ChocolateHills-3

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

north luzon 23 highres

@ DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

KINGA BIELEJEC

www.gadulec.me

 

Ten kraj, składający się z 7107 wysp, zamieszkuje niemal 104 mln osób. Stanowi on jedno z dwóch państw Azji, w których dominuje katolicyzm (drugim jest Timor Wschodni). Filipiny to wybuchowa mieszanka rajskich widoków, białego piasku, przezroczystej wody, aktywnych wulkanów, tarasów ryżowych i wiecznie zakorkowanych dużych miast. Tę krainę wesołych i niezwykle przyjaznych ludzi idealnie opisuje słowo „różnorodność”.

 

W tym wyspiarskim kraju wyróżniamy dwie pory roku – suchą i deszczową. Uznaje się, że okres między grudniem a majem to najlepszy czas, aby odwiedzić Filipiny. Właśnie wtedy na wyspach panuje pora sucha, deszcz pada bardzo rzadko, a wilgotność wynosi ok. 70 proc. Należy jednak pamiętać, że na północy Luzonu klimat jest nieco inny – na trekkingi wokół miejscowości Batad i Banaue najlepiej wybrać się w marcu, kwietniu lub maju. W sierpniu, wrześniu i październiku kraj często nawiedzają tajfuny (nie dotyczy to wysp Palawan i Mindanao oraz archipelagu Sulu). 

 

Przez ponad 300 lat Filipiny były pod rządami Hiszpanów. To za ich panowania prawie cała tutejsza ludność przeszła na chrześcijaństwo. Pod koniec XIX w. wybuchło powstanie, w którym brały udział Stany Zjednoczone. W wyniku przegranej w wojnie amerykańsko-hiszpańskiej (od 25 kwietnia do 12 sierpnia 1898 r.) Hiszpania na mocy traktatu paryskiego zrzekła się Filipin na rzecz USA. Wpływy obu krajów widać m.in. w mowie i piśmie. Filipińczycy używają hiszpańskich i angielskich nazw liczebników, np. uno („jeden”), dos („dwa”), tres („trzy”), one hundred („sto”), a białego człowieka określają mianem American. Warto pamiętać, że obowiązują tu dwa języki urzędowe: filipiński (filipino, w dużej mierze oparty na języku tagalskim, inaczej tagalog) i angielski. Jakie było moje zdziwienie, gdy poszłam do kina na film familijny i okazało się, że puszczano go tylko w języku angielskim, w dodatku bez napisów. Można śmiało stwierdzić, że ten język znają prawie wszyscy Filipińczycy – w mniejszym lub większym stopniu (z akcentem – oczywiście – różnie bywa, czasem trzeba się naprawdę wysilić, żeby kogoś zrozumieć). Ten fakt zdecydowanie ułatwia podróżowanie po kraju tysiąca wysp. Amerykanie mieli również bardzo duży wpływ na lokalną kuchnię. To z ich powodu Filipińczycy uwielbiają fast foody. Ponoć na całych Filipinach istnieje ponad 100 różnych tego typu sieciówek. Wśród nich prym wiedzie Jollibee – filipiński odpowiednik restauracji McDonald’s.

 

ZAKORKOWANA METROPOLIA

 

manila 01 highres

Stołeczna Manila usytuowana przy ujściu rzeki Pasig do Zatoki Manilskiej

@ DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

Multikulturową Manilę, stolicę kraju, zamieszkuje ok. 1,8 mln osób. Jej obszar metropolitalny (Metro Manila), w skład którego wchodzi jeszcze 16 okolicznych miast, liczy ponad 13,3 mln mieszkańców! Metropolia wciąż się rozrasta – powiększają się zarówno luksusowe rejony w rodzaju Makati czy Pateros, jak i biedne przedmieścia pełne slumsów, gdzie ludzie żyją za mniej niż dolara dziennie. Zmorę całej Manili stanowią korki, które są większe nawet od tych w Los Angeles. Co ciekawe, niedawno wprowadzono ograniczenia zezwalające w danym dniu (w godzinach szczytu) na poruszanie się po centrum samochodami z numerami rejestracyjnymi zaczynającymi się od konkretnej litery. Mieszkańcy żalą się jednak, że nie poprawiło to sytuacji, w dodatku bogatsi Filipińczycy zaczęli kupować kolejne auta, aby obejść przepisy. 

 

W stolicy działa metro, ale manilczycy najczęściej przemieszczają się po niej tuk-tukami i jeepneyami. Te pierwsze są zwykle skuterami, które z jednego boku mają przyczepkę z fotelem dla dwóch osób (w praktyce na takim siedzeniu mieści się cała wieloosobowa rodzina). Z tyłu jest nieco miejsca na bagaż, a nad całością znajduje się daszek. Jeepneye to kolejna rzecz, którą Filipińczycy zawdzięczają Amerykanom. Przerobione na rodzaj busa samochody terenowe, pomalowane na jaskrawe kolory, stanowią całkiem wygodny środek transportu. Wsiada się do nich od tyłu. Można przemieszczać się nimi zarówno po mieście (o ile zrozumie się nieźle zakręcony system przystanków i tras np. w Manili), jak i między różnymi miejscowościami (chociażby na wyspie Bohol).

 

KRAJ W PIGUŁCE

 

Bohol to nieduża (ok. 4820 km² powierzchni), ale bardzo chętnie odwiedzana przez podróżników wyspa. Najwygodniej dolecieć na nią z Manili (lot zajmuje nieco ponad godzinę) lub przypłynąć promem z sąsiedniej wyspy Cebu. Nie bez powodu Bohol jest nazywana Filipinami w pigułce – znajdują się na niej piękne piaszczyste plaże, interesujące miejsca do nurkowania, tarasy ryżowe i mnóstwo innych wspaniałych atrakcji. Wybierzemy się tu m.in. na przejażdżkę quadami, zjazd tyrolką czy rejs po malowniczej rzece Loboc. Do tego będziemy mogli podziwiać symbol całego kraju – niesamowite Czekoladowe Wzgórza, a także zobaczymy wyraki filipińskie, czyli wielkookie zwierzęta z rodziny wyrakowatych (przypominające małpki ze szczurzym ogonem), które występują tylko na Filipinach.

 

Najlepszym miejscem do nurkowania są okolice Panglao. Jest to osobna wyspa (ok. 95 km² powierzchni) połączona z Bohol dwoma mostami. Znajduje się tutaj kilkanaście baz nurkowych, w których pracują instruktorzy mówiący w przeróżnych językach. W sezonie (od grudnia do maja) praktycznie codziennie można wypożyczyć niezbędny ekwipunek i eksplorować podwodny świat. Osoby bez uprawnień mogą w kilka dni zrobić podstawowy kurs PADI (Open Water Diver – OWD) lub skorzystać z tzw. nurkowania wstępnego (intro diving). Idealnym miejscem na odbycie tego ostatniego będzie maleńka wysepka Balicasag, na którą lokalne biura podróży organizują liczne wycieczki.

 

Wzgórza Czekoladowe to co najmniej ok. 1270 regularnych kopców przybierających w czasie pory suchej charakterystyczny brązowy kolor (trawy porastające wzniesienia zaczynają najczęściej brązowieć z końcem marca). Mają od 30 do nawet 120 m wysokości i powstały na skutek wietrzenia wapiennych skał. O tej osobliwości natury krążą liczne legendy. Jedna z nich opowiada o zakochanym olbrzymie Arogo, którego wybranka Aloya była zwykłą śmiertelniczką. Najpierw odrzuciła zaloty nieszczęśnika, a niedługo potem zachorowała i umarła w bardzo młodym wieku. Pod wpływem łez zrozpaczonego olbrzyma powstały Wzgórza Czekoladowe.

 

POLSKI RAJ NA PAMILACAN

 

BoholBeachClub Panglao

Wysepka Pamilacan niedaleko Bohol

@ DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

Z Panglao lub Bohol na niewielką wyspę Pamilacan (1,75 km² powierzchni) płynie się ok. półtorej godziny. Nie ma na niej samochodów ani szerokich dróg. Tylko nieliczni mieszkańcy korzystają ze skuterów. Na Pamilacan żyje mniej więcej 1,5 tys. osób, z czego jedną trzecią stanowią dzieci. Znajdują się tu dwie szkoły (podstawowa i liceum), kilka sklepów i kościół, do którego ksiądz przypływa dwa razy w roku – na Wielkanoc i Boże Narodzenie. 

 

Do niedawna mieszkańcy utrzymywali się przede wszystkim z rybołówstwa i skromnych upraw. Kilka lat temu wyspę zaczęli odwiedzać turyści. Aktualnie mieszczą się na niej dwa hotele i kilkadziesiąt bambusowych chatek. Część z nich należy do Enasa i Elisabeth – miłego starszego małżeństwa, które większość swojego życia spędziło na Pamilacan. Nad ich bungalowami (Enas Cottages) wisi polska flaga, ponieważ z roku na rok coraz chętniej odwiedzają ich nasi rodacy. Trudno się dziwić – ta wyspa to mały raj na ziemi. Błogą ciszę przerywa jedynie szum morza i śmiech dzieciaków, których tutaj nie brakuje. Idealna przejrzystość wody sprawia, że w okolicy jest mnóstwo rewelacyjnych miejsc do snorkelingu. Dzięki brakowi internetu i słabemu zasięgowi sieci telefonicznych na tej małej wyspie naprawdę można odpocząć. W ciągu dnia najlepiej leżeć w hamaku, czytać ulubioną książkę i popijać wodę z kokosa prosto z drzewa. Należy pamiętać o stosowaniu kremów z wysokim filtrem UV, ponieważ słońce grzeje bardzo mocno. Popołudniu warto udać się na relaksacyjny masaż ciała, natomiast wieczorem koniecznie trzeba zjeść przepyszną kolację przyrządzoną przez Elisabeth (a wcześniej obejrzeć przepiękny zachód słońca).

 

Mieszkańcy Pamilacan to wyjątkowo serdeczni ludzie. Praktycznie wszyscy są ze sobą spokrewnieni lub znają się i przyjaźnią od lat. Dzieci chętnie zagadują turystów – polecam udać się do miejscowej szkoły i zagrać z chłopakami w piłkę, a z dziewczynami w kamień, papier, nożyce. Maluchy z kolei z pewnością ucieszą się z małych upominków takich jak kredki, ołówki, długopisy czy zeszyty. 

 

Na niewielkiej wyspie położonej w pobliżu Bohol czas płynie bardzo powoli. Rytm życia wyznaczają tu wschody i zachody słońca oraz pianie kogutów. Brak bieżącej wody i internetu oraz dostęp do prądu jedynie w godzinach wieczornych sprzyjają prawdziwemu wypoczynkowi. W trakcie podróży po Filipinach warto przyjechać na Pamilacan chociaż na kilka dni i zapomnieć o całym świecie.

 

WYBUCHOWA WYSPA

 

Codziennie na wyspę Camiguin (ok. 238 km² powierzchni) z Manili i Cebu latają samoloty linii Cebu Pacific. Można tu również przypłynąć promem z Mindanao (kursuje każdego dnia) albo Bohol (pływa kilka razy w tygodniu). Camiguin słynie przede wszystkim z siedmiu wulkanów, które dumnie wznoszą się nad powierzchnię wody. Najwyższy z nich – Hibok-Hibok – mierzy 1332 m n.p.m. Trekking na sam szczyt najlepiej zacząć wcześnie rano, ponieważ z godziny na godzinę prażące promienie słońca stają się coraz bardziej uciążliwe. W zależności od kondycji fizycznej wycieczka w obie strony zajmuje 6–8 godz. Widoki rozpościerające się z samej góry zapierają dech w piersiach! Znaczna część drogi prowadzi przez gęsty tropikalny las, dopiero odcinek ścieżki zaczynający się od jeziora (lub pozostałości po nim w porze suchej) jest nieco bardziej odsłonięty. Hibok-Hibok znajduje się na terenie parku – przy wejściu, mniej więcej na wysokości 400 m n.p.m., sprawdzane są bilety. Obowiązkowo trzeba też wynająć lokalnego przewodnika.

 

Na wyspie leży także sanktuarium gigantycznych małży (Giant Clam Sanctuary w Guinsiliban) noszących nazwę przydaczni olbrzymich. Obecnie trzyma się je w nadzorowanym obiekcie, ponieważ rybacy wytępili je prawie doszczętnie. Część z małży można podziwiać z bliska w specjalnych hodowlach tuż przy brzegu, pozostałe spoczywają nieco dalej, na głębokości kilku lub kilkunastu metrów. Osobniki tego gatunku mogą mierzyć nawet 120 cm, ważyć ponad 200 kg i są cenione głównie ze względu na smaczne mięso. Spotyka się je w wodach Pacyfiku, wokół Wielkiej Rafy Koralowej (u wybrzeży Australii) i w Oceanie Indyjskim. Przydacznie olbrzymie to największe małże na świecie.

 

Na pobyt na Camiguin warto przeznaczyć co najmniej 3–4 dni. Poza wulkanem i sanktuarium znajdują się tutaj gorące źródła, wodospady, interesujące miejsca do snorkelingu i nurkowania oraz bardzo ładne plaże. Po wyspie najlepiej poruszać się wynajętym skuterem lub samochodem, można również skorzystać z trycykli, które idealnie zastępują taksówki.

 

NAJSTARSZE POLA RYŻOWE

 

Filipiny to nie tylko rajskie plaże i piękny podwodny świat. Na północy ich największej wyspy, Luzonu (niemal 110 tys. km² powierzchni), znajduje się zupełnie inna rzeczywistość. Podróż autobusem z Manili do odległej o ponad 460 km miejscowości Banaue zajmuje aż 11 godz., ale warto się trochę pomęczyć. To właśnie tu, na wysokości mniej więcej 1500 m n.p.m., Filipińczycy od setek lat uprawiają ryż na osobliwych polach tarasowych. Najsłynniejsze z nich leżą kilka kilometrów od miasta – mają ok. 2 tys. lat, uformowano je tylko i wyłącznie za pomocą rąk. Leśne zbocza gór zamieniono w tysiące poletek wznoszących się kaskadowo, wzmocnionych przed osunięciem kamiennymi murami. Całość oplata przemyślny system niewielkich kanałów i śluz rozprowadzający wodę na coraz niższe poziomy. Obecnie tarasy ryżowe są nieco zaniedbane, ale i tak robią ogromne wrażenie. Nic dziwnego, że mieszkańcy uważają je za ósmy cud świata.

 

Moim zdaniem jeszcze ładniej wyglądają malownicze pola ryżu w okolicy wioski Batad, które w 1995 r. zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (jako jedne z tarasów ryżowych Kordylierów Filipińskich położonych w prowincji Ifugao). Aby się tutaj dostać, można wykupić 1-, 2- lub 3-dniową wycieczkę w biurze informacji turystycznej (czy jednym z wielu domów gościnnych bądź pensjonatów w pobliskim mieście Banaue) albo podjechać trycyklem lub jeepneyem do przełęczy Batad (tzw. Batad Saddle), żeby następnie po niemal 1,5-godzinnym spacerze asfaltową drogą i leśną ścieżką dotrzeć do celu. W samej osadzie zasięg sieci telefonicznej łapią jedynie starsze modele telefonów, a o połączeniu z internetem lepiej zapomnieć. W wiosce mieszka powyżej 1 tys. osób, z których większość uprawia ryż lub pracuje w turystyce. W Batad View Inn and Restaurant wieczorami odbywają się pokazy lokalnego tańca (tzw. eagle dance). Warto zobaczyć mieszkańców w tradycyjnych strojach, którzy krążą wokół ogniska, wykonując ptasie ruchy. Kroki nie są zbyt trudne, więc po krótkiej obserwacji można do nich dołączyć (oczywiście, o ile wyrażą na to zgodę). To właśnie tu poznałam starszego mężczyznę, który ze smutkiem stwierdził, że obecnie coraz więcej młodych ludzi wyjeżdża z Batad i brakuje rąk do pracy. Ryżem trzeba zajmować się codziennie przez cały rok, a przynosi to niewielkie pieniądze, dlatego trudno się dziwić, że młodzież woli opuścić rodzinny dom, uzyskać lepsze wykształcenie i znaleźć lepiej płatne zajęcie. Z drugiej strony, nie wyobrażam sobie, żeby za kilka czy kilkanaście lat tutejsze pola ryżowe zniknęły lub zostały całkiem zaniedbane. 

 

Godzinę drogi od Batad znajduje się 50-metrowy wodospad Tappiya. Trekking pod niego nie zalicza się do najtrudniejszych, chociaż dużo zależy od warunków pogodowych (ulewa bądź bardzo mocne słońce mogą utrudnić wycieczkę). Od marca do maja, gdy poziom wody jest niski, pod kaskadą mieszkańcy okolicznych wiosek sprzedają wodę, kawę, słodkie napoje i przekąski. 

 

Inna bardzo malownicza trasa trekkingowa (mniej więcej 2,5-godzinna) prowadzi z Batad do Bangaan. Ścieżka wiedzie pomiędzy tarasami ryżowymi, nie została oznakowana, ale po drodze można spotkać Filipińczyków i zapytać, czy podąża się w dobrym kierunku. Drugim rozwiązaniem jest wynajęcie przewodnika w Batad, który za rozsądną kwotę doprowadzi nas do celu, a dodatkowo opowie kilka ciekawostek. Z Bangaan do Banaue dojedziemy autobusem albo jeepneyem czy trycyklem, jeśli wcześniej umówimy się z kierowcą, żeby o określonej godzinie nas odebrał.

 

Górski obszar północnej części wyspy Luzon zamieszkuje ludność Ifugao. Żyje ona w skromnych chatach na zboczach gór w odizolowanych wioskach. Jej przedstawiciele noszą charakterystyczne nakrycia głowy zrobione z piór i kawałków barwnych tkanin oraz ubrania w pasy z przewagą koloru czerwonego. Zajmują się przede wszystkim uprawą ryżu i... żuciem betelu (lekko odurzającej używki, której głównym składnikiem są liście pieprzu żuwnego, bardzo popularnej w pewnych rejonach Azji). W ich religii dominują wierzenia animistyczne. Warto dodać, że jeszcze nie tak dawno wojownicy z grupy etnicznej Ifugao byli prawdziwymi łowcami głów! Ich ulubione pozarolnicze zajęcie stanowiły wyprawy do sąsiedniej wioski, gdzie napadali na ludzi i odcinali im głowy. Następnie zdobyte trofea zawieszali w swoich domostwach, a z żuchw ofiar tworzyli specjalne gongi. Praktyki te są obecnie zabronione, ale na pytanie, czy wszystkie plemiona stosują się do tego zakazu, mieszkańcy okolicznych miasteczek nie potrafią odpowiedzieć jednoznacznie. 

 

TRUMNY I JASKINIE

 

Jeszcze dalej na północ (ok. 190 km), kilka godzin drogi od Banaue, znajduje się niewielka, lecz chętnie odwiedzana przez turystów miejscowość Sagada. Mieszka w niej ponad 11 tys. osób, a w okolicy działają liczne domy gościnne, pensjonaty, restauracje i knajpki. Koniecznie należy spróbować lokalnego specjału – delikatnej tarty cytrynowej. Jedną z najsłynniejszych atrakcji w Sagadzie są wiszące trumny. Mieszkańcy tego regionu Filipin dopiero stosunkowo niedawno przeszli na chrześcijaństwo (hiszpańska misja powstała tutaj dopiero w 1882 r.), ponieważ tereny te nigdy nie zostały skolonizowane przez Hiszpanów. Zmarli byli chowani do drewnianych skrzyń w pozycji embrionalnej. Następnie trumny wieszano kilka, a nawet kilkanaście metrów nad ziemią lub wsuwano do skalnych szczelin. Nasz przewodnik stwierdził, że dzięki takiemu rodzajowi pochówku dusza nieboszczyka mogła swobodnie wędrować po okolicy, ale nie jest to jedyne znane wytłumaczenie. Pojedyncze trumny spotyka się w wielu miejscach, jednak dwa największe ich skupiska znajdują się w Dolinie Echa (Echo Valley) i Jaskini Pogrzebowej Lumiang (Lumiang Burial Cave), gdzie ponad 100 skrzyń z ciałami ukryto w skalnej pieczarze. Kilka lat temu zakazano tej formy grzebania zmarłych – tuż za Kościołem św. Marii Dziewicy i przed Doliną Echa funkcjonuje zwyczajny, katolicki cmentarz. 

 

Kolejną atrakcję stanowią liczne groty położone w pobliżu Sagady. Do najbardziej znanych należy przejście pomiędzy jaskiniami Lumiang i Sumaguing (Sumaging). Na wycieczkę najlepiej wybrać się z przewodnikiem, przydadzą się także latarki i wodoodporne sandały lub adidasy. Możliwe, że w pewnym momencie zostaniemy poproszeni o ściągnięcie butów, ponieważ nierzadko w grotach znajdują się rzeki i małe jeziorka. Na kilku odcinkach zaczepiono liny albo skonstruowano specjalne drabiny np. z opon, które ułatwiają wspinaczkę i eksplorację jaskiń. 

 

W okolicach Sagady jest również dużo dobrych tras trekkingowych (od kilkugodzinnych po kilkudniowe z noclegami po drodze). W samym mieście warto zajrzeć do lokalnego muzeum i zakładów krawieckich, gdzie kobiety przędą ubrania tak samo jak kilkanaście lat temu.

 

***

Filipiny to fascynujący kraj o wielu twarzach. Proponuję nie ograniczać się do odpoczynku na rajskich plażach i odwiedzić zupełnie odmienną północ Luzonu – krainę górskich szczytów i przepięknych tarasowych pól ryżowych. Opisałam jedynie część miejsc i atrakcji, które zasługują na uwagę podróżników. Niestety, nie sposób w kilka tygodni zobaczyć wszystkich filipińskich wysp i wysepek. Trzeba jednak zaznaczyć, że Filipińczycy to jeden z najżyczliwszych narodów świata. Są zawsze uśmiechnięci i chętni do pomocy, w dodatku w zdecydowanej większości znają angielski – to wszystko sprawia, że warto zacząć poznawanie Azji właśnie od tego niezwykłego kraju.

Artykuły wybrane losowo

Z CZYM KOJARZY SIĘ ARCHIPELAG ZANZIBAR…?

opracował:

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

To pytanie postawiliśmy trzem wybranym ekspertkom, znającym doskonale ten idylliczny archipelag na Oceanie Indyjskim, nazywany Wyspami Przypraw (Spice Islands), leżący u wybrzeży Afryki Wschodniej i należący do Tanzanii. Co istotne, tworzy go nie tylko popularna w Polsce wyspa Unguja, zwana potocznie Zanzibarem, ale także m.in. zielona, koralowa Pemba, malutka Changuu (Prison Island) z kolonią żółwi olbrzymich przywiezionych na nią w 1919 r. z Seszeli, ekskluzywna i niezmiernie czarująca Mnemba, prywatna Chumbe z otaczającymi ją spektakularnymi rafami czy wreszcie znajdująca się na jego południowym krańcu przepiękna Mafia, będąca prawdziwym rajem dla nurków, wędkarzy, miłośników dziewiczej natury i błogiego relaksu w ciszy i spokoju.    

Więcej…

Współczesne uzdrowiska – połączenie tradycji z nowoczesnością

 

BARBARA TEKIELI

 

Regeneracja sił w bliskości z naturą, podziwianie wyjątkowych krajobrazów i pięknej architektury przy jednoczesnym dbaniu o zachowanie harmonii ciała i ducha, a do tego aktywny udział w wydarzeniach kulturalnych – oto nowe spojrzenie na leczenie uzdrowiskowe w Polsce oraz u naszych sąsiadów i bratanków: na Litwie, Słowacji, Węgrzech i w Czechach. Odpoczynek w miejscowościach kuracyjnych, najczęściej malowniczo położonych, nabiera dziś nieco innego charakteru. Współczesne uzdrowiska znakomicie łączą dwie funkcje: leczenie wielu schorzeń i chorób cywilizacyjnych oraz oferowanie zabiegów odnowy biologicznej. Kuracjusze nie ograniczają się wyłącznie do korzystania z terapii rekomendowanych przez lekarzy. Chcą odbyć kurację w miejscach atrakcyjnych turystycznie i połączyć ją z wypoczynkiem, poznawaniem historii regionu, dbaniem o kondycję fizyczną czy urodę, a nawet delektowaniem się specjałami lokalnej kuchni. Mnóstwo komfortowych ośrodków oferuje swoim gościom popularne ostatnio pakiety ekologiczne i usługi z zakresu medycyny naturalnej. W większości uzdrowisk powstają luksusowe centra spa i wellness proponujące zabiegi na najwyższym światowym poziomie. Poza tym w wielu z nich odbywają się ciekawe wydarzenia kulturalne lub sportowe.

Więcej…

Sycylia – mit i rzeczywistość

 taormina DSC9981 ORIZZ

Pozostałości teatru greckiego z III w. p.n.e. w Taorminie niedaleko wulkanu Etna

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

 

DOMINIKA FRIEDRICH

www.sycyliabocznymidrogami.pl

 

 Trójkątna w swoim kształcie Sycylia jest ziemią słońca i ognia Etny zwanej Mongibello. Niegdyś stanowiła centrum antycznego świata, dlatego też wiele mitów opowiada właśnie o niej. To największa wyspa Morza Śródziemnego. Swojemu strategicznemu położeniu zawdzięczała nie tylko rozkwit, lecz także zainteresowanie najeźdźców. Nie bez znaczenia były zarówno jej urodzajne gleby, jak i wspaniały śródziemnomorski klimat. Kiedyś nazywano ją nawet spichlerzem Włoch, którym zresztą pozostaje do dziś.

 

Na Sycylii od stuleci krzyżowały się wpływy rozmaitych kultur. Pozostawiły one na niej liczne ślady, obecnie bezcenne dzieła sztuki. Współcześni Sycylijczycy wydają się być odrębnym narodem, a ich wyspa – niemal autonomicznym krajem. Łatwo dostrzec, że pod względem społecznym i kulturowym różni się ona od kontynentalnych Włoch. Wszystko jest tutaj jakby doprowadzone do przesady: słońce świeci jaskrawiej, niebo i morze mają wyjątkowo intensywną barwę, owoce są niesamowicie słodkie. To ziemia kontrastów, luksusu i biedy, jedyna w swoim rodzaju, meravigliosa, czyli wspaniała.

 

Sycylia moim zdaniem zdecydowanie bardziej przypomina Afrykę niż Europę. Od kontynentalnych Włoch dzieli ją co prawda tylko wąska Cieśnina Mesyńska, ale południowo-zachodni kraniec wyspy leży zaledwie ok. 230 km od Tunisu. Mamy więc tutaj okazję pooddychać afrykańskim powietrzem w europejskim kraju.

 

OJCZYZNA SYCYLIJCZYKÓW

 

Można pojechać na Sycylię i zobaczyć jedynie słońce, morze i błękitne niebo niczym ze zdjęć w turystycznych folderach. W końcu wyspa ma 1152 km wybrzeża! Jednak już sama wyprawa w głąb lądu stanowi podróż do innej krainy. W miarę zbliżania się do takich miast jak Enna czy Caltanissetta, położonych w centrum Sycylii, można zauważyć, jak wszystko się zmienia: światło, otaczający krajobraz, twarze ludzi i ich charaktery. Po drodze z Katanii do Palermo z wesołej, świątecznej i rozświetlonej nadmorskiej okolicy trafia się do ciemnego, gorzkiego i melancholijnego regionu.

 

Wbrew pozorom tę włoską wyspę warto odwiedzić nie tylko latem. Nie wszyscy wiedzą, że miasta w środku lądu, np. wspomniana Enna, lub te wzniesione na skałach, jak leżące na północno-zachodnim krańcu Erice, są otulone mgłą niczym miejscowości w Lombardii. W jednym z miasteczek na zboczach Etny można z kolei zjeść tradycyjne ciasteczka narciarza (biscotti dello sciatore), bo już w latach 20. XX w. Sycylijczycy uprawiali narciarstwo na stokach tutejszego wulkanu. Jedno jest jednak pewne – na Sycylii podróżnik musi uzbroić się w cierpliwość, niezbędną podczas szukania nieznanych miejsc i odkrywania fascynujących tajemnic. Ta wytrwałość zostanie z pewnością nagrodzona, ale należy uważać, bo wyspa potrafi uzależnić i sprawić, że ciągle chce się na nią wracać.

 

Sycylijska kuchnia jest niezmiernie różnorodna i smakowita. Odzwierciedla historię regionu – mieszają się w niej wpływy włoskie, greckie, arabskie, francuskie i hiszpańskie. Burzliwa przeszłość wyspy ukształtowała też charakter Sycylijczyków. Są oni z natury nieufni, co zapewne stanowi efekt ciągłych najazdów, ale jednocześnie ciekawi świata, na przestrzeni stuleci zetknęli się w końcu z wieloma kulturami. Mają także niesamowite poczucie humoru i cieszą się każdą chwilą, bo przecież jutro może nie nadejść. Nie żyją, żeby pracować, lecz pracują, aby żyć. Sycylijczyk potrafi być prawdziwym przyjacielem, który nigdy nie zostawi nas w potrzebie. Jednak w kłótni bywa tak samo żywiołowy i gwałtowny jak w okazywaniu radości. Poza tym mieszkańcy Sycylii są bardzo rodzinni i darzą ogromnym szacunkiem starszych. Na wspólne wyjazdy wakacyjne często wybierają się razem nawet czteropokoleniowe rodziny.

 

Może ze względu na południowy, niemal afrykański klimat Sycylijczycy mają czas na wszystko, nie skąpią go więc na życzliwy uśmiech, dobre słowo czy kawę z przyjacielem. Jeżeli zapytamy ich o drogę po angielsku, będą prawdopodobnie zakłopotani (najczęściej nie znają tego języka), ale sami zaprowadzą nas na miejsce. To ludzie z sercem na dłoni, nawet jeśli się zdenerwują, po chwili znów wraca im humor. Sycylijczycy są prawdziwym skarbem tej wyspy.

 

POD OKIEM MAFIOSÓW

 

Niestety, Sycylia osobom, które niewiele wiedzą na jej temat, najczęściej kojarzy się z mafią. Ta jednak jest nie tylko organizacją przestępczą o początkach sięgających dalekiej przeszłości. Stanowi również zjawisko społeczne, tradycję, sposób na życie i codzienność mieszkańców wyspy. Stworzyła własny kodeks obowiązujący jej członków i określający zasady postępowania. Mafia ma różne oblicza i jej pobieżna charakterystyka zajęłaby setki stron. Zainteresowanym tematem polecam książkę, która do tej pory nie ukazała się w języku włoskim, ale została wydana po polsku – Sycylijski mrok australijskiego autora Petera Robba. Ta publikacja z pewnością pomoże zrozumieć nieco lepiej rzeczywistość Sycylijczyków.

 

Nawet Benicie Mussoliniemu nie udało się ostatecznie zniszczyć tutejszej mafii. Być może stało się tak dlatego, że jest ona integralną częścią sycylijskiego świata. W 1992 r. przegrali z nią sędziowie Giovanni Falcone i Paolo Borsellino (obaj zginęli w zamachach bombowych). Jak dotąd nikt nie rozwiązał problemu mafii na Sycylii definitywnie.

 

Za najlepszy kinowy obraz nakręcony na ten temat uchodzi film, w którym – podobnie jak w książce stanowiącej dla reżysera główną inspirację – słowo „mafia” nie pojawia się ani razu! Ojciec chrzestny Francisa Forda Coppoli powstał na podstawie powieści Maria Puzo o tym samym tytule. Do dziś uważany jest za wzór dla wszystkich twórców, którzy mierzą się z przeniesieniem na ekran mafijnego świata.

 

Sycylia była w przeszłości łakomym kąskiem dla zdobywców szukających nowych ziem. Po śmierci w grudniu 1250 r. cesarza Fryderyka II Hohenstaufa na ludność sycylijską nałożono powinności feudalne, a tych, którzy nie chcieli podporządkować się narzuconym nakazom, surowo karano. Ta sytuacja doprowadziła do buntu Sycylijczyków – powstała grupa mająca pomagać uciśnionym. Według innej teorii taka organizacja zawiązała się, gdy wyspę okupowali Hiszpanie. Mafia zawsze działała w kręgu wielkiej polityki i w tle ważnych wydarzeń. Tzw. Bractwo wspierało Giuseppe Garibaldiego, a w czasie II wojny światowej operacja aliantów pod kryptonimem „Husky” (9 lipca – 17 sierpnia 1943 r.) była poprzedzona zawarciem układu z sycylijskimi bossami.

 

Z mitologicznej otoczki odziera mafię jej codzienna działalność przestępcza. Wymuszenia, nielegalne budownictwo, produkcja narkotyków i handel nimi, prostytucja – to tylko nieliczne przykłady. Mafia stara się legalizować swoje interesy. Wychodzi z założenia, że jeśli pieniądze można włożyć w legalny biznes, należy to po prostu zrobić. Przedsiębiorstwa mafijne zarabiają dziś na wywozie śmieci, budowaniu nieruchomości, rolnictwie, gastronomii i innych usługach. We Włoszech ok. 30 proc. firm odpowiadających za odbiór odpadów znajduje się w rękach mafii lub jest z nią powiązanych. Prasa podaje, że roczne dochody rodzin są szacowane na mniej więcej 120–140 mld euro.

 

 IMG 1930

Polpo bollito – gotowana ośmiornica

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

 

FESTIWAL ZMYSŁÓW

 

Na Sycylii widok ludzi jedzących na ulicy w trakcie spacerowania, robienia zakupów na targu, jazdy na skuterze czy prowadzenia samochodu należy do codzienności. Ludzie zatrzymują się przed ulicznym straganem, biorą coś do ręki i jadą dalej. Tutaj je się o każdej porze dnia, a używa się do tego palców. Sprzedaje się głównie małe przekąski (gotowane, smażone bądź pieczone na ruszcie), przygotowywane na stoiskach na świeżym powietrzu. To rodzaj miejscowego fast foodu, którego historia na wyspie sięga ponad 2 tys. lat wstecz. Cucina di strada („kuchnia uliczna”) i buffittieri (bufety) są integralną częścią sycylijskiej sztuki kulinarnej. Od wieków oferowane na ulicach specjały oddawały porządek pór roku, dni tygodnia i godzin.

 

Sycylijczycy od zawsze uważali jedzenie nie tylko za sposób na zaspokojenie głodu, ale również za prawdziwą przyjemność. Na Sycylii ludzie się nie pożywiają, oni delektują się, biesiadują i pełnymi garściami czerpią z tego satysfakcję i radość, czyniąc w ten sposób zadość potrzebom duchowym. Poza tym kuchnia jest także nieodłącznym elementem tutejszej kultury.

 

Na całym świecie panuje obecnie moda na tzw. finger food. Na nowo odkrywamy przyjemność, jaka płynie z jedzenia palcami, gdy uaktywnia się nie tylko wzrok, smak i węch, ale też zmysł dotyku. Właśnie przez dotykanie poznajemy najpierw konsystencję i temperaturę tego, co akurat spożywamy, zanim włożymy to do ust. Opuszki palców są bardzo wrażliwe, co potęguje doznania. Sycylijczycy jedzą rękami bez skrępowania, aż do oblizywania palców. Zupełnie nie wstydzą się tej przyjemności. Istnieje nawet takie włoskie powiedzenie buono da leccarsi le dita (dosłownie „dobre aż do oblizania palców”). Do dziś zresztą duża część ludzkości je palcami, bez użycia sztućców (to popularny sposób m.in. w kręgu krajów arabskich, Etiopii czy Azji Południowej).

 

W starożytnych Syrakuzach, Selinuncie, Morgantinie czy innych miastach jedzono na ulicy. Osoby spacerujące pomiędzy stoiskami wchłaniały zapachy przygotowywanych potraw, karmiły oczy ich widokiem, a w końcu rozkoszowały się smakiem. Ten uniwersalny zwyczaj, którego nie zmieniły zawirowania historii, łączy nas dzisiaj z dawnymi czasami.

 

 Palermo - Ph Valerio Casari

W Palermo sprzedaje się różnego rodzaju przekąski wprost na ulicy

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO/VALERIO CASARI

 

W TEATRZE SMAKÓW

 

Uliczną kuchnię można znaleźć na targowiskach miejskich, w zaułkach starych uliczek nadmorskich, rybackich miejscowości, w Katanii, Syrakuzach, Agrygencie (Agrigento), ale przede wszystkim w Palermo. To ostatnie miasto wypełnia różnokolorowy tłum, egzotyczne bary, sklepy z arabskimi artykułami na wystawach. Wokół słychać różne języki, jakby w jednym miejscu zgromadzili się budowniczowie wieży Babel, wszędzie unoszą się rozmaite zapachy. Palermo jest stolicą Sycylii i sycylijskiego street foodu. To miasto pełne życia i ruchu, żyjące szybko, niezmiernie kolorowe, agresywne, hałaśliwe, głośne i ekscytujące.

 

Palermitańska plaża Mondello, leżąca w dzielnicy o tej samej nazwie, uchodzi za popularne wśród mieszkańców miejsce wieczornych spacerów latem i niedzielnych obiadów na świeżym powietrzu na wiosnę. Można tutaj znaleźć również stoiska z ulicznym jedzeniem, jakże odmiennym od tego w centrum Palermo. Na cibo da strada, czyli „żywność z ulicy”, składają się potrawy, których najczęściej nie przygotowuje się w domu. Są zbyt pracochłonne i nie warto przyrządzać porcji tylko dla kilku osób. W Mondello kupimy polpo bollito – gorącą, gotowaną ośmiornicę, ricci di mare – jeżowce, otwierane na oczach klienta (niewiele jest w nich do zjedzenia, to przede wszystkim zapach wiatru i morskiego powietrza), frutti di mare crudi – świeże owoce morza na surowo, np. fasolari (małże wenus brunatne), tartufi di mare, cannolicchi (małże brzytwy), vongole (małże wenus) czy cozze (omułki śródziemnomorskie),ostrygi, padelle i telline (urąbki). Tych wszystkich przysmaków zawsze później brakuje turystom po powrocie z Sycylii do Polski.

 

W centrum Palermo nie wolno odmówić sobie przyjemności, jaką daje spacer, degustacja i zaopatrzenie się w różne specjały na historycznym targowisku Vucciria. To największy tutejszy bazar, oszałamiający kolorami, ilością towarów i chaotyczną, hałaśliwą atmosferą, przypominający nieco suk w arabskim mieście. Po wejściu na targ można poczuć się tak, jak ktoś, kto w teatrze wyszedł nagle zza kulis na scenę podczas trwającego przedstawienia i stał się jednym z aktorów biorących udział w spektaklu. Rozwinięte czerwone markizy zasłaniające oślepiające słońce przywodzą na myśl namiot cyrkowy. Spod płóciennych dachów wyglądają artyści – miejscowi sprzedawcy, z których każdy stara się przyciągnąć uwagę przechodzących osób, szczególnie obcokrajowców, wyróżniających się ubraniem i sposobem poruszania się. Główną rolę odgrywa tu miecznik (pesce spada) ze straganu rybnego. Jest ogromny, ma długi, błyszczący miecz, srebrzystą skórę i ogon wygięty w łuk. Słońce świecące przez markizy zabarwia go na czerwono. Obok ciągną się w nieskończoność rzędy fioletowych i czarnych bakłażanów oraz zielonych cukinii, również tych z rodzaju serpente di Sicilia („sycylijskiego węża”), wraz z ich kruchymi liśćmi – tenerumi. Dalej leżą pachnące pomidory odmian San Marzano, piccadilly, datterino czy Pacchino. Znajdziemy też stoiska z różnorakimi sałatami i warzywami liściastymi(sałatą rzymską,lodową i canasta,rukolą, endywią,cykorią,burakami liściowymi).W powietrzu unosi się oszałamiający zapach świeżej bazylii i mięty. Wzrok z daleka przyciągają ogromne cebule – cipolle di Chiarantana, i czerwony czosnek – aglio rosso di Nubbia.

 

Na targowisku nie brakuje także barwnych owoców. Piętrzą się egzotyczne, piegowate opuncje, słoneczne melony kasaba (casaba) i chlebowe (meloni di pane), zielone arbuzy (tzw. meloni d’acqua – melony wodne, inaczej angurie), rumiane brzoskwinie z Leonforte (pesche di Leonforte) owinięte w oddzielne bibułki niczym balowe sukienki, spłaszczone brzoskwinie tabacchiere (Saturn) i okrągłe, żółte percocche, nektarynki, morele, różnokolorowe winogrona i figi, delikatne, słodkie, rozłożone na liściach figowych. Wśród tego wszystkiego stoją worki pełne ciecierzycy, soczewicy, fasoli, grochu, migdałów, sezamu, rodzynek, orzechów i zielonego złota Etny, czyli pistacji. Znajdziemy również suszone pomidory, kapary – kwiaty do jedzenia, potocznie zwane sycylijskimi orchideami, finocchietto selvatico – dziki koper włoski, a także otwarte wielkie puszki z solonymi sardynkami, suszoną ikrę tuńczyka – bottargę, kadzie pełne oliwek: czarnych, fioletowych lub zielonych.

 

NIEBO W GĘBIE

 

Vucciria to nie tylko żołądek, ale i tętniące serce Palermo, niesamowite królestwo sycylijskiego jedzenia ulicznego. Jeżeli ktoś chce spróbować właśnie takich specjałów, powinien udać się na gwarny palermitański targ. W ponad 670-tysięcznej stolicy Sycylii, w odróżnieniu od innych regionów wyspy, szczególnie nieturystycznych zakątków we wnętrzu lądu, można zjeść o każdej godzinie bez wchodzenia do restauracji czy trattorii. To bardzo charakterystyczne dla Palermo, którego ulice, szczególnie w centrum, pełnią ciągle jeszcze funkcję społeczną, są miejscem spotkań dla wielu Sycylijczyków i stanowią naturalne przedłużenie małego, ciasnego mieszkania. Turystom nie chcącym tracić cennego czasu przeznaczonego na zwiedzanie polecam te posiłki w locie (pranzetti volanti), sprzedawane w kioskach i ulicznych smażalniach.

 

W stolicy wyspy można kupić jedzenie do ręki (cibo nelle mani) w doskonałym wydaniu. Warto spróbować pane con panelle – kanapkiz tradycyjnymi placuszkami z mąki z ciecierzycy, smażonymi na bieżąco w głębokim oleju i roznoszącymi wokół zapach typowy dla orientalnych targowisk. To tania i skromna przekąska, lecz otacza ją niewidzialny, jedynie wyczuwalny innymi zmysłami przepych. Poza tym na zainteresowanie zasługują z pewnością cazzilli (crocchè di patate) – krokiety z ziemniaków, i melanzane a quaglia – bakłażany rozkrojone w formie kwiatu. Klasyczną propozycją na drugie śniadanie jest sfincione, czyliciasto przypominające pizzę, posmarowane solonymi sardynkami, sosem pomidorowym, posypane cebulą i startym serem caciocavallo oraz polane odrobiną oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia. Nie wolno zapomnieć też o arancini. Ten specjał przypomina o setkach lat sycylijskich tradycji kulinarnych. Pachnący szafranem ryż z dodatkiem zielonego groszku otula serce z mięsnego sosu ragoût z mozzarellą (arancini con ragù). Żeby wygodniej było przewozić arancini i jeść je na ulicy, nadano im okrągły kształt, ze względu na który przypominają po usmażeniu małą pomarańczę (arancia). Obecnie te pyszne złote kulki spotyka się w najróżniejszych wersjach.

 

Od godziny 16.00 uliczne bufety w Palermo stają się jeszcze atrakcyjniejsze. Można wręcz dostać zawrotu głowy od rodzajów przekąsek do wyboru. Na stoiskach serwuje się także wino. Warto wrzucić coś na ząb przed kolacją, którą na wyspie je się nie wcześniej niż o 21.00. Każdego popołudnia w zaułkach i na peryferiach miasta unoszą się do nieba kolumny gryzącego dymu, przypominającego ten z dawnych ołtarzy greckich świątyń. Na wschodzie Sycylii na prymitywnych rusztach piecze się mięso końskie (carne equina), kiełbasy, makrele lub sardynki. W Palermo za gwiazdę popołudniowych ulicznych straganów uchodzą wnętrzności jagnięce bądź kozie, nadziane na szpadkę jak szaszłyk i pieczone na grillu zwane stigghiola.

 

Tradycyjną przekąską w stolicy wyspy o każdej porze dnia i roku jest panino con la milza (pani câ meusa) – bułka z cielęcą śledzioną. W zimowe popołudnia na ulicach podaje się i inne ciepłe dania. Należy do nich np. caldume, czyli gorący talerz (po sycylijsku quarume). W jego skład wchodzą podroby i gotowane flaki wołowe. Na tych samych stoiskach w lecie oferuje się serwowane na zimno wieprzowe kopyta (odpowiednik naszych zimnych nóżek), wołowe policzki i ozory, flaki i inne specjały ugotowane i spryskane sokiem wyciśniętym z cytryny.

 

Warto jeszcze wspomnieć o kilku sycylijskich osobliwościach. Frittola to chrząstki, kawałki tłuszczu i resztki mięsa podsmażone na smalcu z dodatkiem szafranu, liści laurowych, soli i czarnego pieprzu. Pod nazwą babbaluci (vavaluci) kryją się małe, białe ślimaki z gatunku Helix pisana (Theba pisana). Koniecznie trzeba spróbować wspomnianej już miejscowej odmiany cukinii zwanej serpente di Sicilia („sycylijski wąż”). Ugotowana i podana na zimno z odrobiną soli idealnie sprawdza się jako lekkie danie w lecie, szczególnie kiedy wieje suchy i gorący sirocco. W okresie letnim nie brakuje też pysznych zmrożonych kawałków arbuza. Od początku jesieni aż do zimy sprzedaje się obrane na miejscu opuncje.

 

O Sycylii mogłabym pisać bez końca, ale wiem, że nie da się w ten sposób oddać charakterystycznych dla niej kolorów, zapachów i smaków. Tak naprawdę zrozumie mnie tylko ten, kto sam wybierze się na tę pasjonującą włoską wyspę. Na szczęście każdy moment jest dobry na taką podróż. Sycylia zachwyca o każdej porze roku, a wyprawa na nią nie wymaga żadnych wielkich przygotowań. Wystarczy jedynie zabrać ze sobą apetyt i – oczywiście – dobry humor. Wówczas z pewnością zakochamy się w tej Perle Morza Śródziemnego lub Wyspie Słońca, jak słusznie przyjęło się o niej mówić.

 

 Venditore di olive Mercato del Capo a Palermo - Ph Valerio Casari

Stoisko z rozmaitymi rodzajami oliwek na Mercato del Capo w Palermo

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO/VALERIO CASARI