ROBERT PAWEŁEK 

www.trevelcompass.pl

 

Od pokrytych śniegiem szczytów Kilimandżaro, najwyższej góry Afryki, po idylliczne plaże i rafy koralowe Zanzibaru, ruiny pokryte mchem i fascynujące kultury – wschodnioafrykańska Tanzania kusi całym kalejdoskopem atrakcji. To tutaj rozgrywa się jeden z najbardziej widowiskowych i zarazem dramatycznych spektakli przyrody na ziemi, czyli imponujący przemarsz setek tysięcy dzikich zwierząt w poszukiwaniu pożywienia nazywany Wielką Migracją. Wielu podróżników za punkt honoru stawia sobie upolowanie w kadrze fotograficznym tzw. Wielkiej Piątki Afryki (lwa, słonia, bawoła, nosorożca czarnego i lamparta). Natomiast odwiedziny na słynnej tanzańskiej wyspie Zanzibar przypominają wizytę w prawdziwym raju.

 

Tanzania znajduje się zaraz pod równikiem. Graniczy z Ugandą i Kenią od północy, z Rwandą, Burundi i Demokratyczną Republiką Konga od zachodu, a z Zambią, Malawi i Mozambikiem od południa. Jej wschodnie wybrzeże oblewa Ocean Indyjski. W rejonie rozciągającego się w zachodniej części kraju widowiskowego Wielkiego Rowu Wschodniego, będącego mozaiką urwistych skarp, wulkanów, jezior i rozległych terenów sawanny, leżą Park Narodowy Serengeti i Obszar Chroniony Ngorongoro należące do najbardziej znanych w Afryce. Na północnym wschodzie wznosi się z kolei jeden z najwyższych samotnych masywów górskich na świecie – Kilimandżaro (5895 m n.p.m.). 

 

Planowanie wyjazdu do Tanzanii to nie lada wyzwanie, ponieważ naprawdę trudno zdecydować, który rejon odwiedzić i co zobaczyć. Zanzibar przyciąga orientalną kulturą, wspaniałymi piaszczystymi plażami i świetnie przygotowanymi ośrodkami wypoczynkowymi. Natomiast największą atrakcją kontynentalnej Tanzanii są rezerwaty i parki narodowe, w których możemy podpatrywać dziką afrykańską faunę. W przypadku safari warto wziąć pod uwagę okresy migracji zwierząt. Poza tym trzeba wiedzieć, że na obserwację najlepiej udać się wczesnym świtem lub przed zachodem słońca. W środku dnia drapieżniki odpoczywają, więc najprawdopodobniej spotkamy wówczas jedynie zebry i antylopy, ewentualnie małpy. 

 

KRÓLESTWO PRZYRODY

 

migracja 7

Wielka Migracja, niesamowity spektakl natury

© ROBERT PAWEŁEK/TRAVELCOMPASS.PL

 

W Tanzanii do wyboru mamy różne formy przyrodniczych wypraw. Można zdecydować się na pieszą wycieczkę po rezerwacie w towarzystwie grupy Masajów, typowe safari samochodowe w parku narodowym, a nawet lot balonem. Ta ostatnia propozycja należy do dość drogich (ok. 500 dolarów amerykańskich za osobę), ale zapewnia ekscytujące wrażenia. Startuje się o wschodzie słońca, więc kiedy kosz wzniesie się na odpowiednią wysokość, jest już widno. W dole widać przemieszczające się stada zwierząt, wokół roztaczają się piękne widoki. Na koniec pasażerów czeka wykwintne śniadanie z szampanem pośród sawanny. 

 

W Parku Narodowym Serengeti brak oznak cywilizacji, czas wydaje się stać w miejscu, a telefony komórkowe tracą zasięg. Jeśli mamy szczęście, zauważymy lwa siedzącego majestatycznie na skale, który obserwuje wdzięcznie stąpające żyrafy. Możemy przyjrzeć się krokodylom wygrzewającym się nad brzegiem rzeki lub setkom antylop, zebr, gazeli, bawołów i ptaków. Rano da się natknąć na gepardy przechadzające się dumnie po sawannie lub baraszkujące z młodymi. Park Narodowy Serengeti znajduje się w północno-zachodniej Tanzanii i zajmuje powierzchnię niemal 15 tys. km2 (to więcej niż województwo śląskie). Po drugiej stronie granicy, na terytorium Kenii leży Rezerwat Narodowy Masai Mara. To właśnie tutaj każdego roku, w czerwcu i lipcu, odbywa się wielka migracja zebr, gnu pręgowanych i innych antylop, które w wielkich stadach liczących prawie 2 mln osobników przemieszczają się z południa na północ i zachód. Po drodze pokonują liczne przeszkody, np. rzekę Mara. Podczas jej przekraczania wiele zwierząt ginie, m.in. staje się ofiarami krokodyli nilowych. Za maszerującymi stadami podążają także inne wygłodniałe drapieżniki.

 

Odkąd utworzono Park Narodowy Serengeti, Masajowie nie wypasają już tu swojego bydła. Musieli się przenieść w inne miejsca, ale ich wioski można spotkać np. między kraterem Ngorongoro a oficjalną bramą parkową. Część z nich w ramach opłacanych wizyt przyjmuje turystów, dla których jest to jedyna okazja, żeby zobaczyć masajskie tańce i słynne skoki smukłych wojowników (adumu), zrobić zdjęcia mieszkańcom osady i zajrzeć do chat ulepionych z gliny wymieszanej z krowimi odchodami.

 

To, gdzie zatrzymamy się na nocleg podczas safari, zależy od naszych upodobań i zasobności portfela. Jeśli dysponujemy skromniejszymi funduszami, skorzystajmy z namiotów na kempingach. Pobyt na otwartym terenie na sawannie po zmroku dostarczy nam wielu wrażeń. Nie zdziwmy się, kiedy w nocy usłyszymy w pobliżu drapanie i dochodzące z oddali odgłosy. Kempingi bywają zwykle nieogrodzone i pod obozowiska podchodzą dzikie zwierzęta. Możemy też wybrać luksusową wersję namiotów usytuowanych w ośrodkach typu game resorts. W tym przypadku również będziemy obcować z naturą, ale kompleksy są dobrze strzeżone, a kwatery wyposażono w eleganckie meble i inne akcesoria. Do dyspozycji gości pozostaje obsługa serwująca także drinki i wykwintne posiłki. Jeśli zaś obawiamy się bliskiego kontaktu z dzikimi zwierzętami, mamy do wyboru jeszcze otoczone zielenią ośrodki, w których przedstawicieli afrykańskiej fauny możemy obserwować z bezpiecznej odległości.

 

AFRYKAŃSKA ARKA NOEGO

 

skoki 2

Masajowie skaczący podczas tradycyjnego rytualnego tańca adumu

© ROBERT PAWEŁEK/TRAVELCOMPASS.PL

 

W Obszarze Chronionym Ngorongoro (Ngorongoro Conservation Area), położonym obok Parku Narodowego Serengeti,znajduje się słynny krater Ngorongoro. Wizyta w jego wnętrzu jest obowiązkowym punktem każdego safari organizowanego w północnej Tanzanii. Droga z krawędzi prowadzi w dół na szeroką, jasną równinę. Jeśli uda nam się znaleźć ciche miejsce, łatwo będziemy mogli wyobrazić sobie pierwotną Afrykę. Tutaj też znajduje się wąwóz zwany Olduvai (Oldupai), uznawany za kolebkę ludzkości, ponieważ odkryto w nim szczątki Homo habilis (przodka Homo sapiens) sprzed ok. 1,9 mln lat. Obszar Chroniony Ngorongoro wpisano w 1979 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Sam krater można porównać do arki Noego, a to ze względu na ogromną różnorodność występujących tu zwierząt. Przed udaniem się w dół turyści zwykle nocują na kempingu lub w komfortowych lodżach, z których rozciąga się wspaniały widok na okolicę. Trzeba jednak pamiętać, że krawędź krateru znajduje się na dość dużej wysokości (ponad 2 tys. m. n.p.m.) i w nocy robi się zimno, dlatego należy zabrać ze sobą ciepłe ubrania. Warto poświęcić przynajmniej jeden pełny dzień na zwiedzanie Ngorongoro. Sam zjazd do jego wnętrza (jedną z dwóch dostępnych dróg) jest już fascynujący. W środku leży słone jezioro Magadi (Makat), przy którym zbierają się liczne stada flamingów, oraz kilka obszarów podmokłych i małych zbiorników wodnych. Mokradła Mandusi i źródła Ngoitokitok, prawie zawsze wypełnione wodą, zamieszkują hipopotamy. To odpowiednie okolice do robienia tym olbrzymim ssakom zdjęć z bliższej odległości. Znajdują się tu również miejsca piknikowe i toalety dla turystów. 

 

Dno krateru pokrywa głównie sawanna. Ngorongoro zamieszkują gnu pręgowane, zebry, gazelki masajskie, gazelopki sawannowe, bawoły, sasebi masajskie, elandy i wiele innych roślinożerców. W ich pobliżu krążą hieny cętkowane. Żyrafy i impale z niewyjaśnionych przyczyn nie schodzą do wnętrza krateru. Można natomiast spotkać tu słonie, których populacja liczy ok. 30 osobników. Co ciekawe, są to same samce. Samice i młode unikają tych okolic. Lwy, podobnie jak te na równinie Serengeti, przyzwyczaiły się do obecności ludzi w samochodach, więc nie kryją się przed nimi. Często przydaje się jednak lornetka lub dobry teleobiektyw, żeby móc się im przypatrzeć. Wyjątkowymi mieszkańcami krateru Ngorongoro są zagrożone wyginięciem nosorożce czarne (obecnie żyje tutaj 26 sztuk). 

 

SŁONIE I SZYMPANSY

 

W Tanzanii oprócz położonych na północy i najbardziej znanych Parku Narodowego Serengeti, Parku Narodowego Tarangire, Parku Narodowego Jeziora Manyara czy Parku Narodowego Kilimandżaro oraz Obszaru Chronionego Ngorongoro znajduje się też wiele innych interesujących regionów. Te rzadziej odwiedzane takie jak Park Narodowy Mikumi, Selous Game Reserve, Park Narodowy Ruaha leżą w centrum i na południu kraju. Najłatwiej jest dostać się do północnych parków położonych bliżej Kenii. Bazę wypadową stanowi miasto Arusza, do którego można dojechać autobusem albo dolecieć samolotem z Dar es Salaam i kenijskiej stolicy Nairobi (międzynarodowe lotnisko znajduje się u stóp Kilimandżaro). Na południe Tanzanii dotrzemy drogą lądową z Dar es Salaam. Tu bazą wypadową jest miasto Iringa. W porośniętym wielkimi baobabami, pierwszym pod względem wielkości tanzańskim parku narodowym (o powierzchni ponad 20 tys. km²) – Ruaha zobaczymy m.in. duże stada słoni (żyje ich tu ok. 16 tys.!). Niezapomnianych wrażeń dostarcza obserwowanie tych wielkich ssaków, kiedy kroczą majestatycznie wzdłuż pięknej rzeki Great Ruaha o wschodzie lub zachodzie słońca. Natomiast w parkach położonych w zachodniej części kraju popularnością cieszy się śledzenie szympansów. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż wymaga wspinania się po stromych, błotnistych ścieżkach i przedzierania się przez gęstą roślinność. Jednak w mgnieniu oka zapominamy o trudzie wspinaczki, kiedy uda nam się spotkać te ciekawe człekokształtne małpy. Jednymi z najlepszych miejsc do tropienia szympansów są Park Narodowy Gór Mahale i Park Narodowy Strumienia Gombe. Ten drugi leży na brzegu jeziora Tanganika.

 

DACH AFRYKI I DROGIE KAMIENIE

 

Przy planowaniu podróży do Tanzanii trudno oprzeć się pokusie wspinaczki na najwyższą górę Afryki. Kilimandżaro uchodzi za symbol Afryki Wschodniej. Z najwyższego szczytu masywu (Uhuru) można podziwiać widok na otaczające go równiny. Zdobycie góry jest stosunkowo proste dla wspinaczy, którzy wyposażeni są w dobre buty, dodatkowe ubranie i czekan. Muszą jednak przeznaczyć na tę wyprawę co najmniej 5–6 dni (wraz z zejściem). Zawsze wchodzi się z przewodnikiem, którego należy wcześniej wynająć. Wspinaczka na Kilimandżaro jest podróżą przez różne strefy klimatyczne: subtropikalny górski las, wrzosowiska, skalne pola i wreszcie okolicę pokrytego śniegiem wierzchołka. Ten fakt trzeba uwzględnić przy planowaniu wejścia i odpowiednio rozłożyć siły na stopniową aklimatyzację. Jeśli jednak nie zdecydujemy się na zdobywanie majestatycznego szczytu, możemy inaczej spędzić czas w rejonie masywu. Warto wybrać się na letnie wędrówki po bujnych wiecznie zielonych lasach w niższych partiach Kilimandżaro lub udać się na jeden z wielu punktów z widokiem na ten tzw. Dach Afryki. 

 

Według legendy na początku lat 60. XX w. pewien masajski pasterz imieniem Ali przemierzał wzgórza Mererani (Merelani) w regionie Manyara bezpośrednio po pożarze buszu. Na zwęglonej ziemi dostrzegł niespodziewanie błękitne kryształy. Pozbierał je i udał się z nimi do pobliskiej Aruszy. Tak ponoć zaczęła się kariera niezwykłego minerału – tanzanitu. Dokumenty historyczne wskazują natomiast, że jego szczęśliwym odkrywcą stał się w 1967 r. Manuel d’Souza, krawiec z Aruszy, który był zarazem zapalonym poszukiwaczem drogocennych kamieni. Swoim znaleziskiem wzbudził zainteresowanie jednej z najsłynniejszych firm jubilerskich na świecie – Tiffany & Co.z Nowego Jorku. W tym samym roku rozpoczęła ona kampanię reklamową i wprowadziła kamień na rynek. Naturalny tanzanit ma kolor niebieskofioletowy i jest mniej więcej tysiąc razy rzadszy od diamentu, a przez to dość drogi. Złoża znajdują się w północno-wschodniej Tanzanii. Na skalę przemysłową wydobywa się go w okolicach Mererani, w rejonie Aruszy i Moshi. Poza tanzanitem w kraju występują diamenty, rubiny, szafiry, rodonity, szmaragdy, ametysty, chryzoprazy, granaty, cyrkony, perydoty czy turmaliny.

 

RAJSKA KRAINA

 

Położone na Oceanie Indyjskim wyspy Zanzibar (Unguja), Pemba i Mafia (tworzące archipelag Zanzibar) są idealne na egzotyczny wypoczynek. Ta pierwsza, największa z nich (ok. 1660 km² powierzchni i 900 tys. mieszkańców), przyciąga najwięcej turystów. Leży mniej więcej 30 km od wybrzeża kontynentalnej Tanzanii i jest świetnym miejscem na złapanie oddechu po emocjonującym safari albo męczącej wspinaczce na Kilimandżaro. Do relaksu zachęcają rozległe plaże z białym, miękkim piaskiem, błękitne laguny i okoliczne wysepki odsłaniające się podczas odpływu. Można tutaj całymi dniami nurkować w krystalicznie czystej wodzie o różnych odcieniach niebieskiego pośród dziewiczych raf koralowych. Oprócz idyllicznych krajobrazów, wspaniałej fauny i flory turyści zachwycają się tutejszą bogatą historią i kulturą. Zapuszczają się w klimatyczne kręte uliczki Stone Town w mieście Zanzibar i kosztują dań miejscowej kuchni o wyrazistym smaku, jaki nadają im lokalne przyprawy. Do tego zawsze można liczyć na uśmiech i życzliwość wyspiarzy. Wiele osób przylatuje do Tanzanii właśnie tylko na tę wyspę. Bezpośredni lot np. z Warszawy trwa jedynie 8 godz., a ponieważ różnica względem czasu polskiego wynosi raptem 2 godz., podróżni nie muszą się aklimatyzować. Na archipelagu występuje nieduże zagrożenie malarią, dlatego warto się zabezpieczyć i przed wyjazdem poprosić lekarza o przepisanie leku profilaktycznego, np. Malarone, Lariam lub Doxycyclinum. 

 

COŚ DLA AKTYWNYCH

 

Na Zanzibar można wybrać się przez okrągły rok, chociaż najsuchszy i najatrakcyjniejszy pogodowo okres trwa od czerwca do października. Panuje tutaj klimat zwrotnikowy ze średnią temperaturą wynoszącą od 27 do 29°C. Największe upały (do 40°C) występują między listopadem a marcem, a temperatura wody dochodzi wtedy do 30°C. Przy planowaniu podróży warto uwzględnić dwie pory deszczowe – pierwszą (łagodniejszą) trwającą od października do grudnia i drugą przypadającą na okres od marca do maja.

 

Główną tutejszą atrakcję stanowi uprawianie sportów wodnych, a idealne warunki do tego zaczynają się w czerwcu, kiedy jest nieco chłodniej (ok. 30°C) i wieje południowo-zachodni monsun zwany w języku suahili kusi. Wzdłuż wybrzeża możemy zobaczyć wtedy mnóstwo kitesurferów i żeglarzy. Zapaleni nurkowie przyjeżdżają tu przez cały rok, chociaż podczas opadów znacznie pogarsza się widoczność pod wodą. Wybierają często okolice wysepki Mnemba, leżącej ok. 3 km od północno-wschodnich wybrzeży Zanzibaru i uchodzącej za najciekawsze miejsce do nurkowania. Wielką atrakcję stanowi obserwowanie żółwi morskich (zielonych) i delfinów. W zależności od sezonu można spotkać także humbaki, manty i rekiny wielorybie. 

 

Ciepły i bajecznie kolorowy Ocean Indyjski kusi, ale podczas kąpieli musimy uważać na jadowite stworzenia i silne prądy przy brzegach pojawiające się głównie w trakcie nowiu i pełni. Na rafie, w miejscach, gdzie nie ma piasku, napotkamy również kłujące jeżowce. Niestety, nie działają tu prawie żadne służby ratownicze, więc w razie potrzeby pomocy udzielają jedynie rybacy lub okoliczne profesjonalne bazy nurkowe. 

 

Swój raj na ziemi znaleźli na Zanzibarze nie tylko miłośnicy podwodnych przygód, ale także amatorzy wędkarstwa sportowego. Dużą popularnością cieszą się wśród nich jednodniowe polowania na tuńczyki, marliny lub barakudy. Ci, którzy wolą spokojniejszy wypoczynek, mogą wybrać się na przejażdżkę rowerem po malowniczej okolicy albo zagrać w siatkówkę plażową. Warto też odwiedzić sąsiednią wysepkę Changuu (Prison Island) z żółwiami olbrzymimi przywiezionymi specjalnie z Seszeli.

 

WAKACJE DLA KAŻDEGO

 

Na Zanzibarze każdy znajdzie z pewnością coś dla siebie. Osoby lubiące luksusowe warunki mogą zatrzymać się w jednych z najlepszych ośrodków wypoczynkowych w Afryce Wschodniej. Tego typu zanzibarskie hotele oferują swoim gościom wszystko, co sprawia, że pobyt na wyspie będzie niezapomniany: doskonale wyposażone i niezmiernie klimatyczne pokoje lub apartamenty, prywatne plaże z białym piaskiem oblewane ciepłą, czystą wodą o cudownych odcieniach błękitu, aromatyczne i urozmaicone potrawy, przyjazną i uśmiechniętą obsługę. Znajduje się w nich zwykle kilka barów, restauracji, basenów, centrów spa i fitness położonych pośród pięknych ogrodów. Takie kompleksy mają także bogaty program zajęć animacyjnych i wycieczek fakultatywnych. Sporym zainteresowaniem cieszą się kameralne ośrodki typu all inclusive. Przykładowo The Palms Zanzibar oferuje tylko sześć przestronnych, świetnie wyposażonych willi z prywatnym basenem i tarasem z widokiem na Ocean Indyjski, oczywiście, w odpowiednio wysokiej cenie.

 

Szerokie, śnieżnobiałe plaże w północno-wschodniej i południowo-wschodniej części wyspy ciągną się na całej długości wybrzeża. Są znakomicie zagospodarowane, osłonięte palmami i sąsiadują z miejscami do nurkowania. Dosyć blisko brzegu leży też ogromna rafa koralowa. Większość tutejszych hoteli dysponuje własnym zapleczem ze sprzętem do sportów wodnych. W północnej części Zanzibaru rozrzucone przy brzegu skały tworzą przepiękne kameralne zatoczki. W położonych tu malowniczych wioskach Nungwi i Kendwa miejscowych wciąż jest więcej niż turystów. Jednak szybki rozwój infrastruktury hotelowej i gastronomicznej powoli to zmienia. Dyskoteki na plaży przypominają te z innych cieplejszych rejonów świata. Dodatkową atrakcją imprez w Nungwi są przepiękne zachody słońca, z których to miejsce słynie. Jeśli nie zdążyliśmy kupić pamiątek w kontynentalnej części Tanzanii, na wybrzeżu Ungui z pewnością napotkamy grupki Masajów oferujących swój towar.

 

Jeżeli chcemy jednak poznać prawdziwe oblicze Zanzibaru, powinniśmy wybrać południowy i południowo-wschodni jego rejon, słabiej rozwinięty turystycznie, z uroczymi zatoczkami, wysepkami i rafami. W cichszych miejscowościach takich jak Bwejuu lub Jambiani przekonamy się, jak wygląda dzień w wyspiarskiej osadzie. Warto tu wyruszyć na dłuższy spacer i przyjrzeć się codziennemu życiu lokalnej społeczności. Ludzie mieszkający poza miastami zajmują się uprawą roli i rybołówstwem. Na plażach uwagę zwracają charakterystyczne długie łodzie rybackie z bocznymi pływakami (ngalawa), przy których można spotkać pracujących rybaków. Kiedy z nieba leje się żar i jest tak gorąco, że najchętniej nie wychodzilibyśmy z cienia, przy brzegu widać pracujące kobiety. Zbierają algi podczas odpływu. W okolicach Kizimkazi największą atrakcję stanowi pływanie z delfinami butlonosymi. Mieszkańcom wioski obsługa chętnych na tego typu rozrywkę przynosi całkiem spore dochody. 

 

WYJĄTKOWE MIASTO

 

Na wyspie warto odwiedzić też stolicę całego regionu – Zanzibar (Zanzibar City lub Zanzibar Town). Najstarsza i najbardziej fascynująca jego część, czyli Stone Town (Kamienne Miasto), jest pełna niespodzianek. W 2000 r. znalazła się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Łatwo stracić orientację w labiryncie uliczek Kamiennego Miasta – choć mają one swoje nazwy, nikt ich zwykle nie używa. Stone Town jest jednak małe i bezpieczne, a jeśli się w nim zgubimy, to tylko pomoże nam w zwiedzaniu. Mieszkańcy są bardzo życzliwi, więc można prosić o pomoc tyle razy, ile tego potrzebujemy. W końcu i tak trafimy na nabrzeże. Warto pobłądzić między starymi, wysokimi budynkami o pokrytych wapnem i piaskiem, popękanych ścianach, do których doczepiono efektownie rzeźbione balkony, zajrzeć do zakurzonych i pachnących goździkami sklepów z pamiątkami, obserwować, jak mężczyźni ubrani w tradycyjne białe szaty o nazwie kanzu ciągną wózki pełne owoców i warzyw, grają w szachy lub medytują nad sensem życia w cieniu misternie zdobionych drewnianych drzwi. Kobiety z dłońmi udekorowanymi skomplikowanymi wzorami z henny, odziane w buibui (tradycyjny muzułmański czarny strój zakrywający całe ciało), przechadzają się bezszelestnie obok bawiących się dzieci. Tutejsza atmosfera szybko udziela się zwiedzającym. Wycieczkę najlepiej zakończyć kolacją złożoną z krabów i świeżo złowionych ryb podawanych z kokosowym ryżem, którą spożyjemy, siedząc boso na perskich dywanach i poduszkach w jednej z lokalnych restauracji. W oddali, z wież meczetów usłyszymy muezinów wzywających wiernych do modlitwy. W przeciwieństwie do Tanzanii, w której żyją wyznawcy różnych religii, Zanzibar, przez wieki należący do Sułtanatu Omanu, zamieszkują głównie muzułmanie.

 

SPOSÓB NA ZWIEDZANIE

 

STONE TOWN ULICZKI

W Kamiennym Mieście 5 września 1946 r. przyszedł na świat Freddie Mercury

© MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA

 

W Kamiennym Mieście można nocować w luksusowych, odrestaurowanych XIX-wiecznych rezydencjach lub skromnych pensjonatach. Zwiedzanie natomiast warto rozpocząć od Old Dhow Harbour – Starego Portu Dhow, gdzie cumuje kilkadziesiąt tradycyjnych łodzi dau (dhow) o dziobach z napisami w języku arabskim albo suahili. Każda z nich to niezmieniona od setek lat drewniana konstrukcja wyposażona w jeden krótki maszt, na który podczas rejsu wciąga się trójkątny żagiel przywiązany do dużego drzewca. Jeśli wejdziemy na pokład takiej łodzi i zajrzymy do jej ciemnych ładowni, na myśl może nam przyjść niechlubna historia Zanzibaru. Przez długie lata był on jednym z głównych centrów handlu niewolnikami.

 

Poza tym warto zobaczyć XIX-wieczny Dom Cudów (House of Wonders) lub Stary Fort (Ngome Kongwe) o masywnych murach z końca XVII stulecia. Oba te niezmiernie interesujące zabytki znajdują się nieopodal nocnego targu z jedzeniem w Ogrodach Forodhani. Wiele osób raczy się w nich niedrogimi ulicznymi specjałami. W przeciwieństwie do innych afrykańskich rejonów, gdzie złe warunki sanitarne i wznoszący się kurz nie zachęcają do kupowania przekąsek na świeżym powietrzu, tutaj możemy bez obaw nasycić nie tylko oczy, ale też nasze żołądki. Po zmroku sprzedawcy rozstawiają stoły i rozpalają grille, na których szykują szaszłyki z wielkich ryb, krewetek i innych owoców morza. Zapach egzotycznych potraw jest tak intensywny, że roznosi się po całej okolicy i kusi przechodniów.

 

ZANZIBARSKA KARTA DAŃ 

 

Wielbiciele owoców morza na Zanzibarze poczują się jak w kulinarnym raju. Świeżo złowione homary, krewetki, kraby, kałamarnice i ryby podawane są zwykle w korzennych sosach z dodatkiem ryżu kokosowego. Na posiłek możemy wybrać się np. do eleganckiej restauracji o nazwie Tower Top Restaurant położonej w pobliżu Zanzibar Palace Hotelu. Osoby preferujące mniej wyszukane miejsca powinny spróbować potraw na wspomnianych straganach w Ogrodach Forodhani. 

 

Na wyspie trzeba również zwiedzić plantacje przypraw, które rozsławiły ją na cały świat. Po wyjechaniu za Kamienne Miasto mijamy gęste skupiska palm kokosowych. Po goździkach właśnie kokosy są najczęściej uprawiane na Zanzibarze. Mleko kokosowe jest tutaj powszechnie dodawane do wszelkich dań, natomiast z wysuszonego miąższu wytłacza się olej. Na plantacji mamy okazję dotknąć, powąchać i spróbować świeżych przypraw. Podobno jaskrawożółtą kurkumą miejscowe kobiety smarują sobie twarze, żeby były świeże i ładne. Jeśli ktoś zna tylko wysuszone i zapakowane produkty, oglądanie na własne oczy, jak rośnie wanilia, muszkatołowiec, kardamon, pieprz, imbir, cynamonowiec i – oczywiście – goździkowiec korzenny będzie niezapomnianym doświadczeniem.

 

W ZGODZIE Z NATURĄ

 

ZN 07 - Zanzibar Serena Inn Dhow in Sea

Panorama urokliwego Stone Town widziana od strony Oceanu Indyjskiego

© SERENA HOTELS

 

Na Zanzibarze nie ma lwów, słoni, żyraf ani większości dzikich zwierząt, z których słynie kontynentalna Tanzania. Lokalna fauna nie jest jednak uboga. Ogromne bogactwo przyrody kryje się przede wszystkim w wodach Oceanu Indyjskiego. W głębi lądu w regionie Jozani Forest (należącym do Parku Narodowego Jozani Chwaka Bay o powierzchni 50 km²) spotkamy m.in. zagrożoną wyginięciem zanzibarską gerezę rudą, nazywaną w języku suahili kima punju („trującą małpą”) ze względu na wydzielany przez nią silny zapach. Na wyspie żyją także mangusty, koczkodany, galago i liczne gekony. Trzeba mieć bardzo dużo szczęścia (lub pecha), żeby natknąć się na pytona lub mambę czarną. Występujące tu niewielkie antylopy mają płochliwy charakter i prowadzą nocny tryb życia. W okolicy osad ludzkich możemy napotkać sympatyczne małpiatki. Ich zainteresowanie wzbudza wino palmowe (lokalnie pędzony alkohol, nazywany tu pómbe), które fermentuje w zbiornikach zawieszanych na drzewach.

 

Puste i niemal dzikie plaże znajdziemy na pobliskiej Pembie. Jest mniejsza od Zanzibaru (ma ponad 980 km² powierzchni i prawie 450 tys. mieszkańców), ale w jej okolicy panują świetne warunki do nurkowania. Ląd porasta bardziej dziewicza i bujniejsza roślinność. W Rezerwacie Lasu Ngezi (Ngezi Forest Reserve) zachował się ostatni fragment pierwotnego lasu, który kiedyś był charakterystyczny dla tej wyspy. Pemba uchodzi też za centrum tradycyjnej medycyny i czarnej magii, a tutejsza ludność jest trochę mniej otwarta na gości. 

 

Jeśli ktoś ma trochę więcej czasu, powinien odwiedzić również i Mafię – pobliski nieduży archipelag z kilkunastoma koralowymi wysepkami (zajmujący łącznie powierzchnię 435 km² i zamieszkany przez ok. 50 tys. osób). Charakteryzuje się on podobną fauną i florą jak reszta regionu. Osobliwością głównej wyspy jest jezioro zamieszkane przez niewielką populację hipopotamów karłowatych, które najpewniej znalazły na niej schronienie po tym, jak w trakcie powodzi na rzece Rufidżi zostały porwane przez ocean. Ten archipelag leżący z dala od głównych szlaków turystycznych stanowi idealne miejsce dla podróżników szukających bezludnych plaż i dobrych warunków do uprawiania wędkarstwa sportowego lub nurkowania. 

 

W Tanzanii i na Zanzibarze przeżyjemy wspaniałe przygody, dokonamy zaskakujących odkryć i doświadczymy niezapomnianych emocji. Kto choć raz odwiedzi ten urokliwy zakątek Afryki Wschodniej, chce już stale do niego wracać. 

Artykuły wybrane losowo

Połączenia promowe na Wyspy Toskańskie

Najpopularniejszym sposobem dotarcia na położone między kontynentalnymi Włochami a francuską Korsyką Wyspy Toskańskie jest podróż promem. Większość statków wyrusza z portu w Piombino w prowincji Livorno. Od głównej wyspy archipelagu, Elby, oddziela tę miejscowość jedynie kanał Piombino. Promy zawijają przede wszystkim do Portoferraio. Niektóre z nich kursują również do Cavo i Rio Mariny (oba miasteczka leżą na wschodnim wybrzeżu wyspy). Połączenia obsługują BluNavy (www.blunavytraghetti.com), Corsica Ferries – Sardinia Ferries (www.corsica-ferries.co.uk), Moby Lines (www.mobylines.com) i Toremar (armator należący od 2011 r. do grupy Moby Lines; www.toremar.it).

Więcej…

KOSTARYKA – LATYNOSKA OAZA SZCZĘŚCIA

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Niewielka Kostaryka zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych krajów Ameryki Centralnej. Nie znajdziemy tu dawnych miast prekolumbijskich cywilizacji, barwnych grup etnicznych czy uroczych, kolonialnych miasteczek. Największym jej bogactwem jest dziewicza natura: gęste lasy tropikalne, piękne plaże ciągnące się kilometrami, majestatyczne wulkany i krystalicznie czyste wodospady oraz niezwykła różnorodność flory i fauny. Na powierzchni sześć razy mniejszej niż terytorium Polski występuje ponad 500 tys. gatunków roślin i zwierząt, z czego aż 10 proc. to endemity. Powyżej 25 proc. obszaru państwa stanowią tereny objęte ochroną – należą do parków narodowych i rezerwatów. Kostaryka jest prawdziwym rajem dla miłośników przyrody. >>

 

Park Narodowy Manuel Antonio na pacyficznym wybrzeżu kraju, koło miasta Quepos

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Nazwa kraju w języku hiszpańskim – Costa Rica – oznacza Bogate Wybrzeże. Wymyślił ją podobno sam Krzysztof Kolumb, który jako pierwszy Europejczyk dotarł tu we wrześniu 1502 r. Na widok złotych ozdób miejscowej ludności zaświeciły mu się oczy. Był przekonany, że znajdzie w tych stronach niemałe pokłady tego drogocennego kruszcu. Poszukiwania nie przyniosły jednak oczekiwanego rezultatu. Dodatkowo utrudniała je dzika roślinność karaibskiego wybrzeża. Zainteresowanie kolonizatorów tym trudnym i niedostępnym terenem osłabło.

Obecnie Kostaryka jest jednym z najlepiej rozwiniętych państw regionu. Jej mieszkańcy, którzy sami mówią na siebie ticos i ticas, według wielu rankingów (takich jak np. Happy Planet Index) są najszczęśliwszym narodem świata. Do tego na tle burzliwej przeszłości, problemów politycznych i społecznych swoich sąsiadów kraj ten wydaje się prawdziwą oazą pokoju i spokoju. W grudniu 1948 r. w Kostaryce została rozwiązana armia. Ówczesne władze zadecydowały, że zamiast w wojsko wolą zainwestować w edukację i opiekę medyczną. Dzięki temu dziś wskaźnik analfabetyzmu w kraju jest bardzo niski. Nie znaczy to jednak, że Kostaryka nie boryka się z żadnymi problemami. Gołym okiem widać ogromne dysproporcje społeczne, a niemal jedna piąta ludności żyje w ubóstwie.

 

EKOLOGICZNY PRYMUS

Przekraczając granicę Nikaragui z Kostaryką, byliśmy do nowego kraju nastawieni dość sceptycznie. Trochę przerażały nas historie o wysokich cenach, tłumach amerykańskich turystów i komercji. Naszym pierwszym przystankiem stało się wybrzeże prowincji Guanacaste. To jeden z najbardziej suchych regionów w Kostaryce, a my czuliśmy się spragnieni tej bujnej, tropikalnej zieleni, którą kojarzyliśmy ze zdjęć. Plaże w Nikaragui wcale nie wyglądały gorzej, a przynajmniej ludzi było mniej – komentowaliśmy, mijając kolejne hotele i restauracje. Trafiliśmy akurat na weekend i iście piknikową atmosferę. Spotykaliśmy liczne rodziny i grupy przyjaciół, wokół roznosił się zapach grillowanego mięsa.

Pomimo sporej liczby ludzi kostarykańskie plaże są zaskakująco czyste. Wszyscy sprzątają po sobie, a śmieci lądują na swoim miejscu – w koszu. Wyjątkowo spokojna woda Pacyfiku jest przyjemnie ciepła i ma piękny, turkusowoszmaragdowy kolor. Pierwszy raz czuliśmy, że coś w nas mięknie i nie możemy przestać się uśmiechać. W trakcie naszej długiej podróży po Ameryce Centralnej widzieliśmy wiele pięknych miejsc. Często jednak nie byliśmy w stanie do końca się nimi cieszyć, bo całą radość psuły nam sterty papierków, plastikowe woreczki i butelki. W Kostaryce na szczęście jest inaczej.

Większość mieszkańców kraju naprawdę dba o przyrodę. Kolejne rządy bardzo angażują się w działalność na rzecz ekologii. Dzięki dużym opadom deszczu i aktywności geotermalnej Kostaryka jest pionierem na skalę światową, jeśli chodzi o wykorzystanie alternatywnych źródeł energii. Obecnie stawia sobie za cel osiągnięcie neutralności pod względem emisji dwutlenku węgla oraz całkowitą eliminację plastikowych produktów jednorazowego użytku, takich jak reklamówki, butelki, słomki itp. Te zadania kraj chce spełnić do 2021 r.

 

„PURA VIDA”

Kiedy pytamy miejscowych, jak dojechać na kolejną plażę, tłumaczą nam cierpliwie kolejne odcinki trasy. Na nasze podziękowania uśmiechają się od ucha do ucha i odpowiadają zgodnym chórem: Pura vida!. To samo słyszymy od kobiety, od której kupujemy przy drodze banany i ananasa. Tak witają nas też inni plażowicze, gdy rozkładamy się koło nich z naszym dobytkiem.

W dosłownym tłumaczeniu wyrażenie to znaczy „czyste życie”. Służy jako pozdrowienie, podziękowanie, odpowiedź na pytanie Co słychać?. Jest idealne na niemal każdą okazję i zawsze wyratuje nas w sytuacji, gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Wcześniej wydawało nam się, że to nic innego jak reklamowe hasło mające przyciągnąć i zaintrygować turystów. Nic bardziej mylnego! Dla ticos i ticas oznacza zdecydowanie coś więcej. To piękna filozofia życia wyrażająca radość, poszanowanie dla natury i bliskich. Ludzie tutaj dbają o swoje dobre samopoczucie, unikają konfliktów i nie tworzą sztucznych problemów. Czym można się martwić, skoro wokół jest tak pięknie?

 

NA TROPIE LENIWCA

Po kilku dniach na wybrzeżu stwierdzamy, że plażowania mamy dość i ruszamy w stronę słynnego Rezerwatu Lasu Mglistego Monteverde (Reserva Biológica Bosque Nuboso Monteverde). Po dwóch godzinach jazdy zarówno krajobraz, jak i pogoda zmieniają się diametralnie. Droga wije się wśród zielonych gór (Sierra de Tilarán). W pewnym momencie asfalt się kończy i dalej jedziemy już wąską szutrówką. Robi się znacznie chłodniej, a niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami. Roślinność staje się coraz gęstsza, coraz bardziej onieśmielająca.

Na miejsce dojeżdżamy już po zmroku. Okolice Monteverde to prawdziwe zagłębie turystyczne. Poza spacerem po słynnym mglistym lesie można tu wybrać się do ranarium (parku żab) lub mariposarium (motylarni) czy odwiedzić plantację kawy. Nie brakuje też atrakcji dla osób szukających mocniejszych wrażeń: wiszące mosty, zjazd na linie między koronami drzew. Zatrzymujemy się na spokojnym polu namiotowym przy pięknej polance. Jego właściciel namawia nas na nocne poszukiwania leniwców. Chwilę się zastanawiamy, ale jesteśmy zmęczeni po podróży i trochę odstrasza nas deszcz. Kiedy godzinę później widzimy grupę liczącą ponad 20 osób, nie żałujemy, że się nie zdecydowaliśmy. Znajdziemy leniwca sami.

Rano przy naszym obozowisku buszuje aguti. To całkiem spory gryzoń o złocistorudej sierści, charakterystyczny dla tropikalnych lasów Ameryki Środkowej i Południowej. Kiedy zdaje sobie sprawę z naszej obecności, od razu ucieka. Uznajemy to jednak za dobry znak i tuż po śniadaniu ruszamy wytropić leniwca. Nie jest to takie proste zadanie. Zwierzęta te prowadzą nocny tryb życia, a w ciągu dnia większość czasu śpią gdzieś wysoko w koronie drzew. Ich nazwa nie wzięła się znikąd. Leniwce poruszają się niespiesznie, wolno jedzą i trawią, a na ziemie schodzą jedynie raz w tygodniu, aby się wypróżnić.

Zadzieramy wysoko głowy i szukamy włochatej kuli między gałęziami. Kilka razy wydaje nam się, że już go mamy. Po bliższym przyjrzeniu się zauważamy jednak, że to jedynie guzy na pniu drzewa. Nie poddajemy się. Spacer po lesie okazuje się prawdziwą przyjemnością. Po wczorajszym deszczu wciąż jest bardzo wilgotno, a lekka mgła otula wierzchołki drzew. Gęsta roślinność plącze się wokół nas i tworzy swoisty labirynt. Przyglądamy się konarom porośniętym mchem i ogromnym paprociom. W pewnym momencie dociera do nas charakterystyczne stukanie. Tuż obok dostrzegamy dzięcioła. Znów rozglądamy się wokół i nagle… jest! Tym razem nie ma mowy o pomyłce. Widzimy delikatny ruch łapy i zarys pazurów. Robimy zdjęcia i dla pewności powiększamy obraz na ekranie aparatu. Wszystko się zgadza, pierwszy leniwiec upolowany.

 

Samica leniwca z młodym w tropikalnym lesie w okolicach miasteczka La Fortuna

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŻYCIE W CIENIU WULKANU

Naszym kolejnym przystankiem jest jezioro Arenal, nad którym góruje imponujący wulkan o tej samej nazwie (1670 m n.p.m.). Przez setki lat nie wykazywał żadnej aktywności. Mieszkańcy nie traktowali go jako zagrożenie. Zaczęli wręcz o nim mówić jak o zwykłym górskim szczycie wyrastającym z tropikalnego lasu deszczowego. W lipcu 1968 r. zupełnie niespodziewanie olbrzym obudził się w sposób nagły i gwałtowny. Erupcje trwały kilka dni, a wulkan wypluwał w szale dym, lawę, kamienie i popiół. Trzy niewielkie wioski – Tabacón, Pueblo Nuevo i San Luís – zostały zmiecione z powierzchni ziemi, 87 osób zginęło.

Przez 42 lata Arenal był jednym z najbardziej aktywnych wulkanów świata i stał się wizytówką Kostaryki. Tłumy turystów przyjeżdżały do miasteczka La Fortuna, żeby obserwować jego napady złości. Nieoczekiwanie osiem lat temu uspokoił się. Wciąż zdarza mu się groźnie zabulgotać lub wyrzucić kolumnę popiołu, ale już nie w tak spektakularny sposób jak wcześniej. Arenal nadal przyciąga jednak przyjezdnych jak magnes. Wulkaniczna magma podgrzewa wodę w gorących źródłach, bardzo licznych w tej okolicy. Najpiękniejsze z nich należą do Tabacón Thermal Resort & Spa. Można tu znaleźć urocze kaskady i naturalne baseny otoczone tropikalną roślinnością. Właściciele chwalą się, że jako jedyni nie ingerują w działania przyrody. Odpoczynek w tych niecodziennych okolicznościach i luksusowych warunkach ma dość wygórowaną cenę. Na szczęście w pobliżu znajdują się gorące źródła na każdą kieszeń, nawet darmowe.

Kostaryka należy do światowych liderów ekoturystyki. Powstaje tutaj wiele obiektów, które za cel stawiają sobie harmonijne współistnienie z naturą. Jednym z nich jest Finca Luna Nueva Lodge. Można go określić jako hotel w sercu lasu deszczowego, ale to coś znacznie więcej. Nad krzewami otaczającymi ścieżkę unoszą się kolorowe kolibry. Przy basenie tukany skubią owoce palm. Największą gwiazdą jest tu jednak kilkutygodniowy leniwiec, który wczepiony w mamę nieśmiało spogląda na świat. Niedługo matka będzie musiała go opuścić – tłumaczy nam Alberto, prawdziwy pasjonat przyrody. Wybierze mu najbezpieczniejsze miejsce z najlepszym dostępem do pożywienia i zostawi go, żeby nauczył się samodzielności. To będzie dla niego szok. Porzucony maluch zaczyna wtedy rozpaczać i płakać. Brzmi to niemal jak płacz dziecka. Często ludzie znajdują takie leniwce, litują się nad nimi i zabierają do różnych ośrodków dla zwierząt, a tak naprawdę właśnie w ten sposób mogą im zaszkodzić.

Alberto pokazuje nam sporą część farmy. To tutaj uprawia się niemal wszystko, co można znaleźć na talerzu w hotelowej restauracji. Zaczęło się od imbiru i kurkumy. Obecnie na farmie są uprawy egzotycznych owoców, warzyw, ziół i przypraw. Nasz przewodnik odkrywa przed nami fascynujący świat roślin. Daje nam do spróbowania różnego rodzaju liście. Niektóre z nich wykorzystuje się w medycynie, inne podaje wojownikom przed walką, jeszcze inne mogą pomóc wyeliminować wroga. W zasadzie mam tutaj pod ręką wszystko, czego potrzebuję – śmieje się Alberto.

 

AROMATYCZNE ZIARNO ZŁOTA

Podczas pobytu w okolicach San José, Cartago czy Alajueli grzechem byłoby nie odwiedzić jednej z licznych plantacji kawy. Obszar kotliny Meseta Central (Valle Central) charakteryzuje się żyzną, wulkaniczną glebą. Panują tu idealne warunki do uprawy kawowca. Kawa odegrała bardzo ważną rolę w historii Kostaryki i wciąż ma duże znaczenie dla gospodarki tego kraju. Często nazywana jest grano de oro, co znaczy „ziarno złota”. Przywieziono ją ok. 1776–1779 r. z Jamajki. Jej uprawa szybko stała się głównym źródłem dochodów miejscowych, a sam produkt został ważniejszym towarem eksportowym niż cukier, tytoń i kakao. Początkowo kostarykańska kawa była eksportowana do Chile, skąd wysyłano ją do Wielkiej Brytanii jako pochodzącą z Valparaíso (Café Chileno de Valparaíso). Kiedy Anglicy odkryli źródło pochodzenia produktu, postanowili zainwestować w Kostaryce. Rozwój przemysłu kawowego pozwolił na modernizację kraju. Powstały pierwsze linie kolejowe, a San José stało się drugim po Nowym Jorku miastem Ameryk z publicznym oświetleniem elektrycznym.

Kostarykańska kawa uchodzi za jedną z najlepszych na świecie. Jedyna dopuszczalna w uprawie odmiana to arabica. Popularna w Brazylii robusta jest wręcz zakazana. W kraju działa Instytut Kawy (ICAFE – Instituto del Café de Costa Rica), który wyznacza najwyższe standardy jakości i kontroluje, czy zostają spełnione. Mamy tutaj idealne warunki glebowe i klimatyczne do uprawy kawowca – opowiada nam Alejandro, nasz przewodnik na plantacji Espíritu Santo w prowincji Alajuela. Plantacje w Kostaryce są zdecydowanie mniejsze niż te w Brazylii. To raczej niewielkie, rodzinne biznesy. Priorytet stanowi dla nas jakość. Z tego powodu najważniejszym etapem jest selekcja odpowiednich ziaren. Owoce dojrzewają w różnym tempie, dlatego nie używamy żadnych maszyn, wszystko zbiera się ręcznie. Pokazuje nam tradycyjny kosz, z którego korzystają pracownicy. Jest całkiem spory i pojemny. Stawka za pełny kosz owoców to 2 dolary amerykańskie. Większość pracowników plantacji pochodzi z sąsiedniej Nikaragui i przyjeżdża tu jedynie na czas zbiorów.

 

Śniadanie z ryżem z czarną fasolą (gallo pinto), jajecznicą, platanami i owocami

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

GANGI SZOPÓW NA PLAŻY

Choć Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio) to jeden z najmniejszych parków narodowych w Kostaryce, obecnie bije rekordy popularności. Trudno się temu dziwić. Malownicze położenie, złote plaże na skraju tropikalnego lasu, liczne trasy spacerowe oraz duża liczba zwierząt przyciągają turystów. Znajomi radzą nam odwiedzić park w tygodniu i zjawić się w nim jak najwcześniej. Mimo iż jesteśmy przed bramą o 7.30, na miejscu spotykamy już kilka grup. Niektórym towarzyszy przewodnik, kroczący na przedzie ze sporym teleskopem i wypatrujący mieszkańców lasu.

Szybko wymijamy innych i schodzimy w stronę plaży. Na niej harcują już kapucynki czarno-białe – jeden z czterech gatunków małp występujących w Kostaryce. Mają czarne futro, jedynie na twarzy i w okolicy ramion sierść jest biała. Są bardzo energiczne i szybko się przemieszczają. Na piasku wygrzewają się w słońcu pokaźnych rozmiarów iguany. Po krótkim odpoczynku na plaży decydujemy się przejść na punkty widokowe. Kilkaset metrów dalej, pod drzewami, zauważamy dość duże zgromadzenie. Gałęzie okupują niewielkie, urocze sajmiri rdzawogrzbiete. Zgrabnie przeskakują ponad głowami turystów, którzy próbują uwiecznić ich wyczyny.

Ścieżka zaczyna piąć się w górę. Jest gorąco, słońce świeci bardzo intensywnie. Na szczęście wysokie drzewa dają nam sporo cienia. Wchłaniamy zapachy i odgłosy lasu. Nad nami krążą różne gatunki ptaków, a co jakiś czas słyszymy w liściach szuranie aguti. Gdzieś z oddali dobiega głośne wołanie wyjców. Docieramy na punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama wybrzeża. Turkusowa woda lśni w popołudniowym słońcu. Piaszczyste plaże wyłaniają się spomiędzy zielonych wzgórz porośniętych gęstym lasem. Siadamy na ławce i rozkoszujemy się tym widokiem.

Kiedy wracamy na główną plażę w porze lunchu, jest na niej już całkiem duży tłok. Plażowicze odpoczywają, cieszą się słońcem i ciepłą wodą Pacyfiku. Niektórzy z tej błogości przysypiają. Właśnie na taki moment czekają szopy. Pojawiają się w niewielkich grupach i podkradają do plecaków czy toreb wypełnionych przysmakami. Wykorzystują chwilę nieuwagi, żeby uciec z cennym łupem. Co kilka minut słychać głośne okrzyki i można zobaczyć komiczny pościg za rabusiem. Szopy nic sobie z tego nie robią i po krótkiej przerwie próbują szczęścia ponownie.

 

PÓŁWYSEP OSA

Po kilku tygodniach spędzonych w Kostaryce mieliśmy wrażenie, że zobaczyliśmy już naprawdę wiele i mało rzeczy jest nas w stanie zaskoczyć. Jednak kiedy dojechaliśmy na półwysep Osa, zmieniliśmy zdanie. Według towarzystwa geograficznego National Geographic Society to jedno z miejsc o największej biologicznej różnorodności na świecie.

Głównym miastem jest tu niewielkie Puerto Jiménez. Zatrzymujemy się na przyjemnym kempingu nieopodal siedliska krokodyli. Jego właściciel, Adonis, wita nas szerokim uśmiechem. Naprawdę jesteście z Polski? – dopytuje z niedowierzaniem. A wiecie, że jeden z naszych prezydentów miał polskie korzenie? Rzeczywiście, Teodoro Picado Michalski (1900–1960) rządził tym pięknym krajem Ameryki Centralnej od 1944 do 1948 r. Jego matka, Jadwiga Michalska, pochodziła z Radomska i była prawdopodobnie pierwszą kobietą lekarzem w Kostaryce.

Chociaż nasz kemping znajduje się przy pasie startowym niewielkiego lotniska, czujemy się trochę jak w zoo. Nad głowami latają nam przepiękne, czerwone ary, po trawie leniwie kroczą iguany, kolorowe tukany przysiadają się poskubać bananowce, a wieczorem tuż koło nas przechodzi mrówkojad. Rano Adonis zaprasza nas na wspólne śniadanie. Główną pozycją w menu jest – oczywiście – gallo pinto (gallopinto), w dosłownym tłumaczeniu „malowany kogut”. To mieszanka ryżu z czarną fasolą, kawałkami cebuli i pomidora, doprawiona kolendrą. Do tego dostajemy jajka, tortille, smażone platany i sporo świeżych owoców.

Po posiłku ruszamy w stronę Carate – bramy Parku Narodowego Corcovado i miejsca, które kilkadziesiąt lat temu opanowała prawdziwa gorączka złota. Trasa ma zaledwie 40 km, prowadzi jednak po nierównej, szutrowej drodze. Kilka razy trzeba też przekroczyć rzekę. Na szczęście podróżujemy w porze suchej i nie sprawia to nam żadnego problemu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy pięknej plaży Matapalo na krótką kąpiel i przyglądamy się wyczynom surferów.

Półwysep Osa to jedno z takich miejsc, gdzie człowiek odkrywa na nowo potęgę natury. Gdy spacerujemy po prastarym lesie deszczowym, w którym bujna roślinność wypełnia szczelnie niemal każdy centymetr przestrzeni aż po brzeg Pacyfiku, znów mamy w sobie ciekawość dziecka. Czujemy, że znaleźliśmy się w odległej i trudno dostępnej okolicy, gdzie nie można polegać na oklepanych schematach. Otaczająca nas przyroda jest fascynująca. Chłoniemy dziesiątki nieznanych dźwięków. Z podziwem patrzymy na ogromne drzewa o potężnych korzeniach. Między kolorowymi kwiatami lśnią niebieskie skrzydła motyla z rodzaju Morpho. Jak zahipnotyzowani patrzymy na jego lot. Nad głowami przeskakują nam czepiaki czarnorękie. Są niezwykle zwinne. Przyglądają się nam nieufnie i rzucają w nas patykami. Pokazują, że wprosiliśmy się na ich terytorium.

Otoczona tropikalną roślinnością wulkaniczna plaża Carate ciągnie się kilometrami. To właśnie tutaj bierzemy udział w niezwykłym wydarzeniu: pierwszym marszu małych żółwi do oceanu. Jak tłumaczy nam José z organizacji COTORCO (Conservación de Tortugas Marinas de Corcovado-Carate), te zwierzęta na całym świecie zagrożone są wyginięciem. A najbardziej niebezpieczny jest dla nich człowiek – mówi. Żółwie zaplątują się w sieci rybackie, połykają śmieci, które mylą z pożywieniem. Wciąż jeszcze wiele osób próbuje wykraść żółwie jaja. Niektórzy uważają je za afrodyzjak i można na nich zarobić. Właśnie dlatego patrolujemy plaże, zbieramy jaja i przenosimy je do naszych inkubatorów.

Na plaży zgromadziło się kilkanaście osób. José ostrzega nas, że nie możemy żółwi dotykać i musimy trzymać się w bezpiecznej odległości, aby przypadkiem na nie nie nadepnąć. Ostrożnie kładzie zwierzęta na piasku. Niektóre są niezmiernie energiczne i niemal pędzą do wody. Inne wydają się zdezorientowane, ruszają się bardzo wolno i niepewnie. Patrzymy, jak kolejne fale zabierają ze sobą małe stworzenia. Mija pół godziny i zostajemy na plaży sami. Niestety, szanse na przeżycie mają tylko nieliczne żółwie, udaje się to jedynie jednemu osobnikowi na tysiąc. Te, które przetrwają, wrócą na tę samą plażę za 20 lat, żeby złożyć jaja. Trafiają podobno bezbłędnie, jakby posługiwały się wbudowanym urządzeniem GPS.

 

Drewniana kładka w Parku Narodowym Cahuita

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Naszą przygodę z Kostaryką chcemy zakończyć na karaibskim wybrzeżu. Aby się na nie dostać, musimy przejechać krętą drogą, która pnie się wysoko w górach. Kiedy wyjeżdżamy z Puerto Jiménez, upał daje się we znaki, wieczorem z kolei temperatura spada do zaledwie kilku stopni. Noc spędzamy na szczycie masywu górskiego o mało zachęcającej nazwie Cerro de la Muerte (Wzgórze Śmierci – 3451 m n.p.m.). Przy porannej kawie obserwujemy dymiący wulkan Turrialba (3340 m n.p.m.) – jeden z siedmiu czynnych wulkanów w Kostaryce. Sześć godzin później na horyzoncie znowu pojawiają się palmy. Witamy na Karaibach!

W południowej części wybrzeża najbardziej popularnym miastem jest Puerto Viejo de Talamanca (Puerto Viejo), gdzie życie toczy się spokojnym, leniwym rytmem przy dźwiękach muzyki reggae. Panuje tu atmosfera luzu i radości. Przez chwilę można poczuć się trochę jak w innym kraju. To właśnie w tym regionie mieszka największa grupa osób pochodzenia afrykańskiego. Dominuje w nim trochę bardziej egzotyczna kuchnia, częściej słychać język angielski. Za największą atrakcję okolicy uchodzi Park Narodowy Cahuita. Jest wyjątkowy na skalę kraju, bo jego dochody pochodzą z darowizn. Szerokie plaże otoczone są tu gęstą, tropikalną roślinnością. W trakcie kilkugodzinnego spaceru natykamy się na małpy, szopy, leniwce, węże i różne gatunki ptaków. Późnym popołudniem siadamy w jednym z klimatycznych lokalnych barów i rozkoszujemy się uroczym zachodem słońca. Pura Vida!

 

Wydanie Lato 2018

Chile – kraina różnorodności

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Bezkresne pustynie, gigantyczne solniska, bujne lasy, potężne góry, ogromne wulkany i lodowce, rozległe winnice oraz wybrzeże ciągnące się przez kilka tysięcy kilometrów to tylko część atrakcji, które ma do zaoferowania Chile. Trudno się dziwić, że trafiło na sam szczyt listy krajów polecanych do zobaczenia w 2018 r. według słynnego wydawnictwa Lonely Planet. Swoimi niesamowitymi krajobrazami zachwyci nawet najbardziej doświadczonych i wymagających podróżników. >>

 

Pustynna Dolina Księżyca, 13 km na zachód od miasteczka San Pedro de Atacama

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

Położone na zachodnich krańcach Ameryki Południowej Chile jest pod wieloma względami wyjątkowe. Szczególną uwagę zwraca już niezmiernie długim i wąskim kształtem swojego terytorium, które rozciąga się wzdłuż brzegu Pacyfiku. Wybrzeże kraju ma niemal 4,3 tys. km długości (z wszystkimi chilijskimi wyspami, w liczbie ok. 3 tys., aż ponad 6,4 tys. km), czyli mniej więcej tyle, ile wynosi odległość między Polską i Afryką Środkową. W najszerszym miejscu granicę wschodnią od zachodniej dzieli zaledwie 445 km (na wysokości Cieśniny Magellana), a w najwęższym – 90 km (między Punta Amolanas i Paso de la Casa de Piedra w regionie Coquimbo).

Znakiem charakterystycznym Chile jest też jego odizolowanie od reszty świata. Warunki geograficzne sprawiają, że wydaje się ono dość niedostępną krainą: od północy oddzieloną bezkresnymi pustynnymi przestrzeniami, a na południu zakończoną fiordami i lodowcami. Na wschodzie wznosi się najdłuższy system górski na ziemi (ciągnący się na odcinku aż 7 tys. km!) – Andy, wybrzeże na zachodzie oblewają z kolei wody Pacyfiku, największego oceanu naszego globu. To wszystko sprawia, że Chile często określa się mianem wyspy, a sami Chilijczycy nierzadko przyznają, że czują się zupełnie inni niż pozostali mieszkańcy kontynentu.

 

SKARBIEC ROZMAITOŚCI

Największy walor tego kraju stanowi jego różnorodność, przejawiająca się m.in. w urozmaiconych krajobrazach. W granicach Chile wyróżnia się wiele formacji roślinnych charakterystycznych dla konkretnych regionów, np. pustyń, terenów wysokogórskich, obszarów nizinnych, fiordów czy południowych wysp pokrytych wiecznym lodem. Znajdują się tu także różne strefy klimatyczne. Na północy panuje klimat zwrotnikowy wybitnie suchy, w środkowej części – podzwrotnikowy i umiarkowany, a na najdalszych krańcach – subpolarny. Poza tym choć znaczne różnice w poziomie życia mieszkańców są typową cechą wielu państw Ameryki Łacińskiej, to w Chile kontrast między światem nielicznych bogatych obywateli i codzienną rzeczywistością dużo większej społeczności ludzi biedniejszych wydał mi się wyjątkowo ogromny. Szczególnie wyraźnie tę sytuację daje się zaobserwować w stolicy, niemal 6,5-milionowym Santiago (Santiago de Chile).

        Sercem miasta jest Plaza Baquedano (dawniej Plaza Italia) z pomnikiem XIX-wiecznego generała Manuela Baquedano. Od placu odchodzi długa aleja nosząca imię Bernarda O’Higginsa (1778–1842), przywódcy powstania, w wyniku którego kraj w lutym 1818 r. uzyskał niepodległość od Hiszpanii. W okolicy mieści się Lastarria, dzielnica pełna uliczek, kawiarni, galerii i stoisk ulicznych, przyciągająca turystów piękną architekturą modernistyczną. Do rozpowszechnienia tego stylu w budownictwie w Chile przyczynił się m.in. Luciano Kulczewski (1896–1972), chilijski architekt o polskich korzeniach, który zaprojektował wiele domów w centrum stolicy, również w tym rejonie. Pod względem atmosfery i urody Lastarria konkuruje z położoną po drugiej stronie rzeki Mapocho dzielnicą Bellavista, wieczorami tętniącą życiem za sprawą licznych barów i restauracji. Leży ona u podnóży wznoszącego się nad miastem Wzgórza św. Krzysztofa (Cerro San Cristóbal), które Hiszpanie nazwali tak na cześć patrona podróżnych. Na liczącą 880 m n.p.m. górę można wejść pieszo albo wjechać samochodem, mikrobusem czy rowerem. Najwięcej wrażeń dostarcza jednak wjazd specjalną windą przypominającą stary tramwaj (funicular) bądź kolejką linową (teleférico).

        Dla odmiany serce najstarszej części stolicy stanowi Plaza de Armas, plac wytyczony przez Pedra de Gamboę (1512–1552) na rozkaz Pedra de Valdivii (1497–1553), hiszpańskiego konkwistadora, który w lutym 1541 r. założył miasto, nadając mu nazwę Santiago de la Nueva Extremadura. Przez wieki odbywały się tu parady wojskowe, procesje religijne, a nawet publiczne egzekucje. Dziś na placu kwitnie życie towarzyskie: znajdziemy na nim wiele kawiarni i barów szybkiej obsługi, w których warto spróbować m.in. chilijskiego hot doga completo italiano, składającego się z parówki z majonezem, keczupem i awokado i z tego względu przywodzącego na myśl układ kolorów na włoskiej fladze. Poza tym kilka razy w tygodniu organizuje się tutaj koncerty, a stojące wokół stoliki często są zajęte przez mężczyzn rozgrywających partie szachowe. Nad środkową częścią placu góruje pomnik Pedra de Valdivii na koniu, na zachodzie z kolei wznosi się monumentalna Katedra Metropolitalna (Catedral Metropolitana de Santiago), która dzisiejszy neoklasycystyczny wygląd otrzymała pod koniec XIX stulecia. Autorami jej ostatnich projektów byli włoscy architekci Joaquín Toesca (1745–1799) i Ignacio Cremonesi (1862–1937). Ten pierwszy zaprojektował również mieszczącą się niedaleko La Monedę (Palacio de La Moneda), budynek pałacu prezydenckiego o nazwie pochodzącej od znajdującej się tu wcześniej mennicy.

 

BURZLIWA HISTORIA

Palacio de La Moneda uległ zniszczeniu podczas wojskowego zamachu stanu z 11 września 1973 r., mającego na celu odsunięcie od władzy prezydenta Salvadora Allende (1908–1973). Większość gmachu została wówczas zbombardowana i ostrzelana, a prezydent popełnił samobójstwo. Do władzy doszła junta wojskowa z generałem Augustem Pinochetem (1915–2006) na czele, który przez kolejnych niemal 17 lat sprawował dyktatorskie rządy. Były one naznaczone brutalnym rozprawianiem się z przeciwnikami politycznymi i osobami wspierającymi Allende – wtrącano podejrzanych do więzień i torturowano ich, a także porywano, w wyniku czego ginęli bez śladu. Te czarne karty historii kraju prezentuje m.in. Muzeum Pamięci i Praw Człowieka (Museo de la Memoria y los Derechos Humanos), wprowadzające w czasy junty od pierwszych godzin przewrotu wojskowego po zorganizowany w październiku 1988 r. plebiscyt umożliwiający wybory i stopniowy powrót demokracji. Placówka znajduje się w gminie Quinta Normal w północno-zachodniej części Santiago, którą w większości wypełnia kolorowa zabudowa kolonialna (zwłaszcza tutejszą dzielnicę Yungay).

        Przeciwieństwem tych miejsc o typowo latynoamerykańskim stylu jest nowoczesna dzielnica El Golf w północno-wschodniej gminie Las Condes, stanowiąca centrum finansowe, handlowe i turystyczne, nieoficjalnie określana Sanhattanem. Jej najbardziej charakterystyczny obiekt to Gran Torre Santiago w kompleksie Costanera Center – najwyższy budynek Ameryki Łacińskiej, liczący 64 kondygnacje i mierzący 300 m wysokości, zaprojektowany przez argentyńskiego architekta Césara Pelliego, mającego w swoim dorobku np. Petronas Towers w Kuala Lumpur w Malezji i Carnegie Hall Tower w Nowym Jorku. Wieżowiec, podobnie jak zabudowa wielu chilijskich miast, jest odporny na wstrząsy, które zdarzają się w tym kraju niezwykle często. Właśnie w Chile zanotowano najsilniejsze pod względem magnitudy udokumentowane trzęsienie ziemi w historii – o sile 9,5 stopnia w skali Richtera. Nawiedziło ono w maju 1960 r. Valdivię i było tak potężne, że większość miasta uległa zniszczeniu, a w niektórych miejscach rozstąpiła się ziemia. Odtąd tutejsi architekci zaczęli projektować budynki odporniejsze na wstrząsy, znacznie wytrzymalsze niż w innych częściach świata. Stabilność ich konstrukcji potwierdzają m.in. efekty ostatniego potężnego trzęsienia o sile 8,8 stopnia w skali Richtera, które dotknęło kraj w lutym 2010 r. Pozostawiło ono po sobie mniej zniszczeń, niż początkowo oczekiwano, a strzelista Gran Torre Santiago, jak wspominają miejscowi, tylko nieznacznie tańczyła w powietrzu.

 

CHILIJSKIE SMAKI

Chilijczycy wydają się przyzwyczajeni zarówno do trzęsień ziemi, jak i wielu innych kataklizmów, a jednym z przejawów ich dystansu do tego typu wydarzeń jest m.in. fakt, że nazwę terremoto (czyli „trzęsienie ziemi”) nadali jednemu ze swoich tradycyjnych koktajli – mieszance słodkiego białego wina z lodami ananasowymi, gorzką wódką żołądkową typu fernet lub korzenno-ziołowym likierem amargo i grenadyną. Jeśli mowa o alkoholu, to warto wspomnieć, że do specjałów Chile należy właśnie wino, odznaczające się wysoką jakością i eksportowane na cały świat. Jak głosi legenda, jego produkcję zaczęli rozwijać już w latach 40. XVI w. hiszpańscy kolonizatorzy uprawiający tu winorośl wyhodowaną z pestek z rodzynek przywiezionych z ojczyzny. Na dobre jednak przemysł winiarski upowszechnił się w drugiej połowie XIX stulecia dzięki Francuzom, którzy sprowadzili na kontynent swoje szczepy. Z tego względu za jedne z najpopularniejszych i najsmaczniejszych gatunków chilijskiego wina uchodzą te wytwarzane z odmian cabernet sauvignon, merlot, sauvignon blanc oraz carménère (wprowadzonych do plantacji przez przybyszów z regionu Bordeaux). Co najważniejsze, francuskie szczepy trafiły w Chile na bardzo żyzne gleby. Dolina Środkowochilijska (Valle Central) charakteryzuje się idealnymi do uprawy winogron ziemiami i przyjaznym śródziemnomorskim klimatem. Można się o tym przekonać podczas odwiedzin w licznych winnicach położonych w okolicy stolicy, np. w założonej w 1883 r., słynnej Concha y Toro w Pirque (ponad 20 km od centrum Santiago) – to największy producent i eksporter wina nie tylko w kraju, ale i całej Ameryce Łacińskiej. Jeszcze bardziej malowniczo prezentują się winnice w dolinie Colchagua i Casablanca. Warto do nich zajrzeć nie tylko wtedy, gdy chcemy wybrać się na degustację lub planujemy zakupy szlachetnych trunków, lecz również w przypadku wyprawy na wybrzeże – wiele z nich leży po drodze z Santiago nad ocean.

 

W PORCIE

Miastem, którego nie można ominąć w trakcie pobytu nad Oceanem Spokojnym, jest portowe Valparaíso, położone malowniczo na kilkudziesięciu wzgórzach. W czasach swojej świetności było jednym z największych portów Ameryki Południowej i ze względu na bogactwo i urodę nosiło dumne miano Perły Pacyfiku. Choć dziś okres bycia gospodarczą potęgą ma już za sobą, to wciąż cieszy się opinią najbarwniejszego, najpiękniejszego i najciekawszego miasta w Chile. Zanurzone w dekadenckiej atmosferze Valpo, jak czule mówią o nim Chilijczycy, znane jest z tego, że oddycha sztuką i przyciąga artystów z całego świata. Pomieszkiwał w nim m.in. słynny chilijski poeta i noblista Pablo Neruda (1904–1973). W należącym do niego domu na wzgórzu Florida – La Sebastianie – mieści się obecnie jego muzeum. Właśnie w Valparaíso znajduje się też najsłynniejsza w kraju akademia sztuk pięknych – Instituto de Arte de la Pontificia Universidad Católica (PUCV), której studenci i absolwenci od lat ozdabiają pracami tutejszą XIX- i XX-wieczną zabudowę. W 1992 r. powstało oficjalnie nietypowe Muzeum pod Gołym Niebem (Museo a Cielo Abierto de Valparaíso). Jego początki sięgają jednak tak naprawdę 1969 r. W trakcie spaceru stromymi uliczkami biegnącymi po zboczach wzgórza Bellavista można oglądać 20 ogromnych, barwnych murali. To bezpłatne muzeum stało się wizytówką nie tylko Valparaíso, ale również całego Chile i rozkochanej w sztuce ulicznej Ameryki Południowej.

        Oprócz tego w mieście, szczególnie w jego portowej części, znajdziemy wiele świetnych restauracji, w których podaje się dania chilijskiej kuchni, słynącej ze znakomitych owoców morza i ryb, m.in. miecznika, tuńczyka, dorsza, soli, morszczuka, węgorza i wysokiej jakości łososia. Jedną z tradycyjnych potraw kraju jest paila marina, czyli zupa przygotowywana na bazie ryb i owoców morza, z odrobiną białego wina. Inną popularną zupę stanowi cazuela,przyrządzana z rosołu gotowanego na mięsie, z dodatkiem ziemniaków, dyni, kukurydzy i papryki. Do typowych chilijskich dań należy także pastel de choclo – „ciasto z kukurydzy” i mielonego mięsa, przełożonego jajkami i oliwkami. Popularnością cieszą się też inne potrawy mięsne, przygotowywane głównie z wołowiny, a prawdziwą świętością i sportem narodowym jest w Chile asado, czyli grill, który organizuje się przy każdej możliwej okazji i o każdej porze dnia lub nocy.

Wycieczki łodziami po jeziorze San Rafael wyruszają z Puerto Chacabuco i Puerto Montt

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

WYSPA NA OCEANIE

Podróżników może zdziwić, że w tym samym regionie administracyjnym kraju co portowe Valparaíso leży oddalona tysiące kilometrów od chilijskiego wybrzeża Wyspa Wielkanocna (Isla de Pascua). Pod względem geograficznym jest ona częścią Polinezji. Uchodzi za jedną z najbardziej intrygujących wysp na świecie. Holenderski admirał Jacob Roggeveen (1659–1729) odkrył ją dla Europejczyków 5 kwietnia 1722 r., na który to dzień przypadała Niedziela Wielkanocna – stąd właśnie pochodzenie jej nazwy. Mieszkający na niej Polinezyjczycy określali ją z kolei mianem Te Pito o te Henua, co w ich języku oznacza Pępek Świata. Co ciekawe, uważana dzisiaj za tradycyjną, nazwa Rapa Nui, czyli „Wielka Rapa”, pojawiła się dopiero w XIX stuleciu. Nadali ją najprawdopodobniej żeglarze z Tahiti, którzy odwiedzali wówczas Wyspę Wielkanocną, i nawiązuje ona do podobnej wyspy Rapa (należącej obecnie do Polinezji Francuskiej), znanej także jako Rapa Iti („Mała Rapa”). Jeśli będziemy mieli okazję tu dotrzeć z kontynentalnej części Chile (najpopularniejszym sposobem dostania się w to miejsce jest bezpośredni, mniej więcej pięciogodzinny lot z Santiago do miasteczka Hanga Roa, pełniącego funkcję stolicy), szybko zdamy sobie sprawę z niesamowitego położenia tego malowniczego skrawka lądu. Niewielka wulkaniczna Isla de Pascua, o powierzchni 163,6 km² i liczbie mieszkańców wynoszącej ponad 7,7 tys. ludzi, wydaje się ginąć wśród bezkresnego błękitu Oceanu Spokojnego. Wygląda, jakby była zawieszona w środku ogromnej pustki. Najbliższa zamieszkana polinezyjska wyspa – Pitcairn – leży ok. 2 tys. km na zachód stąd. Wybrzeże Ameryki Południowej znajduje się z kolei ponad 3,5 tys. km od Rapa Nui. Jeszcze mniej więcej 50 lat temu można było się tutaj dostać tylko statkiem zaopatrzeniowym, który kursował kilka razy w roku.

        Mimo swojej niedostępności tropikalna Wyspa Wielkanocna przez wieki budziła zainteresowanie za sprawą charakterystycznych posagów moai, wykonanych ze skał wulkanicznych. Do dziś istnieje wiele hipotez dotyczących okoliczności ich powstania. Według jednych teorii figury zostały wyrzeźbione między IX i XVI w. przez polinezyjskich osadników, zgodnie z innymi wyjaśnieniami nieco wcześniej wykonali je przybysze z Ameryki Południowej. W ustaleniu faktów nie pomaga brak historycznych zapisków na temat wyspy. Jedno jest pewne, tajemnicze moai, prawdopodobnie symbolizujące bogów lub zmarłych wodzów, do dziś robią niesamowite wrażenie. Szczególnie o zachodzie słońca, gdy mienią się kolorami na tle purpurowego nieba i powoli znikają w ciemności. Wtedy wyspiarze wolą się do nich nie zbliżać, bo uważają, że posągi są zamieszkane przez duchy i związane z najbardziej mrocznymi sekretami tej magicznej wyspy, położonej w sercu niezmierzonych oceanicznych przestworzy.

 

Wyspa Wielkanocna słynie z tajemniczych posągów moai z tufu wulkanicznego

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

GWIAZDY PÓŁNOCY

W Chile, zarówno na wyspach, jak i w jego kontynentalnej części, zachwyt wśród turystów budzi przede wszystkim przyroda – dzika i często zupełnie inna od tej, która otacza nas w Europie. Ogromne wrażenie wywierają m.in. pustynne, rozgrzane promieniami palącego słońca i niemal pozbawione śladów ingerencji człowieka przestrzenie na dalekiej północy, znanej jako Wielka Północ (Norte Grande). Znajduje się tu kilka przepięknych parków narodowych, np. graniczący z Boliwią Park Narodowy Lauca, należący do najwyżej położonych na świecie (niektóre miejsca leżą nawet na ponad 6300 m n.p.m.), w którym można podziwiać ośnieżone szczyty wulkanów oraz liczne jeziora i laguny.

        Największą i najchętniej odwiedzaną przez turystów atrakcję północy stanowi rozległa pustynia Atakama, uważana za jeden z najsuchszych obszarów na ziemi. Co ciekawe, w związku z niespodziewanymi opadami deszczu wywołanymi zjawiskiem El Niño tutejsze pustynne tereny w ciągu ostatnich paru lat kilka razy zakwitły, pokrywając się kolorowym dywanem kwiatów. Na zwiedzanie najlepiej przeznaczyć co najmniej dwa lub trzy dni. Polecam zatrzymać się w miasteczku San Pedro de Atacama, gdzie warto zajrzeć do muzeum archeologicznego (Museo Arqueológico R.P. Gustavo Le Paige) i XVIII-wiecznego kościoła zbudowanego z suszonej cegły (Iglesia de San Pedro). Sama miejscowość stanowi świetną bazę wypadową do największych okolicznych atrakcji, m.in. pola gejzerów El Tatio, Doliny Księżyca (Valle de la Luna), pełnej wydm i niezwykłych formacji skalnych wyrzeźbionych przez procesy erozji, i na solnisko Salar de Atacama, z którego rozciąga się widok na majestatyczny Licancabur (5920 m n.p.m.), należący do najwyższych wygasłych wulkanów w Andach.

        Charakterystyczną cechą północy są nie tylko księżycowe pejzaże, ale też ogromna liczba kopalń, głównie miedzi, najważniejszego produktu eksportowego kraju. W historii tutejszego górnictwa znajdziemy także polski akcent: jednym z jego najważniejszych patronów jest naukowiec i inżynier Ignacy Domeyko (1802–1889), który przez lata prowadził badania w tym rejonie i zasłużył się dla rozwoju chilijskiej geologii i mineralogii. Aby uczcić pamięć o polskim emigrancie, nazwano jego nazwiskiem m.in. jedno z pasm górskich w Andach (Cordillera Domeyko), miejscowość w regionie Atakama i planetoidę. A skoro mowa o kosmicznych odkryciach, to nie sposób nie wspomnieć o tym, że na północy Chile znajduje się również duża liczba obserwatoriów astronomicznych, niektóre z nich są otwarte dla zwiedzających. Zapewne istnieje niewiele takich miejsc na świecie, gdzie kosmos wydaje się tak bliski i dostępny, a niebo jest równie gęsto zapełnione gwiazdami. Jeśli jednak ktoś nie ma czasu wybrać się na daleką północ, powinien pojechać na wycieczkę do magicznej doliny Elqui (w regionie Coquimbo), leżącej na tzw. Małej Północy (Norte Chico), pokrytej plantacjami owoców i naznaczonej sennymi, andyjskimi miasteczkami. Warto zatrzymać się tu w Pisco Elqui, które słynie m.in. z licznych wytwórni chilijskiego pisco (pisco chileno), czyli ulubionego alkoholu Chilijczyków, przypominającego brandy i uzyskiwanego ze sfermentowanych białych winogron. Jest ono produkowane w całym tym regionie, a to ze względu na sprzyjające warunki do uprawy winorośli. Co ciekawe, także Peruwiańczycy uznają pisco za swój trunek narodowy i od lat toczą z sąsiadami burzliwe spory o to, kto ma większe prawo do szczycenia się nim.

 

MAGIA POŁUDNIA

Jeśli nieco znuży nas gorący klimat północy i zatęsknimy za innymi krajobrazami, powinniśmy wybrać się na południe, np. do regionu Jezior (Los Lagos), gdzie zaczyna się Patagonia. Jednym z jego najpiękniejszych zakątków jest Puerto Varas, malowniczo położone nad jeziorem Llanquihue i przypominające miasta Szwajcarii czy Bawarii. Największe wrażenie wywiera tu widok na okoliczne wulkany: Osorno (2652 m n.p.m.) i Calbuco (2003 m n.p.m.), majestatycznie wznoszące się nad taflą wody.

        Kolejną atrakcję regionu, której nie można przegapić, stanowi wyspa Chiloé (Isla Grande de Chiloé) z lasami, latarniami morskimi oraz urokliwymi rybackimi wioskami i miasteczkami. Charakteryzuje się nieco tajemniczą atmosferą i własnym folklorem, mitami i tradycjami. Do dań miejscowej kuchni należy curanto, składające się z owoców morza, mięsa wieprzowego, kurczaka, kiełbasy, ziemniaków i warzyw. Według lokalnych przepisów powinno być gotowane w dziurze wykopanej w ziemi, na rozgrzanych kamieniach, co dodaje mu smaku. Na zachodzie wyspy znajduje się Park Narodowy Chiloé, pełen pięknych plaż, wydm, pradawnych lasów waldiwijskich i bagien. Z zachodnich wybrzeży w letnich miesiącach i przy lepszej widoczności można dostrzec pływające w oceanie delfiny czarnogłowe (toniny) i wieloryby (płetwale błękitne, walenie południowe). Trzeba jednak pamiętać, że przez większość roku na Chiloé jest pochmurno i sami jej mieszkańcy przyznają, że czasem deszcz pada tutaj niemal bez ustanku przez kilka tygodni bądź nawet miesięcy.

        Równie deszczowa i kapryśna pogoda panuje w regionie Araukania (La Araucanía), gdzie warto odwiedzić m.in. miasto Pucón, położone malowniczo nad jeziorem Villarrica. Nazwa tego ostatniego pochodzi od pobliskiego wulkanu (Volcán Villarrica – 2847 m n.p.m.), uważanego za jeden z najaktywniejszych nie tylko w Chile, ale i całej Ameryce Południowej – jego ostatnia erupcja, poprzedzona wstrząsami sejsmicznymi, miała miejsce w marcu 2015 r. Innym wulkanem, który stosunkowo niedawno dał o sobie znać, jest Chaitén (1122 m n.p.m.), znajdujący się ok. 260 km na południe od Puerto Varas. Po ponad 9 tys. lat uśpienia w maju 2008 r. wybuchł i zalał lawą leżące poniżej miasteczko o tej samej nazwie. Jego mieszkańców na szczęście w porę udało się ewakuować, ale Chaitén, wcześniej pełne życia i przyciągające turystów, zostało niemal całkowicie zniszczone.

 

KONIEC ŚWIATA

Jeszcze dalej na południe rozciąga się Aisén (Región de Aysén del General Carlos Ibáñez del Campo), najmniej zaludniony region w całym Chile (jedynie niewiele ponad 100 tys. mieszkańców). Tutejsza stolica – Coyhaique – to jedno z najpiękniej położonych, ale i też najbardziej odizolowanych miast w kraju. Stanowi ono znakomitą bazę wypadową m.in. do dziewiczego Rezerwatu Narodowego Cerro Castillo i Parku Narodowego Laguna San Rafael z ogromnym lodowcem San Rafael, zajmującym obszar ok. 760 km². Za atrakcję okolicy uchodzą również tzw. Marmurowe Jaskinie (Santuario de la Naturaleza Capilla de Mármol), uformowane w czystym marmurze i zatopione w wodach turkusowego jeziora General Carrera, największego w Patagonii (1850 km² powierzchni, w tym 978,12 km² na terytorium Chile, a reszta w Argentynie).

        Z kolei najgłębszym patagońskim akwenem (aż 836 m!) jest także niezmiernie rozległe jezioro O’Higgins (San Martín w Argentynie), mające w sumie 1013 km², leżące też na terenie Aisén (Aysén), który graniczy z wysuniętym najbardziej na południe regionem kraju, zwanym Magallanes i Chilijska Antarktyka (Región de Magallanes y de la Antártica Chilena). Znajduje się w nim najważniejsza przyrodnicza atrakcja chilijskiej Patagonii – Park Narodowy Torres del Paine. Wytyczono tu ponad 250 km przepięknych tras, wiodących raz przez zielone i soczyste lasy, łąki i pastwiska, innym razem po górskich zboczach. Pełen ośnieżonych szczytów, lodowców, turkusowych jezior i spektakularnych wodospadów park wydaje się baśniową krainą i od kwietnia 1978 r. figuruje na liście rezerwatów biosfery UNESCO. Najlepszą bazę wypadową w okolicy stanowi Puerto Natales, turystyczne miasteczko położone blisko 250 km na północny zachód od Punta Arenas (stolicy regionu Magallanes i Chilijska Antarktyka), uważanego za jedno z najpiękniejszych miast Chile, a kiedyś należącego do najbogatszych i najbardziej kosmopolitycznych ośrodków Ameryki Południowej – aż do otwarcia Kanału Panamskiego w sierpniu 1914 r. zaliczało się do najważniejszych portów na kontynencie i najruchliwszych na kuli ziemskiej. Dziś nadal pobrzmiewają w nim echa dawnego bogactwa i świetności, o których przypominają m.in. okazałe pałace oraz historyczny cmentarz ze śnieżnobiałymi grobowcami i równo przystrzyżonymi cyprysami.

        Oddychające przeszłością Punta Arenas leży nad Cieśniną Magellana, oddzielającą kontynentalną część Ameryki Południowej, Wyspy Królowej Adelajdy i wyspę Riesco od archipelagu Ziemia Ognista (Tierra del Fuego). Odkryta w 1520 r. przez słynnego portugalskiego podróżnika cieśnina łączy Ocean Atlantycki ze Spokojnym. Ze względu na silne wiatry i prądy morskie w tej okolicy, a także podwodne skały stanowi ogromne wyzwanie dla żeglarzy. Dalekie południe Chile zdaje się przypominać piękną, lecz niegościnną krainę, pełną lodowców, fiordów i niezamieszkanych, poszarpanych falami wysepek. Na jednej z nich leży skalisty przylądek Horn (Cabo de Hornos), uważany tradycyjnie za najdalej na południe wysunięty punkt Ameryki Południowej (w rzeczywistości jest nim wysepka Águila w archipelagu Diego Ramírez). Od tego miejsca pochodzi nazwa Parku Narodowego Przylądka Horn – jednego z najbardziej dziewiczych i niedostępnych na kuli ziemskiej. Można się do niego dostać statkami wojskowymi lub handlowymi, które pływają z chilijskich portów do Europy, Afryki bądź na Antarktydę. Wiele rejsów na tę ostatnią odbywa się z ponad 2-tysięcznego Puerto Williams, wysuniętego najdalej na południe miasteczka na świecie. Powstało ono w latach 50. XX w. jako baza wojskowa i znajduje się na wyspie Navarino, ok. 300 km w linii prostej na południowy wschód od Punta Arenas. Pogoda jest tutaj kapryśna, a życie płynie spokojnie. Na Puerto Williams składa się zaledwie parę ulic, działa w nim kilka sklepów, restauracji, pensjonatów i hosteli, muzeum antropologiczne (Museo Antropológico Martín Gusinde), niewielkie lotnisko, port, baza chilijskiej marynarki wojennej, szpital, kościół katolicki, bank i jeden bankomat. W dzień wypełniają je odgłosy polarnego wiatru, rześkie, mroźne powietrze i nawoływania rybaków wyruszających na połów. Właśnie tu, na najdalszych krańcach cywilizacji, wydaje się mieścić finis terrae, czyli koniec świata, wietrzny i pełen mrocznego uroku, podobnie jak całe Chile odosobniony, dziewiczy i zachwycający wielką siłą i pięknem nieujarzmionej natury.

 

Masyw Torres del Paine składa się z trzech wysokich, granitowych iglic (wież)

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

Wydanie Lato 2018