ROBERT GONDEK „GERBER“

www.stronagerbera.pl

<< Tajemnicza i dla wielu egzotyczna Uganda nie należy jak na razie do najpopularniejszych kierunków turystycznych na Czarnym Lądzie. Swoim gościom ma jednak niezmiernie wiele do zaoferowania i pod względem atrakcji nie ustępuje słynniejszym sąsiadom – Kenii czy Tanzanii. Niestabilna sytuacja w tym wschodnioafrykańskim kraju przez wiele lat skutecznie odstraszała turystów. Dziś prowadzone przez ugandyjskie władze statystyki pokazują, że od 2006 do 2010 r. liczba odwiedzających 10 tutejszych parków narodowych (m.in. Park Narodowy Królowej Elżbiety – Queen Elizabeth National Park, Nieprzenikniony Park Narodowy Bwindi – Bwindi Impenetrable National Park, Park Narodowy Doliny Kidepo – Kidepo Valley National Park, czy Park Narodowy Kibale – Kibale National Park) zwiększyła się wyraźnie – ze 109 tys. do 190 tys. osób. Miejscowa przyroda przyciąga przede wszystkim bogactwem dzikiej fauny – zobaczymy tu np. szympansy i bardzo rzadkie goryle górskie. Oprócz tego warto polecić także wędrówkę po masywie Rwenzori (Rwenzori Mountains), rafting po burzliwych wodach Nilu Wiktorii w Parku Narodowym Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park) oraz wyprawę nad największe w Afryce Jezioro Wiktorii. >>

Republika Ugandy to jedno z sześciu afrykańskich państw, przez które przebiega linia równika. Graniczy z Sudanem Południowym, Demokratyczną Republiką Konga, Rwandą, Tanzanią oraz Kenią. Jego powierzchnia wynosi ok. 236 tys. km2, czyli mniej więcej 75 proc. terytorium Polski. Na południu dużą część obszaru (31 tys. km²) zajmuje Jezioro Wiktorii. 36 mln Ugandyjczyków posługuje się głównie angielskim i suahili (językami urzędowymi) oraz luganda (ganda), którym mówi prawie połowa ludności kraju.

Ciekawostką może być dla wielu fakt, że w historii Ugandy znajdziemy również powiązania z Polską. W 1941 r. Związek Radziecki ogłosił amnestię dla obywateli polskich aresztowanych na początku II wojny światowej. Część z nich wstąpiła do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, tzw. Armii Andersa, część skorzystała z pomocy władz Wielkiej Brytanii i schroniła się w jej zamorskich koloniach. W okolicach ugandyjskiego miasteczka Nyabyeya, położonego niedaleko Masindi, a także na półwyspie Koja nad Jeziorem Wiktorii w latach 40. ubiegłego wieku powstały brytyjskie osiedla przeznaczone właśnie dla Polaków.

 

Wspinaczka po afrykańsku

Najlepszym miesiącem na trekking na najwyższy punkt Góry Stanleya (Mount Stanley) – Szczyt Małgorzaty (Margherita Peak, 5109 m n.p.m.) w masywie Rwenzori (Rwenzori Mountains) na granicy z Demokratyczną Republiką Konga – jest styczeń. To trzecie najwyższe wzniesienie Afryki po Kilimandżaro w Tanzanii (5895 m n.p.m.) i Kenii w Kenii (5199 m n.p.m.). Zdobycie go nie nastręcza zbytnich trudności, niezbędne są jednak znajomość podstaw wspinaczki, dobra kondycja fizyczna i odpowiednie wyposażenie w postaci raków, czekana, sprzętu wspinaczkowego oraz ciepłego ubrania. Sam masyw identyfikuje się często z Górami Księżycowymi (łac. Lunae Montes), widniejącymi na mapie wykonanej przez Klaudiusza Ptolemeusza, greckiego uczonego z II w. n.e.

Początek szlaku na szczyt znajduje się w małej wiosce Nyakalengija u podnóża Rwenzori na zachodzie Ugandy. Przed wyruszeniem w drogę w siedzibie władz zarządzających Parkiem Narodowym Gór Rwenzori (Rwenzori Mountains National Park) mamy obowiązek wysłuchać prezentacji na temat trekkingu, przewidzianych noclegów, warunków panujących na trasie i bezpieczeństwa podczas wyprawy. Tu również zostaje skompletowana nasza ekipa obsługująca wspinaczkę (przewodnicy, kucharze, tragarze), która liczy w sumie 17 osób.

Pierwszego dnia wkraczamy do lasu deszczowego. Żar leje się z nieba, nad naszymi głowami krąży mnóstwo kolorowych motyli, przez ścieżkę przechodzą kameleony, a z oddali dochodzą do nas dźwięki wydawane przez szympansy. To prawdziwa dżungla, w której nigdy wcześniej nie byłem. Aż trudno uwierzyć, że za cztery dni, ubrani w odzież chroniącą nas przed chłodem, połączeni linami, w rakach i z czekanem w ręku, będziemy się zmagać z lodowcem. Po ponad czterech godzinach dochodzimy do chaty Nyabitaba Hut (2652 m n.p.m.), której pilnuje uzbrojony żołnierz. Drugiego dnia naszym oczom po raz pierwszy ukazuje się Szczyt Małgorzaty. Zanim jednak do niego dotrzemy, musimy pokonać rozległe i głębokie bagna. Dla ułatwienia przejścia na grząskim terenie ułożono kładki i konstrukcje z gałęzi, pozwalające pokonać najtrudniejsze odcinki bez konieczności skakania po wysokich kępach traw i zażywania błotnej kąpieli. Jesteśmy nieco zawiedzeni – od wielu dni nie padało i nie możemy wypróbować naszych woderów (połączenie kaloszy i nieprzemakalnych spodni). Przywieźliśmy je specjalnie z Polski, a okazują się zbędne. Cóż, zostawimy je tragarzom po wycieczce, przydadzą się im podczas kolejnych wypraw. Na zakończenie dnia podczas gry w karty raczymy się ugandyjską sherry, słodkim alkoholem odkrytym podczas pobytu w stołecznej Kampali. Ostatnią, trzecią butelką tego przysmaku planujemy uczcić udane wejście na szczyt.

Trzeciego dnia podchodzimy do Bujuku Hut – chaty leżącej nieco powyżej bezrybnego jeziora Bujuku. Mimo iż znajduje się ono na wysokości prawie 3900 m n.p.m., nigdy nie zamarza. Wędrujemy wzdłuż dwóch mierzących ponad 4500 m wzgórz Speke (Mount Speke) oraz Baker (Mount Baker). Towarzyszą nam najpiękniejsze widoki podczas całego trekkingu. Bez żadnego problemu przekraczamy również niezwykle błotniste bagno Upper Bigo Bog. Niestety, tutaj też nie mamy okazji skorzystać z woderów.

Ostatnią, czwartą noc przed wejściem na Szczyt Małgorzaty spędzamy w Elena Hut, w cieniu skalnych wierzchołków na wysokości ponad 4500 m n.p.m. Powinniśmy dobrze wypocząć, gdyż nazajutrz wyruszamy przed wschodem słońca, aby dotrzeć na lodowiec Margherita, zanim afrykańskie słońce zacznie go roztapiać. Sprawdzamy temperaturę. Spodziewamy się dużego mrozu. Na razie jest -7°C. Wyłaniające się spomiędzy chmur nieliczne gwiazdy i księżyc oświetlają skalne ściany. Mocno przeżywamy jutrzejszy dzień – najważniejszy w naszej podróży. Jestem dobrej myśli, ale sam nie mam pewności, czy zdobędziemy szczyt…

FOT. ROBERT GONDEKPokonywanie lodowca w czasie wspinaczki na Szczyt Małgorzaty

 

Lodowiec przy równiku

Wstajemy już przed godz. 5.00. Wokół nas wznoszą się ośnieżone góry lśniące w blasku gwiazd. Wieje silny wiatr, temperatura wynosi -11°C. Jest ciemno, tylko czołówki na naszych głowach oświetlają drogę. Wspinamy się, pomagając sobie zamontowanymi na skałach linami. Zaczyna świtać. Obserwujemy wspaniały wschód słońca – okolica tonie w pomarańczowych barwach. Po ponad godzinie dochodzimy do Stanley Plateau, czyli Płaskowyżu Stanleya, rozległego śnieżnego pola. Zakładamy po raz pierwszy raki i uprzęże, a następnie bierzemy czekany w ręce. Nigdy jeszcze nie chodziłem po lodowcu.

Szczyt Małgorzaty wydaje się być na wyciągnięcie ręki, ale to tylko złudzenie. Przed nami dwie godziny marszu. To najtrudniejszy odcinek. Słońce zaczyna przygrzewać, lodowa pokrywa szybko się topi. Wspinamy się na czoło lodowca. Po jego powierzchni idziemy już powiązani liną. Krok po kroku posuwamy się do przodu. Na naszej drodze pojawiają się szczeliny. Przez większość wystarczy jedynie przeskoczyć, ale część trzeba obejść dookoła. Mijamy najniebezpieczniejszy fragment. Z mozołem wędrujemy pod górę. Przemykamy pod ogromnymi nawisami lodowymi, omijamy ostatnią wielką rozpadlinę i w końcu stajemy u stóp skalnego wierzchołka Szczytu Małgorzaty. Pokonaliśmy lodowiec! Zdejmujemy raki, przed nami ostatnie podejście. Poruszamy się powoli, co pięć kroków musimy robić sobie małą przerwę. Marzę o tym, żeby być już na wierzchołku, jednak nie mam siły, aby przyśpieszyć… Nareszcie zostawiam za sobą ostatni stopień. Udało mi się! Zdobyłem najwyższy szczyt Rwenzori! Mocno wyczerpany płaczę ze wzruszenia. Wokół mnie rozpościera się z jednej strony terytorium Ugandy, a z drugiej – Demokratycznej Republiki Konga. Ta piękna chwila nie trwa – niestety – długo. Zimno i wiatr zmuszają nas do zejścia. Lód bardzo szybko topnieje, przy większym nachyleniu raki zsuwają się, zanim wbiją się w podłoże. Z przerażeniem spoglądamy w głąb szczelin. Robi się coraz groźniej, czym prędzej opuszczamy się z lodowca na linie. Nie chcemy zostać przygnieceni przez lodowe bloki. Gdy wchodzimy na skały, po których szliśmy niedawno nocą, zaczynam odczuwać coraz większe zmęczenie. Trzymam się kurczowo liny i nie mogę znaleźć miejsca do postawienia nogi. Moje siły są na wyczerpaniu. Pozostało nam jeszcze 50 m w dół. W końcu docieramy do Kitandara Hut (4023 m n.p.m.), gdzie bez słowa wypijamy butelkę ugandyjskiego sherry i zasypiamy. Rano z niedowierzaniem uświadamiamy sobie, że w pełni zrealizowaliśmy swój plan, a przed nami jeszcze tylko dwudniowy powrót do bramy prowadzącej na teren parku.

Na pamiątkę tej wspaniałej wyprawy otrzymujemy dyplom za przejście Central Circuit (głównej trasy trekkingowej). Wykonany na nim długopisem dopisek głosi: „wraz z wejściem na Szczyt Małgorzaty”. Dziękujemy przewodnikom, tragarzom i kucharzowi. Wręczamy im napiwek oraz obiecane wodery. W drodze powrotnej do miasta Kasese nad Jeziorem Jerzego, naszego miejsca noclegowego, kupujemy 6 butelek coca-coli, o których marzyliśmy od kilku dni. Wypijamy je w mgnieniu oka.

FOT. ROBERT GONDEKUgandyjskie dzieci w okolicy między Kasese a Nyakalengiją

 

W drodze do Parku Narodowego Kibale

Najpopularniejszym środkiem transportu zbiorowego w Ugandzie jest matatu. Najczęściej są to leciwe minibusy Toyota Hiace. Na mniej uczęszczanych trasach ich funkcję pełnią zwykłe Toyoty Corolle. Jedną z nich zamierzamy się dostać z miasta Fort Portal do Parku Narodowego Kibale (Kibale National Park), aby zobaczyć szympansy. Duże plecaki umieszczamy w bagażniku, a z małymi usadawiamy się we trzech na tylnym siedzeniu i czekamy, aż zbierze się komplet pasażerów. Pojawia się mężczyzna z teczką i zajmuje fotel z przodu. Jak nam się wydaje, możemy ruszać. Wkrótce jednak dołącza do niego kolejny chętny, z wielkimi słuchawkami na uszach, a potem jeszcze jeden, który siada na fotelu kierowcy. Kiedy wreszcie na kanapę obok nas wciska się kobieta z dziewczynką, a ktoś z zewnątrz siłą domyka za nią drzwi, jesteśmy gotowi i wjeżdżamy na szutrową drogę. Progi zwalniające pokonujemy w poprzek, bo inaczej samochód mógłby zawisnąć. Opuszczając miasto, mijamy niewielkie budynki pokryte kolorowymi reklamami operatorów sieci komórkowych, firm produkujących farby oraz coca-coli. Na ulicach przeważają motocykle, zwane boda-boda, służące jako lokalne taksówki. Gdy kończą się zabudowania, wokół nas oglądamy już tylko plantacje herbaty i bananów.

Po godzinie docieramy do celu. W Parku Narodowym Kibale żyje aż 13 gatunków małp z rzędu naczelnych, w tym m.in. szympansy, koczkodany górskie, koczkodany czarnosiwe, pawiany oliwkowe czy gerezy rude. Opłata za wejście jest dosyć wysoka. Za 3-godzinną wyprawę śladem szympansów (tzw. Chimpanzee Tracking and Habituation) trzeba zapłacić 150 dolarów.

                Do lasu idziemy wydeptaną alejką w towarzystwie uzbrojonego strażnika. Przewodnik kontaktuje się ze swoimi współpracownikami przez krótkofalówkę, aby dowiedzieć się, gdzie aktualnie znajduje się najbliższe stado. Po chwili spotykamy innych turystów. To oznacza, że małpy są blisko. Jedna z nich przechodzi tuż obok nas. Zaraz za nią podążają kolejne. W jednym stadzie może być nawet 100 szympansów i tylko jeden przywódca. Staramy się nie wchodzić im w drogę. Wspinają się po drzewach, przechodzą z gałęzi na gałąź – wysoko w koronach szukają swoich przysmaków: owoców palmy i fig. Potem schodzą na dół i zjadają to, co zerwały na górze. Młode osobniki wędrują wraz z matkami, wtulone mocno w ich futro. Opłacone trzy godziny obserwacji mijają szybko, ale cieszymy się, że na własne oczy widzieliśmy te wspaniałe zwierzęta w ich naturalnym środowisku.

 FOT. BOSS MAGAZIN Goryle górskie z Nieprzeniknionego Parku Narodowego Bwindi

 

Wokół Wodospadów Murchisona

Po paru godzinach jazdy ze stołecznej Kampali docieramy do Wodospadów Murchisona (Murchison Falls), znanych też pod nazwą wodospadów Kabarega (Kabarega Falls). Dziś śpimy na kempingu na wysokim brzegu Nilu Wiktorii. Teren nie został ogrodzony i nocą przechadzają się po nim guźce, hipopotamy i pawiany. Ogromne nietoperze, które upodobały sobie wnętrze baru jako miejsce polowania, coraz śmielej latają nad naszymi głowami. Zamykam szczelnie namiot. Jestem w samym środku Afryki, nad Nilem, a dookoła mnie znajduje się prawdziwy, dziki busz. Reaguję na każdy szelest, każde ryknięcie, każdy trzask łamanej gałązki. To dziwne chrząkanie wydają z siebie guźce. Trzeba na nie uważać, bo mają znakomity węch. Dlatego obowiązuje tutaj bezwzględny zakaz trzymania jedzenia w namiotach. Słyszę, że zbliżają się do mojego… Lekko szturchają jego ściany, ale nie wyczuwają zapachu pożywienia, więc zawiedzione ruszają dalej.

O wschodzie słońca przeprawiamy się promem na drugi brzeg Nilu. Poranne odgłosy budzącej się przyrody i rześkie powietrze wprawiają mnie w stan odprężenia. Wsiadamy do samochodu i jedziemy na safari. Mijamy stada antylop, słoni i małp. W zatoczce leniuchuje wielka grupa hipopotamów. Opierają swoje olbrzymie głowy na grzbietach towarzyszy i ziewają od czasu do czasu, jakby od niechcenia. Dopiero wieczorem, gdy robi się chłodniej, zaczynają żerować. W drodze powrotnej nad brzegiem Nilu czekają na nas pawiany. Szybko wskakują do jednego z pojazdów i kradną torbę z jedzeniem. W obozie ucinamy sobie drzemkę. Gdy budzę się, aż podskakuję z wrażenia. Przede mną widzę patrzącego mi prosto w oczy guźca. On też wygląda na zaskoczonego. Po chwili odchodzi w stronę namiotów i razem ze swoimi towarzyszami przetrząsa zawartość śmietnika z resztkami naszych posiłków.

 

Pożegnanie nad Jeziorem Wiktorii

Zbliża się zachód słońca. To nasz ostatni wieczór w Ugandzie i wraz z mieszkańcami stołecznej Kampali odpoczywamy po kolejnym upalnym dniu nad brzegiem Jeziora Wiktorii. Pomiędzy stolikami wędrują liczne marabuty. Wystarcza chwila nieuwagi, a niedojedzony przez nas kawałek ryby czy kurczaka znika w wielkich dziobach tych niezbyt urodziwych mięsożernych ptaków z rodziny bocianowatych.

W Ugandzie spędziliśmy ponad dwa tygodnie. Zdobyliśmy najwyższy szczyt tego kraju, śledziliśmy szympansy w Parku Narodowym Kibale, podziwialiśmy dzikie zwierzęta i pływaliśmy po Nilu Wiktorii w pobliżu Wodospadów Murchisona. Spróbowaliśmy wielu egzotycznych owoców i poznaliśmy życie codzienne Ugandyjczyków. Nie zobaczyliśmy jednak wszystkich tutejszych wspaniałych atrakcji – nie widzieliśmy goryli górskich i nie odwiedziliśmy pozostałych objętych ochroną regionów. Nie udało nam się również nacieszyć zbyt długo samym Jeziorem Wiktorii. Dzięki temu mamy jednak powód, aby szybko wrócić do Ugandy i zrobimy to z wielką przyjemnością.


 

Artykuły wybrane losowo

Wyspy Zielonego Przylądka – na styku Europy i Afryki

szwed-cabo-verde-santo-antao-ribeiry01-1

Ribeira – głęboka, wypełniona roślinnością dolina na Santo Antão

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Miejscowa legenda głosi, że Wyspy Zielonego Przylądka (po portugalsku Cabo Verde) powstały, gdy zadowolony ze stworzenia świata Bóg otrzepał ręce, a okruchy z jego palców niezauważenie spadły do wody. Znalazły się więc na oceanie niejako przypadkowo i takie również okazały się ich losy. Kraj ten bardzo długo nie mógł decydować o sobie (aż do 5 lipca 1975 r.), a zależny był od rozgrywek mocarstw z każdej strony Atlantyku. Dziś w pełni samorządna Republika Zielonego Przylądka stoi przed szansą umocnienia swojej pozycji. Przyciąga też coraz więcej osób chcących nie tylko podziwiać różnorodne krajobrazy i piękno przyrody, ale i obcować z bogatą kulturą.

Więcej…

Trzy twarze Meksyku

CancunPic.jpg

Znany meksykański kurort Cancún

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO

G0766801.jpg

W Guelaguetza w Oaxace de Juárez to barwny festiwal folklorystyczny

©SECTUR OAXACA

OLA SYNOWIEC

 „Góry, plaże, pustynie, morza, selwy – Meksyk ma wszystko!” – mówi Carlos, który już czwarty rok z rzędu spędza wakacje, podróżując po tym kraju. Pochodzi z jego stolicy – Meksyku (Ciudad de México) – i dodaje, że jego ojczyzna jest tak duża i zróżnicowana, iż na razie nie czuje potrzeby, aby miejsca na urlop szukać gdzieś dalej. W końcu Meksykańskie Stany Zjednoczone zajmują niemal taki obszar, jak jedna piąta Europy. Meksyk bez wątpienia potrafi zaoferować coś wspaniałego każdemu turyście.


ZAC_zacatecas_021.jpg

Widok na Bazylikę Katedralną w centrum historycznym Zacatecas

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO


Czekają tu na nas turkusowe morze, bajkowe plaże, ruiny prekolumbijskich budowli, pyszne jedzenie i rozbudowana oferta kulturalna. Wielkie i gwarne kurorty sąsiadują z rejonami, gdzie na horyzoncie nie zobaczymy żadnego człowieka. Co ważne, do tego północnoamerykańskiego kraju (do Cancún) można dolecieć już bezpośrednio samolotami czarterowymi z Warszawy, a ceny biletów są dość konkurencyjne, bo podobne do kosztów przelotu do Wietnamu czy Tajlandii (już od 3249 zł w obie strony, przy czym zdarzają się niekiedy atrakcyjne promocje typu last minute z taryfami w wysokości ok. 2000 zł).


Chciałabym przedstawić trzy ciekawe krainy w Meksyku: półwysep Jukatan oraz stany Oaxaca i Zacatecas. Mimo iż różnią się od siebie, każda z nich jest na wskroś meksykańska i na swój sposób prezentuje bogactwo i historię tej części Ameryki Północnej.


Jukatan Majów

Tulum_Xpedi.jpg

Prekolumbijskie miasto Majów Tulum wzniesione na 12-metrowym klifie

©EXPERIENCIAS XCARET S.A. DE C.V


Półwysep Jukatan przypomina turystyczne eldorado. Tutejsze wybrzeże Morza Karaibskiego to urzeczywistnienie wyobrażenia raju. Zrelaksowani ludzie popijający drinki z kokosa w hamaku rozpiętym w cieniu palm nad białym piaskiem pokrywającym brzeg oblewany błękitnymi wodami – taki obrazek przyciąga rocznie ponad 7 mln turystów z całego świata, którzy odwiedzają kurorty położone na Riwierze Majów (Riviera Maya) i słynne Cancún w stanie Quintana Roo. Zatrzymują się oni przede wszystkim w luksusowych hotelach w tym ostatnim 650-tysięcznym mieście, a także imprezowo-młodzieżowej miejscowości wypoczynkowej Playa del Carmen, spokojnym Akumalu oraz wciąż nieco alternatywnym Tulum, szczycącym się bez wątpienia najpiękniejszą plażą ze wszystkich ośrodków turystycznych w tym rejonie. Górują tu nad nią dumne majańskie ruiny, nieustannie przypominające o wspaniałej historii tych okolic.


Na Jukatanie znajduje się prawie 150 stanowisk archeologicznych – pozostałości po cywilizacji Majów. Najpopularniejsze wśród nich jest Chichén Itzá, wybrane 7 lipca 2007 r. jednym z siedmiu nowych cudów świata. Oprócz rajskich plaż, to właśnie położona na jego terenie słynna Świątynia Kukulkána (Kukulkán to odpowiednik azteckiego Quetzalcóatla, czyli Pierzastego Węża), przez Hiszpanów nazwana El Castillo (Zamkiem), zazwyczaj kojarzy się z półwyspem. Najwięcej osób odwiedza to miejsce w czasie równonocy wiosennej i jesiennej, kiedy to można oglądać niezwykłe widowisko – po schodach budowli ześlizguje się cień węża.


Żeby uniknąć tłumów turystów na zdjęciach, warto udać się do nieco mniej popularnych stref archeologicznych. Wśród pagórków malowniczego Uxmal poznamy boga deszczu Chaca (Chaaca), który był bardzo ważnym bóstwem w tym majańskim mieście pozbawionym naturalnych źródeł wody. W kompleksie Cobá wdrapiemy się na najwyższą na Jukatanie piramidę Majów – Nohoch Mul. Ze szczytu 42-metrowej konstrukcji rozpościera się widok na ciągnący się po horyzont las tropikalny, nad który raz na jakiś czas wzlatuje kolorowa papuga. W innych stanowiskach możemy być często jedynymi turystami i podczas odkrywania prekolumbijskich ruin poczuć się jak Indiana Jones.


Potomkowie wielkich, nie do końca zbadanych kultur wciąż mieszkają na tych ziemiach. Tereny półwyspu to jeden z regionów kraju, w którym tradycje Indian są najżywsze, a wszystkie trzy jukatańskie stany – Jukatan, Quintana Roo i Campeche – plasują się w pierwszej piątce obszarów w Meksyku, gdzie językami indiańskimi posługuje się największy procent ludności. Podstawy maja (maya yucateco) pozwolą zrozumieć poetyckie toponimy w okolicy, np. nazwa rezerwatu Sian Ka’an oznacza „miejsce, gdzie narodziło się niebo”. Wśród lagun, mokradeł i lasów namorzynowych żyje w nim 379 gatunków ptaków oraz 115 gatunków ssaków, m.in. pumy, oceloty, margaje, jaguary, tapiry, wyjce, czepiaki czarnorękie, paki nizinne, hirary amerykańskie, pekari białobrode i delfiny. Podczas wycieczki kajakiem lub łodzią ma się wrażenie, że trafiło się do filmu przyrodniczego Davida Attenborough i jest się w samym sercu niezwykłego królestwa natury.


Najbarwniejsza fiesta w krainie fauny i flory odbywa się w Rezerwacie Biosfery Celestún. Upodobały go sobie szczególnie flamingi. Zlatują na zimę w okolice miasta Mérida, aby wykonywać bajkowo kolorowy taniec, w którym róż ich skrzydeł miesza się z błękitem wody i nieba. Można je zobaczyć także na jednej z najbardziej dziewiczych wysp w pobliżu Cancún – Holbox. W odróżnieniu od innych wyspiarskich oaz spokoju, takich jak Isla Mujeres (Wyspa Kobiet) czy Cozumel, ta jest wciąż rzadko wybieranym kierunkiem wśród turystów. Tak wyglądała kiedyś podobno cała Riwiera Majów, kiedy Cancún, Playa del Carmen i Tulum stanowiły jedynie małe rybackie wioski. Na Holbox nie wjedziemy samochodem, cały czas otacza nas tu natura. Wyjątkowym przeżyciem będzie w tej okolicy pływanie z rekinami wielorybimi. Warto wziąć też lekcje kitesurfingu – spokojne w tym rejonie morze świetnie nadaje się dla początkujących.


Półwysep Jukatan i oblewające go wody to jeden z bardziej popularnych celów wypraw nurkowych. Do obejrzenia znajdującej się tuż przy brzegu karaibskiej rafy koralowej wystarczy nawet jedynie maska z rurką. Nurkować wśród koralowców w towarzystwie kolorowych ryb można praktycznie na całej długości (aż 865 km!) wybrzeża stanu Quintana Roo. W Akumalu spotkamy się z ogromnymi żółwiami zielonymi, a niedaleko Cancún odwiedzimy niesamowite podwodne muzeum MUSA (Museo Subacúatico de Arte). Na dnie spoczywa tu ponad 500 rzeźb. Z kolei prawdziwą przygodą będzie wyprawa do wypełnionych krystalicznie czystą wodą studni wapiennych zwanych cenotami.


Cały teren obecnego półwyspu Jukatan pokrywało niegdyś morze. Był on olbrzymią rafą koralową. Jego obszar wypiętrzyło uderzenie meteorytu, najprawdopodobniej tego samego, który (według jednej z teorii) wywołał wymieranie kredowe i spowodował wyginięcie dinozaurów. Potężna kosmiczna skała spadła zresztą niedaleko Méridy, gdzie można odnaleźć wielki krater o średnicy ponad 180 km zwany Chicxulub. Przez wapienne skały nowego lądu pod jego powierzchnię zaczęły spływać deszcze tworzące podziemne jeziora. Woda i korzenie drzew przebiły do nich otwory. Tak powstały cenoty. Nazwa dzonot w języku maja oznacza „studnię”. Na Jukatanie znajduje się ich – wedle różnych szacunków – od ponad 2 do 30 tys. Wypełniająca je woda, filtrowana przez wapień, jest niezwykle czysta, a podziemne jeziora zamieszkują różne interesujące zwierzęta. Jednymi z nich są małe rybki, które podczas kąpieli zrobią nam darmowy peeling. W ciemniejszych częściach cenotów zauważymy szczelnie oblepiające strop nietoperze. Oprócz tego żyją tutaj endemiczne gatunki ryb i skorupiaków, w tym stworzenia, które na skutek niedoboru światła stały się wtórnie ślepe, a następnie w wyniku ewolucji utraciły nawet oczy.


Na półwyspie nie ma praktycznie żadnych rzek ani jezior. Jedynym źródłem słodkiej wody pozostają właśnie wapienne studnie, które dawni Majowie uważali za święte. Wierzyli, że są one wejściem do majańskich zaświatów (Mitnal). Krainę tę zamieszkiwał cały szereg dziwnych bóstw i demonów, które były odpowiedzialne za zsyłanie na ziemię śmierci i chorób. Poza tym świat umarłych nie różnił się zbytnio od codziennej rzeczywistości – ludzie kontynuowali swoje dawne życie w podziemnych miastach z placami, ogrodami i... boiskiem do rytualnej gry w piłkę (ullamaliztli), ukochanego sportu prekolumbijskiego Meksyku. W cenotach umieszczano więc podarunki dla przodków oraz bogów zaświatów. Składano też w nich ofiary dla władcy deszczu Chaca, czasem – jak w Cenote Sagrado w Chichén Itzá – również z ludzi.


Jeśli zechcemy opuścić królestwo natury, powinniśmy odwiedzić Méridę – jedno z najstarszych miast w obu Amerykach (założono ją w styczniu 1542 r.) i stolicę kulturalną półwyspu Jukatan. Tutejsze zbudowane z białego wapienia centrum historyczne uchodzi za drugie największe w całym Meksyku (po Ciudad de México). Ten klimatyczny ośrodek szczyci się ogromną ofertą wydarzeń związanych z kulturą, interesującymi muzeami i galeriami, a także świetnym rękodziełem artystycznym. Mérida to najbardziej oczywiste miejsce na zakup meksykańskiego hamaka. Można go wybrać w wersji jednoosobowej lub matrimonial („małżeńskiej”), która według mieszkańców doskonale nadaje się do uprawiania starej majańskiej sztuki zwanej hamacasutrą... W tym „Białym Mieście” (Ciudad Blanca) spróbujemy też specjałów kuchni jukatańskiej: sopa de lima (zupy z limonką, kurczakiem i kawałkami tortilli), poc chuc (pikantnej wieprzowiny marynowanej w sosie z kwaśnych pomarańczy) i pollo ticuleño (kurczaka pieczonego z plasterkami banana).


Oaxaca nad Pacyfikiem


Jukatan to nie jedyny cel wyjazdów wypoczynkowych w Meksyku. Wiele do zaoferowania ma także piękny stan Oaxaca, znajdujący się na południu kraju u wybrzeży Oceanu Spokojnego. Plaże nie są tu tak zatłoczone jak w kurortach na Riwierze Majów, jest również znacznie taniej. Może się nawet zdarzyć, że na szerokim piaszczystym brzegu będziemy zupełnie sami lub tylko w towarzystwie wyruszających na połów rybaków. To właśnie na jednej z tutejszych rajskich plaż, nazywanej Cacaluta (na terenie Santa María Huatulco lub po prostu Huatulco), kręcono sceny do filmu I twoją matkę też (2001 r.) z Maribel Verdú, Gaelem Garcíą Bernalem i Diegiem Luną w rolach głównych.


Na wybrzeżu Oaxaki wciąż nie powstało zbyt wiele luksusowych kompleksów hotelowych, zatrzymamy się na nim za to tuż nad oceanem, w małej drewnianej chatce cabaña krytej palmowymi liśćmi. Swój nieodparty urok mają małe hipisowskie wioski – Zipolite ze słynną plażą nudystów oraz Mazunte, gdzie odbywają się w listopadzie koncerty jazzowe (Festival Internacional de Jazz Mazunte), a pod koniec lutego i na początku marca festiwal cyrkowy (Festival de Circo en Mazunte). W tej ostatniej miejscowości zapoznamy się z żółwiami morskimi, którymi opiekuje się Centro Mexicano de la Tortuga. Można też tutaj ponoć zobaczyć najbardziej magiczny zachód słońca na całym wybrzeżu. Każdego dnia wspólne kontemplowanie tego widoku, zazwyczaj przy dźwięku bębnów, odbywa się na Punta Cometa – najdalej na południe wysuniętym przylądku Ameryki Północnej wychodzącym na Pacyfik. Miejsce to dla kultur prekolumbijskich miało znaczenie strategiczne i rytualne i do dziś uchodzi za źródło mocy.


Mniej więcej 65 km dalej leży mekka surferów – Puerto Escondido. Otóż Ocean Spokojny, wbrew swojej nazwie, wcale spokojny nie jest, a Atlantyk to przy nim – jak mówią Meksykanie – nudny i grzeczny kuzyn. Fale w tym rejonie osiągają wysokość nawet 6 m, a tutejsza 3-kilometrowa Playa Zicatela znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepszych plaż do surfowania na świecie. Dla początkujących miłośników tego sportu lepsza będzie znana z bardziej sprzyjających warunków La Punta, a jeśli ktoś chce jedynie popływać, powinien wybrać Manzanillo albo Puerto Angelito. Jeżeli szukamy natomiast pięknych widoków, warto udać się na Carrizalillo albo Bacocho. Wszystkie z wymienionych miejsc położone są w Puerto Escondido. W innej popularnej miejscowości turystycznej, Huatulco, jest aż 36 plaż, i to leżących w 9 malowniczych zatokach!


Urokliwe zachody słońca, romantyczne klify, ciche zakątki, które możemy mieć tylko dla siebie – wybrzeże należy do niewątpliwych skarbów stanu Oaxaca. Wiele ciekawych miejsc znajduje się także w głębi lądu. Jedno z nich stanowi stolica stanu, nosząca tę samą co on nazwę – Oaxaca (Oaxaca de Juárez). Kolonialna architektura, kolorowe budynki, klimatyczne uliczki i urocze zaułki przyciągają amerykańskich i zachodnioeuropejskich seniorów, którzy decydują się spędzić tu swoją emeryturę. Miasto działa jak magnes również na artystów. Nie ma w nim wieczoru bez wernisażu albo innego wydarzenia kulturalnego. Meksykanie śmieją się, że w Oaxace ludzie przy nawiązywaniu znajomości po zwyczajowym zwrocie Jak się miewasz? pytają się o to, jaką sztuką zajmuje się na co dzień ich rozmówca.


Stolica stanu słynie z rękodzieła. Tutejsze przepiękne tkaniny można podziwiać w Muzeum Tekstyliów (Museo Textil de Oaxaca) lub po prostu w trakcie wizyty w lokalnych sklepach i na targach, które są także swojego rodzaju rękodzielniczymi galeriami. Natkniemy się na nie co chwilę podczas spaceru po spokojnym centrum miasta. W witrynach sklepowych rozgościła się kolorowa meksykańska sztuka. Z wielu półek spogląda na nas osobliwa ferajna dziwnych barwnych zwierząt: osioł ze skrzydłami motyla, kogut z rogami byka, lew z głową orła. To alebrijes – rzeźby cudacznych kreatur, które kiedyś przyśniły się pewnemu artyście. Pedro Linares (1906–1992) leżał w łóżku z wysoką gorączką i we śnie ujrzał te niezwykłe stworzenia. Kolorowe zwierzęta otoczyły go i zaczęły wykrzykiwać jedno bezsensowne słowo: Alebrijes!. Postanowił więc odtworzyć je w postaci figur z papier-mâché. Dzisiaj jego nocne widziadła zobaczymy tutaj w co drugim sklepie z rękodziełem artystycznym. Senne majaki Linaresa stały się jednym z symboli Oaxaki.


Miasto znane jest również ze swojej kuchni. Jak w raju poczują się w nim miłośnicy słodyczy. O ile samo kakao pochodzi ze stanu Tabasco i południa Chiapas, to właśnie Oaxaca słynie z najlepszej czekolady. Przy ulicy Francisca Javiera Miny można spróbować jej bezpośrednio u wytwórców. To tu znajdziemy najlepsze meksykańskie marki: od dużych producentów takich jak Chocolate Mayordomo aż po małe rodzinne firmy z tradycjami. Ten słodki specjał podaje się w formie gorącego napoju albo jako mole – pikantny sos do kurczaka. Przepis na tę ostatnią intrygującą potrawę zawiera długą listę starannie dobranych składników, w tym prażone ziarna i nasiona, suszone owoce, liczne przyprawy, orzechy i papryczki chili. Innym lokalnym przysmakiem są chapulines, czyli smażone koniki polne. Bez trudu dostaniemy je na tutejszych targach i bazarach. Mówi się, że jeśli ktoś ich spróbuje, to z pewnością wróci do Oaxaki.


Jeżeli do powrotu nie przekonają nas chrupiące owady, być może uczyni to mezcal. Miasto uchodzi za nieoficjalną stolicę producentów tego meksykańskiego trunku, wyrabianego z agawy. Ma on status niemal kultowego napoju i panaceum na wszelkie życiowe problemy. Meksykanie zwykli o nim mawiać: Para todo mal – mezcal, para todo bien – también („Na całe zło – mezcal, na wszystko, co dobre – też”). Serwujące go mezcalerie to bardzo popularny w kraju rodzaj lokalu, przypominający polskie bary z wódką i zakąską, tyle że jako zagryzkę podaje się w nich smażone koniki polne. Ten meksykański alkohol często kojarzy się także z innym owadem – pływającą w butelce larwą ćmy. Wbrew obiegowej opinii, jej obecność wcale nie świadczy o wysokiej jakości trunku. Wręcz przeciwnie, w najlepszych mezcalach się jej nie umieszcza.


Mimo tych wszystkich atrakcji nie powinniśmy się zbytnio zasiedzieć w stolicy stanu, bo jej okolice mają również wiele ciekawego do zaoferowania. Hierve el Agua w osadzie San Isidro Roaguía wygląda jak skamieniały wodospad przeniesiony z księżycowego krajobrazu. W rzeczywistości to formacje skalne, które powstawały przez tysiące lat. Na ich szczycie znajdują się źródła tworzące niewielkie jeziora. Gdy leży się w turkusowej wodzie tuż przy krawędzi przepaści z widokiem na pobliskie pasmo górskie, odnosi się wrażenie, że trafiło się w sam środek obrazu Salvadora Dalego (1904–1989). Na wierzchołku innej góry położonej w sąsiedztwie Oaxaki de Juárez odkryjemy natomiast pozostałości dawnej stolicy Zapoteków – Monte Albán. Z ruin rozciąga się zapierająca dech w piersiach panorama okolicznych wzniesień i dolin.


Oaxaca jest jednym ze stanów o największym procencie ludności rdzennej i słynie ze świetnie zachowanych tradycji ludowych. Wiele z tutejszych fiest ma swoje korzenie w rytuałach sprzed chrystianizacji. W mieście Juchitán de Zaragoza od czasów prekolumbijskich utrzymuje się także podział na trzy płcie: kobiety, mężczyzn i muxes, czyli osoby, które urodziły się mężczyznami, ale mówi się do nich w rodzaju żeńskim. Przedstawiciele tej ostatniej grupy podczas swojego dorocznego święta w listopadzie zakładają pięknie wyszywane i kolorowe bluzki zwane huipilami oraz kwieciste spódnice i wykonują regionalne tańce. Z kolei największą lokalną imprezą jest Guelaguetza – odbywający się w lipcu w Oaxace de Juárez barwny festiwal wszelkich ludowych tradycji.


Zacatecas ze srebra


O ile w Oaxace ludność rdzenna stanowi ok. 50 proc., to już w Zacatecas – tylko niespełna 3 proc. Mimo niewielkiej populacji Indian jest to region niezmiernie ważny dla kolonialnej historii kraju. Chociaż dość rzadko odwiedzany przez turystów, ma czym zaciekawić podróżników, szczególnie tych, których interesuje turystyka aktywna i kulturowa. Podczas wizyty w tym stanie zobaczymy zupełnie inną twarz Meksyku niż na Jukatanie i w Oaxace, co tylko zachęci nas do dalszego odkrywania fascynującej ojczyzny Meksykanów.


Stolica regionu, mająca tę samą co on nazwę, została założona w 1546 r., a powstała na fali gorączki srebra. Lokalne kopalnie uczyniły z kraju największego producenta tego metalu na świecie, która to sytuacja utrzymuje się do dziś. Na początku XIX w. sam tylko stan Zacatecas dostarczał 20 proc. światowego zapotrzebowania na ten kruszec. Zaledwie 10 min. od centrum stolicy znajduje się Mina El Edén – jeden z zakładów wydobywczych, działający w latach 1586–1960. W otworzonym dla zwiedzających w 1975 r. obiekcie można oglądać oryginalne mosty, klatki schodowe i maszyny górnicze oraz przetańczyć noc w La Mina Club. To podobno jedyny klub nocny na świecie utworzony w kopalni. Żeby bawić się 280 m pod ziemią, trzeba najpierw pokonać odcinek o długości 650 m specjalną kolejką, która zawozi pasażerów do dawnych komór.


Dzięki dochodom z wydobycia srebra wybudowano w Zacatecas jedne z najpiękniejszych meksykańskich kościołów i klasztorów. To drugie najwyżej położone duże miasto w kraju (rozciągające się na średniej wysokości ok. 2430 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach. Jego architektura została dostosowana do górzystego ukształtowania terenu, a budynki są prawdziwymi dziełami sztuki. Zabudowania mają kolor żółtopomarańczowy, a wspaniale oświetlone w nocy sprawiają wrażenie złotych. W dawnych kompleksach kościelnych znajdziemy dwa ważne muzea. W kolegium jezuitów, następnie należącym do dominikanów, funkcjonuje obecnie Museo Pedro Coronel, gdzie możemy podziwiać jedną z większych kolekcji sztuki w Meksyku. Zebrano w nim dzieła takich artystów jak Salvador Dalí, Pablo Picasso, Joan Miró, Marc Chagall, Eugène Delacroix czy Georges Braque. Z kolei brat Pedra, Rafael, zgromadził największy na świecie zbiór meksykańskich masek liczący ponad 10 tys. egzemplarzy. Obejrzymy je w Museo Rafael Coronel w niegdysiejszym Klasztorze św. Franciszka, jednym z najstarszych na północy Meksyku, ufundowanym pod koniec XVI stulecia. To jednak tylko dwie z licznych placówek muzealnych Zacatecas, w którym tętni życie kulturalne i odbywa się wiele festiwali i ważnych wydarzeń.


Stolica stanu najlepiej prezentuje się z góry, z legendarnego wzgórza Bufa (Cerro de la Bufa – ok. 2650 m n.p.m.). Z historycznego centrum dostaniemy się na nie w 7 min. teleférico, czyli kolejką linową. Miejsce to było cichym świadkiem rewolucji meksykańskiej (1910–1920). To właśnie tutaj 23 czerwca 1914 r. rozegrała się jedna z jej największych bitew – toma de Zacatecas (bitwa o Zacatecas). Francisco Pancho Villa (1878–1923) pokonał w tym rejonie armię 12 tys. żołnierzy generała Luisa Mediny Barróna (1873–1937). Na wzgórzu znajduje się muzeum upamiętniające to wydarzenie. Zgromadzono w nim ubrania, broń, działa, makiety, gazety, zdjęcia i dokumenty z tego okresu, a przed budynkiem ustawiono pomniki wielkich przywódców rewolucji meksykańskiej.


Cały Meksyk usiany jest wspaniałymi pamiątkami po kulturach prekolumbijskich, więc także w Zacatecas leży kilka interesujących stref archeologicznych, takich jak Altavista (Chalchihuites), La Quemada czy El Teúl, czyli najstarsze miejsce w Ameryce Łacińskiej, w którym wytapiano miedź. Ten stan spodoba się też miłośnikom turystyki aktywnej. Park Narodowy Sierra de Órganos to świetna okolica na trekking, wspinaczkę bądź jazdę rowerem górskim. Erozja wietrzna nadała tutejszym górom niesamowite kształty – wyglądają jak katedry, wieże i zamki. U ich podnóży kręcono m.in. Działa Navarony (1961 r.) z Anthonym Quinnem i Gregorym Peckiem w rolach głównych i Jaskiniowca (1981 r.) z Ringo Starrem. Parkowa infrastruktura została wyśmienicie przygotowana – są tu np. specjalne miejsca z grillem, gdzie można rozbić namiot. Poza tym w tym rejonie zatrzymamy się również w domkach kempingowych. Jak mówi hasło promocyjne stanu: Zacatecas, Suena Bien!, czyli „Zacatecas, brzmi dobrze!”. Z pewnością warto odwiedzić ten region Meksyku, w którym czeka na nas mnóstwo niezapomnianych wrażeń.  

Z czym kojarzy się Peru…?

opracował

MICHAŁ DOMAŃSKI

Zapytaliśmy o to pięciu wybranych ekspertów, którzy znają doskonale tę magiczną krainę Inków… Poniżej znajdują się ich krótkie wypowiedzi na ten temat.

 

JUSTYNA CEMPEL-RYBICKA

PREZES DELUXE TRAVEL CLUB

Tajemnicze, dzikie, bogate w historię i fascynujące Peru kojarzę przede wszystkim z Cuzco, które uznawane jest za najstarsze wciąż zamieszkane miasto kontynentu oraz za archeologiczną stolicę Ameryki. Dzieje świetności i upadku imperium Inków można poznać podczas zwiedzania pobliskich ruin – Sacsayhuamán. Mimo iż Cuzco w języku keczua (miejscowych Indian) oznacza pępek świata, to jednak – moim zdaniem – określenie to pasuje dzisiaj bardziej do wprawiającego w zachwyt, otulonego mgłą i owianego tajemnicą Machu Picchu. Jest to najlepiej zachowane inkaskie miasto. Wzniesiono je w XV w., kiedy cywilizacja Inków znajdowała się u szczytu potęgi. Po ok. 100 latach zostało jednak opuszczone w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach. Machu Picchu podzielone jest na dwie części – rolniczą oraz mieszkalną ze Świątynią Słońca, Pałacem Królewskim, Świętym Placem i obserwatorium astronomicznym Intihuatana. W lipcu 2007 r. ogłoszono je jednym z siedmiu cudów świata nowożytnego.

Więcej…