24182453665 8d5ff41d97 o Tortuguero

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl 

 

Gdzie w ciągu jednego dnia można zobaczyć wschód i zachód słońca nad dwoma różnymi oceanami – pierwszy nad należącym do basenu Atlantyku Morzem Karaibskim, a drugi nad Pacyfikiem? Szansę na to mamy w uroczej Kostaryce. Najmniejsza odległość, jaka dzieli oba malownicze wybrzeża w tym kraju, to ponad 100 km. Z karaibskich plaż nad pacyficzny brzeg dostaniemy się bez problemu samochodem albo autobusem. Szybciej pokonamy ten dystans, jeśli skorzystamy z usług lokalnych przewoźników – SANSA czy Nature Air – oferujących przeloty samolotami na kilka lub kilkanaście osób.

 

Niewiele jest też zapewne miejsc na świecie, gdzie wczesnym rankiem, obudzeni przez okrzyki małp baraszkujących na jednym z wielkich drzew pobliskiego tropikalnego lasu, na tarasie naszego bungalowu zobaczymy maleńkiego kolibra spijającego nektar z pięknych kwiatów rosnących na wyciągnięcie ręki. Na spacerującego jakby nigdy nic po niebieskim murku hotelowego basenu szopa pracza także nie natrafimy wszędzie. Zdarza się, że dziki orlik przysiada na tarasowej balustradzie, gdy akurat spożywamy posiłek, i ciekawie przygląda się zawartościom talerzy, aby niespodziewanie porwać najpyszniejszy mięsny kąsek. Urocze jak maskotki małpki potrafią przez dłuższą chwilę towarzyszyć osobom, które zmierzają w stronę miasta. Z wdziękiem balansują na płocie wykonanym z cienkiego drutu.

 

W tym kraju możemy również być świadkami niezwykłych narodzin. Dla mnie było to jedno z najpiękniejszych doświadczeń, jakie przeżyłem. Dopiero wyklute żółwie, rozmiarów pudełka od zapałek, wygrzebują się z piaszczystej nory, gdzie ogromna żółwica złożyła jaja. Gnane instynktem przetrwania pędzą przez plażę w stronę morza. Wywracają się na nierównościach, pokonują przeszkody w postaci połamanych patyków. Starają się umknąć czyhającym na nie drapieżnym ptakom i innym zwierzętom. Te młode żółwie, którym uda się zdążyć, bez zastanowienia dają porwać się falom morskim i znikają szczęśliwie z naszych oczu. Obserwowanie tego cudu natury to niezmiernie wzruszające przeżycie. Właśnie po takie wspomnienia warto wybrać się do tego odległego zakątka w Ameryce Środkowej i nie zważać na czasami chimeryczną pogodę karaibskiego wybrzeża. Jej kaprysy wynagrodzą nam wspaniałe plaże Pacyfiku czy malownicze wulkaniczne krajobrazy centrum kraju. Zapraszam do urokliwej Kostaryki. 

 

KAWA NA DOBRY POCZĄTEK

 

Wylądowaliśmy w kostarykańskiej stolicy San José, która według mnie nie powala urodą. Uważam, że w zupełności wystarczy spędzić tutaj jedną noc, chociaż nasz komfortowy, zbudowany w kolonialnym stylu Costa Rica Marriott Hotel San Jose oferował wiele atrakcji, łącznie z kameralnym polem golfowym i fantastycznymi widokami na okoliczne góry. Warto wybrać się na niemal sąsiadujący z miastem wulkan Poás (2708 m n.p.m.). Podczas samochodowej wyprawy krętymi drogami prowadzącymi pod jego szczyt można oglądać niezapomniane krajobrazy. Po uiszczeniu opłaty za wstęp do Parku Narodowego Wulkanu Poás (Parque Nacional Volcán Poás) wyruszyliśmy na kilkunastominutowy spacer z parkingu do punktu widokowego usytuowanego na samej krawędzi krateru. Poás widziany z tego miejsca prezentuje się niezmiernie okazale, jeśli tylko mgła czy chmury nam go nie zasłonią. 

 

W drodze powrotnej warto zajrzeć na ogromną plantację Doka Estate, gdzie w tradycyjny sposób zbiera się, selekcjonuje i suszy podobno najlepszą w Kostaryce kawę. Jej pracownicy z przyjemnością oprowadzają nas po tutejszych obiektach. Znajdziemy tu stary młyn, przedziwne dla laika urządzenia segregujące ziarna, magazyny pełne worków z aromatyczną zawartością i wiele innych. Na miejscu można – oczywiście – spróbować kilku rodzajów kawy i zakupić ten gatunek, który najbardziej przypadnie nam do gustu. Na terenie znakomicie zagospodarowanej plantacji warto też zjeść lunch bądź kolację wśród tropikalnych roślin i kwiatów. 

 

Kolejnego dnia odbywamy kilkugodzinną wycieczkę przez malownicze, pokryte bujną roślinnością góry. Jedziemy do miejsca niezwykłego – do Tortuguero u wybrzeży Morza Karaibskiego. Mijamy niezmiernie barwne ciężarówki o wysuniętych do przodu maskach kryjących potężne silniki. Niemal każda z nich stanowi unikatowe swoiste dzieło sztuki. Mają ozdobione nie tylko kolorowe karoserie, ale i wnętrza. Każde jest inne i odzwierciedla pasje i fantazję kierowcy. Dostrzegamy rozmaite inspiracje: od religijnych przez futbolowe po erotyczne. Gdy robię zdjęcia osobliwym kabinom, szoferzy natychmiast pozdrawiają mnie dźwiękami równie fantazyjnych syren i klaksonów. Ostatni odcinek trasy prowadzi pełną dziur i wertepów drogą szutrową wiodącą przez wioski, pola i plantacje bananów, ananasów czy innych egzotycznych owoców. Na łąkach pasie się bydło z gatunku rozpowszechnionego w Indiach (zebu). Tylko ono jest w stanie przetrwać tropikalny klimat tej części Kostaryki. 

 

WŚRÓD RZEK I BUJNYCH LASÓW

 

43

Rejs łodzią w Parku Narodowym Tortuguero dostarcza wielu wrażeń

© FOT. JERZY PAWLETA/WWW.JERZYPAWLETA.PL

 

Tortuguero wita nas przystanią La Pavona z kilkunastoma napędzanymi silnikami długimi łodziami z miejscami siedzącymi i przestrzenią na bagaże. Poza tym mieszczą się tu obszerna restauracja, sklep z pamiątkami i sklepik z najróżniejszymi artykułami. Wokół kręcą się spore grupki turystów czekających na wejście na pokład. Wchodzimy na naszą łódź i już po chwili pędzimy zakolami dość wąskiej rzeki. Fontanny wody tryskają na boki, zwalniamy tylko przed przeszkodami czy na wyjątkowo ostrych zakrętach. W trakcie ponadgodzinnego rejsu krajobraz zmienia się z wiejskiego na tropikalny. Roślinność gęstnieje, drzewa stają się coraz bardziej potężne, różnorodność i wielkość palm zadziwia. Pojawia się coraz więcej barwnych i drapieżnych ptaków. Niewielki kajman szczerzy zęby, leżąc na zmurszałym pniu. Gdy ponad wodę wynurza się ogromny łeb krokodyla, czujemy, że Park Narodowy Tortuguero (Parque Nacional Tortuguero) ukazuje nam w ten sposób swój prawdziwy charakter i majestat. Jesteśmy niemal w jego sercu. Nagle nasza mała rzeka wpada do znacznie większej, która za kilkaset metrów kończy bieg w Morzu Karaibskim. Tutaj, na jednym z jej brzegów, znajduje się rybacka wioska i płatne wejście do lądowej części parku. Po drugiej stronie leży kilka niewielkich resortów turystycznych, w tym nasz, czyli Pachira Lodge. Wita nas przystojny śniady menedżer ze starannie przystrzyżoną bródką. Dostajemy też pyszne powitalne drinki podane w łupinie orzecha kokosowego. Robi się sympatycznie, tym bardziej, że wbrew ostrzeżeniom pogoda sprzyja. Jest słonecznie i ciepło. Po umieszczeniu bagaży w pokojach w bambusowo-drewnianych pawilonach stojących wśród gęstej roślinności natychmiast wskakujemy do basenu z krystalicznie czystą błękitną wodą. Pobliski bar zaprasza do degustowania kolejnych drinków. 

 

Po orzeźwiającej kąpieli nadchodzi czas na kolację, gdyż zaczyna zapadać zmrok, który błyskawicznie przechodzi w czerń nocy. Gdy wracam do siebie ścieżką wijącą się pośród roślinności i pawilonów, aby przebrać się na posiłek, ze zdwojoną siłą docierają do mnie dźwięki dochodzące z tropikalnego lasu. Słychać dziesiątki różnych ptaków. Gdzieś obok pokrzykują małpy kładące się do snu w konarach drzew. Inne niezidentyfikowane odgłosy sprawiają, że wyobraźnia podsuwa mi niesamowite obrazy. Jest naprawdę magicznie. Mój pokój zamiast szyb ma jedynie siatki zabezpieczające przed mniejszymi i większymi intruzami. Dźwięki nocy wpadają przez nie bez żadnych przeszkód. Muszę się jednak śpieszyć na kolację, więc wracam do miejsca, gdzie znajduje się recepcja (tylko tu można skorzystać z połączenia internetowego, programów telewizyjnych nie obejrzymy nigdzie) i obszerny pawilon restauracji, równie ekologiczny jak cała reszta obiektu. Jakość i forma serwowanych lokalnych dań zaskakują finezją i elegancją, których trudno było się spodziewać w tak oddalonym od cywilizacji zakątku. Posiłek uzupełniają dobre wino, owoce w ogromnych ilościach i desery. Po kolacji udajemy się spać. Jutro czeka nas długi dzień. 

 

UROK KARAIBSKIEGO WYBRZEŻA

 

Namówiłem menedżera na wypłynięcie łodzią na oglądanie wschodu słońca na Morzu Karaibskim. Wyruszamy małą grupą jeszcze ciemną nocą, lądujemy na przeciwległym brzegu rzeki. W świetle latarek przedzieramy się przez chaszcze, aby nagle stanąć na piaszczystej plaży. Brzask ukazuje budzący się do życia świat. Schowane jeszcze za horyzontem słońce rozświetla nieliczne chmury wszystkimi kolorami tęczy. Choć nie jest to może zbyt rozsądne, wskakuję do wody, żeby przywitać świt pośród łagodnych fal. Czuję się naprawdę bosko!

 

Zgodnie z wcześniejszym planem dzień zaczynamy oficjalnie od śniadania, na które przybywamy naszą łodzią. W zacisznym zakątku wielkiej rzeki czeka na nas pływająca platforma z elegancko nakrytymi stolikami. Jeden z jej boków zajmuje kuchnia na świeżym powietrzu. Bufet przypomina te z najlepszych hoteli. Oferuje wszelkie tropikalne owoce, miejscowe kiełbaski na gorąco, desery i owocowe koktajle w różnych wersjach. Kucharz smaży omlety z wybranymi przez nas składnikami. Przebojem śniadania staje się jednak ręcznie wyrabiana tortilla. Smakuje wręcz rewelacyjnie! Pływamy po rzece i delektujemy się jedzeniem i widokami. 

 

Po tak fantastycznym początku dnia jest już tylko lepiej. Małymi sportowymi kajakami zapuszczamy się w meandry rzeczki wijącej się przez las tropikalny, w który zagłębiamy się później na piechotę, jednocześnie słuchamy opowieści przewodnika o otaczających nas roślinach i zwierzętach. Potem wpływamy dużą łodzią w głąb leśnej gęstwiny, żeby od strony wody podziwiać tutejszą przyrodę – piękne ptaki, majestatyczne krokodyle czy żółwie wylegujące się na wystających z rzecznej toni konarach. Dzień kończy wizyta w lokalnej wiosce, leżącej pomiędzy rzeką a Morzem Karaibskim, kąpiel w morzu i zupełnie niespodziewanie spotkanie z dopiero co wyklutymi małymi żółwikami, o których już wcześniej wspominałem. W drodze powrotnej wstępujemy do knajpki, gdzie króluje muzyka reggae. Zamawiamy lokalne piwo, które wypijamy w towarzystwie uśmiechniętych miejscowych z fantazyjnymi dredami. Witajcie radosne Karaiby! 

 

GORĄCE ŹRÓDŁA POD WULKANEM

 

V

Sztuczne jezioro Arenal u stóp aktywnego stratowulkanu o tej samej nazwie

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Wracamy w głąb lądu. Kolejny przystanek stanowi wulkan Arenal (1670 m n.p.m.) i jego okolice. Po drodze zatrzymujemy się przy ogromnej białej katedrze, w której akurat rozpoczyna się msza – w końcu jest dziś niedziela. Oprawa i zaangażowanie wiernych robią duże wrażenie. Mnie szczególnie przypada do gustu niewielka orkiestra, która wykonuje przy ołtarzu religijne pieśni w nieco jazzowym stylu. Częstuję się też pajdą świeżego chleba posmarowanego czymś pomiędzy masłem a śmietaną, wydawanego na zewnątrz kościoła, i odwzajemniam uśmiech dziewczyny serwującej ten symboliczny poczęstunek.

 

Kilkadziesiąt kilometrów dalej naszą uwagę przykuwa napis Legwany na moście umieszczony na budynku restauracji i sklepiku w jednym, usytuowanym przy potężnej żelaznej przeprawie zawieszonej nad wąską, głęboką doliną. Jak się okazuje, na wielkich drzewach rosnących na zboczach wylegują się dziesiątki tych gadów. Są i takie, które upatrzyły sobie na nadzwyczaj długą sjestę pokaźną rurę biegnącą równolegle do mostu w odległości zaledwie paru metrów od niego. Nie przeszkadza im zupełnie ani huk przejeżdżających tędy ciężarówek, ani nasze ciekawskie spojrzenia.

 

Inną intrygującą przeprawą na trasie jest potężna konstrukcja przerzucona przez rzekę, nad brzegiem której wyleguje się mnóstwo ogromnych krokodyli. Nazywana bywa mostem straceńców, gdyż ze względu na swoją wysokość stwarza możliwość skutecznego popełnienia samobójstwa. Jeśli jakimś cudem desperatowi udałoby się przeżyć, na dole jego los przypieczętowałyby niebezpiecznie zwinne gady. Podobno swoje ofiary podrzucały im tutejsze gangi, żeby nie pozostał żaden ślad po zbrodni. Te makabryczne historie zupełnie nie pasują do pięknej górzystej scenerii, w jakiej ponoć się rozgrywały. 

 

Zupełnie bezpiecznie docieramy pod Arenal. O tym, że w jego rejonie znajduje się wiele atrakcji turystycznych, świadczy olbrzymia ilość tablic i banerów reklamujących trekkingi, wycieczki konne czy rajdy quadami po zboczach wulkanu i najbliższej okolicy oraz loty nad majestatycznym stożkiem. Dostrzegamy oferty parków linowych, resortów, hoteli i restauracji. My zatrzymujemy się w upatrzonym wcześniej komfortowym 4-gwiazdkowym kompleksie Arenal Springs Resort & Spa. Mój obszerny, wygodny bungalow z widokiem na ogromny symetryczny stożek zwieńczony koroną chmur nastraja mnie niezmiernie optymistycznie. Z takim nastawieniem ruszam na poznanie tutejszych atrakcji. Jedziemy do podnóża wulkanu, aby w kaskach i specjalnych uprzężach wsiąść do metalowej klatki, która wywiezie nas wysoko w górę. Czeka nas zjazd na linie zawieszonej nad zboczami. Korzystałem już z podobnych rozrywek, ale jeszcze nigdy nie miałem okazji poruszać się z tak dużą prędkością na tak długiej trasie i tak znacznej wysokości. Nie dane mi było również podziwiać takich wspaniałych widoków. Kilka odcinków tej tyrolki robi naprawdę spore wrażenie. Z tym większą przyjemnością po szaleńczym zjeździe oddajemy się kąpieli w źródłach termalnych. W znakomicie zagospodarowanym kompleksie z dziesiątkami naturalnych (mniej lub bardziej) basenów, wodospadów i rwących potoków znajduje się też spa, klasyczny bar pośrodku dużego zbiornika i restauracja, w której delektujemy się lokalnymi potrawami i zimnym piwem. I pomyśleć, że miejsce to, czyli Tabacón Thermal Resort & Spa, stworzył emigrant polskiego pochodzenia (Jaime Mikowski).

 

SPOTKANIE NAD PACYFIKIEM

 

23585323864 181cbf6c4e o MA

Dziewicze plaże Parku Narodowego Manuel Antonio otacza tropikalny las

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Następnie udajemy się w stronę Pacyfiku, do regionu sąsiadującego z Parkiem Narodowym Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio). Jadąc wzdłuż wybrzeża, mijamy wiele przepięknych plaż, ale jednej z nich nie możemy tak po prostu zostawić za sobą. Upodobali ją sobie surferzy, łatwo poznać to po charakterystycznych graffiti, sklepach czy wypożyczalniach desek surfingowych i szyldach knajpek. Zatrzymujemy się przy jednej z tych ostatnich. Stoi przed nią pomalowany na bajeczne kolory stary skuter. W środku wita nas szerokim uśmiechem młody człowiek z fryzurą afro. Zamawiamy owoce morza przyrządzone na różne sposoby i idziemy zanurzyć się w oceanie. 

 

Fale są na tyle słabe, że surferzy zostali przy barze. My wykorzystujemy tę ich nieobecność, żeby popływać w Pacyfiku. Spodziewałem się zimnej wody, ale ocean okazuje się równie ciepły jak Morze Karaibskie. Aż nie chce się wychodzić. Jednak czekają przecież na nas pyszne krewetki. Gdy zajadam moją porcję, do knajpki wchodzi trzech dużych, umięśnionych i mocno wytatuowanych mężczyzn. Szczególnie tatuaż jednego z nich wywiera na mnie duże wrażenie – wygląda, jakby miał zaszyte usta. Machinalnie sięgam po aparat i robię mu zdjęcie. No photo! – zwraca się ostro w moją stronę rzeczony osobnik. Szybko chowam nos w krewetki. Po chwili zastanowienia podchodzę jednak do ich stolika. Przepraszam za swoje zachowanie. Mężczyzna z tatuażem na ustach patrzy na mnie, nagle uśmiecha się i mówi: Nie ma problemu. Jeśli chcesz sobie zrobić ze mną zdjęcie, to nie ma sprawy – dodaje. Takiej reakcji się nie spodziewałem. Przysiadam się i pytam, kim jest. Okazuje się, że to znany amerykański raper o dosyć bogatej przeszłości. Na kartce papieru zapisuje swój pseudonim, który brzmi Stitches. Jego kolega robi nam zdjęcie. Nie wychodzi zbyt ostro, ale nie przejmuję się tym, i tak zostanie na zawsze w moich zbiorach.

 

Gdy w końcu docieramy do celu naszej podróży – luksusowego kompleksu Parador Resort & Spa zawieszonego nad urwistym brzegiem oceanu (na cyplu Punta Quepos) – wita nas malowniczy zachód słońca. Oznacza to jedno – nadszedł czas na kolację. Nie zamierzam jednak odpuścić sobie przyjemności popływania w basenie. Zanim udaje mi się spełnić mój zamiar, na jego murek wchodzi szop pracz. Nic sobie nie robi z mojej obecności, spokojnie okrąża basen i w okolicy restauracji szoruje nosem po płytkach. Niestety, nie znajduje niczego do zjedzenia i bez pośpiechu znika w najbliższych gęstych zaroślach. Czy była to nocna zjawa? Nie, spotkałem prawdziwe dzikie zwierzę, może tylko trochę przywykłe do ludzi. Taka właśnie jest urocza Kostaryka. Choć wiemy, że dziewicza przyroda stanowi największy atut tego kraju, to właśnie ona potrafi nas najmocniej zaskoczyć.

Artykuły wybrane losowo

RPA – inny portret Afryki

ANNA KRYPA
www.comeann.com

 

<< Gdybym miała jednym słowem opisać Republikę Południowej Afryki, którą pokochałam od pierwszego dnia pobytu w jej granicach, użyłabym wyrazu „różnorodność”. Bogata kultura i wciąż zmieniający się krajobraz zachwycają już podczas spaceru ulicami Kapsztadu, kiedy owiani oceaniczną bryzą podziwiamy majestatyczną Górę Stołową, a na swojej drodze spotykamy przedstawicieli różnych grup etnicznych. W RPA są trzy stolice (administracyjna Pretoria, Kapsztad, w którym obraduje parlament, oraz Bloemfontein z siedzibą władz sądowniczych) i obowiązuje aż 11 oficjalnych języków. „Choć tak różni, jesteśmy jednością. Jesteśmy ludem tęczy” – powiedział niegdyś o swoich rodakach laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela. >>

Więcej…

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM

 

Indonezja – archipelag marzeń

Bali-_Tanah_Loot.jpg

Popularna balijska świątynia Tanah Lot

©TOURISMUS-INDONESIEN.DE

KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA

www.karolinasypniewska.pl

 

Indonezyjskie motto narodowe „Bhinneka Tunggal Ika”, czyli „Jedność w różnorodności”, idealnie określa to państwo położone na największym na ziemi Archipelagu Malajskim, złożonym z ponad 25 tys. wysp. Trudno znaleźć na naszym globie drugie takie miejsce, które może poszczycić się równie długą historią, bogactwem natury oraz wielokulturowością. Nowoczesne kurorty na znanej chyba każdemu na świecie wyspie Bali sąsiadują z historycznymi jawajskimi świątyniami. Z kolei wschodni kraniec kraju – Papua – to kraina rytuałów i wodzów wiosek, odcięta od rzeczywistości, jakby zatrzymana w czasoprzestrzeni. Jawa tętni życiem olbrzymiej stolicy Dżakarty, a sylwetki jej licznych wulkanów majaczą złowieszczo na horyzoncie. Poszukiwacze mocnych wrażeń będą mieli szansę zajrzeć w oczy słynnemu waranowi z Komodo. Zapaleni nurkowie zachwycą się wielobarwnym podwodnym królestwem okolic Bali. Czwarty najbardziej zaludniony kraj na ziemi to prawdziwy raj dla podróżników. 

Więcej…