24182453665 8d5ff41d97 o Tortuguero

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl 

 

Gdzie w ciągu jednego dnia można zobaczyć wschód i zachód słońca nad dwoma różnymi oceanami – pierwszy nad należącym do basenu Atlantyku Morzem Karaibskim, a drugi nad Pacyfikiem? Szansę na to mamy w uroczej Kostaryce. Najmniejsza odległość, jaka dzieli oba malownicze wybrzeża w tym kraju, to ponad 100 km. Z karaibskich plaż nad pacyficzny brzeg dostaniemy się bez problemu samochodem albo autobusem. Szybciej pokonamy ten dystans, jeśli skorzystamy z usług lokalnych przewoźników – SANSA czy Nature Air – oferujących przeloty samolotami na kilka lub kilkanaście osób.

 

Niewiele jest też zapewne miejsc na świecie, gdzie wczesnym rankiem, obudzeni przez okrzyki małp baraszkujących na jednym z wielkich drzew pobliskiego tropikalnego lasu, na tarasie naszego bungalowu zobaczymy maleńkiego kolibra spijającego nektar z pięknych kwiatów rosnących na wyciągnięcie ręki. Na spacerującego jakby nigdy nic po niebieskim murku hotelowego basenu szopa pracza także nie natrafimy wszędzie. Zdarza się, że dziki orlik przysiada na tarasowej balustradzie, gdy akurat spożywamy posiłek, i ciekawie przygląda się zawartościom talerzy, aby niespodziewanie porwać najpyszniejszy mięsny kąsek. Urocze jak maskotki małpki potrafią przez dłuższą chwilę towarzyszyć osobom, które zmierzają w stronę miasta. Z wdziękiem balansują na płocie wykonanym z cienkiego drutu.

 

W tym kraju możemy również być świadkami niezwykłych narodzin. Dla mnie było to jedno z najpiękniejszych doświadczeń, jakie przeżyłem. Dopiero wyklute żółwie, rozmiarów pudełka od zapałek, wygrzebują się z piaszczystej nory, gdzie ogromna żółwica złożyła jaja. Gnane instynktem przetrwania pędzą przez plażę w stronę morza. Wywracają się na nierównościach, pokonują przeszkody w postaci połamanych patyków. Starają się umknąć czyhającym na nie drapieżnym ptakom i innym zwierzętom. Te młode żółwie, którym uda się zdążyć, bez zastanowienia dają porwać się falom morskim i znikają szczęśliwie z naszych oczu. Obserwowanie tego cudu natury to niezmiernie wzruszające przeżycie. Właśnie po takie wspomnienia warto wybrać się do tego odległego zakątka w Ameryce Środkowej i nie zważać na czasami chimeryczną pogodę karaibskiego wybrzeża. Jej kaprysy wynagrodzą nam wspaniałe plaże Pacyfiku czy malownicze wulkaniczne krajobrazy centrum kraju. Zapraszam do urokliwej Kostaryki. 

 

KAWA NA DOBRY POCZĄTEK

 

Wylądowaliśmy w kostarykańskiej stolicy San José, która według mnie nie powala urodą. Uważam, że w zupełności wystarczy spędzić tutaj jedną noc, chociaż nasz komfortowy, zbudowany w kolonialnym stylu Costa Rica Marriott Hotel San Jose oferował wiele atrakcji, łącznie z kameralnym polem golfowym i fantastycznymi widokami na okoliczne góry. Warto wybrać się na niemal sąsiadujący z miastem wulkan Poás (2708 m n.p.m.). Podczas samochodowej wyprawy krętymi drogami prowadzącymi pod jego szczyt można oglądać niezapomniane krajobrazy. Po uiszczeniu opłaty za wstęp do Parku Narodowego Wulkanu Poás (Parque Nacional Volcán Poás) wyruszyliśmy na kilkunastominutowy spacer z parkingu do punktu widokowego usytuowanego na samej krawędzi krateru. Poás widziany z tego miejsca prezentuje się niezmiernie okazale, jeśli tylko mgła czy chmury nam go nie zasłonią. 

 

W drodze powrotnej warto zajrzeć na ogromną plantację Doka Estate, gdzie w tradycyjny sposób zbiera się, selekcjonuje i suszy podobno najlepszą w Kostaryce kawę. Jej pracownicy z przyjemnością oprowadzają nas po tutejszych obiektach. Znajdziemy tu stary młyn, przedziwne dla laika urządzenia segregujące ziarna, magazyny pełne worków z aromatyczną zawartością i wiele innych. Na miejscu można – oczywiście – spróbować kilku rodzajów kawy i zakupić ten gatunek, który najbardziej przypadnie nam do gustu. Na terenie znakomicie zagospodarowanej plantacji warto też zjeść lunch bądź kolację wśród tropikalnych roślin i kwiatów. 

 

Kolejnego dnia odbywamy kilkugodzinną wycieczkę przez malownicze, pokryte bujną roślinnością góry. Jedziemy do miejsca niezwykłego – do Tortuguero u wybrzeży Morza Karaibskiego. Mijamy niezmiernie barwne ciężarówki o wysuniętych do przodu maskach kryjących potężne silniki. Niemal każda z nich stanowi unikatowe swoiste dzieło sztuki. Mają ozdobione nie tylko kolorowe karoserie, ale i wnętrza. Każde jest inne i odzwierciedla pasje i fantazję kierowcy. Dostrzegamy rozmaite inspiracje: od religijnych przez futbolowe po erotyczne. Gdy robię zdjęcia osobliwym kabinom, szoferzy natychmiast pozdrawiają mnie dźwiękami równie fantazyjnych syren i klaksonów. Ostatni odcinek trasy prowadzi pełną dziur i wertepów drogą szutrową wiodącą przez wioski, pola i plantacje bananów, ananasów czy innych egzotycznych owoców. Na łąkach pasie się bydło z gatunku rozpowszechnionego w Indiach (zebu). Tylko ono jest w stanie przetrwać tropikalny klimat tej części Kostaryki. 

 

WŚRÓD RZEK I BUJNYCH LASÓW

 

43

Rejs łodzią w Parku Narodowym Tortuguero dostarcza wielu wrażeń

© FOT. JERZY PAWLETA/WWW.JERZYPAWLETA.PL

 

Tortuguero wita nas przystanią La Pavona z kilkunastoma napędzanymi silnikami długimi łodziami z miejscami siedzącymi i przestrzenią na bagaże. Poza tym mieszczą się tu obszerna restauracja, sklep z pamiątkami i sklepik z najróżniejszymi artykułami. Wokół kręcą się spore grupki turystów czekających na wejście na pokład. Wchodzimy na naszą łódź i już po chwili pędzimy zakolami dość wąskiej rzeki. Fontanny wody tryskają na boki, zwalniamy tylko przed przeszkodami czy na wyjątkowo ostrych zakrętach. W trakcie ponadgodzinnego rejsu krajobraz zmienia się z wiejskiego na tropikalny. Roślinność gęstnieje, drzewa stają się coraz bardziej potężne, różnorodność i wielkość palm zadziwia. Pojawia się coraz więcej barwnych i drapieżnych ptaków. Niewielki kajman szczerzy zęby, leżąc na zmurszałym pniu. Gdy ponad wodę wynurza się ogromny łeb krokodyla, czujemy, że Park Narodowy Tortuguero (Parque Nacional Tortuguero) ukazuje nam w ten sposób swój prawdziwy charakter i majestat. Jesteśmy niemal w jego sercu. Nagle nasza mała rzeka wpada do znacznie większej, która za kilkaset metrów kończy bieg w Morzu Karaibskim. Tutaj, na jednym z jej brzegów, znajduje się rybacka wioska i płatne wejście do lądowej części parku. Po drugiej stronie leży kilka niewielkich resortów turystycznych, w tym nasz, czyli Pachira Lodge. Wita nas przystojny śniady menedżer ze starannie przystrzyżoną bródką. Dostajemy też pyszne powitalne drinki podane w łupinie orzecha kokosowego. Robi się sympatycznie, tym bardziej, że wbrew ostrzeżeniom pogoda sprzyja. Jest słonecznie i ciepło. Po umieszczeniu bagaży w pokojach w bambusowo-drewnianych pawilonach stojących wśród gęstej roślinności natychmiast wskakujemy do basenu z krystalicznie czystą błękitną wodą. Pobliski bar zaprasza do degustowania kolejnych drinków. 

 

Po orzeźwiającej kąpieli nadchodzi czas na kolację, gdyż zaczyna zapadać zmrok, który błyskawicznie przechodzi w czerń nocy. Gdy wracam do siebie ścieżką wijącą się pośród roślinności i pawilonów, aby przebrać się na posiłek, ze zdwojoną siłą docierają do mnie dźwięki dochodzące z tropikalnego lasu. Słychać dziesiątki różnych ptaków. Gdzieś obok pokrzykują małpy kładące się do snu w konarach drzew. Inne niezidentyfikowane odgłosy sprawiają, że wyobraźnia podsuwa mi niesamowite obrazy. Jest naprawdę magicznie. Mój pokój zamiast szyb ma jedynie siatki zabezpieczające przed mniejszymi i większymi intruzami. Dźwięki nocy wpadają przez nie bez żadnych przeszkód. Muszę się jednak śpieszyć na kolację, więc wracam do miejsca, gdzie znajduje się recepcja (tylko tu można skorzystać z połączenia internetowego, programów telewizyjnych nie obejrzymy nigdzie) i obszerny pawilon restauracji, równie ekologiczny jak cała reszta obiektu. Jakość i forma serwowanych lokalnych dań zaskakują finezją i elegancją, których trudno było się spodziewać w tak oddalonym od cywilizacji zakątku. Posiłek uzupełniają dobre wino, owoce w ogromnych ilościach i desery. Po kolacji udajemy się spać. Jutro czeka nas długi dzień. 

 

UROK KARAIBSKIEGO WYBRZEŻA

 

Namówiłem menedżera na wypłynięcie łodzią na oglądanie wschodu słońca na Morzu Karaibskim. Wyruszamy małą grupą jeszcze ciemną nocą, lądujemy na przeciwległym brzegu rzeki. W świetle latarek przedzieramy się przez chaszcze, aby nagle stanąć na piaszczystej plaży. Brzask ukazuje budzący się do życia świat. Schowane jeszcze za horyzontem słońce rozświetla nieliczne chmury wszystkimi kolorami tęczy. Choć nie jest to może zbyt rozsądne, wskakuję do wody, żeby przywitać świt pośród łagodnych fal. Czuję się naprawdę bosko!

 

Zgodnie z wcześniejszym planem dzień zaczynamy oficjalnie od śniadania, na które przybywamy naszą łodzią. W zacisznym zakątku wielkiej rzeki czeka na nas pływająca platforma z elegancko nakrytymi stolikami. Jeden z jej boków zajmuje kuchnia na świeżym powietrzu. Bufet przypomina te z najlepszych hoteli. Oferuje wszelkie tropikalne owoce, miejscowe kiełbaski na gorąco, desery i owocowe koktajle w różnych wersjach. Kucharz smaży omlety z wybranymi przez nas składnikami. Przebojem śniadania staje się jednak ręcznie wyrabiana tortilla. Smakuje wręcz rewelacyjnie! Pływamy po rzece i delektujemy się jedzeniem i widokami. 

 

Po tak fantastycznym początku dnia jest już tylko lepiej. Małymi sportowymi kajakami zapuszczamy się w meandry rzeczki wijącej się przez las tropikalny, w który zagłębiamy się później na piechotę, jednocześnie słuchamy opowieści przewodnika o otaczających nas roślinach i zwierzętach. Potem wpływamy dużą łodzią w głąb leśnej gęstwiny, żeby od strony wody podziwiać tutejszą przyrodę – piękne ptaki, majestatyczne krokodyle czy żółwie wylegujące się na wystających z rzecznej toni konarach. Dzień kończy wizyta w lokalnej wiosce, leżącej pomiędzy rzeką a Morzem Karaibskim, kąpiel w morzu i zupełnie niespodziewanie spotkanie z dopiero co wyklutymi małymi żółwikami, o których już wcześniej wspominałem. W drodze powrotnej wstępujemy do knajpki, gdzie króluje muzyka reggae. Zamawiamy lokalne piwo, które wypijamy w towarzystwie uśmiechniętych miejscowych z fantazyjnymi dredami. Witajcie radosne Karaiby! 

 

GORĄCE ŹRÓDŁA POD WULKANEM

 

V

Sztuczne jezioro Arenal u stóp aktywnego stratowulkanu o tej samej nazwie

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Wracamy w głąb lądu. Kolejny przystanek stanowi wulkan Arenal (1670 m n.p.m.) i jego okolice. Po drodze zatrzymujemy się przy ogromnej białej katedrze, w której akurat rozpoczyna się msza – w końcu jest dziś niedziela. Oprawa i zaangażowanie wiernych robią duże wrażenie. Mnie szczególnie przypada do gustu niewielka orkiestra, która wykonuje przy ołtarzu religijne pieśni w nieco jazzowym stylu. Częstuję się też pajdą świeżego chleba posmarowanego czymś pomiędzy masłem a śmietaną, wydawanego na zewnątrz kościoła, i odwzajemniam uśmiech dziewczyny serwującej ten symboliczny poczęstunek.

 

Kilkadziesiąt kilometrów dalej naszą uwagę przykuwa napis Legwany na moście umieszczony na budynku restauracji i sklepiku w jednym, usytuowanym przy potężnej żelaznej przeprawie zawieszonej nad wąską, głęboką doliną. Jak się okazuje, na wielkich drzewach rosnących na zboczach wylegują się dziesiątki tych gadów. Są i takie, które upatrzyły sobie na nadzwyczaj długą sjestę pokaźną rurę biegnącą równolegle do mostu w odległości zaledwie paru metrów od niego. Nie przeszkadza im zupełnie ani huk przejeżdżających tędy ciężarówek, ani nasze ciekawskie spojrzenia.

 

Inną intrygującą przeprawą na trasie jest potężna konstrukcja przerzucona przez rzekę, nad brzegiem której wyleguje się mnóstwo ogromnych krokodyli. Nazywana bywa mostem straceńców, gdyż ze względu na swoją wysokość stwarza możliwość skutecznego popełnienia samobójstwa. Jeśli jakimś cudem desperatowi udałoby się przeżyć, na dole jego los przypieczętowałyby niebezpiecznie zwinne gady. Podobno swoje ofiary podrzucały im tutejsze gangi, żeby nie pozostał żaden ślad po zbrodni. Te makabryczne historie zupełnie nie pasują do pięknej górzystej scenerii, w jakiej ponoć się rozgrywały. 

 

Zupełnie bezpiecznie docieramy pod Arenal. O tym, że w jego rejonie znajduje się wiele atrakcji turystycznych, świadczy olbrzymia ilość tablic i banerów reklamujących trekkingi, wycieczki konne czy rajdy quadami po zboczach wulkanu i najbliższej okolicy oraz loty nad majestatycznym stożkiem. Dostrzegamy oferty parków linowych, resortów, hoteli i restauracji. My zatrzymujemy się w upatrzonym wcześniej komfortowym 4-gwiazdkowym kompleksie Arenal Springs Resort & Spa. Mój obszerny, wygodny bungalow z widokiem na ogromny symetryczny stożek zwieńczony koroną chmur nastraja mnie niezmiernie optymistycznie. Z takim nastawieniem ruszam na poznanie tutejszych atrakcji. Jedziemy do podnóża wulkanu, aby w kaskach i specjalnych uprzężach wsiąść do metalowej klatki, która wywiezie nas wysoko w górę. Czeka nas zjazd na linie zawieszonej nad zboczami. Korzystałem już z podobnych rozrywek, ale jeszcze nigdy nie miałem okazji poruszać się z tak dużą prędkością na tak długiej trasie i tak znacznej wysokości. Nie dane mi było również podziwiać takich wspaniałych widoków. Kilka odcinków tej tyrolki robi naprawdę spore wrażenie. Z tym większą przyjemnością po szaleńczym zjeździe oddajemy się kąpieli w źródłach termalnych. W znakomicie zagospodarowanym kompleksie z dziesiątkami naturalnych (mniej lub bardziej) basenów, wodospadów i rwących potoków znajduje się też spa, klasyczny bar pośrodku dużego zbiornika i restauracja, w której delektujemy się lokalnymi potrawami i zimnym piwem. I pomyśleć, że miejsce to, czyli Tabacón Thermal Resort & Spa, stworzył emigrant polskiego pochodzenia (Jaime Mikowski).

 

SPOTKANIE NAD PACYFIKIEM

 

23585323864 181cbf6c4e o MA

Dziewicze plaże Parku Narodowego Manuel Antonio otacza tropikalny las

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Następnie udajemy się w stronę Pacyfiku, do regionu sąsiadującego z Parkiem Narodowym Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio). Jadąc wzdłuż wybrzeża, mijamy wiele przepięknych plaż, ale jednej z nich nie możemy tak po prostu zostawić za sobą. Upodobali ją sobie surferzy, łatwo poznać to po charakterystycznych graffiti, sklepach czy wypożyczalniach desek surfingowych i szyldach knajpek. Zatrzymujemy się przy jednej z tych ostatnich. Stoi przed nią pomalowany na bajeczne kolory stary skuter. W środku wita nas szerokim uśmiechem młody człowiek z fryzurą afro. Zamawiamy owoce morza przyrządzone na różne sposoby i idziemy zanurzyć się w oceanie. 

 

Fale są na tyle słabe, że surferzy zostali przy barze. My wykorzystujemy tę ich nieobecność, żeby popływać w Pacyfiku. Spodziewałem się zimnej wody, ale ocean okazuje się równie ciepły jak Morze Karaibskie. Aż nie chce się wychodzić. Jednak czekają przecież na nas pyszne krewetki. Gdy zajadam moją porcję, do knajpki wchodzi trzech dużych, umięśnionych i mocno wytatuowanych mężczyzn. Szczególnie tatuaż jednego z nich wywiera na mnie duże wrażenie – wygląda, jakby miał zaszyte usta. Machinalnie sięgam po aparat i robię mu zdjęcie. No photo! – zwraca się ostro w moją stronę rzeczony osobnik. Szybko chowam nos w krewetki. Po chwili zastanowienia podchodzę jednak do ich stolika. Przepraszam za swoje zachowanie. Mężczyzna z tatuażem na ustach patrzy na mnie, nagle uśmiecha się i mówi: Nie ma problemu. Jeśli chcesz sobie zrobić ze mną zdjęcie, to nie ma sprawy – dodaje. Takiej reakcji się nie spodziewałem. Przysiadam się i pytam, kim jest. Okazuje się, że to znany amerykański raper o dosyć bogatej przeszłości. Na kartce papieru zapisuje swój pseudonim, który brzmi Stitches. Jego kolega robi nam zdjęcie. Nie wychodzi zbyt ostro, ale nie przejmuję się tym, i tak zostanie na zawsze w moich zbiorach.

 

Gdy w końcu docieramy do celu naszej podróży – luksusowego kompleksu Parador Resort & Spa zawieszonego nad urwistym brzegiem oceanu (na cyplu Punta Quepos) – wita nas malowniczy zachód słońca. Oznacza to jedno – nadszedł czas na kolację. Nie zamierzam jednak odpuścić sobie przyjemności popływania w basenie. Zanim udaje mi się spełnić mój zamiar, na jego murek wchodzi szop pracz. Nic sobie nie robi z mojej obecności, spokojnie okrąża basen i w okolicy restauracji szoruje nosem po płytkach. Niestety, nie znajduje niczego do zjedzenia i bez pośpiechu znika w najbliższych gęstych zaroślach. Czy była to nocna zjawa? Nie, spotkałem prawdziwe dzikie zwierzę, może tylko trochę przywykłe do ludzi. Taka właśnie jest urocza Kostaryka. Choć wiemy, że dziewicza przyroda stanowi największy atut tego kraju, to właśnie ona potrafi nas najmocniej zaskoczyć.

Artykuły wybrane losowo

Cabo Verde – wyspiarskie oblicze Afryki

ROBERT STEFANICKI

Jeśli nie lubimy długich podróży samolotem, a marzy nam się Ameryka Południowa, warto odwiedzić wówczas Wyspy Zielonego Przylądka (Cabo Verde). W odległości jedynie ośmiu godzin lotu z Warszawy znajdziemy wulkany, solniska, tarasowe pola i rozległe plaże. Nie ma tylko lam.

Republika Zielonego Przylądka obejmuje archipelag złożony z Wysp Zawietrznych (Ilhas de Barlavento) i Podwietrznych (Ilhas de Sotavento), leżący w pobliżu najdalej na zachód wysuniętego fragmentu kontynentu afrykańskiego – Przylądka Zielonego. Miejsce to jako pierwsi zasiedlili Portugalczycy, którzy ściągnęli tu niewolników z Czarnego Lądu. Do dziś językiem urzędowym pozostaje portugalski.

To nie jest miłość od pierwszego wejrzenia. Wyspa Sal, na której mieści się lotnisko, oglądana z okien podchodzącego do lądowania samolotu wygląda jak naleśnik z brudnego piachu. Trudno doszukać się choćby skrawka zieleni, zawartej w nazwie tego państwa. Jeśli jednak nie zniechęcimy się na początku, na pewno nie wyjedziemy stąd zawiedzeni.

Więcej…

RPA – jeden raz to za mało

JAKUB WOLSKI

 

Republika Południowej Afryki (RPA), najdalej na południe położone państwo afrykańskie, jest rodzinnym krajem m.in. Johna Maxwella Coetzee’ego, laureata Literackiej Nagrody Nobla. Obowiązuje tu aż jedenaście języków urzędowych. W okolicznych wodach można spotkać np. wieloryby, a w miejscowych parkach i rezerwatach – tzw. Wielką Piątkę Afryki, czyli słonie, nosorożce czarne, lwy, bawoły i lamparty. Krajobraz RPA współtworzą sawanny, tereny górskie i wybrzeża dwóch oceanów – Atlantyckiego i Indyjskiego. Różnorodność stanowi nie tylko największy walor tego kraju, lecz także sprawia, że lista miejsc wartych odwiedzenia wydaje się tutaj nie mieć końca... Dlatego też wiele osób wraca w te strony wielokrotnie.

Pamiętam, jak kilka lat temu podróżowałem autobusem na trasie z południowoafrykańskiego Upington do Namibii. Usypiałem zmęczony podróżą, gdy przysiadł się do mnie pastor o buszmeńskich rysach, wracający do swojego domu na północy kraju. Zagadnął do mnie przyjaźnie i tak przez kilka kolejnych godzin rozmawialiśmy o realiach panujących w tej części świata. Po latach od tego spotkania detale toczonej dyskusji zupełnie zatarły się w mojej pamięci, ale pozostało jedno bardzo ważne zdanie: Always be aware, you’re in Africa. W wolnym tłumaczeniu: W Afryce zawsze miej oczy dookoła głowy.

Więcej…

Trzy twarze Meksyku

CancunPic.jpg

Znany meksykański kurort Cancún

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO

G0766801.jpg

W Guelaguetza w Oaxace de Juárez to barwny festiwal folklorystyczny

©SECTUR OAXACA

OLA SYNOWIEC

 „Góry, plaże, pustynie, morza, selwy – Meksyk ma wszystko!” – mówi Carlos, który już czwarty rok z rzędu spędza wakacje, podróżując po tym kraju. Pochodzi z jego stolicy – Meksyku (Ciudad de México) – i dodaje, że jego ojczyzna jest tak duża i zróżnicowana, iż na razie nie czuje potrzeby, aby miejsca na urlop szukać gdzieś dalej. W końcu Meksykańskie Stany Zjednoczone zajmują niemal taki obszar, jak jedna piąta Europy. Meksyk bez wątpienia potrafi zaoferować coś wspaniałego każdemu turyście.


ZAC_zacatecas_021.jpg

Widok na Bazylikę Katedralną w centrum historycznym Zacatecas

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO


Czekają tu na nas turkusowe morze, bajkowe plaże, ruiny prekolumbijskich budowli, pyszne jedzenie i rozbudowana oferta kulturalna. Wielkie i gwarne kurorty sąsiadują z rejonami, gdzie na horyzoncie nie zobaczymy żadnego człowieka. Co ważne, do tego północnoamerykańskiego kraju (do Cancún) można dolecieć już bezpośrednio samolotami czarterowymi z Warszawy, a ceny biletów są dość konkurencyjne, bo podobne do kosztów przelotu do Wietnamu czy Tajlandii (już od 3249 zł w obie strony, przy czym zdarzają się niekiedy atrakcyjne promocje typu last minute z taryfami w wysokości ok. 2000 zł).


Chciałabym przedstawić trzy ciekawe krainy w Meksyku: półwysep Jukatan oraz stany Oaxaca i Zacatecas. Mimo iż różnią się od siebie, każda z nich jest na wskroś meksykańska i na swój sposób prezentuje bogactwo i historię tej części Ameryki Północnej.


Jukatan Majów

Tulum_Xpedi.jpg

Prekolumbijskie miasto Majów Tulum wzniesione na 12-metrowym klifie

©EXPERIENCIAS XCARET S.A. DE C.V


Półwysep Jukatan przypomina turystyczne eldorado. Tutejsze wybrzeże Morza Karaibskiego to urzeczywistnienie wyobrażenia raju. Zrelaksowani ludzie popijający drinki z kokosa w hamaku rozpiętym w cieniu palm nad białym piaskiem pokrywającym brzeg oblewany błękitnymi wodami – taki obrazek przyciąga rocznie ponad 7 mln turystów z całego świata, którzy odwiedzają kurorty położone na Riwierze Majów (Riviera Maya) i słynne Cancún w stanie Quintana Roo. Zatrzymują się oni przede wszystkim w luksusowych hotelach w tym ostatnim 650-tysięcznym mieście, a także imprezowo-młodzieżowej miejscowości wypoczynkowej Playa del Carmen, spokojnym Akumalu oraz wciąż nieco alternatywnym Tulum, szczycącym się bez wątpienia najpiękniejszą plażą ze wszystkich ośrodków turystycznych w tym rejonie. Górują tu nad nią dumne majańskie ruiny, nieustannie przypominające o wspaniałej historii tych okolic.


Na Jukatanie znajduje się prawie 150 stanowisk archeologicznych – pozostałości po cywilizacji Majów. Najpopularniejsze wśród nich jest Chichén Itzá, wybrane 7 lipca 2007 r. jednym z siedmiu nowych cudów świata. Oprócz rajskich plaż, to właśnie położona na jego terenie słynna Świątynia Kukulkána (Kukulkán to odpowiednik azteckiego Quetzalcóatla, czyli Pierzastego Węża), przez Hiszpanów nazwana El Castillo (Zamkiem), zazwyczaj kojarzy się z półwyspem. Najwięcej osób odwiedza to miejsce w czasie równonocy wiosennej i jesiennej, kiedy to można oglądać niezwykłe widowisko – po schodach budowli ześlizguje się cień węża.


Żeby uniknąć tłumów turystów na zdjęciach, warto udać się do nieco mniej popularnych stref archeologicznych. Wśród pagórków malowniczego Uxmal poznamy boga deszczu Chaca (Chaaca), który był bardzo ważnym bóstwem w tym majańskim mieście pozbawionym naturalnych źródeł wody. W kompleksie Cobá wdrapiemy się na najwyższą na Jukatanie piramidę Majów – Nohoch Mul. Ze szczytu 42-metrowej konstrukcji rozpościera się widok na ciągnący się po horyzont las tropikalny, nad który raz na jakiś czas wzlatuje kolorowa papuga. W innych stanowiskach możemy być często jedynymi turystami i podczas odkrywania prekolumbijskich ruin poczuć się jak Indiana Jones.


Potomkowie wielkich, nie do końca zbadanych kultur wciąż mieszkają na tych ziemiach. Tereny półwyspu to jeden z regionów kraju, w którym tradycje Indian są najżywsze, a wszystkie trzy jukatańskie stany – Jukatan, Quintana Roo i Campeche – plasują się w pierwszej piątce obszarów w Meksyku, gdzie językami indiańskimi posługuje się największy procent ludności. Podstawy maja (maya yucateco) pozwolą zrozumieć poetyckie toponimy w okolicy, np. nazwa rezerwatu Sian Ka’an oznacza „miejsce, gdzie narodziło się niebo”. Wśród lagun, mokradeł i lasów namorzynowych żyje w nim 379 gatunków ptaków oraz 115 gatunków ssaków, m.in. pumy, oceloty, margaje, jaguary, tapiry, wyjce, czepiaki czarnorękie, paki nizinne, hirary amerykańskie, pekari białobrode i delfiny. Podczas wycieczki kajakiem lub łodzią ma się wrażenie, że trafiło się do filmu przyrodniczego Davida Attenborough i jest się w samym sercu niezwykłego królestwa natury.


Najbarwniejsza fiesta w krainie fauny i flory odbywa się w Rezerwacie Biosfery Celestún. Upodobały go sobie szczególnie flamingi. Zlatują na zimę w okolice miasta Mérida, aby wykonywać bajkowo kolorowy taniec, w którym róż ich skrzydeł miesza się z błękitem wody i nieba. Można je zobaczyć także na jednej z najbardziej dziewiczych wysp w pobliżu Cancún – Holbox. W odróżnieniu od innych wyspiarskich oaz spokoju, takich jak Isla Mujeres (Wyspa Kobiet) czy Cozumel, ta jest wciąż rzadko wybieranym kierunkiem wśród turystów. Tak wyglądała kiedyś podobno cała Riwiera Majów, kiedy Cancún, Playa del Carmen i Tulum stanowiły jedynie małe rybackie wioski. Na Holbox nie wjedziemy samochodem, cały czas otacza nas tu natura. Wyjątkowym przeżyciem będzie w tej okolicy pływanie z rekinami wielorybimi. Warto wziąć też lekcje kitesurfingu – spokojne w tym rejonie morze świetnie nadaje się dla początkujących.


Półwysep Jukatan i oblewające go wody to jeden z bardziej popularnych celów wypraw nurkowych. Do obejrzenia znajdującej się tuż przy brzegu karaibskiej rafy koralowej wystarczy nawet jedynie maska z rurką. Nurkować wśród koralowców w towarzystwie kolorowych ryb można praktycznie na całej długości (aż 865 km!) wybrzeża stanu Quintana Roo. W Akumalu spotkamy się z ogromnymi żółwiami zielonymi, a niedaleko Cancún odwiedzimy niesamowite podwodne muzeum MUSA (Museo Subacúatico de Arte). Na dnie spoczywa tu ponad 500 rzeźb. Z kolei prawdziwą przygodą będzie wyprawa do wypełnionych krystalicznie czystą wodą studni wapiennych zwanych cenotami.


Cały teren obecnego półwyspu Jukatan pokrywało niegdyś morze. Był on olbrzymią rafą koralową. Jego obszar wypiętrzyło uderzenie meteorytu, najprawdopodobniej tego samego, który (według jednej z teorii) wywołał wymieranie kredowe i spowodował wyginięcie dinozaurów. Potężna kosmiczna skała spadła zresztą niedaleko Méridy, gdzie można odnaleźć wielki krater o średnicy ponad 180 km zwany Chicxulub. Przez wapienne skały nowego lądu pod jego powierzchnię zaczęły spływać deszcze tworzące podziemne jeziora. Woda i korzenie drzew przebiły do nich otwory. Tak powstały cenoty. Nazwa dzonot w języku maja oznacza „studnię”. Na Jukatanie znajduje się ich – wedle różnych szacunków – od ponad 2 do 30 tys. Wypełniająca je woda, filtrowana przez wapień, jest niezwykle czysta, a podziemne jeziora zamieszkują różne interesujące zwierzęta. Jednymi z nich są małe rybki, które podczas kąpieli zrobią nam darmowy peeling. W ciemniejszych częściach cenotów zauważymy szczelnie oblepiające strop nietoperze. Oprócz tego żyją tutaj endemiczne gatunki ryb i skorupiaków, w tym stworzenia, które na skutek niedoboru światła stały się wtórnie ślepe, a następnie w wyniku ewolucji utraciły nawet oczy.


Na półwyspie nie ma praktycznie żadnych rzek ani jezior. Jedynym źródłem słodkiej wody pozostają właśnie wapienne studnie, które dawni Majowie uważali za święte. Wierzyli, że są one wejściem do majańskich zaświatów (Mitnal). Krainę tę zamieszkiwał cały szereg dziwnych bóstw i demonów, które były odpowiedzialne za zsyłanie na ziemię śmierci i chorób. Poza tym świat umarłych nie różnił się zbytnio od codziennej rzeczywistości – ludzie kontynuowali swoje dawne życie w podziemnych miastach z placami, ogrodami i... boiskiem do rytualnej gry w piłkę (ullamaliztli), ukochanego sportu prekolumbijskiego Meksyku. W cenotach umieszczano więc podarunki dla przodków oraz bogów zaświatów. Składano też w nich ofiary dla władcy deszczu Chaca, czasem – jak w Cenote Sagrado w Chichén Itzá – również z ludzi.


Jeśli zechcemy opuścić królestwo natury, powinniśmy odwiedzić Méridę – jedno z najstarszych miast w obu Amerykach (założono ją w styczniu 1542 r.) i stolicę kulturalną półwyspu Jukatan. Tutejsze zbudowane z białego wapienia centrum historyczne uchodzi za drugie największe w całym Meksyku (po Ciudad de México). Ten klimatyczny ośrodek szczyci się ogromną ofertą wydarzeń związanych z kulturą, interesującymi muzeami i galeriami, a także świetnym rękodziełem artystycznym. Mérida to najbardziej oczywiste miejsce na zakup meksykańskiego hamaka. Można go wybrać w wersji jednoosobowej lub matrimonial („małżeńskiej”), która według mieszkańców doskonale nadaje się do uprawiania starej majańskiej sztuki zwanej hamacasutrą... W tym „Białym Mieście” (Ciudad Blanca) spróbujemy też specjałów kuchni jukatańskiej: sopa de lima (zupy z limonką, kurczakiem i kawałkami tortilli), poc chuc (pikantnej wieprzowiny marynowanej w sosie z kwaśnych pomarańczy) i pollo ticuleño (kurczaka pieczonego z plasterkami banana).


Oaxaca nad Pacyfikiem


Jukatan to nie jedyny cel wyjazdów wypoczynkowych w Meksyku. Wiele do zaoferowania ma także piękny stan Oaxaca, znajdujący się na południu kraju u wybrzeży Oceanu Spokojnego. Plaże nie są tu tak zatłoczone jak w kurortach na Riwierze Majów, jest również znacznie taniej. Może się nawet zdarzyć, że na szerokim piaszczystym brzegu będziemy zupełnie sami lub tylko w towarzystwie wyruszających na połów rybaków. To właśnie na jednej z tutejszych rajskich plaż, nazywanej Cacaluta (na terenie Santa María Huatulco lub po prostu Huatulco), kręcono sceny do filmu I twoją matkę też (2001 r.) z Maribel Verdú, Gaelem Garcíą Bernalem i Diegiem Luną w rolach głównych.


Na wybrzeżu Oaxaki wciąż nie powstało zbyt wiele luksusowych kompleksów hotelowych, zatrzymamy się na nim za to tuż nad oceanem, w małej drewnianej chatce cabaña krytej palmowymi liśćmi. Swój nieodparty urok mają małe hipisowskie wioski – Zipolite ze słynną plażą nudystów oraz Mazunte, gdzie odbywają się w listopadzie koncerty jazzowe (Festival Internacional de Jazz Mazunte), a pod koniec lutego i na początku marca festiwal cyrkowy (Festival de Circo en Mazunte). W tej ostatniej miejscowości zapoznamy się z żółwiami morskimi, którymi opiekuje się Centro Mexicano de la Tortuga. Można też tutaj ponoć zobaczyć najbardziej magiczny zachód słońca na całym wybrzeżu. Każdego dnia wspólne kontemplowanie tego widoku, zazwyczaj przy dźwięku bębnów, odbywa się na Punta Cometa – najdalej na południe wysuniętym przylądku Ameryki Północnej wychodzącym na Pacyfik. Miejsce to dla kultur prekolumbijskich miało znaczenie strategiczne i rytualne i do dziś uchodzi za źródło mocy.


Mniej więcej 65 km dalej leży mekka surferów – Puerto Escondido. Otóż Ocean Spokojny, wbrew swojej nazwie, wcale spokojny nie jest, a Atlantyk to przy nim – jak mówią Meksykanie – nudny i grzeczny kuzyn. Fale w tym rejonie osiągają wysokość nawet 6 m, a tutejsza 3-kilometrowa Playa Zicatela znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepszych plaż do surfowania na świecie. Dla początkujących miłośników tego sportu lepsza będzie znana z bardziej sprzyjających warunków La Punta, a jeśli ktoś chce jedynie popływać, powinien wybrać Manzanillo albo Puerto Angelito. Jeżeli szukamy natomiast pięknych widoków, warto udać się na Carrizalillo albo Bacocho. Wszystkie z wymienionych miejsc położone są w Puerto Escondido. W innej popularnej miejscowości turystycznej, Huatulco, jest aż 36 plaż, i to leżących w 9 malowniczych zatokach!


Urokliwe zachody słońca, romantyczne klify, ciche zakątki, które możemy mieć tylko dla siebie – wybrzeże należy do niewątpliwych skarbów stanu Oaxaca. Wiele ciekawych miejsc znajduje się także w głębi lądu. Jedno z nich stanowi stolica stanu, nosząca tę samą co on nazwę – Oaxaca (Oaxaca de Juárez). Kolonialna architektura, kolorowe budynki, klimatyczne uliczki i urocze zaułki przyciągają amerykańskich i zachodnioeuropejskich seniorów, którzy decydują się spędzić tu swoją emeryturę. Miasto działa jak magnes również na artystów. Nie ma w nim wieczoru bez wernisażu albo innego wydarzenia kulturalnego. Meksykanie śmieją się, że w Oaxace ludzie przy nawiązywaniu znajomości po zwyczajowym zwrocie Jak się miewasz? pytają się o to, jaką sztuką zajmuje się na co dzień ich rozmówca.


Stolica stanu słynie z rękodzieła. Tutejsze przepiękne tkaniny można podziwiać w Muzeum Tekstyliów (Museo Textil de Oaxaca) lub po prostu w trakcie wizyty w lokalnych sklepach i na targach, które są także swojego rodzaju rękodzielniczymi galeriami. Natkniemy się na nie co chwilę podczas spaceru po spokojnym centrum miasta. W witrynach sklepowych rozgościła się kolorowa meksykańska sztuka. Z wielu półek spogląda na nas osobliwa ferajna dziwnych barwnych zwierząt: osioł ze skrzydłami motyla, kogut z rogami byka, lew z głową orła. To alebrijes – rzeźby cudacznych kreatur, które kiedyś przyśniły się pewnemu artyście. Pedro Linares (1906–1992) leżał w łóżku z wysoką gorączką i we śnie ujrzał te niezwykłe stworzenia. Kolorowe zwierzęta otoczyły go i zaczęły wykrzykiwać jedno bezsensowne słowo: Alebrijes!. Postanowił więc odtworzyć je w postaci figur z papier-mâché. Dzisiaj jego nocne widziadła zobaczymy tutaj w co drugim sklepie z rękodziełem artystycznym. Senne majaki Linaresa stały się jednym z symboli Oaxaki.


Miasto znane jest również ze swojej kuchni. Jak w raju poczują się w nim miłośnicy słodyczy. O ile samo kakao pochodzi ze stanu Tabasco i południa Chiapas, to właśnie Oaxaca słynie z najlepszej czekolady. Przy ulicy Francisca Javiera Miny można spróbować jej bezpośrednio u wytwórców. To tu znajdziemy najlepsze meksykańskie marki: od dużych producentów takich jak Chocolate Mayordomo aż po małe rodzinne firmy z tradycjami. Ten słodki specjał podaje się w formie gorącego napoju albo jako mole – pikantny sos do kurczaka. Przepis na tę ostatnią intrygującą potrawę zawiera długą listę starannie dobranych składników, w tym prażone ziarna i nasiona, suszone owoce, liczne przyprawy, orzechy i papryczki chili. Innym lokalnym przysmakiem są chapulines, czyli smażone koniki polne. Bez trudu dostaniemy je na tutejszych targach i bazarach. Mówi się, że jeśli ktoś ich spróbuje, to z pewnością wróci do Oaxaki.


Jeżeli do powrotu nie przekonają nas chrupiące owady, być może uczyni to mezcal. Miasto uchodzi za nieoficjalną stolicę producentów tego meksykańskiego trunku, wyrabianego z agawy. Ma on status niemal kultowego napoju i panaceum na wszelkie życiowe problemy. Meksykanie zwykli o nim mawiać: Para todo mal – mezcal, para todo bien – también („Na całe zło – mezcal, na wszystko, co dobre – też”). Serwujące go mezcalerie to bardzo popularny w kraju rodzaj lokalu, przypominający polskie bary z wódką i zakąską, tyle że jako zagryzkę podaje się w nich smażone koniki polne. Ten meksykański alkohol często kojarzy się także z innym owadem – pływającą w butelce larwą ćmy. Wbrew obiegowej opinii, jej obecność wcale nie świadczy o wysokiej jakości trunku. Wręcz przeciwnie, w najlepszych mezcalach się jej nie umieszcza.


Mimo tych wszystkich atrakcji nie powinniśmy się zbytnio zasiedzieć w stolicy stanu, bo jej okolice mają również wiele ciekawego do zaoferowania. Hierve el Agua w osadzie San Isidro Roaguía wygląda jak skamieniały wodospad przeniesiony z księżycowego krajobrazu. W rzeczywistości to formacje skalne, które powstawały przez tysiące lat. Na ich szczycie znajdują się źródła tworzące niewielkie jeziora. Gdy leży się w turkusowej wodzie tuż przy krawędzi przepaści z widokiem na pobliskie pasmo górskie, odnosi się wrażenie, że trafiło się w sam środek obrazu Salvadora Dalego (1904–1989). Na wierzchołku innej góry położonej w sąsiedztwie Oaxaki de Juárez odkryjemy natomiast pozostałości dawnej stolicy Zapoteków – Monte Albán. Z ruin rozciąga się zapierająca dech w piersiach panorama okolicznych wzniesień i dolin.


Oaxaca jest jednym ze stanów o największym procencie ludności rdzennej i słynie ze świetnie zachowanych tradycji ludowych. Wiele z tutejszych fiest ma swoje korzenie w rytuałach sprzed chrystianizacji. W mieście Juchitán de Zaragoza od czasów prekolumbijskich utrzymuje się także podział na trzy płcie: kobiety, mężczyzn i muxes, czyli osoby, które urodziły się mężczyznami, ale mówi się do nich w rodzaju żeńskim. Przedstawiciele tej ostatniej grupy podczas swojego dorocznego święta w listopadzie zakładają pięknie wyszywane i kolorowe bluzki zwane huipilami oraz kwieciste spódnice i wykonują regionalne tańce. Z kolei największą lokalną imprezą jest Guelaguetza – odbywający się w lipcu w Oaxace de Juárez barwny festiwal wszelkich ludowych tradycji.


Zacatecas ze srebra


O ile w Oaxace ludność rdzenna stanowi ok. 50 proc., to już w Zacatecas – tylko niespełna 3 proc. Mimo niewielkiej populacji Indian jest to region niezmiernie ważny dla kolonialnej historii kraju. Chociaż dość rzadko odwiedzany przez turystów, ma czym zaciekawić podróżników, szczególnie tych, których interesuje turystyka aktywna i kulturowa. Podczas wizyty w tym stanie zobaczymy zupełnie inną twarz Meksyku niż na Jukatanie i w Oaxace, co tylko zachęci nas do dalszego odkrywania fascynującej ojczyzny Meksykanów.


Stolica regionu, mająca tę samą co on nazwę, została założona w 1546 r., a powstała na fali gorączki srebra. Lokalne kopalnie uczyniły z kraju największego producenta tego metalu na świecie, która to sytuacja utrzymuje się do dziś. Na początku XIX w. sam tylko stan Zacatecas dostarczał 20 proc. światowego zapotrzebowania na ten kruszec. Zaledwie 10 min. od centrum stolicy znajduje się Mina El Edén – jeden z zakładów wydobywczych, działający w latach 1586–1960. W otworzonym dla zwiedzających w 1975 r. obiekcie można oglądać oryginalne mosty, klatki schodowe i maszyny górnicze oraz przetańczyć noc w La Mina Club. To podobno jedyny klub nocny na świecie utworzony w kopalni. Żeby bawić się 280 m pod ziemią, trzeba najpierw pokonać odcinek o długości 650 m specjalną kolejką, która zawozi pasażerów do dawnych komór.


Dzięki dochodom z wydobycia srebra wybudowano w Zacatecas jedne z najpiękniejszych meksykańskich kościołów i klasztorów. To drugie najwyżej położone duże miasto w kraju (rozciągające się na średniej wysokości ok. 2430 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach. Jego architektura została dostosowana do górzystego ukształtowania terenu, a budynki są prawdziwymi dziełami sztuki. Zabudowania mają kolor żółtopomarańczowy, a wspaniale oświetlone w nocy sprawiają wrażenie złotych. W dawnych kompleksach kościelnych znajdziemy dwa ważne muzea. W kolegium jezuitów, następnie należącym do dominikanów, funkcjonuje obecnie Museo Pedro Coronel, gdzie możemy podziwiać jedną z większych kolekcji sztuki w Meksyku. Zebrano w nim dzieła takich artystów jak Salvador Dalí, Pablo Picasso, Joan Miró, Marc Chagall, Eugène Delacroix czy Georges Braque. Z kolei brat Pedra, Rafael, zgromadził największy na świecie zbiór meksykańskich masek liczący ponad 10 tys. egzemplarzy. Obejrzymy je w Museo Rafael Coronel w niegdysiejszym Klasztorze św. Franciszka, jednym z najstarszych na północy Meksyku, ufundowanym pod koniec XVI stulecia. To jednak tylko dwie z licznych placówek muzealnych Zacatecas, w którym tętni życie kulturalne i odbywa się wiele festiwali i ważnych wydarzeń.


Stolica stanu najlepiej prezentuje się z góry, z legendarnego wzgórza Bufa (Cerro de la Bufa – ok. 2650 m n.p.m.). Z historycznego centrum dostaniemy się na nie w 7 min. teleférico, czyli kolejką linową. Miejsce to było cichym świadkiem rewolucji meksykańskiej (1910–1920). To właśnie tutaj 23 czerwca 1914 r. rozegrała się jedna z jej największych bitew – toma de Zacatecas (bitwa o Zacatecas). Francisco Pancho Villa (1878–1923) pokonał w tym rejonie armię 12 tys. żołnierzy generała Luisa Mediny Barróna (1873–1937). Na wzgórzu znajduje się muzeum upamiętniające to wydarzenie. Zgromadzono w nim ubrania, broń, działa, makiety, gazety, zdjęcia i dokumenty z tego okresu, a przed budynkiem ustawiono pomniki wielkich przywódców rewolucji meksykańskiej.


Cały Meksyk usiany jest wspaniałymi pamiątkami po kulturach prekolumbijskich, więc także w Zacatecas leży kilka interesujących stref archeologicznych, takich jak Altavista (Chalchihuites), La Quemada czy El Teúl, czyli najstarsze miejsce w Ameryce Łacińskiej, w którym wytapiano miedź. Ten stan spodoba się też miłośnikom turystyki aktywnej. Park Narodowy Sierra de Órganos to świetna okolica na trekking, wspinaczkę bądź jazdę rowerem górskim. Erozja wietrzna nadała tutejszym górom niesamowite kształty – wyglądają jak katedry, wieże i zamki. U ich podnóży kręcono m.in. Działa Navarony (1961 r.) z Anthonym Quinnem i Gregorym Peckiem w rolach głównych i Jaskiniowca (1981 r.) z Ringo Starrem. Parkowa infrastruktura została wyśmienicie przygotowana – są tu np. specjalne miejsca z grillem, gdzie można rozbić namiot. Poza tym w tym rejonie zatrzymamy się również w domkach kempingowych. Jak mówi hasło promocyjne stanu: Zacatecas, Suena Bien!, czyli „Zacatecas, brzmi dobrze!”. Z pewnością warto odwiedzić ten region Meksyku, w którym czeka na nas mnóstwo niezapomnianych wrażeń.