KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

 

Nie zakochałam się w Chile miłością namiętną i porywającą. Nawet nie było to zauroczenie, ale raczej przelotna znajomość, która – ku mojemu zaskoczeniu – zamieniła się w przyjaźń. Okazało się, że to związek na lata. Ta przyjaźń nakazuje mi tęsknić za niezwykłymi ludźmi, których tu poznałam, i wrócić do niesamowitych miejsc, jakich nie zdążyłam jeszcze zobaczyć.

 

FICH 2016 JEJ 0044 fot

Księżycowy krajobraz Valle de la Luna robi niesamowite wrażenie

© BANCO DE IMÁGENES SERNATUR/JUAN ERNESTO JAEGGER

 

Powodów do powrotu znajdzie się co najmniej tyle, ile wyjątkowych zakątków w tym kraju. A ponieważ Chile jest tak różnorodne jak długie, mamy w czym wybierać: od najsuchszej niepolarnej pustyni na świecie, przez zielone lasy z endemicznymi drzewami, wysokie Andy, niziny, ocean, aż po lodowce i fiordy. Chociaż terytorium państwa rozciąga się na pół kontynentu południowoamerykańskiego (rozciągłość południkowa wynosi mniej więcej 4,3 tys. km), jego wschodnią granicę od zachodniego wybrzeża dzieli średnio zaledwie ok. 180 km. 

 

Od zachodu chilijskie brzegi oblewa Ocean Spokojny, na południowym krańcu znajduje się natomiast niewielki region z dostępem do Atlantyku. Szczyty Andów wznoszą się wzdłuż wschodniej granicy. Na północy leży Altiplano (płaskowyż śródgórski) i najsuchsza niepolarna pustynia na ziemi Atakama. W środkowej części Chile panuje głównie klimat śródziemnomorski, dlatego uprawia się tu winorośl i produkuje wino, w rejonie położonym najdalej na południe zimy są ostre, a dni krótkie. Do kraju należy też Wyspa Wielkanocna z tajemniczymi posągami moai oraz owiany złą sławą wśród żeglarzy przylądek Horn. Każdy znajdzie więc tutaj coś dla siebie.

 

CAŁKIEM INNY ŚWIAT

 

FICH 2016 JEJ 0032 fot

El Tatio – pole z gejzerami w Andach

© BANCO DE IMÁGENES SERNATUR/JUAN ERNESTO JAEGGER

 

Do San Pedro de Atacama przyjechałam z Boliwii. Najpierw spędziłam noc w autobusie, potem kilka godzin czekałam na granicy, gdzie zarekwirowano mi… pomarańczę. Do Chile nie wolno wwozić produktów organicznych. Osoby wkraczające na terytorium kraju są pod tym względem dokładnie sprawdzane, a za niezadeklarowanie takich towarów grozi wysoki mandat. Pół następnego dnia spędziłam w kolejnym autobusie. Za oknem rozpościerały się widoki podobne do tych z Boliwii, w końcu wciąż znajdowałam się na Altiplano. W oddali wznosiły się góry, krajobraz był surowy, jak okiem sięgnąć ciągnęły się ogromne przestrzenie. Gdy ziemia stała się czerwona, zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno jestem nadal na tej samej planecie, a nie na Marsie. Pejzaże z pustyni Atakama często porównuje się z marsjańskimi. Widoki na północy Chile są zdecydowanie nieziemskie! 

 

Dojeżdżam do miasteczka San Pedro de Atacama z wąskimi ulicami, niskimi domami adobe (zbudowanymi z suszonej cegły) i również czerwoną ziemią. Miejscowość ma niewątpliwie swój urok, który od dawna przyciąga turystów z całego świata – trudno w niej o ciszę i spokój, wszędzie panuje tłok, słychać rozmaite języki. Temperatury są wysokie, choć jestem tu w czerwcu, na początku zimy. Słońce pali niemiłosiernie, ale kiedy tylko schowa się za chmury, szybko trzeba zakładać kurtki i czapki. Nocą naprawdę można zmarznąć. 

 

To właśnie San Pedro de Atacama stanowi bazę wypadową na pustynię. Stąd wyjeżdża się podziwiać jej niezwykłe krajobrazy. Atakama nie jest po horyzont pokryta piaskiem, w którym grzęzną stopy. To kraina surowa, twarda, różnokolorowa – pustynia miejscami kamienista, gdzie indziej piaszczysta, a nawet solna, zawsze jednak sucha. Podobno są tutaj strefy, w których ani jedna kropla deszczu nie spadła przez blisko 400 lat! Czasem, kiedy bardzo rzadkie opady nawiedzą ten region, ziemia pokrywa się kolorowymi kwiatami. Ostatni raz pustynia zakwitła w październiku 2015 r., a więc trochę ponad pół roku przed moim przyjazdem. Cóż zrobić, nie było mi dane zobaczyć tego wyjątkowego widoku. Jednak nawet sucha robi piorunujące wrażenie. Nieopodal miasteczka (niecałe 15 km od niego) czeka Dolina Księżyca (Valle de la Luna), do której można pojechać choćby wypożyczonym rowerem. Jak sama nazwa wskazuje, zachwyca księżycowym krajobrazem. Trochę dalej na północ leży El Tatio (tata-iu w wymarłym języku kunza, nazywanym również atakameńskim, którym do XIX stulecia posługiwali się Indianie Atakama zamieszkujący Altiplano w Chile, Argentynie i Boliwii, oznacza „płaczącego dziadka”), czyli pole ok. 80 gejzerów buchających gorącymi gazami. Natomiast na południowym wschodzie znajduje się Rezerwat Narodowy Flamingów (Reserva Nacional Los Flamencos), gdzie oprócz pustyń solnych (np. Salar de Tara czy Salar de Atacama) wiosną i latem można zobaczyć właśnie te ptaki. 

 

Atakama zachwyca urodą nie tylko w dzień, ale i w nocy. Ze względu na położenie geograficzne, wysokość nad poziomem morza oraz niewielką ilość świateł i zanieczyszczeń płynących z nielicznych osad ludzkich jest jednym z miejsc z najczystszym niebem na ziemi. Dzięki temu można tu z łatwością obserwować gwiazdy. Właśnie dlatego znajdują się w tym rejonie obserwatoria astronomiczne. Poza wielkimi ośrodkami, do których dostęp mają jedynie naukowcy, działa też kilka mniejszych, stworzonych dla turystów, którzy interesują się astronomią i chcą poszerzyć swoją wiedzę o wszechświecie. Taka wycieczka odbywa się – oczywiście – późnym wieczorem. W jej trakcie ogląda się niebo przez profesjonalne teleskopy. Uważam, że to wspaniałe doświadczenie i stanowi znakomite zwieńczenie pobytu na pustyni Atakama.

 

MIEJSKA SZTUKA ULICZNA

 

Już północ Chile udowodniła mi, że to kraj o niesamowitych warunkach naturalnych. Nadszedł więc czas, aby zajrzeć do miast i sprawdzić, czy w nich także jest równie ciekawie. Na początek wybieram stolicę, czyli Santiago (Santiago de Chile). Jak przystało na wielomilionową metropolię, miasto tętni życiem w dzień i w nocy. Błądzę wśród pięknych XIX-wiecznych kamienic historycznego centrum, zaglądam na plac Broni (Plaza de Armas), do neoklasycystycznej Katedry Metropolitalnej (Catedral Metropolitana), zatrzymuję się w jednej z wielu kawiarni. W Santiago bez większego trudu można znaleźć lokal, w którym serwują świetnej jakości i dobrze przyrządzoną kawę. W większości miejsc poza stolicą podaje się ją – niestety – w wersji rozpuszczalnej. Potem czeka mnie wjazd kolejką na Wzgórze św. Krzysztofa (Cerro San Cristóbal, ok. 880 m n.p.m.) w Parku Metropolitalnym (Parque Metropolitano de Santiago). Można również wejść na nie pieszo, ale przejażdżka funikularem jest atrakcją samą w sobie. Ze szczytu rozpościera się panorama całego Santiago i z pięknymi Andami dzielącymi Chile od Argentyny w tle. Warto udać się tu przed zachodem słońca, aby podziwiać miasto w złotej poświacie. Po zapadnięciu zmierzchu budzi się położona poniżej dzielnica Bellavista. W niej właśnie mieszczą się knajpki i kluby, które wypełniają się po brzegi rozbawionymi ludźmi w późnych godzinach nocnych. W tym rejonie stolicy znajduje się też mnóstwo naprawdę świetnych murali. Nie mogłam więc przestać błądzić po ulicach w poszukiwaniu coraz to nowych dzieł. Sztukę uliczną można podziwiać także w dzielnicach Yungay (Quinta Normal) i Brasil, które są dużo spokojniejsze niż centrum miasta.

 

W jakości murali i instalacji artystycznych Santiago dorównuje Valparaíso, nadmorski port położony na kilkudziesięciu wzgórzach. Mieszkańcy stolicy bardzo chętnie uciekają do niego w weekendy. Wcale im się nie dziwię. Miasto przyciąga jak magnes i nie chce wypuścić ze swoich objęć, kiedy już poczuje się jego atmosferę. Mnie trzymało na tyle mocno, że z zaskakującą łatwością zapomniałam o odlocie mojego samolotu. Nie tylko ja dałam się wciągnąć temu kolonialnemu portowi. Chilijski laureat literackiej Nagrody Nobla Pablo Neruda (1904–1973) swoją Odę do Valparaíso rozpoczął tymi słowami: Valparaíso, / jakże absurdalne / jesteś, / jakie szalone (tłumaczenie własne fragmentu Valparaíso, / qué disparate / eres, / qué loco). Coś w tym jest, wszak w tym mieście stare miesza się z nowym, piękno z brzydotą, spokój z zamętem. Zresztą właśnie tutaj wspomniany poeta miał jeden ze swoich trzech domów. Dziś działa w nim jego muzeum (podobnie jak w dwóch pozostałych w Santiago i Isla Negra). Warto odwiedzić to miejsce, a podczas schodzenia ze wzgórza Bellavista rozglądać się w poszukiwaniu pięknych murali należących do Muzeum pod Otwartym Niebem (Museo a Cielo Abierto). To jednak nie jedyne wzniesienie ozdobione sztuką uliczną – podobnie wyglądają Alegre i Concepción. Na szczęście, spacer w ich okolicach nie musi być zbyt męczący, bo na większość tutejszych wzgórz wjeżdżają ascensores, czyli kolejki szynowe. Zachody słońca nad oceanem oglądane sprzed pięknych kolorowych domów stojących na wzniesieniach w Valparaíso są jednym ze wspomnień, które pchają mnie z powrotem do Chile. 

 

TAJEMNICA WIELKICH POSĄGÓW

 

FICH 2017 SER 0538

Moai stojące na stoku wulkanu Rano Raraku

© BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

Nie wybaczyłabym sobie, gdyby samolot, który przegapiłam przez zbytnią poufałość z Valparaíso, leciał na… Wyspę Wielkanocną (Isla de Pascua). Szczęśliwie, tak się nie stało. Lot odbyłam bez przeszkód i wylądowałam w Hanga Roa, jedynym miasteczku na tym niewielkim lądzie (163,6 km² powierzchni). Od najbliższej osady ludzkiej dzieli Wyspę Wielkanocną prawie 2,1 tys. km, a od chilijskiego wybrzeża – ponad 3,5 tys. km. Administracyjnie należy ona do Chile, choć kulturowo jest częścią Polinezji (oryginalna nazwa wyspy to Rapa Nui). Wraz z Hawajami i Nową Zelandią tworzy trójkąt polinezyjski. Skąd więc skojarzenie z Wielkanocą? Dla Europy wyspę odkrył holenderski admirał i podróżnik Jacob Roggeveen (1659–1729). Dotarł do niej 5 kwietnia 1722 r., kiedy wypadała akurat Niedziela Wielkanocna. 

 

Pierwsi Polinezyjczycy dopłynęli na Rapa Nui między VI a XIII w. Na Wyspę Wielkanocną leci się zwykle w jednym celu: zobaczyć słynne kamienne głowy zwane moai. Tak naprawdę są to całe postacie (choć niektóre figury przykrywa od dołu ziemia) przedstawiające przodków. Miały one strzec mieszkańców danej wioski. Na wyspie znajduje się aż ok. 900 moai! Wprawdzie jedynie 288 stoi na rozsianych na lądzie ahu – platformach (obejmujących również krematorium i miejsce pogrzebowe), przed którymi odbywały się ceremonie. Najbliższe otoczenie kamiennego podestu było strefą tabu, niedostępną dla zwykłych śmiertelników. W 2008 r. jeden z turystów nie uszanował tej świętości – nie tylko wszedł na ahu, ale też… oderwał kawałek ucha moai. Musiał zapłacić 7 mln pesos chilijskich (CLP) kary, czyli mniej więcej 10,5 tys. dolarów amerykańskich (USD), i wyjechać z wyspy. Dostał też zakaz powrotu na nią przez najbliższe 3 lata.

 

Aż 397 moai nigdy nie opuściło rejonu ich wykonywania – stoków wulkanu Rano Raraku. To właśnie tutaj wykuwano posągi, aby potem przenieść je na właściwe miejsce. Wiele figur stoi pojedynczo na wyspie, często są mniej lub bardziej zniszczone. Z różnych przyczyn zostały porzucone w trakcie transportowania (sposób ich przenoszenia jest do dziś niewyjaśnioną zagadką). Najmniejszy moai ma 1,13 m wysokości, największy ukończony (Paro) mierzy niemal 11 m, a największy (Te Tokanga), którego nigdy nie dokończono i nie podniesiono ze stoku wulkanu – 21,65 m (waży ponad 200 t). 

 

Można by powiedzieć, że te posągi to tylko olbrzymie kamienie, bo przeciętny turysta raczej nie dostrzeże w nich walorów artystycznych. Jednak ogromne figury z Rapa Nui hipnotyzują i mogłam się w nie wpatrywać godzinami, a to ze względu na ich rozmiary i związany z nimi trud pracy ówczesnych wyspiarzy. Trudno sobie wyobrazić, że w okresie od tysiąca do kilkuset lat temu ludzie bez użycia maszyn tworzyli tak wielkie rzeźby i transportowali je po całej wyspie. Właśnie ta tajemnica otaczająca moai i hipotezy dotyczące ich powstawania (są wśród nich i takie przypisujące autorstwo tych osobliwych statui kosmitom) sprawiają, że posągi zachwycają tak bardzo, iż chce się na nie patrzeć bez przerwy z prawdziwym zafascynowaniem. Kiedy przypomnę sobie jeszcze piękną polinezyjską kulturę, z którą zetknęłam się na Rapa Nui, dobrą kuchnię i poczucie odcięcia od świata, jakie mi tu towarzyszyło, zaczynam bardzo tęsknić i chcę wrócić w to cudowne miejsce. Jednak zapewne przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać na kolejną okazję do odwiedzenia Wyspy Wielkanocnej. 

 

WINO, POLACY I MIEDŹ

 

Z cudownej krainy wracam na stały ląd, który płynie winem. Chile znane jest na świecie z produkcji tego szlachetnego trunku. Półki w sklepach uginają się od butelek z najróżniejszych winnic. Roku by nie wystarczyło, żeby spróbować produktów z każdej z nich. Mnóstwo upraw leży w centralnej części kraju. W jednej z kilkunastu dolin, zwanej Valle de Colchagua, położonej ok. 150 km na południowy zachód od Santiago, znajduje się niewielka winnica Alta Alcurnia. Co w niej wyjątkowego? Prowadzi ją polskie małżeństwo. Pierwotnie Małgorzata i Tomasz Wawruchowie planowali wędzić wędliny i kiełbasy, ale podczas szukania odpowiedniego miejsca znaleźli winnicę, w której się zakochali. Nad produkcją tutejszego wina czuwa chilijski profesor Philippo Pszczółkowski, syn polskich imigrantów. Ten wybitny enolog i ampelograf (ampelografia to nauka o winoroślach) przyczynił się do wyodrębnienia odmiany carménère ze szczepu merlot, z którym była wcześniej mylona. Odmiana ta pochodzi z Francji, ale największe jej uprawy znajdują się w Chile i jest uznawana za charakterystyczną właśnie dla tego kraju. Czerwone wina produkowane z carménère eksportuje się na cały świat. Trunki z Alta Alcurnii trafiają m.in. do Polski. 

 

To zresztą niejedyny współczesny polski ślad w Chile. Na południu pustyni Atakama spółka KGHM Polska Miedź w czerwcu 2014 r. otworzyła odkrywkową kopalnię miedzi i molibdenu Sierra Gorda. To prawdopodobnie największa polska inwestycja zagraniczna i jeden z największych projektów górniczych na świecie. Patronem kopalni jest Ignacy Domeyko (1802–1889), który w XIX w. zajmował się górnictwem w tym kraju. Oprócz opisania wielu złóż i minerałów opracował podręczniki akademickie. Był także rektorem Uniwersytetu Chile (Universidad de Chile) przez 16 lat, w trakcie których podniósł w nim poziom nauczania. Na jego cześć nazwano miejscowość Domeyko w regionie Atakama i Góry Domeyki (Cordillera Domeyko) w regionie Antofagasta. 

 

Inny zasłużony dla tego kraju potomek Polaków to Luciano Kulczewski (1896–1972), wnuk polskiego imigranta. Był on uznanym architektem, który w swoich projektach łączył elementy neogotyku, art nouveau, art déco i modernizmu. Nazywano go chilijskim Gaudím i Gaudím Santiago (tworzył głównie w tym mieście), gdyż zaprojektowane przez niego budowle wyróżniały się nietypowym stylem. Nietrudno trafić na jego dzieła w stolicy kraju. Jednym z nich jest przypominająca spory zamek brama wejściowa do kolejki na Wzgórze św. Krzysztofa. Architekt doczekał się też swojej ulicy w Santiago, w dzielnicy Lastarria – calle Luciano Kulczewski (do 2016 r. paseo Estados Unidos). Stoi przy niej jego charakterystyczny zamkowy dom w stylu neogotyckim. Trudno go przeoczyć podczas spaceru po klimatycznej Lastarrii. 

 

W DRODZE NA POŁUDNIE

 

Carretera Austral, czyli Droga Południowa (1240 km), znana również jako Ruta 7, prowadzi od miasta Puerto Montt do miejscowości Villa O’Higgins na dalekim południu. Wiedzie przez chilijską Patagonię, wzdłuż gór i fiordów, wśród lasów i jezior. W trzech miejscach trzeba się przeprawić promem przez akwen leżący na szlaku. Drogę budowano w większości w latach 70. i 80. XX w., aby połączyć trudno dostępne tereny południowe z resztą kraju. Wielu turystów pokonuje ją w całości, ponieważ prowadzi przez piękne krajobrazy i pozwala zbliżyć się do natury, a oddalić od dużych i głośnych miast. 

 

Zanim jednak w Puerto Montt wjadę na słynną trasę, zbaczam z drogi, żeby zajrzeć do Frutillar. Po polsku nazwa miejscowości brzmiałaby Poziomkowo, ponieważ frutilla w niektórych południowoamerykańskich odmianach hiszpańskiego – m.in. w chilijskiej – oznacza „truskawkę”, a frutilla silvestre – „poziomkę”. Podobno rosło tu tak dużo poziomek, że nazwano od nich miasteczko. Zostało ono założone nad brzegiem jeziora Llanquihue w 1856 r. przez imigrantów z Niemiec w ramach planu kolonizacji Patagonii. Niemieckie wpływy widać we Frutillar po dziś dzień w architekturze, kuchni, tradycjach, a nawet języku. Piękne drewniane domy cieszą oczy, a pyszny jabłkowy strudel i malinowy placek z kruszonką są rozkoszą dla podniebienia i w niczym nie przypominają przesłodzonych, tortowych ciast wypiekanych w Chile. Poza charakterystyczną zabudową i panującym tutaj błogim spokojem miasteczko zachwyca także widokami. Na przeciwległym brzegu jeziora wyrastają cztery wulkany, w tym jeden niezwykłej urody – Osorno (2652 m n.p.m.). Wygląda on jak przykład z podręcznika: jego idealny stożek przykrywa warstwa śniegu. Osorno jest bliźniaczo podobny do góry Fudżi w Japonii. Wprawdzie wulkan pozostaje aktywny, ale to nie przeszkadza obejrzeć go z bliska. Latem można się na niego wspiąć, a zimą jeździć na nartach po jego zboczu. Frutillar leży dokładnie naprzeciw Osorno, dzięki czemu stanowi idealny punkt do fotografowania wulkanicznego szczytu. Czułam się tu, jakbym była częścią pięknej pocztówki. 

 

Wspomniane miasteczko to dobre miejsce na odpoczynek przed wyruszeniem na w wielu fragmentach nieutwardzoną Drogę Południową lub po powrocie z niej. Trasa kończy się nad jeziorem O’Higgins (San Martín w Argentynie) przy przystani z łodziami, które latem przewożą turystów do miejscowości Candelario Mansilla, skąd pieszo można przekroczyć granicę z Argentyną. Villa O’Higgins jest też bramą do Lądolodu Patagońskiego Południowego, czyli największego lądolodu poza Antarktydą i Grenlandią. Znaczną jego część chronią parki narodowe, w tym najbardziej znany patagoński park po stronie chilijskiej Torres del Paine (Parque Nacional Torres del Paine). Na jego terenie znajdują się liczne jeziora, lodowce i piękne szczyty, przyciągające co roku setki tysięcy turystów z całego świata. Przybywają oni, żeby wybrać się na tutejsze szlaki i zobaczyć niezwykły potrójny szczyt masywu Torres del Paine, od którego nazwano park. Bazę wypadową w tym rejonie stanowi mała miejscowość Puerto Natales. Można się do niej dostać drogą morską z Puerto Montt lub lądową z położonego bardziej na południe miasta Punta Arenas i z Argentyny. 

 

Im dalej na południe, tym ciekawiej, a krajobraz staje się coraz bardziej arktyczny. Wspomniane niemal 150-tysięczne Punta Arenas leży nad Cieśniną Magellana, która oddziela od kontynentu archipelag Ziemia Ognista (Tierra del Fuego). Najbardziej znanym miastem tego regionu jest argentyńska Ushuaia, często uznawana za południowy koniec świata, choć nieco dalej znajdują się jeszcze tereny należące do Chile, w tym miasteczko Puerto Williams na wyspie Navarino. To ono właśnie wygrywa konkurs na położoną najdalej na południe miejscowość na naszym globie. 

 

NA KOŃCU KONTYNENTU

 

FICH 2011 0772 PCH FC

Park Narodowy Torres del Paine to góry, doliny, rzeki, jeziora i lodowce

© BANCO DE IMÁGENES SERNATUR/FELIPE CANTILLANA

 

Chilijski jest również przylądek Horn (Cabo de Hornos). Jego okolica słynie z wysokich fal, gór lodowych i mocnych wiatrów. Wiele statków i jachtów utonęło w tym miejscu, ale to nie zniechęca miłośników żeglarstwa do wybrania się w jego rejon. Dla wielu z nich przepłynięcie w pobliżu przylądka Horn stanowi życiowe wyzwanie. Co więcej, choćby z Punta Arenas można wybrać się na wycieczkę statkiem w tę okolicę, a nawet dalej, na Antarktydę. Rejsy turystyczne odbywają się latem (od listopada do marca) i z pewnością są przygodą życia, mimo iż ich ceny (od 5 tys. dolarów amerykańskich w górę za bilet) potrafią skutecznie odstraszyć wielu turystów. 

 

Tym razem zniechęcają i mnie. I tak moja podróż z północy na południe Chile dobiega końca, jak wszystko co dobre. Gdybym miała wybrać ulubioną część tego kraju z tych, które do tej pory zobaczyłam (chociaż naprawdę więcej jest tych, których nie widziałam), byłoby mi bardzo trudno. Moich dwóch głównych faworytów to surowe południe i Wyspa Wielkanocna, bo właśnie w te miejsca najbardziej chcę wrócić. Jeśli zaś brałabym pod uwagę wspaniałych Chilijczyków, których spotkałam w trakcie podróży, to musiałabym znów odwiedzić San Pedro de Atacama, Santiago, Valparaíso i okolice Parku Narodowego Conguillío (Parque Nacional Conguillío). A przecież tyle jeszcze nie dane mi było poznać. Ponownie więc czeka mnie wspaniała wyprawa przez całe Chile, z północy na południe. W różnorodności tego kraju tkwi jego największa magia, a ja nie mogę przecież nie wybrać się z wizytą do dawnego przyjaciela.

Artykuły wybrane losowo

Mała wielka Malta

MARCIN „HUMBAK” JĘDRZEJCZAK

 

Leżąca na Morzu Śródziemnym, mniej więcej pośrodku między Gibraltarem a Izraelem, a także Sycylią i Tunezją, Malta jest dosyć dobrze rozwiniętym gospodarczo państwem, tysiąc razy mniejszym od Polski (316 km2 powierzchni). Nie uprawia się w nim ani warzyw, ani owoców, wycięto wszystkie oliwne drzewka, a jedyne, co pozostało, to winnice. Brak tu rzek czy jezior, deszcz pada rzadko i praktycznie nie ma słodkiej wody, znajdziemy za to mnóstwo zabytków. Dlatego kraj ten nazywa się często muzeum pod gołym niebem.

Wodę w miejscowym hotelu po przegotowaniu można śmiało wypić. Jej smak nie jest jednak źródlany, bowiem Maltańczycy pozyskują ją odsalając tę, której mają pod dostatkiem w morzu. Nad umywalką umieszczone są dwa krany – z jednego płynie gorąca, a z drugiego zimna woda. To jedna z pozostałości po Brytyjczykach, poprzednich władcach archipelagu.

Więcej…

Seszele – kokosowa kraina szczęścia

379 IMG1 Grande Soeur 10630x7102

Otoczona granitowymi skałami rajska plaża na wysepce Grande Soeur na Seszelach

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

MAGGIE ANKOWSKA

www.seszelerajnaziemi.com

 

Pewnego dnia dziwnym zbiegiem okoliczności miejsce, które do niedawna było dla mnie tylko kropką na mapie świata, tropikiem odległym i nieosiągalnym, stało się moim domem. Wylądowałam w zakazanym raju – wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że nie mam prawa tu być. Na Seszelach, archipelagu będącym częścią Grzbietu Maskareńskiego, do dziś żyje największa populacja żółwi olbrzymich na naszym globie. Większość wysp jest niezamieszkała, a ciszę mąci na nich tylko szum Oceanu Indyjskiego i wiatr szeleszczący wśród liści palm kokosowych…

 

W tym wyspiarskim państwie mieszka ponad 93 tys. ludzi. Dla porównania w samej Warszawie żyje ich niemal 19 razy tyle. Największa w archipelagu jest wyspa Mahé (157,3 km2) ze stolicą Victorią. Seszele, znajdujące się przez wiele lat w rękach Francuzów, a potem Brytyjczyków, uzyskały niepodległość w czerwcu 1976 r. Mimo iż ich mieszkańcy silnie utożsamiają się ze swoją kreolską kulturą i najchętniej posługują się seszelskim kreolskim, wpływy wcześniejszych kolonizatorów są bardzo wyraźne – do języków urzędowych należy również francuski i brytyjski, na ulicach obowiązuje ruch lewostronny, a w budynkach montuje się gniazdka z trzema otworami.

 

Choć dochody z turystyki stanowią niezmiernie istotną część budżetu państwa i miejscowi chętnie goszczą turystów, najważniejsze pozostaje dla nich zachowanie archipelagu w niezmienionym naturalnym stanie. Życie lokalnej ludności płynie spokojnym rytmem, a ruch turystyczny odbywa się jakby obok. Mieszkałam tutaj kilka lat, pracowałam z wyspiarzami i spędzałam z nimi czas wolny, ale pomimo moich największych starań i dużej otwartości na odmienną kulturę zawsze czułam się obca, choć zostałam zaakceptowana. Ta aura niedostępności otaczająca Seszelczyków sprawia, że człowiek z zewnątrz odnosi wrażenie, iż znalazł miejsce wyjątkowe, tylko dla wybranych – trafił do raju. Okolica zdaje się zresztą potwierdzać to przypuszczenie. Nawet na Mahé, najpopularniejszej z wysp, o każdej porze dnia możemy wybierać z minimum tuzina rajskich plaż, na których będziemy po prostu sami.

 

WYSPA ATRAKCJI

 

W ostatnich latach ruch turystyczny na Seszelach zwiększył się i dziś archipelag postrzegany jest jako idealne miejsce na romantyczny wyjazd dla zakochanych, ślub, podróż poślubną czy świętowanie okrągłych rocznic dla osób w związku. Trudno się temu dziwić. Już w momencie opuszczania samolotu można poczuć, że trafiło się w tropiki. Słodkie, lepkie, gorące powietrze o niepowtarzalnym zapachu otula twarz i zapowiada dalsze przyjemności. Droga z lotniska prowadzi krętym wybrzeżem pokrytym białym piaskiem i granitowymi skałami. Gdy wreszcie dotrze się do jednego z miejscowych wspaniałych hoteli, trudno oprzeć się urokowi pięknych prywatnych plaż i znakomicie zagospodarowanych ogrodów. Niejednemu turyście wydaje się, że cudowniej być już nie może. Dlatego też wielu z nich decyduje się nie opuszczać swojego hotelowego raju, ale zupełnie niesłusznie. Zapewniam, że warto poznać bliżej całe Seszele.

 

Ze wszystkich wysp archipelagu właściwie tylko trzy są zamieszkałe przez lokalną ludność – Mahé, Praslin i La Digue. Na kilku pozostałych znajdują się luksusowe ośrodki wczasowe i przebywają tu tylko bardzo majętni turyści i obsługa hotelowa.

 

Dla większości osób odwiedzających Seszele pierwszym przystankiem jest Mahé. Ponieważ to największa i najbardziej rozwinięta wyspa z całego regionu, czeka na niej najwięcej atrakcji. Możemy wykupić lot helikopterem, popłynąć na połów, pojeździć po wybrzeżu konno, wynająć skutery wodne, wybrać się na rejs łodzią i zatrzymywać po drodze na najdzikszych plażach. Dla amatorów pieszych wycieczek nie zabraknie szlaków trekkingowych. W środku tropikalnego lasu poszalejemy na tyrolce. Podwodne królestwo wokół Mahé przypadnie do gustu nawet najbardziej wymagającym i doświadczonym nurkom. Chyba jedynym typowo turystycznym rejonem jest plaża Beau Vallon położona na północno-zachodnim brzegu wyspy. W jej okolicy znajdują się hotele, restauracje, promenada i uliczny bazar Labrin, na którym sprzedaje się typowo kreolskie jedzenie. Warto odwiedzić to miejsce w środę wieczorem, kiedy odbywa się festyn z kulinarnymi przysmakami. Seszelski rum Takamaka leje się wtedy strumieniami, a wokół rozbrzmiewa kreolska muzyka. Okoliczni mieszkańcy wylegają na ulice i można poczuć się wśród nich częścią tej lokalnej społeczności, która chętnie przyjmuje do swojego grona ludzi chcących poznać tutejszą kulturę.

 

Jeśli jednak wolimy zejść z utartych ścieżek i odkryć prawdziwe oblicze wyspy, proponuję wynająć samochód i objechać ją dookoła. Podczas takiej wycieczki trzeba zatrzymać się na plaży Anse Royale i po spacerze po ogrodzie przypraw spróbować dań seszelskiej kuchni. Na liście obowiązkowych przystanków nie powinno zabraknąć także Anse Takamaka. Ta jedna z najsłynniejszych plaż na Mahé ciągnie się przez 2 km. Warto zahaczyć też o plaże Anse Intendance i Port Launay.

 

Do stolicy Seszeli – Victorii – dobrze wybrać się rano, aby zdążyć na najświeższe przysmaki z tutejszego targu rybnego, kupić przyprawy, owoce i warzywa. Jeśli jednak ryby aż tak nas nie interesują albo wolimy rozpocząć dzień od plażowania, możemy spokojnie odwiedzić to miejsce później, gdyż otwarte jest do popołudnia i rzadko kiedy brakuje tu towaru.

 

Miłośnicy lokalnej sztuki znajdą w mieście mnóstwo straganów i galerii oferujących wyroby seszelskich artystów. W położonej na piętrze restauracji „Marie-Antoinette” spróbujemy miejscowej kuchni i zasymilujemy się z tutejszą społecznością.

 

Prawie w samym centrum Victorii, w dzielnicy Mont Fleuri leży piękny ogród botaniczny, w którym można zobaczyć, a nawet nakarmić słynne żółwie olbrzymie. Te osobliwe zwierzęta są jedną z większych atrakcji w tym zakątku świata.

 

W SESZELSKICH GŁĘBINACH

 

Podwodny świat Seszeli to przede wszystkim mieniące się tysiącami kolorów i tętniące życiem rafy koralowe, ale nie tylko one. Do najpopularniejszych punktów nurkowych w okolicy należą także cztery wraki (Ennerdale, Twin Barges, Dredger i Aldebaran), które koniecznie trzeba zobaczyć. W ich pobliżu zawsze, bez względu na sezon czy pogodę, można spotkać licznych mieszkańców oceanicznego królestwa. Pod wodą z pewnością natkniemy się na skorpeny, szkaradnice, skrzydlice, olbrzymich rozmiarów homary czy rozdymki tygrysie, a oglądaniu tych niezwykłych stworzeń będzie towarzyszył lekki dreszczyk emocji związany ze zwiedzaniem wnętrz zatopionych statków.

 

Sprzyjające warunki pogodowe i stabilna temperatura utrzymująca się przez cały rok sprawiają, że na nurkowanie na Seszelach warto wybrać się właściwie zawsze, jednak są miesiące, w których eksploracja głębin bywa znacznie przyjemniejsza. Polecam szczególnie okres od stycznia do kwietnia. Wówczas woda jest najcieplejsza, a widoczność – najlepsza. Życie w oceanie rozkwita i zachwyca swoją różnorodnością. Deszcze nie padają prawie w ogóle, w związku z czym między kolejnymi zanurzeniami można przyjemnie odpocząć na łódce i wspaniale się opalić.

 

211 STB 14 Vallee De Mai 4961x3311

Rezerwat Naturalny Doliny Mai porastają endemiczne lodoicje seszelskie

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

Nie oznacza to jednak wcale, że nie powinno się nurkować w pozostałe miesiące, wręcz przeciwnie, nawet trzeba! Zwłaszcza jeśli chcielibyśmy popływać w towarzystwie rekinów wielorybich. Przybywają one w rejon archipelagu w okolicy września i października wraz z południowo-wschodnim monsunem, aby żywić się planktonem. Woda w tym czasie jest trochę chłodniejsza – ma ok. 24–26°C, ale 45-minutowa kąpiel w takiej temperaturze w odpowiednim stroju miło orzeźwia, a podziwianie tej największej ryby na ziemi dostarcza niezapomnianych wrażeń.

 

Nie trzeba być jednak doświadczonym nurkiem, aby odkrywać piękno oceanicznego świata Seszeli. Osoby początkujące znajdą tu wiele fantastycznych miejsc na płytkich wodach, gdzie pośród wspaniałej morskiej fauny i flory będą mogły podszlifować swoje nurkowe umiejętności.

 

Tym, którzy wolą zostać na powierzchni, a ryby chętniej widzą na swoim talerzu, również spodoba się na archipelagu. W regionie, gdzie taniej jest mieć małą łódkę niż samochód, ludzie często trudnią się połowami, a wiedza lokalnych rybaków bywaimponująca. Chętnie dzielą się nią ze wszystkimi zainteresowanymi w trakcie powszechnie organizowanych wypraw na pełne morze, podczas których trafiają się takie zdobycze jak barakudy, żaglice, tuńczyki, pelamidy, marliny błękitne czy samogłowy.

 

Wróćmy jednak na chwilę na ląd, bo i tutaj na Mahé na miłośników przygód czeka niejedno. Jeśli ktoś lubi bliski kontakt z naturą i górskie wędrówki, to na pewno się nie rozczaruje. Co prawda tutejsze góry nie są wysokie, więc wspinaczka w ich rejonie ma charakter bardziej turystyczny niż wyczynowy, ale istnieje kilka szlaków, których pokonanie w tym tropikalnym klimacie wymaga nieco wysiłku. Nagrodę dla wytrwałych stanowią satysfakcja i niepowtarzalne widoki. Najwyższym szczytem na wyspie jest Morne Seychellois (905 m n.p.m.) i choć wydaje się niewysoki, wyprawa na niego bywa niełatwa. Trzeba się dobrze napocić, aby dotrzeć do wierzchołka, ale naprawdę warto! Przy odpowiedniej pogodzie można stąd podziwiać zapierający dech w piersiach rozległy widok na Ocean Indyjski upstrzony gdzieniegdzie kawałkami zielonego, często nietkniętego ludzką ręką lądu.

 

Mahé, mimo iż jest wspaniała i różnorodna, stanowi jednak tylko część tropikalnego archipelagu. Jeśli ograniczymy się więc jedynie do pobytu na niej, nie będziemy w stanie poznać całego regionu. Choć nie sposób odwiedzić wszystkich wysp, są miejsca, których przegapić nie wolno…

 

W CIENIU PALM

 

Zwiedzanie powinniśmy zacząć od Praslin, mimo iż La Digue leży w podobnej odległości od Mahé. Na wyspę najlepiej dostać się porannym samolotem – lot dwupłatowcem prawie w kokpicie pilota dostarcza niesamowitych wrażeń, a przepiękny widok wschodzącego słońca i budzącego się do życia świata zostaje na długo w pamięci.

 

Praslin zachwyca swoimi restauracjami, barami i chyba jeszcze piękniejszymi plażami i ośrodkami wypoczynkowymi, z których nie chce się wychodzić. Jeżeli planujemy spędzić na Seszelach więcej czasu i mamy kilka wolnych dni do zagospodarowania, wizyta tu z pewnością nas nie rozczaruje. Wyspa ta charakteryzuje się stabilniejszą od Mahé pogodą, niewielkim ruchem samochodowym i licznymi połaciami pełnych życia tropikalnych lasów.

 

Odwiedziny na tutejszej przepięknej plaży Anse Lazio będą wspaniałym wstępem do późniejszego poznawania cudów La Digue. Oprócz tego na Praslin zobaczyć trzeba na pewno Rezerwat Naturalny Doliny Mai (Vallée de Mai Nature Reserve) z ekosystemem stanowiącym pozostałość po pradawnych lasach palmowych, gdzie wykształciła się słynna endemiczna dla Seszeli palma kokosowa (lodoicja seszelska), lokalnie zwana coco de mer. W jej owocach o bardzo specyficznym kształcie kryje się największe nasienie świata roślinnego. Wyjątkowa lodoicja seszelska stała się symbolem tego wyspiarskiego kraju.

 

W tych niemalże niezmienionych od wieków lasach spotkać można wiele endemicznych gatunków ptaków i roślin. Podczas spaceru da się usłyszeć czarną papugę seszelską, koralczyka czerwonogłowego czy pustułkę seszelską. Niesamowite bogactwo fauny i flory, zachowane do dziś dzięki staraniom Seszelczyków, sprawia, że to miejsce przypomina świat sprzed rozwinięcia się cywilizacji człowieka, prehistoryczną krainę, w której rządzi tylko natura.

 

Jeśli z Praslin będziemy chcieli wybrać się na La Digue, zabierze nas na nią prom. Na 15 min. staniemy się małym poruszającym się punkcikiem na bezkresnym Oceanie Indyjskim. Gdy ze wszystkich stron otacza nas lazurowa woda, a na horyzoncie widać jedynie oddalającą się linię brzegową usianą palmami kokosowymi, trudno nie pomyśleć, jak mali jesteśmy w porównaniu z ogromem świata. I może niektórych myśl ta przeraża i skłania do rozważań prowadzących do kryzysu egzystencjalnego, ale ja w takim właśnie momencie czuję się wolna…

 

225 STB 7 Creole Buffet 4961x3311

Kuchnia seszelska charakteryzuje się niezmiernie bogatą mieszanką smaków

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

SMAK RAJU

 

La Digue to miejsce idealne. Na tej trzeciej co do wielkości zamieszkałej wyspie Seszeli główny środek transportu stanowi rower. Zaraz po wpłynięciu do portu przedsiębiorczy miejscowi próbują każdego z turystów wyposażyć w jednoślad. Nie należy, oczywiście, oczekiwać najnowocześniejszych modeli rowerów górsko-wyścigowych – większość z oferowanych pojazdów to raczej wysłużone i lekko zniszczone wehikuły, ale przecież nikt nie przyjeżdża się tu ścigać…

 

Na La Digue koniecznie trzeba odwiedzić dwie plaże: Anse Source d’Argent i L’Union Estate. Do obydwu prowadzą bardzo przyjemne, niewymagające specjalnej sprawności fizycznej trasy rowerowe. W Parku Union Estate możemy spotkać żółwie olbrzymie, zwiedzić plantacje wanilii, kokosów i ananasów. Po przemierzeniu tej okolicy w końcu dociera się do jednej z najczęściej fotografowanych plaż na świecie – Anse Source d’Argent. Biały, drobny piasek, nieskazitelnie czysta, turkusowa woda, kokosowe palmy i tak charakterystyczne dla Seszeli granitowe skały tworzą scenerię niczym z prawdziwego raju. Do tego wokół panuje niesamowita cisza nie zakłócana nawet szumem fal, bo ich tu prawie nie ma. Koniecznie należy zabrać ze sobą maskę do snorkelingu, chociaż nawet bez niej najprawdopodobniej będziemy mogli oglądać żółwie morskie podpływające do brzegu w towarzystwie najbardziej egzotycznych gatunków ryb na ziemi. Podczas spaceru wzdłuż plaży na południe podziwia się zapierające dech w piersiach widoki, które na zawsze pozostawiają w pamięci pewność, że byliśmy częścią czegoś wyjątkowego.

 

Choć dzięki otaczającemu nas pięknu na chwilę zapomnimy o głodzie, oprócz nasycenia ducha ważny jest też pokarm dla ciała. Usytuowana tuż przy plaży restauracja, której nie sposób ominąć w drodze powrotnej, serwuje przysmaki kuchni kreolskiej, opartej głównie na rybach i owocach morza.

 

Potrawy z Seszeli są świeże i naturalne. W tutejszej aromatycznej, dość pikantnej kuchni wykorzystuje się głównie produkty lokalne. Miłośnicy owoców morza będą zachwyceni – na początek powinni spróbować tradycyjnej sałatki z ośmiornicy, a po niej ryby po kreolsku. Rybołówstwo jest jednym z głównych zajęć na archipelagu, więc różnorakich świeżych ryb, wyławianych praktycznie co godzinę, nie brakuje nigdy, a miejscowi osiągnęli prawdziwe mistrzostwo w ich przygotowywaniu. Niemal do każdego posiłku podaje się sałatkę z mango i papai. Wyśmienicie komponuje się ona z dość pikantnymi przyprawami, w szczególności ze słynnym kreolskim sosem curry, z którym serwuje się praktycznie wszystko: kurczaka, ryby, wieprzowinę, a dla odważniejszych – lokalny przysmak, czyli nietoperza!

 

Na Seszelach warto też spróbować charakterystycznego dla wysp pacyficznych owocu chlebowca właściwego – rośnie na drzewie i wygląda jak owoc, ale ma konsystencję świeżego chleba i smakuje podobnie do pieczonych ziemniaków. Ci, którzy nie lubią kulinarnych eksperymentów, mogą zamówić po prostu hamburgera i frytki.

 

Najedzeni, opaleni i wypoczęci wyruszymy w drogę powrotną do portu, aby zdążyć przed zachodem słońca. Należy pamiętać, że Seszele leżą na równiku, więc dzień i noc mają porównywalną długość przez cały rok (mniej więcej 12 godz.). Słońce zachodzi ok. godz. 18.30. Zachód oglądany z pokładu statku płynącego przez ocean wygląda po prostu bajecznie…

 

324 IMG24 Anse Source dArgent 4288x2848

Zjawiskowa plaża Anse Source d’Argent na La Digue

© SEYCHELLES TOURISM BOARD

 

OSOBLIWY CUD NATURY

 

Rozpieszczeni i może nawet chwilowo nasyceni ostatnimi wrażeniami nie dajmy się zwieść, że widzieliśmy już wszystko. Najdalej na północ w archipelagu leży niewielka koralowa wyspa o powierzchni ok. 1 km2, przez wielu uważana za najpiękniejszą na świecie. To prawdziwy raj dla ornitologów, miejsce, w którym w niezmąconym spokoju żółwie morskie (zielone i szylkretowe) składają jaja.

 

Od maja do października miliony ptaków przylatują na Bird Island zakładać gniazda. Przez cały rok wyspę zasiedla przynajmniej 20 ich gatunków. Nieustannie rozbrzmiewające ptasie odgłosy nie dają zapomnieć o tym, kto rządzi na tym skrawku lądu.

 

Na Bird Island znajduje się jeden ośrodek (z 24 bungalowami), zbudowany i prowadzony w jak największej zgodzie z naturą. Ze względu na ograniczoną liczbę miejsc wycieczkę na wyspę trzeba zaplanować odpowiednio wcześniej. Choć koszt pobytu może nie należy do najniższych, jest warty każdej złotówki, a większość pieniędzy zostawianych przez turystów przeznacza się na ochronę tego niezaprzeczalnego cudu przyrody.

 

Nie da się na paru stronach przedstawić całego bogactwa Seszeli, jak również nie sposób w kilka czy kilkanaście dni zwiedzić ich całych. Po każdej wyprawie na archipelag pozostaje niedosyt. Nawet po kilku latach spędzonych na wyspach wciąż będzie nam mało. Stawałam na najwyższych szczytach kontynentów, przemierzałam przerażające ciszą pustynie, skakałam z samolotów, nurkowałam w niedosięgłych głębinach oceanów – robiłam to wszystko, bo szukałam ekstremalnych doznań.

 

Seszele też są ekstremalne, w swoim pięknie, ciszy i osamotnieniu. Leżą pośrodku niczego. To miejsce tak cudowne, że niemal nierealne, odcięte od problemów, z którymi boryka się reszta świata. Tu królową jest natura, a największą wartością – czas spędzany na jej łonie w towarzystwie najbliższych, w cieniu kokosowych palm i przy szklaneczce Takamaki… Na Seszelach człowiek zaczyna rozumieć, że to właśnie ten poszukiwany przez wszystkich raj, beztroska kraina szczęścia.

 

Portugalia – na końcu Starego Świata

Miejscowość Azenhas do Mar położona na stromym klifie w gminie Sintra
T09ARH1E

© TURISMO DE PORTUGAL/JOSE MANUEL

MAGDALENA BARTCZAK


Przyjazny śródziemnomorski klimat, egzotyczne krajobrazy, różnorodna kuchnia, fascynująca historia, bogactwo architektury, liczne plaże rozciągnięte nad Atlantykiem i ogromna gościnność mieszkańców to tylko niektóre z wielu zalet Portugalii. Ten nieduży kraj pełen turystycznych atrakcji leży na samym krańcu Europy. Dlatego przez długi czas jego terytorium określano mianem „finis terrae”, czyli „koniec świata” bądź „koniec lądu”.

Więcej…