ROBERT PAWEŁEK 

www.trevelcompass.pl

 

Od pokrytych śniegiem szczytów Kilimandżaro, najwyższej góry Afryki, po idylliczne plaże i rafy koralowe Zanzibaru, ruiny pokryte mchem i fascynujące kultury – wschodnioafrykańska Tanzania kusi całym kalejdoskopem atrakcji. To tutaj rozgrywa się jeden z najbardziej widowiskowych i zarazem dramatycznych spektakli przyrody na ziemi, czyli imponujący przemarsz setek tysięcy dzikich zwierząt w poszukiwaniu pożywienia nazywany Wielką Migracją. Wielu podróżników za punkt honoru stawia sobie upolowanie w kadrze fotograficznym tzw. Wielkiej Piątki Afryki (lwa, słonia, bawoła, nosorożca czarnego i lamparta). Natomiast odwiedziny na słynnej tanzańskiej wyspie Zanzibar przypominają wizytę w prawdziwym raju.

 

Tanzania znajduje się zaraz pod równikiem. Graniczy z Ugandą i Kenią od północy, z Rwandą, Burundi i Demokratyczną Republiką Konga od zachodu, a z Zambią, Malawi i Mozambikiem od południa. Jej wschodnie wybrzeże oblewa Ocean Indyjski. W rejonie rozciągającego się w zachodniej części kraju widowiskowego Wielkiego Rowu Wschodniego, będącego mozaiką urwistych skarp, wulkanów, jezior i rozległych terenów sawanny, leżą Park Narodowy Serengeti i Obszar Chroniony Ngorongoro należące do najbardziej znanych w Afryce. Na północnym wschodzie wznosi się z kolei jeden z najwyższych samotnych masywów górskich na świecie – Kilimandżaro (5895 m n.p.m.). 

 

Planowanie wyjazdu do Tanzanii to nie lada wyzwanie, ponieważ naprawdę trudno zdecydować, który rejon odwiedzić i co zobaczyć. Zanzibar przyciąga orientalną kulturą, wspaniałymi piaszczystymi plażami i świetnie przygotowanymi ośrodkami wypoczynkowymi. Natomiast największą atrakcją kontynentalnej Tanzanii są rezerwaty i parki narodowe, w których możemy podpatrywać dziką afrykańską faunę. W przypadku safari warto wziąć pod uwagę okresy migracji zwierząt. Poza tym trzeba wiedzieć, że na obserwację najlepiej udać się wczesnym świtem lub przed zachodem słońca. W środku dnia drapieżniki odpoczywają, więc najprawdopodobniej spotkamy wówczas jedynie zebry i antylopy, ewentualnie małpy. 

 

KRÓLESTWO PRZYRODY

 

migracja 7

Wielka Migracja, niesamowity spektakl natury

© ROBERT PAWEŁEK/TRAVELCOMPASS.PL

 

W Tanzanii do wyboru mamy różne formy przyrodniczych wypraw. Można zdecydować się na pieszą wycieczkę po rezerwacie w towarzystwie grupy Masajów, typowe safari samochodowe w parku narodowym, a nawet lot balonem. Ta ostatnia propozycja należy do dość drogich (ok. 500 dolarów amerykańskich za osobę), ale zapewnia ekscytujące wrażenia. Startuje się o wschodzie słońca, więc kiedy kosz wzniesie się na odpowiednią wysokość, jest już widno. W dole widać przemieszczające się stada zwierząt, wokół roztaczają się piękne widoki. Na koniec pasażerów czeka wykwintne śniadanie z szampanem pośród sawanny. 

 

W Parku Narodowym Serengeti brak oznak cywilizacji, czas wydaje się stać w miejscu, a telefony komórkowe tracą zasięg. Jeśli mamy szczęście, zauważymy lwa siedzącego majestatycznie na skale, który obserwuje wdzięcznie stąpające żyrafy. Możemy przyjrzeć się krokodylom wygrzewającym się nad brzegiem rzeki lub setkom antylop, zebr, gazeli, bawołów i ptaków. Rano da się natknąć na gepardy przechadzające się dumnie po sawannie lub baraszkujące z młodymi. Park Narodowy Serengeti znajduje się w północno-zachodniej Tanzanii i zajmuje powierzchnię niemal 15 tys. km2 (to więcej niż województwo śląskie). Po drugiej stronie granicy, na terytorium Kenii leży Rezerwat Narodowy Masai Mara. To właśnie tutaj każdego roku, w czerwcu i lipcu, odbywa się wielka migracja zebr, gnu pręgowanych i innych antylop, które w wielkich stadach liczących prawie 2 mln osobników przemieszczają się z południa na północ i zachód. Po drodze pokonują liczne przeszkody, np. rzekę Mara. Podczas jej przekraczania wiele zwierząt ginie, m.in. staje się ofiarami krokodyli nilowych. Za maszerującymi stadami podążają także inne wygłodniałe drapieżniki.

 

Odkąd utworzono Park Narodowy Serengeti, Masajowie nie wypasają już tu swojego bydła. Musieli się przenieść w inne miejsca, ale ich wioski można spotkać np. między kraterem Ngorongoro a oficjalną bramą parkową. Część z nich w ramach opłacanych wizyt przyjmuje turystów, dla których jest to jedyna okazja, żeby zobaczyć masajskie tańce i słynne skoki smukłych wojowników (adumu), zrobić zdjęcia mieszkańcom osady i zajrzeć do chat ulepionych z gliny wymieszanej z krowimi odchodami.

 

To, gdzie zatrzymamy się na nocleg podczas safari, zależy od naszych upodobań i zasobności portfela. Jeśli dysponujemy skromniejszymi funduszami, skorzystajmy z namiotów na kempingach. Pobyt na otwartym terenie na sawannie po zmroku dostarczy nam wielu wrażeń. Nie zdziwmy się, kiedy w nocy usłyszymy w pobliżu drapanie i dochodzące z oddali odgłosy. Kempingi bywają zwykle nieogrodzone i pod obozowiska podchodzą dzikie zwierzęta. Możemy też wybrać luksusową wersję namiotów usytuowanych w ośrodkach typu game resorts. W tym przypadku również będziemy obcować z naturą, ale kompleksy są dobrze strzeżone, a kwatery wyposażono w eleganckie meble i inne akcesoria. Do dyspozycji gości pozostaje obsługa serwująca także drinki i wykwintne posiłki. Jeśli zaś obawiamy się bliskiego kontaktu z dzikimi zwierzętami, mamy do wyboru jeszcze otoczone zielenią ośrodki, w których przedstawicieli afrykańskiej fauny możemy obserwować z bezpiecznej odległości.

 

AFRYKAŃSKA ARKA NOEGO

 

skoki 2

Masajowie skaczący podczas tradycyjnego rytualnego tańca adumu

© ROBERT PAWEŁEK/TRAVELCOMPASS.PL

 

W Obszarze Chronionym Ngorongoro (Ngorongoro Conservation Area), położonym obok Parku Narodowego Serengeti,znajduje się słynny krater Ngorongoro. Wizyta w jego wnętrzu jest obowiązkowym punktem każdego safari organizowanego w północnej Tanzanii. Droga z krawędzi prowadzi w dół na szeroką, jasną równinę. Jeśli uda nam się znaleźć ciche miejsce, łatwo będziemy mogli wyobrazić sobie pierwotną Afrykę. Tutaj też znajduje się wąwóz zwany Olduvai (Oldupai), uznawany za kolebkę ludzkości, ponieważ odkryto w nim szczątki Homo habilis (przodka Homo sapiens) sprzed ok. 1,9 mln lat. Obszar Chroniony Ngorongoro wpisano w 1979 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Sam krater można porównać do arki Noego, a to ze względu na ogromną różnorodność występujących tu zwierząt. Przed udaniem się w dół turyści zwykle nocują na kempingu lub w komfortowych lodżach, z których rozciąga się wspaniały widok na okolicę. Trzeba jednak pamiętać, że krawędź krateru znajduje się na dość dużej wysokości (ponad 2 tys. m. n.p.m.) i w nocy robi się zimno, dlatego należy zabrać ze sobą ciepłe ubrania. Warto poświęcić przynajmniej jeden pełny dzień na zwiedzanie Ngorongoro. Sam zjazd do jego wnętrza (jedną z dwóch dostępnych dróg) jest już fascynujący. W środku leży słone jezioro Magadi (Makat), przy którym zbierają się liczne stada flamingów, oraz kilka obszarów podmokłych i małych zbiorników wodnych. Mokradła Mandusi i źródła Ngoitokitok, prawie zawsze wypełnione wodą, zamieszkują hipopotamy. To odpowiednie okolice do robienia tym olbrzymim ssakom zdjęć z bliższej odległości. Znajdują się tu również miejsca piknikowe i toalety dla turystów. 

 

Dno krateru pokrywa głównie sawanna. Ngorongoro zamieszkują gnu pręgowane, zebry, gazelki masajskie, gazelopki sawannowe, bawoły, sasebi masajskie, elandy i wiele innych roślinożerców. W ich pobliżu krążą hieny cętkowane. Żyrafy i impale z niewyjaśnionych przyczyn nie schodzą do wnętrza krateru. Można natomiast spotkać tu słonie, których populacja liczy ok. 30 osobników. Co ciekawe, są to same samce. Samice i młode unikają tych okolic. Lwy, podobnie jak te na równinie Serengeti, przyzwyczaiły się do obecności ludzi w samochodach, więc nie kryją się przed nimi. Często przydaje się jednak lornetka lub dobry teleobiektyw, żeby móc się im przypatrzeć. Wyjątkowymi mieszkańcami krateru Ngorongoro są zagrożone wyginięciem nosorożce czarne (obecnie żyje tutaj 26 sztuk). 

 

SŁONIE I SZYMPANSY

 

W Tanzanii oprócz położonych na północy i najbardziej znanych Parku Narodowego Serengeti, Parku Narodowego Tarangire, Parku Narodowego Jeziora Manyara czy Parku Narodowego Kilimandżaro oraz Obszaru Chronionego Ngorongoro znajduje się też wiele innych interesujących regionów. Te rzadziej odwiedzane takie jak Park Narodowy Mikumi, Selous Game Reserve, Park Narodowy Ruaha leżą w centrum i na południu kraju. Najłatwiej jest dostać się do północnych parków położonych bliżej Kenii. Bazę wypadową stanowi miasto Arusza, do którego można dojechać autobusem albo dolecieć samolotem z Dar es Salaam i kenijskiej stolicy Nairobi (międzynarodowe lotnisko znajduje się u stóp Kilimandżaro). Na południe Tanzanii dotrzemy drogą lądową z Dar es Salaam. Tu bazą wypadową jest miasto Iringa. W porośniętym wielkimi baobabami, pierwszym pod względem wielkości tanzańskim parku narodowym (o powierzchni ponad 20 tys. km²) – Ruaha zobaczymy m.in. duże stada słoni (żyje ich tu ok. 16 tys.!). Niezapomnianych wrażeń dostarcza obserwowanie tych wielkich ssaków, kiedy kroczą majestatycznie wzdłuż pięknej rzeki Great Ruaha o wschodzie lub zachodzie słońca. Natomiast w parkach położonych w zachodniej części kraju popularnością cieszy się śledzenie szympansów. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż wymaga wspinania się po stromych, błotnistych ścieżkach i przedzierania się przez gęstą roślinność. Jednak w mgnieniu oka zapominamy o trudzie wspinaczki, kiedy uda nam się spotkać te ciekawe człekokształtne małpy. Jednymi z najlepszych miejsc do tropienia szympansów są Park Narodowy Gór Mahale i Park Narodowy Strumienia Gombe. Ten drugi leży na brzegu jeziora Tanganika.

 

DACH AFRYKI I DROGIE KAMIENIE

 

Przy planowaniu podróży do Tanzanii trudno oprzeć się pokusie wspinaczki na najwyższą górę Afryki. Kilimandżaro uchodzi za symbol Afryki Wschodniej. Z najwyższego szczytu masywu (Uhuru) można podziwiać widok na otaczające go równiny. Zdobycie góry jest stosunkowo proste dla wspinaczy, którzy wyposażeni są w dobre buty, dodatkowe ubranie i czekan. Muszą jednak przeznaczyć na tę wyprawę co najmniej 5–6 dni (wraz z zejściem). Zawsze wchodzi się z przewodnikiem, którego należy wcześniej wynająć. Wspinaczka na Kilimandżaro jest podróżą przez różne strefy klimatyczne: subtropikalny górski las, wrzosowiska, skalne pola i wreszcie okolicę pokrytego śniegiem wierzchołka. Ten fakt trzeba uwzględnić przy planowaniu wejścia i odpowiednio rozłożyć siły na stopniową aklimatyzację. Jeśli jednak nie zdecydujemy się na zdobywanie majestatycznego szczytu, możemy inaczej spędzić czas w rejonie masywu. Warto wybrać się na letnie wędrówki po bujnych wiecznie zielonych lasach w niższych partiach Kilimandżaro lub udać się na jeden z wielu punktów z widokiem na ten tzw. Dach Afryki. 

 

Według legendy na początku lat 60. XX w. pewien masajski pasterz imieniem Ali przemierzał wzgórza Mererani (Merelani) w regionie Manyara bezpośrednio po pożarze buszu. Na zwęglonej ziemi dostrzegł niespodziewanie błękitne kryształy. Pozbierał je i udał się z nimi do pobliskiej Aruszy. Tak ponoć zaczęła się kariera niezwykłego minerału – tanzanitu. Dokumenty historyczne wskazują natomiast, że jego szczęśliwym odkrywcą stał się w 1967 r. Manuel d’Souza, krawiec z Aruszy, który był zarazem zapalonym poszukiwaczem drogocennych kamieni. Swoim znaleziskiem wzbudził zainteresowanie jednej z najsłynniejszych firm jubilerskich na świecie – Tiffany & Co.z Nowego Jorku. W tym samym roku rozpoczęła ona kampanię reklamową i wprowadziła kamień na rynek. Naturalny tanzanit ma kolor niebieskofioletowy i jest mniej więcej tysiąc razy rzadszy od diamentu, a przez to dość drogi. Złoża znajdują się w północno-wschodniej Tanzanii. Na skalę przemysłową wydobywa się go w okolicach Mererani, w rejonie Aruszy i Moshi. Poza tanzanitem w kraju występują diamenty, rubiny, szafiry, rodonity, szmaragdy, ametysty, chryzoprazy, granaty, cyrkony, perydoty czy turmaliny.

 

RAJSKA KRAINA

 

Położone na Oceanie Indyjskim wyspy Zanzibar (Unguja), Pemba i Mafia (tworzące archipelag Zanzibar) są idealne na egzotyczny wypoczynek. Ta pierwsza, największa z nich (ok. 1660 km² powierzchni i 900 tys. mieszkańców), przyciąga najwięcej turystów. Leży mniej więcej 30 km od wybrzeża kontynentalnej Tanzanii i jest świetnym miejscem na złapanie oddechu po emocjonującym safari albo męczącej wspinaczce na Kilimandżaro. Do relaksu zachęcają rozległe plaże z białym, miękkim piaskiem, błękitne laguny i okoliczne wysepki odsłaniające się podczas odpływu. Można tutaj całymi dniami nurkować w krystalicznie czystej wodzie o różnych odcieniach niebieskiego pośród dziewiczych raf koralowych. Oprócz idyllicznych krajobrazów, wspaniałej fauny i flory turyści zachwycają się tutejszą bogatą historią i kulturą. Zapuszczają się w klimatyczne kręte uliczki Stone Town w mieście Zanzibar i kosztują dań miejscowej kuchni o wyrazistym smaku, jaki nadają im lokalne przyprawy. Do tego zawsze można liczyć na uśmiech i życzliwość wyspiarzy. Wiele osób przylatuje do Tanzanii właśnie tylko na tę wyspę. Bezpośredni lot np. z Warszawy trwa jedynie 8 godz., a ponieważ różnica względem czasu polskiego wynosi raptem 2 godz., podróżni nie muszą się aklimatyzować. Na archipelagu występuje nieduże zagrożenie malarią, dlatego warto się zabezpieczyć i przed wyjazdem poprosić lekarza o przepisanie leku profilaktycznego, np. Malarone, Lariam lub Doxycyclinum. 

 

COŚ DLA AKTYWNYCH

 

Na Zanzibar można wybrać się przez okrągły rok, chociaż najsuchszy i najatrakcyjniejszy pogodowo okres trwa od czerwca do października. Panuje tutaj klimat zwrotnikowy ze średnią temperaturą wynoszącą od 27 do 29°C. Największe upały (do 40°C) występują między listopadem a marcem, a temperatura wody dochodzi wtedy do 30°C. Przy planowaniu podróży warto uwzględnić dwie pory deszczowe – pierwszą (łagodniejszą) trwającą od października do grudnia i drugą przypadającą na okres od marca do maja.

 

Główną tutejszą atrakcję stanowi uprawianie sportów wodnych, a idealne warunki do tego zaczynają się w czerwcu, kiedy jest nieco chłodniej (ok. 30°C) i wieje południowo-zachodni monsun zwany w języku suahili kusi. Wzdłuż wybrzeża możemy zobaczyć wtedy mnóstwo kitesurferów i żeglarzy. Zapaleni nurkowie przyjeżdżają tu przez cały rok, chociaż podczas opadów znacznie pogarsza się widoczność pod wodą. Wybierają często okolice wysepki Mnemba, leżącej ok. 3 km od północno-wschodnich wybrzeży Zanzibaru i uchodzącej za najciekawsze miejsce do nurkowania. Wielką atrakcję stanowi obserwowanie żółwi morskich (zielonych) i delfinów. W zależności od sezonu można spotkać także humbaki, manty i rekiny wielorybie. 

 

Ciepły i bajecznie kolorowy Ocean Indyjski kusi, ale podczas kąpieli musimy uważać na jadowite stworzenia i silne prądy przy brzegach pojawiające się głównie w trakcie nowiu i pełni. Na rafie, w miejscach, gdzie nie ma piasku, napotkamy również kłujące jeżowce. Niestety, nie działają tu prawie żadne służby ratownicze, więc w razie potrzeby pomocy udzielają jedynie rybacy lub okoliczne profesjonalne bazy nurkowe. 

 

Swój raj na ziemi znaleźli na Zanzibarze nie tylko miłośnicy podwodnych przygód, ale także amatorzy wędkarstwa sportowego. Dużą popularnością cieszą się wśród nich jednodniowe polowania na tuńczyki, marliny lub barakudy. Ci, którzy wolą spokojniejszy wypoczynek, mogą wybrać się na przejażdżkę rowerem po malowniczej okolicy albo zagrać w siatkówkę plażową. Warto też odwiedzić sąsiednią wysepkę Changuu (Prison Island) z żółwiami olbrzymimi przywiezionymi specjalnie z Seszeli.

 

WAKACJE DLA KAŻDEGO

 

Na Zanzibarze każdy znajdzie z pewnością coś dla siebie. Osoby lubiące luksusowe warunki mogą zatrzymać się w jednych z najlepszych ośrodków wypoczynkowych w Afryce Wschodniej. Tego typu zanzibarskie hotele oferują swoim gościom wszystko, co sprawia, że pobyt na wyspie będzie niezapomniany: doskonale wyposażone i niezmiernie klimatyczne pokoje lub apartamenty, prywatne plaże z białym piaskiem oblewane ciepłą, czystą wodą o cudownych odcieniach błękitu, aromatyczne i urozmaicone potrawy, przyjazną i uśmiechniętą obsługę. Znajduje się w nich zwykle kilka barów, restauracji, basenów, centrów spa i fitness położonych pośród pięknych ogrodów. Takie kompleksy mają także bogaty program zajęć animacyjnych i wycieczek fakultatywnych. Sporym zainteresowaniem cieszą się kameralne ośrodki typu all inclusive. Przykładowo The Palms Zanzibar oferuje tylko sześć przestronnych, świetnie wyposażonych willi z prywatnym basenem i tarasem z widokiem na Ocean Indyjski, oczywiście, w odpowiednio wysokiej cenie.

 

Szerokie, śnieżnobiałe plaże w północno-wschodniej i południowo-wschodniej części wyspy ciągną się na całej długości wybrzeża. Są znakomicie zagospodarowane, osłonięte palmami i sąsiadują z miejscami do nurkowania. Dosyć blisko brzegu leży też ogromna rafa koralowa. Większość tutejszych hoteli dysponuje własnym zapleczem ze sprzętem do sportów wodnych. W północnej części Zanzibaru rozrzucone przy brzegu skały tworzą przepiękne kameralne zatoczki. W położonych tu malowniczych wioskach Nungwi i Kendwa miejscowych wciąż jest więcej niż turystów. Jednak szybki rozwój infrastruktury hotelowej i gastronomicznej powoli to zmienia. Dyskoteki na plaży przypominają te z innych cieplejszych rejonów świata. Dodatkową atrakcją imprez w Nungwi są przepiękne zachody słońca, z których to miejsce słynie. Jeśli nie zdążyliśmy kupić pamiątek w kontynentalnej części Tanzanii, na wybrzeżu Ungui z pewnością napotkamy grupki Masajów oferujących swój towar.

 

Jeżeli chcemy jednak poznać prawdziwe oblicze Zanzibaru, powinniśmy wybrać południowy i południowo-wschodni jego rejon, słabiej rozwinięty turystycznie, z uroczymi zatoczkami, wysepkami i rafami. W cichszych miejscowościach takich jak Bwejuu lub Jambiani przekonamy się, jak wygląda dzień w wyspiarskiej osadzie. Warto tu wyruszyć na dłuższy spacer i przyjrzeć się codziennemu życiu lokalnej społeczności. Ludzie mieszkający poza miastami zajmują się uprawą roli i rybołówstwem. Na plażach uwagę zwracają charakterystyczne długie łodzie rybackie z bocznymi pływakami (ngalawa), przy których można spotkać pracujących rybaków. Kiedy z nieba leje się żar i jest tak gorąco, że najchętniej nie wychodzilibyśmy z cienia, przy brzegu widać pracujące kobiety. Zbierają algi podczas odpływu. W okolicach Kizimkazi największą atrakcję stanowi pływanie z delfinami butlonosymi. Mieszkańcom wioski obsługa chętnych na tego typu rozrywkę przynosi całkiem spore dochody. 

 

WYJĄTKOWE MIASTO

 

Na wyspie warto odwiedzić też stolicę całego regionu – Zanzibar (Zanzibar City lub Zanzibar Town). Najstarsza i najbardziej fascynująca jego część, czyli Stone Town (Kamienne Miasto), jest pełna niespodzianek. W 2000 r. znalazła się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Łatwo stracić orientację w labiryncie uliczek Kamiennego Miasta – choć mają one swoje nazwy, nikt ich zwykle nie używa. Stone Town jest jednak małe i bezpieczne, a jeśli się w nim zgubimy, to tylko pomoże nam w zwiedzaniu. Mieszkańcy są bardzo życzliwi, więc można prosić o pomoc tyle razy, ile tego potrzebujemy. W końcu i tak trafimy na nabrzeże. Warto pobłądzić między starymi, wysokimi budynkami o pokrytych wapnem i piaskiem, popękanych ścianach, do których doczepiono efektownie rzeźbione balkony, zajrzeć do zakurzonych i pachnących goździkami sklepów z pamiątkami, obserwować, jak mężczyźni ubrani w tradycyjne białe szaty o nazwie kanzu ciągną wózki pełne owoców i warzyw, grają w szachy lub medytują nad sensem życia w cieniu misternie zdobionych drewnianych drzwi. Kobiety z dłońmi udekorowanymi skomplikowanymi wzorami z henny, odziane w buibui (tradycyjny muzułmański czarny strój zakrywający całe ciało), przechadzają się bezszelestnie obok bawiących się dzieci. Tutejsza atmosfera szybko udziela się zwiedzającym. Wycieczkę najlepiej zakończyć kolacją złożoną z krabów i świeżo złowionych ryb podawanych z kokosowym ryżem, którą spożyjemy, siedząc boso na perskich dywanach i poduszkach w jednej z lokalnych restauracji. W oddali, z wież meczetów usłyszymy muezinów wzywających wiernych do modlitwy. W przeciwieństwie do Tanzanii, w której żyją wyznawcy różnych religii, Zanzibar, przez wieki należący do Sułtanatu Omanu, zamieszkują głównie muzułmanie.

 

SPOSÓB NA ZWIEDZANIE

 

STONE TOWN ULICZKI

W Kamiennym Mieście 5 września 1946 r. przyszedł na świat Freddie Mercury

© MARIUSZ KOZAK-ZAGOZDA

 

W Kamiennym Mieście można nocować w luksusowych, odrestaurowanych XIX-wiecznych rezydencjach lub skromnych pensjonatach. Zwiedzanie natomiast warto rozpocząć od Old Dhow Harbour – Starego Portu Dhow, gdzie cumuje kilkadziesiąt tradycyjnych łodzi dau (dhow) o dziobach z napisami w języku arabskim albo suahili. Każda z nich to niezmieniona od setek lat drewniana konstrukcja wyposażona w jeden krótki maszt, na który podczas rejsu wciąga się trójkątny żagiel przywiązany do dużego drzewca. Jeśli wejdziemy na pokład takiej łodzi i zajrzymy do jej ciemnych ładowni, na myśl może nam przyjść niechlubna historia Zanzibaru. Przez długie lata był on jednym z głównych centrów handlu niewolnikami.

 

Poza tym warto zobaczyć XIX-wieczny Dom Cudów (House of Wonders) lub Stary Fort (Ngome Kongwe) o masywnych murach z końca XVII stulecia. Oba te niezmiernie interesujące zabytki znajdują się nieopodal nocnego targu z jedzeniem w Ogrodach Forodhani. Wiele osób raczy się w nich niedrogimi ulicznymi specjałami. W przeciwieństwie do innych afrykańskich rejonów, gdzie złe warunki sanitarne i wznoszący się kurz nie zachęcają do kupowania przekąsek na świeżym powietrzu, tutaj możemy bez obaw nasycić nie tylko oczy, ale też nasze żołądki. Po zmroku sprzedawcy rozstawiają stoły i rozpalają grille, na których szykują szaszłyki z wielkich ryb, krewetek i innych owoców morza. Zapach egzotycznych potraw jest tak intensywny, że roznosi się po całej okolicy i kusi przechodniów.

 

ZANZIBARSKA KARTA DAŃ 

 

Wielbiciele owoców morza na Zanzibarze poczują się jak w kulinarnym raju. Świeżo złowione homary, krewetki, kraby, kałamarnice i ryby podawane są zwykle w korzennych sosach z dodatkiem ryżu kokosowego. Na posiłek możemy wybrać się np. do eleganckiej restauracji o nazwie Tower Top Restaurant położonej w pobliżu Zanzibar Palace Hotelu. Osoby preferujące mniej wyszukane miejsca powinny spróbować potraw na wspomnianych straganach w Ogrodach Forodhani. 

 

Na wyspie trzeba również zwiedzić plantacje przypraw, które rozsławiły ją na cały świat. Po wyjechaniu za Kamienne Miasto mijamy gęste skupiska palm kokosowych. Po goździkach właśnie kokosy są najczęściej uprawiane na Zanzibarze. Mleko kokosowe jest tutaj powszechnie dodawane do wszelkich dań, natomiast z wysuszonego miąższu wytłacza się olej. Na plantacji mamy okazję dotknąć, powąchać i spróbować świeżych przypraw. Podobno jaskrawożółtą kurkumą miejscowe kobiety smarują sobie twarze, żeby były świeże i ładne. Jeśli ktoś zna tylko wysuszone i zapakowane produkty, oglądanie na własne oczy, jak rośnie wanilia, muszkatołowiec, kardamon, pieprz, imbir, cynamonowiec i – oczywiście – goździkowiec korzenny będzie niezapomnianym doświadczeniem.

 

W ZGODZIE Z NATURĄ

 

ZN 07 - Zanzibar Serena Inn Dhow in Sea

Panorama urokliwego Stone Town widziana od strony Oceanu Indyjskiego

© SERENA HOTELS

 

Na Zanzibarze nie ma lwów, słoni, żyraf ani większości dzikich zwierząt, z których słynie kontynentalna Tanzania. Lokalna fauna nie jest jednak uboga. Ogromne bogactwo przyrody kryje się przede wszystkim w wodach Oceanu Indyjskiego. W głębi lądu w regionie Jozani Forest (należącym do Parku Narodowego Jozani Chwaka Bay o powierzchni 50 km²) spotkamy m.in. zagrożoną wyginięciem zanzibarską gerezę rudą, nazywaną w języku suahili kima punju („trującą małpą”) ze względu na wydzielany przez nią silny zapach. Na wyspie żyją także mangusty, koczkodany, galago i liczne gekony. Trzeba mieć bardzo dużo szczęścia (lub pecha), żeby natknąć się na pytona lub mambę czarną. Występujące tu niewielkie antylopy mają płochliwy charakter i prowadzą nocny tryb życia. W okolicy osad ludzkich możemy napotkać sympatyczne małpiatki. Ich zainteresowanie wzbudza wino palmowe (lokalnie pędzony alkohol, nazywany tu pómbe), które fermentuje w zbiornikach zawieszanych na drzewach.

 

Puste i niemal dzikie plaże znajdziemy na pobliskiej Pembie. Jest mniejsza od Zanzibaru (ma ponad 980 km² powierzchni i prawie 450 tys. mieszkańców), ale w jej okolicy panują świetne warunki do nurkowania. Ląd porasta bardziej dziewicza i bujniejsza roślinność. W Rezerwacie Lasu Ngezi (Ngezi Forest Reserve) zachował się ostatni fragment pierwotnego lasu, który kiedyś był charakterystyczny dla tej wyspy. Pemba uchodzi też za centrum tradycyjnej medycyny i czarnej magii, a tutejsza ludność jest trochę mniej otwarta na gości. 

 

Jeśli ktoś ma trochę więcej czasu, powinien odwiedzić również i Mafię – pobliski nieduży archipelag z kilkunastoma koralowymi wysepkami (zajmujący łącznie powierzchnię 435 km² i zamieszkany przez ok. 50 tys. osób). Charakteryzuje się on podobną fauną i florą jak reszta regionu. Osobliwością głównej wyspy jest jezioro zamieszkane przez niewielką populację hipopotamów karłowatych, które najpewniej znalazły na niej schronienie po tym, jak w trakcie powodzi na rzece Rufidżi zostały porwane przez ocean. Ten archipelag leżący z dala od głównych szlaków turystycznych stanowi idealne miejsce dla podróżników szukających bezludnych plaż i dobrych warunków do uprawiania wędkarstwa sportowego lub nurkowania. 

 

W Tanzanii i na Zanzibarze przeżyjemy wspaniałe przygody, dokonamy zaskakujących odkryć i doświadczymy niezapomnianych emocji. Kto choć raz odwiedzi ten urokliwy zakątek Afryki Wschodniej, chce już stale do niego wracać. 

Artykuły wybrane losowo

Irański skarbiec Bliskiego Wschodu

 

Isfahan_2.jpg

Plac Naghsz-e dżahan w Isfahanie

© PARS TOURIST AGENCY

 

Karolina Rakowiecka-Asgari

 

Iran to prawdziwy raj dla turystów. Obfituje w rozmaite atrakcje – od śnieżnych stoków narciarskich po gorące wybrzeże Zatoki Perskiej, od niezwykle suchych terenów w centrum po obszary wilgotnego klimatu nadkaspijskiego, od najnowocześniejszej architektury po subtelne meczety i zagubione w piaskach pustyni wioski z domami z gliny mieszanej ze słomą oraz bezcenne zabytki starożytności. Wszystkie te miejsca pozostają niemal dziewicze, ponieważ zagranicznych przybyszów wciąż przyjeżdża w te strony na tyle niewielu, że budzą autentyczną sympatię i zaciekawienie Irańczyków. Dlatego można tutaj nadal zaznać najprawdziwszej słynnej perskiej gościnności. Pod przyjętą w językach państw zachodnich dopiero w 1935 r. rodzimą nazwą Iran, od zawsze stosowaną przez mieszkańców kraju, kryje się przecież właśnie Persja, odgrywająca tak ważną rolę w dziejach świata od starożytności.

Choć Persowie stanowią dziś zaledwie ponad 50 proc. ludności państwa, od stuleci, a właściwie tysiącleci, to właśnie ich kultura dominuje nie tylko w irańskich granicach, ale i całym regionie. Trzeba pamiętać, że odkąd w VI w. p.n.e. powstało pod wodzą Cyrusa II Wielkiego pierwsze perskie imperium Achemenidów rozciągające się w okresie swojej świetności od Indii po Egipt, zwyczaje i tradycje niesione przez język perski – pełniący funkcję lingua franca na licznych terytoriach świata starożytnego, a potem w kalifacie – rozprzestrzeniły się na ogromnym obszarze (mawiano, że i w muzułmańskim raju perski ma być używany na równi z arabskim). Nigdy nie była to jednak kultura zamknięta. Przeciwnie, tym, co pozwoliło jej przez tysiące lat zachować tożsamość, okazała się zdolność asymilowania wpływów, w tym tych najstarszych asyro-babilońskich, stepowych, greckich, a z czasem arabskich (od najazdu w VII w.), tureckich i mongolskich. Każdy kolejny najeźdźca bądź nowy sąsiad szybko uczył się tutejszych wzorców. Nawet Mongołowie, którzy w XIII w. dosłownie obrócili w niwecz wschodnie centra kulturowe ówczesnej Persji, już w pierwszych pokoleniach jako nowi władcy kraju przejmowali nie tylko religię, ale i zamiłowanie do sztuki i język. W ten sposób literatura perska, jedna z najznamienitszych na świecie, przesiąknięta starymi, przedislamskimi motywami i mitami, znajdowała mecenasów wśród kolejnych obcych rządzących.


Do dziś dzieła literackie stanowią ważny element zbiorowej tożsamości Irańczyków i ich dumę narodową. Taksówkarze, przekupnie czy hotelarze z wypiekami na twarzy wyrecytują nam całe długie fragmenty poezji klasycznej lub też eposu Księga królewska (Szahname), pochodzącego już z okresu islamskiego (przełom X i XI w.), ale opiewającego świetność legendarnych i historycznych władców sprzed najazdu arabskiego. Mieszkańcy Iranu powszechnie sądzą, że XIII-wieczny mistyk i poeta Rumi (1207–1273), współczesny mu Sadi z Szirazu (1213 lub 1219–1291) bądź późniejszy o wiek Hafiz (Hafez, ok. 1315–ok. 1390) lepiej wyrażali ich bolączki niż obecni twórcy. To zresztą kolejna tutejsza osobliwość – choć język nowoperski (farsi) rozwija się od IX stulecia, jego wczesne formy są znacznie łatwiej zrozumiałe dla dzisiejszych irańskich czytelników niż utwory Mikołaja Reja czy Jana Kochanowskiego dla Polaków.

Współcześni Persowie

Shiraz_Botanical_Garden.jpg

Botaniczny Ogród Eram należący do Uniwersytetu w Szirazie

©WIKIMEDIA COMMONS/NICK TAYLOR



Perski jest nadal jedynym urzędowym językiem Iranu, mimo iż jako pierwszym posługuje się nim zaledwie ponad trzy razy więcej ludzi niż azerskim (azerbejdżańskim). Tego drugiego, należącego do języków tureckich, większość obywateli kraju używa na co dzień, podczas gdy ten oficjalny, którego jeszcze niedawno (przed rozpowszechnieniem telewizji) wiejskie dzieci uczyły się dopiero w szkole, funkcjonuje w pozostałych sferach. Podobnie rzecz ma się z mniejszościami, takimi jak Kurdowie, Arabowie czy Beludżowie. Wynika to po trosze z przywiązania do potężnej tradycji narodowej, ale także z polityki państwowej – Islamska Republika Iranu przyznaje teoretycznie nieograniczone prawa grupom etnicznym, mimo to w praktyce oczekuje od nich asymilacji z obawy przed tendencjami separatystycznymi. Różnorodność kulturową widać jednak wyraźnie na irańskiej prowincji (w Teheranie nazywa się nią – jak w Paryżu – całą resztę kraju). Poza dużymi ośrodkami jest zdecydowanie barwniej: kobiece stroje mienią się kolorami koczowniczych spódnic, turkmeńskich chustek i kwiecistych czadorów modlitewnych, które w miastach nosi się jedynie koło domu. Mniej tu czerni nadal dominującej w przestrzeniach publicznych metropolii. Bardziej natomiast będą się rzucać w oczy turystki w opadającej chustce i swobodniejszym stroju, które w stolicy zginęłyby w tłumie teheranek.


Skarby Isfahanu

12810px-Isfahan_Royal_Mosque_general.jpg

Isfahański Meczet Imama (Meczet Szacha) wzniesiony w XVII w

©WIKIMEDIA COMMONS/PATRICK RINGGENBERG



Przedstawicielami mniejszości są w rozumieniu prawa irańskiego przede wszystkim wyznawcy innych religii niż islam szyicki. Ormianie, żydzi, lokalni chrześcijanie i zaratusztrianie (zoroastryjczycy) mogą liczyć na szczególne przywileje, takie jak reprezentacja parlamentarna. Obecnie ok. 99,5 proc. Irańczyków jest muzułmanami, z czego mniej więcej 89 proc. to szyici. Ten odłam islamu dopiero w XVI w. stał się elementem tożsamości forsowanym przez dynastię Safawidów jako przeciwwaga dla sunnickiego imperium osmańskiego. Okres rządów tych władców (1501–1722) to czas odrodzenia narodowego, po którym zostało wiele imponujących zabytków, wśród nich miasto ogrodów i pałaców – Isfahan. Z uwagi na spójność koncepcji architektonicznej bywa ono porównywane z Krakowem. Jego centrum stanowi dawny plac do wywodzącej się prawdopodobnie z Iranu gry w polo, czyli Naghsz-e dżahan (Obraz Świata). Dziś jak na krakowskim Rynku Głównym stoją tutaj dorożki czekające na tłumy turystów. Tuż obok znajduje się bazar, jeden z najbogatszych i najczarowniejszych w kraju, na którym można nie tylko zaopatrzyć się w isfahańskie i koczownicze dywany sławne na cały świat, ale także przyjrzeć się pracy rzemieślników wytwarzających lampy, naczynia czy stemplowane ręcznie bawełniane tkaniny, tzw. kalamkary. W jego zaułkach natkniemy się na tradycyjne herbaciarnie (czajchany), gdzie poza pyszną perską herbatą zamówimy fajkę wodną (ghaljan) i dizi – typową irańską potrawę spożywaną według ustalonego rytuału (osobno zjada się sos z chlebem, oddzielnie mięso i warzywa ubite na miazgę).

Po powrocie z bazaru na Naghsz-e dżahan staniemy naprzeciw największego meczetu w Iranie zwanego niegdyś Meczetem Szacha, a dziś – jak wiele innych placów, dróg i świątyń – noszącego miano Meczetu Imama (przy czym po 36 latach, jakie minęły od rewolucji 1979 r., miejscowi nadal często używają dawnych nazw, całkowicie ignorując te nowsze). Imponuje on nie tylko swoimi rozmiarami i subtelnością wzorów, ale i niespotykanymi efektami akustycznymi ułatwiającymi pracę kaznodziejów. W miejscu, gdzie najlepiej niesie się głos, znajdziemy zawsze grupkę entuzjastów badających zjawisko echa. Na prawo od ogromnego gmachu ujrzymy kolejną nietypową budowlę sakralną – Meczet Szejcha Lotfallaha. Charakteryzująca się niesłychaną grą światła i cienia, stosunkowo niewielka świątynia wyróżnia się brakiem minaretów, niepotrzebnych z uwagi na to, że należała do prywatnego haremu szacha Abbasa I Wielkiego (1571–1629). Po przeciwległej stronie placu wznosi się pałac Ali Kapu (Ali Ghapu) o koronkowych drewnianych sufitach stanowiących niepowtarzalne głośniki podczas odbywających się w nim koncertów. W wielu isfahańskich obiektach, takich jak pałac Czehel Sotun (Czterdzieści Kolumn), odkryjemy przykłady malarstwa figuratywnego w muzułmańskim Iranie, będącym przecież ojczyzną miniatur. Islam irański na ogół słabiej ulegał wpływom ortodoksyjnym i chętnie asymilował tradycje lokalne. Bogate w malunki są także kościoły dzielnicy ormiańskiej – słynnej Dżolfy, którą szach Abbas I Wielki założył, aby wykorzystać obrotność Ormian dla budowania potęgi gospodarczej miasta. Przez środek Isfahanu przepływa rzeka Zajanderud, należąca do najpiękniejszych w kraju. W jednym z malowniczych mostów – Chadżu czy Sijose – możemy napić się herbaty po długim zwiedzaniu.

Od stolicy do Szirazu



Do Isfahanu dojedziemy z Teheranu w ok. 7 godz. wygodnym autokarem. Turyści na ogół chętnie porzucają stolicę, która – choć pięknie położona u podnóża masywu górskiego Elburs, pełna muzeów i parków – jest tłoczna i zanieczyszczona, jak na 8,5-milionowe miasto (a właściwie znacznie większe, bo zlało się w jeden organizm z licznymi satelitami) przystało. Po obejrzeniu klejnotów koronnych i odbyciu górskiej wycieczki (pieszo lub kolejką) większość nowo przybyłych ma dość zgiełku, korków (i tak zmniejszonych przez kilka linii metra) i kierowców mnóstwa samochodów nie zważających za bardzo na przepisy. Warto wiedzieć, że jeśli w trakcie powrotu z wędrówki po górach zostaniemy poczęstowani daktylami lub domowej roboty chałwą, powinniśmy przyjąć poczęstunek. To nazri, czyli jedzenie rozdawane za spełnienie modlitwy, w intencji zmarłego czy jakiejś ważnej sprawy. Najczęściej spotkamy się z nim w miesiącach ramadan i moharram (upamiętniającym żałobę po imamie szyickim Husajnie ibn Alim, wnuku proroka Mahometa, który zginął w 680 r. w bitwie pod Karbalą). W drugim z nich odbywają się spektakularne procesje żałobne i przedstawienia tradycyjnego teatru pasyjnego ta’zije. Poza tym przygotowuje się także wtedy większe nazri, często w postaci całych posiłków wręczanych przechodniom. Oba miesiące są ruchome, ponieważ liczy się je według kalendarza księżycowego. Dlatego dobrze wcześniej sprawdzić, kiedy w danym roku wypadają.

Jedna z najpopularniejszych dróg z Teheranu prowadzi właśnie do Isfahanu, a dalej na południe do Szirazu, kolejnej dawnej stolicy Persji, miejsca życia i pochówku wybitnych poetów: Sadiego i Hafiza (Hafeza). Do grobu tego ostatniego Irańczycy dosłownie pielgrzymują. Miasto powita nas również słynną Bramą Koranu, mauzoleum braci szyickiego imama Alego Rezy – Szach Czeragh, XVIII-wiecznym Bazarem Wakil i palmami daktylowymi (perskie daktyle należą do najlepszych na świecie, podobnie jak tutejsze pistacje i kawior). Dojedziemy stąd do Persepolis, stolicy ceremonialnej Achemenidów, spalonej w 330 r. p.n.e. podczas najazdu Aleksandra Wielkiego na Persję, ale nawet w postaci ruin imponującej rozmachem zamierzeń architektonicznych i płaskorzeźbami ukazującymi wielonarodową procesję lenników niosących dary swojemu achemenidzkiemu suwerenowi, szachinszachowi – królowi królów. W samym Perspepolis i nieopodal niego znajdują się skalne mogiły perskich monarchów. W pobliskim starożytnym mieście Pasargady stoi samotny grobowiec Cyrusa II Wielkiego, założyciela dynastii, o którym z takim uznaniem pisze autor biblijny.

Nomadzi i zaratusztrianie

Iran_-_Yazd.jpg

Kompleks Amir Czakmagh z meczetem i dwoma minaretami w Jaździe

©WIKIMEDIA COMMONS/ALIREZA JAVAHERI



Z Szirazu (albo z Isfahanu) można wybrać się z wizytą do koczowników (szacuje się, że ok. 1,5 proc. ludności Iranu nadal, przynajmniej okresowo, żyje w obozowiskach) nad Zatokę Perską, gdzie temperatura nie spada właściwie poniżej 20°C. Warto również wyruszyć na północny wschód do Jazdu, aby podziwiać zachowane w niezmienionym kształcie gliniane stare miasto pełne urokliwych zaułków i wąziutkich uliczek, a także poznać nieco zaratusztrian, których jest tu – obok Teheranu – najwięcej. Zaratusztrianizm to jedna z najstarszych wciąż żywych religii światowych o korzeniach sięgających II tysiąclecia p.n.e. Odegrał on niebagatelną rolę w rozwoju wielkich monoteistycznych systemów religijnych, przede wszystkim poprzez wpływ na judaizm, w którym zaczepił motywy sądu ostatecznego, raju, piekła i zmartwychwstania. Według niektórych danych dziś na świecie żyje nawet 125 tys. zaratusztrian, w tym mniej więcej 20 tys. w Iranie.

W samym Jaździe znajduje się zaratusztriańska świątynia ognia oraz wieże milczenia, służące niegdyś do wystawiania zwłok uważanych za siedzibę demonów. Pochowane w ziemi ciała zanieczyściłyby jeden ze świętych żywiołów. Dopiero oczyszczone przez ptaki kości mogły zostać pogrzebane pośrodku wieży. Dziś nie praktykuje się już takich pochówków, a zmarłych grzebie się na współczesnym cmentarzu z betonowymi grobami. Ołtarz ognia, wyjątkowo stary i szanowany, zobaczymy też w pobliskim Czak Czak, celu pielgrzymek zaratusztrian. Bije w nim święte źródło, które miało powstać w miejscu, gdzie litościwa skała rozstąpiła się przed perską księżniczką uciekającą przed arabskimi najeźdźcami. Niechęć do Arabów, którzy mimo swojej przewodniej roli w islamie uchodzą wśród Persów za pośledniejszy kulturowo naród, pozostaje w Iranie żywa po dziś dzień. Sami Irańczycy wywodzą się z ludów indoeuropejskich (nie semickich jak arabscy mieszkańcy Afryki i Półwyspu Arabskiego), co uważają za powód do dumy.

Z Jazdu można udać się na północny zachód do Kaszanu – miasta pałaców, z którego polscy królowie sprowadzali dywany – i dalej do Teheranu, żeby zdążyć na samolot powrotny do Europy. Osoby dysponujące większą ilością czasu mają szansę odnaleźć w tym kraju takie czarowne miejscowości jak Abjane koło Kaszanu czy Masule niemal nad Morzem Kaspijskim, a także ormiańskie klasztory, wiele bezcennych zabytków starożytnych bądź islamskich oraz centra pielgrzymkowe, m.in. Kom (Ghom) i Meszhed. Niezapomnianych wrażeń dostarcza podziwianie monumentalnej przyrody: dwóch wysokich łańcuchów górskich Elburs i Zagros, piaszczystych i słonych pustyń oraz całkiem odmiennych wybrzeży Zatoki Perskiej i Morza Kaspijskiego. Jednak nawet krótka wycieczka w te strony pozwala poznać choć w pewnym stopniu tę fascynującą krainę, w której czas płynie inaczej. O samym Isfahanie Irańczycy mówią nesf-e dżahan, co znaczy „połowa świata”. Jak wielki i wspaniały musi być zatem cały Iran…

Pomocne wskazówki

Na koniec warto wspomnieć o kilku uwagach praktycznych. Po tym kraju podróżuje się dobrze nie tylko dzięki życzliwości jego mieszkańców. Między największymi jego miastami wytyczono wygodne drogi, działa w nim rozwinięta sieć połączeń lotniczych i autobusowych, w wiele miejsc można dojechać pociągiem (najlepiej kupić bilet wcześniej i pomyśleć o kuszetce, gdyż Iran jest parokrotnie większy od Polski i podróż drogą lądową pomiędzy poszczególnymi ośrodkami trwa na ogół kilka, czasem nawet kilkanaście godzin). Wielbiciele luksusu znajdą tutaj eleganckie hotele, a osoby z mniejszym budżetem – tanie hostele. Poza tym meczety i pokoje modlitw są otwarte dla zmęczonych podróżnych czekających na pociąg czy autobus. Nikomu nie będzie przeszkadzać, jeśli się w nich prześpimy.

Przed wyjazdem należy zaszczepić się na żółtaczkę. Kobiety, także przyjezdne, obowiązuje hidżab (dosłownie zasłona), co w praktyce oznacza konieczność noszenia chustki lub szala, choćby niedbale narzuconych na włosy, oraz stroju zasłaniającego ręce i nogi, np. spodni i koszuli. Lepiej nie planować też podróży na najgorętszą część roku, zwłaszcza sierpień przynosi trudne do opisania upały. Na południu Iranu, gdzie w lutym temperatura nie spada poniżej 20°C, w lecie termometry wskazują nierzadko 50°C. Ludzie starają się wtedy nie wychodzić z klimatyzowanych pomieszczeń. Również na północy kraju, w Teheranie, a zwłaszcza pasie nadkaspijskim, w którym wilgotność powietrza dochodzi do 90 proc., gorące miesiące są nie do wytrzymania. Znakomitym czasem na wyprawę w te strony jest okres wiosenny. W marcu przyroda wybucha feerią barw, a temperatury wciąż pozostają całkiem znośne. Okolice Nouruzu – perskiego nowego roku obchodzonego w pierwszym dniu wiosny – to niestety pora wzmożonego ruchu turystycznego i jeśli ktoś planuje nocować w hotelach, powinien raczej zdecydować się na wyjazd na przełomie lutego i marca bądź wstrzymać się z nim do kwietnia. Jak we wszystkich krajach muzułmańskich, nawet w mało ortodoksyjnym Iranie lepiej unikać ramadanu, kiedy trudniej niż zwykle o świeże jedzenie. Turyści mogą się jednak stołować w wielu miejscach i nie narażą się też na żadne nieprzyjemności, pijąc czy posilając się na jakiejś bocznej ulicy. Podróżnych islam zwalnia z obowiązku poszczenia.

Irańczycy są bardzo gościnni, ale i kurtuazyjni. Zanim kilkakrotnie nie powtórzą zaproszenia nastawmy się raczej, że mamy do czynienia z ta’arofem – formą czysto grzecznościową, za którą nie stoi rzeczywista propozycja. W przeciwnym wypadku możemy sprawić gospodarzowi kłopot. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku kursu taksówką. Nawet jeśli kierowca uparcie uchyla się od przyjęcia zapłaty, należy ją uiścić. Na koniec jeszcze jedna wskazówka: lepiej uważać na motocykle na chodnikach. Jeśli ich nie liczyć, Iran jest wyjątkowo bezpiecznym krajem – nawet kradzieże przydarzają się tu rzadziej niż gdzie indziej. Dlatego zdecydowanie warto odwiedzić tę niesamowitą starożytną krainę na Bliskim Wschodzie.

Poczuć radość życia na Filipinach

kayaking_in_pangulasian.jpg

Wyspa Pangulasian – wycieczka kajakiem

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM/FOTOSEEKER.COM


MARTA DUCZMAN

MICHAŁ KĘPA

www.ducziwdrodze.pl


Pełna magii Republika Filipin leży w Azji Południowo-Wschodniej. Swoimi granicami obejmuje aż 7107 wysp. Niespełna połowa z nich ma własną nazwę, a zaledwie kilkaset jest zamieszkałych. Oblewają je wody Oceanu Spokojnego i mórz Sulu, Celebes, Południowochińskiego i Filipińskiego. 


ChocolateHills-3.jpg

Wzgórza Czekoladowe leżą na terenie gmin Carmen, Batuan i Sagbayan 

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM


Powierzchnia wszystkich lądów w Archipelagu Filipińskim wynosi ok. 300 tys. km2,czyli nieco mniej niż terytorium Polski. Wydzielono tu 3 główne obszary geograficzne: Luzon, Visayas (Visayan) i Mindanao. Największą wyspę stanowi Luzon, która ma niemal 110 tys. km² i 50 mln ludności. Populacja kraju liczy ponad 102 mln mieszkańców, co sprawia, że znajduje się on na 12. miejscu wśród najbardziej zaludnionych państw na świecie. 


Filipiny to kraina niezmiernie różnorodna pod względem geograficznym i kulturowym. Dostrzeżemy w niej wyraźne wpływy kolonizatorów. Przybyli tu w XVI w. Hiszpanie zaszczepili na wyspach chrześcijaństwo. Dziś ok. 80 proc. Filipińczyków jest katolikami.


Krótka historia

north_luzon_38_midres.jpg

Vigan to najlepiej zachowane hiszpańskie miasto kolonialne w Azji 

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM/FOTOSEEKER.COM/DAVID HETTICH, TOBIAS HAUSER


Ludzie zamieszkiwali Archipelag Filipiński prawdopodobnie już ponad 50 tys. lat temu. W późniejszym okresie docierali w te strony m.in. przybysze z Półwyspu Arabskiego, dzisiejszych Chin, Tajwanu i Indii. Europejczycy pojawili się na wyspach wraz z Ferdynandem Magellanem (1480–1521) w 1521 r. Portugalski żeglarz i odkrywca, służący Hiszpanom, przyłączył je wtedy do hiszpańskiego imperium. Kolonizację Filipin rozpoczął jednak tak naprawdę dopiero w 1565 r. Miguel López de Legazpi (ok. 1503–1572), który zbudował pierwszą osadę – Villa de San Miguel, przemianowaną potem na Cebu. Następnie w 1571 r. założył dzisiejszą Manilę, ówczesną stolicę Hiszpańskich Indii Wschodnich (aż do 1898 r.).


W 1896 r. Filipińczycy wzniecili powstanie narodowe i 12 czerwca 1898 r. ogłosili niepodległość. Radość z wolności nie trwała zbyt długo. W tym czasie rozgrywała się wojna amerykańsko-hiszpańska, trwająca od 25 kwietnia do 12 sierpnia 1898 r. Ponieważ Hiszpanie ponieśli w niej klęskę, na mocy traktatu paryskiego z 10 grudnia 1898 r. Filipiny włączono do terytoriów Stanów Zjednoczonych. 8 grudnia 1941 r., po ataku na amerykańską bazę Pearl Harbor na Hawajach, armia japońska dokonała udanej inwazji na archipelag. Po przegranej w bitwie o Midway w czerwcu 1942 r. Japończycy zaczęli jednak tracić powoli zagarnięte tereny. Ostatecznie 4 lipca 1946 r. Filipińczycy podpisali z Amerykanami traktat w Manili, w wyniku którego proklamowana została niepodległa Republika Filipin. Pierwszym jej prezydentem był Manuel Róxas (1892–1948).


Przyjaźni wyspiarze

Kadayawan_Festival_2.jpg

Trzeci tydzień sierpnia to czas Festiwalu Kadayawan w mieście Davao

©PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM


Filipiński (filipino) bazuje na języku tagalskim (tagalog). Oprócz tego istnieje tutaj mniej więcej 175 innych lokalnych języków i dialektów (w zależności od zasad klasyfikacji). W niektórych częściach Filipin wciąż usłyszymy ludzi mówiących po hiszpańsku. Angielski (drugi urzędowy język kraju obok filipińskiego) jest powszechnie używany w urzędach, szkołach i innych miejscach publicznych. Dlatego przed podróżą w te strony nie trzeba się obawiać problemów związanych z porozumiewaniem się z mieszkańcami.


Termin Filipino pierwotnie oznaczał „człowieka o hiszpańskim pochodzeniu urodzonego na Filipinach”. Żyjący obecnie na archipelagu naród stanowi potomków ludów austronezyjskich, Chińczyków, Hindusów, Hiszpanów, Japończyków, Amerykanów i Arabów. Wyspiarze charakteryzują się pogodnym usposobieniem, otwartością, życzliwością i serdecznością. Między sobą często używają zwrotów Madame i Sir. Podczas wizyty na Filipinach możemy zostać zaproszeni do gry w koszykówkę czy badmintona, a także do wspólnego biesiadowania. W wioskach i na mniejszych wyspach, szczególnie pod sklepikami zwanymi sari-sari, miejscowi chętnie częstują turystów lokalnym trunkiem tuba lub bahalina. To nic innego jak samogon, tyle że otrzymywany z palmy kokosowej. Ma on mętny brązowy kolor i bardzo charakterystyczny smak fermentującej rośliny. W niektórych regionach bywa podawany z pepsi. Takie wspólne popijanie tuby stanowi okazję do snucia opowieści o lokalnych zwyczajach i historii.


Nie sposób nie wspomnieć również o zamiłowaniu Filipińczyków do śpiewania i ich wstydliwości, która przejawia się tym, że kiedy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie bądź czegoś nie wiedzą, spuszczają głowę, jakby udawali, iż rozmówca zniknął. Tę pierwszą cechę także nietrudno zauważyć. Wyspiarze, czy to młodzi, czy starzy, śpiewają niemal wszędzie. Czasem kiedy ekspedientka w dużym markecie usłyszy w głośnikach ulubiony utwór, przy obsługiwaniu klientów bez żadnego skrępowania wtóruje jego wykonawcy. Jeśli odmówimy wspólnego wykonania piosenki, tłumacząc się brakiem umiejętności, Filipińczycy prawdopodobnie odpowiedzą nam, że oni sami też nie wykazują szczególnych zdolności wokalnych. Jednak tym akurat się nie przejmują, bo zwyczajnie kochają śpiewać.


„Kani tayo!”


Kuchnia filipińska jest połączeniem wpływów orientalnych, europejskich (głównie hiszpańskich) i amerykańskich. Wspólne gotowanie i spożywanie posiłków ma dla mieszkańców tego kraju duże znaczenie. Dlatego w trakcie podróży po nim warto nauczyć się zwrotu Kani tayo!, czyli „Zjedzmy coś!”, funkcjonującego jako zaproszenie do stołu. Filipińczycy kochają życie i uwielbiają to celebrować podczas różnego rodzaju zjazdów i fiest. Do charakterystycznych dań lokalnej kuchni należy m.in. podawana na zimno przystawka z surowej ryby zwana kinilaw (kilawin). Świeże mięso np. z tuńczyka miesza się z octem, limonką, imbirem, chili, cebulą i czarnym pieprzem, a następnie pozostawia na kilka godzin w lodówce. Taki przysmak przyjemnie orzeźwia w gorące dni. Najważniejszą potrawą wszelkich uroczystości i świąt jest lechón – cała świnia pieczona nad rozgrzanymi węglami do uzyskania chrupiącej skórki. Poza tym mięsa lub owoce morza smaży się także w specjalnej marynacie adobo z czosnku, octu i sosu sojowego. Przygotowane w ten sposób kalmary są niezwykle smaczne. Popularnością cieszy się również pancit kanton, czyli smażony makaron jajeczny z krewetkami, wieprzowiną i niewielką ilością warzyw takich jak marchewka, kapusta i szczypior. Z kolei kare-kare stanowi rodzaj gulaszu o intensywnym orzechowym smaku.


Co ciekawe, sieci restauracyjne typu McDonald’s czy KFC do swojego menu na Filipinach wprowadzają dania kuchni lokalnej. Nawet w takim miejscu możemy więc dostać porcję ryżu do nóżki kurczaka, makaron ze słodkim sosem pomidorowym lub ciastko z mango. Za najpopularniejszy filipiński deser uchodzi natomiast halo-halo, na które składają się schłodzone owoce chlebowca, fasola, mleko, kostki galaretki i kruszony lód. Ten specjał podaje się w wysokiej szklance z łyżką.


Typowym elementem azjatyckiej gastronomii są stoiska z jedzeniem ulicznym. W tym kraju znajdziemy na nich smażone na głębokim oleju banany, słodkie ziemniaki, jelita kaczki, papryczki chili w cieście ryżowym i empanadas, czyli duże pierogi z ciasta kukurydzianego nadziewane kapustą, marchewką, chili i mięsem. Na koniec warto jeszcze wspomnieć o pewnej ciekawostce kulinarnej z Filipin – budzącym mieszane emocje wśród Europejczyków przysmaku balut.Jest togotowane jajko z 17-dniowym zarodkiem kaczki z wyraźnie wykształconym już dziobem. Przekąsce tej przypisuje się właściwości afrodyzjaku. Kosztuje ona 20 peso filipińskich (PHP) i kupimy ją prawie na każdym rogu.


Mango i fiesta t
en pyszny filipiński owoc wpisano do Księgi rekordów Guinnessa dwa razy. W 1995 r. odmiana manila mango została uznana za najsłodszą na świecie. Z kolei w 2009 r. w mieście portowym Cagayan de Oro na wyspie Mindanao podczas lokalnej fiesty zaprezentowano okaz, który ważył aż 3,435 kg! Na Filipinach zbiera się rocznie ponad 800 tys. ton tych owoców (ok. 3,6 proc. światowej produkcji). Z uprawy mango słynie przede wszystkim Cebu. Podczas odwiedzin na niej można wybrać się na plantację i jeść je prosto z drzewa.


Wyspiarze kochają kolory. Świadczą o tym m.in. dość kiczowate malunki na jeepneyach czy barwne imprezy w poszczególnych dzielnicach (barangay, dawniej barrio). Aby poznać lokalny folklor, trzeba koniecznie wybrać się na taką potańcówkę połączoną z występami i kulinarną ucztą zakrapianą miejscowymi trunkami. Filipiny słyną też z różnokolorowych festiwali tanecznych i maskarad. Jedno z najpopularniejszych tego typu wydarzeń odbywa się w mieście Bacolod na wyspie Negros. Nosi wiele mówiącą nazwę MassKara. Ta zabawa to kilkudniowy uliczny spektakl, w którym główne role grają tańczący ludzie poubierani w eleganckie i pomysłowe kostiumy z odblaskowymi maskami.

W drodze


Do przemieszczania się po lądzie na długich i krótkich dystansach mamy na Filipinach do wyboru autobusy typu naszych PKS-ów w wersji klimatyzowanej i nieklimatyzowanej. Szybsze są wyposażone w klimatyzację minibusy, ale komfort jazdy jest w nich raczej pozorny. W rzeczywistości takim pojazdem, przeznaczonym dla 11 pasażerów, jedzie tyle osób, ile się zmieści, wraz z bagażami, np. 10-kilogramowym workiem ryżu lub żywym inwentarzem w postaci kurczaków w pudełku. Kolejny popularny środek transportu publicznego stanowią jeepneye, czyli stare przedłużane jeepy, które zostały na wyspach po Amerykanach. Na pace takiego samochodu terenowego po obu stronach znajdują się ławki dla podróżujących. Karoserię aut zdobią charakterystyczne różnobarwne malunki, często pojawiają się na nich postaci Matki Boskiej albo Jezusa. Ciekawie prezentuje się również trycykl. To motocykl z domontowanym z boku wózkiem. Choć wygląda na dwuosobowy i niejednokrotnie ciężko wsiąść do niego przeciętnemu Europejczykowi, przewozi czasem kilkoro Filipińczyków i ich bagaże. Trycyklem nazywa się też rower typu BMX z zamocowanym koszem na pasażerów i parasolem ogrodowym. Rzadko ma on normalny hamulec, przeważnie kierowca zwalnia za pomocą naciśnięcia klapkiem na oponę. Interesujące rozwiązanie stanowi także taksówka motocyklowa habel-habel. Można podróżować nią tylko z kierowcą lub w większym towarzystwie. 


Do pokonywania odległości między wyspami służą wolne, ale tanie promy, trochę droższe szybkie łodzie (fast boats) oraz tradycyjne filipińskie banki (banca). Te ostatnie wyglądają jak duże pająki wodne, ponieważ do ich wąskich kadłubów przyczepia się długie bambusowe stabilizatory, które zapobiegają wywróceniu się. Jeśli wybierzemy lokalne środki transportu, na pewno czeka nas wiele niesamowitych przeżyć.


Sport dla odważnych


Za nieodłączną część kultury filipińskiej uchodzą walki kogutów. Mimo iż są krwawe i brutalne, odbywają się całkowicie legalnie. To lokalna forma hazardu. Arena, na której walczą ptaki przypomina ring bokserski. Koguty dzieli się na trzy kategorie wiekowe: 0–9 miesięcy, 9–20 miesięcy i powyżej 20 miesięcy. Standardowy trening przed walką trwa 21 dni. Zaczyna się o godz. 3.00 rano przy silnym oświetleniu. Taki zabieg ma na celu oswoić ptaka ze światłem, które pada na niego na arenie. Kogut wykonuje różne ćwiczenia wzmacniające jego mięśnie, skrzydła i pazury. Po 7 dniach treningów w nagrodę właściciel podsuwa mu kurę. Dzięki kopulacji w koguciej krwi wzrasta poziom testosteronu. Poza tym wpływa ona też pozytywnie na rozwój muskulatury. W czasie ćwiczeń ptak dostaje suplementy diety, specjalne jedzenie oraz witaminy i antybiotyki, a także środki na rozbudowę masy mięśniowej. 


W dniu walki przed wejściem na arenę do lewej nogi koguta przywiązuje się ostrze. Z wieloletnich obserwacji wynika, że w 99 proc. przypadków pierwsze kopnięcie wykonuje on właśnie tą łapą. Za pomocą tej broni ptak zadaje śmiertelny cios swojemu rywalowi. Gdyby nie otrzymał takiego wyposażenia, starcie trwałoby znacznie dłużej. Walki kogutów są ważną częścią codziennego życia wyspiarzy, dlatego jeśli mamy mocne nerwy, powinniśmy choć raz obejrzeć tego rodzaju zawody.


Wyspa cudów


Większość turystów rozpoczyna swoją podróż po Filipinach od największej ich wyspy Luzon ze stolicą Manilą i znajdującymi się w niej dwoma międzynarodowymi lotniskami – Ninoy Aquino International Airport i Clark International Airport. W pobliżu miasta, w prowincji Batangas wznosi się czynny wulkan Taal (311 m n.p.m.). Ostatnio wybuchł w 1977 r., lecz od 1991 r. pozostaje wciąż aktywny i raz na jakiś czas daje o sobie znać lekkimi wstrząsami ziemi i bulgotaniem wydobywającym się z krateru. Wygląda jednak wyjątkowo malowniczo. Jego stożek wystaje nad spokojną taflę oblewającego go jeziora Taal. To widok zapierający dech w piersiach.


Na Luzon ujrzymy także uznawane za ósmy cud świata, liczące sobie ok. 2 tys. lat, przepiękne tarasowe pola ryżowe Kordylierów Filipińskich, położone w prowincji Ifugao. Leżą one na wysokości mniej więcej 1500 m n.p.m. W 1995 r. zostały wpisane na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.


W górskim regionie (Mountain Province) znajduje się też miasteczko Sagada. W tej urokliwej miejscowości o przyjemnym chłodnym klimacie zobaczymy słynne wiszące trumny. Najpopularniejsze miejsce do ich oglądania stanowią Echo Valley i jaskinia Lumiang Burial. Przyczepione do wapiennych skał skrzynie są pozostałością po dawnej formie pochówku sprzed 500 lat. Razem z przewodnikiem można udać się z Sagady na eksplorowanie okolicznych grot, atrakcyjnych ze względu na wąskie przejścia i podziemną rzekę. 


Na północno-zachodnim wybrzeżu Luzon, nad Morzem Południowochińskim, leży 50-tysięczne Vigan. To czarujące miasto z zachowaną XVI-wieczną zabudową. Jego historyczne centrum wzniesione przez hiszpańskich kolonizatorów również znalazło się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wśród jego klimatycznych uliczek można poczuć się jak w Hiszpanii. Warto tu przejechać się dorożką, spróbować empanadas i pizzy pinakbet, odwiedzić garncarnię i tkalnię. Kinomanów zaciekawi na pewno fakt, że w tym miejscu kręcono film Urodzony 4 lipca (1989 r.) z Tomem Cruise’em w roli głównej.


Podziemna rzeka


Najdalej wysuniętą na północ częścią archipelagu są wyspy Batanes położone w bliskim sąsiedztwie Tajwanu. Ten region uchodzi za nie lada gratkę dla miłośników historii II wojny światowej, ponieważ znajdowała się w nim amerykańska baza wojskowa. Do dziś zachowała się m.in. radiostacja, a także japoński tunel. Poza tym rejon charakteryzuje się chłodniejszym klimatem i soczyście zielonym krajobrazem z klifowym wybrzeżem. 


Z Manili dolecimy np. do Puerto Princesa na niezmiernie długiej wyspie Palawan, leżącej na południowym zachodzie. Słynie ona z obszaru wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i jednego z 7 Nowych Cudów Natury, czyli Parku Narodowego Rzeki Podziemnej Puerto Princesa (bramę do niego stanowi wioska Sabang). Umieszczona w jego nazwie rzeka (Cabayugan) płynie przez 8,2 km pod ziemią, wpada bezpośrednio do Morza Południowochińskiego i podlega pływom. Jej okolicę porasta bujna roślinność. Odkryto tutaj ok. 800 gatunków flory. Oprócz tego jaskinie krasowe i ich sąsiedztwo zamieszkują liczne pajęczaki, ssaki, gady i ptaki. To znakomite miejsce dla miłośników biologii.


Na północny wschód od Sabang znajduje się cichy i leniwy nadmorski Port Barton. Przed budową drogi ekspresowej pozwalającej dostać się z Puerto Princesa do El Nido w kilka godzin w tym mieście przyjezdni zatrzymywali się na nocleg. Wówczas przeżywało ono okres największej popularności. Obecnie pozostaje trochę zapomniane. Port Barton spodoba się jednak osobom unikającym masowej turystyki i ceniącym sobie spokój. Rozciąga się w nim piękna piaszczysta plaża. Wybierzemy się też stąd na całodniowy rejs łodzią na pobliskie malutkie wyspy połączony z oglądaniem raf koralowych i ich mieszkańców, m.in. żółwi morskich. Podczas spaceru w głąb dżungli napotkamy lokalną ludność, ujrzymy liczne małpy i zażyjemy odświeżającej kąpieli w wodach wodospadu. Kolację najlepiej zjeść tu w jednej z garkuchni.

Z kolei wspomniane wcześniej El Nido to bardzo popularna miejscowość, położona na północnym końcu Palawanu. Słynie ona z dziewiczego archipelagu Bacuit. W jego okolicach spotkamy manty, delfiny, diugonie przybrzeżne i żółwie (szylkretowe, oliwkowe, skórzaste i zielone). Miłośnicy klifów i dziewiczych lagun na pewno będą zachwyceni tutejszymi krajobrazami.


Z El Nido drogą morską dostaniemy się na wyspę Coron. Właśnie w jej pobliżu spoczywa kilka wraków japońskiej floty zaopatrzeniowej z okresu II wojny światowej. Brak silnych prądów i specyficzne ukształtowanie terenu czynią nurkowanie z licencją OWD (Open Water Diver) wokół tych jednostek wyjątkowo łatwym.


Rekiny i czary


Zarówno z Manili, jak i z Puerto Princesa, można dotrzeć samolotem na wyspę Cebu, leżącą w sercu regionu Visayas. Miasto Cebu było pierwszą osadą założoną przez hiszpańskich kolonizatorów w kwietniu 1565 r. Znajdziemy w nim kaplicę ze słynnym Krzyżem Magellana (niedaleko Bazyliki Dzieciątka Jezus) i Muzeum Sugbo (Museo Sugbo). To wspaniałe miejsce do poznawania bogatej historii tego wyspiarskiego kraju.


Osoby lubiące nieco inne wrażenia powinny wybrać się w okolice Mango Square. Rejon ten znany jest z klubów nocnych, imprez w stylu house i klubów go-go. Na ulicach spotkamy dziewczyny lub transwestytów składających niedwuznaczne propozycje.


W położonym na południe od Cebu miasteczku Oslob można popływać z rekinami wielorybimi. Te niezwykłe ryby dożywają podobno nawet 70 lat. Ich skóra o grubości do 10 cm chroni je przed najgroźniejszymi drapieżnikami. Największy odnotowany okaz miał aż 12,65 m długości i ważył ok. 21,5 tony! Choć takie fakty brzmią nieco przerażająco, zwierzęta nie stanowią zagrożenia dla człowieka. Żywią się głównie planktonem. Spotkanie oko w oko z rekinem wielorybim z pewnością będzie przeżyciem zapadającym na długo w pamięć.


U południowych wybrzeży Cebu, pomiędzy wyspami Negros i Bohol znajduje się Siquijor. Wśród Filipińczyków cieszy się złą sławą i budzi grozę. Jeśli zaprosimy kogoś miejscowego na wspólne zwiedzanie tego niewielkiego lądu (ok. 337,5 km²), prawdopodobnie zdecydowanie nam odmówi. Podobno tę wyspę zamieszkują czarownice, szamani i stworzenia o nadprzyrodzonych zdolnościach takie jak abat czy łak-łak (wak-wak, aswang). Ten ostatni według lokalnych wierzeń zjada płody z wnętrzności ciężarnej kobiety. Mimo to urokliwa i zróżnicowana Siquijor jest coraz chętniej odwiedzana przez turystów. Jeśli wypożyczymy motocykl bądź trycykl, objedziemy ją w jeden dzień. Warto udać się tutaj do kilku wodospadów. Cambugahay mają 3 poziomy, a na każdym z nich można wykąpać się w orzeźwiającej wodzie. W Sanktuarium Motyli zapoznamy się ze stopniami rozwoju tych owadów i dowiemy się, jakie ich gatunki występują w tym regionie. Na uwagę zasługują też jaskinie i puste piaszczyste plaże. 


Czekoladowa kraina


Na samym środku pobliskiej wyspy Bohol, niedaleko miejscowości Carmen leżą słynne Wzgórza Czekoladowe, czyli co najmniej ok. 1270 kopców osiągających wysokość od 30 do 120 m. W porze suchej (od lutego do maja), kiedy wszystko wokół zamiera, przybierają brązowy kolor podobny do barwy czekolady.


Także w tej części Filipin znajdziemy rezerwat uroczych małych małpek – wyraków filipińskich. Po drodze do niego warto udać się na spływ rzeką Lobok, której okolica posłużyła za plener do filmu Czas Apokalipsy (1979 r.) Francisa Forda Coppoli. Ze względu na położenie w sercu dżungli zachwyca ona widokami.


Amatorom mocnych wrażeń przypadnie do gustu propozycja przejażdżki rowerem po linie rozwieszonej na wysokości 225 m w Chocolate Hills Adventure Park. W jej trakcie z siodełka można podziwiać niesamowitą panoramę ze Wzgórzami Czekoladowymi.


Na południowy wschód od Bohol leży Camiguin. Na tym lądzie o powierzchni niemal 238 km2, zamieszkanym przez 90 tys. ludzi, wznosi się aż 7 wulkanów. Erupcje i ruchy ziemi sprawiły, że ta spektakularna wyspa jest pełna cudów i bogactw naturalnych. Ogromne wrażenie robi zatopiony cmentarz (Sunken Cemetery), a jego historia opowiedziana przez mieszkańców dodaje mu jeszcze większego uroku. Na Camiguin odkryjemy również dwa potężne wodospady – Tuasan i Katibawasan. Bije od nich przyjemny chłód i życiodajna energia. Idealnym zakończeniem dnia będzie natomiast relaksująca kąpiel w gorących źródłach Ardent u stóp wulkanu Hibok-Hibok (1332 m n.p.m.).


Jak w raju


Z większą wyspą Panay sąsiaduje maleńka Boracay. Zajmuje ona ok. 10 km2 powierzchni i szczyci się najpiękniejszą białą plażą oblewaną turkusową wodą na całych Filipinach – White Beach. Jeżeli zapytamy Filipińczyków, dokąd warto wybrać się w ich ojczyźnie, jak jeden mąż odpowiedzą, że właśnie do tej rajskiej oazy. Ten niewielki skrawek lądu został w dużej mierze opanowany przez masową turystykę, lecz jest na tyle przestronny, że można na nim spędzić spokojnie urlop. Znakomitym pomysłem będzie też rejs dookoła Boracay połączony z przystankami na snorkeling, skakanie z klifu czy zwiedzanie grot i pływanie w nich. Do miejscowych atrakcji należą również nurkowanie, wind- i kitesurfing czy lot na paralotni, a nawet… kurs bycia syreną. 


Z kolei u północno-wschodnich wybrzeży Panay rozciągają się Wyspy Olbrzymów (Islas de Gigantes), podzielone na rejon północny (Gigantes Norte) i południowy (Gigantes Sur). Ten owiany legendami obszar kusi dziewiczymi piaszczystymi plażami, pysznymi świeżymi owocami i skalnym krajobrazem. Na archipelagu warto odwiedzić przestronne jaskinie (aż 73!) i zażyć kąpieli w ich krystalicznie czystych wodach, a także wejść na latarnię morską (North Gigantes Island Lighthouse). Przede wszystkim jednak trzeba koniecznie udać się na punkt widokowy, z którego rozpościera się wspaniała panorama okolicy.


Podwodne eldorado


Filipiny znajdują się w czołówce najlepszych regionów dla nurków na świecie. Eksploracja podwodnego królestwa w tej szerokości geograficznej dostarcza niezapomnianych wrażeń. Za największy skarb archipelagu uchodzi przede wszystkim wpisany w 1993 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO Park Naturalny Raf Tubbataha (Tubbataha Reefs Natural Park), założony na południowy wschód od Puerto Princesa (Palawan) na morzu Sulu. Zajmuje on 1300 km². Ochroną objęto tutaj dziewiczą rafę koralową z przepiękną 100-metrową ścianą, rozległymi lagunami i koralowymi wysepkami. Ten region jest udostępniony do zwiedzania tylko podczas kilkudniowego nurkowego safari, które – niestety – nie należy do najtańszych.


Kolejnym idealnym miejscem dla amatorów podwodnych przygód będzie rejon Parku Naturalnego Rafy Apo (Apo Reef Natural Park), zwanej też miniaturową Tubbatahą, rozciągający się u zachodnich wybrzeży Mindoro. To drugi co do wielkości ciągły system rafowy na świecie (ok. 34 km2). Podczas nurkowania można tu spotkać rekiny, ślimaki nagoskrzelne, ryby z rodziny rogatnicowatych, manty i barakudy.


Dużą popularnością cieszą się także Moalboal na Cebu i wyspa Pescador. Wśród pobliskich miękkich ścian koralowych aż roi się od egzotycznych stworzeń, w tym żółwi morskich. Nurkowie odwiedzają również Bohol i plażę Alona na Panglao, gdzie działa wiele lokalnych baz. Z tutejszymi instruktorami udamy się na wyspę Balicasag, wokół której wznoszą się pod wodą strome stoki z koralowców zamieszkane m.in. przez ryby z gatunku karanksów, plataksy długopłetwe (Platax teira), mniejsze ślimaki nagoskrzelne czy liczne błazenki. W okolicach brzegów rajskiej Pamilacan o poranku można spotkać stada delfinów radośnie skaczących nad powierzchnię morza w promieniach wschodzącego słońca.


Nad morzem i w górach


We wschodniej części Filipin oblewanej przez wody Morza Filipińskiego, w rejonie Mindanao leży Siargao (ok. 437 km²). Dzięki tworzącym się tutaj wysokim falom, wyspa zaskarbiła sobie względy surferów z całego świata. Miejsce, gdzie powstaje słynna „Cloud 9” („Chmura 9”) co roku we wrześniu gości międzynarodowe zawody surfingowe. Oprócz tego Siargao zachwyca pięknymi piaszczystymi plażami i kolorowymi rafami koralowymi.


Na Archipelagu Filipińskim nie powinni też się nudzić wielbiciele trekkingu. Najwyższy szczyt kraju stanowi góra Apo (2954 m n.p.m.) na Mindanao, położona koło miasta Davao. Wejście na nią zajmuje 3 dni i nie należy do łatwych ze względu na ukształtowanie terenu. Po drodze trzeba pokonać skaliste obszary, omszałe lasy, duże rzeki i bagna. Jednak zapierający dech w piersiach widok z wierzchołka wynagradza wszelkie trudy.


Na uwagę zasługuje również uważany za mistyczny Obelisk Kleopatry (Cleopatras’s Needle), druga najwyższa góra Palawanu (1593 m n.p.m.). Nazwa ta pochodzi od formacji skalnej znajdującej się na szczycie. Trekking trwa 3–4 dni, a wieńczy go podziwianie wspaniałej panoramy morza Sulu i miasta Puerto Princesa.


Filipiny są na tyle różnorodne, że można na nich stale podróżować do nowych regionów i odkrywać niezwykłe miejsca. Do poznania tego archipelagu szczególnie mocno zachęcają dwie rzeczy. Nadal nie ma tutaj zbyt wielu turystów, a Polacy nie potrzebują wizy, jeśli chcą zatrzymać się w kraju na okres do 30 dni. Wystarczy, że okażą ważny jeszcze co najmniej 6 miesięcy paszport, bilet powrotny i zadeklarują posiadanie środków na pokrycie kosztów pobytu. Warto więc wyruszyć na pełen atrakcji rajski Archipelag Filipiński, żeby odnaleźć na nim prawdziwą radość życia.

RPA – Afryka nie taka dzika

MICHAŁ SYNOWIEC „ZETOR”

 

 FOT. CAPE TOWN TOURISM

<< Republikę Południowej Afryki trudno porównać do jakiegokolwiek innego kraju. Na poły europejska, na poły afrykańska, nie daje wtłoczyć się w ciasne ramy żadnej kategorii i na przekór wszystkim zachowuje własny charakter, ukształtowany przez lata niełatwej historii. Dlatego tak trudno odmówić sobie spotkania z fascynującą południowoafrykańską przygodą. >>

Na współczesne oblicze RPA znaczący wpływ wywarli niewątpliwie holenderscy i brytyjscy kolonizatorzy, którzy z jednej strony przywieźli ze sobą zdobycze bardziej rozwiniętej cywilizacji, a z drugiej pogłębili nierówność społeczną, pozbawiając praw rdzennych mieszkańców tych ziem. Dziś to leżące najdalej na południe państwo Czarnego Lądu zaprasza do poznania nie tylko jego burzliwej historii, lecz także wspaniałych krajobrazów i niesamowitej przyrody.

Więcej…