MARTYNA GNIADKOWSKA

 

<< Piaszczyste plaże, kołyszące się nad turkusową wodą palmy, wszechobecna muzyka i taniec, świeżo skręcone aromatyczne cygara, orzeźwiające drinki na bazie rumu oraz brodate twarze Ernesta „Che” Guevary i Fidela Castro – taki obraz Republiki Kuby znajdziemy w większości przewodników. Jednak aby poznać ten kraj, nie wystarczy o nim przeczytać, trzeba go odwiedzić i samemu przekonać się, czy to, co o nim piszą, jest prawdą. >>

Niewątpliwie egzotycznego rysu dodaje Kubie także fakt, że Fidel Castro zamienił ją w enklawę socjalizmu i do dziś panuje w państwie ustrój socjalistyczny. Obywatele polscy przed przekroczeniem granicy kubańskiej muszą wyrobić sobie wizę. Powinni również posiadać paszport ważny jeszcze co najmniej 3 miesiące od planowanej daty opuszczenia kraju.

 

Nasza przygoda na Kubie zaczyna się tuż po wylądowaniu w stołecznej Hawanie. Lotnisko przypomina warszawskie Okęcie z lat 70. XX w. Działa tu kilka sklepów i jedna nie najlepsza kawiarnia. Po licznych kontrolach (łącznie ze skrupulatnym sprawdzeniem walizki wraz z otwieraniem każdego kosmetyku i analizą jego koloru, zapachu i konsystencji) docieramy do kantoru, do którego zdążyła już ustawić się długa kolejka. Przed budynkiem portu lotniczego mężczyzna z krótkofalówką pyta nas, dla ilu osób potrzebny będzie transport. Po kilku sekundach podjeżdża zadbana, rządowa taksówka. Choć od wyjścia z samolotu minęła mniej więcej godzina, nie odczuwam zniecierpliwienia. Dla mnie wszystko odbyło się niesamowicie szybko.

Z okna naszej casy particular wyczekują nas jej gospodarze. Witają nas niezmiernie miło i życzliwie i częstują świeżo przyrządzonym sokiem z ananasa i papai. Kubańska casa particular to kwatera prywatna, której właściciele ok. 70 proc. swojego dochodu z wynajmu zobowiązani są oddać państwu. Mimo iż często pokoje dla gości są w lepszym stanie niż część zamieszkiwana przez gospodarzy, warto zatrzymać się właśnie w domach Kubańczyków, gdyż dzięki temu poznamy bliżej życie codzienne na Kubie, a poza tym nierzadko możemy mieć też okazję zjeść smaczne, obfite i świeże domowe posiłki, dużo tańsze od tych w restauracjach. My pierwsze noclegi, właśnie w Hawanie, rezerwowaliśmy jeszcze z Polski, jednak każde kolejne, z wyprzedzeniem jednodniowym, umawialiśmy już za pośrednictwem osoby, u której aktualnie mieszkaliśmy.

 

Zwiedzanie na własną rękę

Do obowiązkowych punktów typowej turystycznej wycieczki po stolicy Kuby należą m.in. plac Rewolucji (Plaza de la Revolución), Kapitol (Capitolio de La Habana), Muzeum Rewolucji (Museo de la Revolución) czy Cmentarz Krzysztofa Kolumba (Cementerio de Cristóbal Colón). Jednak aby poczuć klimat Hawany, trzeba przejść się po jej wąskich uliczkach, wśród starych, popękanych kamienic, połączonych plątaniną kabli elektrycznych, oraz psów leniwie wylegujących się na każdym rogu. W przyulicznej budce kupimy tu bułkę z szynką, a przez kratę zamontowaną w domach zamiast drzwi (bardzo powszechny widok w kubańskiej metropolii) podadzą nam piekielnie mocne espresso i lody w gumowej misce do zwrotu. Zaobserwujemy również jak świeże mięso wieprzowe, leżące na ladzie, zostaje wyprzedane w mgnieniu oka. Spotkane po drodze umorusane kubańskie dzieci podziękują nam za nawet niewielkiego lizaka szczerym uśmiechem. Oczywiście, tę karaibską stolicę można zwiedzać z lokalnym biurem podróży, którego autokar zawozi turystów jedynie do zadbanych, odrestaurowanych obiektów i miejsc, najczęściej związanych ze światowej sławy pisarzem Ernestem Hemingwayem. Jednak zarówno Hawana, jak i cała Kuba, zasługują na znacznie więcej naszej uwagi, zwłaszcza dopóki jeszcze zachowały wygląd sprzed 50 lat. W kubańskim krajobrazie zachodzą ostatnio nieubłagane zmiany, a obce wpływy (przede wszystkim chińskie) stają się coraz bardziej widoczne. Dlatego też nie należy zwlekać z wyjazdem do tego kraju.

Hawańczycy, choć często biedni, potrafią cieszyć się z tego, co mają. Czy to ubrani w jednakowe mundurki uczniowie wracający ze szkoły, sprzedawcy na bazarach serwujący klientom świeżo obrane cytrusy, czy kobiety stojące na rogach głównych ulic i sprzedające zawinięte w papierowe rurki orzeszki – wszyscy sprawiają wrażenie szczęśliwych. Na najdłuższej hawańskiej alei – Malecón, przy której wznosi się mur oddzielający stolicę od morza, o każdej porze dnia i nocy spotkamy mieszkańców Hawany w różnym wieku i o różnym statusie. Grają na gitarze, czytają książki, piją piwo, przychodzą na randki – ta ulica niezmiennie tętni życiem.
            Z moich doświadczeń wynika, że Kubańczycy są ogromnie przyjaznym narodem: poproszeni o pomoc chętnie udzielają wskazówek, a zagadnięci nie odmawiają rozmowy na jakikolwiek temat. Wyspiarze często uczą się języka angielskiego na własną rękę, gdyż widzą w nim szansę na lepszą przyszłość czy wyjazd ze swojego kraju.

Wspaniałą panoramę Hawany obejrzymy z balkonu na 20 piętrze hotelu Habana Libre. Nie polecam jednak tej przyjemności osobom z lękiem wysokości, gdyż taras jest długi, lecz niezmiernie wąski i zabezpieczony balustradą o wysokości jedynie ok. metra. Na szczęście dla nich na najwyższym, 25 piętrze znajduje się tutaj restauracja, z której rozciąga się równie piękny widok.

FOT. CUBAINFO.DE/CUBAN TOURIST OFFICE Nieodłącznymi elementami kubańskiej ulicy są muzyka i taniec

 

Kubańskie krajobrazy

Kuba zachwyca swoją florą i fauną. Naturalne krajobrazy po prostu zapierają dech w piersiach, a przyroda w dużej części pozostaje wciąż nienaruszona przez człowieka.

W Rezerwacie Biosfery Sierra del Rosario w zachodniej części wyspy leży dziki rejon Soroa, nazywany „tęczą Kuby”. Wejście na szlak prowadzący do tutejszego 22-metrowego wodospadu o tej samej nazwie jest płatne. Po uiszczeniu opłaty czeka nas ok. 30-minutowy spacer (obowiązkowo trzeba zabrać wygodne obuwie) wśród niezwykle bujnej roślinności, jakiej nie zobaczymy nigdzie w Europie. Na końcu trasy znajduje się przepiękna kaskada – wdzięczny obiekt do fotografowania i znakomite miejsce na orzeźwiającą kąpiel. Przy samym wodospadzie można zakupić świeże, obrane owoce oraz drinki z rumem w łupinie kokosa.

            Dużą popularnością wśród turystów cieszy się miasto Viñales w Dolinie Viñales (Valle de Viñales), wpisanej w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, leżące na północ od rejonu Soroa. Cały otaczający je górzysty region zachował swoje pierwotne piękno. Powstałe tu w okresie jury ogromne ostańce erozyjne, porośnięte dziś gęstą roślinnością, tworzą scenerię niczym z planu filmu Park Jurajski Stevena Spielberga. Gdy burmistrz Viñales zorientował się, jaki dochód przynoszą odwiedziny turystów, kazał pomalować wszystkie domy na różne kolory, aby jeszcze bardziej uatrakcyjnić krajobraz, który sam w sobie jest już ogromnie przyciągający. Kolejnym powodem, dla którego warto tutaj przyjechać, może być najlepszy na całej Kubie tytoń, z którego słynie Valle de Viñales. Cygara warto jednak kupić u prywatnych osób – po pierwsze dlatego, że wtedy nie są produkowane masowo, po drugie – zapłacimy za nie taniej niż w sklepach, gdzie i tak dość często natrafimy – niestety – na podróbki.

FOT. CUBAINFO.DE/CUBAN TOURIST OFFICE
Zbieranie tytoniu w Pinar del Río

 

            Przewodniki po Kubie wśród atrakcji Viñales wymieniają zawsze gigantyczne malowidło na skalnej ścianie – Mural de la Prehistoria. Jego wykonanie zlecił Fidel Castro, a obrazować ma ono ewolucję rasy ludzkiej od jej początków do ostatecznego etapu, czyli wykształcenia się człowieka socjalizmu. Efekt wizualny musimy ocenić sami… Dla mnie dużo wartościowszym przeżyciem estetycznym było podziwianie wspaniałego widoku rozciągającego się z tarasu hotelu Los Jazmines. Gdy wschodzące słońce oświetlało na czerwono okoliczne góry, znów przypomniały mi się sceny ze wspomnianego już słynnego filmu o wyspie zamieszkałej przez dinozaury.

FOT. CUBAINFO.DE/CUBAN TOURIST OFFICEMalowidło Mural de la Prehistoria w okolicy Doliny Viñales

 

            Kubańską dżunglę porastającą południowy Półwysep Zapata (Península de Zapata) turyści natomiast najczęściej, zupełnie niesłusznie, omijają. Warto tu pojechać chociażby ze względu na krokodyle kubańskie – jedne z najmniejszych w rodzinie krokodylowatych (rzadko osiągające powyżej 3,5 m długości). Co prawda, ogrodzenia, za którymi trzyma się te gady w miejscowej wylęgarni, nie wyglądają zbyt wytrzymale, ale pracownicy zapewniają, że w jej granicach nie wydarzył się żaden wypadek. Oprócz oglądania z bliska dzikich zwierząt ośrodek oferuje także nietypową atrakcję: możemy w nim potrzymać i pogłaskać małego krokodyla.

 

W promieniach słońca

Wybrzeże Kuby posiada niewątpliwie urok rajskiego zakątka – szerokie plaże z białego piasku, wysmukłe palmy, nieskazitelnie czysta, turkusowa woda, która przez kilkanaście metrów od brzegu ciągle sięga do kolan, a do tego brak tłumu plażowiczów. Turyści korzystają z kąpieli słonecznych głównie w pobliżu nadmorskich kurortów, przy swoich hotelach, więc wystarczy tylko nieco oddalić się od okupowanych przez nich rejonów, aby poczuć się jak rozbitek na bezludnej wyspie. Nie jestem w stanie wybrać jednej najpiękniejszej kubańskiej plaży. Dla mnie zarówno te północne, dookoła Hawany, jak i południowe, ciągnące się od Trinidadu, warte są zobaczenia.

FOT. CUBAINFO.DE/CUBAN TOURIST OFFICEJardines del Rey (Ogrody Króla) – rajska plaża na jednej z wysepek

 

            Mimo iż nie przepadam za zamkniętymi ośrodkami turystycznymi typu all inclusive, gdzie główną atrakcję stanowią drinki alkoholowe oraz wylegiwanie się na leżaku w promieniach słońca, to polecam wybrać się na kilka dni do któregoś z luksusowych resortów na Cayo Coco – wyspie, która pomimo wielu protestów ekologów została połączona z Kubą 17-kilometrowym wałem. Sam dojazd prostą, asfaltową drogą, szeroką na może 15 m, będzie wyjątkowym przeżyciem. Groblę z obu stron otacza jedynie błękitne morze – to widok nie do opisania.

 

Na kubańskich drogach
Z myślą o turystach na Kubie stworzone zostały specjalne linie autobusowe Viazul. Ich autobusy kursują codziennie o stałych porach do wszystkich turystycznych miast na całej wyspie. Jednak znacznie lepszym środkiem transportu bywają taksówki. Koszt przejazdu jest porównywalny, ale przygody, jakie przeżyjemy po drodze, na pewno urozmaicą nam podróż. Każda taksówka, z której korzystaliśmy, miała ukryty defekt: od wyciekającego paliwa, przez opadającą wciąż szybę, aż do silnika, który popsuł się w połowie trasy, co zmusiło nas do przesiadki do ciężarówki z paką, jaką jeżdżą na ogół tylko Kubańczycy (tutaj to turyści stanowią nie lada atrakcję!). Najciekawszym przeżyciem był jednak dla nas zupełnie niespodziewany przejazd rozsypującym się wozem ciągniętym przez konia. Kobieta, która zaoferowała nam podwiezienie, użyła w rozmowie z nami słowa coche, przez co wywnioskowaliśmy, że ma na myśli – oczywiście – samochód…

            Mimo wszystko najbardziej na kubańskich drogach zaskoczyły nas egzemplarze Fiata 126p. Większość aut na wyspie to stare, wysłużone amerykańskie samochody z połowy XX w. Swojskie maluchy wyglądają więc wśród nich dość osobliwie, szczególnie dla Polaków. Sama ich liczba także wprawia w zdumienie. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że 1 na 10 samochodów, które widziałam na Kubie, to właśnie tak popularny u nas niegdyś Fiat 126p!

 

Lokalne rozrywki

Jako że wielu Kubańczyków nie może sobie pozwolić na duże wydatki, w kasynie, na boisku czy sali do squasha lub w kręgielni spotkamy raczej obcokrajowców. Miejscowi mają własne sposoby na spędzanie wolnego czasu. Widok ludzi grających w karty, domino bądź szachy przy stolikach ustawionych wprost na ulicy należy już do typowego krajobrazu wyspy. Odkryjemy tu także jedną z lokalnych gier hazardowych. Na obwodzie dużego, okrągłego stołu rozstawione są malutkie, kolorowe drewniane domki z wejściami. Na środku na niskiej, obrotowej platformie znajduje się jeszcze jeden domek bez wejścia, ale za to ze schowaną w nim świnką morską. Prowadzący rozgrywkę zbiera pieniądze od graczy, obstawiających, gdzie schroni się zwierzę. Następnie kręci platformą i po jej zatrzymaniu wypuszcza mocno skołowaną świnkę. Ten, kto zgadł, który domek wybierze mały gryzoń, wygrywa albo obstawione pieniądze, albo alkohol. W tym ostatnim przypadku wszystkie postawione stawki zostają w kieszeni prowadzącego grę. Wersja pierwsza jest dla Kubańczyków, a druga – dla turystów.

FOT. MARTYNA GNIADKOWSKAGra hazardowa, w której główną rolę odgrywa świnka morska

 

Ponad dwa tygodnie, które spędziliśmy na Kubie, to zdecydowanie za mało, aby poznać jej wszystkie atrakcje. To jednak wystarczająco dużo, żeby zapragnąć na nią wrócić jak najprędzej. Kto raz wybrał się na tę fascynującą i gorącą wyspę, nigdy już o niej nie zapomni.


 

Artykuły wybrane losowo

Roztańczona tropikalna Brazylia

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Wymyślne platformy z tancerzami na Sambódromo do Rio de Janeiro w 2016 r.

 24921609281 86fdc983ff o

© FERNANDO GRILLI/RIOTUR

 

W Brazylii, jednym z największych państw na świecie i największym w Ameryce Południowej, znajdziemy wszystko, czego pragnie podróżnik. Jej wschodnią granicę stanowią piękne złociste plaże położone nad Oceanem Atlantyckim. Na północy i zachodzie rozciągają się amazońskie lasy, a bliżej południa leżą tętniące życiem metropolie Rio de Janeiro i São Paulo. Ten kraj kusi i zniewala. Każdy, kto zostawił tu serce, marzy o powrocie w te strony.

 

Uderzenie gorącego powietrza, widok uśmiechniętych twarzy, dochodzący zewsząd gwar wielkiego miasta – takie były moje doświadczenia po wyjściu z lotniska podczas pierwszej wizyty w Rio de Janeiro, od którego rozpoczęłam wyprawę po fascynującej Brazylii. Oszałamia ona przyjezdnego nie tylko różnorodnością, klimatem i serdecznością mieszkańców, lecz także imponującym terytorium. Ma ponad 8,5 mln km2 powierzchni i zajmuje niemal połowę kontynentu. Pod względem obszaru niedużo więc ustępuje Europie.

 

Sami Brazylijczycy, których jest ok. 207 mln, mówią, że nie istnieje coś takiego jak jedna Brazylia. Obok elementów kultury jednoczących mieszkańców (m.in. znanej na całym świecie wielkiej miłości do piłki nożnej, uważanej przez nich za świętą) znajdziemy tu wiele różnic między regionami i ich tradycjami czy krajobrazami. Poza tym przy planowaniu podróży warto wziąć pod uwagę nie tylko duże odległości, ale też zmieniające się uwarunkowania klimatyczne. Na Nizinie Amazonki niemal przez okrągły rok panuje wysoka wilgotność i temperatura powietrza (dochodząca nawet czasami do prawie 45°C). Często nawiedzają ją również burze i tropikalne deszcze. W środkowo-wschodniej części kraju, gdzie rozciąga się Wyżyna Brazylijska, występuje pora deszczowa i sucha. Najbardziej sprzyjający klimat panuje na wybrzeżu, na którym upał nie daje się tak we znaki dzięki orzeźwiającej bryzie znad oceanu. Południe Brazylii natomiast leży w strefie zwrotnikowej i podzwrotnikowej z ciepłą zimą i gorącym latem.

 

MIASTO SŁOŃCA I BOSSA NOVY

 

Ten kraj rozsławił na cały świat – oczywiście – huczny karnawał. Zwyczaj zabaw przed okresem wielkiego postu przywieźli ze sobą w latach 20. XVIII w. portugalscy osadnicy. W kolejnym stuleciu został on spopularyzowany przez… coraz liczniejszych emigrantów z Francji. Brazylijczycy szybko go sobie przyswoili i stopniowo przekształcili w maskaradę i taneczne korowody. Pierwszy bal maskowy z muzyką odbył się w Rio de Janeiro w 1840 r. Od tego czasu tutejszy pięciodniowy karnawał zyskiwał sobie coraz większą popularność. Istnieje oficjalnie już od lutego 1892 r. i do tej pory odbyło się 125 jego edycji.

 

O wyjątkowym charakterze tej niezmiernie barwnej imprezy decyduje z pewnością samba – prawdziwy skarb narodowy Brazylijczyków. Ten gatunek sięga swoimi korzeniami do pieśni i tańców afrykańskich niewolników. Karnawałowe szaleństwo zaczyna się zwykle na kilka dni przed Środową Popielcową. Na znak inauguracji burmistrz oddaje klucze do miasta szkołom samby. To właśnie one organizują defilady, w których można podziwiać tancerzy w błyszczących, kolorowych kostiumach i ludzi poprzebieranych za rozmaite postacie. Fantastyczne korowody przemierzają ulice (Avenida Marquês de Sapucaí, Estrada Intendente Magalhães i inne główne arterie), a po słynnym sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí lub inaczej Sambódromo do Rio de Janeiro – specjalnej alei z trybunami dla widzów i jurorów oceniających każdy zespół) suną barwne platformy. Impreza trwa pięć dni, choć przygotowania do niej odbywają się praktycznie cały rok.

 

Główną zasadą karnawału, zarówno w Rio de Janeiro, jak i wszędzie na świecie, jest to, że w jego trakcie wszyscy stają się równi. Przestają liczyć się podziały na biednych i bogatych, a ustalony porządek ulega odwróceniu. Może dlatego jego tradycja zyskała sobie taką popularność akurat w tym mieście, niezmiernie zróżnicowanym społecznie i pełnym ludzi marzących o odmianie swojego losu. Swoiście karnawałowy charakter ma nawet krajobraz tej metropolii – zamieszkane przez najuboższych fawele (czyli dzielnice nędzy) rozciągają się na wzgórzach, a zamożniejsi obywatele żyją w niżej położonych rejonach. Właśnie ci najbiedniejsi codziennie budzą się z najpiękniejszym widokiem na Rio de Janeiro i pobliską zatokę Guanabara. Od pewnego czasu fawele jednak stopniowo się zmieniają. Nadal stanowią charakterystyczny element miasta, ale stają się bezpieczniejsze.

 

W rejonie dzielnic klasy średniej Santa Teresa i Lapa warto podejść pod ozdobione kolorowymi ceramicznymi kafelkami Schody Selarón (Escadaria Selarón, autorstwa chilijskiego artysty Jorge Selaróna). Na obu tych obszarach znajdziemy zachwycającą kolonialną architekturę. Na dodatek to ulubione miejsca tutejszej bohemy i amatorów dobrej zabawy. Kojarzą się z kawiarniami, klubami z muzyką na żywo i ulicznymi artystami, zapewniającymi spacerowiczom rozrywkę przez całą dobę. Niemal bez przerwy słychać tu sambę, a na placu pod XVIII-wiecznym Akweduktem Carioca (Aqueduto da Carioca) ludzie spotykają się, aby pograć w szachy i pogawędzić przy piwie lub koktajlu caipirinha (klasycznym drinku przyrządzanym na bazie mocnego alkoholu cachaça, cukru, limonek i lodu).

 

WZGÓRZA WŚRÓD PLAŻ

 

Kolejnym znakiem rozpoznawczym Cudownego Miasta (Cidade Maravilhosa), jak określa się Rio de Janeiro, jest bliskość przyrody. Nie trzeba nawet oddalać się od centrum czy dzielnic mieszkalnych, aby natknąć się na wzgórza, tropikalne lasy bądź parki. Właśnie w tej metropolii znajduje się największy ogród botaniczny w Ameryce Południowej (o powierzchni ok. 140 ha). Jardim Botânico do Rio de Janeiro założono w 1808 r. na polecenie późniejszego króla Portugalii Jana VI (1767–1826). Początkowo na tym terenie uprawiano przyprawy, ale po kilkunastu latach (w 1822 r.) został on otwarty dla publiczności. Dziś stanowi idealne miejsce do schronienia się przed gwarem miasta i upałami. Obejrzymy tutaj m.in. pięknie zaprojektowany ogród japoński i aleję wysmukłych palm królewskich (z gatunku Roystonea oleracea) – Aleia Barbosa Rodrigues.

 

W pobliżu ogrodu botanicznego leży Park Narodowy Tijuca (Parque Nacional da Tijuca – niemal 40 km2 powierzchni) z Lasem Tijuca (Floresta da Tijuca) należącym do największych na globie lasów w obrębie miejskiej aglomeracji. Prowadzi tędy droga na wzgórze Corcovado (710 m n.p.m.), którego szczyt wieńczy słynny pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor) – symbol Rio de Janeiro i jeden z siedmiu nowych cudów świata. Figurę Jezusa zaprojektował francuski artysta polskiego pochodzenia Paul Landowski (1875–1961). Powstały we Francji monument umieszczono na Corcovado w 1931 r. Dziś stanowi najpopularniejszy turystyczny punkt nie tylko w samym Rio de Janeiro, lecz także w całej Brazylii. Dlatego aby uniknąć tłumów, warto wybrać się tu wcześnie rano. To samo dotyczy innego znanego wzgórza, z którego rozciąga się niezapomniany widok na miasto (w tym na słynny piłkarski Stadion Maracanã), zatokę i ich okolicę. Mowa o cieszącej się dużym zainteresowaniem turystów Głowie Cukru (Pão de Açúcar, 396 m n.p.m.). Na jej szczyt można dostać się kolejką linową (Bondinho do Pão de Açúcar) lub wspiąć się o własnych siłach. Jeśli trafimy na bezchmurny dzień, w pełni będziemy mogli docenić piękno otaczających nas krajobrazów.

 

Po zwiedzaniu warto odpocząć na którejś z miejskich plaż. W całej aglomeracji jest ich kilkadziesiąt. Godne polecenia są m.in. niezbyt zatłoczone Praia do Leblon i Praia do Flamengo. Nie sposób też ominąć słynnej Copacabany (ponad 4-kilometrowej), tłumnie odwiedzanej zarówno przez turystów, jak i cariocas (jak nazywa się mieszkańców Rio de Janeiro). Przez całą dobę tętni ona życiem: spotkamy tu młodzież grającą w piłkę nożną albo siatkówkę, muzyków i surferów. Choć według miejscowych plaża ta stanowi symbol społecznej równości, bo nie obowiązują tutaj żadne ograniczenia dotyczące wstępu i chętnie wypoczywają na niej bogaci i ubożsi, to uznaje się ją za jeden z najbardziej ekskluzywnych rejonów w mieście. Świadczą o tym np. pobliskie eleganckie budynki takie jak ogromny Pałac Copacabana (Copacabana Palace), wznoszący się przy bulwarze. W obiekcie działa hotel sieci Belmond uchodzący za najbardziej luksusowy w Ameryce Łacińskiej. Poza stylowo urządzonymi pokojami i apartamentami znajdują się w nim m.in. dwa baseny (jeden tylko dla gości piętra z apartamentami penthouse), kort tenisowy, restauracje i kasyno.

 

Niedaleko południowo-zachodniego krańca Copacabany wznosi się twierdza (Forte de Copacabana), której budowę ukończono w 1914 r. Obecnie mieści się w niej muzeum historyczno-wojskowe (Museu Histórico do Exército e Forte de Copacabana). Położone obok przejście prowadzi na kolejną popularną plażę, a mianowicie Ipanemę (2,6 km długości), rozsławioną dzięki piosence Antônia Carlosa Jobima (1927–1994) i Viniciusa de Moraesa (1913–1980). Dziewczyna z Ipanemy (Garota de Ipanema), jedna z najbardziej klasycznych melodii bossa novy, powstała w 1962 r. Jak mówi lokalna legenda, obaj autorzy siedzieli przy stoliku w barze „Veloso” (dzisiaj „Garota de Ipanema”), gdy dostrzegli piękną Helô Pinheiro. Byli tak zachwyceni jej urodą, że postanowili napisać o niej piosenkę. Pikanterii dodaje tej historii fakt, iż zakochany w atrakcyjnej kobiecie żonaty Antônio Carlos Jobim wielokrotnie się jej potem oświadczał. Nostalgiczny utwór stał się rozpoznawalny na całym świecie, a sama bossa nova szybko zyskała sobie status charakterystycznego stylu muzycznego pochodzącego z Brazylii.

 

MIEJSKIE DŻUNGLE

 

Barwne historyczne centrum miasta Paraty

SE Parati0128

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

Jeśli plaże Rio de Janeiro nam nie wystarczą, powinniśmy wybrać się do Búzios (Armação dos Búzios), leżącego ok. 170 km na wschód stąd. To ponad 30-tysięczne miasto często bywa nazywane brazylijskim Saint-Tropez, choć nie ze względu na architekturę czy klimat, lecz głównie dlatego, że mniej więcej w tym samym czasie (w połowie lat 60. XX w.) zaczęło przekształcać się w znaną miejscowość wypoczynkową. Wpływ na tę zmianę miała gwiazda francuskiego kina Brigitte Bardot, która po raz pierwszy odwiedziła to miejsce w 1964 r. i od tego momentu spędzała w nim wakacje równie chętnie jak na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Cudowne, egzotyczne plaże (niemal 25!), krystalicznie czysta błękitna woda, malownicze zatoczki oraz eleganckie restauracje i hotele – to wszystko sprawia, że Búzios, położone blisko Rio de Janeiro, zdążyło wyrosnąć na jeden z najpopularniejszych kurortów w tej części kraju, nie tracąc przy tym swojej niewątpliwej urody.

 

Drugą perłę regionu stanowi miasto Paraty, według wielu należące do najbardziej fotogenicznych w Brazylii. Powstało ono w 1667 r. i szybko zaczęło służyć jako port, z którego wywożono do Portugalii złoto i kamienie szlachetne. Właśnie w tym okresie rozwinęło się i wzbogaciło o przepiękną kolonialną architekturę, do dziś zachowaną w niezmienionym kształcie. W tym melancholijnym, liczącym 40 tys. mieszkańców ośrodku czas naprawdę się zatrzymał.

 

Tego samego zdecydowanie nie można powiedzieć o położonym ok. 270 km dalej na zachód São Paulo – jednej z najludniejszych metropolii świata i zarazem największej pod względem populacji na półkuli południowej i w Ameryce Południowej. Całą aglomerację zamieszkuje ponad 21 mln ludzi. Zatłoczone miasto nie cieszy się takim zainteresowaniem wśród turystów jak Rio de Janeiro. Kryje w sobie jednak wiele atrakcji, a tym, co stanowi o jego sile, jest niezwykła energia, architektoniczny rozmach i różnorodność. Obok rejonów słynących ze sztuki ulicznej, kawiarni i klubów, takich jak Vila Madalena w dzielnicy Pinheiros, znajdują się tu największe na kontynencie centra biznesowe. Warto podkreślić też imponującą liczbę placówek muzealnych, z których szczególnie trzeba odwiedzić Muzeum Sztuki (Museu de Arte de São Paulo – MASP), mieszczące się przy jednej z najważniejszych ulic w São Paulo – alei Paulista (Avenida Paulista). W sercu miasta leży Praça da Sé – plac z neogotycką Katedrą Metropolitalną, którą zaczęto wznosić w 1913 r. Po kilkunastominutowym spacerze dotrzemy stąd z kolei na plac Ramosa de Azevedo (Praça Ramos de Azevedo) z eklektycznym gmachem Teatru Miejskiego (Theatro Municipal de São Paulo), należącym do najpiękniejszych tego typu budynków na świecie. Jednak największą atrakcją São Paulo jest modernistyczna architektura, której przykłady znajdziemy kilkaset metrów od teatru, na placu Sztuki (Praça das Artes). Przedstawicielem tego kierunku był słynny brazylijski architekt Oscar Niemeyer (1907–2012). Zaprojektował on wiele budynków w tym mieście (np. w Parku Ibirapuera) i innych częściach Brazylii (m.in. w Rio de Janeiro i Brasílii, stolicy kraju) oraz za granicą (w Nowym Jorku, Paryżu czy Berlinie). Oprócz tego uroku São Paulo dodaje jego wielokulturowość. Przykładowo w dzielnicy Liberdade żyje największa mniejszość japońska na świecie (stanowi 65 proc. spośród jej 220 tys. mieszkańców).

 

„Polski” Las Papieża Jana Pawła II powstał w 1979 r. w Kurytybie

PR Curitiba0438

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

POTRAWY Z GRILLA I PIEROGI

 

Brazylijska kuchnia bazuje raczej na mięsie. Niewątpliwie przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom dań z rusztu. Brazylijczycy chętnie grillują prawie wszystko: od drobiu i wołowiny po warzywa i owoce. Nieodłącznym składnikiem menu jest tu również ryż, czarna fasola (feijão) i mąka z manioku (farinha de mandioca). Z tych trzech produktów i mięsa wołowego lub kurczaka przyrządza się przypominającą gulasz potrawę feijoada. Mieszkańcy Brazylii uwielbiają także słodycze. W każdej kawiarni kupimy tzw. salgados, smażone w tłuszczu przekąski z serem, nadzieniem z mięsa bądź ryby, przygotowywane z kaszy albo manioku. Brazylijczycy zajadają się też kuleczkami mleczno-kokosowymi (beijinhos de coco) bądź kakaowymi (brigadeiros) i kremem czekoladowym serwowanym z brandy. Napój narodowy stanowi – oczywiście – kawa, uprawiana głównie w stanach São Paulo, Minas Gerais i Paraná. Choć od pewnego czasu w światowym wyścigu o pierwsze miejsce w jej produkcji ścigają się z Brazylią m.in. Wietnam i Kolumbia, to wciąż właśnie ten ogromny południowoamerykański kraj zajmuje pozycję lidera.

 

Jeśli w trakcie podróży najdzie nas ochota na… pierogi lub inne rodzime danie, powinniśmy odwiedzić Kurytybę, stolicę Parany. Mieszka w niej według różnych źródeł od 90 do nawet 400 tys. osób polskiego pochodzenia (w całym stanie żyje ich od 700 tys. do 1,5 mln). Pierwsi przybysze z Polski przypłynęli w te strony w zorganizowanych grupach w 1869 r. Potem, od końca XIX stulecia, rozpoczął się gwałtowny napływ imigrantów z terenów trzech zaborów, a druga największa fala emigracji dotarła tu po II wojnie światowej. Jeden z najrozleglejszych parków w mieście nosi zresztą imię Jana Pawła II (Bosque do Papa João Paulo II). Zaraz przy wejściu do niego natkniemy się na polską restaurację serwującą m.in. barszcz i pierogi. Kurytybę często nazywa się również najbardziej zadbanym, ekologicznym i zielonym ośrodkiem w kraju. Stolica Parany szczyci się poza tym wysoką jakością życia. Dotyczy to także oddalonego stąd o ok. 300 km na południe Florianópolis, położonego malowniczo głównie na wyspie Santa Catarina (424,4 km² powierzchni) i pobliskich mniejszych wysepkach. Nowoczesność świetnie komponuje się w nim z tradycją i naturalnym pięknem. Na północy wznoszą się wysokie hotele i drapacze chmur, rozciągające się wzdłuż nadmorskiej alei, a w południowej części miasta odkryjemy spokojne osady rybackie, pamiętające czasy portugalskich kolonizatorów. W historycznym centrum Florianópolis, wypełnionym kolonialną architekturą, uwagę przyciąga rozłożysty figowiec rosnący na głównym placu 15 Listopada (Praça XV de Novembro). Nieopodal znajduje się m.in. Muzeum Historyczne Santa Catariny (Museu Histórico de Santa Catarina – MHSC) w dawnym Różowym Pałacu (Palácio Rosado) oraz stary targ miejski z licznymi kawiarniami i restauracjami. Osoby marzące o błogim odpoczynku w promieniach słońca mogą udać się natomiast na jedną z ponad czterdziestu plaż. Do wyboru mają zarówno rejony z odpowiednią infrastrukturą, jak i bardziej naturalne miejsca, jak choćby dziewicza Lagoinha do Leste, na którą nie prowadzi żadna droga, dlatego docierają do niej tylko najwytrwalsi.

 

TWÓRCZA MOC WODY

 

Podczas wyprawy po Brazylii zdecydowanie nie wolno ominąć słynnego Parku Narodowego Iguaçu (Parque Nacional do Iguaçu) leżącego przy granicy z Argentyną, kilka kilometrów od Paragwaju. W 1986 r. wpisano go na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Turystów z całego globu przyciąga przede wszystkim zapierającymi dech w piersiach wodospadami Iguaçu (Cataratas do Iguaçu), okrzykniętymi jednym z siedmiu nowych cudów natury. Składa się na nie aż 275 kaskad, z których największe mają nawet ponad 800 m szerokości! Łuki powstających tutaj tęczy często łączą tereny obu krajów, zewsząd dobiega huk spadającej wody, a krajobraz urozmaica intensywnie zielona, gęsta roślinność. To wszystko sprawia, że okolica Iguaçu przypomina baśniową krainę. Choć znaczna część tego obszaru (ok. 80 proc.) znajduje się po stronie argentyńskiej (w granicach Parku Narodowego Iguazú), na terytorium Brazylii również jest co oglądać. Wodospadom można się tu przyjrzeć z naprawdę bliska i podziwiać je od dołu, a z tej perspektywy prezentują się jeszcze bardziej spektakularnie. Szczególnie warto podejść pod ogromną Diabelską Gardziel (Garganta do Diabo) – najwyższą kaskadę, osiągającą 80 m. Niżej położoną część tego regionu porasta subtropikalny las deszczowy. Wśród palm, ogromnych paproci czy araukarii żyją w nim liczne egzotyczne zwierzęta.

 

Aby w pełni docenić urodę i różnorodność przyrody Brazylii, trzeba wyruszyć także na północny wschód kraju, gdzie rozciągają się plaże uchodzące za najpiękniejsze na całym kontynencie. Taką opinią cieszy się m.in. złociste wybrzeże w sąsiedztwie urokliwego kurortu Maceió, stolicy stanu Alagoas. Leży on ok. 250 km na południowy zachód od największego miasta regionu (Região Nordeste do Brasil) – ponad 1,6-milionowego Recife, które ze względu na dużą liczbę kanałów i mostów określa się mianem brazylijskiej Wenecji. Jednak turystów przyciąga do niego raczej nowoczesna architektura. Najchętniej odwiedzanym rejonem jest tzw. Strefa Południowa (Zona Sul). Powstała ona wzdłuż wybrzeża otoczonego malowniczymi rafami koralowymi, od których zresztą pochodzi nazwa samego ośrodka (recife znaczy po portugalsku „rafa”). Właśnie tu znajduje się też najwięcej hoteli, restauracji i plaż, w tym szeroka i długa na mniej więcej 7 km Boa Viagem (Praia de Boa Viagem), porównywana do Copacabany. Recife, stolica stanu Pernambuco, słynie oprócz tego z najlepszych lokali serwujących świeże ryby i owoce morza. Takich specjałów spróbujemy zarówno w knajpkach nad brzegiem oceanu, jak i w historycznym centrum, czyli Recife Antigo, które wieczorami rozbrzmiewa muzyką i wypełnia się ludźmi. W ciągu dnia warto zwiedzić m.in. Centrum Kultury Żydowskiej w Pernambuco (Centro Cultural Judaico de Pernambuco), mieszczące się w budynku najstarszej synagogi w obu Amerykach (Sinagoga Kahal Zur Israel), wzniesionej w pierwszej połowie XVII w. Inną ciekawą atrakcję stanowi wieża Malakoff (Torre Malakoff) służąca przez pewien czas jako obserwatorium astronomiczne (ukończona w 1855 r.). Rozpościera się z niej wspaniały widok na całe miasto.

 

Potężne kaskady na rzece Iguaçu spływającej z bazaltowego płaskowyżu

SU FozIguacu0931

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

GOŚCINNY RAJ

 

Jeśli z Recife udamy się jeszcze dalej na północ, dotrzemy na jedną z najpiękniejszych plaż na świecie, uważaną za prawdziwy raj na ziemi. Nieco hippisowska Pipa (aż 10-kilometrowa!) poza znakomitymi miejscami z lokalnymi przysmakami zachwyca podróżników przede wszystkim lazurową, krystalicznie czystą wodą, piaskiem o niemal śnieżnobiałym kolorze, gęstymi palmami kokosowymi i atmosferą błogości, która każdemu pozwala oderwać się choć na chwilę od problemów.

 

Na zwiedzanie z kolei koniecznie powinniśmy wybrać się do ponad 2,6-milionowej Fortalezy (ok. 570 km na północny zachód), stolicy stanu Ceará. Z dawnej wioski rybackiej w ciągu kilku stuleci zmieniła się ona w jeden z największych ośrodków turystycznych i handlowych Brazylii. Jej magia tkwi w wyjątkowej mieszance kolonialnych tradycji i elementów nowoczesności. Przy ciągnącej się wzdłuż brzegu oceanu alei Beira-Mar wznoszą się wspinające się pod niebo siedziby firm i banków, centra handlowe czy hotele. Tuż obok, wśród białych piasków, zacumowane są drewniane łódki rybaków, a na chodniku przy plaży lokalni artyści i rzemieślnicy wystawiają swoje prace, np. charakterystyczne dla tego rejonu ręcznie haftowane obrusy, hamaki i koronki.

 

Prawdziwy raj dla miłośników tradycyjnych wyrobów stanowi Salvador (Salvador da Bahia). To w nim wiele osób kończy wizytę na środkowym wybrzeżu. Właśnie tu znajduje się największy targ rzemiosła artystycznego w regionie – Mercado Modelo z 263 sklepikami, stoiskami i restauracjami z tradycyjną kuchnią stanu Bahia. Sam zabytkowy Salvador bywa nazywany czarną stolicą Brazylii lub czarnym Rzymem, bo aż 80 proc. jego mieszkańców jest potomkami niewolników, przywiezionych z Afryki na plantacje trzciny cukrowej. Wpływ afrykańskiej kultury dostrzeżemy zresztą w tutejszych tradycjach, lokalnej gastronomii i samym charakterze miasta, które za sprawą imponującej kolonialnej architektury i urokliwego położenia cieszy się zasłużenie opinią jednego z najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych na całym kontynencie. Niezmiernie atrakcyjnie prezentuje się historyczne centrum, czyli Pelourinho. Jego klimatyczną atmosferę tworzą urocze wąskie uliczki, barokowe kościoły, interesujące muzea (w tym znakomite Muzeum Afrobrazylijskie – Museu Afro-Brasileiro przy placu 15 Listopada, czyli Praça XV de Novembro) i nastrojowe kawiarnie, w których można zamówić café da manhã – zestaw śniadaniowy składający się zazwyczaj z kawy, owoców i słodkiej przekąski.

 

Jednak największe wrażenie na przyjezdnych robi w Salvadorze wielka serdeczność i niesamowita energia jego mieszkańców. Wydaje się, że te cechy charakteru Brazylijczyków występują tutaj w wyjątkowo zintensyfikowanej formie. Miejscowi są uśmiechnięci i otwarci, przyjaźnie zagadują innych niemal na każdym kroku. Oprócz tego obywatele Brazylii odczuwają ogromną dumę narodową. Podczas rozmów z cudzoziemcami potrafią godzinami z przejęciem chwalić własną kulturę i zachwycać się jedzeniem, wyliczać sukcesy swoich piłkarzy i opowiadać o bogactwach przyrody. I choć wiadomo, że wszyscy mamy prawo do idealizowania właśnie naszej ojczyzny, to chyba trudno nie przyznać im racji. W tym ogromnym, rozciągającym się na niemal pół kontynentu kraju znajdziemy wszystko, co czyni podróże tak ekscytującymi. Poza tym jego gościnni mieszkańcy nawet w trakcie krótkiej pogawędki będą nas w swoim melodyjnym języku gorąco przekonywać do tego, żebyśmy kiedyś koniecznie tu wrócili. Tak naprawdę nie muszą się jednak zbytnio starać, bo roztańczona Brazylia jest niezmiernie uzależniająca.

 

 

Mała wielka Malta

MARCIN „HUMBAK” JĘDRZEJCZAK

 

Leżąca na Morzu Śródziemnym, mniej więcej pośrodku między Gibraltarem a Izraelem, a także Sycylią i Tunezją, Malta jest dosyć dobrze rozwiniętym gospodarczo państwem, tysiąc razy mniejszym od Polski (316 km2 powierzchni). Nie uprawia się w nim ani warzyw, ani owoców, wycięto wszystkie oliwne drzewka, a jedyne, co pozostało, to winnice. Brak tu rzek czy jezior, deszcz pada rzadko i praktycznie nie ma słodkiej wody, znajdziemy za to mnóstwo zabytków. Dlatego kraj ten nazywa się często muzeum pod gołym niebem.

Wodę w miejscowym hotelu po przegotowaniu można śmiało wypić. Jej smak nie jest jednak źródlany, bowiem Maltańczycy pozyskują ją odsalając tę, której mają pod dostatkiem w morzu. Nad umywalką umieszczone są dwa krany – z jednego płynie gorąca, a z drugiego zimna woda. To jedna z pozostałości po Brytyjczykach, poprzednich władcach archipelagu.

Więcej…

Lato nad węgierskim Balatonem

9126_a4.jpg

Rodzinne wakacje nad Balatonem

©MAGYAR TURIZMUS ZRT. FOTOTÁR

 

Sylwia Jedlak-Dubiel

 

Choć Węgry, położone między Austrią, Słowacją, Ukrainą, Rumunią, Serbią, Chorwacją i Słowenią, nie mają obecnie dostępu do morza, znakomicie radzą sobie z tą niedogodnością. Dzięki niej Madziarzy mogą w pełni docenić tutejsze jeziora, rzeki i źródła termalne, a należą one do prawdziwych skarbów tego kraju. W czasach PRL-u, gdy wyjazdy za żelazną kurtynę stanowiły przywilej niewielu osób, to m.in. węgierski Balaton robił prawdziwą furorę wśród kierunków urlopowych. Mimo iż dziś granice są już otwarte, a wycieczki na słoneczne południowe wybrzeża Europy wcale nie kosztują dużo, wciąż cieszy się on niesłabnącym zainteresowaniem turystów z zagranicy, w tym Polaków. 

Więcej…