Karaweik

Stylizowany na wspaniałą królewską barkę pałac Karaweik w Rangunie

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Ten kraj tysiąca świątyń, w którym w marcu 2011 r. z władzą pożegnała się (przynajmniej formalnie) junta wojskowa, ulega przeobrażeniom i otwiera się na świat. Nadal jednak kryją się w nim liczne zakątki nieodwiedzane przez zagranicznych przybyszów zbyt często. Podróżników zachwyca on niesamowitymi krajobrazami, magiczną atmosferą, a przede wszystkim niezwykłym ciepłem i gościnnością mieszkańców.

 

Birma (oficjalnie Myanmar, w języku polskim Mjanma) jest drugim (po Indonezji) największym państwem Azji Południowo-Wschodniej (o powierzchni ponad 676 tys. km²). Leży malowniczo nad Morzem Andamańskim i Zatoką Bengalską. Jeszcze do niedawna był to jeden z najbardziej zamkniętych krajów na świecie – od 1962 do 2011 r. znajdował się pod twardymi rządami junty wojskowej. Generałowie upaństwowili przedsiębiorstwa i doprowadzili do międzynarodowej izolacji Mjanmy, a jedynym sojusznikiem tej dawnej kolonii brytyjskiej (w latach 1824–1942 i 1945–1948) stały się Chiny. Siedem lat temu rozpoczęto ostrożny proces demokratyzacji. W 2010 r. w liczącym obecnie ponad 51 mln mieszkańców państwie odbyły się pierwsze demokratyczne wybory powszechne, niektórzy więźniowie polityczni odzyskali wolność. Jednym z nich była Aung San Suu Kyi – przewodnicząca Narodowej Ligi na rzecz Demokracji, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla z 1991 r. i bojowniczka o prawa człowieka, która wcześniej spędziła w areszcie domowym łącznie 15 lat.

 

Od tego czasu w Birmie rzeczywistość zaczęła ulegać szalonym przeobrażeniom, a kraj znacznie się otworzył. Wciąż jednak birmańskie społeczeństwo pozostaje bardzo przywiązane do swoich tradycji – jednymi z najbardziej rzucających się w oczy tego oznakami są choćby longyi (strój używany na co dzień przez mężczyzn, przypominający nieco… spódnicę), htamain lub htamein (rodzaj tradycyjnej prostokątnej chusty, noszonej z kolei przez kobiety) czy tanaka (żółty proszek ze startego drzewa o tej samej nazwie, nakładany na twarz w celu ochrony przed słońcem). To tylko niektóre z elementów tutejszej bogatej kultury mogące zaskoczyć przybysza z zewnątrz na sam początek. Trzeba też przyznać, że nadal – w porównaniu choćby z sąsiednią Tajlandią czy Laosem – turystyka ma tu dość nierozwiniętą formę i wciąż jeszcze można znaleźć w Birmie miejsca nieodkryte przez podróżników. 

 

W KOLORZE SZAFRANU

 

Największe birmańskie miasto – Rangun – w odróżnieniu od wielu azjatyckich metropolii przepełnionych tysiącami zwiedzających pozwala odetchnąć od tłumów. Tkwi w nim łagodność płynąca z twarzy jego mieszkańców – gościnnych, otwartych, po okresie wieloletniej izolacji państwa szczególnie spragnionych kontaktu z przyjezdnymi. Takie było moje wrażenie z pierwszej wizyty w tym pięknym kraju i spacerów po jego ośrodku, w którym żyje ok. 7,5 mln ludzi. Czułam się otoczona serdecznymi uśmiechami i zaciekawionymi spojrzeniami osób zastanawiających się, skąd jestem i dlaczego zdecydowałam się na podróż do Birmy. Ta łagodność mieszkańców ma także inne podstawy – Rangun, podobnie jak większość birmańskich miast, wydaje się zdominowany przez buddyjskich mnichów, dostojnym krokiem przemierzających ulice. To właśnie oni (obok wspomnianej Aung San Suu Kyi) stanowią jeden z najważniejszych symboli politycznych przemian, które pozwoliły wywalczyć demokrację. W sierpniu i wrześniu 2007 r. współorganizowali szafranową rewolucję (nazwa pochodzi od koloru mnisich szat), czyli pierwszy od wielu lat tak znaczący protest przeciwko juncie wojskowej. Choć po paru tygodniach demonstracje krwawo stłumiono i nie doprowadziły one do obalenia dyktatorskich rządów, to w dalszej perspektywie okazały się mieć niebagatelne znaczenie – zostały zauważone przez świat, a społeczeństwu przyniosły nadzieję. Dziś, przemierzając spokojnymi krokami ranguńskie ulice, mnisi w naturalny, niemal namacalny sposób wnikają w tkankę ruchliwego miasta. Wydają się przy tym nieobecni, krążą jakby ponad chodnikami, rzadko odwzajemniają spojrzenie. Pozostali mieszkańcy chętnie jednak zagadują przyjezdnych, cieszą się na ich widok i nie kryją radości z tego, że coraz więcej podróżników znów odwiedza ich ojczyznę. 

 

Mimo to w gościnnym Rangunie wciąż wyczuwalny jest ciężar rządów junty. Znajdziemy w nim również ślady starszej historii, obok których trudno przejść obojętnie – niemal na każdym kroku spotkamy kolonialne budynki. Lata ich świetności dawno przeminęły. Po olśniewającej imperialnej architekturze miasta pozostały nieco już sypiące się mury. Te zapomniane przez los budynki mają w sobie dziwny, trochę nierzeczywisty urok. 

 

Przede wszystkim jednak dawna stolica Birmy (do listopada 2005 r.), podobnie jak cały kraj, jest dziś przestrzenią intensywnych zmian. Wypełnia się zachodnimi sklepami, bankomatami, coraz liczniej pracującymi tu obcokrajowcami. Staje się, przynajmniej dla patrzącego z zewnątrz, bardziej nowoczesna. Dusza Rangunu wciąż pozostaje jednak taka sama: nieco skomplikowana i zaskakująca. To miasto nie daje się łatwo zaklasyfikować, odurza słodko-gorzkimi zapachami, ogłusza chaotycznymi dźwiękami. Zachwyca wielokulturowością – w całej Birmie żyje 135 grup etnicznych. Charakterystyczny znak tej kulturowej różnorodności stanowi okolica pagody Sule, którą postawiono w samym sercu Rangunu, jak mówi legenda, ponad 2,5 tys. lat temu w miejscu zamieszkanym dotąd przez jedno z lokalnych bóstw (nata Sule Bo Bo Gyi). Mieniący się w słońcu złocony kompleks buddyjski sąsiaduje z meczetem i kościołem baptystycznym, a stoi na przecięciu dwóch dróg prowadzących do chińskiej i indyjskiej części miasta. Niedaleko pagody Sule leży też warty zainteresowania Park Mahy Banduli (generał Maha Bandula uchodzi za bohatera narodowego walczącego z brytyjskimi kolonistami, zginął 1 kwietnia 1825 r. podczas bitwy pod Danubyu), w którym znajduje się pomnik upamiętniający uniezależnienie się Birmy od Brytyjczyków w 1948 r. Kolejnym symbolicznym miejscem jest jezioro Inya, choć oddalone o ok. 10 km od centrum, chętnie odwiedzane przez ranguńczyków, szczególnie tych chcących tu w spokoju uprawiać jogging, jeździć na rowerze lub spędzić romantyczny wieczór we dwoje. Nad brzegami akwenu, naprzeciw siebie, stoją domy dwóch osób ważnych dla XX-wiecznej historii kraju: dawna rezydencja generała Ne Wina (1911–2002), który wprowadził w państwie dyktaturę, i willa walczącej z reżimem Aung San Suu Kyi.

 

Mimo reform niesionych z góry i zewnątrz życie w poprzedniej birmańskiej stolicy zdaje się toczyć własnym rytmem, wyznaczanym przez nawoływania rykszarzy i śpiewy płynące ze świątyń. Każdego dnia po zmroku ciemne ranguńskie niebo przecinają długie strumienie światła, które rozchodzą się z potężnego, górującego nad miastem Szwedagonu (Shwedagonu). Według popularnej legendy w jego złocistej stupie ukryto włosy z głowy Buddy i niezliczone skarby: złoto i kosztowności. Jak wyznał mi jeden z przypadkowo poznanych Birmańczyków, wystarczyłoby przetopić ten oszałamiający budynek na tysiące sztabek złota i zamienić je na pieniądze, aby móc na wiele lat rozwiązać problem ubóstwa w całym kraju. Jednak najpewniej większość jego głęboko religijnych rodaków potraktowałoby tę propozycję jako (delikatnie mówiąc) bluźnierstwo. Magiczny Szwedagon to dla nich coś więcej niż świątynia – to święty symbol całej Birmy. Strzelista, 99-metrowa stupa podobno została zbudowana 2,5 tys. lat temu i od tego czasu zachowała praktycznie niezmieniony wygląd. Przetrwała brytyjski imperializm, wojny, wojskowe reżimy i wiele trzęsień ziemi (ostatnie z nich nawiedziło ten rejon w sierpniu 2016 r.). Wydaje się, że podobnie jest z całym Rangunem, który tak jak Birma sprawia wrażenie odpornego na każde możliwe szaleństwo przyrody czy okrucieństwo historii. 

 

SIŁA ASTROLOGII

 

Jednym z najwybitniejszych reportażystów badających azjatycką duszę i rozszyfrowujących kulturę tego kontynentu był Tiziano Terzani (1938–2004) – Włoch przez wiele lat pracujący w Azji jako korespondent niemieckiego tygodnika Der Spiegel. Do napisania swojej chyba najsłynniejszej książki Powiedział mi wróżbita zainspirowało go spotkanie z tytułowym wróżbitą w Hongkongu. Przepowiedział on autorowi, że jeśli w 1993 r. wsiądzie do samolotu, to zginie. Zwykle sceptyczny Tiziano Terzani pod koniec 1992 r. postanowił przez kolejne miesiące podróżować tylko drogą lądową lub morską. W odwiedzanych kolejno azjatyckich krajach udawał się do astrologów i wróżbitów. Dużą część swoich przemyśleń poświęcił właśnie kwestii magii. Wskazywał na to, jak ważną funkcję pełni ona wśród mieszkańców Azji i jak silnie naznacza ich codzienne życie. 

 

Podobnie rzecz wygląda w przypadku Birmy, a jeden z dowodów na to, jak bardzo jest ona przesycona myśleniem magicznym, stanowi 950-tysięczne miasto Naypyidaw (Nay Pyi Taw), które wznoszono od 2002 r., a od listopada 2005 r. odgrywa rolę stolicy kraju. To swoiste dzieło życia generała Than Shwe, rządzącego państwem w latach 1992–2011. Ośrodek zbudowano od podstaw najpewniej głównie ze względów strategicznych – usytuowanie w nim instytucji rządowych miało umocnić pozycję władzy w tej części Birmy. Założenie nowej stolicy doradzili rządzącym astrologowie. Ministrowie wyruszyli do niej z Rangunu (w liczbie 11 i w towarzystwie 11 batalionów żołnierzy w konwoju złożonym z 1100 ciężarówek!) w najlepszym według układu gwiazd momencie, o szczęśliwej numerologicznie godzinie, czyli 11 listopada o 11.00. Naypyidaw leży w centrum kraju, z dala od większych skupisk ludzkich. O przenosinach do nowej stolicy nie wiedział nikt, nawet członków rządu poinformowano niemal w ostatniej chwili. Choć w ciągu ostatniej dekady zdążyła się ona rozwinąć, to wciąż przypomina trochę opuszczone miasto – wypełniają ją monumentalne budynki rządowe, szerokie, puste aleje, pozbawione uroku i rzadko odwiedzane hotele. 

 

KRAJ TYSIĄCA ŚWIĄTYŃ

 

4-8 MG MG TUN 3

Widok na zabytkowe budowle w mieście Pagan położonym nad rzeką Irawadi

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

Całkowitym przeciwieństwem Naypyidaw jest inny ośrodek, który założono za radą wróżbitów. On również przez pewien czas (w latach 1857–1885) był stolicą. Mowa o pulsującym życiem Mandalaj. To drugie po Rangunie największe miasto Birmy (niemal 2-milionowe). Założył je przedostatni birmański król Mindon (1808–1878). Decyzję podjął po konsultacji z nadwornymi astrologami, którzy doradzili mu wybudować Mandalaj u podnóża wzgórza uważanego za święte. Według wierzeń Budda w trakcie swojej wizyty na tej górze przepowiedział, że u jej stóp powstanie wspaniałe miasto. Miał to być zarazem punkt stanowiący środek świata. Nazwano je wówczas Złotym Miastem i wypełniono budowlami postawionymi na planie kwadratu o bokach skierowanych na cztery strony świata. Całość otoczono fosą i wysokimi murami, 48 bastionami oraz 12 potężnymi bramami, prowadzącymi na północ i południe, wschód i zachód. W samym środku wzniesiono ogromny pałac królewski, który – niestety – został zniszczony w pożarze podczas II wojny światowej – część Mandalaj zbombardowali alianci, którzy chcieli uwolnić je spod japońskiej okupacji (1942–1945). Zamiast oryginalnej rezydencji króla można więc dziś zwiedzać tylko jej replikę, oddaloną nieco od dawnego serca miasta i znacznie młodszą, ale równie imponującą.

 

Za najważniejszą budowlę sakralną Mandalaj uchodzi pagoda Mahamuni (czyli Świątynia Wielkiego Mędrca), zbudowana w drugiej połowie XVIII w. przez króla Bodawpayę (1745 – 1819). W samym jej centrum stoi niemal 4-metrowy, wykonany z brązu posąg siedzącego Buddy Mahamuni. To obok ranguńskiego Szwedagonu najświętsze miejsce w całym kraju i jeden z najważniejszych celów buddyjskich pielgrzymek. Często odwiedzane zarówno przez Birmańczyków, jak i zaglądających w te rejony podróżników jest także wzgórze Mandalaj (ok. 240 m n.p.m.), na które można dostać się czterema rzędami potężnych schodów (saungdan) prowadzącymi z każdej strony świata bądź dobudowanymi w naszych czasach schodami ruchomymi i windą. Na szczycie znajdują się kolejne pagody, sale medytacji i punkty widokowe. Roztacza się stąd niesamowity widok na okolicę, a przede wszystkim rzekę Irawadi, najdłuższą w Birmie (mającą mniej więcej 2200 km), wpadającą do Morza Andamańskiego. 

 

Jeśli zdecydujemy się na wizytę w Mandalaj, koniecznie powinniśmy wybrać się też na jedno- lub dwudniową wycieczkę po regionie, m.in. do Inwy (dawniej Avy), która dziś przypomina spokojną wioskę, ale w przeszłości, przez niecałe 360 lat z przerwami (1365–1842) była stolicą królestwa. Ogromne wrażenie robią fragmenty imponującego muru, otaczającego niegdyś miasto. Inną atrakcją jest tzw. wieża obserwacyjna Nanmyin z 1821 r., ze względu na swoje odchylenie od pionu porównywana do tej w Pizie. Stanowi ona jedyną pozostałość znajdującego się kiedyś w tym miejscu pałacu królewskiego i wznosi się na 27 m. Warto wspiąć się na górę, aby podziwiać przepiękną panoramę. W pobliżu Mandalaj nie można również ominąć okolic Amayabuyi (Amarapury) z najprawdopodobniej najstarszym i najdłuższym na świecie mostem tekowym, mierzącym 1,2 km, a skonstruowanym ok. 1850 r. Nosi on nazwę U Bein na cześć głównego inżyniera nadzorującego jego budowę. Szczególne wrażenie robi o wschodzie i zachodzie słońca – wygląda wtedy naprawdę magicznie, podobnie jak mieniące się w ciepłych promieniach słońca okoliczne stupy czy sylwetki przemierzających go mieszkańców. 

 

Choć Mandalaj ze swoimi licznymi buddyjskimi świątyniami pozostaje największym ośrodkiem religijnym w Birmie, z jej sakralnymi zabytkami podróżnicy kojarzą zwykle założone w 849 r. (jak się przyjmuje) miasto Pagan (Bagan), stanowiące jedną z najważniejszych atrakcji archeologicznych całego kontynentu. Okres swojej największej świetności przeżywało za czasów króla Anawrathy (panującego w latach 1044–1077), w XI–XIII w. było stolicą królestwa Paganu (849–1297), a w 1287 r. zostało podbite przez Mongołów i nigdy już nie odzyskało dawnego znaczenia. Znajduje się tu mnóstwo obiektów do zwiedzania. Ze względu na duże odległości obejście całego obszaru na piechotę raczej nie wchodzi w grę. Najlepiej wynająć rikszę konną lub rower. Na zwiedzanie trzeba przeznaczyć co najmniej dwa pełne dni. Na powierzchni ok. 104 km2 wznosi się tutaj ponad 2,2 tys. buddyjskich pagód, klasztorów i świątyń. W okresie największej świetności miasta było ich ponoć pięć razy więcej, nie wszystkie jednak dotrwały do naszych czasów. 

 

Drugim najpopularniejszym celem turystów w Birmie jest jezioro Inle położone w paśmie gór Szan na wysokości 880 m n.p.m. Bazę dla osób chcących po nim popływać stanowi niewielka miejscowość Nyaungshwe – właśnie w niej najlepiej zamówić wyprawę łodzią. Na wizytę w rejonie Inle wystarczy tak naprawdę jeden dzień. Na wycieczkę należy wyruszyć o świcie, aby móc przyjrzeć się rybakom wypływającym na połów. Napędzają oni łódź w dość oryginalny sposób: stoją na rufie i wiosłują nogą, owijając stopę wokół długiego wiosła. Dzięki temu mają wolne obie ręce, co umożliwia im wygodniejsze zarzucanie i wyciąganie sieci oraz pozwala obserwować sytuację panującą na jeziorze. Poza rybakami i ich drewnianymi domami na palach uwagę przyciągają pływające plantacje. Inle przypomina w niektórych miejscach kolorową łąkę, a nawet… pole. Uprawia się tu kwiaty oraz warzywa i owoce, które codziennie są dostarczane łodziami na targi do przybrzeżnych miejscowości. To drugie po Indawgyi największe w kraju jezioro (o powierzchni 116 km²) już od dobrych paru lat wyrasta na jedną z największych atrakcji turystycznych tej części Azji. Trzeba przyznać, że robi się na nim coraz tłoczniej. 

 

POZA TURYSTYCZNYM SZLAKIEM

 

shutterstock 177900569 - Fishermen at Inle Lake

Nad jeziorem Inle mieszkają głównie przedstawiciele grupy etnicznej Intha

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

Dla porządku należy dodać, że Birma – mimo rosnącej z każdym rokiem liczby odwiedzających – pozostaje krajem, gdzie z powodzeniem można znaleźć rejony niezadeptane jeszcze przez turystów. Do takich miejsc zalicza się pagoda Kyaiktiyo (jej nazwa w tłumaczeniu na polski brzmi Pagoda na Głowie Pustelnika), będąca ulubionym celem pielgrzymek birmańskich buddystów, wciąż jednak często pomijana przez obcokrajowców. Znajduje się ona w okolicy wioski Kinpun w stanie Mon, ok. 200 km na północny wschód od Rangunu. Warto odwiedzić ją zwłaszcza w Dzień Pełni Księżyca (w marcu), wypadający w ostatnim miesiącu tutejszego kalendarza, czyli tabaung. Pagodę podświetlają wówczas tysiące świec i ozdabiają tony kwiatów, stanowiące symboliczny podarek dla Buddy. Na szczycie porośniętego przez bujną roślinność wzgórza Kyaiktiyo (1100 m n.p.m.) znajduje się mniej więcej 8-metrowy głaz pokryty najprawdziwszym złotem. Ważący ponad 600 t (według szacunków) i zawieszony tuż nad przepaścią kamień wygląda tak, jakby miał za chwilę runąć w dół. Mimo to od wieków w tajemniczy i sobie tylko znany sposób zachowuje równowagę. Podobnie jest z postawioną na nim pagodą, zwaną Złotą Skałą. Według legendy głaz zawdzięcza swoją stabilność ukrytemu w nim świętemu włosowi Buddy. Wielu pielgrzymujących wierzy zresztą, że nie leży on bezpośrednio na szczycie góry, tylko unosi się nad nią w powietrzu. Zgodnie z niektórymi podaniami olbrzymi kamień kilkaset lat temu wisiał dużo wyżej, ale stopniowo, wraz z upadkiem moralności i obyczajów wśród ludzi, zaczął opadać i osiadł na ziemi. Widok tej osobliwości, szczególnie o zachodzie słońca, robi niesamowite wrażenie. Potężna skała z pagodą lśni wówczas drobinkami złota, a po chwili wtapia się w zabarwione na różowo niebo. Właśnie o tej porze dnia zbiera się tu najwięcej mnichów, którzy wieczorem zaczynają swoje modlitwy i medytacje. Często spędzają w tym miejscu całą noc i o świcie witają wschodzące słońce.

 

Warto odwiedzić również wioskę Kinpun leżącą u podnóża słynnego wzgórza, służącą jako baza wypadowa pod Złotą Skałę. Wydaje się ona niewielka i niezbyt efektowna – tworzy ją parę ulic z kilkoma skromnymi sklepikami i restauracjami. Co jednak najważniejsze, zamieszkują ją gościnni ludzie, żyjący spokojnie po swojemu i zdający się nie przejmować turystycznym ruchem. Jest to też jedno z tych miejsc, w których może nie ma sensu zatrzymywać się na dłużej, ale warto zostać na popołudnie lub wieczór, choćby po to, aby napić się pysznej lokalnej herbaty (uważanej za najpopularniejszy napój w Birmie) i zobaczyć, jak wygląda codzienność Birmańczyków. 

 

Spotkania z licznymi turystami unikniemy także w innej urokliwej miejscowości. Mulmejn (Moulmein) wciąż czeka na odkrycie. Leży ok. 300 km na południowy wschód od Rangunu. To obecnie 300-tysięczne miasto, które odwiedzili m.in. angielscy pisarze Rudyard Kipling (1865–1936) i George Orwell (1903–1950), wydaje się zatrzymane w czasie i ma w sobie nieprzemijającą magię, kiedyś tak bardzo kuszącą podróżników. Położenie nieco na uboczu bardziej uczęszczanych turystycznych tras tylko dodaje mu uroku. Niepowtarzalną atmosferę Mulmejn zawdzięcza też rzece Saluin, mającej źródło na Wyżynie Tybetańskiej w Chinach i tworzącej deltę przed połączeniem się z Morzem Andamańskim. Ze względu na szybki, niebezpieczny nurt bywa ona nazywana „wściekłą rzeką”, w co trudno uwierzyć, jeśli przyjrzymy się jej w tej okolicy, gdzie sprawia wrażenie wyjątkowo spokojnej. Wszystko zresztą wydaje się tu jakby znieruchomiałe, może więc właśnie z powodu charakteru Mulmejn również Saluin, rodząca się w paśmie górskim Tangla (Tanggula Shanmai) w sąsiedztwie Jangcy i Mekongu, pokornieje i wytraca pęd. 

 

To miejsce mogłoby walczyć z takimi miastami jak Lizbona czy Stambuł o miano króla miejskiej melancholii. Choć trudno znaleźć w języku birmańskim bezpośredni odpowiednik portugalskiego saudade bądź tureckiego hüzün, to ulice i domy w Mulmejn zdają się doskonale odzwierciedlać znaczenie tych słów. Zanurzony we wspomnieniach ośrodek żyje dziś trochę w cieniu Rangunu i Mandalaj, mimo iż rozwijał się kiedyś równie prężnie jak one. W 1826 r., wkrótce po tym, jak Birma trafiła w ręce Brytyjczyków, miasto stało się stolicą (pozostało nią do 1852 r.). Gdy kraj był europejską kolonią, trafił do Mulmejn na kilka godzin wspomniany Rudyard Kipling, który ponoć zakochał się w nim, czemu dał wyraz w wierszu Droga do Mandalaj. George Orwell z kolei spędził tu kilka miesięcy w 1926 r. i na podstawie tych doświadczeń napisał później m.in. słynny antykolonialny esej Zabicie słonia (1936), stanowiący metaforyczną krytykę działania zachodniego imperium (którego sam – jako oficer policji – przez pewien czas był częścią). Po Brytyjczykach pozostała w mieście, podobnie jak w wielu innych zakątkach Birmy, głównie kolonialna architektura, nieco dziś zaniedbana, ale nadal w niektórych miejscach rozkwitająca kolorami, wciąż mająca w sobie coś ujmującego. Wśród tej zabudowy wyrasta potężny śnieżnobiały meczet i pierwsza birmańska świątynia należąca do Kościoła Anglii, wpisujące się w wielokulturowy rys kraju i samego stanu Mon, zamieszkanego obok Monów przez Bamarów (Birmańczyków), Karenów, Pa’O i Tajów. W Mulmejn wielu podróżników może też rozkochać jego portowy charakter. Mieszkańcy utrzymują się głównie z rybołówstwa lub rolnictwa i zajmują się pracą w porcie handlowym czy na plantacjach tropikalnych owoców bądź produkcją sieci. 

 

Kyauk Ka Lat Pagoda-Hpa An

 Pagoda Kyauk Ka Lat na wysokiej wapiennej skale w okolicy Mulmejn

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

Jednak obrazem, który po wizycie w tym nieco zapomnianym mieście nad deltą Saluinu pozostaje najdłużej w pamięci, jest górująca nad nim buddyjska pagoda Kyaik Than Lan (Kyaikthanlan), którą otaczają 34 mniejsze świątynie. Szczególne wrażenie robi nie tyle sam kompleks, ile magiczny widok, jaki rozpościera się z jego tarasów i mostów. Chyba właśnie wówczas, gdy stanie się wysoko nad Mulmejn i biegnącą w stronę morza rzeką, można na dobre się w nim zakochać. Warto pojawić się tu o wschodzie lub zachodzie słońca, kiedy różowoczerwone niebo nadaje wąskim uliczkom i strzelistym stupom szczególnego wyrazu, a potężny blok skalny, na którym powstała pagoda, wydaje się unosić. Raz spada wraz z nami w głęboką przepaść, innym razem pochyla się nad nią nisko, zanurzając w soczystej zieleni rosnących w pobliżu drzew. 

 

Oto złota kopuła, oto Birma – kraj, którego nie można porównać z żadnym innym – tak pisał w swoich wspomnieniach z podróży Rudyard Kipling. Choć jego słowa pochodzą z końca XIX w., to ma się wrażenie, że od tego czasu jedno bez wątpienia się tutaj nie zmieniło. Czarująca Birma wciąż jest krajem innym niż wszystkie i trudno przyrównać ją do jakiegokolwiek innego miejsca na ziemi.

Artykuły wybrane losowo

Słodkie życie w Kalabrii

MARZENA PAWŁOWICZ

 

Jeśli zdecydujemy się na podróż na słoneczny południowy kraniec Włoch, będziemy czuć się na miejscu jak prawdziwi odkrywcy. W Kalabrii można delektować się pełnym relaksem nad ciepłym Morzem Tyrreńskim, odpoczynkiem na pięknych plażach, uprawianiem sportów wodnych, bogatą przyrodą, wspaniałymi zabytkami, przepyszną kuchnią i słynnym, przyjemnym dolce vita, czyli „słodkim życiem”.

Więcej…

Macedonia – nieodkryte Bałkany

 

Kinga Nowotniak

www.odkrywamyinterior.pl

 

 W porównaniu ze swoimi bałkańskimi sąsiadami Macedonia jest w Polsce stosunkowo mało popularna. Uchodzi raczej za kraj tranzytowy w drodze do Grecji. Polacy ignorują ją jednak bardzo niesłusznie, bo znajduje się tu znacznie więcej niż tylko ładne górskie widoki, jakie rozpościerają się z autostrady wiodącej do przejścia granicznego.

 

Choć może to się wydać zaskakujące, do Macedonii całkiem łatwo dotrzeć z Polski samochodem (odległość z Warszawy do Skopje wynosi ponad 1500 km). Praktycznie całą drogę pokonamy autostradami, co znacznie skraca czas podróży i czyni ją dużo wygodniejszą. Już na miejscu z pewnością docenimy wybór tego właśnie środka lokomocji. Dzięki własnemu autu dojedziemy do najbardziej nawet oddalonych rejonów. Jest to o tyle istotne, że główną atrakcją Macedonii są małe miasteczka i wsie oraz nie naznaczona ludzką obecnością przyroda. Niestety, jeśli nie będziemy się poruszać po kraju samochodem, zwiedzanie okaże się nieco trudniejsze. O ile do większych miast dostaniemy się autobusami, o tyle w przypadku niewielkich miejscowości musimy korzystać z taksówek (a i tymi nie wszędzie dotrzemy).

 

Osobom, które zdecydują się na podróż samolotem, pozostaje wypożyczenie auta na miejscu. Jeżeli chcemy zobaczyć jak najwięcej, to na pewno warto je wynająć. Do macedońskiej stolicy Skopje nie ma na razie bezpośrednich połączeń lotniczych z Polski. Zarówno tradycyjni przewoźnicy, jak i ci niskobudżetowi oferują loty z przesiadkami. Zdarzają się jednak nawet takie super promocje, w ramach których dolecimy na skopijskie lotnisko już za ok. 200–300 zł. Możemy też dotrzeć bezpośrednio do Belgradu, stolicy Serbii, i w nim wypożyczyć samochód na wyprawę do Macedonii. Oczywiście, zostaje nam jeszcze wycieczka autobusem. Poza tym z naszego kraju samoloty kursują bezpośrednio do Sofii w Bułgarii. Stąd autobusem lub autem również przekroczymy macedońską granicę. Niestety, ze względu na drogi podróż nie będzie tak wygodna jak z Belgradu, z którego do Skopje prowadzi całkiem przyzwoita autostrada.

 

Miasto pomników

 

Niezależnie od wybranego środka transportu, zwiedzanie warto zacząć od macedońskiej stolicy. Często zwycięża ona w rankingach na najbrzydsze i najmniej ciekawe miasto stołeczne na świecie. Jednak mimo wielu negatywnych opinii Skopje ma swój osobliwy urok, na który składają się m.in. tysiące pomników w zasięgu wzroku. To zdecydowanie niedoceniane miejsce.

 

Nagromadzenie rozmaitych monumentów jest efektem projektu Skopje 2014, na realizację którego wydano ponoć ponad 500 mln euro (!). Najwięcej pieniędzy przeznaczono na posągi większości macedońskich postaci historycznych. Projekt miał na celu zmodernizowanie miasta i nadanie mu nowego wyglądu, który przyciągnąłby turystów. W lipcu 1963 r. aż ok. 80 proc. zabudowy stolicy Macedonii zostało zniszczone przez potężne trzęsienie ziemi. Skopje trzeba było zaprojektować praktycznie od nowa. O 40 latach borykania się ze skutkami tego tragicznego wydarzenia przypomina pomnik wystawiony w centrum, w pobliżu Muzeum Miasta Skopje. Ten monument architektonicznie jeszcze się broni, ale nie można już tego powiedzieć np. o rzeźbach innych naturalistycznie przedstawionych postaci. Twarze bohaterów macedońskich patrzą na turystów i mieszkańców z każdego budynku rządowego i z kilku mostów przewieszonych nad rzeką Wardar. Spacer po stolicy to odkrywanie coraz to nowych pomników porozrzucanych po całym mieście. Warto je zobaczyć ze zwykłej ciekawości, bo same w sobie nie przedstawiają raczej zbyt dużej wartości artystycznej.

 

Po zwiedzaniu współczesnej części Skopje najlepiej wyruszyć na poszukiwania atmosfery dawnych czasów. Znajdziemy ją w rejonie noszącym nazwę Stary Bazar (Stara čaršija), gdzie łatwo zgubić się wśród wąskich uliczek, wzdłuż których ciągną się sklepy z antykami i małe manufaktury macedońskich rzemieślników. Z witryn spoglądają na turystów manekiny ubrane w cekinowe suknie balowe zaprojektowane według lokalnych kanonów mody, ale również wspaniałe dzieła tutejszych jubilerów. Ich umiejętności w wytwarzaniu srebrnej biżuterii budzą zachwyt, ceny są jednak adekwatne do wysokiej jakości wyrobów. Stary Bazar to także najlepsze miejsce na spróbowanie narodowej potrawy Macedonii – tawcze grawcze. Ta zapieczona w glinianej miseczce fasola z cebulą i czerwoną papryką w intensywnie pomidorowym sosie serwowana z dodatkiem mięsa przypomina trochę fasolkę po bretońsku. W wersji macedońskiej, zgodnie ze starym zwyczajem, zapiekana jest w piecach w naczyniach z pewnością zakupionych u tutejszych handlarzy. Wszystkie miski mają prawdopodobnie swoje dzieje, a jedli z nich zarówno turyści, jak i miejscowi Bośniacy, Turcy, Serbowie, Romowie i Albańczycy, którzy mieszkają w okolicznych niskich domkach stojących wzdłuż wąskich uliczek. Tawcze grawcze warto zagryźć świeżym chlebem i popić białym winem Smederevka z regionu winiarskiego Tikveš.

 

Latem temperatury w Macedonii bywają wysokie, dlatego dla ochłody można wybrać się do kanionu Matka (po macedońsku Łono), położonego nie tak daleko od stolicy. Znajduje się w nim jezioro o tej samej nazwie. Tak naprawdę jest sztucznym zbiornikiem, powstałym po wybudowaniu w 1937 r. zapory na rzece Treska. Z jednej strony kanionu wznoszą się wysokie zbocza góry Wodno (1066 m n.p.m.), a z drugiej – strome ściany masywu Osoj (Kowaczica). Wzdłuż jeziora prowadzi wykuta w skałach ścieżka, którą dochodzi się aż do zapory. Oprócz tego można tu wsiąść w romantyczną łódkę i popłynąć do jednej z najgłębszych jaskiń w Europie – Wrelo (Vrelo). Do kanionu dostaniemy się zarówno autobusem miejskim, jak i… na dwóch kółkach! Z wynajęciem tego ostatniego środka transportu nie powinno być problemu, bo w Skopje funkcjonuje miejski system wypożyczania rowerów z dość symbolicznymi opłatami. Trasa nad jezioro Matka jest bezpieczna, a kierowcy samochodów, inaczej niż w sąsiednich krajach bałkańskich, są tutaj przyzwyczajeni do rowerzystów.

 

Warto też wybrać się na pieszą wycieczkę na wspomnianą już górę Wodno, która znajduje się zaraz obok południowo-zachodniej granicy stolicy i stanowi naturalną barierę oddzielającą ją od akwenu w kanionie. Ze szczytu rozpościera się wspaniała panorama miasta i okolicy. Stoi na nim również ogromny Krzyż Milenijny (66 m), wyższy od słynnej figury Chrystusa Odkupiciela z Rio de Janeiro w Brazylii i podobnego pomnika z polskiego Świebodzina. Ma on upamiętniać 2000 lat rozwoju chrześcijaństwa w Macedonii i na świecie oraz symbolizować wejście w nowe tysiąclecie. Albańczycy, którzy są znaczną grupą wśród obywateli republiki (ponad 25 proc. całej populacji), uważają jednak, że monumentalna konstrukcja jest znakiem niechęci prawosławnej społeczności południowosłowiańskiej (stanowiącej w kraju większość) do muzułmańskiej mniejszości pochodzenia albańskiego. Ten pogląd nie wydaje się bezpodstawny, bo krzyż postawiono w 2002 r., tuż po zakończeniu konfliktu zbrojnego w Tetowie.

 

Charakterystyczny obiekt na szczycie góry pełni poza tym bardzo praktyczną funkcję. Uchodzi za najlepszy drogowskaz podczas spacerów po Skopje i wręcz uniemożliwia zgubienie się w mieście. Nocą podświetlony krzyż błyszczy na niebie niczym gwiazda i jest z daleka widoczny z autostrady, dzięki czemu służy jako punkt orientacyjny. Ze względu na tę rolę przypomina latarnię morską, ale umieszczoną w głębi lądu. Z samym wzniesieniem wiąże się pewna ciekawostka. Podobno jego rejon jeszcze niedawno był powszechnie znany jako popularne miejsce dla par umawiających się na seks w samochodzie. Lokalne władze wprowadziły kilka lat temu nawet specjalny zakaz takich aktywności w tej okolicy, za którego złamanie grozi kara pieniężna do 1500 euro. Zwyczaj przyjął się na tyle mocno, że zwrot byliśmy na Wodnie w niektórych sytuacjach interpretowano jako przyznanie się dwójki osób do kontaktów seksualnych.

 

Niezbyt wysoka góra nie robi wrażenia na amatorach trekkingu. Wielki krzyż zdaje się być na wyciągnięcie ręki. Wiedzie tu asfaltowa droga, którą można pokonać samochodem lub nawet autobusem miejskim (dwupoziomowym!). Następnie z parkingu na szczyt idzie się już pieszo wyznaczonym szlakiem lub wjeżdża nowoczesną koleją gondolową z 2010 r. W trakcie wędrówki mija się zazwyczaj wielu Macedończyków, którzy bardzo lubią spędzać weekendy aktywnie. Ustawione przy samym krzyżu stoliki oblegają z reguły liczne grupy ludzi. Piknik możemy zorganizować nawet na małych drewnianych tarasach widokowych przyklejonych do zboczy. Na szczycie znajduje się także wiele restauracji, w których warto zamówić mocno gazowaną wodę Pelisterkę w dużej szklanej butelce, dokładnie takiej, jakich używano w latach 80. XX w. w Polsce. Z pewnością znakomicie zaspokoi ona nasze pragnienie, szczególnie po letniej wspinaczce na tę niepozorną górę, gdy temperatura powietrza sięga 30°C.

 

Noworoczne fajerwerki nad placem Macedonia w centrum stolicy kraju

37 - Ploshtad Makedonija - Zoran Sekerov

© AGENCY FOR PROMOTION AND SUPPORT OF TOURISM OF REPUBLIC OF MACEDONIA

 

Górskie krajobrazy

 

Kiedy obejrzymy już wszystkie największe atrakcje stolicy, powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, co tak naprawdę lubimy. Jeśli wolimy spędzać czas nad wodą, czekają na nas przepiękne macedońskie jeziora, np. Jezioro Ochrydzkie (358,2 km² powierzchni) lub Prespa (276,2 km²), nad którymi odpoczniemy w cichych, zapomnianych wioskach. Jeżeli jesteśmy aktywni, a górskie wędrówki nie są nam obce, zapewne spodoba nam się zdobywanie malowniczych szczytów.

 

Wielbicielom gór Macedonia ma niezmiernie wiele do zaoferowania. Co najważniejsze, tutejsze szlaki nie należą do ciężkich i niebezpiecznych. Wyprawy trekkingowe po dobrze oznaczonych trasach wymagają raczej odrobiny lepszej kondycji. Najbliżej Skopje (ok. 50 km) leży ośrodek Popowa Szapka (Popova Sapka – 1780 m n.p.m.), w okolicy którego zimą pojeździmy na nartach na stokach pasma Szar Płanina (Szarska Płanina). Latem natomiast stanowi on doskonałą bazę wypadową na najwyższy miejscowy szczyt, czyli Titow Wrw (2747 m n.p.m.). Podczas wędrówek trzeba jednak uważać na psy pasterskie, często osobniki rasy sarplaninac (szarplaninac), które od wiosny do jesieni przebywają na halach, gdzie pilnują owiec. Niestety, nie zawsze można liczyć na szybką interwencję pasterza. Dlatego w macedońskich górach (nie dotyczy to wszystkich masywów górskich) trzeba być przygotowanym na takie spotkanie i wiedzieć, jak reagować. Przede wszystkim najbezpieczniej chodzić w większej grupie, wtedy czworonożni strażnicy stad nie powinni nas niepokoić. Jeżeli jednak wybieramy się sami lub we dwójkę, warto wziąć ze sobą kije trekkingowe (albo inne) i kilka niedużych kamieni. Psy pasterskie często uciekają, gdy tylko widzą gest zamachnięcia się, więc w razie potrzeby wystarczy jedynie udawać rzucanie.

 

Niedaleko Skopje (ok. 95 km) znajduje się kolejny urokliwy górski kurort, szczególnie popularny zimą, a mianowicie Mawrowo (Mavrovo – 1230 m n.p.m.). Ze względu na piękną okolicę i sztuczne jezioro warto przyjechać tu o każdej porze roku. Jedną z atrakcji tego niezmiernie malowniczego zakątka jest Kościół św. Mikołaja z 1850 r., który przy wysokim stanie wody wygląda, jakby unosił się na powierzchni zbiornika. Latem i jesienią udaje się nawet dojść pod świątynię suchą stopą, ponieważ tafla obniża się na tyle, że brzeg przesuwa się w głąb jeziora.

 

Malowniczy rejs przez wypełniony szmaragdową wodą kanion Matka

46 - Kanjon Matka

© AGENCY FOR PROMOTION AND SUPPORT OF TOURISM OF REPUBLIC OF MACEDONIA

 

Nad błękitnymi wodami

 

Zarówno wielbicielom pocztówkowych akwenów, jak i osobom niezdecydowanym, co chciałyby robić w Macedonii, z pewnością spodobają się wspomniane jeziora Ochrydzkie i Prespa. Oddziela je od siebie Park Narodowy Galiczica (Galicica – ok. 250 km² powierzchni), przez który można przejechać samochodem. Trasę między oboma zbiornikami pokonamy w mniej więcej godzinę, a przy okazji będziemy podziwiać wspaniałe widoki, jakie rozpościerają się z przełęczy Livada (1568 m n.p.m.). Z tego ostatniego miejsca wyruszymy także na Magaro, najwyższy szczyt w parku (2254 m n.p.m.). Przy dobrej pogodzie da się z niego dostrzec oba akweny.

 

Znajdujące się nad Jeziorem Ochrydzkim miasto Ochryda (695–740 m n.p.m.) to perełka Macedonii i jedna z najstarszych osad ludzkich w Europie. W większości została zbudowana między VII i XIX w. Wznosi się tutaj pierwszy w dziejach słowiański klasztor (poświęcony św. Pantaleonowi), który powstał ponoć już w 863 r. Miasto słynie z tego, że miało niegdyś aż 365 kościołów, po jednym na każdy dzień roku. Dlatego też bywa nazywane „Jerozolimą Bałkanów”. Wielkie walory przyrodnicze i kulturalne regionu Ochrydy doceniła organizacja UNESCO, która umieściła go na swojej prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości. Na pewno spotkamy tu mnóstwo turystów. Nie ma się zresztą czemu dziwić. Zabytkowe miasto jest przepięknie położone, a spacer po jego wąskich, kamiennych uliczkach stanowi wyjątkową przyjemność. W sezonie i w weekendy Ochryda tętni życiem. Restauracje są wypełnione, nad wodą zbierają się prawdziwe tłumy. Niestety, nie znajdziemy tutaj piaszczystych plaż, a jedynie wąskie pasy kamieni, kilka pomostów w centrum i trawnik obok nich. Dlatego na plażowanie i kąpiel lepiej wybrać się do jednego z miasteczek leżących przy trasie wiodącej wzdłuż jeziora w kierunku granicy z Albanią. Warto również wynająć domek stojący tuż przy kamienistym brzegu, gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał. Odpoczniemy w nim w ciszy i spokoju. W pobliskiej restauracji natomiast zjemy świeżą rybę prosto z Jeziora Ochrydzkiego.

 

Kiedy znudzi nam się opalanie, możemy odwiedzić założony w 905 r. Monastyr św. Nauma, który znajduje się niedaleko albańskiej granicy. Dotrzemy do niego zarówno samochodem, jak i statkiem turystycznym, odpływającym z Ochrydy. Wokół tutejszego malowniczo położonego klasztoru przechadzają się pawie. Są dosłownie wszędzie i trzeba uważać, aby się z nimi nie zderzyć, ponieważ lubią wlatywać na dach monastyru i okolicznych budynków. Oprócz tego powinniśmy także spróbować smacznych dań podawanych w miejscowych restauracjach.

 

Równie piękne, ale dużo mniej popularne, jest jezioro Prespa, znajdujące się po drugiej stronie Parku Narodowego Galiczica, u zbiegu granic Macedonii, Grecji i Albanii. Poza sezonem czasem na tutejszych plażach nie ma nikogo. Jedynie w gęstych zaroślach przy brzegu, w wykarczowanych przecinkach lokalni rybacy zostawiają swoje łodzie. Nad tym niezmiernie urokliwym zbiornikiem żyją pelikany, kormorany i czaple. Najlepiej zatrzymać się w jednej z malowniczych wiosek leżących trochę wyżej, w górach, tuż przy granicy Parku Narodowego Pelister (171,5 km² powierzchni). W miejscowościach takich jak Brajčino (ok. 1000 m n.p.m.) i Ljubojno (mniej więcej 900 m n.p.m.) można odciąć się od otaczającego świata i doświadczyć prawdziwej macedońskiej gościnności. Znajduje się w nich kilka kameralnych pensjonatów, są też pokoje do wynajęcia. Taki wypoczynek urozmaica wyśmienita domowa kuchnia. Sałatka szopska i dania z grillowanego mięsa nigdzie nie smakują tak świetnie jak u miejscowych gospodarzy.

 

Na wschód od brzegów jeziora Prespa i dalej aż na terytorium północnej Grecji rozciąga się pasmo górskie Baba. Charakterystycznym elementem tutejszego krajobrazu są gołoborza. Stoki jedynie gdzieniegdzie porasta las iglasty, m.in. z endemiczną bałkańską sosną rumelijską, nazywaną sosną macedońską. Najwyższym szczytem jest Pelister (2601 m n.p.m.). Przy sprzyjających warunkach atmosferycznych łatwo go zdobyć, ale nawet lekkie oblodzenie uniemożliwia osiągnięcie celu, choć wierzchołek widać ze szlaku jak na dłoni. Pokonanie niektórych tras zajmuje nawet 13 godz. i wymaga przejścia po śliskich kamieniach. W okolicy samego szczytu leżą dwa małe górskie akweny zwane Pelisterski Oczi: Wielkie Jezioro (Golemo Ezero, 2218 m n.p.m.) i Małe Jezioro (Маlo Ezеrо, 2180 m n.p.m.). Wyprawę do nich najlepiej rozpocząć spod wyciągu narciarskiego w miejscowości Niżepołe (Nižepole), położonej niedaleko zabytkowej Bitoli – drugiego co do wielkości miasta w Macedonii (ponad 75 tys. mieszkańców). Według informacji na drogowskazach z tego punktu czeka nas jedynie 4 godz. marszu na odcinku 9 km. Szlak biegnie początkowo drogą gruntową, a później wchodzi w las i zygzakami wiedzie ostro w górę.

 

W tektonicznym jeziorze Prespa występuje aż 9 endemicznych gatunków ryb

41 - Prespansko ezero - nace popov

© AGENCY FOR PROMOTION AND SUPPORT OF TOURISM OF REPUBLIC OF MACEDONIA

 

Wyprawy winne

 

Oprócz wspaniałych jezior i majestatycznych gór oraz niezwykłej gościnności swoich mieszkańców Macedonia słynie również z doskonałego wina. Najbardziej znane krajowe winnice – Tikveš (jej historia sięga 1885 r.) i Popova Kula – leżą na południu. Do obu można wybrać się w odwiedziny, aby skosztować produkowanych przez nie szlachetnych trunków i specjalnie dobranych do nich przekąsek. Wśród nich są najlepsze macedońskie sery i wędliny. Osoby z większym apetytem nasycą głód tradycyjnymi daniami regionu. Warto wiedzieć, że jedynie w winnicy Popova Kula działa komfortowy hotel, w którym na gości czekają 33 pokoje. Jeżeli na degustację przyjedziemy samochodem i nie zapewnimy sobie transportu powrotnego, lepiej skorzystajmy z możliwości noclegu. Tutejsze wina smakują wyśmienicie i trudno poprzestać tylko na jednym kieliszku. Budynek hotelowy stoi na wzgórzu wśród winorośli, a z jego okien rozpościera się przepiękny widok na położone w dole zabytkowe miasteczko Demir Kapija. Na miejscu wypożyczymy także rowery lub weźmiemy udział w zorganizowanym spływie kajakowym po rzece Wardar.

 

Warto wspomnieć, że Macedończycy, podobnie jak mieszkańcy Bałkanów w ogóle, uwielbiają biesiadować. W trakcie spotkań przy wspólnym stole chętnie rozmawiają i śpiewają. Co najważniejsze w obecnych czasach, rzadko zerkają wtedy na telefon, a skupiają się raczej na swoim towarzystwie. Wizyta w restauracji lub kafanie (po macedońsku kafeanie), czyli rodzaju karczmy w krajach byłej Jugosławii, ma też bardziej oczywiste zalety. Macedońskie potrawy są wyjątkowo smaczne, a Polacy nie od dziś przecież cenią sobie bałkańską kuchnię. Dodatkowo ceny dań bywają niezmiernie atrakcyjne dla turysty. W knajpkach podaje się również wyśmienitej jakości regionalne wina, za które zapłacimy już od 20 zł za butelkę.  

  

Niezależnie od tego, czy zdecydujemy się na wycieczki górskie, sielski odpoczynek nad jeziorami, czy odkrywanie zapomnianych miasteczek, Macedonia na długo pozostanie w naszej pamięci. To niewątpliwie zasługa niezwykle gościnnych Macedończyków, tutejszego wspaniałego jedzenia i jeszcze lepszych trunków. A jeśli będziemy chcieli przypomnieć sobie podróż w te malownicze strony, wystarczy, że wyjmiemy przywieziony ze sobą słoik z pyszną pastą warzywną ajwar i butelkę macedońskiego wina, a ich wyborny smak jak za skinieniem magicznej różdżki wyczaruje w naszym domu cudowną atmosferę tego naprawdę wyjątkowego bałkańskiego kraju.

 

Dania ze świeżych ryb podawane nad jeziorem Dojran na granicy z Grecją

14 - Hrana riba Dojran

© AGENCY FOR PROMOTION AND SUPPORT OF TOURISM OF REPUBLIC OF MACEDONIA

 

Bruksela, czyli art de vivre

MICHAŁ DOMAŃSKI

 FOT. VISITBRUSSELS.BE/MARIO

W tym wydaniu magazynu „All Inclusive” rozpoczynamy cykl artykułów poświęconych najciekawszym metropoliom w Europie na organizację kongresów, konferencji, różnego rodzaju spotkań i wydarzeń biznesowych, podróży integracyjno-motywacyjnych czy też po prostu weekendowych wypadów z Polski. Na początek prezentujemy niezmiernie atrakcyjną stolicę, coraz częściej wybieraną przez polskie firmy i turystów indywidualnych, m.in. dzięki niedrogim biletom lotniczym – Brukselę. To niemal 1,5-milionowe, kosmopolityczne miasto, siedziba Unii Europejskiej i NATO. Ta belgijska metropolia słynie ze swoich piw, czekolady, gofrów, frytek czy komiksów. Znajdziemy w niej wiele nowoczesnych centrów kongresowych oraz komfortowych hoteli. Nic więc dziwnego, że „stolica zjednoczonej Europy” uważana jest za jeden z najlepszych kierunków na świecie do organizacji spotkań biznesowych, podróży typu incentive, konferencji czy wystaw, a także tzw. city breaks, czyli krótkich, kilkudniowych, zazwyczaj weekendowych wyjazdów.

Więcej…