ŁUKASZ KUDELSKI


Ten wyspiarski kraj położony na Karaibach na wyspie Hispanioli (to używana w Polsce do XIX w. nazwa Haiti) kojarzy mi się przede wszystkim z wyśmienitym rumem, wyborną kawą, motocyklami, pięknymi plażami i kobietami, gorącą muzyką, a także górami, jeziorami, wodospadami, sawannami i pustynią. Gdy rzucimy okiem na mapę świata i dostrzeżemy sąsiadów Dominikany – Haiti, Kubę, Jamajkę i Portoryko – nie będziemy mieć wątpliwości. To musi być wyjątkowo egzotyczne i pełne ciekawych niespodzianek miejsce. 

 

W Republice Dominikańskiej byłem dwukrotnie, w sumie przebywałem w niej półtora roku. W czasie pobytu w tym szalonym, choć jednocześnie przeuroczym i gościnnym zakątku naszego globu zdążyłem nauczyć się języka hiszpańskiego, pomieszkać u dominikańskiej rodziny, zwiedzić wszystkie regiony geograficzne tego państwa na motocyklu, poznać miejscowych ludzi, wypić trochę rumu, wypalić nieco świetnych lokalnych cygar, spędzić kilka miesięcy w najtańszych hotelach i wreszcie... napisać przewodnik po tym karaibskim raju przeznaczony głównie dla niskobudżetowców, odkrywców i podróżników. Wylądowałem jak każdy przeciętny turysta na lotnisku w Punta Cana (Aeropuerto Internacional de Punta Cana). Powitały mnie widok dachu pokrytego strzechą z liści palmowych (według zamysłu projektantów miał on chyba przypominać przyjezdnym, że znaleźli się w egzotycznej i idyllicznej krainie) i wilgotne powietrze uderzające od razu po wyjściu z samolotu. Gdy przyleciałem do Dominikany za drugim razem, po opuszczeniu pokładu rzuciła mi się w oczy jedna zabawna scenka – taśma podająca bagaże i sposób jej działania. Walizki zamiast płynnie się przesuwać, jakoś dziwnym trafem, kiedy zebrało się ich już mniej więcej pięć, zaczęły piętrzyć się i spadać na podłogę. Ay, Dios mío! („O, mój Boże!”) – krzyknęła do siebie pełna orzeźwiającej pasji Dominikanka wracająca z Europy do swojej ojczyzny. Wzięła swój wielki bagaż i odeszła. Ja zaś uśmiechnąłem się do siebie. Witam Cię z powrotem, moja kochana, odświeżająco chaotyczna, radosna Dominikano! Jak miło Cię znów widzieć – zaśmiałem się w duchu.


Zdecydowana większość turystów przyjeżdżających do Republiki Dominikańskiej wybiera jeden z luksusowych hoteli oferujących pobyt w formule all inclusive (bardzo często właśnie w Punta Cana i okolicach) i w nim spędza całe wakacje. Ja jednak postanowiłem odkryć inne oblicze tego kraju, to, które można poznać z dala od modnych kurortów. W mojej pierwszej podróży wszystko musiałem więc zorganizować sobie sam, włącznie z biletem powrotnym. Jak się okazało, nie było to wyjątkowo trudne ani w ogóle niebezpieczne.


W RYTMACH MERENGUE I BACHATY

Bar nad brzegiem Morza Karaibskiego w uroczej miejscowości Bayahíbe
Bayahibe-964180133-O

 

© DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM


Pierwszą rzecz, która zwróciła moją uwagę po wyjściu z samolotu (obok wysokiej wilgotności powietrza), stanowiło jakieś dziwne natężenie różnego rodzaju dźwięków. Bardziej wrażliwi Europejczycy nazwaliby je hałasem – ale nie Dominikańczycy. Jak przekonałem się później na własne uszy, przeciętny mieszkaniec Dominikany nie zna pojęcia „cisza”. Miejscowi nie potrafią lub zwyczajnie nie chcą żyć w błogim spokoju. To, co jest żywe, musi być głośne, bo tylko wtedy może upominać się o swoje prawa – zdają się myśleć. To najgłośniejszy kraj, w którym dotychczas mieszkałem, a nieustanna kakofonia rozbrzmiewa tu na każdym kroku. Dziesiątki motocykli przejeżdżają przez ulice, a ich właściciele sprawiają wrażenie, jakby uczestniczyli w konkursie na najbardziej ogłuszającą rurę wydechową. Ludzie prowadzący zwykłe codzienne rozmowy dla obserwujących ich z zaciekawieniem gości przybyłych ze Starego Świata na pierwszy rzut oka wydają się mieć sporą wadę słuchu.


Kolejnym elementem tej dźwiękowej układanki jest wreszcie muzyka. Słychać ją dosłownie wszędzie – w sklepie, barze, autobusie i domu, na przystanku autobusowym i plaży. To nieodłączny element rzeczywistości. Piosenki mówią o miłości szczęśliwej i nieszczęśliwej, tęsknocie, kobietach, mężczyznach, życiu i pieniądzach, czyli o wszystkim, co ważne. Królują rytmiczne, żywe i radosne merengue bądź romantyczna i uczuciowa bachata oraz największe gwiazdy dominikańskiej muzyki – Juan Luis Guerra, Romeo Santos, Prince Royce, Antony Santos, David Kada, Luis Vargas, Frank Reyes czy też El Chaval de la Bachata. Jeśli ktoś spędzi trochę czasu w Dominikanie, te (przeważnie) piękne utwory wbiją mu się do głowy wyjątkowo skutecznie (w czym pomoże fakt, że Dominikańczycy słuchają ich przez całą dobę). Kiedy później wróci do swojego bogatszego, zimniejszego i bardziej poukładanego kraju i podczas jazdy samochodem w deszczu lub odpoczynku w domu przed kominkiem usłyszy te same znajome melodie, natychmiast zechce tutaj wrócić. To wszystko prawda! Romeo Santos, gwiazda dominikańskiej bachaty, cieszy się niesamowitą popularnością w internecie. Teledysk do jego piosenki Propuesta indecente („Nieprzyzwoita propozycja”) w chwili, gdy piszę te słowa, ma już ponad miliard wyświetleń w serwisie YouTube, dzięki czemu staje się jednym z 30 najchętniej oglądanych materiałów wideo na świecie. Nie jest to wcale byle jaki wynik. Oczywiście, złośliwi mogą powiedzieć, że tak naprawdę za połowę tych odtworzeń odpowiada jakieś 60 tys. colmados i colmadones (połączenie sklepu z barem) działających w granicach Dominikany, gdzie właściciele tych lokali puszczają ten utwór na okrągło, co najmniej po 30 razy dziennie...


Nawet jeśli ta złośliwość zawiera w sobie element prawdy, dominikańska muzyka stanowi zdecydowanie jeden z największych skarbów Karaibów. Można przeczytać wiele w mediach o fatalnym poziomie edukacji w tym kraju, jego wewnętrznych problemach, biedzie, nastoletnich matkach, przestępczości (chociaż tak naprawdę, żeby uniknąć niebezpieczeństwa wystarczy – jak zresztą wszędzie na świecie – odrobina zdrowego rozsądku, a więc wcale tak strasznie nie jest), nierzadko kiepskim jedzeniu, horrendalnie drogiej energii elektrycznej i zdarzających się dość często (szczególnie na prowincji) brakach w jej dostawie oraz wysokich kosztach życia na europejskim poziomie, ale pod względem muzycznym Dominikana zawsze będzie się wyróżniać, co nadaje jej wyjątkowy charakter. Według mojej osobistej teorii te wszystkie piosenki o miłości w jej najróżniejszych formach, powtarzane w kółko po setki razy, sprawiają, że Dominikańczycy są właśnie tacy, jacy są, czyli przeważnie życzliwi, uśmiechnięci, weseli, żyjący dniem dzisiejszym, łatwo zapominający złe rzeczy i wybaczający innym. Dzięki rytmom merengue i bachaty ich ojczyzna stała się wspaniałym miejscem, przyjaznym dla przybyszów z zewnątrz.


JAK W RAJU


Piękny widok z wierzchołka Pico Duarte

PicoDuarte-1126173539-O

©
DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM
©
DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM
©
DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM
©
DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM
©
DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

© DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM


Przyjezdnym Dominikana kojarzy się zazwyczaj z rajskim wybrzeżem... i to zupełnie słusznie. Przeciętna temperatura powietrza nad brzegiem Atlantyku czy Morza Karaibskiego nie spada tu nigdy poniżej 25°C. Większość plaż pokrywa biały lub żółty piasek, choć zdarzają się również takie wysypane kamieniami (głównie w południowo-zachodnich prowincjach Barahona i Pedernales). Zarówno morze, jak i ocean potrafią być jednak bardzo kapryśne, a wiatry w ich okolicy – porywiste. Nie wszędzie więc można spokojnie się kąpać. Jeśli ktoś lubi nie tylko opalanie się w gorących promieniach słońca, lecz także pływanie w czystej morskiej wodzie, to najlepiej nadają się do tego przepiękne plaże w rejonie Punta Cana i Bávaro oraz półwyspu Samaná (zwłaszcza w Las Terrenas – powierzchnia Atlantyku jest w tym miejscu niemal idealnie gładka, przypomina nieco basen pływacki). Przyjemności kąpieli zażyjemy też w północno-zachodniej prowincji Monte Cristi, ale w miesiącach zimowych tylko w godzinach popołudniowych, kiedy fale stają się mniej wzburzone. W regionie północnego wybrzeża Dominikany, gdzie znajdują się niezmiernie popularne miejscowości wypoczynkowe, jak np. Sosúa czy Cabarete (położone w prowincji Puerto Plata), uda nam się jedynie popluskać, gdyż tutejsze wody są z reguły niespokojne. Zatoka Cabarete (Bahía de Cabarete) stanowi za to wymarzone wręcz miejsce dla miłośników surfingu, wind- i kitesurfingu. Osoby szukające ekstremalnych wrażeń powinny wybrać się w pobliże miasteczek Río San Juan i Cabrera oraz do prowincji Barahona. Fale w tych okolicach bywają tak wysokie, a spadek dna tak ostry, że nawet oddalenie się od brzegu na 50–100 m może być bardzo niebezpieczne. Sam zostałem zmieciony przez ocean właśnie na Playa Dorada w sąsiedztwie Río San Juan i wielokrotnie przez morze na kamienistych (ale jakże pięknych!) plażach prowincji Barahona. Na szczęście udało mi się jakoś wyjść z tych kłopotów bez większych obrażeń.


Niestety, czasami niektóre rejony wybrzeża są zaśmiecone, gdyż Dominikańczycy (a przynajmniej ich część) niezbyt dbają o ekologię. Na szczęście zmienia się to ostatnio na korzyść dzięki licznym rządowym kampaniom edukacyjnym. Jako przykład można tu podać choćby specjalne programy dbania o czystość plaż i wód przybrzeżnych, wprowadzone przede wszystkim na obszarze prowincji Barahona i Pedernales.


UROKI INTERIORU

27 Charcos de Damajagua – naturalny kompleks wodospadów i jeziorek

SaltosdeDamajagua-968613102-O
© DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Dominikana reklamuje się jako kraj, który ma wszystko. I rzeczywiście, oprócz rajskich plaż, znajdują się tutaj także wspaniałe góry (z najwyższym szczytem na Karaibach Pico Duarte o wysokości ok. 3100 m n.p.m.), jeziora, sawanny, a nawet kawałek pustyni. Jeśli zatem ktoś lubi bardziej aktywne spędzanie czasu na łonie przyrody (i nie myślę tu o zwyczajnym szwendaniu się bez celu, jak było to w moim przypadku), z pewnością nie będzie zawiedziony.


Dominikańską część wyspy Haiti (Hispaniola) pokrywają również liczne wodospady, naturalne oczka wodne, źródełka i strumyki. Dominikańczycy starają się zagospodarowywać stworzone wzdłuż rzek i strumieni baseny, żeby kąpać się w nich w gorące dni (a tych przecież nie brakuje). Niektóre z nich są dzikie i nieuczęszczane, inne popularne wśród lokalnych mieszkańców lub turystów. Najlepszym przykładem takich wodnych atrakcji turystycznych w Dominikanie jest Damajagua – położony niedaleko miejscowości Sosúa i Puerto Plata, pośrodku bujnego lasu tropikalnego, naturalny kompleks wodospadów, strumyków i uroczych jeziorek. Samych kaskad powstało w tym rejonie aż 27 (www.27charcos.com). Osoby bardziej zdeterminowane i z lepszą kondycją mogą spróbować zdobyć je wszystkie, podczas wspinaczki z pomocą specjalnych lin lub zjeżdżania z nich jak na obiektach w aquaparku. Oczywiście, nie obejdzie się bez opieki doświadczonego przewodnika, kasku, kamizelki ratunkowej i pozytywnego nastawienia. Do tego doliczyć trzeba bilet wstępu w wysokości ok. 10 euro. To wcale nie tak dużo jak za pół dnia świetnej zabawy.


Cały środek Dominikany przecinają góry. Czym różnią się od tych np. w Polsce? Nie zostały prawie wcale wyposażone w infrastrukturę turystyczną. Wznoszą się majestatycznie wśród bujnych lasów, całkowicie naturalne i w sumie w większości trudno dostępne dla pieszych wędrówek. Przeważnie nie ma tutaj wytyczonych szlaków (z pewnymi wyjątkami) ani schronisk, są za to… palmy, które nadają tym pasmom nieco surrealistyczny widok dla kogoś z kraju o klimacie umiarkowanym.


Jeden z niewielu dobrze zagospodarowanych turystycznie regionów górskich stanowią okolice szczytu Pico Duarte, gdzie można udać się na kilkudniowy trekking. Ponieważ jest to park narodowy – Parque Nacional José del Carmen Ramírez (w granicach republiki utworzono ich w sumie ponad 30), wyprawa odbywa się jedynie w towarzystwie miejscowego przewodnika. Tego typu zasady obowiązują zresztą nie tylko w tym państwie. Tereny parków narodowych na całym świecie są z reguły objęte specjalnym nadzorem i wstęp do nich bywa ściśle kontrolowany (nawet w Dominikanie, gdzie generalnie kontroli podlega niewiele rzeczy, egzekwuje się te przepisy, głównie w taki sposób, że na obszar chroniony nie prowadzą inne wejścia niż oficjalne). Przy planowaniu trekkingu trzeba jednak pamiętać o zabraniu ciepłych ubrań – nawet w tropikalnym dominikańskim klimacie wysokie góry mogą nieprzyjemnie zaskoczyć niskimi temperaturami oscylującymi wokół 5–10°C (w ciągu ostatnich dekad kilkakrotnie zdarzyło się nawet, że na Pico Duarte spadł śnieg...).


Ja na najwyższy szczyt Karaibów nie wchodziłem, ale zwiedziłem na motocyklu większość górskich rejonów Dominikany. Jeśli ktoś szuka dobrej bazy wypadowej wśród malowniczych krajobrazów, to najlepiej nadają się do tego okolice miast Jarabacoa i Constanza w prowincji La Vega. Znajdują się w nich dobre drogi (nowo zbudowana niemal 50-kilometrowa trasa Jarabacoa–Constanza), sporo barów i restauracji z europejskim jedzeniem takim jak dobra włoska pizza i inne dania, które nie przypominają standardowych tutejszych potraw w stylu ryżu z fasolą i kurczakiem. Chętni będą mieli także możliwość zaopatrzyć się w dżemy, marmolady i wypieki domowej roboty z lokalnych owoców i warzyw. Gdy to piszę, przypomina mi się, kiedy pewnego dnia, chyba w 2012 lub 2013 r., wszedłem do jednego ze swoistych miejscowych przedsiębiorstw oferujących przetwory. Kolorowy, prawie bajeczny szyld niczym z knajpy w Las Vegas zapraszał do Dulcería Gilberto. Po wejściu do środka okazało się, że cały cukierniczy biznes pana Gilberta to lodówka wypełniona może sześćdziesięcioma słoikami z dżemami z różnych owoców. Duch przedsiębiorczości drzemie w każdym Dominikańczyku!


Dlatego też z górskich regionów Dominikany najbardziej polecam właśnie okolice miast Jarabacoa i Constanza, nazywane Dominikańską Szwajcarią. Te malownicze tereny są wręcz wymarzone dla wielbicieli trekkingu, raftingu, rajdów konnych, paralotniarstwa, kolarstwa górskiego czy kanioningu. Warto jednak wspomnieć, że gdyby ktoś próbował wybrać się do Constanzy od drugiej strony, czyli od San José de Ocoa, natknie się na drogę należącą do najgorszych w kraju. Unikają jej nawet miejscowi. Ostatecznie status jednej z najwyżej położonych dominikańskich miejscowości (ok. 1250 m n.p.m.) zobowiązuje do bycia w pewnym stopniu trudno dostępną.


Góry wznoszą się również w rejonie San Juan de la Maguana, San José de Ocoa i Restauración, zaraz przy granicy z Haiti. Z czystym sumieniem mogę polecić to pierwsze miejsce. Tutaj także (przeważnie) są dobre drogi i rozciągają się wspaniałe widoki. W pobliżu znajdziemy też jezioro Sabaneta i kilka innych mniejszych malowniczych akwenów. Mimo iż zostały one w dużej części zagospodarowane (postawiono na nich tamy, które wytwarzają koszmarnie drogi prąd), w żaden sposób nie odbiera im to uroku. Warto również skusić się na świeżo pieczoną rybę z wód Sabanety – całkiem smaczny i niedrogi posiłek do kupienia w pobliskim barze.


Miłośnicy ekoturystyki i romantycznych pejzaży mogą udać się na wycieczkę do Parku Narodowego Juan Bautista Pérez Rancier nad spektakularny wodospad Aguas Blancas o wysokości ponad 60 m. Spada on do naturalnego lazurowego basenu, który zaprasza do orzeźwiającej kąpieli. Okolice miasta Jarabacoa słyną poza tym z dwóch innych imponujących kaskad otoczonych dziewiczą naturą: Salto de Jimenoa (35-metrowa) i Salto de Baiguate (25-metrowa).


DOMINIKAŃSKA CODZIENNOŚĆ

Dominikana to wymarzone miejsce dla miłośników tropikalnych owoców 

pemade in spain cd1 021
© DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Tym, co wyróżnia górskie regiony Dominikany, jest rolnictwo. Gdziekolwiek byśmy pojechali – czy to do San José de Ocoa, Constanzy i Jarabacoi, czy San Juan de la Maguana – wszędzie widok zielonych pól przypomina nam, z czego tak naprawdę żyją mieszkańcy tych terenów i co stanowi nadal jeszcze podstawę dominikańskiej gospodarki, niezależną od dość kapryśnej koniunktury w turystyce i dającą temu krajowi przynajmniej minimalną niezależność.


Pamiętam, jak udałem się pewnego dnia do San Juan de la Maguana, miejscowości położonej w głębi lądu, pewnie całkowicie nieznanej typowemu turyście. Działała w niej biblioteka z darmowym dostępem do internetu, oferowano bezpłatne lekcje angielskiego dla chętnych i znajdowała się ładna willowa dzielnica mieszkalna z dużymi profesjonalnymi kontenerami na śmieci (takimi jak np. w Hiszpanii). Wszystkie te rzeczy nie wydają się niczym nadzwyczajnym turystom przybyłym z cywilizowanej, bogatej Unii Europejskiej, ale w Dominikanie wcale tak powszechne być nie muszą. Ten rozwijający się prężnie kraj według dostępnych danych ekonomicznych jest obecnie niemal siedmiokrotnie biedniejszy od Polski, jeżeli porównamy produkt krajowy brutto ważony parytetem siły nabywczej. Rzeczywistość wygląda w nim po prostu inaczej niż w naszej niezmiernie poukładanej, zorganizowanej i uregulowanej części świata.


Co ciekawe, duży wpływ na rozwój rolnictwa w regionie górzystej Constanzy mieli... Japończycy, zaproszeni tutaj przez dominikańskiego jefe de la patria – generalissimusa Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę (1891–1961) w latach 50. XX w. Nie zasypiali oni gruszek w popiele i szybko wzięli się do pracy. W ciągu kolejnych 30–40 lat Constanza stała się jednym z największych producentów warzyw i owoców w Dominikanie, słynie z truskawek, brzoskwiń czy jabłek oraz awokado, mango, limonek, marchwi, ogórków, pomidorów, selerów, sałaty, papryki, czosnku i ziemniaków. Mimo iż większość japońskich osadników opuściła kraj, pozostawili po sobie wiedzę i technologię, które służą mieszkańcom tego rejonu do dziś. Szacuje się, że obecnie w dominikańskich granicach żyje mniej więcej tysiąc osób pochodzenia japońskiego. Kto by się spodziewał, że na tropikalnej karaibskiej wyspie, gdzieś pod palmą, wysoko w górach można spotkać Japończyka mówiącego po hiszpańsku. Historia świata bywa jak widać pełna niespodzianek.


Rolnicze obszary Dominikany są przeważnie bogatsze i bardziej uporządkowane (jak na tutejszy standard) od reszty kraju, gdzie nie rozwija się ani rolnictwo, ani turystyka. Sami Dominikańczycy pracują zwykle na swój rachunek. Opieka socjalna praktycznie nie istnieje i każdy właściwie musi radzić sobie samodzielnie, jak potrafi najlepiej. Z łatwością zaobserwujemy mnóstwo lokalnych małych biznesów. Miejscowi prowadzą kafejki internetowe, bary i kawiarenki, sprzedają soki i owoce na ulicy, oferują kursy taksówkami motocyklowymi, wreszcie pełnią też funkcję lekarzy, adwokatów, kierowców, właścicieli hoteli, sprzedawców czy konsultantów, czyli robią dokładnie to, co ludzie w każdej rozwiniętej gospodarce na całym świecie.


Jest jednak jedna rzecz, która zdecydowanie pomaga mieszkańcom Dominikany przetrwać gorsze chwile w życiu codziennym. To poczucie wspólnoty. Nawet jeśli Dominikańczyk zarabia grosze, to dzięki podobnym dochodom swojej matki, dziadka, wujka, trzech braci czy pięciu sióstr staje się częścią silniejszego kolektywu. Oczywiście, taka sytuacja sprawia również, że dominikańskie społeczeństwo zazwyczaj zupełnie inaczej rozumie pojęcia takie jak „samodzielne myślenie”, „prywatność” albo „życie po swojemu” niż zwykły zamożniejszy Europejczyk.


KROKODYLE I IGUANY

Oprócz pięknych plaż i gór porośniętych palmami, w tym kraju, jak wspomniałem, znajdują się także jeziora. W okolicy niektórych można oglądać krokodyle amerykańskie (oczywiście, z bezpiecznej odległości), w rejonie innych żyją iguany i różne gatunki ptaków. Jeszcze inne, np. Sabaneta, Bao czy Hatillo, są malowniczymi akwenami położonymi wśród cudownych górskich krajobrazów. Niestety, to ostatnie jezioro (moim zdaniem chyba najpiękniejsze w całej Dominikanie) w wyniku rozpoczęcia wydobywania złota na pobliskich terenach przez kanadyjską firmę Barrick Gold zostało zanieczyszczone i zdewastowane. Cóż, cenny kruszec okazał się na początku ważniejszy i potrzebniejszy niż woda pitna i piękno przyrody. Dopiero od kilku lat Dominikańczycy interesują się bardziej nieekologicznymi i nieetycznymi działaniami tej największej na świecie korporacji zajmującej się wydobyciem złota.


W południowo-zachodniej części państwa, a więc blisko Haiti, zbiorniki wodne bywają z reguły słone i leżą poniżej poziomu morza, a pochodzą jeszcze z czasów formowania się wyspy i stanowią pozostałość po morzach i oceanach. Tereny wokół, jak i same te akweny, robią wrażenie specyficznej prehistorycznej krainy, która przetrwała do dzisiaj. Właśnie tego typu odczucia towarzyszyły mi podczas objeżdżania największego jeziora Hispanioli (po hiszpańsku „La Españoli”) – Enriquillo (ok. 375 km² powierzchni). Leży ono w południowo-zachodniej części lądu, w granicach prowincji Independencia i Bahoruco. Na jego środku znajduje się wyspa – Isla Cabritos (mająca mniej więcej 20 km²). Amatorzy mokradeł i temperatur sięgających 40°C w cieniu mogą wybrać się łódką do założonego na niej parku narodowego – Parque Nacional Lago Enriquillo e Isla Cabritos. Zamieszkują go liczne krokodyle amerykańskie i iguany, które upodobały sobie właśnie tę prehistoryczną okolicę.


Ja podczas pobytu w Dominikanie nie musiałem szukać iguan, jedna z nich sama mnie znalazła. Kiedyś w drodze z Azua de Compostela (miasto położone na południu) do Barahony o mało co nie przejechałem jej swoim motocyklem. Ten prawie metrowy gad przechodził sobie po prostu przez drogę przecinającą księżycowy obszar sawanny (llano). Na szczęście udało mi się uniknąć kolizji, która byłaby pewnie nieprzyjemna dla nas obojga.


Drodzy Czytelnicy All Inclusive, jeśli pojedziecie do tego szalonego karaibskiego kraju i jak większość turystów zatrzymacie się w modnym kurorcie na wybrzeżu, wyjdźcie z hotelu, wypożyczcie auto czy motocykl, wsiądźcie do busa albo złapcie motocyklową taksówkę i dajcie sobie szansę na przeżycie prawdziwej przygody. Gwarna, roztańczona, kolorowa Dominikana, jakiej nie poznacie w inny sposób, już na Was czeka!

Artykuły wybrane losowo

Gorąca zima na Węgrzech

NOÉMI PETNEKI

                                                                                  FOT. MAGYAR TURIZMUS ZRT FOTOTAR

<< Gdy za oknem robi się szaro i smutno, a dzień szybko przemienia się w wieczór, nic tak nie poprawia nastroju, jak ucieczka myślami od zimowej aury i… zaplanowanie bliższej lub dalszej podróży do jakiegoś interesującego zakątka Europy i świata. Doskonałym kierunkiem na niedaleką wyprawę będą z pewnością Węgry, gdzie zimą słońce świeci nieco częściej i mocniej niż w Polsce, a w dodatku można rozgrzać się w licznych kąpieliskach i basenach termalnych albo wyśmienitych winiarniach. A jeśli do tego wszystkiego wspomnimy jeszcze o wspaniałych zabytkach Budapesztu, Wyszegradu czy Ostrzyhomia, to sami musicie przyznać, że kraj naszych bratanków jest niezmiernie atrakcyjny również i zimą! >>

Oprócz Mostu Łańcuchowego, Placu Bohaterów, Zamku Królewskiego, gmachu parlamentu, Parku Miejskiego i basenów termalnych stolica Węgier oferuje wiele innych, mniej znanych czy też nowo powstałych atrakcji. Stanowi też wygodną bazę wypadową do organizacji wycieczek po okolicy ze względu na doskonałe połączenia drogowe, a także szerokie możliwości komunikacji publicznej. Wyprawa do Budapesztu i nad Zakole Dunaju to propozycja zarówno dla wielbicieli leniwych spacerów śladami historii, jak i amatorów aktywnego odpoczynku w każdym wieku.

Więcej…

Dominikana mniej znana

MARCIN WESOŁY

 

<< Różnorodność przyrody w Republice Dominikańskiej potrafi człowieka wprawić w osłupienie. W ciągu kilku godzin, w drodze z północnego wschodu na południowy zachód tego kraju możemy na własne oczy przekonać się, jak szybko zmieniają się tutaj krajobrazy. Bujna zieleń środkowej części kraju przechodzi w niekończące się pola ryżowe doliny Cibao albo w plantacje bananów. Na półwyspie Samaná mijamy rozległe gaje palm kokosowych, które osiadły na łagodnie pofałdowanych wzgórzach. Im bliżej granicy z Haiti natomiast, tym tereny bardziej przypominają Meksyk czy Afrykę – ogromne połacie ziemi, czerwonej od boksytu, porastają spłaszczone drzewa akacjowe, wybujałe kaktusy oraz karłowate, typowo preriowe krzewy. W okolicach miast Jarabacoa i Constanza w prowincji La Vega pejzaż jest za to bardziej górzysty, a klimat chłodniejszy. Na Dominikanie nie sposób zatem nie znaleźć swojego miejsca. To raj praktycznie dla każdego. Spróbujmy sami się o tym przekonać. >>

Więcej…

Poza utartym szlakiem w Tajlandii

 

Kinga Bielejec

www.gadulec.me

 

 Sukhotai z zabytkami związanymi z początkami architektury tajskiej

Sukhothai-000597

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Tajlandia to jeden z najczęściej odwiedzanych krajów świata. Słynie z pięknych piaszczystych plaż, przejrzystych wód i przepysznej kuchni. Znajduje się tutaj mnóstwo buddyjskich świątyń i posągów. Tajlandzka stolica – Bangkok – nigdy nie zasypia. Nie wszyscy jednak wiedzą, że na krajobraz Tajlandii składają się też bujne zielone lasy i małe sielskie miasteczka, w których czas się zatrzymał.

 

Najlepsza pora na odwiedzenie tego azjatyckiego państwa to okres między listopadem a lutym. Trwa wtedy pora sucha, średnia temperatura powietrza waha się od 28 do 32°C, a opady należą do rzadkości. Jedynie na wschodnim wybrzeżu (w okolicy m.in. Koh Samui, Koh Tao, Phangan) może sporadycznie popadać. Te miesiące są również szczytem sezonu turystycznego, więc hotele w najpopularniejszych miejscach (w czasie Bożego Narodzenia i zabaw sylwestrowych do bardzo chętnie odwiedzanych zaliczają się szczególnie obiekty na wyspach) warto zarezerwować wcześniej.

 

Choć w biurach podróży Tajlandia cieszy się dużym zainteresowaniem, zazwyczaj turystom oferuje się program obejmujący mniej więcej te same atrakcje. Dlatego chciałabym zaproponować zejście z utartego szlaku zwiedzania. W tym kraju pozostało jeszcze wiele do odkrycia.

 

ZAGUBIENI W STOLICY

 

Przy wyborze zakwaterowania w stolicy Tajów korzystałam z portalu Couchsurfing. Ludzie z całego świata oferują w nim nocleg w swoim mieszkaniu i często wspólne spędzanie czasu. Zatrzymaliśmy się u Hosta, z pochodzenia Holendra. Które mniej znane miejsca w Bangkoku warto odwiedzić? – zapytałam go tuż po przylocie do tej prawie 10-milionowej metropolii. Najlepsze, co można zrobić, to się zgubić – odpowiedział. I faktycznie była to wskazówka idealna.

 

Okazało się, że największe miasto Tajlandii to nie tylko słynna ulica Khao San, okryty złą sławą Patpong (dzielnica występów ping pong show, ladyboyów, barów i ledwo trzymających się na nogach turystów), Wielki Pałac Królewski i liczne świątynie, lecz także targi oraz bazary pełne smaków, kolorów i zapachów. Koło ruchliwych skrzyżowań sprzedaje się kawałki kurczaka na patyku czy pad thai (smażony makaron z dodatkami), a na ulicznych straganach piętrzą się świeże egzotyczne owoce. Tutaj najlepszymi przewodnikami są nogi i nos. Do nieco mniej znanych, ale bardzo ciekawych atrakcji należą ulica industrialna (koło Kościoła Świętego Różańca) i Park Pałacowy Dusit, w którym znajdują się Pałac Vimanmek (największa budowla ze złotego drewna tekowego na świecie), sale tronowe, posąg króla Czulalongkorna (Chulalongkorna, Ramy V) i ogród zoologiczny.

 

TAJSKI ANGKOR WAT

 

W drodze z Bangkoku do Chiang Mai (na północy kraju) warto wysiąść na stacji Phitsanulok i wsiąść w autobus do Sukhothai. Początki tego miasta sięgają XIII w., a jego złoty okres przypada na panowanie króla Ramkhamhaenga (urodzonego między 1237 a 1247 i zmarłego w 1298 r.). To wtedy je rozbudowano i stało się jednym z największych na świecie ośrodków buddyzmu. Mniej więcej sto lat później, kiedy swoimi wpływami objęło te tereny Królestwo Ajutthaja (Królestwo Ayutthaya), Sukhothai straciło na znaczeniu. Zainteresowanie wzbudziło ponownie dopiero w XIX w. Przyczynił się do tego król Mongkut, Rama IV (1804–1868).

 

Obecnie odrestaurowane pozostałości tej historycznej stolicy Królestwa Sukhotai znajdują się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Leżą one w odległości ponad 10 km od współczesnego miasteczka nazywanego Nowym Sukhothai (Sukhothai Thani). Aby dotrzeć do wspaniałych ruin, najlepiej wypożyczyć skuter na dworcu autobusowym lub podjechać tuk-tukiem (trójkołową motorikszą). Należy jednak pamiętać, że kompleks jest duży i dzieli się na kilka stref (wejście płatne osobno), pomiędzy którymi łatwiej (i szybciej) porusza się środkami transportu.

 

W DŻUNGLI ŻYCIA

 

Przepiękny wodospad Thi Lo Su na rzece Maeklong w dystrykcie Umphang

UMPHANGTak-000299

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)

 

Z Sukhothai można udać się autobusem do Mae Sot, mało znanego miasta tuż przy granicy z Birmą (Mjanmą). Wyruszają stąd wycieczki do Umphang, miejscowości położonej na skraju dżungli, do której jedzie się ok. 165 km asfaltową drogą z 1219 zakrętami. Już sama podróż to niezapomniane przeżycie – nierzadko siedzi się w pick-upie wraz z miejscowymi żującymi betel oraz ich kurami i kogutami. Przewożenie ludzi (i zwierząt) na dachu samochodu jest tutaj normą. Na dodatek otaczające nas widoki zapierają dech w piersiach. A to dopiero początek przygody!

 

Do najpopularniejszych należą wycieczki czterodniowe. Pierwszego dnia dojeżdża się do Umphang i tu nocuje. Nazajutrz, tuż po śniadaniu, wyrusza się na spływ po niezbyt rwącej rzece Maeklong (Mae Klong). Kilka lat temu zmieniono przepisy i drewniane tratwy zastąpiono dmuchanymi pontonami. Po drodze można spotkać dzikie zwierzęta (węże, gibony, mundżaki, warany, krokodyle różańcowe) i wykąpać się w gorących źródłach. Po lunchu następuje główny punkt programu – kilkugodzinny trekking w dżungli. Oczywiście, cały czas jest się pod opieką doświadczonego lokalnego przewodnika, który zna te rejony od dziecka. Najlepiej nocować w namiocie pośrodku utworzonego w 1989 r. Sanktuarium Dzikiej Przyrody Umphang (Umphang Wildlife Sanctuary), gdzie zasypia się wśród niesamowitych odgłosów. Trzeciego dnia odwiedza się największy wodospad w Tajlandii o wdzięcznej nazwie Thi Lo Su (również Thee Lor Sue lub The Lor Sue). Ma ok. 250 m wysokości i 450 m szerokości. Robi ogromne wrażenie, w dodatku można się w nim kąpać, a niekiedy nawet z niego skakać (wszystko zależy od stanu wody). Popołudniu znów wyrusza się na trekking, a po kilku godzinach dociera się do wioski Karenów. Posługują się oni językami kareńskimi, całkiem innymi niż tajski, i dopiero od kilkunastu lat uczą się w szkołach podstawowych języka urzędowego kraju. W Tajlandii mieszka ok. 400 tys. Karenów. Zajmują się głównie rolnictwem i hodowlą. W wiosce, którą odwiedziliśmy w 2014 r., nie było zasięgu sieci komórkowych czy internetowych. Miejscowi kontaktowali się z resztą świata za pomocą aparatu umieszczonego w jedynej budce telefonicznej. Uczestnicy wycieczki śpią u lokalnej rodziny i razem z nią spożywają kolację i śniadanie. Czwartego dnia wracają do Umphang. Wiele agencji proponuje wyprawy urozmaicone półtoragodzinną przejażdżką na słoniu, po której wszyscy udają się jeepem do miasteczka. Warto dopytać o szczegóły takiej oferty, ponieważ dość często zdarza się, że zwierzęta są źle traktowane, bite i zakute w łańcuchy.

 

Okolice Mae Sot i Umphang rzadko bywają wspominane w przewodnikach czy na blogach podróżniczych. Z jednej strony można nad tym ubolewać, ponieważ to jeden z ciekawszych rejonów w Tajlandii, a z drugiej dzięki temu właśnie miejsce to nie stało się jeszcze tak oblegane przez turystów jak chociażby miasto Chiang Mai. W okolicy znajduje się także jaskinia Takobi i wspierany przez UNICEF 13-tysięczny obóz dla uchodźców z Birmy (głównie Karenów) – Umpiem Mai.

 

ODPOCZYNEK W PAI

 

Omijamy wspomniane turystyczne, chodź bardzo interesujące, Chiang Mai i udajemy się do Pai – jednego z najbardziej niezwykłych miasteczek w tym kraju. Tutaj czas się zatrzymał, życie płynie powoli, podobnie jak pobliska rzeka o tej samej nazwie. To idealne miejsce na odpoczynek od zgiełku i tłumów z całego świata. Mieszkańcy Pai mają tatuaże i dredy i słuchają Boba Marleya. Ciężko stwierdzić, czy właśnie oni przyciągnęli podobnych do siebie turystów, czy sami zaczęli naśladować styl Europejczyków, Amerykanów i Australijczyków. Jedno jest pewne – dziś to leniwe miasteczko uchodzi za mekkę backpackerów ze wszystkich stron świata. Znajdują się tu hostele, nieco bardziej luksusowe bungalowy z hamakami, na których można przeleżeć tydzień, klimatyczne restauracje i kafejki. Młodzi ludzie przyjeżdżają na 2–3 dni i zostają na tydzień (lub znacznie dłużej).

 

W Pai każdy spędzi przyjemnie czas. Jeśli odpoczynek już nam się znudzi, wystarczy wynająć skuter lub zapisać się na zorganizowaną wycieczkę. W okolicy jest mnóstwo atrakcji – kanion (Pai Canyon, Kong Lan), wodospady (w tym szczególnie malowniczy Pam Bok), gorące źródła, Most Pamięci. Po drodze warto wstąpić na pyszną kawę i ciasto do przepięknie położonej kawiarni „Coffee in Love”.

 

SŁONIE I LUDZIE

 

W odległości ok. 10 km od centrum Pai znajduje się Thom’s Elephant Camp, czyli wioska słoni, która oferuje kilkugodzinne przejażdżki na grzbiecie tych inteligentnych i wrażliwych zwierząt bądź kąpiele z nimi w pobliskiej rzece. Aby poznać je jeszcze bliżej, można odbyć tygodniowy lub dwutygodniowy wolontariat. Sens funkcjonowania miejsc, w których główną atrakcją są żywe stworzenia, to niezmiernie trudny i dyskusyjny temat. Nie inaczej jest w tej sytuacji.

 

Słonie od tysięcy lat pomagają tutejszym mieszkańcom w pracy i życiu codziennym. Niegdyś wykorzystywano je w trakcie działań wojennych i przy wycinaniu lasów. Obecnie stały się machiną do zarabiania pieniędzy. Prawie zawsze w wioskach słoni pracują samice, ponieważ samce są nieposłuszne i trudniej je kontrolować. Młode zabiera się od matek i tresuje, aby w przyszłości służyły człowiekowi. Takie szkolenia bywają niezwykle brutalne, gdyż panuje przekonanie, że każdego osobnika trzeba złamać. Trener, tzw. mahout, musi pokazać słoniowi, iż ma nad nim władzę. Nierzadko stosuje się łańcuchy i ostro zakończone kije – zarówno w trakcie szkolenia, jak i później, już podczas wykonywania określonych zadań. Zwierzęta i mahouci pracują od rana do wieczora, 7 dni w tygodniu, praktycznie przez okrągły rok, jeśli tylko jest na to zapotrzebowanie.

 

W Thom’s Elephant Camp w Pai słonie nie mają założonych łańcuchów, a turyści siedzą bezpośrednio na ich karku, a nie w niewygodnych, ciężkich krzesłach. Mimo wszystko zwierzęta muszą pracować bardzo dużo i spędzają całe życie w niewoli, posłusznie służąc swoim opiekunom. Najlepszym rozwiązaniem wydaje się przekształcenie wszystkich takich ośrodków w rezerwaty przyrody, jednak wtedy zatrudnienie straciłyby tysiące mahoutów, którzy najczęściej utrzymują wieloosobowe rodziny. Prawdopodobnie Tajlandia nie jest gotowa na tak radykalne zmiany, ale przed przejażdżką na słoniu powinniśmy zastanowić się nad wszystkimi wadami i zaletami tego typu atrakcji. Być może lepiej będzie odwiedzić wioskę, w której te piękne i dostojne zwierzęta dożywają swojej starości po latach pracy, a w Thom’s Elephant Camp jedynie dać słonicom banana i pogłaskać je po trąbie, a potem stąd odjechać.

 

NIEZWYKŁA ŚWIĄTYNIA

 

Na północy Tajlandii, tuż przy granicy z Laosem i Birmą leży miasto Chiang Rai. Można tu przyjechać na jednodniową wycieczkę z Chiang Mai lub zajrzeć w drodze do innego kraju Azji Południowo-Wschodniej. Kilka kilometrów od centrum znajduje się świątynia buddyjska inna niż wszystkie – Wat Rong Khun, zwana również White Temple (Białą Świątynią). Jej nowoczesny gmach zaprojektował tajski artysta Chalermchai Kositpipat. Budowa obiektu rozpoczęła się w 1997 r. i trwa do dzisiaj. Podobno pomysłodawca powiedział kiedyś, że zostanie ukończona ok. 60–90 lat po jego śmierci. Biała Świątynia jest pełna różnego rodzaju symboli. Do głównego budynku (ubosot) prowadzi mostek, który otacza las powykręcanych rąk i dłoni należących do udręczonych dusz próbujących wydostać się z piekła. Wnętrze, z pozoru mało interesujące, zdobią wizerunki bohaterów współczesnej kultury popularnej: Batmana, Spidermana, Supermana, Jacka Sparrowa czy Harry’ego Pottera (a nawet minionków, Angry Birds i Hello Kitty). Postacie te zostały umieszczone wraz z płonącymi wieżami nowojorskiego World Trade Center, co sugeruje, że nie są w stanie uratować naszego świata. W całym obrazie dominującą rolę odgrywa natomiast wielki demon, w oczach którego znajdują się twarze Osamy bin Ladena i George’a W. Busha. Ten osobliwy mural ma uświadomić patrzącemu, że tylko Budda może zbawić ludzkość.

 

Drugą interesującą budowlą w Chiang Rai jest Baan Dam, czyli Czarny Dom. Kompleks ten stworzył Taj Thawan Duchanee. Składa się na niego kilkadziesiąt budynków z drewna, szkła, terakoty i innych tworzyw. W ich wnętrzach można podziwiać m.in. ogromny zbiór trofeów myśliwskich artysty.

 

NA RAJSKICH WYSPACH

 

Wat Rong Khun – główna świątynia i prowadzący do niej mostek

IMG 3507

© KINGA BIELEJEC/GADULEC.ME

 

Południe Tajlandii to przede wszystkim liczne wyspy i piękne plaże. Tutaj trudniej o miejsca poza utartym szlakiem. Przy wschodnim wybrzeżu, w Zatoce Tajlandzkiej leżą jedne z najciekawszych wysp. Koh Tao to mekka nurków, na Koh Phangan odbywa się słynne Full Moon Party, a Koh Samui jest najspokojniejsza z całej trójki. Na każdej z nich warto wynająć skuter, aby zwiedzać okolicę we własnym tempie. Znajdziemy tu zarówno spektakularnie położone punkty widokowe (np. John-Suwan Viewpoint lub Chalok Viewpoint na Koh Tao), jak i rajskie plaże (chociażby Thian Og na Koh Tao czy Chaloklum albo Haad Salad na Koh Phangan).

 

Wody otaczające Koh Tao stanowią idealny rejon na kurs nurkowania. Przystępne ceny, instruktorzy mówiący w wielu językach i niezwykły podwodny świat sprawiają, że to właśnie na tę wyspę przyjeżdżają turyści spragnieni nowych doznań. W jej bezpośrednim sąsiedztwie wyróżnia się 25 atrakcyjnych miejsc nurkowych, wśród których najbardziej znane są Japanese Gardens, Red Rock, Shark Island, White Rock, Southwest Pinnacle, Mango Bay, Chumporn Pinnacle, Green Rock, Hin Wong, Sail Rock czy Twins Peak. Średnia głębokość wynosi mniej więcej 12–18 m, jednak bez problemu znajdziemy punkty dla bardziej zaawansowanych nurków (do 45 m głębokości). Widoczność sięga ok. 15, a nawet 30–40 m w sprzyjających warunkach.

 

Full Moon Party, Half Moon Party, zabawa sylwestrowa czy Boże Narodzenie – na Koh Phangan okazji do świętowania jest bez liku. Na plaży Haad Rin raz w miesiącu gromadzi się od 10 do 30 tys. młodych ludzi z całego świata. Ściągają tutaj, aby słuchać muzyki, tańczyć i popijać drinki z napoju energetycznego, soku i alkoholu (najczęściej lokalnego rumu) podawane z lodem w plastikowych wiaderkach, a zwane buckets. Imprezowicze krążą do białego rana między kilkoma różnymi scenami wystawionymi nad brzegiem Zatoki Tajlandzkiej. Wszyscy mają pomalowane twarze i odblaskowe koszulki, a kolejka do studia tatuażu ciągnie się przez pół ulicy. I pomyśleć, że wszystko zaczęło się w 1985 r., kiedy po raz pierwszy podczas pełni księżyca bawiła się tu grupa 20–30 turystów. Obecnie to jedna z największych plażowych imprez na świecie. Oprócz tego na Koh Phangan organizuje się także Black Moon Party na plaży Baan Tai (raz w miesiącu, gdy księżyc jest w nowiu) i Half Moon Party w małym lesie leżącym ok. 2 km w głąb lądu (dwa razy w miesiącu, w czasie pierwszej i ostatniej kwadry).

 

Na zachodnim wybrzeżu kraju znajdują się m.in. miasta Krabi i Ao Nang. Same w sobie nie są zbyt ciekawe, jednak będą doskonałymi bazami wypadowymi na maleńkie wysepki lub półwyspy. W Tajlandii obowiązkowo należy odwiedzić plażę Railay (Rai Leh) i archipelag Phi Phi. Na Koh Phi Phi Leh był kręcony słynny film Niebiańska plaża (2000 r.) z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Półwysep Railay jest z kolei świetnym miejscem na odpoczynek i znakomitym rejonem dla miłośników wspinaczki skalnej. Niestety, zarówno jego, jak i archipelag Phi Phi oblegają tłumy turystów, szczególnie w okresie ferii świątecznych.

 

Blisko granicy z Malezją znajduje się wyspa idealna dla osób kochających dziką przyrodę, ceniących spokój i ciszę. Infrastruktura turystyczna na Koh Tarutao jest bardzo ograniczona, dlatego jej rejon pozostaje niemal dziewiczy i niezmieniony przez człowieka. Biuro Narodowego Parku Morskiego Tarutao udostępnia bungalowy do wynajęcia, można też rozbić tutaj namiot (swój lub wypożyczony na miejscu).

 

ULICZNE JEDZENIE

 

Tajska kuchnia uchodzi za jedną z najsmaczniejszych na świecie. Co ciekawe, bardzo często jedzenie uliczne, przygotowywane w budkach przez starsze kobiety, jest dużo lepsze niż w restauracjach. Do najpopularniejszych potraw należy pad thai – podsmażony makaron ryżowy z pastą z tamaryndowca, sosem rybnym, sokiem z limonki, jajkiem, chili, czosnkiem, kiełkami fasoli mung i kurczakiem lub krewetkami. Kolejne danie, którego trzeba spróbować w Tajlandii, to tom yum (tom yam). W tej kwaśno-ostrej zupie bazę stanowi wywar z kurczaka bądź wieprzowiny wzbogacony trawą cytrynową, liśćmi papedy, sokiem z limonki, przyprawą galangal, sosem rybnym i chili. Występuje w dwóch wersjach – z mleczkiem kokosowym i bez niego. Miłośnicy ostrych smaków powinni skosztować sałatki z zielonej papai (som tam). Oprócz cienkich pasków tego owocu dodaje się do niej m.in. fasolę, pomidory, czosnek, orzeszki ziemne, sos rybny, sok z limonki, cukier palmowy i chili. Koniecznie należy również spróbować różnych rodzajów curry – zielonego, żółtego i czerwonego. A na koniec warto zjeść jeden z najpyszniejszych deserów świata – mango sticky rice (khao niao mamuang), czyli kleisty ryż z mleczkiem kokosowym i świeżym mango. To prawdziwe niebo w gębie!

 

KRÓL TAJLANDII

 

W artykule o Tajlandii nie można pominąć tak istotnej kwestii, jaką jest rodzina królewska. Bhumibol Adulyadej (Rama IX) zmarł 13 października 2016 r. w Bangkoku w wieku 88 lat. Był najdłużej panującym monarchą na świecie (wstąpił na tron w czerwcu 1946 r.). Rodacy uwielbiali swojego króla, stanowił dla nich ogromny autorytet, zdjęcia z jego podobizną wisiały wszędzie, a o rodzinie królewskiej nie wypadało powiedzieć złego słowa. Tuż po śmierci władcy miliony osób opłakiwały go na ulicach, na tydzień (a nawet miesiąc) zamknięto wiele barów i klubów, w państwie ogłoszono roczną żałobę. Jego jedyny syn i następca, Maha Vajiralongkorn (Rama X), ma niezmiernie trudne zadanie. Król Bhumibol Adulyadej był powszechnie szanowany. Jego potomek natomiast jest równie powszechnie nielubiany.

 

Tajlandia to kraj kontrastów, rozmaitych smaków i kolorów. Mimo iż z roku na rok odwiedza ją coraz więcej turystów, wciąż można tu znaleźć miejsca mniej popularne, leżące z dala od zgiełku i rewirów naganiaczy. Niekiedy dotarcie do takich zakątków zajmuje sporo czasu, ale na pewno warto zejść z utartego szlaku i odwiedzić dżunglę w okolicy Umphang czy kanion i wodospady koło Pai. Promocje na loty do Bangkoku zdarzają się coraz częściej, aż żal z nich nie skorzystać. Na koniec trzeba dodać, że Tajlandia sprawdza się idealnie jako kraj na pierwszą podróż do Azji – jest egzotyczna, ale nie tak bardzo osobliwa i obca dla Europejczyka jak Indie bądź Indonezja.

 

Koh Phi Phi Leh – rajska zatoka Maya

ao-maya-mu-ko-phi-phi - Kopia

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND (TAT)