MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl 

 

Republika Dominikańska jest radosnym, roztańczonym, zwariowanym, nieprawdopodobnie osobliwym krajem, który ponoć oferuje przyjezdnym wszystko. Przynajmniej tak przekonują kampanie promocyjne tutejszego Ministerstwa Turystyki. Nie ma w tym zbytniej przesady. Na próżno takiej różnorodności, jaką charakteryzuje się Dominikana, szukać w innych zakątkach Karaibów. Do tego oddalonego od Polski o kilka tysięcy kilometrów miejsca, do którego pod koniec XV w. uczestnicy wyprawy Krzysztofa Kolumba popłynęli statkami „Santa María”, „Niña” („Santa Clara”) i „Pinta”, docieramy dziś samolotem. Niesamowita ziemia zauroczyła wówczas słynnego odkrywcę i żeglarza, co odnotował w swoim dzienniku. Nas również z pewnością zachwyci ta wyjątkowa kraina.

 

Po trwającym ponad 10 godzin locie trafiamy do regionu o zupełnie innych warunkach geograficznych. Lądujemy kilka stopni poniżej zwrotnika Raka. Poznajemy prawdziwy tropikalny klimat, w którym wentylatory chłodzą wilgotne powietrze. To podróż w czasie, pod 500-letnie mury Nowego Świata, wyprawa do obłędnie pięknego królestwa przyrody i wędrówka wśród krajobrazów zdumiewających swoją różnorodnością. 

 

W trakcie naszej wizyty w Dominikanie dowiemy się czegoś więcej o jej wspaniałej kulturze i mieszkańcach. Odkrywanie dominikańskiego świata jest zawsze niesamowitą przygodą i cennym doświadczeniem. Można się o tym przekonać na wiele sposobów.

 

KOKOSOWA KRAINA

 

Kiedy wskoczyłem do taksówki w stolicy kraju Santo Domingo, od razu zorientowałem się, skąd pochodzi szofer. Musiał być z półwyspu Samaná (Península de Samaná). Zagaiłem go, aby to potwierdził, i okazało się, że miałem rację. Samanés, czyli mieszkańców tego właśnie regionu, można łatwo rozpoznać po rysach twarzy i kolorze skóry, co mi się właśnie udało. Wielu z nich różni się wyglądem od Dominikańczyków z pozostałych części kraju. Bliżej im do wyspiarzy np. z Bahamów czy innych anglojęzycznych karaibskich wysp lub Afroamerykanów z południowych bądź wschodnich stanów USA. To potomkowie wyzwolonych niewolników. Historia dała im szansę przeniesienia się tutaj z początkiem XIX w. Przepadam za tą częścią Dominikany. Opowiedziałem szoferowi o stworzeniach morskich, jakie w niej jadłem: o złocistych koryfenach (dorados), lucjanach czerwonych, papugorybach, langustach i jędrnych kalmarach. Wspomniałem mu o odkrytych przeze mnie półdzikich plażach i przyrodzie, która zawróciła mi w głowie. Samaná jest niezmiernie fotogenicznym miejscem. Większość bajecznych pejzaży, znanych z pocztówek przedstawiających tropikalne raje, znajdziemy tu bez większego wysiłku. Przyjęło się mówić o tym malowniczym rejonie tierra del coco („ziemia kokosa”). Rośnie w nim mnóstwo palm kokosowych, tworzących gaje wkomponowane zarówno w rozległą panoramę wzgórz, jak i bujną zieloną roślinność wybrzeża. 

 

Gdy słyszy się jedynie nazwę Samaná, można poczuć się nieco zdezorientowanym. Odnosi się ona zarazem do półwyspu, prowincji, zatoki, miasta (w dłuższej wersji Santa Bárbara de Samaná) i pasma górskiego (Sierra de Samaná). W styczniu 1493 r. dotarł w te dziewicze rejony Krzysztof Kolumb (ok. 1451–1506) z uszczuploną flotą, czyli na żaglowcach Niña i Pinta. Flagowa Santa María roztrzaskała się pechowo na skałach u wybrzeży obecnej Republiki Haiti dokładnie w Boże Narodzenie 1492 r. Rdzenni mieszkańcy wyspy nie przywiązywali wagi do złota, którego tak gorączkowo pragnął późniejszy admirał. Raczej cieszyli się życiem według zasady „lepiej być niż mieć”. Popalali tytoń, przyrządzali maniok na wiele sposobów, uprawiali ostre papryczki (ají), którymi doprawiali swoje dania. Jednak Indianie z ówczesnej Samany, zwani ciguayos, nie przywitali załogi Europejczyków z otwartymi ramionami. Nie bili im pokłonów niczym białym bogom, którzy zstąpili z niebios. Postanowili bronić się przed obcymi. Załadowali strzały i unieśli łuki. Krzysztofowi Kolumbowi udało się początkowo załagodzić sytuację, ale napięcia nie wytrzymali jego ludzie, dali się sprowokować i zaatakowali. Wtedy doszło do pierwszego oficjalnego krwawego starcia Starego i Nowego Świata. Podobno rozpoczęło się od tego, że chrześcijanin z Europy dźgnął Indianina w… udo. Miejscowi zdezorientowani brawurą obcych i skutecznością ich oręża rozpierzchli się w popłochu. Potem obie strony próbowały się jeszcze dogadać i konflikt załagodzono. Następnie Europejczycy odpłynęli do domu. Admirał uzupełnił swój dziennik pokładowy. Krzysztof Kolumb, znany z kreatywności w wymyślaniu nowych nazw, ochrzcił kolejne odkryte miejsce, zupełnie zresztą adekwatnie, mianem Zatoki Strzał (Golfo de las Flechas). Obecnie stanowi ona część zatoki Samaná (Bahía de Samaná), ale wśród badaczy nie ma zgody co do faktycznego jej usytuowania. Niektórzy twierdzą, przywołując niuanse w zapiskach admirała, że ten zakotwiczył karawele i starł się z Indianami na przeciwległym, północnym wybrzeżu półwyspu Samaná, gdzie roztacza się dzisiejsza zatoka Rincón (Bahía de Rincón), między przylądkami Cabrón (Cabo Cabrón)i Samaná (Cabo de Samaná). Bez względu na to, po czyjej stronie leży racja, można założyć, że obydwie zatoki charakteryzowały się tak samo licznymi walorami, aby przywabić do siebie europejskich odkrywców. Niewiele się chyba zmieniło przez kolejne stulecia. Z podobnych względów w te rejony ściągają dzisiaj turyści i dalekomorscy wędkarze, na jachtach przypływają żeglarze, a od stycznia do marca każdego roku pojawiają się inni, wyjątkowi goście – humbaki (Megaptera novaeangliae). Te ogromne morskie ssaki z rzędu waleni przybywają tu regularnie na gody. W celu obserwowania humbaków organizowane są specjalne, ściśle regulowane rejsy, które cieszą się niezmiennie dużą popularnością wśród przyjezdnych.

 

Podczas wspomnianej wyprawy Krzysztof Kolumb wpłynął jeszcze na wody dzisiejszego portu Samaná (Puerto de Samaná), gdzie m.in. cumują łodzie zabierające grupy turystów na pobliską wysepkę zwaną Cayo Levantado. Codziennie wita ona gości marzących o chwili błogiego lenistwa, wyśmienitych owocach morza i popijaniu tropikalnych koktajli na plaży z piaskiem białym i drobnym jak mąka. Nie zawsze bywało tutaj tak sielsko. Kiedyś wyspę nazywano Cayo Bannister. Kryje się za tym piracka historia z końca XVII w. W pobliżu zakotwiczył wówczas niejaki Joseph Bannister, słynny angielski pirat. Jego flagowy okręt Golden Fleece (Złote Runo) miał być tu naprawiany. Korsarzowi nie dawała jednak spokoju brytyjska marynarka wojenna. Wysłała swoje dwie fregaty, aby go schwytać. Ten przerzucił sprytnie działa z uszkodzonego okrętu na pobliską wyspę i zaskoczył ogniem Brytyjczyków. Wielu z nich zginęło. Joseph Bannister zdołał zbiec, zaszył się ponoć w przybrzeżnej mangrowej lagunie, jakich na półwyspie Samaná nie brakowało. Pojmano go jakiś czas później i wiele mil morskich dalej – na Wybrzeżu Moskitów (obecnie w Nikaragui i Hondurasie) – i ponoć natychmiast stracono poprzez powieszenie na rei statku. Do Port Royal, ówczesnej stolicy Jamajki, dostarczono zwłoki pirata dyndające wciąż na sznurze, co stanowiło wymowne ostrzeżenie dla tych, którzy planowali jakikolwiek sabotaż wobec brytyjskiej korony. Obecnie jeden z butikowych hoteli, leżący malowniczo nad zatoką Samaná, uhonorował poniekąd tego korsarza – zwie się The Bannister – Hotel & Yacht Club.

 

ZACHODNIE DZIKIE REWIRY

 

Część Dominikany położona na zachód od stołecznego Santo Domingo wydaje się zdecydowanie mniej turystyczna niż pozostałe rejony. Sprawia za to wrażenie bardziej swojskiej, autentycznej i urokliwej. Poza tym jest pociągająco dzika, szczególnie dotyczy to terenów w pobliżu granicy z Haiti. Region przyciąga przyrodniczą i krajobrazową różnorodnością. Szczyci się też bogatą historią. Związane są z nią rozmaite miejsca: od San Cristóbal, leżącego blisko Santo Domingo, gdzie przyszedł na świat późniejszy dyktator Rafael Leónidas Trujillo Molina (1891–1961), po skaliste masywy Bahoruco (Sierra de Bahoruco) i Neiba (Sierra de Neiba), wśród których ukrywał się Enriquillo, legendarny indiański wódz prowincji Jaragua, zwodzący przez lata tropiących go Hiszpanów.

 

W Barahonie (Santa Cruz de Barahona) warto zjawić się wcześnie rano. Miasto znajduje się nad zatoką Neiba (Bahía de Neiba) i stanowi świetny punkt wypadowy do geograficzno-przyrodniczych eksploracji półwyspu Pedernales (Península de Pedernales). Najpierw najlepiej zjeść śniadanie, choćby smaczne empanadas (smażone bądź pieczone pierożki), wypić café dominicano – małą, mocną i słodką kawę, a potem ruszyć na południe jedną z najbardziej spektakularnych tras w Dominikanie noszącą nazwę Carretera Barahona-Paraíso. Możemy pojechać minibusem albo autostopem, choćby na pace. Bez względu na środek transportu mamy szansę podziwiać oszałamiające widoki. Z prawej strony zobaczymy soczyście zielone zbocza masywu Bahoruco, a z lewej naszym oczom ukaże się niesamowity lazur Morza Karaibskiego. Oprócz tego będziemy mijać kamieniste plaże, rozwichrzone palmy, malownicze chaty i zaciekawionych ludzi. Jedna z położonych po drodze osad zwie się Paraíso, co po hiszpańsku znaczy Raj. Trudno o bardziej trafną nazwę.

 

Po godzinie jazdy, w trakcie której wiatr mierzwi nam włosy, ze słoną bryzą na ustach docieramy do niewielkiej wioski Enriquillo, czyli Henryczek. Jasna barwa tutejszych wód oceanu potrafi oślepić. W samej osadzie żyją gościnni i życzliwi mieszkańcy, którzy chętnie częstują kawą, jeszcze niedawno suszącą się w karaibskim słońcu… bezpośrednio na jezdni. W sielskim Enriquillo człowiek bez trudu znajdzie swój azyl, zrelaksuje się i zachwyci nieśpiesznym życiem.

 

Innym razem możemy wybrać się nad jezioro Enriquillo (Lago Enriquillo). Trasa tej wycieczki wiedzie z Barahony na północny zachód. Po drodze również czekają nas wspaniałe widoki. Mijamy plantacje trzciny cukrowej, gaje palm kokosowych, zagajniki bananowe. Tutejsze banany należą do najlepszych w kraju. Poza tym są największe, co często staje się przyczynkiem do rubasznych żartów. Dominikańczycy potrafią żartować. Podróżowanie w ich towarzystwie to zawsze przyjemność. Przejeżdżamy także wzdłuż los bateyes. Są to prowizoryczne osady, swoiste robotnicze kolonie zakładane w pobliżu plantacji trzciny cukrowej. Zamieszkują je głównie haitańscy macheteros, którzy pracują przy zbiorach, używając najprostszych narzędzi takich jak maczety. Często sprowadzają się tu z całymi rodzinami. Miejsca te, pozbawione minimalnego zaplecza sanitarnego, zmieniają się z czasem w osiedla ludzkiej nędzy. Szczególnie przygnębiające wrażenie sprawiają po sezonie, gdy brakuje pracy, a robotnicy muszą jakoś przeżyć do kolejnych zbiorów. Niedaleko miejscowości La Descubierta,co znaczyOdkryta, w Parku Narodowym Jeziora Enriquillo (Parque Nacional Lago Enriquillo)na pewno spotkamy iguany, a właściwie legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany Ricorda (Cyclura ricordi). Te dominikańskie smoki należą do istot przyjaznych, pod warunkiem, że nie zakłócimy im spokoju. Wystarczy przejść kilkanaście metrów ścieżką w dusznym tropikalnym lesie, aby natknąć się na ich dość liczne gromady. Robią naprawdę niesamowite wrażenie. Wśród legwanów poczujemy się jak w Parku Jurajskim ze słynnego filmu Stevena Spielberga. Chętni mogą się również przeprawić łodzią przez słone jezioro, pośrodku którego na wyspie (Isla Cabritos) wylegują się… krokodyle amerykańskie (Crocodylus acutus) w towarzystwie żerujących flamingów i pelikanów. 

 

ZAPASY Z NATURĄ

 

 IAC4043

Maski Kulawych Diabłów podczas karnawału w miejscowości La Vega

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

W centralnej części Republiki Dominikańskiej czeka na turystów mnóstwo atrakcji, w tym także doskonałe warunki do uprawiania sportów ekstremalnych. Nie sposób się tu nudzić. Możemy korzystać z uroków Kordyliery Środkowej (Cordillera Central), zwanej Alpami Dominikańskimi, albo podziwiać urodzajną dolinę Cibao (Valle del Cibao) i Dolinę Królewską (Valle de la Vega Real), uważane za tzw. spichlerz Dominikany. Miłośnicy aktywnego wypoczynku na łonie dziewiczej przyrody będą uszczęśliwieni. Skuszą ich z pewnością wyzwania, choćby te związane z długimi wędrówkami na wysokie szczyty. W Dominikanie ich nie brakuje. Najokazalszy z nich – Pico Duarte (zarazem najwyższy na całych Karaibach!) – wznosi się na wysokość 3087 m n.p.m. (według oficjalnych danych rządowych) lub 3098 m n.p.m. Ten drugi wynik pomiaru wciąż pozostaje sporny, ale ustalono go w 2003 r. przy użyciu profesjonalnego sprzętu w technologii GPS i jest obecnie najbardziej rozpowszechniony. Po zdobyciu szczytu możemy tę wysokość popularyzować. Jednak wspinaczka nie należy do najłatwiejszych, bo wymaga odpowiedniego przygotowania, znajomości terenu i dobrej kondycji.

 

Oczywiście, pozostają jeszcze inne sposoby aktywnego spędzania czasu, choćby mocowanie się z rwącym nurtem rzeki, czyli kanioning lub rafting. Bardzo popularne w tym rejonie jest również kolarstwo górskie. Widoki na trasach przejazdowych zapierają dech w piersiach. Oprócz tego znacznie przyjemniej się tutaj oddycha. W tym rześkim i krystalicznie czystym górskim powietrzu zapominamy na jakiś czas o parnym karaibskim wybrzeżu. Gdy mijamy np. sosnowe lasy, w pamięci zaciera nam się też obraz smukłych palm. W sąsiedztwie miast Jarabacoa lub Constanza czekają z kolei zjawiskowe wodospady. W tej ostatniej możemy załapać się na… sezon truskawkowy. Okolica słynie z uprawy tych owoców. Innego rodzaju rozrywkę proponuje Concepción de La Vega (La Vega). Co roku w lutym organizowany jest w nim zjawiskowy karnawał – Carnaval Vegano, słynny w całym kraju. Ulicami ciągną podczas niego barwne parady, wszędzie rozbrzmiewa muzyka, a rej wodzą tzw. Kulawe Diabły (Diablos Cojuelos) dzierżące w dłoniach bicze z dmuchanymi krowimi pęcherzami. Warto też odwiedzić Salcedo. Z tym niedużym miastem wiążą się postacie heroicznych sióstr Mirabal (Hermanas Mirabal), które walczyły z reżimem w ruchu oporu. Zamordowano je 25 listopada 1960 r. na zlecenie Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny.

 

Tabacco 2

Dominikańskie cygara wyrabia się ręcznie z najlepszego tytoniu

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

Szczególnie w tej części Dominikany nie możemy zapomnieć o jednym z jej najważniejszych produktów. Z tutejszego tytoniu, popalanego wcześniej dla relaksu przez Indian Taíno i niemal całkowicie zignorowanego przez Krzysztofa Kolumba, zwija się markowe cygara. Nie ustępują one jakością swoim słynnym kubańskim odpowiednikom. Do najbardziej znanych plantatorów i producentów cygar na świecie należy Carlos Fuente Jr. Jego dziadek Arturo Fuente (1887–1973), pochodzący z Kuby imigrant, założył w 1912 r. rodzinną firmę tytoniową w mieście Tampa na Florydzie. Zdobył wtedy rynek i stworzył solidną markę. Jednak za prezydentury Dwighta Davida Eisenhowera (1890–1969) Stany Zjednoczone nałożyły embargo na kubańskie towary, które rozszerzyły za jego następcy Johna Fitzgeralda Kennedy’ego (1917–1963). Kiedy zablokowano dostęp do tytoniu z Kuby, producenci w USA zaczęli szukać suszu gdzie indziej. Wielbiciele cygar, aficionados, zdążyli już przywyknąć do wysokiej jakości produktu. Carlos Fuente Sr., który przejął w 1958 r. interes po swoim ojcu Arturze, próbował szczęścia w Portoryko, Kolumbii i Meksyku. W końcu przeniósł produkcję do Nikaragui, gdzie jego plany zniweczyła z kolei rewolucja sandinistów z 1979 r. Wtedy zastawił dom, jego syn dołożył własne oszczędności i obaj wyjechali do Republiki Dominikańskiej. Trafili do miasta Santiago (Santiago de los Caballeros), leżącego niemal pośrodku żyznej doliny Cibao. We wrześniu 1980 r. rozpoczęli tu tworzenie nowego biznesu tytoniowego. Obecnie produkują rocznie ponad 30 mln cygar, które sprzedają na całym świecie. W 2012 r. obchodzono 100. rocznicę istnienia przedsiębiorstwa. Cztery lata później w Tampie zmarł w wieku 81 lat Carlos Fuente Sr. 

 

Do firmy Arturo Fuente należą również plantacje. Reżyser i aktor Andy García w 2004 r. zamierzał nakręcić w Dominikanie swój film o Kubie, czyli Hawana – miasto utracone (The Lost City). Scenariusz zakładał, że plenerem kilku scen stanie się pole tytoniowe. Okazało się jednak, że filmowcy zaplanowali dni zdjęciowe na miejscu w okresie, kiedy tytoń będzie już zebrany. Ponoć Andy García nie dawał za wygraną, skontaktował się z Carlosem Fuente Jr. i przedstawił sytuację. Dominikański potentat zgodził się pójść mu na rękę i zasadził kilkanaście akrów tytoniu poza sezonem, czego nigdy wcześniej nie robił. Pośrodku okazałych pól reżyser zainstalował kamery i nakręcił sceny zgodnie z pierwotnym zamierzeniem. Ten, kto miał okazję obejrzeć wspomniany film, być może pamięta wspaniałe zdjęcia z tego pleneru. Carlos Fuente Jr. nie poprzestał jedynie na wsparciu hollywoodzkiej ekipy. Dalej wykonał to, na czym znał się najlepiej. Zebrał i wysuszył ten nietypowo zasadzony tytoń, z którego skręcił cygara. Wyprodukował stylowe banderole i wprowadził na rynek edycję limitowaną Opus X Lost City. Cygara w Republice Dominikańskiej zawsze warto kupić.

 

ODPOCZYNEK PO KARAIBSKU

 

DROM6 - Altos de Chavon La Romana

Stylizowany grecki amfiteatr w wiosce artystów Altos de Chavón

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

Większość przyjezdnych spragnionych wypoczynku w gorącym karaibskim słońcu poznaje wschodnie wybrzeże Dominikany, w tym przede wszystkim turystyczne eldorado, zwane Punta Cana. Tu znajduje się najwięcej hotelowych kompleksów all inclusive. Wielu turystów zostaje w tym regionie, słusznie licząc na leniwy odpoczynek i naładowanie akumulatorów w cieniu wysmukłych palm przy rumowych koktajlach z dobrze zaopatrzonego baru. Inni opuszczają czasem luksusowy resort, jadą na zorganizowaną wycieczkę, poobserwują prawdziwe życie Dominikańczyków – świat żywy, fascynujący, kontrastowy. We wschodniej części Republiki Dominikańskiej prowincjonalna senność łączy się w jakiś naturalny sposób z rozmachem masowej turystyki. Zieleń zaprojektowanych z finezją profesjonalnych pól golfowych w pobliżu resortu Casa de Campo (zaliczanego do najbardziej ekskluzywnych ośrodków rekreacyjno-wypoczynkowych na świecie) przechodzi w ciągnące się aż po horyzont w sąsiedztwie miasta La Romana pola równie zielonej trzciny cukrowej. Krzysztof Kolumb chorował ponoć w tych okolicach. Z historycznych zapisków wynika, że na jakiś czas stracił wzrok. Być może nie wytrzymał oślepiającej bieli piaszczystego wybrzeża, które 500 lat później stało się jedną z najbardziej obleganych stref wypoczynkowych na Karaibach. 

 

Fundatorem wspomnianej Casy de Campo, co znaczy dosłownie Wiejski Dom, był Charles Bluhdorn (1926–1983), założyciel i prezes amerykańskiego koncernu Gulf and Western. Uznawany jest za ojca przemysłu turystycznego w Dominikanie. Przyczynił się również do rozwoju kina. W połowie lat 60. XX w. wykupił udziały w wytwórni Paramount Pictures. Zafascynowany pięknem Republiki Dominikańskiej planował zmienić ją w eldorado dla filmowców. Powstawały tutaj produkcje takie jak Ojciec chrzestny II (1974), Cena strachu (1977) czy Czas apokalipsy (1979). W tym ostatnim filmie reżyser Francis Ford Coppola wykorzystał do ujęć malowniczą rzekę Chavón (Río Chavón). W połowie lat 70. minionego stulecia rozpoczęto nad nią budowę wioski stylizowanej na śródziemnomorską kamienną osadę z XVI w. Ponoć miała ona być prezentem dla córki Charlesa Bluhdorna. Wznoszenie eklektycznego zespołu zabudowań ukończono na początku lat 80. XX w. Tak powstała wioska artystów Altos de Chavón. Wąskie brukowane uliczki schodzą się na urokliwych skwerach. Wapienne mury okwiecają bugenwille w kolorze biskupiej szaty. Wzrok przykuwają gustowne fontanny, okiennice, latarnie. Nie brakuje tu wytwornych restauracji i kafejek. Warto zwrócić uwagę na Kościół św. Stanisława (Iglesia de San Estanislao), patrona Polski. Nazwano go tak w hołdzie papieżowi Polakowi – Janowi Pawłowi II (1920–2005), który odwiedził Dominikanę po raz pierwszy w 1979 r. i przekazał wówczas relikwie tego świętego. Z wioski rozciąga się spektakularny widok na rzekę Chavón. Integralną część Altos de Chavón stanowi amfiteatr w stylu greckim na świeżym powietrzu, mogący pomieścić 5 tys. widzów. Występy sceniczne zainaugurowano w nim 20 sierpnia 1982 r. Podczas festiwalu Koncert dla Ameryk (Concert for the Americas, Concierto para las Américas) wystąpili Frank Sinatra, Buddy Rich, zespół Heart i Carlos Santana. Ten pierwszy zaśpiewał w finale swój wielki przebój New York, New York. Carlos Santana zagrał jako ostatni, lecz wykonał tylko kilka numerów. Jego występ zakłóciła tropikalna ulewa z piorunami. Muzyk jednak się nie poddawał. Utwór Black Magic Woman wykańczał ze znaną sobie wirtuozerią w strugach deszczu zalewających gitary i bębny. Koncert ostatecznie przerwano ze względów bezpieczeństwa. 

 

 

2013-02-16 PUNTA RUCIA-350

Snorkeling w okolicy Punta Rucia

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

Ciągnącą się przez 70 km Autostradą Koralową (Autopista del Coral) powrócimy do Punta Cana. Tu czekają jedne z najlepszych plaż na Karaibach: spokojny lazurowy ocean oblewa biały i drobny jak mąka piasek, woda jest przyjemnie ciepła, chylą się ku niej palmy kokosowe. Jeśli kogoś dopadnie zmęczenie, niech bez wyrzutów sumienia uda się w to miejsce na odpoczynek i zapomni o wszystkim. Poza tym w rejonie Punta Cana można poczuć się jak na planie filmowym. Na plaży Macao powstały malownicze zdjęcia do wspomnianego filmu Hawana – miasto utracone. Andy García i Inés Sastre wydawali się być bardzo odprężeni. Na pewno plażowanie im nie zaszkodziło.

 

ŚLADAMI KOLUMBA

 

Pierwszy swoisty przewodnik po północnym wybrzeżu kraju, który zyska później nazwę Republiki Dominikańskiej, zawdzięczamy, oczywiście, Krzysztofowi Kolumbowi. Dotarł tutaj podczas swojej wyprawy w poszukiwaniu drogi morskiej do Indii. Był oczarowany nowym lądem. Cierpliwie szkicował jego kontury, płynąc z zachodu na wschód. Łączył emocje pioniera zachwyconego bujnością tropikalnych terytoriów, które w imieniu hiszpańskich władców objął w posiadanie, z typową dokładnością badacza. Odznaczał przybrzeżne wzniesienia albo zamglone góry gdzieś na horyzoncie. Oceniał przydatność zatok, które mogły posłużyć potem jako naturalne porty. 

 

Co najcenniejsze, ten wyjątkowy informator podróżny jest nadal aktualny. Miejsca takie jak Monte Cristi (San Fernando de Monte Cristi) czy Puerto Plata, które dość szybko, bo już na samym początku XVI stulecia, trafiły na kształtującą się mapę Hispanioli (po hiszpańsku La Españoli, obecnie w języku polskim pod nazwą Haiti), istnieją do dziś. Przetrwały burzliwe dzieje. Możemy je odwiedzić i przy tym dowiedzieć się, co sprawiło, że admirał ochrzcił je w ten sposób. Co więcej, gdy patrzymy na okazałe grzbiety El Morro lub Isabel de Torres, widzimy prawdopodobnie to samo, co niegdyś oglądał słynny odkrywca. Splot rozmaitych wydarzeń sprawił, że właśnie tu, gdzie wody Atlantyku oblewały wyspę, rozpoczęło się europejskie osadnictwo. Hiszpańskim konkwistadorom brakowało jedynie złota w zadowalającej ilości. Były natomiast obfite zasoby bursztynu. Indianie zdobili nimi swoje obuwie. Krzysztofowi Kolumbowi musiało to umknąć. Obecnie, być może dla zrekompensowania wysiłków admirała, jedna z reprezentacyjnych plaż północnego wybrzeża, zwanego Bursztynowym (Costa del Ámbar), znana jest jako Złota (Playa Dorada). Do tego rejonu przyciągają również jego przyrodnicze, kulturowe, historyczne, kulinarne i rozrywkowe walory. Każdy znajdzie tutaj swój azyl pośród niezwykłej różnorodności. Do wyboru mamy Monte Cristi – gdzieniegdzie suche, niemal preriowe, w innym miejscu sąsiadujące z laguną i namorzynami, gdzie czasem pachnie duszoną koziną, skąd blisko już do Parku Narodowego Monte Cristi (Parque Nacional Monte Cristi) i łatwo dostać się pod haitańską granicę w Dajabón, tętniące życiem Puerto Plata słynące z rozlewni rumu Brugal i architektonicznych śladów epoki wiktoriańskiej, dalej Sosúa z plażą jak marzenie, w którym króluje zabawa, potem Cabarete – wietrzne, idealne dla amatorów wind- i kitesurfingu, a na końcu beztroskie, senne miasteczko Río San Juan, gdzie na rogatkach pachnie sianem i człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak nauczyć się od miejscowych cennej sztuki „spowalniania”…

Artykuły wybrane losowo

Stracić głowę dla Dominikany

MAGDALENA PIETRUSIŃSKA

<< Republika Dominikańska jest jednym z najczęściej odwiedzanych krajów na Karaibach. Jej niezmiernie urokliwe plaże, niepowtarzalna kultura, pyszne jedzenie, ciepli i radośni mieszkańcy czyni ją bardzo atrakcyjnym kierunkiem dla wielu turystów z różnych zakątków świata. Jak śpiewa o Dominikanie popularny piosenkarz merengue El Jeffrey: „Mi tierra, tiene palmeras (…), Mi tierra, tiene montañas (…), Mi tierra tiene su sol (…), Mi tierra tiene naranjos y tres mares que la besan”, czyli: „Moja ziemia ma palmy (…), Moja ziemia ma góry (…), Moja ziemia ma swoje słońce (… ), Moja ziemia ma pomarańcze i trzy morza, które ją całują”. >>

Więcej…

Na południowym krańcu Szwecji

 

GRZEGORZ MICUŁA

 

Do Szwecji, położonej po drugiej stronie Morza Bałtyckiego, dość łatwo dostać się z Polski. Ze Świnoujścia kursują regularnie promy do Ystad i Trelleborga, z Gdyni pływają statki do Karlskrony, a z Gdańska – do Nynäshamn w regionie Sztokholm, linie Wizz Air i Ryanair oferują tanie loty do szwedzkich miast. Polacy chętnie szukają w tym skandynawskim kraju pracy, a często znajdują w nim swój nowy dom. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Szwecja jest piękna, przyjazna i szczyci się dbaniem o środowisko naturalne. Dlatego warto odwiedzić ją również w celu czysto turystycznym.

 

Południowe regiony kraju: Skania, Blekinge i leżący bardziej na zachód Halland, przez stulecia były kością niezgody pomiędzy Danią i Szwecją, które toczyły o nie krwawe wojny. Obecne szwedzkie tereny na południu Półwyspu Skandynawskiego stanowiły część państwa duńskiego aż do 1658 r., kiedy to Szwedzi przeszli po zamarzniętych cieśninach Bałtyku i zaatakowali zaskoczonych Duńczyków. Tym ostatnim próbował pomóc Stefan Czarniecki, który dowodził oddziałami polskimi w wyprawie sojuszniczej (brandenbursko-polsko-habsburskiej) przeciwko królowi Szwecji Karolowi X Gustawowi. W trakcie kampanii zdobył szturmem twierdzę Koldynga na Półwyspie Jutlandzkim i przeprawił się z jazdą przez morską cieśninę na wyspę Als.

 

W wyniku traktatu z Roskilde (1658 r.) prowincje Danii na Półwyspie Skandynawskim stały się częścią Szwecji. Mimo upływu kilku stuleci o tamtych czasach przypominają potężne, niegdyś graniczne twierdze, a wpływy duńskie są tu nadal widoczne, zarówno w języku i lokalnych nazwach, jak i architekturze.

 

URODZAJNA KRAINA

 

Skania to różnorodny i pełen kontrastów region rolniczy. Znajduje się w nim kilkaset kilometrów piaszczystych plaż. Można tutaj jeździć konno, rowerem, pływać kajakiem, żeglować czy łowić ryby, a także wybrać się na obserwowanie i fotografowanie ptaków i zwierząt. Ta najdalej na południe wysunięta część kraju różni się od reszty jego terytorium budową geologiczną. Występują w niej również niezłe, jak na Skandynawię, gleby, a ponieważ region ten leży w strefie łagodniejszego klimatu niż rozciągające się dalej na północ tereny Półwyspu Skandynawskiego, właśnie stąd pochodzi większość wytwarzanej przez Szwedów żywności. Skania bywa nawet nazywana spichlerzem Szwecji. Miejscowi cenią sobie dobre jedzenie. W regionalnej kuchni królują śledzie, węgorze, gęsi, szparagi czy jabłka. Poza tym do typowych specjałów należą omlety i spettkaka (spettekaka) – słodkie ciasto o smaku bezy, przypominające wyglądem nasz sękacz.

 

Tutejsze krajobrazy mają wiele uroku. Są też malowniczym tłem dla dawnych budowli obronnych, wiatraków i kościołów. W niewielkiej Skanii (niemal 11 tys. km² powierzchni) jest blisko 300 zamków, pałaców i dworów, będących w większości własnością prywatną, a przez to zwykle niedostępnych dla turystów.

 

W tym regionie Szwecji znajdują się także duże miasta, m.in. ponad 300-tysięczne Malmö (trzeci pod względem liczby ludności ośrodek miejski w kraju), kosmopolityczny Helsingborg czy Lund z jedną z najwspanialszych świątyń północnej Europy. Płaskie tereny półwyspu Bjäre (Bjärehalvön) doskonale nadają się na wycieczki piesze, rowerowe i konne. Jest tu również wiele profesjonalnych pól golfowych, a pobliskie miasteczko Båstad stało się szwedzką stolicą tenisa.

 

Na południowym wybrzeżu leży śliczne zabytkowe 20-tysięczne Ystad ze średniowiecznym układem ulic, do którego docierają promy ze Świnoujścia. Okolice pełne są śladów po walecznych wikingach. Warto zobaczyć najdalej na południe wysuniętą szwedzką miejscowość Smygehamn (w gminie Trelleborg), rybackie miasteczko Simrishamn, gdzie funkcjonuje połączenie promowe z duńskim Bornholmem, oraz otoczone sadami jabłoniowymi Kivik, niedaleko którego w 1748 r. odkryto kurhan z epoki brązu. W mieście Åhus produkowana jest słynna szwedzka wódka Absolut (należąca obecnie do francuskiego koncernu Pernod Ricard), a w pobliskim Kristianstad, wybudowanym w 1614 r. z rozkazu króla Danii i Norwegii Chrystiana IV Oldenburga, do dziś zachował się renesansowy układ urbanistyczny.

 

WŚRÓD SZACHULCOWYCH MURÓW

 

Ystad przez wieki miało status miasta królewskiego, dlatego w jego herbie znajduje się królewski lew. Przez 300 lat mieszkańcy utrzymywali się z połowu śledzi. Zachowało się tu ponad 300 starych, szachulcowych domów. Ze względu na korzystne położenie Ystad ma stałe połączenia z Malmö, Bornholmem i Świnoujściem (do tego ostatniego promy Unity Line i Polferries kursują codziennie).

 

W biurze informacji turystycznej usytuowanym w pobliżu portu, dworca kolejowego i autobusowego można zaopatrzyć się w mapy i foldery. W tym samym budynku mieści się Muzeum Sztuki Ystad (Ystads konstmuseum) specjalizujące się w gromadzeniu dzieł skandynawskich artystów. Na północny zachód stąd znajduje się Stortorget, główny plac miasta z Kościołem NMP, erygowanym ok. 1200 r. i pierwotnie romańskim, w XV stuleciu przebudowanym w stylu gotyckim, a później wielokrotnie przekształcanym. Ciekawie wygląda jego barokowa ambona, pod którą wyrzeźbiono przerażającą twarz, a także średniowieczny krucyfiks z głową Jezusa z prawdziwymi włosami.

 

Przy Stortorget stoi również Stary Ratusz (Gamla Rådhuset). Zaczęto go budować w XV w. Za wspomnianym kościołem, koło zabytkowej hali (Saluhallen) wzniesionej w miejscu, gdzie od stuleci handluje się produktami spożywczymi, zaczyna się malownicza Lilla Västergatan, jedna z głównych ulic w historycznym centrum Ystad. Zachowało się tutaj wiele zabytkowych domów kupieckich.

 

Przy ulicy Klasztornej (Klostergatan) znajduje się muzeum historyczno-kulturowe Klostret i Ystad, urządzone w założonym w 1267 r. opactwie franciszkańskim z Kościołem św. Piotra (Sankt Petri kyrka). Zebrane w nim eksponaty związane z historią miasta i regionu dobrze komponują się z zabytkowymi wnętrzami. W muzealnej kawiarence można odpocząć przy kawie i ciastku.

 

Dzisiejsze Ystad kojarzy się także z Kurtem Wallanderem – doświadczonym przez życie detektywem z powieści kryminalnych Henninga Mankella (1948–2015). Urodzony w Sztokholmie pisarz kupił w okolicy posiadłość, tutaj też umieszczał akcje swoich kryminałów.

 

Warto pamiętać, że to szwedzkie miasto jest kąpieliskiem morskim, a piękne plaże ciągną się zarówno na zachód, w kierunku Trelleborga, jak i na wschód, w stronę osady Kåseberga, gdzie na stromym klifie znajduje się Ales stenar – największy w Skandynawii kompleks megalityczny (o długości 67 m). Tworzące go wielkie głazy (w sumie 59!) zostały ułożone w kształt przypominający z lotu ptaka łódź.

 

Nocny trębacz z Ystad

 

W Ystad kultywuje się tradycję podobną do tej z naszego Krakowa, a sięgającą XVIII w. Strażnik (tornväktare) na wieży Kościoła NMP w nocy gra na trąbce hejnał co 15 min. od 21.15 do 1.00. Powtarzającą się co chwilę melodię słychać w całym centrum miasta. Niegdyś w ten sposób obywatele zyskiwali pewność, że strażnik nie śpi – aż do połowy XIX stulecia zaśnięcie na warcie karane było śmiercią. Kiedy zaniechano odgrywania hejnału w czasie II wojny światowej, mieszkańcy skarżyli się, że nie mogą zasnąć z powodu niczym nie przerywanej ciszy panującej w nocy.

 

OŚRODEK AKADEMICKI

 

Lund, najstarsze miasto Skanii, słynie z zabytków. O istniejącej w tym miejscu osadzie wspominały już normańskie sagi w 940 r., ale ośrodek zaczął się rozwijać w czasach króla Swena Widłobrodego. Jego syn – Knut Wielki – uczynił Lund jednym z najważniejszych miast północnej Europy, centrum religijnym, politycznym i handlowym Danii. W 1104 r. ustanowiono tu siedzibę arcybiskupstwa. W latach 80. XI stulecia rozpoczęto budowę wspaniałej romańskiej Katedry (Lunds domkyrka), którą konsekrowano w 1145 r. Po odebraniu Skanii Duńczykom w mieście założono w 1666 r. drugi po Uppsali uniwersytet w Szwecji – Lunds universitet. Obecnie studiuje na nim ok. 42 tys. osób.

 

Lund jest przyjemne i spokojne. Wiele uliczek w centrum ma jeszcze nawierzchnię ze starego bruku. Miasto zdobi mnóstwo kwiatów, zwłaszcza róż. Tuż obok Katedry znajduje się park Lundagård z głównym budynkiem uniwersyteckim (Universitetshuset) i Stortorget – główny plac Lund. Wspaniała architektura i interesujące muzea, a przede wszystkim liczni studenci nadają temu miastu niepowtarzalny urok.

 

Wspomniana romańska Katedra to najciekawszy tutejszy zabytek. Wzniesiona została z białego kamienia. Jej fasadę wieńczą dwie masywne wieże wysokie na 55 m, zwane Chłopcami z Lund, a od wschodu zamyka ją okazała absyda. Majestatyczne wnętrze jest zaskakująco skromne. W lewej nawie w pobliżu wejścia znajduje się kolorowy zegar astronomiczny Horologium Mirabile Lundense z 1425 r., który pokazuje godziny, dni i tygodnie oraz ruch słońca i księżyca na niebie. Co jakiś czas urządzenie ożywa i mechaniczne figurki zaczynają swoje przedstawienie: rycerze dmą w trąby, a trzej mędrcy okrążają Maryję z małym Jezusem. Katedralny ołtarz główny z 1398 r. pochodzi z północnych Niemiec. Ambona z 1592 r. jest jednym z najwspanialszych dzieł nordyckiego renesansu, a bogato rzeźbione, XIV-wieczne dębowe stalle należą do największych w Europie.

 

Pod głównym ołtarzem znajduje się krypta niezmieniona od niemal dziewięciu stuleci, wsparta na 23 kolumnach, z posadzką wyłożoną płytami nagrobnymi. Dwie kolumny obejmują kamienne postacie mężczyzny i kobiety z dzieckiem. Legenda mówi, że to olbrzym Finn i jego rodzina, którzy chcieli zniszczyć świątynię i zostali zamienieni w kamień.

 

Za katedrą mieści się Muzeum Historyczne (Historiska museet) należące do uniwersytetu. Szczyci się ono drugim co do wielkości zbiorem eksponatów archeologicznych w Szwecji oraz interesującą kolekcją średniowiecznych rzeźb. Niedaleko znajduje się Kulturen i Lund – pod gołym niebem ustawiono tu oryginalne budynki reprezentujące architekturę charakterystyczną dla czterech warstw społecznych: arystokracji, kleru, mieszczan i chłopów. Placówka liczy sobie ponad 125 lat, bo otwarto ją już w 1892 r.

 

 per pixel petersson-lund cathedral-5260

Ogromna romańska Katedra należy do najważniejszych zabytków Lund

© PER PIXEL PETERSSON/IMAGEBANK.SWEDEN.SE

 

EKOLOGICZNA METROPOLIA

 

Malmö, położone nad cieśniną Sund, przyciąga turystów średniowiecznym centrum z zamkniętymi dla ruchu kołowego ulicami. Nazywane bywa miastem parków, których znajduje się tutaj ok. 20. Prawie w samym centrum leżą też piaszczyste plaże (z 2,5-kilometrową Ribersborg na czele). W Malmö działa poza tym podobno najwięcej restauracji w Szwecji w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Oprócz turystów przyjeżdżają do niego na zakupy tłumy Duńczyków z pobliskiej Kopenhagi.

 

Stare Miasto, czyli Gamla staden, okala kanał, po którym można dziś przepłynąć się statkiem wycieczkowym lub łódką czy rowerem wodnym. Na zachodzie wśród zieleni stoi otoczony fosą zamek – Malmöhus. Jego okolica przywodzi na myśl Holandię. Nad rozległym parkiem góruje wiatrak (Slottsmöllan), a do zamkowej kawiarni („Slottsträdgårdens kafé”) prowadzą długie aleje kwiatów, głównie różnokolorowych tulipanów. W sąsiednim ogrodzie uprawiane są warzywa i zioła, wykorzystywane w kuchni w tym lokalu. Najlepiej zamówić tu rybę, zwłaszcza łososia serwowanego na rozmaite sposoby, albo tradycyjną szwedzką kanapkę z sałatą, krewetkami i jajkiem, polaną majonezem.

 

Niedaleko dworca centralnego stoi rzeźba przedstawiająca rewolwer z zawiązaną na węzeł lufą, która symbolizuje niechęć do używania przemocy. Umieszczono ją w pobliżu XIX-wiecznego gmachu dawnej giełdy. Z kolei przy Stortorget, głównym placu Starego Miasta, otoczonym zabytkowymi kamienicami, stoi Ratusz (Malmö rådhus) zbudowany w pierwszej połowie XVI w. w stylu niderlandzkiego renesansu. W jego wnętrzu na zainteresowanie zasługuje wspaniała sala gildii kupieckiej. W ratuszowych piwnicach od ponad czterech stuleci karmi się gości. Obecnie działa w nich znana restauracja „Rådhuskällaren”. Z konnego pomnika ustawionego pośrodku placu na przechodniów spogląda król szwedzki Karol X Gustaw, który odebrał Malmö Duńczykom.

 

Na dawnych terenach przemysłowych leżących nad brzegiem morza zbudowano nowoczesną i bardzo ekologiczną dzielnicę Västra Hamnen (Zachodnia Przystań). Uwagę zwraca w niej widoczny z daleka wieżowiec Turning Torso – najwyższy drapacz chmur w Skandynawii. Ma 190 m wysokości (54 piętra) i przypomina skręconą wieżę. W tym luksusowym gigancie znajdują się zarówno biura, jak i apartamenty.

 

Most nad cieśniną Sund

 

Przeprawa łącząca Szwecję z Danią została oficjalnie oddana do użytku w lipcu 2000 r. Zaczyna się w Lernacken leżącym w gminie Malmö. Mostem rozpiętym nad Sundem samochody i pociągi docierają do sztucznej wyspy – Peberholm – usypanej u wybrzeży Danii. Z niej dostają się do położonego pod wodą tunelu, z którego wyjeżdżają w pobliżu międzynarodowego portu lotniczego Kopenhaga-Kastrup. Sam most wiszący o długości 7845 m podtrzymują dwa ogromne, 203,5-metrowe pylony. Prześwit między nimi wynosi 57 m, dzięki czemu mogą tędy przepływać nawet największe statki. Przejazd samochodem przez most trwa zaledwie 10 min. i jest bardzo komfortowy.

 

justin brown-western harbour-672

Turning Torso zaprojektował znany hiszpański architekt Santiago Calatrava

© JUSTIN BROWN/IMAGEBANK.SWEDEN.SE

 

OGRÓD SZWECJI

 

Blekinge to druga po Olandii najmniejsza historyczna prowincja (landskap) w kraju (ma powierzchnię 2941 km²). Jej nazwa pochodzi od słowa bleke, co oznacza „spokojną wodę” lub „martwą ciszę” – są też tacy, którzy tłumaczą ją jako „odbicie słońca na wodzie”. Doskonale oddaje to poetycką atmosferę krainy zwanej ogrodem Szwecji. Wzdłuż wybrzeża ciągną się setki wygładzonych przez lodowiec granitowych wysepek tworzących rozległy archipelag. Stoją na nich pomalowane na ceglastoczerwony kolor wakacyjne domki, przy każdym zacumowana jest żaglówka lub łódka. Żeglowanie i łowienie ryb stanowią bez wątpienia najpopularniejsze zajęcia miejscowych.

 

To rejon stworzony dla rowerzystów. Niewielkie odległości i gęsta sieć dobrze utrzymanych szlaków rowerowych sprawiają, że zwiedzanie Blekinge na dwóch kółkach staje się bardzo przyjemne. Okolica wygląda zupełnie jak z książek szwedzkiej autorki Astrid Lindgren (1907–2002), która mieszkała w sąsiedniej Smalandii.

 

Do stolicy regionu – Karlskrony – kursują dwa lub trzy razy dziennie promy Stena Line z Gdyni. Dotarcie do samego serca Blekinge nie stanowi więc problemu. W miejscowej informacji turystycznej można dostać foldery i materiały w języku polskim.

 

MIASTO NA WYSPACH

 

Nazywana małym Sztokholmem Karlskrona, położona malowniczo na ponad 30 wyspach, jest jednym z głównychszwedzkich portów morskich, siedzibą dowództwa marynarki wojennej i akademii marynarki wojennej. W 1679 r. król Karol XI postanowił wznieść idealne miasto i bazę floty wojennej na wyspie Trossö, ale jej właściciel, rolnik Vittus Anderson, nie chciał sprzedać swojej ziemi. Władca wtrącił go do więzienia i trzymał w nim tak długo, aż ten zmienił zdanie. Przy projektowaniu Karlskrony wytyczono regularną siatkę szerokich traktów, po których mogły defilować oddziały marynarzy. Ulice noszą imiona szwedzkich admirałów, a najważniejsze tutejsze muzeum poświęcone jest – oczywiście – historii marynarki wojennej Królestwa Szwecji.

 

Zwiedzanie najlepiej rozpocząć od Stortorget, głównego placu miasta, ponoć największego i najpiękniejszego w całej północnej Europie. Stoi na nim pomnik Karola XI. Za plecami króla znajduje się Ratusz (Rådhuset) wzniesiony w końcu XVIII w. (obecnie mieści się w nim sąd), a przed nim – Kościół św.Fryderyka, elegancka budowla z dwiema wieżami. Świątynię, podobnie jak pobliski Kościół Świętej Trójcy, zaprojektował słynny szwedzki architekt Nicodemus Tessin młodszy (1654–1728), który ukończył królewską rezydencję Drottningholm pod Sztokholmem.

 

Najważniejszym zabytkiem Karlskrony jest stara stocznia – Karlskronavarvet. Założona została w 1679 r. i do dziś stanowi jedno z najważniejszych miejsc, gdzie produkuje się okręty wojenne w Szwecji. Do najciekawszych obiektów należą Femfingerdockan (Dok Pięciu Palców) – zespół pięciu suchych doków przypominający układem dłoń, zbudowany w latach 1758–1856; imponujący rozmiarami drewniany budynek Wasaskjulet (Hangar Wasa), wzniesiony w 1763 r., w którym powstawały okręty wojenne wyposażone w maksymalnie 70 dział; długa na ponad 300 m hala Repslagarbanan (Powrozownia), wykorzystywana do skręcania lin okrętowych, oraz Gamla mastkranen – stary ceglany żuraw o wysokości 42 m służący do montażu masztów.

 

Stocznię i bazę marynarki oddziela od miasta wysoki kamienny mur (Varvsmuren), również zabytkowy. Okoliczne forty oraz podmiejska rezydencja słynnego szwedzkiego konstruktora okrętów Fredrika Henrika Chapmana (Skärva herrgård) zachowały się w świetnym stanie. W 1998 r. znaczna część dawnych portowych zabudowań Karlskrony trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

MORSKIE TRADYCJE

 

Niedaleko portu w Karlskronie stoi Kościół Admiralicji, noszący też nazwę Ulrica Pia od imienia królowej Szwecji Ulryki Eleonory Wittelsbach (panującej w latach 1718–1720), która przyczyniła się do jego budowy. Imponujących rozmiarów świątynia o pięknych proporcjach konsekrowana została w 1685 r. Wzniesiono ją na planie krzyża greckiego i jest największym drewnianym kościołem w kraju. W pomalowanym na jasnoniebiesko skromnym wnętrzu znajdują się okazałe organy. Po naciśnięciu przycisku umieszczonego przy wejściu można posłuchać granych na nich melodii. Obok zainstalowano audioprzewodnik, m.in. w języku polskim.

 

Przed kościołem od niemal 300 lat stoi drewniana rzeźba dziadka Rosenboma, będąca skarbonką i uchodząca za symbol miasta (w 1956 r. oryginał przeniesiono do świątyni, a na zewnątrz ustawiono kopię). Przedstawia biedaka, który według legendy zamarzł, gdy w noc sylwestrową 1717 r. prosił o jałmużnę dla swojej rodziny. Zgodnie z tradycją każdy odwiedzający Karlskronę powinien złożyć w tym miejscu jakiś datek. Pieniądze wrzuca się do otworu pod kapeluszem dziadka Rosenboma.

 

W mieście koniecznie odwiedzić trzeba poza tym Muzeum Marynarki Wojennej (Marinmuseum), którego tradycja sięga 1752 r. (w obecnej lokalizacji działa od 1997 r.). Przed nowoczesnym budynkiem leżą wielkie kotwice okrętowe. W specjalnej hali znajduje się pierwszy szwedzki okręt podwodny HMS Hajen (Rekin) z 1904 r., przypominający Nautilusa kapitana Nemo. W placówce obok interesujących modeli żaglowców oraz elementów wyposażenia i uzbrojenia statków obejrzymy także galerię kilkunastu galionów – wielkich rzeźb, jakie umieszczano na dziobach. Pomieszczenie ma znakomitą akustykę, dlatego często odbywają się tu koncerty. Niesamowite wrażenie robią wpływające do portu wielkie statki widoczne przez przeszklone ściany. W muzeum powstała też ekspozycja poświęcona incydentowi ze szpiegowską wizytą radzieckiej łodzi podwodnej. W 1981 r. na wody silnie strzeżonego archipelagu Karlskrony wpłynęła należąca do ZSRR jednostka S-363 i utknęła na skałach przy wysepce Torhamnaskär.

 

Żeby odetchnąć atmosferą dawnego miasta, trzeba wybrać się do jego najstarszej dzielnicy Björkholmen (Brzozowa Wyspa), gdzie zachowało się kilkadziesiąt małych, drewnianych domków z ogródkami z początku XVIII stulecia, zbudowanych dla pracujących w stoczni wojennej robotników. Małe drzwi i okna z kwiatami, kołatki i rosnące pod ścianami malwy wyglądają uroczo. Warto zwrócić uwagę na wiatrowskazy w kształcie łódek żaglowych, czarownic czy ptaków w locie. Niektóre domki można wynająć. Niegdyś mówiono tutaj osobliwym dialektem björkholmska.

 

Amatorzy morskich pamiątek powinni odwiedzić wyspę Saltö. Przy ulicy Utövägen znajduje się nautykwariat z elementami wyposażenia okrętowego, m.in. starymi lampami żeglarskimi, chronometrami, mapami i dziełami sztuki marynistycznej. Po obejrzeniu najciekawszych atrakcji Karlskrony można wyruszyć na zwiedzanie okolicy. Na zainteresowanie w Blekinge zasługują stare kupieckie miasta Ronneby i Karlshamn oraz Växjö (szwedzka stolica szkła) i zabytkowy Kalmar w sąsiedniej historycznej prowincji Smalandia, a także spokojna wyspa Olandia.

 

 ty1s91pir0z3je98v3qwea

Wyspa Stumholmen wchodząca w skład Karlskrony

© VISIT KARLSKRONA/BIRGER LALLO

 

ZACHODNIA BRAMA KRAJU

 

Göteborg to drugie po Sztokholmie miasto Szwecji oraz największy port całej Skandynawii. Zbudowany został na początku XVII w. według planów architektów holenderskich pracujących na zlecenie króla Gustawa II Adolfa. Dziś mieszka w nim niemal 600 tys. ludzi. Swoje siedziby założyły tu takie firmy jak Volvo, SKF (producent łożysk) i Hasselblad (koncern fotograficzny). Ze względu na swoje znaczenie Göteborg stanowi poważną konkurencję dla stołecznego Sztokholmu.

 

Miasto jest doskonale zaprojektowane, przyjazne mieszkańcom i turystom. Znajdziemy w nim szerokie aleje, eleganckie place ozdobione pomnikami, malownicze kanały pamiętające czasy wytyczających je Holendrów. Jedna z najstarszych budowli Göteborga to Kronhuset (z lat 1643–1654), dawny arsenał miejski, obecnie placówka muzealna. Ciekawym zabytkiem jest też dawna siedziba Szwedzkiej Kompanii Wschodnioindyjskiej z połowy XVIII stulecia (Ostindiska huset), w której obecnie mieści się Muzeum Göteborga (Göteborgs stadsmuseum). W historycznej części miasta znajdują się także XVII-wieczny Ratusz (Göteborgs rådhus) oraz klasycystyczna Katedra z XIX w. (Göteborgs domkyrka). Przy wąskich uliczkach stoją tu zabytkowe kamienice. Koło portu funkcjonuje Maritiman – ciekawe muzeum morskie z zewnętrzną ekspozycją składającą się z ok. 20 statków i okrętów. Wśród nich jest niszczyciel HMS Småland, łódź podwodna HMS Nordkaparen, statek strażacki i latarniowiec Fladen z 1915 r.

 

Ważny punkt na mapie miasta stanowi Götaplatsen – główny plac współczesnego Göteborga, z fontanną ozdobioną pomnikiemPosejdona, dziełem szwedzkiego rzeźbiarza Carla Millesa (1875–1955). W jego okolicy znajduje się Konserthus (siedziba słynnej Göteborskiej Orkiestry Symfonicznej) i Muzeum Sztuki (Göteborgs konstmuseum) z najbogatszą w Szwecji kolekcją sztuki nordyckiej oraz wspaniałym zbiorem płócien holenderskich, francuskich i hiszpańskich mistrzów malarstwa: Rembrandta, Vincenta van Gogha, Claude’a Moneta i Pabla Picassa. Z dzieł współczesnych można zobaczyć m.in. prace stworzone przez znane w Szwecji artystki Charlottę Gyllenhammar, Klarę Kristalovą czy Cajsę von Zeipel. Rodziny z dziećmi powinny odwiedzić pełen atrakcji rozległy park rozrywki Liseberg (największe wesołe miasteczko w Skandynawii).

 

goteborg port bark Vikingfot

Czteromasztowy bark Viking z 1906 r. służy obecnie za hotel w Göteborgu

© GRZEGORZ MICUŁA

Peru – niezwykłe drogi i ścieżki

ROMAN WARSZEWSKI

www.warszewski.info

 

<< Peru ma wszystko – przepiękną przyrodę, pustynie (na wybrzeżu), góry (w części środkowej), a także selwę i przecinające ją rzeki. Jednak wyróżniają je również liczne ślady przeszłości. Ludzie zamieszkują ten obszar od 4 tys. lat p.n.e. i zawsze wykazywali się wielką pracowitością i artystycznym zmysłem. Dlatego wspaniałe naturalne tereny urozmaicają tutaj niezliczone pozostałości dawnych miast, osiedli i świątyń, z których większość jest świetnie wkomponowana w krajobraz. Mało osób wie, że w Peru znajduje się więcej piramid niż w Egipcie. A są wśród nich i takie, które liczą sobie więcej lat od słynnej piramidy Cheopsa. >>

Właśnie z powodu wielkiej różnorodności przyrodniczej i bogactwa kulturowego ten kraj jest pod względem turystycznym jednym z najciekawszych na świecie. Niektórzy uważają nawet, że należy mu się palma pierwszeństwa. Peruwiańczycy to wiedzą i coraz bardziej doceniają. W tej chwili Peru rocznie odwiedza blisko 4,5 mln zagranicznych gości (według oficjalnych danych rządowych), a przychody z turystyki stanowią spory procent budżetu państwa. Infrastruktura jest coraz lepsza. W wiele miejsc coraz łatwiej dojechać. Tam, gdzie nie ma jeszcze odpowiedniej jakości dróg, można dolecieć samolotami – większymi, mniejszymi czy nawet awionetkami. Istnieje mnóstwo utartych szlaków turystycznych, które tu nazywam przetartymi, wygodnymi trasami, jak te, które łączą stołeczną Limę, Arequipę i Cusco (Cuzco). Ale oprócz nich są też ścieżki, gdzie napotyka się ginącego już ducha pogranicza. Wiodą czy to do Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu), czy do zapomnianej Vilcabamby.

 

 

W Peru istnieją dwie standardowe trasy – tzw. pętla południowa i północna. Każda z nich zaczyna się i kończy w Limie, która – podobnie jak Buenos Aires lub Rio de Janeiro – jest bramą Ameryki Południowej. Obie pętle są niezmiernie interesujące, choćby dlatego, że bardzo się od siebie różnią. Ci, którzy znają dobrze Peru, twierdzą, iż niełatwo wybrać tę ciekawszą. Osoby odwiedzające kraj po raz pierwszy czy drugi głosują na południową. Powód takiej decyzji jest prozaiczny – podczas podróży tą trasą najłatwiej trafić do słynnego Machu Picchu.

 

PĘTLA POŁUDNIOWA

Na tym szlaku oczywiście znajduje się stolica Peru, niemal 10-milionowy moloch (Lima Metropolitana), z którego jedzie się na południe do Pisco i Paracas, następnie do Naski, Arequipy i nad jezioro Titicaca – do Puno. Tam można wpaść z wizytą do Indian Uro (Uru) żyjących na pływających wyspach oraz do przedziwnej społeczności zamieszkującej skalistą wysepkę Taquile, gdzie kobiety są głowami rodziny, a mężczyźni zajmują się… tkaniem i robieniem na drutach! Znad Titicaki warto na krótko wyskoczyć do departamentu La Paz w Boliwii, bo w nim czeka na nas jedna z największych (i najbardziej tajemniczych) atrakcji regionu – prastare miasto Tiahuanaco (Tiwanaku). Potem zwykle jednak (przez wyspy Księżyca i Słońca na jeziorze Titicaca) czym prędzej wraca się znów do Peru, żeby z Puno udać się do Cusco, które przypomina odrębną planetę i jest jak zaklęta w kamieniu poezja, dzieło łączące niezmierzone bogactwo tradycji, ciekawą historię, znakomitą kuchnię i mozaikę krajobrazów. To także baza wypadowa do Świętej Doliny Inków (Valle Sagrado de los Incas) – do stanowisk archeologicznych Qenko, Puka Pukara (Puca Pucara), Tambomachay, Písac (Pisaq) i Ollantaytambo oraz miasteczka Chinchero, w pobliżu którego już niedługo ma powstać oprotestowane przez ekologów gigantyczne lotnisko. Stąd wreszcie wyrusza się do słynnego Machu Picchu, mimo turystycznego oblężenia nadal największej peruwiańskiej atrakcji, a zarazem – z uwagi na generowane dochody – najbardziej wydajnej południowoamerykańskiej kopalni złota. Po zwiedzeniu tego wciąż wyjątkowego miejsca większość osób wraca już zazwyczaj do Limy. Ewentualnie najpierw samolotem na dzień czy dwa leci do warczącego tysiącami motoriksz (motocarros) Iquitos leżącego nad Amazonką, zapuszcza się choć na jedną noc do selwy i dopiero wtedy udaje się do stolicy. Wyprawa wzdłuż pętli południowej trwa zwykle 14–16 dni.

 

PĘTLA PÓŁNOCNA

Tak jak wspominałem, pętla północna kusi przede wszystkim tych, którzy byli już na południu. Znów ruszamy z Limy, tym razem na północ. Najpierw jedziemy do Huacho, skąd odbijamy do Caral – miejsca położonego pośród pustkowia, gdzie odkryto nie tylko wielkie prekolumbijskie osiedle, lecz także najstarsze w Ameryce Południowej piramidy. Po powrocie do Huacho udajemy się do Casmy, aby obejrzeć ruiny Sechín (Cerro Sechín), z płaskorzeźbami pełnymi odrąbanych głów, nóg, rąk i innych członków. Potem – przez Chimbote – wyruszamy do Trujillo, w którego sąsiedztwie są wielkie świątynie Słońca i Księżyca (Huaca del Sol i Huaca de la Luna) oraz stanowisko Huaca Rajada (Sipán). W rejonie tego ostatniego w latach 80. XX w. najpierw złodzieje, a następnie archeologowie odnaleźli grób Pana z Sipán (Señor de Sipán). Pochodzące z niego złote artefakty trafiły do Museo Arqueológico Nacional Brüning w pobliskim Lambayeque (dokąd rzecz jasna również należy zajrzeć). Potem, w pobliżu Chiclayo, skręca się do Túcume – jedynego w swoim rodzaju skupiska ok. 30 upiornych piramid z adobe (suszonej cegły), gdzie przez blisko sześć lat mieszkał i kopał słynny norweski etnograf i podróżnik Thor Heyerdahl (1914–2002). Poza tym trzeba też odwiedzić Tumbes – miejsce, w którym przy plaży jest ciepła woda i bez obawy można się kąpać. Tutaj podaje się także nadzwyczaj smaczne peruwiańskie dania z ryb i owoców morza. Następnie należy udać się do miast Chachapoyas i Cajamarca. W drugim z nich ze względu na wulkaniczne źródła powstały niegdyś inkaskie łaźnie, a ostatni władca Inków sprzed konkwisty, Atahualpa (ok. 1500–1533), w bardzo głupi sposób dał się pochwycić 16 listopada 1532 r. świeżo przybyłym w te strony Hiszpanom, co w dużej mierze przesądziło o przebiegu podboju tej części Ameryki Południowej. Stąd przez leżące w amazońskiej puszczy Tarapoto uczestnicy wyprawy lecą do Limy, a po drodze dziwią się, że Peru miało jeszcze tyle do zaoferowania, choć wydawało im się, że na południu widzieli już wszystko. Na przebycie pętli północnej również potrzeba mniej więcej dwóch tygodni.

 

TRASY NA POŁUDNIU

Na południu tradycyjnym, standardowym szlakiem dotrzeć można z Limy do Arequipy, Cusco (jeśli będziemy tu 24 czerwca, załapiemy się na doroczne, widowiskowe Święto Słońca – Inti Raymi) i oczywiście do magicznego, niezapomnianego Machu Picchu. Z kolei mniej przetarta ścieżka prowadzi do położonego w Świętej Dolinie Inków, koło miasteczka Calca, Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu) oraz na wznoszącą się w cieniu szczytu Ausangate (6384 m n.p.m.) Górę Siedmiu Kolorów, czyli Vinicuncę (Winikunkę), i do znajdującej się daleko, po drugiej stronie majestatycznych Andów, zapomnianej niemalże przez wszystkich Vilcabamby. Taka trasa wiedzie także do Machu Picchu – to dawna, przecinająca trzy przełęcze Droga Inków (Camino Inca), ta sama, którą w przeszłości poruszali się niezmiernie szybko specjalnie przeszkoleni inkascy gońcy – chasquis.

 

STOLICA

Lima potrafi zainteresować. Ciekawy jest nadmorski dystrykt Miraflores, do którego przylega konkurujący z nim San Isidro. Oba są czyste i nowoczesne i z powodzeniem mogłyby się znajdować w centrum np. Buenos Aires. Miraflores leży na pięknym, żwirowym klifie, który swoją trwałość zawdzięcza tylko temu, że w okolicy w zasadzie nigdy nie pada. Z jego szczytu przy dobrym wietrze dzień w dzień startują paralotniarze. Gdy wzlecą w powietrze, mogą podziwiać wspaniały widok: w dole na wielkich falach szaleją surferzy. Nie straszna im przeraźliwie zimna woda, bo na sobie mają kombinezony z pianki, a w sobie – determinację.

Główne zabytki architektoniczne peruwiańskiej stolicy znajdują się w historycznym centrum. Jest tu plac Broni (Plaza de Armas de Lima) z Katedrą (Catedral de Lima), gdzie pochowano zdobywcę terenów Peru – Francisca Pizarra (1478–1541), oraz Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal de Lima) z przepięknym, typowym dla Limy balkonem. Obok stoi Pałac Rządu (Palacio de Gobierno del Perú, oficjalna siedziba prezydenta). Codziennie w południe odbywa się przed nim uroczysta zmiana warty (mundury żołnierzy są identyczne z mundurami armii, która rozgromiła siły rojalistyczne i prohiszpańskie w słynnej bitwie pod Ayacucho w grudniu 1824 r.). Jego neobarokowa fasada zaprojektowana została przez polskiego architekta – Ryszarda Jaxa Małachowskiego (1887–1972), który pod koniec 1911 r. znalazł w tym kraju azyl i pole do popisu dla swoich talentów.

 

 

AREQUIPA

Gdyby nie Lima, Arequipa na pewno byłaby stolicą Peru. To drugie co do liczby ludności miasto tego kraju (Arequipa Metropolitana ma ponad 1 mln mieszkańców), jest znacznie atrakcyjniej położone i… panuje w nim dużo lepsza pogoda. Pod względem urody także prezentuje się wyjątkowo, bo zabudowania w jego centrum w ogromnej większości wzniesiono z białego wulkanicznego tufu ryolitowego, zwanego sillar. Stąd też jego druga nazwa – Ciudad Blanca, czyli Białe Miasto.

Arequipa leży na południu, już w sercu gór, na mniej więcej 2300 m n.p.m., u stóp dwóch wulkanów: Misti (5822 m n.p.m.) i Chachani (6057 m n.p.m.). Oddalenie od wybrzeża oraz wysokość determinują tutejszy klimat – przez cały rok panuje w niej wiosna. Po niemal wiecznie zamglonej Limie wizyta w tym mieście przynosi prawdziwą ulgę. W Arequipie mieszka również wiele starych peruwiańskich rodów, które swoje początki wywodzą z okresu konkwisty. Arequipianie, skonfliktowani z limianami od niepamiętnych czasów, zwykli mówić do tych drugich: Wy macie martwego Pizarra, a my żywą arystokrację.

Główna atrakcją jest tutaj śnieżnobiały plac Broni (Plaza de Armas de Arequipa) z przepięknymi arkadami i podcieniami, a także pobliski Klasztor św. Katarzyny ze Sieny (Monasterio de Santa Catalina de Siena), będący niepowtarzalnym osobnym miasteczkiem w mieście. Przyjezdnych przyciąga też muzeum uniwersyteckie (placówka Universidad Católica de Santa María – Museo Santuarios Andinos). Można w nim zobaczyć Mumię Juanita – zwłoki inkaskiej dziewczynki, złożonej w ofierze na jednym z pobliskich wulkanicznych szczytów w ramach rytuału nazywanego capacocha (capac cocha), który wykonywany był m.in. po to, aby sprowadzić deszcz w okresach suszy. Arequipa stanowi również bazę wypadową do słynnego kanionu Colca – jednego z najgłębszych na świecie, gdzie do dziś w stanie dzikim żyją kondory. Warto więc tu przyjechać, tym bardziej że miasto leży na szlaku wiodącym do Cusco.

 

CUSCO

O Cusco można by napisać nie tylko osobny obszerny artykuł, ale nawet książkę. To miasto niejednokrotnie porównywane bywa z Rzymem. I coś w tym jest. W Cusco na każdym kroku czuje się jego majestat. Kolonialny ośrodek wyrasta tutaj z inkaskiego korzenia. Można to dostrzec bez problemu. W historycznym centrum mury parteru większości budynków pochodzą jeszcze z czasów Inków i składają się z dużych (niekiedy ogromnych), idealnie do siebie dopasowanych kamieni. Reszta ścian – już w stylu kolonialnym – została niejako doklejona do tej wielkokamiennej, ciemnej podstawy. Z tego powodu zabudowania są czarno-białe. Warstwa ciemna jest prekolumbijska, biała – kolonialna.

Na zainteresowanie zasługuje oczywiście Plaza de Armas, centralny plac w dużej części pokrywający się z częścią ogromnego placu inkaskiego Cusco. Stoi tu Katedra (Catedral del Cusco), Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de la Compañía de Jesús), a nieco poniżej – jedno z najstarszych tutejszych założeń sakralnych – klasztor należący do mercedarianów (Templo de la Merced del Cusco). Świetnie zachowaną uliczką Loreto można ruszyć do innej słynnej budowli – Klasztoru św. Dominika (Convento de Santo Domingo), wznoszącego się na ruinach największej świątyni Inków – Coricanchy (świątyni ku czci boga słońca). W tej właśnie okolicy znajdować się miał ogród z roślinami wykonanymi ze złota i zwierzętami wyklepanymi ze złotej blachy, opisywany przez hiszpańskich kronikarzy. O tym, że istniał naprawdę, przekonują ślady na zachowanych murach świątynnych. W wielu miejscach widać, że zerwano z nich przykrywające je złote płyty.

 

MACHU PICCHU

Z Cusco koniecznie trzeba pojechać do Machu Picchu, które choć niemiłosiernie przepełnione turystami, nadal pozostaje kulminacyjnym punktem podróży do Peru. To miasto zbudowane za inkaskiego króla Pachacuteca (1418–1471 lub 1472), spektakularnie zawieszone ponad zakolem rzeki Urubamba, nie może nie urzec i wzbudzić tysiąca westchnień. Machu Picchu jest jedyne w swoim rodzaju co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, zaskakuje swoją kompletnością. To całe górskie osiedle, które na dobrą sprawę da się zasiedlić na nowo od zaraz. Po drugie, jest przepięknie wkomponowane w otoczenie. Wzniesiono je nie na przekór górom, lecz w pełnej zgodzie z nimi. Mury Machu Picchu wyrastają z górskiego zbocza tak, jak wyrastają z niego rośliny. Jego zabudowania dopełniają krajobraz, wzbogacają go. Nie są drzazgą w oku przyrody ani w jej gardle, lecz ozdobą na wspaniałej szacie.

 

Zachwycające Machu Picchu wpisano w 1983 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© PromPerú/Gihan Tubbeh

 

ŚCIEŻKAMI DO CELU

Podczas wizyty w Machu Picchu dobrze wejść także na Huayna Picchu (ok. 2700 m n.p.m.) – ów strzelisty szczyt, który wznosi się ponad ruinami. Podejście zajmuje ok. 40 minut i choć wymaga pewnego wysiłku, na pewno warto go podjąć, bo widok rozpościerający się z góry jest niezapomniany. Pod stopami rozciąga się całe miasto (i dopiero wtedy widać, że swoim kształtem przypomina… kondora!), a jeszcze niżej Urubamba – szumiąca rzeka, która z tej odległości wydaje się niema. Poza tym górną partię Huayna Picchu pokrywa kamienna zabudowa, co dla wielu osób bywa wielką niespodzianką, szczególnie gdy okazuje się, że owe konstrukcje są odbiciem Machu Picchu w miniaturze! To charakterystyczna cecha inkaskiej myśli architektonicznej, przesyconej zwykle pewnym dualizmem.

Po powrocie do Cusco również ścieżką dotrzeć można do Huchuy Qosqo (Huch’uy Qusqu) – MałegoCusco, które też jest jakby obrazem tego pierwszego. To miasto, gdzie znakomicie widać, w jak piękny i przemyślany sposób budowniczowie potrafili w jednej konstrukcji łączyć adobe z kamieniem. Założone zostało ok. 1420 r., w okresie walk Inków z Chankami – ludem przez długi czas utrudniającym ekspansję Inków poza dolinę Cusco. Po zwycięstwie z przeciwnikiem w 1438 r. właśnie w to miejsce zesłano część inkaskiej szlachty, która stchórzyła w trakcie konfliktu. Dziś przepiękne, ale niedoceniane Huchuy Qosqo stanowi cel konnych wycieczek. Jest tym bardziej ciekawe, że można podziwiać tutaj niezapomniany widok na rozciągające się w dole miasteczko Calca oraz górujące nad nim szczyty pasma Vilcabamba (Cordillera de Vilcabamba).

Skoro padła nazwa Vilcabamba, warto wspomnieć, że do tej ostatniej stolicy Inków, która została założona w czasie walk z Hiszpanami, w selwie, po drugiej stronie Andów, da się dziś także dotrzeć szlakiem umownie określanym przeze mnie jako ścieżka. Do Espíritu Pampa – wioski położonej w bezpośrednim sąsiedztwie ruin doprowadzono już bitą drogę, przejezdną nie tylko dla samochodów terenowych. Kto więc chciałby zobaczyć, skąd Inkowie nękali Hiszpanów przez ostatnich 35 lat istnienia swojego niezależnego imperium i co po ich ostatniej stolicy pozostało, powinien wsiąść w auto i tam pojechać. Na dojazd do Vilcabamby z Cusco i powrót do niego trzeba przeznaczyć około pięć dni.

 

Zrekonstruowany grobowiec Pana z Sipán (Señor de Sipán) w kompleksie Huaca Rajada (Sipán)

© PromPerú/Favio Ovalle

 

TRASY NA PÓŁNOCY

Na północy, drogą, a więc szlakiem standardowym, dostaniemy się do miast Huacho, Casma, Trujillo, Tumbes, Chiclayo i Cajamarca. Wszystkie inne punkty na mapie i poprzednio wymienione miejsca wymagają skorzystania ze ścieżek, choć w przypadku Tarapoto będzie to ścieżka… powietrzna. Do Caral, Túcume i Chachapoyas również zaprowadzi nas niestandardowa droga. Jednak to chyba dobrze: otarcie się o Peru z pogranicza podczas wyprawy po tym kraju nikomu nie zaszkodzi.

 

Barwny pochód organizowany w mieście Cajamarca uważanym za stolicę peruwiańskiego karnawału

© Pro mPerú/Marco Garro

 

CASMA

W Casmie należy zwiedzić przede wszystkim Sechín (Cerro Sechín). W kompleksie znajduje się przedziwna, ale coraz lepiej zrekonstruowana świątynia ofiarna sprzed wielu tysięcy lat – z czasów, gdy o Inkach w Peru jeszcze nikomu się nie śniło. Uwagę przykuwają tu przede wszystkim makabryczne płaskorzeźby. Przedstawiają jeńców prowadzonych na stracenie oraz ich odcięte głowy, ręce i nogi. Z tych rysunków można by ułożyć cały atlas anatomiczny! Przypuszczalnie dawni mieszkańcy Cerro Sechín jako pierwsi próbowali uporać się z nękającym ich zjawiskiem pogodowym El Niño. Czynili to za pomocą modłów i kierowania próśb do swoich bogów, a aby je wzmocnić, składali bóstwom liczne ofiary z ludzi.

 

TRUJILLO

Leżące nad rzeką Moche ponad 950-tysięczne Trujillo to przed wszystkim świątynie: wielka Huaca del Sol (Świątynia Słońca), będąca pod względem kubatury największą piramidą w Ameryce Południowej, oraz Huaca de la Luna (Świątynia Księżyca). Są one dziełami kultury Mochica, oczywiście preinkaskiej, która ofiarami z ludzi jako pierwsza starała się okiełznać pogodowy fenomen El Niño. Poza tym w położonym na północny zachód stąd Sipán znajduje się Huaca Rajada z grobami w piramidach, skąd pochodzi kolekcja złotych artefaktów oraz misternie przyozdobione szczątki jakiegoś wielkiego króla, wysłanego w zaświaty z blisko 10-osobową świtą.

Złote skarby z Sipán, porównywane nierzadko do kosztownej zawartości grobowca Tutanchamona, po tym jak objechały cały świat w formie ekspozycji czasowych, dziś można podziwiać we wspomnianym muzeum w Lambayeque. Tego miejsca na północy Peru nie wolno ominąć. Wizyta w nim to absolutny mus, jeden z najprzyjemniejszych możliwych przymusów.

Przedmieściem Trujillo jest Huanchaco, z szeroką plażą i caballitos de totora – niewielkimi łodziami z trzciny napędzanymi jednym wiosłem, na których można pozderzać się z oceanicznymi falami. Odwiedziny tutaj są o tyle godne polecenia, że woda przy brzegu ma wyższą temperaturę niż w okolicy Limy, bo znajdujemy się bliżej równika, a zimny Prąd Humboldta (Prąd Peruwiański) powoli zaczyna się w tym miejscu oddalać od wybrzeża. W pobliżu leży też Chan Chan – ulepione z gliny, gigantyczne miasto kultury Chimú, która – sądząc po tym, co wytworzyła – szczyciła się najlepszymi złotnikami w całej Ameryce przed Kolumbem.

 

CAJAMARCA

Z kolei Cajamarca już zawsze będzie się kojarzyć z pojmaniem Atahualpy przez Francisca Pizarra (i wszystkim, co z tego wynikło). Zresztą zachowało się tu trochę zabytków związanych z tym wydarzeniem. Jest zrekonstruowany Pokój Okupu (Cuarto del Rescate), przeznaczony na gromadzone przez Indian złoto, w zamian za które ich przywódca miał odzyskać wolność (Hiszpanie – oczywiście – go oszukali i nie dotrzymali obietnicy). Są inkaskie łaźnie, znacznie dziś rozbudowane i unowocześnione, gdzie Atahualpa, w momencie gdy wróg zbliżył się do miasta, zażywał kąpieli po trudach wojny domowej ze swoim przyrodnim bratem Huascarem. Poza tym w Cajamarce znajduje się także ciekawa Katedra (Catedral de Cajamarca), o przysadzistej bryle i bez żadnej wieży (co wiązać należy nie z lenistwem budowniczych, lecz z ich zmysłem praktycznym: wieża na terenach znacznej aktywności sejsmicznej to rzecz wielce ryzykowna). Okolicę można podziwiać z punktu widokowego na Wzgórzu św. Apolonii (Cerro de Santa Apolonia – 2764 m n.p.m.), do którego dochodzi się długim ciągiem stromych schodów. Na samej górze stoi oczywiście krzyż, jako że Peru jest w końcu na wskroś katolickim krajem.

Poza Cajamarcą znajdziemy piękne i położone najwyżej w Andach kamienne akwedukty oraz Ventanillas de Otuzco, czyli Okienka z Otuzco – pochodzące jeszcze z czasów preinkaskich grobowe nisze w skale, która z dalszej odległości wygląda jak podziurawiony holenderski ser. Takie obiekty wciąż przypominają, że zanim pojawili się tutaj Inkowie, na tych terenach przez kilka tysięcy lat rozwijały się najróżniejsze kultury.

 

Ruiny górskiej fortecy Kuélap stanowią pamiątkę po preinkaskiej kulturze Chachapoyas

© PromPerú/Daniel Silva

 

ŚCIEŻKAMI DO CELU

Na północy ścieżką na pewno będziemy zmuszeni udać się do stanowiska archeologicznego Caral. Warto je odwiedzić, bo to najstarsze w Peru (i na obszarze obu Ameryk!) miasto – powstało 3 tys. lat p.n.e. Archeolodzy mieli szczęście, że do budowy tutejszych piramid i świątyń w pewnych miejscach używano roślinnej plecionki, która wzmacniała fragmenty murów. Dzięki temu można było owe mury i składające się na nie kamienie datować.

Caral było miastem w pełni rozwiniętym, nie raczkującym czy ledwie się dźwigającym na rachitycznych nogach. W tak rozwiniętej formie nie mogło więc pojawić się z niczego. To pokazuje, że cywilizacja musiała się tu rozwijać dużo wcześniej, a prawdziwe początki peruwiańskiej kultury sięgają co najmniej 4 tys. lat p.n.e.

Innym niezapomnianym miejscem, do którego prowadzą północne ścieżki, jest Túcume, rybacka wioska nieopodal Chiclayo. W tej okolicy znajduje się skupisko ok. 30 piramid kultury Sicán (Lambayeque), wywodzącej się z wcześniejszych kultur Mochica i Vicús. Zbudowano je nie z kamienia, lecz z adobe, dlatego czas przepięknie je postrzępił i wyżłobił. Dzięki temu budowle jeszcze zyskały na niesamowitości i urodzie. Jeśli ktoś zapytałby mnie, jakie jest najbardziej upiorne miejsce w Peru, to odpowiedziałbym, że właśnie Túcume. Jeżeli chciałby wiedzieć, które peruwiańskie zabytki są według mnie niesłusznie zapomniane i niedoceniane, podałbym identyczną odpowiedź.

Trochę podobnie rzecz ma się z prowincją Chachapoyas, dawniej centrum kultury o tej samej nazwie. Położona daleko na północy, jest trudno dostępna choćby dlatego, że z Limy jedzie się do niej około doby. A jeśli ktoś planuje całodniową podróż ze stolicy, na pewno wybierze Cusco lub jezioro Titicaca.

Tymczasem ziemie należące do starożytnej kultury Chachapoyas mają czym przyciągać podróżników. Na zainteresowanie zasługują leżące w prowincji Luya wysokie na niemal 20 m mury fortecy Kuélap (Cuélap), którym zawdzięcza ona miano peruwiańskiego Babilonu, czy Sarcófagos de Karajía (Carajía) – lepione z gliny (i wzmacniane drewnianym szkieletem) sarkofagi w formie ludzkich postaci nadnaturalnej wielkości (przypominające słynne posągi moai z Wyspy Wielkanocnej). Są tutaj również podwieszane pod gigantycznymi, skalnymi klifami całe cmentarne miasteczka, jak np. Pueblo de los Muertos (Tingorbamba – 2329 m n.p.m.). Niezwykłe jezioro w prowincji Chachapoyas – Laguna de los Cóndores (Laguna de las Momias) – zadziwia trudno dostępnymi, śnieżnobiałymi, wiszącymi grobowcami, które w przeszłości wielu brało za wykonane ze złota, co przyczyniło się do utrwalenia mitu o El Dorado.

Zdecydowanie ścieżką dociera się też do 150-tysięcznego Tarapoto, położonego wśród wzgórz w puszczy amazońskiej. Niedaleko niego znajduje się przepiękny wodospad Ahuashiyacu. W mieście działa Centro Takiwasi – jedyna w swoim rodzaju klinika dla osób uzależnionych, gdzie francuski personel medyczny, wspomagany przez Peruwiańczyków, wyprowadza pacjentów z nałogów za pomocą amazońskich farmaceutyków: tutejszych plantas medicinales („roślin leczniczych”), zbieranych w pobliskim lesie tropikalnym. Jeśli ktoś chce wziąć udział w piciu ayahuaski – Francuzi także oferują ją w najczystszej postaci. Powodów do przyjazdu do Tarapoto znajdzie się więc sporo, a ponoć, jeżeli ktoś raz zawita do tego miasta, będzie do niego przyjeżdżał ponownie.

Podobnie jest z całym Peru. Jeśli chociaż raz je odwiedzimy, będzie nas tak długo kusiło, aż wrócimy w jego progi. Bo zawsze odkryjemy w nim coś, czego jeszcze nie widzieliśmy, a co zobaczyć trzeba. To kraj, w którym obok wygodnych dróg wiją się niezliczone ścieżki, a koło nich pojawiają się kolejne drogi. Nie ma zatem na co czekać: w drogę!

 

Wydanie jesień-zima 2018