JUSTYNA RYBAK

<< Gdy wyobrażamy sobie Madagaskar, częściej widzimy scenerię przygód nowojorskiego lwa Aleksa z popularnego filmu animowanego wytwórni DreamWorks niż czwartą co do wielkości wyspę na naszej planecie leżącą na Oceanie Indyjskim. Większość z nas raczej nie słyszała o tutejszych kopalniach szafirów, nielegalnym wyrębie lasów czy też zamachu stanu z 2009 r. Z drugiej strony Madagasikara, jak o swoim kraju mówią Malgasze, to kraina nie z tego świata, jedno z najwspanialszych miejsc na ziemi, w którym zakochałam się natychmiast, podobnie zresztą jak kilkaset lat temu Maurycy Beniowski, a później Arkady Fiedler. Tu wciąż jeszcze lemury beztrosko igrają w koronach drzew, drogi są nieprzejezdne po deszczach, a wiara w tabu miesza się z nowoczesnym stylem życia. >>     

 

Jest 14 luty 1774 r., gdy na Madagaskar przypływa 5 okrętów, a na jednym z nich hrabia Maurycy Beniowski (1746–1786) wraz z artylerią i zamiarem uczynienia z tego lądu kolonii francuskiej. Tak naprawdę nie wiadomo do końca, jak przyjęli go tubylcy. Biografowie twierdzą, że w swych pamiętnikach z podróży (skądinąd bardzo poczytnej za życia tego awanturnika i podróżnika książce) lubił on koloryzować i przesadzać. Z pewnością jednak przekonał do siebie przynajmniej część miejscowych, którzy stali się jego sprzymierzeńcami i zgodzili się na zajęcie ich ziem pod uprawę ryżu dla Francuzów.

Zanim jednak Maurycy Beniowski dopłynął do wyspy, przeżył sporo barwnych i ryzykownych przygód. Ten oryginał, który wciąż jeszcze inspiruje młodych ludzi do wypraw w nieznane, wcale nie był Polakiem z pochodzenia, choć uważał się za naszego rodaka, co podkreślał w swoim Pamiętniku, urodził się w miasteczku Vrbové położonym dziś na Słowacji, należącym wówczas do Królestwa Węgier. Obecnie wszystkie trzy narody uznają go za swojego. Za udział w konfederacji barskiej (1768–1772) hrabia został zesłany przez Rosjan na daleką Kamczatkę, ale ponieważ nie zamierzał poddać się karze, postanowił porwać statek i uciec wraz z innymi skazańcami. Zanim jednak osiągnął bezpieczne wody francuskie, musiał zmierzyć się jeszcze z buntem załogi, stoczyć wielotygodniową walkę z głodem, zimnem, a potem i z upałem. Jego czyny, jak na tamtą epokę, wydawały się nieprawdopodobnie zadziwiające, a sam Beniowski odznaczał się bardzo wyjątkową w tych czasach cechą: niespotykaną tolerancją wobec obcych kultur. 

 FOT. OFFICE NATIONAL DU TOURISME DE MADAGASCARTzw. Aleja Baobabów z baobabami Grandidiera koło Morondavy

 

Wyspa nieafrykańska

Na Madagaskar dotarłam latem. Nie płynęłam statkiem, ale – jak prawie wszyscy współcześni podróżnicy – przyleciałam samolotem. Już z lotu ptaka dostrzegłam wielkie piękno tej wyspy. Czerwona ziemia, poprzecinana pasmami górskimi, z wijącymi się dzikimi rzekami uchodzącymi wprost do Oceanu Indyjskiego lśniła w blasku poranka, a im bliżej celu podróży byliśmy, tym większe czuliśmy podniecenie, które tuż po wylądowaniu przeszło w zdziwienie. Na lotnisku zastaliśmy… całkowity spokój. Gdzie podziali się chciwi taksówkarze, napastliwi właściciele pokoi do wynajęcia czy jakże powszechni w całej Azji i Afryce naganiacze hotelowi?! Nikt na nas nie czekał i nas nie zaczepiał. Tak oto po raz pierwszy sami musieliśmy zatroszczyć się o transport, aby dostać się do stolicy kraju, Antananarywy, nazywanej potocznie Taną. Malgasze, tak odmienni od mieszkańców Czarnego Lądu (pochodzą z Azji Południowo-Wschodniej, najprawdopodobniej z Borneo!), okazali się ludźmi nienarzucającymi się i nienachalnymi.

 FOT. OFFICE NATIONAL DU TOURISME DE MADAGASCAR Narażona na wyginięcie sifaka biała

 

Siła tabu

Po wielu perypetiach i potyczkach Beniowski zdobył zaufanie zarówno wodzów, jak i zwykłej malgaskiej ludności, mimo iż nazywał ciemnoskórych tubylców po prostu Murzynami i – oczywiście – trzymał w gotowości wojsko na wypadek niespodziewanego ataku z ich strony. Sukcesy hrabiego były podobno zasługą jego wyjątkowego stosunku do obcych. Podczas gdy za normę w tamtych czasach uchodziły gwałty na kobietach i plądrowanie zdobytych terenów, on sam sprzeciwiał się tego typu zachowaniom. Potępiał też fady (fadi), czyli madagaskarskie zakazy kulturowe. Chociaż tabu, pełniące funkcję scalania danej społeczności, obecne są w każdej kulturze, nawet w cywilizacji Zachodu, w niektórych grupach społecznych pociągają za sobą drastyczne konsekwencje. W czasach Beniowskiego dziecko, które urodziło się w zakazane dni, Malgasze bez skrupułów zabijali. Taki sam los spotykał kalekie maluchy. Hrabia przerażony tymi praktykami próbował ratować bezbronne ofiary. Przekonywał wodzów, aby zabronili uśmiercania dzieci.

Fady ma też wpływ na przyrodę na Madagaskarze. Żyje tu m.in. aj-aj, palczak madagaskarski – malutka małpiatka ze środkowym palcem znacznie cieńszym i dłuższym od pozostałych, zakończonym pazurem do wygrzebywania owadów z bambusowych pni, oraz zielonymi oczami świecącymi w ciemności. Uważa się go za jedno z najbrzydszych zwierząt świata. Malgasze wierzą, że gdy skieruje na człowieka swój spiczasty palec, ten wkrótce umrze. Dlatego populacja palczaków madagaskarskich znacznie zmalała. Inne tabu dla odmiany pomaga chronić małpiatki sifaki białe. Otóż miejscowi uznają je za duchy przodków, którzy uwięzieni w gęstwinie drzew zaginęli w lesie podczas polowania.

 

Kameleon i wiosło   

Przez trzy długie i wyczerpujące dni płynęliśmy pirogą z tubylcami płytką rzeką Tsiribihina. Na jej brzegach z rzadka leniwie wygrzewały się krokodyle, czasem spotykaliśmy rybaków zarzucających ogromne sieci albo płoszących ryby kijami. Najczęściej jednak, gdy znużeni powtarzalnością ruchów i niesamowitym żarem wiosłowaliśmy już jedynie z przyzwyczajenia, widzieliśmy tylko przelatujące ptaki i sunące po trawie stada zebu. Z tego dziwnego letargu wybudził nas kameleon. Był spory i z typową dla tych zwierząt niezdarnością wspinał się na przybrzeżne zakrzewienia. Chcieliśmy mu się przyjrzeć i zrobić zdjęcie, podpłynęliśmy więc bliżej. Kiedy znaleźliśmy się niedaleko niego, jeden z naszych wioślarzy o zaskakującym imieniu Bosko chwycił za wiosło i z determinacją próbował strącić jaszczurkę do wody. Okazało się, że te osobliwe gady, które najliczniej występują właśnie, o ironio, na Madagaskarze, podlegają tutaj fady. Widok żywego, a nawet martwego kameleona wróży śmierć kogoś z bliskich.

 

W rytmie „kilalaky”

Nie wiem, czy Beniowski uczestniczył w rozrywkach tubylców. W jego wspomnieniach nie ma na ten temat ani słowa. Nie wiadomo więc, co myślał o tradycyjnych tańcach i muzyce Madagaskaru. Ja tańczących Malgaszy zobaczyłam po raz pierwszy w pokoju hotelowym w telewizji. Znam gatunki arabskie, hinduskie i afrykańskie z różnych stron kontynentu. Malgaski styl na pierwszy rzut oka nie przypominał żadnego z nich. Na początku nawet trochę mnie śmieszył. Dziwne ruchy biodrami, mocno zmysłowe i przypominające akt płciowy to stały element wielu tańców afrykańskich i karaibskich, ale tutaj dochodziły jeszcze do nich niespotykane nigdzie indziej figury, a i sama aranżacja utworów była odmienna. To wszystko tworzyło mieszankę budzącą u mnie spore zaskoczenie, które powoli przeradzało się w fascynację. W pewnej małej wiosce zaczęłam nawet uczyć się malgaskiego kilalaky. Jednak radziłam sobie nie najlepiej. Co tu dużo mówić, szło mi źle, a miejscowi, patrząc na moje niezdarne próby opanowania kroków, wprost pękali ze śmiechu. Kilalaky, salegy, tsapiky – każdy tutejszy region posiada swój taniec, a także króla i królową zabawy, wokół których zbierają się pozostali. W tym kraju nie ma złych tancerzy: nieważne, ile masz lat, z jakiej klasy społecznej pochodzisz – jeśli jesteś Malgaszem, tańczysz świetnie już od urodzenia.

 

Duchy z malgaskiego lasu

Wybraliśmy się wreszcie również na kilkudniową wycieczkę do wielowiekowego lasu na terenie Parc National Ankarana (Parku Narodowego Ankarana) na północy wyspy. Przedzierając się przez gąszcz kilkusetletnich drzew, z rzadka słyszeliśmy jakieś odgłosy świadczące o tym, że okolicę zamieszkują żywe stworzenia. Tu i ówdzie odzywały się ptaki ukryte gdzieś wysoko w liściastych koronach, a w promieniach słońca z rzadka przebijających się przez leśną gęstwinę wygrzewały się jaszczurki. Widzieliśmy też zwiastujące śmierć kameleony. Po kilku godzinach męczącej wędrówki w końcu wyszliśmy na otwartą przestrzeń, ale nie była to – niestety – sawanna czy choćby wykarczowana polana. Aż po horyzont rozpościerały się dziwne, surrealistyczne formacje skalne po malgasku nazywane tsingy. Te szare wapienie tworzą niesamowity labirynt jaskiń, platform i słupów o ostrych jak brzytwa zakończeniach. Chodzenie po nich jest wyjątkowym przeżyciem. Mimo iż nie znajdowaliśmy się już wśród gęstych drzew, czuliśmy się jak zamknięci w gigantycznym pudle. Wszystkie dźwięki i nasze własne głosy docierały do nas przytłumione i wyraźnie zmienione, a od przerażającej ciszy dzwoniło nam w uszach. Sama myśl o tym, że mamy tutaj nocować, napawała mnie irracjonalnym lękiem. Nagle usłyszeliśmy niepokojący odgłos. Odruchowo wzdrygnęłam się i skuliłam w sobie. Gdy odwróciłam głowę, kątem oka zobaczyłam coś chowającego się za jedną ze skał. Był to lemur (po malgasku maki). Tuż za nim pojawili się jego towarzysze. Jak się okazało, grupa małpiatek podążała za nami od momentu naszego wejścia do lasu, co zauważył tylko wędrujący z nami Malgasz. Zwierzęta śledziły nas w nadziei na posilenie się resztkami naszego jedzenia. Gdy z niespotykaną zwinnością skakały z gałęzi na gałąź wysoko w koronach drzew, prawie nie mieliśmy szans ich dostrzec, a one mogły bez obaw obserwować nas z góry. Lemury nie posiadają naturalnych wrogów. Polują na nie jedynie… ludzie. To w Parku Narodowym Ankarana po raz pierwszy zobaczyliśmy pułapki na te małpiatki.

FOT. OFFICE NATIONAL DU TOURISME DE MADAGASCARWapienne tsingy w Parku Narodowym Tsingy de Bemaraha

Beniowski pewnie znacznie częściej widywał lemury niż my współcześnie. Większość swojego pobytu na wyspie spędził na wschodzie kraju, do dziś najbardziej niedostępnej części Madagaskaru. Tu też zresztą znajduje się tablica postawiona przez Słowaków w styczniu 2010 r. w pobliżu miejsca jego śmierci (niedaleko miejscowości Ambodirafia w prowincji Toamasina) oraz węgierski obelisk upamiętniający hrabiego (w mieście Maroantsetra nad zatoką Antongila). W deszczowych lasach półwyspu Masoala, stanowiących jeden z najbardziej różnorodnych gatunkowo obszarów na świecie, żyje obecnie ponad połowa (czyli ok. 30 gatunków) madagaskarskich małpiatek i wciąż odkrywa się nowe ich rodzaje. Jednak to również tutaj odbywa się masowa wycinka drzew i zabija się lemury (często z powodu głodu czy biedy).

 

Niech żyje król!

Pewna zaprzyjaźniona z Beniowskim niewolnica rozpowszechniła plotkę, że jest on potomkiem ostatniego ampansakebe – króla Madagaskaru. Ze względu na jego oddanie sprawom Malgaszy i pomoc w walce z ich odwiecznym wrogiem – wojowniczym plemieniem Seklawów (z zachodniej części wyspy), tubylcy uznali, że w czczym gadaniu musi być sporo prawdy. W taki oto sposób w 1776 r. Beniowski został ich władcą. Hrabia przyjął ten zaszczytny tytuł i z okazji swej koronacji rozkazał zabić 12 wołów i kupić 12 beczek wódki, które wystawił potem jako poczęstunek. Na samą ceremonię przybyła rekordowa liczba ludzi, a wodzowie padali poddańczo na kolana przed królem. Nurzano też szable we krwi woła, aby potem złożyć przysięgę na wierność. Nowy władca unowocześnił prawo, budował drogi, osiedla, podzielił kraj na gubernie, założył plantacje bawełny, tytoniu i trzciny cukrowej. Niestety, intrygi francuskie nie pozwoliły mu na długie i spokojne rządy. Już po kilku miesiącach od koronacji musiał udać się do Francji, żeby przedstawić swoje plany zarządzania wyspą, które nie spodobały się jednak jego zwierzchnikom. Na Madagaskar wrócił dopiero po kilku latach – w czerwcu 1785 r. Tam także zginął z rąk Francuzów w maju 1786 r.   

 

Francuzi i Nosy Be

Rocznie na wyspę przyjeżdża ok. 250 tys. turystów (dane z 2012 r.), z czego mniej więcej dwie trzecie stanowią Francuzi. Do tej dawnej kolonii francuskiej dla podróżników z Europy najtaniej jest się dostać właśnie z Paryża. Wiele miejscowych hotelików prowadzą obywatele Francji, a Republikę Madagaskaru łączą z tym krajem ważne stosunki gospodarcze.

Francuzi uważają te strony za miejsce, gdzie można zacząć wszystko od nowa. Przeciętna francuska emerytura wystarczy, żeby otworzyć skromny pensjonat albo biuro usług turystycznych. 60-letniego Antoine’a poznaliśmy na madagaskarskiej wysepce Nosy Be (o powierzchni 321 km²), gdzie prowadzi kursy nurkowe. Ma tu sporą posiadłość. Na Nosy Be dostaliśmy się naznaczonym upływem czasu promem wraz z żywym inwentarzem: kozami i drobiem. Po kilku godzinach bardzo powolnego rejsu z portu Anfiky koło miasta Ambanja dotarliśmy wreszcie do jej stolicy Hell-Ville (Andoany) – miasta ni to malgaskiego, ni europejskiego, które nie wzbudziło naszej sympatii. Było już jednak za późno, aby ruszać dalej, więc noc spędziliśmy w prywatnym domu, gdzie wieczorem odpoczywaliśmy na tarasie pod wiszącym nad naszymi głowami kapiącym praniem. Następnego dnia ruszyliśmy w kierunku mniejszych osad rozsianych wzdłuż oceanu. Po godzinie wkroczyliśmy do jednej z nich, zagubionej pośród plantacji jagodlinu wonnego (ylang-ylang), z którego kwiatów o słodkim zapachu wytwarza się olejek wykorzystywany do produkcji perfum wielu światowych marek. Z każdym kilometrem wybrzeże stawało się coraz bardziej dzikie, a bezludne, smagane wiatrem plaże piękniały w oczach. W tym uroczym rejonie wysepki postanowiliśmy się zatrzymać na dłużej. Kilka kolejnych beztroskich dni spędziliśmy na szukaniu krabów, pływaniu na rafie koralowej i podwodnych obserwacjach żółwi zielonych. Beniowski też dotarł na Nosy Be. Zostawił na niej po sobie pierwsze latarnie morskie, port, kanały spławne oraz drogi.

 

Druga strona medalu

W czasach Beniowskiego towar eksportowy wyspy stanowili niewolnicy i ryż. Obecnie dużym popytem cieszą się gatunki drewna z drzew tropikalnych, takie jak palisander, mahoń czy heban. Chińczycy upodobali sobie natomiast drzewo różane – posiadanie wyprodukowanego z niego serwisu obiadowego to marzenie niejednej chińskiej rodziny. Ostatnie lasy pierwotne na wschodzie kraju są zatem systematycznie niszczone. Ludzie penetrują puszczę i zbierają nie tylko sztuki przewrócone podczas częstych tutaj cyklonów. Z nielegalnego wyrębu żyje cała okolica. Przy okazji giną małpiatki, bo robotnicy muszą coś jeść. Lemur rudy czy lemur karłowaty znikają powoli z lasów na zawsze. Z kolei na zachodzie Madagaskaru w okolicy miasta Ilakaka od 1998 r., kiedy odkryto w tym rejonie szafiry, zaczęło się robić dość niebezpiecznie. Nie tylko turyści, lecz także Malgasze bywają nierzadko napadani przez sfrustrowanych poszukiwaczy kamieni, bo złoża są już mocno wyeksploatowane i o drogocenne znaleziska coraz trudniej. Nieopodal leży Parc National de l’Isalo (Park Narodowy Isalo). Odkąd pojawiło się przypuszczenie, że i tutaj mogą znajdować się szafiry, strażnicy parkowi przestali spać spokojnie.

To drugie, mroczniejsze oblicze urodziwego Madagaskaru my także mieliśmy okazję poznać. Dzień zapowiadał się piękny, więc wybraliśmy się taksówką do grot Sarondrano (Grottes de Sarondrano) koło miasta Toliara (Tuléar), w których podobno można nurkować i obejrzeć fantastyczne formacje skalne. Po drodze w jednej z niewielkich osad zatrzymali nas żandarmi. Rozmawiali z naszym kierowcą po malgasku, więc nic nie zrozumieliśmy. Gdy ruszyliśmy w dalszą drogę ślimaczym tempem (bo trzeba przyznać, że nasz wehikuł najlepsze lata miał już dawno za sobą) i z wolna przemierzaliśmy okolicę, podziwiając widoki przesuwające się za szybą, nasz kierowca ze stoickim spokojem oświadczył, że boi się jechać dalej. Żandarmi powiedzieli mu, że niedaleko zabito ich kolegę na służbie i skradziono mu broń, a bandytów do tej pory nie schwytano. Miny nam zrzedły, a cała radość z wyprawy wyparowała. Zdecydowaliśmy, że wracamy. W końcu urokliwych miejsc jest wokół dużo, a zdrowie i życie ma się jedno. Kierowca nie oddał nam – oczywiście – pieniędzy. To nie on chciał przecież zawrócić. On się tylko bał.

Jaki jest Madagaskar? Czy można w ogóle odpowiedzieć na tak zadane pytanie? Według mnie raczej nie. Warto natomiast zdawać sobie sprawę z tego, że to kraina, gdzie zabobony wciąż mieszają się ze współczesnym stylem życia, a dzikość stopniowo ustępuje miejsca materializmowi typowemu dla społeczeństwa konsumpcyjnego. Jedno wiem na pewno: gdy raz odwiedzi się ten niesamowity kraj, zawsze będzie się tęsknić za nim i za wszystkim, z czym się kojarzy: lemurami, baobabami, lokalnymi tańcami i zwykłym malgaskim życiem.        

Źródło: Pamiętniki Beniowskiego. Syberya, Daleki Wschód, Madagaskar, opracowała Zofia Bukowiecka, Warszawa 1909  

 

Artykuły wybrane losowo

Koleją przez Meksyk – ah, Chihuahua!

MAJA ZAWIERZENIEC

 

Kraj ten, należący do pierwszej dwudziestki największych państw świata, powszechnie kojarzy się z kukurydzą, tequilą i kulturą prekolumbijską. Turyści odwiedzają Meksyk, aby podziwiać zarówno dawną monumentalną architekturę, jak i przepiękną przyrodę. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, że można i warto zejść z utartych szlaków i spojrzeć na tę część Ameryki Łacińskiej z innej perspektywy. Wystarczy wykupić bilet na przejazd koleją z Chihuahua do Topolobampo, aby w trakcie takiej wycieczki odkrywać nieznane oblicza Meksyku stacja po stacji…

Więcej…

Bliższe spotkanie z Węgrami

ANNA BUTRYM

www.annabutrym.pl

 

<< Na pytanie, co szczególnie zachwyca mnie w Węgrzech, odpowiadam niezmiennie od lat: przyroda, zabytki i kuchnia. Wydaje się, że to klasyczna trójka, jednak my, Polacy, znamy smaki Włoch, krajobrazy Grecji i atrakcje Hiszpanii, a o skarbach kraju tak bliskich nam Madziarów nie wiemy zbyt wiele. Dlatego jeśli ktoś marzy o odwiedzeniu miejsca, gdzie odpocznie w otoczeniu natury, pozna inspirującą kulturę oraz rozsmakuje się w lokalnych daniach i wyśmienitym winie, a przede wszystkim spotka ludzi o sercach otwartych dla polskich braci, powinien już teraz zacząć planować niezapomnianą i pełną wspaniałych odkryć podróż do niespełna dziesięciomilionowej ojczyzny Węgrów. >>

 

Widok na most Łańcuchowy (Széchenyiego) z balkonu Pałacu Greshama w Budapeszcie

© MAGYAR TURISZTIKAI ÜGYNÖKSÉG

 

Ciepłe relacje między naszymi narodami nie są kwestią jedynie zgodności charakterów. Gdy w 1370 r. w katedrze wawelskiej koronowano na króla Polski władcę Węgier Ludwika I Wielkiego (znanego u nas jako Ludwika Węgierskiego), oba kraje złączone zostały unią personalną. I choć niewiele osób pamięta o tym fakcie, warto mieć świadomość, że losy Węgrów i Polaków przeplatały się w przeszłości wielokrotnie.

Od Budapesztu, jednej z najpiękniejszych stolic świata, której urokiem zachwycają się rzesze turystów, dzieli nas niespełna półtoragodzinny lot z Krakowa lub Warszawy. Czy trzeba lepszego pretekstu, aby zaplanować choćby weekendowy pobyt na gościnnych Węgrzech? Naszą przygodę zacznijmy zatem od samego Budapesztu, którym nie sposób się rozczarować.

 

ZACHWYCAJĄCY BUDAPESZT

Najważniejsze zabytki i atrakcje węgierskiej stolicy, podzielonej Dunajem na górzystą, spokojną Budę i płaski, rozrywkowy Peszt, znajdują się w centrum miasta, zwiedzać warto więc głównie na piechotę, żeby móc dobrze przyjrzeć się zbliżonej do wiedeńskiej architekturze. Na wznoszącą się nad rzeką sylwetkę Budy składa się przede wszystkim rozległe Wzgórze Zamkowe z urokliwymi kamieniczkami starówki, białą Basztą Rybacką (Halászbástya) i Kościołem Macieja (Mátyás-templom), krytym kolorową dachówką, a także Wzgórze Gellérta (Gellérthegy), skąd rozciąga się najpiękniejsza panorama miasta i słynnych mostów. Magicznie oświetlone centrum warto podziwiać również wieczorami, spacerując naddunajskim bulwarem lub delektując się węgierską kolacją przy świecach na pokładzie rejsowego statku.

Szczególne wrażenie po stronie peszteńskiej robi Parlament (Országház), należący do największych na świecie. Jego jasna sylwetka pojawia się na większości zdjęć ze stolicy. Na lewym brzegu Dunaju znajduje się także druga największa na naszym globie i największa w Europie synagoga, a obok niej bije turystyczne i rozrywkowe serce miasta – dzielnica klubów, pubów i restauracji. Trzecia ikona Pesztu to Bazylika św. Stefana (Szent István-bazilika), wyznaczająca maksymalną wysokość budynków w centrum – Budapeszt zaskakuje brakiem drapaczy chmur i uporządkowaną zabudową. Jednak i po stronie peszteńskiej można podziwiać panoramę stolicy, np. z wieży bazyliki, licznych sky-barów czy wagonika BudapestEye.

Peszt słynie też z popularnych ulic. Równoległa do Dunaju Váci (Váci utca) jest ponad kilometrowym, turystycznym deptakiem, kuszącym tysiącami mniej lub bardziej oryginalnych pamiątek i przysmaków. Prawdziwą perełkę stanowi długa aleja Andrássyego (Andrássy út), wiodąca do placu Bohaterów (Hősök tere) i Lasku Miejskiego (Városliget), pełnego atrakcji dla całej rodziny. Do tych dwóch miejsc warto jednak podjechać najstarszym metrem na kontynencie, które zachowało swój urok sprzed ponad 120 lat.

Po intensywnym dniu można odpocząć na Wyspie Małgorzaty (Margitsziget) – to prawdziwa oaza zieleni pośrodku Dunaju, idealna na piknik, z przyciągającą turystów grającą fontanną. Słodkiemu lenistwu oddamy się też w zabytkowych kąpieliskach (Széchenyi gyógyfürdő, Gellért gyógyfürdő, Király gyógyfürdő). Z całą rodziną warto udać się do jednego z największych krytych parków wodnych w Europie, należącego do nowoczesnego kompleksu Aquaworld Resort Budapest, gdzie czeka na nas 19 basenów i 11 zjeżdżalni. Gdy dzieci będą szaleć w wodzie, dorośli mogą skorzystać z luksusowego, trzypoziomowego Oriental Spa. Chwila odpoczynku przyda się z pewnością przed odkrywaniem kolejnych atrakcji Węgier.

 

Pięknie oświetlone Zamek Budański na Wzgórzu Zamkowym i most Łańcuchowy

© MAGYAR TURISZTIKAI ÜGYNÖKSÉG

 

WAKACJE MARZEŃ

Jest coś, czego Węgrzy zazdroszczą Polakom – to dostęp do morza. Nie wiem jednak, czy w referendum nie oddalibyśmy im chłodnego i kapryśnego Bałtyku za największe (ok. 600 km² powierzchni) jezioro Europy Środkowej: ciepły, czysty i szmaragdowy Balaton, cel letnich wycieczek Madziarów, nazywany przez nich samych węgierskim morzem. Gdy w dodatku weźmiemy pod uwagę, że średnia temperatura wody w lecie wynosi w nim 23°C, a pod względem liczby słonecznych godzin ten region nie ustępuje Riwierze Francuskiej, to wakacje na Węgrzech zaczynają plasować się na szczycie podróżniczej listy marzeń. Co więcej, niejednokrotnie znajdziemy w tym rejonie oferty pobytu korzystniejsze cenowo niż w przypadku polskiego wybrzeża czy pojezierzy.

Zróżnicowana głębokość Balatonu sprawia, że panują tu idealne warunki zarówno dla miłośników sportów wodnych, żeglarzy czy wędkarzy, jak i rodzin z dziećmi (w południowej części płycizna sięga nawet 300 m w głąb jeziora). Pomysłów na spędzenie niezapomnianych, spokojnych lub szalonych wakacji w tej okolicy jest tak wiele, że nigdy nie potrafię polecić konkretnej miejscowości. Jezioro okala cały łańcuch miast i miasteczek, w których znajdziemy mnóstwo zróżnicowanych atrakcji, kilka perełek postaram się jednak wyłowić.

Nad Balatonem koniecznie trzeba skosztować miejscowej zupy rybnej (halászlé), bo przepis na ten niekwestionowany symbol madziarskiej kuchni różni się w zależności od regionu. Na deser proponuję zjeść „łabędzia” (hattyú). Pod tą nazwą kryje się rodzaj pączka o kształcie tych powszechnie zdobiących jezioro ptaków, których karmienie staje się niemal codziennym rytuałem dla wielu rodzin podczas długich, relaksujących spacerów.

 

Dzieje neobarokowego pałacu Festeticsów w Keszthely nad Balatonem sięgają 1745 r.

© MAGYAR TURISZTIKAI ÜGYNÖKSÉG

 

MORZE ATRAKCJI

Szczególnie wartym uwagi rejonem w tych stronach jest zachodnia część Balatonu, gdzie znajduje się choćby słynne Keszthely, nierozerwalnie związane z dziedzictwem jednego z najznamienitszych węgierskich rodów arystokratycznych – rodziną Festeticsów. Nieprzypadkowo jego miasto partnerskie stanowi m.in. Łańcut, także słynący z wyjątkowej rezydencji magnackiej i angielskiego parku. Neobarokowy pałac w Keszthely (Festetics-kastély), w którym mieści się dziś muzeum (Helikon Kastélymúzeum) i zachowała się niespotykana w skali kraju biblioteka, to najczęściej odwiedzany tego typu obiekt na Węgrzech. W tutejszym mauzoleum znajdziemy kolejny akcent polski: spoczywają w nim szczątki arystokratki z Polski, Marii von Haugwitz (1900–1972), matki jednego z ostatnich żyjących potomków Festeticsów. W całym mieście i okolicy istnieje niewiele takich zabytków czy miejsc, których powstania nie zainicjowałby słynny magnacki ród. Na terenie pałacowego parku rozpoczyna się również trasa kulturalno-historycznego spaceru, prezentującego losy i spuściznę ośmiu pokoleń rodziny Festeticsów, wiodąca przez Keszthely i nad brzeg Balatonu. W jego trakcie mamy możliwość podążać śladami, jakie zostawili po sobie członkowie rodu, poznać historię ich życia i dowiedzieć się, jak znaczącą rolę odgrywali na Węgrzech. Nie brakuje opowieści o wspaniałych ślubach, znamienitych gościach, wspieraniu nauki czy magnackich rozrywkach.

W Keszthely nie ma czasu na nudę. Po zwiedzeniu pałacu i przygotowanych przez Muzeum Pałacowe Helikon (Helikon Kastélymúzeum) ekspozycji – wystawy powozów (hintókiállítás), wystawy myśliwskiej (vadászati kiállítás) i wystawy historycznych modeli kolejek (történelmi modellvasút kiállítás) – oraz odnowionego zaledwie kilka lat temu historycznego centrum czeka na nas ogrom fascynujących muzeów: Cadillaca (Cadillac Múzeum), Zabawek (Játékmúzeum), Marcepana (Marcipán Múzeum), Tortur (Horrorárium és Kínzó múzeum), Nostalgii i Kiczu (Nosztalgia Múzeum – Látványtár és giccs múzeum), Lalek i Strojów Ludowych (NépviseletesBabamúzeum), Radia i Telewizji (Rádió és Televízió Múzeum). Są tu również panoptika: historyczne i erotyczne oraz wyjątkowa w skali światowej makieta budapeszteńskiego Parlamentu, budowana przez 14 lat z 4,5 mln ślimaczych muszli (Csigaparlament).

W samym Keszthely i jego sąsiedztwie nie tylko przeniesiemy się do przeszłości, ale także wypoczniemy aktywnie na wysokim poziomie. I to dosłownie, bo tutejsze gęsto zalesione pogórze usiane jest licznymi wieżami obserwacyjnymi, z których podziwiać można piękno całej okolicy. Dobrze oznakowane szlaki wiodą od jednego punktu widokowego do drugiego – w trakcie takiej wyprawy koniecznie trzeba wejść na wieżę noszącą znane nam już nazwisko Festeticsów, z której rozpościera się wspaniała panorama balatońskiej zatoki. Warto odszukać również punkt Szép-kilátó. Przymiotnik „piękny” (szép) w swojej nazwie zawdzięcza on rozciągającemu się stąd zachwycającemu widokowi, stanowiącemu natchnienie dla niejednego poety i malarza.

 

WERSJA MINI

Z ogromnym Balatonem sąsiaduje jego miniatura, czyli Mały Balaton (Kis-Balaton), którego obszar w większości został objęty ochroną, głównie ze względu na występujące tu ptactwo. W okolicy jeziora zobaczymy całoroczną stację obrączkowania, ptasią klinikę oraz unikatowe zbiory gniazd i jajek. Ze ścieżek edukacyjnych i punktów widokowych można obserwować nie tylko ptaki, ale też wiele innych gatunków zwierząt, zamieszkujących okoliczne dziewicze lasy.

Mały Balaton nie byłby jednak prawdziwie węgierski, gdyby w jego rejonie nie znajdowały się gorące źródła. W niedalekim miasteczku Zalakaros działa kompleks basenów z wodami termalnymi o wyjątkowym na skalę europejską składzie i właściwościach leczniczych. To znakomite miejsce dla całej rodziny – czekają w nim zarówno atrakcje dla maluchów, jacuzzi dla marzących o relaksie dorosłych, jak i zjeżdżalnie (Magic Tunnel, Rafting-Inga, Ufo, Kamikaze i Turbo), które powinny zadowolić nawet najbardziej wybrednych miłośników wrażeń podnoszących poziom adrenaliny.

 

WIZYTA W JASKINIACH

Na stosunkowo niewielkich Węgrzech istnieje tak dużo możliwości zrelaksowania się w ciepłych bądź zimnych wodach, że jeśli wpiszemy w wyszukiwarkę hasło „Tapolca” i „jaskinie”, to na liście wyników znajdziemy dwa różne miejsca: termalne baseny w grotach w Miszkolcu (Miskolc-Tapolca) oraz nadbalatońskie miasteczko Tapolca, idealne na niezapomniany odpoczynek. W tym drugim można nie tylko skorzystać z kąpieli w gorących źródłach, ale również przeżyć wyjątkową przygodę – wyprawę łódką po podziemnym jeziorze, położonym w rozciągającym się pod miejską zabudową systemie jaskiń. Towarzysząca tej atrakcji wystawa pozwala lepiej poznać tajemnice tego ukrytego świata. Dzień spędzony w Tapolcy warto zwieńczyć lampką regionalnego wina w jednej z piwniczek ulokowanych pod domami w centrum miasta.

 

ZAPACH LAWENDY

Miejscem, gdzie powracam podczas każdej, nawet najkrótszej wycieczki nad Balaton, jest miasteczko Tihany, nieodłącznie związane z dwoma symbolami regionu – górującym nad okolicą opactwem benedyktynów i polami lawendy. Miejscowość zachwyca imponującym widokiem na jezioro, które stąd rzeczywiście wygląda jak morze. Tihany kusi echem odbijającym się od murów klasztoru, wiankami papryczek, oryginalną ceramiką, bogactwem obłędnie pachnących produktów z lawendą i warzonym przez zakonników lawendowym piwem.


RAJ DLA ROWERZYSTÓW

Balaton powinien koniecznie znaleźć się na liście marzeń rowerzystów. Całe jezioro okala świetnie przygotowana i chwalona przez cyklistów trasa, ciągnąca się przez ok. 200 km. Wycieczkę wokół Balatonu można rozszerzyć o wyprawy po okolicznych winnicach (należących m.in. do słynnego obszaru winiarskiego Badacsony, porównywanego przez wielu do Toskanii) i na liczne festiwale.

Dla tych, którzy wolą mniej intensywne przejażdżki, w zachodnim regionie balatońskim przygotowano wyjątkową w skali kraju ofertę. W biurach informacji turystycznej (Tourinform) można wypożyczyć rower, który po zwiedzaniu miasta lub okolicy oddaje się w tym samym lub kolejnym punkcie informacyjnym. Stacje rozmieszczono w atrakcyjnych dla turystów lokalizacjach, punkty serwisowe zorganizowano w przyjaznych cyklistom miejscach, takich jak restauracje czy pensjonaty, stworzono 12 oznaczonych szlaków, udostępniono darmowe mapy i specjalną infolinię telefoniczną, postawiono tablice informacyjne oraz zadbano o schronienie w razie deszczu. Dzięki takim udogodnieniom aż trudno nie skusić się na aktywne spędzanie czasu i odkrywanie nadbalatońskich krajobrazów na dwóch kółkach. Warto więc zostawić samochód i wyruszyć rowerem na wyprawę od plaży do plaży i od muzeum do muzeum, w okolicy wielkiego Balatonu i jego miniatury, Małego Balatonu.

 

WYJĄTKOWA ATRAKCJA

Wspomniana trasa dla rowerzystów zawiedzie nas także do Hévíz, położonego zaledwie kilka kilometrów od wspaniałego Keszthely i również związanego z Festeticsami. Miasteczko słynie jednak przede wszystkim ze stworzonej przez naturę wyjątkowej atrakcji, przyciągającej rocznie milion gości z 42 krajów, czyli największego na świecie dostępnego dla kąpielowiczów naturalnego jeziora termalnego o powierzchni 4,44 ha. Można z niego korzystać o każdej porze roku: zimą temperatura wody wynosi ok. 24°C, a latem dochodzi nawet do 38°C.

Nie wszyscy lubią kąpiel w jeziorze z powodu powolnej wymiany wody. Hévíz to jednak nie dotyczy, ponieważ ciągłe wirowanie w zbiorniku zapewnia całkowitą jej wymianę co 72 godz. Dodatkowo nieustanne wzbijanie się ciepłej wody do góry daje przyjemne uczucie naturalnego masażu. Ze względu na sprzyjającą kąpielom temperaturę jeziora cieszy się ono popularnością przez cały rok. Niektórzy turyści chętniej ściągają tu w chłodniejsze miesiące, gdy kąpielisko spowijają obłoki pary, bo wdychanie unoszącego się nad taflą powietrza wypełnionego mikroelementami ma dobroczynny wpływ na organizm.

 

Hévíz, największe na świecie dostępne dla kąpielowiczów naturalne jezioro termalne

© HÉVÍZI TURISZTIKAI NONPROFIT KFT.

 

BŁOGI WYPOCZYNEK

Nad Hévíz w nie mniejszym stopniu przyciąga jego przepiękne położenie oraz fakt, że lecznicze kąpiele bierze się wśród kwiatów, a dokładniej – indyjskich czerwonych lilii wodnych. Warto jednak pamiętać, że to naturalny zbiornik, którego głębokość sięga 38 m i już nawet 2 m od brzegu woda potrafi nas zakryć po czubek głowy, dlatego ta atrakcja nie jest polecana dla dzieci. Rodzinom tę niedogodność wynagrodzi wizyta w kompleksie spa. Można w nim zrelaksować się w jacuzzi, oddać się w ręce jednego ze 100 masażystów, wyspecjalizowanych w technikach z całego świata, uprawiać sporty wodne czy skorzystać z oferty nowoczesnej strefy wellness, gdzie czekają kriokomory i zabiegi laserowe.

Wybór obiektów hotelowych odpowiednich na dłuższy odpoczynek jest naprawdę szeroki. W bazie noclegowej znajduje się ok. 10 tys. miejsc, które oferowane są zarówno przez pensjonaty, jak i 5-gwiazdkowe hotele. Po uzdrawiających ciało i duszę kąpielach w jeziorze (ze względu na temperaturę wody nie powinny przekraczać półtorej godziny w ciągu dnia) można przedłużyć chwile relaksu muzycznymi seansami w saunie, zajęciami jogi, wizytą w parku linowym, wycieczkami po okolicy (pieszymi, rowerowymi lub segwayem) czy nawet lotami balonem. Idealnym zwieńczeniem dnia będzie z pewnością typowo węgierska atrakcja, czyli degustacja win z całego kraju i samego regionu balatońskiego.

 

WIELOWIEKOWA TRADYCJA

Podczas poznawania uroków okolicy warto zainteresować się początkami uzdrowiska. Swój rozwój zawdzięcza ono hrabiemu Györgyowi Festeticsowi (1755–1819), który w 1795 r. rozpoczął jego budowę w oparciu o kuracyjne właściwości tego miejsca. Kąpielisko stopniowo zdobywało coraz większe uznanie, a wzrostowi popularności towarzyszyło ciągłe poszerzanie i uwspółcześnianie oferty leczniczej i wypoczynkowej, nierozłącznie związanej z największą tutejszą naturalną atrakcją, jaką jest jezioro termalne. Dziś Hévíz to współczesny, komfortowy kurort, w którym gdzieniegdzie znajdziemy jeszcze pamiątki z przeszłości. Niezmienna pozostała choćby część elementów architektonicznych uzdrowiska, jak strzegące wejścia dwa gryfy, wykonane na zlecenie rodziny Festeticsów. Jak głosi legenda, rzeźby przemówią, jeśli pomiędzy nimi przejdzie ktoś, kto nie przeżył miłosnej przygody podczas pobytu w tej miejscowości – to jednak, zdaniem miejscowych, nigdy jeszcze się nie zdarzyło.

 

CUDOWNA MOC

Z jeziorem związanych jest też kilka innych legend i podań o cudownych właściwościach lokalnych wód. Jedna z nich, pochodząca jeszcze z czasów rzymskich, głosi, że dające początek Hévíz źródło wytrysnęło dzięki modlitwie pewnej chrześcijanki, piastunki sparaliżowanego dziecka. Lecznicze wody uzdrowiły chłopca – był nim sam Teodozjusz I Wielki (347–395), ostatni władca wschodniej i zachodniej części cesarstwa rzymskiego, który uczynił chrześcijaństwo religią państwową. Wiele innych podań, zarówno z czasów starożytnych, jak i średniowiecznych, przywołuje kolejne przykłady uzdrawiających i odmładzających mocy jeziora. Nieustannie narzekająca na reumatyzm żona rzymskiego skryby Dubiusa pozbyła się nie tylko tej dolegliwości, ale i innych oznak upływającego czasu dzięki kąpieli w Hévíz, do której namówił ją mąż, obserwujący wcześniej na spacerach, jak okoliczne zwierzęta leczą obolałe kończyny w charakterystycznie pachnącej wodzie. Kilkanaście wieków później zastępca kapitana na zamku Pápa usłyszał od Cyganki, że bitwę z Turkami wygra tylko wtedy, jeśli uprzednio wykąpie się w niezwykłym jeziorze. Péter Huszár poszedł za radą kobiety i rzeczywiście pokonał niełatwego przeciwnika. Cudowne właściwości tutejszych wód uratowały też małżeństwo sparaliżowanej od pasa w dół Kláry Pethő i Sándora Reziego. Im również z pomocą przyszła pewna Cyganka, doradzając młodej mężatce częste kąpiele w jeziorze, dzięki którym dziewczyna całkowicie ozdrowiała.

RELAKS W TERMACH

Nieustającą popularnością wśród Polaków cieszy się od wielu lat słynne uzdrowisko Hajdúszoboszló. Ja jednak uważam, że warto wciąż odkrywać inne, nie mniej atrakcyjne węgierskie kurorty, takie jak choćby drugi największy w kraju kompleks basenów termalnych w miejscowości Bük. Jeśli ktoś chce z kolei połączyć odpoczynek w gorących źródłach, korzystanie z leczniczego wpływu uzyskanych z nich kryształków i zabawę w parku wodnym ze zwiedzaniem świetnie zachowanego średniowiecznego zamku, powinien koniecznie odwiedzić Sárvár.

 

TO NIE WSZYSTKO

Po spędzeniu kilku dni na podziwianiu zabytków stolicy i odwiedzinach w mniejszych miastach, relaksie w łaźniach termalnych i wypłynięciu na wody węgierskiego morza wydawać by się mogło, że poznaliśmy Węgry już dość dobrze. Nic bardziej mylnego – te doświadczenia odsłaniają zaledwie ułamek bogactwa, jakim wita nas kraj bratanków. Przyjrzyjmy się więc jeszcze kilku atrakcjom, choć zapewniam, że do ojczyzny Madziarów można powracać wiele razy i podczas każdej wizyty odkrywać kolejne powody do zachwytu i ponownego przyjazdu.

 

NIEZAPOMNIANE SMAKI

Magiczną siłę przyciągania ma w sobie chociażby węgierska kuchnia – nielekka, to prawda, bo wykorzystująca smalec i pełnotłustą śmietanę, za to pełna aromatycznej, słodkiej czerwonej papryki (pikantną każdy dodaje według swojego gustu) i dojrzewających w słońcu warzyw, najczęściej duszonych lub gotowanych, stawiająca na sycące potrawy i pyszne desery. Tradycyjna zupa gulaszowa (gulyásleves), pörkölt (nazywany w Polsce gulaszem) oraz dobrze nam znane leczo (lecsó) to zaledwie początek listy dań, których koniecznie trzeba spróbować. Nie należy jednak szukać tutaj placka po węgiersku, bo to nasz rodzimy wymysł – jeśli chcemy chwycić na szybko coś treściwego, powinniśmy sięgnąć po madziarski fast food, czyli langosza (lángos). Smakowity węgierski obiad warto zakończyć słodkimi naleśnikami à la Gundel, purée z kasztanów lub tortem Dobosa, a jeśli je się w biegu, można kupić kurtoszkołacza (kürtőskalács) – kominowe ciasto obtoczone w różnych posypkach.

 

WINO KRÓLÓW

Na liście największych skarbów Madziarów bogactwo kulinarnych tradycji ustępuje pierwszeństwa jedynie mnogości wspaniałych win, wytwarzanych z miłością w 22 regionach winiarskich dzięki sprzyjającemu klimatowi, odpowiednim glebom i dużemu nasłonecznieniu. Każdy z łatwością odnajdzie na Węgrzech swój ulubiony trunek, jednak prawdziwą perłą w koronie jest tokaj aszú (tokaji aszú). Jeżeli ktoś gustuje w mocnych alkoholach, powinien spróbować węgierskiej wódki na owocach – palinki – oraz Unicum, gorzkiego likieru ziołowego o magicznej mocy, który można pić i jako aperitif, i jako lekarstwo, gdy zje się zbyt wiele dokładek madziarskich przysmaków.

 

FASCYNUJĄCY BEZKRES

Wytrawny podróżnik sprytnie połączy rozsmakowywanie się w lokalnej kuchni z poznawaniem kolejnych atrakcji Węgier. W jego planach znajdzie się więc prawdopodobnie wycieczka do największego (zajmującego powierzchnię 82 tys. ha) i najstarszego w kraju (założonego w 1973 r.) Parku Narodowego Hortobágy (Hortobágyi Nemzeti Park). Można w nim podziwiać bezkresną równinę, zwaną pusztą, i przenieść się w czasie dzięki kultywowanym tu zwyczajom węgierskich pasterzy. Kto zawita do tej krainy, spotka madziarskich kowbojów, da się omamić fatamorganie, będzie miał szansę obserwować mnóstwo gatunków ptaków i zobaczy słynne węgierskie zwierzęta hodowlane, m.in. bydło węgierskie szare (magyar szürkemarha), długowłose świnie – mangalice – czy znane na całym świecie rasy psów, spośród których serca Polaków niejednokrotnie już podbił puli, czyli pokryty dredami pies mop.

 

MIASTA I GÓRY

Z regionu Hortobágy w kilka chwil można dotrzeć do Debreczyna (Debrecen), drugiego największego miasta Węgier, które już na początku zaskoczy nas niewielką liczbą mieszkańców (nieco ponad 200 tys.) w porównaniu do stolicy (niemal 2 mln ludzi). Kolejny urok tego kraju polega właśnie na tym, że znajduje się w nim dużo niewielkich miast i miasteczek. Segedyn (Szeged), Pecz (Pécs), Székesfehérvár, Veszprém, Eger, Vác, Szentendre czy Ostrzyhom (Esztergom) to tylko kilka miejsc idealnych dla tych, którzy cenią połączenie bogatej historii i spokojnej atmosfery niezatłoczonych miejscowości.

Jeśli jednak po płaskim i nizinnym krajobrazie puszty będziemy mieli ochotę na pewną odmianę, zawsze możemy wybrać się na wycieczkę do Wyszehradu (Visegrád). Z murów tutejszego zamku, który odegrał znaczącą rolę w dziejach Polski i Węgier, rozpościera się przepiękna panorama Zakola Dunaju (Dunakanyar). Ciekawą propozycją jest też trekking po paśmie Mátra lub Górach Bukowych. Choć nie są tak wysokie jak polskie (najwyższy szczyt Węgier – Kékes – wznosi się na 1014 m n.p.m.), potrafią zachwycić niejednego miłośnika górskich wędrówek.

 

NA POŻEGNANIE

Do domu warto zabrać ze sobą z Węgier takie przysmaki i pamiątki, które już za chwilę skłonią nas do planowania kolejnej wizyty w kraju Madziarów. Aromatyczne salami, butelka wspaniałego i niedrogiego wina, łagodna lub pikantna, ale zawsze soczyście czerwona papryka, fantazyjne marcepany, przepiękna porcelana z Herend, słynne na cały świat hafty z naddunajskiej Kalocsy czy bogracz (bogrács), kociołek do powieszenia nad ogniskiem, sprawią, że powracanie w te strony stanie się uzależnieniem i największą przyjemnością. Dlaczego jestem tego tak pewna? Bo moja miłość do węgierskiej kultury, kuchni i krajobrazów pozostaje głęboka i niezmienna od kilkunastu lat, a i tak każdego dnia przekonuję się, jak wiele mam jeszcze do odkrycia.

 

Wydanie Lato 2018

Przez Irlandię ze św. Patrykiem

JUSTYNA MAZUREK-SCHRAMM

                                                                                                               FOT. TOURISM IRELAND

<< W IV i V w., gdy w Hibernii (łacińska nazwa Irlandii) ludzie żyli głównie z rolnictwa, jej terytorium podzielone było na wiele małych królestw. Mimo iż Rzymianie podbili sąsiednią Brytanię, nigdy nie pokusili się, aby zająć ziemie po drugiej stronie dzisiejszego Morza Irlandzkiego. Dlatego bez problemu mogła się tu rozwijać kultura celtycka. To wtedy rozpoczęła się chrystianizacja tej krainy, a dawne tradycje w połączeniu z nową religią zapoczątkowały rozwój irlandzkiej sztuki i literatury. >>

Szmaragdowa wyspa należy obecnie do dwóch państw: Republiki Irlandii (Éire) oraz Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Te oddzielone od siebie granicą obszary łączy jednak nierozerwalnie wspólna historia, której częścią jest postać pewnego wczesnochrześcijańskiego duchownego...

Więcej…