szwed-cabo-verde-santo-antao-ribeiry01-1

Ribeira – głęboka, wypełniona roślinnością dolina na Santo Antão

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Miejscowa legenda głosi, że Wyspy Zielonego Przylądka (po portugalsku Cabo Verde) powstały, gdy zadowolony ze stworzenia świata Bóg otrzepał ręce, a okruchy z jego palców niezauważenie spadły do wody. Znalazły się więc na oceanie niejako przypadkowo i takie również okazały się ich losy. Kraj ten bardzo długo nie mógł decydować o sobie (aż do 5 lipca 1975 r.), a zależny był od rozgrywek mocarstw z każdej strony Atlantyku. Dziś w pełni samorządna Republika Zielonego Przylądka stoi przed szansą umocnienia swojej pozycji. Przyciąga też coraz więcej osób chcących nie tylko podziwiać różnorodne krajobrazy i piękno przyrody, ale i obcować z bogatą kulturą.

 

To ponad 550-tysięczne państwo położone jest na Oceanie Atlantyckim, ok. 570 km od wybrzeży Afryki Zachodniej. Na jego terytorium o powierzchni 4033 km² składa się podzielony na dwie części archipelag pochodzenia wulkanicznego. Sal, Boa Vista, São Nicolau, niezamieszkana Santa Luzia, São Vicente i Santo Antão należą do północnych Wysp Zawietrznych (Ilhas de Barlavento), a Maio, Santiago, Brava i Fogo – do południowych Wysp Podwietrznych (Ilhas de Sotavento). Każda z nich to odrębny mały świat, unikatowy pod względem krajobrazowym i oferujący inne atrakcje. Przed wyjazdem warto zatem zrobić rozeznanie, aby wybrać część archipelagu najbardziej odpowiadającą naszym upodobaniom. Bardzo dobrze odwiedzić kilka wysp, a najlepiej – oczywiście – wszystkie, jeżeli tylko czas nam na to pozwala, i cieszyć się niesamowitą różnorodnością Cabo Verde.

 

Do XV w. ten rejon świata pozostawał nieodkryty, a także bezludny. Istnieje kilka hipotez na temat tego, kto był pierwszym odkrywcą archipelagu, ale historycy pewni są co do tego, że zaczęli go eksplorować dopiero Portugalczycy w latach 1456–1462. Do dziś to właśnie portugalski jest tu językiem urzędowym, mimo iż większość mieszkańców porozumiewa się w kabowerdeńskim języku kreolskim (kriolu kabuverdianu). Nazwa kraju przywodzi na myśl oblewaną oceanem zieloną oazę. Jednak kiedy przyjrzymy się wyspom, dojdziemy do wniosku, że niewiele z nich ma z tym obrazem coś wspólnego. Nic w tym dziwnego – nazwa ta stanowi nawiązanie do położonego po sąsiedzku senegalskiego Przylądka Zielonego. Odnalezienie zieleni na archipelagu zajęło mi nieco czasu, lecz gdy odkryłam ją na wyspie Santo Antão, jej intensywny odcień wywarł na mnie ogromne wrażenie.

 

TRUDNA HISTORIA

 

Choć tropikalne wyspy mogą kojarzyć się z luzem i beztroską, na Cabo Verde da się wyczuć swojego rodzaju melancholię. Ma na nią wpływ historia, która nie obeszła się z tym krajem łaskawie. Właściwie nigdy nie było to miejsce zbyt przyjazne do zamieszkania, a uprawa roślin na jałowych glebach zawsze stanowiła tutaj wyzwanie. Sytuację pogarszały suche wiatry i skąpe opady. Najdłuższy zanotowany okres, gdy archipelagu nie nawodniły deszcze niesione przez monsun, wynosił aż 18 lat! Krainę tę niemal w każdym stuleciu nawiedzały klęski głodu. Apogeum nastąpiło w latach 70. XVIII w. i później, między 1831 a 1833 r., kiedy z tego powodu zmarła blisko połowa populacji. Stulecie XX również przyniosło nieurodzaj, przerywany krótkimi okresami względnego dobrobytu. Także obecnie przetrwanie upraw w Republice Zielonego Przylądka wiąże się z dużym nakładem pracy, której efekty nigdy nie są pewne.

 

Kolonizacja archipelagu rozpoczęła się w 1462 r. wraz z przybyciem pierwszych osadników z Portugalii i Hiszpanii. Zamieszkali oni na najbardziej wówczas obiecującej z wysp (i największej, o powierzchni 991 km²) – Santiago – i zajęli się rolnictwem. Nie uprawiali jednak ziemi sami, lecz sprowadzili na swoje potrzeby niewolników. Po ponad 50 latach pracowało tu niemal 14 tys. ściągniętych siłą mieszkańców Afryki Zachodniej. Gdy Europejczycy uznali, że nie potrzebują już więcej robotników, zaczęli szukać na nich potencjalnych nabywców. Sprzedawali niewolników głównie do kolonii w Ameryce Południowej i Północnej. Utworzyli w ten sposób na Cabo Verde niechlubne centrum handlu żywym towarem.

 

W tych trudnych warunkach ludność pochodzenia europejskiego i afrykańskiego zawiązała wspólnotę i tak powstał zalążek kreolskiego społeczeństwa. Kolejne pokolenia coraz bardziej utożsamiały się z miejscem, w którym przyszły na świat. Wraz ze wzrostem tej tożsamości nasilał się bunt przeciw portugalskiemu zwierzchnictwu. Starania o uzyskanie niepodległości zakończyły się sukcesem dopiero w lipcu 1975 r.

 

Trudna przeszłość ukształtowała dzisiejsze pokolenie Kabowerdeńczyków, których większość żyje poza granicami swojego kraju (szacuje się, że aż ok. 1 mln ludzi). W XIX w. mieszkańcy republiki dołączyli do fali emigracji do Ameryki Północnej, utrzymującej się też w XX stuleciu. Dziś życie kabowerdeńskich rodzin naznaczone jest rozłąką i tęsknotą nie tylko ze względu na fakt, że wiele osób wyjechało za granicę, ale i ponieważ część z nich pracuje na morzu. Nie oznacza to oczywiście, że Wyspy Zielonego Przylądka są miejscem smutnym. Warto jednak poznać nieco tutejszą historię i sytuację społeczną, aby lepiej zrozumieć ten ciekawy kraj i jego mieszkańców.

 

ZATOKI I FESTIWALE

 

caboverde-baia-das-gatas-szwed-01

Baía das Gatas – skały stworzyły w tym miejscu olbrzymi naturalny basen

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Swoista melancholia Kabowerdeńczyków wyraża się w muzyce, której stolicą jest położone na wyspie São Vicente niemal 80-tysięczne Mindelo. To właśnie tu przyszła na świat Cesária Évora (1941–2011), najbardziej znana na świecie artystka wykonująca mornę – nostalgiczny gatunek wywodzący się właśnie z Cabo Verde. Melodie morny, jak i zdecydowanie bardziej żwawej funany dobiegają wieczorem nie tylko z tutejszych barów, ale i mieszkań. 

 

Muzyka i taniec są niezmiernie ważne także dla mieszkańców pozostałych miast i części archipelagu. Jednak to właśnie São Vicente stała się wyspą festiwali i zabawy. Odbywający się w Mindelo karnawał stanowi kilkudniową barwną i huczną imprezę, do której przygotowania trwają prawie cały rok. To jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w kraju, a żeby wziąć w nim udział, należy wybrać się tu w lutym lub marcu (w 2018 r. w terminie od 9 do 13 lutego). W sierpniu tłumy zjeżdżają z kolei do małej miejscowości Baía das Gatas, leżącej ok. 10 km na wschód od Mindelo. W trakcie trwania tutejszego festiwalu (Festival de Música da Baía das Gatas) nie zasypia ona przez trzy dni.

 

Baía das Gatas warto jednak odwiedzić i poza sezonem, aby cieszyć się przepięknym położeniem sennej wówczas wioski. Nieopodal nowo wybudowanych domów leży tu osada, w której ludzie od lat żyją tak samo – każdy dzień zależy od udanych połowów. To miejsce, gdzie w lazurowych wodach odbijają się ciemnozielone góry, mimo słonecznej pogody często osłonięte chmurami. Niebieska laguna otoczona wzniesieniami pozostaje w pamięci na długo, a wszechogarniający spokój pomaga naładować akumulatory przed dalszą podróżą.

 

São Vicente spodoba się miłośnikom nie tylko muzyki i tańca, ale i sportu. Deptaki w Mindelo pełne są biegaczy, plaże oblegają windsurferzy, a na wielbicieli golfa czeka profesjonalne pole z 18 dołkami (Clube de Golfe de São Vicente).

 

NIE TYLKO PLAŻE

 

szwedacz-caboverde-praktycznie-07

Mieszkańcy wioski Baía das Gatas trudnią się przede wszystkim połowami

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

szwed-cabo-verde02

Igreja do Nazareno – kościół w Espargos, stolicy wyspy Sal

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Przed podróżą w te strony spotykałam się ze skrajnymi opiniami na temat walorów turystycznych archipelagu. Z racji tego, że większość osób spędza urlopy na wyspie Sal (216 km² powierzchni i ok. 40 tys. mieszkańców), to właśnie jej dotyczyły one w szczególności. Czytałam, że jeśli ktoś spodziewa się egzotycznego raju, przeżyje rozczarowanie. Z drugiej strony biura podróży zachwalają ciągnące się kilometrami rajskie plaże i gwarantowaną słoneczną pogodę przez 350 dni w roku. Jak wygląda rzeczywistość? Prawda, jak to zwykle bywa, leży pośrodku, a wrażenia są uzależnione od oczekiwań i upodobań przyjezdnych. 

 

Moją przygodę z Cabo Verde zaczęłam właśnie od Sal i od razu przekonałam się, że poza 350 dniami słonecznymi jest jeszcze 15 pozostałych. Nasz samolot miał lądować najpierw na wyspie Boa Vista (Boavista), ale okazało się to niemożliwe z powodu silnej burzy. Lotnisko na Sal (Aeroporto Internacional Amílcar Cabral) funkcjonowało, lecz przywitało nas ulewą i wysokim poziomem wody. Następnego dnia po intensywnym deszczu nie pozostał jednak niemal żaden ślad i bez przeszkód mogliśmy rozpocząć zwiedzanie.

 

Obecna nazwa lądu pochodzi od bogatych złóż soli. Dawno temu pierwsi odkrywcy ochrzcili ją mianem Llana (z port. „równa”, „płaska”), które wydaje się bardzo adekwatne, gdyż pierwszym, co na wyspie rzuca się w oczy, jest rozległe pustkowie. Płaski, pustynny krajobraz urozmaica tylko kilka stożków wygasłych wulkanów. Być może nie każdemu taki teren przypadnie do gustu, jednak osobom lubiącym wędrówki po piaszczystych bezdrożach powinno bardzo spodobać się to miejsce. Zachwycają się nim także surferzy i amatorzy innych sportów wodnych, którzy coraz liczniej przybywają na Sal, żeby korzystać ze sprzyjających wiatrów i odpowiedniego zaplecza. 

 

Turystyczna infrastruktura najlepiej rozwinięta jest właśnie na tej wyspie, a dokładnie w miejscowości Santa Maria i jej okolicy. To właśnie tu piaszczyste plaże ciągną się kilometrami, a hotele przygotowane są na przyjęcie gości o różnorakich wymaganiach. Miasteczko nadal się rozbudowuje, a w pobliżu powstaje coraz więcej szkół sportów wodnych, w których można doskonalić swoje umiejętności. Warto wybrać się również na spacer wzdłuż znajdującej się niedaleko uroczej zatoki Murdeira (Baía da Murdeira), dochodzącej aż do Monte Leão (165 m n.p.m.) – wygasłego wulkanu o kształcie przywodzącym na myśl dostojnego króla sawanny.

 

Santa Maria to jednak typowy kurort nastawiony na zagranicznego turystę z wszelkimi zaletami, ale i wadami tego typu miejsc. Aby poczuć prawdziwego ducha wyspy, warto spędzić nieco czasu w jej stolicy – Espargos. Nazwa miasta pochodzi od porastających okolicę dzikich szparagów. Da się w nim dostrzec podział na dwie niepodobne do siebie części. Zabudowa nowoczesnego rejonu Espargos ma charakter bardziej europejski, a tworzą ją proste, utrzymane w jednolitej kolorystyce bloki. Dusza stolicy skrywa się w starej jej części, pełnej nieuporządkowanych, brukowanych uliczek, kolonialnych budynków i ludzi, którzy nigdzie się nie spieszą. Za dnia spalone słońcem miasto sprawia wrażenie ospałego, pogrążonego w melancholii, udzielającej się także mnie. Sytuacja zmienia się z nadejściem zmierzchu, gdy zapełniają się ulice i place, rozbrzmiewa coraz głośniejsza muzyka, a mieszkańcy stają się bardziej rozmowni i ożywieni. Jakby energia tłumiona przez upał dopiero wieczorem znajdowała ujście. Nazajutrz miasto znów obudzi się leniwe i pozostanie takie aż do zachodu słońca.

 

Niespełna 5 km na wschód od Espargos leży miasteczko Pedra de Lume. Składają się na nie zaledwie szkoła, kościół i rząd jednopiętrowych domów mieszkalnych otoczonych piaszczystymi wzniesieniami. Miejsce bardzo dobrze prosperowało w XIX w. za sprawą intensywnego pozyskiwania soli. Ilości tu wytwarzane pokrywały zapotrzebowanie archipelagu, ale produkt eksportowano również do Brazylii, Afryki czy Stanów Zjednoczonych. Tutejsze saliny powstały w kraterze wygasłego wulkanu. Dostać się do nich można przez wydrążony w skałach tunel. Po wkroczeniu do wnętrza krateru ukazały nam się geometryczne w kształcie, oddzielone murkami jeziora w kolorach niebieskim, zielonym i różowym. Ich barwa zależy od etapu wytrącania się soli. Jeden ze zbiorników był zupełnie biały i gdyby nie 40-stopniowy upał, sprawiałby wrażenie wypełnionego śniegiem. Chętni mogą się tu wykąpać w solance, a także skorzystać z zabiegów upiększających. I choć miejsce lata świetności ma już dawno za sobą, łatwo zrozumieć w nim, do czego nawiązuje obecna nazwa wyspy.

 

KRÓLOWA KUCHNI

 

O ile archipelag Cabo Verde jest dla Europejczyka regionem egzotycznym, o tyle oryginalność tutejszej kuchni trudno dostrzec od razu. Podstawę żywienia stanowią świeże ryby i owoce morza. Poza nimi w restauracjach (zwłaszcza tych bardziej turystycznych) zamówić można świetnie nam znane kurczaki, hamburgery i frytki.

 

Egzotyczne mogą wydać się sklepowe półki świecące pustkami, na których królują puszkowane parówki i fasola. Na taki widok natkniemy się jednak tylko wówczas, gdy na którąś z wysp od dawna nie zawitał prom. Zdarzyło mi się to tuż po przyjeździe i nieświadoma przyczyn przyjęłam sytuację z lekkim niepokojem. Jak się okazało, całkiem niepotrzebnie. Po uzupełnieniu zapasów sklepowy asortyment znów był różnorodny. Zdecydowana większość towarów pochodzi jednak z importu, co znajduje odzwierciedlenie w cenach, które są dość wysokie (porównywalne do zachodnioeuropejskich).

 

Wróćmy do tematu tutejszej kuchni. Dla poszukiwaczy nowych smaków znajdzie się wiele ciekawych owoców czy dań jednogarnkowych, do których zalicza się przede wszystkim królowa miejscowych potraw – cachupa. Bazuje ona na kukurydzy poddanej procesowi nixtamalizacji. Napęczniałe, nieco klejące się ziarna zawdzięczają swój wyjątkowy smak tej specjalnej obróbce. Można podawać je w kilku wersjach: pobre (biednej – składa się na nią przeważnie gotowana kukurydza, fasola, ziemniaki i zioła), rica (bogatej – z dodatkiem ryby, wołowiny, koźliny, kurczaka czy kiełbasy) bądź grelhada (grillowanej – zwykle ze składnikami, które kucharz akurat miał pod ręką). W praktyce i tak ciężko poznać, na co się trafiło, gdyż danie przyjmuje formę mniej lub bardziej zbitej, pożywnej papki, ukrytej nieraz pod sadzonym jajkiem. Mimo niepozornego wyglądu cachupa smakowała mi zawsze wyśmienicie, zarówno w eleganckiej knajpce, jak i w przydrożnym barze.

 

Z WYSPY NA WYSPĘ

 

Aby poznać więcej wysp, można przemieszczać się na dwa sposoby. Samolot to rozwiązanie droższe, za to niezwykle szybkie i proste. Komunikacja lotnicza działa na archipelagu bardzo sprawnie. Dużo tańszym środkiem transportu będzie prom. Podróżowanie w ten sposób wiąże się jednak z nieprzewidywalnymi sytuacjami i wymaga zapasu czasu. Stałe rozkłady rejsów funkcjonują tylko między niektórymi wyspami. W wielu przypadkach godzina przypłynięcia statku i punkt docelowy jego trasy bywają niespodzianką. Wycieczka promem daje jednak szansę na poobcowanie z lokalną ludnością, a przy okazji odkrycia zaskakujących faktów, np. tego, że dużo mieszkańców archipelagu cierpi na chorobę morską, co w kraju wyspiarskim wydaje się nieco osobliwe. Obsługa skrupulatnie rozdaje więc czarne torebki na wypadek złego samopoczucia pasażerów. Jeśli zależy nam na czasie, możemy dowiedzieć się w porcie, kiedy odpływa najbliższy prom (przy odrobinie szczęścia będzie to jeszcze tego samego dnia), i zdać się na obrany przez niego kierunek. My w ten sposób dotarliśmy przez São Vicente na Santo Antão, czego nie żałujemy ani trochę.

 

NAPRAWDĘ ZIELONA KRAINA

 

Mimo iż wyspa Santo Antão (779 km² powierzchni i ok. 50 tys. mieszkańców) w całości powstała z materiału wulkanicznego, jej północna i południowa część to dwa różne światy, które długo pozostawały oddzielone nieprzebytym pasmem górskim ze szczytem Topo da Coroa na czele (1979 m n.p.m.). I choć dziś światy te łączą dwie kręte drogi, ten wyrazisty podział nie uległ zmianie.

 

Santo Antão witamy w jej głównym mieście – 10-tysięcznym Porto Novo, gdzie przybijają promy z São Vicente i statki z całego świata. Uzyskało ono prawa miejskie we wrześniu 2005 r., a okazałe budynki i promenady sfinansował rząd Luksemburga. Mimo położenia nad oceanem, sprawia wrażenie pustynnego. Zwłaszcza kiedy na archipelag dociera harmattan (po portugalsku harmatão) – gorący wiatr znad Sahary, niosący ze sobą pył i piach. Takie jest również całe południe wyspy. To kraina płaska, sucha, przypominająca owiewaną gorącym powietrzem pustynię.

 

Droga wiodąca na północ, choć ma zaledwie ok. 40 km (z Porto Novo do Ribeiry Grande), przenosi nas do świata skrajnie odmiennego. Kamienno-pustynny krajobraz stopniowo ustępuje miejsca bazaltowym wzniesieniom. Północny obszar Santo Antão to kraina strzelistych szczytów, soczyście zielonych zboczy, głębokich wąwozów i poszarpanych klifów. Drogi prowadzą głębokimi dolinami ze strumieniami, zwanymi ribeirami, lub pną się wzdłuż grzbietów nad potężnymi urwiskami. Mimo niełatwych do życia warunków napotykamy osady ludzkie uczepione stromych skalnych ścian. Szczyty toną w ciężkich chmurach wzmagających niesamowitą atmosferę. To właśnie tu Cabo Verde pokazuje swoje zielone oblicze.

 

Zielenią najlepiej cieszyć się, przemierzając wspomniane wcześniej ribeiry. Przeprawa przez nie jest okazją nie tylko do podziwiania niezwykłych widoków, lecz także, co chyba ważniejsze, do odkrywania malowniczych kreolskich wiosek i styczności z miejscową ludnością.

 

Miasteczko Vila das Pombas leży u progu przepięknej 8-kilometrowej doliny Paul (Ribeira do Paul), pokrytej plantacjami trzciny cukrowej, kawy, bananowców i manioku. W tej okolicy co krok natykamy się na gwarne osady, wypełniające każdy możliwy ustęp skalny. Ribeira do Paul słynie z wyrobu narodowego trunku – grogu (grogue). Tradycyjnie trzcinę cukrową do jego produkcji wyciskano w drewnianych prasach (tzw. trapiche), do których zaprzęgano woły i muły. Obecnie pracę zwierząt zastąpiły na ogół maszyny, lecz w tym rejonie można jeszcze znaleźć dawne urządzenia. Ugotowany i poddany destylacji trzcinowy sok zmienia się w wysokoprocentowy grog, który jest tu wzbogacany wyciągami z różnorakich owoców i roślin (np. ruty, rozmarynu czy anyżu), dzięki czemu powstaje wiele wersji smakowych. Występuje też w nieco słodszym, rozcieńczonym wariancie z limonką i melasą zwanym ponczem (ponche). Obu postaci tego trunku mieliśmy okazję spróbować m.in. właśnie w ribeirach na Santo Antão, gdy spotkaliśmy grupę zainteresowanych nami okolicznych mieszkańców. Niezobowiązująca pogawędka na środku drogi przerodziła się w długie rozmowy okraszone spożyciem niewielkich ilości ponczu i grogu, a zakończyła gościną w jednym z miejscowych domów przy dalszym towarzystwie wspomnianych napitków.

 

Warte odwiedzenia są również inne spektakularne doliny, jak 12-kilometrowa Ribeira Grande, a także malownicze miejscowości, w tym szczególnie Ponta do Sol. Jednak na Santo Antão nawet zwykły spacer z miasta do miasta może być okazją do podziwiania wspaniałych krajobrazów.

 

DLA KAŻDEGO COŚ DOBREGO

 

Wyspy Zielonego Przylądka nie są jeszcze często obieranym kierunkiem wśród turystów, mimo iż leżą w pobliżu tak dobrze nam znanych Wysp Kanaryjskich. Co prawda oferty wyjazdów na Cabo Verde pojawiają się w katalogach biur podróży, ale klientom proponuje się głównie zatrzymanie się w Santa Marii na Sal i na Boa Viście. Jeśli ktoś liczy na ciągnące się kilometrami piękne plaże, spędzanie czasu na uprawianiu sportów wodnych i rozrywki charakterystyczne dla turystycznych kurortów, może bez obaw z tych ofert skorzystać. Jeżeli nie lubi tłumów, wystarczy, że odjedzie kilka kilometrów od popularnych miejscowości, aby mieć kawałek dziewiczego wybrzeża tylko dla siebie.

 

Wyspy Zielonego Przylądka oferują jednak znacznie więcej niż wodę i piasek. Miłośnicy muzyki i tańca, barwnych festiwali i interesujących zabytków powinni wybrać się na São Vicente. Tutejszą atmosferę chłonąć można szczególnie wieczorami, w kameralnych knajpkach klimatycznego Mindelo. Amatorom podziwiania wulkanicznych stożków z pewnością przypadnie do gustu wyspa Fogo (476 km² powierzchni i ok. 40 tys. mieszkańców), będącą właściwie w całości czynnym wulkanem, zdradzającym to mniejszą, to większą aktywność. Ostatnia erupcja Pico do Fogo (2829 m n.p.m.), najwyższego szczytu Cabo Verde, odbyła się niespełna trzy lata temu (zaczęła się w listopadzie 2014 r.). Dzięki sprawnej ewakuacji lawa nie zebrała śmiertelnego żniwa, ale – niestety – tutejsza wioska Portela została doszczętnie zniszczona. 

 

Poszukiwacze soczystej zieleni, wspaniałych tras trekkingowych i zapierających dech w piersiach widoków zachwycą się z pewnością Santo Antão, ale także São Nicolau i Bravą. Ci zaś, którzy chcieliby doświadczyć wszystkiego po trochu, powinni wybrać się na Santiago, gdzie poza uroczymi plażami i malowniczymi górskimi szczytami czeka gwarna stolica Republiki Zielonego Przylądka – 150-tysięczna Praia. Aby jednak lepiej poznać ten wyjątkowy kraj i jego fascynującą afrykańsko-europejską kulturę, warto odwiedzić kilka wysp i odkryć niesamowitą różnorodność archipelagu. 

Artykuły wybrane losowo

Filipiny – kawałek nieba dla każdego

 

MAGDALENA BURDAK

www.1000krokow.pl

 

Filipiny są jak skrawek Ameryki Łacińskiej pośrodku Oceanu Spokojnego. To raj dla każdego, kto lubi beztroski wyspiarski luz, różnorodną przyrodę, przepiękny świat podwodny i ciekawą kulturę. Filipińczycy słyną ze swojej religijności i… niepunktualności. Na Filipinach czasu się nie mierzy. Zegarek warto zostawić w domu i dać się całkowicie pochłonąć niepowtarzalnej atmosferze tego niesamowitego kraju.

 

Na Archipelag Filipiński składa się 7107 wysp pochodzenia wulkanicznego, położonych w Azji Południowo-Wschodniej i otoczonych wodami Oceanu Spokojnego. Najczęściej dzieli się je na trzy regiony: Luzon – leżący na północy, z główną wyspą o tej samej nazwie i znajdującą się na niej stołeczną Manilą, Mindanao – usytuowany na południu, i Visayas – obejmujący centralne wyspy takie jak Cebu, Bohol czy Siquijor. Fascynującą tutejszą kulturę wzbogaciły wpływy zarówno hiszpańskie i malajskie, jak i chińskie i amerykańskie. Można je dostrzec m.in. w religii, zwyczajach, języku lub kuchni.

 

Filipiny leżą w strefie klimatu równikowego z wyraźnymi cechami monsunowego, co sprawia, że jest tu gorąco i wilgotno. Średnia temperatura w ciągu roku wynosi 27–28°C. Na archipelagu występuje ok. 13,5 tys. gatunków roślin, w tym 3,2 tys. rosnących jedynie na tutejszych wyspach, i wiele endemicznych gatunków zwierząt takich jak wyrak filipiński, wół mindorski, małpożer, kanczyl ciemny (filipiński), świnia wisajska, lotokot filipiński (kaguan), sambar kropkowany (jeleń Alfreda) czy krokodyl filipiński. Prawdziwe skarby Filipin czekają jednak pod wodą. W niewielu częściach świata można znaleźć tak ogromną różnorodność życia morskiego: przepiękne kolorowe rafy i 2,4 tys. gatunków ryb, a to wszystko ukryte w ciepłym i krystalicznie czystym oceanie. Do tego na dnie leżą również zatopione statki, które stanowią dodatkową atrakcję dla nurków. Z takich właśnie powodów ten kraj cieszy się ogromną popularnością zarówno wśród osób nurkujących z butlą, jak i uprawiających jedynie snorkeling.

 

POGODNI WYSPIARZE

 

Filipińczycy są gościnni, uśmiechnięci i bardzo uczynni. Mówi się, że to jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie. Mimo burzliwej historii i często powtarzających się katastrof naturalnych zachowali oni niezachwiany optymizm. W 1521 r. dotarł tu portugalski żeglarz Ferdynand Magellan i włączył archipelag do ziem podległych Hiszpanii. Kolonię założył w lutym 1565 r. hiszpański konkwistador Miguel López de Legazpi. Po 333 latach panowania Europejczyków na wyspach wybuchł bunt przeciwko kolonizatorom. W 1898 r. Filipiny zostały wciągnięte w konflikt pomiędzy USA a Hiszpanią, który dotyczył wpływów na Kubie. W jego efekcie i zgodnie z podpisanym pod koniec XIX w. traktatem paryskim zwierzchność nad archipelagiem przejęły Stany Zjednoczone. Te – niestety – nie zgodziły się na przekształcenie kolonii w niezależne państwo, co zmusiło Filipińczyków do kontynuowania walki o niepodległość, którą uzyskali dopiero w lipcu 1946 r. Po II wojnie światowej w kraju wybuchły protesty chłopów, ale zostały stłumione. Wybrany w 1965 r. prezydent Ferdinand Marcos wprowadził rządy dyktatorskie. Stały się one przyczyną strajków i licznych wystąpień niezadowolonych obywateli. Sytuacja w państwie ustabilizowała się w 1986 r., kiedy doszło do pokojowego przewrotu i zakończenia dyktatury. Obecnie Filipiny są jednym z szybciej rozwijających się krajów Azji, a rząd skupia się na tym, aby zapewnić spokój i bezpieczeństwo mieszkańcom.

 

bohol 04 highres

Wzgórza Czekoladowe na wyspie Bohol

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

NA TALERZU

 

Kadayawan Festival 2 

Filipińskie dzieci na Festiwalu Kadayawan w mieście Davao na Mindanao

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

Unikający konfliktów Filipińczycy uwielbiają karaoke, koszykówkę, festyny, walki kogutów i dobre jedzenie. Ich kuchnia czasami zaskakuje Europejczyków. Łatwo można w niej dostrzec wpływy zarówno hiszpańskie, jak i chińskie, a także malajskie, indonezyjskie, hinduskie i amerykańskie. Na stołach królują proste i niedrogie potrawy, na co duży wpływ ma panująca na Filipinach bieda. Nauczyła ona mieszkańców gotowania z dostępnych i tanich produktów.

 

Podczas podróży po wyspach najczęściej trafia się na dania określane mianem adobo, które można uznać za filipiński specjał narodowy. Nazwę tę stosuje się zarówno w przypadku potrawy, jak i sposobu jej przyrządzania. Adobo to kawałki mięsa kurczaka bądź wieprzowiny, owoce morza lub warzywa gotowane w marynacie z octu, sosu sojowego, czosnku i czarnego pieprzu. Najpopularniejszą i dość kontrowersyjną przekąską uwielbianą przez Filipińczyków jest balut – ugotowany w jajku w skorupce kaczy embrion, często z zalążkiem dzioba, piór czy kości. Kilkunastodniowe zarodki kaczki uchodzą za przysmak i afrodyzjak. Niestety, obcokrajowcy raczej nie decydują się na ich degustację z uwagi na wygląd, konsystencję i zapach. Baluty najłatwiej kupić w nocy, gdyż sprzedawane są na ulicach i podawane z koszy, w których cały czas utrzymuje się wysoką temperaturę. Bardziej wybredni smakosze mogą spróbować popularnego na Filipinach deseru halo-halo. Stanowi on mieszankę lodów, mleka, słodkiej fasoli i owoców. Warto też napić się buko – soku ze świeżego kokosa.

 

 Makati by Night

Nowoczesne centrum biznesowe Manili po zmroku rozbłyska światłami

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

MIASTO KONTRASTÓW

 

Większość odwiedzających Archipelag Filipiński zaczyna swoją podróż od stolicy kraju – Manili, która znajduje się w południowej części wyspy Luzon. Gdyby chcieć opisać to miasto trzema słowami, byłyby to kontrast, hałas i chaos. Takie właśnie wywołuje pierwsze wrażenie. Duży wpływ ma na to fakt, że jest ono najgęściej zaludnioną metropolią świata (na 1 km² przypada tu aż ponad 71,2 tys. osób!). Tłumy ludzi, ogromny ruch samochodowy, hałas, feeria barw i zapachów sprawiają, że Manila bywa miejscem bardzo męczącym. Jeżeli jednak da się jej szansę, można odkryć prawdziwą perłę Orientu – przepiękne miasto, które zyskuje na uroku dzięki swoim licznym kontrastom.

 

Administracyjna stolica Filipin jest także najszybciej rozwijającym się ośrodkiem Azji Południowo-Wschodniej. Najlepiej oddają to nowoczesne obszary pełne biurowców, drapaczy chmur, ekskluzywnych hoteli i drogich sklepów. Jeśli jednak chce się poczuć kolonialny klimat, trzeba odwiedzić najstarszą część metropolii – Intramuros. Założyli ją Hiszpanie, którzy w czerwcu 1571 r. podbili Manilę. Można tutaj znaleźć piękne kamienice, zabytkowe kościoły czy historyczne pałace. W tym rejonie warto zajrzeć do muzeum Casa Manila, które stanowi kopię tradycyjnego kolonialnego domu.

 

TRUMNY I POLA RYŻOWE

 

W głębi wyspy Luzon, na północ od stolicy odkryjemy inny świat. W wysokich górach leżą małe miejscowości. Jedną z nich jest Sagada, gdzie czekają na nas przepiękne piesze trasy, małe pola ryżowe, ukryte w tropikalnym lesie wodospady i nieprzeniknione jaskinie. Ta nieznana kiedyś osada słynie z oryginalnego sposobu grzebania zmarłych, który polega na zawieszeniu trumny ze zwłokami na skale. Jak brzmi uzasadnienie tej tradycji? Otóż dusza ludzka musi być bliżej nieba, czuć powiew świeżego powietrza i ciepło promieni słońca. Tylko wtedy szczęśliwa odejdzie do raju. Do niektórych trumien przytwierdzone są krzesła. Oznaczają one, że zmarły odszedł w zaświaty w pozycji siedzącej. Na taki rodzaj pochówku pozwolić sobie mogą tylko rodowici i majętni mieszkańcy Sagady.

 

Miejscowość kryje jeszcze jeden skarb – przepiękne jaskinie Sumaguing i Lumiang. Wyprawa przez ich korytarze, wąskie szczeliny, podziemne jeziora, rzeki i ogromne komory jest jedną z niezapomnianych atrakcji całych Filipin. Pod Sagadą można oglądać przepiękny podziemny świat, który tworzą labirynty przejść oraz stalagmity i stalaktyty przypominające niebywałe, misternie rzeźbione figury. Dodatkowo uwagę turystów zwracają stosy drewnianych trumien ułożone u wejścia do Jaskini Pogrzebowej Lumiang (Lumiang Burial Cave).

 

Na południowy wschód stąd znajdują się miejscowości Banaue i Batad z tarasami ryżowymi, które są dumą grupy etnicznej Ifugao. Filipińczycy uważają je za ósmy cud świata. Tarasowe pola liczą sobie przeszło 2 tys. lat. Zostały zbudowane tylko pracą rąk ludzkich, bez użycia maszyn. Do dziś ryż uprawia się tu w tradycyjny sposób.

 

PODZIEMNA RZEKA

 

Większości osób Filipiny kojarzą się z przepięknymi plażami, białym piaskiem i kolorowymi rafami. Wszystko to znajdziemy właśnie na Palawanie. Wyspa ta leży w południowo-zachodniej części archipelagu. Niedaleko miejscowości Sabang usytuowany jest jeden z 7 Nowych Cudów Natury – Park Narodowy Rzeki Podziemnej Puerto Princesa. Tutejsza podziemna rzeka (Cabayugan) uchodzi za jedną z najdłuższych na świecie. Ciągnie się przez 8,2 km, z czego turyści zobaczyć mogą tylko pierwsze 1,5 km. Jaskinie krasowe zwiedza się małą łódką, sterowaną przez przewodnika. Pod ziemią panuje absolutna cisza i aby jej nie zakłócać, każdy z odwiedzających otrzymuje słuchawki z nagranym wcześniej opisem. Wszystko wokół spowija całkowity mrok, jedynej latarki używa przewodnik i to on oświetla najważniejsze do obejrzenia miejsca. Niezmącony spokój rzeki i jej ogrom robią niesamowite wrażenie. Z łatwością można się tutaj przekonać, jak wielka jest siła natury.

 

Z WYSPY NA WYSPĘ

 

Każdy, kto kiedykolwiek zawita na Filipiny, spotka się z określeniem island hopping. Zwrot ten oznacza zwiedzanie pobliskich małych, nierzadko niezamieszkanych, wysepek, plaż i raf połączone z pływaniem i snorkelingiem. Najpopularniejszy na Palawanie rejon na taką wycieczkę znajduje się w północnej jego części, w okolicy miasta El Nido, zwanego Niebem na Ziemi. Leży tu archipelag Bacuit składający się z 45 niewielkich wysp, które skrywają niesamowite i przepiękne plaże, zatoczki, laguny i jaskinie. W trakcie całodniowej wyprawy tradycyjną filipińską łodzią banca mamy okazję zobaczyć niedostępne brzegi pokryte śnieżnobiałym piaskiem, ponurkować w poszukiwaniu żółwi, obejrzeć niezmiernie kolorową rafę czy popływać kajakiem pomiędzy dzikimi i bezludnymi skrawkami lądu. W El Nido oferuje się cztery wycieczki (oznaczone kolejno literami A, B, C i D), różniące się umieszczonymi w programie miejscami.

 

Do najczęściej odwiedzanych wysepek należy Miniloc, otoczona przepięknymi lagunami – Big Lagoon, Small Lagoon i Secret Lagoon. Aby zobaczyć tę ostatnią, trzeba przecisnąć się przez wąskie przejście ukryte pod olbrzymim wapiennym klifem zanurzonym w wodzie. Helicopter Island swoim kształtem przypomina z kolei mały śmigłowiec. Na Sekretną Plażę (Secret Beach) na Matinloc trafia się przez skalny otwór. Większość z wysp archipelagu Bacuit to ogromne wapienne skały wyrastające pionowo z wody, pokryte bujną zielenią i niewielkimi plażami. Jeżeli jednak ktoś chciałby znaleźć rajski zakątek, ale woli pozostać na Palawanie, powinien w El Nido wypożyczyć skuter i udać się w stronę północnego krańca lądu. Leżą tutaj dzikie plaże, do których trudno dojechać samochodem, takie jak Nacpan Beach. Ma ona 4 km długości i przy odrobinie szczęścia będziemy na niej jedynymi turystami. Usypany ze śnieżnobiałego piasku brzeg oblewa krystalicznie czysta, turkusowa woda, palmy uginają się od kokosów, a nieliczne skromne bary zapraszają do odpoczynku w wygodnym hamaku.

 El Nido Resorts Apulit

El Nido Resorts Apulit Island

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

W SERCU ARCHIPELAGU

 

Centralną częścią Filipin jest region Visayas. To właśnie na jedną z jego wysp (Limasawę) w marcu 1521 r. przypłynęła ekspedycja Ferdynanda Magellana. Hiszpanie przywieźli ze sobą figurkę Dzieciątka Jezus (Santo Niño) i chrześcijaństwo. Na Cebu, w mieście o tej samej nazwie wbito krzyż (Cruz de Magallanes) i ochrzczono pierwszych mieszkańców archipelagu. Ferdynand Magellan zginął jednak 27 kwietnia 1521 r. na sąsiedniej Mactan w walce z wojownikami miejscowego wodza Lapu-Lapu. Kilkadziesiąt lat później do wysp Visayas przybiła kolejna wyprawa z Hiszpanii. Na jej czele stał Miguel López de Legazpi, któremu udało się wprowadzić chrześcijaństwo i ustanowić pierwszą stolicę kolonii hiszpańskich w Azji. Tak właśnie w Cebu, dziś najstarszym założonym przez Hiszpanów mieście na archipelagu (jako Villa de San Miguel w dniu 27 kwietnia 1565 r.), narodził się kraj znany dzisiaj jako Filipiny.

 

W tym największym, ponad 920-tysięcznym ośrodku miejskim regionu Visayas warto poszukać pozostałości po kolonizatorach. W Bazylice Dzieciątka Jezus (Basílica del Santo Niño, najstarszym kościele katolickim na Filipinach, wzniesionym w 1565 r.) można zobaczyć cudowną figurkę Santo Niño. To właśnie w miejscu, w którym stoi świątynia, Ferdynand Magellan ochrzcił pierwszych wyspiarzy. W małym i niepozornym budynku kaplicy nieopodal bazyliki znajduje się krzyż postawiony przez portugalskiego żeglarza, a właściwie jego zachowane fragmenty umieszczone w drewnianej konstrukcji nowego krzyża.

 

Na Cebu ciekawie spędzimy czas również poza stolicą prowincji. W okolicy miasta Moalboal i pobliskiej wysepki Pescador (po hiszpańsku Rybak) można obserwować ogromne ławice sardynek. Niedaleko pod wodą kryją się jedne z piękniejszych filipińskich raf. Znakomitym miejscem na wypoczynek są dwie plaże – Panagsama i Biała (White Beach). Osoby lubiące aktywne wyprawy powinny wybrać się na wycieczkę pod któryś z licznych wodospadów, np. Kawasan Falls. 

 

Cebu słynie też z innej, dość kontrowersyjnej atrakcji. W pobliżu miasta Oslob można spotkać rekiny wielorybie, które przyciągają codziennie rzesze turystów. Ekolodzy jednak regularnie zwracają uwagę, że zbyt duża ingerencja w naturalne środowisko tych największych na świecie ryb wpływa negatywnie na ich populację.

 

SPOTKANIE Z REKINAMI

 

Na Filipinach mamy niesamowitą okazję zobaczyć na własne oczy rekiny wielorybie. Te całkowicie niegroźne dla ludzi ryby żywią się planktonem i prowadzą migracyjny tryb życia. Przebywają codziennie wiele kilometrów. W poszukiwaniu pożywienia pojawiają się w okolicy wspomnianego Oslob. Lokalni rybacy, którzy czyszczą w morzu swoje sieci, zauważyli, że rekiny przypływają, aby najeść się resztkami z połowów. Sytuację postanowiono więc wykorzystać i ze spotkań z tymi fascynującymi stworzeniami zrobić atrakcję turystyczną. Niestety, karmione codziennie ogromne ryby nauczyły się łatwego zdobywania pokarmu i porzuciły swój migracyjny tryb życia, zaburzając tym samym ekosystem. Popularność tego miejsca sprawia, że turystów i łodzi jest coraz więcej, a rekiny narażone są na zranienie i negatywne skutki zbyt bliskiego kontaktu z człowiekiem.

 

Na Filipinach te niesamowite zwierzęta można spotkać także w rejonach, gdzie ludzie nie ingerują tak mocno w środowisko naturalne, m.in. w okolicy wyspy Pamilacan na morzu Bohol (Mindanao). Tutejsi rybacy, kiedyś polujący na rekiny, dziś oferują wyprawy, na których wypatruje się tych olbrzymów i delfinów. Największe na świecie ryby spotyka się również koło rybackiej miejscowości Donsol, znajdującej się w południowej części Luzonu.

 

KRAINA UŚMIECHU

 

Podczas pobytu na Filipinach nie wolno ominąć wyspy Bohol. To niewątpliwie wizytówka kraju – reprezentuje wszystkie jego wspaniałości, przyciąga niepowtarzalnymi atrakcjami i pięknymi plażami. Te ostatnie najłatwiej znaleźć na czarującej wysepce Panglao, połączonej z Bohol dwoma mostami. Turyści lubiący malownicze kurorty i restauracje z lokalnym jedzeniem powinni odwiedzić słynną plażę Alona. Osobom ceniącym sobie spokój spodoba się raczej popularna wśród miejscowych Dumaluan. W tej części Bohol warto zdecydować się na rejs na małe, urokliwe wysepki, np. Pamilacan z lasami koralowców i podwodnym sanktuarium żółwi morskich czy Balicasag, w okolicy której można spotkać delfiny i rekiny wielorybie.

 

Ciekawym sposobem na spędzenie czasu jest też wycieczka rzeką Loboc (Loay). W jej rejonie kręcono sceny do filmu Czas Apokalipsy Francisa Forda Coppoli. Podczas rejsu podziwia się cudowne widoki i delektuje lokalnymi daniami, a to wszystko przy filipińskiej muzyce na żywo. Amatorów mocnych wrażeń Bohol przyciąga wspaniałymi parkami przygód, w których można zjechać na linie zawieszonej nad tropikalnym lasem, wspinać się po skałach, eksplorować jaskinie lub spłynąć rwącą rzeką.

 

NIETYPOWE WZGÓRZA

 

Większość osób przybywa jednak na Bohol, aby zobaczyć wyjątkowy cud natury, jakim są Wzgórza Czekoladowe. Składa się na nie ok. 1270 wapiennych pagórków o wysokości od 30 do 120 m. Wzniesienia zaskakują prawie idealnie stożkowatym kształtem i do dzisiaj naukowcy nie ustalili ich pochodzenia. Filipińczycy wierzą, że powstały za sprawą olbrzymów. Jedna z legend mówi o tym, że pagórki utworzyły ogromne łzy wylane przez giganta Arogo płaczącego nad utraconą miłością. Według innej opowieści to głazy, którymi rzucali w siebie olbrzymi. Co ciekawe, nazwa tego miejsca pochodzi od koloru traw porastających wzniesienia – w porze suchej stają się one ciemnobrązowe. Jednak Wzgórza Czekoladowe równie pięknie prezentują się w kolorze zielonym.

 

POD OSŁONĄ NOCY

 

Innym symbolem wyspy Bohol jest maleńkie stworzenie, które większość ludzi myli z małpką. Mowa tu o wyraku filipińskim. Wyrakowate są ssakami naczelnymi i prowadzą nocny tryb życia. Wyróżniają je ogromne oczy i kończyny zakończone cieniutkimi palcami. Większość dnia przesypiają z jednym zamkniętym okiem, przytulone do gałęzi drzew. Mimo iż wyraki filipińskie uznano za gatunek o podwyższonym ryzyku wyginięcia, ich populacja nadal drastycznie maleje. Sprawy nie ułatwia fakt, że samica rodzi tylko dwa młode w ciągu całego roku. Na Bohol można zobaczyć te niezwykłe stworzenia z bliska. Odpowiednim do tego miejscem jest ośrodek w miasteczku Corella należący do Philippine Tarsier Foundation, w którym zwierzęta przebywają w naturalnym środowisku i pod opieką wolontariuszy.

 

ZACZAROWANY LĄD

 

Na Filipinach leży jeszcze jedna wyjątkowa wyspa, słynąca z magicznej mocy. Filipińczycy starają się ją omijać, gdyż boją się duchów i mieszkających tu szamanów. Siquijor, bo tak się nazywa, można objechać na skuterze w jeden dzień. W tutejszych lasach i górach znajdują się prawdziwe skarby: jeziora z wodospadami, tajemnicze jaskinie, malowniczo położone punkty widokowe i… szamani. Tych ostatnich wcale nie tak łatwo spotkać. Choć przestali trudnić się czarną magią i zajmują się dziś raczej uzdrawianiem, to w miejscowych budzą ogromny respekt.

 

Siquijor z pewnością spodoba się wielbicielom przepięknych widoków. Mówi się, że to właśnie tutaj można oglądać najpiękniejsze zachody słońca na Filipinach. W trakcie zwiedzania trzeba koniecznie wybrać się pod Balete Tree w Campalanas, uważane za najstarsze drzewo na wyspie (ponoć ponad 400-letnie), spod którego korzeni wytryska źródło. Według miejscowych w jego wnętrzu mieszkają duchy. Szamani wykonują w pobliżu drzewa swoje obrzędy. W tej okolicy można skorzystać z naturalnego peelingu stóp w basenie z małymi rybkami.

 

Podczas wizyty na Siquijor warto też zjechać z głównej drogi i poszukać ukrytych plaż i wodospadów. Przy odrobinie szczęścia trafi się na Kagusuan. Tę przepiękną i niedostępną plażę urozmaicają olbrzymie głazy wyrzucone przez morze. Najprawdopodobniej nie spotkamy tu żywej duszy.

 

Finlandia w blasku zorzy polarnej

snowland-igloo-restaurant-northern-lights-rovaniemi_9294.jpg

Zorza polarna nad lodową restauracją Lumimaa (Snowland) w Rovaniemi

©VISIT FINLAND MEDIA BANK

 

Karolina Paduszyńska

WWW.ZASTRZYKINSPIRACJI.PL

 

Zimą w Finlandii czas można spędzić bardzo ciekawie. Najlepiej zacząć od spaceru po nowoczesnych Helsinkach, potem wybrać się na przejażdżkę skuterem śnieżnym, pojechać do Laponii na podziwianie zorzy polarnej, zanocować w lodowym hotelu, a na koniec rozgrzać się w saunie, po czym wskoczyć do lodowatego jeziora. Takiej podróży nie sposób zapomnieć.

Więcej…

Boska Brazylia

MAGDALENA WALCZUK

Fundacja Terra Brasilis

                                                                                                             FOT. FOZDOIGUACUDESTINODOMUNDO.COM.BR

<< „Deus é brasileiro”, czyli „Bóg jest Brazylijczykiem” – stwierdzenie to słyszałam z ust wielu mieszkańców Brazylii. Większość z osób, które kiedykolwiek miały okazję postawić stopę na brazylijskiej ziemi, zgodzi się z nim bez wahania. Bez wątpienia kraj ten został hojnie obdarzony przez Stwórcę: zachwyca bogactwem i niezwykłością przyrody, odurza tropikalnymi smakami i zapachami, urzeka niesamowitą różnorodnością, wybuchową mieszanką kultur, intryguje kontrastami i niejednoznacznością. Naprawdę nietrudno zakochać się w Brazylii. Jak prawdziwa kobieta, powoli odsłania przed nami swoje tajemnice i nie przestaje kusić tym, co jeszcze pozostało do odkrycia. Niechętnie poddaje się prostym definicjom. Nie wierzcie temu, kto twierdzi, że zdołał ją zrozumieć i poznać jej wszystkie sekrety. >>

Więcej…