24182453665 8d5ff41d97 o Tortuguero

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl 

 

Gdzie w ciągu jednego dnia można zobaczyć wschód i zachód słońca nad dwoma różnymi oceanami – pierwszy nad należącym do basenu Atlantyku Morzem Karaibskim, a drugi nad Pacyfikiem? Szansę na to mamy w uroczej Kostaryce. Najmniejsza odległość, jaka dzieli oba malownicze wybrzeża w tym kraju, to ponad 100 km. Z karaibskich plaż nad pacyficzny brzeg dostaniemy się bez problemu samochodem albo autobusem. Szybciej pokonamy ten dystans, jeśli skorzystamy z usług lokalnych przewoźników – SANSA czy Nature Air – oferujących przeloty samolotami na kilka lub kilkanaście osób.

 

Niewiele jest też zapewne miejsc na świecie, gdzie wczesnym rankiem, obudzeni przez okrzyki małp baraszkujących na jednym z wielkich drzew pobliskiego tropikalnego lasu, na tarasie naszego bungalowu zobaczymy maleńkiego kolibra spijającego nektar z pięknych kwiatów rosnących na wyciągnięcie ręki. Na spacerującego jakby nigdy nic po niebieskim murku hotelowego basenu szopa pracza także nie natrafimy wszędzie. Zdarza się, że dziki orlik przysiada na tarasowej balustradzie, gdy akurat spożywamy posiłek, i ciekawie przygląda się zawartościom talerzy, aby niespodziewanie porwać najpyszniejszy mięsny kąsek. Urocze jak maskotki małpki potrafią przez dłuższą chwilę towarzyszyć osobom, które zmierzają w stronę miasta. Z wdziękiem balansują na płocie wykonanym z cienkiego drutu.

 

W tym kraju możemy również być świadkami niezwykłych narodzin. Dla mnie było to jedno z najpiękniejszych doświadczeń, jakie przeżyłem. Dopiero wyklute żółwie, rozmiarów pudełka od zapałek, wygrzebują się z piaszczystej nory, gdzie ogromna żółwica złożyła jaja. Gnane instynktem przetrwania pędzą przez plażę w stronę morza. Wywracają się na nierównościach, pokonują przeszkody w postaci połamanych patyków. Starają się umknąć czyhającym na nie drapieżnym ptakom i innym zwierzętom. Te młode żółwie, którym uda się zdążyć, bez zastanowienia dają porwać się falom morskim i znikają szczęśliwie z naszych oczu. Obserwowanie tego cudu natury to niezmiernie wzruszające przeżycie. Właśnie po takie wspomnienia warto wybrać się do tego odległego zakątka w Ameryce Środkowej i nie zważać na czasami chimeryczną pogodę karaibskiego wybrzeża. Jej kaprysy wynagrodzą nam wspaniałe plaże Pacyfiku czy malownicze wulkaniczne krajobrazy centrum kraju. Zapraszam do urokliwej Kostaryki. 

 

KAWA NA DOBRY POCZĄTEK

 

Wylądowaliśmy w kostarykańskiej stolicy San José, która według mnie nie powala urodą. Uważam, że w zupełności wystarczy spędzić tutaj jedną noc, chociaż nasz komfortowy, zbudowany w kolonialnym stylu Costa Rica Marriott Hotel San Jose oferował wiele atrakcji, łącznie z kameralnym polem golfowym i fantastycznymi widokami na okoliczne góry. Warto wybrać się na niemal sąsiadujący z miastem wulkan Poás (2708 m n.p.m.). Podczas samochodowej wyprawy krętymi drogami prowadzącymi pod jego szczyt można oglądać niezapomniane krajobrazy. Po uiszczeniu opłaty za wstęp do Parku Narodowego Wulkanu Poás (Parque Nacional Volcán Poás) wyruszyliśmy na kilkunastominutowy spacer z parkingu do punktu widokowego usytuowanego na samej krawędzi krateru. Poás widziany z tego miejsca prezentuje się niezmiernie okazale, jeśli tylko mgła czy chmury nam go nie zasłonią. 

 

W drodze powrotnej warto zajrzeć na ogromną plantację Doka Estate, gdzie w tradycyjny sposób zbiera się, selekcjonuje i suszy podobno najlepszą w Kostaryce kawę. Jej pracownicy z przyjemnością oprowadzają nas po tutejszych obiektach. Znajdziemy tu stary młyn, przedziwne dla laika urządzenia segregujące ziarna, magazyny pełne worków z aromatyczną zawartością i wiele innych. Na miejscu można – oczywiście – spróbować kilku rodzajów kawy i zakupić ten gatunek, który najbardziej przypadnie nam do gustu. Na terenie znakomicie zagospodarowanej plantacji warto też zjeść lunch bądź kolację wśród tropikalnych roślin i kwiatów. 

 

Kolejnego dnia odbywamy kilkugodzinną wycieczkę przez malownicze, pokryte bujną roślinnością góry. Jedziemy do miejsca niezwykłego – do Tortuguero u wybrzeży Morza Karaibskiego. Mijamy niezmiernie barwne ciężarówki o wysuniętych do przodu maskach kryjących potężne silniki. Niemal każda z nich stanowi unikatowe swoiste dzieło sztuki. Mają ozdobione nie tylko kolorowe karoserie, ale i wnętrza. Każde jest inne i odzwierciedla pasje i fantazję kierowcy. Dostrzegamy rozmaite inspiracje: od religijnych przez futbolowe po erotyczne. Gdy robię zdjęcia osobliwym kabinom, szoferzy natychmiast pozdrawiają mnie dźwiękami równie fantazyjnych syren i klaksonów. Ostatni odcinek trasy prowadzi pełną dziur i wertepów drogą szutrową wiodącą przez wioski, pola i plantacje bananów, ananasów czy innych egzotycznych owoców. Na łąkach pasie się bydło z gatunku rozpowszechnionego w Indiach (zebu). Tylko ono jest w stanie przetrwać tropikalny klimat tej części Kostaryki. 

 

WŚRÓD RZEK I BUJNYCH LASÓW

 

43

Rejs łodzią w Parku Narodowym Tortuguero dostarcza wielu wrażeń

© FOT. JERZY PAWLETA/WWW.JERZYPAWLETA.PL

 

Tortuguero wita nas przystanią La Pavona z kilkunastoma napędzanymi silnikami długimi łodziami z miejscami siedzącymi i przestrzenią na bagaże. Poza tym mieszczą się tu obszerna restauracja, sklep z pamiątkami i sklepik z najróżniejszymi artykułami. Wokół kręcą się spore grupki turystów czekających na wejście na pokład. Wchodzimy na naszą łódź i już po chwili pędzimy zakolami dość wąskiej rzeki. Fontanny wody tryskają na boki, zwalniamy tylko przed przeszkodami czy na wyjątkowo ostrych zakrętach. W trakcie ponadgodzinnego rejsu krajobraz zmienia się z wiejskiego na tropikalny. Roślinność gęstnieje, drzewa stają się coraz bardziej potężne, różnorodność i wielkość palm zadziwia. Pojawia się coraz więcej barwnych i drapieżnych ptaków. Niewielki kajman szczerzy zęby, leżąc na zmurszałym pniu. Gdy ponad wodę wynurza się ogromny łeb krokodyla, czujemy, że Park Narodowy Tortuguero (Parque Nacional Tortuguero) ukazuje nam w ten sposób swój prawdziwy charakter i majestat. Jesteśmy niemal w jego sercu. Nagle nasza mała rzeka wpada do znacznie większej, która za kilkaset metrów kończy bieg w Morzu Karaibskim. Tutaj, na jednym z jej brzegów, znajduje się rybacka wioska i płatne wejście do lądowej części parku. Po drugiej stronie leży kilka niewielkich resortów turystycznych, w tym nasz, czyli Pachira Lodge. Wita nas przystojny śniady menedżer ze starannie przystrzyżoną bródką. Dostajemy też pyszne powitalne drinki podane w łupinie orzecha kokosowego. Robi się sympatycznie, tym bardziej, że wbrew ostrzeżeniom pogoda sprzyja. Jest słonecznie i ciepło. Po umieszczeniu bagaży w pokojach w bambusowo-drewnianych pawilonach stojących wśród gęstej roślinności natychmiast wskakujemy do basenu z krystalicznie czystą błękitną wodą. Pobliski bar zaprasza do degustowania kolejnych drinków. 

 

Po orzeźwiającej kąpieli nadchodzi czas na kolację, gdyż zaczyna zapadać zmrok, który błyskawicznie przechodzi w czerń nocy. Gdy wracam do siebie ścieżką wijącą się pośród roślinności i pawilonów, aby przebrać się na posiłek, ze zdwojoną siłą docierają do mnie dźwięki dochodzące z tropikalnego lasu. Słychać dziesiątki różnych ptaków. Gdzieś obok pokrzykują małpy kładące się do snu w konarach drzew. Inne niezidentyfikowane odgłosy sprawiają, że wyobraźnia podsuwa mi niesamowite obrazy. Jest naprawdę magicznie. Mój pokój zamiast szyb ma jedynie siatki zabezpieczające przed mniejszymi i większymi intruzami. Dźwięki nocy wpadają przez nie bez żadnych przeszkód. Muszę się jednak śpieszyć na kolację, więc wracam do miejsca, gdzie znajduje się recepcja (tylko tu można skorzystać z połączenia internetowego, programów telewizyjnych nie obejrzymy nigdzie) i obszerny pawilon restauracji, równie ekologiczny jak cała reszta obiektu. Jakość i forma serwowanych lokalnych dań zaskakują finezją i elegancją, których trudno było się spodziewać w tak oddalonym od cywilizacji zakątku. Posiłek uzupełniają dobre wino, owoce w ogromnych ilościach i desery. Po kolacji udajemy się spać. Jutro czeka nas długi dzień. 

 

UROK KARAIBSKIEGO WYBRZEŻA

 

Namówiłem menedżera na wypłynięcie łodzią na oglądanie wschodu słońca na Morzu Karaibskim. Wyruszamy małą grupą jeszcze ciemną nocą, lądujemy na przeciwległym brzegu rzeki. W świetle latarek przedzieramy się przez chaszcze, aby nagle stanąć na piaszczystej plaży. Brzask ukazuje budzący się do życia świat. Schowane jeszcze za horyzontem słońce rozświetla nieliczne chmury wszystkimi kolorami tęczy. Choć nie jest to może zbyt rozsądne, wskakuję do wody, żeby przywitać świt pośród łagodnych fal. Czuję się naprawdę bosko!

 

Zgodnie z wcześniejszym planem dzień zaczynamy oficjalnie od śniadania, na które przybywamy naszą łodzią. W zacisznym zakątku wielkiej rzeki czeka na nas pływająca platforma z elegancko nakrytymi stolikami. Jeden z jej boków zajmuje kuchnia na świeżym powietrzu. Bufet przypomina te z najlepszych hoteli. Oferuje wszelkie tropikalne owoce, miejscowe kiełbaski na gorąco, desery i owocowe koktajle w różnych wersjach. Kucharz smaży omlety z wybranymi przez nas składnikami. Przebojem śniadania staje się jednak ręcznie wyrabiana tortilla. Smakuje wręcz rewelacyjnie! Pływamy po rzece i delektujemy się jedzeniem i widokami. 

 

Po tak fantastycznym początku dnia jest już tylko lepiej. Małymi sportowymi kajakami zapuszczamy się w meandry rzeczki wijącej się przez las tropikalny, w który zagłębiamy się później na piechotę, jednocześnie słuchamy opowieści przewodnika o otaczających nas roślinach i zwierzętach. Potem wpływamy dużą łodzią w głąb leśnej gęstwiny, żeby od strony wody podziwiać tutejszą przyrodę – piękne ptaki, majestatyczne krokodyle czy żółwie wylegujące się na wystających z rzecznej toni konarach. Dzień kończy wizyta w lokalnej wiosce, leżącej pomiędzy rzeką a Morzem Karaibskim, kąpiel w morzu i zupełnie niespodziewanie spotkanie z dopiero co wyklutymi małymi żółwikami, o których już wcześniej wspominałem. W drodze powrotnej wstępujemy do knajpki, gdzie króluje muzyka reggae. Zamawiamy lokalne piwo, które wypijamy w towarzystwie uśmiechniętych miejscowych z fantazyjnymi dredami. Witajcie radosne Karaiby! 

 

GORĄCE ŹRÓDŁA POD WULKANEM

 

V

Sztuczne jezioro Arenal u stóp aktywnego stratowulkanu o tej samej nazwie

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Wracamy w głąb lądu. Kolejny przystanek stanowi wulkan Arenal (1670 m n.p.m.) i jego okolice. Po drodze zatrzymujemy się przy ogromnej białej katedrze, w której akurat rozpoczyna się msza – w końcu jest dziś niedziela. Oprawa i zaangażowanie wiernych robią duże wrażenie. Mnie szczególnie przypada do gustu niewielka orkiestra, która wykonuje przy ołtarzu religijne pieśni w nieco jazzowym stylu. Częstuję się też pajdą świeżego chleba posmarowanego czymś pomiędzy masłem a śmietaną, wydawanego na zewnątrz kościoła, i odwzajemniam uśmiech dziewczyny serwującej ten symboliczny poczęstunek.

 

Kilkadziesiąt kilometrów dalej naszą uwagę przykuwa napis Legwany na moście umieszczony na budynku restauracji i sklepiku w jednym, usytuowanym przy potężnej żelaznej przeprawie zawieszonej nad wąską, głęboką doliną. Jak się okazuje, na wielkich drzewach rosnących na zboczach wylegują się dziesiątki tych gadów. Są i takie, które upatrzyły sobie na nadzwyczaj długą sjestę pokaźną rurę biegnącą równolegle do mostu w odległości zaledwie paru metrów od niego. Nie przeszkadza im zupełnie ani huk przejeżdżających tędy ciężarówek, ani nasze ciekawskie spojrzenia.

 

Inną intrygującą przeprawą na trasie jest potężna konstrukcja przerzucona przez rzekę, nad brzegiem której wyleguje się mnóstwo ogromnych krokodyli. Nazywana bywa mostem straceńców, gdyż ze względu na swoją wysokość stwarza możliwość skutecznego popełnienia samobójstwa. Jeśli jakimś cudem desperatowi udałoby się przeżyć, na dole jego los przypieczętowałyby niebezpiecznie zwinne gady. Podobno swoje ofiary podrzucały im tutejsze gangi, żeby nie pozostał żaden ślad po zbrodni. Te makabryczne historie zupełnie nie pasują do pięknej górzystej scenerii, w jakiej ponoć się rozgrywały. 

 

Zupełnie bezpiecznie docieramy pod Arenal. O tym, że w jego rejonie znajduje się wiele atrakcji turystycznych, świadczy olbrzymia ilość tablic i banerów reklamujących trekkingi, wycieczki konne czy rajdy quadami po zboczach wulkanu i najbliższej okolicy oraz loty nad majestatycznym stożkiem. Dostrzegamy oferty parków linowych, resortów, hoteli i restauracji. My zatrzymujemy się w upatrzonym wcześniej komfortowym 4-gwiazdkowym kompleksie Arenal Springs Resort & Spa. Mój obszerny, wygodny bungalow z widokiem na ogromny symetryczny stożek zwieńczony koroną chmur nastraja mnie niezmiernie optymistycznie. Z takim nastawieniem ruszam na poznanie tutejszych atrakcji. Jedziemy do podnóża wulkanu, aby w kaskach i specjalnych uprzężach wsiąść do metalowej klatki, która wywiezie nas wysoko w górę. Czeka nas zjazd na linie zawieszonej nad zboczami. Korzystałem już z podobnych rozrywek, ale jeszcze nigdy nie miałem okazji poruszać się z tak dużą prędkością na tak długiej trasie i tak znacznej wysokości. Nie dane mi było również podziwiać takich wspaniałych widoków. Kilka odcinków tej tyrolki robi naprawdę spore wrażenie. Z tym większą przyjemnością po szaleńczym zjeździe oddajemy się kąpieli w źródłach termalnych. W znakomicie zagospodarowanym kompleksie z dziesiątkami naturalnych (mniej lub bardziej) basenów, wodospadów i rwących potoków znajduje się też spa, klasyczny bar pośrodku dużego zbiornika i restauracja, w której delektujemy się lokalnymi potrawami i zimnym piwem. I pomyśleć, że miejsce to, czyli Tabacón Thermal Resort & Spa, stworzył emigrant polskiego pochodzenia (Jaime Mikowski).

 

SPOTKANIE NAD PACYFIKIEM

 

23585323864 181cbf6c4e o MA

Dziewicze plaże Parku Narodowego Manuel Antonio otacza tropikalny las

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Następnie udajemy się w stronę Pacyfiku, do regionu sąsiadującego z Parkiem Narodowym Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio). Jadąc wzdłuż wybrzeża, mijamy wiele przepięknych plaż, ale jednej z nich nie możemy tak po prostu zostawić za sobą. Upodobali ją sobie surferzy, łatwo poznać to po charakterystycznych graffiti, sklepach czy wypożyczalniach desek surfingowych i szyldach knajpek. Zatrzymujemy się przy jednej z tych ostatnich. Stoi przed nią pomalowany na bajeczne kolory stary skuter. W środku wita nas szerokim uśmiechem młody człowiek z fryzurą afro. Zamawiamy owoce morza przyrządzone na różne sposoby i idziemy zanurzyć się w oceanie. 

 

Fale są na tyle słabe, że surferzy zostali przy barze. My wykorzystujemy tę ich nieobecność, żeby popływać w Pacyfiku. Spodziewałem się zimnej wody, ale ocean okazuje się równie ciepły jak Morze Karaibskie. Aż nie chce się wychodzić. Jednak czekają przecież na nas pyszne krewetki. Gdy zajadam moją porcję, do knajpki wchodzi trzech dużych, umięśnionych i mocno wytatuowanych mężczyzn. Szczególnie tatuaż jednego z nich wywiera na mnie duże wrażenie – wygląda, jakby miał zaszyte usta. Machinalnie sięgam po aparat i robię mu zdjęcie. No photo! – zwraca się ostro w moją stronę rzeczony osobnik. Szybko chowam nos w krewetki. Po chwili zastanowienia podchodzę jednak do ich stolika. Przepraszam za swoje zachowanie. Mężczyzna z tatuażem na ustach patrzy na mnie, nagle uśmiecha się i mówi: Nie ma problemu. Jeśli chcesz sobie zrobić ze mną zdjęcie, to nie ma sprawy – dodaje. Takiej reakcji się nie spodziewałem. Przysiadam się i pytam, kim jest. Okazuje się, że to znany amerykański raper o dosyć bogatej przeszłości. Na kartce papieru zapisuje swój pseudonim, który brzmi Stitches. Jego kolega robi nam zdjęcie. Nie wychodzi zbyt ostro, ale nie przejmuję się tym, i tak zostanie na zawsze w moich zbiorach.

 

Gdy w końcu docieramy do celu naszej podróży – luksusowego kompleksu Parador Resort & Spa zawieszonego nad urwistym brzegiem oceanu (na cyplu Punta Quepos) – wita nas malowniczy zachód słońca. Oznacza to jedno – nadszedł czas na kolację. Nie zamierzam jednak odpuścić sobie przyjemności popływania w basenie. Zanim udaje mi się spełnić mój zamiar, na jego murek wchodzi szop pracz. Nic sobie nie robi z mojej obecności, spokojnie okrąża basen i w okolicy restauracji szoruje nosem po płytkach. Niestety, nie znajduje niczego do zjedzenia i bez pośpiechu znika w najbliższych gęstych zaroślach. Czy była to nocna zjawa? Nie, spotkałem prawdziwe dzikie zwierzę, może tylko trochę przywykłe do ludzi. Taka właśnie jest urocza Kostaryka. Choć wiemy, że dziewicza przyroda stanowi największy atut tego kraju, to właśnie ona potrafi nas najmocniej zaskoczyć.

Artykuły wybrane losowo

Cztery światy, jeden Ekwador

AR PN COSTA06 PLAYAS DEPORTES SURF 087

Wybrzeże Pacyfiku w Ekwadorze jest idealne do uprawiania surfingu

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

Aleksandra Świstow

www.pojechana.pl 

 

Jest taki kraj w Ameryce Południowej, w którym występują aż cztery regiony fizyczno-geograficzne – Amazonia, góry („sierra”), wybrzeże („costa”) i słynny archipelag Galapagos, 15 proc. wszystkich gatunków ptaków żyjących na naszej planecie, 6 tys. gatunków motyli i aż 3 tys. odmian storczyków, mimo iż zajmuje on powierzchnię mniejszą niż Polska. Stąd pochodzi aż 10 proc. wszystkich gatunków roślin i 8 proc. wszystkich gatunków zwierząt na świecie. To właśnie Ekwador – najmniejsze z andyjskich państw. „Ecuador” oznacza po hiszpańsku „równik”. Linia najdłuższego równoleżnika Ziemi przecina północną część kraju.

Więcej…

W indonezyjskiej krainie rozmaitości

ANNA MARIA KRAJEWSKA

DAWID ZASTROŻNY

 

W różnorodności siła – to narodowe motto Indonezji wyjątkowo trafnie opisuje ten piękny kraj. Składa się na niego ponad 17,5 tys. wysp, z czego „jedynie” ok. 6 tys. jest zamieszkałych, 300 grup etnicznych, więcej niż pół tysiąca języków. To największe wyspiarskie państwo świata (mające powierzchnię ponad 1,9 mln km2) przyciąga turystów błękitem swoich wybrzeży, zielenią tropikalnych lasów, doskonałymi miejscami do nurkowania i tajemnicą groźnych wulkanów. Aż trudno w to uwierzyć, że te tysiące wysp u południowo-wschodnich krańców Azji, o zróżnicowanej geografii, historii, przyrodzie i tradycjach, należą do jednego kraju – Republiki Indonezji… Indonezyjczycy są niezwykle otwarci i tolerancyjni, bliska jest im postawa szacunku dla innych, dla różnorodności kulturowej. Nic więc dziwnego, że odwiedzający ich goście z całego świata czują się tutaj naprawdę dobrze i bezpiecznie.

Więcej…

Irański skarbiec Bliskiego Wschodu

 

Isfahan_2.jpg

Plac Naghsz-e dżahan w Isfahanie

© PARS TOURIST AGENCY

 

Karolina Rakowiecka-Asgari

 

Iran to prawdziwy raj dla turystów. Obfituje w rozmaite atrakcje – od śnieżnych stoków narciarskich po gorące wybrzeże Zatoki Perskiej, od niezwykle suchych terenów w centrum po obszary wilgotnego klimatu nadkaspijskiego, od najnowocześniejszej architektury po subtelne meczety i zagubione w piaskach pustyni wioski z domami z gliny mieszanej ze słomą oraz bezcenne zabytki starożytności. Wszystkie te miejsca pozostają niemal dziewicze, ponieważ zagranicznych przybyszów wciąż przyjeżdża w te strony na tyle niewielu, że budzą autentyczną sympatię i zaciekawienie Irańczyków. Dlatego można tutaj nadal zaznać najprawdziwszej słynnej perskiej gościnności. Pod przyjętą w językach państw zachodnich dopiero w 1935 r. rodzimą nazwą Iran, od zawsze stosowaną przez mieszkańców kraju, kryje się przecież właśnie Persja, odgrywająca tak ważną rolę w dziejach świata od starożytności.

Choć Persowie stanowią dziś zaledwie ponad 50 proc. ludności państwa, od stuleci, a właściwie tysiącleci, to właśnie ich kultura dominuje nie tylko w irańskich granicach, ale i całym regionie. Trzeba pamiętać, że odkąd w VI w. p.n.e. powstało pod wodzą Cyrusa II Wielkiego pierwsze perskie imperium Achemenidów rozciągające się w okresie swojej świetności od Indii po Egipt, zwyczaje i tradycje niesione przez język perski – pełniący funkcję lingua franca na licznych terytoriach świata starożytnego, a potem w kalifacie – rozprzestrzeniły się na ogromnym obszarze (mawiano, że i w muzułmańskim raju perski ma być używany na równi z arabskim). Nigdy nie była to jednak kultura zamknięta. Przeciwnie, tym, co pozwoliło jej przez tysiące lat zachować tożsamość, okazała się zdolność asymilowania wpływów, w tym tych najstarszych asyro-babilońskich, stepowych, greckich, a z czasem arabskich (od najazdu w VII w.), tureckich i mongolskich. Każdy kolejny najeźdźca bądź nowy sąsiad szybko uczył się tutejszych wzorców. Nawet Mongołowie, którzy w XIII w. dosłownie obrócili w niwecz wschodnie centra kulturowe ówczesnej Persji, już w pierwszych pokoleniach jako nowi władcy kraju przejmowali nie tylko religię, ale i zamiłowanie do sztuki i język. W ten sposób literatura perska, jedna z najznamienitszych na świecie, przesiąknięta starymi, przedislamskimi motywami i mitami, znajdowała mecenasów wśród kolejnych obcych rządzących.


Do dziś dzieła literackie stanowią ważny element zbiorowej tożsamości Irańczyków i ich dumę narodową. Taksówkarze, przekupnie czy hotelarze z wypiekami na twarzy wyrecytują nam całe długie fragmenty poezji klasycznej lub też eposu Księga królewska (Szahname), pochodzącego już z okresu islamskiego (przełom X i XI w.), ale opiewającego świetność legendarnych i historycznych władców sprzed najazdu arabskiego. Mieszkańcy Iranu powszechnie sądzą, że XIII-wieczny mistyk i poeta Rumi (1207–1273), współczesny mu Sadi z Szirazu (1213 lub 1219–1291) bądź późniejszy o wiek Hafiz (Hafez, ok. 1315–ok. 1390) lepiej wyrażali ich bolączki niż obecni twórcy. To zresztą kolejna tutejsza osobliwość – choć język nowoperski (farsi) rozwija się od IX stulecia, jego wczesne formy są znacznie łatwiej zrozumiałe dla dzisiejszych irańskich czytelników niż utwory Mikołaja Reja czy Jana Kochanowskiego dla Polaków.

Współcześni Persowie

Shiraz_Botanical_Garden.jpg

Botaniczny Ogród Eram należący do Uniwersytetu w Szirazie

©WIKIMEDIA COMMONS/NICK TAYLOR



Perski jest nadal jedynym urzędowym językiem Iranu, mimo iż jako pierwszym posługuje się nim zaledwie ponad trzy razy więcej ludzi niż azerskim (azerbejdżańskim). Tego drugiego, należącego do języków tureckich, większość obywateli kraju używa na co dzień, podczas gdy ten oficjalny, którego jeszcze niedawno (przed rozpowszechnieniem telewizji) wiejskie dzieci uczyły się dopiero w szkole, funkcjonuje w pozostałych sferach. Podobnie rzecz ma się z mniejszościami, takimi jak Kurdowie, Arabowie czy Beludżowie. Wynika to po trosze z przywiązania do potężnej tradycji narodowej, ale także z polityki państwowej – Islamska Republika Iranu przyznaje teoretycznie nieograniczone prawa grupom etnicznym, mimo to w praktyce oczekuje od nich asymilacji z obawy przed tendencjami separatystycznymi. Różnorodność kulturową widać jednak wyraźnie na irańskiej prowincji (w Teheranie nazywa się nią – jak w Paryżu – całą resztę kraju). Poza dużymi ośrodkami jest zdecydowanie barwniej: kobiece stroje mienią się kolorami koczowniczych spódnic, turkmeńskich chustek i kwiecistych czadorów modlitewnych, które w miastach nosi się jedynie koło domu. Mniej tu czerni nadal dominującej w przestrzeniach publicznych metropolii. Bardziej natomiast będą się rzucać w oczy turystki w opadającej chustce i swobodniejszym stroju, które w stolicy zginęłyby w tłumie teheranek.


Skarby Isfahanu

12810px-Isfahan_Royal_Mosque_general.jpg

Isfahański Meczet Imama (Meczet Szacha) wzniesiony w XVII w

©WIKIMEDIA COMMONS/PATRICK RINGGENBERG



Przedstawicielami mniejszości są w rozumieniu prawa irańskiego przede wszystkim wyznawcy innych religii niż islam szyicki. Ormianie, żydzi, lokalni chrześcijanie i zaratusztrianie (zoroastryjczycy) mogą liczyć na szczególne przywileje, takie jak reprezentacja parlamentarna. Obecnie ok. 99,5 proc. Irańczyków jest muzułmanami, z czego mniej więcej 89 proc. to szyici. Ten odłam islamu dopiero w XVI w. stał się elementem tożsamości forsowanym przez dynastię Safawidów jako przeciwwaga dla sunnickiego imperium osmańskiego. Okres rządów tych władców (1501–1722) to czas odrodzenia narodowego, po którym zostało wiele imponujących zabytków, wśród nich miasto ogrodów i pałaców – Isfahan. Z uwagi na spójność koncepcji architektonicznej bywa ono porównywane z Krakowem. Jego centrum stanowi dawny plac do wywodzącej się prawdopodobnie z Iranu gry w polo, czyli Naghsz-e dżahan (Obraz Świata). Dziś jak na krakowskim Rynku Głównym stoją tutaj dorożki czekające na tłumy turystów. Tuż obok znajduje się bazar, jeden z najbogatszych i najczarowniejszych w kraju, na którym można nie tylko zaopatrzyć się w isfahańskie i koczownicze dywany sławne na cały świat, ale także przyjrzeć się pracy rzemieślników wytwarzających lampy, naczynia czy stemplowane ręcznie bawełniane tkaniny, tzw. kalamkary. W jego zaułkach natkniemy się na tradycyjne herbaciarnie (czajchany), gdzie poza pyszną perską herbatą zamówimy fajkę wodną (ghaljan) i dizi – typową irańską potrawę spożywaną według ustalonego rytuału (osobno zjada się sos z chlebem, oddzielnie mięso i warzywa ubite na miazgę).

Po powrocie z bazaru na Naghsz-e dżahan staniemy naprzeciw największego meczetu w Iranie zwanego niegdyś Meczetem Szacha, a dziś – jak wiele innych placów, dróg i świątyń – noszącego miano Meczetu Imama (przy czym po 36 latach, jakie minęły od rewolucji 1979 r., miejscowi nadal często używają dawnych nazw, całkowicie ignorując te nowsze). Imponuje on nie tylko swoimi rozmiarami i subtelnością wzorów, ale i niespotykanymi efektami akustycznymi ułatwiającymi pracę kaznodziejów. W miejscu, gdzie najlepiej niesie się głos, znajdziemy zawsze grupkę entuzjastów badających zjawisko echa. Na prawo od ogromnego gmachu ujrzymy kolejną nietypową budowlę sakralną – Meczet Szejcha Lotfallaha. Charakteryzująca się niesłychaną grą światła i cienia, stosunkowo niewielka świątynia wyróżnia się brakiem minaretów, niepotrzebnych z uwagi na to, że należała do prywatnego haremu szacha Abbasa I Wielkiego (1571–1629). Po przeciwległej stronie placu wznosi się pałac Ali Kapu (Ali Ghapu) o koronkowych drewnianych sufitach stanowiących niepowtarzalne głośniki podczas odbywających się w nim koncertów. W wielu isfahańskich obiektach, takich jak pałac Czehel Sotun (Czterdzieści Kolumn), odkryjemy przykłady malarstwa figuratywnego w muzułmańskim Iranie, będącym przecież ojczyzną miniatur. Islam irański na ogół słabiej ulegał wpływom ortodoksyjnym i chętnie asymilował tradycje lokalne. Bogate w malunki są także kościoły dzielnicy ormiańskiej – słynnej Dżolfy, którą szach Abbas I Wielki założył, aby wykorzystać obrotność Ormian dla budowania potęgi gospodarczej miasta. Przez środek Isfahanu przepływa rzeka Zajanderud, należąca do najpiękniejszych w kraju. W jednym z malowniczych mostów – Chadżu czy Sijose – możemy napić się herbaty po długim zwiedzaniu.

Od stolicy do Szirazu



Do Isfahanu dojedziemy z Teheranu w ok. 7 godz. wygodnym autokarem. Turyści na ogół chętnie porzucają stolicę, która – choć pięknie położona u podnóża masywu górskiego Elburs, pełna muzeów i parków – jest tłoczna i zanieczyszczona, jak na 8,5-milionowe miasto (a właściwie znacznie większe, bo zlało się w jeden organizm z licznymi satelitami) przystało. Po obejrzeniu klejnotów koronnych i odbyciu górskiej wycieczki (pieszo lub kolejką) większość nowo przybyłych ma dość zgiełku, korków (i tak zmniejszonych przez kilka linii metra) i kierowców mnóstwa samochodów nie zważających za bardzo na przepisy. Warto wiedzieć, że jeśli w trakcie powrotu z wędrówki po górach zostaniemy poczęstowani daktylami lub domowej roboty chałwą, powinniśmy przyjąć poczęstunek. To nazri, czyli jedzenie rozdawane za spełnienie modlitwy, w intencji zmarłego czy jakiejś ważnej sprawy. Najczęściej spotkamy się z nim w miesiącach ramadan i moharram (upamiętniającym żałobę po imamie szyickim Husajnie ibn Alim, wnuku proroka Mahometa, który zginął w 680 r. w bitwie pod Karbalą). W drugim z nich odbywają się spektakularne procesje żałobne i przedstawienia tradycyjnego teatru pasyjnego ta’zije. Poza tym przygotowuje się także wtedy większe nazri, często w postaci całych posiłków wręczanych przechodniom. Oba miesiące są ruchome, ponieważ liczy się je według kalendarza księżycowego. Dlatego dobrze wcześniej sprawdzić, kiedy w danym roku wypadają.

Jedna z najpopularniejszych dróg z Teheranu prowadzi właśnie do Isfahanu, a dalej na południe do Szirazu, kolejnej dawnej stolicy Persji, miejsca życia i pochówku wybitnych poetów: Sadiego i Hafiza (Hafeza). Do grobu tego ostatniego Irańczycy dosłownie pielgrzymują. Miasto powita nas również słynną Bramą Koranu, mauzoleum braci szyickiego imama Alego Rezy – Szach Czeragh, XVIII-wiecznym Bazarem Wakil i palmami daktylowymi (perskie daktyle należą do najlepszych na świecie, podobnie jak tutejsze pistacje i kawior). Dojedziemy stąd do Persepolis, stolicy ceremonialnej Achemenidów, spalonej w 330 r. p.n.e. podczas najazdu Aleksandra Wielkiego na Persję, ale nawet w postaci ruin imponującej rozmachem zamierzeń architektonicznych i płaskorzeźbami ukazującymi wielonarodową procesję lenników niosących dary swojemu achemenidzkiemu suwerenowi, szachinszachowi – królowi królów. W samym Perspepolis i nieopodal niego znajdują się skalne mogiły perskich monarchów. W pobliskim starożytnym mieście Pasargady stoi samotny grobowiec Cyrusa II Wielkiego, założyciela dynastii, o którym z takim uznaniem pisze autor biblijny.

Nomadzi i zaratusztrianie

Iran_-_Yazd.jpg

Kompleks Amir Czakmagh z meczetem i dwoma minaretami w Jaździe

©WIKIMEDIA COMMONS/ALIREZA JAVAHERI



Z Szirazu (albo z Isfahanu) można wybrać się z wizytą do koczowników (szacuje się, że ok. 1,5 proc. ludności Iranu nadal, przynajmniej okresowo, żyje w obozowiskach) nad Zatokę Perską, gdzie temperatura nie spada właściwie poniżej 20°C. Warto również wyruszyć na północny wschód do Jazdu, aby podziwiać zachowane w niezmienionym kształcie gliniane stare miasto pełne urokliwych zaułków i wąziutkich uliczek, a także poznać nieco zaratusztrian, których jest tu – obok Teheranu – najwięcej. Zaratusztrianizm to jedna z najstarszych wciąż żywych religii światowych o korzeniach sięgających II tysiąclecia p.n.e. Odegrał on niebagatelną rolę w rozwoju wielkich monoteistycznych systemów religijnych, przede wszystkim poprzez wpływ na judaizm, w którym zaczepił motywy sądu ostatecznego, raju, piekła i zmartwychwstania. Według niektórych danych dziś na świecie żyje nawet 125 tys. zaratusztrian, w tym mniej więcej 20 tys. w Iranie.

W samym Jaździe znajduje się zaratusztriańska świątynia ognia oraz wieże milczenia, służące niegdyś do wystawiania zwłok uważanych za siedzibę demonów. Pochowane w ziemi ciała zanieczyściłyby jeden ze świętych żywiołów. Dopiero oczyszczone przez ptaki kości mogły zostać pogrzebane pośrodku wieży. Dziś nie praktykuje się już takich pochówków, a zmarłych grzebie się na współczesnym cmentarzu z betonowymi grobami. Ołtarz ognia, wyjątkowo stary i szanowany, zobaczymy też w pobliskim Czak Czak, celu pielgrzymek zaratusztrian. Bije w nim święte źródło, które miało powstać w miejscu, gdzie litościwa skała rozstąpiła się przed perską księżniczką uciekającą przed arabskimi najeźdźcami. Niechęć do Arabów, którzy mimo swojej przewodniej roli w islamie uchodzą wśród Persów za pośledniejszy kulturowo naród, pozostaje w Iranie żywa po dziś dzień. Sami Irańczycy wywodzą się z ludów indoeuropejskich (nie semickich jak arabscy mieszkańcy Afryki i Półwyspu Arabskiego), co uważają za powód do dumy.

Z Jazdu można udać się na północny zachód do Kaszanu – miasta pałaców, z którego polscy królowie sprowadzali dywany – i dalej do Teheranu, żeby zdążyć na samolot powrotny do Europy. Osoby dysponujące większą ilością czasu mają szansę odnaleźć w tym kraju takie czarowne miejscowości jak Abjane koło Kaszanu czy Masule niemal nad Morzem Kaspijskim, a także ormiańskie klasztory, wiele bezcennych zabytków starożytnych bądź islamskich oraz centra pielgrzymkowe, m.in. Kom (Ghom) i Meszhed. Niezapomnianych wrażeń dostarcza podziwianie monumentalnej przyrody: dwóch wysokich łańcuchów górskich Elburs i Zagros, piaszczystych i słonych pustyń oraz całkiem odmiennych wybrzeży Zatoki Perskiej i Morza Kaspijskiego. Jednak nawet krótka wycieczka w te strony pozwala poznać choć w pewnym stopniu tę fascynującą krainę, w której czas płynie inaczej. O samym Isfahanie Irańczycy mówią nesf-e dżahan, co znaczy „połowa świata”. Jak wielki i wspaniały musi być zatem cały Iran…

Pomocne wskazówki

Na koniec warto wspomnieć o kilku uwagach praktycznych. Po tym kraju podróżuje się dobrze nie tylko dzięki życzliwości jego mieszkańców. Między największymi jego miastami wytyczono wygodne drogi, działa w nim rozwinięta sieć połączeń lotniczych i autobusowych, w wiele miejsc można dojechać pociągiem (najlepiej kupić bilet wcześniej i pomyśleć o kuszetce, gdyż Iran jest parokrotnie większy od Polski i podróż drogą lądową pomiędzy poszczególnymi ośrodkami trwa na ogół kilka, czasem nawet kilkanaście godzin). Wielbiciele luksusu znajdą tutaj eleganckie hotele, a osoby z mniejszym budżetem – tanie hostele. Poza tym meczety i pokoje modlitw są otwarte dla zmęczonych podróżnych czekających na pociąg czy autobus. Nikomu nie będzie przeszkadzać, jeśli się w nich prześpimy.

Przed wyjazdem należy zaszczepić się na żółtaczkę. Kobiety, także przyjezdne, obowiązuje hidżab (dosłownie zasłona), co w praktyce oznacza konieczność noszenia chustki lub szala, choćby niedbale narzuconych na włosy, oraz stroju zasłaniającego ręce i nogi, np. spodni i koszuli. Lepiej nie planować też podróży na najgorętszą część roku, zwłaszcza sierpień przynosi trudne do opisania upały. Na południu Iranu, gdzie w lutym temperatura nie spada poniżej 20°C, w lecie termometry wskazują nierzadko 50°C. Ludzie starają się wtedy nie wychodzić z klimatyzowanych pomieszczeń. Również na północy kraju, w Teheranie, a zwłaszcza pasie nadkaspijskim, w którym wilgotność powietrza dochodzi do 90 proc., gorące miesiące są nie do wytrzymania. Znakomitym czasem na wyprawę w te strony jest okres wiosenny. W marcu przyroda wybucha feerią barw, a temperatury wciąż pozostają całkiem znośne. Okolice Nouruzu – perskiego nowego roku obchodzonego w pierwszym dniu wiosny – to niestety pora wzmożonego ruchu turystycznego i jeśli ktoś planuje nocować w hotelach, powinien raczej zdecydować się na wyjazd na przełomie lutego i marca bądź wstrzymać się z nim do kwietnia. Jak we wszystkich krajach muzułmańskich, nawet w mało ortodoksyjnym Iranie lepiej unikać ramadanu, kiedy trudniej niż zwykle o świeże jedzenie. Turyści mogą się jednak stołować w wielu miejscach i nie narażą się też na żadne nieprzyjemności, pijąc czy posilając się na jakiejś bocznej ulicy. Podróżnych islam zwalnia z obowiązku poszczenia.

Irańczycy są bardzo gościnni, ale i kurtuazyjni. Zanim kilkakrotnie nie powtórzą zaproszenia nastawmy się raczej, że mamy do czynienia z ta’arofem – formą czysto grzecznościową, za którą nie stoi rzeczywista propozycja. W przeciwnym wypadku możemy sprawić gospodarzowi kłopot. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku kursu taksówką. Nawet jeśli kierowca uparcie uchyla się od przyjęcia zapłaty, należy ją uiścić. Na koniec jeszcze jedna wskazówka: lepiej uważać na motocykle na chodnikach. Jeśli ich nie liczyć, Iran jest wyjątkowo bezpiecznym krajem – nawet kradzieże przydarzają się tu rzadziej niż gdzie indziej. Dlatego zdecydowanie warto odwiedzić tę niesamowitą starożytną krainę na Bliskim Wschodzie.