EWA WORSOWICZ

                                                                                    

Afryka od lat fascynuje podróżników z całego świata. To kontynent pełen kontrastów – jego wybrzeże oblewają szmaragdowy Ocean Indyjski i błękitny Atlantyk, rajskie plaże pokrywa biały jak mąka piasek, wśród krytych strzechą z palmowych liści domków dla gości unosi się atmosfera błogiego relaksu, a jednocześnie wielu Afrykańczyków żyje w biedzie i nie ma szans na polepszenie swojej sytuacji. Właśnie za te skrajności Czarny Ląd można kochać lub go nienawidzić.



Podróże do Afryki wciąż cieszą się sporą popularnością wśród turystów. Jednym z ulubionych miejsc na wypoczynek jest Zanzibar. Trudno się zresztą temu dziwić. Jeżeli chcemy odzyskać energię i zapomnieć o wszystkich troskach, a na dodatek marzymy, aby codziennie rano popijać doskonałą kawę na tarasie z widokiem na ocean, z pewnością będziemy zadowoleni z wyboru tego afrykańskiego zakątka. Tutaj naprawdę można znakomicie odpocząć.


Archipelag Zanzibar należy do Tanzanii. Jego największymi wyspami są sąsiadujące ze sobą Unguja, zwana Zanzibarem, i Pemba, które tworzą autonomiczny region Zanzibar. Na południe od nich leży mniejsza Mafia. 


Sama Unguja ma powierzchnię ok. 1660 km2. Położony na niej najludniejszy ośrodek archipelagu i zarazem stolica autonomii także nosi nazwę Zanzibar. Jego historyczna część Stone Town (Kamienne Miasto) charakteryzuje się zabytkową architekturą z widocznymi wpływami portugalskimi, hinduskimi, arabskimi, brytyjskimi i afrykańskimi. W 2000 r. wpisano ją na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


AFRYKAŃSKI ARCHIPELAG


Zanzibar to wyspa o niezmiernie bogatej historii. Skolonizowana przez Arabów i Persów w X w. stanowiła centrum handlu z wybrzeżem afrykańskim. Na początku XVI stulecia trafiła pod panowanie Portugalczyków, w 1698 r. stała się częścią Sułtanatu Omanu. W 1886 r. kontrolę nad wyspą przejęła Wielka Brytania. Mimo to w rzeczywistości władzę nadal sprawował sułtan aż do momentu, gdy cztery lata później ograniczono jego rolę jedynie do funkcji reprezentatywnej po utworzeniu brytyjskiego protektoratu. Dopiero 10 grudnia 1963 r. Zanzibar wraz z Pembą uzyskał niepodległość jako sułtanat. Konflikty na tle etnicznym doprowadziły jednak do wybuchu rewolucji i zmiany ustroju. Powstał nowy rząd i w kwietniu 1964 r. Zanzibar połączył się z Tanganiką, co miało nie dopuścić do przewrotu komunistycznego i osłabić wpływy radykalnie lewicowej partii Umma. Państwo przyjęło nazwę Zjednoczona Republika Tanzanii.


Również niewielka Mafia (394 km2) była kiedyś ważnym punktem na mapie handlowej tej części świata. Na pobliskiej małej wysepce w zatoce Chole założono ośrodek, z którego kontrolowano obrót kruszcem wydobywanym w kopalniach srebra we wschodnim Zimbabwe. Przez krótki czas ten rejon znajdował się pod panowaniem Niemców. W 1915 r. Mafia trafiła w ręce Brytyjczyków, którzy wykorzystywali ją jako morską i powietrzną bazę wojskową. Dziś to przede wszystkim raj dla miłośników niemal nietkniętej ręką człowieka natury, nurkowania, snorkelingu i wędkarzy morskich.


Pembę (zajmującą powierzchnię ok. 990 km²), należącą do autonomii Zanzibar, zamieszkuje obecnie ponad 400 tys. ludzi. Turystyka jest na niej mniej rozwinięta niż na Ungui, ale to właśnie spokój i cisza przyciągają tu osoby szukające niekomercyjnych zakątków i dziewiczych plaż. Okolica wyspy stanowi świetny rejon do uprawiania snorkelingu. Tutejsze przepiękne rafy koralowe tworzą zapierające dech w piersiach podwodne ogrody. Idealnymi miejscami na nurkowanie są m.in. Szmaragdowa Rafa (Emerald Reef) zawdzięczająca swoją nazwę składającym się na nią zielonym koralowcom, rafa Panza z wrakiem greckiego statku Paraportiani, który zatonął w październiku 1967 r., czy Misali Coral Mountain, gdzie można spotkać ośmiornice, homary, płaszczki i ławice ryb ostrobokowatych. 


Każda z wysp ma wiele do zaoferowania. My jednak zdecydowaliśmy się na wyprawę na tę najpopularniejszą wśród turystów, czyli Zanzibar.


Z EUROPY DO AFRYKI WSCHODNIEJ


Dzięki temu, że skorzystaliśmy z oferty last minute, bilety lotnicze udało nam się kupić w cenie 1600 zł za osobę w obie strony. Wylecieliśmy z Frankfurtu nad Menem transkontynentalną jednostką linii Oman Air. Mieliśmy jedną, ale za to 5-godzinną przesiadkę w Maskacie w Omanie i stamtąd wyruszyliśmy na Zanzibar ciasnym i wypełnionym pasażerami samolotem tego omańskiego przewoźnika. Na wyspę można dostać się też z Warszawy liniami Qatar Airways (z międzylądowaniem w katarskim porcie lotniczym Doha), zimą 2016/2017 ze stolicy Polski czy Katowic czarterem Biura Podróży ITAKA lub bezpośrednim połączeniem z Brukseli (obsługiwanym sezonowo przez Jetairfly) bądź po wylądowaniu w Dar es Salaam na wybrzeżu Tanzanii popłynąć promem. Koszty przeprawy morskiej są zróżnicowane – inne dla miejscowych i obcokrajowców (takie cenniki obowiązują zresztą na całym Zanzibarze). Ci ostatni płacą – oczywiście – dwa razy więcej, czyli ok. 35 dolarów amerykańskich. Każda osoba chcąca nabyć wejściówkę na prom musi okazać paszport, co – niestety – wyklucza poproszenie któregoś z Tanzańczyków o wykupienie tańszych biletów także i dla nas. Nasza wyprawa lotnicza trwała mniej więcej 18 godz. i była niezbyt komfortowa, ale gdy dotarliśmy na rajski Zanzibar, poczuliśmy się wynagrodzeni za wszystkie trudy.


PRZYGOTOWANIE DO WYJAZDU


Najpóźniej na 10 dni przed wylotem zaleca się wykonanie szczepienia przeciwko żółtej febrze (wymagane jest ono od cudzoziemców podróżujących przez kraje endemiczne). W hali przylotów na wyspie tanzańscy celnicy podobno wyrywkowo sprawdzają, czy przyjezdni mają w książeczce potwierdzający je wpis, ale nam się to akurat nie przydarzyło. Szczepionka kosztuje ok. 200–220 zł i nie podlega w Polsce refundacji. Zanim wyjedziemy, powinniśmy też poprosić lekarza o tabletki przeciwko malarii. Bierze się je profilaktycznie przed udaniem się w podróż, a także później w trakcie pobytu. Tanzania zalicza się do krajów, gdzie ryzyko zarażenia jest dość duże. Nasz przewodnik stwierdził, że częściej zdarzało mu się zachorować na malarię niż złapać grypę. Wywołujące ją pierwotniaki przenoszone są przez komary, a początkowe objawy u zakażonego przypominają zwykłe przeziębienie. 

                
Oprócz tego należy również odpowiednio skompletować swoją wyjazdową apteczkę. Warto zabrać leki przeciwko zatruciom pokarmowym i biegunce, środki przeciwbólowe i łagodzące dolegliwości towarzyszące przeziębieniu, wodę utlenioną lub inny preparat do dezynfekcji oraz plastry na odciski. Apteka w Stone Town jest zaopatrzona tylko w bardzo podstawowe lekarstwa, a ich ceny są mocno zawyżone. Dla bezpieczeństwa wykupmy sobie też dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne na wyjazd. Kosztuje ono niedużo, a w razie wypadku czy poważnego zachorowania może nam uratować życie.


WSKAZÓWKI PRAKTYCZNE


Korzenie wielkich drzew na Mafii

marc dozier - mafia 026
© WWW.KINASILODGE.COM

Podczas pakowania walizek trzeba pamiętać o kilku rzeczach. Nie wolno lekceważyć mocnego afrykańskiego słońca, dlatego kremy z filtrem powinny stanowić nasze obowiązkowe wyposażenie. Zanzibar otaczają rafy koralowe, więc do spacerowania brzegiem Oceanu Indyjskiego przydadzą się buty do pływania z gumową podeszwą. Dzięki nim uchronimy stopy przed przypadkowym nadepnięciem na kolce muszli czy jeżowca. Jeśli planujemy wybrać się na snorkeling, fajkę, płetwy i maski do nurkowania weźmy ze sobą. Co prawda, organizatorzy wycieczek zawsze mają sprzęt do wypożyczenia, ale jego stan higieniczny nierzadko pozostawia wiele do życzenia. 


Poza tym w naszym bagażu powinny znaleźć się lekkie letnie ubrania z przewiewnych materiałów. Dobrze sprawdzą się dające uczucie chłodu tkaniny typu satyna, jedwab lub len. Trzeba również zabrać kurtkę i długie spodnie – wieczorna bryza bywa naprawdę zimna. Zanzibar to region w większości muzułmański (w ponad 99 proc.). Zbytnie odsłanianie ciała w przypadku kobiet jest źle widziane, dlatego najlepiej zrezygnować z koszulek z głębokim dekoltem i minispódniczek. Z pewnością przydadzą się nam sandały, lekkie trampki czy buty odpowiednie do wędrówek po wilgotnym lesie równikowym. Dodatkowo zaopatrzmy się w latarkę (w okresie naszego lata słońce zachodzi tu ok. godz. 18.00, a w hotelach dość często zdarzają się przerwy w dostawach prądu), plastikowe reklamówki (ze względów ekologicznych na wyspie nie dostaniemy ich w sklepach, a z pewnością przydadzą się przy pakowaniu), przejściówkę do ładowarki do telefonu (w pokojach hotelowych stosuje się gniazdka brytyjskie) i wodoodporne etui na smartfona, pieniądze i dokumenty.


My trafiliśmy na Zanzibar w środku ramadanu. W takiej sytuacji warto przygotować się na drobne komplikacje. Ten dziewiąty miesiąc w muzułmańskim kalendarzu księżycowym zawsze wypada w innym momencie naszego roku kalendarzowego. To najważniejszy okres dla muzułmanów. W tym czasie poszczą od wschodu do zachodu słońca. Picie, jedzenie i palenie tytoniu w miejscach publicznych jest wtedy zabronione. Z tego też względu większość dużych restauracji bywa zamknięta. Nie działają także dyskoteki i inne centra rozrywkowe. Zazwyczaj miejscowym nie przeszkadza jednak, gdy turyści spożywają przy nich posiłki, a alkohol można bez problemu kupić w hotelowym barze czy lokalnym sklepie, choć nie każdym, dlatego warto zaopatrzyć się w kilka butelek na lotnisku lub w Stone Town. Teoretycznie wolno wwozić napoje alkoholowe na wyspę, ale spotkałam się z opowieściami, że przy kontroli bagażu niektórzy celnicy każą je wyrzucić. 


POWITANIE Z WYSPĄ


Po wylądowaniu udajemy się do niepozornej hali przylotów załatwić wizę turystyczną ważną przez 90 dni. Wypełniamy prosty wniosek i płacimy 50 dolarów amerykańskich. Tę walutę możemy wymienić na lokalną (szylingi tanzańskie) w kantorze na lotnisku. Warto to zrobić, bo ceny w dolarach są zazwyczaj trochę zawyżone. Walizki odbieramy nie z taśmy bagażowej, ale ze zwykłego magazynu. Oczywiście, za podanie bagażu przez ladę miejscowi domagają się drobnego wynagrodzenia, więc dobrze przygotować sobie na takie okazje jednodolarowe banknoty. Upominanie się o napiwki, nawet w przypadku bardzo absurdalnych sytuacji, stanowi zresztą powszechną praktykę. Dla Afrykańczyków turyści są okazją na dodatkowy zarobek. O transport z portu lotniczego warto zadbać jeszcze przed wylotem. Hotele zawsze mają możliwość podesłania swojego sprawdzonego kierowcy, co opłaca się o wiele bardziej niż skorzystanie z oferty naganiaczy lub przejazd tanzańską taksówką zbiorową, czyli minibusem dala-dala.


MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA


Przepiękne wybrzeże Oceanu Indyjskiego

DSC 6328 copy
© DAWID DĄBROWSKI

Ocean Indyjski współtworzy obraz Afryki Wschodniej. Ludzie żyją zgodnie z jego rytmem, a nie według wskazówek zegara. Oceaniczne wody dają mieszkańcom pożywienie i pracę (kobiety i dzieci trudnią się zbieraniem alg, których używa się do produkcji naturalnych kosmetyków, mężczyźni nocami wypływają łodziami na połowy, a ryby sprzedają później do restauracji i hoteli). Ocean Indyjski jest po prostu przepiękny! Zmienia barwę w zależności od pory dnia i kąta padania promieni słonecznych. Bywa lazurowy, szmaragdowy, błękitny lub granatowy. Temperatura wody u wybrzeży Zanzibaru wynosi średnio 28°C. Przypływy i odpływysą niesamowitym spektaklem natury. W miejscowości Jambiani na południowym wschodzie wyspy następowały po sobie mniej więcej co 6 godz. W trakcie przypływu fale podchodziły pod sam ośrodek, plaża znikała całkowicie, a ocean zagarniał wybrzeże tylko po to, żeby potem odsłonić nagi brzeg pokryty koralowcami, fantazyjnymi szkieletami muszli i setkami krabów. Fauna morska zaskakuje swoją różnorodnością. Widok kolorowych rozgwiazd, rozpościerających ramiona ośmiornic i naszpikowanych kolcami jeżowców przywodzi na myśl inny świat, piękniejszą, ciekawszą i dawno zapomnianą rzeczywistość.


ZANZIBARSKA CODZIENNOŚĆ


Zanzibarczycy trudnią się połowami ryb, owoców morza i zbieraniem algDSC 7183 copy

© DAWID DĄBROWSKI

Pierwsze spotkanie z Afryką może wywołać u Europejczyka szok. W wielu miastach bywa brudno, ludzie żyją w rozpadających się ruderach, bose dzieci spacerują bez żadnego nadzoru. Afrykańskie państwa nauczyliśmy się postrzegać jako kraje Trzeciego Świata, a los ich mieszkańców wywołuje u nas współczucie. Tymczasem Zanzibarczycy mimo życia w biedzie, wydają się być szczęśliwi. Ich dzień wyznacza rytm natury, która ich karmi i przynosi zarobek. Jeśli ktoś nie zbiera małż, zawsze może sprzedawać kokosy czy mango. Prawie każdy na wyspie ma własną działalność gospodarczą – w praktyce oznacza to tyle, że na chodniku na rozłożonej macie sprzedaje owoce, warzywa, przyprawy, kiczowate pamiątki lub zużyty sprzęt elektroniczny. Ten ostatni wysyła się do Afryki w olbrzymich ilościach, co czyni z niej największe złomowisko świata. Jeżeli miejscowym nie uda się namówić turystów na swoje usługi, po prostu nie będą nic robić.


Afrykańskie kobiety nie cieszą się zazwyczaj takim poważaniem jak mężczyźni. Wszystkie sprawy urzędowe załatwiają na Zanzibarze mężowie, bracia i ojcowie. Przed wylotem czytałam też wiele o tym, że w Afryce na każdym kroku spotyka się gromady zaniedbanych dzieci podbiegających do obcokrajowców i proszących o cokolwiek, a na ich widok aż serce się kraje. Mali Zanzibarczycy nie wywarli jednak na mnie tak przygnębiającego wrażenia. Choć żyją w skromnych warunkach, a ich rodziców nie stać na kolorowe zabawki, potrafią śmiać się wesoło i szczerze. To z pewnością nie jest udawana radość. Na przykładzie tych dzieci widać, jak mało czasem potrzeba człowiekowi do szczęścia i że nawet w trudnej sytuacji można z optymizmem spojrzeć na otaczający nas świat. Jeśli chcemy sprawić im przyjemność, podarujmy im słodycze. Garść czekoladowych cukierków wywoła uśmiech na twarzy każdego malucha.


ZIELONY LAS I WIELKIE ŻÓŁWIE


Na Zanzibarze możemy się opalać, uprawiać kitesurfing, spacerować brzegiem Oceanu Indyjskiego, jeździć rowerem po plaży, czytać książki w hamaku, grać w planszówki na tarasie z pięknym widokiem czy po prostu spędzać czas na błogim odpoczynku. Oprócz tego warto się również wybrać na wyprawy po okolicy. Ze względu na to, że archipelag poza Ungują, Pembą i Mafią składa się w większości z małych wysepek, prawie każde biuro podróży bądź agencja turystyczna oferują te same atrakcje. My zarezerwowaliśmy wycieczki jeszcze w Polsce przed wylotem, ale z czystym sumieniem polecam zaplanowanie ich na miejscu. Ceny są wówczas nieporównywalnie niższe. Chociaż trochę przepłaciliśmy, nie żałuję, gdyż nasz przewodnik Adam okazał się wspaniałym, ciepłym i niesamowicie inteligentnym człowiekiem. Opowiedział nam dużo ciekawostek i udzielał cennych rad dotyczących pobytu na Zanzibarze.

               
Zaczęliśmy od odwiedzin w regionie Jozani Forest (część Parku Narodowego Jozani Chwaka Bay o powierzchni 50 km²), który leży niecałe pół godziny drogi od Jambiani. Niestety, rano krótko, ale solidnie popadało, więc ziemia zrobiła się trochę grząska i mokra. Razem z Adamem i lokalnym przewodnikiem przez godzinę wędrowaliśmy wśród bujnej zieleni lasu deszczowego i poznawaliśmy różne gatunki egzotycznych roślin, drzew i zwierząt. W Jozani Forest żyją endemiczne zanzibarskie gerezy rude (Piliocolobus kirkii). Podczas naszej wizyty wyglądały na zmęczone i znudzone obecnością turystów, co dawały do zrozumienia przez ostentacyjne odwracanie się plecami do każdego zdjęcia. Zaciekawiły nas także lasy mangrowe (namorzyny). Ciemne pokręcone korzenie drzew kryją się w wodach oceanu, a w czasie przypływu pełnią funkcję falochronu. 


Później łódką dopłynęliśmy na Prison Island (Changuu), małą wysepkę (o długości ok. 800 m i szerokości 230 m) położoną w pobliżu Stone Town. Kiedyś służyła jako więzienie dla zbuntowanych niewolników i miejsce kwarantanny, dziś słynie przede wszystkim z rezerwatu żółwi olbrzymich (Aldabrachelys gigantea). Zwierzęta można głaskać i karmić. Osobniki są naprawdę wielkie (samice ważą nawet do 150 kg, a samce – 250 kg), a niektóre mają ponad 100 lat. Gdy patrzy się na te ogromne gady, zaczyna się dostrzegać, jak niesamowita potrafi być przyroda i jak wiele interesujących stworzeń istnieje na świecie. 


Polecam również rejs wynajętą łodzią o zachodzie słońca. My wyruszyliśmy na ocean i czekaliśmy na rozpoczęcie spektaklu, podziwiając panoramę zabytkowego Stone Town. Na pokładzie mieliśmy drobne przekąski i napoje. Na taki rejs warto zabrać ze sobą sweter lub lekką kurtkę, aby ochronić się przed wiatrem. Nasza wycieczka zaczęła się i skończyła w porcie Kamiennego Miasta. Po wyprawie można podejść do Ogrodów Forodhani (Forodhani Gardens) na nocny targ z jedzeniem, na którym sprzedaje się lokalne specjały, np. grillowane ryby i owoce morza czy świeżo wyciskany sok z trzciny cukrowej. 


KOLONIALNE MIASTO I ZAPACH PRZYPRAW


Ozdobne zanzibarskie drzwi powstają w warsztatach na wyspie

DSC 6452 copy
© DAWID DĄBROWSKI

Choć Stone Town bywa opisywane jako urokliwe miasteczko z krętymi uliczkami, na nas zrobiło nieco przygnębiające wrażenie. Jego specyficzna zabudowa jest mieszanką kultury afrykańskiej, europejskiej, arabskiej i hinduskiej. W centrum znajdziemy mnóstwo hoteli, restauracji i sklepików z pamiątkami. Warto też wspomnieć, że to właśnie tu 5 września 1946 r. urodził się Farrokh Bulsara, występujący później pod pseudonimem Freddie Mercury. Do charakterystycznych atrakcji turystycznych Kamiennego Miasta należą m.in. Palace Museum (dawny Pałac Sułtana z końca XIX stulecia, obecnie muzeum poświęcone sułtanom Zanzibaru), historyczny English Club, a obecnie Africa House Hotel, Dom Cudów (House of Wonders) i słynny dzienny Targ Darajani (Dajarani Market), gdzie kupimy świeże owoce i warzywa, przyprawy, a także ryby i mięso. Dla osób wrażliwych na silne zapachy wizyta w tym ostatnim miejscu może być jednak męcząca.


W ramach kolejnej wycieczki wybraliśmy się na plantację przypraw. Mogliśmy zobaczyć, jak uprawia się rośliny, których sami na co dzień używamy w kuchni do polepszania smaku potraw. To było bardzo pouczające doświadczenie. Dowiedzieliśmy się, że pieprz jest tropikalnym pnączem i w zależności od momentu zbioru i rodzaju przetwarzania owoców przybiera postać ziaren w różnym kolorze – czarnym, białym, czerwonym czy zielonym. Gałka muszkatołowa to natomiast nasiona muszkatołowca korzennego zamknięte w mięsistej skorupce podobnej do kasztana, a goździki rosną na drzewie (goździkowcu korzennym). Przyprawy stanowią doskonałą pamiątkę z Zanzibaru. Warto przywieźć je dla siebie lub podarować bliskim, ponieważ są dużo bardziej aromatyczne i wyraziste w smaku niż te znane nam ze sklepowych półek. Trzeba jednak pamiętać, żeby przy zakupie mocno negocjować cenę. Sprzedawcy na targach lub plantacjach często ją zawyżają, ale w końcu dają się przekonać do propozycji klienta.


Zdecydowanie najbardziej podobała nam się wycieczka Blue Safari. Najpierw popłynęliśmy łodzią do pięknej zatoki Menai z lazurową wodą, później spędziliśmy trzy leniwe godziny na malutkiej piaszczystej wysepce, na której zjedliśmy świeżo złowiony i przygotowany dla nas obiad, a na końcu nurkowaliśmy z maskami w pobliżu rafy koralowej. Było cudownie, a snorkeling sprawił nam naprawdę wiele frajdy. Nasi wspaniali przewodnicy rozśmieszali nas na każdym kroku, służyli dobrą radą i pomocą, a w drodze powrotnej do Stone Town śpiewaliśmy razem z nimi ponadczasowy hit Jambo Bwana, najpopularniejszą tutejszą piosenkę. Do hotelu wróciliśmy w wyśmienitych humorach.


MOJE WAKACJE ŻYCIA


Mimo iż Zanzibar nie oferuje turystom takiego bogactwa atrakcji jak Tajlandia bądź Meksyk, to bez wątpienia jest najpiękniejszym miejscem na świecie, w jakim byłam. Błękit Oceanu Indyjskiego, pyszne jedzenie, poczucie wolności i brak potrzeby śpieszenia się gdziekolwiek, co znakomicie oddaje suahilijskie wyrażenie hakuna matata („nie martw się”) – to wszystko sprawia, że człowiek całkowicie się relaksuje i uczy się cieszyć małymi rzeczami. Pod koniec pobytu na wyspie czułam pewną ulgę na myśl o tym, iż wkrótce spędzę noc we własnym wygodnym łóżku, ale Afryka ma to do siebie, że mocno uzależnia. Już chwilę po jej opuszczeniu, zaczyna się za nią tęsknić. Zanzibar to zdecydowanie prawdziwy raj na ziemi i z pewnością jeszcze tu wrócę. 

Artykuły wybrane losowo

Kostaryka – podróż od wschodu do zachodu słońca

24182453665 8d5ff41d97 o Tortuguero

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl 

 

Gdzie w ciągu jednego dnia można zobaczyć wschód i zachód słońca nad dwoma różnymi oceanami – pierwszy nad należącym do basenu Atlantyku Morzem Karaibskim, a drugi nad Pacyfikiem? Szansę na to mamy w uroczej Kostaryce. Najmniejsza odległość, jaka dzieli oba malownicze wybrzeża w tym kraju, to ponad 100 km. Z karaibskich plaż nad pacyficzny brzeg dostaniemy się bez problemu samochodem albo autobusem. Szybciej pokonamy ten dystans, jeśli skorzystamy z usług lokalnych przewoźników – SANSA czy Nature Air – oferujących przeloty samolotami na kilka lub kilkanaście osób.

Więcej…

Odkrywanie własnej Armenii

Armenię można zwiedzać na wiele sposobów. Z myślą o turystach chcących przeżyć w tym kraju wyjątkowe doświadczenia i poznać jego prawdziwe oblicze powstał My Armenia Program finansowany przez USAID (United States Agency for International Development – Agencję Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego) i wdrożony przez Instytut Smithsona (Smithsonian Institution). Ma on przybliżać obcokrajowcom bogactwo kulturalne i przyrodnicze tej kaukaskiej krainy. 

Więcej…

Czarodziejska moc Sardynii

URSZULA KRAJEWSKA

www.interpretareitalia.com

 

<< Sardynia staje się ostatnio miejscem coraz częściej odwiedzanym przez gości z całego świata. Prawdziwy boom turystyczny przyniósł wyspie miniony rok. Szacuje się, że w 2018 r. zostanie odnotowany ok. 15–20-procentowy wzrost zainteresowania atrakcjami oferowanymi przez lokalne agencje (wycieczkami jednodniowymi, wynajmem samochodów czy jachtów itp.). Oznacza to przede wszystkim, że dotychczas tajemnicza i nieodgadniona Sardynia jest dziś coraz bardziej rozpoznawalna. Nie uchodzi już tylko za modny kierunek dla bogaczy, którzy przybijają do Szmaragdowego Wybrzeża (Costa Smeralda) najdroższymi w Europie jachtami. Powoli wkupia się w łaski zwykłych turystów ciekawych historii, lubiących podziwiać przepiękne widoki czy spędzać czas na łonie natury. >>

 

Na wyspy archipelagu La Maddalena dostaniemy się m.in. łodziami z portu w Palau

© RENATA TRAVEL/WWW.RENATATRAVEL.COM

 

Turystyka na Sardynii zaczęła rozwijać się na dobre dopiero w latach 60. XX w., kiedy to książę Aga Chan IV, przywódca ismailickich nizarytów, zakochany w szmaragdowym kolorze wód oblewających północno-wschodnie wybrzeże wyspy, postanowił wykupić grunty w tym rejonie i rozsławić to miejsce, które uważał za raj na ziemi. Z jego inicjatywy powstało portowe miasteczko Porto Cervo (należące do gminy Arzachena), do dziś uchodzące za symbol luksusu. Odwiedzają je znane i zamożne osoby z całego świata. To dzięki Adze Chanowi IV ludzie, zafascynowani przede wszystkim bezkonkurencyjnymi plażami, zaczęli tłumnie ściągać w okolice położonej na wschodnim wybrzeżu Olbii, 60-tysięcznego miasta z przystanią promową i międzynarodowym portem lotniczym (Aeroporto di Olbia-Costa Smeralda). Z czasem na Sardynii pojawiły się też oferty nie tylko dla turystów z grubym portfelem.

Dzięki temu, że tanie linie lotnicze (Ryanair i Wizz Air) uruchamiają nowe połączenia, obecnie z Polski (Katowic, Krakowa, Warszawy i Modlina) można dostać się bezpośrednio na dwa sardyńskie lotniska – Cagliari i Alghero, a na trzecie z nich – pod Olbią – latają w sezonie letnim czartery polskich biur podróży. Do wyboru jest jeszcze inna ciekawa możliwość – podróż promowa z Półwyspu Apenińskiego. Dotarcie samochodem do jednego z portów zachodniego wybrzeża Włoch i rejs na Sardynię zajmuje zaledwie dwa dni. Coraz więcej turystów decyduje się na ten drugi sposób dostania się tutaj, a to ze względu na fakt, że podróżowanie swoim autem pozwala odkrywać wyspę na własną rękę. Jednak na stronach internetowych czy nawet w profesjonalnych przewodnikach brakuje szczegółowych informacji o mniej znanych sardyńskich atrakcjach. Dlatego zdecydowanie warto zwrócić się do lokalnych biur podróży o radę, jak w pełni wykorzystać urlop na czarującej Sardynii.

 

MIEJSCA DO ZOBACZENIA

Dla ciekawych, gdzie zaczęła się historia sardyńskiej turystyki, obowiązkowym przystankiem podczas zwiedzania będzie wspomniane Porto Cervo, eleganckie miasteczko z portem z luksusowymi jachtami, pełne ekskluzywnych butików, salonów samochodowych i wykwintnych restauracji. Niedaleko nabrzeża wznosi się biały Kościół Gwiazdy Morza (Chiesa di Stella Maris), idealnie wkomponowany w starannie zaprojektowane hotele i posiadłości, nazywany dziełem sztuki nowoczesnej. Został on zbudowany w typowo sardyńskim, surowym stylu przy użyciu surowców dostępnych na wyspie. Do wejścia do środka zachęca obraz Mater Dolorosa autorstwa El Greca.

Od lat wizytówką Sardynii pozostaje archipelag La Maddalena, znajdujący się na północnym wschodzie. Tworzy go 7 głównych, większych wysp (La Maddalena, Caprera, Santo Stefano, Budelli, Santa Maria, Razzoli i Spargi) i ponad 60 mniejszych. Zwane europejskimi Malediwami, przyciągają rzesze urlopowiczów. Mimo iż turyści przybywają tu przede wszystkim ze względu na słynące z przejrzystej, błękitnej wody i białego piasku plaże, warto zajrzeć także do stolicy archipelagu – 11-tysięcznego miasteczka La Maddalena. To urokliwa miejscowość z wąskimi uliczkami, połączona groblą z pobliską Caprerą, nazywaną wyspą Giuseppe Garibaldiego, gdyż ten włoski bohater narodowy właśnie na niej spędził ostatnie lata życia i zmarł w czerwcu 1882 r.

Na wschodnim wybrzeżu leży mniej znana, bo przyćmiona przez sławę La Maddaleny, zatoka Orosei (Golfo di Orosei), urzekająca zróżnicowaną linią brzegową o długości ponad 40 km. Wzdłuż niej ciągną się góry i lasy, poprzecinane trasami trekkingowymi, z których rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki. Większość plaż zatoki dostępna jest tylko od strony morza. Do niektórych można ewentualnie dotrzeć pieszo, ale taka wycieczka trwa ok. 3 godz. Najsłynniejsza z tutejszych plaż – Cala Luna – pojawia się często na zdjęciach reklamujących Sardynię. Jednak zatoka Orosei skrywa też kilka innych perełek, takich jak Cala Mariolu czy Cala Goloritzè.

Kolejnym ważnym punktem na turystycznej mapie wyspy jest zdecydowanie Alghero, zwane Barcelonetą, czyli małą Barceloną. To 44-tysięczne miasto ma prawdziwie hiszpański, a właściwie kataloński charakter. Można go dostrzec nie tylko w zabytkowej architekturze, ale także w lokalnej kuchni czy języku, którym posługują się miejscowi. Alghero słynie również z tego, że leży niedaleko (ok. 25 km) od cypla Caccia (Capo Caccia). U podnóży 110-metrowego klifu znajduje się tu jedna z najbardziej interesujących i unikatowych atrakcji Sardynii – Groty Neptuna (Grotte di Nettuno). Na tle innych europejskich jaskiń wyróżnia się ogromnym zróżnicowaniem form krasowych.

Podczas pobytu w okolicach Alghero większość osób decyduje się też na zahaczenie o miejscowość Stintino i plażę La Pelosa, która w 2013 r. zdobyła tytuł najpiękniejszej w całej Italii. W pobliżu znajdziemy także malownicze miasteczko Castelsardo słynące z wyrobu koszy wiklinowych. Swój urok zawdzięcza średniowiecznemu zamkowi wznoszącemu się nad zabudowaniami. Turystów przyciąga w te strony również zabytek przyrody – skała w kształcie słonia (La Roccia dell’Elefante). Innym urokliwym miastem położonym nieopodal jest Bosa, która oczarowuje kolorami ścian domów. Widok na nie często zdobi pocztówki z Sardynii. Pastelowe domy położone nad rzeką Temo to pochodzące z XVI stulecia warsztaty garbarzy, które według wielu odwiedzających przypominają Stary Most (Ponte Vecchio) z Florencji.

Na zachodzie wyspy znajdują się też pozostałości kolonii Tharros, założonej przez Fenicjan w VIII w. p.n.e. Miłośnicy archeologii wybierają jednak Sardynię ze względu na nuragi. Tych obiektów jest tu ok. 7 tys. Zbudowane z kamieni stożkowate wieże stanowią ślad po kulturze nuragijskiej. Choć do ich wzniesienia nie użyto żadnej zaprawy, zachowały się do dziś. Rzekomo właśnie tej cywilizacji mieszkańcy wyspy zawdzięczają fakt, że ich DNA jest inne niż Włochów. Najnowsze badania, z lutego 2017 r., pokazują, że Sardynia stanowi wyjątkowe miejsce na genetycznej mapie Europy. Prawie 80 proc. mitogenomów współczesnych Sardyńczyków nie występuje nigdzie indziej.

 

Zabytkowe Alghero podziwiane od strony morza

© UFFICIO STAMPA DELLA REGIONE AUTONOMA DELLA SARDEGNA

 

MAGIA, NATURA I DŁUGIE ŻYCIE

Jedno z najczęstszych haseł reklamujących wakacje w tym miejscu brzmi: Sardynia – wyspa magiczna. Większość osób ją wybierających jest przekonana, że określenie to wymyślono ze względu na przejrzystą wodę, białe plaże czy dziewiczy krajobraz. Jednak ta magiczność Sardynii dotyczy przede wszystkim wierzeń jej mieszkańców i ich zwyczajów. Mimo iż jak w całych Włoszech na wyspie największą grupę stanowią katolicy, to jeden z tych regionów Italii, gdzie zachowało się najwięcej lokalnych tradycji niezwiązanych z chrześcijaństwem. Większość z nich praktykuje się tylko podczas karnawału, ale odmienność miejscowych da się dostrzec na co dzień.

Osoby lubiące atmosferę magii powinny wybrać się do wnętrza Sardynii. Docierają tu nieliczni turyści, a mieszkańcy wiodą spokojne życie niewiele różniące się od tego, jakie było udziałem ich pradziadków. Będzie to wyprawa do kompletnie innego świata, gdzie oddycha się powietrzem nasyconym tradycjami, które Sardyńczycy traktują niezmiernie poważnie. W górzystym regionie Barbagia dawne zwyczaje praktykowane są nie tylko przez ludzi starszych, ale także i młodych, dumnych ze swojej kultury i pragnących zachować ją dla następnych pokoleń. Sardyńskie dziewczyny obwieszają się amuletami. Najbardziej znany z nich to su coccu, czyli okrągły obsydianowy kamień, który chroni przed złym spojrzeniem – klątwami rzucanymi przez osoby, które źle nam życzą. Na palcach u dłoni zarówno młode, jak i starsze kobiety noszą tzw. fede sarda. Ta cienka obrączka z kuleczkami oznaczającymi ziarna zboża to tradycyjny symbol płodności. Niektóre przedstawicielki płci pięknej udają się na prywatne sesje do szeptuchy, aby ta z oliwy wylanej na talerz odczytała, kto rzuca na nie złe uroki. Inne chodzą do fryzjera tylko wtedy, gdy księżyc znajduje się w ostatniej kwadrze, bo uważają, że podcięcie końcówek włosów w tym czasie sprawi, iż będą szybciej rosły.

Sardyńczycy są zresztą zdania, że wpływ księżyca na ludzki organizm jest znaczący. Od jego faz uzależniają również sadzenie i podcinanie roślin. Wyspiarze mają niezwykły kontakt z naturą, dlatego też wyjątkowo ją szanują. Na Sardynii nie zobaczymy zaśmieconych ulic jak w niektórych miejscach we Włoszech. Położone na północnym zachodzie wyspy Sassari w 2014 r. uzyskało tytuł najczystszego włoskiego miasta, a Nuoro (stolica Barbagii) i Oristano (leżące na zachodzie) zostały okrzyknięte miastami z najczystszym powietrzem w kraju. Sardyńczycy obsesyjnie przestrzegają zasad segregacji śmieci, a nade wszystko dbają o przetrwanie gatunków roślin i zwierząt zagrożonych wyginięciem. Wokół wybrzeża Sardynii dno morskie porasta posidonia, która nie tylko dezynfekuje wodę i sprawia, że jest ona przejrzysta niczym lustro. Gdy nadchodzi mistral – jeden z wiatrów dominujących w tej okolicy – wyrzucone na brzeg rośliny swoim ciężarem utrzymują piasek na ziemi. Dla mieszkańców wyspy to bardzo ważne. Już od wielu lat obowiązują tu ogromne kary pieniężne za wywożenie muszli, kamieni, żwiru czy piasku, dochodzące do kilku tysięcy euro. Niektórym takie podejście może się wydawać absurdalne, ale według oficjalnych danych zebranych przez lotnisko w Elmas (pod Cagliari) latem 2015 r. tylko w ciągu trzech miesięcy turyści odwiedzający Sardynię próbowali wywieźć ponad 5 t morskiego piasku! Dodatkowo w tym roku na jednej z najbardziej znanych plaż, La Pelosie leżącej niedaleko Stintino, wprowadzono zakaz rozkładania ręczników. Ma to zapobiec zbytniemu ugniataniu piasku, a także wynoszeniu go poza strefę przybrzeżną. Z każdym kolejnym sezonem letnim wydłuża się też lista plaż, na których obowiązują ograniczenia co do liczby przebywających na nich osób. Celem tych wszystkich decyzji administracyjnych jest – oczywiście – ochrona sardyńskich cudów natury przed zniszczeniem.

Jedno z największych wyróżnień, jakie spotkało tę drugą pod względem wielkości wyspę Morza Śródziemnego (po Sycylii), stanowi fakt, że należy ona do grupy pięciu istniejących na świecie Błękitnych Stref (Blue Zones). Oznacza to, że odnotowano tu znaczny odsetek stulatków. Co jeszcze ciekawsze, Sardyńczycy są społecznością z największą liczbą stuletnich mężczyzn. Mieszkańcy wyspy cieszą się dobrym zdrowiem i ponadprzeciętną kondycją fizyczną przez długie lata. Dan Buettner, amerykański badacz, który wprowadził termin Blue Zones, twierdzi, że długowieczność wyspiarzy wynika z właściwego odżywiania, odpowiedniej ilości czerwonego wina w diecie oraz prowadzenia aktywnego trybu życia.

Prowincję Ogliastra i Barbagię (tzw. Blue Zone) zamieszkuje duża liczba stulatków

© FOTOTECA ENIT

 

PROSTE PRZYJEMNOŚCI

Kuchnia Sardynii jest prosta i opiera się na lokalnych składnikach, dostępnych w danym okresie. Nie sprowadza się tu żywności z zewnątrz i nie korzysta z półproduktów. Miejscowi żartują, że na wyspie mieszka ponad 1,6 mln ludzi i ok. 4 mln owiec. Ma to swoje odbicie w diecie – na liście typowo sardyńskich produktów dominują sery owcze (w tym pecorino sardo). Sardynia jest regionem pasterskim. Do tradycyjnych lokalnych potraw można zaliczyć gotowaną w rosole jagnięcinę (pecora bollita). Najstarsze sardyńskie przepisy pochodzą z wnętrza wyspy, gdzie pasterze ukrywający się przed najeźdźcami zmuszeni byli do zaopatrywania się w produkty o długim terminie ważności. Mało kto jada tutaj zwykły, świeży chleb. Sardyńczycy zadowalają się pane carasau – cienkim plackiem, przypominającym podpłomyk, wypiekanym jedynie z mąki z pszenicy durum, drożdży, wody i soli. Jego ulepszona wersja to pane guttiau, nasączony oliwą i posolony chleb, często serwowany jako zamiennik chipsów. Za tutejszy unikatowy produkt uchodzą również miody, m.in. miele di asfodelo (ze złotogłowia), miele di cardo (z kwiatów ostu) czy miele di corbezzolo (z chruściny jagodnej). Ten ostatni charakteryzuje się gorzkim smakiem i jest często podawany z serami. W rejonie wybrzeża popularnością cieszy się też zdecydowanie bottarga, czyli suszona ikra cefala lub tuńczyka o intensywnym pomarańczowym kolorze. Najczęściej stanowi ona dodatek do makaronu, ale wielbiciele potraw rybnych jedzą ją także samą, pokrojoną w plasterki i w połączeniu np. z karczochami. Pierwsze miejsce wśród najdziwniejszych i najbardziej tradycyjnych produktów na wyspie zajmuje od lat casu marzu, znany bardziej jako tzw. ser z robakami. Mimo iż dyrektywy unijne zakazują oferowania degustacji i sprzedaży tego owczego przysmaku, to jego produkcja w gospodarstwach domowych nie została całkowicie wstrzymana. U niektórych pasterzy w Barbagii wciąż jeszcze kupimy go nieoficjalnie. Robaki, które się w nim znajdują, to żywe larwy muchówki gatunku Piophila casei (sernicy pospolitej).

Przy omawianiu lokalnej kuchni nie sposób nie wspomnieć też o wyrobach alkoholowych. Szczep cannonau rosnący w Olienie został przywieziony na Sardynię z Toskanii przez jezuitów. To z niego powstaje czerwone wino cannonau i nepente. Oba są wytrawne i charakteryzują się dość dużą zawartością alkoholu. O sardyńskim winie śpiewano, czyniono je tematem poematów i zachwycano się nim w całym kraju. Gabriele D’Annunzio (1863–1938), włoski pisarz i poeta pochodzący z Pescary, pisał: Tobie, o wino z wyspy, oddaje swe ciało, a także i duszę. (…) Obym mógł do ostatniego tchu mego cieszyć się twym zapachem i od twego koloru mieć nos na zawsze rumiany. Warto dodać, że cannonau zawiera bardzo dużą ilość polifenoli, czyli związków chemicznych uważanych za niezmiernie korzystne dla zdrowia. Przypisuje się im m.in. działanie przeciwnowotworowe. Jako napitek ułatwiający trawienie na Sardynii stosuje się likier mirto robiony z jagód mirtu. Na wyspie znajdziemy również lody mirtowe i marmoladę czy torrone, czyli kolejny sardyński przysmak, przygotowany na bazie miodu i migdałów zatopionych w masie z białka jaja kurzego, przypominający znany wszystkim nugat.

 

ZROZUMIEĆ SARDYŃCZYKA

Kolejną rzeczą wyróżniającą Sardynię na tle innych regionów Włoch jest język. Wbrew temu, co sądzi wiele osób, nie należy on do dialektów włoskiego. Dopiero w 1997 r. sardyński (limba sarda, sardu) stał się oficjalnym językiem urzędowym na wyspie. W 1999 r. uzyskał status języka mniejszościowego, co oznacza, że znacznie odróżnia się od oficjalnego języka państwa oraz języków imigrantów. Uważa się, że przypomina on mieszankę hiszpańskiego, greckiego i włoskiego. Na zachodzie Sardynii mówi się po katalońsku, czyli dokładnie tak jak np. w Barcelonie. Prawdziwy sardyński da się usłyszeć – oczywiście – w centrum wyspy. Na wybrzeżu spotkamy jego przeróżne odmiany, bo wyróżnia się tu mniej więcej sześć dialektów. Większość Sardyńczyków poznaje język włoski dopiero na pierwszych lekcjach w szkole. Można więc powiedzieć, że są narodem dwujęzycznym. W efekcie mieszkańcy wyspy mówią bardzo poprawnie po włosku i dogadamy się z nimi, jeśli także nauczyliśmy się języka z książek. Dzięki nowym projektom unijnym sardyński zostanie wprowadzony do szkół. Sardyńczycy czują się z tego powodu – oczywiście – niezmiernie dumni.

W Barbagii można poza tym spotkać jeszcze tenores – mężczyzn śpiewających a cappella w języku sardyńskim. Ich śpiew (canto a tenore, cantu a tenore) wpisano w 2008 r. na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Występy odbywają się zawsze w kwartecie (solista, bas, kontralt i baryton).

 

BOSKI ŚLAD

Poznanie wszystkich wspomnianych atrakcji wymaga aktywności i dociekliwości ze strony turystów, często też wsparcia doświadczonych miejscowych przewodników. Bardzo przydatna w tym przypadku jest również dobra znajomość języka włoskiego.

Ze względu na rozwój turystyki na Szmaragdowym Wybrzeżu do wyspy w ostatnich latach przylgnęła łatka drogiego, ekskluzywnego kierunku z rajskimi plażami dla milionerów. Taką Sardynię także można zobaczyć. Jednak z pewnością nie to stanowi jej największą atrakcję.

Im więcej tajemnic wyspy odkrywamy, tym bardziej nas ona wciąga i fascynuje. Jednocześnie zaczynamy rozumieć, na czym naprawdę polega jej magia. Jedna wizyta na pełnej kontrastów czarującej Sardynii nie wystarczy. Zresztą mało kto odwiedza ją tylko raz i nie marzy o powrocie.

Legend o powstaniu wyspy jest wiele. Według jednej z najbardziej znanych, gdy Bóg stworzył świat, zorientował się, że zostało mu w dłoni kilka kamieni. Rzucił je zatem gdzieś na środek morza, po czym przycisnął dokładnie stopą. Starogrecka nazwa Sardynii (w formie zlatynizowanej) – Ichnusa – oznacza właśnie stopę (sandał). Ponieważ Bóg widział, że jego nowe dzieło nie jest idealne, postanowił wziąć z każdego kontynentu to, co najpiękniejsze, i przenieść te cuda natury właśnie tutaj. Dlatego też do dziś Sardynię nazywa się wyspą siedmiu kontynentów albo małym kontynentem. Rzeczywiście, na powierzchni 24 tys. km2 znajdziemy tu po trochu wszystkiego i właśnie to osobliwe połączenie sprawia, że sardyńskie krajobrazy są jedyne w swoim rodzaju i coraz więcej osób chce na własne oczy przekonać się, czym zachwycają się wszyscy, którzy już odwiedzili ten magiczny zakątek Włoch.

 

Wydanie Lato 2018