AR PN COSTA06 PLAYAS DEPORTES SURF 087

Wybrzeże Pacyfiku w Ekwadorze jest idealne do uprawiania surfingu

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

Aleksandra Świstow

www.pojechana.pl 

 

Jest taki kraj w Ameryce Południowej, w którym występują aż cztery regiony fizyczno-geograficzne – Amazonia, góry („sierra”), wybrzeże („costa”) i słynny archipelag Galapagos, 15 proc. wszystkich gatunków ptaków żyjących na naszej planecie, 6 tys. gatunków motyli i aż 3 tys. odmian storczyków, mimo iż zajmuje on powierzchnię mniejszą niż Polska. Stąd pochodzi aż 10 proc. wszystkich gatunków roślin i 8 proc. wszystkich gatunków zwierząt na świecie. To właśnie Ekwador – najmniejsze z andyjskich państw. „Ecuador” oznacza po hiszpańsku „równik”. Linia najdłuższego równoleżnika Ziemi przecina północną część kraju.

 

Ekwador oszałamia bujnością i różnorodnością przyrody. Po kilku godzinach podróży samochodem lub autobusem można tu przenieść się z piaszczystych plaż nad Oceanem Spokojnym w majestatyczne Andy i pod ośnieżone wierzchołki wulkanów czy w okolicę kipiącego życiem dorzecza Amazonki. Do terytorium państwa należą również położone w odległości ok. 1 tys. km od brzegów Ameryki Południowej egzotyczne wyspy Galapagos – kraina wielu endemicznych (czyli nie występujących nigdzie indziej na świecie) gatunków roślin i zwierząt.

 

I choć to nieokiełznane piękno natury stało się wizytówką Ekwadoru, znajdą w nim coś dla siebie także miłośnicy klasycznej architektury i lokalnych kultur. W kraju tym żyje kilkanaście grup etnicznych zachowujących swoje odrębne tradycje, a historyczne centra dwóch jego dużych i ważnych miast (Quito i Cuenki) z przepiękną zabudową zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

MIASTO WŚRÓD SZCZYTÓW

 

21850831960 6e45723fc1 o

Wieże Bazyliki Narodowego Ślubowania z figurą Virgen de Quito w tle

© QUITO TURISMO

 

Naszą podróż zaczynamy w ekwadorskiej stolicy – Quito – położonej na wschodnich zboczach czynnego wulkanu Pichincha (4784 m n.p.m.). Już w drodze z lotniska, gdy jedziemy zatłoczonymi, chaotycznie poprowadzonymi ulicami, nad którymi zwisa plątanina elektrycznych kabli, mamy szansę poczuć niepowtarzalny latynoski klimat miasta. Za oknami taksówki przewijają się kontrastowe obrazki. Składają się na nie kolorowe witryny sklepów, barwne indiańskie stroje, zaśmiecone chodniki i czekający na jałmużnę żebracy. I choć pierwsze wrażenie może przytłaczać, warto poświęcić kilka dni na zwiedzanie 3-milionowego Quito, ponieważ znajduje się w nim największe i jedno z najpiękniejszych historycznych centrów w Ameryce Łacińskiej. Wśród kolonialnych budynków wyróżniają się majestatyczne świątynie, w tym najsłynniejszy, bogato zdobiony złotem Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de la Compañía de Jesús), usytuowany w sąsiedztwie placu Niepodległości (Plaza de la Independencia, zwanego również Plaza Grande). W tym miejscu stoi także imponujący gmach siedziby rządu i oficjalnej rezydencji prezydenta Republiki Ekwadoru – Palacio de Carondelet – w neoklasycystycznym hiszpańskim stylu i otoczony zielenią wysoki pomnik upamiętniający odzyskanie niepodległości. Koniecznie należy odwiedzić olbrzymią Bazylikę Narodowego Ślubowania (Basílica del Voto Nacional) z dwoma 115-metrowymi wieżami, z których można podziwiać panoramę miasta. Historyczny rejon Quito umieszczono, jak wspomniałam na wstępie, na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (już 8 września 1978 r.). Opiekę nad stolicą zdaje się sprawować uskrzydlona Madonna (Virgen de Quito, Virgen de El Panecillo), czyli 41-metrowa figura Matki Boskiej ustawiona na szczycie wzgórza El Panecillo (3016 m n.p.m.), widoczna nawet z odległych dzielnic. Tło dla tego wszystkiego stanowią malownicze ośnieżone szczyty górskie i stożki wulkanów – wszak miasto leży na wysokości ok. 2700 m n.p.m.

 

NA RÓWNIKU

 

Zaledwie ok. 25 km na północ od centrum Quito możemy odbyć niezwykły spacer po dwóch półkulach Ziemi jednocześnie. Mitad del Mundo, czyli Środek Świata, to miejsce, gdzie wzniesiono w latach 1979–1982 30-metrowy monument, od którego ciągnie się żółta linia symbolizująca równik. Jak się okazało pod koniec XX w. (dzięki pomiarom w technologii GPS), została ona mylnie wyznaczona, bo ten w rzeczywistości znajduje się mniej więcej 240 m na północ stąd. W małej osadzie, będącej repliką hiszpańskiego miasta kolonialnego, otaczającej olbrzymi pomnik, warto zajrzeć do Muzeum Etnograficznego (Museo Etnográfico Mitad del Mundo) i prywatnej placówki Museo de Sitio Intiñan. Osoby odwiedzające tę ostatnią mogą przeprowadzić niezwykłe eksperymenty przedstawiające działanie prawa grawitacji, np. postawić surowe jajko na gwoździu lub spuścić wodę z wanienki na równiku, aby zaobserwować, że spływając, nie tworzy ona wiru kręcącego się w prawo bądź lewo. Przewodnik zaproponuje nam też przejście po linii najdłuższego równoleżnika Ziemi z zamkniętymi oczami i rękami wyciągniętymi na boki, czyli nad oboma półkulami – nie przemierzymy nawet kilku metrów, prawa fizyki na to nie pozwolą. 

 

Miłośników przyrody i aktywności na świeżym powietrzu przyciąga natomiast położony w pobliżu Mitad del Mundo Rezerwat Geobotaniczny Pululahua (Reserva Geobotánica Pululahua) z jednym z najpotężniejszych kraterów wulkanicznych Ameryki Południowej (o średnicy ponad 5 km), w którego wnętrzu znajdują się pola uprawne, hodowle zwierząt, wioska, a także hostele i kilka restauracji. Turyści mogą w tym miejscu również sprawdzić, jak mieszka się w środku wulkanu.

 

WIELOBARWNA MOZAIKA

 

Malowniczymi i niezmiernie krętymi górskimi drogami wiodącymi dalej na północ dojedziemy do Otavalo (ok. 110 km od Quito), słynnego na cały świat dzięki tkackim tradycjom kultywowanym przez tutejszych Indian od XVI w. i największemu targowisku z rzemiosłem artystycznym w Ameryce Południowej. Wyroby w bajecznie kolorowe pasy, ozdobione wzorami w lamy, kwiaty, pejzaże, indiańskie twarze i śniegowe płatki, tkane z bawełny i ciepłej wełny alpaki, swetry, poncha, czapki z pomponami i gobeliny wyłożone na stoiskach rozstawionych na ulicach i placach w centrum miasta przyprawiają przechodniów o zawrót głowy. Etniczną biżuterię, drewniane rękodzieło, udekorowane piórami łapacze snów (atrapasueños), ręcznie robione lalki i tandetne pamiątki chińskiej produkcji – to też można tu znaleźć. Jeszcze większą atrakcją są sami sprzedawcy: mężczyźni z długimi, kruczoczarnymi włosami spiętymi w warkocz, w niebieskich ponchach i tradycyjnych filcowych indiańskich kapeluszach na głowie, kobiety w białych koszulach zdobnie haftowanych w barwne kwiaty, długich, złotych kolczykach i misternie plecionych koralikach na szyi i nadgarstkach. 

 

W poszukiwaniu odpoczynku od gwaru targowiska warto wybrać się pod pobliski imponujący 30-metrowy wodospad Peguche (1821 m n.p.m.) lub na oddalony od Otavalo o zaledwie niecałe 25 km dziki kemping nad mieniącą się wszystkimi odcieniami granatu laguną Cuicocha. Ta ostatnia leży w szerokiej na 3 km kalderze powstałej ok. 3,1 tys. lat temu w wyniku wybuchu odbijającego się dziś w jej tafli wulkanu Cotacachi (4944 m n.p.m.). Tu odnajdziemy błogą ciszę i spokój oraz oszałamiające piękno natury.

 

KRAINA WULKANÓW

 

Drogą Panamerykańską (Carretera Panamericana), która biegnie od Alaski aż do miasta Ushuaia w Argentynie, dotrzemy do centrum Ekwadoru, nazwanego w 1802 r. przez niemieckiego podróżnika i badacza Alexandra von Humboldta (1769–1859) Aleją Wulkanów (Avenida de los Volcanes) – wyrasta ich w tym rejonie ponad 70! Jedne usnęły na wieki, inne tylko drzemią. Ich ośnieżone stożki odcinają się iskrzącą bielą od błękitnego nieba, a wokół niesie się wulkaniczny pył, wiatr muska gałęzie endemicznych andyjskich drzew, jak np. quishuar (Buddleja incana) czy polylepis (yagual), w suchych zaroślach żerują stada płochliwych wikuni, w górze krążą sokoły (karakary) i kondory. Nad tą niezwykłą krainą góruje wygasły wulkan Chimborazo o wysokości 6263,47 m n.p.m. Można go uznać za najwyższy szczyt na świecie, jeśli przy pomiarze weźmie się pod uwagę odległość od środka Ziemi. Kula ziemska nie ma idealnego kształtu i jest spłaszczona na biegunach. Najdalej od środka planety leżą więc obszary w okolicy równika, a Chimborazo wznosi się właśnie blisko jego linii. Drugi co do wielkości i popularności wulkan Ekwadoru stanowi wciąż aktywny Cotopaxi (5897 m n.p.m.). Ze względu na idealny, wręcz wzorcowy kształt stożka uchodzi on za jeden z najpiękniejszych szczytów wulkanicznych na naszym globie.

 

Doskonałym sposobem na oglądanie tego niezwykłego krajobrazu, który czasem przypomina tło filmu o inwazji na obcą planetę, jest przejażdżka pociągiem zwanym Nariz del Diablo (Nos Diabła). Jego trasa biegnie od miasteczka Alausí do Sibambe wzdłuż głębokich przepaści i wąskich przełęczy. Ekwadorczycy z dumą mówią, że dostarcza ona największych wrażeń ze wszystkich linii kolejowych na świecie. Miłośnicy sportów ekstremalnych, którzy ściągają tu z całego globu, wolą przyglądać się wulkanom z bliska – korzystają z mnóstwa tutejszych spektakularnych szlaków wspinaczkowych i trekkingowych, odpowiednich również dla bardzo wymagających amatorów zdobywania górskich szczytów.

 

MOC GORĄCYCH ŹRÓDEŁ

 

Po trudach wspinaczki nie ma nic lepszego na obolałe mięśnie niż relaks w gorących źródłach. W krainie wulkanów ich przecież nie brakuje. Na taki właśnie odpoczynek, ale i aby skorzystać z rozrywek podnoszących poziom adrenaliny, turyści zjeżdżają do kipiącego zielenią ekwadorskiego uzdrowiska termalnego Baños (Baños de Agua Santa), położonego pomiędzy parkami narodowymi Sangay i Llanganates. To tu można zażywać na przemian lodowatych i gorących kąpieli, w dodatku z cudownym widokiem na ośnieżone szczyty, w jednym z wielu naturalnych basenów, jak np. leżący tuż przy wodospadzie Cabellera de la Virgen kompleks Las Piscinas de la Virgen (działający już od 24 maja 1928 r.). Także tutaj pobujamy się na owianej legendami huśtawce zawieszonej przy Casa del Árbol (czyli Domku na Drzewie), zwanej huśtawką na końcu świata, z której podziwiać będziemy przepiękny aktywny wulkan Tungurahua (5023 m n.p.m.). W tym rejonie wybierzemy się też na 3-godzinną wycieczkę rowerem Trasą Wodospadów (Ruta de las Cascadas) wzdłuż malowniczego kanionu. Najwyższa z kaskad (80-metrowa) to wściekle kipiący hektolitrami wzburzonej wody Kocioł Diabła (Cascada Pailón del Diablo). Poza tym na szlaku znajduje się m.in. o wiele mniej popularny (a więc również mniej oblegany), położony zaledwie niecałe 3 km dalej wodospad Machay, przy którym można się kąpać. Oprócz tego w okolicy Baños skoczymy na bungee, będziemy uprawiać rappelling, zmierzymy się z rwącym prądem rzeki w kajaku lub pontonie, polatamy na paralotni, pojeździmy konno, zjedziemy tyrolką (canopy), wejdziemy na obrośnięte tropikalną zielenią skały, zdobędziemy ośnieżone górskie szczyty, spędzimy czas na zabawie do białego rana w licznych barach albo po prostu pospacerujemy wśród wysokich palm i pól trzciny cukrowej. Tutaj na pewno każdy znajdzie coś dla siebie.

 

BUJNA AMAZOŃSKA ZIELEŃ

 

AR PN AMAZONIA21 FAUNA YASUNI 031

Kajmany spotkamy m.in. w rejonie rozlewisk rzecznych w Amazonii

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

Wschodni obszar Ekwadoru zajmuje część Niziny Amazonki (ponad 120 tys. km² powierzchni) porośnięta wilgotnym lasem równikowym. To prawdziwe królestwo zwierząt, w którym przy odrobinie szczęścia zobaczymy różowe delfiny, czyli inie amazońskie, a także pancerniki, tapiry, wspaniałe hoacyny, tukany, papugi ary, maleńkie kolibry i olbrzymie kopce termitów. Gdy zostaniemy w tej tętniącej życiem krainie na noc, migotać będą nam nad głowami całe chmary ogromnych świetlików i dostaniemy szansę wytropienia kajmanów. Podczas rejsu po rzece Napo (Río Napo), dopływie Amazonki, możemy zaryzykować kąpiel z piraniami, a w ramach pieszej wycieczki po tropikalnej selwie pod czujnym okiem doświadczonego przewodnika z miejscowego plemienia odkryjemy tajemnice tego niepowtarzalnego ekosystemu. Marsz wśród palm, kauczukowców i mahoniowców urozmaicimy sobie bujaniem się na lianie wzorem literackiego Tarzana.

 

KOLONIALNY OŚRODEK W ANDACH

 

Jeśli podążymy Drogą Panamerykańską na południe, dotrzemy do najpiękniejszego miasta Ekwadoru – Santa Ana de los Cuatro Ríos de Cuenca, zwanego w skrócie po prostu Cuencą. Jej zabytkowe kolonialne centrum znajduje się od 1999 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Czyste, wąskie uliczki, przy których tuż obok siebie stoją kryte czerwoną dachówką kamienice z fantazyjnie zdobionymi fasadami i balkonami w ażurowe wzory, rozchodzą się gęstymi serpentynami z obsadzonego tropikalnymi oleandrami i jakarandami głównego parku – Parque Calderón. Na jego środku umieszczono pomnik urodzonego tu Abdóna Calderóna (1804–1822). Ten bohater Ameryki Południowej wsławił się walką o niepodległość. W tym rejonie znajdują się jedne z najważniejszych budynków miasta: Stara Katedra (Catedral Vieja – jej budowę w drugiej połowie XVI w. rozpoczęli Hiszpanie), dziś zmieniona w muzeum sztuki sakralnej, i imponująca Nowa Katedra (Catedral Nueva) z charakterystycznego różowego kamienia, z wnętrzem bogato zdobionym złotem, tak ogromna, że tutejsi mieszkańcy zwykli mówić, iż mogłaby pomieścić prawie ich wszystkich jednocześnie.

 

Piękna architektura jest jednym z atutów Cuenki, kolejny stanowi jej malownicze położenie (na wysokości ok. 2450 m n.p.m.) wśród andyjskich szczytów nad rzeką Tomebamba, która przecina centrum. Zapierającą dech w piersiach panoramę można podziwiać z Mirador de Turi, punktu widokowego usytuowanego na wzgórzu tuż za miastem. Góry przyciągają tu amatorów wspinaczki, trekkingów, wycieczek pieszych i konnych. Do tego miejsca w Ekwadorze przyjeżdżają również miłośnicy lokalnych kultur i inkaskich ruin, do których prowadzi z Cuenki specjalna trasa rowerowa, a także emeryci z całego świata, zachęcani oferowanymi przez ekwadorski rząd preferencyjnymi warunkami stałego pobytu. Jednak zdecydowanie największą atrakcją miasta jest bliskość Parku Narodowego Cajas (Parque Nacional Cajas). Podczas trekkingu wśród setek błękitnych jezior i lagun zobaczyć można żyjące na wolności kondory olbrzymie, kuguary (pumy płowe), jaguarundi, oceloty, niedźwiedzie andyjskie (andoniedźwiedzie okularowe), tapiry górskie, karakary, kolibry i tukany.

 

W Cuence koniecznie należy wybrać się do manufaktury tradycyjnych kapeluszy panama, które wbrew nazwie pochodzą właśnie z Ekwadoru. Te oryginalne wyplatane są ręcznie z włókien z liści łyczkowca dłoniastego (hiszp. toquilla), a następnie barwione na biało naturalnym minerałem. Im drobniejsze włókna i równiejszy splot, tym wyższa cena takiej oryginalnej pamiątki.

 

ODPOCZYNEK NAD PACYFIKIEM

 

GALAPAGOS PAISAJES186

Uszanki i kotiki galapagoskie zupełnie nie boją się turystów

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

Na zachodnich krańcach Ekwadoru leżą niekończące się piaszczyste plaże oblewane falami Oceanu Spokojnego. Jeśli z Quito ruszymy na północny zachód, serpentyny górskich dróg szybko sprowadzą nas na nizinne tereny. Pierwszym przystankiem na naszej trasie będzie największe miasto północnego wybrzeża – niemal 200-tysięczne Esmeraldas. Większość podróżników traktuje to miejsce wyłącznie jako punkt zaopatrzeniowy i szybko stąd ucieka, gdyż nie ma w nim nic szczególnie urokliwego. Jeśli jednak coś nas tu zatrzyma, pamiętajmy, że wystarczy wsiąść w autobus, aby po 30 min. znaleźć się na brzegu oceanu skąpanym w równikowym słońcu.

 

Bardziej wymagający turyści powinni wybrać się do kurortów Same i Súa, gdzie czekają czyste i ciche plaże otoczone luksusowymi hotelami. Playa Escondida (Ukryta Plaża) natomiast jest prawdopodobnie najspokojniejsza w całym Ekwadorze, ponieważ znajduje się na terenie rezerwatu. Choć pokrywa ją nie najbielszy piasek i odłamki skał poddawanych sile oceanu, miłośnicy dziewiczej przyrody z pewnością docenią jej dziki charakter.

 

Jeśli chcemy uciec od turystycznego zgiełku, weźmy pod uwagę rozległą plażę w Mompiche, słynącym z wyśmienitych owoców morza. Nie znajdziemy tu barów otwartych do późnej nocy ani stoisk z pamiątkami, a tylko cichą rybacką wioskę, zachwycającą pocztówkowymi widokami i doskonałą do tego, żeby oddać się słodkiemu lenistwu i zrelaksować z książką w ręku.

 

Pogromcy wysokich, spienionych fal upodobali sobie szczególnie miasteczko Canoa. Po szaleństwach na desce surfingowej można tutaj odpocząć na białym, miękkim piasku w uroczym otoczeniu kolorowych rybackich łodzi i pasiastych parasoli plażowych. Jeśli interesują nas raczej całonocne imprezy z mocnymi i tanimi drinkami, wakacyjny raj na ziemi odnajdziemy w miejscowości Montañita, którą albo się kocha, albo nienawidzi. Poszukiwacze najpiękniejszych plaż w Ekwadorze nie mogą ominąć tej w Parku Narodowym Machalilla (Parque Nacional Machalilla). Otoczona klifami Playa de Los Frailes jest łatwo dostępna z nadmorskiego, ale – niestety – niezbyt ciekawego miasta Puerto López.

 

OSTATNIE KRÓLESTWO NATURY

 

Choć w kontynentalnej części Ekwadoru, wyjątkowo ciekawej pod względem krajobrazowym i przyrodniczym, czeka wiele atrakcji, prawdziwym magnesem przyciągającym do tego kraju turystów z najdalszych zakątków naszego globu pozostaje oddalony o ok. 1 tys. km od wybrzeża Ameryki Południowej niesamowity archipelag Galapagos, czyli Wyspy Żółwie.

 

We wrześniu 1835 r. do jego czarnych wulkanicznych plaż dotarł w trakcie wyprawy dookoła świata angielski przyrodnik Karol Darwin (1809–1882), który w swojej książce Podróż na okręcie Beagle (The Voyage of the Beagle) pisał: Widok wzniesień zwieńczonych kraterami i doskonale zachowanych strumieni zastygłej lawy pozwala nam wierzyć, że w stosunkowo nieodległej epoce geologicznej rozpościerał się tutaj niezmierzony ocean. Dlatego – w czasie i przestrzeni – znajdujemy się bardzo blisko największego z wydarzeń, tajemnicy tajemnic – pojawienia się pierwszych istot żywych na ziemi. To m.in. na podstawie obserwacji fauny i flory na tych oddalonych od kontynentu wysepkach powstałych kilka mln lat temu z zastygłej lawy uczony stworzył teorię ewolucji i podważył wiedzę o pochodzeniu życia na naszej planecie.

 

Galapagos to prawdziwy raj dla miłośników zwierząt, zarówno tych występujących na lądzie, jak i w wodzie. Ogromna odległość od kontynentu, brak naturalnych wrogów i tysiące lat bez niczyich odwiedzin sprawiły, że żyjące na archipelagu stworzenia nie boją się człowieka. Tylko tutaj głuptaki niebieskonogie spacerują między nogami turystów, uszanki i kotiki galapagoskie wygrzewają się na ławkach, pingwiny równikowe i legwany lądowe i morskie też nic sobie nie robią z obecności ludzi, a lokalny gatunek kormorana (kormoran nielotny) nie mający powodów do ucieczki w powietrze stał się nielotem.

 

Najsłynniejszym przedstawicielem fauny z Galapagos są ogromne (osiągające wagę nawet ponad 400 kg) żółwie słoniowe, od których region wziął swoją nazwę. Co ciekawe, w zależności od wyspy będącej ich siedliskiem różnią się kształtem skorupy, co potwierdza teorię ewolucji i przystosowywania się organizmów do środowiska życia. To właśnie te długowieczne zwierzęta (dożywające niekiedy 170 lat) przyciągały na archipelag piratów, którzy odkryli, że gady mogą przeżyć długie miesiące bez wody i pożywienia, więc są doskonałym źródłem świeżego mięsa na statku. W 1708 r. na Galapagos dotarł szkocki żeglarz i korsarz Alexander Selkirk (1676–1721). Jego przygody były inspiracją dla angielskiego pisarza Daniela Defoe (ok. 1660–1731) do napisania słynnej powieści Przypadki Robinsona Crusoe (wydanej w 1719 r.).

 

I dziś poczujemy się na Wyspach Żółwich jak prawdziwi odkrywcy, obcujący z niespotykaną nigdzie indziej na świecie surową przyrodą. Można tu pływać z osiągającymi nierzadko 3 m długości żarłaczami galapagoskimi, obserwować niezwykły taniec godowy głuptaków niebieskonogich, podejść na odległość metra do endemicznych legwanów morskich (jedynych jaszczurek żywiących się w morzu) przypominających swoim wyglądem czarne smoki z dziecięcych bajek i podróżować rozkołysanymi statkami między różnymi ekosystemami.

 

Który z niezwykłych, zupełnie różnych od siebie światów Ekwadoru wybrać? To wyjątkowo trudna decyzja, dlatego turyści wracają często w te strony rok po roku, żeby odkrywać kolejne tajemnice, obcować z dziką naturą, zdobywać ośnieżone wulkaniczne szczyty, zgłębiać szamańskie praktyki, surfować na wzburzonych falach Oceanu Spokojnego, próbować osobliwych lokalnych dań, jak np. pieczona świnka morska (kawia domowa) czy stek z lamy, zwiedzać inkaskie ruiny, wsłuchiwać się w odgłosy amazońskiego lasu, latać na paralotni albo po prostu relaksować się na pięknych piaszczystych plażach lub w naturalnych gorących źródłach. Tyle krain, atrakcji, niespodzianek i sekretów czeka na nas w jednym niedużym kraju w Ameryce Południowej. 

Artykuły wybrane losowo

Euro 2012 – szczęśliwa trzynastka

MICHAŁ DOMAŃSKI

 


   FOT STADION.LVIV.UA

Milowymi krokami zbliżają się XIV Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej 2012, oficjalnie UEFA EURO 2012™. Do ich rozpoczęcia pozostało już jedynie kilkadziesiąt dni. Odbędą się one w Polsce i na Ukrainie od 8 czerwca do 1 lipca br. Jest to największa impreza sportowa na Starym Kontynencie i trzecia – pod względem zainteresowania kibiców i widzów – na całym globie (po Letnich Igrzyskach Olimpijskich i Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej). Turniej zacznie się na Stadionie Narodowym w Warszawie i zakończy na Stadionie Olimpijskim w Kijowie. Mistrzostwa zagoszczą jeszcze na 6 innych obiektach piłkarskich: Stadionie Miejskim we Wrocławiu, PGE Arenie w Gdańsku, Stadionie Miejskim w Poznaniu, Donbass Arenie w Doniecku, Stadionie Metalist w Charkowie oraz Arenie Lwów we Lwowie. Większość z 8 miast gospodarzy UEFA EURO 2012™, a także centrów pobytowych, ośrodków treningowych reprezentacji narodowych uczestniczących w turnieju, jak np. Kraków, Kołobrzeg, Jachranka, Sopot czy Wieliczka, to popularne kierunki turystyczne. Podczas mistrzostw rozegranych zostanie 31 meczów, w tym 15 w naszym kraju. W imprezie uczestniczyć będzie 16 drużyn. W Polsce zamieszka w sumie 13 reprezentacji narodowych, a na Ukrainie tylko 3. Z tego powodu to właśnie do nas, a nie do naszych wschodnich sąsiadów, przyjedzie zdecydowanie więcej kibiców piłkarskich i turystów z całej Europy (i nie tylko!).

Więcej…

Tajlandia zmysłowa

 

 

temple_of_the_emerald_buddha.jpg

Bangkocka Świątynia Szmaragdowego Buddy

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

Katarzyna Byrtek

 

Prawdopodobnie większość Europejczyków słyszała o tajskich niebiańskich plażach, białym piasku i lazurowej wodzie. Jednak Tajlandia to nie tylko rajska kraina uśmiechów, idealna na wakacyjny leniwy wypoczynek, lecz także kraj dostarczający różnorodnych i mocnych wrażeń. Zapewnią nam je m.in. degustacje najlepszej kuchni świata, oglądanie emocjonujących walk boksu syjamskiego („muay thai”) na ringu i zwiedzanie niezmiernie kolorowego podwodnego królestwa zamieszkanego przez wyjątkowe stworzenia. 

Z klimatyzowanego samolotu przez klimatyzowany terminal docieram aż do metra prowadzącego do centrum Bangkoku. Wagon pociągu jest tak wychłodzony, że nie zdejmuję i nie chowam swojego europejskiego swetra. Wkrótce dojeżdżamy jednak do stacji końcowej i wysiadam w bangkocką noc – parną, duszną, gorącą tak, że fala ciepła zatrzymuje mnie na peronie na ułamek sekundy. Moje ciało ciągle pamięta środek warszawskiej zimy. Jak ja tu będę żyć przez dwa miesiące – myślę. W Tajlandii w najchłodniejszym okresie temperatura sięga 30°C, a woda w morzu nagrzewa się do 26°C. W trakcie naszej jesieni i zimy trwa w tym rejonie pora sucha, a powietrze jest przyjemniejsze i mniej wilgotne niż np. w lecie, kiedy część kraju dręczą uparte monsuny i deszcze. Wytchnienie dają klimatyzowane pomieszczenia. Zresztą mieszkańcy całej Azji Południowo-Wschodniej mają niemal obsesję na punkcie chłodzenia się. Klimatyzacja zwykle bywa nastawiona nie na komfortowe dla Europejczyka 20–22°C, ale na temperaturę znacznie niższą. Dlatego do kina zawsze trzeba się ciepło ubrać, przed podróżą nocnym autobusem wyjąć bluzę i szal, a nawet narzucić coś na siebie przy każdej przejażdżce metrem.

Tajlandia cieszy się dużą popularnością wśród turystów z całego świata głównie ze względu na przepiękne plaże i lazurowe morze. Warto jednak wyjść nieco poza ten schemat, zrezygnować z błogiego wylegiwania się na złotym piasku choć na kilka dni i przeżyć o wiele więcej. To idealny cel wyjazdów dosłownie dla wszystkich – rodzin z dziećmi, backpackerów, którzy muszą nieraz zaciskać pasa, miłośników sportów i wielbicieli leniuchowania, samodzielnych podróżników czy królów imprez.

Raj dla kubków smakowych

Jedzenie stanowi wielką atrakcję w czasie wizyty w Tajlandii. Nie bez powodu kuchnia tajska uważana jest za najciekawszą i najlepszą na świecie. Niespróbowanie miejscowych przysmaków byłoby prawdziwym grzechem. Trzeba jednak pamiętać, że tosty zapiekane z szynką sprzedawane w popularnej sieci sklepów 7-Eleven wcinają tylko przyjezdni, a tutejsze śniadanie, obiad i kolacja niespecjalnie się od siebie różnią – rano można spokojnie zajadać się grillowaną wieprzowiną, kurczakiem czy dużą miską wywaru mięsnego z makaronem ryżowym.

Jeśli do obiadu nie dostaliście pałeczek, lecz sztućce, nie martwcie się, nikt nie zwątpił w wasze umiejętności posługiwania się nimi. W Tajlandii większość dań je się po prostu łyżką i widelcem (noże to rzadkość). Pałeczki, razem z łyżką, podawane są najczęściej do zupy z makaronem ryżowym.

W kuchni tajskiej wszystko kręci się wokół ryżu (zamówić go można nawet w miejscowym KFC), intensywnych przypraw i różnych rodzajów mięsa. Najsłynniejsze jest boskie pad thai, czyli smażony makaron ryżowy m.in. z jajkiem, sosem rybnym, orzeszkami, krewetkami, serwowany z połówką limonki i kiełkami. Nie wolno nie spróbować chociaż jednej z wersji curry (mieszanki przypraw rozprowadzanej w mleku kokosowym podawanej z mięsem, warzywami i ryżem) – do wyboru czerwone, zielone, żółte bądź łagodniejsze phanaeng curry (panang curry lub penang curry). Z kolei tom yam (tom yum) to intensywna kwaśno-pikantna zupa na mleku kokosowym. Ciekawą propozycję na lunch stanowi też sałatka z papai. Na deser często zamawia się lepki ryż khao niaw z bananem, mlekiem kokosowym czy jajkiem.

Przed wyruszeniem na wędrówkę w poszukiwaniu tajskich specjałów trzeba również odrzucić restrykcyjne zasady polskiego sanepidu, aby móc beztrosko zapuścić się w uliczki, gdzie na każdym kroku spotkać można dymiące wózki pełne świeżo przygotowanych smakołyków (wspomnianej zupy albo np. nadzianego na patyki mięsa). Wokół nich chaotycznie poustawiane są małe stoliki z niskimi plastikowymi krzesłami – nie ma na nich serwetek i sztućców, ale atmosfera jedzenia na ulicy jest niepowtarzalna. We wszystkich miastach i punktach, gdzie zatrzymują się autobusy dalekobieżne, znajduje się przynajmniej kilka niewielkich targów, na których oprócz świeżych owoców czy ryb sprzedaje się przeróżne mieszanki mięsa z lokalnymi warzywami przyprawione prawdziwie po tajsku. Posiłki na wynos pakuje się do zawiązywanych woreczków. Duża część lokali typowo restauracyjnych powstała dla turystów, dlatego ceny bywają w nich nawet kilkakrotnie większe, a dania – nie zawsze oryginalne.

W słynnej nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej Pattaya,uchodzącej za jedno z centrów seksbiznesu,koniecznie należy odwiedzić chińsko-tajskie restauracje z rodzaju all you can eat (pol. jesz, ile chcesz). Pośrodku stołu znajduje się w nich wielki rozgrzany gar, w którym goście samodzielnie gotują lub przysmażają jedzenie. W formie szwedzkiego stołu wystawione są przeróżne warzywa, owoce, mięsa i najrozmaitsze owoce morza. Większe porcje tych dwóch ostatnich składników można wybrać samemu i oddać w ręce obsługi, która przygotuje je na grillu.

Moje własne curry

W Tajlandii przyrządzimy też miejscowe przysmaki samodzielnie pod okiem doświadczonego szefa kuchni w czasie kursu gotowania. Nawet największym obżartuchom powinien wystarczyć półdniowy wariant takiego szkolenia, w trakcie którego przygotowuje się kilka dań, a potem je konsumuje. W menu pojawiają się doskonała zupa kokosowa tom kha czy wspomniana już tom yam, makaronowe pad thai, jeden z rodzajów sajgonek i deser. W moździerzu uciera się również proszek curry, którego później dodaje się do potrawy z ryżem. Takie własnoręcznie przyrządzone specjały to prawdziwe niebo w gębie.

Największy wybór godnych polecenia kursów gotowania znajdziemy w mieście Chiang Mai, położonym w północnej części kraju. To jeden ze standardowych przystanków wszystkich turystów w Tajlandii, dlatego zaplecze usługowe jest w nim na tyle rozwinięte, że przyjezdni mogą siedzieć tu ponad tydzień i nigdy się nie nudzić.

Dzień najlepiej zacząć na lokalnym targu. Niektóre sprzedawane na nim produkty są tak niezwykłe, że człowiek z Europy Środkowej nie tylko dziwi się, że Tajowie je jedzą, ale też zastanawia, jak to robią. Do najsłynniejszych tego typu osobliwości należy zielonkawy durian z grubą skórką przypominającą nieco kolce. Ciągnie się za nim opinia najbardziej śmierdzącego owocu świata. Kiedy w pokoju w hostelu czuć zapach starych skarpetek, niekoniecznie winę za to musi ponosić niechlujny współlokator. Może ktoś nielegalnie (większość obiektów noclegowych wywiesza kartki z rysunkiem przekreślonego duriana) przemycił cuchnący smakołyk. Podobno nie wolno spożywać go także z alkoholem lub kawą.

Ciało do ciała

Po spacerze z orzeźwiającym świeżo zmiksowanym sokiem z owoców egzotycznych w ręce przychodzi czas na relaks. Wbrew obiegowej opinii większość tajskich masaży wcale nie kończy się zaspokojeniem seksualnym. Zabieg ten ma długą historię, a za jego legendarnego twórcę uchodzi sam lekarz Buddy – Shivago Komarpaj (Jīvaka Komarabhācca), żyjący ok. VI w. p.n.e. W rzeczywistości rozwój tej techniki masowania był bardziej złożony, bo czerpie ona z tradycji Chin, Indii i innych południowoazjatyckich krajów.

Wizyta w miejscowym salonie bywa niełatwym przeżyciem dla osób nieśmiałych i kruchych – taki masaż jest wyjątkowo kontaktowy i intensywny. Przed nim rozbieramy się do majtek albo zakładamy coś w rodzaju luźnego szlafroka i kładziemy się na materacu lub specjalnej leżance. W trakcie zabiegu masażystka używa różnych części ciała: łokci, stóp, kciuków bądź przedramion, może na nas siadać, trzymać za rękę, przyciskać nasze ciało do swojego. W przypadku tej techniki nie chodzi tyle o delikatne ugniatanie mięśni i skóry, co o naciskanie odpowiednich punktów i rozciąganie. Tajski masaż łączy elementy akupresury, pasywnej jogi i refleksologii. Czasem wywołuje chwilowy ból, ale po wszystkim człowiekowi wydaje się, że jest na tyle rozciągnięty, iż urósł kilka centymetrów. Taka sesja niesamowicie odpręża, dlatego zaleca się korzystanie z jej dobrodziejstw przynajmniej raz w tygodniu, nie tylko na urlopie. Osoby krępujące się tak bliskiego kontaktu z obcym człowiekiem mogą skusić się na wymasowanie stóp czy karku i głowy. Salony masażu znajdziemy tutaj dosłownie wszędzie, m.in. na południowych wyspach, w Bangkoku lub północnym Chiang Mai (gdzie działa zresztą najbardziej renomowana szkoła masażu).

Wielki błękit

scuba_diving_andaman_sea.jpg

W wodach Morza Andamańskiego nurkowie spotkają m.in. rekiny brodate

©THAITRAVELMART.COM



Ciepłe przejrzyste morze, bogactwo kolorowych ryb i zapierające dech w piersiach rafy koralowe przyciągają co roku do południowej Tajlandii tysiące turystów, a podwodny świat tego regionu od zawsze trafia do pierwszych dziesiątek rankingów najciekawszych nurkowisk na ziemi. Jeśli ktoś nie wie nic o nurkowaniu, to nic nie szkodzi. Może kupić albo wypożyczyć maskę, rurkę oraz płetwy i wybrać się na eksplorację dna morskiego na własną rękę na płytkie wody blisko brzegu. Dobrze dopytać się o lokalne warunki – w niektórych miejscach występują silne prądy lub fale, które wyrzucają na skały czy rafy. Najlepsze do snorkelingu są okolice wysp Koh Lipe, Koh Chang i Koh Samui.

Warto jednak zarezerwować sobie kilka dni bądź tydzień i wykupić podstawowy kurs nurkowy ze sprzętem – tutejsze ceny należą do najkorzystniejszych na świecie, a to, co zobaczymy pod powierzchnią morza w Tajlandii, jest zdecydowanie atrakcyjniejsze niż widoki podczas szkoleń prowadzonych na basenie i jeziorach w Polsce. Co więcej, sprzyjające warunki panują tu cały rok (z małymi wyjątkami), temperatura wody w zasadzie nie spada poniżej 26°C, a najlepszy okres do nurkowania to styczeń–marzec, czyli szczyt tajskiego sezonu. Zwykle nie ma konieczności zapisywania się na lekcje z wyprzedzeniem. Nawet na mniejszych turystycznych wyspach działa po kilka firm, bez problemu już na miejscu sprawdzimy ceny, dostępność i terminy kursów. Dobrze też zainteresować się, jakie certyfikaty posiada instruktor, czy dogadamy się z nim w jakimś języku, którym władamy, i co dokładnie zawiera dana oferta.

Cisza pod wodą, otaczające człowieka rozległe przestrzenie czy uczucie latania to dodatkowe argumenty przemawiające za spróbowaniem nurkowania. Niemal 75 proc. wszystkich gatunków fauny morskiej i koralowców na świecie występuje właśnie w Azji Południowo-Wschodniej – od malutkich koników morskich, przez płaszczki, ośmiornice, węże wodne, po kilku- lub kilkunastometrowe ryby. Spotkania z tymi stworzeniami nigdy się nie zapomina. Zachwycają również podwodne jaskinie, bloki skalne i wraki łodzi. Tajlandię można podzielić na trzy rejony idealne dla nurków. Pierwszy z nich stanowi zachodnie wybrzeże ze słynną wyspą Phuket oraz archipelagiem Phi Phi, leżący na północ od niego obszar, na który składają się wyspy Similan, Koh Bon, Koh Tachai i Skała Richelieu (Richelieu Rock), a także region południowy, czyli Koh Haa, Hin Daeng, Hin Muang i Koh Lipe. Z kolei w północnej części Zatoki Tajlandzkiej warto odwiedzić Pattayę i Koh Chang. Natomiast na jej południowym terenie miłośników podwodnych przygód przyciągają Koh Tao i Koh Samui.

Na siedzeniu tuk-tuka

phi-ph-island-1.jpg

Koh Phi Phi Don jest największą wyspą w archipelagu Phi Phi

©TOURISM AUTHORITY OF THAILAND



Istnieje wiele sposobów podróżowania po kraju Tajów. Wielką frajdą będzie na pewno zwiedzanie wybranej wyspy na własną rękę wypożyczonym na jeden lub kilka dni skuterem. Samodzielne prowadzenie środka transportu (wynajęcie samochodu bywa znacznie droższe) daje dużą niezależność. Nie tylko nie jesteśmy wówczas uzależnieni od rozkładów jazdy, lecz także bez problemu możemy zatrzymać się przy opuszczonej rajskiej plaży i wskoczyć wprost do orzeźwiającej wody.

W dużym mieście warto choć raz przejechać się tuk-tukiem, czyli autorikszą pełniącą funkcję taksówki. Taki trzykołowy pojazd wygląda jak motor z dobudowanym z tyłu wózkiem, który pomieści kilka osób. Jazda zatłoczonymi ulicami Bangkoku podniesie ciśnienie krwi niejednemu Europejczykowi. Jeśli ktoś podróżuje samodzielnie, może skorzystać z taksówek motorowych i skuterowych. Pasażer plecak wkłada pod kierownicę i wskakuje na siedzenie za kierowcą, który pędzi, przeciskając się między samochodami i ignorując większość znaków drogowych. Trudno powiedzieć, czy to aby na pewno bezpieczne, ale przeżycia z takiej przejażdżki są z pewnością niezapomniane.

Tajlandia to wręcz wymarzone miejsce dla miłośników morza i wysp, a co za tym idzie, zapalonych żeglarzy. Wystarczy zebrać grupę znajomych i wypożyczyć jacht albo katamaran, aby przemierzać bezkresną Zatokę Tajlandzką, a podczas rejsu zatrzymywać się w każdej chwili przy opuszczonych lądach, opalać bez towarzystwa tłumu turystów i nurkować z maską wśród bajecznych raf koralowych.

W świetle księżyca

shopping_at_khao_san_road1.jpg

Ulicę Khao San w centrum Bangkoku odwiedzają tłumy turystó

©THAITRAVELMART.COM



Wieczorem siadamy w jednym z barów. Noc jest gorąca, w środku stoją plastikowe krzesła i stół bilardowy, gra głośna muzyka. Podają tutaj tajskie piwa Chang i Singha bądź popularnego Tigera z Singapuru, czasem z lodem. Dla niektórych wakacje to moment, kiedy wreszcie mogą beztrosko imprezować i nie martwić się wczesnym wstawaniem. Do najlepszych do tego miejsc należy Bangkok – znajdziemy w nim słynną ulicę dla backpackerów Khao San, luksusowe bary na dachach wieżowców (rooftop bars) czy dzielnicę czerwonych latarni Patpong odwiedzaną przez licznych zagranicznych przybyszów. Wiele osób przyciągają kolorowe nocne światła położonego na wybrzeżu miasta Pattaya, centrum tajskiego seksbiznesu, w którym przy głównej ulicy działają kluby dla gejów oraz lokale oferujące pokazy erotyczne lub występy kathoey, czyli tzw. ladyboys (osób, które przyswoiły sobie cechy przeciwnej płci, uważanych w buddyzmie za trzecią płeć). Dzikie noce w ociekającej alkoholem i seksem Pattayi niezbyt przypadną do gustu osobom ceniącym zwykłego typu rozrywki czy rodzinom z dziećmi. Trzeba też zdawać sobie sprawę z tego, że seksturystyka to nie tylko niewinna wakacyjna zabawa, lecz także branża kontrolowana przez mafie i związana z wykorzystywaniem kobiet oraz zmuszaniem nieletnich do prostytucji.


Bawić można się wszędzie, ale dobre towarzystwo i odpowiedni termin to czasem podstawa. Tajlandia słynie na świecie z full moon party, czyli całonocnych imprez nad brzegiem morza organizowanych na południu kraju w dzień przed pełnią księżyca, w jej trakcie albo dzień po niej. Zwyczaj ten zainicjowano na plaży Haad Rin na wyspie Phangan w południowo-wschodniej części Zatoki Tajlandzkiej. W 1985 r. odbyło się pierwsze takie wydarzenie dla kilkudziesięciu osób. Wkrótce zyskało sławę i dziś przyciąga przynajmniej kilka tysięcy uczestników, w większości turystów, a jego odpowiedniki spotkamy również na innych wyspach. Na full moon party usłyszymy muzykę reggae, trance, rhythm and blues, techno, house czy drum and bass. Alkohol leje się strumieniami, nierzadko pojawiają się też inne środki odurzające. Trzeba jednak wiedzieć, że kary za posiadanie i sprzedawanie narkotyków w Tajlandii są wyjątkowo surowe.

Emocje na ringu

Wielbiciele widowisk podnoszących poziom adrenaliny we krwi także nie będą się w tym kraju nudzić. Muay thai, czyli boks tajski (boks syjamski), to bardzo popularna sztuka walki, szczycąca się niemal statusem sportu narodowego i przyciągająca tysiące żądnych wrażeń Tajów i zagranicznych turystów. Zwykle podoba się nawet osobom, które nie są fanami bijatyk na ringu. Ma wielowiekową tradycję, a wiele ze starych elementów przetrwało do dzisiaj – pojedynek zaczyna się od rytualnego tańca wojownika wai khru. Kiedyś w jego trakcie prezentowano region, z którego pochodził zawodnik. Ta część stanowi jednocześnie rozgrzewkę. Cała walka odbywa się na stojąco, przeciwnicy używają niskich kopnięć okrężnych, uderzeń łokciami i kolanami oraz tzw. klinczu, czyli chwytu klamrowego rękami. Niesamowitą atmosferę na widowni tworzy rozemocjonowana publiczność zawsze reagująca na silniejszy cios, przekrzykująca się, obstawiająca wynik w każdym momencie spotkania. Walczą w większości Tajowie, ale zdarzają się też zawodnicy z innych krajów. Niektórzy z nich są bardzo młodzi – trafiają się nawet 15-latkowie. Za najlepsze areny bokserskie uchodzą Lumpinee Boxing Stadium i Rajadamnern Stadium w Bangkoku oraz te na Phuket i Koh Samui czy w Chiang Mai.

Noc w dżungli

Liczne parki narodowe, dziewicza przyroda i zielona dżungla, w głąb której urządza się kilkudniowe wędrówki, czekają na wszystkich mających odwagę zejść nieco ze standardowego szlaku pełnego piaszczystych plaż i taniego piwa Chang. Leśnych ścieżek i zorganizowanych wycieczek szukać można w różnych częściach kraju, zarówno na popularnej północy, jak i w regionie wschodnim, często omijanym przez turystów. Dużo wypraw trekkingowych organizuje się w prowincjach Chiang Mai i Chiang Rai, Mae Hong Son, Kanchanaburi, Krabi, dystrykcie Mae Sot czy Parku Narodowym Khao Yai. Jeśli musimy wybrać jedno miejsce, warto zaufać ekspertom z UNESCO i odwiedzić Kompleks Leśny Dong Phayayen-Khao Yai, leżący w środkowej Tajlandii, stosunkowo niedaleko od stolicy. Podczas planowania wędrówek należy brać pod uwagę porę roku. Inaczej niż na wybrzeżu w okresie zimowym temperatura powietrza na terenach wyżej położonych bywa znacznie niższa od tej panującej w pozostałych miesiącach.

Światło i dym

Tajlandia to kraj o długiej historii i bogatej tradycji, dobrze więc poświęcić trochę czasu na zapoznanie się z jej najważniejszymi zabytkami i dowiedzenie się czegoś więcej o dominującym tutaj buddyzmie. Do obowiązkowych miejsc do zwiedzenia w Bangkoku zaliczają się przepiękny Wielki Pałac Królewski z Wat Phra Kaew (Świątynią Szmaragdowego Buddy), jedna z najstarszych tajskich budowli sakralnych Wat Pho (Świątynia Leżącego Buddy) oraz Wat Suthat z 28 chińskimi pagodami symbolizującymi 28 postaci Buddy. Na prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO znajdują się m.in. stanowisko archeologiczne Ban Chiang, dawna stolica Syjamu Ayutthaya, ruiny miasta Sukhothai czy rezerwaty dzikiej przyrody rozciągające się wzdłuż granicy z Birmą występujące pod wspólną nazwą Thung Yai-Huai Kha Khaeng.

Choć flaga Tajlandii jest niebiesko-biało-czerwona, to zdecydowanie dominują tu kolory pomarańczowy, złoty i biały. Można się o tym przekonać w trakcie jednego z buddyjskich świąt. W jakimkolwiek mieście wtedy będziemy, udajmy się do najbliższej świątyni i przeżyjmy je razem z Tajami. W czasie pełni księżyca obchodzi się Makha Bucha (Magha Puja), kiedy to rozbłyskają setki świateł, a w powietrzu unosi się dym. Pochód ze świeczkami i kwiatami prowadzony przez ubranych na pomarańczowo mnichów okrąża kilkakrotnie kompleks świątynny. Z kolei Songkran to tradycyjny tajski Nowy Rok (wypada na połowę kwietnia). Na ogół spędza się go w gronie rodziny, a do jego zwyczajów należy obmywanie posągów Buddy w świątyniach lub w czasie procesji (przewozi się je na bagażnikach samochodów). Przez kilka dni ulice pełne są roześmianych ludzi, którzy malują się białą kredą i oblewają wodą. Przypomina to trochę nasz śmigus-dyngus.

Tajskie niezwykłości

W Tajlandii zaskoczy nas wiele rzeczy. Na śniadanie dostaniemy ryż z mięsem lub zupę z makaronem ryżowym, a niedojrzałe mango serwuje się tu z sosem rybnym albo chilli. Do większości potraw otrzymamy łyżkę i widelec. Piwo z kolei często podaje się z lodem.

Do zwykłych widoków należą w tym kraju mnich bawiący się telefonem komórkowym czy słonie spacerujące po ulicach. Na drogach trzeba zachować ostrożność, bo przepisy dla uczestników ruchu traktuje się raczej jako wskazówki niż nakazy i zakazy.

Niemal wszystkie kremy dostępne w sklepach przeznaczone są do rozjaśniania skóry. Klimatyzacja w środkach komunikacji i pomieszczeniach ustawiona jest na dość niską temperaturę – sweter w autobusie to konieczność. Hymn państwowy rozbrzmiewa z głośników dwa razy dziennie, dodatkowo również przed każdym seansem w kinie.

12 najlepszych miejsc na wyjazdy rowerowe w Polsce i Europie

opracował:
JAKUB WASIAK

<< Moda na aktywny wypoczynek nadal ma się świetnie wśród Polaków. Szczególnie niektóre sposoby takiego spędzania wolnego czasu zyskały sobie dużą popularność w naszym kraju. Gdy nadchodzi wiosna, z garażów i piwnic wyciągamy jeden z ulubionych środków transportu na całym świecie – tani w eksploatacji, w pełni ekologiczny i łatwy do przewożenia rower. Nic tak nie poprawia samopoczucia po mroźnej zimie i jednocześnie nie wzmacnia kondycji fizycznej jak wycieczka jednośladem wśród przepięknych polskich i europejskich krajobrazów. >>

Więcej…