ŁUKASZ KUDELSKI


Ten wyspiarski kraj położony na Karaibach na wyspie Hispanioli (to używana w Polsce do XIX w. nazwa Haiti) kojarzy mi się przede wszystkim z wyśmienitym rumem, wyborną kawą, motocyklami, pięknymi plażami i kobietami, gorącą muzyką, a także górami, jeziorami, wodospadami, sawannami i pustynią. Gdy rzucimy okiem na mapę świata i dostrzeżemy sąsiadów Dominikany – Haiti, Kubę, Jamajkę i Portoryko – nie będziemy mieć wątpliwości. To musi być wyjątkowo egzotyczne i pełne ciekawych niespodzianek miejsce. 

 

W Republice Dominikańskiej byłem dwukrotnie, w sumie przebywałem w niej półtora roku. W czasie pobytu w tym szalonym, choć jednocześnie przeuroczym i gościnnym zakątku naszego globu zdążyłem nauczyć się języka hiszpańskiego, pomieszkać u dominikańskiej rodziny, zwiedzić wszystkie regiony geograficzne tego państwa na motocyklu, poznać miejscowych ludzi, wypić trochę rumu, wypalić nieco świetnych lokalnych cygar, spędzić kilka miesięcy w najtańszych hotelach i wreszcie... napisać przewodnik po tym karaibskim raju przeznaczony głównie dla niskobudżetowców, odkrywców i podróżników. Wylądowałem jak każdy przeciętny turysta na lotnisku w Punta Cana (Aeropuerto Internacional de Punta Cana). Powitały mnie widok dachu pokrytego strzechą z liści palmowych (według zamysłu projektantów miał on chyba przypominać przyjezdnym, że znaleźli się w egzotycznej i idyllicznej krainie) i wilgotne powietrze uderzające od razu po wyjściu z samolotu. Gdy przyleciałem do Dominikany za drugim razem, po opuszczeniu pokładu rzuciła mi się w oczy jedna zabawna scenka – taśma podająca bagaże i sposób jej działania. Walizki zamiast płynnie się przesuwać, jakoś dziwnym trafem, kiedy zebrało się ich już mniej więcej pięć, zaczęły piętrzyć się i spadać na podłogę. Ay, Dios mío! („O, mój Boże!”) – krzyknęła do siebie pełna orzeźwiającej pasji Dominikanka wracająca z Europy do swojej ojczyzny. Wzięła swój wielki bagaż i odeszła. Ja zaś uśmiechnąłem się do siebie. Witam Cię z powrotem, moja kochana, odświeżająco chaotyczna, radosna Dominikano! Jak miło Cię znów widzieć – zaśmiałem się w duchu.


Zdecydowana większość turystów przyjeżdżających do Republiki Dominikańskiej wybiera jeden z luksusowych hoteli oferujących pobyt w formule all inclusive (bardzo często właśnie w Punta Cana i okolicach) i w nim spędza całe wakacje. Ja jednak postanowiłem odkryć inne oblicze tego kraju, to, które można poznać z dala od modnych kurortów. W mojej pierwszej podróży wszystko musiałem więc zorganizować sobie sam, włącznie z biletem powrotnym. Jak się okazało, nie było to wyjątkowo trudne ani w ogóle niebezpieczne.


W RYTMACH MERENGUE I BACHATY

Bar nad brzegiem Morza Karaibskiego w uroczej miejscowości Bayahíbe
Bayahibe-964180133-O

 

© DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM


Pierwszą rzecz, która zwróciła moją uwagę po wyjściu z samolotu (obok wysokiej wilgotności powietrza), stanowiło jakieś dziwne natężenie różnego rodzaju dźwięków. Bardziej wrażliwi Europejczycy nazwaliby je hałasem – ale nie Dominikańczycy. Jak przekonałem się później na własne uszy, przeciętny mieszkaniec Dominikany nie zna pojęcia „cisza”. Miejscowi nie potrafią lub zwyczajnie nie chcą żyć w błogim spokoju. To, co jest żywe, musi być głośne, bo tylko wtedy może upominać się o swoje prawa – zdają się myśleć. To najgłośniejszy kraj, w którym dotychczas mieszkałem, a nieustanna kakofonia rozbrzmiewa tu na każdym kroku. Dziesiątki motocykli przejeżdżają przez ulice, a ich właściciele sprawiają wrażenie, jakby uczestniczyli w konkursie na najbardziej ogłuszającą rurę wydechową. Ludzie prowadzący zwykłe codzienne rozmowy dla obserwujących ich z zaciekawieniem gości przybyłych ze Starego Świata na pierwszy rzut oka wydają się mieć sporą wadę słuchu.


Kolejnym elementem tej dźwiękowej układanki jest wreszcie muzyka. Słychać ją dosłownie wszędzie – w sklepie, barze, autobusie i domu, na przystanku autobusowym i plaży. To nieodłączny element rzeczywistości. Piosenki mówią o miłości szczęśliwej i nieszczęśliwej, tęsknocie, kobietach, mężczyznach, życiu i pieniądzach, czyli o wszystkim, co ważne. Królują rytmiczne, żywe i radosne merengue bądź romantyczna i uczuciowa bachata oraz największe gwiazdy dominikańskiej muzyki – Juan Luis Guerra, Romeo Santos, Prince Royce, Antony Santos, David Kada, Luis Vargas, Frank Reyes czy też El Chaval de la Bachata. Jeśli ktoś spędzi trochę czasu w Dominikanie, te (przeważnie) piękne utwory wbiją mu się do głowy wyjątkowo skutecznie (w czym pomoże fakt, że Dominikańczycy słuchają ich przez całą dobę). Kiedy później wróci do swojego bogatszego, zimniejszego i bardziej poukładanego kraju i podczas jazdy samochodem w deszczu lub odpoczynku w domu przed kominkiem usłyszy te same znajome melodie, natychmiast zechce tutaj wrócić. To wszystko prawda! Romeo Santos, gwiazda dominikańskiej bachaty, cieszy się niesamowitą popularnością w internecie. Teledysk do jego piosenki Propuesta indecente („Nieprzyzwoita propozycja”) w chwili, gdy piszę te słowa, ma już ponad miliard wyświetleń w serwisie YouTube, dzięki czemu staje się jednym z 30 najchętniej oglądanych materiałów wideo na świecie. Nie jest to wcale byle jaki wynik. Oczywiście, złośliwi mogą powiedzieć, że tak naprawdę za połowę tych odtworzeń odpowiada jakieś 60 tys. colmados i colmadones (połączenie sklepu z barem) działających w granicach Dominikany, gdzie właściciele tych lokali puszczają ten utwór na okrągło, co najmniej po 30 razy dziennie...


Nawet jeśli ta złośliwość zawiera w sobie element prawdy, dominikańska muzyka stanowi zdecydowanie jeden z największych skarbów Karaibów. Można przeczytać wiele w mediach o fatalnym poziomie edukacji w tym kraju, jego wewnętrznych problemach, biedzie, nastoletnich matkach, przestępczości (chociaż tak naprawdę, żeby uniknąć niebezpieczeństwa wystarczy – jak zresztą wszędzie na świecie – odrobina zdrowego rozsądku, a więc wcale tak strasznie nie jest), nierzadko kiepskim jedzeniu, horrendalnie drogiej energii elektrycznej i zdarzających się dość często (szczególnie na prowincji) brakach w jej dostawie oraz wysokich kosztach życia na europejskim poziomie, ale pod względem muzycznym Dominikana zawsze będzie się wyróżniać, co nadaje jej wyjątkowy charakter. Według mojej osobistej teorii te wszystkie piosenki o miłości w jej najróżniejszych formach, powtarzane w kółko po setki razy, sprawiają, że Dominikańczycy są właśnie tacy, jacy są, czyli przeważnie życzliwi, uśmiechnięci, weseli, żyjący dniem dzisiejszym, łatwo zapominający złe rzeczy i wybaczający innym. Dzięki rytmom merengue i bachaty ich ojczyzna stała się wspaniałym miejscem, przyjaznym dla przybyszów z zewnątrz.


JAK W RAJU


Piękny widok z wierzchołka Pico Duarte

PicoDuarte-1126173539-O

©
DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM
©
DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM
©
DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM
©
DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM
©
DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

© DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM


Przyjezdnym Dominikana kojarzy się zazwyczaj z rajskim wybrzeżem... i to zupełnie słusznie. Przeciętna temperatura powietrza nad brzegiem Atlantyku czy Morza Karaibskiego nie spada tu nigdy poniżej 25°C. Większość plaż pokrywa biały lub żółty piasek, choć zdarzają się również takie wysypane kamieniami (głównie w południowo-zachodnich prowincjach Barahona i Pedernales). Zarówno morze, jak i ocean potrafią być jednak bardzo kapryśne, a wiatry w ich okolicy – porywiste. Nie wszędzie więc można spokojnie się kąpać. Jeśli ktoś lubi nie tylko opalanie się w gorących promieniach słońca, lecz także pływanie w czystej morskiej wodzie, to najlepiej nadają się do tego przepiękne plaże w rejonie Punta Cana i Bávaro oraz półwyspu Samaná (zwłaszcza w Las Terrenas – powierzchnia Atlantyku jest w tym miejscu niemal idealnie gładka, przypomina nieco basen pływacki). Przyjemności kąpieli zażyjemy też w północno-zachodniej prowincji Monte Cristi, ale w miesiącach zimowych tylko w godzinach popołudniowych, kiedy fale stają się mniej wzburzone. W regionie północnego wybrzeża Dominikany, gdzie znajdują się niezmiernie popularne miejscowości wypoczynkowe, jak np. Sosúa czy Cabarete (położone w prowincji Puerto Plata), uda nam się jedynie popluskać, gdyż tutejsze wody są z reguły niespokojne. Zatoka Cabarete (Bahía de Cabarete) stanowi za to wymarzone wręcz miejsce dla miłośników surfingu, wind- i kitesurfingu. Osoby szukające ekstremalnych wrażeń powinny wybrać się w pobliże miasteczek Río San Juan i Cabrera oraz do prowincji Barahona. Fale w tych okolicach bywają tak wysokie, a spadek dna tak ostry, że nawet oddalenie się od brzegu na 50–100 m może być bardzo niebezpieczne. Sam zostałem zmieciony przez ocean właśnie na Playa Dorada w sąsiedztwie Río San Juan i wielokrotnie przez morze na kamienistych (ale jakże pięknych!) plażach prowincji Barahona. Na szczęście udało mi się jakoś wyjść z tych kłopotów bez większych obrażeń.


Niestety, czasami niektóre rejony wybrzeża są zaśmiecone, gdyż Dominikańczycy (a przynajmniej ich część) niezbyt dbają o ekologię. Na szczęście zmienia się to ostatnio na korzyść dzięki licznym rządowym kampaniom edukacyjnym. Jako przykład można tu podać choćby specjalne programy dbania o czystość plaż i wód przybrzeżnych, wprowadzone przede wszystkim na obszarze prowincji Barahona i Pedernales.


UROKI INTERIORU

27 Charcos de Damajagua – naturalny kompleks wodospadów i jeziorek

SaltosdeDamajagua-968613102-O
© DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Dominikana reklamuje się jako kraj, który ma wszystko. I rzeczywiście, oprócz rajskich plaż, znajdują się tutaj także wspaniałe góry (z najwyższym szczytem na Karaibach Pico Duarte o wysokości ok. 3100 m n.p.m.), jeziora, sawanny, a nawet kawałek pustyni. Jeśli zatem ktoś lubi bardziej aktywne spędzanie czasu na łonie przyrody (i nie myślę tu o zwyczajnym szwendaniu się bez celu, jak było to w moim przypadku), z pewnością nie będzie zawiedziony.


Dominikańską część wyspy Haiti (Hispaniola) pokrywają również liczne wodospady, naturalne oczka wodne, źródełka i strumyki. Dominikańczycy starają się zagospodarowywać stworzone wzdłuż rzek i strumieni baseny, żeby kąpać się w nich w gorące dni (a tych przecież nie brakuje). Niektóre z nich są dzikie i nieuczęszczane, inne popularne wśród lokalnych mieszkańców lub turystów. Najlepszym przykładem takich wodnych atrakcji turystycznych w Dominikanie jest Damajagua – położony niedaleko miejscowości Sosúa i Puerto Plata, pośrodku bujnego lasu tropikalnego, naturalny kompleks wodospadów, strumyków i uroczych jeziorek. Samych kaskad powstało w tym rejonie aż 27 (www.27charcos.com). Osoby bardziej zdeterminowane i z lepszą kondycją mogą spróbować zdobyć je wszystkie, podczas wspinaczki z pomocą specjalnych lin lub zjeżdżania z nich jak na obiektach w aquaparku. Oczywiście, nie obejdzie się bez opieki doświadczonego przewodnika, kasku, kamizelki ratunkowej i pozytywnego nastawienia. Do tego doliczyć trzeba bilet wstępu w wysokości ok. 10 euro. To wcale nie tak dużo jak za pół dnia świetnej zabawy.


Cały środek Dominikany przecinają góry. Czym różnią się od tych np. w Polsce? Nie zostały prawie wcale wyposażone w infrastrukturę turystyczną. Wznoszą się majestatycznie wśród bujnych lasów, całkowicie naturalne i w sumie w większości trudno dostępne dla pieszych wędrówek. Przeważnie nie ma tutaj wytyczonych szlaków (z pewnymi wyjątkami) ani schronisk, są za to… palmy, które nadają tym pasmom nieco surrealistyczny widok dla kogoś z kraju o klimacie umiarkowanym.


Jeden z niewielu dobrze zagospodarowanych turystycznie regionów górskich stanowią okolice szczytu Pico Duarte, gdzie można udać się na kilkudniowy trekking. Ponieważ jest to park narodowy – Parque Nacional José del Carmen Ramírez (w granicach republiki utworzono ich w sumie ponad 30), wyprawa odbywa się jedynie w towarzystwie miejscowego przewodnika. Tego typu zasady obowiązują zresztą nie tylko w tym państwie. Tereny parków narodowych na całym świecie są z reguły objęte specjalnym nadzorem i wstęp do nich bywa ściśle kontrolowany (nawet w Dominikanie, gdzie generalnie kontroli podlega niewiele rzeczy, egzekwuje się te przepisy, głównie w taki sposób, że na obszar chroniony nie prowadzą inne wejścia niż oficjalne). Przy planowaniu trekkingu trzeba jednak pamiętać o zabraniu ciepłych ubrań – nawet w tropikalnym dominikańskim klimacie wysokie góry mogą nieprzyjemnie zaskoczyć niskimi temperaturami oscylującymi wokół 5–10°C (w ciągu ostatnich dekad kilkakrotnie zdarzyło się nawet, że na Pico Duarte spadł śnieg...).


Ja na najwyższy szczyt Karaibów nie wchodziłem, ale zwiedziłem na motocyklu większość górskich rejonów Dominikany. Jeśli ktoś szuka dobrej bazy wypadowej wśród malowniczych krajobrazów, to najlepiej nadają się do tego okolice miast Jarabacoa i Constanza w prowincji La Vega. Znajdują się w nich dobre drogi (nowo zbudowana niemal 50-kilometrowa trasa Jarabacoa–Constanza), sporo barów i restauracji z europejskim jedzeniem takim jak dobra włoska pizza i inne dania, które nie przypominają standardowych tutejszych potraw w stylu ryżu z fasolą i kurczakiem. Chętni będą mieli także możliwość zaopatrzyć się w dżemy, marmolady i wypieki domowej roboty z lokalnych owoców i warzyw. Gdy to piszę, przypomina mi się, kiedy pewnego dnia, chyba w 2012 lub 2013 r., wszedłem do jednego ze swoistych miejscowych przedsiębiorstw oferujących przetwory. Kolorowy, prawie bajeczny szyld niczym z knajpy w Las Vegas zapraszał do Dulcería Gilberto. Po wejściu do środka okazało się, że cały cukierniczy biznes pana Gilberta to lodówka wypełniona może sześćdziesięcioma słoikami z dżemami z różnych owoców. Duch przedsiębiorczości drzemie w każdym Dominikańczyku!


Dlatego też z górskich regionów Dominikany najbardziej polecam właśnie okolice miast Jarabacoa i Constanza, nazywane Dominikańską Szwajcarią. Te malownicze tereny są wręcz wymarzone dla wielbicieli trekkingu, raftingu, rajdów konnych, paralotniarstwa, kolarstwa górskiego czy kanioningu. Warto jednak wspomnieć, że gdyby ktoś próbował wybrać się do Constanzy od drugiej strony, czyli od San José de Ocoa, natknie się na drogę należącą do najgorszych w kraju. Unikają jej nawet miejscowi. Ostatecznie status jednej z najwyżej położonych dominikańskich miejscowości (ok. 1250 m n.p.m.) zobowiązuje do bycia w pewnym stopniu trudno dostępną.


Góry wznoszą się również w rejonie San Juan de la Maguana, San José de Ocoa i Restauración, zaraz przy granicy z Haiti. Z czystym sumieniem mogę polecić to pierwsze miejsce. Tutaj także (przeważnie) są dobre drogi i rozciągają się wspaniałe widoki. W pobliżu znajdziemy też jezioro Sabaneta i kilka innych mniejszych malowniczych akwenów. Mimo iż zostały one w dużej części zagospodarowane (postawiono na nich tamy, które wytwarzają koszmarnie drogi prąd), w żaden sposób nie odbiera im to uroku. Warto również skusić się na świeżo pieczoną rybę z wód Sabanety – całkiem smaczny i niedrogi posiłek do kupienia w pobliskim barze.


Miłośnicy ekoturystyki i romantycznych pejzaży mogą udać się na wycieczkę do Parku Narodowego Juan Bautista Pérez Rancier nad spektakularny wodospad Aguas Blancas o wysokości ponad 60 m. Spada on do naturalnego lazurowego basenu, który zaprasza do orzeźwiającej kąpieli. Okolice miasta Jarabacoa słyną poza tym z dwóch innych imponujących kaskad otoczonych dziewiczą naturą: Salto de Jimenoa (35-metrowa) i Salto de Baiguate (25-metrowa).


DOMINIKAŃSKA CODZIENNOŚĆ

Dominikana to wymarzone miejsce dla miłośników tropikalnych owoców 

pemade in spain cd1 021
© DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

Tym, co wyróżnia górskie regiony Dominikany, jest rolnictwo. Gdziekolwiek byśmy pojechali – czy to do San José de Ocoa, Constanzy i Jarabacoi, czy San Juan de la Maguana – wszędzie widok zielonych pól przypomina nam, z czego tak naprawdę żyją mieszkańcy tych terenów i co stanowi nadal jeszcze podstawę dominikańskiej gospodarki, niezależną od dość kapryśnej koniunktury w turystyce i dającą temu krajowi przynajmniej minimalną niezależność.


Pamiętam, jak udałem się pewnego dnia do San Juan de la Maguana, miejscowości położonej w głębi lądu, pewnie całkowicie nieznanej typowemu turyście. Działała w niej biblioteka z darmowym dostępem do internetu, oferowano bezpłatne lekcje angielskiego dla chętnych i znajdowała się ładna willowa dzielnica mieszkalna z dużymi profesjonalnymi kontenerami na śmieci (takimi jak np. w Hiszpanii). Wszystkie te rzeczy nie wydają się niczym nadzwyczajnym turystom przybyłym z cywilizowanej, bogatej Unii Europejskiej, ale w Dominikanie wcale tak powszechne być nie muszą. Ten rozwijający się prężnie kraj według dostępnych danych ekonomicznych jest obecnie niemal siedmiokrotnie biedniejszy od Polski, jeżeli porównamy produkt krajowy brutto ważony parytetem siły nabywczej. Rzeczywistość wygląda w nim po prostu inaczej niż w naszej niezmiernie poukładanej, zorganizowanej i uregulowanej części świata.


Co ciekawe, duży wpływ na rozwój rolnictwa w regionie górzystej Constanzy mieli... Japończycy, zaproszeni tutaj przez dominikańskiego jefe de la patria – generalissimusa Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę (1891–1961) w latach 50. XX w. Nie zasypiali oni gruszek w popiele i szybko wzięli się do pracy. W ciągu kolejnych 30–40 lat Constanza stała się jednym z największych producentów warzyw i owoców w Dominikanie, słynie z truskawek, brzoskwiń czy jabłek oraz awokado, mango, limonek, marchwi, ogórków, pomidorów, selerów, sałaty, papryki, czosnku i ziemniaków. Mimo iż większość japońskich osadników opuściła kraj, pozostawili po sobie wiedzę i technologię, które służą mieszkańcom tego rejonu do dziś. Szacuje się, że obecnie w dominikańskich granicach żyje mniej więcej tysiąc osób pochodzenia japońskiego. Kto by się spodziewał, że na tropikalnej karaibskiej wyspie, gdzieś pod palmą, wysoko w górach można spotkać Japończyka mówiącego po hiszpańsku. Historia świata bywa jak widać pełna niespodzianek.


Rolnicze obszary Dominikany są przeważnie bogatsze i bardziej uporządkowane (jak na tutejszy standard) od reszty kraju, gdzie nie rozwija się ani rolnictwo, ani turystyka. Sami Dominikańczycy pracują zwykle na swój rachunek. Opieka socjalna praktycznie nie istnieje i każdy właściwie musi radzić sobie samodzielnie, jak potrafi najlepiej. Z łatwością zaobserwujemy mnóstwo lokalnych małych biznesów. Miejscowi prowadzą kafejki internetowe, bary i kawiarenki, sprzedają soki i owoce na ulicy, oferują kursy taksówkami motocyklowymi, wreszcie pełnią też funkcję lekarzy, adwokatów, kierowców, właścicieli hoteli, sprzedawców czy konsultantów, czyli robią dokładnie to, co ludzie w każdej rozwiniętej gospodarce na całym świecie.


Jest jednak jedna rzecz, która zdecydowanie pomaga mieszkańcom Dominikany przetrwać gorsze chwile w życiu codziennym. To poczucie wspólnoty. Nawet jeśli Dominikańczyk zarabia grosze, to dzięki podobnym dochodom swojej matki, dziadka, wujka, trzech braci czy pięciu sióstr staje się częścią silniejszego kolektywu. Oczywiście, taka sytuacja sprawia również, że dominikańskie społeczeństwo zazwyczaj zupełnie inaczej rozumie pojęcia takie jak „samodzielne myślenie”, „prywatność” albo „życie po swojemu” niż zwykły zamożniejszy Europejczyk.


KROKODYLE I IGUANY

Oprócz pięknych plaż i gór porośniętych palmami, w tym kraju, jak wspomniałem, znajdują się także jeziora. W okolicy niektórych można oglądać krokodyle amerykańskie (oczywiście, z bezpiecznej odległości), w rejonie innych żyją iguany i różne gatunki ptaków. Jeszcze inne, np. Sabaneta, Bao czy Hatillo, są malowniczymi akwenami położonymi wśród cudownych górskich krajobrazów. Niestety, to ostatnie jezioro (moim zdaniem chyba najpiękniejsze w całej Dominikanie) w wyniku rozpoczęcia wydobywania złota na pobliskich terenach przez kanadyjską firmę Barrick Gold zostało zanieczyszczone i zdewastowane. Cóż, cenny kruszec okazał się na początku ważniejszy i potrzebniejszy niż woda pitna i piękno przyrody. Dopiero od kilku lat Dominikańczycy interesują się bardziej nieekologicznymi i nieetycznymi działaniami tej największej na świecie korporacji zajmującej się wydobyciem złota.


W południowo-zachodniej części państwa, a więc blisko Haiti, zbiorniki wodne bywają z reguły słone i leżą poniżej poziomu morza, a pochodzą jeszcze z czasów formowania się wyspy i stanowią pozostałość po morzach i oceanach. Tereny wokół, jak i same te akweny, robią wrażenie specyficznej prehistorycznej krainy, która przetrwała do dzisiaj. Właśnie tego typu odczucia towarzyszyły mi podczas objeżdżania największego jeziora Hispanioli (po hiszpańsku „La Españoli”) – Enriquillo (ok. 375 km² powierzchni). Leży ono w południowo-zachodniej części lądu, w granicach prowincji Independencia i Bahoruco. Na jego środku znajduje się wyspa – Isla Cabritos (mająca mniej więcej 20 km²). Amatorzy mokradeł i temperatur sięgających 40°C w cieniu mogą wybrać się łódką do założonego na niej parku narodowego – Parque Nacional Lago Enriquillo e Isla Cabritos. Zamieszkują go liczne krokodyle amerykańskie i iguany, które upodobały sobie właśnie tę prehistoryczną okolicę.


Ja podczas pobytu w Dominikanie nie musiałem szukać iguan, jedna z nich sama mnie znalazła. Kiedyś w drodze z Azua de Compostela (miasto położone na południu) do Barahony o mało co nie przejechałem jej swoim motocyklem. Ten prawie metrowy gad przechodził sobie po prostu przez drogę przecinającą księżycowy obszar sawanny (llano). Na szczęście udało mi się uniknąć kolizji, która byłaby pewnie nieprzyjemna dla nas obojga.


Drodzy Czytelnicy All Inclusive, jeśli pojedziecie do tego szalonego karaibskiego kraju i jak większość turystów zatrzymacie się w modnym kurorcie na wybrzeżu, wyjdźcie z hotelu, wypożyczcie auto czy motocykl, wsiądźcie do busa albo złapcie motocyklową taksówkę i dajcie sobie szansę na przeżycie prawdziwej przygody. Gwarna, roztańczona, kolorowa Dominikana, jakiej nie poznacie w inny sposób, już na Was czeka!

Artykuły wybrane losowo

Dotrzymać kroku Jamajce

TOMASZ ŁADA
www.najamajke.pl

<< Na hasło „Jamajka” wyobraźnia najczęściej podsuwa nam obraz egzotycznego, porośniętego palmami kraju, leżącego gdzieś na końcu świata i zamieszkanego przez wyluzowanych, beztroskich i kolorowo ubranych ludzi z dredami i tlącym się w ustach papierosem z marihuany. Poza tym ta karaibska wyspa kojarzy się także z Bobem Marleyem, muzyką reggae, rajskimi plażami, piratami i najszybszymi sprinterami na ziemi (na czele z Usainem Boltem, rekordzistą na dystansie 100 i 200 m). Taki właśnie jej wizerunek jest bardzo bliski rzeczywistości, z którą spotykają się każdego roku przybywający tu turyści. Zapraszamy na krótką podróż po liczącej blisko 3 mln mieszkańców Jamajce, odkrytej w 1494 r. przez Krzysztofa Kolumba i uznanej przez niego za najpiękniejsze miejsce, jakie kiedykolwiek widział. >>

To karaibskie państwo, zajmujące jedną z wysp Wielkich Antyli (do archipelagu należą też Kuba, Hispaniola – Haiti i Portoryko), uzyskało niepodległość dopiero w sierpniu 1962 r. Dzisiaj znaczące dochody przynosi mu turystyka. Funkcje stolicy pełni w nim Kingston, założone na południowo-wschodnim wybrzeżu Jamajki pod koniec XVII w. Oficjalny język kraju to angielski, ale Jamajczycy posługują się najczęściej kreolskim Jamaican Patois (jamajski patois).

Więcej…

Zaproszenie na Kaukaz – do Gruzji i Armenii

 

Tamar Gelashvili-Dąbrowska

Krzysztof Dąbrowski

www.kaukaz.pl

 

<< Gruzja i Armenia to chrześcijańskie wyspy zanurzone w kaukaskiej mozaice narodów i kultur. Leżą na pograniczu kontynentów kształtowanym przez ścieranie się sił przyrody i rywalizujących ze sobą cywilizacji. Efektem tych odwiecznych zmagań jest rzadko spotykana różnorodność krajobrazów oraz duże bogactwo tradycji na stosunkowo niewielkim obszarze, który odpowiada 1/3 terytorium Polski. Zobaczymy tu subtropikalne lasy pełne lian, przejedziemy przez surowe płaskowyże wulkaniczne, a także doświadczymy chłodu bijącego od wiecznych lodowców. Poza tym możemy przeczesać labirynty miast wykutych w skale, zwiedzić imponujące katedry o tysiącletniej historii i zrelaksować się w starożytnych łaźniach, a to wszystko urozmaicić sobie zgłębianiem tajników sztuki winiarskiej, degustacją przysmaków przepysznej kuchni kaukaskiej oraz zabawą w ekskluzywnych klubach muzycznych. >>

Więcej…

Wśród birmańskich złotych stup

ANNA SOBKOWICZ

<< Do niedawna zamknięta na świat Birma staje się dziś coraz modniejszym kierunkiem turystycznym. Wśród podróżników panuje przekonanie, że warto ją odwiedzić jak najszybciej, zanim zaleją ją zdobycze zachodniej cywilizacji. Pierwsze zmiany już można zaobserwować, a ich znakiem są np. pojawiające się bankomaty i planowane otwarcie pierwszej w kraju restauracji McDonald’s. >>

 W języku polskim tradycyjnie na określenie tego państwa leżącego w Azji Południowo-Wschodniej używa się toponimu Birma, jednak od 1989 r. jego oficjalna nazwa brzmi Myanmar (na gruncie polszczyzny spotyka się też zapisy Mjanma, Mianma lub Republika Związku Mjanmy). Wzdłuż jego zachodniej, północnej i wschodniej granicy ciągną się tereny górskie, natomiast środek zajmuje nizina Irawadi, przez którą płynie rzeka o tej samej nazwie (najdłuższa w kraju). Od południa kraj oblewają wody Oceanu Indyjskiego, a dokładniej Zatoki Bengalskiej i Morza Andamańskiego.

Więcej…