WIOLETTA HUTNIK

WOJCIECH ILKIEWICZ

www.wojtektravel.pl


Podczas podróży po Azji Środkowej możemy wyruszyć w drogę wzdłuż kojarzącego się z magią Dalekiego Wschodu Jedwabnego Szlaku, ze zdumieniem odetchnąć z ulgą w białym mieście na pustkowiu, udać się na poszukiwania znikającego morza czy zajrzeć do niesamowitej ognistej dziury w ziemi, przypominającej piekło w miniaturze, albo poczuć się jak bohater powieści „Proces” Franza Kafki, gdy przyjdzie nam czasami zmierzyć się z biurokratyczną machiną. W tej suchej i gorącej krainie nic nie jest oczywiste. Na każdym kroku dostrzeżemy mnóstwo zadziwiających miraży.

 

Wszystkich nas łączy pragnienie poznawania świata, choćby tylko podążania trasami, które niegdyś przemierzały legendarne karawany kupieckie. Jednak atmosfera tych lat uleciała z pustynnym wiatrem, wielbłądów nie wykorzystuje się już jako głównego środka transportu, a przemieszczający się na nich powoli handlarze przesiedli się jakiś czas temu do ryczących i ziejących spalinami ciężarówek. Czar niczym z Księgi tysiąca i jednej nocy prysł. Zaplątani w jedwabny szal stajemy wobec tej odmienionej rzeczywistości i przyjmujemy ją taką, jaka jest – z twardym życiem nie do końca pogodzonym z ideologią konsumpcjonizmu, wciąż szczerozłotymi nieudawanymi uśmiechami mieszkańców, ciężkim sowieckim stylem, dyktaturami, zależnościami i strefami wpływów, ale i wspaniałą mozaiką kultur i religii oraz trwale z nimi związanych niesamowitych zabytków.


Z Iranu, po trudnej odprawie granicznej, jedziemy do stolicy Turkmenistanu – ponad 1-milionowego Aszchabadu (Aşgabatu). Po wyboistej drodze o nawierzchni przypominającej ciasto zwane karpatką poruszamy się jak po wzburzonym morzu. Wokół nas wznosi się w większości typowa posowiecka zabudowa. Jeszcze tego wieczoru zwiedzamy cały starożytny kompleks Partów Nisa dzięki bileterowi i ochroniarzowi tego obiektu. Okres świetności tego leżącego niedaleko Aszchabadu ośrodka to lata między III w. p.n.e. i III stuleciem n.e. Arsakes I (zm. między 217 a 214 r. p.n.e.), założyciel dynastii Arsacydów, ustanowił tutaj wówczas stolicę swojego imperium. Współcześnie ruiny (wpisane w 2007 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO) na pierwszy rzut oka nie robią dużego wrażenia. Okolica przypomina bardziej pofałdowane pastwisko, bezkształtne wzgórze z wypalonej w słońcu ziemi. Jednak po wejściu wydeptaną ścieżką na grzbiet wzniesienia można odkryć, że tuż za nim rozciąga się pracowicie odrestaurowywane wspaniałe starożytne miasto.


WCZORAJ I DZIŚ

W październiku 1991 r., po rozpadzie ZSRR, Turkmenistan ogłosił niepodległość. Pierwszym prezydentem kraju został Saparmyrat Nyýazow (1940–2006), który przyjął tytuł Turkmenbaszy (Türkmenbaşy, czyli Ojca Turkmenów) i wprowadził rządy dyktatorskie. Otoczył swoją osobę kultem i terroryzował obywateli przy pomocy policji. Piastujący obecnie to stanowisko Gurbanguly Berdimuhamedow wpisał się w system, jaki stworzył jego poprzednik. Zdecydował się jednak na pewną liberalizację życia społecznego i politycznego w kraju, zlikwidował ustrój jednopartyjny, zezwolił na dostęp do nieocenzurowanego internetu w stolicy i wprowadził zmiany w systemie nauczania. Z wykształcenia jest dentystą, wcześniej pełnił funkcje ministra zdrowia i wicepremiera. Rządzi niepodzielnie od 2007 r., kontynuując częściowo politykę SaparmyrataNyýazowa, który miał w całym Turkmenistanie ponad 14 tys. pomników. Na najsłynniejszym z nich, ustawionym w centrum Aszchabadu, złota figura prezydenta kręciła się zgodnie z ruchem ziemi, tak aby jego twarz zawsze zwracała się w stronę słońca (w 2010 r. Pomnik Neutralności zmodyfikowano, pozbawiono ruchomej części i umieszczono na przedmieściach). Wygładzone oblicze wodza spoglądało na Turkmenów niemal zewsząd. Po dojściu do władzy Gurbangulego Berdimuhamedowa większość z monumentów zdemontowano bądź przeniesiono w mniej eksponowane miejsca, żeby zastąpić je pomnikami obecnego przywódcy. Co oprócz tego zmieniło się w Turkmenistanie wraz z nastaniem nowych rządów? Z hymnu i przysięgi państwowej zniknęło wspomnienie postaci Ojca Turkmenów, inne nazwy otrzymały fabryki i instytucje noszące imię jego matki i ojca, w kraju powrócono do standardowego kalendarza gregoriańskiego, więc styczeń to już nie turkmenbaszy, a wrzesień nie jest ruhnamą. Saparmyrat Nyýazow za życia napisał dzieło zatytułowane Księga duszy (Ruhnama), połączenie autobiografii, fikcji historycznej i przewodnika duchowego dla Turkmenów. Wystarczy podobno przeczytać ją trzy razy, aby mieć zagwarantowane miejsce w raju.


Jak wygląda codzienne życie mieszkańców? Za gaz, wodę i sól nie trzeba płacić, a prąd, połączenia telefoniczne i ogrzewanie dzięki państwowym dotacjom kosztują tyle co nic, ale braki w ich dostawie bywają dosyć częste. Generalnie, jest co do garnka włożyć i nie ma wojny… Czego chcieć więcej? – powiedział nam pracujący przy budowie dróg miejscowy mężczyzna. Rozrywki typowe dla świata Zachodu są tu ograniczone. Restauracje działają do godz. 23.00, nie spotkamy również lokali sieci McDonald’s. Dyskoteki to rzadkość, znajdują się w hotelach dla cudzoziemców. Gurbanguly Berdimuhamedow, którego wielkie portrety czuwają przy głównych turkmeńskich trasach, pozwolił na ponowne otwarcie opery, teatrów, kin i cyrku, zakazanych przez Saparmyrata Nyýazowa. Państwo nadal kontroluje media, zagranicznych gazet w kioskach się nie sprzedaje. Nie ma także prywatnej prasy, a choć dostęp do internetu staje się coraz bardziej powszechny, jego skąpe zasoby są na ogół monitorowane. Z kafejki internetowej w Aszchabadzie nie uda się nam wejść na serwisy Facebook czy Twitter. Jako wyjaśnienie takiej sytuacji usłyszymy, że w Turkmenistanie nie można z nich korzystać z przyczyn technicznych.


BEZ SKAZY

25,5-kilometrowa aleja Archabil, najnowocześniejsza arteria Aszchabadu

IMG 8436
© WIOLETTA HUTNIK, WOJCIECH ILKIEWICZ/WWW.WOJTEKTRAVEL.PL

Aby wyruszyć na podziwianie przepychu stolicy, dzień rozpoczynamy od mycia auta, gdyż taki jest obowiązek. Brudny samochód zmąciłby idealny wizerunek miasta i popsuł zachwyt nad nim. Długo jeździmy po kontrowersyjnej metropolii, o której krąży wiele interesujących legend. I rzeczywiście, to, co widzimy, budzi emocje i przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania…, bo też trudno oczekiwać aż takich korowodów widziadeł. Znajdziemy wśród nich pomniki wodza (zawsze złocone, inaczej nie wypada), złote kopuły ogromnych pałaców, podświetlane fontanny, jaśniejące marmury ministerstw, muzeów i urzędów państwowych, gigantyczne futurystyczne budowle wykończone niezmiernie precyzyjnie (złote zdobienia, dużo grawerowanego złotego i niebieskiego szkła). W centrum stolicy kraju, którego według niektórych pomiarów ok. 80 proc. obszaru pokrywa pustynia, co krok z gigantycznych konstrukcji w górę tryskają strumienie wody, rozległe parki sąsiadują z placami otoczonymi drzewami, krzewami i kwiatami. Szerokie arterie mają idealnie gładką nawierzchnię, na ulicach porządku strzegą kamery umieszczone na licznych latarniach z kutego żelaza, ozdobionych złoceniami (są ich tysiące i do tego w setkach wzorów), przystanki autobusowe wyposażono w grawerowane szyby i elektroniczne wyświetlacze. Warto wspomnieć, że w 2013 r. stołeczne miasto Turkmenistanu wpisano nawet do Księgi rekordów Guinnessa ze względu na największe na świecie zagęszczenie budynków z białego marmuru. Wszystko to urządzone zostało z wielkim rozmachem, utrzymywane jest w sterylnej czystości i doskonałym porządku.


W centrum Aszchabadu nie wolno używać klaksonu, wozy policyjne i karetki pogotowia rzadko włączają syreny, a kierowcy ściszają odbiorniki radiowe lub odtwarzacze CD w obawie przed karami za zbyt wysoki poziom hałasu. Kiedy zapada noc, wspaniale iluminowane pałace, wieżowce i fontanny rozświetlają kolorami niemal opustoszałe ulice i parki. Czegoś tu jednak brakuje – trudno dostrzec ludzi. Widzimy tylko osoby odpowiadające za czystość i policjantów. Gdzie podziali się mieszkańcy, pracownicy, przechodnie? Puste ławki, przystanki, chodniki i budynki robią wrażenie niezamieszkałych, przypominają atrapy. Co jakiś czas przejeżdżają czyste auta, bo niewiele jest miejsc, gdzie można się zatrzymać. Aszchabad ma jednak podwójną tożsamość, dlatego jazda po nim wywołuje specyficzne odczucia. W starszej, północnej części miasta ulice są wąskie i wypełnione samochodami i ciężarówkami, domy rozpadają się, a posowieckie bloki straszą swoim stanem (oraz olbrzymią liczbą anten satelitarnych). W nowym, marmurowym centrum szerokie arterie składają się z dwóch, trzech i więcej pasów, ale nie da się na nich zaobserwować dużego ruchu. Cały obszar wygląda jak spektakularna makieta w skali 1:1 i najprawdopodobniej prezydentowi zależy, aby ludzie swoją obecnością nie psuli tak idealnej scenerii. Mogą żyć w starym rejonie stolicy, dopóki nie zostanie on poddany renowacji i zrównany z ziemią.


TROSKLIWY PREZYDENT

Docieramy do osobliwej budowli. To pozłacany monument Gurbangulego Berdimuhamedowa – oznaka bezgranicznej miłości narodu do przywódcy, jak informuje rządowa prasa. Pomnik Arkadaga (z turkmeńskiego „Protektor”, „Opiekun”, „Obrońca”), bo właśnie taki oficjalny tytuł nosi prezydent, jest wysoki na 21 m i wykonany z brązu i marmuru. Przedstawia mężczyznę na koniu stojącym na białej skale. Obie figury pokrywa złoto. Gurbanguly Berdimuhamedow nie zaszczycił odsłonięcia monumentu swoją osobą. Według gazety Neutralny Turkmenistan (Neýtralnyý Turkmenistan) poparł ideę pomnika ze względu na to, że wyrażała wolę ludu, którą uważa za świętą.


Fundusze na realizację projektu zbierał cały kraj, w końcu to kosztowny wydatek. Rządowa prasa opisywała radość Turkmenów, którzy przekazywali na ten cel część zarobków. Monument stanowi powrót do tradycji Saparmyrata Nyýazowa. Wśród obywateli pomnik nie wzbudzał jednak emocji, falę oburzenia wywołało przymusowe zbieranie pieniędzy na jego budowę. To zresztą nie jedyny pomysł prezydenta wymagający od jego rodaków sięgnięcia do kieszeni. Wzorem zachodnich polityków w 2013 r. Gurbanguly Berdimuhamedow rozpoczął promowanie jazdy na rowerze. Ustanowił, aby 1 września (Miesiąca Bezpieczeństwa na Drodze), w Dzień Wiedzy i Studentów, Turkmeni przesiedli się na dwa kółka. Ci, którzy nie mieli własnego sprzętu, musieli go kupić. Koszt okazał się całkiem duży (mniej więcej równowartość miesięcznej pensji), ponieważ ceny od razu poszły w górę.


ZAJRZEĆ DO PIEKŁA

Wrota Piekieł koło Derweze – olbrzymia płonąca już od 45 lat dziura

IMG 8872
© WIOLETTA HUTNIK, WOJCIECH ILKIEWICZ/WWW.WOJTEKTRAVEL.PL

Opuszczamy kontrowersyjny marmurowy Aszchabad. Budzi w nas skrajne emocje. Zastanawiamy się jedynie nad kilkoma sprawami – skąd pochodzą te wszystkie toyoty, które jeżdżą po stolicy, i jak to możliwe, że za 1 dolara amerykańskiego (USD) dostaniemy ok. 3,5 manata turkmeńskiego (TMT), a 1 l paliwa (oleju napędowego) kosztuje zaledwie 94 tenge.


Obraz Turkmenistanu tworzy jednak nie tylko stołeczny Aszchabad. Aby się o tym przekonać, jedziemy do wioski Derweze, położonej ok. 260 km na północ od niego, przecinając w poprzek pustynię Kara-kum (o powierzchni mniej więcej 350 tys. km²), czyli Czarny Piasek. W zależności od przyjętej metodologii ocenia się, że zajmuje ona 70 bądź 80 proc. terytorium Turkmenistanu. Przecina ją jeden z najdłuższych kanałów irygacyjnych świata – Kanał Karakumski, budowany przez 34 lata (od 1954 do 1988 r.). Ma długość 1445 km i ciągnie się od okolic 100-tysięcznego miasta Atamyrat przy północno-wschodniej granicy kraju aż do wybrzeża Morza Kaspijskiego. Przepływająca przez niego woda rzeki Amu-darii pozwala zmienić pustynię w pola uprawne (głównie bawełny). Niestety, budowa kanału mocno przyczyniła się do erozji Jeziora Aralskiego, nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim.


Chcemy dotrzeć do tzw. Wrót Piekieł. Problem polega na tym, że oficjalnie wioska Derweze już nie istnieje, została zrównana z ziemią i wymazana z map na polecenie prezydenta Saparmyrata Nyýazowa. Nie spodobała mu się, kiedy ją odwiedził w 2004 r., kazał więc wyburzyć zabudowania, a ludzi przesiedlić. Ledwo widoczną drogą, szlakiem wiodącym przez piaski pustyni, odjeżdżamy 8 km od głównej trasy. Żar leje się z nieba, temperatura powietrza dochodzi do 47°C. Gdy stajemy u niesamowitych Wrót Piekieł, robi się jeszcze goręcej. Ten krater o średnicy 69 m rzeczywiście wygląda jak wejście do podziemnej krainy potępionych, do której w tym miejscu może zajrzeć każdy człowiek. Powstał on w latach 70. XX w., kiedy naukowcy radzieccy poszukiwali tutaj złóż gazu ziemnego. Wskutek złej oceny geologicznej przy wierceniach doszło do katastrofy. Pod ziemię zapadła się większość sprzętu, a z licznych szczelin zaczęły wydobywać się toksyczne opary gazu. Zmarło kilka osób, a wiele innych poważnie się zatruło. Geolodzy zdecydowali się rozwiązać problem za pomocą ognia. Mieli nadzieję, że gaz wypali się po kilku dniach, lecz złoża okazały się tak olbrzymie, iż płomienie nie zgasły do dziś. Krater robi upiorne, a zarazem niezmiernie ekscytujące wrażenie. Miejsce to najbardziej spektakularnie wygląda nocą.


WIEKOWE MURY

Następnie zmierzamy do niemal 40-tysięcznego miastaKöneürgenç w północnym Turkmenistanie, tuż przy granicy z Uzbekistanem. Jego historyczna część Urgencz była jednym z największych ośrodków na Jedwabnym Szlaku. Odkrycia archeologiczne poczynione w pobliżu twierdzy Kyrkmolla wskazują, że zabudowania istniały już V w. p.n.e. W okresie od X do XIV stulecia Urgencz pod względem liczby ludności i swojej sławy mógł konkurować z innymi miastami Azji Środkowej, np. Bucharą. W 1221 r. zniszczyły go wojska Czyngis-chana. Ośrodek odbudowano i znów zaczął się rozwijać. Jednak po ataku Tamerlana (Timura Chromego, 1336–1405) i nieoczekiwanej zmianie biegu Amu-darii mieszkańcy ostatecznie opuścili to miejsce na zawsze. Po dawnym Urgenczu zostały tylko wspaniałe ruiny, wpisane w 2005 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Do najstarszych zabytków należy XII-wieczne mauzoleum Il Arslan. Jego kopułę w kształcie stożka zdobi wzór z ceramicznych płytek. Duże wrażenie robi również mauzoleum Turabek-Khanum z XIV stulecia. Zachwyca szczególnie wspaniałą i niezmiernie precyzyjnie wykonaną mozaiką na suficie. Poza tym wyróżnia się tu też minaret Kutlug Timur pochodzący z przełomu XI i XII w. i mający wysokość 60 m. Udajemy się jeszcze do kompleksu z XIV-wiecznym mauzoleum Najm-ad-Din al-Kubra. Jego odchylona od pionu fasada wygląda, jakby miała wkrótce runąć.


W trakcie naszej wyprawy staramy się dowiedzieć trochę więcej o życiu w Turkmenistanie. Przekonujemy się, że opowieści o tym, iż ogień na kuchenkach gazowych pali się cały czas, są całkowicie prawdziwe. Gaz jest przecież bezpłatny, a zapałki to produkt deficytowy. W końcu nie warto oszczędzać na tym, za co nie trzeba płacić. Wiedzę o kraju zdobywamy z interesujących spotkań z miejscowymi. Bywają oni jednak raczej nieufni, zwłaszcza wobec cudzoziemców. Nieliczne osoby, które zgadzają się na rozmowę z nami, trochę się otwierają, ale często mówią szeptem, rozglądając się przy tym czujnie. Pytamy, co zmieniło się z nastaniem nowego prezydenta. Okazuje się, że dla przeciętnego obywatela tak naprawdę nic. Nadal wielu ludziom żyje się dość ciężko, niełatwo o pracę, każdy kombinuje, jak potrafi, i nie sprzeciwia się kolejnym pomysłom Gurbangulego Berdimuhamedowa. Turkmeni robią jednak zazwyczaj wrażenie spokojnych i pogodnych osób. Nie ma zresztą w tym nic dziwnego, bowiem codzienne życie to nie tylko sytuacja polityczna, ale przede wszystkim rodzina i przyjaciele. Z nimi można się cieszyć, świętować i pokonywać trudności.


UZBECKIE ZABYTKI

Registan jest najcenniejszym kompleksem architektonicznym Samarkandy

IMG 9401
© WIOLETTA HUTNIK, WOJCIECH ILKIEWICZ/WWW.WOJTEKTRAVEL.PL

Po wjechaniu do Uzbekistanu kierujemy się w stronę ponad 50-tysięcznego miasta Chiwa. Położone nad Amu-darią, stanowiło jeden z głównych ośrodków handlowych w regionie Azji Środkowej, a od pierwszej połowy XVII stulecia odgrywało rolę stolicy Chanatu Chiwy (istniejącego od 1511 do 1920 r.). Zabytkowy obszar Iczan Kała (Iczan Kala), wpisany w 1990 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, otaczają XVII-wieczne ceglane mury obronne o wysokości ok. 10 m. Znajdują się tu forteca Kunja Ark, Mauzoleum Pahlawona Mahmuda (muzułmańskiego poety, filozofa i świętego męża żyjącego w XIV stuleciu, patrona Chiwy), meczet Dżuma, pałac Tasz Chauli (wzniesiony w latach 30. XIX w.) i minaret Kalta Minor. Ten ostatni miał być największym i najwyższym tego rodzaju obiektem na świecie, ale nie udało się osiągnąć tego celu. Obłożona różnokolorowymi płytkami ceramicznymi 25-metrowa wieża mieni się w słońcu fantazyjnymi wzorami.


Natomiast 275-tysięczna Buchara w dolinie rzeki Zarafszan jest miastem jak z opowieści Szeherezady. Jej historyczne centrum od 1993 r. widnieje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W przeszłości był to jeden z największych i najważniejszych ośrodków na Jedwabnym Szlaku. Uchodził za miasto święte, do którego, tak jak do Mekki, nie mieli wstępu niewierni. Przy Registanie (identycznie zwie się bardziej znany kompleks w Samarkandzie), co z perskiego znaczy „Piaszczysty Plac” lub „Pustynia”, stoją 46-metrowy minaret Kalon (zbudowany w 1127 r.) i przyległy do niego ogromny meczet o tej samej nazwie. Naprzeciw tego ostatniego znajduje się czynna, a więc niedostępna dla obcych, medresa Mir-i Arab wzniesiona w latach 1535–1536. Minaret Kalon służył nie tylko do nawoływania wiernych do modlitwy. W nocy palono na nim ogniska, aby wskazywał drogę karawanom. Do wczesnych lat XX w. był także miejscem kaźni. Skazanych na śmierć po prostu zrzucano z wieży. Tutejsze słynne mauzoleum Ismaila I Samanidy to z kolei bez wątpienia prawdziwe arcydzieło architektury muzułmańskiej z X stulecia.


STAROŻYTNE MIASTO

Z Buchary jedziemy do ponad 500-tysięcznej Samarkandy. Po drodze obserwujemy okolicę. Widzimy mnóstwo chevroletów, nowych, identycznych budynków mieszkalnych, objuczone osły, dużo posterunków kontrolnych i billboardów propagandowych, pola ryżu i bawełny czy sady. Stacje paliw w większości służą jedynie za ozdobę trasy, bo przecież czynne są tylko te sprzedające gaz. Najwięcej do życzenia pozostawia stan toalet, które nawet trudno w ten sposób nazwać.


Wreszcie stajemy u wrót Samarkandy, jednego z najdłużej zamieszkanych miast świata, które stanowiło skrzyżowanie kultur. Jej historia liczy ponad 2,5 tys. lat, czyli porównywalnie do dziejów Rzymu czy Aten. W starożytności pełniła funkcję jednego z głównych ośrodków na Jedwabnym Szlaku. Samarkanda, określana mianem „Klejnotu Islamu” i „Lustra Świata”, ma – oczywiście – dwa oblicza: jedno niezmiernie zabytkowe i imponujące, a drugie mniej atrakcyjne, ale obecnie bardziej prawdziwe. Wizytówkę miasta stanowi Registan, ogromny plac z kompleksem trzech medres. Na zainteresowanie zasługuje też Meczet Bibi Chanum, ukończony w 1404 r. Wzniósł go wspomniany już Tamerlan (Timur), założyciel dynastii Timurydów. Popadający w ruinę obiekt uległ zniszczeniu w trakcie trzęsienia ziemi w 1897 r. W latach 70. XX w. rozpoczęto renowację kompleksu. Oprócz tego warto tu również zajrzeć na barwny Bazar Siabski. W 2001 r. Samarkandę wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


OBLICZA WSPÓŁCZESNOŚCI

Taszkencki Pałac Forów Międzynarodowych „Uzbekistan” i pomnik Tamerlana

IMG 9621
© WIOLETTA HUTNIK, WOJCIECH ILKIEWICZ/WWW.WOJTEKTRAVEL.PL

Na koniec docieramy do prawie 2,5-milionowego Taszkentu (Taszkientu), monumentalnej, dostojnej i… według niektórych trochę nudnej stolicy Uzbekistanu, położonej nad rzeką Chirchiq na przedgórzu Tienszanu, czyli Niebiańskich Gór. Niegdyś jedną z głównych taszkienckich budowli był Hotel Uzbekistan, znajdujący się w sercu miasta. To prawdziwy moloch, konstrukcja z betonu i szkła górująca nad okolicą. Nie zachwyca pięknym wyglądem, ale jego rozmach budzi prawdziwy respekt – mieści się w nim 300 pokojów, w tym 126 z balkonami. Warto obejrzeć jeszcze interesujące stołeczne teatry, muzea, Operę i Teatr Baletowy im. Aliszera Nawoi (władcy z dynastii Timurydów i pisarza, 1441–1501), budynki rządowe, pomnik Tamerlana na koniu (przed Muzeum Emira Timura) i metro (otwarte w 1977 r.). Ze stacji tego ostatniego – niestety – zostaliśmy wyproszeni za zrobienie kilku zdjęć. Uzbecka stolica zmienia nieco swoje oblicze po zapadnięciu zmroku, kiedy budzi się do bujnego życia nocnego. Poza tym działają w niej świetne restauracje. Na zewnątrz na rozpalonych grillach pieką się pyszne szaszłyki.


W Taszkencie nie znajdziemy raczej zbyt wielu przykładów zabytkowej architektury sprzed kilku stuleci ani pocztówkowych widoków. W poszukiwaniu zdobionych na niebiesko meczetów, medres, minaretów i mauzoleów trzeba udać się do Samarkandy, Chiwy i Buchary. Bez zwiedzenia stolicy nasz obraz Uzbekistanu byłby jednak niepełny. W podróży po Azji Środkowej nie można ograniczać się tylko do typowych atrakcji turystycznych. Czasem należy sprawdzić, co znajduje się poza nimi, żeby poznać różne jej fascynujące oblicza. Na koniec mamy jeszcze jedną ważną radę dla początkujących globtroterów marzących o odwiedzeniu tej części świata. Polecamy zorganizować wyjazd ze sprawdzonym biurem podróży. To pozwoli uniknąć nieprzewidzianych kłopotów i po prostu cieszyć się z wyprawy po tej odrobinę nierealnej krainie tajemniczych starożytnych miast wyrastających wśród gorących pustynnych piasków.

Artykuły wybrane losowo

Na ścieżkach współczesnych Majów w Meksyku i Gwatemali

NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

 

<< Olbrzymia różnorodność Meksyku i Gwatemali onieśmiela podróżnika i zaskakuje go na każdym kroku. Codziennie odkrywa on w tych krajach coś nowego i niepowtarzalnego, spotyka na swojej drodze niesamowitych ludzi i dowiaduje się o zupełnie nieznanych mu wcześniej rzeczach. Może to wszystko sprawia duch Majów, którego obecność wyczuwa się często wśród górskich szczytów, nad taflami jezior, w bujnych lasach i potężnych dolinach, pośród ruin starożytnych piramid i ścian współczesnych chat, a nawet biorąc w dłoń najmniejszy kamień pochodzący z tutejszej ziemi… >>

Hiszpańscy konkwistadorzy widzieli w Nowym Świecie przede wszystkim krainę pełną ukrytych bogactw. Wielkie miasta i wspaniałe budowle, które tu zastali, utwierdziły ich tylko w tej nadziei. Dlatego zagarnęli te ziemie, nie licząc się zupełnie z rdzennymi mieszkańcami i tym wszystkim, co przez wieki zdążyli oni stworzyć. Historii nie da się zmienić, ale z pewnością wielu z nas zastanawiało się często nad tym, jak potoczyłyby się dalsze losy tych indiańskich plemion, gdyby nie zetknęły się z wojskami odkrywców...  

Więcej…

Peru w kolorach tęczy

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

WWW.LUCYNA-LEWANDOWSKA.PL

 

Obchody Inti Raymi (Święta Słońca) w Cusco

025518 300

© HEINZ PLENGE PARDO/PROMPERÚ

 

W języku hiszpańskim nazwę „Peru” akcentuje się na ostatnią sylabę, przeciągając nieco literę „u”. W rozmowie z mieszkańcami zawsze warto wspomnieć, że bardzo podoba nam się ich ojczyzna. „Perú, hermoso país” („Peru, piękny kraj”) nie jest wcale jedynie kulturalną formułką, ponieważ to rzeczywiście wspaniałe miejsce na naszym globie, olśniewające niezmiernie zróżnicowanymi krajobrazami i fascynującą kulturą, ale chyba przede wszystkim zachwycające wręcz niesamowitą mozaiką barw.

 

Z podróży w te strony pozostają w pamięci soczysta zieleń Amazonii, błękit Oceanu Spokojnego, pomarańcz i brąz wyżyn oraz wielokolorowe stroje peruanos (Peruwiańczyków). Nic więc dziwnego, że wiphala, symbol kojarzony z imperium Inków (Tawantinsuyu), składa się z kwadratów w siedmiu kolorach. W swojej współczesnej wersji prezentują one spektrum światła widzialnego.

 

Już sam lot z Europy do Peru dostarcza barwnych widoków. Kiedy przemierzymy niebieski Atlantyk, przez kilka godzin przez okna samolotu możemy przyglądać się olbrzymiej puszczy amazońskiej. W pewnym momencie zielony las deszczowy niespodziewanie zamyka potężny łańcuch Andów. Gdy docieramy do mniej więcej 10-milionowej Limy, stolicy kraju, góry nagle ustępują miejsca kolejnemu oceanowi, tym razem Pacyfikowi.


KOLONIALNE MIASTO KRÓLÓW

 

Lima, niegdyś jeden z najbogatszych ośrodków Ameryki Południowej, nazywana bywa też miastem hiszpańskich konkwistadorów. Francisco Pizarro (1478–1541) założył ją prawie 500 lat temu (w styczniu 1535 r.) jako bazę do podboju państwa Inków. Aż do 1824 r. była stolicą Wicekrólestwa Peru. Pierwotnie tytułowano ją Miastem Królów (Ciudad de los Reyes). Mimo wielokrotnych trzęsień ziemi zabytki w Limie zachowały swój kolonialny charakter i wciąż przypominają o jej dawnym bogactwie. Świadczy o tym wpisanie w 1988 r. zabudowy historycznego centrum na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Najwięcej turystów przyciąga plac Broni (Plaza de Armas, inaczej Plaza Mayor). Nazwę tę nadawano dość często głównym placom w wielu miastach Ameryki Południowej, ponieważ tu podczas najazdów z zewnątrz rozdawano broń ludziom. W tym miejscu znajdują się największe zabytki kolonialne: Katedra (Catedral de Lima) z grobowcem Francisca Pizarra, Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) z pięknymi zdobionymi balkonami i Pałac Wicekrólów, obecnie Pałac Rządu (Palacio de Gobierno), w którym w 1821 r. ogłoszono niepodległość Peru. Obowiązkowo należy również złożyć wizytę w XVII-wiecznej Bazylice św. Franciszka, tworzącej zespół architektoniczny wraz z pobliskim klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco) i uchodzącej za jedną z najpiękniejszych budowli sakralnych na kontynencie. Za jej potężną fasadą kryje się wnętrze ozdobione freskami, pozłacanymi ołtarzami i malowidłami. Odwiedzających intrygują jednak przede wszystkim tajemnicze katakumby znajdujące się pod ziemią. Jak twierdzą przewodnicy, pochowano w nich 25 tys. osób. Po obejrzeniu złożonych w kolejnych salach kości i czaszek nabiera się przekonania, że liczba ta wcale nie jest zawyżona.

 

Prowincja Lima przyciąga turystów także nowoczesnym nadmorskim rejonem z widokiem na długie oceaniczne fale, idealne do surfowania. Prym na tym obszarze wiedzie ekskluzywny dystrykt Miraflores, położony praktycznie na skraju klifów. Władze regionu postanowiły stworzyć tutaj zespół parków z rzeźbami, oryginalnymi roślinami oraz ścieżkami do spacerów i uprawiania joggingu. W wysokich wieżowcach działają najlepsze w okolicy restauracje, sklepy, hotele i nocne kluby.

 

Na zainteresowanie zasługuje też limska kuchnia ze specjałem ceviche (cebiche), czyli marynowaną surową rybą podawaną z sokiem z limonki, z dodatkiem cebuli, papryki i soli. Warto zwrócić uwagę, że to tradycyjnie przyrządzane danie można spotkać zarówno w luksusowych lokalach, jak i małych ulicznych budkach. Poza tym limeños (mieszkańcy Limy) uwielbiają pisco – brandy wyprodukowane z winogron. Alkohol ten jest składnikiem koktajlu pisco sour, uznawanego niemal za symbol narodowy Peru.

 

INKASKI ŚWIAT

 

Dawna stolica Inków – Cusco (Cuzco) – leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., pośród łagodnych, najczęściej nagich wzgórz. W oddali wznoszą się przykryte śniegiem monumentalne andyjskie szczyty. Przed udaniem się w ten rejon warto sobie uświadomić, że Peru ze względu na swoje położenie blisko linii równika i zróżnicowane ukształtowanie terenu charakteryzuje się rozmaitymi rodzajami klimatu. W trakcie naszej zimy w tej okolicy bywa jednak dosyć ciepło. Choć nocą temperatura powietrza potrafi spaść do 0°C, to w ciągu dnia, na słońcu, wzrasta nawet do ponad 20°C.

 

Mimo iż blisko 84 proc. mieszkańców kraju posługuje się na co dzień hiszpańskim, ciągle używa się tu kilkunastu języków indiańskich, w tym keczua i ajmara. To właśnie od pochodzącego z tego ostatniego języka wyrażenia qusqu wanka („skała sowy”) wielu etymologów wywodzi nazwę Cusco. Według legendy założył je pierwszy inkaski władca Manco Cápac. Zgodnie z badaniami archeologów Inkowie przybyli tutaj na początku XIII stulecia. Ich ośrodek szybko stał się najważniejszym centrum gospodarczym i kulturalnym regionu, mogącym poszczycić się m.in. nowoczesnym systemem wodno-kanalizacyjnym. Prawdopodobnie stanowi najstarsze miasto na zachodniej półkuli zamieszkane nieprzerwanie do dziś.

 

Czas największego rozkwitu Cusco przypadł na XV w. Trzeba zaznaczyć, że państwo Inków (nazywane Tawantinsuyu, Tahuantinsuyo)liczyło wtedy ok. 14 mln mieszkańców i rozciągało się na terenach należących obecnie do Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile, Argentyny i Kolumbii. Ten wyjątkowy okres skończył się wraz z przybyciem Hiszpanów. W listopadzie 1533 r. Francisco Pizarro podbił miasto. Trzy lata później spalono je, aby stłumić antyhiszpańskie powstanie. Na gruzach Cusco kolonizatorzy postawili nowe budynki. Wznieśli je m.in. z pozostałości po inkaskiej zabudowie. Z biegiem czasu okazało się, że mury konstruowane przez Inków z odpowiednio ociosanych kamieni potrafią przetrwać kolejne trzęsienia ziemi, hiszpańska architektura natomiast często ulegała zniszczeniom i wiele obiektów trzeba było wciąż stawiać od nowa.

 

Do dzisiaj możemy podziwiać tu zarówno budowle konkwistadorów, jak i fragmenty pierwotnego miasta. Centralnym placem jest – oczywiście – Plaza de Armas, przy którym wznosiła się niegdyś świątynia ku czci boga słońca (Coricancha). Stanowiła ważny ośrodek kultu, miejsce koronacji i pochówku inkaskich królów. Obecnie znajduje się w tym rejonie Klasztor św. Dominika Guzmána (Convento de Santo Domingo), w którym obejrzymy pozostałości pierwotnego obiektu. Przy głównym placu stał również pałac XV-wiecznego władcy Inków Viracochy (Huiracocha Inca). Na jego fundamentach wybudowano Katedrę (Catedral del Cusco), symbol nowego miasta. Hiszpanie zakończyli prace nad kościołem po ponad 100 latach. W ich trakcie używali kamieni pochodzących z murów pobliskiej inkaskiej twierdzy Sacsayhuamán. W środku, oprócz bogatych dekoracji, możemy podziwiać m.in. obraz peruwiańskiego malarza Marcosa Zapaty (ok. 1710–1773) przedstawiający ostatnią wieczerzę. W odróżnieniu od europejskich wersji tej sceny na stole przed Jezusem i apostołami autor umieścił półmisek z daniem typowym dla Peru – pieczoną świnką morską (kawią domową).

 

O potędze Inków świadczy wspomniana twierdzaSacsayhuamán,która góruje nad Cusco. Chociaż do dziś przetrwały jedynie jej ruiny, nadal zachwyca turystów. Plan fortecy przypomina kształtem pysk pumy – zygzakowate mury przywodzą na myśl zęby. Została ona wzniesiona z gigantycznych kamiennych bloków idealnie przylegających do siebie bez zastosowania jakiejkolwiek zaprawy. Największe z zachowanych głazów ważą 300–350 t. Budowa twierdzy trwała mniej więcej 50 lat i według badaczy musiało przy niej pracować ok. 20 tys. robotników. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że Inkowie nie znali koła, nie używali zwierząt pociągowych, a poszczególne kamienie dopasowywali do siebie jedynie za pomocą narzędzi.

 

Spacer ulicami Cusco to także doskonała okazja do przyjrzenia się niezwykłym ubraniom jego mieszkańców, łączącym tradycyjne elementy stroju ludowego z wpływami hiszpańskimi. W wielu rejonach Peru typowym kobiecym ubiorem jest suto marszczona, wielowarstwowa spódnica sięgająca kolan, ściągnięta szerokim i bogato zdobionym pasem. Zamiast torebek czy plecaków Peruwianki używają kolorowych, pasiastych tkanin zwanych mantami. Noszą w nich m.in. warzywa, drewno i… dzieci. Mężczyźni ubierają się na ogół po europejsku, choć można spotkać też panów w klasycznych, barwnych poncho. W okolicy Cusco i jeziora Titicaca dopełnieniem zarówno damskiego, jak i męskiego stroju są kapelusze podobne do meloników, zapewne pozostałość po hiszpańskich kolonizatorach.

 

SZLAKIEM INKÓW

 

Mimo iż dawna stolica Inków leży ok. 450 km w linii prostej od wybrzeża, a ze względu na ukształtowanie terenu od Pacyfiku dzieli ją trasa o długości ponad 650 km, to ryby złowione w oceanie trafiały świeże na stół ich władcy. Dzięki rozbudowanemu systemowi szlaków specjalnie przeszkoleni gońcy (chasquis) mogli przemieszczać się bardzo szybko. Również i dzisiaj turyści mają okazję docenić wielkość rozwijającej się w tym regionie cywilizacji.

 

Odtworzona kamienna Droga Inków (Camino Inca), wiodąca w dolinie Urubamby na północny zachód od Cusco, należy bez wątpienia do najpiękniejszych tras turystycznych świata. Dziennie wpuszcza się na nią maksymalnie tylko 500 osób, a rezerwacji trzeba dokonywać kilka miesięcy wcześniej z uwagi na dużą liczbę chętnych.

 

W ciągu od 2 do 5 dni przechodzi się zarówno przez las deszczowy z niezliczoną ilością egzotycznych kwiatów i ptactwa, jak i przez wysoko położone przełęcze, z których najwyższa to Warmiwañusqa (4200 m n.p.m.). Na odpoczynek uczestnicy wyprawy zatrzymują się w inkaskich ruinach, robiących imponujące wrażenie pośród górskiego krajobrazu. Zwieńczeniem całej wędrówki jest wizyta w najbardziej znanym mieście Inków – Machu Picchu (ok. 2430 m n.p.m.).

 

TAJEMNICA Z PRZESZŁOŚCI

 

Do słynnego ośrodka w Andach można dotrzeć nie tylko pieszo, ale także pociągiem PeruRail z Cusco. Dojeżdża się wówczas do miejscowości Aguas Calientes, skąd dalej o własnych siłach bądź autobusem należy udać się już bezpośrednio do zapierających dech w piersiach ruin.

 

Inkowie wznieśli kompleks Machu Picchu w połowie XV w., kiedy ich cywilizacja znajdowała się u szczytu potęgi. Mieszkali w nim zaledwie przez ponad 100 lat. Z nieznanych nam przyczyn opuścili miasto w 1572 r. Być może zrobili to ze względu na szerzącą się epidemię jakiejś choroby, brak wody lub stopniowy upadek państwa spowodowany hiszpańską inwazją, chociaż mimo niewielkiej odległości od Cusco (ok. 130 km), konkwistadorzy nigdy tu nie dotarli. W ciągu kolejnych 350 lat górskie ścieżki prowadzące do ośrodka zarosły, a wśród kamiennych budowli zaczęła rządzić natura. O istnieniu miejsca wiedzieli nieliczni Indianie. Dla świata odkrył je amerykański naukowiec Hiram Bingham III (1875–1956) 24 lipca 1911 r.

 

Otoczenie Machu Picchu wygląda niemal bajkowo. Miasto powstało na wysoko położonym siodle (ponad 2400 m n.p.m.), pomiędzy Młodym Szczytem (Huayna Picchu lub Wayna Picchu, ok. 2700 m n.p.m) a Starym Szczytem (Machu Picchu). W dolinie leżącej 400 m niżej wije się rzeka Urubamba, a stoki wokół porastają bujne lasy. Inkowie wykorzystali naturalne ukształtowanie terenu i rozplanowali swój ośrodek na tutejszych skalnych półkach. Do domów i pól uprawnych na specjalnie przygotowanych tarasach woda docierała licznymi kanałami tworzącymi razem rozbudowany system. Wszystkie budowle, zarówno mieszkalne, jak i te o znaczeniu religijnym, wzniesiono z ciosanych i dobrze dopasowanych kamieni.

 

Indianie zastosowali tu też swoją wiedzę dotyczącą astronomii. W Świątyni Trzech Okien (Templo de las Tres Ventanas) promienie słoneczne wpadają do wnętrza tylko w określonych porach dnia. Umieszczony natomiast na niewielkim wzgórzu kamień Intiwatana prawdopodobnie służył kapłanom jako kalendarz i zegar astronomiczny.

 

Do dziś badacze nie są pewni, jakie znaczenie miało Machu Picchu w inkaskim imperium. O wyjątkowości miasta świadczy nieduża liczba jego mieszkańców (prawdopodobnie żyło w nim od 300 do 1 tys. osób) i fakt, że na tutejszej nekropolii odkryto dużo więcej grobów kobiet niż mężczyzn. Być może stanowiło ono ośrodek religijny, na co wskazywałyby liczne obiekty kultu.

 

Widok na Machu Picchu z charakterystyczną sylwetką Huayna Picchu

022330 300

© PILAR OLIVARES/PROMPERÚ

 

LINIE NA PUSTYNI

 

Większość turystów odwiedzających Machu Picchu bywa tak zachwyconych oszałamiającymi widokami, że uznaje je za jedno z najwspanialszych stanowisk archeologicznych na świecie. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, iż Inkowie byli nie tyle twórcami, ile spadkobiercami ludów andyjskich, żyjących znacznie wcześniej. Na terytorium dzisiejszego Peru rozwijały się po sobie kultury Vicús, Chavín, Cupisnique, Pucará, Recuay, Cajamarca, Lima, Huarpa (Warpa), Lambayeque (Sicán), Nasca (Nazca), Paracas, Tiahuanaco, Wari (Huari), Pachacámac (Pacha Kamaq), Chincha, Chachapoyas, Colla, Lupaca, Chiribaya, Maranga, Huamachuco, Huanca (Wanka), Chancay, Moche (Mochica) i Chimú. Do naszych czasów przetrwało dostatecznie wiele obiektów i przedmiotów świadczących o wielkich umiejętnościach i twórczej wyobraźni ich autorów. Są wśród nich zarówno monumentalne budowle, jak i wymyślne wyroby ze złota.

 

Do najbardziej niezwykłych przykładów starożytnej architektury krajobrazu należą ogromne znaki utrwalone na płaskowyżach oddalonych o ok. 90 km od wybrzeża Peru. Największe ich zagęszczenie znajdziemy w pustynnym rejonie Pampas de Jumana, między miejscowościami Nasca (Nazca) i Palpa. Tajemnicze linie i rysunki powstawały między VI w. p.n.e. a VI stuleciem n.e. Na temat ich pochodzenia i przeznaczenia wysunięto mnóstwo hipotez, a niekiedy wręcz sensacyjnych teorii. Znalezione w pobliżu przedmioty identyfikowane z kulturą Nasca mogą świadczyć o tym, że znaki te były dziełem mieszkańców tej okolicy. Według badaczy do stworzenia większości rytów wystarczyło tylko kilku ludzi wyposażonych w tyczki i sznurek jako prosty przyrząd mierniczy oraz miotłę. W jakim jednak celu powstały te osobliwe wzory, zapewne nigdy się już nie dowiemy.

 

Wyróżnia się tutaj szczególnie kilka rysunków, takich jak m.in. przedstawienia kolibrów, kondorów, czapli, żurawia, pelikana, mewy, papugi, małpy, pająka, ślimaka, psa, 27-metrowego walenia, węża, ryby, kaktusów i kwiatów. Ze względu na ich gigantyczne rozmiary geoglify te w całości można podziwiać wyłącznie z dużej wysokości, np. podczas lotu samolotem. W nieodległej miejscowości Nasca organizowane są tego typu wycieczki dla chętnych.

 

KRAINA SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

Z pustynnego płaskowyżu przenosimy się dla odmiany w ośnieżone Andy. Białe szczyty, ostre słońce i lazurowe jeziora – tym właśnie charakteryzuje się Park Narodowy Huascarán (Parque Nacional Huascarán), który dzięki swojej wyjątkowości został wpisany w 1985 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajduje się w nim na obszarze 3400 km² 296 akwenów, 41 rzek, ponad 660 lodowców i 27 sześciotysięczników, w tym najwyższa góra Peru, czyli Nevado Huascarán (6768 m n.p.m.), stanowiąca cel spragnionych wrażeń miłośników wspinaczki.

 

Na tym obszarze wyróżnia się siedem stref roślinnych: od wilgotnych lasów po formacje wysokogórskie. Rośnie tutaj np. kantuta (Cantua buxifolia), uznawana za narodowy kwiat Peru. Spośród żyjących w tych stronach zwierząt warto wymienić andoniedźwiedzia okularowego (niedźwiedzia peruwiańskiego), który jest jedynym gatunkiem z rodziny niedźwiedziowatych występującym w Ameryce Południowej.

 

Nie tylko amatorzy turystyki wysokogórskiej znajdą w parku coś dla siebie. Niektóre jego malownicze zakątki da się zwiedzić w ciągu jednego dnia, zarówno podczas wycieczki pieszej czy rowerowej, jak i wyprawy na mule.

 

LIŚCIE KOKI W FILIŻANCE

 

W trakcie przemierzania płaskowyżu Altiplano na pewno zauważymy, jak powszechnie miejscowi spożywają liście koki. W Peru można je kupić legalnie za niewielkie pieniądze na każdym targowisku, nierzadko nawet w sporych workach. Ludzie zamieszkujący te tereny już 8 tys. lat temu żuli kokę m.in. dlatego, że dzięki temu odczuwa się mniejszy głód, a wędrówka, dźwiganie bagażu lub wykonywanie innych czynności na dużych wysokościach nie wymagają tyle wysiłku co zazwyczaj.

 

Krzew kokainowy (Erythroxylum coca) odgrywa istotną rolę w kulturze andyjskiej. Jego liście, przypominające kształtem liście laurowe, ofiarowywane były bogom, a w czasach Inków używały ich głównie klasy uprzywilejowane. Ponad 100 lat temu (od 1885 do 1929 r.) wykorzystywano je do produkcji coca-coli. Obecnie mieszkańcy andyjskich wyżyn żują kokę i sporządzają z niej napar zwany mate de coca (lub té de coca). Napój ten (zwalczający objawy choroby wysokogórskiej), traktowany jak herbata, podawany jest nawet w ekskluzywnych hotelach. Liście z krzewu kokainowego stanowią też dodatek do tutejszych ciastek i cukierków. Warto pamiętać, że turyści mogą bez przeszkód wywozić z kraju tego typu produkty, ale nie samą roślinę.

 

WEŁNA BOGÓW

 

Stepowe płaskowyże Peru, pokryte niską roślinnością, są naturalnym środowiskiem życia dla bardzo sympatycznych i pożytecznych dla człowieka zwierząt. Lamy andyjskie, alpaki i wikunie andyjskie (wigonie) należą do jednej rodziny wielbłądowatych. Z daleka wyglądają podobnie, jednak alpaka trochę bardziej przypomina owcę, wikunia z kolei jest z nich wszystkich najbardziej smukła. Słowo llama (polskie „lama”) wywodzi się z języka keczua. Hiszpanie tłumaczyli je jako„owca”. Później za pośrednictwem języka hiszpańskiego wyraz przyswoili sobie inni mieszkańcy Europy.

 

Wikunie w Peru objęte są ochroną. Na trasach przelotowych, z dala od miast, można zobaczyć znaki informujące o ich występowaniu. W takich okolicach na drogach umieszczono specjalne progi spowalniające ruch samochodowy ze względu na pasące się zwierzęta. Lamy i alpaki w Ameryce Południowej odgrywały ważną rolę w gospodarstwie już ponad 5 tys. lat temu. Trzymano je dla pozyskiwanej z ich sierści przędzy oraz dobrego mięsa, które zawiera bardzo dużo białka i jednocześnie zaskakująco mało cholesterolu i tłuszczu. I choć hodowla lam bardziej się rozpowszechniła, to jedynie wełnę z alpak nazywa się wełną bogów.

 

Już w czasach Inków takie wełniane tkaniny kojarzono z luksusem, a ubrania z nich wykonane nosiła inkaska arystokracja. Także i dzisiaj tego typu odzież sporo kosztuje, ponieważ sama przędza jest wyjątkowo miękka, delikatna i lekka, a zrobione z niej rzeczy są trzy razy cieplejsze niż te z włókien owczych i trzykrotnie bardziej odporne na ścieranie. O niezwykłej wytrzymałości materiału mogą zaświadczyć odkrycia archeologiczne. W peruwiańskich grobowcach znaleziono przedmioty z wełny z alpak pochodzące jeszcze sprzed narodzin państwa Inków.

 

Wysepki Uros na jeziorze Titicaca

020838 300

© JUAN PUELLES/PROMPERÚ

 

DRYFUJĄCE WYSPY

 

Jeśli udamy się w góry na granicy z Boliwią, będziemy mogli podziwiać wyjątkowy krajobraz, który tworzą dwa pasy przepięknego błękitu przedzielone brązowymi wzgórzami i błyszczącymi od śniegu szczytami. Takie widoki zapewnia Titicaca – najwyżej położone żeglowne jezioro świata (3812 m n.p.m.). To również drugie co do wielkości jezioro w Ameryce Południowej (po Maracaibo w Wenezueli). W najszerszym miejscu mierzy niemal 80 km, a jego całkowita powierzchnia wynosi ok. 8400 km². Jest więc ok. 74 razy większe od polskich Śniardw.

 

Główne miasto w tym rejonie – 150-tysięczne Puno – stanowi bardzo dobrą bazę wypadową do poznawania okolicy. W porcie warto zobaczyć historyczną kanonierkę Yavarí, która została zbudowana w Wielkiej Brytanii w 1862 r., a potem w częściach dotarła nad Titicacę. Statek złożono ostatecznie w 1870 r. Był wykorzystywany przez ponad 100 lat (do 1975 r.).

 

Największą atrakcją jeziora są jednak wyspy Uros (Urus) z trzciny totora, które mogą… pływać (na terytorium Peru istnieje ich ponad 20). Kiedyś swobodnie dryfowały, terazprzycumowuje się je w jednym miejscu. Sama roślina przez wieki była podstawowym produktem dla tutejszej ludności. Indianie Uro (Uru) przygotowywali z niej herbatę, jedli słodki rdzeń, dorzucali ją do paleniska. Dzisiaj wciąż z trzciny buduje się domy i łodzie (tzw. caballitos de totora) oraz wyrabia meble i pamiątki. Średnio co trzy miesiące na zgniłe fragmenty wyspy kładzie się nową warstwę liści i łodyg. Po ok. 20 latach całą konstrukcję trzeba wymienić.

 

Część regionu pozostaje zamieszkana. Indianie żyją tu głównie z rybołówstwa, choć turystyka staje się coraz ważniejszym źródłem ich dochodów. Miejscowi często porzucają język uro (uru) na rzecz ajmara czy hiszpańskiego.

 

Na jeziorze znajdują się też naturalne wyspy. Taquile słynie z wyrobu tkanin. W 2008 r. ta sztuka została wpisana oficjalnie na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jej mieszkańcy (taquileños) aż do lat 50. XX w. żyli w niemal całkowitej izolacji, dzięki czemu wciąż łączy ich silne poczucie wspólnoty. Noszą typowe jedynie dla Taquile stroje. Kobiety zakładają czarne lub czerwone spódnice (polleras) i różowe bluzki (almillas), a na głowę i ramiona długie, czarne chusty, które z tyłu sięgają kolan (chuku). Mężczyźni ubierają się przeważnie w czarne spodnie z szerokim, kolorowym pasem i białe koszule. Ten zwyczaj, inspirowany wyglądem hiszpańskich chłopów, pojawił się z końcem XVI w., kiedy to konkwistadorzy zabronili taquileños używania tradycyjnego ubioru.

 

Chociaż tkaniny wytwarza niemal cała lokalna społeczność, bez względu na wiek i płeć, to kobiety głównie przygotowują przędzę, a mężczyźni tkają i robią na drutach. Najbardziej charakterystycznymi częściami stroju są szeroki paskalendarzowy, przedstawiający coroczny cykl prac i obrzędów, oraz wełniana czapka chullo z nausznikami, która w różnych wariantach, nie tylko kolorystycznych, jest popularna w całym kraju.

 

KANION SZYBUJĄCYCH KONDORÓW

 

Polacy pozostawili po sobie w Peru dwa ważne ślady. Polski inżynier Ernest Malinowski (1818–1889) wybudował w nim drugą najwyżej położoną linię kolejową na świecie (Ferrocarril Central del Perú – Centralną Kolej Transandyjską). Natomiast w maju 1981 r. dziką, spienioną rzeką na dnie kanionu Colca po raz pierwszy w historii spłynęła grupa kajakarzy z Polski z Andrzejem Piętowskim (kierownikiem wyprawy) na czele. Wyczyn ten został wpisany do Księgi rekordów Guinnessa i przyniósł temu miejscu sławę. W dowód wdzięczności mieszkańcy pobliskiego miasteczka Chivay nazwali główną 6-kilometrową ulicę Avenida Polonia, czyli aleją Polska.

 

Cañón del Colca uważa się za drugi najgłębszy kanion na ziemi (po Cotahuasi, leżącym także w Peru). Panorama rozpościerająca się z jego stromych brzegów zapiera dech w piersiach. Górne krawędzie wznoszą się na wysokość 4–5 tys. m n.p.m. Dno znajduje się na poziomie od 950 do 3050 m n.p.m. W węższej części kanionu ściany pozbawione są roślinności. U jego wylotu, odległość między brzegami staje się coraz szersza, a na zboczach leżą przepiękne tarasy uprawne.

 

Największe wrażenie wywiera jednak widok kondorów wielkich o poranku. W miejscu zwanym Krzyżem Kondora (Cruz del Cóndor) pojawia się ich najwięcej. Te olbrzymie ptaki (o rozpiętości skrzydeł sięgającej ponad 3 m) przelatują często kilkanaście metrów ponad głowami turystów. Zjawiają się regularnie z samego rana. W wyniku stopniowego ogrzewania promieniami słońca zimnego powietrza z dna kanionu powstają wznoszące prądy, które kondorom widocznie bardzo odpowiadają.

 

TĘCZOWA KRAINA

 

W Peru wciąż spotyka się ślady po mieszkańcach dawnego imperium, którzy zdołali rozwinąć tu rolnictwo, zbudować potężne państwo i założyć miasta w rejonach pięknych, choć ciężkich do życia. Ludzie w tym regionie zawsze uczyli się pokonywać trudności. Widać to nie tylko w opuszczonym Machu Picchu, ale również w niemal 1-milionowej Arequipie, drugim co do wielkości ośrodku w kraju, otoczonym przez wulkany i nawiedzanym przez trzęsienia ziemi. Stare domy i świątynie zbudowane są w nim ze skamieniałej lawy. W bujnym amazońskim lesie równikowym, z dala od cywilizacji Indianie od setek lat zakładają swoje skromne osady.

 

To poza tym niezmiernie zaskakująca kraina. Na kolorowych procesjach i festynach rytuały prekolumbijskie przenikają się z tradycjami katolickimi i lokalnymi zwyczajami. Mężczyźni nad jeziorem Titicaca robią na drutach. Kobiety w górach noszą męskie kapelusze. Na obiad możemy zjeść tutaj pieczoną świnkę morską, a w hotelu zamówimy herbatę z liści koki. Nawet ziemniaki występują aż w kilkudziesięciu odmianach i mają różną barwę: od brązu i żółci po fiolet i czerwień. Dlatego żeby opisać Peru, trzeba użyć całej palety kolorów. W końcu nawet flagi w Cusco są tęczowe.

 

Cruz del Cóndor i Indianie oferujący turystom pamiątki i barwne tekstylia

025850 300

© JAMES POSSO/PROMPERÚ

 

Radosne życie w rytmie reggae – Jamajka

WIOLETTA KRAWIEC

 

Gdy przekroczyłam bramę szkoły w miejscowości Martha Brae, nie przypuszczałam jeszcze, że przeżyje tu jedne z najwspanialszych chwil podczas mojej podróży na Jamajkę. Kolorowe ściany, słoneczne wnętrza i uśmiechnięte buzie dzieci przypominały bardziej wesołą kolonię letnią niż placówkę oświatową. Z jednej z sal dochodził do nas piękny śpiew. Zajrzałam do niej przez otwarte drzwi. Grupa dzieci ćwiczyła Down by the River, wielki przebój muzyki reggae zespołu Morgan Heritage. Roześmiane dziewczynki w turkusowych mundurkach kołysały się rytmicznie, w pełni oddając się radości śpiewania. Ich buzie promieniały tajemniczym szczęściem. Słuchałam tej lekcji muzyki z zachwytem i przez kilka minut nie tylko widziałam, ale i czułam Jamajkę. Od tej pory Down by the River jest jedną z moich ulubionych piosenek. Zawsze włączam ją sobie w domu, gdy potrzebuję zastrzyku pozytywnej energii. Działa na mnie szybciej niż na wielu słynna jamajska ganja...

Więcej…