MAGDALENA ŁADANAJ


Kostaryka jestpołożona między dwoma oceanami (Atlantyckim i Spokojnym), od północy graniczy z Nikaraguą, a od południa – z Panamą. W ciągu jednego dnia można więc podziwiać w niej magiczny wschód słońca nad Morzem Karaibskim i zniewalający zachód słońca na plaży nad Pacyfikiem. Niegdyś w tym regionie Ameryki Środkowej żyła głównie rdzenna ludność, dziś pozostało niewielu jej potomków. Starają się jednak pielęgnować swoje zwyczaje i tradycje, np. mieszkający na południu kraju Indianie Bribri nadal wytwarzają pyszną naturalną czekoladę.


Podobno właśnie sam Krzysztof Kolumb, kiedy dotarł tu we wrześniu 1502 r., nazwał ten rejon Nowego Świata la costa rica („bogate wybrzeże”). Wielki odkrywca poszukiwał cennych skarbów, a trafił na niesamowite bogactwo natury. Jego oczekiwania nie były jednak bezzasadne, ponieważ Indianie, którzy go powitali, nosili liczne złote ozdoby, lecz nie chcieli zdradzić, skąd pochodzi cenny kruszec. W Muzeum Prekolumbijskiego Złota (Museo del Oro Precolombino) w stołecznym San José przedstawione zostały stosowane przed wiekami metody wydobycia i przetwarzania tego metalu. Pełna soczystych kolorów Kostaryka charakteryzuje się niezwykłą różnorodnością flory i fauny. Jej terytorium, w granicach którego występują liczne wulkany, leży w strefie klimatu równikowego i podrównikowego. Choć kraj zajmuje niewielki obszar (51 100 km², czyli mniej więcej 16 proc. powierzchni Polski), wyróżnia się w nim ok. 150 mikroklimatów. Wiele faktów dotyczących Kostaryki bywa dość zaskakujących. Przykładowo aż ponad 25 proc. jej terytorium pokrywają parki narodowe lub inne tereny podlegające ochronie przyrody. Od 1 grudnia 1948 r. państwo to nie ma armii (pilnowaniem porządku i obroną granic zajmują się niewielkie oddziały paramilitarne), a zaoszczędzone dzięki temu środki przeznacza się na edukację i służbę zdrowia. Mało naszych rodaków wie, że w latach 1944–1948 urząd prezydenta tego kraju sprawował Teodoro Picado Michalski (1900–1960), syn PolkiJadwigi Michalskiej. Była ona tutaj prawdopodobnie pierwszą kobietą lekarzem i przyczyniła się do dynamicznego rozwoju systemu opieki zdrowotnej.


Kostaryka przyciąga swoim wielobarwnym krajobrazem, na którego atrakcyjność w znacznym stopniu wpływa wyjątkowe podejście jej mieszkańców do ochrony przyrody i ekologii. Wchodząc do rezerwatu czy parku narodowego, a nawet zwykłego lasu, często słyszałam od przewodników jedno z moich ulubionych powiedzeń – take as much time, as you need, czyli „poświęć tyle czasu, ile potrzebujesz”. Od marca 2015 r. w kraju tym wykorzystuje się energię pochodzącą niemal wyłącznie ze źródeł odnawialnych, głównie wytwarzaną w elektrowniach wodnych.


DOTRZEĆ DO RAJU

Bezpośrednie połączenia lotnicze z Warszawy do sąsiadującej z Kostaryką Panamy mają zostać uruchomione od listopada 2016 r. (czarter biura podróży Itaka). Bez przesiadek polecimy do San José z Londynu (liniami British Airways), Madrytu (Iberią), Monachium (Condorem – od połowy listopada br.) lub Paryża (Air France – od listopada 2016 r.). Zdarzają się również atrakcyjne cenowo loty przez USA, choć w tym przypadku potrzebna jest amerykańska wiza, a podróż trwa dłużej. Można także najpierw dotrzeć na lotnisko w sąsiedniej Panamie i stamtąd pojechać do Kostaryki, jak czyni wielu turystów z Europy.

               
W tym kraju wyróżnia się dwie pory roku – deszczową (nazywaną zimą) i suchą (tutejsze lato). Sezon turystyczny przypada na tę drugą, czyli na okres od końca listopada do końca kwietnia. Niezależnie od tego, jak długo będzie trwała nasza podróż samolotem (od 12 do nawet 35 godzin), na miejscu czeka nas wspaniała nagroda. Podczas mojej ostatniej wizyty w Kostaryce, zaraz po wylądowaniu w stołecznym San José wsiadłyśmy do autobusu jadącego do znajdującego się na karaibskim wybrzeżu Puerto Viejo (Puerto Viejo de Talamanca) i szybko zapomniałyśmy o trudach 35-godzinnej wyprawy. Droga wiła się pośród soczyście zielonych wzgórz regionu Monteverde, które otulała delikatna poranna mgła. Otaczały nas uśmiechnięte twarze turystów i ticos (jak mówią o sobie Kostarykanie) oraz zapierające dech w piersiach widoki. W mieście Limón zrobiliśmy krótki przystanek na sok ze świeżych mango i plátanos maduros, przekąskę z wyglądu i w smaku podobną do pieczonych bananów. Po 4 godzinach dotarłyśmy na miejsce, gdzie powitała nas ciepła karaibska bryza. Zobaczyłyśmy turkusową wodę połączoną z błękitem nieba i złotą plażę. Miałyśmy wielką ochotę zostawić nasze plecaki i rzucić się w fale, jednak nie był to jeszcze koniec naszej podróży.


W CUDOWNYM OGRODZIE

Jaskrawozielona chwytnica kolorowa

Caribe  Rana calzonuda
© COSTA RICAN TOURISM BOARD

Obiekt, w którym planowałyśmy spędzić pierwsze dni wyprawy, leżał kilka kilometrów od przystanku autobusowego. Musiałyśmy jakoś się do niego dostać. Znalazłyśmy nietypową taksówkę – po prostu ktoś zapytał kogoś, czy podwiezie nas w dane miejsce. Na nasz ośrodek składały się domki lub pokoje do wynajęcia, często o wystroju tematycznym, np. dla naszego inspiracją była joga, dla innych – natura, taniec czy też głębokie wyciszenie.


Samo podróżowanie taksówkami w Kostaryce to ciekawe doświadczenie i choć wciąż wprowadza się próby nadawania konkretnym lokalizacjom adresów (jak w większości Ameryki Środkowej, nie ma nazw ulic i numerów domów), ludzie nadal posługują się tu punktami orientacyjnymi, czyli określeniami typu „przy uniwersytecie”, „obok dużego drzewa”, „za komisariatem policji w Cartago”. Warto wiedzieć, co znajduje się w okolicy miejsca, do którego chcemy trafić, i w jakiej jest ono dzielnicy. Urządzenia GPS nie będą najlepszymi doradcami, nawet te zachwalane przez osoby wynajmujące nam auto. Pamiętajmy, że San José to aglomeracja miejska połączona m.in. z Heredią, Alajuelą i Cartago (Gran Área Metropolitana). Jak w wielu egzotycznych krajach, cenę przejazdu najlepiej uzgodnić przed rozpoczęciem podróży. Nauczona doświadczeniem zwykle targuję się z kierowcami, ale trzeba wyczuć, czy w ogóle warto to robić, bo zwykle ticos chcą po prostu pracować i uczciwie zarabiać.


Koło południa dotarłyśmy do recepcji naszego ośrodka, gdzie z radosnym uśmiechem przywitała nas przesympatyczna czarnoskóra Cecilia. Tajemniczo się uśmiechając, poinformowała, że ma dla nas niespodziankę, i muszę przyznać, iż okazała się ona naprawdę wspaniała. Nasz domek znajdował się na wysokości ok. 800 m n.p.m. na stromym wzgórzu porośniętym lasem tropikalnym, więc dostanie się do niego wymagało nieco wysiłku. Gdy szłyśmy ścieżką, ptaki śpiewały, kolibry uwijały się w hibiskusach i strelicjach królewskich (kwiatach popularnie zwanych rajskimi ptakami), barwne tukany ścigały się między palmami. Chatka była drewniana, a w oknach zamiast szyb miała jedynie siatkę chroniącą przed owadami. Weszłyśmy na taras, na którym poza hamakiem i kostarykańskim bujanym fotelem zachwycił nas rozpościerający się z niego spektakularny widok na dolinę ubarwioną przecudną kolorową roślinnością. Na jej końcu rozpościerała się plaża ze złotym piaskiem i turkusowe Morze Karaibskie. Cały ten obraz, a raczej film, podczas którego przylatywały różnobarwne motyle, wyjce skakały po drzewach, a tukany nie mogły się zdecydować, na której gałęzi przysiąść, rozświetlały promienie słońca. Stałyśmy oczarowane i gdyby nie silne uczucie głodu, nie ruszyłybyśmy się z tego tarasu jeszcze długo.


ZWIEDZANIE KRAJU

Podczas podróży do Puerto Viejo miałam dużo obaw. Nasłuchałam się, jak niebezpiecznie bywa w tej okolicy i w ogóle na karaibskim wybrzeżu. Na szczęście, różnego rodzaju okoliczności zaprowadziły mnie właśnie w to miejsce, bo spędziłam tu cudowny czas. To nie pierwszy raz, gdy słyszałam lub czytałam o zagrożeniach w danym rejonie, który w rzeczywistości okazał się całkiem bezpieczny. Oczywiście, zawsze trzeba być uważnym i nie kusić losu.


Podobne opinie docierały do mnie o regionie Cahuita, gdzie znajduje się sanktuarium porzuconych lub chorych leniwców (Sloth Sanctuary, www.slothsanctuary.com). Ci, którzy chcieliby choć chwilę dłużej uczestniczyć w życiu tych przesympatycznych zwierząt, mogą skorzystać z noclegu na terenie ośrodka (Buttercup Inn). Mimo iż na pobyt w Puerto Viejo przeznaczyłam w moim kalendarzu jedynie tydzień, a znajomi, z którymi przyleciałam, zdążyli już wyjechać, ja nadal nie potrafiłam rozstać się z tym miejscem i spędziłam w nim niemal trzy tygodnie.


W Kostaryce rytm życia wyznaczają wschody i zachody słońca. Podróże należy planować między godz. 5.00 a najpóźniej 18.00. Nie polecam przemieszczania się po zmroku, ponieważ bywa wtedy mniej bezpiecznie. Główne drogi w kraju są dobrej jakości, ale wystarczy z nich zjechać, aby przekonać się, że poza nimi świat wygląda zupełnie inaczej. Jeśli zdecydujemy się na wynajęcie samochodu, powinniśmy zwrócić szczególną uwagę na zakres ubezpieczenia. Z reguły żadne z tych podstawowych nie obejmuje takich szkód jak przedziurawienie opony czy zbicie szyby, dlatego polecam te z jak najobszerniejszą listą nieprzewidzianych sytuacji i uszkodzeń. Podczas pierwszej wyprawy miałyśmy wypadek, po którym nasze auto nadawało się na złom, i gdybyśmy nie wykupiły najbardziej rozszerzonego pakietu ubezpieczeniowego, musiałybyśmy zapłacić ok. 25 tys. dolarów amerykańskich.


ROZKOSZ DLA ZMYSŁÓW

Nasze poranki zaczynały się z pierwszymi promieniami słońca, gdy rześki powiew wiatru poruszał firankami, a wyjce dyskutowały już ze sobą od ok. 5.00, zachęcając do wyjścia na taras i ułożenia się w hamaku. Chwilę potem napawałyśmy się wspaniałym widokiem, sącząc pyszną kostarykańską kawę, która uznawana jest za jedną z najlepszych na świecie. Nasze zmysły rozpieszczane były na wszelkie możliwe sposoby. Oczy chłonęły każdy detal. Oddychałyśmy głęboko, a zapach lasu tropikalnego mieszał się z wyrazistym aromatem gorącego napoju. Łagodny wiatr jak jedwabna chusta delikatnie głaskał nasze ciała. Czułyśmy, że nigdzie nie musimy pędzić i możemy cieszyć się tym wszystkim, co nas otacza, aż do momentu, gdy zachce nam się jeść. Na śniadanie podawano standardowo kostarykańskie gallo pinto (ryż z czerwoną fasolą i kolendrą), jajka na tysiąc sposobów, sałaty, świeże papaje, mango, ananasy i banany, a także pyszne naleśniki z bananami i cynamonem. Podniebienie nie posiadało się z radości i nie wiedziałyśmy, na czym się skupić: zapachach, smakach, widokach czy wszystkim naraz.


Ku mojemu zaskoczeniu w Puerto Viejo dosyć często słyszałam język polski, po raz pierwszy w Kostaryce. Być może dlatego, że do tej pory podróżowałam raczej wzdłuż wybrzeża Pacyfiku i po centralnej części kraju w okolicy jeziora i wulkanu Arenal. Miałam wrażenie, iż w te miejsca Polacy rzadko docierali.


Na ulicznych straganach kupowałyśmy rambutany, które nazwałyśmy kudłaczkami. Zebrane tego samego ranka smakują obłędnie, a gdy dodamy do tego sok z guanábany (flaszowca miękkociernistego) czeka nas wyjątkowa uczta. Wspomniana guanábana to zielony owoc wielkości sporego melona, z miękkimi kolcami i o białym wnętrzu. Jej smak trudno porównać z jakimkolwiek znanym nam z Europy. Badania wskazują, że guanábana jest bardzo zdrowa i ma silne działanie przeciwnowotworowe.


NA KARAIBSKIM BRZEGU

W końcu gotowe na nowe wyzwania wynajęłyśmy rowery i ruszyłyśmy w kierunku plaży. Wzdłuż wybrzeża ciągnie się droga o długości ok. 20 km. Na tym odcinku leżą różnorodne plaże, od czarnej wulkanicznej przez złotą do białej. Przejażdżka rowerem wymaga dobrej kondycji, ponieważ na tej trasie trzeba pokonywać liczne pagórki. Wreszcie w Punta Uva zrobiłyśmy przerwę i rozłożyłyśmy nasze plażowe ręczniki. To fantastyczne miejsce dla tych, którzy lubią ciszę, spokój i piękne widoki. Tutejsza plaża ma złoty kolor, a otaczają ją skały i palmy próbujące wydostać się spomiędzy nich na brzeg. Kostaryka kojarzy mi się przede wszystkim z błogim relaksem, magiczną naturą, niebieskimi motylami, gorącymi źródłami, energią wulkanów i łączeniem się z tym, co pierwotne. Z tego względu wracam tu przy każdej okazji, a później dzielę się z innymi tym, co przeżyłam.


Wypieszczone słońcem i karaibskimi falami ruszyłyśmy na lunch. Znalazłyśmy miejsce przy plaży w Manzanillo. Kelner powitał nas lokalnym wyrażeniem pura vida (po hiszpańsku „czyste życie”, „pełnia życia”). Kostarykanie używają go bardzo często, np. na powitanie, pożegnanie czy jako przerywnik w rozmowie telefonicznej. Oznacza ono pokój, prostotę, wyraża wdzięczność za naturę, rodzinę oraz przyjaciół, szczęście i satysfakcję. Daniem dnia w naszej knajpce była ryba w sosie karaibskim z sałatą. Uwielbiam smak tutejszych warzyw (sałaty, kapusty lub marchewki), ponieważ jest wyrazisty i przypomina mi smaki z dzieciństwa.


Manzanillo to najdalej na południe położona miejscowość na kostarykańskim wybrzeżu karaibskim. Dalej znajduje się już tylko bujny las deszczowy i granica z Panamą na rzece Sixaola (Río Sixaola). Kilka kilometrów dalej natkniemy się na ciekawe przejście graniczne – stary drewniany most kolejowy z wielkimi dziurami. Wybrałyśmy się do sąsiedniego kraju z ciekawości, głównie po to, żeby zwiedzić Bocas del Toro, archipelag z mnóstwem małych wysepek. Polecam zostać tutaj na noc, ponieważ pomijając różnicę czasu między Kostaryką a Panamą, która wynosi 1 godz., przemieszczanie się między godnymi zobaczenia miejscami zajmie nam sporo czasu, a Kostarykanie zamykają swoją granicę o godz. 17.00.


PO DRUGIEJ STRONIE

Wyjątkowo barwne podwodne królestwo w rejonie Wyspy Kokosowej

ESY-002629228 - Underwater sceneCocos Island
© COSTA RICAN TOURISM BOARD

Wybrzeże nad Pacyfikiem pod wieloma względami różni się od tego nad Morzem Karaibskim. Ma niemal pięć razy dłuższą linię brzegową (1016 km) i jest bardziej rozwinięte turystycznie, dlatego również bywa częściej odwiedzane. Oprócz tego moją uwagę zwróciła także widoczna różnica w kolorze skóry tutejszych mieszkańców. Kostarykanie żyjący na Karaibach są ciemniejsi niż ci nad Oceanem Spokojnym.


Półwysep Nicoya, który leży na północnym zachodzie Kostaryki, znacząco różni się od reszty kraju i może pochwalić się wieloma unikatowymi w skali światowej miejscami. Sądzę, że tutaj, jak nigdzie indziej, widoczna jest sezonowość pór roku. W czasie suchej można swobodnie poruszać się wyschniętymi korytami rzecznymi i korzystać z uroków wypraw off-roadowych, co zdecydowanie odradzam w porze deszczowej. Wystarczy jeden tropikalny deszcz i w niespotykanie szybkim tempie wysuszone rzeki potrafią przerodzić się w rwące potoki. Wpływ zjawiska pogodowego zwanego El Niño powoduje – niestety – coraz mocniejsze wysychanie tego regionu. Wskutek tych warunków Kostaryka od kilku lat boryka się z jednej strony ze zmniejszającymi się opadami, a z drugiej – z powodziami lub podtopieniami, ponieważ przesuszona ziemia wolniej wchłania wodę podczas ulew.

Plaża Manuel Antonio należy do najpiękniejszych w Ameryce ŚrodkowejMl Antonio 6

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

Nicoya to piękne plaże i zieleń, choć już nie tak soczysta jak na wschodnim wybrzeżu. Półwysep oferuje wiele atrakcji, w jego okolicy można uprawiać surfing, kitesurfing i właściwie wszelkie sporty wodne. Pomimo suchego jak na tę szerokość geograficzną klimatu jest tu sporo przepięknych wodospadów. Najbardziej znaną miejscowość stanowi Tamarindo, w pobliżu którego znajdują się urokliwe plaże, ukryte w zatokach i wśród wzgórz. Gdy znudzi się nam wylegiwanie na delikatnym piasku, warto wybrać się na rejs katamaranem. Polecam również zajrzeć do Montezumy. To klimatyczne hippisowskie miasteczko, położone niedaleko Absolutnego Rezerwatu Narodowego Cabo Blanco (Reserva Nacional Absoluta Cabo Blanco). W jego sąsiedztwie leży malutka wysepka z cmentarzem pośrodku (Isla de Cabuya). Dotrzemy na nią głównie w czasie odpływu i proponuję nie negocjować z oceanem, ponieważ woda zawsze zalewa drogę powrotną o tej samej porze, o czym niechcący udało mi się przekonać.


W okolicy znajduje się też miejscowość Santa Teresa, malownicza mekka surferów, gdzie spotkać można brazylijską modelkę Gisele Bündchen czy światowe gwiazdy kina lub muzyki. Polecam zwiedzanie tego regionu wynajętym samochodem terenowym. Takie auto pozwoli nam zjechać z asfaltowych dróg i odwiedzić mniej turystyczne miejsca. Należy mieć jedynie na uwadze, że po trudniejszym terenie będziemy się poruszali dużo wolniej i jeśli przejedziemy 70 km w 5 godzin, osiągniemy dobry wynik. Podczas podróżowania w ten sposób warto zaufać intuicji i znajomości lokalnych zwyczajów oraz obserwować, co dzieje się dookoła nas. Półwysep Nicoya to także otaczające go wyspy, w tym prawdziwa perła – Wyspa Kokosowa (Isla del Coco), która stanowiła prawdopodobnie inspirację dla amerykańskiego pisarza Michaela Crichtona (1942–2008) do napisania powieści Park Jurajski. Ta zielona oaza, oddalona od kostarykańskiego wybrzeża o ponad 530 km, jest w całości objęta ochroną parku narodowego (Parque Nacional Isla del Coco), wpisanego w 1997 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Przybrzeżne wody są prawdziwym rajem dla nurków, którzy często odwiedzają to miejsce ze względu na występujące tu rekiny młoty.


WSPANIAŁE PARKI

Na południe od półwyspu Nicoya znajduje się najmniejszy (jedynie 19,83 km² powierzchni), a zarazem uznawany za najpiękniejszy w Kostaryce – Park Narodowy Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio). Aby zaoszczędzić drogi, najlepiej skorzystać z promu do Puntarenas, portowego miasta położonego na wąskim cyplu przypominającym Mierzeję Helską. Potem po drodze na południe przekracza się rzekę Tárcoles (Río Grande de Tárcoles), w której pod mostem stale wygrzewa się kilkadziesiąt ogromnych krokodyli amerykańskich. Wyglądają niepozornie, jak drewniane kłody, ale wystarczy rzucić kawałek mięsa, żeby zobaczyć, jakie są szybkie.


Park Narodowy Manuel Antonio leży nad Pacyfikiem, blisko portowego miasta Quepos (7 km na południe od niego). Stąd ruszają jachty i katamarany, z których można obserwować delfiny i wieloryby oraz jedne z największych morskich ptaków, czyli fregaty wielkie. Nasz hotel znajdował się przy samej plaży nad oceanem, bardzo blisko parku. Oprócz nas w pokoju mieszkały gekony, które potrafią przestraszyć gości przy pierwszym spotkaniu, ale odgrywają niezmiernie pożyteczną rolę, ponieważ zjadają komary i inne owady. Na wycieczkę po terenie parkowym warto zabrać ze sobą kostium kąpielowy, aby skorzystać z okazji do kąpieli w zatoczce oceanicznej.


Jeszcze dalej na południe położone są kolejne parki narodowe, w tym m.in. Corcovado (Parque Nacional Corcovado), największy w Kostaryce (424 km² powierzchni). Po przystanku w Parque Nacional Manuel Antonio trochę czasu spędziłyśmy w Zatoce Drake’a (Bahía Drake), gdyż nie mogłyśmy oprzeć się pokusie leniwego wypoczywania w hamakach rozwieszonych między wysmukłymi palmami ciągnącymi się w nieskończoność. Tu również czekają na nas malownicze wodospady, możliwość nurkowania w pobliżu wyspy Caño (Isla del Caño) oraz wycieczki organizowane w celu obserwowania wielorybów, które od sierpnia do listopada przypływają w te strony, żeby się rozmnażać – szansa na spotkanie ich wtedy jest niemal pewna. W całej Kostaryce wybierzemy się bez problemu na konną przejażdżkę, ale chyba tylko galop po plaży daje poczucie prawdziwej wolności i pozwala uświadomić sobie, jak wygląda piękno.


INNE SKARBY

Wodospad na turkusowej rzece Celeste w Parku Narodowym Wulkanu Tenorio

MP RioCeleste 001
© MARTA PISKOREK/WWW.HAPPYMARTI.COM

Centralna część kraju także oferuje mnóstwo wspaniałych atrakcji. Należy do nich m.in. Arenal – największe kostarykańskie jezioro (85 km² powierzchni). W jego okolicach możemy odwiedzić gorące źródła, wiszące mosty bądź parki linowe z bardzo długimi tyrolkami, z których spojrzymy na świat z lotu ptaka. Ukryte wśród zieleni wodospady, w tym błękitny na rzece Celeste (Río Celeste), są nagrodą za trud wędrówki w ich poszukiwaniu. Kostaryka to – oczywiście – też wulkany, takie jak potężny Arenal (1670 m n.p.m.) z gorącymi źródłami, otulony plantacjami kawy Poás (2708 m n.p.m.) czy Irazú (3432 m n.p.m.), z którego w pogodny dzień zobaczymy dwa oceany. Rzeki oplatają obszar kraju jak układ krwionośny, dzięki czemu obejrzymy go również z perspektywy wody. Ja polecam rafting na rzece Pacuare (Río Pacuare), ale rejonów idealnych na tego typu wyprawę znajdziemy tutaj mnóstwo i każdy z nich ukaże nam inną twarz kostarykańskiego raju.


Kostaryka to bez wątpienia wyjątkowe miejsce na ziemi, którego obraz tworzą energia natury, majestatyczne wulkany, spektakularne wodospady, niezmiernie różnorodna flora i fauna oraz bogata kultura, troska o ekologię i uśmiechnięci ticos potrafiący emocjonalnie przeżywać kontakt z przyrodą. Kto stąd wraca, często staje się innym człowiekiem. Umie zatrzymać się w pędzącym świecie i zaczyna żyć pełniej, tak jak to robią Kostarykanie – pura vida!

Artykuły wybrane losowo

Japonia dla początkujących

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

U wschodnich wybrzeży Azji, na Wyspach Japońskich i kilku mniejszych archipelagach leży kraj dość osobliwy z punktu widzenia Europejczyków. Z jednej strony jest zupełnie wyjątkowy pod względem kultury, z drugiej chętnie czerpie ze zwyczajów popularnych w Stanach Zjednoczonych, położonych po drugiej stronie Oceanu Spokojnego. W Japonii niesamowicie wyraźnie daje się odczuć, że nasz świat to miejsce różnorodne, mozaika rozmaitych rzeczywistości współistniejących ze sobą i wchodzących w zaskakujące relacje.

 

Przed wyjazdem w te strony warto zdać sobie sprawę z kilku rzeczy. Taka wiedza z pewnością ułatwi pierwszy kontakt z tym krajem. Cztery główne wyspy archipelagu – Hokkaido, Honsiu, Kiusiu i Sikoku – układają się w kształt ćwierćokręgu rozciągniętego południkowo, co sprawia, że klimat jest tu zróżnicowany. Ze względu na położenie na styku płyt tektonicznych w Japonii występują częste trzęsienia ziemi, jednak na ogół nie są zbyt silne i bywają nawet nieodczuwalne. Oprócz tego obserwuje się też dużą aktywność wulkaniczną. To azjatyckie państwo ma prawie 378 tys. km2 powierzchni, czyli nieco więcej niż np. Niemcy, ale jego obszar zamieszkuje aż ponad 127 mln ludzi (dla porównania w Polsce żyje ich niemal 38,5 mln). Tę wyjątkową gęstość zaludnienia (ok. 336 osób/km²) najbardziej odczuwa się w większych miastach. Poza tym dobrze pamiętać, że obowiązuje tutaj ruch lewostronny.

 

Na podróż do Japonii zdecydowaliśmy się, ponieważ nigdy nie byliśmy jeszcze w tej części Azji i tak odległa wyprawa wydała nam się niezmiernie ekscytująca. Na wybór tego właśnie miejsca wpłynął również fakt, że nasz kolega właśnie kończył swój doktorat na tutejszej uczelni i jako osobom nieznającym japońskiego mógł służyć nam pomocą. Na dodatek od 2015 r. Polskie Linie Lotnicze LOT obsługują bezpośrednie połączenie między warszawskim Lotniskiem Chopina a Międzynarodowym Portem Lotniczym Narita koło Tokio. Za bilety trzeba co prawda zazwyczaj zapłacić więcej niż w przypadku lotu z przesiadką w Katarze (liniami Qatar Airways) lub Dubaju (Emirates), jednak ze względu na komfort podróży (nie musimy czekać na następny samolot ani martwić się, czy nasz bagaż dotrze do celu) i jej czas (ok. 11 godzin zamiast nawet ponad 20) warto ponieść ten koszt.

 

Plantacje herbaty położone w pobliżu nadal czynnego wulkanu Fudżi

Tea Plantation and Mt

© JNTO

 

SKOK NA GŁĘBOKĄ WODĘ

 

Na początek chciałabym wspomnieć, czego obawialiśmy się przed wyjazdem. Problemem dla nas była głównie bariera językowa. Jak się później okazało, martwiliśmy się niepotrzebnie. Na lotnisku i większych stacjach kolejowych z obsługą komunikowaliśmy się po angielsku. Zakup biletów nie stanowił więc wielkiego wyzwania. W Tokio korzystaliśmy za to z wszechobecnych automatów biletowych opatrzonych także napisami w języku angielskim. Trochę inaczej sytuacja wyglądała w sklepach. Ekspedienci w Japonii podczas odbierania towaru przy kasie, oprócz używania standardowych zwrotów grzecznościowych, informują klienta o wszystkich wykonywanych czynnościach: o sczytywaniu kolejnych produktów, wartości przyjętej gotówki, nominałach przy wydawanej reszcie. Oczywiście, wszystkie kwestie wypowiadają po japońsku. Tak naprawdę przez cały proces można przejść bezboleśnie bez użycia żadnego słowa, na koniec wystarczy się lekko pokłonić i uśmiechnąć. Czasem jednak dochodzi do interakcji. Przy kupowaniu alkoholu w samoobsługowym sklepie niekiedy trzeba potwierdzić, że ma się przynajmniej 20 lat, np. wciskając odpowiedni przycisk na ekranie. Do gotowych dań do odgrzania w domu pracownik przy kasie proponuje pałeczki. Z naszych doświadczeń wynika, że ostatecznie zawsze udaje się porozumieć. Japończycy wykazują po prostu dużą determinację, żeby sprawę zakończyć pomyślnie. W większych restauracjach i lokalach często goszczących turystów złożymy natomiast zamówienie po angielsku. W mniejszych barach z kolei zwykle przy wejściu umieszczone są automaty do zamawiania jedzenia i wystawy prezentujące przykładowe dania wykonane z… tworzywa sztucznego. Oczywiście, jeśli chcemy porozmawiać z Japończykami, musimy znaleźć wspólny język.

 

Pewnym kłopotem dla Europejczyków bywa orientowanie się w układzie urbanistycznym. Japoński system adresowy jest z naszego punktu widzenia dość trudny do opanowania. Wystarczy wspomnieć, że większość ulic w Japonii nie ma nazw. Tutaj największą pomocą była dla nas po prostu nawigacja w telefonie, która ustalała nasze położenie i pokazywała nam drogę do punktu docelowego. Dlatego polecamy na czas podróży zaopatrzyć się w pakiet internetowy. Odpowiadającą nam kartę do telefonu można kupić na miejscu. Ceny w ofertach roamingowych europejskich operatorów bywają zazwyczaj wysokie. Do atrakcji turystycznych prowadzą zwykle dość czytelne oznaczenia. Z pewną satysfakcją mogę też przyznać, że ani razu się nie zgubiliśmy i zawsze udawało nam się dotrzeć do celu, nawet mimo drobnych trudności.

 

METROPOLIA PO JAPOŃSKU

 

Lubię zwiedzać duże miasta. Jest w nich coś wyjątkowo przyciągającego, ponieważ swoim układem, architekturą, rodzajem sieci komunikacyjnej oddają charakter żyjącej w nich społeczności. Dlatego wielką przyjemność podczas pobytu w Japonii sprawiały mi spacery po Tokio, położonym na wyspie Honsiu, której powierzchnia wynosi niemal 228 tys. km². W stolicy kraju wraz z jej obszarem metropolitalnym mieszka ponad 13,6 mln ludzi (w uproszczeniu można powiedzieć, że na Tokio składają się 23 okręgi administracyjne tworzące Tōkyō-to oraz miasta i miejscowości na zachód od niego). To sprawia, że w jej krajobrazie dominuje głównie gęsta zabudowa poprzecinana ciągami komunikacyjnymi. Mamy tu osiedla z blokami, niskie domki ustawione jeden obok drugiego, wysokie błyszczące wieżowce z biurami i apartamentami, a obok nich małe i większe świątynie, sklepy spożywcze, domy towarowe i punkty czy wręcz całe kompleksy z automatami do gier.

 

Aby uświadomić sobie wielkość tego miasta (ok. 2190 km² powierzchni), należy wybrać się na jeden z punktów widokowych. Za najpopularniejsze uchodzą Tokyo Skytree (najwyższa wieża na świecie – 634 m) i Tokyo Tower (333 m). Wejście na nie jest płatne i w przypadku tego pierwszego obiektu dość kosztowne, bo zwykły bilet dla osoby dorosłej na niższą galerię (350 m) kosztuje 2060 jenów (za wjazd na wyższą galerię na 450 m trzeba zapłacić dodatkowo 1030 jenów). Jeśli ktoś nie uważa się za amatora takich atrakcji i postanowił przeznaczyć swój budżet wyjazdowy na inne cele, może wybrać się na darmowy taras widokowy np. w budynku tokijskich władz w dzielnicy Shinjuku (Tokyo Metropolitan Government Building) lub gmachu Bunkyo Civic Center w Bunkyō. Polecam szczególnie podziwianie panoramy Tokio po zmroku – robi niesamowite wrażenie.

 

Zwiedzanie stolicy Japonii zdecydowanie trzeba sobie zaplanować tak w dzień, jak i w nocy. Po zapadnięciu zmierzchu polecam udać się w okolice sztucznej wyspy Odaiba, aby zobaczyć podświetlony Tęczowy Most (Rainbow Bridge). W pobliżu Parku Shiokaze stoi nawet mała amerykańska Statua Wolności. W tej okolicy warto wsiąść do jednego z pociągów kursujących na trasie Tokyo Monorail, kolei jednoszynowej, której pojazdy poruszają się na pewnej wysokości nad ziemią. Po drodze mija się m.in. szklane ściany wieżowców, a między nimi da się nawet dostrzec oświetloną sylwetkę Tokyo Tower. Gdy patrzy się na rozpościerające się z okna wagonu widoki, trudno nie odnieść wrażenia, że trafiło się do miasta przyszłości.

 

Do największych turystycznych atrakcji Tokio należą niewątpliwie Pałac Cesarski, szintoistyczna świątynia Meiji, buddyjski kompleks Sensō-ji czy rozległy park Shinjuku Gyoen. Obcokrajowcy chętnie wybierają się także na niemal zawsze zatłoczone skrzyżowanie koło stacji Shibuya, aby obserwować tłum pieszych wkraczających na nie jednocześnie ze wszystkich stron, gdy zapala się zielone światło. Na skwerze przy jednym z wejść na wspomnianą wyjątkowo ruchliwą stację postawiono pomnik psa Hachikō (popularnej w Japonii rasy akita), który czekał tu codziennie na swojego właściciela, profesora uniwersyteckiego, wracającego do domu. Pewnego dnia jego pan dostał w pracy udaru mózgu i zmarł. Nie pojawił się jak zwykle na stacji, ale Hachikō przez kolejnych ponad 9 lat wciąż przychodził o tej samej porze i go wypatrywał. Wykonany z brązu pomnik jest dziś popularnym miejscem spotkań Japończyków.

 

Na zainteresowanie zasługują też z pewnością dzielnica Akihabara i luksusowy region Ginza w dzielnicy Chūō. W niedzielę ich główne arterie zostają zamknięte dla ruchu samochodowego i udostępnione pieszym (w Ginzie również w sobotę). Akihabara, obecnie w znacznym stopniu nastawiona na turystów, przyciąga głównie amatorów anime (japońskich filmów animowanych), sprzętu elektronicznego i gier komputerowych. Spotkać w niej można dziewczyny poprzebierane za bohaterki animowanych seriali. Funkcjonują tu także maid cafés, czyli kawiarnie, w których gości obsługują kelnerki w strojach pokojówek. W Ginzie dla odmiany działa wiele butików znanych światowych marek modowych takich jak Chanel, Dior, Carolina Herrera, Gucci, Louis Vuitton czy Furla. W tej okolicy znajdują się też luksusowe domy towarowe Wako i Mitsukoshi. Na zakupy przychodzą tutaj eleganckie Japonki.

 

Swoistą atrakcję turystyczną Tokio stanowi metro. Na peronach oznaczone są punkty, w których otwierają się drzwi do wagonu (pociąg zawsze ustawia się zgodnie z tym układem), a przed nimi często znajdziemy wytyczone linie dla oczekujących osób formujących kolejkę do wejścia. Podczas jazdy Japończycy zwykle drzemią lub wpatrują się w ekran swojego smartfona. Bardzo nietaktownym zachowaniem jest rozmawianie przez telefon w pociągu czy prowadzenie głośnej dyskusji ze znajomymi. Należy jednak pamiętać, że w godzinach porannego i popołudniowego szczytu wagony i stacje bywają wypełnione po brzegi.

 

Wiszący Tęczowy Most nad północną częścią Zatoki Tokijskiej

Rainbow bridge

© YASUFUMI NISHI/JNTO

 

WIDOK NA SZCZYT

 

Za jeden z najważniejszych symboli Japonii za granicą uchodzi góra Fudżi (3776 m n.p.m.). Niestety, jej szczyt często kryje się za chmurami. Najlepszym okresem do podziwiania tego czynnego stratowulkanu np. z Tokio są miesiące zimowe, kiedy powietrze bywa zwykle najbardziej przejrzyste. Zazwyczaj góra Fudżi jest najwyraźniej widoczna w godzinach porannych. Zobaczymy ją m.in. z tarasów widokowych Tokyo Skytree i Bunkyo Civic Center.

 

Słynny japoński szczyt górski udaje się dostrzec również z wypoczynkowej miejscowości Hakone, położonej na południowy zachód od stolicy (ponad 80 km). W tym rejonie specjalnie z myślą o turystach przygotowano Hakone Freepass – karnet uprawniający do przejazdu kolejką górską, kolejką linowo-terenową i gondolową, rejsu statkiem po malowniczym jeziorze Ashi oraz poruszania się niektórymi autobusami kursującymi do stacji kolejowej. Z przystani w Hakone-machi przez zrekonstruowany punkt kontrolny z okresu Edo (1603–1868) można przejść na półwysep z punktem widokowym, a potem dotrzeć do Alei Cedrowej. Stąd najlepiej udać się jeszcze do chramu Hakone (Hakone Jinja), którego jedna z bram (torii) wznosi się w wodach jeziora. W niedalekim 200-tysięcznym mieście Odawara na uwagę zasługuje otoczony parkiem zamek obronny.

 

Z Hakone nie zawsze udaje się jednak dostrzec Fudżi. Jeśli ktoś postawił sobie właśnie taki cel podróży po Japonii, polecam wybrać się nad jedno z pięciu jezior znajdujących się w pobliżu wulkanu, np. Yamanaka, Kawaguchi lub Motosu. Na sam szczyt można wejść kilkoma szlakami, a sezon wspinaczkowy wypada w lipcu i sierpniu. Zarówno Japończycy, jak i obcokrajowcy decydują się często na wędrówkę popołudniową i wieczorną, aby wyprawę zakończyć oglądaniem wschodu słońca. Osoby, które źle znoszą szybkie zmiany wysokości, powinny najpierw zaaklimatyzować się do takich warunków.

 

WYPRAWY PO HONSIU

 

Naszą bazą wypadową podczas pobytu w Japonii było Tokio. Odwiedziliśmy więc nowoczesną Jokohamę, gdzie wybraliśmy się na spacer po porcie i zajrzeliśmy do kolorowej chińskiej dzielnicy (Chinatown). Poza tym pojechaliśmy na niewielką wyspę Enoshima, na której czci się występującą w mitologii japońskiej buddyjską boginię urody, bogactwa i muzyki Benzaiten. W okolicy nad głowami przechodniów latają liczne kanie czarne. W tym rejonie warto zwiedzić także Kamakurę, miasto znane ze swoich świątyń (w tym Kōtoku-in z wielkim brązowym posągiem Buddy Nieograniczonego Światła – Daibutsu), które pełniło funkcję stolicy w okresie Kamakura (szogunatu Kamakura, przypadającego od 1185 do 1333 r.).

 

Nie mogliśmy też odmówić sobie podróży shinkansenem, japońskim superszybkim pociągiem. Jednym z nich pokonaliśmy część drogi do Nikkō, położonego ok. 140 km na północ od Tokio. Ludzie odwiedzają je najczęściej ze względu na trzy cenne kompleksy świątynne, z których najsłynniejszy jest zespół chramów szintoistycznych Tōshō-gū poświęcony Ieyasu Tokugawie (założycielowi dynastii szogunów Tokugawa, żyjącemu w latach 1543–1616). Aż 103 tutejsze obiekty sakralne i ich naturalne otoczenie wpisano w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od stuleci stanowiły dla Japończyków święte miejsce, znane z prawdziwych arcydzieł architektury i sztuki zdobniczej. Na zwiedzanie zabytkowego sanktuarium Tōshō-gū trzeba przeznaczyć kilka godzin. Budowle robią bardzo duże wrażenie na oglądających ze względu na bogate zdobienia. Cały czas można odkrywać tu nowe płaskorzeźby. Przewodniki zwykle wspominają o trzech mądrych małpach umieszczonych nad drzwiami stajni, ale warto z uwagą przyglądać się każdej bramie i ścianie. W najwyższym punkcie Tōshō-gū znajduje się grobowiec Ieyasu Tokugawy. Wspina się do niego po schodach wśród olbrzymich drzew. Ciekawą atrakcję dla turystów stanowi wizyta w Yakushi-dō. Gdy opowiadający o świątyni mnich klaszcze w dłonie, dźwięk rezonuje i zgromadzonym wydaje się, że namalowany na suficie smok ryczy. Od 2007 r. w całym kompleksie prowadzone są prace renowacyjne, które potrwają do 2024 r. Musimy się więc liczyć z tym, że nie wszystkie obiekty bywają udostępnione do zwiedzania, a pewne z nich zasłaniają rusztowania. Niedaleko Nikkō leży poza tym urokliwe jezioro Chūzenji (11,62 km² powierzchni). Wypływająca z niego rzeka Daiya tworzy liczne wodospady, w tym malowniczy 97-metrowy Kegon. W okolicy znajdują się również źródła termalne, dlatego powstały tu onseny – japońskie publiczne kąpieliska z łaźniami i basenami. Cały region słynie z wyjątkowo pięknych krajobrazów. Jesienią Japończycy podziwiają w nim zabarwione na głęboką czerwień liście klonów. To zjawisko cieszy się podobnym zainteresowaniem co wiosenne kwitnienie drzew wiśniowych. W samym Nikkō przez rzekę Daiya przerzucono uroczy czerwony Święty Most (Shinkyō), należący do założonego w 767 r. chramu Futarasan (Futarasan jinja).

 

Także shinkansenem wyruszyliśmy z Tokio do Sendai, a stąd lokalnym pociągiem do miejscowości Matsushima sąsiadującej z archipelagiem o tej samej nazwie. Wznoszą się tutaj zabudowania Zuigan-ji – ważnej japońskiej świątyni zen (nurtu buddyzmu). Należą do niej też liczne jaskinie, w których składano prochy zmarłych. Archipelag Matsushima składa się z ok. 260 małych wysepek porośniętych sosnami. Z pobliskiej przystani odbijają statki zabierające turystów w rejs wokół nich. Na Fukuurę, gdzie znajduje się m.in. mały ogród botaniczny, prowadzi długi czerwony most. Z wybrzeża pieszo dostaniemy się również na niewielką Oshimę. Jeszcze niedawno takich drewnianych mostków było więcej, ale region ten bardzo ucierpiał w wyniku trzęsienia ziemi i tsunami w marcu 2011 r. Archipelag wygląda niezmiernie malowniczo zwłaszcza o zachodzie słońca.

 

Zabytkowe świątynie i sanktuaria w Nikkō

Nikko Toshogu Shrine1 2

© JNTO

 

HISTORIA DAWNIEJSZA I NOWSZA

 

Na Honsiu warto zatrzymać się także w położonej nad zatoką Osace. Stąd można zaplanować np. wycieczki do Kioto, nad Morze Wewnętrzne czy na wyspę Sikoku, a nawet Kiusiu. Tokio zostało niemal całkowicie zniszczone pod koniec II wojny światowej. Nocny nalot dywanowy z 9 na 10 marca 1945 r. wywołał wielki pożar. Dlatego zabudowa japońskiej metropolii jest dosyć nowa. Tego losu uniknęło Kioto. W tej dawnej stolicy Japonii i siedzibie cesarzy (od 794 do 1868 r.) spotkamy się z ogromnym zagęszczeniem zabytków. Jej zabytkowy zespół urbanistyczno-architektoniczny z wieloma pięknymi świątyniami, z Kinkaku-ji i Ryōan-ji na czele, wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Zarówno pierwsza, czyli Świątynia Złotego Pawilonu stojąca nad stawem w parku, jak i druga, z charakterystycznym kamiennym ogrodem do medytacji, przynależą do nurtu buddyzmu zen. Do najbardziej znanych miejsc w Kioto zaliczyć wypada na pewno sanktuarium zwane Fushimi Inari Taisha, do którego prowadzi 4-kilometrowa droga wyznaczona przez tysiące torii. Ponieważ trasa wiedzie w większości pod górę, trzeba założyć wygodne buty i wziąć ze sobą butelkę wody. Kompleks poświęcono japońskiemu bóstwu płodności, ryżu, herbaty, sake, rolnictwa, przemysłu, powodzenia i sukcesu Inari, przedstawianemu w różnych postaciach. Jego posłańcami są dobre białe lisy.

 

W mieście Himeji, leżącym ok. 120 km na południowy zachód od Kioto, warto natomiast zobaczyć piękną budowlę nazywaną Zamkiem Białej Czapli (Shirasagi-jō). To przykład japońskiej architektury obronnej. Jednak zabudowania zamkowe na Europejczykach robią wrażenie finezyjnych i delikatnych. Na zachodnim krańcu Honsiu, na wyspie Itsukushima (Miyajima) znajduje się z kolei Itsukushima Jinja. Imponująca brama tego szintoistycznego chramu stoi w wodach Morza Wewnętrznego. W czasie odpływu można podejść do niej po odkrytym piaszczystym dnie.

 

Osoby, które lubią zwiedzać mniej typowe miejsca, powinny wybrać się do Hiroszimy. To na to miasto 6 sierpnia 1945 r. Stany Zjednoczone zrzuciły bombę atomową. Hiroszimę odbudowano, a o samym wydarzeniu i ofiarach ataku przypomina kompleks parkowy z zachowanymi ruinami dawnego centrum wystawowego, obecnie zwanego Kopułą Bomby Atomowej. W pobliżu działa również Muzeum Pokoju, które utworzono w sierpniu 1955 r. Oprócz tego w mieście funkcjonuje warta uwagi sieć tramwajowa. Po szynach jeżdżą tu m.in. pojazdy produkowane w poprzednim stuleciu w Japonii, a nawet Europie. Tramwaje o numerach 651 i 652 jako jedyne przetrwały wybuch bomby atomowej i wciąż pozostają w użyciu.

 

Tak naprawdę nie ma idealnej instrukcji podróżowania. Każdy musi znaleźć swój sposób na zwiedzanie. Podczas wizyty w tak odmiennym od naszego kraju jak Japonia warto jednak paradoksalnie odstawić na bok wszystkie rzeczy, które o nim przeczytaliśmy bądź usłyszeliśmy. Choć nie da się z pewnością zapomnieć opinii i wrażeń innych ludzi, spróbujmy nie odtwarzać ich doświadczeń, a przeżyć własne. Na każde miejsce spójrzmy ze swojej perspektywy. Prawdopodobnie wtedy dużo łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, że Japonia może być tym wszystkim, czym jest w oczach innych, a nawet czymś jeszcze odmiennym. Każdy punkt widzenia tworzy kolejny jej obraz. Ja tak właśnie zapamiętałam ten kraj i w taki sam sposób chcę go poznawać znowu, gdy zawitam do niego po raz kolejny.

 

Ponad 16-metrowa brama Itsukushima Jinja w portowym mieście Hatsukaichi

l 180895

© HIROSHIMA PREFECTURE/JNTO

 

 

Wśród turkusowych miast Uzbekistanu

fot_11.jpg

Błękitno-turkusowa fasada budynku w nekropolii Szach-i Zinda

© SŁAWEK JANAS/ODPRAWIENI.PL


Sławomir Janas

Magdalena Oczkowska-Janas

 www.odprawieni.pl

 

Bajkowe krajobrazy, egzotyczny klimat, miasta spowite błękitem, atmosfera jak z „Baśni tysiąca i jednej nocy”, a do tego najsłodsze arbuzy i melony pod słońcem – tak wyobrażaliśmy sobie Uzbekistan, zanim go odwiedziliśmy. Te przewidywania w większości się sprawdziły, ale dziś możemy powiedzieć, że przed wyjazdem nasz obraz tego serca Azji Środkowej był niepełny. Trudno przecież tak naprawdę poznać jakiś region bez ruszania się z domu. Zapraszamy więc do zapoznania się z naszymi doświadczeniami z podróży do tej wyjątkowej azjatyckiej republiki.

Więcej…

Czarująca różnorodność Indonezji

opracował

MICHAŁ DOMAŃSKI

Indonezja jest największym na świecie krajem wyspiarskim, który oferuje turystom z Polski moc atrakcji, m.in. słońce zimą, malownicze egzotyczne plaże, górskie trekkingi, wyprawy w głąb dziewiczej dżungli oraz wręcz wymarzone miejsca do uprawiania surfingu, raftingu, kanioningu, wędkarstwa morskiego, żeglarstwa, snorkelingu czy nurkowania. Można tu podziwiać cenne zabytki, delektować się wyśmienitą i różnorodną kuchnią oraz odkrywać wspaniałe kultury wyróżniające się kolorowymi strojami ludowymi, tradycyjnymi tańcami, oryginalnymi wierzeniami, fascynującymi świętami i tajemniczymi zwyczajami. Jest tu tak dużo do zobaczenia i przeżycia, że nawet jeśli będziemy wracać do Indonezji wiele razy, to nie grozi nam nuda. To doskonały kierunek turystyczny, idealny na udane wakacje nie tylko dla miłośników przygód i prawdziwych odkrywców, ale także dla rodzin z dziećmi, zakochanych par, nowożeńców oraz amatorów luksusowych hoteli SPA & Wellness. Specjalnie dla Państwa poprosiliśmy kilka osób, które znają dość dobrze Indonezję, o krótkie wypowiedzi na temat – ich zdaniem – najbardziej fascynujących i zniewalających miejsc w tym niezmiernie interesującym, olbrzymim i różnorodnym kraju, leżącym na ponad 17 tys. wysp. Zapraszamy więc teraz w magiczną podróż po niepowtarzalnym regionie świata stanowiącym pomost pomiędzy dwoma kontynentami – Azją i Australią…

Więcej…