szwed-cabo-verde-santo-antao-ribeiry01-1

Ribeira – głęboka, wypełniona roślinnością dolina na Santo Antão

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Miejscowa legenda głosi, że Wyspy Zielonego Przylądka (po portugalsku Cabo Verde) powstały, gdy zadowolony ze stworzenia świata Bóg otrzepał ręce, a okruchy z jego palców niezauważenie spadły do wody. Znalazły się więc na oceanie niejako przypadkowo i takie również okazały się ich losy. Kraj ten bardzo długo nie mógł decydować o sobie (aż do 5 lipca 1975 r.), a zależny był od rozgrywek mocarstw z każdej strony Atlantyku. Dziś w pełni samorządna Republika Zielonego Przylądka stoi przed szansą umocnienia swojej pozycji. Przyciąga też coraz więcej osób chcących nie tylko podziwiać różnorodne krajobrazy i piękno przyrody, ale i obcować z bogatą kulturą.

 

To ponad 550-tysięczne państwo położone jest na Oceanie Atlantyckim, ok. 570 km od wybrzeży Afryki Zachodniej. Na jego terytorium o powierzchni 4033 km² składa się podzielony na dwie części archipelag pochodzenia wulkanicznego. Sal, Boa Vista, São Nicolau, niezamieszkana Santa Luzia, São Vicente i Santo Antão należą do północnych Wysp Zawietrznych (Ilhas de Barlavento), a Maio, Santiago, Brava i Fogo – do południowych Wysp Podwietrznych (Ilhas de Sotavento). Każda z nich to odrębny mały świat, unikatowy pod względem krajobrazowym i oferujący inne atrakcje. Przed wyjazdem warto zatem zrobić rozeznanie, aby wybrać część archipelagu najbardziej odpowiadającą naszym upodobaniom. Bardzo dobrze odwiedzić kilka wysp, a najlepiej – oczywiście – wszystkie, jeżeli tylko czas nam na to pozwala, i cieszyć się niesamowitą różnorodnością Cabo Verde.

 

Do XV w. ten rejon świata pozostawał nieodkryty, a także bezludny. Istnieje kilka hipotez na temat tego, kto był pierwszym odkrywcą archipelagu, ale historycy pewni są co do tego, że zaczęli go eksplorować dopiero Portugalczycy w latach 1456–1462. Do dziś to właśnie portugalski jest tu językiem urzędowym, mimo iż większość mieszkańców porozumiewa się w kabowerdeńskim języku kreolskim (kriolu kabuverdianu). Nazwa kraju przywodzi na myśl oblewaną oceanem zieloną oazę. Jednak kiedy przyjrzymy się wyspom, dojdziemy do wniosku, że niewiele z nich ma z tym obrazem coś wspólnego. Nic w tym dziwnego – nazwa ta stanowi nawiązanie do położonego po sąsiedzku senegalskiego Przylądka Zielonego. Odnalezienie zieleni na archipelagu zajęło mi nieco czasu, lecz gdy odkryłam ją na wyspie Santo Antão, jej intensywny odcień wywarł na mnie ogromne wrażenie.

 

TRUDNA HISTORIA

 

Choć tropikalne wyspy mogą kojarzyć się z luzem i beztroską, na Cabo Verde da się wyczuć swojego rodzaju melancholię. Ma na nią wpływ historia, która nie obeszła się z tym krajem łaskawie. Właściwie nigdy nie było to miejsce zbyt przyjazne do zamieszkania, a uprawa roślin na jałowych glebach zawsze stanowiła tutaj wyzwanie. Sytuację pogarszały suche wiatry i skąpe opady. Najdłuższy zanotowany okres, gdy archipelagu nie nawodniły deszcze niesione przez monsun, wynosił aż 18 lat! Krainę tę niemal w każdym stuleciu nawiedzały klęski głodu. Apogeum nastąpiło w latach 70. XVIII w. i później, między 1831 a 1833 r., kiedy z tego powodu zmarła blisko połowa populacji. Stulecie XX również przyniosło nieurodzaj, przerywany krótkimi okresami względnego dobrobytu. Także obecnie przetrwanie upraw w Republice Zielonego Przylądka wiąże się z dużym nakładem pracy, której efekty nigdy nie są pewne.

 

Kolonizacja archipelagu rozpoczęła się w 1462 r. wraz z przybyciem pierwszych osadników z Portugalii i Hiszpanii. Zamieszkali oni na najbardziej wówczas obiecującej z wysp (i największej, o powierzchni 991 km²) – Santiago – i zajęli się rolnictwem. Nie uprawiali jednak ziemi sami, lecz sprowadzili na swoje potrzeby niewolników. Po ponad 50 latach pracowało tu niemal 14 tys. ściągniętych siłą mieszkańców Afryki Zachodniej. Gdy Europejczycy uznali, że nie potrzebują już więcej robotników, zaczęli szukać na nich potencjalnych nabywców. Sprzedawali niewolników głównie do kolonii w Ameryce Południowej i Północnej. Utworzyli w ten sposób na Cabo Verde niechlubne centrum handlu żywym towarem.

 

W tych trudnych warunkach ludność pochodzenia europejskiego i afrykańskiego zawiązała wspólnotę i tak powstał zalążek kreolskiego społeczeństwa. Kolejne pokolenia coraz bardziej utożsamiały się z miejscem, w którym przyszły na świat. Wraz ze wzrostem tej tożsamości nasilał się bunt przeciw portugalskiemu zwierzchnictwu. Starania o uzyskanie niepodległości zakończyły się sukcesem dopiero w lipcu 1975 r.

 

Trudna przeszłość ukształtowała dzisiejsze pokolenie Kabowerdeńczyków, których większość żyje poza granicami swojego kraju (szacuje się, że aż ok. 1 mln ludzi). W XIX w. mieszkańcy republiki dołączyli do fali emigracji do Ameryki Północnej, utrzymującej się też w XX stuleciu. Dziś życie kabowerdeńskich rodzin naznaczone jest rozłąką i tęsknotą nie tylko ze względu na fakt, że wiele osób wyjechało za granicę, ale i ponieważ część z nich pracuje na morzu. Nie oznacza to oczywiście, że Wyspy Zielonego Przylądka są miejscem smutnym. Warto jednak poznać nieco tutejszą historię i sytuację społeczną, aby lepiej zrozumieć ten ciekawy kraj i jego mieszkańców.

 

ZATOKI I FESTIWALE

 

caboverde-baia-das-gatas-szwed-01

Baía das Gatas – skały stworzyły w tym miejscu olbrzymi naturalny basen

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Swoista melancholia Kabowerdeńczyków wyraża się w muzyce, której stolicą jest położone na wyspie São Vicente niemal 80-tysięczne Mindelo. To właśnie tu przyszła na świat Cesária Évora (1941–2011), najbardziej znana na świecie artystka wykonująca mornę – nostalgiczny gatunek wywodzący się właśnie z Cabo Verde. Melodie morny, jak i zdecydowanie bardziej żwawej funany dobiegają wieczorem nie tylko z tutejszych barów, ale i mieszkań. 

 

Muzyka i taniec są niezmiernie ważne także dla mieszkańców pozostałych miast i części archipelagu. Jednak to właśnie São Vicente stała się wyspą festiwali i zabawy. Odbywający się w Mindelo karnawał stanowi kilkudniową barwną i huczną imprezę, do której przygotowania trwają prawie cały rok. To jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w kraju, a żeby wziąć w nim udział, należy wybrać się tu w lutym lub marcu (w 2018 r. w terminie od 9 do 13 lutego). W sierpniu tłumy zjeżdżają z kolei do małej miejscowości Baía das Gatas, leżącej ok. 10 km na wschód od Mindelo. W trakcie trwania tutejszego festiwalu (Festival de Música da Baía das Gatas) nie zasypia ona przez trzy dni.

 

Baía das Gatas warto jednak odwiedzić i poza sezonem, aby cieszyć się przepięknym położeniem sennej wówczas wioski. Nieopodal nowo wybudowanych domów leży tu osada, w której ludzie od lat żyją tak samo – każdy dzień zależy od udanych połowów. To miejsce, gdzie w lazurowych wodach odbijają się ciemnozielone góry, mimo słonecznej pogody często osłonięte chmurami. Niebieska laguna otoczona wzniesieniami pozostaje w pamięci na długo, a wszechogarniający spokój pomaga naładować akumulatory przed dalszą podróżą.

 

São Vicente spodoba się miłośnikom nie tylko muzyki i tańca, ale i sportu. Deptaki w Mindelo pełne są biegaczy, plaże oblegają windsurferzy, a na wielbicieli golfa czeka profesjonalne pole z 18 dołkami (Clube de Golfe de São Vicente).

 

NIE TYLKO PLAŻE

 

szwedacz-caboverde-praktycznie-07

Mieszkańcy wioski Baía das Gatas trudnią się przede wszystkim połowami

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

szwed-cabo-verde02

Igreja do Nazareno – kościół w Espargos, stolicy wyspy Sal

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Przed podróżą w te strony spotykałam się ze skrajnymi opiniami na temat walorów turystycznych archipelagu. Z racji tego, że większość osób spędza urlopy na wyspie Sal (216 km² powierzchni i ok. 40 tys. mieszkańców), to właśnie jej dotyczyły one w szczególności. Czytałam, że jeśli ktoś spodziewa się egzotycznego raju, przeżyje rozczarowanie. Z drugiej strony biura podróży zachwalają ciągnące się kilometrami rajskie plaże i gwarantowaną słoneczną pogodę przez 350 dni w roku. Jak wygląda rzeczywistość? Prawda, jak to zwykle bywa, leży pośrodku, a wrażenia są uzależnione od oczekiwań i upodobań przyjezdnych. 

 

Moją przygodę z Cabo Verde zaczęłam właśnie od Sal i od razu przekonałam się, że poza 350 dniami słonecznymi jest jeszcze 15 pozostałych. Nasz samolot miał lądować najpierw na wyspie Boa Vista (Boavista), ale okazało się to niemożliwe z powodu silnej burzy. Lotnisko na Sal (Aeroporto Internacional Amílcar Cabral) funkcjonowało, lecz przywitało nas ulewą i wysokim poziomem wody. Następnego dnia po intensywnym deszczu nie pozostał jednak niemal żaden ślad i bez przeszkód mogliśmy rozpocząć zwiedzanie.

 

Obecna nazwa lądu pochodzi od bogatych złóż soli. Dawno temu pierwsi odkrywcy ochrzcili ją mianem Llana (z port. „równa”, „płaska”), które wydaje się bardzo adekwatne, gdyż pierwszym, co na wyspie rzuca się w oczy, jest rozległe pustkowie. Płaski, pustynny krajobraz urozmaica tylko kilka stożków wygasłych wulkanów. Być może nie każdemu taki teren przypadnie do gustu, jednak osobom lubiącym wędrówki po piaszczystych bezdrożach powinno bardzo spodobać się to miejsce. Zachwycają się nim także surferzy i amatorzy innych sportów wodnych, którzy coraz liczniej przybywają na Sal, żeby korzystać ze sprzyjających wiatrów i odpowiedniego zaplecza. 

 

Turystyczna infrastruktura najlepiej rozwinięta jest właśnie na tej wyspie, a dokładnie w miejscowości Santa Maria i jej okolicy. To właśnie tu piaszczyste plaże ciągną się kilometrami, a hotele przygotowane są na przyjęcie gości o różnorakich wymaganiach. Miasteczko nadal się rozbudowuje, a w pobliżu powstaje coraz więcej szkół sportów wodnych, w których można doskonalić swoje umiejętności. Warto wybrać się również na spacer wzdłuż znajdującej się niedaleko uroczej zatoki Murdeira (Baía da Murdeira), dochodzącej aż do Monte Leão (165 m n.p.m.) – wygasłego wulkanu o kształcie przywodzącym na myśl dostojnego króla sawanny.

 

Santa Maria to jednak typowy kurort nastawiony na zagranicznego turystę z wszelkimi zaletami, ale i wadami tego typu miejsc. Aby poczuć prawdziwego ducha wyspy, warto spędzić nieco czasu w jej stolicy – Espargos. Nazwa miasta pochodzi od porastających okolicę dzikich szparagów. Da się w nim dostrzec podział na dwie niepodobne do siebie części. Zabudowa nowoczesnego rejonu Espargos ma charakter bardziej europejski, a tworzą ją proste, utrzymane w jednolitej kolorystyce bloki. Dusza stolicy skrywa się w starej jej części, pełnej nieuporządkowanych, brukowanych uliczek, kolonialnych budynków i ludzi, którzy nigdzie się nie spieszą. Za dnia spalone słońcem miasto sprawia wrażenie ospałego, pogrążonego w melancholii, udzielającej się także mnie. Sytuacja zmienia się z nadejściem zmierzchu, gdy zapełniają się ulice i place, rozbrzmiewa coraz głośniejsza muzyka, a mieszkańcy stają się bardziej rozmowni i ożywieni. Jakby energia tłumiona przez upał dopiero wieczorem znajdowała ujście. Nazajutrz miasto znów obudzi się leniwe i pozostanie takie aż do zachodu słońca.

 

Niespełna 5 km na wschód od Espargos leży miasteczko Pedra de Lume. Składają się na nie zaledwie szkoła, kościół i rząd jednopiętrowych domów mieszkalnych otoczonych piaszczystymi wzniesieniami. Miejsce bardzo dobrze prosperowało w XIX w. za sprawą intensywnego pozyskiwania soli. Ilości tu wytwarzane pokrywały zapotrzebowanie archipelagu, ale produkt eksportowano również do Brazylii, Afryki czy Stanów Zjednoczonych. Tutejsze saliny powstały w kraterze wygasłego wulkanu. Dostać się do nich można przez wydrążony w skałach tunel. Po wkroczeniu do wnętrza krateru ukazały nam się geometryczne w kształcie, oddzielone murkami jeziora w kolorach niebieskim, zielonym i różowym. Ich barwa zależy od etapu wytrącania się soli. Jeden ze zbiorników był zupełnie biały i gdyby nie 40-stopniowy upał, sprawiałby wrażenie wypełnionego śniegiem. Chętni mogą się tu wykąpać w solance, a także skorzystać z zabiegów upiększających. I choć miejsce lata świetności ma już dawno za sobą, łatwo zrozumieć w nim, do czego nawiązuje obecna nazwa wyspy.

 

KRÓLOWA KUCHNI

 

O ile archipelag Cabo Verde jest dla Europejczyka regionem egzotycznym, o tyle oryginalność tutejszej kuchni trudno dostrzec od razu. Podstawę żywienia stanowią świeże ryby i owoce morza. Poza nimi w restauracjach (zwłaszcza tych bardziej turystycznych) zamówić można świetnie nam znane kurczaki, hamburgery i frytki.

 

Egzotyczne mogą wydać się sklepowe półki świecące pustkami, na których królują puszkowane parówki i fasola. Na taki widok natkniemy się jednak tylko wówczas, gdy na którąś z wysp od dawna nie zawitał prom. Zdarzyło mi się to tuż po przyjeździe i nieświadoma przyczyn przyjęłam sytuację z lekkim niepokojem. Jak się okazało, całkiem niepotrzebnie. Po uzupełnieniu zapasów sklepowy asortyment znów był różnorodny. Zdecydowana większość towarów pochodzi jednak z importu, co znajduje odzwierciedlenie w cenach, które są dość wysokie (porównywalne do zachodnioeuropejskich).

 

Wróćmy do tematu tutejszej kuchni. Dla poszukiwaczy nowych smaków znajdzie się wiele ciekawych owoców czy dań jednogarnkowych, do których zalicza się przede wszystkim królowa miejscowych potraw – cachupa. Bazuje ona na kukurydzy poddanej procesowi nixtamalizacji. Napęczniałe, nieco klejące się ziarna zawdzięczają swój wyjątkowy smak tej specjalnej obróbce. Można podawać je w kilku wersjach: pobre (biednej – składa się na nią przeważnie gotowana kukurydza, fasola, ziemniaki i zioła), rica (bogatej – z dodatkiem ryby, wołowiny, koźliny, kurczaka czy kiełbasy) bądź grelhada (grillowanej – zwykle ze składnikami, które kucharz akurat miał pod ręką). W praktyce i tak ciężko poznać, na co się trafiło, gdyż danie przyjmuje formę mniej lub bardziej zbitej, pożywnej papki, ukrytej nieraz pod sadzonym jajkiem. Mimo niepozornego wyglądu cachupa smakowała mi zawsze wyśmienicie, zarówno w eleganckiej knajpce, jak i w przydrożnym barze.

 

Z WYSPY NA WYSPĘ

 

Aby poznać więcej wysp, można przemieszczać się na dwa sposoby. Samolot to rozwiązanie droższe, za to niezwykle szybkie i proste. Komunikacja lotnicza działa na archipelagu bardzo sprawnie. Dużo tańszym środkiem transportu będzie prom. Podróżowanie w ten sposób wiąże się jednak z nieprzewidywalnymi sytuacjami i wymaga zapasu czasu. Stałe rozkłady rejsów funkcjonują tylko między niektórymi wyspami. W wielu przypadkach godzina przypłynięcia statku i punkt docelowy jego trasy bywają niespodzianką. Wycieczka promem daje jednak szansę na poobcowanie z lokalną ludnością, a przy okazji odkrycia zaskakujących faktów, np. tego, że dużo mieszkańców archipelagu cierpi na chorobę morską, co w kraju wyspiarskim wydaje się nieco osobliwe. Obsługa skrupulatnie rozdaje więc czarne torebki na wypadek złego samopoczucia pasażerów. Jeśli zależy nam na czasie, możemy dowiedzieć się w porcie, kiedy odpływa najbliższy prom (przy odrobinie szczęścia będzie to jeszcze tego samego dnia), i zdać się na obrany przez niego kierunek. My w ten sposób dotarliśmy przez São Vicente na Santo Antão, czego nie żałujemy ani trochę.

 

NAPRAWDĘ ZIELONA KRAINA

 

Mimo iż wyspa Santo Antão (779 km² powierzchni i ok. 50 tys. mieszkańców) w całości powstała z materiału wulkanicznego, jej północna i południowa część to dwa różne światy, które długo pozostawały oddzielone nieprzebytym pasmem górskim ze szczytem Topo da Coroa na czele (1979 m n.p.m.). I choć dziś światy te łączą dwie kręte drogi, ten wyrazisty podział nie uległ zmianie.

 

Santo Antão witamy w jej głównym mieście – 10-tysięcznym Porto Novo, gdzie przybijają promy z São Vicente i statki z całego świata. Uzyskało ono prawa miejskie we wrześniu 2005 r., a okazałe budynki i promenady sfinansował rząd Luksemburga. Mimo położenia nad oceanem, sprawia wrażenie pustynnego. Zwłaszcza kiedy na archipelag dociera harmattan (po portugalsku harmatão) – gorący wiatr znad Sahary, niosący ze sobą pył i piach. Takie jest również całe południe wyspy. To kraina płaska, sucha, przypominająca owiewaną gorącym powietrzem pustynię.

 

Droga wiodąca na północ, choć ma zaledwie ok. 40 km (z Porto Novo do Ribeiry Grande), przenosi nas do świata skrajnie odmiennego. Kamienno-pustynny krajobraz stopniowo ustępuje miejsca bazaltowym wzniesieniom. Północny obszar Santo Antão to kraina strzelistych szczytów, soczyście zielonych zboczy, głębokich wąwozów i poszarpanych klifów. Drogi prowadzą głębokimi dolinami ze strumieniami, zwanymi ribeirami, lub pną się wzdłuż grzbietów nad potężnymi urwiskami. Mimo niełatwych do życia warunków napotykamy osady ludzkie uczepione stromych skalnych ścian. Szczyty toną w ciężkich chmurach wzmagających niesamowitą atmosferę. To właśnie tu Cabo Verde pokazuje swoje zielone oblicze.

 

Zielenią najlepiej cieszyć się, przemierzając wspomniane wcześniej ribeiry. Przeprawa przez nie jest okazją nie tylko do podziwiania niezwykłych widoków, lecz także, co chyba ważniejsze, do odkrywania malowniczych kreolskich wiosek i styczności z miejscową ludnością.

 

Miasteczko Vila das Pombas leży u progu przepięknej 8-kilometrowej doliny Paul (Ribeira do Paul), pokrytej plantacjami trzciny cukrowej, kawy, bananowców i manioku. W tej okolicy co krok natykamy się na gwarne osady, wypełniające każdy możliwy ustęp skalny. Ribeira do Paul słynie z wyrobu narodowego trunku – grogu (grogue). Tradycyjnie trzcinę cukrową do jego produkcji wyciskano w drewnianych prasach (tzw. trapiche), do których zaprzęgano woły i muły. Obecnie pracę zwierząt zastąpiły na ogół maszyny, lecz w tym rejonie można jeszcze znaleźć dawne urządzenia. Ugotowany i poddany destylacji trzcinowy sok zmienia się w wysokoprocentowy grog, który jest tu wzbogacany wyciągami z różnorakich owoców i roślin (np. ruty, rozmarynu czy anyżu), dzięki czemu powstaje wiele wersji smakowych. Występuje też w nieco słodszym, rozcieńczonym wariancie z limonką i melasą zwanym ponczem (ponche). Obu postaci tego trunku mieliśmy okazję spróbować m.in. właśnie w ribeirach na Santo Antão, gdy spotkaliśmy grupę zainteresowanych nami okolicznych mieszkańców. Niezobowiązująca pogawędka na środku drogi przerodziła się w długie rozmowy okraszone spożyciem niewielkich ilości ponczu i grogu, a zakończyła gościną w jednym z miejscowych domów przy dalszym towarzystwie wspomnianych napitków.

 

Warte odwiedzenia są również inne spektakularne doliny, jak 12-kilometrowa Ribeira Grande, a także malownicze miejscowości, w tym szczególnie Ponta do Sol. Jednak na Santo Antão nawet zwykły spacer z miasta do miasta może być okazją do podziwiania wspaniałych krajobrazów.

 

DLA KAŻDEGO COŚ DOBREGO

 

Wyspy Zielonego Przylądka nie są jeszcze często obieranym kierunkiem wśród turystów, mimo iż leżą w pobliżu tak dobrze nam znanych Wysp Kanaryjskich. Co prawda oferty wyjazdów na Cabo Verde pojawiają się w katalogach biur podróży, ale klientom proponuje się głównie zatrzymanie się w Santa Marii na Sal i na Boa Viście. Jeśli ktoś liczy na ciągnące się kilometrami piękne plaże, spędzanie czasu na uprawianiu sportów wodnych i rozrywki charakterystyczne dla turystycznych kurortów, może bez obaw z tych ofert skorzystać. Jeżeli nie lubi tłumów, wystarczy, że odjedzie kilka kilometrów od popularnych miejscowości, aby mieć kawałek dziewiczego wybrzeża tylko dla siebie.

 

Wyspy Zielonego Przylądka oferują jednak znacznie więcej niż wodę i piasek. Miłośnicy muzyki i tańca, barwnych festiwali i interesujących zabytków powinni wybrać się na São Vicente. Tutejszą atmosferę chłonąć można szczególnie wieczorami, w kameralnych knajpkach klimatycznego Mindelo. Amatorom podziwiania wulkanicznych stożków z pewnością przypadnie do gustu wyspa Fogo (476 km² powierzchni i ok. 40 tys. mieszkańców), będącą właściwie w całości czynnym wulkanem, zdradzającym to mniejszą, to większą aktywność. Ostatnia erupcja Pico do Fogo (2829 m n.p.m.), najwyższego szczytu Cabo Verde, odbyła się niespełna trzy lata temu (zaczęła się w listopadzie 2014 r.). Dzięki sprawnej ewakuacji lawa nie zebrała śmiertelnego żniwa, ale – niestety – tutejsza wioska Portela została doszczętnie zniszczona. 

 

Poszukiwacze soczystej zieleni, wspaniałych tras trekkingowych i zapierających dech w piersiach widoków zachwycą się z pewnością Santo Antão, ale także São Nicolau i Bravą. Ci zaś, którzy chcieliby doświadczyć wszystkiego po trochu, powinni wybrać się na Santiago, gdzie poza uroczymi plażami i malowniczymi górskimi szczytami czeka gwarna stolica Republiki Zielonego Przylądka – 150-tysięczna Praia. Aby jednak lepiej poznać ten wyjątkowy kraj i jego fascynującą afrykańsko-europejską kulturę, warto odwiedzić kilka wysp i odkryć niesamowitą różnorodność archipelagu. 

Artykuły wybrane losowo

Zanurz się w kulturze na pograniczu Węgier i Austrii

Noémi Petneki

 

Po obu stronach granicy austriacko-węgierskiej i wzdłuż brzegów jeziora Nezyderskiego rozciąga się ten sam region. Dzisiejszy Burgenland (po węgiersku Őrvidék), najbardziej wysunięty na wschód i najmłodszy kraj związkowy Austrii, od XII w. był częścią historycznego Królestwa Węgier, które od XVI stulecia (po bitwie z Turkami pod Mohaczem w 1526 r.) dostało się pod panowanie Habsburgów i Cesarstwa Austriackiego. Dziś, po obaleniu żelaznej kurtyny i wstąpieniu Węgier do Unii Europejskiej w 2004 r., znów (jak za czasów Monarchii Austro-Węgierskiej) praktycznie nie zauważamy, kiedy przejeżdżamy tutaj przez granicę. Węgrzy (nasi bratankowie) i Austriacy nazywają siebie szwagrami – w ten sposób wszyscy jesteśmy ze sobą trochę spowinowaceni…

Więcej…

Peru zawsze gościnne dla Polaków

Martha Chavarri-Dupuy – ambasador Republiki Peru w Polsce – odpowiada na pytania Michała Domańskiego.

W tym roku przypada 90. rocznica nawiązania stosunków dyplomatycznych między Peru a Polską. Co łączy oba nasze kraje?

Rocznicę tę obchodzimy dokładnie w dniu 6 września br. Z tej okazji planujemy zorganizowanie licznych wydarzeń, prezentujących rozwój relacji pomiędzy naszymi państwami w różnych dziedzinach. Należy jednak podkreślić, że historia kontaktów mieszkańców obu krajów jest dużo dłuższa. W połowie XIX w. przybyło do Peru wielu wybitnych Polaków, którzy w znacznym stopniu przyczynili się do rozwoju nauk i infrastruktury naszej republiki. Warto wspomnieć, że jeszcze do niedawna najwyżej położona linia kolejowa na świecie, za jaką uważano Ferrocarril Central del Perú (obecnie Ferrocarril Central Andino, czyli Centralną Kolei Andyjską), została zaprojektowana przez polskiego inżyniera Ernesta Malinowskiego.

Więcej…

Odkryj Wenezuelę!

 

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Wenezuela staje się coraz popularniejszym kierunkiem turystycznym wśród Polaków. Szczególnie modna jest jej największa wyspa – Margarita, nazywana „Perłą Karaibów”. Łączy ona dzikość wenezuelskiej przyrody z rajskim krajobrazem tropikalnych plaż. To także doskonały punkt wypadowy do odkrywania wspaniałych atrakcji pięknego kraju Simóna Bolívara i kontrowersyjnego prezydenta Hugo Cháveza. Dla turystów z Europy przygoda z niepowtarzalną Wenezuelą bardzo często zaczyna się właśnie od Margarity.

Więcej…