EWA WORSOWICZ

                                                                                    

Afryka od lat fascynuje podróżników z całego świata. To kontynent pełen kontrastów – jego wybrzeże oblewają szmaragdowy Ocean Indyjski i błękitny Atlantyk, rajskie plaże pokrywa biały jak mąka piasek, wśród krytych strzechą z palmowych liści domków dla gości unosi się atmosfera błogiego relaksu, a jednocześnie wielu Afrykańczyków żyje w biedzie i nie ma szans na polepszenie swojej sytuacji. Właśnie za te skrajności Czarny Ląd można kochać lub go nienawidzić.



Podróże do Afryki wciąż cieszą się sporą popularnością wśród turystów. Jednym z ulubionych miejsc na wypoczynek jest Zanzibar. Trudno się zresztą temu dziwić. Jeżeli chcemy odzyskać energię i zapomnieć o wszystkich troskach, a na dodatek marzymy, aby codziennie rano popijać doskonałą kawę na tarasie z widokiem na ocean, z pewnością będziemy zadowoleni z wyboru tego afrykańskiego zakątka. Tutaj naprawdę można znakomicie odpocząć.


Archipelag Zanzibar należy do Tanzanii. Jego największymi wyspami są sąsiadujące ze sobą Unguja, zwana Zanzibarem, i Pemba, które tworzą autonomiczny region Zanzibar. Na południe od nich leży mniejsza Mafia. 


Sama Unguja ma powierzchnię ok. 1660 km2. Położony na niej najludniejszy ośrodek archipelagu i zarazem stolica autonomii także nosi nazwę Zanzibar. Jego historyczna część Stone Town (Kamienne Miasto) charakteryzuje się zabytkową architekturą z widocznymi wpływami portugalskimi, hinduskimi, arabskimi, brytyjskimi i afrykańskimi. W 2000 r. wpisano ją na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


AFRYKAŃSKI ARCHIPELAG


Zanzibar to wyspa o niezmiernie bogatej historii. Skolonizowana przez Arabów i Persów w X w. stanowiła centrum handlu z wybrzeżem afrykańskim. Na początku XVI stulecia trafiła pod panowanie Portugalczyków, w 1698 r. stała się częścią Sułtanatu Omanu. W 1886 r. kontrolę nad wyspą przejęła Wielka Brytania. Mimo to w rzeczywistości władzę nadal sprawował sułtan aż do momentu, gdy cztery lata później ograniczono jego rolę jedynie do funkcji reprezentatywnej po utworzeniu brytyjskiego protektoratu. Dopiero 10 grudnia 1963 r. Zanzibar wraz z Pembą uzyskał niepodległość jako sułtanat. Konflikty na tle etnicznym doprowadziły jednak do wybuchu rewolucji i zmiany ustroju. Powstał nowy rząd i w kwietniu 1964 r. Zanzibar połączył się z Tanganiką, co miało nie dopuścić do przewrotu komunistycznego i osłabić wpływy radykalnie lewicowej partii Umma. Państwo przyjęło nazwę Zjednoczona Republika Tanzanii.


Również niewielka Mafia (394 km2) była kiedyś ważnym punktem na mapie handlowej tej części świata. Na pobliskiej małej wysepce w zatoce Chole założono ośrodek, z którego kontrolowano obrót kruszcem wydobywanym w kopalniach srebra we wschodnim Zimbabwe. Przez krótki czas ten rejon znajdował się pod panowaniem Niemców. W 1915 r. Mafia trafiła w ręce Brytyjczyków, którzy wykorzystywali ją jako morską i powietrzną bazę wojskową. Dziś to przede wszystkim raj dla miłośników niemal nietkniętej ręką człowieka natury, nurkowania, snorkelingu i wędkarzy morskich.


Pembę (zajmującą powierzchnię ok. 990 km²), należącą do autonomii Zanzibar, zamieszkuje obecnie ponad 400 tys. ludzi. Turystyka jest na niej mniej rozwinięta niż na Ungui, ale to właśnie spokój i cisza przyciągają tu osoby szukające niekomercyjnych zakątków i dziewiczych plaż. Okolica wyspy stanowi świetny rejon do uprawiania snorkelingu. Tutejsze przepiękne rafy koralowe tworzą zapierające dech w piersiach podwodne ogrody. Idealnymi miejscami na nurkowanie są m.in. Szmaragdowa Rafa (Emerald Reef) zawdzięczająca swoją nazwę składającym się na nią zielonym koralowcom, rafa Panza z wrakiem greckiego statku Paraportiani, który zatonął w październiku 1967 r., czy Misali Coral Mountain, gdzie można spotkać ośmiornice, homary, płaszczki i ławice ryb ostrobokowatych. 


Każda z wysp ma wiele do zaoferowania. My jednak zdecydowaliśmy się na wyprawę na tę najpopularniejszą wśród turystów, czyli Zanzibar.


Z EUROPY DO AFRYKI WSCHODNIEJ


Dzięki temu, że skorzystaliśmy z oferty last minute, bilety lotnicze udało nam się kupić w cenie 1600 zł za osobę w obie strony. Wylecieliśmy z Frankfurtu nad Menem transkontynentalną jednostką linii Oman Air. Mieliśmy jedną, ale za to 5-godzinną przesiadkę w Maskacie w Omanie i stamtąd wyruszyliśmy na Zanzibar ciasnym i wypełnionym pasażerami samolotem tego omańskiego przewoźnika. Na wyspę można dostać się też z Warszawy liniami Qatar Airways (z międzylądowaniem w katarskim porcie lotniczym Doha), zimą 2016/2017 ze stolicy Polski czy Katowic czarterem Biura Podróży ITAKA lub bezpośrednim połączeniem z Brukseli (obsługiwanym sezonowo przez Jetairfly) bądź po wylądowaniu w Dar es Salaam na wybrzeżu Tanzanii popłynąć promem. Koszty przeprawy morskiej są zróżnicowane – inne dla miejscowych i obcokrajowców (takie cenniki obowiązują zresztą na całym Zanzibarze). Ci ostatni płacą – oczywiście – dwa razy więcej, czyli ok. 35 dolarów amerykańskich. Każda osoba chcąca nabyć wejściówkę na prom musi okazać paszport, co – niestety – wyklucza poproszenie któregoś z Tanzańczyków o wykupienie tańszych biletów także i dla nas. Nasza wyprawa lotnicza trwała mniej więcej 18 godz. i była niezbyt komfortowa, ale gdy dotarliśmy na rajski Zanzibar, poczuliśmy się wynagrodzeni za wszystkie trudy.


PRZYGOTOWANIE DO WYJAZDU


Najpóźniej na 10 dni przed wylotem zaleca się wykonanie szczepienia przeciwko żółtej febrze (wymagane jest ono od cudzoziemców podróżujących przez kraje endemiczne). W hali przylotów na wyspie tanzańscy celnicy podobno wyrywkowo sprawdzają, czy przyjezdni mają w książeczce potwierdzający je wpis, ale nam się to akurat nie przydarzyło. Szczepionka kosztuje ok. 200–220 zł i nie podlega w Polsce refundacji. Zanim wyjedziemy, powinniśmy też poprosić lekarza o tabletki przeciwko malarii. Bierze się je profilaktycznie przed udaniem się w podróż, a także później w trakcie pobytu. Tanzania zalicza się do krajów, gdzie ryzyko zarażenia jest dość duże. Nasz przewodnik stwierdził, że częściej zdarzało mu się zachorować na malarię niż złapać grypę. Wywołujące ją pierwotniaki przenoszone są przez komary, a początkowe objawy u zakażonego przypominają zwykłe przeziębienie. 

                
Oprócz tego należy również odpowiednio skompletować swoją wyjazdową apteczkę. Warto zabrać leki przeciwko zatruciom pokarmowym i biegunce, środki przeciwbólowe i łagodzące dolegliwości towarzyszące przeziębieniu, wodę utlenioną lub inny preparat do dezynfekcji oraz plastry na odciski. Apteka w Stone Town jest zaopatrzona tylko w bardzo podstawowe lekarstwa, a ich ceny są mocno zawyżone. Dla bezpieczeństwa wykupmy sobie też dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne na wyjazd. Kosztuje ono niedużo, a w razie wypadku czy poważnego zachorowania może nam uratować życie.


WSKAZÓWKI PRAKTYCZNE


Korzenie wielkich drzew na Mafii

marc dozier - mafia 026
© WWW.KINASILODGE.COM

Podczas pakowania walizek trzeba pamiętać o kilku rzeczach. Nie wolno lekceważyć mocnego afrykańskiego słońca, dlatego kremy z filtrem powinny stanowić nasze obowiązkowe wyposażenie. Zanzibar otaczają rafy koralowe, więc do spacerowania brzegiem Oceanu Indyjskiego przydadzą się buty do pływania z gumową podeszwą. Dzięki nim uchronimy stopy przed przypadkowym nadepnięciem na kolce muszli czy jeżowca. Jeśli planujemy wybrać się na snorkeling, fajkę, płetwy i maski do nurkowania weźmy ze sobą. Co prawda, organizatorzy wycieczek zawsze mają sprzęt do wypożyczenia, ale jego stan higieniczny nierzadko pozostawia wiele do życzenia. 


Poza tym w naszym bagażu powinny znaleźć się lekkie letnie ubrania z przewiewnych materiałów. Dobrze sprawdzą się dające uczucie chłodu tkaniny typu satyna, jedwab lub len. Trzeba również zabrać kurtkę i długie spodnie – wieczorna bryza bywa naprawdę zimna. Zanzibar to region w większości muzułmański (w ponad 99 proc.). Zbytnie odsłanianie ciała w przypadku kobiet jest źle widziane, dlatego najlepiej zrezygnować z koszulek z głębokim dekoltem i minispódniczek. Z pewnością przydadzą się nam sandały, lekkie trampki czy buty odpowiednie do wędrówek po wilgotnym lesie równikowym. Dodatkowo zaopatrzmy się w latarkę (w okresie naszego lata słońce zachodzi tu ok. godz. 18.00, a w hotelach dość często zdarzają się przerwy w dostawach prądu), plastikowe reklamówki (ze względów ekologicznych na wyspie nie dostaniemy ich w sklepach, a z pewnością przydadzą się przy pakowaniu), przejściówkę do ładowarki do telefonu (w pokojach hotelowych stosuje się gniazdka brytyjskie) i wodoodporne etui na smartfona, pieniądze i dokumenty.


My trafiliśmy na Zanzibar w środku ramadanu. W takiej sytuacji warto przygotować się na drobne komplikacje. Ten dziewiąty miesiąc w muzułmańskim kalendarzu księżycowym zawsze wypada w innym momencie naszego roku kalendarzowego. To najważniejszy okres dla muzułmanów. W tym czasie poszczą od wschodu do zachodu słońca. Picie, jedzenie i palenie tytoniu w miejscach publicznych jest wtedy zabronione. Z tego też względu większość dużych restauracji bywa zamknięta. Nie działają także dyskoteki i inne centra rozrywkowe. Zazwyczaj miejscowym nie przeszkadza jednak, gdy turyści spożywają przy nich posiłki, a alkohol można bez problemu kupić w hotelowym barze czy lokalnym sklepie, choć nie każdym, dlatego warto zaopatrzyć się w kilka butelek na lotnisku lub w Stone Town. Teoretycznie wolno wwozić napoje alkoholowe na wyspę, ale spotkałam się z opowieściami, że przy kontroli bagażu niektórzy celnicy każą je wyrzucić. 


POWITANIE Z WYSPĄ


Po wylądowaniu udajemy się do niepozornej hali przylotów załatwić wizę turystyczną ważną przez 90 dni. Wypełniamy prosty wniosek i płacimy 50 dolarów amerykańskich. Tę walutę możemy wymienić na lokalną (szylingi tanzańskie) w kantorze na lotnisku. Warto to zrobić, bo ceny w dolarach są zazwyczaj trochę zawyżone. Walizki odbieramy nie z taśmy bagażowej, ale ze zwykłego magazynu. Oczywiście, za podanie bagażu przez ladę miejscowi domagają się drobnego wynagrodzenia, więc dobrze przygotować sobie na takie okazje jednodolarowe banknoty. Upominanie się o napiwki, nawet w przypadku bardzo absurdalnych sytuacji, stanowi zresztą powszechną praktykę. Dla Afrykańczyków turyści są okazją na dodatkowy zarobek. O transport z portu lotniczego warto zadbać jeszcze przed wylotem. Hotele zawsze mają możliwość podesłania swojego sprawdzonego kierowcy, co opłaca się o wiele bardziej niż skorzystanie z oferty naganiaczy lub przejazd tanzańską taksówką zbiorową, czyli minibusem dala-dala.


MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA


Przepiękne wybrzeże Oceanu Indyjskiego

DSC 6328 copy
© DAWID DĄBROWSKI

Ocean Indyjski współtworzy obraz Afryki Wschodniej. Ludzie żyją zgodnie z jego rytmem, a nie według wskazówek zegara. Oceaniczne wody dają mieszkańcom pożywienie i pracę (kobiety i dzieci trudnią się zbieraniem alg, których używa się do produkcji naturalnych kosmetyków, mężczyźni nocami wypływają łodziami na połowy, a ryby sprzedają później do restauracji i hoteli). Ocean Indyjski jest po prostu przepiękny! Zmienia barwę w zależności od pory dnia i kąta padania promieni słonecznych. Bywa lazurowy, szmaragdowy, błękitny lub granatowy. Temperatura wody u wybrzeży Zanzibaru wynosi średnio 28°C. Przypływy i odpływysą niesamowitym spektaklem natury. W miejscowości Jambiani na południowym wschodzie wyspy następowały po sobie mniej więcej co 6 godz. W trakcie przypływu fale podchodziły pod sam ośrodek, plaża znikała całkowicie, a ocean zagarniał wybrzeże tylko po to, żeby potem odsłonić nagi brzeg pokryty koralowcami, fantazyjnymi szkieletami muszli i setkami krabów. Fauna morska zaskakuje swoją różnorodnością. Widok kolorowych rozgwiazd, rozpościerających ramiona ośmiornic i naszpikowanych kolcami jeżowców przywodzi na myśl inny świat, piękniejszą, ciekawszą i dawno zapomnianą rzeczywistość.


ZANZIBARSKA CODZIENNOŚĆ


Zanzibarczycy trudnią się połowami ryb, owoców morza i zbieraniem algDSC 7183 copy

© DAWID DĄBROWSKI

Pierwsze spotkanie z Afryką może wywołać u Europejczyka szok. W wielu miastach bywa brudno, ludzie żyją w rozpadających się ruderach, bose dzieci spacerują bez żadnego nadzoru. Afrykańskie państwa nauczyliśmy się postrzegać jako kraje Trzeciego Świata, a los ich mieszkańców wywołuje u nas współczucie. Tymczasem Zanzibarczycy mimo życia w biedzie, wydają się być szczęśliwi. Ich dzień wyznacza rytm natury, która ich karmi i przynosi zarobek. Jeśli ktoś nie zbiera małż, zawsze może sprzedawać kokosy czy mango. Prawie każdy na wyspie ma własną działalność gospodarczą – w praktyce oznacza to tyle, że na chodniku na rozłożonej macie sprzedaje owoce, warzywa, przyprawy, kiczowate pamiątki lub zużyty sprzęt elektroniczny. Ten ostatni wysyła się do Afryki w olbrzymich ilościach, co czyni z niej największe złomowisko świata. Jeżeli miejscowym nie uda się namówić turystów na swoje usługi, po prostu nie będą nic robić.


Afrykańskie kobiety nie cieszą się zazwyczaj takim poważaniem jak mężczyźni. Wszystkie sprawy urzędowe załatwiają na Zanzibarze mężowie, bracia i ojcowie. Przed wylotem czytałam też wiele o tym, że w Afryce na każdym kroku spotyka się gromady zaniedbanych dzieci podbiegających do obcokrajowców i proszących o cokolwiek, a na ich widok aż serce się kraje. Mali Zanzibarczycy nie wywarli jednak na mnie tak przygnębiającego wrażenia. Choć żyją w skromnych warunkach, a ich rodziców nie stać na kolorowe zabawki, potrafią śmiać się wesoło i szczerze. To z pewnością nie jest udawana radość. Na przykładzie tych dzieci widać, jak mało czasem potrzeba człowiekowi do szczęścia i że nawet w trudnej sytuacji można z optymizmem spojrzeć na otaczający nas świat. Jeśli chcemy sprawić im przyjemność, podarujmy im słodycze. Garść czekoladowych cukierków wywoła uśmiech na twarzy każdego malucha.


ZIELONY LAS I WIELKIE ŻÓŁWIE


Na Zanzibarze możemy się opalać, uprawiać kitesurfing, spacerować brzegiem Oceanu Indyjskiego, jeździć rowerem po plaży, czytać książki w hamaku, grać w planszówki na tarasie z pięknym widokiem czy po prostu spędzać czas na błogim odpoczynku. Oprócz tego warto się również wybrać na wyprawy po okolicy. Ze względu na to, że archipelag poza Ungują, Pembą i Mafią składa się w większości z małych wysepek, prawie każde biuro podróży bądź agencja turystyczna oferują te same atrakcje. My zarezerwowaliśmy wycieczki jeszcze w Polsce przed wylotem, ale z czystym sumieniem polecam zaplanowanie ich na miejscu. Ceny są wówczas nieporównywalnie niższe. Chociaż trochę przepłaciliśmy, nie żałuję, gdyż nasz przewodnik Adam okazał się wspaniałym, ciepłym i niesamowicie inteligentnym człowiekiem. Opowiedział nam dużo ciekawostek i udzielał cennych rad dotyczących pobytu na Zanzibarze.

               
Zaczęliśmy od odwiedzin w regionie Jozani Forest (część Parku Narodowego Jozani Chwaka Bay o powierzchni 50 km²), który leży niecałe pół godziny drogi od Jambiani. Niestety, rano krótko, ale solidnie popadało, więc ziemia zrobiła się trochę grząska i mokra. Razem z Adamem i lokalnym przewodnikiem przez godzinę wędrowaliśmy wśród bujnej zieleni lasu deszczowego i poznawaliśmy różne gatunki egzotycznych roślin, drzew i zwierząt. W Jozani Forest żyją endemiczne zanzibarskie gerezy rude (Piliocolobus kirkii). Podczas naszej wizyty wyglądały na zmęczone i znudzone obecnością turystów, co dawały do zrozumienia przez ostentacyjne odwracanie się plecami do każdego zdjęcia. Zaciekawiły nas także lasy mangrowe (namorzyny). Ciemne pokręcone korzenie drzew kryją się w wodach oceanu, a w czasie przypływu pełnią funkcję falochronu. 


Później łódką dopłynęliśmy na Prison Island (Changuu), małą wysepkę (o długości ok. 800 m i szerokości 230 m) położoną w pobliżu Stone Town. Kiedyś służyła jako więzienie dla zbuntowanych niewolników i miejsce kwarantanny, dziś słynie przede wszystkim z rezerwatu żółwi olbrzymich (Aldabrachelys gigantea). Zwierzęta można głaskać i karmić. Osobniki są naprawdę wielkie (samice ważą nawet do 150 kg, a samce – 250 kg), a niektóre mają ponad 100 lat. Gdy patrzy się na te ogromne gady, zaczyna się dostrzegać, jak niesamowita potrafi być przyroda i jak wiele interesujących stworzeń istnieje na świecie. 


Polecam również rejs wynajętą łodzią o zachodzie słońca. My wyruszyliśmy na ocean i czekaliśmy na rozpoczęcie spektaklu, podziwiając panoramę zabytkowego Stone Town. Na pokładzie mieliśmy drobne przekąski i napoje. Na taki rejs warto zabrać ze sobą sweter lub lekką kurtkę, aby ochronić się przed wiatrem. Nasza wycieczka zaczęła się i skończyła w porcie Kamiennego Miasta. Po wyprawie można podejść do Ogrodów Forodhani (Forodhani Gardens) na nocny targ z jedzeniem, na którym sprzedaje się lokalne specjały, np. grillowane ryby i owoce morza czy świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej. 


KOLONIALNE MIASTO I ZAPACH PRZYPRAW


Ozdobne zanzibarskie drzwi powstają w warsztatach na wyspie

DSC 6452 copy
© DAWID DĄBROWSKI

Choć Stone Town bywa opisywane jako urokliwe miasteczko z krętymi uliczkami, na nas zrobiło nieco przygnębiające wrażenie. Jego specyficzna zabudowa jest mieszanką kultury afrykańskiej, europejskiej, arabskiej i hinduskiej. W centrum znajdziemy mnóstwo hoteli, restauracji i sklepików z pamiątkami. Warto też wspomnieć, że to właśnie tu 5 września 1946 r. urodził się Farrokh Bulsara, występujący później pod pseudonimem Freddie Mercury. Do charakterystycznych atrakcji turystycznych Kamiennego Miasta należą m.in. Palace Museum (dawny Pałac Sułtana z końca XIX stulecia, obecnie muzeum poświęcone sułtanom Zanzibaru), historyczny English Club, a obecnie Africa House Hotel, Dom Cudów (House of Wonders) i słynny dzienny Targ Darajani (Dajarani Market), gdzie kupimy świeże owoce i warzywa, przyprawy, a także ryby i mięso. Dla osób wrażliwych na silne zapachy wizyta w tym ostatnim miejscu może być jednak męcząca.


W ramach kolejnej wycieczki wybraliśmy się na plantację przypraw. Mogliśmy zobaczyć, jak uprawia się rośliny, których sami na co dzień używamy w kuchni do polepszania smaku potraw. To było bardzo pouczające doświadczenie. Dowiedzieliśmy się, że pieprz jest tropikalnym pnączem i w zależności od momentu zbioru i rodzaju przetwarzania owoców przybiera postać ziaren w różnym kolorze – czarnym, białym, czerwonym czy zielonym. Gałka muszkatołowa to natomiast nasiona muszkatołowca korzennego zamknięte w mięsistej skorupce podobnej do kasztana, a goździki rosną na drzewie (goździkowcu korzennym). Przyprawy stanowią doskonałą pamiątkę z Zanzibaru. Warto przywieźć je dla siebie lub podarować bliskim, ponieważ są dużo bardziej aromatyczne i wyraziste w smaku niż te znane nam ze sklepowych półek. Trzeba jednak pamiętać, żeby przy zakupie mocno negocjować cenę. Sprzedawcy na targach lub plantacjach często ją zawyżają, ale w końcu dają się przekonać do propozycji klienta.


Zdecydowanie najbardziej podobała nam się wycieczka Blue Safari. Najpierw popłynęliśmy łodzią do pięknej zatoki Menai z lazurową wodą, później spędziliśmy trzy leniwe godziny na malutkiej piaszczystej wysepce, na której zjedliśmy świeżo złowiony i przygotowany dla nas obiad, a na końcu nurkowaliśmy z maskami w pobliżu rafy koralowej. Było cudownie, a snorkeling sprawił nam naprawdę wiele frajdy. Nasi wspaniali przewodnicy rozśmieszali nas na każdym kroku, służyli dobrą radą i pomocą, a w drodze powrotnej do Stone Town śpiewaliśmy razem z nimi ponadczasowy hit Jambo Bwana, najpopularniejszą tutejszą piosenkę. Do hotelu wróciliśmy w wyśmienitych humorach.


MOJE WAKACJE ŻYCIA


Mimo iż Zanzibar nie oferuje turystom takiego bogactwa atrakcji jak Tajlandia bądź Meksyk, to bez wątpienia jest najpiękniejszym miejscem na świecie, w jakim byłam. Błękit Oceanu Indyjskiego, pyszne jedzenie, poczucie wolności i brak potrzeby śpieszenia się gdziekolwiek, co znakomicie oddaje suahilijskie wyrażenie hakuna matata („nie martw się”) – to wszystko sprawia, że człowiek całkowicie się relaksuje i uczy się cieszyć małymi rzeczami. Pod koniec pobytu na wyspie czułam pewną ulgę na myśl o tym, iż wkrótce spędzę noc we własnym wygodnym łóżku, ale Afryka ma to do siebie, że mocno uzależnia. Już chwilę po jej opuszczeniu, zaczyna się za nią tęsknić. Zanzibar to zdecydowanie prawdziwy raj na ziemi i z pewnością jeszcze tu wrócę. 

Artykuły wybrane losowo

Kostaryka – podróż od wschodu do zachodu słońca

24182453665 8d5ff41d97 o Tortuguero

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl 

 

Gdzie w ciągu jednego dnia można zobaczyć wschód i zachód słońca nad dwoma różnymi oceanami – pierwszy nad należącym do basenu Atlantyku Morzem Karaibskim, a drugi nad Pacyfikiem? Szansę na to mamy w uroczej Kostaryce. Najmniejsza odległość, jaka dzieli oba malownicze wybrzeża w tym kraju, to ponad 100 km. Z karaibskich plaż nad pacyficzny brzeg dostaniemy się bez problemu samochodem albo autobusem. Szybciej pokonamy ten dystans, jeśli skorzystamy z usług lokalnych przewoźników – SANSA czy Nature Air – oferujących przeloty samolotami na kilka lub kilkanaście osób.

Więcej…

Tajlandia zmysłowa

 

 

temple_of_the_emerald_buddha.jpg

Bangkocka Świątynia Szmaragdowego Buddy

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Katarzyna Byrtek

 

Prawdopodobnie większość Europejczyków słyszała o tajskich niebiańskich plażach, białym piasku i lazurowej wodzie. Jednak Tajlandia to nie tylko rajska kraina uśmiechów, idealna na wakacyjny leniwy wypoczynek, lecz także kraj dostarczający różnorodnych i mocnych wrażeń. Zapewnią nam je m.in. degustacje najlepszej kuchni świata, oglądanie emocjonujących walk boksu syjamskiego („muay thai”) na ringu i zwiedzanie niezmiernie kolorowego podwodnego królestwa zamieszkanego przez wyjątkowe stworzenia. 

Z klimatyzowanego samolotu przez klimatyzowany terminal docieram aż do metra prowadzącego do centrum Bangkoku. Wagon pociągu jest tak wychłodzony, że nie zdejmuję i nie chowam swojego europejskiego swetra. Wkrótce dojeżdżamy jednak do stacji końcowej i wysiadam w bangkocką noc – parną, duszną, gorącą tak, że fala ciepła zatrzymuje mnie na peronie na ułamek sekundy. Moje ciało ciągle pamięta środek warszawskiej zimy. Jak ja tu będę żyć przez dwa miesiące – myślę. W Tajlandii w najchłodniejszym okresie temperatura sięga 30°C, a woda w morzu nagrzewa się do 26°C. W trakcie naszej jesieni i zimy trwa w tym rejonie pora sucha, a powietrze jest przyjemniejsze i mniej wilgotne niż np. w lecie, kiedy część kraju dręczą uparte monsuny i deszcze. Wytchnienie dają klimatyzowane pomieszczenia. Zresztą mieszkańcy całej Azji Południowo-Wschodniej mają niemal obsesję na punkcie chłodzenia się. Klimatyzacja zwykle bywa nastawiona nie na komfortowe dla Europejczyka 20–22°C, ale na temperaturę znacznie niższą. Dlatego do kina zawsze trzeba się ciepło ubrać, przed podróżą nocnym autobusem wyjąć bluzę i szal, a nawet narzucić coś na siebie przy każdej przejażdżce metrem.

Tajlandia cieszy się dużą popularnością wśród turystów z całego świata głównie ze względu na przepiękne plaże i lazurowe morze. Warto jednak wyjść nieco poza ten schemat, zrezygnować z błogiego wylegiwania się na złotym piasku choć na kilka dni i przeżyć o wiele więcej. To idealny cel wyjazdów dosłownie dla wszystkich – rodzin z dziećmi, backpackerów, którzy muszą nieraz zaciskać pasa, miłośników sportów i wielbicieli leniuchowania, samodzielnych podróżników czy królów imprez.

Raj dla kubków smakowych

Jedzenie stanowi wielką atrakcję w czasie wizyty w Tajlandii. Nie bez powodu kuchnia tajska uważana jest za najciekawszą i najlepszą na świecie. Niespróbowanie miejscowych przysmaków byłoby prawdziwym grzechem. Trzeba jednak pamiętać, że tosty zapiekane z szynką sprzedawane w popularnej sieci sklepów 7-Eleven wcinają tylko przyjezdni, a tutejsze śniadanie, obiad i kolacja niespecjalnie się od siebie różnią – rano można spokojnie zajadać się grillowaną wieprzowiną, kurczakiem czy dużą miską wywaru mięsnego z makaronem ryżowym.

Jeśli do obiadu nie dostaliście pałeczek, lecz sztućce, nie martwcie się, nikt nie zwątpił w wasze umiejętności posługiwania się nimi. W Tajlandii większość dań je się po prostu łyżką i widelcem (noże to rzadkość). Pałeczki, razem z łyżką, podawane są najczęściej do zupy z makaronem ryżowym.

W kuchni tajskiej wszystko kręci się wokół ryżu (zamówić go można nawet w miejscowym KFC), intensywnych przypraw i różnych rodzajów mięsa. Najsłynniejsze jest boskie pad thai, czyli smażony makaron ryżowy m.in. z jajkiem, sosem rybnym, orzeszkami, krewetkami, serwowany z połówką limonki i kiełkami. Nie wolno nie spróbować chociaż jednej z wersji curry (mieszanki przypraw rozprowadzanej w mleku kokosowym podawanej z mięsem, warzywami i ryżem) – do wyboru czerwone, zielone, żółte bądź łagodniejsze phanaeng curry (panang curry lub penang curry). Z kolei tom yam (tom yum) to intensywna kwaśno-pikantna zupa na mleku kokosowym. Ciekawą propozycję na lunch stanowi też sałatka z papai. Na deser często zamawia się lepki ryż khao niaw z bananem, mlekiem kokosowym czy jajkiem.

Przed wyruszeniem na wędrówkę w poszukiwaniu tajskich specjałów trzeba również odrzucić restrykcyjne zasady polskiego sanepidu, aby móc beztrosko zapuścić się w uliczki, gdzie na każdym kroku spotkać można dymiące wózki pełne świeżo przygotowanych smakołyków (wspomnianej zupy albo np. nadzianego na patyki mięsa). Wokół nich chaotycznie poustawiane są małe stoliki z niskimi plastikowymi krzesłami – nie ma na nich serwetek i sztućców, ale atmosfera jedzenia na ulicy jest niepowtarzalna. We wszystkich miastach i punktach, gdzie zatrzymują się autobusy dalekobieżne, znajduje się przynajmniej kilka niewielkich targów, na których oprócz świeżych owoców czy ryb sprzedaje się przeróżne mieszanki mięsa z lokalnymi warzywami przyprawione prawdziwie po tajsku. Posiłki na wynos pakuje się do zawiązywanych woreczków. Duża część lokali typowo restauracyjnych powstała dla turystów, dlatego ceny bywają w nich nawet kilkakrotnie większe, a dania – nie zawsze oryginalne.

W słynnej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej Pattaya,uchodzącej za jedno z centrów seksbiznesu,koniecznie należy odwiedzić chińsko-tajskie restauracje z rodzaju all you can eat (pol. jesz, ile chcesz). Pośrodku stołu znajduje się w nich wielki rozgrzany gar, w którym goście samodzielnie gotują lub przysmażają jedzenie. W formie szwedzkiego stołu wystawione są przeróżne warzywa, owoce, mięsa i najrozmaitsze owoce morza. Większe porcje tych dwóch ostatnich składników można wybrać samemu i oddać w ręce obsługi, która przygotuje je na grillu.

Moje własne curry

W Tajlandii przyrządzimy też miejscowe przysmaki samodzielnie pod okiem doświadczonego szefa kuchni w czasie kursu gotowania. Nawet największym obżartuchom powinien wystarczyć półdniowy wariant takiego szkolenia, w trakcie którego przygotowuje się kilka dań, a potem je konsumuje. W menu pojawiają się doskonała zupa kokosowa tom kha czy wspomniana już tom yam, makaronowe pad thai, jeden z rodzajów sajgonek i deser. W moździerzu uciera się również proszek curry, którego później dodaje się do potrawy z ryżem. Takie własnoręcznie przyrządzone specjały to prawdziwe niebo w gębie.

Największy wybór godnych polecenia kursów gotowania znajdziemy w mieście Chiang Mai, położonym w północnej części kraju. To jeden ze standardowych przystanków wszystkich turystów w Tajlandii, dlatego zaplecze usługowe jest w nim na tyle rozwinięte, że przyjezdni mogą siedzieć tu ponad tydzień i nigdy się nie nudzić.

Dzień najlepiej zacząć na lokalnym targu. Niektóre sprzedawane na nim produkty są tak niezwykłe, że człowiek z Europy Środkowej nie tylko dziwi się, że Tajowie je jedzą, ale też zastanawia, jak to robią. Do najsłynniejszych tego typu osobliwości należy zielonkawy durian z grubą skórką przypominającą nieco kolce. Ciągnie się za nim opinia najbardziej śmierdzącego owocu świata. Kiedy w pokoju w hostelu czuć zapach starych skarpetek, niekoniecznie winę za to musi ponosić niechlujny współlokator. Może ktoś nielegalnie (większość obiektów noclegowych wywiesza kartki z rysunkiem przekreślonego duriana) przemycił cuchnący smakołyk. Podobno nie wolno spożywać go także z alkoholem lub kawą.

Ciało do ciała

Po spacerze z orzeźwiającym świeżo zmiksowanym sokiem z owoców egzotycznych w ręce przychodzi czas na relaks. Wbrew obiegowej opinii większość tajskich masaży wcale nie kończy się zaspokojeniem seksualnym. Zabieg ten ma długą historię, a za jego legendarnego twórcę uchodzi sam lekarz Buddy – Shivago Komarpaj (Jīvaka Komarabhācca), żyjący ok. VI w. p.n.e. W rzeczywistości rozwój tej techniki masowania był bardziej złożony, bo czerpie ona z tradycji Chin, Indii i innych południowoazjatyckich krajów.

Wizyta w miejscowym salonie bywa niełatwym przeżyciem dla osób nieśmiałych i kruchych – taki masaż jest wyjątkowo kontaktowy i intensywny. Przed nim rozbieramy się do majtek albo zakładamy coś w rodzaju luźnego szlafroka i kładziemy się na materacu lub specjalnej leżance. W trakcie zabiegu masażystka używa różnych części ciała: łokci, stóp, kciuków bądź przedramion, może na nas siadać, trzymać za rękę, przyciskać nasze ciało do swojego. W przypadku tej techniki nie chodzi tyle o delikatne ugniatanie mięśni i skóry, co o naciskanie odpowiednich punktów i rozciąganie. Tajski masaż łączy elementy akupresury, pasywnej jogi i refleksologii. Czasem wywołuje chwilowy ból, ale po wszystkim człowiekowi wydaje się, że jest na tyle rozciągnięty, iż urósł kilka centymetrów. Taka sesja niesamowicie odpręża, dlatego zaleca się korzystanie z jej dobrodziejstw przynajmniej raz w tygodniu, nie tylko na urlopie. Osoby krępujące się tak bliskiego kontaktu z obcym człowiekiem mogą skusić się na wymasowanie stóp czy karku i głowy. Salony masażu znajdziemy tutaj dosłownie wszędzie, m.in. na południowych wyspach, w Bangkoku lub północnym Chiang Mai (gdzie działa zresztą najbardziej renomowana szkoła masażu).

Wielki błękit

scuba_diving_andaman_sea.jpg

W wodach Morza Andamańskiego nurkowie spotkają m.in. rekiny brodate

©THAITRAVELMART.COM



Ciepłe przejrzyste morze, bogactwo kolorowych ryb i zapierające dech w piersiach rafy koralowe przyciągają co roku do południowej Tajlandii tysiące turystów, a podwodny świat tego regionu od zawsze trafia do pierwszych dziesiątek rankingów najciekawszych nurkowisk na ziemi. Jeśli ktoś nie wie nic o nurkowaniu, to nic nie szkodzi. Może kupić albo wypożyczyć maskę, rurkę oraz płetwy i wybrać się na eksplorację dna morskiego na własną rękę na płytkie wody blisko brzegu. Dobrze dopytać się o lokalne warunki – w niektórych miejscach występują silne prądy lub fale, które wyrzucają na skały czy rafy. Najlepsze do snorkelingu są okolice wysp Koh Lipe, Koh Chang i Koh Samui.

Warto jednak zarezerwować sobie kilka dni bądź tydzień i wykupić podstawowy kurs nurkowy ze sprzętem – tutejsze ceny należą do najkorzystniejszych na świecie, a to, co zobaczymy pod powierzchnią morza w Tajlandii, jest zdecydowanie atrakcyjniejsze niż widoki podczas szkoleń prowadzonych na basenie i jeziorach w Polsce. Co więcej, sprzyjające warunki panują tu cały rok (z małymi wyjątkami), temperatura wody w zasadzie nie spada poniżej 26°C, a najlepszy okres do nurkowania to styczeń–marzec, czyli szczyt tajskiego sezonu. Zwykle nie ma konieczności zapisywania się na lekcje z wyprzedzeniem. Nawet na mniejszych turystycznych wyspach działa po kilka firm, bez problemu już na miejscu sprawdzimy ceny, dostępność i terminy kursów. Dobrze też zainteresować się, jakie certyfikaty posiada instruktor, czy dogadamy się z nim w jakimś języku, którym władamy, i co dokładnie zawiera dana oferta.

Cisza pod wodą, otaczające człowieka rozległe przestrzenie czy uczucie latania to dodatkowe argumenty przemawiające za spróbowaniem nurkowania. Niemal 75 proc. wszystkich gatunków fauny morskiej i koralowców na świecie występuje właśnie w Azji Południowo-Wschodniej – od malutkich koników morskich, przez płaszczki, ośmiornice, węże wodne, po kilku- lub kilkunastometrowe ryby. Spotkania z tymi stworzeniami nigdy się nie zapomina. Zachwycają również podwodne jaskinie, bloki skalne i wraki łodzi. Tajlandię można podzielić na trzy rejony idealne dla nurków. Pierwszy z nich stanowi zachodnie wybrzeże ze słynną wyspą Phuket oraz archipelagiem Phi Phi, leżący na północ od niego obszar, na który składają się wyspy Similan, Koh Bon, Koh Tachai i Skała Richelieu (Richelieu Rock), a także region południowy, czyli Koh Haa, Hin Daeng, Hin Muang i Koh Lipe. Z kolei w północnej części Zatoki Tajlandzkiej warto odwiedzić Pattayę i Koh Chang. Natomiast na jej południowym terenie miłośników podwodnych przygód przyciągają Koh Tao i Koh Samui.

Na siedzeniu tuk-tuka

phi-ph-island-1.jpg

Koh Phi Phi Don jest największą wyspą w archipelagu Phi Phi

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND



Istnieje wiele sposobów podróżowania po kraju Tajów. Wielką frajdą będzie na pewno zwiedzanie wybranej wyspy na własną rękę wypożyczonym na jeden lub kilka dni skuterem. Samodzielne prowadzenie środka transportu (wynajęcie samochodu bywa znacznie droższe) daje dużą niezależność. Nie tylko nie jesteśmy wówczas uzależnieni od rozkładów jazdy, lecz także bez problemu możemy zatrzymać się przy opuszczonej rajskiej plaży i wskoczyć wprost do orzeźwiającej wody.

W dużym mieście warto choć raz przejechać się tuk-tukiem, czyli autorikszą pełniącą funkcję taksówki. Taki trzykołowy pojazd wygląda jak motor z dobudowanym z tyłu wózkiem, który pomieści kilka osób. Jazda zatłoczonymi ulicami Bangkoku podniesie ciśnienie krwi niejednemu Europejczykowi. Jeśli ktoś podróżuje samodzielnie, może skorzystać z taksówek motorowych i skuterowych. Pasażer plecak wkłada pod kierownicę i wskakuje na siedzenie za kierowcą, który pędzi, przeciskając się między samochodami i ignorując większość znaków drogowych. Trudno powiedzieć, czy to aby na pewno bezpieczne, ale przeżycia z takiej przejażdżki są z pewnością niezapomniane.

Tajlandia to wręcz wymarzone miejsce dla miłośników morza i wysp, a co za tym idzie, zapalonych żeglarzy. Wystarczy zebrać grupę znajomych i wypożyczyć jacht albo katamaran, aby przemierzać bezkresną Zatokę Tajlandzką, a podczas rejsu zatrzymywać się w każdej chwili przy opuszczonych lądach, opalać bez towarzystwa tłumu turystów i nurkować z maską wśród bajecznych raf koralowych.

W świetle księżyca

shopping_at_khao_san_road1.jpg

Ulicę Khao San w centrum Bangkoku odwiedzają tłumy turystó

©THAITRAVELMART.COM



Wieczorem siadamy w jednym z barów. Noc jest gorąca, w środku stoją plastikowe krzesła i stół bilardowy, gra głośna muzyka. Podają tutaj tajskie piwa Chang i Singha bądź popularnego Tigera z Singapuru, czasem z lodem. Dla niektórych wakacje to moment, kiedy wreszcie mogą beztrosko imprezować i nie martwić się wczesnym wstawaniem. Do najlepszych do tego miejsc należy Bangkok – znajdziemy w nim słynną ulicę dla backpackerów Khao San, luksusowe bary na dachach wieżowców (rooftop bars) czy dzielnicę czerwonych latarni Patpong odwiedzaną przez licznych zagranicznych przybyszów. Wiele osób przyciągają kolorowe nocne światła położonego na wybrzeżu miasta Pattaya, centrum tajskiego seksbiznesu, w którym przy głównej ulicy działają kluby dla gejów oraz lokale oferujące pokazy erotyczne lub występy kathoey, czyli tzw. ladyboys (osób, które przyswoiły sobie cechy przeciwnej płci, uważanych w buddyzmie za trzecią płeć). Dzikie noce w ociekającej alkoholem i seksem Pattayi niezbyt przypadną do gustu osobom ceniącym zwykłego typu rozrywki czy rodzinom z dziećmi. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że seksturystyka to nie tylko niewinna wakacyjna zabawa, lecz także branża kontrolowana przez mafie i związana z wykorzystywaniem kobiet oraz zmuszaniem nieletnich do prostytucji.


Bawić można się wszędzie, ale dobre towarzystwo i odpowiedni termin to czasem podstawa. Tajlandia słynie na świecie z full moon party, czyli całonocnych imprez nad brzegiem morza organizowanych na południu kraju w dzień przed pełnią księżyca, w jej trakcie albo dzień po niej. Zwyczaj ten zainicjowano na plaży Haad Rin na wyspie Phangan w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej. W 1985 r. odbyło się pierwsze takie wydarzenie dla kilkudziesięciu osób. Wkrótce zyskało sławę i dziś przyciąga przynajmniej kilka tysięcy uczestników, w większości turystów, a jego odpowiedniki spotkamy również na innych wyspach. Na full moon party usłyszymy muzykę reggae, trance, rhythm and blues, techno, house czy drum and bass. Alkohol leje się strumieniami, nierzadko pojawiają się też inne środki odurzające. Trzeba jednak wiedzieć, że kary za posiadanie i sprzedawanie narkotyków w Tajlandii są wyjątkowo surowe.

Emocje na ringu

Wielbiciele widowisk podnoszących poziom adrenaliny we krwi także nie będą się w tym kraju nudzić. Muay thai, czyli boks tajski (boks syjamski), to bardzo popularna sztuka walki, szczycąca się niemal statusem sportu narodowego i przyciągająca tysiące żądnych wrażeń Tajów i zagranicznych turystów. Zwykle podoba się nawet osobom, które nie są fanami bijatyk na ringu. Ma wielowiekową tradycję, a wiele ze starych elementów przetrwało do dzisiaj – pojedynek zaczyna się od rytualnego tańca wojownika wai khru. Kiedyś w jego trakcie prezentowano region, z którego pochodził zawodnik. Ta część stanowi jednocześnie rozgrzewkę. Cała walka odbywa się na stojąco, przeciwnicy używają niskich kopnięć okrężnych, uderzeń łokciami i kolanami oraz tzw. klinczu, czyli chwytu klamrowego rękami. Niesamowitą atmosferę na widowni tworzy rozemocjonowana publiczność zawsze reagująca na silniejszy cios, przekrzykująca się, obstawiająca wynik w każdym momencie spotkania. Walczą w większości Tajowie, ale zdarzają się też zawodnicy z innych krajów. Niektórzy z nich są bardzo młodzi – trafiają się nawet 15-latkowie. Za najlepsze areny bokserskie uchodzą Lumpinee Boxing Stadium i Rajadamnern Stadium w Bangkoku oraz te na Phuket i Koh Samui czy w Chiang Mai.

Noc w dżungli

Liczne parki narodowe, dziewicza przyroda i zielona dżungla, w głąb której urządza się kilkudniowe wędrówki, czekają na wszystkich mających odwagę zejść nieco ze standardowego szlaku pełnego piaszczystych plaż i taniego piwa Chang. Leśnych ścieżek i zorganizowanych wycieczek szukać można w różnych częściach kraju, zarówno na popularnej północy, jak i w regionie wschodnim, często omijanym przez turystów. Dużo wypraw trekkingowych organizuje się w prowincjach Chiang Mai i Chiang Rai, Mae Hong Son, Kanchanaburi, Krabi, dystrykcie Mae Sot czy Parku Narodowym Khao Yai. Jeśli musimy wybrać jedno miejsce, warto zaufać ekspertom z UNESCO i odwiedzić Kompleks Leśny Dong Phayayen-Khao Yai, leżący w środkowej Tajlandii, stosunkowo niedaleko od stolicy. Podczas planowania wędrówek należy brać pod uwagę porę roku. Inaczej niż na wybrzeżu w okresie zimowym temperatura powietrza na terenach wyżej położonych bywa znacznie niższa od tej panującej w pozostałych miesiącach.

Światło i dym

Tajlandia to kraj o długiej historii i bogatej tradycji, dobrze więc poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jej najważniejszymi zabytkami i dowiedzenie się czegoś więcej o dominującym tutaj buddyzmie. Do obowiązkowych miejsc do zwiedzenia w Bangkoku zaliczają się przepiękny Wielki Pałac Królewski z Wat Phra Kaew (Świątynią Szmaragdowego Buddy), jedna z najstarszych tajskich budowli sakralnych Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy) oraz Wat Suthat z 28 chińskimi pagodami symbolizującymi 28 postaci Buddy. Na prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO znajdują się m.in. stanowisko archeologiczne Ban Chiang, dawna stolica Syjamu Ayutthaya, ruiny miasta Sukhothai czy rezerwaty dzikiej przyrody rozciągające się wzdłuż granicy z Birmą występujące pod wspólną nazwą Thung Yai-Huai Kha Khaeng.

Choć flaga Tajlandii jest niebiesko-biało-czerwona, to zdecydowanie dominują tu kolory pomarańczowy, złoty i biały. Można się o tym przekonać w trakcie jednego z buddyjskich świąt. W jakimkolwiek mieście wtedy będziemy, udajmy się do najbliższej świątyni i przeżyjmy je razem z Tajami. W czasie pełni księżyca obchodzi się Makha Bucha (Magha Puja), kiedy to rozbłyskają setki świateł, a w powietrzu unosi się dym. Pochód ze świeczkami i kwiatami prowadzony przez ubranych na pomarańczowo mnichów okrąża kilkakrotnie kompleks świątynny. Z kolei Songkran to tradycyjny tajski Nowy Rok (wypada na połowę kwietnia). Na ogół spędza się go w gronie rodziny, a do jego zwyczajów należy obmywanie posągów Buddy w świątyniach lub w czasie procesji (przewozi się je na bagażnikach samochodów). Przez kilka dni ulice pełne są roześmianych ludzi, którzy malują się białą kredą i oblewają wodą. Przypomina to trochę nasz śmigus-dyngus.

Tajskie niezwykłości

W Tajlandii zaskoczy nas wiele rzeczy. Na śniadanie dostaniemy ryż z mięsem lub zupę z makaronem ryżowym, a niedojrzałe mango serwuje się tu z sosem rybnym albo chilli. Do większości potraw otrzymamy łyżkę i widelec. Piwo z kolei często podaje się z lodem.

Do zwykłych widoków należą w tym kraju mnich bawiący się telefonem komórkowym czy słonie spacerujące po ulicach. Na drogach trzeba zachować ostrożność, bo przepisy dla uczestników ruchu traktuje się raczej jako wskazówki niż nakazy i zakazy.

Niemal wszystkie kremy dostępne w sklepach przeznaczone są do rozjaśniania skóry. Klimatyzacja w środkach komunikacji i pomieszczeniach ustawiona jest na dość niską temperaturę – sweter w autobusie to konieczność. Hymn państwowy rozbrzmiewa z głośników dwa razy dziennie, dodatkowo również przed każdym seansem w kinie.

Dominikana mniej znana

MARCIN WESOŁY

 

<< Różnorodność przyrody w Republice Dominikańskiej potrafi człowieka wprawić w osłupienie. W ciągu kilku godzin, w drodze z północnego wschodu na południowy zachód tego kraju możemy na własne oczy przekonać się, jak szybko zmieniają się tutaj krajobrazy. Bujna zieleń środkowej części kraju przechodzi w niekończące się pola ryżowe doliny Cibao albo w plantacje bananów. Na półwyspie Samaná mijamy rozległe gaje palm kokosowych, które osiadły na łagodnie pofałdowanych wzgórzach. Im bliżej granicy z Haiti natomiast, tym tereny bardziej przypominają Meksyk czy Afrykę – ogromne połacie ziemi, czerwonej od boksytu, porastają spłaszczone drzewa akacjowe, wybujałe kaktusy oraz karłowate, typowo preriowe krzewy. W okolicach miast Jarabacoa i Constanza w prowincji La Vega pejzaż jest za to bardziej górzysty, a klimat chłodniejszy. Na Dominikanie nie sposób zatem nie znaleźć swojego miejsca. To raj praktycznie dla każdego. Spróbujmy sami się o tym przekonać. >>

Więcej…