JUSTYNA RYBAK

<< Gdy wyobrażamy sobie Madagaskar, częściej widzimy scenerię przygód nowojorskiego lwa Aleksa z popularnego filmu animowanego wytwórni DreamWorks niż czwartą co do wielkości wyspę na naszej planecie leżącą na Oceanie Indyjskim. Większość z nas raczej nie słyszała o tutejszych kopalniach szafirów, nielegalnym wyrębie lasów czy też zamachu stanu z 2009 r. Z drugiej strony Madagasikara, jak o swoim kraju mówią Malgasze, to kraina nie z tego świata, jedno z najwspanialszych miejsc na ziemi, w którym zakochałam się natychmiast, podobnie zresztą jak kilkaset lat temu Maurycy Beniowski, a później Arkady Fiedler. Tu wciąż jeszcze lemury beztrosko igrają w koronach drzew, drogi są nieprzejezdne po deszczach, a wiara w tabu miesza się z nowoczesnym stylem życia. >>     

 

Jest 14 luty 1774 r., gdy na Madagaskar przypływa 5 okrętów, a na jednym z nich hrabia Maurycy Beniowski (1746–1786) wraz z artylerią i zamiarem uczynienia z tego lądu kolonii francuskiej. Tak naprawdę nie wiadomo do końca, jak przyjęli go tubylcy. Biografowie twierdzą, że w swych pamiętnikach z podróży (skądinąd bardzo poczytnej za życia tego awanturnika i podróżnika książce) lubił on koloryzować i przesadzać. Z pewnością jednak przekonał do siebie przynajmniej część miejscowych, którzy stali się jego sprzymierzeńcami i zgodzili się na zajęcie ich ziem pod uprawę ryżu dla Francuzów.

Zanim jednak Maurycy Beniowski dopłynął do wyspy, przeżył sporo barwnych i ryzykownych przygód. Ten oryginał, który wciąż jeszcze inspiruje młodych ludzi do wypraw w nieznane, wcale nie był Polakiem z pochodzenia, choć uważał się za naszego rodaka, co podkreślał w swoim Pamiętniku, urodził się w miasteczku Vrbové położonym dziś na Słowacji, należącym wówczas do Królestwa Węgier. Obecnie wszystkie trzy narody uznają go za swojego. Za udział w konfederacji barskiej (1768–1772) hrabia został zesłany przez Rosjan na daleką Kamczatkę, ale ponieważ nie zamierzał poddać się karze, postanowił porwać statek i uciec wraz z innymi skazańcami. Zanim jednak osiągnął bezpieczne wody francuskie, musiał zmierzyć się jeszcze z buntem załogi, stoczyć wielotygodniową walkę z głodem, zimnem, a potem i z upałem. Jego czyny, jak na tamtą epokę, wydawały się nieprawdopodobnie zadziwiające, a sam Beniowski odznaczał się bardzo wyjątkową w tych czasach cechą: niespotykaną tolerancją wobec obcych kultur. 

 FOT. OFFICE NATIONAL DU TOURISME DE MADAGASCARTzw. Aleja Baobabów z baobabami Grandidiera koło Morondavy

 

Wyspa nieafrykańska

Na Madagaskar dotarłam latem. Nie płynęłam statkiem, ale – jak prawie wszyscy współcześni podróżnicy – przyleciałam samolotem. Już z lotu ptaka dostrzegłam wielkie piękno tej wyspy. Czerwona ziemia, poprzecinana pasmami górskimi, z wijącymi się dzikimi rzekami uchodzącymi wprost do Oceanu Indyjskiego lśniła w blasku poranka, a im bliżej celu podróży byliśmy, tym większe czuliśmy podniecenie, które tuż po wylądowaniu przeszło w zdziwienie. Na lotnisku zastaliśmy… całkowity spokój. Gdzie podziali się chciwi taksówkarze, napastliwi właściciele pokoi do wynajęcia czy jakże powszechni w całej Azji i Afryce naganiacze hotelowi?! Nikt na nas nie czekał i nas nie zaczepiał. Tak oto po raz pierwszy sami musieliśmy zatroszczyć się o transport, aby dostać się do stolicy kraju, Antananarywy, nazywanej potocznie Taną. Malgasze, tak odmienni od mieszkańców Czarnego Lądu (pochodzą z Azji Południowo-Wschodniej, najprawdopodobniej z Borneo!), okazali się ludźmi nienarzucającymi się i nienachalnymi.

 FOT. OFFICE NATIONAL DU TOURISME DE MADAGASCAR Narażona na wyginięcie sifaka biała

 

Siła tabu

Po wielu perypetiach i potyczkach Beniowski zdobył zaufanie zarówno wodzów, jak i zwykłej malgaskiej ludności, mimo iż nazywał ciemnoskórych tubylców po prostu Murzynami i – oczywiście – trzymał w gotowości wojsko na wypadek niespodziewanego ataku z ich strony. Sukcesy hrabiego były podobno zasługą jego wyjątkowego stosunku do obcych. Podczas gdy za normę w tamtych czasach uchodziły gwałty na kobietach i plądrowanie zdobytych terenów, on sam sprzeciwiał się tego typu zachowaniom. Potępiał też fady (fadi), czyli madagaskarskie zakazy kulturowe. Chociaż tabu, pełniące funkcję scalania danej społeczności, obecne są w każdej kulturze, nawet w cywilizacji Zachodu, w niektórych grupach społecznych pociągają za sobą drastyczne konsekwencje. W czasach Beniowskiego dziecko, które urodziło się w zakazane dni, Malgasze bez skrupułów zabijali. Taki sam los spotykał kalekie maluchy. Hrabia przerażony tymi praktykami próbował ratować bezbronne ofiary. Przekonywał wodzów, aby zabronili uśmiercania dzieci.

Fady ma też wpływ na przyrodę na Madagaskarze. Żyje tu m.in. aj-aj, palczak madagaskarski – malutka małpiatka ze środkowym palcem znacznie cieńszym i dłuższym od pozostałych, zakończonym pazurem do wygrzebywania owadów z bambusowych pni, oraz zielonymi oczami świecącymi w ciemności. Uważa się go za jedno z najbrzydszych zwierząt świata. Malgasze wierzą, że gdy skieruje na człowieka swój spiczasty palec, ten wkrótce umrze. Dlatego populacja palczaków madagaskarskich znacznie zmalała. Inne tabu dla odmiany pomaga chronić małpiatki sifaki białe. Otóż miejscowi uznają je za duchy przodków, którzy uwięzieni w gęstwinie drzew zaginęli w lesie podczas polowania.

 

Kameleon i wiosło   

Przez trzy długie i wyczerpujące dni płynęliśmy pirogą z tubylcami płytką rzeką Tsiribihina. Na jej brzegach z rzadka leniwie wygrzewały się krokodyle, czasem spotykaliśmy rybaków zarzucających ogromne sieci albo płoszących ryby kijami. Najczęściej jednak, gdy znużeni powtarzalnością ruchów i niesamowitym żarem wiosłowaliśmy już jedynie z przyzwyczajenia, widzieliśmy tylko przelatujące ptaki i sunące po trawie stada zebu. Z tego dziwnego letargu wybudził nas kameleon. Był spory i z typową dla tych zwierząt niezdarnością wspinał się na przybrzeżne zakrzewienia. Chcieliśmy mu się przyjrzeć i zrobić zdjęcie, podpłynęliśmy więc bliżej. Kiedy znaleźliśmy się niedaleko niego, jeden z naszych wioślarzy o zaskakującym imieniu Bosko chwycił za wiosło i z determinacją próbował strącić jaszczurkę do wody. Okazało się, że te osobliwe gady, które najliczniej występują właśnie, o ironio, na Madagaskarze, podlegają tutaj fady. Widok żywego, a nawet martwego kameleona wróży śmierć kogoś z bliskich.

 

W rytmie „kilalaky”

Nie wiem, czy Beniowski uczestniczył w rozrywkach tubylców. W jego wspomnieniach nie ma na ten temat ani słowa. Nie wiadomo więc, co myślał o tradycyjnych tańcach i muzyce Madagaskaru. Ja tańczących Malgaszy zobaczyłam po raz pierwszy w pokoju hotelowym w telewizji. Znam gatunki arabskie, hinduskie i afrykańskie z różnych stron kontynentu. Malgaski styl na pierwszy rzut oka nie przypominał żadnego z nich. Na początku nawet trochę mnie śmieszył. Dziwne ruchy biodrami, mocno zmysłowe i przypominające akt płciowy to stały element wielu tańców afrykańskich i karaibskich, ale tutaj dochodziły jeszcze do nich niespotykane nigdzie indziej figury, a i sama aranżacja utworów była odmienna. To wszystko tworzyło mieszankę budzącą u mnie spore zaskoczenie, które powoli przeradzało się w fascynację. W pewnej małej wiosce zaczęłam nawet uczyć się malgaskiego kilalaky. Jednak radziłam sobie nie najlepiej. Co tu dużo mówić, szło mi źle, a miejscowi, patrząc na moje niezdarne próby opanowania kroków, wprost pękali ze śmiechu. Kilalaky, salegy, tsapiky – każdy tutejszy region posiada swój taniec, a także króla i królową zabawy, wokół których zbierają się pozostali. W tym kraju nie ma złych tancerzy: nieważne, ile masz lat, z jakiej klasy społecznej pochodzisz – jeśli jesteś Malgaszem, tańczysz świetnie już od urodzenia.

 

Duchy z malgaskiego lasu

Wybraliśmy się wreszcie również na kilkudniową wycieczkę do wielowiekowego lasu na terenie Parc National Ankarana (Parku Narodowego Ankarana) na północy wyspy. Przedzierając się przez gąszcz kilkusetletnich drzew, z rzadka słyszeliśmy jakieś odgłosy świadczące o tym, że okolicę zamieszkują żywe stworzenia. Tu i ówdzie odzywały się ptaki ukryte gdzieś wysoko w liściastych koronach, a w promieniach słońca z rzadka przebijających się przez leśną gęstwinę wygrzewały się jaszczurki. Widzieliśmy też zwiastujące śmierć kameleony. Po kilku godzinach męczącej wędrówki w końcu wyszliśmy na otwartą przestrzeń, ale nie była to – niestety – sawanna czy choćby wykarczowana polana. Aż po horyzont rozpościerały się dziwne, surrealistyczne formacje skalne po malgasku nazywane tsingy. Te szare wapienie tworzą niesamowity labirynt jaskiń, platform i słupów o ostrych jak brzytwa zakończeniach. Chodzenie po nich jest wyjątkowym przeżyciem. Mimo iż nie znajdowaliśmy się już wśród gęstych drzew, czuliśmy się jak zamknięci w gigantycznym pudle. Wszystkie dźwięki i nasze własne głosy docierały do nas przytłumione i wyraźnie zmienione, a od przerażającej ciszy dzwoniło nam w uszach. Sama myśl o tym, że mamy tutaj nocować, napawała mnie irracjonalnym lękiem. Nagle usłyszeliśmy niepokojący odgłos. Odruchowo wzdrygnęłam się i skuliłam w sobie. Gdy odwróciłam głowę, kątem oka zobaczyłam coś chowającego się za jedną ze skał. Był to lemur (po malgasku maki). Tuż za nim pojawili się jego towarzysze. Jak się okazało, grupa małpiatek podążała za nami od momentu naszego wejścia do lasu, co zauważył tylko wędrujący z nami Malgasz. Zwierzęta śledziły nas w nadziei na posilenie się resztkami naszego jedzenia. Gdy z niespotykaną zwinnością skakały z gałęzi na gałąź wysoko w koronach drzew, prawie nie mieliśmy szans ich dostrzec, a one mogły bez obaw obserwować nas z góry. Lemury nie posiadają naturalnych wrogów. Polują na nie jedynie… ludzie. To w Parku Narodowym Ankarana po raz pierwszy zobaczyliśmy pułapki na te małpiatki.

FOT. OFFICE NATIONAL DU TOURISME DE MADAGASCARWapienne tsingy w Parku Narodowym Tsingy de Bemaraha

Beniowski pewnie znacznie częściej widywał lemury niż my współcześnie. Większość swojego pobytu na wyspie spędził na wschodzie kraju, do dziś najbardziej niedostępnej części Madagaskaru. Tu też zresztą znajduje się tablica postawiona przez Słowaków w styczniu 2010 r. w pobliżu miejsca jego śmierci (niedaleko miejscowości Ambodirafia w prowincji Toamasina) oraz węgierski obelisk upamiętniający hrabiego (w mieście Maroantsetra nad zatoką Antongila). W deszczowych lasach półwyspu Masoala, stanowiących jeden z najbardziej różnorodnych gatunkowo obszarów na świecie, żyje obecnie ponad połowa (czyli ok. 30 gatunków) madagaskarskich małpiatek i wciąż odkrywa się nowe ich rodzaje. Jednak to również tutaj odbywa się masowa wycinka drzew i zabija się lemury (często z powodu głodu czy biedy).

 

Niech żyje król!

Pewna zaprzyjaźniona z Beniowskim niewolnica rozpowszechniła plotkę, że jest on potomkiem ostatniego ampansakebe – króla Madagaskaru. Ze względu na jego oddanie sprawom Malgaszy i pomoc w walce z ich odwiecznym wrogiem – wojowniczym plemieniem Seklawów (z zachodniej części wyspy), tubylcy uznali, że w czczym gadaniu musi być sporo prawdy. W taki oto sposób w 1776 r. Beniowski został ich władcą. Hrabia przyjął ten zaszczytny tytuł i z okazji swej koronacji rozkazał zabić 12 wołów i kupić 12 beczek wódki, które wystawił potem jako poczęstunek. Na samą ceremonię przybyła rekordowa liczba ludzi, a wodzowie padali poddańczo na kolana przed królem. Nurzano też szable we krwi woła, aby potem złożyć przysięgę na wierność. Nowy władca unowocześnił prawo, budował drogi, osiedla, podzielił kraj na gubernie, założył plantacje bawełny, tytoniu i trzciny cukrowej. Niestety, intrygi francuskie nie pozwoliły mu na długie i spokojne rządy. Już po kilku miesiącach od koronacji musiał udać się do Francji, żeby przedstawić swoje plany zarządzania wyspą, które nie spodobały się jednak jego zwierzchnikom. Na Madagaskar wrócił dopiero po kilku latach – w czerwcu 1785 r. Tam także zginął z rąk Francuzów w maju 1786 r.   

 

Francuzi i Nosy Be

Rocznie na wyspę przyjeżdża ok. 250 tys. turystów (dane z 2012 r.), z czego mniej więcej dwie trzecie stanowią Francuzi. Do tej dawnej kolonii francuskiej dla podróżników z Europy najtaniej jest się dostać właśnie z Paryża. Wiele miejscowych hotelików prowadzą obywatele Francji, a Republikę Madagaskaru łączą z tym krajem ważne stosunki gospodarcze.

Francuzi uważają te strony za miejsce, gdzie można zacząć wszystko od nowa. Przeciętna francuska emerytura wystarczy, żeby otworzyć skromny pensjonat albo biuro usług turystycznych. 60-letniego Antoine’a poznaliśmy na madagaskarskiej wysepce Nosy Be (o powierzchni 321 km²), gdzie prowadzi kursy nurkowe. Ma tu sporą posiadłość. Na Nosy Be dostaliśmy się naznaczonym upływem czasu promem wraz z żywym inwentarzem: kozami i drobiem. Po kilku godzinach bardzo powolnego rejsu z portu Anfiky koło miasta Ambanja dotarliśmy wreszcie do jej stolicy Hell-Ville (Andoany) – miasta ni to malgaskiego, ni europejskiego, które nie wzbudziło naszej sympatii. Było już jednak za późno, aby ruszać dalej, więc noc spędziliśmy w prywatnym domu, gdzie wieczorem odpoczywaliśmy na tarasie pod wiszącym nad naszymi głowami kapiącym praniem. Następnego dnia ruszyliśmy w kierunku mniejszych osad rozsianych wzdłuż oceanu. Po godzinie wkroczyliśmy do jednej z nich, zagubionej pośród plantacji jagodlinu wonnego (ylang-ylang), z którego kwiatów o słodkim zapachu wytwarza się olejek wykorzystywany do produkcji perfum wielu światowych marek. Z każdym kilometrem wybrzeże stawało się coraz bardziej dzikie, a bezludne, smagane wiatrem plaże piękniały w oczach. W tym uroczym rejonie wysepki postanowiliśmy się zatrzymać na dłużej. Kilka kolejnych beztroskich dni spędziliśmy na szukaniu krabów, pływaniu na rafie koralowej i podwodnych obserwacjach żółwi zielonych. Beniowski też dotarł na Nosy Be. Zostawił na niej po sobie pierwsze latarnie morskie, port, kanały spławne oraz drogi.

 

Druga strona medalu

W czasach Beniowskiego towar eksportowy wyspy stanowili niewolnicy i ryż. Obecnie dużym popytem cieszą się gatunki drewna z drzew tropikalnych, takie jak palisander, mahoń czy heban. Chińczycy upodobali sobie natomiast drzewo różane – posiadanie wyprodukowanego z niego serwisu obiadowego to marzenie niejednej chińskiej rodziny. Ostatnie lasy pierwotne na wschodzie kraju są zatem systematycznie niszczone. Ludzie penetrują puszczę i zbierają nie tylko sztuki przewrócone podczas częstych tutaj cyklonów. Z nielegalnego wyrębu żyje cała okolica. Przy okazji giną małpiatki, bo robotnicy muszą coś jeść. Lemur rudy czy lemur karłowaty znikają powoli z lasów na zawsze. Z kolei na zachodzie Madagaskaru w okolicy miasta Ilakaka od 1998 r., kiedy odkryto w tym rejonie szafiry, zaczęło się robić dość niebezpiecznie. Nie tylko turyści, lecz także Malgasze bywają nierzadko napadani przez sfrustrowanych poszukiwaczy kamieni, bo złoża są już mocno wyeksploatowane i o drogocenne znaleziska coraz trudniej. Nieopodal leży Parc National de l’Isalo (Park Narodowy Isalo). Odkąd pojawiło się przypuszczenie, że i tutaj mogą znajdować się szafiry, strażnicy parkowi przestali spać spokojnie.

To drugie, mroczniejsze oblicze urodziwego Madagaskaru my także mieliśmy okazję poznać. Dzień zapowiadał się piękny, więc wybraliśmy się taksówką do grot Sarondrano (Grottes de Sarondrano) koło miasta Toliara (Tuléar), w których podobno można nurkować i obejrzeć fantastyczne formacje skalne. Po drodze w jednej z niewielkich osad zatrzymali nas żandarmi. Rozmawiali z naszym kierowcą po malgasku, więc nic nie zrozumieliśmy. Gdy ruszyliśmy w dalszą drogę ślimaczym tempem (bo trzeba przyznać, że nasz wehikuł najlepsze lata miał już dawno za sobą) i z wolna przemierzaliśmy okolicę, podziwiając widoki przesuwające się za szybą, nasz kierowca ze stoickim spokojem oświadczył, że boi się jechać dalej. Żandarmi powiedzieli mu, że niedaleko zabito ich kolegę na służbie i skradziono mu broń, a bandytów do tej pory nie schwytano. Miny nam zrzedły, a cała radość z wyprawy wyparowała. Zdecydowaliśmy, że wracamy. W końcu urokliwych miejsc jest wokół dużo, a zdrowie i życie ma się jedno. Kierowca nie oddał nam – oczywiście – pieniędzy. To nie on chciał przecież zawrócić. On się tylko bał.

Jaki jest Madagaskar? Czy można w ogóle odpowiedzieć na tak zadane pytanie? Według mnie raczej nie. Warto natomiast zdawać sobie sprawę z tego, że to kraina, gdzie zabobony wciąż mieszają się ze współczesnym stylem życia, a dzikość stopniowo ustępuje miejsca materializmowi typowemu dla społeczeństwa konsumpcyjnego. Jedno wiem na pewno: gdy raz odwiedzi się ten niesamowity kraj, zawsze będzie się tęsknić za nim i za wszystkim, z czym się kojarzy: lemurami, baobabami, lokalnymi tańcami i zwykłym malgaskim życiem.        

Źródło: Pamiętniki Beniowskiego. Syberya, Daleki Wschód, Madagaskar, opracowała Zofia Bukowiecka, Warszawa 1909  

 

Artykuły wybrane losowo

Cuba libre

 

JERZY PAWLETA

www.jerzypawleta.pl

 

Muzycy w słynnym lokalu „Casa de la Trova” w mieście Santiago de Cuba

casa de la trova dancers santiago

© CUBAN TOURIST BOARD

 

Kuba to z wielu względów miejsce wyjątkowe na mapie świata. Elementem charakterystycznym są tutaj liczne stare amerykańskie samochody wtopione w kubański miejski krajobraz. Gdy wyszedłem z lotniska i rozejrzałem się wokół, nie miałem wątpliwości, gdzie jestem.

 

Pierwsze zdjęcie, jakie zrobiłem, przedstawiało ciemnoskórą dziewczynę wysiadającą z pięknego, choć mocno wiekowego i nieco rozpadającego się, niebieskiego amerykańskiego krążownika szos o wielkich skrzydłach z tylnymi lampami. Była to klasyczna kubańska taksówka, jakich spotkałem później dziesiątki, a od których nigdy nie mogłem oderwać wzroku. Są kolorowe i ogromne, zabierają tyle osób, ile zmieści się w ich wnętrzu. Jeśli załapiemy się na przejazd z miejscowymi, zapłacimy 1 peso kubańskie wymienialne (CUC), czyli prawie 1 euro, i przepłacimy jedynie 100 proc. ceny. Jeśli pojedziemy jako turyści, ta sama trasa będzie nas kosztować od 10 do 20 peso (CUC) w zależności od naszych umiejętności targowania się. Poza tym po ulicach kursują też zabytkowe kabriolety. One również mogą służyć jako taksówki, ale w tym przypadku cena zaczyna się od 35 peso (CUC), gdyż używa się ich głównie do zwiedzania stołecznej Hawany. Oczywiście, można i należy się targować, jednak często popyt przewyższa podaż.

 

Podziwianie stolicy z siedzenia starego amerykańskiego samochodu ma znaczącą przewagę nad wycieczką otwartym autobusem turystycznym, ponieważ mimo swoich rozmiarów wciśnie się on w niemal każdy zaułek, a jego kierowca pokaże nam, co tylko zechcemy, i nierzadko sam podpowie, co warto zobaczyć. Utrzymanie takich aut jest kosztowne. Części zapasowe sprowadzane są z USA, gdzie ich wyszukiwaniem i skupywaniem zajmują się wyspecjalizowane grupy Kubańczyków mieszkających głównie w Miami. Często oryginalne silniki wymienia się na mniejsze, bardziej ekonomiczne, żeby na jednym litrze paliwa zrobić nie trzy kilometry, a przynajmniej sześć. Gdy pytałem o cenę dobrze utrzymanego samochodu, w odpowiedzi otrzymywałem kwoty powyżej 30 tys. peso (CUC). Aby pokonać małe odległości w Hawanie, warto wziąć rikszę lub po prostu wybrać się na spacer.

 

MUZYCZNA WYSPA

 

Dokonywanie płatności na Kubie wydaje się dosyć skomplikowane. Oprócz peso kubańskiego wymienialnego (CUC), podstawowego środka płatniczego, używanego szczególnie przez turystów, w obiegu pozostaje też peso kubańskie (CUP), w którym wypłatę otrzymują Kubańczycy. Ta druga waluta ma ok. 25 razy mniejszą wartość niż pierwsza. Obcokrajowcy także mogą w niej płacić za towar lub usługi, ale trudno znaleźć kantor, który wymienia euro (dużo lepszy kurs niż za dolary amerykańskie) na peso kubańskie (CUP), a ja nie spotkałem miejsca, gdzie mógłbym się nimi posłużyć. Bankomaty, jeśli w ogóle udaje się je znaleźć, nie zawsze akceptują europejskie karty płatnicze. W niewielu punktach dokonamy również płatności kartą, warto więc zabrać ze sobą wystarczającą ilość gotówki.

 

Na Kubie, oprócz zabytkowych samochodów i uśmiechniętych mieszkańców pozdrawiających mnie przyjaznym Hola! („Cześć!”), powitała mnie też muzyka. Rozbrzmiewa ona właściwie wszędzie: w hotelu, restauracji, kafejce, sali koncertowej, sklepie czy na ulicy. Jest tak różna, jak skomplikowana jest historia kraju i jej wpływ na kulturę wyspy. Oczywiście, dominuje w niej ten charakterystyczny rys, jaki znamy choćby ze ścieżki dźwiękowej kultowego już filmu Wima Wendersa Buena Vista Social Club z 1999 r., który spopularyzował muzykę kubańską na świecie. Genialną i zarazem moją ulubioną piosenkę Chan Chan skomponowaną przez Compaya Segundo (1907–2003) słyszałem tutaj w wielu niezwykłych wersjach. Bardzo wysoki poziom prezentują koncerty muzyki klasycznej. Dobrze wykształceni Kubańczycy (szkolnictwo jest bezpłatne) otrzymują w swoim kraju znakomite przygotowanie do rozpoczęcia kariery na światowych scenach. Miałem przyjemność uczestniczyć w świetnym koncercie w dawnym kościele (dziś sali koncertowej) przy barokowym klasztorze św. Franciszka z Asyżu (Convento de San Francisco de Asís), obecnie pełniącym funkcję Muzeum Sztuki Sakralnej (Museo de Arte Sacro). Wznosi się on przy pięknym placu św. Franciszka z Asyżu (Plaza de San Francisco de Asís), otoczonym zabytkową zabudową i otwartym na Terminal Sierra Maestra (przystań statków wycieczkowych) i Zatokę Hawańską (Bahía de La Habana). Licząca 42 m wieża świątyni to najwyższa konstrukcja z epoki kolonialnej na terenie Starej Hawany (La Habana Vieja). Plac zdobi Fontanna Lwów (Fuente de los Leones) wykonana z białego marmuru.

 

W wielu miejscach w stolicy usłyszymy także musicale czy muzykę popularną. Jednym z najpiękniejszych budynków, w którym będzie nam dane cieszyć się tego rodzaju utworami, jest Teatr Wielki (Gran Teatro de La Habana), usytuowany w sąsiedztwie charakterystycznego monumentalnego Kapitolu (Capitolio Nacional de Cuba), wzorowanego na Panteonie w Paryżu, Bazylice św. Piotra w Watykanie i siedzibie Kongresu Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie. Po spektaklu bez trudu znajdziemy magiczną kolorową taksówkę, stoi ich tu zawsze pełno. A jeśli zapragniemy napić się kawy, możemy wstąpić do „Gran Café El Louvre”, utrzymanej w kolonialnym stylu kawiarni przy pobliskim klimatycznym Hotelu Inglaterra. W poszukiwaniu różnych odmian kubańskiej muzyki warto odwiedzić też jeden z kabaretów, jak choćby słynną „Tropicanę” (działającą od 31 grudnia 1939 r.) ze sceną pod gołym niebem, która zaskakuje różnorodnością repertuaru i bogactwem strojów.

 

RUM W ROLI GŁÓWNEJ

 

Z Kubą kojarzy się jeszcze – oczywiście – rum, prawdziwa duma tego kraju. Produkowany jest w wielu destylarniach i występuje w różnych odmianach. Sam smakuje znakomicie, ale stał się również podstawą licznych wyśmienitych koktajli. Barmani wciąż prześcigają się w pomysłach i wymyślają nowe drinki, aby zaskoczyć gości. Niemniej największą popularnością wśród koneserów dobrych trunków cieszą się te najbardziej klasyczne, uwielbiane przez znane postaci, które gościły na wyspie. Niektóre z tutejszych klimatycznych knajpek słyną właśnie ze swoich sławnych klientów. W barze i restauracji „Floridita” kolejka chętnych wydaje się nie kończyć. Nikogo to jednak nie zraża, przecież tutaj bywał amerykański pisarz i dziennikarz Ernest Hemingway (1899–1961). Jeśli nie lubimy tłumów, to jego ulubiony koktajl na bazie białego rumu, czyli daiquiri, możemy wypić także w „El Presidente”. Dodatkową atrakcją tego lokalu znajdującego się na wysokim piętrze starej kamienicy jest znakomity widok na Malecón, kilkukilometrową promenadę położoną wzdłuż wybrzeża, o które rozbijają się fale Zatoki Meksykańskiej.

 

Jednym z najlepszych drinków z rumem, jakie miałem przyjemność zdegustować, był habana especial sporządzony w Hotelu Habana Riviera. Jego wielki gmach zbudował w latach 50. XX w. w dzielnicy Vedado, nowej części kubańskiej stolicy wzorowanej na otwartych przestrzeniach Miami, znany amerykański gangster polsko-żydowskiego pochodzenia Meyer Lansky (Meier Suchowlański). Wnętrza zachowały oryginalny wystrój z epoki, dotyczy to zwłaszcza efektownej restauracji czy przylegającego do niej baru. Naprawdę trudno oprzeć się zaproszeniu miejscowego barmana, który raczy gości opowieściami z czasów świetności hotelu i ilustruje je oryginalnymi zdjęciami zapisanymi w pamięci swojego telefonu komórkowego.

 

W Hawanie każdy koktajl to osobna historia. Pewnego razu trafiłem na jedną z wielu tak pięknych, jak zaniedbanych uliczek Starej Hawany, która tętniła swoim południowym rytmem. Życie toczyło się na niej wszędzie, w oknach, na skrzyżowaniach, w małych knajpach. Koło jednej z tych ostatnich, „El Ángel de Tejadillo”, zaczepił mnie z uśmiechem ciemnoskóry mieszkaniec tego kwartału miasta. Zachęcił go mój beret z wizerunkiem symbolu rewolucji – Ernesta „Che” Guevary (1928–1967). Zaprowadził mnie do znajdującego się gdzieś zupełnie na uboczu dosyć prostego wnętrza ze stolikiem z maszyną do pisania i sfatygowanym krzesłem. Na ścianie wisiały zdjęcia „Che” Guevary, zapisana kartka i pokaźnych rozmiarów dzwon. Podobno właśnie w tym miejscu zasiadał i pisał swoje teksty. Dźwięk dzwonu oznajmiał wszystkim jego przybycie, miał prowokować agentów CIA, którzy chcieli go zabić. Ku czci Ernesta „Che” Guevary serwuje się tu, podobno jedyne w Hawanie, drinki w kolorach flagi Kuby: niebieskim, białym i czerwonym.

 

Wyśmienitych koktajli alkoholowych z rumem skosztować można wszędzie – zarówno w najzwyklejszej knajpce na rogu lub zapuszczonym sklepiku, jak i w najlepszym hotelu w mieście czy na luksusowym katamaranie, z którego będziemy podziwiać kubańską stolicę od strony morza. Do klasycznych pozycji w menu należą mojito, piña colada, cubata, ron collins, wspomniane daiquiri bądź habana especial. Na początku tej listy znajduje się połączenie rumu i napoju tuKola, czyli cuba libre, a w tłumaczeniu na polski „wolna Kuba”.

 

RÓŻNE TWARZE STOLICY

 

Hawana to swoista mozaika. Jest tak różnorodna i zaskakująca, że nigdy nie starcza dnia, aby zrealizować założony plan zwiedzania. Zawsze znajdziemy uliczkę, która skusi nas kolorami swoich kamienic, muzyką dobiegającą zza rogu, kawiarenką wabiącą zapachem kawy. Oprócz tego w rejonie La Habana Vieja, wpisanym w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, i jego bezpośrednim sąsiedztwie wznoszą się monumentalne budowle świadczące o tym, jak ważną rolę odgrywało to miasto na przestrzeni wieków. Są ich dziesiątki. Na pewno należy wspomnieć barokową Katedrę w Hawanie (Catedral de La Habana), dawny Pałac Prezydencki (dziś siedzibę Muzeum Rewolucji – Museo de la Revolución), niegdysiejszą ufortyfikowaną rezydencję hiszpańskich gubernatorów Kuby Castillo de la Real Fuerza i Pałac Kapitanów Generalnych (Palacio de los Capitanes Generales). Poza tym zachowało się tu wiele zabytkowych kościołów i klasztorów.

 

Na nabrzeżu, tuż obok Terminalu Sierra Maestra, gdzie podczas mojego pobytu na Kubie, w dniu 2 maja 2016 r., do Hawany przybył po raz pierwszy od czasów wprowadzenia embarga przez USA ogromny turystyczny statek pasażerski MV Adonia (należący do amerykańskiej linii Fathom), znajduje się hala targowa. Obok stoisk z typowymi towarami działa w niej największa galeria malarstwa, jaką w życiu widziałem. Pod rozległym dachem artyści i zwykli sprzedawcy oferują przeróżne obrazy. Kolorowe płótna, umieszczone nad sobą na wielkich stojakach, tworzą prawdziwy labirynt. Niedaleko stąd w swoje progi zaprasza gości niewielki browar o długiej, dźwięcznej nazwie „Cervecería Antiguo Almacén de la Madera y el Tabaco”, gdzie oprócz spróbowania kilku rodzajów piwa możemy zjeść pyszny posiłek i posłuchać zespołu grającego gorące kubańskie przeboje. Za 10 peso kubańskich wymienialnych kupimy płytę CD z muzyką w jego wykonaniu.

 

Przy tej samej alei (Avenida del Puerto) mieści się Muzeum Rumu Havana Club – Museo del Ron Havana Club. W kilkupiętrowej kamienicy zebrano wiele eksponatów związanych z wytwarzaniem tego trunku, udostępniono multimedialne wystawy przybliżające jego historię i otwarto dobrze zaopatrzony sklep. Niemal naprzeciwko znajduje się spory mural z kolorową podobizną Ernesta „Che” Guevary, idealne miejsce do zrobienia sobie zdjęcia ze słynnym latynoamerykańskim rewolucjonistą. Scenerię Starej Hawany wykorzystali twórcy serialu House of Lies (Kłamstwa na sprzedaż) emitowanego przez stację telewizyjną Showtime. Jest to pierwsza realizacja amerykańskiego scenariusza w tym kraju od momentu przywrócenia stosunków między USA i Kubą. Ekipę filmową i jej wielkie ciężarówki spotkałem koło Kościoła św. Anioła Stróża (Iglesia del Santo Ángel Custodio). Kręceniu scen piątego sezonu przyglądali się z ogromnym zainteresowaniem liczni Kubańczycy. Wielu z nich miało wpięte w klapy marynarki czy koszule znaczki symbolizujące przyjaźń kubańsko-amerykańską.

 

Bogato zdobiona barokowa fasada XVIII-wiecznej Katedry w Hawanie

68 CatedralNueva Havanna 14x8 F1

© CUBAN TOURIST BOARD

 

HAWANA W NOWYCH CZASACH

 

Miejscem, które nie sposób ominąć w Hawanie, jest plac Rewolucji (Plaza de la Revolución). Jego centralny punkt stanowi olbrzymi Pomnik José Martíego (Monumento a José Martí), kubańskiego bohatera narodowego, przywódcy ruchu niepodległościowego w XIX w., a zarazem poety i pisarza. Otaczają go równie monumentalne budynki rządowe. Nie byłyby może warte wspomnienia, gdyby nie znajdował się wśród nich bodaj najczęściej fotografowany przez turystów gmach na Kubie – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Tę szczególną popularność zawdzięcza on ogromnych rozmiarów metaloplastyce przedstawiającej Ernesta „Che” Guevarę. Plaza de la Revolución dobitnie przypomina nam, że kubańska rewolucja ciągle trwa. Inny jest jedynie jej charakter. Wydaje się, że bardziej przystający do naszych czasów.

 

Po drugiej stronie wejścia do Zatoki Hawańskiej i portu znajdują się dwie hiszpańskie fortece – Castillo del Morro (z XVI–XVII w.) i Fortaleza de San Carlos de la Cabaña (z XVIII stulecia). Od strony Starej Hawany dostać się do nich można wyłącznie tunelem drogowym biegnącym pod kanałem. Warto zapuścić się w zakamarki Zamku Morro, poczuć i usłyszeć huk fal uderzających o skały, na których stoi ta potężna budowla z latarnią morską. Z jej murów roztacza się wspaniały widok na całą zatokę i kubańską stolicę. W pobliżu działa restauracja „Los Doce Apóstoles”. Druga twierdza zbudowana została nieco powyżej, na niewielkim wzniesieniu. W dniach 3–7 maja 2016 r. gościła międzynarodowe targi turystyczne pod nazwą FITCuba, coroczne wydarzenie skupiające wystawców z wielu krajów, w tym organizacje turystyczne, linie lotnicze, sieci hotelowe, biura podróży czy usługodawców z różnych dziedzin turystyki Kuby. Była to już 36. edycja tej zakrojonej na szeroką skalę imprezy. Jak zazwyczaj w targach udział wzięli przedstawiciele władz i liczni zwiedzający. Mnie zaskoczyły dwie rzeczy: silna reprezentacja Kanady i fakt, że Kanadyjczycy stanowią największy procent turystów odwiedzających Kubę.

 

KRÓLESTWO CYGAR

 

Hawana przyciąga z wielką siłą, ale na wyspie jest wiele atrakcyjnych miejsc. Jedziemy na zachodni kraniec Kuby – do prowincji Pinar del Río. W Las Barrigonas zatrzymują nas przedziwne baniaste palmy, pod którymi rozciągają się plantacje trzciny cukrowej i tytoniu. Liście tytoniu zbiera się w lutym i marcu. Podczas mojego pobytu w maju suszyły się już w naturalnych warunkach. Zanim się je roluje, podlegają procesowi fermentacji trwającemu ok. 45 dni. Dopiero dzięki temu nabywają idealnych właściwości. W ten sposób powstają znane na całym świecie kubańskie cygara. W nieodległym sklepiku można kupić gotowe wyroby mające rozmaitą jakość i sprzedawane pod różnymi markami. Ich ceny są – oczywiście – również bardzo zróżnicowane.

 

Kolejny przystanek to park linowy w malowniczym rejonie Valle de Viñales, także słynącym z upraw tytoniu i wpisanym w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO z uwagi na niezwykły krajobraz. Rozrzucone pojedynczo po dolinie olbrzymie formacje wapienne (mogoty) przybierają niesamowite formy. Między nimi leżą małe wioski i plantacje. Na jednym z takich pagórów rozpoczynamy zjazd na linach. Do pokonania jest kilka odcinków o różnej skali trudności i rozwijanej prędkości. Kaski, w które nas wyposażono, nie odgrywają więc roli jedynie kolorowego dodatku do stroju. Widoki rozpościerające się z tej wysokości są fantastyczne! W jednej z urokliwych dolinek (Valle de Dos Hermanas), pod wielką skałą z ogromnym malowidłem z lat 60. XX w. (miejscowi nazywają je Muralem Prehistorycznym – Mural de la Prehistoria) znajduje się restauracja. Zamawiamy kubańskie specjały, czyli zupę ajiaco i danie ropa vieja („stare ubranie”) – rozdrobnioną wołowinę podawaną z ryżem i warzywami. Raczymy się też pysznymi drinkami, a posiłek umila nam muzyka na żywo. Zespół gra nawet moją ulubioną piosenkę Chan Chan.

 

Mural Prehistoryczny przedstawia etapy ewolucji ludzi i zwierząt

45

© JERZY PAWLETA/JERZYPAWLETA.PL

 

KARAIBSKIE WAKACJE

 

Nie wolno jednak zapomnieć, że Kuba to przecież Karaiby – wspaniałe białe plaże, turkusowa woda, rozłożyste palmy i wszystko to, co kojarzy się z wakacjami. W takie miejsce chce się uciec choćby na chwilę. Warto pojechać do położonego ok. 130 km na wschód od Hawany Varadero, kurortu spełniającego marzenia o wakacyjnym raju. Przed turystycznym kompleksem handlowo-restauracyjnym Plaza América, będącym również centrum kongresowym i wychodzącym wprost na białą plażę, witają nas pracownicy baru i restauracji „The Beatles”. Na placu muzycy grają rockandrollowe przeboje. Nie jest to rzecz zwyczajna na Kubie – muzyka takich zespołów jak The Beatles czy The Rolling Stones była przez lata zakazana przez władze. Dzięki polepszeniu się stosunków dyplomatycznych ze Stanami Zjednoczonymi do Hawany zawitali w marcu 2016 r. z darmowym koncertem właśnie sami Rolling Stonesi. Występ wieńczył ich latynoamerykańską trasę. Muzykom klubu „The Beatles” towarzyszą kubańscy harleyowcy w czarnych skórzanych ubraniach z wyszytym napisem Latino Americanos Motociclistas Asoc. Cárdenas Cuba. Przy plaży króluje salsa, a na piasku rozłożyli swój sprzęt kitesurferzy. Aż chce się żyć!

 

Jesteśmy gośćmi Meliá Hotels & Resorts, hiszpańskiej sieci eleganckich, komfortowych hoteli. Meliá Marina Varadero – 5-gwiazdkowy obiekt, w którym zostaliśmy zakwaterowani – znajduje się nad brzegiem morza, więc czym prędzej zanurzamy się w ciepłych, aksamitnych wodach. Na lunch warto wybrać się katamaranem na jedną z pobliskich wysepek, a po drodze odwiedzić delfinarium. Obserwowanie tych sympatycznych ssaków to niezwykła przyjemność. Jeszcze więcej radości sprawia zabawa z nimi. Turyści zapraszani są do ogromnych basenów skonstruowanych na środku morza i mogą głaskać ocierające się o nich delfiny, bawić się z nimi czy nawet próbować je podnieść! Nieco dalej czeka na przybyszów karaibski raj. Małą, porośniętą wysmukłymi palmami wysepkę okala biała plaża i turkusowa woda. Na granicy piaszczystego brzegu i palmowego gaju znajduje się niewielka restauracja. Tutaj możemy się oddać wakacyjnym przyjemnościom – popływać, ponurkować, pograć na plaży, poopalać się czy wreszcie zjeść świeże ryby i owoce morza przyrządzone po karaibsku. Barmani serwują wina, zimne lokalne piwo Cristal i słynne kubańskie drinki. Wracamy do domu? Nunca! („Nigdy!”) – jak zakrzyknęliby radośnie Kubańczycy.

 

Rejs katamaranem u wybrzeży Varadero

66 Catamaran 12x7 F1

© CUBAN TOURIST BOARD

 

 

Kolumbia jest pasją

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Kolumbia jest przepięknym krajem wyróżniającym się niesamowitą różnorodnością etniczną i biologiczną, łączącym w sobie wszystkie atrakcje Ameryki Łacińskiej i Karaibów. Co dziesiąty gatunek roślin i zwierząt żyjących na naszej planecie pochodzi właśnie stąd. To ziemia sympatycznych, gościnnych i przyjaznych ludzi oraz niepowtarzalnych krajobrazów. Pełna bogatej historii, kultury, niezwykłych karnawałów, barwnych świąt lokalnych i festiwali. To kraj słynący z wyśmienitej kawy i najpiękniejszych szmaragdów na świecie. Tutaj właśnie narodziła się słynna legenda o El Dorado i fikcyjna wioska Macondo stworzona przez Gabriela Márqueza. Kolumbia promuje się na całym świecie hasłem Colombia, el riesgo es que te quieras quedar, co oznacza Kolumbia, ryzyko jest takie, że będziesz chciał tu zostać. Kto miał szczęście odwiedzić ten cudowny kraj, wie, że to prawda...  

Więcej…

Antigua i Barbuda – jeden kraj, dwie różne wyspy

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Kiedy myślimy o Karaibach, to oczami wyobraźni widzimy białe, piaszczyste plaże, palmy i turkusową wodę. Ten rajski region świata oferuje jednak zdecydowanie więcej – ciekawe zabytki, wyśmienite warunki do żeglowania, doskonałą kuchnię, radość życia, spontaniczną zabawę i gościnność mieszkańców. To wszystko znajdziemy właśnie na Antigui, której odkrycie zawdzięczamy Krzysztofowi Kolumbowi (w 1493 r.). Nic więc dziwnego, że Brytyjczycy nazwali ją „Bramą do Karaibów”…

Antigua i Barbuda jest małym wyspiarskim państwem na Morzu Karaibskim. Obejmuje ono wyspy: Antiguę (280 km2) i Barbudę (160,6 km2) oraz Redondę (ok. 2 km2). Językiem urzędowym jest tu angielski, ale w użyciu są także lokalne dialekty, m.in. kreolski. Ten karaibski kraj ma ok. 90 tys. mieszkańców.

Więcej…