WIOLETTA KRAWIEC

 

Gdy przekroczyłam bramę szkoły w miejscowości Martha Brae, nie przypuszczałam jeszcze, że przeżyje tu jedne z najwspanialszych chwil podczas mojej podróży na Jamajkę. Kolorowe ściany, słoneczne wnętrza i uśmiechnięte buzie dzieci przypominały bardziej wesołą kolonię letnią niż placówkę oświatową. Z jednej z sal dochodził do nas piękny śpiew. Zajrzałam do niej przez otwarte drzwi. Grupa dzieci ćwiczyła Down by the River, wielki przebój muzyki reggae zespołu Morgan Heritage. Roześmiane dziewczynki w turkusowych mundurkach kołysały się rytmicznie, w pełni oddając się radości śpiewania. Ich buzie promieniały tajemniczym szczęściem. Słuchałam tej lekcji muzyki z zachwytem i przez kilka minut nie tylko widziałam, ale i czułam Jamajkę. Od tej pory Down by the River jest jedną z moich ulubionych piosenek. Zawsze włączam ją sobie w domu, gdy potrzebuję zastrzyku pozytywnej energii. Działa na mnie szybciej niż na wielu słynna jamajska ganja...

 

Jamajka nie jest dużym krajem (10 991 km2 powierzchni), ale oferuje mnóstwo atrakcji. Kto dotrze na tę karaibską wyspę, zacznie postrzegać życie zupełnie inaczej. Lato trwa tu cały rok, słońce zawsze grzeje; piękne, lazurowe morze jest krystalicznie czyste, a powietrze – wonne. Wszędzie otacza nas bujna tropikalna roślinność, zachwyca morze kwiatów. Być może stanowi to jeden z głównych powodów powszechnej radości na Jamajce. W żadnym innym zakątku świata nie widziałam tylu uśmiechniętych twarzy. Na wyspie wszystko jest bajecznie kolorowe. Ubrania, ulice, domy, bary, sklepy i hotele, a nawet stacje paliw mienią się wieloma barwami.

Co przychodzi na myśl przeciętnemu człowiekowi, kiedy myśli o Jamajce? Na pierwszym miejscu znaleźliby się niewątpliwie Bob Marley i reggae, dredy oraz ganja, czyli marihuana (maryśka). I choć ta karaibska wyspa ma jeszcze mnóstwo innych atrakcji, to te najbardziej znane stanowią niewąptliwie nierozerwalną część kultury kraju. Muzyka również odpowiada za wesoły i pozytywny klimat. Praktycznie ze wszystkich tutejszych sklepów, barów i samochodów płynie bez przerwy reggae. Muzyka jest tu jak tlen – Jamajczycy nie mogą bez niej żyć...

 

Bilet do raju

W pierwszej kolejności odkrywamy Montego Bay lub – jak mówią miejscowi – MoBay. Jest to turystyczna stolica wyspy, do której ściągają goście z całego świata, żeby odpocząć w raju, cudownej krainie z białym, jedwabistym piaskiem koralowym, morzem mieniącym się wszystkimi odcieniami błękitu oraz luksusowymi ośrodkami wypoczynkowymi typu all inclusive z uśmiechniętym personelem gotowym spełnić niemal wszystkie zachcianki nawet najbardziej wymagających klientów. Gdy zanurzam się w ciepłej, krystalicznie czystej wodzie, przez głowę przelatuje mi myśl o rodakach, którzy trzęsą się z zimna w grubych kurtkach oraz rękawiczkach na ulicach listopadowej Warszawy. Później udaje mi się dostać na mały statek, który wozi hotelowych gości na objęte ochroną rafy koralowe. Otrzymuję maskę, fajkę i płetwy, więc kilka następnych godzin spędzam na beztroskim ściganiu kolorowych rybek.

Z jednej strony najchętniej wylegiwałabym się na plaży przez cały dzień (któż może się oprzeć rozkoszom karaibskiego raju?!), a z drugiej – jestem żądną przygód podróżniczką, która chciałaby jednak zobaczyć coś więcej na Jamajce. Ostatecznie decyduję się wyruszyć w drogę... Najpierw idę na Hip Strip, czyli główną ulicę spacerową, największą atrakcję Montego Bay, pełną barów, restauracji, hoteli, kasyn i sklepów. Tak się zatraciłam w kolorowym zgiełku, że nie nie zauważyłam nawet, kiedy słońce zaczęło pochylać się ku morzu. Przy równiku o godzinie 6 wieczorem już się ściemnia, dlatego muszę się spieszyć, ponieważ chciałabym koniecznie zobaczyć jeszcze pobliską historyczną plantację.

Choć Jamajczycy są zawsze uśmiechnięci, historia ich kraju wcale nie jest wesoła. Po zdobyciu wyspy kolonizatorzy hiszpańscy, a następnie w XVII w. Brytyjczycy stworzyli tutaj plantacje trzciny cukrowej i przywieźli do pracy niewolników z Afryki. Na terenie swoich włości zbudowali wielkie dwory, z których wiele zachowało się do dzisiaj. W najlepszym stanie znajduje się Greenwood Great House, do niego właśnie prowadzi moja droga. Wkraczając przez ogromną, żelazną bramę, niemal czekam na to, żeby pojawiła się jakaś Isaura czy Leôncio – świat plantacji znam tylko z brazylijskich telenowel... Dla mieszkańców wyspy była to jednak okrutna rzeczywistość aż do 1 sierpnia 1838 r., czyli do całkowitego zniesienia niewolnictwa.

Zostawiamy za sobą MoBay i ruszamy w kierunku Ocho Rios. Po drodze zatrzymujemy się w Falmouth. To senne dzisiaj miasteczko na przełomie XVIII i XIX w. było jednym z najważniejszych portów na Jamajce, z barwnym życiem i ładnymi, zadbanymi domami w stylu georgiańskim. Rozwijało się niesłychanie szybko – system wodociągów powstał tutaj wcześniej niż w Nowym Jorku. Po upadku przemysłu cukrowego skończyły się złote czasy Falmouth. Obecnie ratowaniem jego niepowtarzalnego dziedzictwa architektonicznego zajmuje się specjalna fundacja – Falmouth Heritage Renewal. Jej wolontariusze wyremontowali do tej pory blisko dwadzieścia zabytkowych budynków i cały czas pracują nad renowacją tej kwitnącej niegdyś miejscowości.

 

Peace and Love

Następny postój robimy w pobliskim Nine Mile. Tu znajduje się dom, w którym przyszedł na świat w 1945 r. Bob Marley oraz jego mauzoleum. Do dziś przyjeżdżają tu rzesze pielgrzymów z całego świata. Legendarny król reggae jest bohaterem narodowym Jamajczyków. To on rozsławił na cały świat tę muzykę rodem z Jamajki oraz ruch Rastafari. Wyznawcy tego ostatniego twierdzą, że pochodzą z zaginionego plemienia Izraela, a za Mesjasza uważają Ras Tafari Makkonena (stąd nazwa tej koncepcji religijnej), który objawił się w 1930 r. w postaci nowego cesarza Etiopii Haile Selassie I. W początkowym okresie istnienia ruch głosił wyższość rasy czarnej nad pozostałymi i tym samym przyciągał rzesze wyznawców na Jamajce. Dziś przybrał już znacznie łagodniejszą formę i popularyzuje ideę pokoju i miłości (Peace and Love). Szacuje się, że obecnie na świecie żyje ponad milion rastafarian. Znacznie więcej ludzi przybiera ich charakterystyczny wygląd tylko na skutek mody, ku zgorszeniu prawdziwych wyznawców.

Jednym z głównych symboli ruchu Rastafari są dredy. Na ulicach widać wielu mężczyzn w kolorowych, dzianinowych czapach przypominających turbany, pod które podpinają długie skręcone loki (dreadloki), żeby nie przeszkadzały im w wykonywaniu codziennych czynności. W ten sposób rastafarianie podporządkowują się prawu mojżeszowemu, które głosi, iż włosy są święte i nie wolno ich ścinać. Uznają oni tylko naturalne dredy. W innych dziedzinach życia też wybierają naturalność. Gdy chorują, niechętnie przyjmują leki syntetyczne, wolą kuracje ziołowe.

W Nine Mile spotykam się z miejscowym muzykiem reggae. Dreadloki wiją się wokół jego miłej, uśmiechniętej twarzy jak węże, z tyłu sięgają mu do kolan. Z wielką radością opowiada o muzyce, religii i oczywiście... o marihuanie, która – choć prawo i tu zabrania jej sprzedaży i spożywania – wcale nie jest rzadkością na Jamajce. Rastafarianie uważają palenie ganji za rytuał duchowy, który pomaga im w medytacji. Nazywają ją świętym zielem.  

Przed pożegnaniem muzyk daje mi w prezencie kilka płyt, a z kieszeni wyciąga wizytówkę. Kiedy biorę ją do ręki, wręcz uderza mnie charakterystyczna woń maryśki. Na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech, on też wybucha śmiechem i pokazuje mi liście konopi skręcone w cygaro. – One dają mi natchnienie, dzięki nim piszę piękniejsze piosenki – mówi wesoło.  

 

Wędrówka wzdłuż wodospadu

Ocho Rios jest drugim co do wielkości turystycznym kurortem na wyspie (zaraz po Montego Bay). Na przecinającej miasto głównej ulicy czasem przyplątuje się jakiś miejscowy, który usiłuje nas zagadywać. Przewodniki ostrzegają przed zaprzyjaźnianiem się z takimi osobnikami – i faktycznie lepiej się do tego zastosować. Ten „element” bardzo zaszkodził dobremu imieniu Jamajki w ostatnich dekadach. Rząd znalazł jednak rozwiązanie – powołał do życia straż chroniącą turystów. Patrole w granatowych mundurach obchodzą ulice w dzień i w nocy lub stoją w pobliżu luksusowych ośrodków wypoczynkowych, pilnując bezpieczeństwa i spokoju gości.

W hotelach i restauracjach na Jamajce pracują głównie miejscowi, państwo wspiera zatrudnienie na szczeblu lokalnym. Są niezmiernie serdeczni, uprzejmi, przyjacielscy i doceniają, gdy przyjezdni nauczą się kilku słów w ich języku. Chociaż wszyscy Jamajczycy mówią po angielsku, to rozmawiają między sobą w patois (czytaj: patua). Jest to język kreolski, który powstał na bazie angielskiego, ma też duże wpływy afrykańskie oraz wiele zapożyczeń z francuskiego, hiszpańskiego, portugalskiego czy hindi.

Niedaleko od miasta czekają na nas ekscytujące atrakcje. Najpierw zwiedzamy Rainforest Adventures na Mistycznej Górze (Mystic Mountain). To rozległy park przygód usytuowany w środku tropikalnego lasu deszczowego, pośród bujnej, soczyście zielonej roślinności. Można tu skorzystać m.in. ze zjazdu kolejką tyrolską w uprzęży po stalowych linach rozpiętych między drzewami (tzw. Canopy Zip Line), przejechać się bobslejami w barwach narodowych Jamajki (czarno-żółto-zielonych) oraz niesamowitym wyciągiem krzesełkowym (Rainforest SkyExplorer), dotykając stopami szczytów ogromnych drzew. Moglibyśmy spędzić tutaj śmiało cały dzień, ale czeka nas kolejna wielka atrakcja – potężny wodospad Dunn’s River Falls. Można się tu wspiąć aż do jego źródła po olbrzymich kamieniach, o ile damy radę przebrnąć przez śliskie progi skalne i lodowatą wodę, która zalewa naszą twarz. Po większych i mniejszych upadkach udaje mi się dotrzeć na samą górę. Przez resztę podróży dumnie obnoszę się z sińcami, które otrzymałam tu na pamiątkę. Pokonanie tego wodospadu rzecznego spadającego z wysokości 300 metrów do Morza Karaibskiego z pewnością pozostanie na długo w mojej pamięci.

 

W pogoni za Usainem Boltem

Słynny jamajski lekkoatleta, sprinter, trzykrotny złoty medalista olimpijski z Pekinu (2008 r.), Usain Bolt urodził się w sierpniu 1986 r. i wychował niedaleko stąd – w regionie Trelawny, w Sherwood, obok Martha Brae. Kierowca minibusa staje przed skromnym domem jednorodzinnym, gdzie wita nas ojciec rekordzisty świata w biegu na 100 i 200 metrów. Opowiada nam z dumą i wielką naturalnością o dzieciństwie syna i o jego drodze do sukcesu. Dowiadujemy się, że Usain chodził do szkoły w pobliskiej miejscowości Martha Brae. Postanawiamy się do niej udać i dowiedzieć czegoś więcej o najsłynniejszym jamajskim lekkoatlecie. W szkole spotykamy nauczycielkę historii, która miała kiedyś pod opieką obecnego rekordzistę świata. Z jej ust słyszymy kolejne interesujące historie z życia sławnego sportowca. 

 

Błękitna Góra, Czarna Rzeka

W miarę oddalania się od wybrzeża Morza Karaibskiego w głąb lądu roślinność staje się coraz bujniejsza, a osady ludzkie – rzadsze. W południowo-wschodniej części wyspy, na północ od stołecznego Kingston, wznoszą się Góry Błękitne (Blue Mountains). Jest to znany obszar uprawy kawy. Znajduje się tu najwyższy szczyt Jamajki – Blue Mountain Peak (2256 m n.p.m.). Z jego wierzchołka rozpościera się urzekająca panorama na prawie całą wyspę, a przy dobrej pogodzie można stąd dostrzec nawet wybrzeża Kuby. Kawa z Gór Błękitnych – Jamaica Blue Mountain – jest uważana przez ekspertów za jedną z najlepszych na świecie. Za kolejny słynny produkt narodowy Jamajki uchodzi rum. Na południowym wybrzeżu, wśród licznych plantacji trzciny cukrowej w dolinie rzeki Czarnej (Black River), leży historyczna wytwórnia Appleton Estate. Jest to najstarsza destylarnia na wyspie, która działa od 1749 r. Dzisiejsza produkcja jest – oczywiście – maszynowa, ale w tutejszym muzeum na wolnym powietrzu możemy zobaczyć stare urządzenia, które w przeszłości służyły do ręcznego wytwarzania trunku. Destylowany w wytwórni Appleton Estate rum uważa się za jeden z najlepszych na świecie, a jeżeli podajemy to w wątpliwość, możemy zweryfikować nasze poglądy podczas degustacji...

Rdzennymi mieszkańcami Jamajki byli kiedyś – przed kolonizacją hiszpańską – Arawakowie i Tainowie. To oni nadali swojej ojczyźnie nazwę Xaymaca, co oznacza „ląd drewna i wody”. Nic w tym dziwnego, bowiem na tym małym skrawku ziemi rosną rozległe lasy deszczowe i płynie ponad sto rzek. Do najdłuższych z nich należy 53-kilometrowa Black River, która słynie z wielu gatunków ptaków oraz krokodyli. Tych ostatnich żyje tutaj ponad czterysta! Wsiadamy do łodzi, żeby poznać bliżej te groźne gady. Mamy szczęście – widzimy z bliska kilka dużych krokodyli, do których udaje się nam podpłynąć niemal na wyciągnięcie ręki.

 

W objęciach nocy

Ostatnie dni spędzamy w Negril, na zachodnim wybrzeżu wyspy. Miejscowość ta zaczęła się rozwijać dopiero w latach 50. ubiegłego stulecia, kiedy odkryli ją hippisi i zaczęli się tu tłumnie osiedlać. Za jeden z obowiązkowych punktów programu w Negril uchodzi podziwianie cudownych zachodów słońca. Jamajczycy uważają je za najpiękniejsze na świecie. Wymarzonym miejscem do ich obserwacji jest zbudowany na wysokim urwisku brzegowym słynny lokal – Rick’s Cafe. Koniecznie należy tu posłuchać dobrego reggae oraz popodziwiać wśród tłumów gości zapierających dech w piersiach skoków wysportowanych i wyluzowanych Jamajczyków z 40-metrowego klifu do wody. Negril słynie także z bujnego życia nocnego, dlatego bez zastanowienia postanowiliśmy wyruszyć w podróż w poszukiwaniu najlepszej dyskoteki. Po serii drinków, odpowiednio wyluzowani, wkraczamy na parkiet, ale nawet najzwinniejsi z nas zostają daleko w tyle za miejscowymi. Godzinami wpatrujemy się w wijące się ciała jamajskich tancerzy, a na ich twarzach odnajdujemy to samo tajemnicze szczęście, które widzieliśmy na buziach śpiewających uczennic z Martha Brae. W pełni oddają się oni radości płynącej z muzyki i tańca.

Ile czasu trzeba spędzić na Jamajce, aby zarazić się tą wszechogarniającą radością i zadowoleniem z życia? My przebywaliśmy na tej cudownej wyspy niewiele ponad tydzień. Jednak wystarczyło to, żeby poczuć przemianę. Wesoły i kolorowy kraj rastafarian działa tak silnie na wszystkie nasze zmysły, że uświadamiamy sobie jeden fakt: to nie my odkryliśmy Jamajkę... To ona porwała nas niczym morska fala i pokazała nam najskrytsze tajemnice słodkiego życia.


 

Artykuły wybrane losowo

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.

 

Na północ przez Litwę, Łotwę i Estonię

Drewniana kaplica w Kiernowie nad Wilią
Kernav - Laimonas Ciunys
© WWW.LITHUANIA.TRAVEL/LAIMONAS CIŪNYS

Potężne tallińskie średniowieczne mury obronne z basztami i bramami

panorama-tornidevaljak

© VISIT ESTONIA/KAUPO KALDA

Piękna fasada Domu Bractwa Czarnogłowych na Starym Mieście w Rydze

house-of-the-blackheads

© WWW.LATVIA.TRAVEL

KATARZYNA BYRTEK


Litwa, Łotwa i Estonia, choć na pierwszy rzut oka wydają się do siebie podobne, są jednak całkiem inne. Podróż po tych trzech bałtyckich krajach będzie z pewnością pełna porównań, ale też nietypowych atrakcji. Zwiedzanie parku z socjalistycznymi pomnikami i wyspy, na której rządzą kobiety, podziwianie mnóstwa wspaniałych secesyjnych budynków, spacer po bagnach i oglądanie białych nocy – to wszystko przeżyjemy podczas naszej wyprawy. Ruszamy na północ!

Więcej…

Najpiękniejsze miejsca do nurkowania na Ziemi

opracował:

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

W tym wydaniu magazynu All Inclusive mamy obszerny artykuł Darka Sepioły, ilustrowany jego niezwykłymi zdjęciami, poświęcony magii wielkiego błękitu. Ten podróżnik, dziennikarz, fotograf i filmowiec, a przede wszystkim znany w Polsce nurek, który spędził pod wodą aż 2 tys. godzin, opowiada o najwspanialszych miejscach na świecie, jakie można znaleźć w głębinach mórz i oceanów. Jego tekst, będący cudowną podróżą po 7 kontynentach, zainspirował nas do przygotowania większego materiału na temat prawdziwych rajów dla miłośników podwodnych przygód. Postanowiliśmy zapytać kilku wybranych ekspertów i pasjonatów nurkowania o ich ulubione, najpiękniejsze miejsca pod wodą na Ziemi, jakie do tej pory odwiedzili. Dzięki nim odbywamy wspaniałą podróż po morskich głębinach…   

Więcej…