Amerykach. Jego dzisiejsi mieszkańcy pielęgnują zwyczaje i tradycje swoich przodków pochodzących z Afryki. Mają też własny język – palenquero (criollo palenquero), który stanowi mieszankę hiszpańskiego, portugalskiego i języków afrykańskich (głównie bantu). W 2008 r. przestrzeń kulturowa San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio) została wpisana na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Podczas spaceru uliczkami historycznego centrum Cartageny można przez chwilę poczuć się jak gość w bajkowym świecie. Zadbane, kolorowe budynki mają drewniane balkony ozdobione kwitnącymi pnączami. Niemal każdy zaułek wygląda jak perfekcyjnie przygotowana scenografia do sesji zdjęciowej. Jednak bardziej do gustu przypadła nam dzielnica Getsemaní. Nie jest aż tak wymuskana jak zabytkowe centrum, panuje w niej niezobowiązujący klimat i ceny są znacznie niższe. Jej mieszkańcy przesiadują na wąskich uliczkach, plotkując z sąsiadami i grając w karty. Podniszczone mury budynków pokrywają barwne murale, które nawiązują do tradycji miasta i kraju, często także poruszają ważne tematy społeczne, np. problem rasizmu lub przemocy wobec kobiet. Głównym centrum wydarzeń jest Plaza de la Trinidad, gdzie sprzedawcy rozkładają stoiska z przekąskami, a wieczorami występują uliczni artyści.

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Cartagena przyciąga turystów nie tylko zadbaną zabytkową zabudową, ale też tropikalną pogodą i możliwością błogiego wypoczynku na karaibskim wybrzeżu. Wystarczy jedynie godzina lub dwie rejsu motorówką i można spełnić swoje marzenie o raju. Piaszczysta plaża otoczona turkusową wodą i pyszne kokosy prosto z wysmukłej palmy – czego więcej potrzeba do szczęścia… Na popularną Białą Plażę (Playa Blanca) da się dotrzeć nawet drogą lądową, ale w tym miejscu najtrudniej również uciec od innych turystów. Warto więc poświęcić trochę więcej czasu i wybrać mniej oblegany zakątek w pobliskim archipelagu Wysp Różańcowych (Islas del Rosario). Poza leniwym plażowaniem zaglądamy także pod wodę i podziwiamy imponującą rafę koralową, która stanowi dom dla wielu gatunków kolorowych ryb. Kolejną ciekawą atrakcją jest zjawisko bioluminescencji – niezwykły pokaz świecącego planktonu w Zaczarowanej Lagunie (Laguna Encantada). Tysiące maleńkich organizmów rozświetla powierzchnię wody niczym gwiazdy, a my wpatrujemy się jak zahipnotyzowani.

Po kilku dniach w Cartagenie i okolicach ruszamy dalej wzdłuż wybrzeża w kierunku Santa Marty. Po drodze przejeżdżamy przez Barranquillę. To czwarte co do liczby mieszkańców miasto Kolumbii (po stołecznej Bogocie, Medellín i Cali) na pierwszy rzut oka wygląda raczej niepozornie i nieciekawie. Większe emocje wzbudza jedynie wśród fanów Shakiry – tu urodziła się ta najsłynniejsza kolumbijska piosenkarka. Na cztery dni w roku Barranquilla zmienia się nie do poznania. Ogarnia ją szaleństwo kolorów, tańca i śpiewu, a gorące rytmy cumbii nie milkną ani na chwilę. Właśnie w niej odbywa się drugi największy karnawał na świecie. Barranquilla ustępuje miejsca jedynie boskiemu Rio de Janeiro. Tutejszy karnawał to nie tylko świetna zabawa, ale również okazja do pielęgnowania wieloletnich tradycji i wierzeń przodków oraz wyraz niezwykłej różnorodności kulturowej Kolumbii. Mieszają się na nim wpływy lokalne, europejskie i afrykańskie.

Najstarsze miasto Kolumbii, Santa Marta (założona 29 lipca 1525 r. przez hiszpańskiego konkwistadora Rodriga de Bastidasa), jest malowniczo położone na wybrzeżu i otoczone imponującymi górami. Dla większości turystów stanowi jednak jedynie bramę do jednego z najbardziej znanych kolumbijskich parków narodowych. Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona) skrywa nieziemsko piękny fragment wybrzeża u podnóża drugiego (zaraz po Górach Świętego Eliasza w Kanadzie i USA – 5959 m n.p.m.) najwyższego przybrzeżnego pasma górskiego na świecie – Sierra Nevada de Santa Marta (wznoszącego się na wysokość 5775 m n.p.m.). Bujna tropikalna roślinność wdziera się w tym miejscu na rajskie plaże otoczone wysmukłymi palmami, między gałęziami wędrują małpki i tukany, a na skałach wygrzewają się dorodne iguany. Można tutaj spędzić noc w hamaku, namiocie lub chatce z widokiem na morze. Choć wytyczone ścieżki prowadzą przez las deszczowy, trudno natknąć się na niebezpieczne zwierzęta. Największym zagrożeniem są spadające kokosy i silne prądy morskie – ze względu na nie na niektórych plażach obowiązuje zakaz kąpieli.

Te rejony to również obszar wciąż zamieszkiwany przez rdzenną ludność, która żyje na trudniej dostępnych terenach w prostych domach zbudowanych z kamieni, gliny i liści palmowych oraz zachowała swoje tradycyjne zwyczaje. Miłośnicy przygód mogą wyruszyć na wymagający trekking przez tropikalny las aż do Zaginionego Miasta (Ciudad Perdida). W latach świetności było ono stolicą państwa Taironów (Tayronas) i nosiło nazwę Teyuna. Obecnie uważane jest za jeden z najważniejszych zabytków prekolumbijskich w Ameryce Południowej. Składa się aż ze 169 kamiennych tarasów, ale jak na razie odkryto jedynie ich część. Wciąż trwają prace badaczy. Miasto odnalezione zostało w 1972 r. przez poszukiwaczy skarbów. Kilka lat później, kiedy na czarnym rynku zaczęły się pojawiać nieznanego pochodzenia złote artefakty i ceramiczne urny, do dzieła wkroczyli archeolodzy. Do Ciudad Perdida można dotrzeć jedynie z lokalnym przewodnikiem. Trzeba pokonać trasę o długości 42 km w upale, wśród gęstej roślinności tropikalnej selwy, często wiodącą przez rzekę Buritaca. Trudy wędrówki wynagradzają jednak wspaniałe widoki na miejscu.

 

Wieża Zegarowa, brama do centrum historycznego

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

CODZIENNOŚĆ MAGICZNA

Po dwóch tygodniach spędzonych na wybrzeżu czas ruszyć na południe, w głąb kraju. Naszym pierwszym przystankiem jest mikroskopijna kropka na mapie, niewielkie jak na Kolumbię, 40-tysięczne miasto Aracataca. Zjeżdżamy z głównej drogi na szeroką szutrówkę. Mijamy mężczyznę wolno sunącego na skrzypiącym rowerze. Wokół nas unosi się kurz, a powietrze jest aż lepkie od upału. Po kilku minutach kluczenia wąskimi uliczkami docieramy na miejsce. Zatrzymujemy się przed domem, w którym urodził się laureat Nagrody Nobla i jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez (1927–2014). Dziś działa w nim muzeum. Co prawda, jego opiekunka od razu ostudza atmosferę, mówiąc, że nie zachowały się żadne oryginalne sprzęty i wszystko jest repliką.

Ślady twórczości Márqueza można znaleźć w wielu miastach. Choćby w Cartagenie, w której toczy się akcja powieści Miłość w czasach zarazy (1985 r.). Nigdzie jednak nie mieliśmy tak silnego poczucia przebywania na granicy magii i rzeczywistości jak w Mompox. Oficjalna nazwa miasta brzmi Santa Cruz de Mompox. W przeszłości pełniło funkcję swoistego skarbca dla Hiszpanów. Wywożono tutaj złoto i kosztowności w obawie przed atakami piratów na wybrzeżu. Obecnie przypomina miejsce zagubione w czasie. Nie tak łatwo tu dojechać. Niewinnie wyglądająca na mapie droga zupełnie niespodziewanie zmienia się w spore wyboje. Asfalt znika, co znacznie wydłuża nam czas jazdy, i kiedy zapada zmrok, jesteśmy gdzieś pośrodku niczego. Wtedy następuje kolejna niespodzianka: trasa nagle się kończy, a przed nami rozciąga się w całej okazałości najważniejsza żeglowna rzeka Kolumbii – Magdalena (o długości ok. 1530 km). Most podobno gdzieś jest, ale kilka kilometrów dalej, a mieszkańcy podają nam sprzeczne informacje co do tego, w którym kierunku powinniśmy jechać. Pozostaje nam archaiczny prom mogący przetransportować kilka samochodów. Przedostajemy się na drugi brzeg i mamy wrażenie, że przekroczyliśmy bramę do innego świata.

Choć funkcjonujemy w tropikalnym klimacie już od kilku miesięcy i zdążyliśmy przyzwyczaić się do wysokich temperatur, upał w Mompox daje nam popalić. Miasto otoczone jest rozlewiskami, powietrze stoi, a ubrania lepią się do skóry. Nic dziwnego, że koło południa życie zamiera, mieszkańcy kryją się w hamakach i z wytęsknieniem wyczekują rześkiej bryzy znad rzeki. Na spacery po malowniczych kolonialnych uliczkach wybieramy się rano i późnym popołudniem, a resztę dnia spędzamy na ocienionym bulwarze, zajadając się soczystym ananasem. Nie musimy się nigdzie spieszyć, wszystkie najciekawsze miejsca w mieście leżą w rejonie trzech ulic. Z sennością pomaga walczyć aromatyczne tinto – kolumbijska mała czarna. Częstują nas nim właściciele naszego hostelu i kobiety w sklepach, a na placach mężczyźni rozlewają do kubeczków ciemny napój z termosów. Wcale nie tak łatwo trafić na dobrą kawę, częściej zdarza się słodki ulepek.

W Kolumbii magicznych miasteczek nie brakuje. Przekonaliśmy się o tym w trakcie tej podróży wielokrotnie. Niektóre są wyjątkowo ładne, urzekają urokliwym położeniem i kolorami. Inne prezentują się trochę mniej atrakcyjnie. Wszystkie jednak są estetyczne i zadbane, a życie ich mieszkańców skupia się na zazwyczaj skąpanym w zieleni głównym placu. Nie inaczej wygląda Villa de Leyva. To, co tu zaskakuje, to rozmiar samego brukowanego placu – ma on aż 14 tys. m2! Tym samym jest największy w całej Kolumbii (i według niektórych nawet w całej Ameryce Południowej), a jego ogromna powierzchnia wydaje się nieproporcjonalna w stosunku do wielkości tego zabytkowego, 17-tysięcznego miasteczka. Na tutejszym Plaza Mayor (Plaza Principal) próżno również szukać drzew dających odrobinę cienia i chroniących przed palącym słońcem. Villa de Leyva zachwyca brukowanymi uliczkami, bielonymi ścianami budynków, otaczającymi ją malowniczymi górami oraz życzliwością mieszkańców.

 

Malownicze wybrzeże w Parku Narodowym Tayrona otacza bujna, tropikalna roślinność

© PROCOLOMBIA

 

MIASTO WIECZNEJ WIOSNY

Tak jak uwielbiamy spokojne, niewielkie miejscowości, tak zdecydowanie mniejszą sympatią darzymy duże ośrodki i szybko z nich uciekamy. Medellín – ukochane miasto najsłynniejszego barona narkotykowego, Pabla Escobara (1949– 993) – jest wyjątkiem od tej reguły. Położone w dolinie Aburrá, między zielonymi wzgórzami, zostało rozsławione ostatnio przez serial Narcos (o którym mieszkańcy nie lubią rozmawiać). Jeszcze 20 lat temu zaliczane było do najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. Dziś uchodzi za symbol przemian, miasto nowoczesnych inwestycji, inicjatyw społecznych i artystycznych oraz świetnego systemu komunikacji miejskiej – działa tu jedyne jak na razie w Kolumbii metro. Nieodłącznym elementem panoramy Medellín są kolejki linowe (Metrocable de Medellín). Pozwalają także spojrzeć na nie z innej perspektywy.

Większość turystów zatrzymuje się w El Poblado – dzielnicy szklanych wieżowców, modnych restauracji i zadbanych parków. My znaleźliśmy niewielkie mieszkanie w San Javier, słynnej Comunie 13. Jego największą zaletą było wyjście na dach i rozpościerający się z niego niesamowity widok na miasto. Comuna 13 stanowiła kiedyś siedlisko zła. Oprowadza nas po niej Laura – dziewczyna w naszym wieku, która tutaj się urodziła. Dawniej wstydziłam się przyznać, skąd pochodzę. Kiedy byłam mała, zdarzały się takie dni, że mama nie pozwalała nam wyjść, bo bała się, że zginiemy. Dziś z dumą przyprowadzam tu turystów, opowiadam naszą historię i pokazuję twórczość lokalnych artystów – opowiada. Sztuka uliczna jest tutaj bardzo ważną formą ekspresji. To nie tylko kolorowe malunki na ścianach, ale też historie o strachu, niesprawiedliwości, sile, nadziei i miłości. Nie znaczy to jednak, że przemoc i narkotyki całkowicie zniknęły z ulic. Mieszkańcy wciąż zmagają się z wieloma problemami.

Życie w metropolii może męczyć. W Medellín wystarczy jednak zaledwie pół godziny, żeby uciec od zgiełku wielkiego miasta. A jeżeli mamy trochę więcej czasu, zdecydowanie warto wybrać się do oddalonego o ok. 80 km Guatapé. Są aż trzy powody, aby odwiedzić to 10-tysięczne miasteczko: sztuczne jezioro o turkusowym kolorze, z rozsianymi na jego powierzchni wysepkami, El Peñón de Guatapé (Piedra del Peñol), czyli wysoka na 220 m skała, na której szczyt prowadzi blisko 660 schodów i skąd roztaczają się najlepsze widoki na okolicę, oraz chyba najbardziej kolorowe uliczki w całej Kolumbii (a konkurencja jest spora). Charakterystyczny element dekoracyjny stanowią tutaj zócalos, czyli barwne płaskorzeźby przedstawiające historię i tradycje właściciela domu. Nawet jak na wysokie kolumbijskie standardy Guatapé jest wyjątkowo urocze. W jego klimatycznych uliczkach można spokojnie zagubić się na ładnych parę godzin.

 

ZIELONE KRÓLESTWO KAWY

Eje Cafetero, czyli region kawy, który obejmuje departamenty Caldas, Risaralda i Quindío, skrywa tysiące odcieni zieleni, urokliwe miasteczka oraz jeden z największych skarbów kraju. Kolumbia jest trzecim na świecie producentem kawy zaraz za Brazylią i Wietnamem. Wiele osób uważa jednak, że to właśnie kolumbijskie ziarna są najlepsze pod względem jakości. Niestety, jeszcze do niedawna zwykli Kolumbijczycy mieli niewielkie szanse się o tym przekonać. Najlepsze ziarna zawsze szły na eksport, a w kraju zostawały tylko te najniższej jakości, które nazywamy „cafe basura” („kawowe odpady”) – opowiada nam don Leo, właściciel rodzinnej plantacji Finca Alsacia w niewielkim miasteczku Buenavista w departamencie Quindío. Kawy z nich nie da się pić, to właśnie dlatego dodaje się do niej tyle cukru. Trzeba zabić ten smak. Na szczęście teraz sytuacja znacznie się poprawiła, ale wciąż nie tak łatwo znaleźć dobrą kawę poza naszym regionem.

Staramy się w pełni wykorzystać pobyt w kawowym raju i wizytę w każdym nowym dla nas miasteczku zaczynamy od filiżanki tinto. Najbardziej popularne wśród turystów jest Salento. W kolorowych uliczkach można znaleźć wiele przytulnych kafejek, restauracji, sklepów z pamiątkami. Codziennie rano z głównego placu odjeżdżają charakterystyczne jeepy willysy, które zawożą chętnych do oddalonej o kilka kilometrów doliny – Valle de Cocora. To miejsce słynie z najwyższych na świecie palm woskowych (palma de cera del Quindío). Sięgają nawet 60 m, a przy tym są wyjątkowo smukłe. Ich wierzchołki często kryją się we mgle, co jedynie dodaje krajobrazom magii. Przez kilka godzin wędrujemy po malowniczej dolinie. Kiedy wychodzimy, jest ciepło i słonecznie, ale wkrótce widoczność znacznie słabnie. Gdy tylko dochodzimy do Domu Kolibrów – Rezerwatu Przyrody Acaime (La Casa de los Colibríes – Reserva Natural Acaime), zaczyna lekko padać. Uzupełniamy energię gorącą czekoladą z serem i podglądamy różne gatunki kolibrów. Droga powrotna ma w sobie coś z przygody – przeskakujemy przez strumienie, przechodzimy przez liczne linowe mostki i staramy się nie wpaść w błoto po kostki.

 

ZŁOTO I SZMARAGDY

Choć większość poznanych w Kolumbii osób odradzała nam wizytę w stołecznej Bogocie, na swój sposób polubiliśmy to miasto. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka nas nie zachwyciła. Jedyne, co dostrzegliśmy, to ogromna miejska dżungla i korki ciągnące się po horyzont. Sympatia przyszła z czasem. Turystycznym sercem stolicy kraju jest tętniąca życiem i kolorami zabytkowa La Candelaria. Tutaj można znaleźć wiele barwnych murali, klimatycznych knajpek i kafejek. Bogota najładniej prezentuje się z góry, szczególnie w promieniach popołudniowego słońca. Najlepsze widoki rozpościerają się ze szczytu Monseratte (3152 m n.p.m.), na który wjeżdża kolejka, oraz tarasu na Torre Colpatria – 196-metrowym drapaczu chmur. Jeśli komuś Kolumbia kojarzy się jedynie z tropikami, może przeżyć lekki szok. Miasto położone jest na wysokości ponad 2600 m n.p.m. i wieczory są tu dość chłodne. W razie niepogody dobrze ukryć się w jednym z licznych muzeów, np. słynnym Muzeum Złota (Museo del Oro). Nam jednak najbardziej przypadło do gustu muzeum kolumbijskiego malarza i rzeźbiarza Fernanda Botera (Museo Botero), który słynie z upodobania do charakterystycznie zaokrąglonych postaci. Imponującą kolekcję każdy może zobaczyć za darmo – taki był warunek artysty, zanim przekazał dzieła miastu.

Stołeczne lotnisko nie bez przyczyny nosi nazwę Aeropuerto Internacional El Dorado. Hiszpańscy konkwistadorzy, którzy przybyli na teren dzisiejszej Kolumbii w pierwszej połowie XVI stulecia, marzyli o złocie. Nietrudno sobie wyobrazić, jak podziałała na nich historia o świętym jeziorze, gdzie podczas lokalnych rytuałów zatapiano łodzie wypełnione złotem i szmaragdami. Przybyszom z Europy udało się je zlokalizować – była to położona ok. 70 km na północny wschód od Bogoty Guatavita (Laguna de Guatavita). Poświęcili wiele czasu na poszukiwania, próbowali nawet osuszyć jezioro. Niektóre źródła podają, że konkwistadorzy trudzili się bezskutecznie. Inne zapewniają, że kilku szczęśliwców znalazło kosztowności. Obecnie Bogota wciąż przyciąga wielbicieli drogocennych kamieni – to właśnie w Kolumbii wydobywa się najlepszej jakości szmaragdy na świecie. Na ulicach stolicy kupimy je w licznych butikach, a osoby z żyłką hazardzisty mogą spróbować szczęścia na czarnym rynku, który funkcjonuje nieopodal Muzeum Złota.

Po kilku dniach w Bogocie mamy już dość zgiełku i zimna. Kierujemy się do departamentu Huila na pustynię Tatacoa (Desierto de la Tatacoa). Choć w ostatnich latach to miejsce zaczyna być coraz bardziej popularne, wciąż pozostaje na uboczu turystycznego szlaku. Nazwa jest dość myląca. Tak naprawdę to nie pustynia, a suchy las tropikalny. Hiszpańscy konkwistadorzy z XVI w. nazywali ją również Doliną Smutków (Valle de las Tristezas). Tatacoa mieni się kolorami, wśród których dominują czerwony i szary. Fascynujące formacje skalne tworzą swoisty labirynt upstrzony wielkimi kaktusami. Żar leje się z nieba. Z radością znajdujemy niewielką oazę z basenem. Natychmiast wskakujemy do wody, aby się orzeźwić. Po południu temperatura staje się przyjemniejsza, a gra światła ożywia niezwykły krajobraz. Zupełnym przypadkiem trafiamy na pokaz tradycyjnego tańca w wykonaniu młodej pary. Wracamy do hostelu późnym wieczorem, obserwując rozgwieżdżone niebo.

 

Guatapé nazywa się miasteczkiem zócalos

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

ROZTAŃCZONE CALI

Ostatnim przystankiem w naszej kolumbijskiej podróży jest Cali (pełna nazwa miasta to Santiago de Cali). Choć stanowi ważny ośrodek finansowy i przemysłowy, w świecie słynie raczej jako stolica salsy. Dźwięki muzyki wyznaczają tutaj rytm życia. Dwa razy w roku ulice Cali zamieniają się w wielki taneczny parkiet: we wrześniu w trakcie Światowego Festiwalu Salsy (Festival Mundial de Salsa de Cali) oraz w okolicy Bożego Narodzenia, kiedy odbywa się widowiskowe święto miasta (Feria de Cali).

Mimo iż w ubiegłych latach donoszono o wzroście przestępczości w Cali, wyczuwamy w nim dobrą energię. Cieszymy się smakiem świeżych egzotycznych owoców, przesiadujemy na placach i wdajemy się w rozmowy z życzliwymi mieszkańcami. Rozpromieniają się, kiedy mówimy, jak bardzo podoba nam się ich kraj. Dopytują, czy na pewno spróbowaliśmy wszystkich lokalnych specjałów i zaraz zamawiają coś, czego nie zdążyliśmy wcześniej posmakować. Te dni są pełne szczerego uśmiechu i spontanicznej radości. Bo właśnie ludzie to największy skarb Kolumbii.

 

Wydanie jesień-zima 2018

Z wizytą na rajskim Zanzibarze

EWA WORSOWICZ

                                                                                    

Afryka od lat fascynuje podróżników z całego świata. To kontynent pełen kontrastów – jego wybrzeże oblewają szmaragdowy Ocean Indyjski i błękitny Atlantyk, rajskie plaże pokrywa biały jak mąka piasek, wśród krytych strzechą z palmowych liści domków dla gości unosi się atmosfera błogiego relaksu, a jednocześnie wielu Afrykańczyków żyje w biedzie i nie ma szans na polepszenie swojej sytuacji. Właśnie za te skrajności Czarny Ląd można kochać lub go nienawidzić.

Więcej…

Turcja w tyglu kultur

PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

<< Turcja ma tyle twarzy, ile kultur, religii i ludów mieszało się na jej terytorium. Turystów czeka tu coś więcej niż tylko błogie lenistwo na pięknych plażach. Na obszarze półwyspu Azja Mniejsza już na długo przed narodzeniem Chrystusa rozgrywały się ważne wydarzenia dla dziejów ludzkości. Dziś my sami możemy odbyć wyprawę w czasie do miejsc, o których opowiadają starożytne teksty i piszą z pasją historycy. >>

Poszukiwanie śladów z początków rozwoju chrześcijaństwa i islamu oraz pozostałości po dawnych imperiach stanowi znakomity pomysł na podróż po tym niezmiernie interesującym kraju. Zdecydowanie się na taki właśnie temat przewodni naszej wycieczki do Turcji jest gwarancją udanego urlopu.

W połowie I w. n.e. w Antiochii nad rzeką Orontes (tureckie Asi), gdzie nauczał Paweł z Tarsu, pojawił się apostoł Piotr (zwany Kefasem). Przed przybyciem reszty swoich towarzyszy z Jerozolimy nie unikał kontaktu z tutejszą wspólnotą niedawno nawróconych, ale nie przestrzegających żydowskich zwyczajów chrześcijan.

Więcej…