JUSTYNA RYBAK

<< Gdy wyobrażamy sobie Madagaskar, częściej widzimy scenerię przygód nowojorskiego lwa Aleksa z popularnego filmu animowanego wytwórni DreamWorks niż czwartą co do wielkości wyspę na naszej planecie leżącą na Oceanie Indyjskim. Większość z nas raczej nie słyszała o tutejszych kopalniach szafirów, nielegalnym wyrębie lasów czy też zamachu stanu z 2009 r. Z drugiej strony Madagasikara, jak o swoim kraju mówią Malgasze, to kraina nie z tego świata, jedno z najwspanialszych miejsc na ziemi, w którym zakochałam się natychmiast, podobnie zresztą jak kilkaset lat temu Maurycy Beniowski, a później Arkady Fiedler. Tu wciąż jeszcze lemury beztrosko igrają w koronach drzew, drogi są nieprzejezdne po deszczach, a wiara w tabu miesza się z nowoczesnym stylem życia. >>     

 

Jest 14 luty 1774 r., gdy na Madagaskar przypływa 5 okrętów, a na jednym z nich hrabia Maurycy Beniowski (1746–1786) wraz z artylerią i zamiarem uczynienia z tego lądu kolonii francuskiej. Tak naprawdę nie wiadomo do końca, jak przyjęli go tubylcy. Biografowie twierdzą, że w swych pamiętnikach z podróży (skądinąd bardzo poczytnej za życia tego awanturnika i podróżnika książce) lubił on koloryzować i przesadzać. Z pewnością jednak przekonał do siebie przynajmniej część miejscowych, którzy stali się jego sprzymierzeńcami i zgodzili się na zajęcie ich ziem pod uprawę ryżu dla Francuzów.

Zanim jednak Maurycy Beniowski dopłynął do wyspy, przeżył sporo barwnych i ryzykownych przygód. Ten oryginał, który wciąż jeszcze inspiruje młodych ludzi do wypraw w nieznane, wcale nie był Polakiem z pochodzenia, choć uważał się za naszego rodaka, co podkreślał w swoim Pamiętniku, urodził się w miasteczku Vrbové położonym dziś na Słowacji, należącym wówczas do Królestwa Węgier. Obecnie wszystkie trzy narody uznają go za swojego. Za udział w konfederacji barskiej (1768–1772) hrabia został zesłany przez Rosjan na daleką Kamczatkę, ale ponieważ nie zamierzał poddać się karze, postanowił porwać statek i uciec wraz z innymi skazańcami. Zanim jednak osiągnął bezpieczne wody francuskie, musiał zmierzyć się jeszcze z buntem załogi, stoczyć wielotygodniową walkę z głodem, zimnem, a potem i z upałem. Jego czyny, jak na tamtą epokę, wydawały się nieprawdopodobnie zadziwiające, a sam Beniowski odznaczał się bardzo wyjątkową w tych czasach cechą: niespotykaną tolerancją wobec obcych kultur. 

 FOT. OFFICE NATIONAL DU TOURISME DE MADAGASCARTzw. Aleja Baobabów z baobabami Grandidiera koło Morondavy

 

Wyspa nieafrykańska

Na Madagaskar dotarłam latem. Nie płynęłam statkiem, ale – jak prawie wszyscy współcześni podróżnicy – przyleciałam samolotem. Już z lotu ptaka dostrzegłam wielkie piękno tej wyspy. Czerwona ziemia, poprzecinana pasmami górskimi, z wijącymi się dzikimi rzekami uchodzącymi wprost do Oceanu Indyjskiego lśniła w blasku poranka, a im bliżej celu podróży byliśmy, tym większe czuliśmy podniecenie, które tuż po wylądowaniu przeszło w zdziwienie. Na lotnisku zastaliśmy… całkowity spokój. Gdzie podziali się chciwi taksówkarze, napastliwi właściciele pokoi do wynajęcia czy jakże powszechni w całej Azji i Afryce naganiacze hotelowi?! Nikt na nas nie czekał i nas nie zaczepiał. Tak oto po raz pierwszy sami musieliśmy zatroszczyć się o transport, aby dostać się do stolicy kraju, Antananarywy, nazywanej potocznie Taną. Malgasze, tak odmienni od mieszkańców Czarnego Lądu (pochodzą z Azji Południowo-Wschodniej, najprawdopodobniej z Borneo!), okazali się ludźmi nienarzucającymi się i nienachalnymi.

 FOT. OFFICE NATIONAL DU TOURISME DE MADAGASCAR Narażona na wyginięcie sifaka biała

 

Siła tabu

Po wielu perypetiach i potyczkach Beniowski zdobył zaufanie zarówno wodzów, jak i zwykłej malgaskiej ludności, mimo iż nazywał ciemnoskórych tubylców po prostu Murzynami i – oczywiście – trzymał w gotowości wojsko na wypadek niespodziewanego ataku z ich strony. Sukcesy hrabiego były podobno zasługą jego wyjątkowego stosunku do obcych. Podczas gdy za normę w tamtych czasach uchodziły gwałty na kobietach i plądrowanie zdobytych terenów, on sam sprzeciwiał się tego typu zachowaniom. Potępiał też fady (fadi), czyli madagaskarskie zakazy kulturowe. Chociaż tabu, pełniące funkcję scalania danej społeczności, obecne są w każdej kulturze, nawet w cywilizacji Zachodu, w niektórych grupach społecznych pociągają za sobą drastyczne konsekwencje. W czasach Beniowskiego dziecko, które urodziło się w zakazane dni, Malgasze bez skrupułów zabijali. Taki sam los spotykał kalekie maluchy. Hrabia przerażony tymi praktykami próbował ratować bezbronne ofiary. Przekonywał wodzów, aby zabronili uśmiercania dzieci.

Fady ma też wpływ na przyrodę na Madagaskarze. Żyje tu m.in. aj-aj, palczak madagaskarski – malutka małpiatka ze środkowym palcem znacznie cieńszym i dłuższym od pozostałych, zakończonym pazurem do wygrzebywania owadów z bambusowych pni, oraz zielonymi oczami świecącymi w ciemności. Uważa się go za jedno z najbrzydszych zwierząt świata. Malgasze wierzą, że gdy skieruje na człowieka swój spiczasty palec, ten wkrótce umrze. Dlatego populacja palczaków madagaskarskich znacznie zmalała. Inne tabu dla odmiany pomaga chronić małpiatki sifaki białe. Otóż miejscowi uznają je za duchy przodków, którzy uwięzieni w gęstwinie drzew zaginęli w lesie podczas polowania.

 

Kameleon i wiosło   

Przez trzy długie i wyczerpujące dni płynęliśmy pirogą z tubylcami płytką rzeką Tsiribihina. Na jej brzegach z rzadka leniwie wygrzewały się krokodyle, czasem spotykaliśmy rybaków zarzucających ogromne sieci albo płoszących ryby kijami. Najczęściej jednak, gdy znużeni powtarzalnością ruchów i niesamowitym żarem wiosłowaliśmy już jedynie z przyzwyczajenia, widzieliśmy tylko przelatujące ptaki i sunące po trawie stada zebu. Z tego dziwnego letargu wybudził nas kameleon. Był spory i z typową dla tych zwierząt niezdarnością wspinał się na przybrzeżne zakrzewienia. Chcieliśmy mu się przyjrzeć i zrobić zdjęcie, podpłynęliśmy więc bliżej. Kiedy znaleźliśmy się niedaleko niego, jeden z naszych wioślarzy o zaskakującym imieniu Bosko chwycił za wiosło i z determinacją próbował strącić jaszczurkę do wody. Okazało się, że te osobliwe gady, które najliczniej występują właśnie, o ironio, na Madagaskarze, podlegają tutaj fady. Widok żywego, a nawet martwego kameleona wróży śmierć kogoś z bliskich.

 

W rytmie „kilalaky”

Nie wiem, czy Beniowski uczestniczył w rozrywkach tubylców. W jego wspomnieniach nie ma na ten temat ani słowa. Nie wiadomo więc, co myślał o tradycyjnych tańcach i muzyce Madagaskaru. Ja tańczących Malgaszy zobaczyłam po raz pierwszy w pokoju hotelowym w telewizji. Znam gatunki arabskie, hinduskie i afrykańskie z różnych stron kontynentu. Malgaski styl na pierwszy rzut oka nie przypominał żadnego z nich. Na początku nawet trochę mnie śmieszył. Dziwne ruchy biodrami, mocno zmysłowe i przypominające akt płciowy to stały element wielu tańców afrykańskich i karaibskich, ale tutaj dochodziły jeszcze do nich niespotykane nigdzie indziej figury, a i sama aranżacja utworów była odmienna. To wszystko tworzyło mieszankę budzącą u mnie spore zaskoczenie, które powoli przeradzało się w fascynację. W pewnej małej wiosce zaczęłam nawet uczyć się malgaskiego kilalaky. Jednak radziłam sobie nie najlepiej. Co tu dużo mówić, szło mi źle, a miejscowi, patrząc na moje niezdarne próby opanowania kroków, wprost pękali ze śmiechu. Kilalaky, salegy, tsapiky – każdy tutejszy region posiada swój taniec, a także króla i królową zabawy, wokół których zbierają się pozostali. W tym kraju nie ma złych tancerzy: nieważne, ile masz lat, z jakiej klasy społecznej pochodzisz – jeśli jesteś Malgaszem, tańczysz świetnie już od urodzenia.

 

Duchy z malgaskiego lasu

Wybraliśmy się wreszcie również na kilkudniową wycieczkę do wielowiekowego lasu na terenie Parc National Ankarana (Parku Narodowego Ankarana) na północy wyspy. Przedzierając się przez gąszcz kilkusetletnich drzew, z rzadka słyszeliśmy jakieś odgłosy świadczące o tym, że okolicę zamieszkują żywe stworzenia. Tu i ówdzie odzywały się ptaki ukryte gdzieś wysoko w liściastych koronach, a w promieniach słońca z rzadka przebijających się przez leśną gęstwinę wygrzewały się jaszczurki. Widzieliśmy też zwiastujące śmierć kameleony. Po kilku godzinach męczącej wędrówki w końcu wyszliśmy na otwartą przestrzeń, ale nie była to – niestety – sawanna czy choćby wykarczowana polana. Aż po horyzont rozpościerały się dziwne, surrealistyczne formacje skalne po malgasku nazywane tsingy. Te szare wapienie tworzą niesamowity labirynt jaskiń, platform i słupów o ostrych jak brzytwa zakończeniach. Chodzenie po nich jest wyjątkowym przeżyciem. Mimo iż nie znajdowaliśmy się już wśród gęstych drzew, czuliśmy się jak zamknięci w gigantycznym pudle. Wszystkie dźwięki i nasze własne głosy docierały do nas przytłumione i wyraźnie zmienione, a od przerażającej ciszy dzwoniło nam w uszach. Sama myśl o tym, że mamy tutaj nocować, napawała mnie irracjonalnym lękiem. Nagle usłyszeliśmy niepokojący odgłos. Odruchowo wzdrygnęłam się i skuliłam w sobie. Gdy odwróciłam głowę, kątem oka zobaczyłam coś chowającego się za jedną ze skał. Był to lemur (po malgasku maki). Tuż za nim pojawili się jego towarzysze. Jak się okazało, grupa małpiatek podążała za nami od momentu naszego wejścia do lasu, co zauważył tylko wędrujący z nami Malgasz. Zwierzęta śledziły nas w nadziei na posilenie się resztkami naszego jedzenia. Gdy z niespotykaną zwinnością skakały z gałęzi na gałąź wysoko w koronach drzew, prawie nie mieliśmy szans ich dostrzec, a one mogły bez obaw obserwować nas z góry. Lemury nie posiadają naturalnych wrogów. Polują na nie jedynie… ludzie. To w Parku Narodowym Ankarana po raz pierwszy zobaczyliśmy pułapki na te małpiatki.

FOT. OFFICE NATIONAL DU TOURISME DE MADAGASCARWapienne tsingy w Parku Narodowym Tsingy de Bemaraha

Beniowski pewnie znacznie częściej widywał lemury niż my współcześnie. Większość swojego pobytu na wyspie spędził na wschodzie kraju, do dziś najbardziej niedostępnej części Madagaskaru. Tu też zresztą znajduje się tablica postawiona przez Słowaków w styczniu 2010 r. w pobliżu miejsca jego śmierci (niedaleko miejscowości Ambodirafia w prowincji Toamasina) oraz węgierski obelisk upamiętniający hrabiego (w mieście Maroantsetra nad zatoką Antongila). W deszczowych lasach półwyspu Masoala, stanowiących jeden z najbardziej różnorodnych gatunkowo obszarów na świecie, żyje obecnie ponad połowa (czyli ok. 30 gatunków) madagaskarskich małpiatek i wciąż odkrywa się nowe ich rodzaje. Jednak to również tutaj odbywa się masowa wycinka drzew i zabija się lemury (często z powodu głodu czy biedy).

 

Niech żyje król!

Pewna zaprzyjaźniona z Beniowskim niewolnica rozpowszechniła plotkę, że jest on potomkiem ostatniego ampansakebe – króla Madagaskaru. Ze względu na jego oddanie sprawom Malgaszy i pomoc w walce z ich odwiecznym wrogiem – wojowniczym plemieniem Seklawów (z zachodniej części wyspy), tubylcy uznali, że w czczym gadaniu musi być sporo prawdy. W taki oto sposób w 1776 r. Beniowski został ich władcą. Hrabia przyjął ten zaszczytny tytuł i z okazji swej koronacji rozkazał zabić 12 wołów i kupić 12 beczek wódki, które wystawił potem jako poczęstunek. Na samą ceremonię przybyła rekordowa liczba ludzi, a wodzowie padali poddańczo na kolana przed królem. Nurzano też szable we krwi woła, aby potem złożyć przysięgę na wierność. Nowy władca unowocześnił prawo, budował drogi, osiedla, podzielił kraj na gubernie, założył plantacje bawełny, tytoniu i trzciny cukrowej. Niestety, intrygi francuskie nie pozwoliły mu na długie i spokojne rządy. Już po kilku miesiącach od koronacji musiał udać się do Francji, żeby przedstawić swoje plany zarządzania wyspą, które nie spodobały się jednak jego zwierzchnikom. Na Madagaskar wrócił dopiero po kilku latach – w czerwcu 1785 r. Tam także zginął z rąk Francuzów w maju 1786 r.   

 

Francuzi i Nosy Be

Rocznie na wyspę przyjeżdża ok. 250 tys. turystów (dane z 2012 r.), z czego mniej więcej dwie trzecie stanowią Francuzi. Do tej dawnej kolonii francuskiej dla podróżników z Europy najtaniej jest się dostać właśnie z Paryża. Wiele miejscowych hotelików prowadzą obywatele Francji, a Republikę Madagaskaru łączą z tym krajem ważne stosunki gospodarcze.

Francuzi uważają te strony za miejsce, gdzie można zacząć wszystko od nowa. Przeciętna francuska emerytura wystarczy, żeby otworzyć skromny pensjonat albo biuro usług turystycznych. 60-letniego Antoine’a poznaliśmy na madagaskarskiej wysepce Nosy Be (o powierzchni 321 km²), gdzie prowadzi kursy nurkowe. Ma tu sporą posiadłość. Na Nosy Be dostaliśmy się naznaczonym upływem czasu promem wraz z żywym inwentarzem: kozami i drobiem. Po kilku godzinach bardzo powolnego rejsu z portu Anfiky koło miasta Ambanja dotarliśmy wreszcie do jej stolicy Hell-Ville (Andoany) – miasta ni to malgaskiego, ni europejskiego, które nie wzbudziło naszej sympatii. Było już jednak za późno, aby ruszać dalej, więc noc spędziliśmy w prywatnym domu, gdzie wieczorem odpoczywaliśmy na tarasie pod wiszącym nad naszymi głowami kapiącym praniem. Następnego dnia ruszyliśmy w kierunku mniejszych osad rozsianych wzdłuż oceanu. Po godzinie wkroczyliśmy do jednej z nich, zagubionej pośród plantacji jagodlinu wonnego (ylang-ylang), z którego kwiatów o słodkim zapachu wytwarza się olejek wykorzystywany do produkcji perfum wielu światowych marek. Z każdym kilometrem wybrzeże stawało się coraz bardziej dzikie, a bezludne, smagane wiatrem plaże piękniały w oczach. W tym uroczym rejonie wysepki postanowiliśmy się zatrzymać na dłużej. Kilka kolejnych beztroskich dni spędziliśmy na szukaniu krabów, pływaniu na rafie koralowej i podwodnych obserwacjach żółwi zielonych. Beniowski też dotarł na Nosy Be. Zostawił na niej po sobie pierwsze latarnie morskie, port, kanały spławne oraz drogi.

 

Druga strona medalu

W czasach Beniowskiego towar eksportowy wyspy stanowili niewolnicy i ryż. Obecnie dużym popytem cieszą się gatunki drewna z drzew tropikalnych, takie jak palisander, mahoń czy heban. Chińczycy upodobali sobie natomiast drzewo różane – posiadanie wyprodukowanego z niego serwisu obiadowego to marzenie niejednej chińskiej rodziny. Ostatnie lasy pierwotne na wschodzie kraju są zatem systematycznie niszczone. Ludzie penetrują puszczę i zbierają nie tylko sztuki przewrócone podczas częstych tutaj cyklonów. Z nielegalnego wyrębu żyje cała okolica. Przy okazji giną małpiatki, bo robotnicy muszą coś jeść. Lemur rudy czy lemur karłowaty znikają powoli z lasów na zawsze. Z kolei na zachodzie Madagaskaru w okolicy miasta Ilakaka od 1998 r., kiedy odkryto w tym rejonie szafiry, zaczęło się robić dość niebezpiecznie. Nie tylko turyści, lecz także Malgasze bywają nierzadko napadani przez sfrustrowanych poszukiwaczy kamieni, bo złoża są już mocno wyeksploatowane i o drogocenne znaleziska coraz trudniej. Nieopodal leży Parc National de l’Isalo (Park Narodowy Isalo). Odkąd pojawiło się przypuszczenie, że i tutaj mogą znajdować się szafiry, strażnicy parkowi przestali spać spokojnie.

To drugie, mroczniejsze oblicze urodziwego Madagaskaru my także mieliśmy okazję poznać. Dzień zapowiadał się piękny, więc wybraliśmy się taksówką do grot Sarondrano (Grottes de Sarondrano) koło miasta Toliara (Tuléar), w których podobno można nurkować i obejrzeć fantastyczne formacje skalne. Po drodze w jednej z niewielkich osad zatrzymali nas żandarmi. Rozmawiali z naszym kierowcą po malgasku, więc nic nie zrozumieliśmy. Gdy ruszyliśmy w dalszą drogę ślimaczym tempem (bo trzeba przyznać, że nasz wehikuł najlepsze lata miał już dawno za sobą) i z wolna przemierzaliśmy okolicę, podziwiając widoki przesuwające się za szybą, nasz kierowca ze stoickim spokojem oświadczył, że boi się jechać dalej. Żandarmi powiedzieli mu, że niedaleko zabito ich kolegę na służbie i skradziono mu broń, a bandytów do tej pory nie schwytano. Miny nam zrzedły, a cała radość z wyprawy wyparowała. Zdecydowaliśmy, że wracamy. W końcu urokliwych miejsc jest wokół dużo, a zdrowie i życie ma się jedno. Kierowca nie oddał nam – oczywiście – pieniędzy. To nie on chciał przecież zawrócić. On się tylko bał.

Jaki jest Madagaskar? Czy można w ogóle odpowiedzieć na tak zadane pytanie? Według mnie raczej nie. Warto natomiast zdawać sobie sprawę z tego, że to kraina, gdzie zabobony wciąż mieszają się ze współczesnym stylem życia, a dzikość stopniowo ustępuje miejsca materializmowi typowemu dla społeczeństwa konsumpcyjnego. Jedno wiem na pewno: gdy raz odwiedzi się ten niesamowity kraj, zawsze będzie się tęsknić za nim i za wszystkim, z czym się kojarzy: lemurami, baobabami, lokalnymi tańcami i zwykłym malgaskim życiem.        

Źródło: Pamiętniki Beniowskiego. Syberya, Daleki Wschód, Madagaskar, opracowała Zofia Bukowiecka, Warszawa 1909  

 

Artykuły wybrane losowo

Pod błękitnym niebem magicznej Toskanii

 

PAWEŁ WIŚNIEWSKI

 

Mieszkańcy pełnej magii Toskanii mówią, że mają wszystko – od wysokich gór na północy, ze śniegiem w zimie (Apenin Toskański), przez bardzo żyzne rolnicze obszary Valdery, którymi spływa do Morza Liguryjskiego rzeka Arno, po przepiękne tereny nadmorskie ciągnące się od granic Ligurii i do prowincji Grosseto na południowych krańcach regionu. Poza tym są tu jeszcze malownicze Wyspy Toskańskie, na czele z Elbą, objęte ochroną w ramach parku narodowego. W opinii Toskańczyków trudno więc doszukiwać się choćby odrobiny przesady.

Więcej…

Seszele – kokosowa kraina szczęścia

379 IMG1 Grande Soeur 10630x7102

Otoczona granitowymi skałami rajska plaża na wysepce Grande Soeur na Seszelach

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

MAGGIE ANKOWSKA

www.seszelerajnaziemi.com

 

Pewnego dnia dziwnym zbiegiem okoliczności miejsce, które do niedawna było dla mnie tylko kropką na mapie świata, tropikiem odległym i nieosiągalnym, stało się moim domem. Wylądowałam w zakazanym raju – wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że nie mam prawa tu być. Na Seszelach, archipelagu będącym częścią Grzbietu Maskareńskiego, do dziś żyje największa populacja żółwi olbrzymich na naszym globie. Większość wysp jest niezamieszkała, a ciszę mąci na nich tylko szum Oceanu Indyjskiego i wiatr szeleszczący wśród liści palm kokosowych…

 

W tym wyspiarskim państwie mieszka ponad 93 tys. ludzi. Dla porównania w samej Warszawie żyje ich niemal 19 razy tyle. Największa w archipelagu jest wyspa Mahé (157,3 km2) ze stolicą Victorią. Seszele, znajdujące się przez wiele lat w rękach Francuzów, a potem Brytyjczyków, uzyskały niepodległość w czerwcu 1976 r. Mimo iż ich mieszkańcy silnie utożsamiają się ze swoją kreolską kulturą i najchętniej posługują się seszelskim kreolskim, wpływy wcześniejszych kolonizatorów są bardzo wyraźne – do języków urzędowych należy również francuski i brytyjski, na ulicach obowiązuje ruch lewostronny, a w budynkach montuje się gniazdka z trzema otworami.

 

Choć dochody z turystyki stanowią niezmiernie istotną część budżetu państwa i miejscowi chętnie goszczą turystów, najważniejsze pozostaje dla nich zachowanie archipelagu w niezmienionym naturalnym stanie. Życie lokalnej ludności płynie spokojnym rytmem, a ruch turystyczny odbywa się jakby obok. Mieszkałam tutaj kilka lat, pracowałam z wyspiarzami i spędzałam z nimi czas wolny, ale pomimo moich największych starań i dużej otwartości na odmienną kulturę zawsze czułam się obca, choć zostałam zaakceptowana. Ta aura niedostępności otaczająca Seszelczyków sprawia, że człowiek z zewnątrz odnosi wrażenie, iż znalazł miejsce wyjątkowe, tylko dla wybranych – trafił do raju. Okolica zdaje się zresztą potwierdzać to przypuszczenie. Nawet na Mahé, najpopularniejszej z wysp, o każdej porze dnia możemy wybierać z minimum tuzina rajskich plaż, na których będziemy po prostu sami.

 

WYSPA ATRAKCJI

 

W ostatnich latach ruch turystyczny na Seszelach zwiększył się i dziś archipelag postrzegany jest jako idealne miejsce na romantyczny wyjazd dla zakochanych, ślub, podróż poślubną czy świętowanie okrągłych rocznic dla osób w związku. Trudno się temu dziwić. Już w momencie opuszczania samolotu można poczuć, że trafiło się w tropiki. Słodkie, lepkie, gorące powietrze o niepowtarzalnym zapachu otula twarz i zapowiada dalsze przyjemności. Droga z lotniska prowadzi krętym wybrzeżem pokrytym białym piaskiem i granitowymi skałami. Gdy wreszcie dotrze się do jednego z miejscowych wspaniałych hoteli, trudno oprzeć się urokowi pięknych prywatnych plaż i znakomicie zagospodarowanych ogrodów. Niejednemu turyście wydaje się, że cudowniej być już nie może. Dlatego też wielu z nich decyduje się nie opuszczać swojego hotelowego raju, ale zupełnie niesłusznie. Zapewniam, że warto poznać bliżej całe Seszele.

 

Ze wszystkich wysp archipelagu właściwie tylko trzy są zamieszkałe przez lokalną ludność – Mahé, Praslin i La Digue. Na kilku pozostałych znajdują się luksusowe ośrodki wczasowe i przebywają tu tylko bardzo majętni turyści i obsługa hotelowa.

 

Dla większości osób odwiedzających Seszele pierwszym przystankiem jest Mahé. Ponieważ to największa i najbardziej rozwinięta wyspa z całego regionu, czeka na niej najwięcej atrakcji. Możemy wykupić lot helikopterem, popłynąć na połów, pojeździć po wybrzeżu konno, wynająć skutery wodne, wybrać się na rejs łodzią i zatrzymywać po drodze na najdzikszych plażach. Dla amatorów pieszych wycieczek nie zabraknie szlaków trekkingowych. W środku tropikalnego lasu poszalejemy na tyrolce. Podwodne królestwo wokół Mahé przypadnie do gustu nawet najbardziej wymagającym i doświadczonym nurkom. Chyba jedynym typowo turystycznym rejonem jest plaża Beau Vallon położona na północno-zachodnim brzegu wyspy. W jej okolicy znajdują się hotele, restauracje, promenada i uliczny bazar Labrin, na którym sprzedaje się typowo kreolskie jedzenie. Warto odwiedzić to miejsce w środę wieczorem, kiedy odbywa się festyn z kulinarnymi przysmakami. Seszelski rum Takamaka leje się wtedy strumieniami, a wokół rozbrzmiewa kreolska muzyka. Okoliczni mieszkańcy wylegają na ulice i można poczuć się wśród nich częścią tej lokalnej społeczności, która chętnie przyjmuje do swojego grona ludzi chcących poznać tutejszą kulturę.

 

Jeśli jednak wolimy zejść z utartych ścieżek i odkryć prawdziwe oblicze wyspy, proponuję wynająć samochód i objechać ją dookoła. Podczas takiej wycieczki trzeba zatrzymać się na plaży Anse Royale i po spacerze po ogrodzie przypraw spróbować dań seszelskiej kuchni. Na liście obowiązkowych przystanków nie powinno zabraknąć także Anse Takamaka. Ta jedna z najsłynniejszych plaż na Mahé ciągnie się przez 2 km. Warto zahaczyć też o plaże Anse Intendance i Port Launay.

 

Do stolicy Seszeli – Victorii – dobrze wybrać się rano, aby zdążyć na najświeższe przysmaki z tutejszego targu rybnego, kupić przyprawy, owoce i warzywa. Jeśli jednak ryby aż tak nas nie interesują albo wolimy rozpocząć dzień od plażowania, możemy spokojnie odwiedzić to miejsce później, gdyż otwarte jest do popołudnia i rzadko kiedy brakuje tu towaru.

 

Miłośnicy lokalnej sztuki znajdą w mieście mnóstwo straganów i galerii oferujących wyroby seszelskich artystów. W położonej na piętrze restauracji „Marie-Antoinette” spróbujemy miejscowej kuchni i zasymilujemy się z tutejszą społecznością.

 

Prawie w samym centrum Victorii, w dzielnicy Mont Fleuri leży piękny ogród botaniczny, w którym można zobaczyć, a nawet nakarmić słynne żółwie olbrzymie. Te osobliwe zwierzęta są jedną z większych atrakcji w tym zakątku świata.

 

W SESZELSKICH GŁĘBINACH

 

Podwodny świat Seszeli to przede wszystkim mieniące się tysiącami kolorów i tętniące życiem rafy koralowe, ale nie tylko one. Do najpopularniejszych punktów nurkowych w okolicy należą także cztery wraki (Ennerdale, Twin Barges, Dredger i Aldebaran), które koniecznie trzeba zobaczyć. W ich pobliżu zawsze, bez względu na sezon czy pogodę, można spotkać licznych mieszkańców oceanicznego królestwa. Pod wodą z pewnością natkniemy się na skorpeny, szkaradnice, skrzydlice, olbrzymich rozmiarów homary czy rozdymki tygrysie, a oglądaniu tych niezwykłych stworzeń będzie towarzyszył lekki dreszczyk emocji związany ze zwiedzaniem wnętrz zatopionych statków.

 

Sprzyjające warunki pogodowe i stabilna temperatura utrzymująca się przez cały rok sprawiają, że na nurkowanie na Seszelach warto wybrać się właściwie zawsze, jednak są miesiące, w których eksploracja głębin bywa znacznie przyjemniejsza. Polecam szczególnie okres od stycznia do kwietnia. Wówczas woda jest najcieplejsza, a widoczność – najlepsza. Życie w oceanie rozkwita i zachwyca swoją różnorodnością. Deszcze nie padają prawie w ogóle, w związku z czym między kolejnymi zanurzeniami można przyjemnie odpocząć na łódce i wspaniale się opalić.

 

211 STB 14 Vallee De Mai 4961x3311

Rezerwat Naturalny Doliny Mai porastają endemiczne lodoicje seszelskie

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

Nie oznacza to jednak wcale, że nie powinno się nurkować w pozostałe miesiące, wręcz przeciwnie, nawet trzeba! Zwłaszcza jeśli chcielibyśmy popływać w towarzystwie rekinów wielorybich. Przybywają one w rejon archipelagu w okolicy września i października wraz z południowo-wschodnim monsunem, aby żywić się planktonem. Woda w tym czasie jest trochę chłodniejsza – ma ok. 24–26°C, ale 45-minutowa kąpiel w takiej temperaturze w odpowiednim stroju miło orzeźwia, a podziwianie tej największej ryby na ziemi dostarcza niezapomnianych wrażeń.

 

Nie trzeba być jednak doświadczonym nurkiem, aby odkrywać piękno oceanicznego świata Seszeli. Osoby początkujące znajdą tu wiele fantastycznych miejsc na płytkich wodach, gdzie pośród wspaniałej morskiej fauny i flory będą mogły podszlifować swoje nurkowe umiejętności.

 

Tym, którzy wolą zostać na powierzchni, a ryby chętniej widzą na swoim talerzu, również spodoba się na archipelagu. W regionie, gdzie taniej jest mieć małą łódkę niż samochód, ludzie często trudnią się połowami, a wiedza lokalnych rybaków bywaimponująca. Chętnie dzielą się nią ze wszystkimi zainteresowanymi w trakcie powszechnie organizowanych wypraw na pełne morze, podczas których trafiają się takie zdobycze jak barakudy, żaglice, tuńczyki, pelamidy, marliny błękitne czy samogłowy.

 

Wróćmy jednak na chwilę na ląd, bo i tutaj na Mahé na miłośników przygód czeka niejedno. Jeśli ktoś lubi bliski kontakt z naturą i górskie wędrówki, to na pewno się nie rozczaruje. Co prawda tutejsze góry nie są wysokie, więc wspinaczka w ich rejonie ma charakter bardziej turystyczny niż wyczynowy, ale istnieje kilka szlaków, których pokonanie w tym tropikalnym klimacie wymaga nieco wysiłku. Nagrodę dla wytrwałych stanowią satysfakcja i niepowtarzalne widoki. Najwyższym szczytem na wyspie jest Morne Seychellois (905 m n.p.m.) i choć wydaje się niewysoki, wyprawa na niego bywa niełatwa. Trzeba się dobrze napocić, aby dotrzeć do wierzchołka, ale naprawdę warto! Przy odpowiedniej pogodzie można stąd podziwiać zapierający dech w piersiach rozległy widok na Ocean Indyjski upstrzony gdzieniegdzie kawałkami zielonego, często nietkniętego ludzką ręką lądu.

 

Mahé, mimo iż jest wspaniała i różnorodna, stanowi jednak tylko część tropikalnego archipelagu. Jeśli ograniczymy się więc jedynie do pobytu na niej, nie będziemy w stanie poznać całego regionu. Choć nie sposób odwiedzić wszystkich wysp, są miejsca, których przegapić nie wolno…

 

W CIENIU PALM

 

Zwiedzanie powinniśmy zacząć od Praslin, mimo iż La Digue leży w podobnej odległości od Mahé. Na wyspę najlepiej dostać się porannym samolotem – lot dwupłatowcem prawie w kokpicie pilota dostarcza niesamowitych wrażeń, a przepiękny widok wschodzącego słońca i budzącego się do życia świata zostaje na długo w pamięci.

 

Praslin zachwyca swoimi restauracjami, barami i chyba jeszcze piękniejszymi plażami i ośrodkami wypoczynkowymi, z których nie chce się wychodzić. Jeżeli planujemy spędzić na Seszelach więcej czasu i mamy kilka wolnych dni do zagospodarowania, wizyta tu z pewnością nas nie rozczaruje. Wyspa ta charakteryzuje się stabilniejszą od Mahé pogodą, niewielkim ruchem samochodowym i licznymi połaciami pełnych życia tropikalnych lasów.

 

Odwiedziny na tutejszej przepięknej plaży Anse Lazio będą wspaniałym wstępem do późniejszego poznawania cudów La Digue. Oprócz tego na Praslin zobaczyć trzeba na pewno Rezerwat Naturalny Doliny Mai (Vallée de Mai Nature Reserve) z ekosystemem stanowiącym pozostałość po pradawnych lasach palmowych, gdzie wykształciła się słynna endemiczna dla Seszeli palma kokosowa (lodoicja seszelska), lokalnie zwana coco de mer. W jej owocach o bardzo specyficznym kształcie kryje się największe nasienie świata roślinnego. Wyjątkowa lodoicja seszelska stała się symbolem tego wyspiarskiego kraju.

 

W tych niemalże niezmienionych od wieków lasach spotkać można wiele endemicznych gatunków ptaków i roślin. Podczas spaceru da się usłyszeć czarną papugę seszelską, koralczyka czerwonogłowego czy pustułkę seszelską. Niesamowite bogactwo fauny i flory, zachowane do dziś dzięki staraniom Seszelczyków, sprawia, że to miejsce przypomina świat sprzed rozwinięcia się cywilizacji człowieka, prehistoryczną krainę, w której rządzi tylko natura.

 

Jeśli z Praslin będziemy chcieli wybrać się na La Digue, zabierze nas na nią prom. Na 15 min. staniemy się małym poruszającym się punkcikiem na bezkresnym Oceanie Indyjskim. Gdy ze wszystkich stron otacza nas lazurowa woda, a na horyzoncie widać jedynie oddalającą się linię brzegową usianą palmami kokosowymi, trudno nie pomyśleć, jak mali jesteśmy w porównaniu z ogromem świata. I może niektórych myśl ta przeraża i skłania do rozważań prowadzących do kryzysu egzystencjalnego, ale ja w takim właśnie momencie czuję się wolna…

 

225 STB 7 Creole Buffet 4961x3311

Kuchnia seszelska charakteryzuje się niezmiernie bogatą mieszanką smaków

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

SMAK RAJU

 

La Digue to miejsce idealne. Na tej trzeciej co do wielkości zamieszkałej wyspie Seszeli główny środek transportu stanowi rower. Zaraz po wpłynięciu do portu przedsiębiorczy miejscowi próbują każdego z turystów wyposażyć w jednoślad. Nie należy, oczywiście, oczekiwać najnowocześniejszych modeli rowerów górsko-wyścigowych – większość z oferowanych pojazdów to raczej wysłużone i lekko zniszczone wehikuły, ale przecież nikt nie przyjeżdża się tu ścigać…

 

Na La Digue koniecznie trzeba odwiedzić dwie plaże: Anse Source d’Argent i L’Union Estate. Do obydwu prowadzą bardzo przyjemne, niewymagające specjalnej sprawności fizycznej trasy rowerowe. W Parku Union Estate możemy spotkać żółwie olbrzymie, zwiedzić plantacje wanilii, kokosów i ananasów. Po przemierzeniu tej okolicy w końcu dociera się do jednej z najczęściej fotografowanych plaż na świecie – Anse Source d’Argent. Biały, drobny piasek, nieskazitelnie czysta, turkusowa woda, kokosowe palmy i tak charakterystyczne dla Seszeli granitowe skały tworzą scenerię niczym z prawdziwego raju. Do tego wokół panuje niesamowita cisza nie zakłócana nawet szumem fal, bo ich tu prawie nie ma. Koniecznie należy zabrać ze sobą maskę do snorkelingu, chociaż nawet bez niej najprawdopodobniej będziemy mogli oglądać żółwie morskie podpływające do brzegu w towarzystwie najbardziej egzotycznych gatunków ryb na ziemi. Podczas spaceru wzdłuż plaży na południe podziwia się zapierające dech w piersiach widoki, które na zawsze pozostawiają w pamięci pewność, że byliśmy częścią czegoś wyjątkowego.

 

Choć dzięki otaczającemu nas pięknu na chwilę zapomnimy o głodzie, oprócz nasycenia ducha ważny jest też pokarm dla ciała. Usytuowana tuż przy plaży restauracja, której nie sposób ominąć w drodze powrotnej, serwuje przysmaki kuchni kreolskiej, opartej głównie na rybach i owocach morza.

 

Potrawy z Seszeli są świeże i naturalne. W tutejszej aromatycznej, dość pikantnej kuchni wykorzystuje się głównie produkty lokalne. Miłośnicy owoców morza będą zachwyceni – na początek powinni spróbować tradycyjnej sałatki z ośmiornicy, a po niej ryby po kreolsku. Rybołówstwo jest jednym z głównych zajęć na archipelagu, więc różnorakich świeżych ryb, wyławianych praktycznie co godzinę, nie brakuje nigdy, a miejscowi osiągnęli prawdziwe mistrzostwo w ich przygotowywaniu. Niemal do każdego posiłku podaje się sałatkę z mango i papai. Wyśmienicie komponuje się ona z dość pikantnymi przyprawami, w szczególności ze słynnym kreolskim sosem curry, z którym serwuje się praktycznie wszystko: kurczaka, ryby, wieprzowinę, a dla odważniejszych – lokalny przysmak, czyli nietoperza!

 

Na Seszelach warto też spróbować charakterystycznego dla wysp pacyficznych owocu chlebowca właściwego – rośnie na drzewie i wygląda jak owoc, ale ma konsystencję świeżego chleba i smakuje podobnie do pieczonych ziemniaków. Ci, którzy nie lubią kulinarnych eksperymentów, mogą zamówić po prostu hamburgera i frytki.

 

Najedzeni, opaleni i wypoczęci wyruszymy w drogę powrotną do portu, aby zdążyć przed zachodem słońca. Należy pamiętać, że Seszele leżą na równiku, więc dzień i noc mają porównywalną długość przez cały rok (mniej więcej 12 godz.). Słońce zachodzi ok. godz. 18.30. Zachód oglądany z pokładu statku płynącego przez ocean wygląda po prostu bajecznie…

 

324 IMG24 Anse Source dArgent 4288x2848

Zjawiskowa plaża Anse Source d’Argent na La Digue

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

OSOBLIWY CUD NATURY

 

Rozpieszczeni i może nawet chwilowo nasyceni ostatnimi wrażeniami nie dajmy się zwieść, że widzieliśmy już wszystko. Najdalej na północ w archipelagu leży niewielka koralowa wyspa o powierzchni ok. 1 km2, przez wielu uważana za najpiękniejszą na świecie. To prawdziwy raj dla ornitologów, miejsce, w którym w niezmąconym spokoju żółwie morskie (zielone i szylkretowe) składają jaja.

 

Od maja do października miliony ptaków przylatują na Bird Island zakładać gniazda. Przez cały rok wyspę zasiedla przynajmniej 20 ich gatunków. Nieustannie rozbrzmiewające ptasie odgłosy nie dają zapomnieć o tym, kto rządzi na tym skrawku lądu.

 

Na Bird Island znajduje się jeden ośrodek (z 24 bungalowami), zbudowany i prowadzony w jak największej zgodzie z naturą. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc wycieczkę na wyspę trzeba zaplanować odpowiednio wcześniej. Choć koszt pobytu może nie należy do najniższych, jest warty każdej złotówki, a większość pieniędzy zostawianych przez turystów przeznacza się na ochronę tego niezaprzeczalnego cudu przyrody.

 

Nie da się na paru stronach przedstawić całego bogactwa Seszeli, jak również nie sposób w kilka czy kilkanaście dni zwiedzić ich całych. Po każdej wyprawie na archipelag pozostaje niedosyt. Nawet po kilku latach spędzonych na wyspach wciąż będzie nam mało. Stawałam na najwyższych szczytach kontynentów, przemierzałam przerażające ciszą pustynie, skakałam z samolotów, nurkowałam w niedosięgłych głębinach oceanów – robiłam to wszystko, bo szukałam ekstremalnych doznań.

 

Seszele też są ekstremalne, w swoim pięknie, ciszy i osamotnieniu. Leżą pośrodku niczego. To miejsce tak cudowne, że niemal nierealne, odcięte od problemów, z którymi boryka się reszta świata. Tu królową jest natura, a największą wartością – czas spędzany na jej łonie w towarzystwie najbliższych, w cieniu kokosowych palm i przy szklaneczce Takamaki… Na Seszelach człowiek zaczyna rozumieć, że to właśnie ten poszukiwany przez wszystkich raj, beztroska kraina szczęścia.

 

Ekwador – kraj zwany Równikiem

ROMAN WARSZEWSKI
www.warszewski.info

<< Gdy spojrzymy na ekwadorskie godło, ujrzymy na nim rzekę otoczoną zieloną równiną na tle ośnieżonej góry. To Guayas, której jedno ze źródeł wypływa ze zbocza pokrytego lodowcami wulkanu Chimborazo. Trudno chyba w tym przypadku o lepsze symboliczne przedstawienie tego pasjonującego regionu kuli ziemskiej, naznaczonego masywami wulkanicznymi Andów i pokrytego różnorodną bujną roślinnością. Tutaj słońce króluje na widnokręgu zupełnie jak na herbowej tarczy. >>

Ekwador to jedyny kraj świata, który swoją nazwą podkreśla fakt, że przez jego terytorium przechodzi linia najdłuższego równoleżnika naszej planety. Hiszpańskie słowo ecuador oznacza właśnie równik. W pobliżu stołecznego Quito, na terenie Mitad del Mundo, czyli Środka Świata, obok monumentalnego pomnika namalowano symboliczną żółtą linię, oddzielającą półkulę północną od południowej. Na tutejszy plac tłumnie ściągają zagraniczni turyści, ale jeszcze chętniej przyjeżdżają w to miejsce sami Ekwadorczycy. Równik stał się ich narodową dumą i dziedzictwem.

Więcej…