szwed-cabo-verde-santo-antao-ribeiry01-1

Ribeira – głęboka, wypełniona roślinnością dolina na Santo Antão

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Miejscowa legenda głosi, że Wyspy Zielonego Przylądka (po portugalsku Cabo Verde) powstały, gdy zadowolony ze stworzenia świata Bóg otrzepał ręce, a okruchy z jego palców niezauważenie spadły do wody. Znalazły się więc na oceanie niejako przypadkowo i takie również okazały się ich losy. Kraj ten bardzo długo nie mógł decydować o sobie (aż do 5 lipca 1975 r.), a zależny był od rozgrywek mocarstw z każdej strony Atlantyku. Dziś w pełni samorządna Republika Zielonego Przylądka stoi przed szansą umocnienia swojej pozycji. Przyciąga też coraz więcej osób chcących nie tylko podziwiać różnorodne krajobrazy i piękno przyrody, ale i obcować z bogatą kulturą.

 

To ponad 550-tysięczne państwo położone jest na Oceanie Atlantyckim, ok. 570 km od wybrzeży Afryki Zachodniej. Na jego terytorium o powierzchni 4033 km² składa się podzielony na dwie części archipelag pochodzenia wulkanicznego. Sal, Boa Vista, São Nicolau, niezamieszkana Santa Luzia, São Vicente i Santo Antão należą do północnych Wysp Zawietrznych (Ilhas de Barlavento), a Maio, Santiago, Brava i Fogo – do południowych Wysp Podwietrznych (Ilhas de Sotavento). Każda z nich to odrębny mały świat, unikatowy pod względem krajobrazowym i oferujący inne atrakcje. Przed wyjazdem warto zatem zrobić rozeznanie, aby wybrać część archipelagu najbardziej odpowiadającą naszym upodobaniom. Bardzo dobrze odwiedzić kilka wysp, a najlepiej – oczywiście – wszystkie, jeżeli tylko czas nam na to pozwala, i cieszyć się niesamowitą różnorodnością Cabo Verde.

 

Do XV w. ten rejon świata pozostawał nieodkryty, a także bezludny. Istnieje kilka hipotez na temat tego, kto był pierwszym odkrywcą archipelagu, ale historycy pewni są co do tego, że zaczęli go eksplorować dopiero Portugalczycy w latach 1456–1462. Do dziś to właśnie portugalski jest tu językiem urzędowym, mimo iż większość mieszkańców porozumiewa się w kabowerdeńskim języku kreolskim (kriolu kabuverdianu). Nazwa kraju przywodzi na myśl oblewaną oceanem zieloną oazę. Jednak kiedy przyjrzymy się wyspom, dojdziemy do wniosku, że niewiele z nich ma z tym obrazem coś wspólnego. Nic w tym dziwnego – nazwa ta stanowi nawiązanie do położonego po sąsiedzku senegalskiego Przylądka Zielonego. Odnalezienie zieleni na archipelagu zajęło mi nieco czasu, lecz gdy odkryłam ją na wyspie Santo Antão, jej intensywny odcień wywarł na mnie ogromne wrażenie.

 

TRUDNA HISTORIA

 

Choć tropikalne wyspy mogą kojarzyć się z luzem i beztroską, na Cabo Verde da się wyczuć swojego rodzaju melancholię. Ma na nią wpływ historia, która nie obeszła się z tym krajem łaskawie. Właściwie nigdy nie było to miejsce zbyt przyjazne do zamieszkania, a uprawa roślin na jałowych glebach zawsze stanowiła tutaj wyzwanie. Sytuację pogarszały suche wiatry i skąpe opady. Najdłuższy zanotowany okres, gdy archipelagu nie nawodniły deszcze niesione przez monsun, wynosił aż 18 lat! Krainę tę niemal w każdym stuleciu nawiedzały klęski głodu. Apogeum nastąpiło w latach 70. XVIII w. i później, między 1831 a 1833 r., kiedy z tego powodu zmarła blisko połowa populacji. Stulecie XX również przyniosło nieurodzaj, przerywany krótkimi okresami względnego dobrobytu. Także obecnie przetrwanie upraw w Republice Zielonego Przylądka wiąże się z dużym nakładem pracy, której efekty nigdy nie są pewne.

 

Kolonizacja archipelagu rozpoczęła się w 1462 r. wraz z przybyciem pierwszych osadników z Portugalii i Hiszpanii. Zamieszkali oni na najbardziej wówczas obiecującej z wysp (i największej, o powierzchni 991 km²) – Santiago – i zajęli się rolnictwem. Nie uprawiali jednak ziemi sami, lecz sprowadzili na swoje potrzeby niewolników. Po ponad 50 latach pracowało tu niemal 14 tys. ściągniętych siłą mieszkańców Afryki Zachodniej. Gdy Europejczycy uznali, że nie potrzebują już więcej robotników, zaczęli szukać na nich potencjalnych nabywców. Sprzedawali niewolników głównie do kolonii w Ameryce Południowej i Północnej. Utworzyli w ten sposób na Cabo Verde niechlubne centrum handlu żywym towarem.

 

W tych trudnych warunkach ludność pochodzenia europejskiego i afrykańskiego zawiązała wspólnotę i tak powstał zalążek kreolskiego społeczeństwa. Kolejne pokolenia coraz bardziej utożsamiały się z miejscem, w którym przyszły na świat. Wraz ze wzrostem tej tożsamości nasilał się bunt przeciw portugalskiemu zwierzchnictwu. Starania o uzyskanie niepodległości zakończyły się sukcesem dopiero w lipcu 1975 r.

 

Trudna przeszłość ukształtowała dzisiejsze pokolenie Kabowerdeńczyków, których większość żyje poza granicami swojego kraju (szacuje się, że aż ok. 1 mln ludzi). W XIX w. mieszkańcy republiki dołączyli do fali emigracji do Ameryki Północnej, utrzymującej się też w XX stuleciu. Dziś życie kabowerdeńskich rodzin naznaczone jest rozłąką i tęsknotą nie tylko ze względu na fakt, że wiele osób wyjechało za granicę, ale i ponieważ część z nich pracuje na morzu. Nie oznacza to oczywiście, że Wyspy Zielonego Przylądka są miejscem smutnym. Warto jednak poznać nieco tutejszą historię i sytuację społeczną, aby lepiej zrozumieć ten ciekawy kraj i jego mieszkańców.

 

ZATOKI I FESTIWALE

 

caboverde-baia-das-gatas-szwed-01

Baía das Gatas – skały stworzyły w tym miejscu olbrzymi naturalny basen

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Swoista melancholia Kabowerdeńczyków wyraża się w muzyce, której stolicą jest położone na wyspie São Vicente niemal 80-tysięczne Mindelo. To właśnie tu przyszła na świat Cesária Évora (1941–2011), najbardziej znana na świecie artystka wykonująca mornę – nostalgiczny gatunek wywodzący się właśnie z Cabo Verde. Melodie morny, jak i zdecydowanie bardziej żwawej funany dobiegają wieczorem nie tylko z tutejszych barów, ale i mieszkań. 

 

Muzyka i taniec są niezmiernie ważne także dla mieszkańców pozostałych miast i części archipelagu. Jednak to właśnie São Vicente stała się wyspą festiwali i zabawy. Odbywający się w Mindelo karnawał stanowi kilkudniową barwną i huczną imprezę, do której przygotowania trwają prawie cały rok. To jedno z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w kraju, a żeby wziąć w nim udział, należy wybrać się tu w lutym lub marcu (w 2018 r. w terminie od 9 do 13 lutego). W sierpniu tłumy zjeżdżają z kolei do małej miejscowości Baía das Gatas, leżącej ok. 10 km na wschód od Mindelo. W trakcie trwania tutejszego festiwalu (Festival de Música da Baía das Gatas) nie zasypia ona przez trzy dni.

 

Baía das Gatas warto jednak odwiedzić i poza sezonem, aby cieszyć się przepięknym położeniem sennej wówczas wioski. Nieopodal nowo wybudowanych domów leży tu osada, w której ludzie od lat żyją tak samo – każdy dzień zależy od udanych połowów. To miejsce, gdzie w lazurowych wodach odbijają się ciemnozielone góry, mimo słonecznej pogody często osłonięte chmurami. Niebieska laguna otoczona wzniesieniami pozostaje w pamięci na długo, a wszechogarniający spokój pomaga naładować akumulatory przed dalszą podróżą.

 

São Vicente spodoba się miłośnikom nie tylko muzyki i tańca, ale i sportu. Deptaki w Mindelo pełne są biegaczy, plaże oblegają windsurferzy, a na wielbicieli golfa czeka profesjonalne pole z 18 dołkami (Clube de Golfe de São Vicente).

 

NIE TYLKO PLAŻE

 

szwedacz-caboverde-praktycznie-07

Mieszkańcy wioski Baía das Gatas trudnią się przede wszystkim połowami

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

szwed-cabo-verde02

Igreja do Nazareno – kościół w Espargos, stolicy wyspy Sal

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Przed podróżą w te strony spotykałam się ze skrajnymi opiniami na temat walorów turystycznych archipelagu. Z racji tego, że większość osób spędza urlopy na wyspie Sal (216 km² powierzchni i ok. 40 tys. mieszkańców), to właśnie jej dotyczyły one w szczególności. Czytałam, że jeśli ktoś spodziewa się egzotycznego raju, przeżyje rozczarowanie. Z drugiej strony biura podróży zachwalają ciągnące się kilometrami rajskie plaże i gwarantowaną słoneczną pogodę przez 350 dni w roku. Jak wygląda rzeczywistość? Prawda, jak to zwykle bywa, leży pośrodku, a wrażenia są uzależnione od oczekiwań i upodobań przyjezdnych. 

 

Moją przygodę z Cabo Verde zaczęłam właśnie od Sal i od razu przekonałam się, że poza 350 dniami słonecznymi jest jeszcze 15 pozostałych. Nasz samolot miał lądować najpierw na wyspie Boa Vista (Boavista), ale okazało się to niemożliwe z powodu silnej burzy. Lotnisko na Sal (Aeroporto Internacional Amílcar Cabral) funkcjonowało, lecz przywitało nas ulewą i wysokim poziomem wody. Następnego dnia po intensywnym deszczu nie pozostał jednak niemal żaden ślad i bez przeszkód mogliśmy rozpocząć zwiedzanie.

 

Obecna nazwa lądu pochodzi od bogatych złóż soli. Dawno temu pierwsi odkrywcy ochrzcili ją mianem Llana (z port. „równa”, „płaska”), które wydaje się bardzo adekwatne, gdyż pierwszym, co na wyspie rzuca się w oczy, jest rozległe pustkowie. Płaski, pustynny krajobraz urozmaica tylko kilka stożków wygasłych wulkanów. Być może nie każdemu taki teren przypadnie do gustu, jednak osobom lubiącym wędrówki po piaszczystych bezdrożach powinno bardzo spodobać się to miejsce. Zachwycają się nim także surferzy i amatorzy innych sportów wodnych, którzy coraz liczniej przybywają na Sal, żeby korzystać ze sprzyjających wiatrów i odpowiedniego zaplecza. 

 

Turystyczna infrastruktura najlepiej rozwinięta jest właśnie na tej wyspie, a dokładnie w miejscowości Santa Maria i jej okolicy. To właśnie tu piaszczyste plaże ciągną się kilometrami, a hotele przygotowane są na przyjęcie gości o różnorakich wymaganiach. Miasteczko nadal się rozbudowuje, a w pobliżu powstaje coraz więcej szkół sportów wodnych, w których można doskonalić swoje umiejętności. Warto wybrać się również na spacer wzdłuż znajdującej się niedaleko uroczej zatoki Murdeira (Baía da Murdeira), dochodzącej aż do Monte Leão (165 m n.p.m.) – wygasłego wulkanu o kształcie przywodzącym na myśl dostojnego króla sawanny.

 

Santa Maria to jednak typowy kurort nastawiony na zagranicznego turystę z wszelkimi zaletami, ale i wadami tego typu miejsc. Aby poczuć prawdziwego ducha wyspy, warto spędzić nieco czasu w jej stolicy – Espargos. Nazwa miasta pochodzi od porastających okolicę dzikich szparagów. Da się w nim dostrzec podział na dwie niepodobne do siebie części. Zabudowa nowoczesnego rejonu Espargos ma charakter bardziej europejski, a tworzą ją proste, utrzymane w jednolitej kolorystyce bloki. Dusza stolicy skrywa się w starej jej części, pełnej nieuporządkowanych, brukowanych uliczek, kolonialnych budynków i ludzi, którzy nigdzie się nie spieszą. Za dnia spalone słońcem miasto sprawia wrażenie ospałego, pogrążonego w melancholii, udzielającej się także mnie. Sytuacja zmienia się z nadejściem zmierzchu, gdy zapełniają się ulice i place, rozbrzmiewa coraz głośniejsza muzyka, a mieszkańcy stają się bardziej rozmowni i ożywieni. Jakby energia tłumiona przez upał dopiero wieczorem znajdowała ujście. Nazajutrz miasto znów obudzi się leniwe i pozostanie takie aż do zachodu słońca.

 

Niespełna 5 km na wschód od Espargos leży miasteczko Pedra de Lume. Składają się na nie zaledwie szkoła, kościół i rząd jednopiętrowych domów mieszkalnych otoczonych piaszczystymi wzniesieniami. Miejsce bardzo dobrze prosperowało w XIX w. za sprawą intensywnego pozyskiwania soli. Ilości tu wytwarzane pokrywały zapotrzebowanie archipelagu, ale produkt eksportowano również do Brazylii, Afryki czy Stanów Zjednoczonych. Tutejsze saliny powstały w kraterze wygasłego wulkanu. Dostać się do nich można przez wydrążony w skałach tunel. Po wkroczeniu do wnętrza krateru ukazały nam się geometryczne w kształcie, oddzielone murkami jeziora w kolorach niebieskim, zielonym i różowym. Ich barwa zależy od etapu wytrącania się soli. Jeden ze zbiorników był zupełnie biały i gdyby nie 40-stopniowy upał, sprawiałby wrażenie wypełnionego śniegiem. Chętni mogą się tu wykąpać w solance, a także skorzystać z zabiegów upiększających. I choć miejsce lata świetności ma już dawno za sobą, łatwo zrozumieć w nim, do czego nawiązuje obecna nazwa wyspy.

 

KRÓLOWA KUCHNI

 

O ile archipelag Cabo Verde jest dla Europejczyka regionem egzotycznym, o tyle oryginalność tutejszej kuchni trudno dostrzec od razu. Podstawę żywienia stanowią świeże ryby i owoce morza. Poza nimi w restauracjach (zwłaszcza tych bardziej turystycznych) zamówić można świetnie nam znane kurczaki, hamburgery i frytki.

 

Egzotyczne mogą wydać się sklepowe półki świecące pustkami, na których królują puszkowane parówki i fasola. Na taki widok natkniemy się jednak tylko wówczas, gdy na którąś z wysp od dawna nie zawitał prom. Zdarzyło mi się to tuż po przyjeździe i nieświadoma przyczyn przyjęłam sytuację z lekkim niepokojem. Jak się okazało, całkiem niepotrzebnie. Po uzupełnieniu zapasów sklepowy asortyment znów był różnorodny. Zdecydowana większość towarów pochodzi jednak z importu, co znajduje odzwierciedlenie w cenach, które są dość wysokie (porównywalne do zachodnioeuropejskich).

 

Wróćmy do tematu tutejszej kuchni. Dla poszukiwaczy nowych smaków znajdzie się wiele ciekawych owoców czy dań jednogarnkowych, do których zalicza się przede wszystkim królowa miejscowych potraw – cachupa. Bazuje ona na kukurydzy poddanej procesowi nixtamalizacji. Napęczniałe, nieco klejące się ziarna zawdzięczają swój wyjątkowy smak tej specjalnej obróbce. Można podawać je w kilku wersjach: pobre (biednej – składa się na nią przeważnie gotowana kukurydza, fasola, ziemniaki i zioła), rica (bogatej – z dodatkiem ryby, wołowiny, koźliny, kurczaka czy kiełbasy) bądź grelhada (grillowanej – zwykle ze składnikami, które kucharz akurat miał pod ręką). W praktyce i tak ciężko poznać, na co się trafiło, gdyż danie przyjmuje formę mniej lub bardziej zbitej, pożywnej papki, ukrytej nieraz pod sadzonym jajkiem. Mimo niepozornego wyglądu cachupa smakowała mi zawsze wyśmienicie, zarówno w eleganckiej knajpce, jak i w przydrożnym barze.

 

Z WYSPY NA WYSPĘ

 

Aby poznać więcej wysp, można przemieszczać się na dwa sposoby. Samolot to rozwiązanie droższe, za to niezwykle szybkie i proste. Komunikacja lotnicza działa na archipelagu bardzo sprawnie. Dużo tańszym środkiem transportu będzie prom. Podróżowanie w ten sposób wiąże się jednak z nieprzewidywalnymi sytuacjami i wymaga zapasu czasu. Stałe rozkłady rejsów funkcjonują tylko między niektórymi wyspami. W wielu przypadkach godzina przypłynięcia statku i punkt docelowy jego trasy bywają niespodzianką. Wycieczka promem daje jednak szansę na poobcowanie z lokalną ludnością, a przy okazji odkrycia zaskakujących faktów, np. tego, że dużo mieszkańców archipelagu cierpi na chorobę morską, co w kraju wyspiarskim wydaje się nieco osobliwe. Obsługa skrupulatnie rozdaje więc czarne torebki na wypadek złego samopoczucia pasażerów. Jeśli zależy nam na czasie, możemy dowiedzieć się w porcie, kiedy odpływa najbliższy prom (przy odrobinie szczęścia będzie to jeszcze tego samego dnia), i zdać się na obrany przez niego kierunek. My w ten sposób dotarliśmy przez São Vicente na Santo Antão, czego nie żałujemy ani trochę.

 

NAPRAWDĘ ZIELONA KRAINA

 

Mimo iż wyspa Santo Antão (779 km² powierzchni i ok. 50 tys. mieszkańców) w całości powstała z materiału wulkanicznego, jej północna i południowa część to dwa różne światy, które długo pozostawały oddzielone nieprzebytym pasmem górskim ze szczytem Topo da Coroa na czele (1979 m n.p.m.). I choć dziś światy te łączą dwie kręte drogi, ten wyrazisty podział nie uległ zmianie.

 

Santo Antão witamy w jej głównym mieście – 10-tysięcznym Porto Novo, gdzie przybijają promy z São Vicente i statki z całego świata. Uzyskało ono prawa miejskie we wrześniu 2005 r., a okazałe budynki i promenady sfinansował rząd Luksemburga. Mimo położenia nad oceanem, sprawia wrażenie pustynnego. Zwłaszcza kiedy na archipelag dociera harmattan (po portugalsku harmatão) – gorący wiatr znad Sahary, niosący ze sobą pył i piach. Takie jest również całe południe wyspy. To kraina płaska, sucha, przypominająca owiewaną gorącym powietrzem pustynię.

 

Droga wiodąca na północ, choć ma zaledwie ok. 40 km (z Porto Novo do Ribeiry Grande), przenosi nas do świata skrajnie odmiennego. Kamienno-pustynny krajobraz stopniowo ustępuje miejsca bazaltowym wzniesieniom. Północny obszar Santo Antão to kraina strzelistych szczytów, soczyście zielonych zboczy, głębokich wąwozów i poszarpanych klifów. Drogi prowadzą głębokimi dolinami ze strumieniami, zwanymi ribeirami, lub pną się wzdłuż grzbietów nad potężnymi urwiskami. Mimo niełatwych do życia warunków napotykamy osady ludzkie uczepione stromych skalnych ścian. Szczyty toną w ciężkich chmurach wzmagających niesamowitą atmosferę. To właśnie tu Cabo Verde pokazuje swoje zielone oblicze.

 

Zielenią najlepiej cieszyć się, przemierzając wspomniane wcześniej ribeiry. Przeprawa przez nie jest okazją nie tylko do podziwiania niezwykłych widoków, lecz także, co chyba ważniejsze, do odkrywania malowniczych kreolskich wiosek i styczności z miejscową ludnością.

 

Miasteczko Vila das Pombas leży u progu przepięknej 8-kilometrowej doliny Paul (Ribeira do Paul), pokrytej plantacjami trzciny cukrowej, kawy, bananowców i manioku. W tej okolicy co krok natykamy się na gwarne osady, wypełniające każdy możliwy ustęp skalny. Ribeira do Paul słynie z wyrobu narodowego trunku – grogu (grogue). Tradycyjnie trzcinę cukrową do jego produkcji wyciskano w drewnianych prasach (tzw. trapiche), do których zaprzęgano woły i muły. Obecnie pracę zwierząt zastąpiły na ogół maszyny, lecz w tym rejonie można jeszcze znaleźć dawne urządzenia. Ugotowany i poddany destylacji trzcinowy sok zmienia się w wysokoprocentowy grog, który jest tu wzbogacany wyciągami z różnorakich owoców i roślin (np. ruty, rozmarynu czy anyżu), dzięki czemu powstaje wiele wersji smakowych. Występuje też w nieco słodszym, rozcieńczonym wariancie z limonką i melasą zwanym ponczem (ponche). Obu postaci tego trunku mieliśmy okazję spróbować m.in. właśnie w ribeirach na Santo Antão, gdy spotkaliśmy grupę zainteresowanych nami okolicznych mieszkańców. Niezobowiązująca pogawędka na środku drogi przerodziła się w długie rozmowy okraszone spożyciem niewielkich ilości ponczu i grogu, a zakończyła gościną w jednym z miejscowych domów przy dalszym towarzystwie wspomnianych napitków.

 

Warte odwiedzenia są również inne spektakularne doliny, jak 12-kilometrowa Ribeira Grande, a także malownicze miejscowości, w tym szczególnie Ponta do Sol. Jednak na Santo Antão nawet zwykły spacer z miasta do miasta może być okazją do podziwiania wspaniałych krajobrazów.

 

DLA KAŻDEGO COŚ DOBREGO

 

Wyspy Zielonego Przylądka nie są jeszcze często obieranym kierunkiem wśród turystów, mimo iż leżą w pobliżu tak dobrze nam znanych Wysp Kanaryjskich. Co prawda oferty wyjazdów na Cabo Verde pojawiają się w katalogach biur podróży, ale klientom proponuje się głównie zatrzymanie się w Santa Marii na Sal i na Boa Viście. Jeśli ktoś liczy na ciągnące się kilometrami piękne plaże, spędzanie czasu na uprawianiu sportów wodnych i rozrywki charakterystyczne dla turystycznych kurortów, może bez obaw z tych ofert skorzystać. Jeżeli nie lubi tłumów, wystarczy, że odjedzie kilka kilometrów od popularnych miejscowości, aby mieć kawałek dziewiczego wybrzeża tylko dla siebie.

 

Wyspy Zielonego Przylądka oferują jednak znacznie więcej niż wodę i piasek. Miłośnicy muzyki i tańca, barwnych festiwali i interesujących zabytków powinni wybrać się na São Vicente. Tutejszą atmosferę chłonąć można szczególnie wieczorami, w kameralnych knajpkach klimatycznego Mindelo. Amatorom podziwiania wulkanicznych stożków z pewnością przypadnie do gustu wyspa Fogo (476 km² powierzchni i ok. 40 tys. mieszkańców), będącą właściwie w całości czynnym wulkanem, zdradzającym to mniejszą, to większą aktywność. Ostatnia erupcja Pico do Fogo (2829 m n.p.m.), najwyższego szczytu Cabo Verde, odbyła się niespełna trzy lata temu (zaczęła się w listopadzie 2014 r.). Dzięki sprawnej ewakuacji lawa nie zebrała śmiertelnego żniwa, ale – niestety – tutejsza wioska Portela została doszczętnie zniszczona. 

 

Poszukiwacze soczystej zieleni, wspaniałych tras trekkingowych i zapierających dech w piersiach widoków zachwycą się z pewnością Santo Antão, ale także São Nicolau i Bravą. Ci zaś, którzy chcieliby doświadczyć wszystkiego po trochu, powinni wybrać się na Santiago, gdzie poza uroczymi plażami i malowniczymi górskimi szczytami czeka gwarna stolica Republiki Zielonego Przylądka – 150-tysięczna Praia. Aby jednak lepiej poznać ten wyjątkowy kraj i jego fascynującą afrykańsko-europejską kulturę, warto odwiedzić kilka wysp i odkryć niesamowitą różnorodność archipelagu. 

Artykuły wybrane losowo

UGANDA – nie tylko w poszukiwaniu goryli

ŁUKASZ WALL

 

Po wylądowaniu w godzinach wieczornych na międzynarodowym lotnisku Entebbe sprawnie załatwiamy formalności wizowe. Gdy opuszczamy budynek terminalu, zewsząd ogarniają nas ciemności. Nad głowami mamy piękne, rozgwieżdżone niebo, a dookoła rozlegają się dźwięki cykad. Tak rozpoczyna się nasza wielka przygoda w Ugandzie, do której trafiliśmy na spotkanie z wielkimi i niezmiernie rzadkimi gorylami górskimi…

Na pierwszy rzut oka rzuca się, że drogi w tym kraju (w większości szutrowe) są wyboiste i dziurawe. Przepędzane są po nich stada bydła, mkną szybko rejsowe autobusy przepełnione ludźmi oraz jeżdżą rowerzyści nieużywający świateł i żadnych elementów odblaskowych.  

Więcej…

Bali – perła Indonezji

Balijki w bogato zdobionych kostiumach w trakcie tańca legong

Photo Balinese - Kopia

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MARTINA ZAWADZKA

http://lovelajf.pl/

 

Bali od stuleci przyciąga turystów i podróżników z całego świata. Odwiedzają oni wyspę ze względu na jej wielowiekową kulturę, zapierające dech w piersiach krajobrazy i egzotyczną przyrodę. Pragną osobiście przekonać się, czy wszystko, co słyszeli na jej temat, jest prawdą. Po kilku dniach od przybycia na miejsce wiedzą już, że na Bali czeka ich dużo więcej. W tym niezwykłym zakątku ziemi mieszkają przecież przyjaźni, uśmiechnięci ludzie i od samego początku daje się wyczuć panującą w nim specyficzną atmosferę duchowości. Większość obcokrajowców w chwili wylotu zdaje sobie sprawę, iż nie była tu po raz ostatni i na pewno wróci odkrywać kolejne sekrety tego fascynującego lądu.

 

Tworzące piękne tarasy pola ryżowe nawadniane systemem przelewowym

rice flields Bali Mkhail Tsyganov

 

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE/MKHAIL TSYGANOV

 

Indonezja leży na 17 508 wyspach, z których w przybliżeniu jedna trzecia – ok. 6 tys. – pozostaje stale zamieszkana. Zdecydowanie najpopularniejsza jest Bali, wchodząca w skład archipelagu Małych Wysp Sundajskich, położonego na granicy Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Znajduje się ona między znacznie większą od siebie Jawą (dzieli je cieśnina Bali) a nieco mniejszą Lombok (odseparowane są cieśniną Lombok). Stolicę prowincji stanowi 850-tysięczne miasto Denpasar, w linii prostej oddalone od Warszawy o ok. 11 tys. km. Bali ma powierzchnię zaledwie 5780 km2 (razem z sąsiednimi wysepkami Nusa Penida, Nusa Lembongan czy Nusa Ceningan), czyli trochę mniej niż połowa województwa świętokrzyskiego, jednego z najmniejszych w naszym kraju. Maksymalna długość wyspy z północy na południe wynosi mniej więcej 112 km, a szerokość – jakieś 153 km.

 

Aby dostać się z Polski do tej części Indonezji, trzeba przekroczyć linię równika. Ze względu na położenie geograficzne przez cały rok panuje tutaj stabilny klimat. Przewodniki turystyczne ostrzegają przed występującą w tym regionie porą deszczową, która trwa zwykle od października do kwietnia. Jednak z doświadczenia wiem, że sytuacja nie wygląda wówczas tak źle. Deszcz i burze pojawiają się głównie wieczorem bądź w nocy, rzadko w ciągu dnia, ale nawet jeśli pada, wciąż jest ciepło. Średnia roczna temperatura powietrza na wybrzeżu wynosi 28°C, w głębi lądu osiąga wartość 26°C, a wyżej w górach – 23°C. Dlatego można wybrać się tu praktycznie zawsze.

 

INNY ŚWIAT

 

Ta perła Indonezji wyróżnia się na tle reszty kraju. W przeciwieństwie do innych wysp, na których żyją głównie wyznawcy islamu, dominującą religię w tym rejonie stanowi hinduizm w odmianie balijskiej. Nie znaczy to jednak, że nie spotkamy w nim muzułmanów (ponad 13 proc. tutejszej ludności) czy chrześcijan (niemal 2 proc. Balijczyków). Miejscowi traktują się nawzajem z szacunkiem. Dużą przyjemność sprawia obserwowanie, jak bardzo tolerancyjne społeczeństwo tworzą. Podczas mojej podróży dookoła świata miałam szansę przez kilka tygodni mieszkać u tradycyjnej rodziny z Bali. Ketut i jego żona Puspa wyznawali właśnie hinduizm balijski. To najpopularniejsza odmiana tej religii na wyspie. Łączy w sobie również elementy buddyzmu i animistycznych wierzeń lokalnych.

 

Balijczycy uważają, że każdego z nich od urodzenia obciążają trzy długi (Tri Rna), które muszą spłacić w trakcie swojego życia. Pierwszym z nich jest Dewa Rna (dług życia). Należy za niego wynagrodzić bogu Sang Hyang Widhi Wasa, który stworzył człowieka. Drugi dług to Pitra Rna (dług miłości i oddania). Za niego trzeba uczynić zadość swoim przodkom. Trzeci – Rsi Rna (oznaczający nabytą mądrość) – spłaca się kapłanom. Większość obrzędów i ceremonii religijnych na Bali dotyczy realizacji tych zobowiązań. Balijczycy liczą, iż bogowie i zmarli krewni uznają ich starania po śmierci.

 

Poza tym dla mieszkańców wyspy bardzo ważna jest karma. Wierzą, że wszystko, co człowiek daje innym, zarówno dobro, jak i zło, wraca do niego z podwojoną siłą, czyli czyny mają wpływ na nasze życie. Jeśli więc siejemy nienawiść, możemy być pewni, iż prędzej czy później takie działanie wyda plony i to, na co pracowaliśmy, zostanie zniszczone.

 

Oprócz tego Balijczycy wierzą w dobre i złe bóstwa. Znajduje się tu kilkadziesiąt tysięcy różnych miejsc kultu. Mimo iż ta liczba wydaje się ogromna jak na tak niewielką wyspę, mieszkańcy praktykują swoją religię nie tylko w ich pobliżu. Sfera sacrum obejmuje znacznie więcej, co dostrzega się na każdym kroku.

 

W BALIJSKIM DOMU

 

Przygotowywanie ofiarnych koszyków

offiar

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Podczas gościny u balijskiej rodziny miałam możliwość przyjrzeć się z bliska niektórym obrzędom oraz oddawaniu czci siłom przyrody i bogom. Niezmiernie dużą rolę odgrywają tutaj także kult przodków i wiara w demony. Puspa (podobnie jak większość kobiet na Bali) codziennie przygotowywała ofiarę złożoną z pięknych kwiatów, ryżu, świeżych owoców i pachnących kadzideł umieszczonych w małym koszyczku z liści palmowych. Jest to bardzo ważny rytuał. Czasem dorzuca się też drobne monety i papierosy. Cudownie przyozdobione kolorowe dary składane są w różnych intencjach zarówno dobrym, jak i złym bóstwom. Ofiarne koszyczki można zobaczyć prawie na każdym ulicznym rogu, chodnikach, przy domach i sklepach, a nawet na plażach.

 

Pewnego dnia Puspa i Ketut obudzili mnie z samego rana i poprosili, żebym wyprowadziła swój skuter, ponieważ chcieliby poświęcić pojazdy. Aby to zrobić, najpierw należało przyozdobić je kwiatami i ofiarami. Podeszli do tego niesamowicie poważnie. Powiedzieli, że po poświęceniu nie będą musieli się o mnie martwić, gdy wybiorę się gdzieś samodzielnie skuterem, bo nie zagrozi mi już żadne niebezpieczeństwo. Obrzęd wraz z przygotowaniami trwał mniej więcej godzinę. Na początek wspólnie pokroiliśmy owoce, przycięliśmy kwiaty i wykonaliśmy koszyczki z liści palmy, a następnie udekorowaliśmy nimi zaparkowane na podjeździe pojazdy. Po kilku minutach ich samochód i mój skuter przypominały przystrojone na święta Bożego Narodzenia choinki. Wtedy przyszedł czas na modlitwę. Poprowadziła ją najstarsza osoba z obecnych, czyli ojciec Puspy. Wszyscy, włącznie ze mną, byliśmy ubrani w tradycyjne koronkowe koszule i długie spódnice, a biodra przepasaliśmy sarongiem (chustą zasłaniającą nogi), który miał nas chronić przed demonami wychodzącymi z wnętrza ziemi. Ceremonia odbywała się na werandzie domu moich gospodarzy. Przed nią stały zaparkowane pojazdy, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł. Siedzieliśmy ze skrzyżowanymi nogami i rękoma złożonymi na wysokości klatki piersiowej. Ojciec Puspy powtarzał słowa modlitwy, którą co jakiś czas przerywał, aby zadzwonić małym dzwonkiem, gdy my oddawaliśmy pokłon.

 

MUZYKA I TANIEC

 

Mimo iż Bali jest niewielką wyspą, może poszczycić się niezmiernie barwną kulturą. To nieprawda, że tutejsze budowle i wytwory artystyczne mają tylko przyciągać turystów. Przejawy sztuki dostrzeżemy praktycznie wszędzie, a jej cel stanowi zadowolenie bogów. Już po opuszczeniu samolotu na lotnisku w Denpasar orientujemy się, iż znaleźliśmy się w zupełnie innej, magicznej części świata. Atmosferę duchowości wyczujemy również w domach, świątyniach, budynkach rządowych, biurach i hotelach.

 

Gdy po raz pierwszy usłyszałam balijską muzykę, byłam zachwycona! Jednak po kilku dniach słuchania jej w kółko, zaczęłam mieć wrażenie, że towarzyszy mi ciągle ten sam utwór… Na wyspie rozwinął się wyjątkowy styl muzyczny i taneczny, rozpoznawany na całym świecie, a zwany gamelanem. Utwory gra się na tradycyjnych metalofonach, gongach, ksylofonach i bębnach. Zespołów tego typu można posłuchać na Bali przy każdej okazji – podczas pokazów artystycznych, występów tancerzy czy rozmaitych uroczystości, np. weselnych.

 

Według statystyk na tej niewielkiej wyspie funkcjonują setki grup tanecznych wykonujących więcej niż 200 rodzajów tańca tradycyjnego. Oryginalny układ choreograficzny wykorzystuje głównie mowę ciała, mimikę i ruchy palców, nadgarstka, stóp, szyi, a nawet ust i oczu. Jeden z najstarszych gatunków (jego dzieje sięgają XV stulecia) nosi nazwę gambuh, charakteryzuje się wolnym rytmem i swoistym mistycyzmem. Bez wątpienia taniec u Balijczyków należy do sfery sacrum.

 

Ze względu na bardzo duże zainteresowanie tym elementem kultury wśród turystów, pokazy odbywają się niemal wszędzie. Tancerzy coraz częściej można podziwiać w restauracjach, hotelach, a nawet centrach handlowych. Żeby zapobiec profanacji w przypadku religijnych odmian tańca balijskiego, w 1992 r. lokalne władze podjęły decyzję o całkowitym zakazie prezentowania niektórych gatunków w nieodpowiednich dla ich charakteru miejscach.

 

KRAINA SPOKOJU I PIĘKNA

 

Jak większość mieszkańców Azji Balijczycy są ludźmi raczej niskimi, lecz o wielkich sercach i szczerym uśmiechu. W odróżnieniu od Europejczyków żyją zdecydowanie wolniej. Z przyjemnością można przyglądać się, jak celebrują czas spędzany z rodziną i jak ogromnym szacunkiem obdarzają osoby starsze. Zdają sobie sprawę z tego, że wszystko, co mają, zawdzięczają swoim przodkom i tego uczą swoje dzieci. I nie oznacza to wcale majątku, a dar życia. Balijczycy skupiają się na codziennych zajęciach, nie rozmyślają o przyszłości i nie snują długoterminowych planów. Oprócz pracy rytm kolejnych dni wyznaczają im religijne obrzędy i święta. Żyją w zgodzie z tradycją.

 

Podróż na Bali dostarcza mnóstwa wrażeń.Na wyspie działa bardzo dużo ośrodków oferujących zajęcia z jogi i sesje poświęcone nauce medytacji. Najwięcej znajduje się ich w ponad 30-tysięcznym mieście Ubud. Stanowi ono tutejsze centrum kulturalne, a także jest ważnym duchowym ośrodkiem regionu. Powinna do niego zawitać każda osoba szukająca odpowiedniego miejsca, aby móc skupić myśli i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Bali to idealny zakątek na skoncentrowanie się na przywróceniu równowagi w swoim życiu.

 

Miłośnicy sportów wodnych też bez wątpienia nie będą się tu nudzić. W pobliżu plaż (np. w sąsiedztwie miasta Kuta) miejscowi oferują wypożyczenie nart wodnych, sprzętu surfingowego, windsurfingowego i łodzi do żeglowania. Balijskie wybrzeże cieszy się wielką popularnością wśród surferów, zarówno tych początkujących, jak i zaawansowanych. Co więcej, wiele osób uważa je za najpiękniejszą okolicę do nurkowania na świecie. Tutejsze rafy koralowe bywają określane mianem cudu natury. Ich niesamowicie bogatą faunę i niespotykane kształty można podziwiać m.in. w południowym rejonie Bali – Nusa Dua, koło wysepki Nusa Penida i plaży Sanur, niedaleko miejscowości Padang Bai (Padangbai) i Candi Dasa (Candidasa), rybackiej wioski Tulamben i zatoki Cemeluk (Jemeluk) oraz wysepki Menjangan i osady Pemuteran.

 

ATRAKCJE WYSPY

 

We wspomnianym mieście Ubud leży Ubud Monkey Forest. To park z hinduistycznymi świątyniami położony w wiosce Padangtegal i zamieszkany przez liczne makaki krabożerne. Przed jego odwiedzeniem warto zaopatrzyć się w banany. Dzięki takiej przynęcie małpy będą bardzo chętnie do nas podchodziły.

 

Miejscem godnym polecenia w pobliżu Ubud jest Satria Coffee Plantation (Satria Agrowisata).Podczas spaceru można tu obejrzeć nie tylko plantację wiecznie zielonych krzewów kawowca, ale również uprawy egotycznych owoców i przypraw. Za jedną z najlepszych i najdroższych kaw na świecie uchodzi kopi luwak. Powstaje ona w specyficzny sposób. Jagody kawowca stanowią pożywienie łaskuna muzanga (nazywanego cywetą, a lokalnie luwakiem). Ten drapieżny ssak z rodziny łaszowatych nie trawi jednak nasion, a jedynie miąższ. Wydalone ziarna, które zostały poddane działaniu enzymów w przewodzie pokarmowym, wybiera się z odchodów zwierzęcia, następnie suszy i pali. W Satria Coffee Plantation przyjrzymy się temu procesowi na własne oczy, a także spróbujemy tej pysznej kawy i innych indonezyjskich przysmaków.

 

Indonezja jest też trzecim największym producentem ryżu na świecie (po Chinach i Indiach). Ze względu na uprawianie różnych jego gatunków zbiory odbywają się co kilka miesięcy, a więc Balijczycy sadzą i zbierają plony przez okrągły rok.W centrum Bali nieodłączną częścią krajobrazu są zielone pola ryżowe. Pokrywają one wzgórza i tworzą piękne wielopoziomowe tarasy.

 

Egzotycznym i jednocześnie mistycznym przeżyciem będzie dla Europejczyków wizyta w Pura Tirta Empul, zwanej również Świątynią Świętej Wody. Pielgrzymi z całej wyspy przybywają do niej w celu oczyszczenia bądź uleczenia ciała i duszy. W odświętnych strojach zanurzają się w kamiennym basenie z fontannami. Po kolei podchodzą do każdej z nich i odmawiają modlitwy, po czym opłukują twarz i ciało tryskającą z otworu wodą. Ceremoniom towarzyszy zapach kadzideł unoszący się w powietrzu.

 

Do najstarszych świątyń na Bali należy XI-wieczna Pura Uluwatu (Pura Luhur Uluwatu). Wznosi się ona na 97-metrowym klifie, znajdującym się na południowym krańcu wyspy. Oprócz podziwiania samej budowli (niestety, turyści nie mogą wejść do środka) atrakcję w tej okolicy stanowi także spacer po przepięknym urwistym wybrzeżu.

 

Pierwszą świątynią, do której zabrali mnie Puspa i Ketut, była Pura Tanah Lot z XVI stulecia. Właśnie od niej polecono mi zacząć odkrywanie Bali i uważam, że to właściwy wybór. Miejsce kultu umieszczono tu na wspaniałej formacji skalnej, której osobliwy kształt wyrzeźbiły fale oceanu. Nazwa Tanah Lot oznacza po balijsku „Ziemię w morzu”. Jeżeli zdecydujemy się na odwiedziny w trakcie przypływu, to zobaczymy właśnie, jak całkowicie oddzielone od lądu skały oblewa z każdej strony woda. W pobliżu znajduje się poza tym słynna jaskinia węży morskich, które podobno chronią świątynię przed intruzami i złymi duchami. Warto też pamiętać, że w przypadku większości obiektów sakralnych przed wizytą na ich terenie trzeba zadbać o odpowiedni ubiór. Należy założyć ubranie zakrywające nogi albo osłonić je sarongiem, który można kupić przed wejściem.

 

W odległości niemal 2 km od świątyni Ulun Danu Bratan (Pura Ulun Danu Bratan) odkryłam miejsce, które skradło moje serce. Prawdopodobnie nie wspomina o nim żaden przewodnik, ale podczas pobytu w urokliwym rejonie miejscowości Bedugul bardzo polecam się tutaj wybrać. Mam na myśli majestatyczną bramę będącą kiedyś wejściem do pobliskiego miasta. Ciężko oddać słowami niecodzienny widok, jaki tworzy ona wraz z wznoszącymi się w tle malowniczymi zielonymi górami. W okolicy stoją wiejskie domy i leżą pola uprawne, a w środku tego sielskiego krajobrazu wyrasta samotny portal przypominający przejście do innego świata.

 

Istnieje mnóstwo powodów, aby odwiedzić Bali. Jednym z nich są bez wątpienia cudowne rajskie plaże. Najpiękniejsze i najbardziej zapadające w pamięć to według mnie Suluban, Padang Padang i Balangan.

 

OSOBLIWY SYSTEM

 

Pura Ulun Danu Bratan w górach nad jeziorem Bratan niedaleko Bedugul

15-photos-that-will-make-you-want-to-travel-to-indonesia

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE

 

W trakcie mojego pobytu gospodarze domu kilkakrotnie próbowali mi wyjaśnić, dlaczego większość koleżanek i kolegów Ketuta nosi takie samo imię i skąd pochodzi jego własne. Muszę przyznać, że miałam duży problem ze zrozumieniem zależności w tutejszym systemie nazywania dzieci stosowanym przez Balijczyków żyjących zgodnie z tradycją. Zasady dotyczą głównie potomków mężczyzn pochodzących z najliczniejszych rodzin i najniższej kasty bądź mężczyzn z wyższej kasty, którzy poślubili kobiety z kasty najniższej. Oprócz przynależności kastowej o imieniu decyduje również kolejność urodzin. Pierwsze dziecko powinno nazywać się Wayan (co pochodzi od słowa wayahan oznaczającego „starszy”), Gede (Duży) lub Putu, czyli Wnuk. Płeć dziecka nie zawsze ma znaczenie. Imię Putu częściej nadaje się dziewczynkom, Wayan i Gede natomiast – chłopcom. Nie jest to jednak regułą. W innych przypadkach te same imiona mogą nosić zarówno synowie, jak i córki. W celu rozróżnienia płci Balijczycy stosują odpowiednie przedrostki. Gdy mówi się o chłopcach, należy użyć „i”, np. I Putu, kiedy wspomina się o dziewczynce, wstawia się „ni”, jak w Ni Putu.

 

Drugi w kolejności potomek to Made (imię zostało prawdopodobnie utworzone od słowa madya, czyli „środek”, „średni”), Nengah (tengah oznacza „w środku”) albo Kade czy Kadek (wyraz adik określa „młodszego brata”). Na trzecie dziecko zazwyczaj woła się Nyoman bądź Komang (co wywodzi się według pewnych hipotez od anom – „młody”, „mały” lub uman – „koniec”, „odpoczynek”). Ostatniego, najmłodszego malca nazywa się Ketut (przypuszczalnie od kitut, czyli „ogon”). Widać więc, że w pewnym uproszczeniu imię danej osoby zależy od kasty, kolejności urodzin, a czasem także od rejonu, z którego pochodzi rodzina. Trzeba przyznać, iż ten system nie jest łatwy i można się w nim pogubić.

 

POZA CZASEM

 

Życie na Bali upływa w swoim tempie i to nie tylko dlatego, że niemal zawsze świeci tu słońce, a w okolicy są same piaszczyste plaże, ciepły ocean i wysokie palmy kokosowe. Gdy mieszkałam u Puspy i Ketuta, codziennie rano obserwowałam, jak przeglądali gazetę i sprawdzali, kiedy będzie pełnia księżyca i jakie święta przypadają w najbliższym czasie według ich rachuby. Balijczycy mają swój własny tradycyjny kalendarz, na który składają się dwa systemy: 210-dniowy Pawukon (6 miesięcy po 35 dni) i księżycowy Saka (12-miesięczny). W każdym roku współistnieje ze sobą 10 osobnych cykli. Na podstawie ich wzajemnych zależności określa się m.in. daty ceremonii religijnych odprawianych w świątyniach.

 

Czas zatrzymuje się na wyspie w Nowy Rok, zwany Nyepi (wypada w marcu, niekiedy w kwietniu – w 2017 r. w dniu 28 marca). Ulice pustoszeją, sklepy, banki, a nawet urzędy są zamknięte. Lotnisko w Denpasar nie funkcjonuje i nie sposób dostać się tutaj w jakikolwiek sposób. Nie wolno jeździć samochodami i nikt nawet nie myśli o tym, aby wsiąść na skuter. Co więcej, w tym dniu Balijczycy rezygnują również z używania elektryczności, rozpalania ognia i wszelkich aktywności. Okna w domach pozostają zasłonięte, nikt nie wychodzi na zewnątrz. Mieszkańcy Bali wierzą, że w tym czasie nad wyspą przelatują demony, dlatego starają się je przekonać, iż cała okolica jest wyludniona, aby nie dać im powodu do zatrzymania się.

              

Ten tzw. Dzień Ciszy przeznacza się na medytację, rozmyślanie i pogrążenie się w zadumie. Stanowi on okazję do oczyszczenia umysłu, osiągnięcia wewnętrznej równowagi i zebrania myśli. Pozwala oderwać się od rzeczywistości, odseparować od świata zewnętrznego po to, aby odnaleźć spokój w sobie. Bali jest zresztą przez cały rok znakomitym miejscem na odkrywanie samego siebie. Panująca na wyspie atmosfera sprzyja błogiemu relaksowi i skupieniu się na swoim wnętrzu. Warto zatrzymać się choć na chwilę w codziennym pędzie, żeby odwiedzić ten wyjątkowy zakątek Indonezji.

Piękny sen o Seszelach

MARYLA FOSSEN

www.addicted-to-passion.com

 

« Jeszcze całkiem niedawno podróż na Seszele była dla mnie niespełnionym marzeniem. Chciałam kiedyś ujrzeć ten rajski kawałek świata z kolorowych pocztówek, nieskazitelnie białe plaże pokryte ogromnymi głazami, wysmukłe palmy kłaniające się przed turkusowym oceanem. Teraz, gdy mój piękny sen się ziścił i mogłam na własnej skórze czuć dotyk seszelskiego słońca i delikatną bryzę, stąpać po miękkim piasku, próbować dań kreolskiej kuchni i cieszyć się życzliwymi uśmiechami wyspiarzy, marzę o tym, aby jak najszybciej wrócić w to wyjątkowe miejsce. »

Więcej…