KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

 

Nie zakochałam się w Chile miłością namiętną i porywającą. Nawet nie było to zauroczenie, ale raczej przelotna znajomość, która – ku mojemu zaskoczeniu – zamieniła się w przyjaźń. Okazało się, że to związek na lata. Ta przyjaźń nakazuje mi tęsknić za niezwykłymi ludźmi, których tu poznałam, i wrócić do niesamowitych miejsc, jakich nie zdążyłam jeszcze zobaczyć.

 

FICH 2016 JEJ 0044 fot

Księżycowy krajobraz Valle de la Luna robi niesamowite wrażenie

© BANCO DE IMÁGENES SERNATUR/JUAN ERNESTO JAEGGER

 

Powodów do powrotu znajdzie się co najmniej tyle, ile wyjątkowych zakątków w tym kraju. A ponieważ Chile jest tak różnorodne jak długie, mamy w czym wybierać: od najsuchszej niepolarnej pustyni na świecie, przez zielone lasy z endemicznymi drzewami, wysokie Andy, niziny, ocean, aż po lodowce i fiordy. Chociaż terytorium państwa rozciąga się na pół kontynentu południowoamerykańskiego (rozciągłość południkowa wynosi mniej więcej 4,3 tys. km), jego wschodnią granicę od zachodniego wybrzeża dzieli średnio zaledwie ok. 180 km. 

 

Od zachodu chilijskie brzegi oblewa Ocean Spokojny, na południowym krańcu znajduje się natomiast niewielki region z dostępem do Atlantyku. Szczyty Andów wznoszą się wzdłuż wschodniej granicy. Na północy leży Altiplano (płaskowyż śródgórski) i najsuchsza niepolarna pustynia na ziemi Atakama. W środkowej części Chile panuje głównie klimat śródziemnomorski, dlatego uprawia się tu winorośl i produkuje wino, w rejonie położonym najdalej na południe zimy są ostre, a dni krótkie. Do kraju należy też Wyspa Wielkanocna z tajemniczymi posągami moai oraz owiany złą sławą wśród żeglarzy przylądek Horn. Każdy znajdzie więc tutaj coś dla siebie.

 

CAŁKIEM INNY ŚWIAT

 

FICH 2016 JEJ 0032 fot

El Tatio – pole z gejzerami w Andach

© BANCO DE IMÁGENES SERNATUR/JUAN ERNESTO JAEGGER

 

Do San Pedro de Atacama przyjechałam z Boliwii. Najpierw spędziłam noc w autobusie, potem kilka godzin czekałam na granicy, gdzie zarekwirowano mi… pomarańczę. Do Chile nie wolno wwozić produktów organicznych. Osoby wkraczające na terytorium kraju są pod tym względem dokładnie sprawdzane, a za niezadeklarowanie takich towarów grozi wysoki mandat. Pół następnego dnia spędziłam w kolejnym autobusie. Za oknem rozpościerały się widoki podobne do tych z Boliwii, w końcu wciąż znajdowałam się na Altiplano. W oddali wznosiły się góry, krajobraz był surowy, jak okiem sięgnąć ciągnęły się ogromne przestrzenie. Gdy ziemia stała się czerwona, zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno jestem nadal na tej samej planecie, a nie na Marsie. Pejzaże z pustyni Atakama często porównuje się z marsjańskimi. Widoki na północy Chile są zdecydowanie nieziemskie! 

 

Dojeżdżam do miasteczka San Pedro de Atacama z wąskimi ulicami, niskimi domami adobe (zbudowanymi z suszonej cegły) i również czerwoną ziemią. Miejscowość ma niewątpliwie swój urok, który od dawna przyciąga turystów z całego świata – trudno w niej o ciszę i spokój, wszędzie panuje tłok, słychać rozmaite języki. Temperatury są wysokie, choć jestem tu w czerwcu, na początku zimy. Słońce pali niemiłosiernie, ale kiedy tylko schowa się za chmury, szybko trzeba zakładać kurtki i czapki. Nocą naprawdę można zmarznąć. 

 

To właśnie San Pedro de Atacama stanowi bazę wypadową na pustynię. Stąd wyjeżdża się podziwiać jej niezwykłe krajobrazy. Atakama nie jest po horyzont pokryta piaskiem, w którym grzęzną stopy. To kraina surowa, twarda, różnokolorowa – pustynia miejscami kamienista, gdzie indziej piaszczysta, a nawet solna, zawsze jednak sucha. Podobno są tutaj strefy, w których ani jedna kropla deszczu nie spadła przez blisko 400 lat! Czasem, kiedy bardzo rzadkie opady nawiedzą ten region, ziemia pokrywa się kolorowymi kwiatami. Ostatni raz pustynia zakwitła w październiku 2015 r., a więc trochę ponad pół roku przed moim przyjazdem. Cóż zrobić, nie było mi dane zobaczyć tego wyjątkowego widoku. Jednak nawet sucha robi piorunujące wrażenie. Nieopodal miasteczka (niecałe 15 km od niego) czeka Dolina Księżyca (Valle de la Luna), do której można pojechać choćby wypożyczonym rowerem. Jak sama nazwa wskazuje, zachwyca księżycowym krajobrazem. Trochę dalej na północ leży El Tatio (tata-iu w wymarłym języku kunza, nazywanym również atakameńskim, którym do XIX stulecia posługiwali się Indianie Atakama zamieszkujący Altiplano w Chile, Argentynie i Boliwii, oznacza „płaczącego dziadka”), czyli pole ok. 80 gejzerów buchających gorącymi gazami. Natomiast na południowym wschodzie znajduje się Rezerwat Narodowy Flamingów (Reserva Nacional Los Flamencos), gdzie oprócz pustyń solnych (np. Salar de Tara czy Salar de Atacama) wiosną i latem można zobaczyć właśnie te ptaki. 

 

Atakama zachwyca urodą nie tylko w dzień, ale i w nocy. Ze względu na położenie geograficzne, wysokość nad poziomem morza oraz niewielką ilość świateł i zanieczyszczeń płynących z nielicznych osad ludzkich jest jednym z miejsc z najczystszym niebem na ziemi. Dzięki temu można tu z łatwością obserwować gwiazdy. Właśnie dlatego znajdują się w tym rejonie obserwatoria astronomiczne. Poza wielkimi ośrodkami, do których dostęp mają jedynie naukowcy, działa też kilka mniejszych, stworzonych dla turystów, którzy interesują się astronomią i chcą poszerzyć swoją wiedzę o wszechświecie. Taka wycieczka odbywa się – oczywiście – późnym wieczorem. W jej trakcie ogląda się niebo przez profesjonalne teleskopy. Uważam, że to wspaniałe doświadczenie i stanowi znakomite zwieńczenie pobytu na pustyni Atakama.

 

MIEJSKA SZTUKA ULICZNA

 

Już północ Chile udowodniła mi, że to kraj o niesamowitych warunkach naturalnych. Nadszedł więc czas, aby zajrzeć do miast i sprawdzić, czy w nich także jest równie ciekawie. Na początek wybieram stolicę, czyli Santiago (Santiago de Chile). Jak przystało na wielomilionową metropolię, miasto tętni życiem w dzień i w nocy. Błądzę wśród pięknych XIX-wiecznych kamienic historycznego centrum, zaglądam na plac Broni (Plaza de Armas), do neoklasycystycznej Katedry Metropolitalnej (Catedral Metropolitana), zatrzymuję się w jednej z wielu kawiarni. W Santiago bez większego trudu można znaleźć lokal, w którym serwują świetnej jakości i dobrze przyrządzoną kawę. W większości miejsc poza stolicą podaje się ją – niestety – w wersji rozpuszczalnej. Potem czeka mnie wjazd kolejką na Wzgórze św. Krzysztofa (Cerro San Cristóbal, ok. 880 m n.p.m.) w Parku Metropolitalnym (Parque Metropolitano de Santiago). Można również wejść na nie pieszo, ale przejażdżka funikularem jest atrakcją samą w sobie. Ze szczytu rozpościera się panorama całego Santiago i z pięknymi Andami dzielącymi Chile od Argentyny w tle. Warto udać się tu przed zachodem słońca, aby podziwiać miasto w złotej poświacie. Po zapadnięciu zmierzchu budzi się położona poniżej dzielnica Bellavista. W niej właśnie mieszczą się knajpki i kluby, które wypełniają się po brzegi rozbawionymi ludźmi w późnych godzinach nocnych. W tym rejonie stolicy znajduje się też mnóstwo naprawdę świetnych murali. Nie mogłam więc przestać błądzić po ulicach w poszukiwaniu coraz to nowych dzieł. Sztukę uliczną można podziwiać także w dzielnicach Yungay (Quinta Normal) i Brasil, które są dużo spokojniejsze niż centrum miasta.

 

W jakości murali i instalacji artystycznych Santiago dorównuje Valparaíso, nadmorski port położony na kilkudziesięciu wzgórzach. Mieszkańcy stolicy bardzo chętnie uciekają do niego w weekendy. Wcale im się nie dziwię. Miasto przyciąga jak magnes i nie chce wypuścić ze swoich objęć, kiedy już poczuje się jego atmosferę. Mnie trzymało na tyle mocno, że z zaskakującą łatwością zapomniałam o odlocie mojego samolotu. Nie tylko ja dałam się wciągnąć temu kolonialnemu portowi. Chilijski laureat literackiej Nagrody Nobla Pablo Neruda (1904–1973) swoją Odę do Valparaíso rozpoczął tymi słowami: Valparaíso, / jakże absurdalne / jesteś, / jakie szalone (tłumaczenie własne fragmentu Valparaíso, / qué disparate / eres, / qué loco). Coś w tym jest, wszak w tym mieście stare miesza się z nowym, piękno z brzydotą, spokój z zamętem. Zresztą właśnie tutaj wspomniany poeta miał jeden ze swoich trzech domów. Dziś działa w nim jego muzeum (podobnie jak w dwóch pozostałych w Santiago i Isla Negra). Warto odwiedzić to miejsce, a podczas schodzenia ze wzgórza Bellavista rozglądać się w poszukiwaniu pięknych murali należących do Muzeum pod Otwartym Niebem (Museo a Cielo Abierto). To jednak nie jedyne wzniesienie ozdobione sztuką uliczną – podobnie wyglądają Alegre i Concepción. Na szczęście, spacer w ich okolicach nie musi być zbyt męczący, bo na większość tutejszych wzgórz wjeżdżają ascensores, czyli kolejki szynowe. Zachody słońca nad oceanem oglądane sprzed pięknych kolorowych domów stojących na wzniesieniach w Valparaíso są jednym ze wspomnień, które pchają mnie z powrotem do Chile. 

 

TAJEMNICA WIELKICH POSĄGÓW

 

FICH 2017 SER 0538

Moai stojące na stoku wulkanu Rano Raraku

© BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

Nie wybaczyłabym sobie, gdyby samolot, który przegapiłam przez zbytnią poufałość z Valparaíso, leciał na… Wyspę Wielkanocną (Isla de Pascua). Szczęśliwie, tak się nie stało. Lot odbyłam bez przeszkód i wylądowałam w Hanga Roa, jedynym miasteczku na tym niewielkim lądzie (163,6 km² powierzchni). Od najbliższej osady ludzkiej dzieli Wyspę Wielkanocną prawie 2,1 tys. km, a od chilijskiego wybrzeża – ponad 3,5 tys. km. Administracyjnie należy ona do Chile, choć kulturowo jest częścią Polinezji (oryginalna nazwa wyspy to Rapa Nui). Wraz z Hawajami i Nową Zelandią tworzy trójkąt polinezyjski. Skąd więc skojarzenie z Wielkanocą? Dla Europy wyspę odkrył holenderski admirał i podróżnik Jacob Roggeveen (1659–1729). Dotarł do niej 5 kwietnia 1722 r., kiedy wypadała akurat Niedziela Wielkanocna. 

 

Pierwsi Polinezyjczycy dopłynęli na Rapa Nui między VI a XIII w. Na Wyspę Wielkanocną leci się zwykle w jednym celu: zobaczyć słynne kamienne głowy zwane moai. Tak naprawdę są to całe postacie (choć niektóre figury przykrywa od dołu ziemia) przedstawiające przodków. Miały one strzec mieszkańców danej wioski. Na wyspie znajduje się aż ok. 900 moai! Wprawdzie jedynie 288 stoi na rozsianych na lądzie ahu – platformach (obejmujących również krematorium i miejsce pogrzebowe), przed którymi odbywały się ceremonie. Najbliższe otoczenie kamiennego podestu było strefą tabu, niedostępną dla zwykłych śmiertelników. W 2008 r. jeden z turystów nie uszanował tej świętości – nie tylko wszedł na ahu, ale też… oderwał kawałek ucha moai. Musiał zapłacić 7 mln pesos chilijskich (CLP) kary, czyli mniej więcej 10,5 tys. dolarów amerykańskich (USD), i wyjechać z wyspy. Dostał też zakaz powrotu na nią przez najbliższe 3 lata.

 

Aż 397 moai nigdy nie opuściło rejonu ich wykonywania – stoków wulkanu Rano Raraku. To właśnie tutaj wykuwano posągi, aby potem przenieść je na właściwe miejsce. Wiele figur stoi pojedynczo na wyspie, często są mniej lub bardziej zniszczone. Z różnych przyczyn zostały porzucone w trakcie transportowania (sposób ich przenoszenia jest do dziś niewyjaśnioną zagadką). Najmniejszy moai ma 1,13 m wysokości, największy ukończony (Paro) mierzy niemal 11 m, a największy (Te Tokanga), którego nigdy nie dokończono i nie podniesiono ze stoku wulkanu – 21,65 m (waży ponad 200 t). 

 

Można by powiedzieć, że te posągi to tylko olbrzymie kamienie, bo przeciętny turysta raczej nie dostrzeże w nich walorów artystycznych. Jednak ogromne figury z Rapa Nui hipnotyzują i mogłam się w nie wpatrywać godzinami, a to ze względu na ich rozmiary i związany z nimi trud pracy ówczesnych wyspiarzy. Trudno sobie wyobrazić, że w okresie od tysiąca do kilkuset lat temu ludzie bez użycia maszyn tworzyli tak wielkie rzeźby i transportowali je po całej wyspie. Właśnie ta tajemnica otaczająca moai i hipotezy dotyczące ich powstawania (są wśród nich i takie przypisujące autorstwo tych osobliwych statui kosmitom) sprawiają, że posągi zachwycają tak bardzo, iż chce się na nie patrzeć bez przerwy z prawdziwym zafascynowaniem. Kiedy przypomnę sobie jeszcze piękną polinezyjską kulturę, z którą zetknęłam się na Rapa Nui, dobrą kuchnię i poczucie odcięcia od świata, jakie mi tu towarzyszyło, zaczynam bardzo tęsknić i chcę wrócić w to cudowne miejsce. Jednak zapewne przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać na kolejną okazję do odwiedzenia Wyspy Wielkanocnej. 

 

WINO, POLACY I MIEDŹ

 

Z cudownej krainy wracam na stały ląd, który płynie winem. Chile znane jest na świecie z produkcji tego szlachetnego trunku. Półki w sklepach uginają się od butelek z najróżniejszych winnic. Roku by nie wystarczyło, żeby spróbować produktów z każdej z nich. Mnóstwo upraw leży w centralnej części kraju. W jednej z kilkunastu dolin, zwanej Valle de Colchagua, położonej ok. 150 km na południowy zachód od Santiago, znajduje się niewielka winnica Alta Alcurnia. Co w niej wyjątkowego? Prowadzi ją polskie małżeństwo. Pierwotnie Małgorzata i Tomasz Wawruchowie planowali wędzić wędliny i kiełbasy, ale podczas szukania odpowiedniego miejsca znaleźli winnicę, w której się zakochali. Nad produkcją tutejszego wina czuwa chilijski profesor Philippo Pszczółkowski, syn polskich imigrantów. Ten wybitny enolog i ampelograf (ampelografia to nauka o winoroślach) przyczynił się do wyodrębnienia odmiany carménère ze szczepu merlot, z którym była wcześniej mylona. Odmiana ta pochodzi z Francji, ale największe jej uprawy znajdują się w Chile i jest uznawana za charakterystyczną właśnie dla tego kraju. Czerwone wina produkowane z carménère eksportuje się na cały świat. Trunki z Alta Alcurnii trafiają m.in. do Polski. 

 

To zresztą niejedyny współczesny polski ślad w Chile. Na południu pustyni Atakama spółka KGHM Polska Miedź w czerwcu 2014 r. otworzyła odkrywkową kopalnię miedzi i molibdenu Sierra Gorda. To prawdopodobnie największa polska inwestycja zagraniczna i jeden z największych projektów górniczych na świecie. Patronem kopalni jest Ignacy Domeyko (1802–1889), który w XIX w. zajmował się górnictwem w tym kraju. Oprócz opisania wielu złóż i minerałów opracował podręczniki akademickie. Był także rektorem Uniwersytetu Chile (Universidad de Chile) przez 16 lat, w trakcie których podniósł w nim poziom nauczania. Na jego cześć nazwano miejscowość Domeyko w regionie Atakama i Góry Domeyki (Cordillera Domeyko) w regionie Antofagasta. 

 

Inny zasłużony dla tego kraju potomek Polaków to Luciano Kulczewski (1896–1972), wnuk polskiego imigranta. Był on uznanym architektem, który w swoich projektach łączył elementy neogotyku, art nouveau, art déco i modernizmu. Nazywano go chilijskim Gaudím i Gaudím Santiago (tworzył głównie w tym mieście), gdyż zaprojektowane przez niego budowle wyróżniały się nietypowym stylem. Nietrudno trafić na jego dzieła w stolicy kraju. Jednym z nich jest przypominająca spory zamek brama wejściowa do kolejki na Wzgórze św. Krzysztofa. Architekt doczekał się też swojej ulicy w Santiago, w dzielnicy Lastarria – calle Luciano Kulczewski (do 2016 r. paseo Estados Unidos). Stoi przy niej jego charakterystyczny zamkowy dom w stylu neogotyckim. Trudno go przeoczyć podczas spaceru po klimatycznej Lastarrii. 

 

W DRODZE NA POŁUDNIE

 

Carretera Austral, czyli Droga Południowa (1240 km), znana również jako Ruta 7, prowadzi od miasta Puerto Montt do miejscowości Villa O’Higgins na dalekim południu. Wiedzie przez chilijską Patagonię, wzdłuż gór i fiordów, wśród lasów i jezior. W trzech miejscach trzeba się przeprawić promem przez akwen leżący na szlaku. Drogę budowano w większości w latach 70. i 80. XX w., aby połączyć trudno dostępne tereny południowe z resztą kraju. Wielu turystów pokonuje ją w całości, ponieważ prowadzi przez piękne krajobrazy i pozwala zbliżyć się do natury, a oddalić od dużych i głośnych miast. 

 

Zanim jednak w Puerto Montt wjadę na słynną trasę, zbaczam z drogi, żeby zajrzeć do Frutillar. Po polsku nazwa miejscowości brzmiałaby Poziomkowo, ponieważ frutilla w niektórych południowoamerykańskich odmianach hiszpańskiego – m.in. w chilijskiej – oznacza „truskawkę”, a frutilla silvestre – „poziomkę”. Podobno rosło tu tak dużo poziomek, że nazwano od nich miasteczko. Zostało ono założone nad brzegiem jeziora Llanquihue w 1856 r. przez imigrantów z Niemiec w ramach planu kolonizacji Patagonii. Niemieckie wpływy widać we Frutillar po dziś dzień w architekturze, kuchni, tradycjach, a nawet języku. Piękne drewniane domy cieszą oczy, a pyszny jabłkowy strudel i malinowy placek z kruszonką są rozkoszą dla podniebienia i w niczym nie przypominają przesłodzonych, tortowych ciast wypiekanych w Chile. Poza charakterystyczną zabudową i panującym tutaj błogim spokojem miasteczko zachwyca także widokami. Na przeciwległym brzegu jeziora wyrastają cztery wulkany, w tym jeden niezwykłej urody – Osorno (2652 m n.p.m.). Wygląda on jak przykład z podręcznika: jego idealny stożek przykrywa warstwa śniegu. Osorno jest bliźniaczo podobny do góry Fudżi w Japonii. Wprawdzie wulkan pozostaje aktywny, ale to nie przeszkadza obejrzeć go z bliska. Latem można się na niego wspiąć, a zimą jeździć na nartach po jego zboczu. Frutillar leży dokładnie naprzeciw Osorno, dzięki czemu stanowi idealny punkt do fotografowania wulkanicznego szczytu. Czułam się tu, jakbym była częścią pięknej pocztówki. 

 

Wspomniane miasteczko to dobre miejsce na odpoczynek przed wyruszeniem na w wielu fragmentach nieutwardzoną Drogę Południową lub po powrocie z niej. Trasa kończy się nad jeziorem O’Higgins (San Martín w Argentynie) przy przystani z łodziami, które latem przewożą turystów do miejscowości Candelario Mansilla, skąd pieszo można przekroczyć granicę z Argentyną. Villa O’Higgins jest też bramą do Lądolodu Patagońskiego Południowego, czyli największego lądolodu poza Antarktydą i Grenlandią. Znaczną jego część chronią parki narodowe, w tym najbardziej znany patagoński park po stronie chilijskiej Torres del Paine (Parque Nacional Torres del Paine). Na jego terenie znajdują się liczne jeziora, lodowce i piękne szczyty, przyciągające co roku setki tysięcy turystów z całego świata. Przybywają oni, żeby wybrać się na tutejsze szlaki i zobaczyć niezwykły potrójny szczyt masywu Torres del Paine, od którego nazwano park. Bazę wypadową w tym rejonie stanowi mała miejscowość Puerto Natales. Można się do niej dostać drogą morską z Puerto Montt lub lądową z położonego bardziej na południe miasta Punta Arenas i z Argentyny. 

 

Im dalej na południe, tym ciekawiej, a krajobraz staje się coraz bardziej arktyczny. Wspomniane niemal 150-tysięczne Punta Arenas leży nad Cieśniną Magellana, która oddziela od kontynentu archipelag Ziemia Ognista (Tierra del Fuego). Najbardziej znanym miastem tego regionu jest argentyńska Ushuaia, często uznawana za południowy koniec świata, choć nieco dalej znajdują się jeszcze tereny należące do Chile, w tym miasteczko Puerto Williams na wyspie Navarino. To ono właśnie wygrywa konkurs na położoną najdalej na południe miejscowość na naszym globie. 

 

NA KOŃCU KONTYNENTU

 

FICH 2011 0772 PCH FC

Park Narodowy Torres del Paine to góry, doliny, rzeki, jeziora i lodowce

© BANCO DE IMÁGENES SERNATUR/FELIPE CANTILLANA

 

Chilijski jest również przylądek Horn (Cabo de Hornos). Jego okolica słynie z wysokich fal, gór lodowych i mocnych wiatrów. Wiele statków i jachtów utonęło w tym miejscu, ale to nie zniechęca miłośników żeglarstwa do wybrania się w jego rejon. Dla wielu z nich przepłynięcie w pobliżu przylądka Horn stanowi życiowe wyzwanie. Co więcej, choćby z Punta Arenas można wybrać się na wycieczkę statkiem w tę okolicę, a nawet dalej, na Antarktydę. Rejsy turystyczne odbywają się latem (od listopada do marca) i z pewnością są przygodą życia, mimo iż ich ceny (od 5 tys. dolarów amerykańskich w górę za bilet) potrafią skutecznie odstraszyć wielu turystów. 

 

Tym razem zniechęcają i mnie. I tak moja podróż z północy na południe Chile dobiega końca, jak wszystko co dobre. Gdybym miała wybrać ulubioną część tego kraju z tych, które do tej pory zobaczyłam (chociaż naprawdę więcej jest tych, których nie widziałam), byłoby mi bardzo trudno. Moich dwóch głównych faworytów to surowe południe i Wyspa Wielkanocna, bo właśnie w te miejsca najbardziej chcę wrócić. Jeśli zaś brałabym pod uwagę wspaniałych Chilijczyków, których spotkałam w trakcie podróży, to musiałabym znów odwiedzić San Pedro de Atacama, Santiago, Valparaíso i okolice Parku Narodowego Conguillío (Parque Nacional Conguillío). A przecież tyle jeszcze nie dane mi było poznać. Ponownie więc czeka mnie wspaniała wyprawa przez całe Chile, z północy na południe. W różnorodności tego kraju tkwi jego największa magia, a ja nie mogę przecież nie wybrać się z wizytą do dawnego przyjaciela.

Artykuły wybrane losowo

Kenia, Tanzania, Lamu i Zanzibar – 101 cudów Afryki

ELŻBIETA I ROBERT PAWEŁEK

 

<< Dla większości podróżników zakochanych w Czarnym Lądzie Kenia i Tanzania nie mają sobie równych. To kraje bajecznie piękne, magiczne i wciąż dzikie. Warto odwiedzić je szczególnie w porze tzw. Wielkiej Migracji, kiedy rozgrywa się jeden z najbardziej widowiskowych spektakli przyrody na ziemi. Jeśli przy okazji upolujemy aparatem fotograficznym całą Wielką Piątkę Afryki (lwa, słonia, bawoła, nosorożca czarnego i lamparta), nasze safari będziemy mogli zaliczyć do udanych i wyruszyć na zasłużony odpoczynek na afrykańskie wyspy – kenijską Lamu i słynny tanzański Zanzibar – prawdziwe miniaturowe wersje raju. >>

 FOT. KENYA TOURISM BOARD

Terytoria obu państw znajdowały się w swojej historii w granicach kolonii brytyjskiej. O czasach tych przypomina dzisiaj powszechny w sferze oficjalnej język angielski. Rdzenni mieszkańcy Kenii i Tanzanii posługują się jednak suahili, którego główny dialekt unguja pochodzi z wyspy Zanzibar.

Afryka jest mistyczna: dzika, piekielnie upalna, stanowi raj dla fotografujących i myśliwych, krainę utopii dla eskapistów. Jest tym, czego pragniesz, wymyka się wszelkim interpretacjom – pisała w swoich pamiętnikach West with the Night słynna kenijska pilotka urodzona w Wielkiej Brytanii Beryl Markham (1902–1986). Dla pasjonatów nieskażonej natury liczą się tu przede wszystkim dwa miejsca: Maasai Mara National Reserve (Rezerwat Narodowy Masai Mara) w Kenii i Serengeti National Park (Park Narodowy Serengeti) w Tanzanii. Jedną z największych atrakcji są w nich duże ssaki. Jednak ani gepard, ani lew, ani nawet sympatycznie wyglądające, choć groźne w rzeczywistości hipopotamy nie wystawią się nam same do zdjęcia. Niemal na każdym kroku napotkamy za to stada płochliwych oryksów czy żyjące gromadnie zebry, od których aż mieni się w oczach.

Więcej…

Roztańczona tropikalna Brazylia

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Wymyślne platformy z tancerzami na Sambódromo do Rio de Janeiro w 2016 r.

 24921609281 86fdc983ff o

© FERNANDO GRILLI/RIOTUR

 

W Brazylii, jednym z największych państw na świecie i największym w Ameryce Południowej, znajdziemy wszystko, czego pragnie podróżnik. Jej wschodnią granicę stanowią piękne złociste plaże położone nad Oceanem Atlantyckim. Na północy i zachodzie rozciągają się amazońskie lasy, a bliżej południa leżą tętniące życiem metropolie Rio de Janeiro i São Paulo. Ten kraj kusi i zniewala. Każdy, kto zostawił tu serce, marzy o powrocie w te strony.

 

Uderzenie gorącego powietrza, widok uśmiechniętych twarzy, dochodzący zewsząd gwar wielkiego miasta – takie były moje doświadczenia po wyjściu z lotniska podczas pierwszej wizyty w Rio de Janeiro, od którego rozpoczęłam wyprawę po fascynującej Brazylii. Oszałamia ona przyjezdnego nie tylko różnorodnością, klimatem i serdecznością mieszkańców, lecz także imponującym terytorium. Ma ponad 8,5 mln km2 powierzchni i zajmuje niemal połowę kontynentu. Pod względem obszaru niedużo więc ustępuje Europie.

 

Sami Brazylijczycy, których jest ok. 207 mln, mówią, że nie istnieje coś takiego jak jedna Brazylia. Obok elementów kultury jednoczących mieszkańców (m.in. znanej na całym świecie wielkiej miłości do piłki nożnej, uważanej przez nich za świętą) znajdziemy tu wiele różnic między regionami i ich tradycjami czy krajobrazami. Poza tym przy planowaniu podróży warto wziąć pod uwagę nie tylko duże odległości, ale też zmieniające się uwarunkowania klimatyczne. Na Nizinie Amazonki niemal przez okrągły rok panuje wysoka wilgotność i temperatura powietrza (dochodząca nawet czasami do prawie 45°C). Często nawiedzają ją również burze i tropikalne deszcze. W środkowo-wschodniej części kraju, gdzie rozciąga się Wyżyna Brazylijska, występuje pora deszczowa i sucha. Najbardziej sprzyjający klimat panuje na wybrzeżu, na którym upał nie daje się tak we znaki dzięki orzeźwiającej bryzie znad oceanu. Południe Brazylii natomiast leży w strefie zwrotnikowej i podzwrotnikowej z ciepłą zimą i gorącym latem.

 

MIASTO SŁOŃCA I BOSSA NOVY

 

Ten kraj rozsławił na cały świat – oczywiście – huczny karnawał. Zwyczaj zabaw przed okresem wielkiego postu przywieźli ze sobą w latach 20. XVIII w. portugalscy osadnicy. W kolejnym stuleciu został on spopularyzowany przez… coraz liczniejszych emigrantów z Francji. Brazylijczycy szybko go sobie przyswoili i stopniowo przekształcili w maskaradę i taneczne korowody. Pierwszy bal maskowy z muzyką odbył się w Rio de Janeiro w 1840 r. Od tego czasu tutejszy pięciodniowy karnawał zyskiwał sobie coraz większą popularność. Istnieje oficjalnie już od lutego 1892 r. i do tej pory odbyło się 125 jego edycji.

 

O wyjątkowym charakterze tej niezmiernie barwnej imprezy decyduje z pewnością samba – prawdziwy skarb narodowy Brazylijczyków. Ten gatunek sięga swoimi korzeniami do pieśni i tańców afrykańskich niewolników. Karnawałowe szaleństwo zaczyna się zwykle na kilka dni przed Środową Popielcową. Na znak inauguracji burmistrz oddaje klucze do miasta szkołom samby. To właśnie one organizują defilady, w których można podziwiać tancerzy w błyszczących, kolorowych kostiumach i ludzi poprzebieranych za rozmaite postacie. Fantastyczne korowody przemierzają ulice (Avenida Marquês de Sapucaí, Estrada Intendente Magalhães i inne główne arterie), a po słynnym sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí lub inaczej Sambódromo do Rio de Janeiro – specjalnej alei z trybunami dla widzów i jurorów oceniających każdy zespół) suną barwne platformy. Impreza trwa pięć dni, choć przygotowania do niej odbywają się praktycznie cały rok.

 

Główną zasadą karnawału, zarówno w Rio de Janeiro, jak i wszędzie na świecie, jest to, że w jego trakcie wszyscy stają się równi. Przestają liczyć się podziały na biednych i bogatych, a ustalony porządek ulega odwróceniu. Może dlatego jego tradycja zyskała sobie taką popularność akurat w tym mieście, niezmiernie zróżnicowanym społecznie i pełnym ludzi marzących o odmianie swojego losu. Swoiście karnawałowy charakter ma nawet krajobraz tej metropolii – zamieszkane przez najuboższych fawele (czyli dzielnice nędzy) rozciągają się na wzgórzach, a zamożniejsi obywatele żyją w niżej położonych rejonach. Właśnie ci najbiedniejsi codziennie budzą się z najpiękniejszym widokiem na Rio de Janeiro i pobliską zatokę Guanabara. Od pewnego czasu fawele jednak stopniowo się zmieniają. Nadal stanowią charakterystyczny element miasta, ale stają się bezpieczniejsze.

 

W rejonie dzielnic klasy średniej Santa Teresa i Lapa warto podejść pod ozdobione kolorowymi ceramicznymi kafelkami Schody Selarón (Escadaria Selarón, autorstwa chilijskiego artysty Jorge Selaróna). Na obu tych obszarach znajdziemy zachwycającą kolonialną architekturę. Na dodatek to ulubione miejsca tutejszej bohemy i amatorów dobrej zabawy. Kojarzą się z kawiarniami, klubami z muzyką na żywo i ulicznymi artystami, zapewniającymi spacerowiczom rozrywkę przez całą dobę. Niemal bez przerwy słychać tu sambę, a na placu pod XVIII-wiecznym Akweduktem Carioca (Aqueduto da Carioca) ludzie spotykają się, aby pograć w szachy i pogawędzić przy piwie lub koktajlu caipirinha (klasycznym drinku przyrządzanym na bazie mocnego alkoholu cachaça, cukru, limonek i lodu).

 

WZGÓRZA WŚRÓD PLAŻ

 

Kolejnym znakiem rozpoznawczym Cudownego Miasta (Cidade Maravilhosa), jak określa się Rio de Janeiro, jest bliskość przyrody. Nie trzeba nawet oddalać się od centrum czy dzielnic mieszkalnych, aby natknąć się na wzgórza, tropikalne lasy bądź parki. Właśnie w tej metropolii znajduje się największy ogród botaniczny w Ameryce Południowej (o powierzchni ok. 140 ha). Jardim Botânico do Rio de Janeiro założono w 1808 r. na polecenie późniejszego króla Portugalii Jana VI (1767–1826). Początkowo na tym terenie uprawiano przyprawy, ale po kilkunastu latach (w 1822 r.) został on otwarty dla publiczności. Dziś stanowi idealne miejsce do schronienia się przed gwarem miasta i upałami. Obejrzymy tutaj m.in. pięknie zaprojektowany ogród japoński i aleję wysmukłych palm królewskich (z gatunku Roystonea oleracea) – Aleia Barbosa Rodrigues.

 

W pobliżu ogrodu botanicznego leży Park Narodowy Tijuca (Parque Nacional da Tijuca – niemal 40 km2 powierzchni) z Lasem Tijuca (Floresta da Tijuca) należącym do największych na globie lasów w obrębie miejskiej aglomeracji. Prowadzi tędy droga na wzgórze Corcovado (710 m n.p.m.), którego szczyt wieńczy słynny pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor) – symbol Rio de Janeiro i jeden z siedmiu nowych cudów świata. Figurę Jezusa zaprojektował francuski artysta polskiego pochodzenia Paul Landowski (1875–1961). Powstały we Francji monument umieszczono na Corcovado w 1931 r. Dziś stanowi najpopularniejszy turystyczny punkt nie tylko w samym Rio de Janeiro, lecz także w całej Brazylii. Dlatego aby uniknąć tłumów, warto wybrać się tu wcześnie rano. To samo dotyczy innego znanego wzgórza, z którego rozciąga się niezapomniany widok na miasto (w tym na słynny piłkarski Stadion Maracanã), zatokę i ich okolicę. Mowa o cieszącej się dużym zainteresowaniem turystów Głowie Cukru (Pão de Açúcar, 396 m n.p.m.). Na jej szczyt można dostać się kolejką linową (Bondinho do Pão de Açúcar) lub wspiąć się o własnych siłach. Jeśli trafimy na bezchmurny dzień, w pełni będziemy mogli docenić piękno otaczających nas krajobrazów.

 

Po zwiedzaniu warto odpocząć na którejś z miejskich plaż. W całej aglomeracji jest ich kilkadziesiąt. Godne polecenia są m.in. niezbyt zatłoczone Praia do Leblon i Praia do Flamengo. Nie sposób też ominąć słynnej Copacabany (ponad 4-kilometrowej), tłumnie odwiedzanej zarówno przez turystów, jak i cariocas (jak nazywa się mieszkańców Rio de Janeiro). Przez całą dobę tętni ona życiem: spotkamy tu młodzież grającą w piłkę nożną albo siatkówkę, muzyków i surferów. Choć według miejscowych plaża ta stanowi symbol społecznej równości, bo nie obowiązują tutaj żadne ograniczenia dotyczące wstępu i chętnie wypoczywają na niej bogaci i ubożsi, to uznaje się ją za jeden z najbardziej ekskluzywnych rejonów w mieście. Świadczą o tym np. pobliskie eleganckie budynki takie jak ogromny Pałac Copacabana (Copacabana Palace), wznoszący się przy bulwarze. W obiekcie działa hotel sieci Belmond uchodzący za najbardziej luksusowy w Ameryce Łacińskiej. Poza stylowo urządzonymi pokojami i apartamentami znajdują się w nim m.in. dwa baseny (jeden tylko dla gości piętra z apartamentami penthouse), kort tenisowy, restauracje i kasyno.

 

Niedaleko południowo-zachodniego krańca Copacabany wznosi się twierdza (Forte de Copacabana), której budowę ukończono w 1914 r. Obecnie mieści się w niej muzeum historyczno-wojskowe (Museu Histórico do Exército e Forte de Copacabana). Położone obok przejście prowadzi na kolejną popularną plażę, a mianowicie Ipanemę (2,6 km długości), rozsławioną dzięki piosence Antônia Carlosa Jobima (1927–1994) i Viniciusa de Moraesa (1913–1980). Dziewczyna z Ipanemy (Garota de Ipanema), jedna z najbardziej klasycznych melodii bossa novy, powstała w 1962 r. Jak mówi lokalna legenda, obaj autorzy siedzieli przy stoliku w barze „Veloso” (dzisiaj „Garota de Ipanema”), gdy dostrzegli piękną Helô Pinheiro. Byli tak zachwyceni jej urodą, że postanowili napisać o niej piosenkę. Pikanterii dodaje tej historii fakt, iż zakochany w atrakcyjnej kobiecie żonaty Antônio Carlos Jobim wielokrotnie się jej potem oświadczał. Nostalgiczny utwór stał się rozpoznawalny na całym świecie, a sama bossa nova szybko zyskała sobie status charakterystycznego stylu muzycznego pochodzącego z Brazylii.

 

MIEJSKIE DŻUNGLE

 

Barwne historyczne centrum miasta Paraty

SE Parati0128

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

Jeśli plaże Rio de Janeiro nam nie wystarczą, powinniśmy wybrać się do Búzios (Armação dos Búzios), leżącego ok. 170 km na wschód stąd. To ponad 30-tysięczne miasto często bywa nazywane brazylijskim Saint-Tropez, choć nie ze względu na architekturę czy klimat, lecz głównie dlatego, że mniej więcej w tym samym czasie (w połowie lat 60. XX w.) zaczęło przekształcać się w znaną miejscowość wypoczynkową. Wpływ na tę zmianę miała gwiazda francuskiego kina Brigitte Bardot, która po raz pierwszy odwiedziła to miejsce w 1964 r. i od tego momentu spędzała w nim wakacje równie chętnie jak na Lazurowym Wybrzeżu we Francji. Cudowne, egzotyczne plaże (niemal 25!), krystalicznie czysta błękitna woda, malownicze zatoczki oraz eleganckie restauracje i hotele – to wszystko sprawia, że Búzios, położone blisko Rio de Janeiro, zdążyło wyrosnąć na jeden z najpopularniejszych kurortów w tej części kraju, nie tracąc przy tym swojej niewątpliwej urody.

 

Drugą perłę regionu stanowi miasto Paraty, według wielu należące do najbardziej fotogenicznych w Brazylii. Powstało ono w 1667 r. i szybko zaczęło służyć jako port, z którego wywożono do Portugalii złoto i kamienie szlachetne. Właśnie w tym okresie rozwinęło się i wzbogaciło o przepiękną kolonialną architekturę, do dziś zachowaną w niezmienionym kształcie. W tym melancholijnym, liczącym 40 tys. mieszkańców ośrodku czas naprawdę się zatrzymał.

 

Tego samego zdecydowanie nie można powiedzieć o położonym ok. 270 km dalej na zachód São Paulo – jednej z najludniejszych metropolii świata i zarazem największej pod względem populacji na półkuli południowej i w Ameryce Południowej. Całą aglomerację zamieszkuje ponad 21 mln ludzi. Zatłoczone miasto nie cieszy się takim zainteresowaniem wśród turystów jak Rio de Janeiro. Kryje w sobie jednak wiele atrakcji, a tym, co stanowi o jego sile, jest niezwykła energia, architektoniczny rozmach i różnorodność. Obok rejonów słynących ze sztuki ulicznej, kawiarni i klubów, takich jak Vila Madalena w dzielnicy Pinheiros, znajdują się tu największe na kontynencie centra biznesowe. Warto podkreślić też imponującą liczbę placówek muzealnych, z których szczególnie trzeba odwiedzić Muzeum Sztuki (Museu de Arte de São Paulo – MASP), mieszczące się przy jednej z najważniejszych ulic w São Paulo – alei Paulista (Avenida Paulista). W sercu miasta leży Praça da Sé – plac z neogotycką Katedrą Metropolitalną, którą zaczęto wznosić w 1913 r. Po kilkunastominutowym spacerze dotrzemy stąd z kolei na plac Ramosa de Azevedo (Praça Ramos de Azevedo) z eklektycznym gmachem Teatru Miejskiego (Theatro Municipal de São Paulo), należącym do najpiękniejszych tego typu budynków na świecie. Jednak największą atrakcją São Paulo jest modernistyczna architektura, której przykłady znajdziemy kilkaset metrów od teatru, na placu Sztuki (Praça das Artes). Przedstawicielem tego kierunku był słynny brazylijski architekt Oscar Niemeyer (1907–2012). Zaprojektował on wiele budynków w tym mieście (np. w Parku Ibirapuera) i innych częściach Brazylii (m.in. w Rio de Janeiro i Brasílii, stolicy kraju) oraz za granicą (w Nowym Jorku, Paryżu czy Berlinie). Oprócz tego uroku São Paulo dodaje jego wielokulturowość. Przykładowo w dzielnicy Liberdade żyje największa mniejszość japońska na świecie (stanowi 65 proc. spośród jej 220 tys. mieszkańców).

 

„Polski” Las Papieża Jana Pawła II powstał w 1979 r. w Kurytybie

PR Curitiba0438

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

POTRAWY Z GRILLA I PIEROGI

 

Brazylijska kuchnia bazuje raczej na mięsie. Niewątpliwie przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom dań z rusztu. Brazylijczycy chętnie grillują prawie wszystko: od drobiu i wołowiny po warzywa i owoce. Nieodłącznym składnikiem menu jest tu również ryż, czarna fasola (feijão) i mąka z manioku (farinha de mandioca). Z tych trzech produktów i mięsa wołowego lub kurczaka przyrządza się przypominającą gulasz potrawę feijoada. Mieszkańcy Brazylii uwielbiają także słodycze. W każdej kawiarni kupimy tzw. salgados, smażone w tłuszczu przekąski z serem, nadzieniem z mięsa bądź ryby, przygotowywane z kaszy albo manioku. Brazylijczycy zajadają się też kuleczkami mleczno-kokosowymi (beijinhos de coco) bądź kakaowymi (brigadeiros) i kremem czekoladowym serwowanym z brandy. Napój narodowy stanowi – oczywiście – kawa, uprawiana głównie w stanach São Paulo, Minas Gerais i Paraná. Choć od pewnego czasu w światowym wyścigu o pierwsze miejsce w jej produkcji ścigają się z Brazylią m.in. Wietnam i Kolumbia, to wciąż właśnie ten ogromny południowoamerykański kraj zajmuje pozycję lidera.

 

Jeśli w trakcie podróży najdzie nas ochota na… pierogi lub inne rodzime danie, powinniśmy odwiedzić Kurytybę, stolicę Parany. Mieszka w niej według różnych źródeł od 90 do nawet 400 tys. osób polskiego pochodzenia (w całym stanie żyje ich od 700 tys. do 1,5 mln). Pierwsi przybysze z Polski przypłynęli w te strony w zorganizowanych grupach w 1869 r. Potem, od końca XIX stulecia, rozpoczął się gwałtowny napływ imigrantów z terenów trzech zaborów, a druga największa fala emigracji dotarła tu po II wojnie światowej. Jeden z najrozleglejszych parków w mieście nosi zresztą imię Jana Pawła II (Bosque do Papa João Paulo II). Zaraz przy wejściu do niego natkniemy się na polską restaurację serwującą m.in. barszcz i pierogi. Kurytybę często nazywa się również najbardziej zadbanym, ekologicznym i zielonym ośrodkiem w kraju. Stolica Parany szczyci się poza tym wysoką jakością życia. Dotyczy to także oddalonego stąd o ok. 300 km na południe Florianópolis, położonego malowniczo głównie na wyspie Santa Catarina (424,4 km² powierzchni) i pobliskich mniejszych wysepkach. Nowoczesność świetnie komponuje się w nim z tradycją i naturalnym pięknem. Na północy wznoszą się wysokie hotele i drapacze chmur, rozciągające się wzdłuż nadmorskiej alei, a w południowej części miasta odkryjemy spokojne osady rybackie, pamiętające czasy portugalskich kolonizatorów. W historycznym centrum Florianópolis, wypełnionym kolonialną architekturą, uwagę przyciąga rozłożysty figowiec rosnący na głównym placu 15 Listopada (Praça XV de Novembro). Nieopodal znajduje się m.in. Muzeum Historyczne Santa Catariny (Museu Histórico de Santa Catarina – MHSC) w dawnym Różowym Pałacu (Palácio Rosado) oraz stary targ miejski z licznymi kawiarniami i restauracjami. Osoby marzące o błogim odpoczynku w promieniach słońca mogą udać się natomiast na jedną z ponad czterdziestu plaż. Do wyboru mają zarówno rejony z odpowiednią infrastrukturą, jak i bardziej naturalne miejsca, jak choćby dziewicza Lagoinha do Leste, na którą nie prowadzi żadna droga, dlatego docierają do niej tylko najwytrwalsi.

 

TWÓRCZA MOC WODY

 

Podczas wyprawy po Brazylii zdecydowanie nie wolno ominąć słynnego Parku Narodowego Iguaçu (Parque Nacional do Iguaçu) leżącego przy granicy z Argentyną, kilka kilometrów od Paragwaju. W 1986 r. wpisano go na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Turystów z całego globu przyciąga przede wszystkim zapierającymi dech w piersiach wodospadami Iguaçu (Cataratas do Iguaçu), okrzykniętymi jednym z siedmiu nowych cudów natury. Składa się na nie aż 275 kaskad, z których największe mają nawet ponad 800 m szerokości! Łuki powstających tutaj tęczy często łączą tereny obu krajów, zewsząd dobiega huk spadającej wody, a krajobraz urozmaica intensywnie zielona, gęsta roślinność. To wszystko sprawia, że okolica Iguaçu przypomina baśniową krainę. Choć znaczna część tego obszaru (ok. 80 proc.) znajduje się po stronie argentyńskiej (w granicach Parku Narodowego Iguazú), na terytorium Brazylii również jest co oglądać. Wodospadom można się tu przyjrzeć z naprawdę bliska i podziwiać je od dołu, a z tej perspektywy prezentują się jeszcze bardziej spektakularnie. Szczególnie warto podejść pod ogromną Diabelską Gardziel (Garganta do Diabo) – najwyższą kaskadę, osiągającą 80 m. Niżej położoną część tego regionu porasta subtropikalny las deszczowy. Wśród palm, ogromnych paproci czy araukarii żyją w nim liczne egzotyczne zwierzęta.

 

Aby w pełni docenić urodę i różnorodność przyrody Brazylii, trzeba wyruszyć także na północny wschód kraju, gdzie rozciągają się plaże uchodzące za najpiękniejsze na całym kontynencie. Taką opinią cieszy się m.in. złociste wybrzeże w sąsiedztwie urokliwego kurortu Maceió, stolicy stanu Alagoas. Leży on ok. 250 km na południowy zachód od największego miasta regionu (Região Nordeste do Brasil) – ponad 1,6-milionowego Recife, które ze względu na dużą liczbę kanałów i mostów określa się mianem brazylijskiej Wenecji. Jednak turystów przyciąga do niego raczej nowoczesna architektura. Najchętniej odwiedzanym rejonem jest tzw. Strefa Południowa (Zona Sul). Powstała ona wzdłuż wybrzeża otoczonego malowniczymi rafami koralowymi, od których zresztą pochodzi nazwa samego ośrodka (recife znaczy po portugalsku „rafa”). Właśnie tu znajduje się też najwięcej hoteli, restauracji i plaż, w tym szeroka i długa na mniej więcej 7 km Boa Viagem (Praia de Boa Viagem), porównywana do Copacabany. Recife, stolica stanu Pernambuco, słynie oprócz tego z najlepszych lokali serwujących świeże ryby i owoce morza. Takich specjałów spróbujemy zarówno w knajpkach nad brzegiem oceanu, jak i w historycznym centrum, czyli Recife Antigo, które wieczorami rozbrzmiewa muzyką i wypełnia się ludźmi. W ciągu dnia warto zwiedzić m.in. Centrum Kultury Żydowskiej w Pernambuco (Centro Cultural Judaico de Pernambuco), mieszczące się w budynku najstarszej synagogi w obu Amerykach (Sinagoga Kahal Zur Israel), wzniesionej w pierwszej połowie XVII w. Inną ciekawą atrakcję stanowi wieża Malakoff (Torre Malakoff) służąca przez pewien czas jako obserwatorium astronomiczne (ukończona w 1855 r.). Rozpościera się z niej wspaniały widok na całe miasto.

 

Potężne kaskady na rzece Iguaçu spływającej z bazaltowego płaskowyżu

SU FozIguacu0931

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

GOŚCINNY RAJ

 

Jeśli z Recife udamy się jeszcze dalej na północ, dotrzemy na jedną z najpiękniejszych plaż na świecie, uważaną za prawdziwy raj na ziemi. Nieco hippisowska Pipa (aż 10-kilometrowa!) poza znakomitymi miejscami z lokalnymi przysmakami zachwyca podróżników przede wszystkim lazurową, krystalicznie czystą wodą, piaskiem o niemal śnieżnobiałym kolorze, gęstymi palmami kokosowymi i atmosferą błogości, która każdemu pozwala oderwać się choć na chwilę od problemów.

 

Na zwiedzanie z kolei koniecznie powinniśmy wybrać się do ponad 2,6-milionowej Fortalezy (ok. 570 km na północny zachód), stolicy stanu Ceará. Z dawnej wioski rybackiej w ciągu kilku stuleci zmieniła się ona w jeden z największych ośrodków turystycznych i handlowych Brazylii. Jej magia tkwi w wyjątkowej mieszance kolonialnych tradycji i elementów nowoczesności. Przy ciągnącej się wzdłuż brzegu oceanu alei Beira-Mar wznoszą się wspinające się pod niebo siedziby firm i banków, centra handlowe czy hotele. Tuż obok, wśród białych piasków, zacumowane są drewniane łódki rybaków, a na chodniku przy plaży lokalni artyści i rzemieślnicy wystawiają swoje prace, np. charakterystyczne dla tego rejonu ręcznie haftowane obrusy, hamaki i koronki.

 

Prawdziwy raj dla miłośników tradycyjnych wyrobów stanowi Salvador (Salvador da Bahia). To w nim wiele osób kończy wizytę na środkowym wybrzeżu. Właśnie tu znajduje się największy targ rzemiosła artystycznego w regionie – Mercado Modelo z 263 sklepikami, stoiskami i restauracjami z tradycyjną kuchnią stanu Bahia. Sam zabytkowy Salvador bywa nazywany czarną stolicą Brazylii lub czarnym Rzymem, bo aż 80 proc. jego mieszkańców jest potomkami niewolników, przywiezionych z Afryki na plantacje trzciny cukrowej. Wpływ afrykańskiej kultury dostrzeżemy zresztą w tutejszych tradycjach, lokalnej gastronomii i samym charakterze miasta, które za sprawą imponującej kolonialnej architektury i urokliwego położenia cieszy się zasłużenie opinią jednego z najpiękniejszych i najbardziej klimatycznych na całym kontynencie. Niezmiernie atrakcyjnie prezentuje się historyczne centrum, czyli Pelourinho. Jego klimatyczną atmosferę tworzą urocze wąskie uliczki, barokowe kościoły, interesujące muzea (w tym znakomite Muzeum Afrobrazylijskie – Museu Afro-Brasileiro przy placu 15 Listopada, czyli Praça XV de Novembro) i nastrojowe kawiarnie, w których można zamówić café da manhã – zestaw śniadaniowy składający się zazwyczaj z kawy, owoców i słodkiej przekąski.

 

Jednak największe wrażenie na przyjezdnych robi w Salvadorze wielka serdeczność i niesamowita energia jego mieszkańców. Wydaje się, że te cechy charakteru Brazylijczyków występują tutaj w wyjątkowo zintensyfikowanej formie. Miejscowi są uśmiechnięci i otwarci, przyjaźnie zagadują innych niemal na każdym kroku. Oprócz tego obywatele Brazylii odczuwają ogromną dumę narodową. Podczas rozmów z cudzoziemcami potrafią godzinami z przejęciem chwalić własną kulturę i zachwycać się jedzeniem, wyliczać sukcesy swoich piłkarzy i opowiadać o bogactwach przyrody. I choć wiadomo, że wszyscy mamy prawo do idealizowania właśnie naszej ojczyzny, to chyba trudno nie przyznać im racji. W tym ogromnym, rozciągającym się na niemal pół kontynentu kraju znajdziemy wszystko, co czyni podróże tak ekscytującymi. Poza tym jego gościnni mieszkańcy nawet w trakcie krótkiej pogawędki będą nas w swoim melodyjnym języku gorąco przekonywać do tego, żebyśmy kiedyś koniecznie tu wrócili. Tak naprawdę nie muszą się jednak zbytnio starać, bo roztańczona Brazylia jest niezmiernie uzależniająca.

 

 

10 rzeczy, które należy przeżyć w Meksyku

OLA SYNOWIEC


<< Meksyk jest jak piniata. Ta popularna, szczególnie przed świętami Bożego Narodzenia, tutejsza zabawa polega na rozbiciu kijem wiszącej pod sufitem kuli wypełnionej słodyczami. Na początku wydaje się ona tak twarda, że nie sposób jej przebić, ale już po kilku próbach pęka i wysypuje się z niej deszcz różnorodnych słodkości. Również Meksyk przy pierwszej wizycie sprawia wrażenie świata skrywającego przed obcokrajowcami mnóstwo tajemnic, lecz wystarczy nieco uporu, aby odsłonił przed nami wszystkie swoje wspaniałości. >>

To drugie pod względem powierzchni (niemal 2 mln km²) i liczby ludności (ponad 118 mln osób) państwo Ameryki Łacińskiej, zaraz po Brazylii, leży między Stanami Zjednoczonymi a Gwatemalą i Belize. Powszechnie kojarzy się m.in. z kadrami z filmu Roberta Rodrigueza Desperado, kapeluszami z szerokim rondem, orkiestrami mariachi, kaktusami czy tequilą. Warto jednak wiedzieć, że Meksykańskie Stany Zjednoczone to nie tylko coraz gęściej zaludnione miasta oraz małe wioski na odludziu, lecz także przepiękne plaże nad Pacyfikiem i Atlantykiem, olbrzymie wydmy Wielkiej Pustyni Altar – Gran Desierto de Altar, rozległa selwa w stanie Chiapas czy pasmo Kordyliery Wulkanicznej z najwyższym szczytem kraju wulkanem Citlaltépetl (Pico de Orizaba – 5610 m n.p.m.) oraz niezmiernie bogata kultura o wielu korzeniach.

Więcej…