MARTYNA GNIADKOWSKA

 

<< Piaszczyste plaże, kołyszące się nad turkusową wodą palmy, wszechobecna muzyka i taniec, świeżo skręcone aromatyczne cygara, orzeźwiające drinki na bazie rumu oraz brodate twarze Ernesta „Che” Guevary i Fidela Castro – taki obraz Republiki Kuby znajdziemy w większości przewodników. Jednak aby poznać ten kraj, nie wystarczy o nim przeczytać, trzeba go odwiedzić i samemu przekonać się, czy to, co o nim piszą, jest prawdą. >>

Niewątpliwie egzotycznego rysu dodaje Kubie także fakt, że Fidel Castro zamienił ją w enklawę socjalizmu i do dziś panuje w państwie ustrój socjalistyczny. Obywatele polscy przed przekroczeniem granicy kubańskiej muszą wyrobić sobie wizę. Powinni również posiadać paszport ważny jeszcze co najmniej 3 miesiące od planowanej daty opuszczenia kraju.

 

Nasza przygoda na Kubie zaczyna się tuż po wylądowaniu w stołecznej Hawanie. Lotnisko przypomina warszawskie Okęcie z lat 70. XX w. Działa tu kilka sklepów i jedna nie najlepsza kawiarnia. Po licznych kontrolach (łącznie ze skrupulatnym sprawdzeniem walizki wraz z otwieraniem każdego kosmetyku i analizą jego koloru, zapachu i konsystencji) docieramy do kantoru, do którego zdążyła już ustawić się długa kolejka. Przed budynkiem portu lotniczego mężczyzna z krótkofalówką pyta nas, dla ilu osób potrzebny będzie transport. Po kilku sekundach podjeżdża zadbana, rządowa taksówka. Choć od wyjścia z samolotu minęła mniej więcej godzina, nie odczuwam zniecierpliwienia. Dla mnie wszystko odbyło się niesamowicie szybko.

Z okna naszej casy particular wyczekują nas jej gospodarze. Witają nas niezmiernie miło i życzliwie i częstują świeżo przyrządzonym sokiem z ananasa i papai. Kubańska casa particular to kwatera prywatna, której właściciele ok. 70 proc. swojego dochodu z wynajmu zobowiązani są oddać państwu. Mimo iż często pokoje dla gości są w lepszym stanie niż część zamieszkiwana przez gospodarzy, warto zatrzymać się właśnie w domach Kubańczyków, gdyż dzięki temu poznamy bliżej życie codzienne na Kubie, a poza tym nierzadko możemy mieć też okazję zjeść smaczne, obfite i świeże domowe posiłki, dużo tańsze od tych w restauracjach. My pierwsze noclegi, właśnie w Hawanie, rezerwowaliśmy jeszcze z Polski, jednak każde kolejne, z wyprzedzeniem jednodniowym, umawialiśmy już za pośrednictwem osoby, u której aktualnie mieszkaliśmy.

 

Zwiedzanie na własną rękę

Do obowiązkowych punktów typowej turystycznej wycieczki po stolicy Kuby należą m.in. plac Rewolucji (Plaza de la Revolución), Kapitol (Capitolio de La Habana), Muzeum Rewolucji (Museo de la Revolución) czy Cmentarz Krzysztofa Kolumba (Cementerio de Cristóbal Colón). Jednak aby poczuć klimat Hawany, trzeba przejść się po jej wąskich uliczkach, wśród starych, popękanych kamienic, połączonych plątaniną kabli elektrycznych, oraz psów leniwie wylegujących się na każdym rogu. W przyulicznej budce kupimy tu bułkę z szynką, a przez kratę zamontowaną w domach zamiast drzwi (bardzo powszechny widok w kubańskiej metropolii) podadzą nam piekielnie mocne espresso i lody w gumowej misce do zwrotu. Zaobserwujemy również jak świeże mięso wieprzowe, leżące na ladzie, zostaje wyprzedane w mgnieniu oka. Spotkane po drodze umorusane kubańskie dzieci podziękują nam za nawet niewielkiego lizaka szczerym uśmiechem. Oczywiście, tę karaibską stolicę można zwiedzać z lokalnym biurem podróży, którego autokar zawozi turystów jedynie do zadbanych, odrestaurowanych obiektów i miejsc, najczęściej związanych ze światowej sławy pisarzem Ernestem Hemingwayem. Jednak zarówno Hawana, jak i cała Kuba, zasługują na znacznie więcej naszej uwagi, zwłaszcza dopóki jeszcze zachowały wygląd sprzed 50 lat. W kubańskim krajobrazie zachodzą ostatnio nieubłagane zmiany, a obce wpływy (przede wszystkim chińskie) stają się coraz bardziej widoczne. Dlatego też nie należy zwlekać z wyjazdem do tego kraju.

Hawańczycy, choć często biedni, potrafią cieszyć się z tego, co mają. Czy to ubrani w jednakowe mundurki uczniowie wracający ze szkoły, sprzedawcy na bazarach serwujący klientom świeżo obrane cytrusy, czy kobiety stojące na rogach głównych ulic i sprzedające zawinięte w papierowe rurki orzeszki – wszyscy sprawiają wrażenie szczęśliwych. Na najdłuższej hawańskiej alei – Malecón, przy której wznosi się mur oddzielający stolicę od morza, o każdej porze dnia i nocy spotkamy mieszkańców Hawany w różnym wieku i o różnym statusie. Grają na gitarze, czytają książki, piją piwo, przychodzą na randki – ta ulica niezmiennie tętni życiem.
            Z moich doświadczeń wynika, że Kubańczycy są ogromnie przyjaznym narodem: poproszeni o pomoc chętnie udzielają wskazówek, a zagadnięci nie odmawiają rozmowy na jakikolwiek temat. Wyspiarze często uczą się języka angielskiego na własną rękę, gdyż widzą w nim szansę na lepszą przyszłość czy wyjazd ze swojego kraju.

Wspaniałą panoramę Hawany obejrzymy z balkonu na 20 piętrze hotelu Habana Libre. Nie polecam jednak tej przyjemności osobom z lękiem wysokości, gdyż taras jest długi, lecz niezmiernie wąski i zabezpieczony balustradą o wysokości jedynie ok. metra. Na szczęście dla nich na najwyższym, 25 piętrze znajduje się tutaj restauracja, z której rozciąga się równie piękny widok.

FOT. CUBAINFO.DE/CUBAN TOURIST OFFICE Nieodłącznymi elementami kubańskiej ulicy są muzyka i taniec

 

Kubańskie krajobrazy

Kuba zachwyca swoją florą i fauną. Naturalne krajobrazy po prostu zapierają dech w piersiach, a przyroda w dużej części pozostaje wciąż nienaruszona przez człowieka.

W Rezerwacie Biosfery Sierra del Rosario w zachodniej części wyspy leży dziki rejon Soroa, nazywany „tęczą Kuby”. Wejście na szlak prowadzący do tutejszego 22-metrowego wodospadu o tej samej nazwie jest płatne. Po uiszczeniu opłaty czeka nas ok. 30-minutowy spacer (obowiązkowo trzeba zabrać wygodne obuwie) wśród niezwykle bujnej roślinności, jakiej nie zobaczymy nigdzie w Europie. Na końcu trasy znajduje się przepiękna kaskada – wdzięczny obiekt do fotografowania i znakomite miejsce na orzeźwiającą kąpiel. Przy samym wodospadzie można zakupić świeże, obrane owoce oraz drinki z rumem w łupinie kokosa.

            Dużą popularnością wśród turystów cieszy się miasto Viñales w Dolinie Viñales (Valle de Viñales), wpisanej w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, leżące na północ od rejonu Soroa. Cały otaczający je górzysty region zachował swoje pierwotne piękno. Powstałe tu w okresie jury ogromne ostańce erozyjne, porośnięte dziś gęstą roślinnością, tworzą scenerię niczym z planu filmu Park Jurajski Stevena Spielberga. Gdy burmistrz Viñales zorientował się, jaki dochód przynoszą odwiedziny turystów, kazał pomalować wszystkie domy na różne kolory, aby jeszcze bardziej uatrakcyjnić krajobraz, który sam w sobie jest już ogromnie przyciągający. Kolejnym powodem, dla którego warto tutaj przyjechać, może być najlepszy na całej Kubie tytoń, z którego słynie Valle de Viñales. Cygara warto jednak kupić u prywatnych osób – po pierwsze dlatego, że wtedy nie są produkowane masowo, po drugie – zapłacimy za nie taniej niż w sklepach, gdzie i tak dość często natrafimy – niestety – na podróbki.

FOT. CUBAINFO.DE/CUBAN TOURIST OFFICE
Zbieranie tytoniu w Pinar del Río

 

            Przewodniki po Kubie wśród atrakcji Viñales wymieniają zawsze gigantyczne malowidło na skalnej ścianie – Mural de la Prehistoria. Jego wykonanie zlecił Fidel Castro, a obrazować ma ono ewolucję rasy ludzkiej od jej początków do ostatecznego etapu, czyli wykształcenia się człowieka socjalizmu. Efekt wizualny musimy ocenić sami… Dla mnie dużo wartościowszym przeżyciem estetycznym było podziwianie wspaniałego widoku rozciągającego się z tarasu hotelu Los Jazmines. Gdy wschodzące słońce oświetlało na czerwono okoliczne góry, znów przypomniały mi się sceny ze wspomnianego już słynnego filmu o wyspie zamieszkałej przez dinozaury.

FOT. CUBAINFO.DE/CUBAN TOURIST OFFICEMalowidło Mural de la Prehistoria w okolicy Doliny Viñales

 

            Kubańską dżunglę porastającą południowy Półwysep Zapata (Península de Zapata) turyści natomiast najczęściej, zupełnie niesłusznie, omijają. Warto tu pojechać chociażby ze względu na krokodyle kubańskie – jedne z najmniejszych w rodzinie krokodylowatych (rzadko osiągające powyżej 3,5 m długości). Co prawda, ogrodzenia, za którymi trzyma się te gady w miejscowej wylęgarni, nie wyglądają zbyt wytrzymale, ale pracownicy zapewniają, że w jej granicach nie wydarzył się żaden wypadek. Oprócz oglądania z bliska dzikich zwierząt ośrodek oferuje także nietypową atrakcję: możemy w nim potrzymać i pogłaskać małego krokodyla.

 

W promieniach słońca

Wybrzeże Kuby posiada niewątpliwie urok rajskiego zakątka – szerokie plaże z białego piasku, wysmukłe palmy, nieskazitelnie czysta, turkusowa woda, która przez kilkanaście metrów od brzegu ciągle sięga do kolan, a do tego brak tłumu plażowiczów. Turyści korzystają z kąpieli słonecznych głównie w pobliżu nadmorskich kurortów, przy swoich hotelach, więc wystarczy tylko nieco oddalić się od okupowanych przez nich rejonów, aby poczuć się jak rozbitek na bezludnej wyspie. Nie jestem w stanie wybrać jednej najpiękniejszej kubańskiej plaży. Dla mnie zarówno te północne, dookoła Hawany, jak i południowe, ciągnące się od Trinidadu, warte są zobaczenia.

FOT. CUBAINFO.DE/CUBAN TOURIST OFFICEJardines del Rey (Ogrody Króla) – rajska plaża na jednej z wysepek

 

            Mimo iż nie przepadam za zamkniętymi ośrodkami turystycznymi typu all inclusive, gdzie główną atrakcję stanowią drinki alkoholowe oraz wylegiwanie się na leżaku w promieniach słońca, to polecam wybrać się na kilka dni do któregoś z luksusowych resortów na Cayo Coco – wyspie, która pomimo wielu protestów ekologów została połączona z Kubą 17-kilometrowym wałem. Sam dojazd prostą, asfaltową drogą, szeroką na może 15 m, będzie wyjątkowym przeżyciem. Groblę z obu stron otacza jedynie błękitne morze – to widok nie do opisania.

 

Na kubańskich drogach
Z myślą o turystach na Kubie stworzone zostały specjalne linie autobusowe Viazul. Ich autobusy kursują codziennie o stałych porach do wszystkich turystycznych miast na całej wyspie. Jednak znacznie lepszym środkiem transportu bywają taksówki. Koszt przejazdu jest porównywalny, ale przygody, jakie przeżyjemy po drodze, na pewno urozmaicą nam podróż. Każda taksówka, z której korzystaliśmy, miała ukryty defekt: od wyciekającego paliwa, przez opadającą wciąż szybę, aż do silnika, który popsuł się w połowie trasy, co zmusiło nas do przesiadki do ciężarówki z paką, jaką jeżdżą na ogół tylko Kubańczycy (tutaj to turyści stanowią nie lada atrakcję!). Najciekawszym przeżyciem był jednak dla nas zupełnie niespodziewany przejazd rozsypującym się wozem ciągniętym przez konia. Kobieta, która zaoferowała nam podwiezienie, użyła w rozmowie z nami słowa coche, przez co wywnioskowaliśmy, że ma na myśli – oczywiście – samochód…

            Mimo wszystko najbardziej na kubańskich drogach zaskoczyły nas egzemplarze Fiata 126p. Większość aut na wyspie to stare, wysłużone amerykańskie samochody z połowy XX w. Swojskie maluchy wyglądają więc wśród nich dość osobliwie, szczególnie dla Polaków. Sama ich liczba także wprawia w zdumienie. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że 1 na 10 samochodów, które widziałam na Kubie, to właśnie tak popularny u nas niegdyś Fiat 126p!

 

Lokalne rozrywki

Jako że wielu Kubańczyków nie może sobie pozwolić na duże wydatki, w kasynie, na boisku czy sali do squasha lub w kręgielni spotkamy raczej obcokrajowców. Miejscowi mają własne sposoby na spędzanie wolnego czasu. Widok ludzi grających w karty, domino bądź szachy przy stolikach ustawionych wprost na ulicy należy już do typowego krajobrazu wyspy. Odkryjemy tu także jedną z lokalnych gier hazardowych. Na obwodzie dużego, okrągłego stołu rozstawione są malutkie, kolorowe drewniane domki z wejściami. Na środku na niskiej, obrotowej platformie znajduje się jeszcze jeden domek bez wejścia, ale za to ze schowaną w nim świnką morską. Prowadzący rozgrywkę zbiera pieniądze od graczy, obstawiających, gdzie schroni się zwierzę. Następnie kręci platformą i po jej zatrzymaniu wypuszcza mocno skołowaną świnkę. Ten, kto zgadł, który domek wybierze mały gryzoń, wygrywa albo obstawione pieniądze, albo alkohol. W tym ostatnim przypadku wszystkie postawione stawki zostają w kieszeni prowadzącego grę. Wersja pierwsza jest dla Kubańczyków, a druga – dla turystów.

FOT. MARTYNA GNIADKOWSKAGra hazardowa, w której główną rolę odgrywa świnka morska

 

Ponad dwa tygodnie, które spędziliśmy na Kubie, to zdecydowanie za mało, aby poznać jej wszystkie atrakcje. To jednak wystarczająco dużo, żeby zapragnąć na nią wrócić jak najprędzej. Kto raz wybrał się na tę fascynującą i gorącą wyspę, nigdy już o niej nie zapomni.


 

Artykuły wybrane losowo

Iran – oaza w niespokojnym świecie

 

Marcin Wesołowski

www.wesolowski.co

 

Fantazyjne formacje skalne w pobliżu niezmiernie gorącego miasta Szahdad

kalout-kerman-iran-001

 © MR HASSANI/GOLDENDAYS TRAVEL GROUP/WWW.KERMAN.IRANGOLDENDAYS.COM

 

Współcześnie trudno ignorować kwestie bezpieczeństwa. Strach coraz częściej wpływa na decyzje o podróżach, a miejsca uchodzące jeszcze nie tak dawno za idealny cel wakacyjnych wyjazdów, takie jak Tunezja, Egipt czy Turcja, przestały się cieszyć dużą popularnością. W niezwykle interesującym świecie islamu na pierwszy plan zaczął wysuwać się jednak w ostatnim czasie kraj, który choć kiedyś został uznany za państwo osi zła przez prezydenta USA George’a W. Busha, dziś jawi się jako oaza spokoju na Bliskim Wschodzie. Co sprawia, że Iran kusi coraz większe rzesze podróżnych? Wpływa na to z pewnością kilka czynników. Oficjalną religią w tej teokratycznej republice jest islam szyicki, nurt, który ma zdecydowanie mniej wyznawców na świecie i w tym jego regionie niż sunnizm. Wiele osób fascynuje niezmiernie długa i ciekawa historia dawnej Persji, a także sami jej mieszkańcy, różniący się znacznie od Arabów. Ten bezpieczny i przyjazny dla zagranicznych gości kraj staje się dzisiaj znakomitą alternatywą dla osób interesujących się wyprawami na Bliski Wschód.

 

Pierwsze miesiące 2015 r. wyznaczały nowy kierunek, w którym podążać miał Iran. Wzdłuż alei Ferdousiego, jednej z głównych ulic jego stolicy Teheranu, codziennie zbierały się tłumy ludzi nerwowo sprawdzających kursy walut. Trwały właśnie intensywne negocjacje władz państwa z przedstawicielami mocarstw nuklearnych w sprawie zamrożenia irańskiego programu atomowego, otwarcia się na świat i anulowania nałożonych przed laty sankcji spowalniających rozwój gospodarki. Zanim podpisano ostateczne porozumienie normalizujące stosunki między zainteresowanymi stronami, w tym przede wszystkim z USA, pojawiły się pojedyncze znaki wskazujące na to, że w Iranie nadchodzą zmiany. Dzięki liberalizacji przepisów wizowych, braku nie tak dawnych długich kontroli na granicy i wciąż zwiększającej się liczbie tanich lotów z Europy do Teheranu o tym kraju mówiło się coraz lepiej i więcej.

 

My w naszą podróż ruszaliśmy z mnóstwem pytań, na które odpowiedzi szukaliśmy z pomocą jednego z tutejszych najbardziej znanych prywatnych przewodników. W młodości, za panowania ostatniego szacha Mohammada Rezy Pahlawiego (1919–1980) latał wojskowymi myśliwcami. Po irańskiej rewolucji islamskiej z 1979 r. postanowił jednak nie wiązać się z władzami i przez całe swoje życie konsekwentnie pracował jako mały przedsiębiorca. Podczas zwiedzania najpopularniejszych miejsc w Iranie poznawaliśmy ten kraj dzięki długim rozmowom z Alim i spotkaniom z Irańczykami, w trakcie których nasz towarzysz służył za tłumacza.

 

Miasto kontrastów

 

Trudno opowiadać o Teheranie jak o klasycznej atrakcji turystycznej. Jest inny od pozostałych tutejszych miast i regionów, podobnie jak Nowy Jork nie przypomina reszty Stanów Zjednoczonych, Taszkent – Uzbekistanu, a Moskwa – Rosji. To miejsce, które przyjezdni często po prostu omijają i od razu wyruszają na poszukiwania Persji z Księgi tysiąca i jednej nocy. Mimo wielu negatywnych opinii o irańskiej metropolii, jej złej jakości powietrzu i ogromnym ruchu samochodowym, zdecydowanie warto zostać w niej choć na chwilę, gdyż taka wizyta pozwoli nam lepiej zrozumieć współczesny Iran.

 

Wszystkie zmiany w kraju zawsze rozpoczynają się w Teheranie i nic nie dzieje się tu bez ostatniego słowa teherańczyków. W mieście współistnieją ze sobą równoległe, a przy tym bardzo odmienne światy. Z jednej strony stanowi ono centrum reżimu ajatollahów, ale z drugiej uchodzi za najbardziej tolerancyjne i otwarte na różnorodność miejsce w Iranie. Stolicę charakteryzują bardzo widoczne granice – północna jej część to oaza bogatych i liberalnych mieszkańców, w rejonie południowym żyją biedni obywatele o najczęściej konserwatywnych poglądach. Niełatwo jest poznać i zrozumieć Teheran, podobnie jak i się po nim poruszać. Jego główne atrakcje są znacznie od siebie oddalone, dlatego warto przemieszczać się pociągami teherańskiego metra i od czasu do czasu skorzystać z usług taksówkarzy.

 

Na początku podróży po tym kraju nic nie będzie bardziej wymowne i symboliczne niż wizyta przed byłą amerykańską ambasadą. Jej zajęcie w trakcie irańskiej rewolucji islamskiej przyczyniło się do zerwania stosunków dyplomatycznych między oboma państwami. Spacer wzdłuż murów, na których wymalowano antyamerykańskie hasła, przypomina o ostatnich trudnych dziesięcioleciach i uświadamia, jak długą drogę Iran przebył od tamtego czasu do dziś.

 

W Teheranie pełno jest muzeów i pałaców, jednak o wiele ciekawsze wydaje się obserwowanie życia jego mieszkańców. Odwiedziny na Wielkim Bazarze są idealną okazją, aby zobaczyć Irańczyków w codziennych sytuacjach, a nic nie prezentuje lepiej kultury i zasad ta’arofu, czyli irańskiej etykiety, niż zachowania i rozmowy teherańczyków na tym targowisku leżącym w sercu miasta. Żeby podejrzeć, jak miejscowi spędzają czas wolny, warto z kolei wybrać się do znajdującego się na wzgórzu Darbandu, jednej z najpopularniejszych oaz w stolicy, która dzięki położeniu na dużej wysokości pozwala schronić się przed smogiem i zgiełkiem.

 

Przed wyruszeniem w dalszą podróż należy zatrzymać się na chwilę przed teherańską Wieżą Azadi. Paradoksalnie w kraju, gdzie nadal niektóre wolności bywają ograniczane, najważniejszym symbolem jest właśnie 45-metrowa Wieża Wolności. Zbudowano ją w 1971 r. z okazji obchodów 2500-lecia imperium perskiego. To miejsce było jedną z głównych aren irańskiej rewolucji, która obaliła rządy ostatniego szacha i ustanowiła Islamską Republikę Iranu. Pod nią też w 2009 r. zbierali się protestujący, gdy w wyniku sfałszowanych wyborów Mahmud Ahmadinedżad (Mahmud Ahmadineżad) wybrany został na drugą kadencję prezydencką.

 

Północny Teheran osłaniany przez imponujące pasmo górskie Elburs

DSCF8854

 

 

Święte miasto

 

W czerwcu 2009 r., podczas kampanii prezydenckiej jeden z najbardziej konserwatywnych szyickich duchownych kraju – ajatollah Mohammad Tagi Mesbah-Jazdi – wydał podobno fatwę (religijne rozporządzenie mające moc prawną) stanowiącą, że ludzie odpowiedzialni za przeprowadzanie wyborów mogą nimi manipulować tak, aby wygrał kandydat najwierniejszy zasadom islamu. Zwyciężył wspomniany bardzo niepopularny MahmudAhmadinedżad, człowiek, który konsekwentnie utwierdzał Zachód w przekonaniu, że Iran jest państwem terrorystycznym, a samych Irańczyków pchał (jak się zdawało, wbrew ich własnej woli) w objęcia fundamentalizmu religijnego nakazującego kontrolować każdy aspekt życia ludzkiego.

 

W trakcie lądowania na Międzynarodowym Lotnisku ImamaChomejniego można zauważyć biegnącą w nieskończoność, dziwną jasną nitkę pośród całkowitej ciemności. Jeśli przyjrzymy się jej dokładnie, zdamy sobie sprawę z tego, że to droga. Ta rzęsiście oświetlona autostrada łączy Teheran z oddalonym od niego o ok. 125 km na południowy zachód miastem Kom (Ghom). Jedzie nią każdy udający się na zwiedzanie Iranu turysta. Ma ona pokazywać, jak ważne miejsce na tutejszej mapie stanowi ten niepozorny ośrodek. Jeden z naszych rozmówców powiedział, że Kom słynie z produkcji dwóch rzeczy – świetnych słodyczy i licznych mułłów, szyickich duchownych, którzy trzymają w ryzach cały kraj.

 

W Iranie popularna była jeszcze niedawno opowieść o tym, jak diabeł spędza swój tydzień. Z reguły cztery dni w tygodniu przebywa w USA, czasem wejdzie do głowy prezydenta Baracka Obamy, czasem namiesza w umysłach republikanów, bo z nimi ma łatwiej. Na pozostałe trzy dni wraca natomiast na szkolenie do Kom. To jedno z najświętszych i najważniejszych miast dla szyitów. Odwiedziny w nim i poznanie jego historii pomagają zrozumieć specyfikę regionu, w jakim znajduje się Iran.

 

Islam szyicki, religia dominująca w państwie od czasów panowania dynastii Safawidów (1501–1736), jest inny niż sunnicki. Oprócz różnic w doktrynie, które pojawiły się już po śmierci proroka Mahometa w 632 r., odmienne zasady dotyczą też życia codziennego. Gdy Persja została podbita przez Arabów, przyjęła nowy system religijny, ale bardzo szybko dostosowała go do swojej starej i bogatej kultury. Nie zaakceptowano m.in. reguły nakazującej niszczenie wizerunków ludzi i zwierząt. Irańczycy nie mogą zapomnieć o tym, że najeźdźcy zdewastowali mnóstwo perskich zabytków w pierwszych dziesięcioleciach swojego panowania. Co ważniejsze jednak, szyizm uznaje, iż tekst Koranu podlega interpretacjom, które opracowują szyiccy duchowni. Sunnici, czyli 87–90 proc. muzułmanów na świecie, uważają szyitów za heretyków. Niechęć i nieufność są szczególnie widoczne między Irańczykami i Arabami, ale wynikają one nie tylko z różnic religijnych, lecz także uwarunkowań historycznych i kulturowych. Persowie (stanowiący większość w Iranie – ok. 65 proc. populacji) to dumny i bardzo stary naród, który ludy arabskie uważa za prostych mieszkańców pustyni żyjących w sztucznych krajach stworzonych przez kolonialne potęgi i utrzymujących się wyłącznie dzięki wydobywaniu ropy. Napięcia między zwolennikami szyizmu i sunnizmu istniały od zawsze. Jednak współcześnie stały się jeszcze bardziej jaskrawe ze względu na działalność Państwa Islamskiego, którego Irańczycy są wielkimi przeciwnikami.

 

Kom jest miastem niezmiernie konserwatywnym. Pielgrzymują do niego ogromne rzesze wiernych nie tylko z Iranu. Mimo to szyicki fundamentalizm wciąż pozostaje bardzo daleki od ideologii terrorystycznego Państwa Islamskiego.

 

W perskiej baśni

 

Po opuszczeniu Teheranu i Komu podróżnicy przemierzają coraz bardziej pustynne krajobrazy kraju i powoli wkraczają w baśniowy świat Persji, o którym marzyli przed wyjazdem. Po wjechaniu do miasta Isfahan trafia się w końcu do tej fantastycznej krainy. Plac Nagsz-e dżahan, inaczej zwany też placem Imama, stanowi pępek irańskiego wszechświata. To przy nim znajdują się najpiękniejsze zabytki perskiej architektury – Meczet Szejka Lotfallaha, pałac Ali Kapu (Ali Ghapu) i Meczet Imama. Ich widok zapiera dech w piersiach. Turystów zachwyca także pełen życia bazar, którego bramy przylegają do rozległego placu Imama. Niesamowitych wrażeń dostarcza również oaza spokoju, jaką jest dziedziniec Hotelu Abbasi. Tutaj mogliśmy wypić najpiękniej podaną herbatę w cudownych wiosennych promieniach słońca. Taką chwilę trudno zapomnieć.

 

Warto jednak zdawać sobie sprawę, że Isfahan nie należy do spokojnych miejsc. Łatwo zaobserwować w nim wzrost ruchu turystycznego, a co za tym idzie, postępującą komercjalizację i napływ tanich pamiątek. Miasto było popularne na długo przed niedawnym otwarciem się Iranu na świat, dlatego jeśli ktoś planuje kupić rękodzieło, nie powinien raczej robić tego na fascynującym isfahańskim bazarze, lecz skorzystać z takiej okazji w Szirazie.

 

Wspomnienie imperium

 

Plac Nagsz-e dżahan w centrum Isfahanu

Isfahan 2

© PARS TOURIST AGENCY/KEY2PERSIA.COM

 

Z Isfahanu większość turystów wybiera się na południe, do ruin antycznego Persepolis położonych obok wspomnianego miasta Sziraz. W tym ostatnim urodził się w pierwszej połowie XIV stulecia jeden z najzdolniejszych i najbardziej podziwianych poetów perskich Hafiz (Hafez). Sziraz fascynuje swoją ciekawą historią. Poza tym produkowano w nim kiedyś najlepsze wino na Bliskim Wschodzie. Dziś jest miastem uczciwych handlarzy, szczyci się pięknym Różowym Meczetem, wspaniałymi świątyniami i majestatyczną Cytadelą Karima Chana, w której obecnie mieszczą się pracownie lokalnych artystów. Choć w porównaniu z wcześniej odwiedzonymi przez nas dużymi ośrodkami to prawdziwa oaza, jako miłośnika historii ciągnęło mnie do pobliskich słynnych ruin starożytnego miasta Persepolis. W końcu słyszałem i uczyłem się o nim, będąc jeszcze dzieckiem.

 

W już niemal letnich promieniach słońca wkraczaliśmy do miejsca, które było świadkiem wielkiej historii. Aby do niego dotrzeć, przemierza się bajkowe krajobrazy rozpościerające się wokół drogi łączącej Isfahan z Szirazem i wspina się na wysokie wzniesienia gór Zagros (z najwyższym punktem Zard Kuh – 4548 m n.p.m.). W ten sposób trafia się do prawdziwego serca Persji. Stąd wywodzi się wszystko, co w tej krainie najważniejsze, łącznie z jej nazwą. Ostan (rodzaj jednostki administracyjnej) Fars, stanowi region symboliczny, z którym związane są pasjonujące dzieje narodzenia i upadku imperium. Nazwa ta pochodzi od staroperskiego słowa „Pârs”, została zmieniona przez Arabów ze względu na brak głoski „p” w języku arabskim.

 

Równie piękne słońce jak podczas naszej wizyty świeciło nad całym tym rejonem, gdy w połowie października 1971 r. ostatni irański szach, Mohammad Reza Pahlawi, postanowił zwrócić oczy świata na swoją ojczyznę i pokazać wszystkim, że Iran jest potężny, ale również szczyci się niezmiernie bogatą kulturą i długą historią. Jak opowiadają Irańczycy, Amerykanie z wielkich firm zatrudnieni w tych stronach powszechnie żądali dodatków za pracę w tym „dzikim kraju”. Ówczesny władca chciał więc przekonać światową opinię publiczną, że jego państwo to spadkobierca wspaniałej cywilizacji. Okazją do tego miały być obchody 2500. rocznicy powstania imperium Persów z pięciodniową uroczystością w Persepolis. Mohammad Reza Pahlawi wiedział, że może sobie pozwolić na każdą formę ekstrawagancji. Petrodolary stale zasilały budżet Iranu, który wciąż się rozwijał. Mimo to nie robiono zbyt wiele, aby poprawić los zwykłych ludzi. W społeczeństwie narastało niezadowolenie, coraz większe wpływy zaczynali zyskiwać szyiccy mułłowie. W październiku 1971 r. świat miał być świadkiem ponownego narodzenia imperium, odrodzenia Persji. Przygotowania do obchodów trwały 10 lat. Wybudowano nowe drogi i lotniska i stworzono całą niezbędną infrastrukturę. Jednak wszystkie te starania tak naprawdę przyczyniły się jedynie do upadku władzy. Najgłośniej grzmiał ajatollah Ruhollah Chomejni (1902–1989) nazywający całe przedsięwzięcie festiwalem diabłów. Inni wypominali szachowi marnotrawienie publicznych pieniędzy, opowiadali o luksusowych namiotach przeznaczonych dla prawie 60 przywódców z całego świata, w których łazienki wykonano z marmuru. Natomiast wykwintne jedzenie i wina dla gości miały być transportowane z paryskiej restauracji „Maxim’s”. Choć Iran rzeczywiście olśnił wszystkich swoim bogactwem, wśród jego obywateli wzrastało oburzenie. Ta fala powoli wzbierała przez kilka lat, aż do chwili, gdy rewolucja islamska zakończyła rządy ostatniego szacha.

 

Kiedy odwiedzamy różne miejsca w kraju, z ich historii układamy sobie współczesny obraz tego regionu i jego mieszkańców. Persepolis nie po raz pierwszy odegrało rolę w spektaklu o upadku władzy. Niegdyś, przed wieloma wiekami marzenia Persów o wiecznym i potężnym imperium zniweczył Aleksander Wielki, który najechał, zdobył i spalił tę starożytną stolicę w 330 r. p.n.e. Płomienie strawiły bajeczny pałac Dariusza I Wielkiego (ok. 550–486 r. p.n.e.), bo choć zbudowany został z kamienia, wszystkie jego stropy były drewniane. Płonące elementy konstrukcyjne uszkadzały kamienne kolumny i ściany, a te przewracały się i burzyły kolejne części budowli. Mimo ogromnych zniszczeń ruiny i pozostałe piękne płaskorzeźby nadal pozwalają wyobrazić sobie, jak niezwykłe musiało być Persepolis niemal 2,5 tys. lat temu.

 

Oślepiające blaskiem wnętrze w mauzoleum Szach Czeragh w Szirazie

DSCF9147

© MARCIN KAWA/CZAJKA TRAVEL (CZAJKAPODROZE.PL)

 

Na środku pustyni

 

Po wizycie w Szirazie i starożytnej stolicy Persów warto skierować się na północny wschód do miasta Jazd, położonego na granicy Wielkiej Pustyni Słonej i Wielkiej Pustyni Lota. To podróż z rejonów pustynnych do krainy jeszcze surowszej i mniej przyjaznej człowiekowi. Samotne ostre szczyty wznoszą się na płaskiej przestrzeni. Podczas jazdy autem mamy wrażenie, że prowadząca przez pustynię szosa ciągnie się w nieskończoność i gdzieś przed nami rozmywa się pod wpływem wysokiej temperatury. Jednak różne miasteczka mijane po drodze pełne są życia, a my z fascynacją podziwiamy architektoniczne perły miejscowej architektury. Wyróżniają się tutaj różnego rodzaju wieże, np. ta w Abarkuh – ogromna konstrukcja, która w upalne miesiące pozwalała na przechowywanie powstałego w zimie lodu, służącego do chłodzenia napojów mieszkańcom tych niezwykle gorących i suchych terenów.

 

Jazd, typowo pustynne miasto, kryje w sobie wiele więcej, niż wydaje się turystom patrzącym na jego kolejne piękne meczety i inne ciekawe budowle. Ponieważ panuje w nim prowincjonalny spokój (mimo ponad 500 tys. mieszkańców), trudno uwierzyć, że ta ziemia wydała dwóch prezydentów wrogich sobie państw, którzy pełnili swoje funkcje w tym samym czasie. Historia ta pokazuje dobitnie, jak bardzo złożonym i niejednoznacznym miejscem jest Iran.

 

Rodzina Mosze Kacawa, prezydenta Izraela w latach 2000–2007, opuściła Jazd w 1951 r. Z każdym rokiem społeczność żydowska tego miasta kurczyła się coraz bardziej. Obecnie wynosi jedynie kilkanaście osób. Mosze Kacaw obejmował swoje stanowisko 3 lata po tym, jak kadencję prezydencką zaczął w Iranie Mohammad Chatami, urodzony w Ardakanie w ostanie Jazd. Przedstawiciele obu zwaśnionych krajów mieli okazję się spotkać, gdy przybyli do Watykanu pożegnać zmarłego papieża Jana Pawła II. Na placu św. Piotra 8 kwietnia 2005 r. zgromadziła się większość przywódców państw świata. Pod koniec uroczystości pogrzebowej Mohammad Chatami, który ze względu na rozmieszczenie gości według alfabetycznej listy nazwisk siedział dość blisko Mosze Kacawa, wyciągnął do niego dłoń i pozdrowił go w języku perskim (farsi). Choć po powrocie do Iranu prezydent temu zaprzeczał, świadkowie zajścia potwierdzali, że ta sytuacja naprawdę się wydarzyła.

 

Jazd wypełniają wspaniałe zabytki architektury: począwszy od Meczetu Zgromadzenia (Masdżid-e Dżame) przez ogromną liczbę wież wiatrowych zwanych badgirami po kompleks Amira Chakmagha (Amira Czakmagha). Także w tym mieście zapoznać się możemy z historią zaratusztrianizmu, jednej z najstarszych religii monoteistycznych świata, która upowszechniła się na obszarach Persji przed islamem. Znajdują się tu dwa niezmiernie ważne miejsca z nią związane – świątynia ognia i wieża milczenia. Na szczycie tej ostatniej odbywały się tzw. powietrzne pogrzeby zaratusztrian (zwłoki wystawiano na żer ptakom).

 

Z Jazdu kierujemy się już na północ, ku stolicy. Robimy jeszcze krótki przystanek w mieście Kaszan, gdzie podziwiać można niezwykłe rezydencje i ogrody oraz pełen życia bazar. Powrót do Teheranu to ponownie bardzo interesujące, a zarazem ciężkie przeżycie. Gęsty smog i zapach spalin znów zwala nas z nóg i zmusza do powtórnej aklimatyzacji do tutejszych warunków.

 

Informacje praktyczne

 

Iran jest obecnie świetnie połączony z Europą. Wygodne i niedrogie loty odbywają się z takich miast jak Frankfurt nad Menem i Monachium (Lufthansa), Wiedeń (Austrian Airlines), Londyn (British Airways), Rzym (Alitalia), Amsterdam (KLM), Paryż (Air France), Stambuł (Turkish Airlines) czy Kijów (Ukraine International Airlines – UIA). Możemy też wybrać np. podróż z Warszawy liniami Emirates z międzylądowaniem w Dubaju albo samolotem Qatar Airways z przystankiem w Dosze. Poza tym – co najważniejsze dla turystów z Polski – Polskie Linie Lotnicze LOT planują w najbliższym czasie uruchomienie nowego bezpośredniego połączenia z Warszawy do Teheranu. Ostatnio nastąpiła również duża liberalizacja przepisów wizowych, dlatego wielu zagranicznych gości decyduje się na uzyskanie wizy tuż po wylądowaniu, na lotnisku w stolicy Iranu (visa on arrival).

 

Przed podróżą warto zaopatrzyć się w odpowiednią ilość gotówki na bieżące wydatki i jej zapas na wszelki wypadek, gdyż nadal nie ma możliwości płacenia na miejscu kartami kredytowymi i płatniczymi, co jest skutkiem wieloletnich sankcji i odcięcia od międzynarodowego systemu bankowego. Najbezpieczniejszymi walutami na wymianę są dolary amerykańskie i euro, przy czym należy pamiętać, że banknoty (szczególnie dotyczy to dolarów) muszą być w idealnym stanie, aby zostały zaakceptowane w kantorach. Jeżeli chodzi o koszty pobytu, to niejeden turysta będzie zaskoczony faktem, iż ceny hoteli i dań w restauracjach bywają raczej dosyć zbliżone do tych w Polsce.

 

Podróżowanie po Iranie nie jest skomplikowane. Kraj oplata sieć bardzo dobrych dróg, można korzystać z niezłych połączeń autobusowych i kolejowych. Nadal trudno tu jednak o dostęp do internetu. Transfer danych bywa wolny i często bez użycia specjalnych aplikacji nie wejdziemy na najpopularniejsze serwisy społecznościowe.

 

Irańczycy są niezmiernie przyjaznymi ludźmi, dlatego pod względem bezpieczeństwa Iran należy do jednych z najlepszych regionów do organizowania samodzielnych wypraw. Aby zrozumieć nieraz bardzo zaskakujące zachowania miejscowych, warto zapoznać się z pojęciem ta’arof. Jest to dość skomplikowana formuła grzecznościowa praktykowana przez mieszkańców tego kraju od wieków. Jej zastosowanie najlepiej wytłumaczyć na przykładzie. Po odwiezieniu nas pod wskazany adres taksówkarz może odmówić przyjęcia pieniędzy. Tak naprawdę nie oznacza to jednak, że nie powinniśmy zapłacić za jego usługę, wręcz przeciwnie, trzeba nalegać, aż w końcu kierowca skapituluje. Podobnie jeśli Irańczyk oferuje nam coś za darmo, wcale nie świadczy to o tym, iż chce nam tę rzecz zwyczajnie podarować. Z takimi sytuacjami spotkamy się na targach, w sklepach, restauracjach czy wielu innych przypadkach. Należy pamiętać o tym, jak zareagować na tego typu bardzo specyficzną grzeczność. Jeżeli nie zapłacimy za usługę lub towar, wprawimy drugą stronę w ogromne zakłopotanie. Żeby lepiej zrozumieć Iran, warto sięgnąć po książki o tym kraju, w szczególności polecam pozycje autorstwa irańsko-amerykańskiego dziennikarza Hoomana Majda (Ajatollah śmie wątpić, Demokracja ajatollahów czy Ministerstwo Przewodnictwa uprasza o niezostawanie w kraju), który urodził się w Teheranie w 1957 r.

 

Filmowe oblicza Sycylii

HELENA KUCZYŃSKA-GRASSO


<< „Wydawało mi się naturalnym umiejscowienie akcji filmu w miejscu, gdzie historia jest nadal żywa i wibrująca. Jest to Sycylia, której nie należy identyfikować z mafią. Ta wyspa ma wiele innych twarzy, które ogromnie mnie fascynują” – powiedział kiedyś Krzysztof Zanussi o swoim filmie „Czarne słońce”. Zdecydowanie zgadzam się z jego słowami. Podróż po tej pasjonującej części Włoch dostarcza mnóstwa różnorodnych wrażeń i pozwala porównać rzeczywistość z powszechnymi wyobrażeniami. >>

Więcej…

Przygoda na Zanzibarze

Mariusz Kozak-Zagozda

 

Archipelag Zanzibar składa się z trzech dużych wysp – Ungui (Zanzibaru), Pemby i Mafii, a także kilkudziesięciu mniejszych wysepek. Pierwsza z nich od wieków przyciągała poszukiwaczy przygód, odkrywców i podróżników. Skąd się wzięła jej egzotyczna nazwa, dokładnie nie wiadomo. Najczęściej powtarzane turystom wyjaśnienie mówi, że pochodzi od słowa „zendż” („zenj”) oznaczającego czarnoskórych mieszkańców Afryki Wschodniej oraz arabskiego i perskiego określenia lądu lub wybrzeża oddanego w cząstce „-bar”. Ten toponim podobno wymyślili Arabowie, którzy w I w. n.e. przypłynęli w te strony na drewnianych łodziach żaglowych „dau” („dhow”).

Więcej…