Karaweik

Stylizowany na wspaniałą królewską barkę pałac Karaweik w Rangunie

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Ten kraj tysiąca świątyń, w którym w marcu 2011 r. z władzą pożegnała się (przynajmniej formalnie) junta wojskowa, ulega przeobrażeniom i otwiera się na świat. Nadal jednak kryją się w nim liczne zakątki nieodwiedzane przez zagranicznych przybyszów zbyt często. Podróżników zachwyca on niesamowitymi krajobrazami, magiczną atmosferą, a przede wszystkim niezwykłym ciepłem i gościnnością mieszkańców.

 

Birma (oficjalnie Myanmar, w języku polskim Mjanma) jest drugim (po Indonezji) największym państwem Azji Południowo-Wschodniej (o powierzchni ponad 676 tys. km²). Leży malowniczo nad Morzem Andamańskim i Zatoką Bengalską. Jeszcze do niedawna był to jeden z najbardziej zamkniętych krajów na świecie – od 1962 do 2011 r. znajdował się pod twardymi rządami junty wojskowej. Generałowie upaństwowili przedsiębiorstwa i doprowadzili do międzynarodowej izolacji Mjanmy, a jedynym sojusznikiem tej dawnej kolonii brytyjskiej (w latach 1824–1942 i 1945–1948) stały się Chiny. Siedem lat temu rozpoczęto ostrożny proces demokratyzacji. W 2010 r. w liczącym obecnie ponad 51 mln mieszkańców państwie odbyły się pierwsze demokratyczne wybory powszechne, niektórzy więźniowie polityczni odzyskali wolność. Jednym z nich była Aung San Suu Kyi – przewodnicząca Narodowej Ligi na rzecz Demokracji, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla z 1991 r. i bojowniczka o prawa człowieka, która wcześniej spędziła w areszcie domowym łącznie 15 lat.

 

Od tego czasu w Birmie rzeczywistość zaczęła ulegać szalonym przeobrażeniom, a kraj znacznie się otworzył. Wciąż jednak birmańskie społeczeństwo pozostaje bardzo przywiązane do swoich tradycji – jednymi z najbardziej rzucających się w oczy tego oznakami są choćby longyi (strój używany na co dzień przez mężczyzn, przypominający nieco… spódnicę), htamain lub htamein (rodzaj tradycyjnej prostokątnej chusty, noszonej z kolei przez kobiety) czy tanaka (żółty proszek ze startego drzewa o tej samej nazwie, nakładany na twarz w celu ochrony przed słońcem). To tylko niektóre z elementów tutejszej bogatej kultury mogące zaskoczyć przybysza z zewnątrz na sam początek. Trzeba też przyznać, że nadal – w porównaniu choćby z sąsiednią Tajlandią czy Laosem – turystyka ma tu dość nierozwiniętą formę i wciąż jeszcze można znaleźć w Birmie miejsca nieodkryte przez podróżników. 

 

W KOLORZE SZAFRANU

 

Największe birmańskie miasto – Rangun – w odróżnieniu od wielu azjatyckich metropolii przepełnionych tysiącami zwiedzających pozwala odetchnąć od tłumów. Tkwi w nim łagodność płynąca z twarzy jego mieszkańców – gościnnych, otwartych, po okresie wieloletniej izolacji państwa szczególnie spragnionych kontaktu z przyjezdnymi. Takie było moje wrażenie z pierwszej wizyty w tym pięknym kraju i spacerów po jego ośrodku, w którym żyje ok. 7,5 mln ludzi. Czułam się otoczona serdecznymi uśmiechami i zaciekawionymi spojrzeniami osób zastanawiających się, skąd jestem i dlaczego zdecydowałam się na podróż do Birmy. Ta łagodność mieszkańców ma także inne podstawy – Rangun, podobnie jak większość birmańskich miast, wydaje się zdominowany przez buddyjskich mnichów, dostojnym krokiem przemierzających ulice. To właśnie oni (obok wspomnianej Aung San Suu Kyi) stanowią jeden z najważniejszych symboli politycznych przemian, które pozwoliły wywalczyć demokrację. W sierpniu i wrześniu 2007 r. współorganizowali szafranową rewolucję (nazwa pochodzi od koloru mnisich szat), czyli pierwszy od wielu lat tak znaczący protest przeciwko juncie wojskowej. Choć po paru tygodniach demonstracje krwawo stłumiono i nie doprowadziły one do obalenia dyktatorskich rządów, to w dalszej perspektywie okazały się mieć niebagatelne znaczenie – zostały zauważone przez świat, a społeczeństwu przyniosły nadzieję. Dziś, przemierzając spokojnymi krokami ranguńskie ulice, mnisi w naturalny, niemal namacalny sposób wnikają w tkankę ruchliwego miasta. Wydają się przy tym nieobecni, krążą jakby ponad chodnikami, rzadko odwzajemniają spojrzenie. Pozostali mieszkańcy chętnie jednak zagadują przyjezdnych, cieszą się na ich widok i nie kryją radości z tego, że coraz więcej podróżników znów odwiedza ich ojczyznę. 

 

Mimo to w gościnnym Rangunie wciąż wyczuwalny jest ciężar rządów junty. Znajdziemy w nim również ślady starszej historii, obok których trudno przejść obojętnie – niemal na każdym kroku spotkamy kolonialne budynki. Lata ich świetności dawno przeminęły. Po olśniewającej imperialnej architekturze miasta pozostały nieco już sypiące się mury. Te zapomniane przez los budynki mają w sobie dziwny, trochę nierzeczywisty urok. 

 

Przede wszystkim jednak dawna stolica Birmy (do listopada 2005 r.), podobnie jak cały kraj, jest dziś przestrzenią intensywnych zmian. Wypełnia się zachodnimi sklepami, bankomatami, coraz liczniej pracującymi tu obcokrajowcami. Staje się, przynajmniej dla patrzącego z zewnątrz, bardziej nowoczesna. Dusza Rangunu wciąż pozostaje jednak taka sama: nieco skomplikowana i zaskakująca. To miasto nie daje się łatwo zaklasyfikować, odurza słodko-gorzkimi zapachami, ogłusza chaotycznymi dźwiękami. Zachwyca wielokulturowością – w całej Birmie żyje 135 grup etnicznych. Charakterystyczny znak tej kulturowej różnorodności stanowi okolica pagody Sule, którą postawiono w samym sercu Rangunu, jak mówi legenda, ponad 2,5 tys. lat temu w miejscu zamieszkanym dotąd przez jedno z lokalnych bóstw (nata Sule Bo Bo Gyi). Mieniący się w słońcu złocony kompleks buddyjski sąsiaduje z meczetem i kościołem baptystycznym, a stoi na przecięciu dwóch dróg prowadzących do chińskiej i indyjskiej części miasta. Niedaleko pagody Sule leży też warty zainteresowania Park Mahy Banduli (generał Maha Bandula uchodzi za bohatera narodowego walczącego z brytyjskimi kolonistami, zginął 1 kwietnia 1825 r. podczas bitwy pod Danubyu), w którym znajduje się pomnik upamiętniający uniezależnienie się Birmy od Brytyjczyków w 1948 r. Kolejnym symbolicznym miejscem jest jezioro Inya, choć oddalone o ok. 10 km od centrum, chętnie odwiedzane przez ranguńczyków, szczególnie tych chcących tu w spokoju uprawiać jogging, jeździć na rowerze lub spędzić romantyczny wieczór we dwoje. Nad brzegami akwenu, naprzeciw siebie, stoją domy dwóch osób ważnych dla XX-wiecznej historii kraju: dawna rezydencja generała Ne Wina (1911–2002), który wprowadził w państwie dyktaturę, i willa walczącej z reżimem Aung San Suu Kyi.

 

Mimo reform niesionych z góry i zewnątrz życie w poprzedniej birmańskiej stolicy zdaje się toczyć własnym rytmem, wyznaczanym przez nawoływania rykszarzy i śpiewy płynące ze świątyń. Każdego dnia po zmroku ciemne ranguńskie niebo przecinają długie strumienie światła, które rozchodzą się z potężnego, górującego nad miastem Szwedagonu (Shwedagonu). Według popularnej legendy w jego złocistej stupie ukryto włosy z głowy Buddy i niezliczone skarby: złoto i kosztowności. Jak wyznał mi jeden z przypadkowo poznanych Birmańczyków, wystarczyłoby przetopić ten oszałamiający budynek na tysiące sztabek złota i zamienić je na pieniądze, aby móc na wiele lat rozwiązać problem ubóstwa w całym kraju. Jednak najpewniej większość jego głęboko religijnych rodaków potraktowałoby tę propozycję jako (delikatnie mówiąc) bluźnierstwo. Magiczny Szwedagon to dla nich coś więcej niż świątynia – to święty symbol całej Birmy. Strzelista, 99-metrowa stupa podobno została zbudowana 2,5 tys. lat temu i od tego czasu zachowała praktycznie niezmieniony wygląd. Przetrwała brytyjski imperializm, wojny, wojskowe reżimy i wiele trzęsień ziemi (ostatnie z nich nawiedziło ten rejon w sierpniu 2016 r.). Wydaje się, że podobnie jest z całym Rangunem, który tak jak Birma sprawia wrażenie odpornego na każde możliwe szaleństwo przyrody czy okrucieństwo historii. 

 

SIŁA ASTROLOGII

 

Jednym z najwybitniejszych reportażystów badających azjatycką duszę i rozszyfrowujących kulturę tego kontynentu był Tiziano Terzani (1938–2004) – Włoch przez wiele lat pracujący w Azji jako korespondent niemieckiego tygodnika Der Spiegel. Do napisania swojej chyba najsłynniejszej książki Powiedział mi wróżbita zainspirowało go spotkanie z tytułowym wróżbitą w Hongkongu. Przepowiedział on autorowi, że jeśli w 1993 r. wsiądzie do samolotu, to zginie. Zwykle sceptyczny Tiziano Terzani pod koniec 1992 r. postanowił przez kolejne miesiące podróżować tylko drogą lądową lub morską. W odwiedzanych kolejno azjatyckich krajach udawał się do astrologów i wróżbitów. Dużą część swoich przemyśleń poświęcił właśnie kwestii magii. Wskazywał na to, jak ważną funkcję pełni ona wśród mieszkańców Azji i jak silnie naznacza ich codzienne życie. 

 

Podobnie rzecz wygląda w przypadku Birmy, a jeden z dowodów na to, jak bardzo jest ona przesycona myśleniem magicznym, stanowi 950-tysięczne miasto Naypyidaw (Nay Pyi Taw), które wznoszono od 2002 r., a od listopada 2005 r. odgrywa rolę stolicy kraju. To swoiste dzieło życia generała Than Shwe, rządzącego państwem w latach 1992–2011. Ośrodek zbudowano od podstaw najpewniej głównie ze względów strategicznych – usytuowanie w nim instytucji rządowych miało umocnić pozycję władzy w tej części Birmy. Założenie nowej stolicy doradzili rządzącym astrologowie. Ministrowie wyruszyli do niej z Rangunu (w liczbie 11 i w towarzystwie 11 batalionów żołnierzy w konwoju złożonym z 1100 ciężarówek!) w najlepszym według układu gwiazd momencie, o szczęśliwej numerologicznie godzinie, czyli 11 listopada o 11.00. Naypyidaw leży w centrum kraju, z dala od większych skupisk ludzkich. O przenosinach do nowej stolicy nie wiedział nikt, nawet członków rządu poinformowano niemal w ostatniej chwili. Choć w ciągu ostatniej dekady zdążyła się ona rozwinąć, to wciąż przypomina trochę opuszczone miasto – wypełniają ją monumentalne budynki rządowe, szerokie, puste aleje, pozbawione uroku i rzadko odwiedzane hotele. 

 

KRAJ TYSIĄCA ŚWIĄTYŃ

 

4-8 MG MG TUN 3

Widok na zabytkowe budowle w mieście Pagan położonym nad rzeką Irawadi

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

Całkowitym przeciwieństwem Naypyidaw jest inny ośrodek, który założono za radą wróżbitów. On również przez pewien czas (w latach 1857–1885) był stolicą. Mowa o pulsującym życiem Mandalaj. To drugie po Rangunie największe miasto Birmy (niemal 2-milionowe). Założył je przedostatni birmański król Mindon (1808–1878). Decyzję podjął po konsultacji z nadwornymi astrologami, którzy doradzili mu wybudować Mandalaj u podnóża wzgórza uważanego za święte. Według wierzeń Budda w trakcie swojej wizyty na tej górze przepowiedział, że u jej stóp powstanie wspaniałe miasto. Miał to być zarazem punkt stanowiący środek świata. Nazwano je wówczas Złotym Miastem i wypełniono budowlami postawionymi na planie kwadratu o bokach skierowanych na cztery strony świata. Całość otoczono fosą i wysokimi murami, 48 bastionami oraz 12 potężnymi bramami, prowadzącymi na północ i południe, wschód i zachód. W samym środku wzniesiono ogromny pałac królewski, który – niestety – został zniszczony w pożarze podczas II wojny światowej – część Mandalaj zbombardowali alianci, którzy chcieli uwolnić je spod japońskiej okupacji (1942–1945). Zamiast oryginalnej rezydencji króla można więc dziś zwiedzać tylko jej replikę, oddaloną nieco od dawnego serca miasta i znacznie młodszą, ale równie imponującą.

 

Za najważniejszą budowlę sakralną Mandalaj uchodzi pagoda Mahamuni (czyli Świątynia Wielkiego Mędrca), zbudowana w drugiej połowie XVIII w. przez króla Bodawpayę (1745 – 1819). W samym jej centrum stoi niemal 4-metrowy, wykonany z brązu posąg siedzącego Buddy Mahamuni. To obok ranguńskiego Szwedagonu najświętsze miejsce w całym kraju i jeden z najważniejszych celów buddyjskich pielgrzymek. Często odwiedzane zarówno przez Birmańczyków, jak i zaglądających w te rejony podróżników jest także wzgórze Mandalaj (ok. 240 m n.p.m.), na które można dostać się czterema rzędami potężnych schodów (saungdan) prowadzącymi z każdej strony świata bądź dobudowanymi w naszych czasach schodami ruchomymi i windą. Na szczycie znajdują się kolejne pagody, sale medytacji i punkty widokowe. Roztacza się stąd niesamowity widok na okolicę, a przede wszystkim rzekę Irawadi, najdłuższą w Birmie (mającą mniej więcej 2200 km), wpadającą do Morza Andamańskiego. 

 

Jeśli zdecydujemy się na wizytę w Mandalaj, koniecznie powinniśmy wybrać się też na jedno- lub dwudniową wycieczkę po regionie, m.in. do Inwy (dawniej Avy), która dziś przypomina spokojną wioskę, ale w przeszłości, przez niecałe 360 lat z przerwami (1365–1842) była stolicą królestwa. Ogromne wrażenie robią fragmenty imponującego muru, otaczającego niegdyś miasto. Inną atrakcją jest tzw. wieża obserwacyjna Nanmyin z 1821 r., ze względu na swoje odchylenie od pionu porównywana do tej w Pizie. Stanowi ona jedyną pozostałość znajdującego się kiedyś w tym miejscu pałacu królewskiego i wznosi się na 27 m. Warto wspiąć się na górę, aby podziwiać przepiękną panoramę. W pobliżu Mandalaj nie można również ominąć okolic Amayabuyi (Amarapury) z najprawdopodobniej najstarszym i najdłuższym na świecie mostem tekowym, mierzącym 1,2 km, a skonstruowanym ok. 1850 r. Nosi on nazwę U Bein na cześć głównego inżyniera nadzorującego jego budowę. Szczególne wrażenie robi o wschodzie i zachodzie słońca – wygląda wtedy naprawdę magicznie, podobnie jak mieniące się w ciepłych promieniach słońca okoliczne stupy czy sylwetki przemierzających go mieszkańców. 

 

Choć Mandalaj ze swoimi licznymi buddyjskimi świątyniami pozostaje największym ośrodkiem religijnym w Birmie, z jej sakralnymi zabytkami podróżnicy kojarzą zwykle założone w 849 r. (jak się przyjmuje) miasto Pagan (Bagan), stanowiące jedną z najważniejszych atrakcji archeologicznych całego kontynentu. Okres swojej największej świetności przeżywało za czasów króla Anawrathy (panującego w latach 1044–1077), w XI–XIII w. było stolicą królestwa Paganu (849–1297), a w 1287 r. zostało podbite przez Mongołów i nigdy już nie odzyskało dawnego znaczenia. Znajduje się tu mnóstwo obiektów do zwiedzania. Ze względu na duże odległości obejście całego obszaru na piechotę raczej nie wchodzi w grę. Najlepiej wynająć rikszę konną lub rower. Na zwiedzanie trzeba przeznaczyć co najmniej dwa pełne dni. Na powierzchni ok. 104 km2 wznosi się tutaj ponad 2,2 tys. buddyjskich pagód, klasztorów i świątyń. W okresie największej świetności miasta było ich ponoć pięć razy więcej, nie wszystkie jednak dotrwały do naszych czasów. 

 

Drugim najpopularniejszym celem turystów w Birmie jest jezioro Inle położone w paśmie gór Szan na wysokości 880 m n.p.m. Bazę dla osób chcących po nim popływać stanowi niewielka miejscowość Nyaungshwe – właśnie w niej najlepiej zamówić wyprawę łodzią. Na wizytę w rejonie Inle wystarczy tak naprawdę jeden dzień. Na wycieczkę należy wyruszyć o świcie, aby móc przyjrzeć się rybakom wypływającym na połów. Napędzają oni łódź w dość oryginalny sposób: stoją na rufie i wiosłują nogą, owijając stopę wokół długiego wiosła. Dzięki temu mają wolne obie ręce, co umożliwia im wygodniejsze zarzucanie i wyciąganie sieci oraz pozwala obserwować sytuację panującą na jeziorze. Poza rybakami i ich drewnianymi domami na palach uwagę przyciągają pływające plantacje. Inle przypomina w niektórych miejscach kolorową łąkę, a nawet… pole. Uprawia się tu kwiaty oraz warzywa i owoce, które codziennie są dostarczane łodziami na targi do przybrzeżnych miejscowości. To drugie po Indawgyi największe w kraju jezioro (o powierzchni 116 km²) już od dobrych paru lat wyrasta na jedną z największych atrakcji turystycznych tej części Azji. Trzeba przyznać, że robi się na nim coraz tłoczniej. 

 

POZA TURYSTYCZNYM SZLAKIEM

 

shutterstock 177900569 - Fishermen at Inle Lake

Nad jeziorem Inle mieszkają głównie przedstawiciele grupy etnicznej Intha

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

Dla porządku należy dodać, że Birma – mimo rosnącej z każdym rokiem liczby odwiedzających – pozostaje krajem, gdzie z powodzeniem można znaleźć rejony niezadeptane jeszcze przez turystów. Do takich miejsc zalicza się pagoda Kyaiktiyo (jej nazwa w tłumaczeniu na polski brzmi Pagoda na Głowie Pustelnika), będąca ulubionym celem pielgrzymek birmańskich buddystów, wciąż jednak często pomijana przez obcokrajowców. Znajduje się ona w okolicy wioski Kinpun w stanie Mon, ok. 200 km na północny wschód od Rangunu. Warto odwiedzić ją zwłaszcza w Dzień Pełni Księżyca (w marcu), wypadający w ostatnim miesiącu tutejszego kalendarza, czyli tabaung. Pagodę podświetlają wówczas tysiące świec i ozdabiają tony kwiatów, stanowiące symboliczny podarek dla Buddy. Na szczycie porośniętego przez bujną roślinność wzgórza Kyaiktiyo (1100 m n.p.m.) znajduje się mniej więcej 8-metrowy głaz pokryty najprawdziwszym złotem. Ważący ponad 600 t (według szacunków) i zawieszony tuż nad przepaścią kamień wygląda tak, jakby miał za chwilę runąć w dół. Mimo to od wieków w tajemniczy i sobie tylko znany sposób zachowuje równowagę. Podobnie jest z postawioną na nim pagodą, zwaną Złotą Skałą. Według legendy głaz zawdzięcza swoją stabilność ukrytemu w nim świętemu włosowi Buddy. Wielu pielgrzymujących wierzy zresztą, że nie leży on bezpośrednio na szczycie góry, tylko unosi się nad nią w powietrzu. Zgodnie z niektórymi podaniami olbrzymi kamień kilkaset lat temu wisiał dużo wyżej, ale stopniowo, wraz z upadkiem moralności i obyczajów wśród ludzi, zaczął opadać i osiadł na ziemi. Widok tej osobliwości, szczególnie o zachodzie słońca, robi niesamowite wrażenie. Potężna skała z pagodą lśni wówczas drobinkami złota, a po chwili wtapia się w zabarwione na różowo niebo. Właśnie o tej porze dnia zbiera się tu najwięcej mnichów, którzy wieczorem zaczynają swoje modlitwy i medytacje. Często spędzają w tym miejscu całą noc i o świcie witają wschodzące słońce.

 

Warto odwiedzić również wioskę Kinpun leżącą u podnóża słynnego wzgórza, służącą jako baza wypadowa pod Złotą Skałę. Wydaje się ona niewielka i niezbyt efektowna – tworzy ją parę ulic z kilkoma skromnymi sklepikami i restauracjami. Co jednak najważniejsze, zamieszkują ją gościnni ludzie, żyjący spokojnie po swojemu i zdający się nie przejmować turystycznym ruchem. Jest to też jedno z tych miejsc, w których może nie ma sensu zatrzymywać się na dłużej, ale warto zostać na popołudnie lub wieczór, choćby po to, aby napić się pysznej lokalnej herbaty (uważanej za najpopularniejszy napój w Birmie) i zobaczyć, jak wygląda codzienność Birmańczyków. 

 

Spotkania z licznymi turystami unikniemy także w innej urokliwej miejscowości. Mulmejn (Moulmein) wciąż czeka na odkrycie. Leży ok. 300 km na południowy wschód od Rangunu. To obecnie 300-tysięczne miasto, które odwiedzili m.in. angielscy pisarze Rudyard Kipling (1865–1936) i George Orwell (1903–1950), wydaje się zatrzymane w czasie i ma w sobie nieprzemijającą magię, kiedyś tak bardzo kuszącą podróżników. Położenie nieco na uboczu bardziej uczęszczanych turystycznych tras tylko dodaje mu uroku. Niepowtarzalną atmosferę Mulmejn zawdzięcza też rzece Saluin, mającej źródło na Wyżynie Tybetańskiej w Chinach i tworzącej deltę przed połączeniem się z Morzem Andamańskim. Ze względu na szybki, niebezpieczny nurt bywa ona nazywana „wściekłą rzeką”, w co trudno uwierzyć, jeśli przyjrzymy się jej w tej okolicy, gdzie sprawia wrażenie wyjątkowo spokojnej. Wszystko zresztą wydaje się tu jakby znieruchomiałe, może więc właśnie z powodu charakteru Mulmejn również Saluin, rodząca się w paśmie górskim Tangla (Tanggula Shanmai) w sąsiedztwie Jangcy i Mekongu, pokornieje i wytraca pęd. 

 

To miejsce mogłoby walczyć z takimi miastami jak Lizbona czy Stambuł o miano króla miejskiej melancholii. Choć trudno znaleźć w języku birmańskim bezpośredni odpowiednik portugalskiego saudade bądź tureckiego hüzün, to ulice i domy w Mulmejn zdają się doskonale odzwierciedlać znaczenie tych słów. Zanurzony we wspomnieniach ośrodek żyje dziś trochę w cieniu Rangunu i Mandalaj, mimo iż rozwijał się kiedyś równie prężnie jak one. W 1826 r., wkrótce po tym, jak Birma trafiła w ręce Brytyjczyków, miasto stało się stolicą (pozostało nią do 1852 r.). Gdy kraj był europejską kolonią, trafił do Mulmejn na kilka godzin wspomniany Rudyard Kipling, który ponoć zakochał się w nim, czemu dał wyraz w wierszu Droga do Mandalaj. George Orwell z kolei spędził tu kilka miesięcy w 1926 r. i na podstawie tych doświadczeń napisał później m.in. słynny antykolonialny esej Zabicie słonia (1936), stanowiący metaforyczną krytykę działania zachodniego imperium (którego sam – jako oficer policji – przez pewien czas był częścią). Po Brytyjczykach pozostała w mieście, podobnie jak w wielu innych zakątkach Birmy, głównie kolonialna architektura, nieco dziś zaniedbana, ale nadal w niektórych miejscach rozkwitająca kolorami, wciąż mająca w sobie coś ujmującego. Wśród tej zabudowy wyrasta potężny śnieżnobiały meczet i pierwsza birmańska świątynia należąca do Kościoła Anglii, wpisujące się w wielokulturowy rys kraju i samego stanu Mon, zamieszkanego obok Monów przez Bamarów (Birmańczyków), Karenów, Pa’O i Tajów. W Mulmejn wielu podróżników może też rozkochać jego portowy charakter. Mieszkańcy utrzymują się głównie z rybołówstwa lub rolnictwa i zajmują się pracą w porcie handlowym czy na plantacjach tropikalnych owoców bądź produkcją sieci. 

 

Kyauk Ka Lat Pagoda-Hpa An

 Pagoda Kyauk Ka Lat na wysokiej wapiennej skale w okolicy Mulmejn

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

Jednak obrazem, który po wizycie w tym nieco zapomnianym mieście nad deltą Saluinu pozostaje najdłużej w pamięci, jest górująca nad nim buddyjska pagoda Kyaik Than Lan (Kyaikthanlan), którą otaczają 34 mniejsze świątynie. Szczególne wrażenie robi nie tyle sam kompleks, ile magiczny widok, jaki rozpościera się z jego tarasów i mostów. Chyba właśnie wówczas, gdy stanie się wysoko nad Mulmejn i biegnącą w stronę morza rzeką, można na dobre się w nim zakochać. Warto pojawić się tu o wschodzie lub zachodzie słońca, kiedy różowoczerwone niebo nadaje wąskim uliczkom i strzelistym stupom szczególnego wyrazu, a potężny blok skalny, na którym powstała pagoda, wydaje się unosić. Raz spada wraz z nami w głęboką przepaść, innym razem pochyla się nad nią nisko, zanurzając w soczystej zieleni rosnących w pobliżu drzew. 

 

Oto złota kopuła, oto Birma – kraj, którego nie można porównać z żadnym innym – tak pisał w swoich wspomnieniach z podróży Rudyard Kipling. Choć jego słowa pochodzą z końca XIX w., to ma się wrażenie, że od tego czasu jedno bez wątpienia się tutaj nie zmieniło. Czarująca Birma wciąż jest krajem innym niż wszystkie i trudno przyrównać ją do jakiegokolwiek innego miejsca na ziemi.

Artykuły wybrane losowo

Viva España i jej słoneczne plaże!

ELŻBIETA I ROBERT PAWEŁEK

 

Jeśli lubicie ciepłe morze, sjestę, owoce morza, wyśmienite wina i atmosferę pueblos blancos, czyli białych miasteczek, na letni urlop powinniście wybrać Hiszpanię . Znajdziecie tu wszystko: wspaniałe zabytki, parki wodne, akweny do nurkowania, kolorowe deptaki, nocne kluby i ciche zatoki. A czasem spotkacie też światowe gwiazdy z pierwszych stron gazet.  

Półwysep Iberyjski jako kierunek turystyczny cieszy się popularnością przez cały rok. Miejscowości nadmorskie przeżywają jednak prawdziwe oblężenie w miesiącach letnich. Szczególnie atrakcyjne są dla tych mieszkańców Europy, którzy po mroźnej zimie marzą o zmianie klimatu i krajobrazu, aby później w pełni sił wrócić do szarej codzienności.

Obfite deszcze w tych stronach to rzadkość. Letnie upały sięgają 40°C. Jeśli jednak nie boimy się wysokich temperatur, pokochamy hiszpańskie wybrzeże, bary z przekąskami zwanymi tapas i kluby, w których można posłuchać flamenco. Dla Hiszpanów synonimem najlepszego wypoczynku jest wyrażenie sol y playa, czyli słońce i plaża. Nic dziwnego, że ponad 3 tys. kilometrów hiszpańskiej linii brzegowej (nie licząc wysp) stało się niekończącą riwierą, wypełnioną amatorami pięknej opalenizny. Dzisiaj sąsiadują tu ze sobą prawdziwe centra turystyczne: tętniąca życiem Costa Blanca, słynna Costa Brava, Costa Dorada i Costa del Azahar, na południu zaś zalane słońcem Costa del Sol, Costa de la Luz, Costa de Almería i Costa Cálida w niewielkim regionie autonomicznym Murcja. 

Więcej…

Na drogach Turkmenistanu i Uzbekistanu

WIOLETTA HUTNIK

WOJCIECH ILKIEWICZ

www.wojtektravel.pl


Podczas podróży po Azji Środkowej możemy wyruszyć w drogę wzdłuż kojarzącego się z magią Dalekiego Wschodu Jedwabnego Szlaku, ze zdumieniem odetchnąć z ulgą w białym mieście na pustkowiu, udać się na poszukiwania znikającego morza czy zajrzeć do niesamowitej ognistej dziury w ziemi, przypominającej piekło w miniaturze, albo poczuć się jak bohater powieści „Proces” Franza Kafki, gdy przyjdzie nam czasami zmierzyć się z biurokratyczną machiną. W tej suchej i gorącej krainie nic nie jest oczywiste. Na każdym kroku dostrzeżemy mnóstwo zadziwiających miraży.

Więcej…

Wśród birmańskich złotych stup

ANNA SOBKOWICZ

<< Do niedawna zamknięta na świat Birma staje się dziś coraz modniejszym kierunkiem turystycznym. Wśród podróżników panuje przekonanie, że warto ją odwiedzić jak najszybciej, zanim zaleją ją zdobycze zachodniej cywilizacji. Pierwsze zmiany już można zaobserwować, a ich znakiem są np. pojawiające się bankomaty i planowane otwarcie pierwszej w kraju restauracji McDonald’s. >>

 W języku polskim tradycyjnie na określenie tego państwa leżącego w Azji Południowo-Wschodniej używa się toponimu Birma, jednak od 1989 r. jego oficjalna nazwa brzmi Myanmar (na gruncie polszczyzny spotyka się też zapisy Mjanma, Mianma lub Republika Związku Mjanmy). Wzdłuż jego zachodniej, północnej i wschodniej granicy ciągną się tereny górskie, natomiast środek zajmuje nizina Irawadi, przez którą płynie rzeka o tej samej nazwie (najdłuższa w kraju). Od południa kraj oblewają wody Oceanu Indyjskiego, a dokładniej Zatoki Bengalskiej i Morza Andamańskiego.

Więcej…