WIOLETTA HUTNIK

WOJCIECH ILKIEWICZ

www.wojtektravel.pl


Podczas podróży po Azji Środkowej możemy wyruszyć w drogę wzdłuż kojarzącego się z magią Dalekiego Wschodu Jedwabnego Szlaku, ze zdumieniem odetchnąć z ulgą w białym mieście na pustkowiu, udać się na poszukiwania znikającego morza czy zajrzeć do niesamowitej ognistej dziury w ziemi, przypominającej piekło w miniaturze, albo poczuć się jak bohater powieści „Proces” Franza Kafki, gdy przyjdzie nam czasami zmierzyć się z biurokratyczną machiną. W tej suchej i gorącej krainie nic nie jest oczywiste. Na każdym kroku dostrzeżemy mnóstwo zadziwiających miraży.

 

Wszystkich nas łączy pragnienie poznawania świata, choćby tylko podążania trasami, które niegdyś przemierzały legendarne karawany kupieckie. Jednak atmosfera tych lat uleciała z pustynnym wiatrem, wielbłądów nie wykorzystuje się już jako głównego środka transportu, a przemieszczający się na nich powoli handlarze przesiedli się jakiś czas temu do ryczących i ziejących spalinami ciężarówek. Czar niczym z Księgi tysiąca i jednej nocy prysł. Zaplątani w jedwabny szal stajemy wobec tej odmienionej rzeczywistości i przyjmujemy ją taką, jaka jest – z twardym życiem nie do końca pogodzonym z ideologią konsumpcjonizmu, wciąż szczerozłotymi nieudawanymi uśmiechami mieszkańców, ciężkim sowieckim stylem, dyktaturami, zależnościami i strefami wpływów, ale i wspaniałą mozaiką kultur i religii oraz trwale z nimi związanych niesamowitych zabytków.


Z Iranu, po trudnej odprawie granicznej, jedziemy do stolicy Turkmenistanu – ponad 1-milionowego Aszchabadu (Aşgabatu). Po wyboistej drodze o nawierzchni przypominającej ciasto zwane karpatką poruszamy się jak po wzburzonym morzu. Wokół nas wznosi się w większości typowa posowiecka zabudowa. Jeszcze tego wieczoru zwiedzamy cały starożytny kompleks Partów Nisa dzięki bileterowi i ochroniarzowi tego obiektu. Okres świetności tego leżącego niedaleko Aszchabadu ośrodka to lata między III w. p.n.e. i III stuleciem n.e. Arsakes I (zm. między 217 a 214 r. p.n.e.), założyciel dynastii Arsacydów, ustanowił tutaj wówczas stolicę swojego imperium. Współcześnie ruiny (wpisane w 2007 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO) na pierwszy rzut oka nie robią dużego wrażenia. Okolica przypomina bardziej pofałdowane pastwisko, bezkształtne wzgórze z wypalonej w słońcu ziemi. Jednak po wejściu wydeptaną ścieżką na grzbiet wzniesienia można odkryć, że tuż za nim rozciąga się pracowicie odrestaurowywane wspaniałe starożytne miasto.


WCZORAJ I DZIŚ

W październiku 1991 r., po rozpadzie ZSRR, Turkmenistan ogłosił niepodległość. Pierwszym prezydentem kraju został Saparmyrat Nyýazow (1940–2006), który przyjął tytuł Turkmenbaszy (Türkmenbaşy, czyli Ojca Turkmenów) i wprowadził rządy dyktatorskie. Otoczył swoją osobę kultem i terroryzował obywateli przy pomocy policji. Piastujący obecnie to stanowisko Gurbanguly Berdimuhamedow wpisał się w system, jaki stworzył jego poprzednik. Zdecydował się jednak na pewną liberalizację życia społecznego i politycznego w kraju, zlikwidował ustrój jednopartyjny, zezwolił na dostęp do nieocenzurowanego internetu w stolicy i wprowadził zmiany w systemie nauczania. Z wykształcenia jest dentystą, wcześniej pełnił funkcje ministra zdrowia i wicepremiera. Rządzi niepodzielnie od 2007 r., kontynuując częściowo politykę SaparmyrataNyýazowa, który miał w całym Turkmenistanie ponad 14 tys. pomników. Na najsłynniejszym z nich, ustawionym w centrum Aszchabadu, złota figura prezydenta kręciła się zgodnie z ruchem ziemi, tak aby jego twarz zawsze zwracała się w stronę słońca (w 2010 r. Pomnik Neutralności zmodyfikowano, pozbawiono ruchomej części i umieszczono na przedmieściach). Wygładzone oblicze wodza spoglądało na Turkmenów niemal zewsząd. Po dojściu do władzy Gurbangulego Berdimuhamedowa większość z monumentów zdemontowano bądź przeniesiono w mniej eksponowane miejsca, żeby zastąpić je pomnikami obecnego przywódcy. Co oprócz tego zmieniło się w Turkmenistanie wraz z nastaniem nowych rządów? Z hymnu i przysięgi państwowej zniknęło wspomnienie postaci Ojca Turkmenów, inne nazwy otrzymały fabryki i instytucje noszące imię jego matki i ojca, w kraju powrócono do standardowego kalendarza gregoriańskiego, więc styczeń to już nie turkmenbaszy, a wrzesień nie jest ruhnamą. Saparmyrat Nyýazow za życia napisał dzieło zatytułowane Księga duszy (Ruhnama), połączenie autobiografii, fikcji historycznej i przewodnika duchowego dla Turkmenów. Wystarczy podobno przeczytać ją trzy razy, aby mieć zagwarantowane miejsce w raju.


Jak wygląda codzienne życie mieszkańców? Za gaz, wodę i sól nie trzeba płacić, a prąd, połączenia telefoniczne i ogrzewanie dzięki państwowym dotacjom kosztują tyle co nic, ale braki w ich dostawie bywają dosyć częste. Generalnie, jest co do garnka włożyć i nie ma wojny… Czego chcieć więcej? – powiedział nam pracujący przy budowie dróg miejscowy mężczyzna. Rozrywki typowe dla świata Zachodu są tu ograniczone. Restauracje działają do godz. 23.00, nie spotkamy również lokali sieci McDonald’s. Dyskoteki to rzadkość, znajdują się w hotelach dla cudzoziemców. Gurbanguly Berdimuhamedow, którego wielkie portrety czuwają przy głównych turkmeńskich trasach, pozwolił na ponowne otwarcie opery, teatrów, kin i cyrku, zakazanych przez Saparmyrata Nyýazowa. Państwo nadal kontroluje media, zagranicznych gazet w kioskach się nie sprzedaje. Nie ma także prywatnej prasy, a choć dostęp do internetu staje się coraz bardziej powszechny, jego skąpe zasoby są na ogół monitorowane. Z kafejki internetowej w Aszchabadzie nie uda się nam wejść na serwisy Facebook czy Twitter. Jako wyjaśnienie takiej sytuacji usłyszymy, że w Turkmenistanie nie można z nich korzystać z przyczyn technicznych.


BEZ SKAZY

25,5-kilometrowa aleja Archabil, najnowocześniejsza arteria Aszchabadu

IMG 8436
© WIOLETTA HUTNIK, WOJCIECH ILKIEWICZ/WWW.WOJTEKTRAVEL.PL

Aby wyruszyć na podziwianie przepychu stolicy, dzień rozpoczynamy od mycia auta, gdyż taki jest obowiązek. Brudny samochód zmąciłby idealny wizerunek miasta i popsuł zachwyt nad nim. Długo jeździmy po kontrowersyjnej metropolii, o której krąży wiele interesujących legend. I rzeczywiście, to, co widzimy, budzi emocje i przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania…, bo też trudno oczekiwać aż takich korowodów widziadeł. Znajdziemy wśród nich pomniki wodza (zawsze złocone, inaczej nie wypada), złote kopuły ogromnych pałaców, podświetlane fontanny, jaśniejące marmury ministerstw, muzeów i urzędów państwowych, gigantyczne futurystyczne budowle wykończone niezmiernie precyzyjnie (złote zdobienia, dużo grawerowanego złotego i niebieskiego szkła). W centrum stolicy kraju, którego według niektórych pomiarów ok. 80 proc. obszaru pokrywa pustynia, co krok z gigantycznych konstrukcji w górę tryskają strumienie wody, rozległe parki sąsiadują z placami otoczonymi drzewami, krzewami i kwiatami. Szerokie arterie mają idealnie gładką nawierzchnię, na ulicach porządku strzegą kamery umieszczone na licznych latarniach z kutego żelaza, ozdobionych złoceniami (są ich tysiące i do tego w setkach wzorów), przystanki autobusowe wyposażono w grawerowane szyby i elektroniczne wyświetlacze. Warto wspomnieć, że w 2013 r. stołeczne miasto Turkmenistanu wpisano nawet do Księgi rekordów Guinnessa ze względu na największe na świecie zagęszczenie budynków z białego marmuru. Wszystko to urządzone zostało z wielkim rozmachem, utrzymywane jest w sterylnej czystości i doskonałym porządku.


W centrum Aszchabadu nie wolno używać klaksonu, wozy policyjne i karetki pogotowia rzadko włączają syreny, a kierowcy ściszają odbiorniki radiowe lub odtwarzacze CD w obawie przed karami za zbyt wysoki poziom hałasu. Kiedy zapada noc, wspaniale iluminowane pałace, wieżowce i fontanny rozświetlają kolorami niemal opustoszałe ulice i parki. Czegoś tu jednak brakuje – trudno dostrzec ludzi. Widzimy tylko osoby odpowiadające za czystość i policjantów. Gdzie podziali się mieszkańcy, pracownicy, przechodnie? Puste ławki, przystanki, chodniki i budynki robią wrażenie niezamieszkałych, przypominają atrapy. Co jakiś czas przejeżdżają czyste auta, bo niewiele jest miejsc, gdzie można się zatrzymać. Aszchabad ma jednak podwójną tożsamość, dlatego jazda po nim wywołuje specyficzne odczucia. W starszej, północnej części miasta ulice są wąskie i wypełnione samochodami i ciężarówkami, domy rozpadają się, a posowieckie bloki straszą swoim stanem (oraz olbrzymią liczbą anten satelitarnych). W nowym, marmurowym centrum szerokie arterie składają się z dwóch, trzech i więcej pasów, ale nie da się na nich zaobserwować dużego ruchu. Cały obszar wygląda jak spektakularna makieta w skali 1:1 i najprawdopodobniej prezydentowi zależy, aby ludzie swoją obecnością nie psuli tak idealnej scenerii. Mogą żyć w starym rejonie stolicy, dopóki nie zostanie on poddany renowacji i zrównany z ziemią.


TROSKLIWY PREZYDENT

Docieramy do osobliwej budowli. To pozłacany monument Gurbangulego Berdimuhamedowa – oznaka bezgranicznej miłości narodu do przywódcy, jak informuje rządowa prasa. Pomnik Arkadaga (z turkmeńskiego „Protektor”, „Opiekun”, „Obrońca”), bo właśnie taki oficjalny tytuł nosi prezydent, jest wysoki na 21 m i wykonany z brązu i marmuru. Przedstawia mężczyznę na koniu stojącym na białej skale. Obie figury pokrywa złoto. Gurbanguly Berdimuhamedow nie zaszczycił odsłonięcia monumentu swoją osobą. Według gazety Neutralny Turkmenistan (Neýtralnyý Turkmenistan) poparł ideę pomnika ze względu na to, że wyrażała wolę ludu, którą uważa za świętą.


Fundusze na realizację projektu zbierał cały kraj, w końcu to kosztowny wydatek. Rządowa prasa opisywała radość Turkmenów, którzy przekazywali na ten cel część zarobków. Monument stanowi powrót do tradycji Saparmyrata Nyýazowa. Wśród obywateli pomnik nie wzbudzał jednak emocji, falę oburzenia wywołało przymusowe zbieranie pieniędzy na jego budowę. To zresztą nie jedyny pomysł prezydenta wymagający od jego rodaków sięgnięcia do kieszeni. Wzorem zachodnich polityków w 2013 r. Gurbanguly Berdimuhamedow rozpoczął promowanie jazdy na rowerze. Ustanowił, aby 1 września (Miesiąca Bezpieczeństwa na Drodze), w Dzień Wiedzy i Studentów, Turkmeni przesiedli się na dwa kółka. Ci, którzy nie mieli własnego sprzętu, musieli go kupić. Koszt okazał się całkiem duży (mniej więcej równowartość miesięcznej pensji), ponieważ ceny od razu poszły w górę.


ZAJRZEĆ DO PIEKŁA

Wrota Piekieł koło Derweze – olbrzymia płonąca już od 45 lat dziura

IMG 8872
© WIOLETTA HUTNIK, WOJCIECH ILKIEWICZ/WWW.WOJTEKTRAVEL.PL

Opuszczamy kontrowersyjny marmurowy Aszchabad. Budzi w nas skrajne emocje. Zastanawiamy się jedynie nad kilkoma sprawami – skąd pochodzą te wszystkie toyoty, które jeżdżą po stolicy, i jak to możliwe, że za 1 dolara amerykańskiego (USD) dostaniemy ok. 3,5 manata turkmeńskiego (TMT), a 1 l paliwa (oleju napędowego) kosztuje zaledwie 94 tenge.


Obraz Turkmenistanu tworzy jednak nie tylko stołeczny Aszchabad. Aby się o tym przekonać, jedziemy do wioski Derweze, położonej ok. 260 km na północ od niego, przecinając w poprzek pustynię Kara-kum (o powierzchni mniej więcej 350 tys. km²), czyli Czarny Piasek. W zależności od przyjętej metodologii ocenia się, że zajmuje ona 70 bądź 80 proc. terytorium Turkmenistanu. Przecina ją jeden z najdłuższych kanałów irygacyjnych świata – Kanał Karakumski, budowany przez 34 lata (od 1954 do 1988 r.). Ma długość 1445 km i ciągnie się od okolic 100-tysięcznego miasta Atamyrat przy północno-wschodniej granicy kraju aż do wybrzeża Morza Kaspijskiego. Przepływająca przez niego woda rzeki Amu-darii pozwala zmienić pustynię w pola uprawne (głównie bawełny). Niestety, budowa kanału mocno przyczyniła się do erozji Jeziora Aralskiego, nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim.


Chcemy dotrzeć do tzw. Wrót Piekieł. Problem polega na tym, że oficjalnie wioska Derweze już nie istnieje, została zrównana z ziemią i wymazana z map na polecenie prezydenta Saparmyrata Nyýazowa. Nie spodobała mu się, kiedy ją odwiedził w 2004 r., kazał więc wyburzyć zabudowania, a ludzi przesiedlić. Ledwo widoczną drogą, szlakiem wiodącym przez piaski pustyni, odjeżdżamy 8 km od głównej trasy. Żar leje się z nieba, temperatura powietrza dochodzi do 47°C. Gdy stajemy u niesamowitych Wrót Piekieł, robi się jeszcze goręcej. Ten krater o średnicy 69 m rzeczywiście wygląda jak wejście do podziemnej krainy potępionych, do której w tym miejscu może zajrzeć każdy człowiek. Powstał on w latach 70. XX w., kiedy naukowcy radzieccy poszukiwali tutaj złóż gazu ziemnego. Wskutek złej oceny geologicznej przy wierceniach doszło do katastrofy. Pod ziemię zapadła się większość sprzętu, a z licznych szczelin zaczęły wydobywać się toksyczne opary gazu. Zmarło kilka osób, a wiele innych poważnie się zatruło. Geolodzy zdecydowali się rozwiązać problem za pomocą ognia. Mieli nadzieję, że gaz wypali się po kilku dniach, lecz złoża okazały się tak olbrzymie, iż płomienie nie zgasły do dziś. Krater robi upiorne, a zarazem niezmiernie ekscytujące wrażenie. Miejsce to najbardziej spektakularnie wygląda nocą.


WIEKOWE MURY

Następnie zmierzamy do niemal 40-tysięcznego miastaKöneürgenç w północnym Turkmenistanie, tuż przy granicy z Uzbekistanem. Jego historyczna część Urgencz była jednym z największych ośrodków na Jedwabnym Szlaku. Odkrycia archeologiczne poczynione w pobliżu twierdzy Kyrkmolla wskazują, że zabudowania istniały już V w. p.n.e. W okresie od X do XIV stulecia Urgencz pod względem liczby ludności i swojej sławy mógł konkurować z innymi miastami Azji Środkowej, np. Bucharą. W 1221 r. zniszczyły go wojska Czyngis-chana. Ośrodek odbudowano i znów zaczął się rozwijać. Jednak po ataku Tamerlana (Timura Chromego, 1336–1405) i nieoczekiwanej zmianie biegu Amu-darii mieszkańcy ostatecznie opuścili to miejsce na zawsze. Po dawnym Urgenczu zostały tylko wspaniałe ruiny, wpisane w 2005 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Do najstarszych zabytków należy XII-wieczne mauzoleum Il Arslan. Jego kopułę w kształcie stożka zdobi wzór z ceramicznych płytek. Duże wrażenie robi również mauzoleum Turabek-Khanum z XIV stulecia. Zachwyca szczególnie wspaniałą i niezmiernie precyzyjnie wykonaną mozaiką na suficie. Poza tym wyróżnia się tu też minaret Kutlug Timur pochodzący z przełomu XI i XII w. i mający wysokość 60 m. Udajemy się jeszcze do kompleksu z XIV-wiecznym mauzoleum Najm-ad-Din al-Kubra. Jego odchylona od pionu fasada wygląda, jakby miała wkrótce runąć.


W trakcie naszej wyprawy staramy się dowiedzieć trochę więcej o życiu w Turkmenistanie. Przekonujemy się, że opowieści o tym, iż ogień na kuchenkach gazowych pali się cały czas, są całkowicie prawdziwe. Gaz jest przecież bezpłatny, a zapałki to produkt deficytowy. W końcu nie warto oszczędzać na tym, za co nie trzeba płacić. Wiedzę o kraju zdobywamy z interesujących spotkań z miejscowymi. Bywają oni jednak raczej nieufni, zwłaszcza wobec cudzoziemców. Nieliczne osoby, które zgadzają się na rozmowę z nami, trochę się otwierają, ale często mówią szeptem, rozglądając się przy tym czujnie. Pytamy, co zmieniło się z nastaniem nowego prezydenta. Okazuje się, że dla przeciętnego obywatela tak naprawdę nic. Nadal wielu ludziom żyje się dość ciężko, niełatwo o pracę, każdy kombinuje, jak potrafi, i nie sprzeciwia się kolejnym pomysłom Gurbangulego Berdimuhamedowa. Turkmeni robią jednak zazwyczaj wrażenie spokojnych i pogodnych osób. Nie ma zresztą w tym nic dziwnego, bowiem codzienne życie to nie tylko sytuacja polityczna, ale przede wszystkim rodzina i przyjaciele. Z nimi można się cieszyć, świętować i pokonywać trudności.


UZBECKIE ZABYTKI

Registan jest najcenniejszym kompleksem architektonicznym Samarkandy

IMG 9401
© WIOLETTA HUTNIK, WOJCIECH ILKIEWICZ/WWW.WOJTEKTRAVEL.PL

Po wjechaniu do Uzbekistanu kierujemy się w stronę ponad 50-tysięcznego miasta Chiwa. Położone nad Amu-darią, stanowiło jeden z głównych ośrodków handlowych w regionie Azji Środkowej, a od pierwszej połowy XVII stulecia odgrywało rolę stolicy Chanatu Chiwy (istniejącego od 1511 do 1920 r.). Zabytkowy obszar Iczan Kała (Iczan Kala), wpisany w 1990 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, otaczają XVII-wieczne ceglane mury obronne o wysokości ok. 10 m. Znajdują się tu forteca Kunja Ark, Mauzoleum Pahlawona Mahmuda (muzułmańskiego poety, filozofa i świętego męża żyjącego w XIV stuleciu, patrona Chiwy), meczet Dżuma, pałac Tasz Chauli (wzniesiony w latach 30. XIX w.) i minaret Kalta Minor. Ten ostatni miał być największym i najwyższym tego rodzaju obiektem na świecie, ale nie udało się osiągnąć tego celu. Obłożona różnokolorowymi płytkami ceramicznymi 25-metrowa wieża mieni się w słońcu fantazyjnymi wzorami.


Natomiast 275-tysięczna Buchara w dolinie rzeki Zarafszan jest miastem jak z opowieści Szeherezady. Jej historyczne centrum od 1993 r. widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W przeszłości był to jeden z największych i najważniejszych ośrodków na Jedwabnym Szlaku. Uchodził za miasto święte, do którego, tak jak do Mekki, nie mieli wstępu niewierni. Przy Registanie (identycznie zwie się bardziej znany kompleks w Samarkandzie), co z perskiego znaczy „Piaszczysty Plac” lub „Pustynia”, stoją 46-metrowy minaret Kalon (zbudowany w 1127 r.) i przyległy do niego ogromny meczet o tej samej nazwie. Naprzeciw tego ostatniego znajduje się czynna, a więc niedostępna dla obcych, medresa Mir-i Arab wzniesiona w latach 1535–1536. Minaret Kalon służył nie tylko do nawoływania wiernych do modlitwy. W nocy palono na nim ogniska, aby wskazywał drogę karawanom. Do wczesnych lat XX w. był także miejscem kaźni. Skazanych na śmierć po prostu zrzucano z wieży. Tutejsze słynne mauzoleum Ismaila I Samanidy to z kolei bez wątpienia prawdziwe arcydzieło architektury muzułmańskiej z X stulecia.


STAROŻYTNE MIASTO

Z Buchary jedziemy do ponad 500-tysięcznej Samarkandy. Po drodze obserwujemy okolicę. Widzimy mnóstwo chevroletów, nowych, identycznych budynków mieszkalnych, objuczone osły, dużo posterunków kontrolnych i billboardów propagandowych, pola ryżu i bawełny czy sady. Stacje paliw w większości służą jedynie za ozdobę trasy, bo przecież czynne są tylko te sprzedające gaz. Najwięcej do życzenia pozostawia stan toalet, które nawet trudno w ten sposób nazwać.


Wreszcie stajemy u wrót Samarkandy, jednego z najdłużej zamieszkanych miast świata, które stanowiło skrzyżowanie kultur. Jej historia liczy ponad 2,5 tys. lat, czyli porównywalnie do dziejów Rzymu czy Aten. W starożytności pełniła funkcję jednego z głównych ośrodków na Jedwabnym Szlaku. Samarkanda, określana mianem „Klejnotu Islamu” i „Lustra Świata”, ma – oczywiście – dwa oblicza: jedno niezmiernie zabytkowe i imponujące, a drugie mniej atrakcyjne, ale obecnie bardziej prawdziwe. Wizytówkę miasta stanowi Registan, ogromny plac z kompleksem trzech medres. Na zainteresowanie zasługuje też Meczet Bibi Chanum, ukończony w 1404 r. Wzniósł go wspomniany już Tamerlan (Timur), założyciel dynastii Timurydów. Popadający w ruinę obiekt uległ zniszczeniu w trakcie trzęsienia ziemi w 1897 r. W latach 70. XX w. rozpoczęto renowację kompleksu. Oprócz tego warto tu również zajrzeć na barwny Bazar Siabski. W 2001 r. Samarkandę wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


OBLICZA WSPÓŁCZESNOŚCI

Taszkencki Pałac Forów Międzynarodowych „Uzbekistan” i pomnik Tamerlana

IMG 9621
© WIOLETTA HUTNIK, WOJCIECH ILKIEWICZ/WWW.WOJTEKTRAVEL.PL

Na koniec docieramy do prawie 2,5-milionowego Taszkentu (Taszkientu), monumentalnej, dostojnej i… według niektórych trochę nudnej stolicy Uzbekistanu, położonej nad rzeką Chirchiq na przedgórzu Tienszanu, czyli Niebiańskich Gór. Niegdyś jedną z głównych taszkienckich budowli był Hotel Uzbekistan, znajdujący się w sercu miasta. To prawdziwy moloch, konstrukcja z betonu i szkła górująca nad okolicą. Nie zachwyca pięknym wyglądem, ale jego rozmach budzi prawdziwy respekt – mieści się w nim 300 pokojów, w tym 126 z balkonami. Warto obejrzeć jeszcze interesujące stołeczne teatry, muzea, Operę i Teatr Baletowy im. Aliszera Nawoi (władcy z dynastii Timurydów i pisarza, 1441–1501), budynki rządowe, pomnik Tamerlana na koniu (przed Muzeum Emira Timura) i metro (otwarte w 1977 r.). Ze stacji tego ostatniego – niestety – zostaliśmy wyproszeni za zrobienie kilku zdjęć. Uzbecka stolica zmienia nieco swoje oblicze po zapadnięciu zmroku, kiedy budzi się do bujnego życia nocnego. Poza tym działają w niej świetne restauracje. Na zewnątrz na rozpalonych grillach pieką się pyszne szaszłyki.


W Taszkencie nie znajdziemy raczej zbyt wielu przykładów zabytkowej architektury sprzed kilku stuleci ani pocztówkowych widoków. W poszukiwaniu zdobionych na niebiesko meczetów, medres, minaretów i mauzoleów trzeba udać się do Samarkandy, Chiwy i Buchary. Bez zwiedzenia stolicy nasz obraz Uzbekistanu byłby jednak niepełny. W podróży po Azji Środkowej nie można ograniczać się tylko do typowych atrakcji turystycznych. Czasem należy sprawdzić, co znajduje się poza nimi, żeby poznać różne jej fascynujące oblicza. Na koniec mamy jeszcze jedną ważną radę dla początkujących globtroterów marzących o odwiedzeniu tej części świata. Polecamy zorganizować wyjazd ze sprawdzonym biurem podróży. To pozwoli uniknąć nieprzewidzianych kłopotów i po prostu cieszyć się z wyprawy po tej odrobinę nierealnej krainie tajemniczych starożytnych miast wyrastających wśród gorących pustynnych piasków.

Artykuły wybrane losowo

Na drogach Turkmenistanu i Uzbekistanu

WIOLETTA HUTNIK

WOJCIECH ILKIEWICZ

www.wojtektravel.pl


Podczas podróży po Azji Środkowej możemy wyruszyć w drogę wzdłuż kojarzącego się z magią Dalekiego Wschodu Jedwabnego Szlaku, ze zdumieniem odetchnąć z ulgą w białym mieście na pustkowiu, udać się na poszukiwania znikającego morza czy zajrzeć do niesamowitej ognistej dziury w ziemi, przypominającej piekło w miniaturze, albo poczuć się jak bohater powieści „Proces” Franza Kafki, gdy przyjdzie nam czasami zmierzyć się z biurokratyczną machiną. W tej suchej i gorącej krainie nic nie jest oczywiste. Na każdym kroku dostrzeżemy mnóstwo zadziwiających miraży.

Więcej…

Turystyka rowerowa wkręca Polaków

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

<< Dziś coraz więcej czasu spędzamy bez ruchu: przed ekranem komputera, telewizora, w samochodzie, pociągu, samolocie. Nowinki technologiczne sprawiają, że cały świat jest dla nas niemal na wyciągnięcie ręki, ale nasze ciało wciąż domaga się tej samej troski, co zawsze. Chyba dlatego chętniej niż kiedyś interesujemy się różnymi rodzajami turystyki aktywnej, w tym jednym z jej najprostszych i najprzyjemniejszych typów, czyli wycieczkami rowerowymi, na które może wybrać się każdy, czy to stary, czy to młody, i nie potrzebuje do tego żadnych uprawnień ani specjalnych umiejętności. Jazda na rowerze nie tylko poprawia ogólną kondycję fizyczną i wydolność organizmu, lecz także pomaga zrzucić zbędne kilogramy oraz podnosi poziom endorfin, zwanych hormonami szczęścia. Jeśli zwykłą przejażdżkę urozmaicimy oglądaniem pięknych krajobrazów, zwiedzaniem zabytków i poznawaniem nowych miejsc, to mamy już przepis na wyjątkowo zdrowy wypoczynek. >>

Więcej…

Poczuć radość życia na Filipinach

kayaking_in_pangulasian.jpg

Wyspa Pangulasian – wycieczka kajakiem

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM/FOTOSEEKER.COM


MARTA DUCZMAN

MICHAŁ KĘPA

www.ducziwdrodze.pl


Pełna magii Republika Filipin leży w Azji Południowo-Wschodniej. Swoimi granicami obejmuje aż 7107 wysp. Niespełna połowa z nich ma własną nazwę, a zaledwie kilkaset jest zamieszkałych. Oblewają je wody Oceanu Spokojnego i mórz Sulu, Celebes, Południowochińskiego i Filipińskiego. 


ChocolateHills-3.jpg

Wzgórza Czekoladowe leżą na terenie gmin Carmen, Batuan i Sagbayan 

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM


Powierzchnia wszystkich lądów w Archipelagu Filipińskim wynosi ok. 300 tys. km2,czyli nieco mniej niż terytorium Polski. Wydzielono tu 3 główne obszary geograficzne: Luzon, Visayas (Visayan) i Mindanao. Największą wyspę stanowi Luzon, która ma niemal 110 tys. km² i 50 mln ludności. Populacja kraju liczy ponad 102 mln mieszkańców, co sprawia, że znajduje się on na 12. miejscu wśród najbardziej zaludnionych państw na świecie. 


Filipiny to kraina niezmiernie różnorodna pod względem geograficznym i kulturowym. Dostrzeżemy w niej wyraźne wpływy kolonizatorów. Przybyli tu w XVI w. Hiszpanie zaszczepili na wyspach chrześcijaństwo. Dziś ok. 80 proc. Filipińczyków jest katolikami.


Krótka historia

north_luzon_38_midres.jpg

Vigan to najlepiej zachowane hiszpańskie miasto kolonialne w Azji 

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM/FOTOSEEKER.COM/DAVID HETTICH, TOBIAS HAUSER


Ludzie zamieszkiwali Archipelag Filipiński prawdopodobnie już ponad 50 tys. lat temu. W późniejszym okresie docierali w te strony m.in. przybysze z Półwyspu Arabskiego, dzisiejszych Chin, Tajwanu i Indii. Europejczycy pojawili się na wyspach wraz z Ferdynandem Magellanem (1480–1521) w 1521 r. Portugalski żeglarz i odkrywca, służący Hiszpanom, przyłączył je wtedy do hiszpańskiego imperium. Kolonizację Filipin rozpoczął jednak tak naprawdę dopiero w 1565 r. Miguel López de Legazpi (ok. 1503–1572), który zbudował pierwszą osadę – Villa de San Miguel, przemianowaną potem na Cebu. Następnie w 1571 r. założył dzisiejszą Manilę, ówczesną stolicę Hiszpańskich Indii Wschodnich (aż do 1898 r.).


W 1896 r. Filipińczycy wzniecili powstanie narodowe i 12 czerwca 1898 r. ogłosili niepodległość. Radość z wolności nie trwała zbyt długo. W tym czasie rozgrywała się wojna amerykańsko-hiszpańska, trwająca od 25 kwietnia do 12 sierpnia 1898 r. Ponieważ Hiszpanie ponieśli w niej klęskę, na mocy traktatu paryskiego z 10 grudnia 1898 r. Filipiny włączono do terytoriów Stanów Zjednoczonych. 8 grudnia 1941 r., po ataku na amerykańską bazę Pearl Harbor na Hawajach, armia japońska dokonała udanej inwazji na archipelag. Po przegranej w bitwie o Midway w czerwcu 1942 r. Japończycy zaczęli jednak tracić powoli zagarnięte tereny. Ostatecznie 4 lipca 1946 r. Filipińczycy podpisali z Amerykanami traktat w Manili, w wyniku którego proklamowana została niepodległa Republika Filipin. Pierwszym jej prezydentem był Manuel Róxas (1892–1948).


Przyjaźni wyspiarze

Kadayawan_Festival_2.jpg

Trzeci tydzień sierpnia to czas Festiwalu Kadayawan w mieście Davao

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM


Filipiński (filipino) bazuje na języku tagalskim (tagalog). Oprócz tego istnieje tutaj mniej więcej 175 innych lokalnych języków i dialektów (w zależności od zasad klasyfikacji). W niektórych częściach Filipin wciąż usłyszymy ludzi mówiących po hiszpańsku. Angielski (drugi urzędowy język kraju obok filipińskiego) jest powszechnie używany w urzędach, szkołach i innych miejscach publicznych. Dlatego przed podróżą w te strony nie trzeba się obawiać problemów związanych z porozumiewaniem się z mieszkańcami.


Termin Filipino pierwotnie oznaczał „człowieka o hiszpańskim pochodzeniu urodzonego na Filipinach”. Żyjący obecnie na archipelagu naród stanowi potomków ludów austronezyjskich, Chińczyków, Hindusów, Hiszpanów, Japończyków, Amerykanów i Arabów. Wyspiarze charakteryzują się pogodnym usposobieniem, otwartością, życzliwością i serdecznością. Między sobą często używają zwrotów Madame i Sir. Podczas wizyty na Filipinach możemy zostać zaproszeni do gry w koszykówkę czy badmintona, a także do wspólnego biesiadowania. W wioskach i na mniejszych wyspach, szczególnie pod sklepikami zwanymi sari-sari, miejscowi chętnie częstują turystów lokalnym trunkiem tuba lub bahalina. To nic innego jak samogon, tyle że otrzymywany z palmy kokosowej. Ma on mętny brązowy kolor i bardzo charakterystyczny smak fermentującej rośliny. W niektórych regionach bywa podawany z pepsi. Takie wspólne popijanie tuby stanowi okazję do snucia opowieści o lokalnych zwyczajach i historii.


Nie sposób nie wspomnieć również o zamiłowaniu Filipińczyków do śpiewania i ich wstydliwości, która przejawia się tym, że kiedy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie bądź czegoś nie wiedzą, spuszczają głowę, jakby udawali, iż rozmówca zniknął. Tę pierwszą cechę także nietrudno zauważyć. Wyspiarze, czy to młodzi, czy starzy, śpiewają niemal wszędzie. Czasem kiedy ekspedientka w dużym markecie usłyszy w głośnikach ulubiony utwór, przy obsługiwaniu klientów bez żadnego skrępowania wtóruje jego wykonawcy. Jeśli odmówimy wspólnego wykonania piosenki, tłumacząc się brakiem umiejętności, Filipińczycy prawdopodobnie odpowiedzą nam, że oni sami też nie wykazują szczególnych zdolności wokalnych. Jednak tym akurat się nie przejmują, bo zwyczajnie kochają śpiewać.


„Kani tayo!”


Kuchnia filipińska jest połączeniem wpływów orientalnych, europejskich (głównie hiszpańskich) i amerykańskich. Wspólne gotowanie i spożywanie posiłków ma dla mieszkańców tego kraju duże znaczenie. Dlatego w trakcie podróży po nim warto nauczyć się zwrotu Kani tayo!, czyli „Zjedzmy coś!”, funkcjonującego jako zaproszenie do stołu. Filipińczycy kochają życie i uwielbiają to celebrować podczas różnego rodzaju zjazdów i fiest. Do charakterystycznych dań lokalnej kuchni należy m.in. podawana na zimno przystawka z surowej ryby zwana kinilaw (kilawin). Świeże mięso np. z tuńczyka miesza się z octem, limonką, imbirem, chili, cebulą i czarnym pieprzem, a następnie pozostawia na kilka godzin w lodówce. Taki przysmak przyjemnie orzeźwia w gorące dni. Najważniejszą potrawą wszelkich uroczystości i świąt jest lechón – cała świnia pieczona nad rozgrzanymi węglami do uzyskania chrupiącej skórki. Poza tym mięsa lub owoce morza smaży się także w specjalnej marynacie adobo z czosnku, octu i sosu sojowego. Przygotowane w ten sposób kalmary są niezwykle smaczne. Popularnością cieszy się również pancit kanton, czyli smażony makaron jajeczny z krewetkami, wieprzowiną i niewielką ilością warzyw takich jak marchewka, kapusta i szczypior. Z kolei kare-kare stanowi rodzaj gulaszu o intensywnym orzechowym smaku.


Co ciekawe, sieci restauracyjne typu McDonald’s czy KFC do swojego menu na Filipinach wprowadzają dania kuchni lokalnej. Nawet w takim miejscu możemy więc dostać porcję ryżu do nóżki kurczaka, makaron ze słodkim sosem pomidorowym lub ciastko z mango. Za najpopularniejszy filipiński deser uchodzi natomiast halo-halo, na które składają się schłodzone owoce chlebowca, fasola, mleko, kostki galaretki i kruszony lód. Ten specjał podaje się w wysokiej szklance z łyżką.


Typowym elementem azjatyckiej gastronomii są stoiska z jedzeniem ulicznym. W tym kraju znajdziemy na nich smażone na głębokim oleju banany, słodkie ziemniaki, jelita kaczki, papryczki chili w cieście ryżowym i empanadas, czyli duże pierogi z ciasta kukurydzianego nadziewane kapustą, marchewką, chili i mięsem. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o pewnej ciekawostce kulinarnej z Filipin – budzącym mieszane emocje wśród Europejczyków przysmaku balut.Jest togotowane jajko z 17-dniowym zarodkiem kaczki z wyraźnie wykształconym już dziobem. Przekąsce tej przypisuje się właściwości afrodyzjaku. Kosztuje ona 20 peso filipińskich (PHP) i kupimy ją prawie na każdym rogu.


Mango i fiesta t
en pyszny filipiński owoc wpisano do Księgi rekordów Guinnessa dwa razy. W 1995 r. odmiana manila mango została uznana za najsłodszą na świecie. Z kolei w 2009 r. w mieście portowym Cagayan de Oro na wyspie Mindanao podczas lokalnej fiesty zaprezentowano okaz, który ważył aż 3,435 kg! Na Filipinach zbiera się rocznie ponad 800 tys. ton tych owoców (ok. 3,6 proc. światowej produkcji). Z uprawy mango słynie przede wszystkim Cebu. Podczas odwiedzin na niej można wybrać się na plantację i jeść je prosto z drzewa.


Wyspiarze kochają kolory. Świadczą o tym m.in. dość kiczowate malunki na jeepneyach czy barwne imprezy w poszczególnych dzielnicach (barangay, dawniej barrio). Aby poznać lokalny folklor, trzeba koniecznie wybrać się na taką potańcówkę połączoną z występami i kulinarną ucztą zakrapianą miejscowymi trunkami. Filipiny słyną też z różnokolorowych festiwali tanecznych i maskarad. Jedno z najpopularniejszych tego typu wydarzeń odbywa się w mieście Bacolod na wyspie Negros. Nosi wiele mówiącą nazwę MassKara. Ta zabawa to kilkudniowy uliczny spektakl, w którym główne role grają tańczący ludzie poubierani w eleganckie i pomysłowe kostiumy z odblaskowymi maskami.

W drodze


Do przemieszczania się po lądzie na długich i krótkich dystansach mamy na Filipinach do wyboru autobusy typu naszych PKS-ów w wersji klimatyzowanej i nieklimatyzowanej. Szybsze są wyposażone w klimatyzację minibusy, ale komfort jazdy jest w nich raczej pozorny. W rzeczywistości takim pojazdem, przeznaczonym dla 11 pasażerów, jedzie tyle osób, ile się zmieści, wraz z bagażami, np. 10-kilogramowym workiem ryżu lub żywym inwentarzem w postaci kurczaków w pudełku. Kolejny popularny środek transportu publicznego stanowią jeepneye, czyli stare przedłużane jeepy, które zostały na wyspach po Amerykanach. Na pace takiego samochodu terenowego po obu stronach znajdują się ławki dla podróżujących. Karoserię aut zdobią charakterystyczne różnobarwne malunki, często pojawiają się na nich postaci Matki Boskiej albo Jezusa. Ciekawie prezentuje się również trycykl. To motocykl z domontowanym z boku wózkiem. Choć wygląda na dwuosobowy i niejednokrotnie ciężko wsiąść do niego przeciętnemu Europejczykowi, przewozi czasem kilkoro Filipińczyków i ich bagaże. Trycyklem nazywa się też rower typu BMX z zamocowanym koszem na pasażerów i parasolem ogrodowym. Rzadko ma on normalny hamulec, przeważnie kierowca zwalnia za pomocą naciśnięcia klapkiem na oponę. Interesujące rozwiązanie stanowi także taksówka motocyklowa habel-habel. Można podróżować nią tylko z kierowcą lub w większym towarzystwie. 


Do pokonywania odległości między wyspami służą wolne, ale tanie promy, trochę droższe szybkie łodzie (fast boats) oraz tradycyjne filipińskie banki (banca). Te ostatnie wyglądają jak duże pająki wodne, ponieważ do ich wąskich kadłubów przyczepia się długie bambusowe stabilizatory, które zapobiegają wywróceniu się. Jeśli wybierzemy lokalne środki transportu, na pewno czeka nas wiele niesamowitych przeżyć.


Sport dla odważnych


Za nieodłączną część kultury filipińskiej uchodzą walki kogutów. Mimo iż są krwawe i brutalne, odbywają się całkowicie legalnie. To lokalna forma hazardu. Arena, na której walczą ptaki przypomina ring bokserski. Koguty dzieli się na trzy kategorie wiekowe: 0–9 miesięcy, 9–20 miesięcy i powyżej 20 miesięcy. Standardowy trening przed walką trwa 21 dni. Zaczyna się o godz. 3.00 rano przy silnym oświetleniu. Taki zabieg ma na celu oswoić ptaka ze światłem, które pada na niego na arenie. Kogut wykonuje różne ćwiczenia wzmacniające jego mięśnie, skrzydła i pazury. Po 7 dniach treningów w nagrodę właściciel podsuwa mu kurę. Dzięki kopulacji w koguciej krwi wzrasta poziom testosteronu. Poza tym wpływa ona też pozytywnie na rozwój muskulatury. W czasie ćwiczeń ptak dostaje suplementy diety, specjalne jedzenie oraz witaminy i antybiotyki, a także środki na rozbudowę masy mięśniowej. 


W dniu walki przed wejściem na arenę do lewej nogi koguta przywiązuje się ostrze. Z wieloletnich obserwacji wynika, że w 99 proc. przypadków pierwsze kopnięcie wykonuje on właśnie tą łapą. Za pomocą tej broni ptak zadaje śmiertelny cios swojemu rywalowi. Gdyby nie otrzymał takiego wyposażenia, starcie trwałoby znacznie dłużej. Walki kogutów są ważną częścią codziennego życia wyspiarzy, dlatego jeśli mamy mocne nerwy, powinniśmy choć raz obejrzeć tego rodzaju zawody.


Wyspa cudów


Większość turystów rozpoczyna swoją podróż po Filipinach od największej ich wyspy Luzon ze stolicą Manilą i znajdującymi się w niej dwoma międzynarodowymi lotniskami – Ninoy Aquino International Airport i Clark International Airport. W pobliżu miasta, w prowincji Batangas wznosi się czynny wulkan Taal (311 m n.p.m.). Ostatnio wybuchł w 1977 r., lecz od 1991 r. pozostaje wciąż aktywny i raz na jakiś czas daje o sobie znać lekkimi wstrząsami ziemi i bulgotaniem wydobywającym się z krateru. Wygląda jednak wyjątkowo malowniczo. Jego stożek wystaje nad spokojną taflę oblewającego go jeziora Taal. To widok zapierający dech w piersiach.


Na Luzon ujrzymy także uznawane za ósmy cud świata, liczące sobie ok. 2 tys. lat, przepiękne tarasowe pola ryżowe Kordylierów Filipińskich, położone w prowincji Ifugao. Leżą one na wysokości mniej więcej 1500 m n.p.m. W 1995 r. zostały wpisane na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


W górskim regionie (Mountain Province) znajduje się też miasteczko Sagada. W tej urokliwej miejscowości o przyjemnym chłodnym klimacie zobaczymy słynne wiszące trumny. Najpopularniejsze miejsce do ich oglądania stanowią Echo Valley i jaskinia Lumiang Burial. Przyczepione do wapiennych skał skrzynie są pozostałością po dawnej formie pochówku sprzed 500 lat. Razem z przewodnikiem można udać się z Sagady na eksplorowanie okolicznych grot, atrakcyjnych ze względu na wąskie przejścia i podziemną rzekę. 


Na północno-zachodnim wybrzeżu Luzon, nad Morzem Południowochińskim, leży 50-tysięczne Vigan. To czarujące miasto z zachowaną XVI-wieczną zabudową. Jego historyczne centrum wzniesione przez hiszpańskich kolonizatorów również znalazło się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wśród jego klimatycznych uliczek można poczuć się jak w Hiszpanii. Warto tu przejechać się dorożką, spróbować empanadas i pizzy pinakbet, odwiedzić garncarnię i tkalnię. Kinomanów zaciekawi na pewno fakt, że w tym miejscu kręcono film Urodzony 4 lipca (1989 r.) z Tomem Cruise’em w roli głównej.


Podziemna rzeka


Najdalej wysuniętą na północ częścią archipelagu są wyspy Batanes położone w bliskim sąsiedztwie Tajwanu. Ten region uchodzi za nie lada gratkę dla miłośników historii II wojny światowej, ponieważ znajdowała się w nim amerykańska baza wojskowa. Do dziś zachowała się m.in. radiostacja, a także japoński tunel. Poza tym rejon charakteryzuje się chłodniejszym klimatem i soczyście zielonym krajobrazem z klifowym wybrzeżem. 


Z Manili dolecimy np. do Puerto Princesa na niezmiernie długiej wyspie Palawan, leżącej na południowym zachodzie. Słynie ona z obszaru wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i jednego z 7 Nowych Cudów Natury, czyli Parku Narodowego Rzeki Podziemnej Puerto Princesa (bramę do niego stanowi wioska Sabang). Umieszczona w jego nazwie rzeka (Cabayugan) płynie przez 8,2 km pod ziemią, wpada bezpośrednio do Morza Południowochińskiego i podlega pływom. Jej okolicę porasta bujna roślinność. Odkryto tutaj ok. 800 gatunków flory. Oprócz tego jaskinie krasowe i ich sąsiedztwo zamieszkują liczne pajęczaki, ssaki, gady i ptaki. To znakomite miejsce dla miłośników biologii.


Na północny wschód od Sabang znajduje się cichy i leniwy nadmorski Port Barton. Przed budową drogi ekspresowej pozwalającej dostać się z Puerto Princesa do El Nido w kilka godzin w tym mieście przyjezdni zatrzymywali się na nocleg. Wówczas przeżywało ono okres największej popularności. Obecnie pozostaje trochę zapomniane. Port Barton spodoba się jednak osobom unikającym masowej turystyki i ceniącym sobie spokój. Rozciąga się w nim piękna piaszczysta plaża. Wybierzemy się też stąd na całodniowy rejs łodzią na pobliskie malutkie wyspy połączony z oglądaniem raf koralowych i ich mieszkańców, m.in. żółwi morskich. Podczas spaceru w głąb dżungli napotkamy lokalną ludność, ujrzymy liczne małpy i zażyjemy odświeżającej kąpieli w wodach wodospadu. Kolację najlepiej zjeść tu w jednej z garkuchni.

Z kolei wspomniane wcześniej El Nido to bardzo popularna miejscowość, położona na północnym końcu Palawanu. Słynie ona z dziewiczego archipelagu Bacuit. W jego okolicach spotkamy manty, delfiny, diugonie przybrzeżne i żółwie (szylkretowe, oliwkowe, skórzaste i zielone). Miłośnicy klifów i dziewiczych lagun na pewno będą zachwyceni tutejszymi krajobrazami.


Z El Nido drogą morską dostaniemy się na wyspę Coron. Właśnie w jej pobliżu spoczywa kilka wraków japońskiej floty zaopatrzeniowej z okresu II wojny światowej. Brak silnych prądów i specyficzne ukształtowanie terenu czynią nurkowanie z licencją OWD (Open Water Diver) wokół tych jednostek wyjątkowo łatwym.


Rekiny i czary


Zarówno z Manili, jak i z Puerto Princesa, można dotrzeć samolotem na wyspę Cebu, leżącą w sercu regionu Visayas. Miasto Cebu było pierwszą osadą założoną przez hiszpańskich kolonizatorów w kwietniu 1565 r. Znajdziemy w nim kaplicę ze słynnym Krzyżem Magellana (niedaleko Bazyliki Dzieciątka Jezus) i Muzeum Sugbo (Museo Sugbo). To wspaniałe miejsce do poznawania bogatej historii tego wyspiarskiego kraju.


Osoby lubiące nieco inne wrażenia powinny wybrać się w okolice Mango Square. Rejon ten znany jest z klubów nocnych, imprez w stylu house i klubów go-go. Na ulicach spotkamy dziewczyny lub transwestytów składających niedwuznaczne propozycje.


W położonym na południe od Cebu miasteczku Oslob można popływać z rekinami wielorybimi. Te niezwykłe ryby dożywają podobno nawet 70 lat. Ich skóra o grubości do 10 cm chroni je przed najgroźniejszymi drapieżnikami. Największy odnotowany okaz miał aż 12,65 m długości i ważył ok. 21,5 tony! Choć takie fakty brzmią nieco przerażająco, zwierzęta nie stanowią zagrożenia dla człowieka. Żywią się głównie planktonem. Spotkanie oko w oko z rekinem wielorybim z pewnością będzie przeżyciem zapadającym na długo w pamięć.


U południowych wybrzeży Cebu, pomiędzy wyspami Negros i Bohol znajduje się Siquijor. Wśród Filipińczyków cieszy się złą sławą i budzi grozę. Jeśli zaprosimy kogoś miejscowego na wspólne zwiedzanie tego niewielkiego lądu (ok. 337,5 km²), prawdopodobnie zdecydowanie nam odmówi. Podobno tę wyspę zamieszkują czarownice, szamani i stworzenia o nadprzyrodzonych zdolnościach takie jak abat czy łak-łak (wak-wak, aswang). Ten ostatni według lokalnych wierzeń zjada płody z wnętrzności ciężarnej kobiety. Mimo to urokliwa i zróżnicowana Siquijor jest coraz chętniej odwiedzana przez turystów. Jeśli wypożyczymy motocykl bądź trycykl, objedziemy ją w jeden dzień. Warto udać się tutaj do kilku wodospadów. Cambugahay mają 3 poziomy, a na każdym z nich można wykąpać się w orzeźwiającej wodzie. W Sanktuarium Motyli zapoznamy się ze stopniami rozwoju tych owadów i dowiemy się, jakie ich gatunki występują w tym regionie. Na uwagę zasługują też jaskinie i puste piaszczyste plaże. 


Czekoladowa kraina


Na samym środku pobliskiej wyspy Bohol, niedaleko miejscowości Carmen leżą słynne Wzgórza Czekoladowe, czyli co najmniej ok. 1270 kopców osiągających wysokość od 30 do 120 m. W porze suchej (od lutego do maja), kiedy wszystko wokół zamiera, przybierają brązowy kolor podobny do barwy czekolady.


Także w tej części Filipin znajdziemy rezerwat uroczych małych małpek – wyraków filipińskich. Po drodze do niego warto udać się na spływ rzeką Lobok, której okolica posłużyła za plener do filmu Czas Apokalipsy (1979 r.) Francisa Forda Coppoli. Ze względu na położenie w sercu dżungli zachwyca ona widokami.


Amatorom mocnych wrażeń przypadnie do gustu propozycja przejażdżki rowerem po linie rozwieszonej na wysokości 225 m w Chocolate Hills Adventure Park. W jej trakcie z siodełka można podziwiać niesamowitą panoramę ze Wzgórzami Czekoladowymi.


Na południowy wschód od Bohol leży Camiguin. Na tym lądzie o powierzchni niemal 238 km2, zamieszkanym przez 90 tys. ludzi, wznosi się aż 7 wulkanów. Erupcje i ruchy ziemi sprawiły, że ta spektakularna wyspa jest pełna cudów i bogactw naturalnych. Ogromne wrażenie robi zatopiony cmentarz (Sunken Cemetery), a jego historia opowiedziana przez mieszkańców dodaje mu jeszcze większego uroku. Na Camiguin odkryjemy również dwa potężne wodospady – Tuasan i Katibawasan. Bije od nich przyjemny chłód i życiodajna energia. Idealnym zakończeniem dnia będzie natomiast relaksująca kąpiel w gorących źródłach Ardent u stóp wulkanu Hibok-Hibok (1332 m n.p.m.).


Jak w raju


Z większą wyspą Panay sąsiaduje maleńka Boracay. Zajmuje ona ok. 10 km2 powierzchni i szczyci się najpiękniejszą białą plażą oblewaną turkusową wodą na całych Filipinach – White Beach. Jeżeli zapytamy Filipińczyków, dokąd warto wybrać się w ich ojczyźnie, jak jeden mąż odpowiedzą, że właśnie do tej rajskiej oazy. Ten niewielki skrawek lądu został w dużej mierze opanowany przez masową turystykę, lecz jest na tyle przestronny, że można na nim spędzić spokojnie urlop. Znakomitym pomysłem będzie też rejs dookoła Boracay połączony z przystankami na snorkeling, skakanie z klifu czy zwiedzanie grot i pływanie w nich. Do miejscowych atrakcji należą również nurkowanie, wind- i kitesurfing czy lot na paralotni, a nawet… kurs bycia syreną. 


Z kolei u północno-wschodnich wybrzeży Panay rozciągają się Wyspy Olbrzymów (Islas de Gigantes), podzielone na rejon północny (Gigantes Norte) i południowy (Gigantes Sur). Ten owiany legendami obszar kusi dziewiczymi piaszczystymi plażami, pysznymi świeżymi owocami i skalnym krajobrazem. Na archipelagu warto odwiedzić przestronne jaskinie (aż 73!) i zażyć kąpieli w ich krystalicznie czystych wodach, a także wejść na latarnię morską (North Gigantes Island Lighthouse). Przede wszystkim jednak trzeba koniecznie udać się na punkt widokowy, z którego rozpościera się wspaniała panorama okolicy.


Podwodne eldorado


Filipiny znajdują się w czołówce najlepszych regionów dla nurków na świecie. Eksploracja podwodnego królestwa w tej szerokości geograficznej dostarcza niezapomnianych wrażeń. Za największy skarb archipelagu uchodzi przede wszystkim wpisany w 1993 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO Park Naturalny Raf Tubbataha (Tubbataha Reefs Natural Park), założony na południowy wschód od Puerto Princesa (Palawan) na morzu Sulu. Zajmuje on 1300 km². Ochroną objęto tutaj dziewiczą rafę koralową z przepiękną 100-metrową ścianą, rozległymi lagunami i koralowymi wysepkami. Ten region jest udostępniony do zwiedzania tylko podczas kilkudniowego nurkowego safari, które – niestety – nie należy do najtańszych.


Kolejnym idealnym miejscem dla amatorów podwodnych przygód będzie rejon Parku Naturalnego Rafy Apo (Apo Reef Natural Park), zwanej też miniaturową Tubbatahą, rozciągający się u zachodnich wybrzeży Mindoro. To drugi co do wielkości ciągły system rafowy na świecie (ok. 34 km2). Podczas nurkowania można tu spotkać rekiny, ślimaki nagoskrzelne, ryby z rodziny rogatnicowatych, manty i barakudy.


Dużą popularnością cieszą się także Moalboal na Cebu i wyspa Pescador. Wśród pobliskich miękkich ścian koralowych aż roi się od egzotycznych stworzeń, w tym żółwi morskich. Nurkowie odwiedzają również Bohol i plażę Alona na Panglao, gdzie działa wiele lokalnych baz. Z tutejszymi instruktorami udamy się na wyspę Balicasag, wokół której wznoszą się pod wodą strome stoki z koralowców zamieszkane m.in. przez ryby z gatunku karanksów, plataksy długopłetwe (Platax teira), mniejsze ślimaki nagoskrzelne czy liczne błazenki. W okolicach brzegów rajskiej Pamilacan o poranku można spotkać stada delfinów radośnie skaczących nad powierzchnię morza w promieniach wschodzącego słońca.


Nad morzem i w górach


We wschodniej części Filipin oblewanej przez wody Morza Filipińskiego, w rejonie Mindanao leży Siargao (ok. 437 km²). Dzięki tworzącym się tutaj wysokim falom, wyspa zaskarbiła sobie względy surferów z całego świata. Miejsce, gdzie powstaje słynna „Cloud 9” („Chmura 9”) co roku we wrześniu gości międzynarodowe zawody surfingowe. Oprócz tego Siargao zachwyca pięknymi piaszczystymi plażami i kolorowymi rafami koralowymi.


Na Archipelagu Filipińskim nie powinni też się nudzić wielbiciele trekkingu. Najwyższy szczyt kraju stanowi góra Apo (2954 m n.p.m.) na Mindanao, położona koło miasta Davao. Wejście na nią zajmuje 3 dni i nie należy do łatwych ze względu na ukształtowanie terenu. Po drodze trzeba pokonać skaliste obszary, omszałe lasy, duże rzeki i bagna. Jednak zapierający dech w piersiach widok z wierzchołka wynagradza wszelkie trudy.


Na uwagę zasługuje również uważany za mistyczny Obelisk Kleopatry (Cleopatras’s Needle), druga najwyższa góra Palawanu (1593 m n.p.m.). Nazwa ta pochodzi od formacji skalnej znajdującej się na szczycie. Trekking trwa 3–4 dni, a wieńczy go podziwianie wspaniałej panoramy morza Sulu i miasta Puerto Princesa.


Filipiny są na tyle różnorodne, że można na nich stale podróżować do nowych regionów i odkrywać niezwykłe miejsca. Do poznania tego archipelagu szczególnie mocno zachęcają dwie rzeczy. Nadal nie ma tutaj zbyt wielu turystów, a Polacy nie potrzebują wizy, jeśli chcą zatrzymać się w kraju na okres do 30 dni. Wystarczy, że okażą ważny jeszcze co najmniej 6 miesięcy paszport, bilet powrotny i zadeklarują posiadanie środków na pokrycie kosztów pobytu. Warto więc wyruszyć na pełen atrakcji rajski Archipelag Filipiński, żeby odnaleźć na nim prawdziwą radość życia.