Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl

Posągi na terenie świątyni Pura Nunggu
99


Indonezja leży wzdłuż równika. W jej granicach znajduje się 17 508 wysp Archipelagu Malajskiego, z których tylko mniej więcej jedna trzecia – ok. 6 tys. – jest zamieszkała. Tworzą one niezwykłą mozaikę kultur, krajobrazów, zwyczajów, architektury, kuchni i religii. Wciąż można w tym kraju znaleźć wiele jeszcze nieodkrytych miejsc. Czeka w nim na nas z jednej strony błogi wypoczynek w niezmiernie komfortowych warunkach, a z drugiej – fascynująca przygoda. To prawdziwy wakacyjny i podróżniczy raj. 


Jedyne, co pozostaje tu stałe, to temperatura powietrza. W ciągu roku wynosi średnio 28°C na nizinnym wybrzeżu, 26°C w głębi lądu i na terenach wyżynnych oraz 23°C w wyżej położonych regionach górskich. Republika Indonezji uchodzi obecnie za bardzo popularny cel wyjazdów. Pod względem geograficznym położona jest w Azji Południowo-Wschodniej i Oceanii. Od południowego zachodu otacza ją Ocean Indyjski, a od północnego wschodu – Pacyfik. To wyspiarskie państwo graniczy z Malezją (na Borneo), Timorem Wschodnim (na Timorze) i Papuą-Nową Gwineą (na Nowej Gwinei).


Ogromne odległości w Indonezji najwygodniej pokonywać samolotem. Narodowe linie lotnicze Garuda Indonesia stworzyły siatkę połączeń, dzięki którym można łatwo dostać się do najodleglejszych miejsc w kraju. Z dnia na dzień rośnie liczba lotnisk, nawet tych obsługujących loty międzynarodowe.


JAZZOWA STOLICA

Idylliczny archipelag Raja Ampat
Raja Ampat Inseln 3
© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE/WWW.TOURISMUS-INDONESIEN.DE

Stołeczna 10-milionowa Dżakarta zaskakuje nowoczesnymi wieżowcami i gmachami wyrastającymi często z typowego azjatyckiego postkolonialnego chaosu architektonicznego, jaki pozostawili po sobie rozmaici osadnicy. Zakrojone na szeroką skalę inwestycje stopniowo wprowadzają ład w tym mętliku, który Europejczykowi wydaje się nie do ogarnięcia. W Indonezji żyje ok. 256 mln ludzi, z czego aż 57 proc. (145 mln) mieszka na nie tak znów wielkiej Jawie (niemal 130 tys. km² powierzchni). Tutejsze miasta to wielomilionowe molochy, a Dżakarta jest największym z nich. Mimo to podczas zwiedzania z każdą chwilą robi coraz lepsze wrażenie. W jej historycznej części ze zwodzonym mostem widać wpływy holenderskie. Wygląda ona jak wyjęta z dawnych rycin przedstawiających amsterdamskie kanały. Stąd niedaleko już do portu, z którego łodzią motorową możemy wyruszyć do krainy tysiąca wysp.


Lubię mój widok z okna ogromnego tchnącego kolonialną atmosferą Hotelu Borobudur Jakarta na rozległy park z potężną ekspresyjną rzeźbą umieszczoną na cokole wystającym wysoko ponad okazałe drzewa. Dalej widać największy w tej części Azji meczet Istiqlal (Masjid Istiqlal), mogący pomieścić śmiało ponad 120 tys. wiernych. Naprzeciw niego wznosi się strzelista katolicka Katedra Wniebowzięcia NMP. Nazwać ją neogotycką byłoby nadużyciem. Jej wieże przypominają raczej szaleństwa Antoniego Gaudíego w wersji ażurowej. Horyzont zamykają niezliczone drapacze chmur nowoczesnej części miasta. Taka właśnie jest Dżakarta – niezmiernie różnorodna.


Mój hotel stanowił też główną siedzibę odbywającego się na początku marca 2016 r. ważnego wydarzenia muzycznego – Jakarta International Java Jazz Festival, obecnie jednego z największych festiwali jazzowych na świecie. Jego tegoroczna dwunasta edycja robiła porywające wrażenie, zadziwiała znakomitą organizacją i wielkim rozmachem. Wspaniali artyści, w tym światowe gwiazdy występujące na kilkunastu scenach, przyciągnęli niezliczone tłumy słuchaczy i fanów jazzu z Indonezji i całego globu. Lista wykonawców była niewiarygodnie długa, ale wystarczy wymienić tylko niektórych z nich, takich jak Sting, Chris Botti, David Foster, Candy Dulfer, Eric Benét, Larry Coryell, Orquesta Buena Vista Social Club czy Michelle Walker, aby pokazać wysoki poziom imprezy. Wśród znanych muzyków pojawili się również Polacy, np. Wojtek Pilichowski i członkowie zespołu Dwiki Dharmawan & His Polish Friends – Piotr Chęcki, Adam Golicki i Piotr Lemańczyk.


To zresztą nie jedyne polskie akcenty. Jakarta International Java Jazz Festival nie odbyłby się bez Petera Fransa Gonthy, ambasadora Indonezji w Polsce i wielbiciela jazzu i muzyki w ogóle. Dzięki jego pasji i świetnemu zmysłowi organizatorskiemu to wydarzenie z roku na rok staje się coraz bardziej imponujące.


MAGICZNA WYSPA

Aktorzy występujący w balijskich spektaklach często noszą maski

IMG 0628
© JERZY PAWLETA

Lecę na Bali, do 850-tysięcznego Denpasar. Już lotnisko wygląda jak zapowiedź czegoś niezwykłego. Wita mnie potężna i zaskakująca swoim strzelistym kształtem brama, pełna hinduistycznych rzeźb. Jest repliką wejść do największych tutejszych świątyń. Po przejeździe przez niekończący się pasaż restauracyjno-handlowo-usługowy usytuowany wzdłuż wybrzeża docieram do hotelu z otwartym basenem i restauracją na dachu, z którego podziwiać można słońce chowające się za horyzontem wyznaczanym przez Ocean Indyjski. Ja ten spektakl planuję oglądać, jak dziesiątki innych turystów, z plaży usytuowanej po drugiej stronie wąskiej, ale ruchliwej ulicy. Siedzimy na piasku, wpatrując się w linię oddzielającą wodę od nieba i przyglądając się akrobacjom ostatnich tego dnia surferów. Spośród mnóstwa kolczyków, bransoletek czy wisiorków oferowanych przez barwnych sprzedawców wybieramy jedną najbardziej urzekającą ozdobę, aby przypominała nam zachód słońca na Bali.


Potem wybieram się do leżącej poza miastem wioski rybackiej Jimbaran, obecnie popularnego kurortu turystycznego pełnego nadmorskich knajpek. Wszystkie wychodzą wprost na plażę. Stoliki ustawione są na piasku aż do linii wody. Podają tu świeże ryby, owoce morza, lokalne zupy i inne niezliczone orientalne przysmaki. Na stole, pośród migoczących na wietrze świec, ląduje danie sate lilit – typowe dla balijskiej kuchni szaszłyki rybne nadziewane na źdźbła trawy cytrynowej. Według programu CNNGo należą one do 50 najsmaczniejszych potraw na świecie. W pobliżu rozbrzmiewa indonezyjska muzyka. Z cienia nocy wyłania się Balijka i rozpoczyna piękny i skomplikowany taniec. Trudno oderwać od niej oczy.


Następnego dnia jadę na kolejne spotkanie z Bali. Mijam kilometry niskich rodzinnych zabudowań z własnymi świątyniami. Zachwycają mnie przepych architektury, bogata ornamentyka i niezwykłe posągi. Urzeka piękno kompozycji kwiatowych czy roślinnych. Świątynie przydomowe stawia się, żeby oddawać cześć nie tylko hinduistycznym bóstwom, lecz także duchom przodków. W każdej z nich codziennie składana jest ofiara zwana banten (są to zwykle kadzidła, kwiaty, ale też np. ciasteczka, słodycze, owoce, papierosy lub pieniądze).


Jeszcze przed lunchem docieram pod Bratan (2276 m n.p.m.), wulkan z trzema kalderami, często mylonymi z kraterami. Na jego zboczach w sąsiedztwie wioski Jatiluwih usytuowane są opadające tarasowo, malownicze pola ryżowe, miejsce wpisane w 2012 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (widnieje na niej pod nazwą Krajobraz kulturowy prowincji Bali – system „subak” jako manifestacja filozofii Tri Hita Karana). Przemierzam plantacje, podziwiając misterne rozwiązania doprowadzające ściśle określoną ilość wody do sadzonek. Otoczone barwnymi kompozycjami roślinnymi świątynie wodne, które wystają ponad soczystą zieleń, spełniają również bardzo pragmatyczną funkcję. Służą do wytyczania poszczególnych poletek. Stanowią też centrum całego systemu składającego się z kanałów i śluz, zwanego subak, którego dzieje sięgają IX w. Jest on odzwierciedleniem ideałów Tri Hita Karana, filozofii łączącej sferę ducha, światów ludzi i przyrody, powstałej w wyniku kontaktów kulturalnych między Bali i Indiami na przestrzeni ostatnich 2000 lat.


Tutejszy ryż smakuje przepysznie. Mogłem się o tym przekonać w miejscowej knajpce. Podaje się w niej m.in. specyficzny lekko alkoholowy napój w intensywnie zielonym kolorze, niesamowity różowy ryż czy jedną z klasycznych potraw Indonezji – nasi goreng. Jej podstawę stanowi smażony ryż i jajko, do których kucharz dodaje według uznania warzywa, różne mięsa lub owoce morza. Warto pozostać tu dłużej, aby w spokoju delektować się niezwykłymi widokami i potrawami.


Następnie udaję się do XVI-wiecznej hinduistycznej świątyni wznoszącej się na skale wystającej z wody. Jej nazwa – Tanah Lot – w języku balijskim oznacza po prostu „Ziemia w morzu”. To jedno z najświętszych miejsc na wyspie. W grocie pod świątynią odbywa się misterium, do którego ustawia się kolejka pielgrzymów i zaciekawionych przybyszów. Ja także znajduję się w ich gronie. Oddajemy się obrządkowi publicznego oczyszczenia, kapłan kciukiem naznacza nasze czoła ryżem. Za ucho wkładają nam mały symboliczny kwiat. Na tacach trzymanych przez ubranych w białe szaty mężczyzn ląduje za każdym razem kilka tysięcy rupii indonezyjskich, czyli mniej więcej kilka złotych.


Po takiej odnowie duchowej zasiadam w restauracji z widokiem na cały klif i świątynię. Obok, w niewielkim teatrze na świeżym powietrzu odbywa się słynny spektakl indonezyjski kecak. Jest on hipnotyzującym połączeniem gry aktorskiej, śpiewu i tańca. Zaczyna się zawsze tuż przed zachodem słońca. Aktorzy w demonicznych maskach odgrywają swoje role przy wtórze chóru półnagich śpiewaków siedzących wokół centralnego postumentu (małej świątyni), na którym palą się ognie.


BALIJSKI SYLWESTER

Na Bali obchodzi się bardzo wiele świąt. Ja trafiłem na Nyepi (dzień Nowego Roku w kalendarzu balijskim) wypadające w marcu (niekiedy w kwietniu). Miejsce, w którym znalazłem się w tym czasie, było idealne. Nowoczesny resort De Klumpu Bali zbudowano w tradycyjnym i ekologicznym stylu pośród pól ryżowych w pobliżu malowniczej świątyni i wioski, w której urodził się Putu Winastra, właściciel kompleksu i pięknej rezydencji o cechach typowej balijskiej architektury. Właśnie w tej charakterystycznej dla Bali osadzie, gdzie każdy dom ma swoją małą świątynię, uczestniczyłem (jako jedyny turysta) w całodniowych obchodach wigilii Nyepi. Składano dary bogom, odprawiano kolorowe rytuały religijne, brano udział w grach hazardowych czy walkach kogutów. Kulminacyjny punkt święta stanowił Ngrupuk, popołudniowa parada kilkudziesięciu olbrzymich wielobarwnych rzeźb wykonanych ze sklejonego papieru, przedstawiających hinduistyczne bóstwa oraz mitologiczne demony (ogoh-ohog), niesionych na specjalnych konstrukcjach na ramionach dorosłych, młodzieży i dzieci. Wiele z tych pochodów, którym towarzyszyły koncerty żywiołowej muzyki gamelan, kończyło się szalonym tańcem i niszczeniem tych strasznych postaci. Ciemności nocy rozjaśniały blaskiem ognia podpalane figury.


Następnego ranka zaczyna się Nyepi (Dzień Ciszy) – czas refleksji, zadumy, planów na nowy rok, robienia postanowień i zmian na lepsze. Nikt nie opuszcza wtedy swojego domu. Na całej wyspie panuje błogi spokój. Nie działa komunikacja, nawet lotniska nie obsługują pasażerów. Ja z resortu wymknąłem się jedynie do sąsiedniej świątyni. Pozostały czas spędzałem na smakowaniu serwowanych gościom tradycyjnych balijskich potraw, kąpieli w basenie, lekturze, podziwianiu z mojego tarasu wspaniałych widoków na Agung (3031 lub 3142 m n.p.m.) – najwyższy i ciągle czynny wulkan Bali.


Kolejny dzień zaczynam wyprawą do niedawno odkrytego malowniczego wodospadu. Z moim przewodnikiem najpierw maszerujemy przez pola ryżowe, potem mijamy małą osadę i świątynie, przedzieramy się przez fragment dżungli, pokonujemy chybotliwy most nad głębokim jarem. Zawiesiwszy plecaki na drągach, które trzymaliśmy nad głowami, przeprawiamy się przez rzekę zanurzeni po pas w wodzie. Po przekroczeniu wąskiego skalnego kanionu docieramy do wodospadu opadającego z kilkunastu metrów niemal wprost na nas. Nie pozostaje nam nic innego jak się w nim zanurzyć i skorzystać z masażu wodnego. To była prawdziwa frajda.


Po powrocie na polu przy resorcie czeka już na mnie para bawołów z tradycyjnym przyrządem do prac rolniczych. Mam za zadanie przygotować pole pod uprawę ryżu. Na początku brodzę po kostki w błocie, aby za chwilę zostać ochlapany od stóp do głów. Kolejny etap stanowi umieszczanie w ziemi sadzonek. Przy 30-stopniowym upale nie jest to lekka praca. Ja na szczęście na jej zakończenie dostaję lunch i zimne piwo.


Po krótkim odpoczynku udajemy się na drugi koniec wsi do pięknego tradycyjnego domu właściciela resortu De Klumpu Bali – Putu Winastry. Tu przy pomocy miejscowych kucharek uczę się przygotowywać kilka indonezyjskich dań. Muszę przyznać, że sprawiło mi to mnóstwo radości.


KULTURALNA STOLICA BALI

Miasto Ubud to obowiązkowy przystanek dla każdego turysty przemierzającego wnętrze Bali. Mnogość hoteli i pensjonatów powoduje, że trudno wybrać ten najbardziej nam odpowiadający. Ja miałem szczęście być zaproszonym do Suarti Boutique Village, luksusowego resortu leżącego tuż poza centrum. Wychodzący na pola ryżowe obiekt składa się z kilkunastu drewnianych pawilonów umieszczonych pośród zieleni i kanałów z czystą wodą, a także kilku ekskluzywnych domków z własnym basenem. Zaletą tego miejsca jest też bliskość muzeum ARMA (Agung Rai Museum of Art), jednej z najciekawszych placówek w 30-tysięcznym Ubud. W kilku stojących w pięknym parku budynkach galerii, stworzonej przez Agunga Raia, zebrano eksponaty sztuki tradycyjnej, współczesnej, balijskiej i światowej. Chwilę wytchnienia da nam mała kafejka (kawa w cenie biletu) sąsiadująca z muzealnym sklepikiem oferującym pamiątki w całkiem rozsądnej cenie. Swoją jakością zdecydowanie przewyższają rzeczy, które znajdziemy w większości turystycznych sklepów w mieście.


Przy centralnej ulicy Ubud, pełnej knajpek, barów i galerii malarstwa, mieści się mnóstwo wspaniałych świątyń i pałaców, które wolno zwiedzać za darmo. Za wstęp zapłacimy jedynie, jeśli będziemy chcieli wziąć udział w wieczornych pokazach tańca balijskiego i muzyki gamelan. To z nich słynie miasto. Świątynię Saraswati (Pura Taman Saraswati) możemy podziwiać, siedząc w Cafe Lotus przy kawie, lokalnym piwie Bintang lub drinku. Z całą pewnością warto również odwiedzić położone za dwoma mostami Muzeum Don Antonio Blanco z pracami ekstrawaganckiego, erotyzującego malarza Antonia Blanco (1912–1999), stylizującego się na Salvadora Dalego. Choć temu twórcy daleko do mistrza surrealizmu, samo miejsce ma interesujący charakter, zupełnie inny od całej wyspy. Z ozdobionego złotymi figurami tancerek dachu budowli rozpościera się widok na okolicę. Wieczorem bary i restauracje przy głównej ulicy Raya Ubud (Jalan Raya Ubud) oraz kilku sąsiednich rozbrzmiewają muzyką i wypełniają się turystami i rozbawioną młodzieżą.


TAJEMNICE HINDUIZMU

Wulkan Batur (1717 m n.p.m.) leży we wnętrzu rozległej kaldery o wymiarach 10 x 13 km z ogromnym jeziorem o tej samej nazwie. Łatwy dostęp do szczytu powoduje, że chętnych do podziwiania wschodu słońca z krawędzi krateru wciąż przybywa. Rozpościerająca się stąd panorama zdecydowanie wynagradza trud, jaki włożymy w półtoragodzinną wspinaczkę. Turyści odwiedzający ten rejon wyspy ograniczają na ogół swój pobyt do jednego noclegu w oferującym bajeczny widok na całą okolicę Lakeview Hotel & Restaurant i nocnego wymarszu na wulkan. Warto tu jednak zatrzymać się na dłużej, aby po zejściu zanurzyć się w gorących źródłach pięknie zagospodarowanego kompleksu basenów wychodzących wprost do jeziora, podziwiać wyjątkową architekturę pobliskich wiosek, zwiedzić drugą pod względem ważności na Bali (zaraz po Pura Besakih na zboczu góry Agung) świątynię Ulun Danu Batur (Pura Ulun Danu Batur) czy poznać tutejsze magiczne miejsca. Wyznaczają je ukryte w bujnych tropikalnych lasach hinduistyczne obiekty sakralne, w których rzeźby swoim kształtem i symboliką przywodzą na myśl raczej wierzenia animistyczne. Jeden z nich stanowi niezmiernie rzadko odwiedzany przez turystów Pura Nunggu. Wykonawcy jego drewnianych posągów inspiracji szukali podczas wielogodzinnych medytacji. Efekty ich pracy są zadziwiające, kojarzą się bardziej z sennymi koszmarami niż relaksującymi wizjami.


Niezwykłym miejscem jest też cmentarz przy jednej z najstarszych miejscowości na Bali. Wioska Trunyan (Terunyan) leży na wprost wulkanu Batur. Dzieli ją od niego jedynie jezioro (Danau Batur). Ta nekropolia to jeden z trzech cmentarzy w rybackiej osadzie, a każdy z nich został przeznaczony dla osób zmarłych innego rodzaju śmiercią. Dostać się do niej można wyłącznie łodzią. Zwłoki układane są pod rosnącym tylko w tym rejonie drzewem taru menyan, które neutralizuje zapach rozkładających się ciał. Znajduje się tu miejsce jedynie dla jedenastu zmarłych. Czaszki i kości poprzedników układa się obok bambusowych klatek służących za tymczasowe trumny. W przylegającej do cmentarza, pochłanianej przez dżunglę świątyni królują wszędobylskie niewielkie małpy. Atmosfera nekropolii przypomina nastrój z filmów grozy.


SIELSKA PÓŁNOC

Większość turystów przybywających na Bali zatrzymuje się na południu wyspy. Przepełniona Kuta wygląda jak typowy nadmorski kurort wypełniony sklepami, hotelami, knajpkami i barami. Ja wybrałem przeciwległą część lądu i niezmąconą ciszę i nienaruszoną naturę północy. W zachodniej części tego regionu, niemal na samym końcu wyspy znalazłem rybacką osadę Pemuteran, malowniczo położoną pomiędzy górami i Morzem Balijskim. Mieszają się w niej wpływy stanowiących większość w Indonezji muzułmanów (87,2 proc. populacji) i balijskich wyznawców hinduizmu. Pobliskie świątynie nie są sakralnymi pomnikami, a żywymi wspólnotami wiernych i kapłanów odprawiających rytuały. Możemy tu uczestniczyć w obrzędach religijnych jednoczących wiejską społeczność.


Nieco inny obraz miejscowości Pemuteran tworzą wyrastające jak grzyby po deszczu nowoczesne kameralne resorty turystyczne. Dzięki czystej wodzie, dbaniu o środowisko naturalne i współpracy właścicieli z lokalną społecznością wypoczynek w tym miejscu jest wyjątkowo relaksujący. Nikt nie narzuca się nam z ofertami nurkowymi, paciorkami czy tureckim kebabem na wynos. W balijskich knajpkach zjemy znakomite balijskie potrawy, w muzułmańskich – muzułmańskie. W resortach wykupimy rejs łodzią rybaków, którzy wypłyną z nami w morze, żebyśmy mogli podziwiać bogactwo tutejszych raf koralowych. W góry zaprowadzą nas lokalni przewodnicy. Obsługę obiektów stanowią wyłącznie mieszkańcy wioski. Prekursorem takiego modelu turystyki w tym rejonie był Agung Prana, który opuścił Denpasar, aby zrealizować swoją wizję wypoczynku w zgodzie z prawami natury, w duchu współpracy, poszanowania prywatności, religii i szacunku dla ludzi. Jego leżący nad brzegiem morza Taman Sari Bali Resort & Spa jest doskonałym odzwierciedleniem tego pomysłu. Dużą wagę przywiązuje się tutaj do odbudowy rafy koralowej. Podczas nurkowania przy plaży bez trudu dostrzeżemy podwodne konstrukcje, na których z użyciem nowoczesnych technologii powstaje ten ekosystem. Kilkaset metrów dalej rafa odnawia się w sposób naturalny. Choć rozwija się wolniej, jej kolory są jeszcze bardziej wyraziste. Kilka dni, które spędziłem w Taman Sari Bali Resort & Spa, sprawiły, że poczułem się wyjątkowo wypoczęty i zrelaksowany. W mojej komfortowej willi z widokiem na morze lubiłem szczególnie ozdobioną wieloma rzeźbami łazienkę pod gołym niebem. Po takim odpoczynku z nowymi siłami ruszyłem dalej w drogę.


SMOKI Z KOMODO

Następnym przystankiem było portowe miasteczko Labuan Bajo położone na Flores w Małych Wyspach Sundajskich (Nusa Tenggara). Przed hotelem stojącym nad samym brzegiem morza gości witała grupa tradycyjnie ubranych śpiewaków. Ceremonia zaczęła się od groźnego wymachiwania szablą, a skończyła na degustacji lokalnego niskoprocentowego trunku. Towarzyszyły jej niemal nieustanne przyjazne uśmiechy wyspiarzy.


Z niewielkiego portu motorówką z trzema potężnymi silnikami wyruszamy w stronę pobliskiego Parku Narodowego Komodo na wizytę u jego niesamowitych mieszkańców. Tutejsze ogromne warany, które przetrwały tylko w tym rejonie świata, nazywa się smokami z Komodo. Spotkanie z nimi to niezwykłe przeżycie, szczególnie że gady nie boją się ludzi i podchodzą zupełnie blisko. O nasze bezpieczeństwo dbają strażnicy uzbrojeni w długie kije rozwidlone na końcu. To wystarczająca obrona, choć te ponad 3-metrowe i ważące do 100 kg największe współcześnie żyjące jaszczurki potrafią rozpędzić się do 20 km/godz. i uderzeniem ogona powalić dużo większego przeciwnika. Atakują znienacka, z ich zachowania nie można odczytać ich zamiarów. Nie wolno więc ignorować ich pozornego spokoju i należy słuchać ostrzeżeń strażników.


Długi trekking po wyspie kończymy wspinaczką na wzgórze, z którego rozciąga się wspaniały widok na Małe Wyspy Sundajskie oraz tutejszą zjawiskową Różową Plażę. Jej biały piasek na kolor różu zabarwiają otwornice. To w to miejsce udajemy się na nurkowanie wzdłuż raf koralowych położonych przy malowniczej linii brzegowej Komodo, gdzie w krystalicznie czystej wodzie podziwiać można setki kolorowych ryb. Na koniec jemy lunch pod kwitnącymi drzewami namorzynowymi.


OSTATNI RAJ NA ZIEMI

Rejon archipelagu Raja Ampat w prowincji Papua Zachodnia promuje się określeniem „ostatni raj na ziemi”. Nie ma w nim zresztą żadnej przesady. Ten region leży na skraju Oceanu Spokojnego. Wszystkich wysp i wysepek naliczono tutaj aż ponad 1500. Miejscowej florze i faunie bliżej do tej australijskiej niż azjatyckiej. Na archipelagu spotkamy np. torbacze. Według badaczy lokalne wody odznaczają się olbrzymią różnorodnością występujących w nich stworzeń. Znajdziemy w nich ponad 1500 gatunków ryb i niemal 540 gatunków koralowców, w tym wiele endemicznych.


Pomiędzy wyrastającymi wprost z oceanu wysepkami i skałami o fantastycznych kształtach usytuowane są niewielkie platformy do nurkowania. Po przybiciu łodzią do jednej z nich oddajemy się przyjemności kąpieli. Tuż obok, nad złocistą plażą chatę na palach zbudował rybak. Wita nas wraz z całą swoją rodziną i oprowadza po skromnym domostwie. Wspinamy się na stromą górę znajdującą się na końcu piaszczystego brzegu. Roztacza się z niej wspaniały widok na całą okolicę. Opływamy ozdobione palmami wysepki otoczone białymi plażami. Woda zmienia barwę od głębokiej zieleni przez turkus aż po srebrzystą szarość, w zależności od głębokości i rodzaju podłoża. Nurkujemy w kolejnym bajecznym miejscu z niesamowicie kolorowymi koralowcami. Setki ryb przemykają przed moją maską, niektóre podpływają zupełnie blisko, z ciekawością przyglądając się dziwnemu stworowi w płetwach, i czmychają natychmiast, gdy tylko wysuwam rękę w ich stronę.


Mam nadzieję, że mieszkańcom tego regionu uda się utrzymać obrany przez nich kierunek rozwoju turystyki. Powstają tu jedynie niewielkie klimatyczne resorty. Odwiedzamy jeden z nich – Papua Explorers. Na piaszczystym brzegu wznosi się na palach kilkanaście bungalowów w tradycyjnym papuaskim stylu. Zostały zbudowane z lokalnych materiałów, dostarczanych z okolicznych wiosek. Łoże z baldachimem kusi, aby się na nim wyciągnąć, ale wybieram hamak na werandzie, z której roztacza się przepiękny widok. Można z niej zejść prosto do morza, żeby zażyć orzeźwiającej kąpieli w towarzystwie ławic ryb. W ofercie resortu znajdują się nurkowanie i snorkeling, np. wokół słynących z filmowych plenerów bezludnych wysp Wayag, obserwowanie ptaków czy trekking połączony z wizytami w tutejszych wioskach. Podczas krótkiej wyprawy przez dżunglę dociera się do niezmiernie atrakcyjnego dla miłośników fotografii jeziora leżącego wśród bujnej roślinności. W jego pobliżu spotkamy m.in. indonezyjskie jaszczurki o niebieskich językach (Tiliqua gigas) i gigantyczne ćmy. Zdecydowanie warto zadać sobie nieco trudu i dotrzeć do Raja Ampat, aby ujrzeć ten ostatni raj na ziemi.


GROŹNY WULKAN

Kwaśne jezioro powstałe w jednym z wielu kraterów wulkanu Ijen

172
© JERZY PAWLETA

Wracam na Jawę. Koniecznie chcę zobaczyć jeszcze kilka miejsc. Pierwszym jest Kawah Ijen, czy też Gunung Iljen (2443 m n.p.m.), czynny wulkan wznoszący się wewnątrz ogromnej starej kaldery o średnicy ok. 20 km z kilkunastoma innymi kraterami (najwyższy – Gunung Merapi – ma wysokość 2799 m n.p.m.). Znajduje się w nim urokliwe turkusowe jezioro, piękne i jednocześnie groźne. Uchodzi za największy tego typu silnie zakwaszony akwen na świecie. Ze ścian wulkanu wydobywają się siarczane wyziewy o temperaturze do 300°C. Są one schładzane do postaci ciekłej przez ludzi pracujących w skrajnie niebezpiecznych warunkach. Gdy stygną, zmieniają kolor z czerwonego na jaskrawo żółty. To siarka o czystości dochodzącej do 99 proc. Wśród trujących oparów robotnicy wykuwają ogromne bloki, kruszą je do koszy i wnoszą na krawędź krateru, wspinając się pod górę wąską i urwistą kamienistą ścieżką. Następnie znoszą kosze do miejsca, do którego można dotrzeć ręcznymi wózkami. Siarka jest przeładowywana i transportowana do najbliższej wioski. Ze względu na tak ciężką pracę wykonujący ją ludzie rzadko dożywają 40 lat. O ich zajęciu opowiada wiele reportaży i filmów dokumentalnych. Najsłynniejszy z nich to Śmierć człowieka pracy (Workingman’s Death) z 2005 r. w reżyserii Michaela Glawoggera z muzyką Johna Zorna. Temu tematowi poświęcono w nim jeden z pięciu epizodów.


Ja na Kawah Ijen (Gunung Iljen) wyruszam z ponad 100-tysięcznego miasta Banyuwangi w środku nocy z Jarotem Erdiyanto, przewodnikiem z Banyuwangi Government Culture and Tourism Service. Samochodem docieramy do podnóży wulkanu i przez półtorej godziny wspinamy się na jego krawędź. Zaopatrzeni w latarki i specjalistyczne maski zakrywające usta i nos schodzimy powoli na dno. W ciemnościach mijamy mężczyzn z koszami. Pozdrawiamy się serdecznie. Nie okazują niezadowolenia z faktu, że przeszkadzamy im w ciężkiej pracy. Kiedy odsuwamy się na stromą krawędź ścieżki, aby ich przepuścić, uśmiechają się przyjaźnie. Głęboko w dole mrok nocy rozjaśniają światełka latarek robotników oświetlających żółte płaty rozkuwanych bloków i charakterystyczne niebieskie ognie wydobywające się ze szczelin krateru. Gdy dochodzę do miejsca, gdzie wydobywa się siarkę, nieprzyjemny zapach i gryzący dym stają się trudne do zniesienia. Z pomocą przychodzi nam lekki wiatr, który kieruje trujące opary w stronę jeziora.


Im bliżej wschodu słońca, tym przybywa więcej turystów. My wspinamy się z powrotem na krawędź krateru, aby na nim powitać słońce wychodzące zza sąsiedniego wulkanu. Po drodze kupuję mały kawałek czystej siarki od odpoczywającego tragarza. Z rozmysłem płacę mu za niego więcej, niż zapewne dostanie za cały kosz we wsi. Choć w ten sposób mogę zrewanżować się za jego wyrozumiałość i serdeczny uśmiech.


Widok na Kawah Ijen (Gunung Iljen) o świcie jest niezwykły. Nieckę krateru wypełnionego turkusowym jeziorem przecina gruba smuga szarobiałego dymu wydobywającego się z miejsca eksploatacji siarki. Wierzchołki wulkanów wyrastające wokół powoli zaczyna rozświetlać wstające słońce. To wyjątkowo magiczna chwila.


Podczas powrotu mijamy tragarzy. Kupuję od nich małe figurki wykonane z siarki. W nagrodę dostaję do podniesienia drąg z dwoma pełnymi koszami, które jeden z robotników dźwiga pod górę. Udaje mi się unieść go do kolan (ma wagę ok. 100 kg). Moje wysiłki wywołują uśmiech u tragarzy. Wyczuwam w nim również nieukrywaną dumę z własnej siły i wyjątkowości ich pracy.


DUCHOWE CENTRUM

Z Banyuwangi do 400-tysięcznej Yogyakarty (Jogyakarty) jest mniej więcej 615 km. Jadę tam pociągiem Sri Tanjung. Bilet w klasie ekonomicznej kosztuje tylko 100 tys. rupii indonezyjskich, czyli ok. 30 zł. Podróż trwa ponad 13 godzin. Nie ma wygód, ale klimatyzacja działa.


Yogya (Jogja), jak pieszczotliwie bywa nazywane miasto, stanowi duchową stolicę Jawy. Na bazę wypadową wybieram niewielki obiekt Delta Homestay w rejonie Prawitoraman, który przypomina połączenie klasycznych przedmieść i turystycznej enklawy. Zaletami mojego miejsca zakwaterowania są czysty basen, bliskość biura podróży i knajpki ViaVia Jogja oraz agencji Kaleidoscope of Java Tour (z obu chciałem skorzystać), położenie niedaleko XVIII-wiecznego kompleksu Keraton (Kraton) czy znaczne oddalenie od hałaśliwej, przereklamowanej ulicy handlowej Malioboro.


Zwiedzanie zaczynam od wspomnianego Keratonu, pałacu sułtańskiego, do którego docieram klasyczną lokalną rikszą. Na początek muszę jednak kupić T-shirt. Założyłem koszulkę bez rękawa, a w kompleksie obowiązuje ubiór z zakrytymi ramionami. Zasada ta dotyczy nie tylko kobiet. Straganów jest tyle, że bez problemu udaje mi się spełnić mój zamiar. Oprócz biletu wykupuję zezwolenie na fotografowanie. Za wszystko płacę 13,5 tys. rupii indonezyjskich, czyli ok. 4 zł. To wyjątkowo tanio.


Pałac, a w zasadzie kilka tworzących go pawilonów, znajduje się wewnątrz małego miasteczka otoczonego murami. Mieszka tu mniej więcej 25 tys. ludzi zajmujących się głównie rzemiosłem, handlem i usługami turystycznymi. Jeśli planujemy przywieźć pamiątki z Yogyakarty, to najlepiej kupić je w zaułkach sułtańskiego miasta. Ok. tysiąca osób z tej egzotycznej osady pracuje na stałe w pałacu. Ich zajęcie często ogranicza się do przywdziewania paradnego stroju i uśmiechania się do zwiedzających. W labiryncie pałacowych alejek, placyków i pawilonów łatwo się pogubić. Wtedy pojawiają się wspomniani pracownicy i chętnie pomagają znaleźć drogę, a przy okazji pozują do zdjęć. Polecam tutaj restaurację znajdującą się na obrzeżach pałacu – Balé Raos. Dania są w niej królewskie, a ceny – umiarkowane. Ja zamówiłem tumis buncis udang, czyli krewetki w papryce. Duża szklanka Beer Djawa (bezalkoholowego napoju sułtanów zwanego także Magic Drink) ledwo ugasiła ogień w moim gardle!


Po południu zwiedzam odległą o ponad 15 km od Yogyakarty świątynię Prambanan z połowy IX stulecia. Ten największy hinduistyczny kompleks starożytnej Jawy poświęcony Wisznu, Brahmie i Śiwie znalazł się w 1991 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO nie bez powodu. Jego rzeźby, zdobienia i cała architektura to szczytowe osiągnięcia sztuki hinduizmu w Indonezji. Historia obiektu jest dramatyczna. W wyniku wybuchu wulkanu Merapi (Gunung Merapi), trzęsienia ziemi i zawirowań w dynastiach Jawy niemal zaraz po wybudowaniu ten wspaniały zespół świątynny został opuszczony. Kolejne potężne trzęsienie ziemi w XVI w. dokonało dalszych zniszczeń. Dopiero w 1811 r. Prambanan ponownie odkryli Brytyjczycy. Ucierpiał on jednak znowu podczas niszczycielskiego trzęsienia ziemi na Jawie w maju 2006 r. Dzisiaj ten fantastyczny, w znacznej części odbudowany kompleks podziwiać możemy w pełnej krasie. O skuteczne rozprowadzanie pamiątek zadbano tu w szczególny sposób. Wyjście przez sklepy jest najdłuższe, jakie kiedykolwiek widziałem. To prawdziwy labirynt straganów. Nie ma innej możliwości – trzeba przez nie przejść.


Dzień kończy wizyta w rodzinnej firmie zajmującej się produkcją i sprzedażą słynnej drogiej kawy kopi luwak, wytwarzanej z ziaren, które wydobywane są z odchodów łaskuna muzanga (łaskuna palmowego), nazywanego popularnie cywetą, a lokalnie luwak. Tutaj przydaje się bardzo dobra umiejętność targowania się ze sprzedawcami.


SPEŁNIENIE MARZEŃ

Zobaczyć chińskie Zakazane Miasto w centrum Pekinu, kambodżański Angkor i indonezyjski Borobudur – to od zawsze były moje azjatyckie marzenia. Dwa pierwsze szczęśliwie udało mi się spełnić. Trzecie pozostawało wciąż w sferze planów. Aż w końcu, niemal ostatniego dnia pobytu w Indonezji dotarłem do tego magicznego miejsca, aby spomiędzy stup i 504 posągów Buddy podziwiać wschód słońca wynurzającego się w porannej mgle zza wysokiego na 2914 m n.p.m. wulkanu Merapi (Gunung Merapi, czyli Góry Ognia). Kompleks Borobudur był najlepszym zwieńczeniem mojej wspaniałej indonezyjskiej podróży. Tak ziściłem swoje wielkie marzenie!


Właściwie nie wiadomo kiedy i dlaczego ta największa buddyjska świątynia na świecie dokładnie powstała. Nieznane jest nawet do końca pochodzenie samej nazwy. Budowę Borobudur szacuje się na VIII–IX w. W zapomnienie kompleks popadł już na przełomie X i XI stulecia. W 1814 r. został odkryty przez Brytyjczyków. Od 1991 r. widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


Piramidalna konstrukcja świątyni nawiązuje do buddyjskiej wizji świata. Miałem niezwykłe szczęście, że moją przewodniczką po tym obiekcie była nadzwyczaj sympatyczna Atik z agencji Kaleidoscope of Java Tour. Jako buddystka znakomicie wpisała w dzieje Borobudur opowieść o swoim mocno skomplikowanym życiu. Świetnie udało jej się też przekazać historię życia Buddy wyrytą na niemal 2,7 tys. kamiennych reliefów o łącznej długości ponad 3 km! W drodze powrotnej do Yogyakarty, po lekcji muzyki gamelan, garncarstwa i wyrabiania tofu, zatrzymaliśmy się jeszcze na lunch w rodzinnym domu Atik, gdzie przywitała nas i ugościła jej matka. Chyba nie można sobie wyobrazić piękniejszego zakończenia podróży po tak egzotycznym i wyjątkowym kraju, jakim jest Indonezja.

Artykuły wybrane losowo

Jedno oko na Maroko

cd6_5_09.jpg

Oaza blisko Al-Ujun (Laâyoune), największego miasta Sahary Zachodniej

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


MARCIN WROŃSKI


Afryka Północna ze względu na niezwykle ciepły klimat, swoje położenie w bliskim sąsiedztwie Europy, bogactwo wspaniałych zabytków i dobrze rozwiniętą infrastrukturę turystyczną, mimo ostatnich burzliwych wydarzeń na Bliskim Wschodzie i w państwach Maghrebu, wciąż stanowi jeden z najpopularniejszych kierunków podróży Polaków. Najczęściej jednak nadal wybieramy się tutaj na wypoczynek do Egiptu i Tunezji, które i tak w wyniku zawirowań politycznych i zagrożenia zamachami terrorystycznymi stały się największymi przegranymi tego roku. W tej części kontynentu afrykańskiego zupełnie niesłusznie dość często omijamy inny przepiękny kraj, posiadający malownicze wybrzeże zarówno nad Morzem Śródziemnym, jak i nad Oceanem Atlantyckim. Pora więc poznać bliżej Maroko – fascynującą krainę z arabskiego snu.


récolte_des_roses_.jpg

Z płatków róży damasceńskiej produkuje się drogocenny olejek

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Na zachód od Egiptu leży region określany przez Arabów jako Maghreb (od al-Maghrib, czyli „zachód”). Nazwą tą obejmuje się współcześnie Tunezję, Libię, Algierię, Mauretanię, sporne terytorium Sahary Zachodniej i właśnie Maroko. Największymi grupami etnicznymi w tym ostatnim 34-milionowym państwie są Arabowie i Berberowie. Ok. 35 km dzieli marokańskie miasto Tanger od hiszpańskiej miejscowości Tarifa, położonej po przeciwnej stronie Cieśniny Gibraltarskiej. Afryka jest więc tylko kilka kroków od Europy.


My, Polacy, przywykliśmy mawiać: ładną mamy jesień tego lata. W tym roku jednak pogoda dopisała i długo mogliśmy cieszyć się słońcem. Niestety, wszystko, co dobre, kiedyś się kończy i po ciepłych, letnich miesiącach nastały chłodniejsze, jesienno-zimowe. W drodze na lotnisko pomyślałem więc, że to naprawdę wyśmienity moment, aby odwiedzić Maroko.


Lekarstwo na chłody

Klimat tego kraju kształtują Atlantyk i Morze Śródziemne oraz Sahara i łańcuchy górskie, m.in. Atlas Wysoki. Latem na równinach oraz obszarach pustynnych i półpustynnych notuje się nawet 50°C. Zimą na wybrzeżu termometry wskazują mniej więcej 12°C, a w górach pada śnieg. Te ekstremalne wyjątki nie oddają jednak przeciętnych warunków pogodowych w Królestwie Marokańskim. Średnia temperatura roczna wynosi 17–20°C. Gdzieniegdzie poziom słupka rtęci prawie nie zmienia się przez okrągłe 12 miesięcy (np. w przepięknej Essaouirze – As-Sawirze, o której trochę więcej później). Nad oceanem klimat jest łagodniejszy i chłodniejszy w porównaniu z wnętrzem kraju. Pogoda w strefie Morza Śródziemnego przypomina tę z jego przeciwległego hiszpańskiego brzegu. Kto chce się porządnie wygrzać, powinien więc przyjechać latem, a kto nie lubi upałów – wiosną lub jesienią, wszystko zależy od indywidualnych upodobań. Maroko zaprasza nas do siebie przez cały rok.


„Bóg, Ojczyzna, Król”

village_dadai.jpg

Miasteczko Tafraout w Antyatlasie

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Taki właśnie gigantyczny napis, widoczny zarówno w dzień, jak i w nocy, góruje nad Agadirem i uchodzi za jego wizytówkę. Dzięki międzynarodowemu portowi lotniczemu (Agadir-Al Massira), blisko 10 km bardzo szerokich piaszczystych plaż oraz ok. 300 słonecznym dniom w roku to właśnie to miasto uznaje się za najpopularniejszy marokański kurort. Rozbudowana baza noclegowa i bogata oferta wycieczek w te strony czynią z niego najłatwiej chyba dostępne miejsce w Maroku. Osoby planujące podróże samodzielnie również bez problemu zorganizują swój wyjazd do Agadiru nad Oceanem Atlantyckim.


Wspomniany napis może posłużyć do krótkiej charakterystyki tego północnoafrykańskiego państwa. To kraj islamski, ale zamieszkany też przez chrześcijan i żydów. Przedstawiciele różnych religii żyją tu jednak ze sobą w zgodzie. Także muzułmanów nie obowiązują restrykcyjne nakazy. Nie są zmuszeni modlić się pięć razy dziennie – do meczetu udają się ci, którzy odczuwają taką potrzebę. Jeśli ktoś woli pozostać przy swojej pracy czy innych zajęciach, nie ponosi za to żadnych konsekwencji. Wielu Marokańczyków chwali sobie taką wolność w wypełnianiu praktyk religijnych. Oczywiście, turyści odwiedzający Królestwo Marokańskie powinni respektować obyczaje i przestrzegać zasad dotyczących chociażby ubioru, jednak nie muszą popadać przy tym w zbytnią przesadę.


Maroko jest dziedziczną monarchią konstytucyjną, a obecnie panuje w nim Muhammad VI (ur. w 1963 r. w Rabacie). Ze względu na napiętą sytuację w tym regionie Afryki warto poruszyć kilka kwestii politycznych. Zasiadający na tronie od 1999 r. marokański król cieszy się powszechnym szacunkiem, stabilności państwa nie zagrażają więc rozruchy czy wojna domowa. W 2011 r., w trakcie antyrządowych demonstracji Marokańczyków, zarządził m.in. podniesienie płacy minimalnej i zaproponował przeprowadzenie referendum konstytucyjnego. Znowelizowana konstytucja osłabiła nieco jego pozycję i wzmocniła uprawnienia premiera oraz parlamentu. Muhammad VI dał się poznać jako reformator, jeszcze zanim wybuchła arabska wiosna (2010–2013). Jego działania miały na celu nie dopuścić do eskalacji protestów – rzadka to postawa wśród władców z tych stron, którzy niepokoje przywykli tłumić siłą. Jako potomek Mahometa (dynastia Alawitów wywodzi się od wnuka proroka – Al-Hasana) posiada uzasadnione religijnie prawo do tronu. Król w nowej konstytucji zrezygnował jednak ze statusu „świętego” i zadowolił się tytułem „nietykalny”. Poza tym zmodernizował kodeks cywilny, znacznie poszerzając prawa kobiet. Marokanki zaczęły zasiadać w parlamencie oraz radzie ministrów, jak również pełnić ważne funkcje publiczne. Jego żona, księżniczka Lalla Salma, to pierwsza w historii kraju małżonka królewska, która została publicznie przedstawiona oraz reprezentuje swego męża na całym świecie jako pierwsza dama. Jest założycielką fundacji wspierającej walkę z rakiem, a także inicjatorką wielu działań w dziedzinie ekologii i zrównoważonego rozwoju. Poprzedniczki Lalli Salmy musiały się zadowolić rolą matki książąt.


Od brzegu oceanu do górskich szczytów


Wróćmy do Agadiru. To wyjątkowe miejsce, w którym ocean niemalże spotyka się z górami. Rozległa piaszczysta plaża robi na turystach oszałamiające wrażenie. Spotkałem się nawet z opinią, że to mniejsza wersja słynnej brazylijskiej Copacabany z Rio de Janeiro. O tutejszych spektakularnych falach krążą wręcz legendy, a informacje o najlepszych punktach znają tylko wtajemniczeni surferzy. Ocean przypadnie do gustu również amatorom kąpieli. Jego wielokilometrowy brzeg idealnie nadaje się też do spacerów – promenada ciągnie się wzdłuż niemal całej strefy turystycznej Agadiru, gdzie znajdziemy liczne butiki, bazary, restauracje, kawiarnie i kilka klubów. Życie kwitnie tu także i nocą.


Z miasta warto wybrać się na bliższe lub nieco dalsze wycieczki, np. do oddalonych o 3–4 godziny drogi Marrakeszu czy Essaouiry (As-Sawiry). Przedtem dobrze jest jednak poznać malownicze okolice Agadiru. Leży on niemal u stóp Atlasu Wysokiego (najwyższy szczyt Dżabal Tubkal, 4167 m n.p.m.), wchodzącego w skład pasma Atlasu, do którego zalicza się również: Atlas Średni (najwyższy szczyt Dżabal Bu Nasir, 3356 m n.p.m.), Antyatlas (tutaj króluje Dżabal Sirwa, 3304 m n.p.m.), Rif (najwyższy punkt to Dżabal Tidighin, 2456 m n.p.m.), Atlas Tellski (z najwyższym szczytem Tamkut Lalla Chadidża, 2308 m n.p.m.) i Atlas Saharyjski (na czele z Dżabal Chelia, 2328 m n.p.m.). Marokańskie góry są więc naprawdę potężne! Przejażdżka wysoko położonymi, krętymi drogami (mówi się, że mają ponad tysiąc zakrętów), nierzadko bezpośrednio sąsiadującymi z zapierającymi dech w piersiach przełęczami i przepaściami, dostarcza wielu mocnych wrażeń. W jednym z najpiękniejszych zakątków regionu – Rajskiej Dolinie – urzekną nas lasy palmowe i wodospady. Polecam też zatrzymać się w którejś z knajpek przy trasie, gdzie zjemy świeżo pieczony chleb z oliwą i doskonałym, aromatycznym miodem. Ten wyrób z lokalnej pasieki będziemy mogli tu także kupić.

Do ciekawszych miejscowości w tym rejonie należą Tafraoute (Tafrawut), Tiznit czy Taroudant (Tarudant). Mnie najbardziej do gustu przypadła ta ostatnia, zwana również „babcią Marrakeszu”. Przydomek ten zawdzięcza przepięknym, otoczonym palmami murom obronnym przywodzącym na myśl to położone w południowym Maroku miasto. Ze względu na usytuowanie w urodzajnej dolinie rzeki Sus, Tarudant było przedmiotem żywego zainteresowania kolejnych władców. Współcześnie stanowi ważny ośrodek handlowy kraju, choć liczy sobie tylko ok. 75 tys. mieszkańców. Na jednym z dwóch tutejszych arabskich targowisk (suków) zaopatrzymy się w owoce, warzywa, przyprawy, ubrania, biżuterię, dywany, pamiątki czy „płynne złoto Maroka” – olej arganowy. Miasto spodoba się szczególnie tym, którzy chcą zobaczyć, jak wygląda prawdziwe życie zwykłych Marokańczyków, a nie jego wyobrażenie przygotowane specjalnie pod turystów. Przed zrobieniem komuś zdjęcia zalecam jednak spytać o zgodę, a w razie odmowy nie próbować fotografowania z ukrycia.


Płynne złoto Maroka

W regionie Agadiru napotkamy tysiące drzew oliwnych i arganowych. To właśnie olej wytłaczany z owoców arganii żelaznej (dokładnie z nasion ukrytych w pestkach), jeden z najdroższych i najbardziej cenionych na świecie, uchodzi za największy skarb Maroka. Posiada on właściwości kosmetyczne oraz lecznicze, wspomaga choćby naturalną odporność organizmu. Wydaje się to niebywałe, ale nigdzie poza tym krajem drzewa tego gatunku nie przyjęły się na tyle dobrze, aby owocować.


Podczas wytwarzania oleju arganowego do celów kosmetologii pestki z owoców arganii żelaznej rozłupuje się, ręcznie miażdży, a z powstałej masy na zimno wyciska się gęsty płyn o złocistym kolorze. Natomiast do użytku spożywczego najpierw się je suszy, praży, a dopiero potem miele i przeznacza do tłoczenia. Produkt finalny w tym drugim przypadku posiada ciemniejszą, lekko brązową barwę. Różni się też nieco zapachem. Aby uzyskać 1 l oleju tradycyjną metodą tłoczenia na zimno, potrzeba mniej więcej 30–35 kg nasion i aż 8 godzin pracy. Dodatkowo zbiory odbywają się w okresie męczących upałów w lipcu, sierpniu i wrześniu. To wszystko wystarczająco już podnosi wartość „płynnego złota Maroka”, a to jeszcze nie koniec. Otóż ten wyjątkowy olej wzmacnia system immunologiczny, obniża poziom cholesterolu we krwi, poprawia krążenie, reguluje ciśnienie, spowalnia procesy starzenia, wspomaga regenerację komórek, łagodzi bóle mięśni i stawów. Jego regularne spożywanie zmniejsza ryzyko zawału serca, miażdżycy czy rozwinięcia się nowotworów oraz chorób Alzheimera i Parkinsona, a także schorzeń dermatologicznych. Stosowany zewnętrznie nawilża i ujędrnia skórę, poprawiając jej elastyczność. Łagodzi również objawy trądziku czy alergii. Wyśmienicie działa poza tym na włosy i paznokcie, a pozytywne rezultaty można dostrzec już po kilku zastosowaniach.


Czymś normalnym w Maroku jest widok chodzących po drzewach arganowych kóz. Owoce i liście arganii żelaznej stanowią prawdziwy przysmak tych zwierząt. Choć cenne pestki wypluwają lub w całości wydalają, to – niestety – zostawiają po sobie tylko gołe gałęzie. Aby zapobiec całkowitemu wyniszczeniu drzew arganowych, w miejsce jednego wyciętego okazu sadzi się dwa nowe. W 1998 r. obszar między Agadirem a Essaouirą (zajmujący ok. 80 proc. regionu Sus-Massa-Dara, tj. ponad 25,5 tys. km²), na którym rosną arganie żelazne, otrzymał status Rezerwatu Biosfery UNESCO.


Wśród czerwonych murów

Musicians_at_Marrakech_Festival_-MNTO_fotoseeker.jpg

Muzycy z miejscowości Tissa i Taounate podczas festiwalu w Marrakeszu

©MOROCCAN NATIONAL TOURIST OFFICE/FOTOSEEKER.COM


Z Agadiru i jego malowniczych okolic przenosimy się do Marrakeszu, zwanego też „Czerwonym Miastem” ze względu na rdzawy kolor starych murów. Legenda głosi, że gdy w XII w. wznoszono Meczet Kutubijja, w kraju toczyła się właśnie tak krwawa wojna, że wszystkie zabudowania i drogi przybrały barwę czerwieni. Marokańczycy trochę na wyrost nadają mu także miano tysiącletniego miasta. Tak naprawdę założył je w 1071 r. Jusuf ibn Taszfin (1009–1106) – władca Maroka z dynastii Almorawidów. Marrakesz swoje tysięczne urodziny będzie więc obchodzić dopiero za niemal 60 lat. Ten czwarty co do wielkości ośrodek w państwie (ok. 930 tys. mieszkańców), po Casablance, Rabacie i Fezie, co roku odwiedzają rzesze turystów z całego świata. Jego serce stanowi plac Dżemaa el-Fna (Jemaa el-Fna). Stał się on jednym z symboli miasta od początku jego rozwoju w XI stuleciu. W 1985 r. wpisano go wraz z całym zabytkowym centrum Marrakeszu (medyną) na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Każdego popołudnia i wieczoru odbywa się na nim wielki targ z owocami, usługami noszenia wody oraz wypożyczania lampionów. Wokół straganów gromadzą się berberyjscy kuglarze i opowiadacze historii, bębniarze, muzycy Gnawa, tancerze, zaklinacze węży, połykacze szkła, treserzy zwierząt oraz inni artyści. Występy trwają do późnych godzin nocnych i przyciągają tłumy gapiów. Oferowana jest tu również szeroka gama usług – gastronomicznych, stomatologicznych, medycznych, wróżbiarskich, kaznodziejskich, astrologicznych czy tatuażu henną. Otoczony licznymi restauracjami, sklepami, galeriami, hotelami i budynkami użyteczności publicznej plac stał się popularnym miejscem spotkań, niezmiernie twórczym centrum językowym, muzycznym, artystycznym i literackim. Potrafi oszołomić i zahipnotyzować nawet najbardziej wybrednych podróżników. Jego kosmopolityczny charakter znajduje odbicie w obecnej tutaj mieszaninie języków i dialektów – zarówno z całego Maroka, jak i świata. Niepowtarzalną atmosferę placu Dżemaa el-Fna tworzą muzyka na żywo i unoszące się w powietrzu wspaniałe orientalne zapachy. Można na nim przesiedzieć wiele godzin, wpatrując się w rozgrywające się dookoła sceny. Warto pamiętać o tym, żeby miejscowych artystów wynagrodzić za ich ciekawe występy, to w końcu źródło ich zarobku. Nikogo więc nie powinien dziwić fakt, że w 2008 r. przestrzeń kulturowa placu Dżemaa el-Fna znalazła się na Liście Reprezentatywnej Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


Po jej opuszczeniu momentalnie gubimy się w niezmiernie wąskich i krętych uliczkach medyny. Taka kontrolowana utrata orientacji sprawi, że nasza wizyta w Marrakeszu z pewnością będzie niezapomniana. Wśród tej niewiarygodnej wręcz plątaniny przejść między przylegającymi do siebie domami napotkamy setki sklepików, warsztatów i knajpek. Nie musimy się obawiać przesadnej nachalności sprzedawców. Jeżeli nie jesteśmy zainteresowani zakupami, wystarczy nasza stanowcza odmowa. Marokańscy handlarze do swoich potencjalnych klientów podchodzą zwykle z należytym szacunkiem. Oczywiście, cena wyjściowa od finalnej może się różnić nawet o kilkaset procent, ale w końcu właśnie na tym polega cały urok targowania się.


Za jedną z głównych marrakeszeńskich atrakcji uważa się wspomniany już XII-wieczny Meczet Kutubijja. Z jego 69-metrowej wieży (minaretu) rozciąga się wspaniały widok na niemal całe miasto. Warto odwiedzić też Meczet Alego ibn Jusufa, najstarszy w Marrakeszu, wzniesiony w I połowie XII stulecia, nazwany tak na cześć marokańskiego władcy z dynastii Almorawidów – Alego ibn Jusufa (1083–1143). Znajduje się przy nim ufundowana w XIV w. medresa – największa szkoła teologiczna w Maghrebie (na ponad 800 uczniów). Cudowna architektura i wystrój tego miejsca robią niesamowite wrażenie. Polecam usiąść przy jednym z filarów na głównym dziedzińcu, poczekać, aż odpłynie fala turystów, i wsłuchać się w szum wody.


Na zainteresowanie zasługuje także Ogród Majorelle (Jardin Majorelle), niewielki, ale przepiękny ogród botaniczny, zaprojektowany w latach 20. XX w. przez francuskiego malarza Jacques’a Majorelle’a (1886–1962). Przekraczając jego progi, nagle z upalnej i gwarnej ulicy trafiamy do wspaniałej zielonej oazy, dającej orzeźwienie nawet w bardzo gorące dni. W jej sercu znajdziemy również małe muzeum, które przybliża swoim gościom kulturę berberyjską.


Miasto dobrej pogody

Po wizycie w pełnym atrakcji Marrakeszu proponuję udać się ok. 180 km na zachód do Essaouiry (As-Sawiry). W tym prześlicznym 80-tysięcznym mieście nad Oceanem Atlantyckim wiele osób zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Tutejsza szeroka plaża zachwyca amatorów kąpieli słonecznych. Średnia temperatura roczna wynosi tu ponad 17°C. Miejscowość jest raczej spokojna, większego ruchu turystycznego powinniśmy spodziewać się w okolicy starej jej części z ogromną liczbą sklepików z interesującymi wyrobami marokańskiego rzemiosła artystycznego. W 2001 r. zabytkową medynę w Essaouirze wpisano na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Z XVIII-wiecznego fortu Sqala de la Kasbah (Sqala de la Ville) rozpościera się przepiękny widok na Wyspy Purpurowe (Îles Purpuraires). Polecam przespacerować się też po porcie: przyjrzeć się rybakom w pracy i wsłuchać w obijające się o skały fale i śpiew setek krążących nad naszymi głowami mew. Essaouira cieszy się także zasłużoną popularnością wśród miłośników surfingu, kite- i windsurfingu oraz innych sportów wodnych.


To jednak tylko kilka z najciekawszych – według mnie – miejsc w Maroku. Do zwiedzenia w tym fascynującym kraju pozostają jeszcze np. Fez, Casablanca czy jego stolica Rabat. Gdziekolwiek pojedziemy, czekają tutaj na nas niezmiernie urokliwe krajobrazy, wyśmienita kuchnia i mili ludzie. Dzięki temu trudno nie poczuć się naprawdę dobrze na gościnnej marokańskiej ziemi. Opalony słońcem Maghrebu, z uśmiechem na ustach wracam do Warszawy. Na pewno jeszcze zawitam do Maroka, chociażby po to, aby spróbować ujarzmić wspaniałe fale, napić się pysznej miętowej herbaty i poznać bliżej cudowne właściwości oleju arganowego.

Zachwycająca przygoda w Meksyku

EWA ZAMIECKA

 

                                                                                                             FOT. MEXICO TOURISM BOARD

<< Gdy poszukujący złota Hiszpanie pod wodzą Hernána Cortésa przybyli w 1519 r. do kontynentalnego wybrzeża Zatoki Meksykańskiej, nie spodziewali się znaleźć tutaj zbyt rozwiniętej cywilizacji i wielkich kamiennych miast. Ogrom i bogactwo tych ziem musiały jednak ich zachwycić, bo zapragnęli przyłączyć je do swojego królestwa. Tak powstała Nowa Hiszpania, która po trzech stuleciach wyzwoliła się spod władzy kolonizatorów, aby przeistoczyć się m.in. w barwny Meksyk, gdzie dziś obok hiszpańskiego funkcjonuje aż 67 języków urzędowych (np. náhuatl, maja, mixtec czy tzeltal). Ta dawna kraina Majów, Azteków i Zapoteków przyciąga obecnie każdego roku miliony turystów z całego świata. >>

Nazwa México pochodzi z języka z grupy uto-azteckiej – náhuatl, rozpowszechnionego przez Azteków. Jej znaczenie nie zostało jednak do końca wyjaśnione. Meksyk to dzisiaj jedno z najludniejszych państw naszego globu – ma prawie 115 mln mieszkańców. Posiada powierzchnię ponad 6 razy większą od Polski (niemal 2 mln km²). Jest ojczyzną rozśpiewanych muzyków mariachi, charyzmatycznej malarki Fridy Kahlo i laureata Nagrody Nobla w dziedzinie literatury Octavia Paza.

Więcej…

KALEJDOSKOP KUBAŃSKI

MARCIN WESOŁY

 

<< Foldery biur podróży wypełniają zdjęcia kolorowych kubańskich domów, wypucowanych starych amerykańskich samochodów, uśmiechniętych par tańczących salsę i Kubańczyków kurzących cygara. Tak wygląda Kuba dewizowych turystów. Aby zobaczyć tę prawdziwą, trzeba mieć oczy szeroko otwarte i nie bać się wyjść jej naprzeciw. >>

Hiszpańscy osadnicy zbudowali niegdyś potęgę swojej kolonii na handlu cukrem, tytoniem i kawą, a także niewolnikami. Dziś Republika Kuby należy do najsłynniejszych państw komunistycznych na świecie, a brodatą twarz Fidela Castro rozpoznają niemal wszyscy. Jej główna wyspa jest jednocześnie największą w archipelagu Wielkich Antyli i na całych Karaibach. W stolicy kraju, znajdującej się nad Zatoką Meksykańską Hawanie, żyje obecnie ponad 2 mln mieszkańców.

Na hawańskim lotnisku podczas kontroli paszportowej podaję młodemu funkcjonariuszowi wymagane dokumenty. Ten odbiera je ode mnie i prosi, abym ustawił się do zdjęcia. Potem długo czekam, zanim wreszcie słyszę zbawienny odgłos przystawianego stempla.

Więcej…