Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl

Posągi na terenie świątyni Pura Nunggu
99


Indonezja leży wzdłuż równika. W jej granicach znajduje się 17 508 wysp Archipelagu Malajskiego, z których tylko mniej więcej jedna trzecia – ok. 6 tys. – jest zamieszkała. Tworzą one niezwykłą mozaikę kultur, krajobrazów, zwyczajów, architektury, kuchni i religii. Wciąż można w tym kraju znaleźć wiele jeszcze nieodkrytych miejsc. Czeka w nim na nas z jednej strony błogi wypoczynek w niezmiernie komfortowych warunkach, a z drugiej – fascynująca przygoda. To prawdziwy wakacyjny i podróżniczy raj. 


Jedyne, co pozostaje tu stałe, to temperatura powietrza. W ciągu roku wynosi średnio 28°C na nizinnym wybrzeżu, 26°C w głębi lądu i na terenach wyżynnych oraz 23°C w wyżej położonych regionach górskich. Republika Indonezji uchodzi obecnie za bardzo popularny cel wyjazdów. Pod względem geograficznym położona jest w Azji Południowo-Wschodniej i Oceanii. Od południowego zachodu otacza ją Ocean Indyjski, a od północnego wschodu – Pacyfik. To wyspiarskie państwo graniczy z Malezją (na Borneo), Timorem Wschodnim (na Timorze) i Papuą-Nową Gwineą (na Nowej Gwinei).


Ogromne odległości w Indonezji najwygodniej pokonywać samolotem. Narodowe linie lotnicze Garuda Indonesia stworzyły siatkę połączeń, dzięki którym można łatwo dostać się do najodleglejszych miejsc w kraju. Z dnia na dzień rośnie liczba lotnisk, nawet tych obsługujących loty międzynarodowe.


JAZZOWA STOLICA

Idylliczny archipelag Raja Ampat
Raja Ampat Inseln 3
© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE/WWW.TOURISMUS-INDONESIEN.DE

Stołeczna 10-milionowa Dżakarta zaskakuje nowoczesnymi wieżowcami i gmachami wyrastającymi często z typowego azjatyckiego postkolonialnego chaosu architektonicznego, jaki pozostawili po sobie rozmaici osadnicy. Zakrojone na szeroką skalę inwestycje stopniowo wprowadzają ład w tym mętliku, który Europejczykowi wydaje się nie do ogarnięcia. W Indonezji żyje ok. 256 mln ludzi, z czego aż 57 proc. (145 mln) mieszka na nie tak znów wielkiej Jawie (niemal 130 tys. km² powierzchni). Tutejsze miasta to wielomilionowe molochy, a Dżakarta jest największym z nich. Mimo to podczas zwiedzania z każdą chwilą robi coraz lepsze wrażenie. W jej historycznej części ze zwodzonym mostem widać wpływy holenderskie. Wygląda ona jak wyjęta z dawnych rycin przedstawiających amsterdamskie kanały. Stąd niedaleko już do portu, z którego łodzią motorową możemy wyruszyć do krainy tysiąca wysp.


Lubię mój widok z okna ogromnego tchnącego kolonialną atmosferą Hotelu Borobudur Jakarta na rozległy park z potężną ekspresyjną rzeźbą umieszczoną na cokole wystającym wysoko ponad okazałe drzewa. Dalej widać największy w tej części Azji meczet Istiqlal (Masjid Istiqlal), mogący pomieścić śmiało ponad 120 tys. wiernych. Naprzeciw niego wznosi się strzelista katolicka Katedra Wniebowzięcia NMP. Nazwać ją neogotycką byłoby nadużyciem. Jej wieże przypominają raczej szaleństwa Antoniego Gaudíego w wersji ażurowej. Horyzont zamykają niezliczone drapacze chmur nowoczesnej części miasta. Taka właśnie jest Dżakarta – niezmiernie różnorodna.


Mój hotel stanowił też główną siedzibę odbywającego się na początku marca 2016 r. ważnego wydarzenia muzycznego – Jakarta International Java Jazz Festival, obecnie jednego z największych festiwali jazzowych na świecie. Jego tegoroczna dwunasta edycja robiła porywające wrażenie, zadziwiała znakomitą organizacją i wielkim rozmachem. Wspaniali artyści, w tym światowe gwiazdy występujące na kilkunastu scenach, przyciągnęli niezliczone tłumy słuchaczy i fanów jazzu z Indonezji i całego globu. Lista wykonawców była niewiarygodnie długa, ale wystarczy wymienić tylko niektórych z nich, takich jak Sting, Chris Botti, David Foster, Candy Dulfer, Eric Benét, Larry Coryell, Orquesta Buena Vista Social Club czy Michelle Walker, aby pokazać wysoki poziom imprezy. Wśród znanych muzyków pojawili się również Polacy, np. Wojtek Pilichowski i członkowie zespołu Dwiki Dharmawan & His Polish Friends – Piotr Chęcki, Adam Golicki i Piotr Lemańczyk.


To zresztą nie jedyne polskie akcenty. Jakarta International Java Jazz Festival nie odbyłby się bez Petera Fransa Gonthy, ambasadora Indonezji w Polsce i wielbiciela jazzu i muzyki w ogóle. Dzięki jego pasji i świetnemu zmysłowi organizatorskiemu to wydarzenie z roku na rok staje się coraz bardziej imponujące.


MAGICZNA WYSPA

Aktorzy występujący w balijskich spektaklach często noszą maski

IMG 0628
© JERZY PAWLETA

Lecę na Bali, do 850-tysięcznego Denpasar. Już lotnisko wygląda jak zapowiedź czegoś niezwykłego. Wita mnie potężna i zaskakująca swoim strzelistym kształtem brama, pełna hinduistycznych rzeźb. Jest repliką wejść do największych tutejszych świątyń. Po przejeździe przez niekończący się pasaż restauracyjno-handlowo-usługowy usytuowany wzdłuż wybrzeża docieram do hotelu z otwartym basenem i restauracją na dachu, z którego podziwiać można słońce chowające się za horyzontem wyznaczanym przez Ocean Indyjski. Ja ten spektakl planuję oglądać, jak dziesiątki innych turystów, z plaży usytuowanej po drugiej stronie wąskiej, ale ruchliwej ulicy. Siedzimy na piasku, wpatrując się w linię oddzielającą wodę od nieba i przyglądając się akrobacjom ostatnich tego dnia surferów. Spośród mnóstwa kolczyków, bransoletek czy wisiorków oferowanych przez barwnych sprzedawców wybieramy jedną najbardziej urzekającą ozdobę, aby przypominała nam zachód słońca na Bali.


Potem wybieram się do leżącej poza miastem wioski rybackiej Jimbaran, obecnie popularnego kurortu turystycznego pełnego nadmorskich knajpek. Wszystkie wychodzą wprost na plażę. Stoliki ustawione są na piasku aż do linii wody. Podają tu świeże ryby, owoce morza, lokalne zupy i inne niezliczone orientalne przysmaki. Na stole, pośród migoczących na wietrze świec, ląduje danie sate lilit – typowe dla balijskiej kuchni szaszłyki rybne nadziewane na źdźbła trawy cytrynowej. Według programu CNNGo należą one do 50 najsmaczniejszych potraw na świecie. W pobliżu rozbrzmiewa indonezyjska muzyka. Z cienia nocy wyłania się Balijka i rozpoczyna piękny i skomplikowany taniec. Trudno oderwać od niej oczy.


Następnego dnia jadę na kolejne spotkanie z Bali. Mijam kilometry niskich rodzinnych zabudowań z własnymi świątyniami. Zachwycają mnie przepych architektury, bogata ornamentyka i niezwykłe posągi. Urzeka piękno kompozycji kwiatowych czy roślinnych. Świątynie przydomowe stawia się, żeby oddawać cześć nie tylko hinduistycznym bóstwom, lecz także duchom przodków. W każdej z nich codziennie składana jest ofiara zwana banten (są to zwykle kadzidła, kwiaty, ale też np. ciasteczka, słodycze, owoce, papierosy lub pieniądze).


Jeszcze przed lunchem docieram pod Bratan (2276 m n.p.m.), wulkan z trzema kalderami, często mylonymi z kraterami. Na jego zboczach w sąsiedztwie wioski Jatiluwih usytuowane są opadające tarasowo, malownicze pola ryżowe, miejsce wpisane w 2012 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (widnieje na niej pod nazwą Krajobraz kulturowy prowincji Bali – system „subak” jako manifestacja filozofii Tri Hita Karana). Przemierzam plantacje, podziwiając misterne rozwiązania doprowadzające ściśle określoną ilość wody do sadzonek. Otoczone barwnymi kompozycjami roślinnymi świątynie wodne, które wystają ponad soczystą zieleń, spełniają również bardzo pragmatyczną funkcję. Służą do wytyczania poszczególnych poletek. Stanowią też centrum całego systemu składającego się z kanałów i śluz, zwanego subak, którego dzieje sięgają IX w. Jest on odzwierciedleniem ideałów Tri Hita Karana, filozofii łączącej sferę ducha, światów ludzi i przyrody, powstałej w wyniku kontaktów kulturalnych między Bali i Indiami na przestrzeni ostatnich 2000 lat.


Tutejszy ryż smakuje przepysznie. Mogłem się o tym przekonać w miejscowej knajpce. Podaje się w niej m.in. specyficzny lekko alkoholowy napój w intensywnie zielonym kolorze, niesamowity różowy ryż czy jedną z klasycznych potraw Indonezji – nasi goreng. Jej podstawę stanowi smażony ryż i jajko, do których kucharz dodaje według uznania warzywa, różne mięsa lub owoce morza. Warto pozostać tu dłużej, aby w spokoju delektować się niezwykłymi widokami i potrawami.


Następnie udaję się do XVI-wiecznej hinduistycznej świątyni wznoszącej się na skale wystającej z wody. Jej nazwa – Tanah Lot – w języku balijskim oznacza po prostu „Ziemia w morzu”. To jedno z najświętszych miejsc na wyspie. W grocie pod świątynią odbywa się misterium, do którego ustawia się kolejka pielgrzymów i zaciekawionych przybyszów. Ja także znajduję się w ich gronie. Oddajemy się obrządkowi publicznego oczyszczenia, kapłan kciukiem naznacza nasze czoła ryżem. Za ucho wkładają nam mały symboliczny kwiat. Na tacach trzymanych przez ubranych w białe szaty mężczyzn ląduje za każdym razem kilka tysięcy rupii indonezyjskich, czyli mniej więcej kilka złotych.


Po takiej odnowie duchowej zasiadam w restauracji z widokiem na cały klif i świątynię. Obok, w niewielkim teatrze na świeżym powietrzu odbywa się słynny spektakl indonezyjski kecak. Jest on hipnotyzującym połączeniem gry aktorskiej, śpiewu i tańca. Zaczyna się zawsze tuż przed zachodem słońca. Aktorzy w demonicznych maskach odgrywają swoje role przy wtórze chóru półnagich śpiewaków siedzących wokół centralnego postumentu (małej świątyni), na którym palą się ognie.


BALIJSKI SYLWESTER

Na Bali obchodzi się bardzo wiele świąt. Ja trafiłem na Nyepi (dzień Nowego Roku w kalendarzu balijskim) wypadające w marcu (niekiedy w kwietniu). Miejsce, w którym znalazłem się w tym czasie, było idealne. Nowoczesny resort De Klumpu Bali zbudowano w tradycyjnym i ekologicznym stylu pośród pól ryżowych w pobliżu malowniczej świątyni i wioski, w której urodził się Putu Winastra, właściciel kompleksu i pięknej rezydencji o cechach typowej balijskiej architektury. Właśnie w tej charakterystycznej dla Bali osadzie, gdzie każdy dom ma swoją małą świątynię, uczestniczyłem (jako jedyny turysta) w całodniowych obchodach wigilii Nyepi. Składano dary bogom, odprawiano kolorowe rytuały religijne, brano udział w grach hazardowych czy walkach kogutów. Kulminacyjny punkt święta stanowił Ngrupuk, popołudniowa parada kilkudziesięciu olbrzymich wielobarwnych rzeźb wykonanych ze sklejonego papieru, przedstawiających hinduistyczne bóstwa oraz mitologiczne demony (ogoh-ohog), niesionych na specjalnych konstrukcjach na ramionach dorosłych, młodzieży i dzieci. Wiele z tych pochodów, którym towarzyszyły koncerty żywiołowej muzyki gamelan, kończyło się szalonym tańcem i niszczeniem tych strasznych postaci. Ciemności nocy rozjaśniały blaskiem ognia podpalane figury.


Następnego ranka zaczyna się Nyepi (Dzień Ciszy) – czas refleksji, zadumy, planów na nowy rok, robienia postanowień i zmian na lepsze. Nikt nie opuszcza wtedy swojego domu. Na całej wyspie panuje błogi spokój. Nie działa komunikacja, nawet lotniska nie obsługują pasażerów. Ja z resortu wymknąłem się jedynie do sąsiedniej świątyni. Pozostały czas spędzałem na smakowaniu serwowanych gościom tradycyjnych balijskich potraw, kąpieli w basenie, lekturze, podziwianiu z mojego tarasu wspaniałych widoków na Agung (3031 lub 3142 m n.p.m.) – najwyższy i ciągle czynny wulkan Bali.


Kolejny dzień zaczynam wyprawą do niedawno odkrytego malowniczego wodospadu. Z moim przewodnikiem najpierw maszerujemy przez pola ryżowe, potem mijamy małą osadę i świątynie, przedzieramy się przez fragment dżungli, pokonujemy chybotliwy most nad głębokim jarem. Zawiesiwszy plecaki na drągach, które trzymaliśmy nad głowami, przeprawiamy się przez rzekę zanurzeni po pas w wodzie. Po przekroczeniu wąskiego skalnego kanionu docieramy do wodospadu opadającego z kilkunastu metrów niemal wprost na nas. Nie pozostaje nam nic innego jak się w nim zanurzyć i skorzystać z masażu wodnego. To była prawdziwa frajda.


Po powrocie na polu przy resorcie czeka już na mnie para bawołów z tradycyjnym przyrządem do prac rolniczych. Mam za zadanie przygotować pole pod uprawę ryżu. Na początku brodzę po kostki w błocie, aby za chwilę zostać ochlapany od stóp do głów. Kolejny etap stanowi umieszczanie w ziemi sadzonek. Przy 30-stopniowym upale nie jest to lekka praca. Ja na szczęście na jej zakończenie dostaję lunch i zimne piwo.


Po krótkim odpoczynku udajemy się na drugi koniec wsi do pięknego tradycyjnego domu właściciela resortu De Klumpu Bali – Putu Winastry. Tu przy pomocy miejscowych kucharek uczę się przygotowywać kilka indonezyjskich dań. Muszę przyznać, że sprawiło mi to mnóstwo radości.


KULTURALNA STOLICA BALI

Miasto Ubud to obowiązkowy przystanek dla każdego turysty przemierzającego wnętrze Bali. Mnogość hoteli i pensjonatów powoduje, że trudno wybrać ten najbardziej nam odpowiadający. Ja miałem szczęście być zaproszonym do Suarti Boutique Village, luksusowego resortu leżącego tuż poza centrum. Wychodzący na pola ryżowe obiekt składa się z kilkunastu drewnianych pawilonów umieszczonych pośród zieleni i kanałów z czystą wodą, a także kilku ekskluzywnych domków z własnym basenem. Zaletą tego miejsca jest też bliskość muzeum ARMA (Agung Rai Museum of Art), jednej z najciekawszych placówek w 30-tysięcznym Ubud. W kilku stojących w pięknym parku budynkach galerii, stworzonej przez Agunga Raia, zebrano eksponaty sztuki tradycyjnej, współczesnej, balijskiej i światowej. Chwilę wytchnienia da nam mała kafejka (kawa w cenie biletu) sąsiadująca z muzealnym sklepikiem oferującym pamiątki w całkiem rozsądnej cenie. Swoją jakością zdecydowanie przewyższają rzeczy, które znajdziemy w większości turystycznych sklepów w mieście.


Przy centralnej ulicy Ubud, pełnej knajpek, barów i galerii malarstwa, mieści się mnóstwo wspaniałych świątyń i pałaców, które wolno zwiedzać za darmo. Za wstęp zapłacimy jedynie, jeśli będziemy chcieli wziąć udział w wieczornych pokazach tańca balijskiego i muzyki gamelan. To z nich słynie miasto. Świątynię Saraswati (Pura Taman Saraswati) możemy podziwiać, siedząc w Cafe Lotus przy kawie, lokalnym piwie Bintang lub drinku. Z całą pewnością warto również odwiedzić położone za dwoma mostami Muzeum Don Antonio Blanco z pracami ekstrawaganckiego, erotyzującego malarza Antonia Blanco (1912–1999), stylizującego się na Salvadora Dalego. Choć temu twórcy daleko do mistrza surrealizmu, samo miejsce ma interesujący charakter, zupełnie inny od całej wyspy. Z ozdobionego złotymi figurami tancerek dachu budowli rozpościera się widok na okolicę. Wieczorem bary i restauracje przy głównej ulicy Raya Ubud (Jalan Raya Ubud) oraz kilku sąsiednich rozbrzmiewają muzyką i wypełniają się turystami i rozbawioną młodzieżą.


TAJEMNICE HINDUIZMU

Wulkan Batur (1717 m n.p.m.) leży we wnętrzu rozległej kaldery o wymiarach 10 x 13 km z ogromnym jeziorem o tej samej nazwie. Łatwy dostęp do szczytu powoduje, że chętnych do podziwiania wschodu słońca z krawędzi krateru wciąż przybywa. Rozpościerająca się stąd panorama zdecydowanie wynagradza trud, jaki włożymy w półtoragodzinną wspinaczkę. Turyści odwiedzający ten rejon wyspy ograniczają na ogół swój pobyt do jednego noclegu w oferującym bajeczny widok na całą okolicę Lakeview Hotel & Restaurant i nocnego wymarszu na wulkan. Warto tu jednak zatrzymać się na dłużej, aby po zejściu zanurzyć się w gorących źródłach pięknie zagospodarowanego kompleksu basenów wychodzących wprost do jeziora, podziwiać wyjątkową architekturę pobliskich wiosek, zwiedzić drugą pod względem ważności na Bali (zaraz po Pura Besakih na zboczu góry Agung) świątynię Ulun Danu Batur (Pura Ulun Danu Batur) czy poznać tutejsze magiczne miejsca. Wyznaczają je ukryte w bujnych tropikalnych lasach hinduistyczne obiekty sakralne, w których rzeźby swoim kształtem i symboliką przywodzą na myśl raczej wierzenia animistyczne. Jeden z nich stanowi niezmiernie rzadko odwiedzany przez turystów Pura Nunggu. Wykonawcy jego drewnianych posągów inspiracji szukali podczas wielogodzinnych medytacji. Efekty ich pracy są zadziwiające, kojarzą się bardziej z sennymi koszmarami niż relaksującymi wizjami.


Niezwykłym miejscem jest też cmentarz przy jednej z najstarszych miejscowości na Bali. Wioska Trunyan (Terunyan) leży na wprost wulkanu Batur. Dzieli ją od niego jedynie jezioro (Danau Batur). Ta nekropolia to jeden z trzech cmentarzy w rybackiej osadzie, a każdy z nich został przeznaczony dla osób zmarłych innego rodzaju śmiercią. Dostać się do niej można wyłącznie łodzią. Zwłoki układane są pod rosnącym tylko w tym rejonie drzewem taru menyan, które neutralizuje zapach rozkładających się ciał. Znajduje się tu miejsce jedynie dla jedenastu zmarłych. Czaszki i kości poprzedników układa się obok bambusowych klatek służących za tymczasowe trumny. W przylegającej do cmentarza, pochłanianej przez dżunglę świątyni królują wszędobylskie niewielkie małpy. Atmosfera nekropolii przypomina nastrój z filmów grozy.


SIELSKA PÓŁNOC

Większość turystów przybywających na Bali zatrzymuje się na południu wyspy. Przepełniona Kuta wygląda jak typowy nadmorski kurort wypełniony sklepami, hotelami, knajpkami i barami. Ja wybrałem przeciwległą część lądu i niezmąconą ciszę i nienaruszoną naturę północy. W zachodniej części tego regionu, niemal na samym końcu wyspy znalazłem rybacką osadę Pemuteran, malowniczo położoną pomiędzy górami i Morzem Balijskim. Mieszają się w niej wpływy stanowiących większość w Indonezji muzułmanów (87,2 proc. populacji) i balijskich wyznawców hinduizmu. Pobliskie świątynie nie są sakralnymi pomnikami, a żywymi wspólnotami wiernych i kapłanów odprawiających rytuały. Możemy tu uczestniczyć w obrzędach religijnych jednoczących wiejską społeczność.


Nieco inny obraz miejscowości Pemuteran tworzą wyrastające jak grzyby po deszczu nowoczesne kameralne resorty turystyczne. Dzięki czystej wodzie, dbaniu o środowisko naturalne i współpracy właścicieli z lokalną społecznością wypoczynek w tym miejscu jest wyjątkowo relaksujący. Nikt nie narzuca się nam z ofertami nurkowymi, paciorkami czy tureckim kebabem na wynos. W balijskich knajpkach zjemy znakomite balijskie potrawy, w muzułmańskich – muzułmańskie. W resortach wykupimy rejs łodzią rybaków, którzy wypłyną z nami w morze, żebyśmy mogli podziwiać bogactwo tutejszych raf koralowych. W góry zaprowadzą nas lokalni przewodnicy. Obsługę obiektów stanowią wyłącznie mieszkańcy wioski. Prekursorem takiego modelu turystyki w tym rejonie był Agung Prana, który opuścił Denpasar, aby zrealizować swoją wizję wypoczynku w zgodzie z prawami natury, w duchu współpracy, poszanowania prywatności, religii i szacunku dla ludzi. Jego leżący nad brzegiem morza Taman Sari Bali Resort & Spa jest doskonałym odzwierciedleniem tego pomysłu. Dużą wagę przywiązuje się tutaj do odbudowy rafy koralowej. Podczas nurkowania przy plaży bez trudu dostrzeżemy podwodne konstrukcje, na których z użyciem nowoczesnych technologii powstaje ten ekosystem. Kilkaset metrów dalej rafa odnawia się w sposób naturalny. Choć rozwija się wolniej, jej kolory są jeszcze bardziej wyraziste. Kilka dni, które spędziłem w Taman Sari Bali Resort & Spa, sprawiły, że poczułem się wyjątkowo wypoczęty i zrelaksowany. W mojej komfortowej willi z widokiem na morze lubiłem szczególnie ozdobioną wieloma rzeźbami łazienkę pod gołym niebem. Po takim odpoczynku z nowymi siłami ruszyłem dalej w drogę.


SMOKI Z KOMODO

Następnym przystankiem było portowe miasteczko Labuan Bajo położone na Flores w Małych Wyspach Sundajskich (Nusa Tenggara). Przed hotelem stojącym nad samym brzegiem morza gości witała grupa tradycyjnie ubranych śpiewaków. Ceremonia zaczęła się od groźnego wymachiwania szablą, a skończyła na degustacji lokalnego niskoprocentowego trunku. Towarzyszyły jej niemal nieustanne przyjazne uśmiechy wyspiarzy.


Z niewielkiego portu motorówką z trzema potężnymi silnikami wyruszamy w stronę pobliskiego Parku Narodowego Komodo na wizytę u jego niesamowitych mieszkańców. Tutejsze ogromne warany, które przetrwały tylko w tym rejonie świata, nazywa się smokami z Komodo. Spotkanie z nimi to niezwykłe przeżycie, szczególnie że gady nie boją się ludzi i podchodzą zupełnie blisko. O nasze bezpieczeństwo dbają strażnicy uzbrojeni w długie kije rozwidlone na końcu. To wystarczająca obrona, choć te ponad 3-metrowe i ważące do 100 kg największe współcześnie żyjące jaszczurki potrafią rozpędzić się do 20 km/godz. i uderzeniem ogona powalić dużo większego przeciwnika. Atakują znienacka, z ich zachowania nie można odczytać ich zamiarów. Nie wolno więc ignorować ich pozornego spokoju i należy słuchać ostrzeżeń strażników.


Długi trekking po wyspie kończymy wspinaczką na wzgórze, z którego rozciąga się wspaniały widok na Małe Wyspy Sundajskie oraz tutejszą zjawiskową Różową Plażę. Jej biały piasek na kolor różu zabarwiają otwornice. To w to miejsce udajemy się na nurkowanie wzdłuż raf koralowych położonych przy malowniczej linii brzegowej Komodo, gdzie w krystalicznie czystej wodzie podziwiać można setki kolorowych ryb. Na koniec jemy lunch pod kwitnącymi drzewami namorzynowymi.


OSTATNI RAJ NA ZIEMI

Rejon archipelagu Raja Ampat w prowincji Papua Zachodnia promuje się określeniem „ostatni raj na ziemi”. Nie ma w nim zresztą żadnej przesady. Ten region leży na skraju Oceanu Spokojnego. Wszystkich wysp i wysepek naliczono tutaj aż ponad 1500. Miejscowej florze i faunie bliżej do tej australijskiej niż azjatyckiej. Na archipelagu spotkamy np. torbacze. Według badaczy lokalne wody odznaczają się olbrzymią różnorodnością występujących w nich stworzeń. Znajdziemy w nich ponad 1500 gatunków ryb i niemal 540 gatunków koralowców, w tym wiele endemicznych.


Pomiędzy wyrastającymi wprost z oceanu wysepkami i skałami o fantastycznych kształtach usytuowane są niewielkie platformy do nurkowania. Po przybiciu łodzią do jednej z nich oddajemy się przyjemności kąpieli. Tuż obok, nad złocistą plażą chatę na palach zbudował rybak. Wita nas wraz z całą swoją rodziną i oprowadza po skromnym domostwie. Wspinamy się na stromą górę znajdującą się na końcu piaszczystego brzegu. Roztacza się z niej wspaniały widok na całą okolicę. Opływamy ozdobione palmami wysepki otoczone białymi plażami. Woda zmienia barwę od głębokiej zieleni przez turkus aż po srebrzystą szarość, w zależności od głębokości i rodzaju podłoża. Nurkujemy w kolejnym bajecznym miejscu z niesamowicie kolorowymi koralowcami. Setki ryb przemykają przed moją maską, niektóre podpływają zupełnie blisko, z ciekawością przyglądając się dziwnemu stworowi w płetwach, i czmychają natychmiast, gdy tylko wysuwam rękę w ich stronę.


Mam nadzieję, że mieszkańcom tego regionu uda się utrzymać obrany przez nich kierunek rozwoju turystyki. Powstają tu jedynie niewielkie klimatyczne resorty. Odwiedzamy jeden z nich – Papua Explorers. Na piaszczystym brzegu wznosi się na palach kilkanaście bungalowów w tradycyjnym papuaskim stylu. Zostały zbudowane z lokalnych materiałów, dostarczanych z okolicznych wiosek. Łoże z baldachimem kusi, aby się na nim wyciągnąć, ale wybieram hamak na werandzie, z której roztacza się przepiękny widok. Można z niej zejść prosto do morza, żeby zażyć orzeźwiającej kąpieli w towarzystwie ławic ryb. W ofercie resortu znajdują się nurkowanie i snorkeling, np. wokół słynących z filmowych plenerów bezludnych wysp Wayag, obserwowanie ptaków czy trekking połączony z wizytami w tutejszych wioskach. Podczas krótkiej wyprawy przez dżunglę dociera się do niezmiernie atrakcyjnego dla miłośników fotografii jeziora leżącego wśród bujnej roślinności. W jego pobliżu spotkamy m.in. indonezyjskie jaszczurki o niebieskich językach (Tiliqua gigas) i gigantyczne ćmy. Zdecydowanie warto zadać sobie nieco trudu i dotrzeć do Raja Ampat, aby ujrzeć ten ostatni raj na ziemi.


GROŹNY WULKAN

Kwaśne jezioro powstałe w jednym z wielu kraterów wulkanu Ijen

172
© JERZY PAWLETA

Wracam na Jawę. Koniecznie chcę zobaczyć jeszcze kilka miejsc. Pierwszym jest Kawah Ijen, czy też Gunung Iljen (2443 m n.p.m.), czynny wulkan wznoszący się wewnątrz ogromnej starej kaldery o średnicy ok. 20 km z kilkunastoma innymi kraterami (najwyższy – Gunung Merapi – ma wysokość 2799 m n.p.m.). Znajduje się w nim urokliwe turkusowe jezioro, piękne i jednocześnie groźne. Uchodzi za największy tego typu silnie zakwaszony akwen na świecie. Ze ścian wulkanu wydobywają się siarczane wyziewy o temperaturze do 300°C. Są one schładzane do postaci ciekłej przez ludzi pracujących w skrajnie niebezpiecznych warunkach. Gdy stygną, zmieniają kolor z czerwonego na jaskrawo żółty. To siarka o czystości dochodzącej do 99 proc. Wśród trujących oparów robotnicy wykuwają ogromne bloki, kruszą je do koszy i wnoszą na krawędź krateru, wspinając się pod górę wąską i urwistą kamienistą ścieżką. Następnie znoszą kosze do miejsca, do którego można dotrzeć ręcznymi wózkami. Siarka jest przeładowywana i transportowana do najbliższej wioski. Ze względu na tak ciężką pracę wykonujący ją ludzie rzadko dożywają 40 lat. O ich zajęciu opowiada wiele reportaży i filmów dokumentalnych. Najsłynniejszy z nich to Śmierć człowieka pracy (Workingman’s Death) z 2005 r. w reżyserii Michaela Glawoggera z muzyką Johna Zorna. Temu tematowi poświęcono w nim jeden z pięciu epizodów.


Ja na Kawah Ijen (Gunung Iljen) wyruszam z ponad 100-tysięcznego miasta Banyuwangi w środku nocy z Jarotem Erdiyanto, przewodnikiem z Banyuwangi Government Culture and Tourism Service. Samochodem docieramy do podnóży wulkanu i przez półtorej godziny wspinamy się na jego krawędź. Zaopatrzeni w latarki i specjalistyczne maski zakrywające usta i nos schodzimy powoli na dno. W ciemnościach mijamy mężczyzn z koszami. Pozdrawiamy się serdecznie. Nie okazują niezadowolenia z faktu, że przeszkadzamy im w ciężkiej pracy. Kiedy odsuwamy się na stromą krawędź ścieżki, aby ich przepuścić, uśmiechają się przyjaźnie. Głęboko w dole mrok nocy rozjaśniają światełka latarek robotników oświetlających żółte płaty rozkuwanych bloków i charakterystyczne niebieskie ognie wydobywające się ze szczelin krateru. Gdy dochodzę do miejsca, gdzie wydobywa się siarkę, nieprzyjemny zapach i gryzący dym stają się trudne do zniesienia. Z pomocą przychodzi nam lekki wiatr, który kieruje trujące opary w stronę jeziora.


Im bliżej wschodu słońca, tym przybywa więcej turystów. My wspinamy się z powrotem na krawędź krateru, aby na nim powitać słońce wychodzące zza sąsiedniego wulkanu. Po drodze kupuję mały kawałek czystej siarki od odpoczywającego tragarza. Z rozmysłem płacę mu za niego więcej, niż zapewne dostanie za cały kosz we wsi. Choć w ten sposób mogę zrewanżować się za jego wyrozumiałość i serdeczny uśmiech.


Widok na Kawah Ijen (Gunung Iljen) o świcie jest niezwykły. Nieckę krateru wypełnionego turkusowym jeziorem przecina gruba smuga szarobiałego dymu wydobywającego się z miejsca eksploatacji siarki. Wierzchołki wulkanów wyrastające wokół powoli zaczyna rozświetlać wstające słońce. To wyjątkowo magiczna chwila.


Podczas powrotu mijamy tragarzy. Kupuję od nich małe figurki wykonane z siarki. W nagrodę dostaję do podniesienia drąg z dwoma pełnymi koszami, które jeden z robotników dźwiga pod górę. Udaje mi się unieść go do kolan (ma wagę ok. 100 kg). Moje wysiłki wywołują uśmiech u tragarzy. Wyczuwam w nim również nieukrywaną dumę z własnej siły i wyjątkowości ich pracy.


DUCHOWE CENTRUM

Z Banyuwangi do 400-tysięcznej Yogyakarty (Jogyakarty) jest mniej więcej 615 km. Jadę tam pociągiem Sri Tanjung. Bilet w klasie ekonomicznej kosztuje tylko 100 tys. rupii indonezyjskich, czyli ok. 30 zł. Podróż trwa ponad 13 godzin. Nie ma wygód, ale klimatyzacja działa.


Yogya (Jogja), jak pieszczotliwie bywa nazywane miasto, stanowi duchową stolicę Jawy. Na bazę wypadową wybieram niewielki obiekt Delta Homestay w rejonie Prawitoraman, który przypomina połączenie klasycznych przedmieść i turystycznej enklawy. Zaletami mojego miejsca zakwaterowania są czysty basen, bliskość biura podróży i knajpki ViaVia Jogja oraz agencji Kaleidoscope of Java Tour (z obu chciałem skorzystać), położenie niedaleko XVIII-wiecznego kompleksu Keraton (Kraton) czy znaczne oddalenie od hałaśliwej, przereklamowanej ulicy handlowej Malioboro.


Zwiedzanie zaczynam od wspomnianego Keratonu, pałacu sułtańskiego, do którego docieram klasyczną lokalną rikszą. Na początek muszę jednak kupić T-shirt. Założyłem koszulkę bez rękawa, a w kompleksie obowiązuje ubiór z zakrytymi ramionami. Zasada ta dotyczy nie tylko kobiet. Straganów jest tyle, że bez problemu udaje mi się spełnić mój zamiar. Oprócz biletu wykupuję zezwolenie na fotografowanie. Za wszystko płacę 13,5 tys. rupii indonezyjskich, czyli ok. 4 zł. To wyjątkowo tanio.


Pałac, a w zasadzie kilka tworzących go pawilonów, znajduje się wewnątrz małego miasteczka otoczonego murami. Mieszka tu mniej więcej 25 tys. ludzi zajmujących się głównie rzemiosłem, handlem i usługami turystycznymi. Jeśli planujemy przywieźć pamiątki z Yogyakarty, to najlepiej kupić je w zaułkach sułtańskiego miasta. Ok. tysiąca osób z tej egzotycznej osady pracuje na stałe w pałacu. Ich zajęcie często ogranicza się do przywdziewania paradnego stroju i uśmiechania się do zwiedzających. W labiryncie pałacowych alejek, placyków i pawilonów łatwo się pogubić. Wtedy pojawiają się wspomniani pracownicy i chętnie pomagają znaleźć drogę, a przy okazji pozują do zdjęć. Polecam tutaj restaurację znajdującą się na obrzeżach pałacu – Balé Raos. Dania są w niej królewskie, a ceny – umiarkowane. Ja zamówiłem tumis buncis udang, czyli krewetki w papryce. Duża szklanka Beer Djawa (bezalkoholowego napoju sułtanów zwanego także Magic Drink) ledwo ugasiła ogień w moim gardle!


Po południu zwiedzam odległą o ponad 15 km od Yogyakarty świątynię Prambanan z połowy IX stulecia. Ten największy hinduistyczny kompleks starożytnej Jawy poświęcony Wisznu, Brahmie i Śiwie znalazł się w 1991 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO nie bez powodu. Jego rzeźby, zdobienia i cała architektura to szczytowe osiągnięcia sztuki hinduizmu w Indonezji. Historia obiektu jest dramatyczna. W wyniku wybuchu wulkanu Merapi (Gunung Merapi), trzęsienia ziemi i zawirowań w dynastiach Jawy niemal zaraz po wybudowaniu ten wspaniały zespół świątynny został opuszczony. Kolejne potężne trzęsienie ziemi w XVI w. dokonało dalszych zniszczeń. Dopiero w 1811 r. Prambanan ponownie odkryli Brytyjczycy. Ucierpiał on jednak znowu podczas niszczycielskiego trzęsienia ziemi na Jawie w maju 2006 r. Dzisiaj ten fantastyczny, w znacznej części odbudowany kompleks podziwiać możemy w pełnej krasie. O skuteczne rozprowadzanie pamiątek zadbano tu w szczególny sposób. Wyjście przez sklepy jest najdłuższe, jakie kiedykolwiek widziałem. To prawdziwy labirynt straganów. Nie ma innej możliwości – trzeba przez nie przejść.


Dzień kończy wizyta w rodzinnej firmie zajmującej się produkcją i sprzedażą słynnej drogiej kawy kopi luwak, wytwarzanej z ziaren, które wydobywane są z odchodów łaskuna muzanga (łaskuna palmowego), nazywanego popularnie cywetą, a lokalnie luwak. Tutaj przydaje się bardzo dobra umiejętność targowania się ze sprzedawcami.


SPEŁNIENIE MARZEŃ

Zobaczyć chińskie Zakazane Miasto w centrum Pekinu, kambodżański Angkor i indonezyjski Borobudur – to od zawsze były moje azjatyckie marzenia. Dwa pierwsze szczęśliwie udało mi się spełnić. Trzecie pozostawało wciąż w sferze planów. Aż w końcu, niemal ostatniego dnia pobytu w Indonezji dotarłem do tego magicznego miejsca, aby spomiędzy stup i 504 posągów Buddy podziwiać wschód słońca wynurzającego się w porannej mgle zza wysokiego na 2914 m n.p.m. wulkanu Merapi (Gunung Merapi, czyli Góry Ognia). Kompleks Borobudur był najlepszym zwieńczeniem mojej wspaniałej indonezyjskiej podróży. Tak ziściłem swoje wielkie marzenie!


Właściwie nie wiadomo kiedy i dlaczego ta największa buddyjska świątynia na świecie dokładnie powstała. Nieznane jest nawet do końca pochodzenie samej nazwy. Budowę Borobudur szacuje się na VIII–IX w. W zapomnienie kompleks popadł już na przełomie X i XI stulecia. W 1814 r. został odkryty przez Brytyjczyków. Od 1991 r. widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


Piramidalna konstrukcja świątyni nawiązuje do buddyjskiej wizji świata. Miałem niezwykłe szczęście, że moją przewodniczką po tym obiekcie była nadzwyczaj sympatyczna Atik z agencji Kaleidoscope of Java Tour. Jako buddystka znakomicie wpisała w dzieje Borobudur opowieść o swoim mocno skomplikowanym życiu. Świetnie udało jej się też przekazać historię życia Buddy wyrytą na niemal 2,7 tys. kamiennych reliefów o łącznej długości ponad 3 km! W drodze powrotnej do Yogyakarty, po lekcji muzyki gamelan, garncarstwa i wyrabiania tofu, zatrzymaliśmy się jeszcze na lunch w rodzinnym domu Atik, gdzie przywitała nas i ugościła jej matka. Chyba nie można sobie wyobrazić piękniejszego zakończenia podróży po tak egzotycznym i wyjątkowym kraju, jakim jest Indonezja.

Artykuły wybrane losowo

Peru w kolorach tęczy

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

WWW.LUCYNA-LEWANDOWSKA.PL

 

Obchody Inti Raymi (Święta Słońca) w Cusco

025518 300

© HEINZ PLENGE PARDO/PROMPERÚ

 

W języku hiszpańskim nazwę „Peru” akcentuje się na ostatnią sylabę, przeciągając nieco literę „u”. W rozmowie z mieszkańcami zawsze warto wspomnieć, że bardzo podoba nam się ich ojczyzna. „Perú, hermoso país” („Peru, piękny kraj”) nie jest wcale jedynie kulturalną formułką, ponieważ to rzeczywiście wspaniałe miejsce na naszym globie, olśniewające niezmiernie zróżnicowanymi krajobrazami i fascynującą kulturą, ale chyba przede wszystkim zachwycające wręcz niesamowitą mozaiką barw.

 

Z podróży w te strony pozostają w pamięci soczysta zieleń Amazonii, błękit Oceanu Spokojnego, pomarańcz i brąz wyżyn oraz wielokolorowe stroje peruanos (Peruwiańczyków). Nic więc dziwnego, że wiphala, symbol kojarzony z imperium Inków (Tawantinsuyu), składa się z kwadratów w siedmiu kolorach. W swojej współczesnej wersji prezentują one spektrum światła widzialnego.

 

Już sam lot z Europy do Peru dostarcza barwnych widoków. Kiedy przemierzymy niebieski Atlantyk, przez kilka godzin przez okna samolotu możemy przyglądać się olbrzymiej puszczy amazońskiej. W pewnym momencie zielony las deszczowy niespodziewanie zamyka potężny łańcuch Andów. Gdy docieramy do mniej więcej 10-milionowej Limy, stolicy kraju, góry nagle ustępują miejsca kolejnemu oceanowi, tym razem Pacyfikowi.


KOLONIALNE MIASTO KRÓLÓW

 

Lima, niegdyś jeden z najbogatszych ośrodków Ameryki Południowej, nazywana bywa też miastem hiszpańskich konkwistadorów. Francisco Pizarro (1478–1541) założył ją prawie 500 lat temu (w styczniu 1535 r.) jako bazę do podboju państwa Inków. Aż do 1824 r. była stolicą Wicekrólestwa Peru. Pierwotnie tytułowano ją Miastem Królów (Ciudad de los Reyes). Mimo wielokrotnych trzęsień ziemi zabytki w Limie zachowały swój kolonialny charakter i wciąż przypominają o jej dawnym bogactwie. Świadczy o tym wpisanie w 1988 r. zabudowy historycznego centrum na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Najwięcej turystów przyciąga plac Broni (Plaza de Armas, inaczej Plaza Mayor). Nazwę tę nadawano dość często głównym placom w wielu miastach Ameryki Południowej, ponieważ tu podczas najazdów z zewnątrz rozdawano broń ludziom. W tym miejscu znajdują się największe zabytki kolonialne: Katedra (Catedral de Lima) z grobowcem Francisca Pizarra, Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) z pięknymi zdobionymi balkonami i Pałac Wicekrólów, obecnie Pałac Rządu (Palacio de Gobierno), w którym w 1821 r. ogłoszono niepodległość Peru. Obowiązkowo należy również złożyć wizytę w XVII-wiecznej Bazylice św. Franciszka, tworzącej zespół architektoniczny wraz z pobliskim klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco) i uchodzącej za jedną z najpiękniejszych budowli sakralnych na kontynencie. Za jej potężną fasadą kryje się wnętrze ozdobione freskami, pozłacanymi ołtarzami i malowidłami. Odwiedzających intrygują jednak przede wszystkim tajemnicze katakumby znajdujące się pod ziemią. Jak twierdzą przewodnicy, pochowano w nich 25 tys. osób. Po obejrzeniu złożonych w kolejnych salach kości i czaszek nabiera się przekonania, że liczba ta wcale nie jest zawyżona.

 

Prowincja Lima przyciąga turystów także nowoczesnym nadmorskim rejonem z widokiem na długie oceaniczne fale, idealne do surfowania. Prym na tym obszarze wiedzie ekskluzywny dystrykt Miraflores, położony praktycznie na skraju klifów. Władze regionu postanowiły stworzyć tutaj zespół parków z rzeźbami, oryginalnymi roślinami oraz ścieżkami do spacerów i uprawiania joggingu. W wysokich wieżowcach działają najlepsze w okolicy restauracje, sklepy, hotele i nocne kluby.

 

Na zainteresowanie zasługuje też limska kuchnia ze specjałem ceviche (cebiche), czyli marynowaną surową rybą podawaną z sokiem z limonki, z dodatkiem cebuli, papryki i soli. Warto zwrócić uwagę, że to tradycyjnie przyrządzane danie można spotkać zarówno w luksusowych lokalach, jak i małych ulicznych budkach. Poza tym limeños (mieszkańcy Limy) uwielbiają pisco – brandy wyprodukowane z winogron. Alkohol ten jest składnikiem koktajlu pisco sour, uznawanego niemal za symbol narodowy Peru.

 

INKASKI ŚWIAT

 

Dawna stolica Inków – Cusco (Cuzco) – leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., pośród łagodnych, najczęściej nagich wzgórz. W oddali wznoszą się przykryte śniegiem monumentalne andyjskie szczyty. Przed udaniem się w ten rejon warto sobie uświadomić, że Peru ze względu na swoje położenie blisko linii równika i zróżnicowane ukształtowanie terenu charakteryzuje się rozmaitymi rodzajami klimatu. W trakcie naszej zimy w tej okolicy bywa jednak dosyć ciepło. Choć nocą temperatura powietrza potrafi spaść do 0°C, to w ciągu dnia, na słońcu, wzrasta nawet do ponad 20°C.

 

Mimo iż blisko 84 proc. mieszkańców kraju posługuje się na co dzień hiszpańskim, ciągle używa się tu kilkunastu języków indiańskich, w tym keczua i ajmara. To właśnie od pochodzącego z tego ostatniego języka wyrażenia qusqu wanka („skała sowy”) wielu etymologów wywodzi nazwę Cusco. Według legendy założył je pierwszy inkaski władca Manco Cápac. Zgodnie z badaniami archeologów Inkowie przybyli tutaj na początku XIII stulecia. Ich ośrodek szybko stał się najważniejszym centrum gospodarczym i kulturalnym regionu, mogącym poszczycić się m.in. nowoczesnym systemem wodno-kanalizacyjnym. Prawdopodobnie stanowi najstarsze miasto na zachodniej półkuli zamieszkane nieprzerwanie do dziś.

 

Czas największego rozkwitu Cusco przypadł na XV w. Trzeba zaznaczyć, że państwo Inków (nazywane Tawantinsuyu, Tahuantinsuyo)liczyło wtedy ok. 14 mln mieszkańców i rozciągało się na terenach należących obecnie do Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile, Argentyny i Kolumbii. Ten wyjątkowy okres skończył się wraz z przybyciem Hiszpanów. W listopadzie 1533 r. Francisco Pizarro podbił miasto. Trzy lata później spalono je, aby stłumić antyhiszpańskie powstanie. Na gruzach Cusco kolonizatorzy postawili nowe budynki. Wznieśli je m.in. z pozostałości po inkaskiej zabudowie. Z biegiem czasu okazało się, że mury konstruowane przez Inków z odpowiednio ociosanych kamieni potrafią przetrwać kolejne trzęsienia ziemi, hiszpańska architektura natomiast często ulegała zniszczeniom i wiele obiektów trzeba było wciąż stawiać od nowa.

 

Do dzisiaj możemy podziwiać tu zarówno budowle konkwistadorów, jak i fragmenty pierwotnego miasta. Centralnym placem jest – oczywiście – Plaza de Armas, przy którym wznosiła się niegdyś świątynia ku czci boga słońca (Coricancha). Stanowiła ważny ośrodek kultu, miejsce koronacji i pochówku inkaskich królów. Obecnie znajduje się w tym rejonie Klasztor św. Dominika Guzmána (Convento de Santo Domingo), w którym obejrzymy pozostałości pierwotnego obiektu. Przy głównym placu stał również pałac XV-wiecznego władcy Inków Viracochy (Huiracocha Inca). Na jego fundamentach wybudowano Katedrę (Catedral del Cusco), symbol nowego miasta. Hiszpanie zakończyli prace nad kościołem po ponad 100 latach. W ich trakcie używali kamieni pochodzących z murów pobliskiej inkaskiej twierdzy Sacsayhuamán. W środku, oprócz bogatych dekoracji, możemy podziwiać m.in. obraz peruwiańskiego malarza Marcosa Zapaty (ok. 1710–1773) przedstawiający ostatnią wieczerzę. W odróżnieniu od europejskich wersji tej sceny na stole przed Jezusem i apostołami autor umieścił półmisek z daniem typowym dla Peru – pieczoną świnką morską (kawią domową).

 

O potędze Inków świadczy wspomniana twierdzaSacsayhuamán,która góruje nad Cusco. Chociaż do dziś przetrwały jedynie jej ruiny, nadal zachwyca turystów. Plan fortecy przypomina kształtem pysk pumy – zygzakowate mury przywodzą na myśl zęby. Została ona wzniesiona z gigantycznych kamiennych bloków idealnie przylegających do siebie bez zastosowania jakiejkolwiek zaprawy. Największe z zachowanych głazów ważą 300–350 t. Budowa twierdzy trwała mniej więcej 50 lat i według badaczy musiało przy niej pracować ok. 20 tys. robotników. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że Inkowie nie znali koła, nie używali zwierząt pociągowych, a poszczególne kamienie dopasowywali do siebie jedynie za pomocą narzędzi.

 

Spacer ulicami Cusco to także doskonała okazja do przyjrzenia się niezwykłym ubraniom jego mieszkańców, łączącym tradycyjne elementy stroju ludowego z wpływami hiszpańskimi. W wielu rejonach Peru typowym kobiecym ubiorem jest suto marszczona, wielowarstwowa spódnica sięgająca kolan, ściągnięta szerokim i bogato zdobionym pasem. Zamiast torebek czy plecaków Peruwianki używają kolorowych, pasiastych tkanin zwanych mantami. Noszą w nich m.in. warzywa, drewno i… dzieci. Mężczyźni ubierają się na ogół po europejsku, choć można spotkać też panów w klasycznych, barwnych poncho. W okolicy Cusco i jeziora Titicaca dopełnieniem zarówno damskiego, jak i męskiego stroju są kapelusze podobne do meloników, zapewne pozostałość po hiszpańskich kolonizatorach.

 

SZLAKIEM INKÓW

 

Mimo iż dawna stolica Inków leży ok. 450 km w linii prostej od wybrzeża, a ze względu na ukształtowanie terenu od Pacyfiku dzieli ją trasa o długości ponad 650 km, to ryby złowione w oceanie trafiały świeże na stół ich władcy. Dzięki rozbudowanemu systemowi szlaków specjalnie przeszkoleni gońcy (chasquis) mogli przemieszczać się bardzo szybko. Również i dzisiaj turyści mają okazję docenić wielkość rozwijającej się w tym regionie cywilizacji.

 

Odtworzona kamienna Droga Inków (Camino Inca), wiodąca w dolinie Urubamby na północny zachód od Cusco, należy bez wątpienia do najpiękniejszych tras turystycznych świata. Dziennie wpuszcza się na nią maksymalnie tylko 500 osób, a rezerwacji trzeba dokonywać kilka miesięcy wcześniej z uwagi na dużą liczbę chętnych.

 

W ciągu od 2 do 5 dni przechodzi się zarówno przez las deszczowy z niezliczoną ilością egzotycznych kwiatów i ptactwa, jak i przez wysoko położone przełęcze, z których najwyższa to Warmiwañusqa (4200 m n.p.m.). Na odpoczynek uczestnicy wyprawy zatrzymują się w inkaskich ruinach, robiących imponujące wrażenie pośród górskiego krajobrazu. Zwieńczeniem całej wędrówki jest wizyta w najbardziej znanym mieście Inków – Machu Picchu (ok. 2430 m n.p.m.).

 

TAJEMNICA Z PRZESZŁOŚCI

 

Do słynnego ośrodka w Andach można dotrzeć nie tylko pieszo, ale także pociągiem PeruRail z Cusco. Dojeżdża się wówczas do miejscowości Aguas Calientes, skąd dalej o własnych siłach bądź autobusem należy udać się już bezpośrednio do zapierających dech w piersiach ruin.

 

Inkowie wznieśli kompleks Machu Picchu w połowie XV w., kiedy ich cywilizacja znajdowała się u szczytu potęgi. Mieszkali w nim zaledwie przez ponad 100 lat. Z nieznanych nam przyczyn opuścili miasto w 1572 r. Być może zrobili to ze względu na szerzącą się epidemię jakiejś choroby, brak wody lub stopniowy upadek państwa spowodowany hiszpańską inwazją, chociaż mimo niewielkiej odległości od Cusco (ok. 130 km), konkwistadorzy nigdy tu nie dotarli. W ciągu kolejnych 350 lat górskie ścieżki prowadzące do ośrodka zarosły, a wśród kamiennych budowli zaczęła rządzić natura. O istnieniu miejsca wiedzieli nieliczni Indianie. Dla świata odkrył je amerykański naukowiec Hiram Bingham III (1875–1956) 24 lipca 1911 r.

 

Otoczenie Machu Picchu wygląda niemal bajkowo. Miasto powstało na wysoko położonym siodle (ponad 2400 m n.p.m.), pomiędzy Młodym Szczytem (Huayna Picchu lub Wayna Picchu, ok. 2700 m n.p.m) a Starym Szczytem (Machu Picchu). W dolinie leżącej 400 m niżej wije się rzeka Urubamba, a stoki wokół porastają bujne lasy. Inkowie wykorzystali naturalne ukształtowanie terenu i rozplanowali swój ośrodek na tutejszych skalnych półkach. Do domów i pól uprawnych na specjalnie przygotowanych tarasach woda docierała licznymi kanałami tworzącymi razem rozbudowany system. Wszystkie budowle, zarówno mieszkalne, jak i te o znaczeniu religijnym, wzniesiono z ciosanych i dobrze dopasowanych kamieni.

 

Indianie zastosowali tu też swoją wiedzę dotyczącą astronomii. W Świątyni Trzech Okien (Templo de las Tres Ventanas) promienie słoneczne wpadają do wnętrza tylko w określonych porach dnia. Umieszczony natomiast na niewielkim wzgórzu kamień Intiwatana prawdopodobnie służył kapłanom jako kalendarz i zegar astronomiczny.

 

Do dziś badacze nie są pewni, jakie znaczenie miało Machu Picchu w inkaskim imperium. O wyjątkowości miasta świadczy nieduża liczba jego mieszkańców (prawdopodobnie żyło w nim od 300 do 1 tys. osób) i fakt, że na tutejszej nekropolii odkryto dużo więcej grobów kobiet niż mężczyzn. Być może stanowiło ono ośrodek religijny, na co wskazywałyby liczne obiekty kultu.

 

Widok na Machu Picchu z charakterystyczną sylwetką Huayna Picchu

022330 300

© PILAR OLIVARES/PROMPERÚ

 

LINIE NA PUSTYNI

 

Większość turystów odwiedzających Machu Picchu bywa tak zachwyconych oszałamiającymi widokami, że uznaje je za jedno z najwspanialszych stanowisk archeologicznych na świecie. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, iż Inkowie byli nie tyle twórcami, ile spadkobiercami ludów andyjskich, żyjących znacznie wcześniej. Na terytorium dzisiejszego Peru rozwijały się po sobie kultury Vicús, Chavín, Cupisnique, Pucará, Recuay, Cajamarca, Lima, Huarpa (Warpa), Lambayeque (Sicán), Nasca (Nazca), Paracas, Tiahuanaco, Wari (Huari), Pachacámac (Pacha Kamaq), Chincha, Chachapoyas, Colla, Lupaca, Chiribaya, Maranga, Huamachuco, Huanca (Wanka), Chancay, Moche (Mochica) i Chimú. Do naszych czasów przetrwało dostatecznie wiele obiektów i przedmiotów świadczących o wielkich umiejętnościach i twórczej wyobraźni ich autorów. Są wśród nich zarówno monumentalne budowle, jak i wymyślne wyroby ze złota.

 

Do najbardziej niezwykłych przykładów starożytnej architektury krajobrazu należą ogromne znaki utrwalone na płaskowyżach oddalonych o ok. 90 km od wybrzeża Peru. Największe ich zagęszczenie znajdziemy w pustynnym rejonie Pampas de Jumana, między miejscowościami Nasca (Nazca) i Palpa. Tajemnicze linie i rysunki powstawały między VI w. p.n.e. a VI stuleciem n.e. Na temat ich pochodzenia i przeznaczenia wysunięto mnóstwo hipotez, a niekiedy wręcz sensacyjnych teorii. Znalezione w pobliżu przedmioty identyfikowane z kulturą Nasca mogą świadczyć o tym, że znaki te były dziełem mieszkańców tej okolicy. Według badaczy do stworzenia większości rytów wystarczyło tylko kilku ludzi wyposażonych w tyczki i sznurek jako prosty przyrząd mierniczy oraz miotłę. W jakim jednak celu powstały te osobliwe wzory, zapewne nigdy się już nie dowiemy.

 

Wyróżnia się tutaj szczególnie kilka rysunków, takich jak m.in. przedstawienia kolibrów, kondorów, czapli, żurawia, pelikana, mewy, papugi, małpy, pająka, ślimaka, psa, 27-metrowego walenia, węża, ryby, kaktusów i kwiatów. Ze względu na ich gigantyczne rozmiary geoglify te w całości można podziwiać wyłącznie z dużej wysokości, np. podczas lotu samolotem. W nieodległej miejscowości Nasca organizowane są tego typu wycieczki dla chętnych.

 

KRAINA SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

Z pustynnego płaskowyżu przenosimy się dla odmiany w ośnieżone Andy. Białe szczyty, ostre słońce i lazurowe jeziora – tym właśnie charakteryzuje się Park Narodowy Huascarán (Parque Nacional Huascarán), który dzięki swojej wyjątkowości został wpisany w 1985 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajduje się w nim na obszarze 3400 km² 296 akwenów, 41 rzek, ponad 660 lodowców i 27 sześciotysięczników, w tym najwyższa góra Peru, czyli Nevado Huascarán (6768 m n.p.m.), stanowiąca cel spragnionych wrażeń miłośników wspinaczki.

 

Na tym obszarze wyróżnia się siedem stref roślinnych: od wilgotnych lasów po formacje wysokogórskie. Rośnie tutaj np. kantuta (Cantua buxifolia), uznawana za narodowy kwiat Peru. Spośród żyjących w tych stronach zwierząt warto wymienić andoniedźwiedzia okularowego (niedźwiedzia peruwiańskiego), który jest jedynym gatunkiem z rodziny niedźwiedziowatych występującym w Ameryce Południowej.

 

Nie tylko amatorzy turystyki wysokogórskiej znajdą w parku coś dla siebie. Niektóre jego malownicze zakątki da się zwiedzić w ciągu jednego dnia, zarówno podczas wycieczki pieszej czy rowerowej, jak i wyprawy na mule.

 

LIŚCIE KOKI W FILIŻANCE

 

W trakcie przemierzania płaskowyżu Altiplano na pewno zauważymy, jak powszechnie miejscowi spożywają liście koki. W Peru można je kupić legalnie za niewielkie pieniądze na każdym targowisku, nierzadko nawet w sporych workach. Ludzie zamieszkujący te tereny już 8 tys. lat temu żuli kokę m.in. dlatego, że dzięki temu odczuwa się mniejszy głód, a wędrówka, dźwiganie bagażu lub wykonywanie innych czynności na dużych wysokościach nie wymagają tyle wysiłku co zazwyczaj.

 

Krzew kokainowy (Erythroxylum coca) odgrywa istotną rolę w kulturze andyjskiej. Jego liście, przypominające kształtem liście laurowe, ofiarowywane były bogom, a w czasach Inków używały ich głównie klasy uprzywilejowane. Ponad 100 lat temu (od 1885 do 1929 r.) wykorzystywano je do produkcji coca-coli. Obecnie mieszkańcy andyjskich wyżyn żują kokę i sporządzają z niej napar zwany mate de coca (lub té de coca). Napój ten (zwalczający objawy choroby wysokogórskiej), traktowany jak herbata, podawany jest nawet w ekskluzywnych hotelach. Liście z krzewu kokainowego stanowią też dodatek do tutejszych ciastek i cukierków. Warto pamiętać, że turyści mogą bez przeszkód wywozić z kraju tego typu produkty, ale nie samą roślinę.

 

WEŁNA BOGÓW

 

Stepowe płaskowyże Peru, pokryte niską roślinnością, są naturalnym środowiskiem życia dla bardzo sympatycznych i pożytecznych dla człowieka zwierząt. Lamy andyjskie, alpaki i wikunie andyjskie (wigonie) należą do jednej rodziny wielbłądowatych. Z daleka wyglądają podobnie, jednak alpaka trochę bardziej przypomina owcę, wikunia z kolei jest z nich wszystkich najbardziej smukła. Słowo llama (polskie „lama”) wywodzi się z języka keczua. Hiszpanie tłumaczyli je jako„owca”. Później za pośrednictwem języka hiszpańskiego wyraz przyswoili sobie inni mieszkańcy Europy.

 

Wikunie w Peru objęte są ochroną. Na trasach przelotowych, z dala od miast, można zobaczyć znaki informujące o ich występowaniu. W takich okolicach na drogach umieszczono specjalne progi spowalniające ruch samochodowy ze względu na pasące się zwierzęta. Lamy i alpaki w Ameryce Południowej odgrywały ważną rolę w gospodarstwie już ponad 5 tys. lat temu. Trzymano je dla pozyskiwanej z ich sierści przędzy oraz dobrego mięsa, które zawiera bardzo dużo białka i jednocześnie zaskakująco mało cholesterolu i tłuszczu. I choć hodowla lam bardziej się rozpowszechniła, to jedynie wełnę z alpak nazywa się wełną bogów.

 

Już w czasach Inków takie wełniane tkaniny kojarzono z luksusem, a ubrania z nich wykonane nosiła inkaska arystokracja. Także i dzisiaj tego typu odzież sporo kosztuje, ponieważ sama przędza jest wyjątkowo miękka, delikatna i lekka, a zrobione z niej rzeczy są trzy razy cieplejsze niż te z włókien owczych i trzykrotnie bardziej odporne na ścieranie. O niezwykłej wytrzymałości materiału mogą zaświadczyć odkrycia archeologiczne. W peruwiańskich grobowcach znaleziono przedmioty z wełny z alpak pochodzące jeszcze sprzed narodzin państwa Inków.

 

Wysepki Uros na jeziorze Titicaca

020838 300

© JUAN PUELLES/PROMPERÚ

 

DRYFUJĄCE WYSPY

 

Jeśli udamy się w góry na granicy z Boliwią, będziemy mogli podziwiać wyjątkowy krajobraz, który tworzą dwa pasy przepięknego błękitu przedzielone brązowymi wzgórzami i błyszczącymi od śniegu szczytami. Takie widoki zapewnia Titicaca – najwyżej położone żeglowne jezioro świata (3812 m n.p.m.). To również drugie co do wielkości jezioro w Ameryce Południowej (po Maracaibo w Wenezueli). W najszerszym miejscu mierzy niemal 80 km, a jego całkowita powierzchnia wynosi ok. 8400 km². Jest więc ok. 74 razy większe od polskich Śniardw.

 

Główne miasto w tym rejonie – 150-tysięczne Puno – stanowi bardzo dobrą bazę wypadową do poznawania okolicy. W porcie warto zobaczyć historyczną kanonierkę Yavarí, która została zbudowana w Wielkiej Brytanii w 1862 r., a potem w częściach dotarła nad Titicacę. Statek złożono ostatecznie w 1870 r. Był wykorzystywany przez ponad 100 lat (do 1975 r.).

 

Największą atrakcją jeziora są jednak wyspy Uros (Urus) z trzciny totora, które mogą… pływać (na terytorium Peru istnieje ich ponad 20). Kiedyś swobodnie dryfowały, terazprzycumowuje się je w jednym miejscu. Sama roślina przez wieki była podstawowym produktem dla tutejszej ludności. Indianie Uro (Uru) przygotowywali z niej herbatę, jedli słodki rdzeń, dorzucali ją do paleniska. Dzisiaj wciąż z trzciny buduje się domy i łodzie (tzw. caballitos de totora) oraz wyrabia meble i pamiątki. Średnio co trzy miesiące na zgniłe fragmenty wyspy kładzie się nową warstwę liści i łodyg. Po ok. 20 latach całą konstrukcję trzeba wymienić.

 

Część regionu pozostaje zamieszkana. Indianie żyją tu głównie z rybołówstwa, choć turystyka staje się coraz ważniejszym źródłem ich dochodów. Miejscowi często porzucają język uro (uru) na rzecz ajmara czy hiszpańskiego.

 

Na jeziorze znajdują się też naturalne wyspy. Taquile słynie z wyrobu tkanin. W 2008 r. ta sztuka została wpisana oficjalnie na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jej mieszkańcy (taquileños) aż do lat 50. XX w. żyli w niemal całkowitej izolacji, dzięki czemu wciąż łączy ich silne poczucie wspólnoty. Noszą typowe jedynie dla Taquile stroje. Kobiety zakładają czarne lub czerwone spódnice (polleras) i różowe bluzki (almillas), a na głowę i ramiona długie, czarne chusty, które z tyłu sięgają kolan (chuku). Mężczyźni ubierają się przeważnie w czarne spodnie z szerokim, kolorowym pasem i białe koszule. Ten zwyczaj, inspirowany wyglądem hiszpańskich chłopów, pojawił się z końcem XVI w., kiedy to konkwistadorzy zabronili taquileños używania tradycyjnego ubioru.

 

Chociaż tkaniny wytwarza niemal cała lokalna społeczność, bez względu na wiek i płeć, to kobiety głównie przygotowują przędzę, a mężczyźni tkają i robią na drutach. Najbardziej charakterystycznymi częściami stroju są szeroki paskalendarzowy, przedstawiający coroczny cykl prac i obrzędów, oraz wełniana czapka chullo z nausznikami, która w różnych wariantach, nie tylko kolorystycznych, jest popularna w całym kraju.

 

KANION SZYBUJĄCYCH KONDORÓW

 

Polacy pozostawili po sobie w Peru dwa ważne ślady. Polski inżynier Ernest Malinowski (1818–1889) wybudował w nim drugą najwyżej położoną linię kolejową na świecie (Ferrocarril Central del Perú – Centralną Kolej Transandyjską). Natomiast w maju 1981 r. dziką, spienioną rzeką na dnie kanionu Colca po raz pierwszy w historii spłynęła grupa kajakarzy z Polski z Andrzejem Piętowskim (kierownikiem wyprawy) na czele. Wyczyn ten został wpisany do Księgi rekordów Guinnessa i przyniósł temu miejscu sławę. W dowód wdzięczności mieszkańcy pobliskiego miasteczka Chivay nazwali główną 6-kilometrową ulicę Avenida Polonia, czyli aleją Polska.

 

Cañón del Colca uważa się za drugi najgłębszy kanion na ziemi (po Cotahuasi, leżącym także w Peru). Panorama rozpościerająca się z jego stromych brzegów zapiera dech w piersiach. Górne krawędzie wznoszą się na wysokość 4–5 tys. m n.p.m. Dno znajduje się na poziomie od 950 do 3050 m n.p.m. W węższej części kanionu ściany pozbawione są roślinności. U jego wylotu, odległość między brzegami staje się coraz szersza, a na zboczach leżą przepiękne tarasy uprawne.

 

Największe wrażenie wywiera jednak widok kondorów wielkich o poranku. W miejscu zwanym Krzyżem Kondora (Cruz del Cóndor) pojawia się ich najwięcej. Te olbrzymie ptaki (o rozpiętości skrzydeł sięgającej ponad 3 m) przelatują często kilkanaście metrów ponad głowami turystów. Zjawiają się regularnie z samego rana. W wyniku stopniowego ogrzewania promieniami słońca zimnego powietrza z dna kanionu powstają wznoszące prądy, które kondorom widocznie bardzo odpowiadają.

 

TĘCZOWA KRAINA

 

W Peru wciąż spotyka się ślady po mieszkańcach dawnego imperium, którzy zdołali rozwinąć tu rolnictwo, zbudować potężne państwo i założyć miasta w rejonach pięknych, choć ciężkich do życia. Ludzie w tym regionie zawsze uczyli się pokonywać trudności. Widać to nie tylko w opuszczonym Machu Picchu, ale również w niemal 1-milionowej Arequipie, drugim co do wielkości ośrodku w kraju, otoczonym przez wulkany i nawiedzanym przez trzęsienia ziemi. Stare domy i świątynie zbudowane są w nim ze skamieniałej lawy. W bujnym amazońskim lesie równikowym, z dala od cywilizacji Indianie od setek lat zakładają swoje skromne osady.

 

To poza tym niezmiernie zaskakująca kraina. Na kolorowych procesjach i festynach rytuały prekolumbijskie przenikają się z tradycjami katolickimi i lokalnymi zwyczajami. Mężczyźni nad jeziorem Titicaca robią na drutach. Kobiety w górach noszą męskie kapelusze. Na obiad możemy zjeść tutaj pieczoną świnkę morską, a w hotelu zamówimy herbatę z liści koki. Nawet ziemniaki występują aż w kilkudziesięciu odmianach i mają różną barwę: od brązu i żółci po fiolet i czerwień. Dlatego żeby opisać Peru, trzeba użyć całej palety kolorów. W końcu nawet flagi w Cusco są tęczowe.

 

Cruz del Cóndor i Indianie oferujący turystom pamiątki i barwne tekstylia

025850 300

© JAMES POSSO/PROMPERÚ

 

W indonezyjskiej krainie rozmaitości

ANNA MARIA KRAJEWSKA

DAWID ZASTROŻNY

 

W różnorodności siła – to narodowe motto Indonezji wyjątkowo trafnie opisuje ten piękny kraj. Składa się na niego ponad 17,5 tys. wysp, z czego „jedynie” ok. 6 tys. jest zamieszkałych, 300 grup etnicznych, więcej niż pół tysiąca języków. To największe wyspiarskie państwo świata (mające powierzchnię ponad 1,9 mln km2) przyciąga turystów błękitem swoich wybrzeży, zielenią tropikalnych lasów, doskonałymi miejscami do nurkowania i tajemnicą groźnych wulkanów. Aż trudno w to uwierzyć, że te tysiące wysp u południowo-wschodnich krańców Azji, o zróżnicowanej geografii, historii, przyrodzie i tradycjach, należą do jednego kraju – Republiki Indonezji… Indonezyjczycy są niezwykle otwarci i tolerancyjni, bliska jest im postawa szacunku dla innych, dla różnorodności kulturowej. Nic więc dziwnego, że odwiedzający ich goście z całego świata czują się tutaj naprawdę dobrze i bezpiecznie.

Więcej…

Seszele – kokosowa kraina szczęścia

379 IMG1 Grande Soeur 10630x7102

Otoczona granitowymi skałami rajska plaża na wysepce Grande Soeur na Seszelach

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

MAGGIE ANKOWSKA

www.seszelerajnaziemi.com

 

Pewnego dnia dziwnym zbiegiem okoliczności miejsce, które do niedawna było dla mnie tylko kropką na mapie świata, tropikiem odległym i nieosiągalnym, stało się moim domem. Wylądowałam w zakazanym raju – wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że nie mam prawa tu być. Na Seszelach, archipelagu będącym częścią Grzbietu Maskareńskiego, do dziś żyje największa populacja żółwi olbrzymich na naszym globie. Większość wysp jest niezamieszkała, a ciszę mąci na nich tylko szum Oceanu Indyjskiego i wiatr szeleszczący wśród liści palm kokosowych…

 

W tym wyspiarskim państwie mieszka ponad 93 tys. ludzi. Dla porównania w samej Warszawie żyje ich niemal 19 razy tyle. Największa w archipelagu jest wyspa Mahé (157,3 km2) ze stolicą Victorią. Seszele, znajdujące się przez wiele lat w rękach Francuzów, a potem Brytyjczyków, uzyskały niepodległość w czerwcu 1976 r. Mimo iż ich mieszkańcy silnie utożsamiają się ze swoją kreolską kulturą i najchętniej posługują się seszelskim kreolskim, wpływy wcześniejszych kolonizatorów są bardzo wyraźne – do języków urzędowych należy również francuski i brytyjski, na ulicach obowiązuje ruch lewostronny, a w budynkach montuje się gniazdka z trzema otworami.

 

Choć dochody z turystyki stanowią niezmiernie istotną część budżetu państwa i miejscowi chętnie goszczą turystów, najważniejsze pozostaje dla nich zachowanie archipelagu w niezmienionym naturalnym stanie. Życie lokalnej ludności płynie spokojnym rytmem, a ruch turystyczny odbywa się jakby obok. Mieszkałam tutaj kilka lat, pracowałam z wyspiarzami i spędzałam z nimi czas wolny, ale pomimo moich największych starań i dużej otwartości na odmienną kulturę zawsze czułam się obca, choć zostałam zaakceptowana. Ta aura niedostępności otaczająca Seszelczyków sprawia, że człowiek z zewnątrz odnosi wrażenie, iż znalazł miejsce wyjątkowe, tylko dla wybranych – trafił do raju. Okolica zdaje się zresztą potwierdzać to przypuszczenie. Nawet na Mahé, najpopularniejszej z wysp, o każdej porze dnia możemy wybierać z minimum tuzina rajskich plaż, na których będziemy po prostu sami.

 

WYSPA ATRAKCJI

 

W ostatnich latach ruch turystyczny na Seszelach zwiększył się i dziś archipelag postrzegany jest jako idealne miejsce na romantyczny wyjazd dla zakochanych, ślub, podróż poślubną czy świętowanie okrągłych rocznic dla osób w związku. Trudno się temu dziwić. Już w momencie opuszczania samolotu można poczuć, że trafiło się w tropiki. Słodkie, lepkie, gorące powietrze o niepowtarzalnym zapachu otula twarz i zapowiada dalsze przyjemności. Droga z lotniska prowadzi krętym wybrzeżem pokrytym białym piaskiem i granitowymi skałami. Gdy wreszcie dotrze się do jednego z miejscowych wspaniałych hoteli, trudno oprzeć się urokowi pięknych prywatnych plaż i znakomicie zagospodarowanych ogrodów. Niejednemu turyście wydaje się, że cudowniej być już nie może. Dlatego też wielu z nich decyduje się nie opuszczać swojego hotelowego raju, ale zupełnie niesłusznie. Zapewniam, że warto poznać bliżej całe Seszele.

 

Ze wszystkich wysp archipelagu właściwie tylko trzy są zamieszkałe przez lokalną ludność – Mahé, Praslin i La Digue. Na kilku pozostałych znajdują się luksusowe ośrodki wczasowe i przebywają tu tylko bardzo majętni turyści i obsługa hotelowa.

 

Dla większości osób odwiedzających Seszele pierwszym przystankiem jest Mahé. Ponieważ to największa i najbardziej rozwinięta wyspa z całego regionu, czeka na niej najwięcej atrakcji. Możemy wykupić lot helikopterem, popłynąć na połów, pojeździć po wybrzeżu konno, wynająć skutery wodne, wybrać się na rejs łodzią i zatrzymywać po drodze na najdzikszych plażach. Dla amatorów pieszych wycieczek nie zabraknie szlaków trekkingowych. W środku tropikalnego lasu poszalejemy na tyrolce. Podwodne królestwo wokół Mahé przypadnie do gustu nawet najbardziej wymagającym i doświadczonym nurkom. Chyba jedynym typowo turystycznym rejonem jest plaża Beau Vallon położona na północno-zachodnim brzegu wyspy. W jej okolicy znajdują się hotele, restauracje, promenada i uliczny bazar Labrin, na którym sprzedaje się typowo kreolskie jedzenie. Warto odwiedzić to miejsce w środę wieczorem, kiedy odbywa się festyn z kulinarnymi przysmakami. Seszelski rum Takamaka leje się wtedy strumieniami, a wokół rozbrzmiewa kreolska muzyka. Okoliczni mieszkańcy wylegają na ulice i można poczuć się wśród nich częścią tej lokalnej społeczności, która chętnie przyjmuje do swojego grona ludzi chcących poznać tutejszą kulturę.

 

Jeśli jednak wolimy zejść z utartych ścieżek i odkryć prawdziwe oblicze wyspy, proponuję wynająć samochód i objechać ją dookoła. Podczas takiej wycieczki trzeba zatrzymać się na plaży Anse Royale i po spacerze po ogrodzie przypraw spróbować dań seszelskiej kuchni. Na liście obowiązkowych przystanków nie powinno zabraknąć także Anse Takamaka. Ta jedna z najsłynniejszych plaż na Mahé ciągnie się przez 2 km. Warto zahaczyć też o plaże Anse Intendance i Port Launay.

 

Do stolicy Seszeli – Victorii – dobrze wybrać się rano, aby zdążyć na najświeższe przysmaki z tutejszego targu rybnego, kupić przyprawy, owoce i warzywa. Jeśli jednak ryby aż tak nas nie interesują albo wolimy rozpocząć dzień od plażowania, możemy spokojnie odwiedzić to miejsce później, gdyż otwarte jest do popołudnia i rzadko kiedy brakuje tu towaru.

 

Miłośnicy lokalnej sztuki znajdą w mieście mnóstwo straganów i galerii oferujących wyroby seszelskich artystów. W położonej na piętrze restauracji „Marie-Antoinette” spróbujemy miejscowej kuchni i zasymilujemy się z tutejszą społecznością.

 

Prawie w samym centrum Victorii, w dzielnicy Mont Fleuri leży piękny ogród botaniczny, w którym można zobaczyć, a nawet nakarmić słynne żółwie olbrzymie. Te osobliwe zwierzęta są jedną z większych atrakcji w tym zakątku świata.

 

W SESZELSKICH GŁĘBINACH

 

Podwodny świat Seszeli to przede wszystkim mieniące się tysiącami kolorów i tętniące życiem rafy koralowe, ale nie tylko one. Do najpopularniejszych punktów nurkowych w okolicy należą także cztery wraki (Ennerdale, Twin Barges, Dredger i Aldebaran), które koniecznie trzeba zobaczyć. W ich pobliżu zawsze, bez względu na sezon czy pogodę, można spotkać licznych mieszkańców oceanicznego królestwa. Pod wodą z pewnością natkniemy się na skorpeny, szkaradnice, skrzydlice, olbrzymich rozmiarów homary czy rozdymki tygrysie, a oglądaniu tych niezwykłych stworzeń będzie towarzyszył lekki dreszczyk emocji związany ze zwiedzaniem wnętrz zatopionych statków.

 

Sprzyjające warunki pogodowe i stabilna temperatura utrzymująca się przez cały rok sprawiają, że na nurkowanie na Seszelach warto wybrać się właściwie zawsze, jednak są miesiące, w których eksploracja głębin bywa znacznie przyjemniejsza. Polecam szczególnie okres od stycznia do kwietnia. Wówczas woda jest najcieplejsza, a widoczność – najlepsza. Życie w oceanie rozkwita i zachwyca swoją różnorodnością. Deszcze nie padają prawie w ogóle, w związku z czym między kolejnymi zanurzeniami można przyjemnie odpocząć na łódce i wspaniale się opalić.

 

211 STB 14 Vallee De Mai 4961x3311

Rezerwat Naturalny Doliny Mai porastają endemiczne lodoicje seszelskie

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

Nie oznacza to jednak wcale, że nie powinno się nurkować w pozostałe miesiące, wręcz przeciwnie, nawet trzeba! Zwłaszcza jeśli chcielibyśmy popływać w towarzystwie rekinów wielorybich. Przybywają one w rejon archipelagu w okolicy września i października wraz z południowo-wschodnim monsunem, aby żywić się planktonem. Woda w tym czasie jest trochę chłodniejsza – ma ok. 24–26°C, ale 45-minutowa kąpiel w takiej temperaturze w odpowiednim stroju miło orzeźwia, a podziwianie tej największej ryby na ziemi dostarcza niezapomnianych wrażeń.

 

Nie trzeba być jednak doświadczonym nurkiem, aby odkrywać piękno oceanicznego świata Seszeli. Osoby początkujące znajdą tu wiele fantastycznych miejsc na płytkich wodach, gdzie pośród wspaniałej morskiej fauny i flory będą mogły podszlifować swoje nurkowe umiejętności.

 

Tym, którzy wolą zostać na powierzchni, a ryby chętniej widzą na swoim talerzu, również spodoba się na archipelagu. W regionie, gdzie taniej jest mieć małą łódkę niż samochód, ludzie często trudnią się połowami, a wiedza lokalnych rybaków bywaimponująca. Chętnie dzielą się nią ze wszystkimi zainteresowanymi w trakcie powszechnie organizowanych wypraw na pełne morze, podczas których trafiają się takie zdobycze jak barakudy, żaglice, tuńczyki, pelamidy, marliny błękitne czy samogłowy.

 

Wróćmy jednak na chwilę na ląd, bo i tutaj na Mahé na miłośników przygód czeka niejedno. Jeśli ktoś lubi bliski kontakt z naturą i górskie wędrówki, to na pewno się nie rozczaruje. Co prawda tutejsze góry nie są wysokie, więc wspinaczka w ich rejonie ma charakter bardziej turystyczny niż wyczynowy, ale istnieje kilka szlaków, których pokonanie w tym tropikalnym klimacie wymaga nieco wysiłku. Nagrodę dla wytrwałych stanowią satysfakcja i niepowtarzalne widoki. Najwyższym szczytem na wyspie jest Morne Seychellois (905 m n.p.m.) i choć wydaje się niewysoki, wyprawa na niego bywa niełatwa. Trzeba się dobrze napocić, aby dotrzeć do wierzchołka, ale naprawdę warto! Przy odpowiedniej pogodzie można stąd podziwiać zapierający dech w piersiach rozległy widok na Ocean Indyjski upstrzony gdzieniegdzie kawałkami zielonego, często nietkniętego ludzką ręką lądu.

 

Mahé, mimo iż jest wspaniała i różnorodna, stanowi jednak tylko część tropikalnego archipelagu. Jeśli ograniczymy się więc jedynie do pobytu na niej, nie będziemy w stanie poznać całego regionu. Choć nie sposób odwiedzić wszystkich wysp, są miejsca, których przegapić nie wolno…

 

W CIENIU PALM

 

Zwiedzanie powinniśmy zacząć od Praslin, mimo iż La Digue leży w podobnej odległości od Mahé. Na wyspę najlepiej dostać się porannym samolotem – lot dwupłatowcem prawie w kokpicie pilota dostarcza niesamowitych wrażeń, a przepiękny widok wschodzącego słońca i budzącego się do życia świata zostaje na długo w pamięci.

 

Praslin zachwyca swoimi restauracjami, barami i chyba jeszcze piękniejszymi plażami i ośrodkami wypoczynkowymi, z których nie chce się wychodzić. Jeżeli planujemy spędzić na Seszelach więcej czasu i mamy kilka wolnych dni do zagospodarowania, wizyta tu z pewnością nas nie rozczaruje. Wyspa ta charakteryzuje się stabilniejszą od Mahé pogodą, niewielkim ruchem samochodowym i licznymi połaciami pełnych życia tropikalnych lasów.

 

Odwiedziny na tutejszej przepięknej plaży Anse Lazio będą wspaniałym wstępem do późniejszego poznawania cudów La Digue. Oprócz tego na Praslin zobaczyć trzeba na pewno Rezerwat Naturalny Doliny Mai (Vallée de Mai Nature Reserve) z ekosystemem stanowiącym pozostałość po pradawnych lasach palmowych, gdzie wykształciła się słynna endemiczna dla Seszeli palma kokosowa (lodoicja seszelska), lokalnie zwana coco de mer. W jej owocach o bardzo specyficznym kształcie kryje się największe nasienie świata roślinnego. Wyjątkowa lodoicja seszelska stała się symbolem tego wyspiarskiego kraju.

 

W tych niemalże niezmienionych od wieków lasach spotkać można wiele endemicznych gatunków ptaków i roślin. Podczas spaceru da się usłyszeć czarną papugę seszelską, koralczyka czerwonogłowego czy pustułkę seszelską. Niesamowite bogactwo fauny i flory, zachowane do dziś dzięki staraniom Seszelczyków, sprawia, że to miejsce przypomina świat sprzed rozwinięcia się cywilizacji człowieka, prehistoryczną krainę, w której rządzi tylko natura.

 

Jeśli z Praslin będziemy chcieli wybrać się na La Digue, zabierze nas na nią prom. Na 15 min. staniemy się małym poruszającym się punkcikiem na bezkresnym Oceanie Indyjskim. Gdy ze wszystkich stron otacza nas lazurowa woda, a na horyzoncie widać jedynie oddalającą się linię brzegową usianą palmami kokosowymi, trudno nie pomyśleć, jak mali jesteśmy w porównaniu z ogromem świata. I może niektórych myśl ta przeraża i skłania do rozważań prowadzących do kryzysu egzystencjalnego, ale ja w takim właśnie momencie czuję się wolna…

 

225 STB 7 Creole Buffet 4961x3311

Kuchnia seszelska charakteryzuje się niezmiernie bogatą mieszanką smaków

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

SMAK RAJU

 

La Digue to miejsce idealne. Na tej trzeciej co do wielkości zamieszkałej wyspie Seszeli główny środek transportu stanowi rower. Zaraz po wpłynięciu do portu przedsiębiorczy miejscowi próbują każdego z turystów wyposażyć w jednoślad. Nie należy, oczywiście, oczekiwać najnowocześniejszych modeli rowerów górsko-wyścigowych – większość z oferowanych pojazdów to raczej wysłużone i lekko zniszczone wehikuły, ale przecież nikt nie przyjeżdża się tu ścigać…

 

Na La Digue koniecznie trzeba odwiedzić dwie plaże: Anse Source d’Argent i L’Union Estate. Do obydwu prowadzą bardzo przyjemne, niewymagające specjalnej sprawności fizycznej trasy rowerowe. W Parku Union Estate możemy spotkać żółwie olbrzymie, zwiedzić plantacje wanilii, kokosów i ananasów. Po przemierzeniu tej okolicy w końcu dociera się do jednej z najczęściej fotografowanych plaż na świecie – Anse Source d’Argent. Biały, drobny piasek, nieskazitelnie czysta, turkusowa woda, kokosowe palmy i tak charakterystyczne dla Seszeli granitowe skały tworzą scenerię niczym z prawdziwego raju. Do tego wokół panuje niesamowita cisza nie zakłócana nawet szumem fal, bo ich tu prawie nie ma. Koniecznie należy zabrać ze sobą maskę do snorkelingu, chociaż nawet bez niej najprawdopodobniej będziemy mogli oglądać żółwie morskie podpływające do brzegu w towarzystwie najbardziej egzotycznych gatunków ryb na ziemi. Podczas spaceru wzdłuż plaży na południe podziwia się zapierające dech w piersiach widoki, które na zawsze pozostawiają w pamięci pewność, że byliśmy częścią czegoś wyjątkowego.

 

Choć dzięki otaczającemu nas pięknu na chwilę zapomnimy o głodzie, oprócz nasycenia ducha ważny jest też pokarm dla ciała. Usytuowana tuż przy plaży restauracja, której nie sposób ominąć w drodze powrotnej, serwuje przysmaki kuchni kreolskiej, opartej głównie na rybach i owocach morza.

 

Potrawy z Seszeli są świeże i naturalne. W tutejszej aromatycznej, dość pikantnej kuchni wykorzystuje się głównie produkty lokalne. Miłośnicy owoców morza będą zachwyceni – na początek powinni spróbować tradycyjnej sałatki z ośmiornicy, a po niej ryby po kreolsku. Rybołówstwo jest jednym z głównych zajęć na archipelagu, więc różnorakich świeżych ryb, wyławianych praktycznie co godzinę, nie brakuje nigdy, a miejscowi osiągnęli prawdziwe mistrzostwo w ich przygotowywaniu. Niemal do każdego posiłku podaje się sałatkę z mango i papai. Wyśmienicie komponuje się ona z dość pikantnymi przyprawami, w szczególności ze słynnym kreolskim sosem curry, z którym serwuje się praktycznie wszystko: kurczaka, ryby, wieprzowinę, a dla odważniejszych – lokalny przysmak, czyli nietoperza!

 

Na Seszelach warto też spróbować charakterystycznego dla wysp pacyficznych owocu chlebowca właściwego – rośnie na drzewie i wygląda jak owoc, ale ma konsystencję świeżego chleba i smakuje podobnie do pieczonych ziemniaków. Ci, którzy nie lubią kulinarnych eksperymentów, mogą zamówić po prostu hamburgera i frytki.

 

Najedzeni, opaleni i wypoczęci wyruszymy w drogę powrotną do portu, aby zdążyć przed zachodem słońca. Należy pamiętać, że Seszele leżą na równiku, więc dzień i noc mają porównywalną długość przez cały rok (mniej więcej 12 godz.). Słońce zachodzi ok. godz. 18.30. Zachód oglądany z pokładu statku płynącego przez ocean wygląda po prostu bajecznie…

 

324 IMG24 Anse Source dArgent 4288x2848

Zjawiskowa plaża Anse Source d’Argent na La Digue

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

OSOBLIWY CUD NATURY

 

Rozpieszczeni i może nawet chwilowo nasyceni ostatnimi wrażeniami nie dajmy się zwieść, że widzieliśmy już wszystko. Najdalej na północ w archipelagu leży niewielka koralowa wyspa o powierzchni ok. 1 km2, przez wielu uważana za najpiękniejszą na świecie. To prawdziwy raj dla ornitologów, miejsce, w którym w niezmąconym spokoju żółwie morskie (zielone i szylkretowe) składają jaja.

 

Od maja do października miliony ptaków przylatują na Bird Island zakładać gniazda. Przez cały rok wyspę zasiedla przynajmniej 20 ich gatunków. Nieustannie rozbrzmiewające ptasie odgłosy nie dają zapomnieć o tym, kto rządzi na tym skrawku lądu.

 

Na Bird Island znajduje się jeden ośrodek (z 24 bungalowami), zbudowany i prowadzony w jak największej zgodzie z naturą. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc wycieczkę na wyspę trzeba zaplanować odpowiednio wcześniej. Choć koszt pobytu może nie należy do najniższych, jest warty każdej złotówki, a większość pieniędzy zostawianych przez turystów przeznacza się na ochronę tego niezaprzeczalnego cudu przyrody.

 

Nie da się na paru stronach przedstawić całego bogactwa Seszeli, jak również nie sposób w kilka czy kilkanaście dni zwiedzić ich całych. Po każdej wyprawie na archipelag pozostaje niedosyt. Nawet po kilku latach spędzonych na wyspach wciąż będzie nam mało. Stawałam na najwyższych szczytach kontynentów, przemierzałam przerażające ciszą pustynie, skakałam z samolotów, nurkowałam w niedosięgłych głębinach oceanów – robiłam to wszystko, bo szukałam ekstremalnych doznań.

 

Seszele też są ekstremalne, w swoim pięknie, ciszy i osamotnieniu. Leżą pośrodku niczego. To miejsce tak cudowne, że niemal nierealne, odcięte od problemów, z którymi boryka się reszta świata. Tu królową jest natura, a największą wartością – czas spędzany na jej łonie w towarzystwie najbliższych, w cieniu kokosowych palm i przy szklaneczce Takamaki… Na Seszelach człowiek zaczyna rozumieć, że to właśnie ten poszukiwany przez wszystkich raj, beztroska kraina szczęścia.