ROBERT GONDEK „GERBER“

www.stronagerbera.pl

<< Tajemnicza i dla wielu egzotyczna Uganda nie należy jak na razie do najpopularniejszych kierunków turystycznych na Czarnym Lądzie. Swoim gościom ma jednak niezmiernie wiele do zaoferowania i pod względem atrakcji nie ustępuje słynniejszym sąsiadom – Kenii czy Tanzanii. Niestabilna sytuacja w tym wschodnioafrykańskim kraju przez wiele lat skutecznie odstraszała turystów. Dziś prowadzone przez ugandyjskie władze statystyki pokazują, że od 2006 do 2010 r. liczba odwiedzających 10 tutejszych parków narodowych (m.in. Park Narodowy Królowej Elżbiety – Queen Elizabeth National Park, Nieprzenikniony Park Narodowy Bwindi – Bwindi Impenetrable National Park, Park Narodowy Doliny Kidepo – Kidepo Valley National Park, czy Park Narodowy Kibale – Kibale National Park) zwiększyła się wyraźnie – ze 109 tys. do 190 tys. osób. Miejscowa przyroda przyciąga przede wszystkim bogactwem dzikiej fauny – zobaczymy tu np. szympansy i bardzo rzadkie goryle górskie. Oprócz tego warto polecić także wędrówkę po masywie Rwenzori (Rwenzori Mountains), rafting po burzliwych wodach Nilu Wiktorii w Parku Narodowym Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park) oraz wyprawę nad największe w Afryce Jezioro Wiktorii. >>

Republika Ugandy to jedno z sześciu afrykańskich państw, przez które przebiega linia równika. Graniczy z Sudanem Południowym, Demokratyczną Republiką Konga, Rwandą, Tanzanią oraz Kenią. Jego powierzchnia wynosi ok. 236 tys. km2, czyli mniej więcej 75 proc. terytorium Polski. Na południu dużą część obszaru (31 tys. km²) zajmuje Jezioro Wiktorii. 36 mln Ugandyjczyków posługuje się głównie angielskim i suahili (językami urzędowymi) oraz luganda (ganda), którym mówi prawie połowa ludności kraju.

Ciekawostką może być dla wielu fakt, że w historii Ugandy znajdziemy również powiązania z Polską. W 1941 r. Związek Radziecki ogłosił amnestię dla obywateli polskich aresztowanych na początku II wojny światowej. Część z nich wstąpiła do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, tzw. Armii Andersa, część skorzystała z pomocy władz Wielkiej Brytanii i schroniła się w jej zamorskich koloniach. W okolicach ugandyjskiego miasteczka Nyabyeya, położonego niedaleko Masindi, a także na półwyspie Koja nad Jeziorem Wiktorii w latach 40. ubiegłego wieku powstały brytyjskie osiedla przeznaczone właśnie dla Polaków.

 

Wspinaczka po afrykańsku

Najlepszym miesiącem na trekking na najwyższy punkt Góry Stanleya (Mount Stanley) – Szczyt Małgorzaty (Margherita Peak, 5109 m n.p.m.) w masywie Rwenzori (Rwenzori Mountains) na granicy z Demokratyczną Republiką Konga – jest styczeń. To trzecie najwyższe wzniesienie Afryki po Kilimandżaro w Tanzanii (5895 m n.p.m.) i Kenii w Kenii (5199 m n.p.m.). Zdobycie go nie nastręcza zbytnich trudności, niezbędne są jednak znajomość podstaw wspinaczki, dobra kondycja fizyczna i odpowiednie wyposażenie w postaci raków, czekana, sprzętu wspinaczkowego oraz ciepłego ubrania. Sam masyw identyfikuje się często z Górami Księżycowymi (łac. Lunae Montes), widniejącymi na mapie wykonanej przez Klaudiusza Ptolemeusza, greckiego uczonego z II w. n.e.

Początek szlaku na szczyt znajduje się w małej wiosce Nyakalengija u podnóża Rwenzori na zachodzie Ugandy. Przed wyruszeniem w drogę w siedzibie władz zarządzających Parkiem Narodowym Gór Rwenzori (Rwenzori Mountains National Park) mamy obowiązek wysłuchać prezentacji na temat trekkingu, przewidzianych noclegów, warunków panujących na trasie i bezpieczeństwa podczas wyprawy. Tu również zostaje skompletowana nasza ekipa obsługująca wspinaczkę (przewodnicy, kucharze, tragarze), która liczy w sumie 17 osób.

Pierwszego dnia wkraczamy do lasu deszczowego. Żar leje się z nieba, nad naszymi głowami krąży mnóstwo kolorowych motyli, przez ścieżkę przechodzą kameleony, a z oddali dochodzą do nas dźwięki wydawane przez szympansy. To prawdziwa dżungla, w której nigdy wcześniej nie byłem. Aż trudno uwierzyć, że za cztery dni, ubrani w odzież chroniącą nas przed chłodem, połączeni linami, w rakach i z czekanem w ręku, będziemy się zmagać z lodowcem. Po ponad czterech godzinach dochodzimy do chaty Nyabitaba Hut (2652 m n.p.m.), której pilnuje uzbrojony żołnierz. Drugiego dnia naszym oczom po raz pierwszy ukazuje się Szczyt Małgorzaty. Zanim jednak do niego dotrzemy, musimy pokonać rozległe i głębokie bagna. Dla ułatwienia przejścia na grząskim terenie ułożono kładki i konstrukcje z gałęzi, pozwalające pokonać najtrudniejsze odcinki bez konieczności skakania po wysokich kępach traw i zażywania błotnej kąpieli. Jesteśmy nieco zawiedzeni – od wielu dni nie padało i nie możemy wypróbować naszych woderów (połączenie kaloszy i nieprzemakalnych spodni). Przywieźliśmy je specjalnie z Polski, a okazują się zbędne. Cóż, zostawimy je tragarzom po wycieczce, przydadzą się im podczas kolejnych wypraw. Na zakończenie dnia podczas gry w karty raczymy się ugandyjską sherry, słodkim alkoholem odkrytym podczas pobytu w stołecznej Kampali. Ostatnią, trzecią butelką tego przysmaku planujemy uczcić udane wejście na szczyt.

Trzeciego dnia podchodzimy do Bujuku Hut – chaty leżącej nieco powyżej bezrybnego jeziora Bujuku. Mimo iż znajduje się ono na wysokości prawie 3900 m n.p.m., nigdy nie zamarza. Wędrujemy wzdłuż dwóch mierzących ponad 4500 m wzgórz Speke (Mount Speke) oraz Baker (Mount Baker). Towarzyszą nam najpiękniejsze widoki podczas całego trekkingu. Bez żadnego problemu przekraczamy również niezwykle błotniste bagno Upper Bigo Bog. Niestety, tutaj też nie mamy okazji skorzystać z woderów.

Ostatnią, czwartą noc przed wejściem na Szczyt Małgorzaty spędzamy w Elena Hut, w cieniu skalnych wierzchołków na wysokości ponad 4500 m n.p.m. Powinniśmy dobrze wypocząć, gdyż nazajutrz wyruszamy przed wschodem słońca, aby dotrzeć na lodowiec Margherita, zanim afrykańskie słońce zacznie go roztapiać. Sprawdzamy temperaturę. Spodziewamy się dużego mrozu. Na razie jest -7°C. Wyłaniające się spomiędzy chmur nieliczne gwiazdy i księżyc oświetlają skalne ściany. Mocno przeżywamy jutrzejszy dzień – najważniejszy w naszej podróży. Jestem dobrej myśli, ale sam nie mam pewności, czy zdobędziemy szczyt…

FOT. ROBERT GONDEKPokonywanie lodowca w czasie wspinaczki na Szczyt Małgorzaty

 

Lodowiec przy równiku

Wstajemy już przed godz. 5.00. Wokół nas wznoszą się ośnieżone góry lśniące w blasku gwiazd. Wieje silny wiatr, temperatura wynosi -11°C. Jest ciemno, tylko czołówki na naszych głowach oświetlają drogę. Wspinamy się, pomagając sobie zamontowanymi na skałach linami. Zaczyna świtać. Obserwujemy wspaniały wschód słońca – okolica tonie w pomarańczowych barwach. Po ponad godzinie dochodzimy do Stanley Plateau, czyli Płaskowyżu Stanleya, rozległego śnieżnego pola. Zakładamy po raz pierwszy raki i uprzęże, a następnie bierzemy czekany w ręce. Nigdy jeszcze nie chodziłem po lodowcu.

Szczyt Małgorzaty wydaje się być na wyciągnięcie ręki, ale to tylko złudzenie. Przed nami dwie godziny marszu. To najtrudniejszy odcinek. Słońce zaczyna przygrzewać, lodowa pokrywa szybko się topi. Wspinamy się na czoło lodowca. Po jego powierzchni idziemy już powiązani liną. Krok po kroku posuwamy się do przodu. Na naszej drodze pojawiają się szczeliny. Przez większość wystarczy jedynie przeskoczyć, ale część trzeba obejść dookoła. Mijamy najniebezpieczniejszy fragment. Z mozołem wędrujemy pod górę. Przemykamy pod ogromnymi nawisami lodowymi, omijamy ostatnią wielką rozpadlinę i w końcu stajemy u stóp skalnego wierzchołka Szczytu Małgorzaty. Pokonaliśmy lodowiec! Zdejmujemy raki, przed nami ostatnie podejście. Poruszamy się powoli, co pięć kroków musimy robić sobie małą przerwę. Marzę o tym, żeby być już na wierzchołku, jednak nie mam siły, aby przyśpieszyć… Nareszcie zostawiam za sobą ostatni stopień. Udało mi się! Zdobyłem najwyższy szczyt Rwenzori! Mocno wyczerpany płaczę ze wzruszenia. Wokół mnie rozpościera się z jednej strony terytorium Ugandy, a z drugiej – Demokratycznej Republiki Konga. Ta piękna chwila nie trwa – niestety – długo. Zimno i wiatr zmuszają nas do zejścia. Lód bardzo szybko topnieje, przy większym nachyleniu raki zsuwają się, zanim wbiją się w podłoże. Z przerażeniem spoglądamy w głąb szczelin. Robi się coraz groźniej, czym prędzej opuszczamy się z lodowca na linie. Nie chcemy zostać przygnieceni przez lodowe bloki. Gdy wchodzimy na skały, po których szliśmy niedawno nocą, zaczynam odczuwać coraz większe zmęczenie. Trzymam się kurczowo liny i nie mogę znaleźć miejsca do postawienia nogi. Moje siły są na wyczerpaniu. Pozostało nam jeszcze 50 m w dół. W końcu docieramy do Kitandara Hut (4023 m n.p.m.), gdzie bez słowa wypijamy butelkę ugandyjskiego sherry i zasypiamy. Rano z niedowierzaniem uświadamiamy sobie, że w pełni zrealizowaliśmy swój plan, a przed nami jeszcze tylko dwudniowy powrót do bramy prowadzącej na teren parku.

Na pamiątkę tej wspaniałej wyprawy otrzymujemy dyplom za przejście Central Circuit (głównej trasy trekkingowej). Wykonany na nim długopisem dopisek głosi: „wraz z wejściem na Szczyt Małgorzaty”. Dziękujemy przewodnikom, tragarzom i kucharzowi. Wręczamy im napiwek oraz obiecane wodery. W drodze powrotnej do miasta Kasese nad Jeziorem Jerzego, naszego miejsca noclegowego, kupujemy 6 butelek coca-coli, o których marzyliśmy od kilku dni. Wypijamy je w mgnieniu oka.

FOT. ROBERT GONDEKUgandyjskie dzieci w okolicy między Kasese a Nyakalengiją

 

W drodze do Parku Narodowego Kibale

Najpopularniejszym środkiem transportu zbiorowego w Ugandzie jest matatu. Najczęściej są to leciwe minibusy Toyota Hiace. Na mniej uczęszczanych trasach ich funkcję pełnią zwykłe Toyoty Corolle. Jedną z nich zamierzamy się dostać z miasta Fort Portal do Parku Narodowego Kibale (Kibale National Park), aby zobaczyć szympansy. Duże plecaki umieszczamy w bagażniku, a z małymi usadawiamy się we trzech na tylnym siedzeniu i czekamy, aż zbierze się komplet pasażerów. Pojawia się mężczyzna z teczką i zajmuje fotel z przodu. Jak nam się wydaje, możemy ruszać. Wkrótce jednak dołącza do niego kolejny chętny, z wielkimi słuchawkami na uszach, a potem jeszcze jeden, który siada na fotelu kierowcy. Kiedy wreszcie na kanapę obok nas wciska się kobieta z dziewczynką, a ktoś z zewnątrz siłą domyka za nią drzwi, jesteśmy gotowi i wjeżdżamy na szutrową drogę. Progi zwalniające pokonujemy w poprzek, bo inaczej samochód mógłby zawisnąć. Opuszczając miasto, mijamy niewielkie budynki pokryte kolorowymi reklamami operatorów sieci komórkowych, firm produkujących farby oraz coca-coli. Na ulicach przeważają motocykle, zwane boda-boda, służące jako lokalne taksówki. Gdy kończą się zabudowania, wokół nas oglądamy już tylko plantacje herbaty i bananów.

Po godzinie docieramy do celu. W Parku Narodowym Kibale żyje aż 13 gatunków małp z rzędu naczelnych, w tym m.in. szympansy, koczkodany górskie, koczkodany czarnosiwe, pawiany oliwkowe czy gerezy rude. Opłata za wejście jest dosyć wysoka. Za 3-godzinną wyprawę śladem szympansów (tzw. Chimpanzee Tracking and Habituation) trzeba zapłacić 150 dolarów.

                Do lasu idziemy wydeptaną alejką w towarzystwie uzbrojonego strażnika. Przewodnik kontaktuje się ze swoimi współpracownikami przez krótkofalówkę, aby dowiedzieć się, gdzie aktualnie znajduje się najbliższe stado. Po chwili spotykamy innych turystów. To oznacza, że małpy są blisko. Jedna z nich przechodzi tuż obok nas. Zaraz za nią podążają kolejne. W jednym stadzie może być nawet 100 szympansów i tylko jeden przywódca. Staramy się nie wchodzić im w drogę. Wspinają się po drzewach, przechodzą z gałęzi na gałąź – wysoko w koronach szukają swoich przysmaków: owoców palmy i fig. Potem schodzą na dół i zjadają to, co zerwały na górze. Młode osobniki wędrują wraz z matkami, wtulone mocno w ich futro. Opłacone trzy godziny obserwacji mijają szybko, ale cieszymy się, że na własne oczy widzieliśmy te wspaniałe zwierzęta w ich naturalnym środowisku.

 FOT. BOSS MAGAZIN Goryle górskie z Nieprzeniknionego Parku Narodowego Bwindi

 

Wokół Wodospadów Murchisona

Po paru godzinach jazdy ze stołecznej Kampali docieramy do Wodospadów Murchisona (Murchison Falls), znanych też pod nazwą wodospadów Kabarega (Kabarega Falls). Dziś śpimy na kempingu na wysokim brzegu Nilu Wiktorii. Teren nie został ogrodzony i nocą przechadzają się po nim guźce, hipopotamy i pawiany. Ogromne nietoperze, które upodobały sobie wnętrze baru jako miejsce polowania, coraz śmielej latają nad naszymi głowami. Zamykam szczelnie namiot. Jestem w samym środku Afryki, nad Nilem, a dookoła mnie znajduje się prawdziwy, dziki busz. Reaguję na każdy szelest, każde ryknięcie, każdy trzask łamanej gałązki. To dziwne chrząkanie wydają z siebie guźce. Trzeba na nie uważać, bo mają znakomity węch. Dlatego obowiązuje tutaj bezwzględny zakaz trzymania jedzenia w namiotach. Słyszę, że zbliżają się do mojego… Lekko szturchają jego ściany, ale nie wyczuwają zapachu pożywienia, więc zawiedzione ruszają dalej.

O wschodzie słońca przeprawiamy się promem na drugi brzeg Nilu. Poranne odgłosy budzącej się przyrody i rześkie powietrze wprawiają mnie w stan odprężenia. Wsiadamy do samochodu i jedziemy na safari. Mijamy stada antylop, słoni i małp. W zatoczce leniuchuje wielka grupa hipopotamów. Opierają swoje olbrzymie głowy na grzbietach towarzyszy i ziewają od czasu do czasu, jakby od niechcenia. Dopiero wieczorem, gdy robi się chłodniej, zaczynają żerować. W drodze powrotnej nad brzegiem Nilu czekają na nas pawiany. Szybko wskakują do jednego z pojazdów i kradną torbę z jedzeniem. W obozie ucinamy sobie drzemkę. Gdy budzę się, aż podskakuję z wrażenia. Przede mną widzę patrzącego mi prosto w oczy guźca. On też wygląda na zaskoczonego. Po chwili odchodzi w stronę namiotów i razem ze swoimi towarzyszami przetrząsa zawartość śmietnika z resztkami naszych posiłków.

 

Pożegnanie nad Jeziorem Wiktorii

Zbliża się zachód słońca. To nasz ostatni wieczór w Ugandzie i wraz z mieszkańcami stołecznej Kampali odpoczywamy po kolejnym upalnym dniu nad brzegiem Jeziora Wiktorii. Pomiędzy stolikami wędrują liczne marabuty. Wystarcza chwila nieuwagi, a niedojedzony przez nas kawałek ryby czy kurczaka znika w wielkich dziobach tych niezbyt urodziwych mięsożernych ptaków z rodziny bocianowatych.

W Ugandzie spędziliśmy ponad dwa tygodnie. Zdobyliśmy najwyższy szczyt tego kraju, śledziliśmy szympansy w Parku Narodowym Kibale, podziwialiśmy dzikie zwierzęta i pływaliśmy po Nilu Wiktorii w pobliżu Wodospadów Murchisona. Spróbowaliśmy wielu egzotycznych owoców i poznaliśmy życie codzienne Ugandyjczyków. Nie zobaczyliśmy jednak wszystkich tutejszych wspaniałych atrakcji – nie widzieliśmy goryli górskich i nie odwiedziliśmy pozostałych objętych ochroną regionów. Nie udało nam się również nacieszyć zbyt długo samym Jeziorem Wiktorii. Dzięki temu mamy jednak powód, aby szybko wrócić do Ugandy i zrobimy to z wielką przyjemnością.


 

Artykuły wybrane losowo

Dotknąć Afryki w Ugandzie

10a_1.jpg

Grupa dzieci z przedmieść Masaki

©MARTA RZESZUT

MARTA RZESZUT

 

Podróżujący po Ugandzie Winston Churchill nazwał ją „Perłą Afryki”. Użył tego wyrażenia nie bez przyczyny. Ten kraj może pochwalić się bogatą przyrodą, soczyście zielonymi lasami, przyjaznymi mieszkańcami i… najsmaczniejszymi ananasami na świecie. Tutaj naprawdę poczujemy, czym jest Czarny Ląd.

Więcej…

Wszystkie odcienie Peru

IMG 20160616 174118594 HDR

Alpamayo magazyn Alpinismus ogłosił w 1966 r. najpiękniejszą górą świata

© PERU EXPEDITIONS TOURS

 

KAROLINA WUDNIAK

 

Peru to kraj kontrastów: zimna i gorąca, gór i oceanu, bogactwa i biedy, przeszłości i współczesności, bujnej zieleni wilgotnych lasów równikowych i suchych piasków pustyni. Mieni się kolorami tęczy. Ta wielka różnorodność zadziwia, zachwyca, a nawet wciąga na dłużej. Mnie wciągnęła na dwa pełne miesiące, a wciąż czuję, że to zdecydowanie za mało czasu, aby odkryć wszystkie jej odcienie.

 

Obecne tereny Peru setki lat wstecz zamieszkiwali Inkowie, którzy stworzyli całkiem rozległe imperium. Dzisiejszy kraj zajmuje powierzchnię niemal 1,3 mln km2 i jest trzecim największym państwem kontynentu po Brazylii i Argentynie. Od północy graniczy z Ekwadorem i Kolumbią, na wschodzie – z Boliwią i Brazylią, na południu – z Chile, a zachodnie wybrzeże oblewają wody Oceanu Spokojnego. Na obszarze Peru leżą wilgotne lasy dorzecza Amazonki i pustynia, wznoszą się sześciotysięczne szczyty oraz wspaniałe inkaskie ruiny i perły kolonialnej architektury. W tym pięknym kraju nie sposób się nudzić, bo każdy znajdzie w nim coś dla siebie.

 

Turyści zwykle zaczynają tu zwiedzanie od Limy, peruwiańskiej stolicy. Stąd wyruszają później na poznawanie innych regionów Peru. Do wyboru mają wiecznie zielone lasy równikowe, majestatyczne Andy, suche płaskowyże, a nawet pacyficzne plaże.

 

004554 300

Pustynię w okolicy miasta Ica można przemierzać pojazdem typu buggy

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/WALTER HUPIU

 

Z WIZYTĄ W STOLICY

 

Lima jest jednym z największych miast w Ameryce Południowej, zamieszkuje ją ponad 10 mln osób. Ośrodek założył 18 stycznia 1535 r. hiszpański konkwistador Francisco Pizzaro (1478–1541) – miał służyć jako zaplecze do podboju imperium Inków. Od 1551 r. działa tutaj szkoła wyższa (Uniwersytet Świętego Marka – Universidad Nacional Mayor de San Marcos), najstarsza na kontynencie. Przez stulecia Lima była stolicą Wicekrólestwa Peru (w latach 1542–1821), a później Republiki Peru. Dziś jest szybko rozwijającą się metropolią, ale znajduje się w niej wiele zabytków z dawnych czasów. Historyczną część miasta z kolonialną zabudową wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wyróżniają ją przede wszystkim słynne limskie balkony – bogato i pięknie zdobione przykuwają uwagę przechodniów. Można je podziwiać podczas spaceru ulicami biegnącymi pomiędzy dwoma głównymi placami: Plaza Mayor de Lima (Plaza de Armas de Lima) i Plaza San Martín. Wokół obu wznoszą się wspaniałe zabytkowe obiekty. Przy pierwszym z nich stoi Katedra (Catedral de Lima), której budowę rozpoczęto w 1535 r., Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) i Pałac Rządu (Palacio de Gobierno del Perú), obecna oficjalna siedziba prezydenta kraju. Oczywiście, budynki ozdabiają balkony. Przy drugim placu warto zwrócić uwagę na Gran Hotel Bolívar, a w szczególności jego wnętrze i wspaniałą witrażową kopułę. Miłośnicy sztuki sakralnej nie powinni przegapić również stojącej nieopodal Pałacu Rządu Bazyliki św. Franciszka wraz klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco). Z kolei poszukiwacze polskich śladów za granicą muszą zajrzeć do pobliskiego Domu Literatury Peruwiańskiej (Casa de la Literatura Peruana) mieszczącego się w budynku dawnego dworca (Estación de Desamparados). Jedną ze ścian zdobi w nim tablica poświęcona Ernestowi Malinowskiemu (1818–1899) – polskiemu inżynierowi i budowniczemu Centralnej Kolei Transandyjskiej (Ferrocarril Central del Perú).

 

Kolejnym tutejszym rejonem popularnym wśród turystów jest pełen hoteli, hosteli, restauracji i sklepów dystrykt prowincji Lima – Miraflores. Można tutaj kupić sweter z wełny z lamy lub alpaki, plecaki w inkaskie wzory, torebki, dywany, buty, portfele i co tylko dusza zapragnie. Jednak należy zdawać sobie sprawę z tego, że na spacer po targowiskach przy alei Abela Bergasse’a du Petita Thouarsa (Avenida Petit Thouars) potrzeba sporo czasu, dużo silnej woli, umiejętności negocjacyjnych, cierpliwości i… pieniędzy. Po opuszczeniu tego świata andyjskich kolorów najlepiej poszukać wytchnienia nad oceanem. Trasy spacerowe przy Circuito de Playas ciągną się kilometrami. Rozpościera się z nich doskonały widok na surferów walczących z falami. Warto przyjrzeć się rzeźbom w Parku Miłości (Parque del Amor), a na kolację wybrać się do dystryktu Barranco charakteryzującego się piękną i stonowaną XIX-wieczną architekturą, drogimi restauracjami z wymyślnymi daniami kuchni peruwiańskiej i modnymi kawiarniami.

 

011315 300

Promenada Malecón de Miraflores w Limie biegnie niemal na skraju klifów

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/MIGUEL CARRILLO

 

W SERCU TROPIKALNEGO LASU

 

Stolica Peru jest dobrą bazą wypadową do różnych części kraju, w tym do tych trudno dostępnych, jak choćby największe na świecie miasto, do którego nie można dojechać drogą lądową – Iquitos. Najłatwiej dostać się do niego samolotem z Limy, ale najłatwiej wcale nie musi oznaczać najciekawszej formy podróżowania. Inną możliwość stanowi rejs jednym ze statków, które wyruszają z miast Yurimaguas i Pucallpa. Z tego pierwszego płynie się do Iquitos dwa i pół dnia, z drugiego – trzy dni. Powolna podróż pozwala obserwować z pokładu życie rzek Marañón (z Yurimaguas) i Ukajali (z Pucallpy) oraz Amazonki, do której oba dopływy dołączają przed miastem. Taki rejs zdecydowanie nie należy do szczególnie komfortowych, ale może być ciekawą przygodą. Alternatywą dla niego jest lot do Iquitos i kilkudniowa wycieczka po Amazonce na pokładzie jednej z luksusowych i pełnych atrakcji łodzi (należących np. do Delfin Amazon Cruises czy Aqua Expeditions). To idealne rozwiązanie dla turystów spragnionych wrażeń, którzy jednocześnie nie chcą rezygnować z wygody. Warto zdecydować się na wyprawę po rzece, bo wschody i zachody słońca w jej rejonie należą do najwspanialszych na świecie. Poza tym to dobry pomysł na odcięcie się od codzienności.

 

Amazonia, zajmująca północno-wschodnią część Peru (ok. 60 proc. powierzchni kraju), jest pięknym i egzotycznym regionem, w którym króluje dzika i nieokiełznana natura. W bezpośredni z nią kontakt można wejść zarówno podczas rejsu po rzece, jak i w trakcie wędrówki po lesie deszczowym. Kilka nocy spędzonych w domku oddalonym od cywilizacji, położonym w samym sercu zielonej gęstwiny również dostarcza sporo wrażeń. Już w Iquitos, w ośrodkach ratowania zwierząt spotkamy mieszkańców królestwa przyrody, np. małpy, manaty, krokodyle czy kolorowe motyle. W ukrytym w selwie mieście żyje na co dzień ponad 450 tys. osób. W centrum znajdziemy wiele pięknych, choć mocno nadgryzionych zębem czasu, budynków z okresu tzw. boomu kauczukowego, czyli przełomu XIX i XX w., kiedy Europejczycy zaczęli na masową skalę pozyskiwać kauczuk w Amazonii. Jeden z najsłynniejszych obiektów stoi na głównym placu Iquitos, Plaza de Armas, i nazywa się Dom z Żelaza (Casa de Fierro). Miał go podobno zaprojektować sam Gustaw Eiffel na wystawę światową w Paryżu w 1889 r. Jeden z potentatów kauczukowych kupił budynek, rozebrał i przetransportował właśnie tutaj. Z tego odciętego od świata miasta najlepiej jednak szybko uciekać. Tutejsze lepkie, wilgotne i gorące powietrze sprawia, że zaczyna się marzyć o chłodniejszym klimacie górskich szczytów. Akurat w Peru nietrudno to marzenie spełnić. Wystarczy wybrać się w inną część kraju.

 

WŚRÓD SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

To właśnie ta wielka różnorodność zachwyca w Peru. Z głośnego, wonnego i bujnego lasu deszczowego można bez problemu przenieść się do surowej krainy strzelistych, śnieżnych gór. Do najpiękniejszych pasm peruwiańskich Andów należy Kordyliera Biała (Cordillera Blanca). Ciągnie się przez prawie 200 km, a swoją nazwę zawdzięcza zawsze ośnieżonym kilkunastu sześciotysięcznikom i kilkudziesięciu pięciotysięcznikom. W paśmie jest również ponad 720 lodowców. Najwyższy szczyt Kordyliery Białej, a zarazem całego Peru, Huascarán, mierzy 6768 m n.p.m. Każdy, kto chociaż raz oglądał jakiś film wyprodukowany przez Paramount Pictures, widział też górę Artesonraju (6025 m n.p.m.), której sylwetka widnieje w logo amerykańskiej wytwórni (przynajmniej tak twierdzą niektórzy). Miłośnicy górskich wędrówek z całego świata przyjeżdżają do 130-tysięcznego miasta Huaraz, stanowiącego dobrą bazę wypadową na większość tras, także na te w sąsiedniej Kordylierze Czarnej (Cordillera Negra). Szlaki mają różny poziom trudności. Do najbardziej popularnych wypraw należą jednodniowa wycieczka do zniewalającego błękitem polodowcowego jeziora Laguna 69, kilkudniowy trekking Santa Cruz oraz ok. 12-dniowy trekking Cordillera Huayhuash, ale możliwości jest zdecydowanie więcej. Mniej doceniane, ale również ciekawe i trochę łatwiejsze trasy znajdują się w Kordylierze Czarnej, z której rozpościera się niezwykły widok na Kordylierę Białą. Te ośnieżone góry to jedno z moich ukochanych miejsc w Ameryce Południowej, do którego z pewnością jeszcze wrócę.

 

PERUWIAŃSKIE SPECJAŁY

 

Nie można pisać o Peru i nie poruszyć tematów kulinarnych. Dlaczego? Bo tutejsza kuchnia uchodzi za najlepszą w Ameryce Południowej, i to zasłużenie, ponieważ jest wyjątkowo różnorodna. Miejscowe przepisy zasiliły m.in. chińskie, japońskie, hiszpańskie, francuskie i włoskie wpływy. Dzięki temu dziś można wybierać wśród wielu dań z ryb, wołowiny, kurczaka, kukurydzy, ziemniaków czy kwinoi, nazywanej peruwiańskim ryżem lub komosą ryżową. Na pobudzenie apetytu polecam pisco sour, czyli narodowy koktajl Peru. Pisco to destylat powstały z winogron przy okazji produkcji wina, jest dość mocny. Cieszy się podobną popularnością w Peru i Chile i od lat oba kraje toczą spór o to, kto pierwszy zaczął produkować ten trunek. Kwestia – oczywiście – pozostaje nierozstrzygnięta, ale to nie powinno przeszkadzać w degustacji. Kiedy pisco zmiesza się z sokiem z limonek i gorzkim likierem angostura oraz przykryje pianą ubitą z białek jajek, powstaje pisco sour. Ten drink wypić można prawie w każdym pubie i restauracji w kraju, ale żeby zobaczyć, jak produkuje się sam alkohol, trzeba wybrać się na pustynię, w okolice miasta Ica.

 

POŚRÓD PIASKÓW PUSTYNI

 

Mikroklimat regionu Ica umożliwia uprawę winogron, z których wytwarza się mało popularne peruwiańskie wina i uwielbiane pisco. Trunki te powstają kilkanaście kilometrów na północ od wspomnianego miasta. Wystarczy jednak pojechać kilka kilometrów na zachód od Iki, żeby znaleźć się na pustyni, a dokładniej w oazie Huacachina – świetnym miejscu na odpoczynek i uprawianie nietypowych aktywności. Lokalne agencje oferują tutaj przejażdżki po pustynnych wydmach pojazdem rodem z filmu Mad Max, tzw. buggy, oraz sandboarding, czyli nic innego jak zjeżdżanie na specjalnie przygotowanej desce po piasku, przypominające snowboarding i akrobacje na śniegu. Wcale jednak nie trzeba umieć jeździć na snowboardzie, żeby spróbować tej rozrywki. Z większości desek da się korzystać… w pozycji leżącej. Wystarczy się położyć lub usiąść, złapać za przymocowane uchwyty i zjechać z piaszczystego zbocza. Zachód słońca nad tymi wydmami jest przepiękny! Złotopomarańczowe światło tańczące na pustynnym piasku tworzy cudowne wzory. Stąd można wybrać się do Paracas, ponad 70 km na północny zachód od miasta Ica, i wsiąść na jedną z łodzi płynących na wyspy Ballestas (Islas Ballestas), żartobliwie zwane przez niektórych Galapagos dla ubogich, a to dlatego, że na terenie miejscowego rezerwatu żyją pingwiny Humboldta, kotiki południowe, uchatki patagońskie i inne zwierzęta, które trudno spotkać w pozostałych rejonach Peru.

 

Z kolei na południe od Iki znajduje się wielka gratka dla miłośników tajemniczych zjawisk. Mowa tu o słynnych liniach i rysunkach naziemnych w okolicy miasta Nasca (Nazca). W niektórych kręgach te geoglify uznawane są za znaki pozostawione przez przedstawicieli obcej cywilizacji. Jednak naukowcy przypisują ich autorstwo ludowi z kultury Nazca. Linie oraz rysunki zwierząt i roślin pokrywają obszar ok. 450 km2. Powstawały pomiędzy 500 r. p.n.e. a 500 r. n.e. Według opracowań naukowych peruwiańskie geoglify mogły mieć znaczenie religijne lub służyły za kalendarz astronomiczny. Żeby zobaczyć je w całości, trzeba odbyć lot niewielką awionetką.

 

NA DNIE KANIONU

 

Dalej na południe od Naski leży 900-tysięczna Arequipa, drugie największe po względem liczby ludności miasto Peru. Powstała w 1540 r., była ważnym ośrodkiem ekonomicznym w czasach kolonialnych, a w latach 1835–1883 pełniła funkcję stolicy kraju. Jej historyczny rejon został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i zachwyca piękną architekturą. Centralny plac miasta, Plaza de Armas, warto obejść zarówno za dnia, jak i po zmroku, kiedy wszystkie budynki są ładnie podświetlone. Uwagę przykuwa tu neorenesansowa Katedra (Catedral de Arequipa), odbudowana w XIX w. po niszczycielskim pożarze z grudnia 1844 r. Kilka ulic dalej stoi wielki Klasztor św. Katarzyny ze Sieny (Monasterio de Santa Catalina de Siena), założony w drugiej połowie XVI stulecia, którego wnętrze kryje kolorowe dziedzińce, arkady, fontanny i dużo zieleni. Historyczne centrum jest idealne na spacer, a sama Arequipa będzie przyjemnym przystankiem po drodze do kanionu Colca. To jedna z najgłębszych tego typu dolin na świecie. Jej ściany wznoszą się po południowej stronie do 3600 m nad poziom rzeki, a po północnej – nawet do 4160 m. Ma długość ok. 120 km. Kanion rzeki Colki po raz pierwszy przepłynęli kajakami Polacy w 1981 r. Na turystów, którzy schodzą na jego dno, czeka zupełnie inny świat. Bujna zieleń mocno kontrastuje z surowymi, skalistymi zboczami. Poza tym w okolicy znajdują się także cudownie orzeźwiające baseny w oazie Sangalle i źródła wód termalnych w Llahuar. Przy temperaturach, jakie panują w kanionie, marzenie o zimnej kąpieli towarzyszy każdemu od pierwszych kroków trekkingu. Zejście do Sangalle można zaplanować na jeden dzień, ale do wyboru jest też dłuższa, dwu- lub trzydniowa wycieczka, której trasa wiedzie z doliny inną ścieżką. Cañón del Colca stanowi również dobre miejsce do obserwowania kondorów wielkich – masywnych i majestatycznych ptaków zamieszkujących Andy. Jeśli komuś nie uda się wypatrzeć ich podczas trekkingu, powinien w drodze powrotnej do Arequipy zatrzymać się na tarasie widokowym Cruz del Cóndor, przy którym często się pokazują.

 

W ŚWIECIE INKÓW

 

022330 300

Machu Picchu to arcydzieło sztuki, urbanistyki, architektury i inżynierii

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/PILAR OLIVARES

 

Nie można być w Peru i nie zobaczyć Machu Picchu. Inkowie rozpoczęli budowę miasta w połowie XV w., ale jej nie dokończyli. Mniej więcej 100 lat później w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach opuścili Stary Szczyt, jak tłumaczy się nazwę Machu Picchu. W tym wyjątkowym miejscu najbardziej zachwyca jego położenie – miasto założono wysoko w górach, pośród bujnie porośniętych zboczy. Inkowie ukryli je bardzo skutecznie – dopiero amerykański naukowiec Hiram Bingham III w 1911 r. odnalazł ośrodek. Badacz podczas wyprawy dotarł także do innych ruin dawnego inkaskiego imperium. Nie wiadomo dokładnie, jaką funkcję pełniło Machu Picchu. Naukowcy spekulują o jego roli sakralnej i badawczej, niektórzy są zdania, że był to swojego rodzaju resort dla elit społeczeństwa. Zbudowano je na dwóch poziomach, z oszlifowanych, idealnie pasujących do siebie granitowych bloków. Wyżej znajdowały się królewskie grobowce, Pałac Królewski, Świątynia Trzech Okien i Świątynia Słońca. Na niższym poziomie powstała dzielnica mieszkalna i warsztaty. Tereny uprawne wkomponowane zostały w strome zbocza góry. Machu Picchu miało swój własny system doprowadzania wody z kamiennych zbiorników do różnych części miasta oraz okolicznych pól. Ośrodek rozciąga się pomiędzy dwoma szczytami – Huayna Picchu (Wayna Pikchu, czyli Młodym Szczytem, ok. 2720 m n.p.m.) i Machu Picchu (3082 m n.p.m.). Na oba można wejść, żeby podziwiać całą okolicę. Ze szczytów rozpościerają się jedne z tych widoków, które zapierają dech w piersiach i pozostają w pamięci na długo. Są one zdecydowanie warte wysiłku, który trzeba włożyć, aby pokonać strome podejście, choć w trakcie wspinaczki nie jest to wcale tak oczywiste. W 1983 r. Machu Picchu umieszczono na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, a w 2007 r. biorący udział w głosowaniu internauci wybrali je jednym z 7 Nowych Cudów Świata. Miasto rocznie odwiedza mniej więcej 1,2 mln turystów. Gdyby nie wprowadzone kilka lat temu dzienne limity zwiedzających, zostałoby całkowicie zadeptane.

 

Do Machu Picchu nie tak łatwo się dostać. Z Cusco (Cuzco), dawnej stolicy inkaskiego imperium, jedzie się do Ollantaytambo w tzw. Świętej Dolinie Inków (Valle Sagrado de los Incas), skąd pociągiem PeruRail dociera się do Aguas Calientes – bazy noclegowej pod Starym Szczytem. Stąd często odjeżdżają małe autobusy dowożące turystów pod wejście do zaginionego miasta, ale można też dojść o własnych siłach dość stromym podejściem. Warto wstać w nocy, żeby pojechać jednym z pierwszych autobusów. Poranne złote promienie słońca lub wprowadzające mistyczną atmosferę chmury przeplatające zbocza dodają Machu Picchu nieodpartego uroku. Inną możliwością dotarcia do inkaskiego ośrodka jest dwu- bądź czterodniowy trekking trasą zwaną Camino Inca (Inca Trail). Prowadzi ona przez Świętą Dolinę Inków i okoliczne przełęcze. To jeden z najbardziej obleganych szlaków trekkingowych na świecie. Ze względu na ten fakt oraz wprowadzone przez władze limity (podobnie jak w przypadku wejścia na teren Machu Picchu) wyprawę Drogą Inków należy rezerwować z co najmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Alternatywę dla tej trasy stanowi Salkantay Trek z nielimitowanym wstępem. Wycieczkę tym szlakiem można wydłużyć o dojście do Aguas Calientes i Machu Picchu.

 

Niezależnie od wyboru drogi, każdy turysta najpierw trafia zwykle do Cusco. Miasto to było inkaską stolicą od XIII do XVI w. i zachowało się w nim sporo pozostałości architektonicznych z tych czasów. Piękne historyczne centrum, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO w tym samym roku co Machu Picchu, zatrzymuje przyjezdnych w swoich objęciach na kilka dni. I bardzo dobrze, bo Cusco leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., a zatem jest odpowiednim miejscem na aklimatyzację przed wyjściem na jeden z wielu szlaków w okolicznych Andach. Ten czas można wykorzystać na zwiedzanie miasta. Na uwagę zasługują pozostałości inkaskich murów, Katedra (Catedral del Cusco), Klasztor św. Dominika (Convento de Santo Domingo) czy liczne muzea z cennymi eksponatami sztuki prekolumbijskiej. Ciasne, strome, kamienne uliczki idealnie nadają się na spacery, a rozświetlony wieczorem główny plac – Plaza de Armas – odcina się na tle okolicznych wzgórz i gór. Cusco jest także dobrym miejscem na odkrywanie peruwiańskich smaków. Mnogość restauracji i kawiarni pozwala docenić tutejszą kuchnię. Bez większego trudu można znaleźć tu potrawy z mięsa lamy czy alpaki, których zdecydowanie warto spróbować podczas pobytu w Andach. Polecam też zakupienie wyrobów z wełny z alpaki (np. swetrów, czapek, szali), które są przydatną i piękną pamiątką. Na lokalnym targu dobrze również zaopatrzyć się w liście koki – sporządzony z nich napar wspomaga aklimatyzację i osłabia objawy choroby wysokościowej (hiszp. soroche). Tak przynajmniej mawiają miejscowi, którzy nałogowo popijają taki napój i żują same liście. Nawet jeśli to nieprawda, wciąż warto spróbować herbaty z koki, bo smakuje naprawdę wybornie. Pamiętać jednak trzeba, żeby pić ją jedynie na miejscu, bo wywożenie rośliny za granicę jest nielegalne.

 

MODŁY DO DUCHA GÓR

 

Po zwiedzaniu i aklimatyzacji przychodzi pora na wybór szlaku. Popularnością cieszy się wspomniany klasyczny pięciodniowy Salkantay Trek w paśmie Vilcabamba (Cordillera de Vilcabamba), trasa na Ausangate w paśmie Vilcanota (Cordillera de Vilcanota) oraz jednodniowa wycieczka pod górę Vinicunca (zwaną Tęczową Górą lub Górą Siedmiu Kolorów, 5200 m n.p.m.). Ausangate jest piątym najwyższym szczytem Peru (6384 m n.p.m.) i mieszkańcy okolicznych wiosek nazywają go Apu Ausangate. W mitologii inkaskiej apu znaczy „duch gór”, „bóg gór”. To właśnie do niego wznoszą prośby, kierują podziękowania i jemu składają ofiary. On odpowiada za dobrą lub złą pogodę, deszcze nawadniające nieliczne pola uprawne i suszę niosącą głód. Legenda mówi, że Ausangate był bratem Salkantaya (Salkantay to najwyższy szczyt pasma Vilcabamba, 6271 m n.p.m.) i razem mieszkali w Cusco. Po jednej z susz rozdzielili się, aby uratować miasteczko od głodu. Salkantay poszedł na północ. Znalazł lasy, zakazaną miłość Veróniki (góra Verónica mierzy 5682 m n.p.m.), a tym samym problemy. Ausangate z kolei wyruszył na południe, gdzie odkrył ziemię bogatą w ziemniaki i kukurydzę oraz pasące się alpaki. Dzięki temu ocalił mieszkańców Cusco przed głodem. Zarówno trekking przy górze Salkantay, jak i wyprawa wokół Ausangate stanowią ciekawe uzupełnienie wizyty w zachwycającym Machu Picchu.

 

Niesamowite w Peru jest to, że w ciągu jednego urlopu można wylegiwać się na słońcu nad Oceanem Spokojnym, spędzić dzień na pustyni i kilka dni w wiecznie zielonym lesie deszczowym, podziwiać z bliska ośnieżone szczyty sześciotysięczników, poznawać bogatą historię imperium Inków, zejść na dno głębokiego kanionu, a na dokładkę przepłynąć się królową rzek – Amazonką. Po powrocie do domu zazwyczaj zaczyna się marzyć o kolejnej wizycie w tych stronach, bo wymienione przeze mnie atrakcje to zaledwie część tego, co nas tutaj czeka. Peru wciąga i rozbudza chęć poznawania kolejnych miejsc i powrotu do tych już poznanych. Dlatego wyruszenie w ponowną podróż do tego kraju stanowi tylko kwestię czasu.

 

Portugalia – na końcu Starego Świata

Miejscowość Azenhas do Mar położona na stromym klifie w gminie Sintra
T09ARH1E

© TURISMO DE PORTUGAL/JOSE MANUEL

MAGDALENA BARTCZAK


Przyjazny śródziemnomorski klimat, egzotyczne krajobrazy, różnorodna kuchnia, fascynująca historia, bogactwo architektury, liczne plaże rozciągnięte nad Atlantykiem i ogromna gościnność mieszkańców to tylko niektóre z wielu zalet Portugalii. Ten nieduży kraj pełen turystycznych atrakcji leży na samym krańcu Europy. Dlatego przez długi czas jego terytorium określano mianem „finis terrae”, czyli „koniec świata” bądź „koniec lądu”.

Więcej…