MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl 

 

Republika Dominikańska jest radosnym, roztańczonym, zwariowanym, nieprawdopodobnie osobliwym krajem, który ponoć oferuje przyjezdnym wszystko. Przynajmniej tak przekonują kampanie promocyjne tutejszego Ministerstwa Turystyki. Nie ma w tym zbytniej przesady. Na próżno takiej różnorodności, jaką charakteryzuje się Dominikana, szukać w innych zakątkach Karaibów. Do tego oddalonego od Polski o kilka tysięcy kilometrów miejsca, do którego pod koniec XV w. uczestnicy wyprawy Krzysztofa Kolumba popłynęli statkami „Santa María”, „Niña” („Santa Clara”) i „Pinta”, docieramy dziś samolotem. Niesamowita ziemia zauroczyła wówczas słynnego odkrywcę i żeglarza, co odnotował w swoim dzienniku. Nas również z pewnością zachwyci ta wyjątkowa kraina.

 

Po trwającym ponad 10 godzin locie trafiamy do regionu o zupełnie innych warunkach geograficznych. Lądujemy kilka stopni poniżej zwrotnika Raka. Poznajemy prawdziwy tropikalny klimat, w którym wentylatory chłodzą wilgotne powietrze. To podróż w czasie, pod 500-letnie mury Nowego Świata, wyprawa do obłędnie pięknego królestwa przyrody i wędrówka wśród krajobrazów zdumiewających swoją różnorodnością. 

 

W trakcie naszej wizyty w Dominikanie dowiemy się czegoś więcej o jej wspaniałej kulturze i mieszkańcach. Odkrywanie dominikańskiego świata jest zawsze niesamowitą przygodą i cennym doświadczeniem. Można się o tym przekonać na wiele sposobów.

 

KOKOSOWA KRAINA

 

Kiedy wskoczyłem do taksówki w stolicy kraju Santo Domingo, od razu zorientowałem się, skąd pochodzi szofer. Musiał być z półwyspu Samaná (Península de Samaná). Zagaiłem go, aby to potwierdził, i okazało się, że miałem rację. Samanés, czyli mieszkańców tego właśnie regionu, można łatwo rozpoznać po rysach twarzy i kolorze skóry, co mi się właśnie udało. Wielu z nich różni się wyglądem od Dominikańczyków z pozostałych części kraju. Bliżej im do wyspiarzy np. z Bahamów czy innych anglojęzycznych karaibskich wysp lub Afroamerykanów z południowych bądź wschodnich stanów USA. To potomkowie wyzwolonych niewolników. Historia dała im szansę przeniesienia się tutaj z początkiem XIX w. Przepadam za tą częścią Dominikany. Opowiedziałem szoferowi o stworzeniach morskich, jakie w niej jadłem: o złocistych koryfenach (dorados), lucjanach czerwonych, papugorybach, langustach i jędrnych kalmarach. Wspomniałem mu o odkrytych przeze mnie półdzikich plażach i przyrodzie, która zawróciła mi w głowie. Samaná jest niezmiernie fotogenicznym miejscem. Większość bajecznych pejzaży, znanych z pocztówek przedstawiających tropikalne raje, znajdziemy tu bez większego wysiłku. Przyjęło się mówić o tym malowniczym rejonie tierra del coco („ziemia kokosa”). Rośnie w nim mnóstwo palm kokosowych, tworzących gaje wkomponowane zarówno w rozległą panoramę wzgórz, jak i bujną zieloną roślinność wybrzeża. 

 

Gdy słyszy się jedynie nazwę Samaná, można poczuć się nieco zdezorientowanym. Odnosi się ona zarazem do półwyspu, prowincji, zatoki, miasta (w dłuższej wersji Santa Bárbara de Samaná) i pasma górskiego (Sierra de Samaná). W styczniu 1493 r. dotarł w te dziewicze rejony Krzysztof Kolumb (ok. 1451–1506) z uszczuploną flotą, czyli na żaglowcach Niña i Pinta. Flagowa Santa María roztrzaskała się pechowo na skałach u wybrzeży obecnej Republiki Haiti dokładnie w Boże Narodzenie 1492 r. Rdzenni mieszkańcy wyspy nie przywiązywali wagi do złota, którego tak gorączkowo pragnął późniejszy admirał. Raczej cieszyli się życiem według zasady „lepiej być niż mieć”. Popalali tytoń, przyrządzali maniok na wiele sposobów, uprawiali ostre papryczki (ají), którymi doprawiali swoje dania. Jednak Indianie z ówczesnej Samany, zwani ciguayos, nie przywitali załogi Europejczyków z otwartymi ramionami. Nie bili im pokłonów niczym białym bogom, którzy zstąpili z niebios. Postanowili bronić się przed obcymi. Załadowali strzały i unieśli łuki. Krzysztofowi Kolumbowi udało się początkowo załagodzić sytuację, ale napięcia nie wytrzymali jego ludzie, dali się sprowokować i zaatakowali. Wtedy doszło do pierwszego oficjalnego krwawego starcia Starego i Nowego Świata. Podobno rozpoczęło się od tego, że chrześcijanin z Europy dźgnął Indianina w… udo. Miejscowi zdezorientowani brawurą obcych i skutecznością ich oręża rozpierzchli się w popłochu. Potem obie strony próbowały się jeszcze dogadać i konflikt załagodzono. Następnie Europejczycy odpłynęli do domu. Admirał uzupełnił swój dziennik pokładowy. Krzysztof Kolumb, znany z kreatywności w wymyślaniu nowych nazw, ochrzcił kolejne odkryte miejsce, zupełnie zresztą adekwatnie, mianem Zatoki Strzał (Golfo de las Flechas). Obecnie stanowi ona część zatoki Samaná (Bahía de Samaná), ale wśród badaczy nie ma zgody co do faktycznego jej usytuowania. Niektórzy twierdzą, przywołując niuanse w zapiskach admirała, że ten zakotwiczył karawele i starł się z Indianami na przeciwległym, północnym wybrzeżu półwyspu Samaná, gdzie roztacza się dzisiejsza zatoka Rincón (Bahía de Rincón), między przylądkami Cabrón (Cabo Cabrón)i Samaná (Cabo de Samaná). Bez względu na to, po czyjej stronie leży racja, można założyć, że obydwie zatoki charakteryzowały się tak samo licznymi walorami, aby przywabić do siebie europejskich odkrywców. Niewiele się chyba zmieniło przez kolejne stulecia. Z podobnych względów w te rejony ściągają dzisiaj turyści i dalekomorscy wędkarze, na jachtach przypływają żeglarze, a od stycznia do marca każdego roku pojawiają się inni, wyjątkowi goście – humbaki (Megaptera novaeangliae). Te ogromne morskie ssaki z rzędu waleni przybywają tu regularnie na gody. W celu obserwowania humbaków organizowane są specjalne, ściśle regulowane rejsy, które cieszą się niezmiennie dużą popularnością wśród przyjezdnych.

 

Podczas wspomnianej wyprawy Krzysztof Kolumb wpłynął jeszcze na wody dzisiejszego portu Samaná (Puerto de Samaná), gdzie m.in. cumują łodzie zabierające grupy turystów na pobliską wysepkę zwaną Cayo Levantado. Codziennie wita ona gości marzących o chwili błogiego lenistwa, wyśmienitych owocach morza i popijaniu tropikalnych koktajli na plaży z piaskiem białym i drobnym jak mąka. Nie zawsze bywało tutaj tak sielsko. Kiedyś wyspę nazywano Cayo Bannister. Kryje się za tym piracka historia z końca XVII w. W pobliżu zakotwiczył wówczas niejaki Joseph Bannister, słynny angielski pirat. Jego flagowy okręt Golden Fleece (Złote Runo) miał być tu naprawiany. Korsarzowi nie dawała jednak spokoju brytyjska marynarka wojenna. Wysłała swoje dwie fregaty, aby go schwytać. Ten przerzucił sprytnie działa z uszkodzonego okrętu na pobliską wyspę i zaskoczył ogniem Brytyjczyków. Wielu z nich zginęło. Joseph Bannister zdołał zbiec, zaszył się ponoć w przybrzeżnej mangrowej lagunie, jakich na półwyspie Samaná nie brakowało. Pojmano go jakiś czas później i wiele mil morskich dalej – na Wybrzeżu Moskitów (obecnie w Nikaragui i Hondurasie) – i ponoć natychmiast stracono poprzez powieszenie na rei statku. Do Port Royal, ówczesnej stolicy Jamajki, dostarczono zwłoki pirata dyndające wciąż na sznurze, co stanowiło wymowne ostrzeżenie dla tych, którzy planowali jakikolwiek sabotaż wobec brytyjskiej korony. Obecnie jeden z butikowych hoteli, leżący malowniczo nad zatoką Samaná, uhonorował poniekąd tego korsarza – zwie się The Bannister – Hotel & Yacht Club.

 

ZACHODNIE DZIKIE REWIRY

 

Część Dominikany położona na zachód od stołecznego Santo Domingo wydaje się zdecydowanie mniej turystyczna niż pozostałe rejony. Sprawia za to wrażenie bardziej swojskiej, autentycznej i urokliwej. Poza tym jest pociągająco dzika, szczególnie dotyczy to terenów w pobliżu granicy z Haiti. Region przyciąga przyrodniczą i krajobrazową różnorodnością. Szczyci się też bogatą historią. Związane są z nią rozmaite miejsca: od San Cristóbal, leżącego blisko Santo Domingo, gdzie przyszedł na świat późniejszy dyktator Rafael Leónidas Trujillo Molina (1891–1961), po skaliste masywy Bahoruco (Sierra de Bahoruco) i Neiba (Sierra de Neiba), wśród których ukrywał się Enriquillo, legendarny indiański wódz prowincji Jaragua, zwodzący przez lata tropiących go Hiszpanów.

 

W Barahonie (Santa Cruz de Barahona) warto zjawić się wcześnie rano. Miasto znajduje się nad zatoką Neiba (Bahía de Neiba) i stanowi świetny punkt wypadowy do geograficzno-przyrodniczych eksploracji półwyspu Pedernales (Península de Pedernales). Najpierw najlepiej zjeść śniadanie, choćby smaczne empanadas (smażone bądź pieczone pierożki), wypić café dominicano – małą, mocną i słodką kawę, a potem ruszyć na południe jedną z najbardziej spektakularnych tras w Dominikanie noszącą nazwę Carretera Barahona-Paraíso. Możemy pojechać minibusem albo autostopem, choćby na pace. Bez względu na środek transportu mamy szansę podziwiać oszałamiające widoki. Z prawej strony zobaczymy soczyście zielone zbocza masywu Bahoruco, a z lewej naszym oczom ukaże się niesamowity lazur Morza Karaibskiego. Oprócz tego będziemy mijać kamieniste plaże, rozwichrzone palmy, malownicze chaty i zaciekawionych ludzi. Jedna z położonych po drodze osad zwie się Paraíso, co po hiszpańsku znaczy Raj. Trudno o bardziej trafną nazwę.

 

Po godzinie jazdy, w trakcie której wiatr mierzwi nam włosy, ze słoną bryzą na ustach docieramy do niewielkiej wioski Enriquillo, czyli Henryczek. Jasna barwa tutejszych wód oceanu potrafi oślepić. W samej osadzie żyją gościnni i życzliwi mieszkańcy, którzy chętnie częstują kawą, jeszcze niedawno suszącą się w karaibskim słońcu… bezpośrednio na jezdni. W sielskim Enriquillo człowiek bez trudu znajdzie swój azyl, zrelaksuje się i zachwyci nieśpiesznym życiem.

 

Innym razem możemy wybrać się nad jezioro Enriquillo (Lago Enriquillo). Trasa tej wycieczki wiedzie z Barahony na północny zachód. Po drodze również czekają nas wspaniałe widoki. Mijamy plantacje trzciny cukrowej, gaje palm kokosowych, zagajniki bananowe. Tutejsze banany należą do najlepszych w kraju. Poza tym są największe, co często staje się przyczynkiem do rubasznych żartów. Dominikańczycy potrafią żartować. Podróżowanie w ich towarzystwie to zawsze przyjemność. Przejeżdżamy także wzdłuż los bateyes. Są to prowizoryczne osady, swoiste robotnicze kolonie zakładane w pobliżu plantacji trzciny cukrowej. Zamieszkują je głównie haitańscy macheteros, którzy pracują przy zbiorach, używając najprostszych narzędzi takich jak maczety. Często sprowadzają się tu z całymi rodzinami. Miejsca te, pozbawione minimalnego zaplecza sanitarnego, zmieniają się z czasem w osiedla ludzkiej nędzy. Szczególnie przygnębiające wrażenie sprawiają po sezonie, gdy brakuje pracy, a robotnicy muszą jakoś przeżyć do kolejnych zbiorów. Niedaleko miejscowości La Descubierta,co znaczyOdkryta, w Parku Narodowym Jeziora Enriquillo (Parque Nacional Lago Enriquillo)na pewno spotkamy iguany, a właściwie legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany Ricorda (Cyclura ricordi). Te dominikańskie smoki należą do istot przyjaznych, pod warunkiem, że nie zakłócimy im spokoju. Wystarczy przejść kilkanaście metrów ścieżką w dusznym tropikalnym lesie, aby natknąć się na ich dość liczne gromady. Robią naprawdę niesamowite wrażenie. Wśród legwanów poczujemy się jak w Parku Jurajskim ze słynnego filmu Stevena Spielberga. Chętni mogą się również przeprawić łodzią przez słone jezioro, pośrodku którego na wyspie (Isla Cabritos) wylegują się… krokodyle amerykańskie (Crocodylus acutus) w towarzystwie żerujących flamingów i pelikanów. 

 

ZAPASY Z NATURĄ

 

 IAC4043

Maski Kulawych Diabłów podczas karnawału w miejscowości La Vega

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

W centralnej części Republiki Dominikańskiej czeka na turystów mnóstwo atrakcji, w tym także doskonałe warunki do uprawiania sportów ekstremalnych. Nie sposób się tu nudzić. Możemy korzystać z uroków Kordyliery Środkowej (Cordillera Central), zwanej Alpami Dominikańskimi, albo podziwiać urodzajną dolinę Cibao (Valle del Cibao) i Dolinę Królewską (Valle de la Vega Real), uważane za tzw. spichlerz Dominikany. Miłośnicy aktywnego wypoczynku na łonie dziewiczej przyrody będą uszczęśliwieni. Skuszą ich z pewnością wyzwania, choćby te związane z długimi wędrówkami na wysokie szczyty. W Dominikanie ich nie brakuje. Najokazalszy z nich – Pico Duarte (zarazem najwyższy na całych Karaibach!) – wznosi się na wysokość 3087 m n.p.m. (według oficjalnych danych rządowych) lub 3098 m n.p.m. Ten drugi wynik pomiaru wciąż pozostaje sporny, ale ustalono go w 2003 r. przy użyciu profesjonalnego sprzętu w technologii GPS i jest obecnie najbardziej rozpowszechniony. Po zdobyciu szczytu możemy tę wysokość popularyzować. Jednak wspinaczka nie należy do najłatwiejszych, bo wymaga odpowiedniego przygotowania, znajomości terenu i dobrej kondycji.

 

Oczywiście, pozostają jeszcze inne sposoby aktywnego spędzania czasu, choćby mocowanie się z rwącym nurtem rzeki, czyli kanioning lub rafting. Bardzo popularne w tym rejonie jest również kolarstwo górskie. Widoki na trasach przejazdowych zapierają dech w piersiach. Oprócz tego znacznie przyjemniej się tutaj oddycha. W tym rześkim i krystalicznie czystym górskim powietrzu zapominamy na jakiś czas o parnym karaibskim wybrzeżu. Gdy mijamy np. sosnowe lasy, w pamięci zaciera nam się też obraz smukłych palm. W sąsiedztwie miast Jarabacoa lub Constanza czekają z kolei zjawiskowe wodospady. W tej ostatniej możemy załapać się na… sezon truskawkowy. Okolica słynie z uprawy tych owoców. Innego rodzaju rozrywkę proponuje Concepción de La Vega (La Vega). Co roku w lutym organizowany jest w nim zjawiskowy karnawał – Carnaval Vegano, słynny w całym kraju. Ulicami ciągną podczas niego barwne parady, wszędzie rozbrzmiewa muzyka, a rej wodzą tzw. Kulawe Diabły (Diablos Cojuelos) dzierżące w dłoniach bicze z dmuchanymi krowimi pęcherzami. Warto też odwiedzić Salcedo. Z tym niedużym miastem wiążą się postacie heroicznych sióstr Mirabal (Hermanas Mirabal), które walczyły z reżimem w ruchu oporu. Zamordowano je 25 listopada 1960 r. na zlecenie Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny.

 

Tabacco 2

Dominikańskie cygara wyrabia się ręcznie z najlepszego tytoniu

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

Szczególnie w tej części Dominikany nie możemy zapomnieć o jednym z jej najważniejszych produktów. Z tutejszego tytoniu, popalanego wcześniej dla relaksu przez Indian Taíno i niemal całkowicie zignorowanego przez Krzysztofa Kolumba, zwija się markowe cygara. Nie ustępują one jakością swoim słynnym kubańskim odpowiednikom. Do najbardziej znanych plantatorów i producentów cygar na świecie należy Carlos Fuente Jr. Jego dziadek Arturo Fuente (1887–1973), pochodzący z Kuby imigrant, założył w 1912 r. rodzinną firmę tytoniową w mieście Tampa na Florydzie. Zdobył wtedy rynek i stworzył solidną markę. Jednak za prezydentury Dwighta Davida Eisenhowera (1890–1969) Stany Zjednoczone nałożyły embargo na kubańskie towary, które rozszerzyły za jego następcy Johna Fitzgeralda Kennedy’ego (1917–1963). Kiedy zablokowano dostęp do tytoniu z Kuby, producenci w USA zaczęli szukać suszu gdzie indziej. Wielbiciele cygar, aficionados, zdążyli już przywyknąć do wysokiej jakości produktu. Carlos Fuente Sr., który przejął w 1958 r. interes po swoim ojcu Arturze, próbował szczęścia w Portoryko, Kolumbii i Meksyku. W końcu przeniósł produkcję do Nikaragui, gdzie jego plany zniweczyła z kolei rewolucja sandinistów z 1979 r. Wtedy zastawił dom, jego syn dołożył własne oszczędności i obaj wyjechali do Republiki Dominikańskiej. Trafili do miasta Santiago (Santiago de los Caballeros), leżącego niemal pośrodku żyznej doliny Cibao. We wrześniu 1980 r. rozpoczęli tu tworzenie nowego biznesu tytoniowego. Obecnie produkują rocznie ponad 30 mln cygar, które sprzedają na całym świecie. W 2012 r. obchodzono 100. rocznicę istnienia przedsiębiorstwa. Cztery lata później w Tampie zmarł w wieku 81 lat Carlos Fuente Sr. 

 

Do firmy Arturo Fuente należą również plantacje. Reżyser i aktor Andy García w 2004 r. zamierzał nakręcić w Dominikanie swój film o Kubie, czyli Hawana – miasto utracone (The Lost City). Scenariusz zakładał, że plenerem kilku scen stanie się pole tytoniowe. Okazało się jednak, że filmowcy zaplanowali dni zdjęciowe na miejscu w okresie, kiedy tytoń będzie już zebrany. Ponoć Andy García nie dawał za wygraną, skontaktował się z Carlosem Fuente Jr. i przedstawił sytuację. Dominikański potentat zgodził się pójść mu na rękę i zasadził kilkanaście akrów tytoniu poza sezonem, czego nigdy wcześniej nie robił. Pośrodku okazałych pól reżyser zainstalował kamery i nakręcił sceny zgodnie z pierwotnym zamierzeniem. Ten, kto miał okazję obejrzeć wspomniany film, być może pamięta wspaniałe zdjęcia z tego pleneru. Carlos Fuente Jr. nie poprzestał jedynie na wsparciu hollywoodzkiej ekipy. Dalej wykonał to, na czym znał się najlepiej. Zebrał i wysuszył ten nietypowo zasadzony tytoń, z którego skręcił cygara. Wyprodukował stylowe banderole i wprowadził na rynek edycję limitowaną Opus X Lost City. Cygara w Republice Dominikańskiej zawsze warto kupić.

 

ODPOCZYNEK PO KARAIBSKU

 

DROM6 - Altos de Chavon La Romana

Stylizowany grecki amfiteatr w wiosce artystów Altos de Chavón

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

Większość przyjezdnych spragnionych wypoczynku w gorącym karaibskim słońcu poznaje wschodnie wybrzeże Dominikany, w tym przede wszystkim turystyczne eldorado, zwane Punta Cana. Tu znajduje się najwięcej hotelowych kompleksów all inclusive. Wielu turystów zostaje w tym regionie, słusznie licząc na leniwy odpoczynek i naładowanie akumulatorów w cieniu wysmukłych palm przy rumowych koktajlach z dobrze zaopatrzonego baru. Inni opuszczają czasem luksusowy resort, jadą na zorganizowaną wycieczkę, poobserwują prawdziwe życie Dominikańczyków – świat żywy, fascynujący, kontrastowy. We wschodniej części Republiki Dominikańskiej prowincjonalna senność łączy się w jakiś naturalny sposób z rozmachem masowej turystyki. Zieleń zaprojektowanych z finezją profesjonalnych pól golfowych w pobliżu resortu Casa de Campo (zaliczanego do najbardziej ekskluzywnych ośrodków rekreacyjno-wypoczynkowych na świecie) przechodzi w ciągnące się aż po horyzont w sąsiedztwie miasta La Romana pola równie zielonej trzciny cukrowej. Krzysztof Kolumb chorował ponoć w tych okolicach. Z historycznych zapisków wynika, że na jakiś czas stracił wzrok. Być może nie wytrzymał oślepiającej bieli piaszczystego wybrzeża, które 500 lat później stało się jedną z najbardziej obleganych stref wypoczynkowych na Karaibach. 

 

Fundatorem wspomnianej Casy de Campo, co znaczy dosłownie Wiejski Dom, był Charles Bluhdorn (1926–1983), założyciel i prezes amerykańskiego koncernu Gulf and Western. Uznawany jest za ojca przemysłu turystycznego w Dominikanie. Przyczynił się również do rozwoju kina. W połowie lat 60. XX w. wykupił udziały w wytwórni Paramount Pictures. Zafascynowany pięknem Republiki Dominikańskiej planował zmienić ją w eldorado dla filmowców. Powstawały tutaj produkcje takie jak Ojciec chrzestny II (1974), Cena strachu (1977) czy Czas apokalipsy (1979). W tym ostatnim filmie reżyser Francis Ford Coppola wykorzystał do ujęć malowniczą rzekę Chavón (Río Chavón). W połowie lat 70. minionego stulecia rozpoczęto nad nią budowę wioski stylizowanej na śródziemnomorską kamienną osadę z XVI w. Ponoć miała ona być prezentem dla córki Charlesa Bluhdorna. Wznoszenie eklektycznego zespołu zabudowań ukończono na początku lat 80. XX w. Tak powstała wioska artystów Altos de Chavón. Wąskie brukowane uliczki schodzą się na urokliwych skwerach. Wapienne mury okwiecają bugenwille w kolorze biskupiej szaty. Wzrok przykuwają gustowne fontanny, okiennice, latarnie. Nie brakuje tu wytwornych restauracji i kafejek. Warto zwrócić uwagę na Kościół św. Stanisława (Iglesia de San Estanislao), patrona Polski. Nazwano go tak w hołdzie papieżowi Polakowi – Janowi Pawłowi II (1920–2005), który odwiedził Dominikanę po raz pierwszy w 1979 r. i przekazał wówczas relikwie tego świętego. Z wioski rozciąga się spektakularny widok na rzekę Chavón. Integralną część Altos de Chavón stanowi amfiteatr w stylu greckim na świeżym powietrzu, mogący pomieścić 5 tys. widzów. Występy sceniczne zainaugurowano w nim 20 sierpnia 1982 r. Podczas festiwalu Koncert dla Ameryk (Concert for the Americas, Concierto para las Américas) wystąpili Frank Sinatra, Buddy Rich, zespół Heart i Carlos Santana. Ten pierwszy zaśpiewał w finale swój wielki przebój New York, New York. Carlos Santana zagrał jako ostatni, lecz wykonał tylko kilka numerów. Jego występ zakłóciła tropikalna ulewa z piorunami. Muzyk jednak się nie poddawał. Utwór Black Magic Woman wykańczał ze znaną sobie wirtuozerią w strugach deszczu zalewających gitary i bębny. Koncert ostatecznie przerwano ze względów bezpieczeństwa. 

 

 

2013-02-16 PUNTA RUCIA-350

Snorkeling w okolicy Punta Rucia

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

Ciągnącą się przez 70 km Autostradą Koralową (Autopista del Coral) powrócimy do Punta Cana. Tu czekają jedne z najlepszych plaż na Karaibach: spokojny lazurowy ocean oblewa biały i drobny jak mąka piasek, woda jest przyjemnie ciepła, chylą się ku niej palmy kokosowe. Jeśli kogoś dopadnie zmęczenie, niech bez wyrzutów sumienia uda się w to miejsce na odpoczynek i zapomni o wszystkim. Poza tym w rejonie Punta Cana można poczuć się jak na planie filmowym. Na plaży Macao powstały malownicze zdjęcia do wspomnianego filmu Hawana – miasto utracone. Andy García i Inés Sastre wydawali się być bardzo odprężeni. Na pewno plażowanie im nie zaszkodziło.

 

ŚLADAMI KOLUMBA

 

Pierwszy swoisty przewodnik po północnym wybrzeżu kraju, który zyska później nazwę Republiki Dominikańskiej, zawdzięczamy, oczywiście, Krzysztofowi Kolumbowi. Dotarł tutaj podczas swojej wyprawy w poszukiwaniu drogi morskiej do Indii. Był oczarowany nowym lądem. Cierpliwie szkicował jego kontury, płynąc z zachodu na wschód. Łączył emocje pioniera zachwyconego bujnością tropikalnych terytoriów, które w imieniu hiszpańskich władców objął w posiadanie, z typową dokładnością badacza. Odznaczał przybrzeżne wzniesienia albo zamglone góry gdzieś na horyzoncie. Oceniał przydatność zatok, które mogły posłużyć potem jako naturalne porty. 

 

Co najcenniejsze, ten wyjątkowy informator podróżny jest nadal aktualny. Miejsca takie jak Monte Cristi (San Fernando de Monte Cristi) czy Puerto Plata, które dość szybko, bo już na samym początku XVI stulecia, trafiły na kształtującą się mapę Hispanioli (po hiszpańsku La Españoli, obecnie w języku polskim pod nazwą Haiti), istnieją do dziś. Przetrwały burzliwe dzieje. Możemy je odwiedzić i przy tym dowiedzieć się, co sprawiło, że admirał ochrzcił je w ten sposób. Co więcej, gdy patrzymy na okazałe grzbiety El Morro lub Isabel de Torres, widzimy prawdopodobnie to samo, co niegdyś oglądał słynny odkrywca. Splot rozmaitych wydarzeń sprawił, że właśnie tu, gdzie wody Atlantyku oblewały wyspę, rozpoczęło się europejskie osadnictwo. Hiszpańskim konkwistadorom brakowało jedynie złota w zadowalającej ilości. Były natomiast obfite zasoby bursztynu. Indianie zdobili nimi swoje obuwie. Krzysztofowi Kolumbowi musiało to umknąć. Obecnie, być może dla zrekompensowania wysiłków admirała, jedna z reprezentacyjnych plaż północnego wybrzeża, zwanego Bursztynowym (Costa del Ámbar), znana jest jako Złota (Playa Dorada). Do tego rejonu przyciągają również jego przyrodnicze, kulturowe, historyczne, kulinarne i rozrywkowe walory. Każdy znajdzie tutaj swój azyl pośród niezwykłej różnorodności. Do wyboru mamy Monte Cristi – gdzieniegdzie suche, niemal preriowe, w innym miejscu sąsiadujące z laguną i namorzynami, gdzie czasem pachnie duszoną koziną, skąd blisko już do Parku Narodowego Monte Cristi (Parque Nacional Monte Cristi) i łatwo dostać się pod haitańską granicę w Dajabón, tętniące życiem Puerto Plata słynące z rozlewni rumu Brugal i architektonicznych śladów epoki wiktoriańskiej, dalej Sosúa z plażą jak marzenie, w którym króluje zabawa, potem Cabarete – wietrzne, idealne dla amatorów wind- i kitesurfingu, a na końcu beztroskie, senne miasteczko Río San Juan, gdzie na rogatkach pachnie sianem i człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak nauczyć się od miejscowych cennej sztuki „spowalniania”…

Artykuły wybrane losowo

Księżna Andora

ELŻBIETA PAWEŁEK

 

<< Ma wszystko, czym można uwieść gości – spektakularną scenerię Pirenejów, rwące górskie potoki, parki przyrody i piękne szlaki wędrowne. Narciarzom oferuje biały raj na stokach Grandvaliry, smakoszom – wyborną kuchnię, łowcom okazji – zakupy w strefie wolnocłowej. Na dodatek znajduje się tutaj jedno z największych górskich SPA w Europie! Tak wielu pokusom nikomu nie uda się oprzeć. >>

 

Andora powierzchnią ustępuje Warszawie i jest znakomitym przykładem na to, że małe jest piękne. W księstwie nie ma kryzysu ekonomicznego, a wskaźnik bezrobocia pozostaje bardzo niski. Niegdyś był to kraj rolników, pasterzy i mekka… szmuglerów. Dziś przeżywa gospodarczy i turystyczny boom, wprawiając w zdumienie ekonomistów. – Jako niewielkie państwo wciąż jesteśmy słabo znani przez Polaków. Ale to się szybko zmieni – wyraził nadzieję Francesc Camp Torres, minister turystyki i środowiska Księstwa Andory, podczas czerwcowego pobytu w Polsce.  

Więcej…

Słodkie życie w Kalabrii

MARZENA PAWŁOWICZ

 

Jeśli zdecydujemy się na podróż na słoneczny południowy kraniec Włoch, będziemy czuć się na miejscu jak prawdziwi odkrywcy. W Kalabrii można delektować się pełnym relaksem nad ciepłym Morzem Tyrreńskim, odpoczynkiem na pięknych plażach, uprawianiem sportów wodnych, bogatą przyrodą, wspaniałymi zabytkami, przepyszną kuchnią i słynnym, przyjemnym dolce vita, czyli „słodkim życiem”.

Więcej…

Sardynia – miłość od pierwszego wejrzenia

 

ALEKSANDRA GĄSOWSKA

 

 Prawdopodobnie nie da się pojechać na Sardynię i nie wrócić zakochanym w jej klimacie, różnorodności, krajobrazach, atmosferze, kulturze, tradycjach, winie, jedzeniu i ludziach. Są tacy, którzy tu przybyli i już zostali. Aż trudno uwierzyć, że ten raj znajduje się tak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, bo już niespełna trzy godziny lotu od Polski.

 

Obecnie Polacy plasują się na dziewiątym miejscu na liście turystów ze świata najliczniej odwiedzających tę piękną wyspę. Ze względu zarówno na coraz bardziej efektywną promocję regionu, jak i uruchomione nowe połączenia lotnicze do Alghero (Wizz Air z Warszawy i Katowic) i Cagliari (Ryanair z Krakowa i Modlina), liczba naszych rodaków wybierających ten kierunek na spędzenie urlopu ciągle rośnie.

 

Nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ Sardynii nie da się opisać, trzeba jej doświadczyć każdym zmysłem. Ta wyspa, która była wielokrotnie podbijana, dziś sama podbija serca turystów. Można poczuć się na niej jak dziecko w fabryce czekolady Willy’ego Wonki. Sardynia spełnia marzenia plażowiczów, miłośników sportów ekstremalnych, ludzi lubiących aktywnie spędzać czas w górach i na wodzie, rodzin z dziećmi i seniorów, poszukiwaczy zaginionych cywilizacji, kolekcjonerów wyjątkowego rękodzieła, osób uwielbiających uczestniczyć w barwnych lokalnych świętach i zabawach oraz prawdziwych smakoszy.

 

PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA

 

Sardyńska kuchnia wiele mówi o mieszkańcach wyspy, jej historii i miejscowych tradycjach i jest tak różnorodna jak sami Sardyńczycy. Królują w niej proste, lecz oryginalne i wyraziste smaki, lokalne zwyczaje kulinarne mieszają się z wpływami katalońskimi, arabskimi, liguryjskimi, rzymskimi, genueńskimi, pizańskimi i sabaudzkimi. Z powodu licznych najazdów wyspiarze często chronili się w głębi lądu i osiedlali w centralnej, górzystej jego części. Dlatego też Sardyńczycy zajmują się pasterstwem i rolnictwem, a bardziej niż dania ze stworzeń morskich cenią sobie potrawy z warzyw, baraniny czy koźliny. Ziemię darzą zresztą niebywałym szacunkiem. Być może z tego względu Sardynia wiedzie prym wśród włoskich regionów specjalizujących się w uprawach biologicznych.

 

Bez wątpienia warto tu spróbować przepysznych kiełbas i salami, a w szczególności porceddu – młodego prosięcia (8–10 kg) pieczonego przez wiele godzin na ruszcie, przyprawionego jedynie solą morską i przygotowywanego tradycyjnie przez pasterzy ze wzgórz Barbagii. W tym rejonie hoduje się sardyńską rasę owiec (sarda), których mleko służy do produkcji znakomitych serów. Króluje wśród nich pecorino, w tym pecorino sardo. Co ciekawe, Sardynia jest największym wytwórcą pecorino romano i największym w Europie producentem serów owczych. Powstają tutaj również sery z koziego i krowiego mleka, np. pachnąca świeżością ricotta, która wyśmienicie smakuje z lokalnym miodem i cienkim, chrupiącym sardyńskim chlebem carasau (pane carasau). Ten ostatni przyrządza się według starej receptury. Piecze się go dwukrotnie – przed drugim razem płaski pszeniczny placek rozdziela się jeszcze na pół. Przepis na ten chleb został stworzony z myślą o pasterzach, którzy przebywali z dala od domu przez długie miesiące i potrzebowali zapasów jedzenia. Carasau sprawdzał się znakomicie jako prowiant, ponieważ nadaje się do spożycia nawet do roku od wypieczenia. Na Sardynii niemal w każdej miejscowości znajdziemy nieco inną odmianę tego pieczywa. Różne są także sposoby jego przyrządzania, a w procesie produkcji często uczestniczy kilka domostw.

 

Ze słodkich wypieków warto skosztować pokrytych cytrynowym lukrem ciasteczek mostaccioli czy rujoli z ricotty, kostek z pigwowej marmolady cotognata, orzechowych kulek bucconettos i babeczek zwanych cardinali (cardinales). Poza tym wyśmienicie smakują teżculurgiòni (culurgiònes) – swoim kształtem przypominają pierogi, a konsystencją polskie kopytka, tradycyjnie wypełnia się je nadzieniem z ziemniaków, sera i mięty.

 

Nadmorskie kurorty są rajem dla smakoszy ryb i owoców morza. Na pewno zachwycą ich podawane na rozmaite sposoby małże, langustynki (homarce), krewetki i kraby. Specjałem, którego nie można nie spróbować, jest bottarga, solona i suszona ikra cefala.

 

W sardyńskim winie da się wyczuć ślady czasów, kiedy wyspę zdobywali przedstawiciele różnych kultur, a w szczególności wpływy hiszpańskie. Na Sardynii występuje wiele odmian winorośli, zarówno tych uprawianych w innych regionach Morza Śródziemnego, jak i lokalnych, niespotykanych nigdzie indziej, takich jak Cannonau, Semidano, Nuragus, Girò, Monica, Torbato czy Vernaccia di Oristano. Do owoców morza doskonale pasuje schłodzone wyważone białe Vermentino. Do mięs natomiast Sardyńczycy rekomendują wina czerwone: wytwarzane już przez starożytne ludy Cannonau i cieszące się coraz większą popularnością Carignano del Sulcis.

 

 BOGATA HISTORIA

 

Sardynia to prawdziwa mozaika kultur. Można ją odkrywać całe życie i nigdy nie poznać w pełni. Niektórzy nawet twierdzą, że jest ona zaginioną Atlantydą, a tajemnicza starożytna cywilizacja nuragijska, która rozwijała się na wyspie od XIX do II w. p.n.e., osiągnęła świetność równą wspaniałości mitycznych Atlantów. Jej przedstawiciele nie pozostawili jednak po sobie żadnych tekstów, dlatego przez wiele lat ich kultura uznawana była za bardzo prymitywną i niezasługującą na uwagę. Dopiero od niedawna badacze interesują się nią coraz częściej. Najnowsze odkrycia dowodzą, że cywilizacja ta przeżywała swój największy rozkwit w okresie X–VIII w. p.n.e. Do dziś zachowały się m.in. groby gigantów, statuetki z brązu, rzeźby z piaskowca w Mont’e Prama i zagadkowe kamienne wieże, czyli nuragi. Tych ostatnich obiektów, wciąż w dobrym stanie, na całej Sardynii jest ok. 7 tys. Najwięcej znajduje się w Dolinie Nuragów (Valle dei Nuraghi) w centralnej części lądu. Co ciekawe, niektóre nuragijskie budowle przypominają bardzo architektoniczne konstrukcje z odległych krajów, np. święta studnia Funtana Coberta wBallao wygląda podobnie jak ta zachowana koło wioski Garlo w Bułgarii.

 

Do 238 r. p.n.e. na wyspie panowali Kartagińczycy, których wyparli Rzymianie. Ci pierwsi zostawili po sobie wiele śladów. Do czasów obecnych przetrwały m.in. fragmenty domów, cmentarzy czy sanktuarium (tofet) poświęcone bogini Tanit w starożytnym mieście Nora. Kilka stuleci wcześniej, ok. IX w. p.n.e. u wybrzeży Sardynii zbudowali swoje pierwsze porty handlowe feniccy żeglarze. W 540 r. p.n.e. Fenicjanie weszli w konflikt z miejscową ludnością i zwrócili się o pomoc do Kartaginy, która stopniowo podbiła większość wyspy. Po każdym najeździe rdzenni mieszkańcy przenosili się dalej w głąb lądu, na górzyste tereny Barbagii. Wśród Sardyńczyków nadal żywe jest przekonanie, że do ich małej ojczyzny niebezpieczeństwo zawsze przychodzi od morza. Na Sardynię zawitali również Grecy. W miejscu fenickiej osady założyli w VII w p.n.e. kolonię Olbia, później rozbudowaną przez Kartagińczyków. Obecnie to czwarte największe sardyńskie miasto (z 60 tys. mieszkańców). Znajdują się w nim port morski i lotnisko będące bramą do Szmaragdowego Wybrzeża (Costa Smeralda).

 

Po Rzymianach pojawili się tu Wandalowie (od 456 do 534 r.), Bizantyjczycy i Arabowie. Wyspa należała także do Genui i Pizy, a następnie papież Bonifacy VIII (ok. 1230–1303) podarował ją w 1295 r. władcom Aragonii (na mocy traktatu w Anagni). Kilkaset lat później była nawet krótko (przez kilka lat) w rękach Austrii, która wymieniła ją z Sabaudią na Sycylię. Od 1720 r. Sardynią rozporządzała dynastia sabaudzka i w wyniku tego w 1861 r. stała się ona częścią Włoch. Jednak do dziś wyspiarze mówią, że są przede wszystkim Sardyńczykami, a dopiero potem Włochami.

 

 SARDYŃSKA BARCELONA

 

 Do Alghero możemy dolecieć bezpośrednio z Warszawy i Katowic liniami Wizz Air (w sezonie letnim). Miasto zadziwia już od pierwszych chwil, ponieważ przyjezdni czują się w nim jak na hiszpańskim wybrzeżu. Takie skojarzenia przywodzi na myśl miejscowa architektura, układ uliczek, lokalna kuchnia, przypominający kataloński język (dialekt algherese, alguerés), którym posługują się mieszkańcy, czy też flaga miasta składająca się z żółto-czerwonych pasów. Nawet nazwiska wielu osób brzmią jak w Hiszpanii. Skąd na północnym wschodzie Sardynii wzięła się mała Barcelona (Barceloneta)? Otóż w 1354 r. Alghero zdobył król Piotr IV Aragoński (1319–1387). Sprowadził do niego nowych osadników, m.in. z Katalonii. W 1372 r. Aragończycy wysiedlili ostatnich miejscowych buntowników. Miała to być kara za spisek tutejszej wpływowej genueńskiej rodziny Doria.

 

Obecnie w mieście mieszka na stałe 44 tys. ludzi. Znajdują się w nim małe, klimatyczne restauracje, piękny nadmorski deptak sąsiadujący z aragońskimi basztami, marina i niewielki port, z którego można wyruszyć w rejs wzdłuż wybrzeża i do pobliskich Grot Neptuna (Grotte di Nettuno). Nocny spacer uliczkami urokliwej starej części Alghero, po tętniącym życiem i romantycznym nabrzeżu jest dobrym sposobem na dostrojenie zmysłów do nieśpiesznego rytmu tego niezwykłego miejsca, gdzie wystawy sklepów cieszą oczy wyrobami z wydobywanego nieopodal koralu oraz jedynej w swoim rodzaju ceramiki.

 

W dzień warto wybrać się na wycieczkę łodzią po wcześniejszym zaopatrzeniu się w prowiant – focaccię del Milese, przysmak polecany przez okolicznych mieszkańców. Jeśli nie wieje zbyt mocno, bez problemu dostaniemy się do wspomnianych Grot Neptuna, do których rejsy organizowane są praktycznie co godzinę. Dwa razy w ciągu dnia można także popłynąć na spotkanie z delfinami. Do jaskini dotrzemy również drogą lądową – schodami z 656 stopniami (Escala del Cabirol). Powstały w latach 50. XX w. i prowadzą w dół z malowniczego szczytu klifu Capo Caccia. Niezależnie od wyboru trasy, Groty Neptuna robią na odwiedzających ogromne wrażenie. To jedna z głównych atrakcji na Sardynii. W ich wnętrzu możemy poczuć się jak tytułowy bohater powieści J.R.R. Tolkiena Hobbit, czyli tam i z powrotem w jaskini Golluma. W środku znajduje się słone jezioro Lamarmora o długości 120 m i szerokości 25 m, zasilane przez wodę morską. Choć ścieżka turystyczna ma 580 m, szacuje się, że system grot ciągnie się przez ok. 4 km. Oprócz jeziora, zachwyt budzą ogromne stalaktyty i stalagmity oraz nacieki jaskiniowe. Samo zwiedzanie trwa mniej więcej 40 minut, a wyprawa łodzią z portu w Alghero – 30–40 minut.

 

Pobyt w mieście dostarczy nam rozrywki na nawet kilka dni. Możemy leniwie wylegiwać się na jednej z okolicznych przepięknych plaż, wieczorami wyruszyć na zwiedzanie, wybrać się na zakupy w małych sklepikach, podziwiać zachody słońca przy orzeźwiającym aperitifie. W Alghero warto odwiedzić barokowy kościół jego patrona św. Michała Archanioła (Chiesa di San Michele Arcangelo). Kolorowa kopuła świątyni przepięknie mieni się w słońcu. Poza tym na zainteresowanie zasługuje pochodząca z XVI stulecia Katedra Matki Boskiej Niepokalanej (Cattedrale di Santa Maria Immacolata), skromna z zewnątrz, ale zachwycająca w środku, i XV-wieczny Kościół św. Franciszka (Chiesa di San Francesco, przebudowany w XVI w.) w stylu katalońskiego gotyku. Otaczające zabudowania miejskie baszty i mury chronią je od czasów panowania Aragończyków. Alghero jest jednym z niewielu włoskich miast warownych, w których zachowało się w dobrym stanie ponad 70 proc. murów obronnych. Ciągną się od Forte della Maddalena do Torre di Sulis (Torre dell’Esperò Rejal). Na północny zachód od placu Sulisa (Piazza Sulis) wybrzeża bronią bastiony poświęcone sławnym żeglarzom i podróżnikom: Bastioni Cristoforo Colombo, Bastioni Antonio Pigafetta, Bastioni Ferdinando Magellano i Bastioni Marco Polo.

 

W okolicy Alghero znajduje się nekropolia Anghelu Ruju ze słynnymi grobowcami zwanymi domami wróżek (domus de janas). Wiek tego odkrytego na początku XX stulecia cmentarza szacuje się nawet na 5 tys. lat. Nieopodal miasta jest też kompleks nuragów wraz z otaczającą je wsią i największym obiektem – Palmavera. Budowle powstawały w epoce brązu i żelaza. Oprócz tego warto również wyruszyć na Capo Caccia, zanurzony w szmaragdowym morzu wapienny cypel z licznymi jaskiniami. W jego pobliżu znajduje się wiele miejsc nurkowych, to także odpowiedni teren na trekking lub wspinaczkę.

 

Poza tym w rejonie Alghero można żeglować, pływać motorówką, uprawiać snorkeling, surfować czy wybrać się na degustację wina do winnicy albo odpoczywać na jednej z tutejszych plaż. Niedaleko miasta leży malownicza Spiaggia Lido di San Giovanni. Najbardziej urokliwe plaże są oddalone stąd o zaledwie kilka minut jazdy autobusem lub samochodem. Należą do nich Maria Pia (ok. 4 km), Punta Negra (7 km), La Speranza (9 km), Le Bombarde (10 km), Lazzaretto (11 km) i Mugoni (16 km).

 

Na wspomnienie zasługuje też wreszcie La Pelosa w miejscowości Stintino (mniej więcej 55 km na północ od Alghero). Jej zdjęcia stanowią popularny motyw pocztówek. To jedna z najpiękniejszych plaż nie tylko na Sardynii, ale prawdopodobnie również na świecie. Turkusowe morze oblewa wybrzeże pokryte delikatnym, białym piaskiem. Nieopodal na małej wysepce wznosi się aragońska wieża (Torre della Pelosa). Woda jest przejrzysta i ciepła, można w niej brodzić wiele metrów od brzegu. Niestety, w sezonie La Pelosę wypełniają tłumy turystów. Warto ją jednak odwiedzić nawet tylko dla samego spektakularnego widoku.

 

 REJS PO ARCHIPELAGU

 

 W poszukiwaniu małych, urokliwych plaż koniecznie trzeba pojechać na północny wschód wyspy, czyli na Szmaragdowe Wybrzeże (Costa Smeralda). Swoją nazwę zawdzięcza kolorowi wody, jaki morze przybiera w tej okolicy. Na całodniowy rejs po tutejszym malowniczym archipelagu La Maddalena (Arcipelago di La Maddalena) można wypłynąć z portu w Palau. Tylko wyspy La Maddalena, Caprera i Santo Stefano są zamieszkane, reszta (Spargi, Santa Maria, Budelli i Razzoli) pozostaje dzika i nietknięta ludzką ręką. W styczniu 1994 r. utworzono w tym rejonie Park Narodowy Archipelagu La Maddalena (Parco Nazionale dell’Arcipelago di La Maddalena).

 

Niektórych miejsc w tym niezmiernie ciekawym regionie nie będzie nam dane zobaczyć z bliska. Różową Plażę (Spiaggia Rosa) na Budelli wolno podziwiać jedynie z łodzi. Nazwano ją w ten sposób ze względu na barwę piasku. Charakterystyczne różowe drobiny to w rzeczywistości pokruszone pancerzyki otwornic Miniacina miniacea. Turyści nie mają już tutaj wstępu, ponieważ zabierali ze sobą na pamiątkę nietypowy piasek i w ten sposób niszczyli ten wyjątkowy zakątek. Na pozostałych wyspach również znajdziemy piaszczyste i otoczone skałami zatoczki. Promieniami słońca, przyjemnie ciepłą wodą i piękną przyrodą dookoła nas możemy cieszyć się na plażach na Santa Marii (Cala Santa Maria), Caprerze (Spiaggia di Cala Coticcio) i Spargi (Cala Corsara).

 

Na La Maddalenie pospacerujemy po wąskich uliczkach i zaułkach niewielkiego, uroczego miasteczka o tej samej nazwie. Na Caprerze z kolei odwiedzimy grób Giuseppe Garibaldiego (1807–1882). Ten włoski bohater narodowy umarł właśnie na tej wyspie. Przed śmiercią poprosił podobno o przestawienie swojego łóżka tak, aby mógł z niego widzieć morze.

 

Widok na zabytkowe Alghero od strony morza

Alghero panorama

© UFFICIO STAMPA DELLA REGIONE AUTONOMA DELLA SARDEGNA

 

 LUKSUS I NATURA

 

Costa Smeralda nosi jeszcze jeden przydomek, a mianowicie Wybrzeże VIP-ów. To tutaj największe gwiazdy odpoczywają z dala od błysków fleszy i przybywają miliarderzy, tu odbywają się wykwintne przyjęcia na wartych miliony dolarów jachtach. Do lat 60. XX w. ten rejon Sardynii był miejscem zupełnie dzikim i nieznanym. Mało żyzne ziemie, dziedziczone przez kobiety, nie mały dla Sardyńczyków wartości. Jednak gdy nad tą częścią wyspy przelatywał książę Aga Chan IV, przywódca ismailickich nizarytów, od razu się w niej zakochał. Odkupił więc za grosze od lokalnych właścicieli ich działki i w ciągu dwóch dekad przemienił region w ekskluzywną enklawę dla znanych ludzi, którzy chcieli uciec przed zgiełkiem i rozgłosem.

 

W ten sposób powstała cała infrastruktura umożliwiająca turystom pobyt na Szmaragdowym Wybrzeżu. Osuszono nadbrzeżne mokradła, zbudowano międzynarodowe lotnisko w Olbii i hotele. Od podstaw wzniesiono miejscowość, która stała się synonimem luksusu. Porto Cervo zaprojektował znany włoski architekt Luigi Vietti (przy projektach na Costa Smeralda pracowali jeszcze Francuz Jacques Couëlle i jego syn Savin oraz Włoch Michele Busiri Vici), któremu Aga Chan IV wyznaczył wiele rygorystycznych wytycznych. Przede wszystkim książę zadbał o to, żeby ograniczyć do minimum ingerencję w środowisko naturalne. Architekt otrzymał zadanie wykorzystania zastanych walorów tego miejsca w taki sposób, aby jednocześnie stworzyć miasteczko funkcjonalne, komfortowe i wkomponowane w piękny krajobraz. Wszystkie materiały służące do budowy musiały być dostępne na wyspie. Domy w Porto Cervo nie przewyższają drzew, możemy spotkać tu budynki, w które skały czy roślinność zostały niejako wtopione. To wyjątkowy przykład symbiozy architektury z naturą. Kolory ścian odpowiadają barwie okolicznych skał, kostki brukowe są granitowe, bramy wjazdowe i tarasy wykonano z drewna cedrowego. Wszelkie instalacje ukryto pod ziemią, nie dostrzeżemy też żadnych reklam, ponieważ wieszanie plakatów jest surowo zabronione. Dodatkowo książę roboty budowlane zlecał miejscowej ludności. Dziś sardyńska branża turystyczna szczyci się tym, że za cel stawia sobie dbanie o środowisko naturalne. Gdy Aga Chan IV zaczynał realizować swoje pomysły na Szmaragdowym Wybrzeżu, to podejście wydawało się rewolucyjne.

 

W Porto Cervo znajdują się prywatne rezydencje, mały Kościół Gwiazdy Morza (Chiesa di Stella Maris), luksusowe butiki, restauracje i port, w którym ogromne wrażenie robią zacumowane w nim jachty. Dzięki wyjątkowo harmonijnie zaprojektowanemu otoczeniu podkreślającemu piękno krajobrazu tutejsza marina zachwyca bardziej niż ta w Monako. Porto Cervo jest miejscowością, jakiej nie zobaczymy nigdzie indziej na świecie – ekskluzywną, lecz pełną klasy i nie narzucającą się swoim blichtrem naturze.

 

 OZDOBA WŁOCH

 

 Na północy wyspy nie sposób przeoczyć Castelsardo, prawdziwej perły wśród malowniczych sardyńskich miasteczek. Nad spienionymi morskimi falami i aragońską wieżą góruje w nim zamek. Historia miasta jest długa i pełna intrygujących zwrotów akcji. Za datę powstania Castelsardo przyjmuje się 1102 r., to jednak data umowna. Nowe osady zaczęto wznosić na Sardynii po 1016 r., czyli po pokonaniu muzułmańskiej flotyMudżahida (Mujāhida), władcy Denii, przez połączone siły Sardyńczyków, Pizańczyków i Genueńczyków. W geście wdzięczności za okazaną pomoc czterej królowie sardyńscy podarowali sojusznikom nieurodzajne ziemie nadmorskie, na których ci zbudowali twierdze i skąd rozpoczęli swoją ekspansję na wyspie. Tereny, gdzie dziś znajduje się Castelsardo, otrzymała wpływowa rodzina Doria z Genui, a zamek pozostawał w jej posiadaniu od 1102 do 1448 r. Usytuowana na wzniesieniu budowla była niezmiernie trudna do zdobycia, w środku zebrano zasoby wody pitnej i zapasy jedzenia na kilka lat oblężenia. Panowało przekonanie, że nikt nie podbije tak naprawdę Sardynii, jeśli nie zdobędzie tej fortecy. Początkowo nazywano ją Zamkiem Genueńskim (Castel Genovese), a po zagarnięciu jej przez Aragończyków – Zamkiem Aragońskim (Castel Aragonese). W 1527 r. flota rodziny Doria próbowała odzyskać twierdzę, ale – niestety – po kilku dniach oblężenia musiała przerwać atak. Przez kolejne wieki miasto i cała wyspa zmagały się z głodem i epidemiami. W 1720 r. Castel Aragonese przeszedł w ręce dynastii sabaudzkiej – Wiktor Amadeusz II (1666–1732) dostał Sardynię od Austrii w zamian za Sycylię. Kolejny król, Karol Emanuel III (1701–1773), zmienił w 1769 r. nazwę fortecy na Zamek Sardyński, czyli Castelsardo.

 

Obecnie w twierdzy znajdują się sale ślubne, a także Muzeum Plecionkarstwa Śródziemnomorskiego. Przedmioty z trawy morskiej wyplatano w różnych formach. Pełniły wiele funkcji – służyły za naczynia do użytku domowego, były stosowane do połowu ryb i skorupiaków, wykorzystywano je jako łodzie. W Castelsardo można kupić przepiękne tradycyjne kosze. Nawet jeśli nie należą do najtańszych, są praktyczną i oryginalną pamiątką, bardzo charakterystyczną dla Sardynii, podobnie jak wyroby z korka. Obok zamku wnosi się Konkatedra św. Antoniego Opata (Concattedrale di Sant’Antonio Abate), konsekrowana w 1622 r. Jej ołtarz zdobi XV-wieczny obraz Madonny z Dzieciątkiem na tronie. Warto zwiedzić też katakumby, w których powstała interesująca ekspozycja rzeźb i obrazów. Natomiast Kościół Matki Boskiej Łaskawej (Chiesa di Santa Maria delle Grazie) zachwyca prostotą i skromnym wystrojem. W środku znajdziemy drewnianą rzeźbę Jezusa. W świątyni ma swoją siedzibę Bractwo Krzyża Świętego. Jeżeli dopisze nam szczęście, trafimy na próbę pieśni wielkanocnych, które mężczyźni ze wspólnoty zawsze wykonują w kwartetach. To magiczny, nieporównywalny do niczego rodzaj muzyki. W Wielki Poniedziałek (Lunissanti) w miasteczku odbywa się procesja z krzyżem, podczas której członkowie bractwa, odziani w białe szaty i szpiczaste kaptury, modlą się poprzez swój śpiew.

 

Castelsardo to niezwykłe miejsce. Podczas pobytu na północy Sardynii trzeba koniecznie je odwiedzić i spędzić tu choćby jeden dzień na spacerze i zwiedzaniu. Jeśli poczujemy się zmęczeni, możemy usiąść, aby napić się prosecco i posilić się sardyńskimi przysmakami, najlepiej w którejś z klimatycznych knajpek z przepięknym widokiem na wyjątkowy zamek będący jednym z symboli wyspy.

 

DZIKOŚĆ DUSZY

 

Widok na Nuoro, główny ośrodek miejski we wciąż dzikiej Barbagii

Barbagia2

© JAROSŁAW DĄBROWSKI/AGENCJA-INFINITY.PL

 

W Sardynii łatwo się zakochać i to nie tylko w jej wspaniałych plażach, lecz także malowniczym górzystym wnętrzu lądu. Prawdziwym sercem tej wyspy, które bije nieustannie od dawien dawna, jest Barbagia. Przez zdobywców była nazywana krainą barbarzyńców i bandytów, ale tak naprawdę stanowi ona centrum ojczyzny Sardyńczyków. Tu rodziły się zwyczaje i tradycje. W tej surowej krainie hołdowano również kiedyś prawu wendety. Nad wioskami górują w niej skalne masywy Supramonte i Gennargentu z najwyższym szczytem Punta La Marmora (1834 m n.p.m.). Barbagia to raj dla osób kochających dziką naturę, wyprawy trekkingowe i wspinaczkę oraz… prostą, tradycyjną kuchnię. Charakterystyczne dla tego regionu są też murale – forma społecznej i politycznej ekspresji, których najwięcej znaleźć można w miasteczku Orgosolo. Mieszkańcy tej części wyspy wydają się niejako przyrośnięci do ziemi, a ta odwzajemnia to przywiązanie, choć każda ze stron w tym związku pozostaje tak samo wierna, jak i surowa.

 

JASKINIE I GOŚCINA U PASTERZY

 

Fragment świętej studni w osadzie nuragijskiej Sa Sedda ’e Sos Carros

 

Wykopaliska

© JAROSŁAW DĄBROWSKI/AGENCJA-INFINITY.PL

 

Z Alghero warto wybrać się doBarbagii na wycieczkę jeepami. Wyrusza się na nią z samego rana, żeby o godz. 9.00 przesiąść się w miejscowości Oliena do samochodów i spędzić cały dzień na wyprawie po górach i jaskiniach urozmaiconej oglądaniem stanowiska archeologicznego. Widoki po drodze są przepiękne – gdy po opuszczeniu nadmorskich kurortów przeniesiemy się w głąb Sardynii, możemy poczuć się jak w zupełnie innym świecie. Dobrze zabrać ze sobą przewodników, zwłaszcza osoby pochodzące z tego regionu, które z pasją opowiadają o każdym odwiedzanym miejscu i dzielą się historiami mrożącymi niekiedy krew w żyłach.

 

Jaskinia Sa Oche wita nas sylwetką spoglądającej z półki skalnej czarnej pantery. Otwór w skale przypomina dzikiego kota strzegącego przejścia. Temperatura powietrza znacznie się obniża już kilka metrów od wejścia do groty, co w letnim upale przynosi niezwykłą ulgę. Jaskinia jest tak naprawdę korytem górskiej rzeki wydrążonym przez jej nurt i przez część roku bywa całkowicie zalana. Zanim woda piętrząca się w podziemnych korytarzach wypłynie na zewnątrz, wydaje bardzo donośne odgłosy, czym ostrzega zamieszkujących dolinę ludzi przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Stąd pochodzi nazwa groty. Sa Oche oznacza w języku sardyńskim „głos”.

 

Kolejny punkt wyprawy to stanowisko archeologiczne Sa Sedda ’e Sos Carros – nuragijska wioska zbudowana ok. 1300 r. p.n.e. Kompleks składa się z mniej więcej 150 okrągłych i owalnych chat, centralnej budowli i świątyni. Jednak ze względu na brak funduszy większa część osady nie została odkopana. Do zwiedzania udostępniono zespół świątynny. Powstał on ku czci bóstw wody. Jego centrum wyznacza święta studnia z widocznymi do tej pory głowami muflonów. Kiedyś równomiernie tryskała z nich woda.

 

W okolicy miasteczka Oliena znajduje się Su Gologone, krótki strumień zasilający rzekę Cedrino. W rzeczywistości tworzy on prawdopodobnie podziemną rzekę, której odkryty został jedynie mały fragment. Speleologom podczas kilku niebezpiecznych ekspedycji udało się zejść do tej pory maksymalnie na głębokość 135 m (w 2010 r.). Nad wodą wypływającą ze źródła wznosi się niewielki kościół. Na jego ścianach dostrzeżemy ślady po powodziach nawiedzających tę okolicę. Znaczą mury aż pod sam sufit.

 

Zaledwie kilka kilometrów od Olieny leży jedna z najdzikszych i najbardziej fascynujących części Sardynii – zatoka Orosei (Golfo di Orosei). Za jej wyjątkową ozdobę uchodzą wspaniałe plaże takie jak Cala Goloritzè, Cala Luna i Cala Mariolu oraz przepiękna jaskinia zwana Grotta del Bue Marino.

 

Po całodziennym zwiedzaniu doskonałym odpoczynkiem jest prawdziwa uczta u pasterzy, którzy już od rana przygotowują ricottę i przez wiele godzin pieką porceddu oraz inne mięsiwa. W cieniu drzew można wypocząć, napić się i najeść do syta, a nawet poznać nieco pasterskie zwyczaje. Na przystawkę pasterze podają zimne wędliny i oliwki, pane carasau z miodem i świeżą ricottą, a do tego czerwone wino Cannonau. Danie główne stanowią pieczone kiełbasy i rozpływające się w ustach prosię z rusztu. Na deser są owoce, sery owcze i kozie, liście sałaty rzymskiej polane miodem i… kieliszek grappy. Ten prosty posiłek dostarcza doznań kulinarnych godnych najlepszej restauracji.

 

To tylko krótki opis niewielkiego skrawka Sardynii, na której znajdziemy wszystko, czego turyści mogą zapragnąć. Na zboczach szczytu Bruncu Spina (1829 m n.p.m.) w masywie Gennargentu pojeździmy nawet na nartach. Dlatego po pierwszej wizycie i każdej kolejnej chce się tu znowu wrócić. Nie sposób też poznać do końca całej wyspy, zawsze odkrywa się na niej coś zupełnie nowego. Sardynia jest jednocześnie przystępna i tajemnicza, otwarta i zagadkowa, po prostu niezmiernie fascynująca.

 

Cala Goloritzè, niezmiernie fotogeniczna nieduża plaża w zatoce Orosei

Cala GoloritzÉ

© RENATA TRAVEL