Delfina Zažeckė

www.nalitwie.com

<< Licząca sobie już ponad tysiąc lat historii Litwa to największy z krajów bałtyckich. Jest idealnym miejscem zarówno na weekendowy wyjazd, jak i dłuższe wakacje. Zachwyca odwiedzających spokojem, fantastycznymi widokami i mnóstwem możliwości aktywnego spędzania czasu. >>

 

Widok na fragment Starego Miasta w Kownie 

© ANDRIUS ALEKSANDRAVICIUS/KAUNAS IN

 

Piaszczyste plaże, krystalicznie czyste jeziora i bujne zielone lasy są jedynie małą częścią tego, co można zobaczyć na Litwie. Dajmy się więc porwać niezapomnianej przygodzie. Podróż w te strony przeniesie nas do świata, w którym ożywają mieszkańcy średniowiecznych zamków, damy z renesansowych dworów, a nawet postaci z najciekawszych bałtyckich legend.

Polska graniczy z Litwą od północnego wschodu. Dwa największe miasta w kraju naszych sąsiadów – stołeczne Wilno i Kowno – leżą mniej więcej 160 i 120 km od granicy. Mamy więc tutaj naprawdę niedaleko.

 

NIEZAPOMNIANE WILNO

Litewską stolicę trzeba zobaczyć chociaż raz w życiu. Główną jej atrakcją jest romantyczne Stare Miasto z wąskimi uliczkami, klimatycznymi kawiarenkami i zachwycającymi barokowymi budynkami. Górująca nad zabudowaniami Baszta Giedymina (Wieża Giedymina) to symbol Wilna. Z tarasu widokowego znajdującego się na jej szczycie rozpościera się niezapomniana panorama stolicy.

Podczas zwiedzania nie można tutaj pominąć Bazyliki Archikatedralnej św. Stanisława i św. Władysława i jej podziemi. Z katakumbami wiąże się wiele tajemnic, dramatów i historii miłosnych dotyczących największych władców Litwy, członków ich rodzin oraz najznamienitszych rodów Wielkiego Księstwa Litewskiego.

Warto wybrać się też na spacer ulicą Zamkową (Pilies gatvė), prowadzącą przez niezwykłe zakątki Starego Miasta. Ulice będące jej przedłużeniem wiodą do jedynej ocalałej bramy miejskiej, nazywanej przez Litwinów Bramą Świtu (Aušros vartai), a w Polsce znanej jako Ostra Brama. Od kilku stuleci obrazowi Matki Boskiej Ostrobramskiej, znajdującemu się w tutejszej kaplicy, przypisuje się uzdrawiającą moc. Podczas swojej jedynej pielgrzymki na Litwę we wrześniu 1993 r. to właśnie tu papież Jan Paweł II odprawił mszę i spotkał się z wiernymi. Sam także modlił się przed cudownym obrazem.

Nie tylko główne ulice Starego Miasta zachwycają nieodpartym urokiem. Warto zejść z utartego szlaku, pobłądzić wąskimi, brukowanymi uliczkami i odnaleźć wyjątkową ulicę Literacką (Literatų gatvė) – artystyczną wizytówkę Wilna. Nie sposób przejść obojętnie również obok Kościoła św. Anny, który swoim urzekającym wyglądem skradł serce nawet samego Napoleona Bonapartego.

W trakcie wizyty w tym zachwycającym barokowym mieście nie wolno zapomnieć o atrakcjach znajdujących się poza obrębem historycznego centrum. Republika Zarzecze na prawym brzegu Wilejki to idealne miejsce na spacer lub spotkanie ze znajomymi w jednej z wielu klimatycznych kawiarenek. Na lunch warto wybrać się do restauracji „Paukščių takas” („Droga Mleczna”) mieszczącej się w wileńskiej wieży telewizyjnej na wysokości 165 m. Dzięki panoramicznym oknom i obrotowemu tarasowi, na którym stoją stoliki, można podziwiać stąd rewelacyjne widoki na okolicę.

Największą atrakcją Wilna są mniej więcej godzinne loty balonem nad Starym Miastem. Z kosza rozpościera się zapierająca dech w piersiach panorama. Po każdym locie pasażerowie otrzymują certyfikat oraz uświetniają niezwykłe wydarzenie kieliszkiem szampana.

 

Wilno zachwyca licznymi staromiejskimi ulicami z zabytkowymi kamieniczkami

© WWW.VILNIUS-TOURISM.LT

 

W DAWNEJ STOLICY

Po zwiedzeniu Wilna warto odwiedzić Troki i zobaczyć malowniczy zamek na jeziorze Galwe (Galvė). Niegdyś był on siedzibą wielkich książąt litewskich. Miasto pełniło z kolei funkcję stolicy Litwy. To właśnie z Troków pochodzi jedno z najpopularniejszych i najsmaczniejszych dań litewskiej kuchni – kibiny (pierogi z ciasta drożdżowego z farszem mięsnym).

Choć trocki zamek od razu przykuwa uwagę, nie jest jedyną atrakcją tego karaimskiego ośrodka. Warto też odwiedzić tu biały Dwór w Zatroczu (Užutrakio dvaras), znajdujący się na drugim brzegu jeziora Galwe. W należącej kiedyś do rodziny Tyszkiewiczów rezydencji dziś odbywają się koncerty muzyki poważnej oraz wystawy, na których zbiera się litewska śmietanka towarzyska. Podczas wizyty w posiadłości można również przejść się po parku urządzonym w stylu angielskim i obejrzeć stojące w nim rzeźby rzymskich bogiń.

                Poza tym w Trokach koniecznie trzeba wstąpić do jednej z karaimskich restauracji i zamówić tradycyjne lokalne danie – kibiny z jagnięciną i bulionem. Na zakończenie tak wspaniale spędzonego dnia warto wybrać się w rejs statkiem po niezmiernie malowniczej okolicy lub spędzić wieczór w centrum spa luksusowego, 5-gwiazdkowego hotelu Esperanza Resort & Spa, znajdującego się na południowy zachód od miasta, w bujnym lesie nad brzegiem pobliskiego jeziora.

 

Most prowadzący do średniowiecznego zamku na wyspie na jeziorze Galwe w Trokach

© TRAKŲ TURIZMO IR INFORMACIJOS CENTRAS

 

ZIELONE KOWNO

Położone w samym sercu Litwy Kowno zachwyca swoim wyjątkowym urokiem. Stare Miasto, usytuowane u zbiegu dwóch największych litewskich rzek, Niemna i Wilii, przyciąga tysiące zagranicznych turystów. Także sami kownianie często odwiedzają tę część Kowna ze względu na leżący w niej park, w którym pod rozłożystymi drzewami rosnącymi nad wodą można chwilę odpocząć i uciec od miejskiego zgiełku.

Główną atrakcją Starego Miasta jest częściowo zrekonstruowany w zeszłym stuleciu zamek. Nieopodal niego znajduje się najwyższy w kraju Ratusz, zwany białym łabędziem, oraz plac Ratuszowy z zachowaną do dziś oryginalną zabudową.

W Kownie są wyjątkowo piękne miejsca, o których nie wszyscy wiedzą. Jednym z nich jest dobrze ukryta Dolina Mickiewicza nieopodal Gaju Dębowego (Ąžuolyno Parkas), gdzie poeta spędzał każdą wolną chwilę, gdy mieszkał w sercu Litwy.

Na spacer idealnie nadają się okolice zespołu klasztornego w Pożajściu, położonego nad samym brzegiem Morza Kowieńskiego (Kauno marios), sztucznego zbiornika retencyjnego. Warto obejrzeć imponujące wnętrza tutejszego kościoła i skosztować wyśmienitych dań przygotowywanych w stworzonej na terenie zabytkowego kompleksu luksusowej restauracji „Monte Pacis”. W weekendy z pobliskiej przystani odpływa statek wycieczkowy zabierający turystów w malowniczy rejs po największym litewskim zalewie. Na kilka godzin przybija on do brzegu w pobliżu skansenu w Rumszyszkach (Lietuvos liaudies buities muziejus) – jednego z najciekawszych muzeów pod gołym niebem na Litwie.

 

WZDŁUŻ NIEMNA NAD BAŁTYK

Najszybszą drogą wiodącą z Kowna na wybrzeże jest autostrada Kowno–Kłajpeda, ale jeśli ktoś wybiera się w kierunku Bałtyku, powinien wziąć pod uwagę również inną trasę. Choć podróż nad morze trwa w tym przypadku dłużej, w jej trakcie można zobaczyć o wiele więcej.

Za najbardziej malowniczą drogę w kraju uchodzi ta biegnąca nad brzegami Niemna. Jednak bajeczne widoki to nie wszystko. Już ok. 10 km od Kowna w stronę Jurborka znajduje się przebudowany na pałac zamek w Czerwonym Dworze (Raudondvaris), należący niegdyś do rodziny Tyszkiewiczów. Nadal zachwyca on swoim wyglądem, a przeszklona, biała oranżeria zachęca do odwiedzin i zrelaksowania się nad filiżanką wyśmienitej kawy podawanej w środku.

Kolejnym przystankiem na trasie powinny być dwa wzgórza położone nad Niemnem, wchodzące w skład trzech wielońskich kopców (Veliuonos piliakalniai) – Zamkowe i wzniesienie z grobem Giedymina (ok. 1275–1341). Wierzono, że to właśnie tu podczas obrony zamku w Wielonie zginął wielki książę litewski Giedymin, założyciel Wilna. Wedle legendy mieszkańcy grodziska pochowali władcę i usypali na jego cześć kurhan. Stojący na wzgórzu obelisk poświęcony jest jego pamięci.

Wieżę Zamku w Raudaniu (Raudonės pilis) można zauważyć już z daleka. Z tarasu widokowego na jej szczycie rozciąga się wspaniały widok na okolicę. Po II wojnie światowej w zamku urządzono szkołę, która działa w nim do dziś. Warto przejść się także po pobliskim parku, w którym rośnie ponad 200-letni kasztan.

Potężne mury Zamku Giełgudów (Panemunės pilis – Zamku Poniemuń) przykuwają uwagę z oddali. Otoczona pięcioma kaskadowymi stawami renesansowa budowla jest obiektem, który koniecznie trzeba odwiedzić w trakcie podróży nadniemieńskim szlakiem. Na zainteresowanie w zamku zasługuje bogaty zbiór znalezisk archeologicznych i wieża widokowa. Poza tym funkcjonuje w nim 4-gwiazdkowy hotel Best Baltic Panemunės Pilis oraz restauracja podająca regionalne specjały.

Wzdłuż dalszego fragmentu nadniemeńskiego szlaku nie natrafimy już wprawdzie na monumentalne zamki, ale podczas pokonywania trasy prowadzącej przez Jurbork aż do miejscowości Šilutė (Szyłokarczma) będziemy mogli poznać Litwę od innej, mniej turystycznej strony. W Šilutė warto zatrzymać się na chwilę w centrum miasta, aby zobaczyć największy zegar w kraju, znajdujący się na wieży kościoła ewangelicko-augsburskiego.

 

NAD ZALEWEM KUROŃSKIM

Z Šilutė można wybrać się na Ruś (Rusnės sala), czyli położoną w delcie Niemna wyspę, uważaną za największą na Litwie (ok. 47 km² powierzchni). Co roku pod koniec czerwca odbywa się na niej jeden z największych festiwali muzycznych w kraju. Niedaleko leży również niezmiernie malowniczy zakątek, który koniecznie trzeba odwiedzić podczas wizyty w okolicy – przylądek Ventė. Znajduje się on nad brzegiem Zalewu Kurońskiego i przyciąga przede wszystkim osoby zainteresowane ornitologią. Ze względu na położenie na głównej trasie migracji ptaków od niemal wieku w tutejszej wsi działa stacja ornitologiczna, ze specjalną pułapką przeznaczoną do ich łapania. Dziennie obrączkowanych jest w tym miejscu nawet ponad 6 tys. osobników.

Ponad 750 lat temu na przylądku Ventė wzniesiono zamek. Zimowy lód i podnoszący się na wiosnę poziom wody nie pozwoliły zbyt długo przetrwać krzyżackiej siedzibie. Zamek nie został odbudowany, ale kamienie, które z niego pozostały, wykorzystano do postawienia pobliskiego kościoła.

Na przylądku Ventė stoi najstarsza z siedmiu latarni morskich na litewskim wybrzeżu. Pochodzi z połowy XIX w. Niedaleko niej zbudowano 250-metrowe molo, które ma chronić przylądek przed niszczącą siłą fal Zalewu Kurońskiego. Ventė od Kłajpedy dzieli tylko ok. 50 km.

 

POCZUĆ WIATR W ŻAGLACH

Zwiedzanie Kłajpedy najlepiej zacząć od najstarszej jej części. Do dziś znaleźć tu można wspaniale zachowane domy zbudowane z muru pruskiego, tak charakterystycznego dla tego regionu.

W mieście warto odwiedzić Muzeum Zegarów (Laikrodžių muziejus). W zbiorach placówki znajdują się mechanizmy wykorzystywane przez naszych przodków do pomiaru czasu w najróżniejszy sposób – przy pomocy piasku, słońca, wody, a nawet ognia. Kolekcja zgromadzonych tutaj zegarów zachwyci różnorodnością i liczbą nawet najbardziej wymagających odwiedzających.

Kłajpeda z pewnością wprawi w zachwyt turystów chcących spróbować tradycyjnych i regionalnych dań litewskich. Z tarasów portowych restauracji można podziwiać statki płynące rzeką Dangą (Danė). Warto wejść na pokład cumującego przy jej brzegu żaglowca Meridianas, żeby spróbować miejscowych specjałów oraz poczuć niepowtarzalną żeglarską atmosferę.

Wyjątkowe miejsce na spędzenie nocy w Kłajpedzie stanowi Michaelson Boutique Hotel. Ten jedyny w swoim rodzaju budynek, niegdyś wykorzystywany jako wenecki magazyn, znajduje się na liście litewskiego dziedzictwa kulturalnego ze względu na swoją wielką wartość historyczną. Wnętrze hotelu jest połączeniem XVIII-wiecznej architektury z komfortem i nowoczesnością.

Co roku w mieście odbywa się jedno z najważniejszych wydarzeń na Litwie – Święto Morza (Jūros šventė). Tysiące turystów zbiera się w porcie, aby obserwować Paradę Statków – wyjątkowy spektakl rozpoczynający obchody. Czarującą Kłajpedę warto odwiedzić także w czasie trwania największego w kraju festiwalu jazzowego (Klaipėdos Pilies Džiazo Festivalis), organizowanego zwykle na początku czerwca.

 

BLISKO NATURY

Wybrzeże litewskie przyciąga co roku mnóstwo turystów chcących odpocząć na przepięknych, piaszczystych plażach. Idealnym miejscem na zrelaksowanie się, jak również aktywny wypoczynek jest Mierzeja Kurońska. Malownicze osady, jak Preila i Pervalka (należące do miasta Neringa), położone nad brzegiem Zalewu Kurońskiego zachwycają ciszą i spokojem. Odwiedzające okolicę osoby mają wrażenie, że czas się tu zatrzymał.

Przepiękne tereny Parku Narodowego Mierzei Kurońskiej wspaniale nadają się na całodniową wycieczkę, w trakcie której podziwia się ruchome wydmy – tworzące je piaski przykryły opuszczone wioski rybackie. Bujne lasy stwarzają perfekcyjne warunki do obserwowania mieszkających w nich łosi, dzików i saren oraz ponad 300 różnorodnych gatunków ptaków.

W znajdującym się na Mierzei Kurońskiej niezmiernie interesującym Litewskim Muzeum Morza (Lietuvos jūrų muziejus) można poznać historię Bałtyku, zobaczyć wiele gatunków ryb, zaprzyjaźnić się z osieroconymi fokami, a nawet popływać z delfinami. To jedna z największych atrakcji w okolicy.

 

BURSZTYNOWA KRAINA

Niedaleko miejscowości Juodkrantė leży wyjątkowe miejsce o bajkowej nazwie. W Bursztynowej Zatoce (Gintaro įlanka) podczas nocy świętojańskiej odbywają się jedne z najhuczniejszych obchodów tego święta na Litwie. Przed ponad 150 laty w tutejszych wodach odnaleziono niezwykły skarb. W zatoce odkryto świetnie zachowane wyroby z bursztynu pochodzące jeszcze z epoki neolitu i brązu.

Z Juodkrantė warto wybrać się do parku drewnianych rzeźb znajdującego się na Wzgórzu Czarownic (Raganų kalnas). Wizyta w nim to niepowtarzalna okazja do poznania postaci z litewskich legend oraz bóstw z bałtyckiej mitologii. Mówi się, że od najdawniejszych czasów góra ta przyciągała nie tylko ludzi, ale też diabły i czarownice, które nocami urządzały w tym miejscu sabaty.

 

WIDOK Z WYDMY

Największym i najczęściej odwiedzanym przez turystów kurortem na wybrzeżu jest Nida, położona na południowym końcu litewskiej części mierzei. Charakterystyczne dla tego regionu biało-niebieskie chaty rybackie z czerwonymi dachami, rzeźbionymi drzwiami i okiennicami przyciągają uwagę oraz przypominają o historii i nie zawsze lekkim życiu rybaków mieszkających nad brzegami Zalewu Kurońskiego.

Świetny punkt widokowy w tej okolicy stanowi wydma Parnidžio (Parnidžio kopa) z zegarem słonecznym. Przy dobrej pogodzie można zobaczyć stąd nie tylko Morze Bałtyckie, ale i przylądek Ventė znajdujący się na przeciwnym brzegu Zalewu Kurońskiego. Mieszkańcy kurortu powiadają, że wydma gnana wiatrem przeszła kilka razy w historii przez miasteczko i stąd właśnie wzięła się jej nazwa, która znaczy Przechodząca przez Nidę.

 

W LETNIEJ STOLICY

Na miano letniej stolicy Litwy zasługuje z pewnością Połąga (Palanga). Szerokie, piaszczyste plaże stają się celem wycieczek nie tylko mieszkańców Wilna czy Kowna, ale również turystów z całej Europy. Poza błogim odpoczynkiem na plaży warto złożyć wizytę w Muzeum Bursztynu (Palangos gintaro muziejus) mieszczącym się w pałacu należącym niegdyś do rodziny Tyszkiewiczów.

Otoczona lasem posiadłość jest idealnym miejscem na spędzenie całego dnia na łonie natury. Przed głównym wejściem do pałacu rozpościera się ogród w stylu francuskim, a nieopodal znajduje się niewielkie zoo i ogród botaniczny z wieloma wyjątkowymi gatunkami roślin.

W Połądze koniecznie trzeba przejść się główną ulicą prowadzącą do najważniejszej atrakcji tego nadmorskiego kurortu – liczącego sobie już ponad 120 lat molo. Po drodze warto zatrzymać się w jednej z restauracji i spróbować regionalnego specjału, jakim jest zupa rybna.

 

KRAINA TYSIĄCA JEZIOR

Auksztota (Aukštaitija) to największy etnograficzny region Litwy. Leży we wschodniej części kraju. Nie sposób przeoczyć tu ogromnej liczby jezior. Właśnie w tych stronach, na granicy z Białorusią, znajdują się Dryświaty (Drūkšiai). To największe litewskie jezioro (ma powierzchnię ok. 45 km²). Warto też wybrać się do miejscowości Połusze (Palūšė), usytuowanej w jednym z najpiękniejszych regionów na Litwie. Nad brzegiem jeziora Lūšiai stoi nietypowy XVIII-wieczny, drewniany Kościół św. Jozafata, zbudowany bez wykorzystania ani jednego gwoździa. Należy do najbardziej rozpoznawalnych litewskich świątyń.

Niedaleko miasta Ignalino (Ignalina) znajduje się wzgórze, z którego szczytu rozciąga się olśniewająca panorama na sześć pobliskich jezior. Ladakalnis, czyli Góra Łady, to miejsce mistyczne. W zamierzchłej przeszłości miały być tu składane ofiary na cześć bogini harmonii, miłości i piękna – Łady. Każdy odwiedzający wzgórze powinien przynieść ze sobą kamień i zostawić go przy rosnącym na szczycie dębie. Podobno gwarantuje to łaski bogini i szczęśliwe życie.

 

POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI

W zielonych lasach krainy tysiąca jezior znajdują się zachwycające rezydencje, których blask nie przeminął pomimo upływu wielu lat. Najbardziej imponujący z nich jest z pewnością Pałac w Pokrojach (Pakruojo dvaras), otoczony angielskim parkiem. Położony na rzeką Kroją (Kruoją) zespół pałacowy przyciąga swoim bajkowym charakterem turystów z całej Europy. Na jego terenie wyróżniają się niezmiernie malowniczy, pięcioarkadowy most oraz tama z XIX-wiecznym młynem.

Pałac w Pokrojach to nie tylko muzeum. Można w nim przenocować w przygotowanych dla gości eleganckich pokojach i spróbować regionalnych dań w pobliskiej karczmie. Warto pamiętać, że w każdy weekend pojawiają się tu postacie z przeszłości – dawni mieszkańcy rezydencji opowiadają tajemnicze historie związane ze swoim życiem, a młynarz częstuje odwiedzających miejscowymi przysmakami i domowym piwem.

 

POŚRÓD GWIAZD

Na północ od Wilna znajduje się wyjątkowe miejsce, w którym gwiazdy wydają się być niemal na wyciągnięcie ręki. Obserwatorium Astronomiczne w Malatach (Molėtų astronomijos observatorija – MAO) to jedyna tego typu placówka w Europie. Nie tylko zajmuje się ono obserwacją ciał niebieskich, ale również odpowiada na pytania dotyczące sensu istnienia człowieka we wszechświecie.

W obiekcie znajduje się jeden z największych europejskich teleskopów (o średnicy 165 cm). Jest on przeznaczony do użytku publicznego. Dzięki specjalnym teleskopom i filtrom w obserwatorium można oglądać nawet słońce. Oprowadzanie organizuje się przez całą dobę, w zależności od tego, którą z gwiazd lub planet chcą zobaczyć odwiedzający. Naprawdę warto się tutaj wybrać, nie tylko ze względu na charakterystyczną architekturę kompleksu. Można w nim dowiedzieć się, co kryje wszechświat.

 

Fontanna na jeziorze Druskonis w Druskiennikach

© CENTRUM INFORMACJI TURYSTYCZNEJ W DRUSKIENNIKACH

 

DLA ZDROWIA I URODY

Litwa to kraj idealny na aktywny wypoczynek, lecz także świetne miejsce na wyjazd w celu zrelaksowania się, skorzystania z odnowy biologicznej i podreperowania zdrowia. Za najstarsze litewskie uzdrowisko uchodzą Druskienniki (Druskieniki, lit. Druskininkai), znane też za granicą. Warto tu zatrzymać się w hotelu Grand Spa Lietuva z bogatą ofertą usług medycznych. Na terenie obiektu znajdują się m.in. park wodny ze strefą saun oraz jedna z najlepszych restauracji w mieście.

Urokliwe Druskienniki mają do zaoferowania o wiele więcej niż tylko wspaniałe zaplecze uzdrowiskowe. Świetnym sposobem na spędzenie czasu w tym popularnym kurorcie jest wybranie się w rejs statkiem w kierunku Wyspy Miłości. Dziś znajduje się na niej rezerwat przyrody, lecz w przeszłości prowadził tutaj most, dzięki któremu kuracjusze mogli dostać się na najpiękniejszą z plaż nad Niemnem.

W Druskiennikach warto odwiedzić Snow Arenę, gdzie białemu szaleństwu można oddawać się cały rok. Jest to idealne miejsce nie tylko dla narciarzy, lecz także snowboardzistów, dla których powstał znakomicie wyposażony obszar z rampami. W kompleksie znajduje się też wypożyczalnia sprzętu, bary i restauracje, w tym jedna usytuowana powyżej stoku. Do Snow Areny można dostać się kolejką linową z centrum kurortu. Jej trasa przebiega nad malowniczym Niemnem i wierzchołkami drzew. Choć podróż trwa jedynie kilka minut, widoki rozciągające się z okien wagonika sprawiają, że jest niezapomnianym przeżyciem.

Również położone niedaleko Kowna Birsztany (Birštonas) uważane są przez mieszkańców Litwy za znakomite miejsce na weekendowy wypad. To malownicze uzdrowisko ma wyjątkowy urok. Birsztany są o wiele mniej popularne niż Druskienniki, dzięki czemu nawet w sezonie można delektować się w nich ciszą i spokojem. Piękne widoki rozpościerające się z tutejszej Góry Witolda (Vytauto kalnas) na długo zapadają w pamięć. Smakoszy wód mineralnych zadowoli z pewnością fakt, że to właśnie w tej okolicy wydobywa się najbardziej znaną i docenianą litewską wodę mineralną Vytautas oraz równie charakterystyczną w smaku Birutė.

 

Wydanie Lato 2018

Artykuły wybrane losowo

KOSTARYKA – LATYNOSKA OAZA SZCZĘŚCIA

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Niewielka Kostaryka zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych krajów Ameryki Centralnej. Nie znajdziemy tu dawnych miast prekolumbijskich cywilizacji, barwnych grup etnicznych czy uroczych, kolonialnych miasteczek. Największym jej bogactwem jest dziewicza natura: gęste lasy tropikalne, piękne plaże ciągnące się kilometrami, majestatyczne wulkany i krystalicznie czyste wodospady oraz niezwykła różnorodność flory i fauny. Na powierzchni sześć razy mniejszej niż terytorium Polski występuje ponad 500 tys. gatunków roślin i zwierząt, z czego aż 10 proc. to endemity. Powyżej 25 proc. obszaru państwa stanowią tereny objęte ochroną – należą do parków narodowych i rezerwatów. Kostaryka jest prawdziwym rajem dla miłośników przyrody. >>

 

Park Narodowy Manuel Antonio na pacyficznym wybrzeżu kraju, koło miasta Quepos

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Nazwa kraju w języku hiszpańskim – Costa Rica – oznacza Bogate Wybrzeże. Wymyślił ją podobno sam Krzysztof Kolumb, który jako pierwszy Europejczyk dotarł tu we wrześniu 1502 r. Na widok złotych ozdób miejscowej ludności zaświeciły mu się oczy. Był przekonany, że znajdzie w tych stronach niemałe pokłady tego drogocennego kruszcu. Poszukiwania nie przyniosły jednak oczekiwanego rezultatu. Dodatkowo utrudniała je dzika roślinność karaibskiego wybrzeża. Zainteresowanie kolonizatorów tym trudnym i niedostępnym terenem osłabło.

Obecnie Kostaryka jest jednym z najlepiej rozwiniętych państw regionu. Jej mieszkańcy, którzy sami mówią na siebie ticos i ticas, według wielu rankingów (takich jak np. Happy Planet Index) są najszczęśliwszym narodem świata. Do tego na tle burzliwej przeszłości, problemów politycznych i społecznych swoich sąsiadów kraj ten wydaje się prawdziwą oazą pokoju i spokoju. W grudniu 1948 r. w Kostaryce została rozwiązana armia. Ówczesne władze zadecydowały, że zamiast w wojsko wolą zainwestować w edukację i opiekę medyczną. Dzięki temu dziś wskaźnik analfabetyzmu w kraju jest bardzo niski. Nie znaczy to jednak, że Kostaryka nie boryka się z żadnymi problemami. Gołym okiem widać ogromne dysproporcje społeczne, a niemal jedna piąta ludności żyje w ubóstwie.

 

EKOLOGICZNY PRYMUS

Przekraczając granicę Nikaragui z Kostaryką, byliśmy do nowego kraju nastawieni dość sceptycznie. Trochę przerażały nas historie o wysokich cenach, tłumach amerykańskich turystów i komercji. Naszym pierwszym przystankiem stało się wybrzeże prowincji Guanacaste. To jeden z najbardziej suchych regionów w Kostaryce, a my czuliśmy się spragnieni tej bujnej, tropikalnej zieleni, którą kojarzyliśmy ze zdjęć. Plaże w Nikaragui wcale nie wyglądały gorzej, a przynajmniej ludzi było mniej – komentowaliśmy, mijając kolejne hotele i restauracje. Trafiliśmy akurat na weekend i iście piknikową atmosferę. Spotykaliśmy liczne rodziny i grupy przyjaciół, wokół roznosił się zapach grillowanego mięsa.

Pomimo sporej liczby ludzi kostarykańskie plaże są zaskakująco czyste. Wszyscy sprzątają po sobie, a śmieci lądują na swoim miejscu – w koszu. Wyjątkowo spokojna woda Pacyfiku jest przyjemnie ciepła i ma piękny, turkusowoszmaragdowy kolor. Pierwszy raz czuliśmy, że coś w nas mięknie i nie możemy przestać się uśmiechać. W trakcie naszej długiej podróży po Ameryce Centralnej widzieliśmy wiele pięknych miejsc. Często jednak nie byliśmy w stanie do końca się nimi cieszyć, bo całą radość psuły nam sterty papierków, plastikowe woreczki i butelki. W Kostaryce na szczęście jest inaczej.

Większość mieszkańców kraju naprawdę dba o przyrodę. Kolejne rządy bardzo angażują się w działalność na rzecz ekologii. Dzięki dużym opadom deszczu i aktywności geotermalnej Kostaryka jest pionierem na skalę światową, jeśli chodzi o wykorzystanie alternatywnych źródeł energii. Obecnie stawia sobie za cel osiągnięcie neutralności pod względem emisji dwutlenku węgla oraz całkowitą eliminację plastikowych produktów jednorazowego użytku, takich jak reklamówki, butelki, słomki itp. Te zadania kraj chce spełnić do 2021 r.

 

„PURA VIDA”

Kiedy pytamy miejscowych, jak dojechać na kolejną plażę, tłumaczą nam cierpliwie kolejne odcinki trasy. Na nasze podziękowania uśmiechają się od ucha do ucha i odpowiadają zgodnym chórem: Pura vida!. To samo słyszymy od kobiety, od której kupujemy przy drodze banany i ananasa. Tak witają nas też inni plażowicze, gdy rozkładamy się koło nich z naszym dobytkiem.

W dosłownym tłumaczeniu wyrażenie to znaczy „czyste życie”. Służy jako pozdrowienie, podziękowanie, odpowiedź na pytanie Co słychać?. Jest idealne na niemal każdą okazję i zawsze wyratuje nas w sytuacji, gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Wcześniej wydawało nam się, że to nic innego jak reklamowe hasło mające przyciągnąć i zaintrygować turystów. Nic bardziej mylnego! Dla ticos i ticas oznacza zdecydowanie coś więcej. To piękna filozofia życia wyrażająca radość, poszanowanie dla natury i bliskich. Ludzie tutaj dbają o swoje dobre samopoczucie, unikają konfliktów i nie tworzą sztucznych problemów. Czym można się martwić, skoro wokół jest tak pięknie?

 

NA TROPIE LENIWCA

Po kilku dniach na wybrzeżu stwierdzamy, że plażowania mamy dość i ruszamy w stronę słynnego Rezerwatu Lasu Mglistego Monteverde (Reserva Biológica Bosque Nuboso Monteverde). Po dwóch godzinach jazdy zarówno krajobraz, jak i pogoda zmieniają się diametralnie. Droga wije się wśród zielonych gór (Sierra de Tilarán). W pewnym momencie asfalt się kończy i dalej jedziemy już wąską szutrówką. Robi się znacznie chłodniej, a niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami. Roślinność staje się coraz gęstsza, coraz bardziej onieśmielająca.

Na miejsce dojeżdżamy już po zmroku. Okolice Monteverde to prawdziwe zagłębie turystyczne. Poza spacerem po słynnym mglistym lesie można tu wybrać się do ranarium (parku żab) lub mariposarium (motylarni) czy odwiedzić plantację kawy. Nie brakuje też atrakcji dla osób szukających mocniejszych wrażeń: wiszące mosty, zjazd na linie między koronami drzew. Zatrzymujemy się na spokojnym polu namiotowym przy pięknej polance. Jego właściciel namawia nas na nocne poszukiwania leniwców. Chwilę się zastanawiamy, ale jesteśmy zmęczeni po podróży i trochę odstrasza nas deszcz. Kiedy godzinę później widzimy grupę liczącą ponad 20 osób, nie żałujemy, że się nie zdecydowaliśmy. Znajdziemy leniwca sami.

Rano przy naszym obozowisku buszuje aguti. To całkiem spory gryzoń o złocistorudej sierści, charakterystyczny dla tropikalnych lasów Ameryki Środkowej i Południowej. Kiedy zdaje sobie sprawę z naszej obecności, od razu ucieka. Uznajemy to jednak za dobry znak i tuż po śniadaniu ruszamy wytropić leniwca. Nie jest to takie proste zadanie. Zwierzęta te prowadzą nocny tryb życia, a w ciągu dnia większość czasu śpią gdzieś wysoko w koronie drzew. Ich nazwa nie wzięła się znikąd. Leniwce poruszają się niespiesznie, wolno jedzą i trawią, a na ziemie schodzą jedynie raz w tygodniu, aby się wypróżnić.

Zadzieramy wysoko głowy i szukamy włochatej kuli między gałęziami. Kilka razy wydaje nam się, że już go mamy. Po bliższym przyjrzeniu się zauważamy jednak, że to jedynie guzy na pniu drzewa. Nie poddajemy się. Spacer po lesie okazuje się prawdziwą przyjemnością. Po wczorajszym deszczu wciąż jest bardzo wilgotno, a lekka mgła otula wierzchołki drzew. Gęsta roślinność plącze się wokół nas i tworzy swoisty labirynt. Przyglądamy się konarom porośniętym mchem i ogromnym paprociom. W pewnym momencie dociera do nas charakterystyczne stukanie. Tuż obok dostrzegamy dzięcioła. Znów rozglądamy się wokół i nagle… jest! Tym razem nie ma mowy o pomyłce. Widzimy delikatny ruch łapy i zarys pazurów. Robimy zdjęcia i dla pewności powiększamy obraz na ekranie aparatu. Wszystko się zgadza, pierwszy leniwiec upolowany.

 

Samica leniwca z młodym w tropikalnym lesie w okolicach miasteczka La Fortuna

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŻYCIE W CIENIU WULKANU

Naszym kolejnym przystankiem jest jezioro Arenal, nad którym góruje imponujący wulkan o tej samej nazwie (1670 m n.p.m.). Przez setki lat nie wykazywał żadnej aktywności. Mieszkańcy nie traktowali go jako zagrożenie. Zaczęli wręcz o nim mówić jak o zwykłym górskim szczycie wyrastającym z tropikalnego lasu deszczowego. W lipcu 1968 r. zupełnie niespodziewanie olbrzym obudził się w sposób nagły i gwałtowny. Erupcje trwały kilka dni, a wulkan wypluwał w szale dym, lawę, kamienie i popiół. Trzy niewielkie wioski – Tabacón, Pueblo Nuevo i San Luís – zostały zmiecione z powierzchni ziemi, 87 osób zginęło.

Przez 42 lata Arenal był jednym z najbardziej aktywnych wulkanów świata i stał się wizytówką Kostaryki. Tłumy turystów przyjeżdżały do miasteczka La Fortuna, żeby obserwować jego napady złości. Nieoczekiwanie osiem lat temu uspokoił się. Wciąż zdarza mu się groźnie zabulgotać lub wyrzucić kolumnę popiołu, ale już nie w tak spektakularny sposób jak wcześniej. Arenal nadal przyciąga jednak przyjezdnych jak magnes. Wulkaniczna magma podgrzewa wodę w gorących źródłach, bardzo licznych w tej okolicy. Najpiękniejsze z nich należą do Tabacón Thermal Resort & Spa. Można tu znaleźć urocze kaskady i naturalne baseny otoczone tropikalną roślinnością. Właściciele chwalą się, że jako jedyni nie ingerują w działania przyrody. Odpoczynek w tych niecodziennych okolicznościach i luksusowych warunkach ma dość wygórowaną cenę. Na szczęście w pobliżu znajdują się gorące źródła na każdą kieszeń, nawet darmowe.

Kostaryka należy do światowych liderów ekoturystyki. Powstaje tutaj wiele obiektów, które za cel stawiają sobie harmonijne współistnienie z naturą. Jednym z nich jest Finca Luna Nueva Lodge. Można go określić jako hotel w sercu lasu deszczowego, ale to coś znacznie więcej. Nad krzewami otaczającymi ścieżkę unoszą się kolorowe kolibry. Przy basenie tukany skubią owoce palm. Największą gwiazdą jest tu jednak kilkutygodniowy leniwiec, który wczepiony w mamę nieśmiało spogląda na świat. Niedługo matka będzie musiała go opuścić – tłumaczy nam Alberto, prawdziwy pasjonat przyrody. Wybierze mu najbezpieczniejsze miejsce z najlepszym dostępem do pożywienia i zostawi go, żeby nauczył się samodzielności. To będzie dla niego szok. Porzucony maluch zaczyna wtedy rozpaczać i płakać. Brzmi to niemal jak płacz dziecka. Często ludzie znajdują takie leniwce, litują się nad nimi i zabierają do różnych ośrodków dla zwierząt, a tak naprawdę właśnie w ten sposób mogą im zaszkodzić.

Alberto pokazuje nam sporą część farmy. To tutaj uprawia się niemal wszystko, co można znaleźć na talerzu w hotelowej restauracji. Zaczęło się od imbiru i kurkumy. Obecnie na farmie są uprawy egzotycznych owoców, warzyw, ziół i przypraw. Nasz przewodnik odkrywa przed nami fascynujący świat roślin. Daje nam do spróbowania różnego rodzaju liście. Niektóre z nich wykorzystuje się w medycynie, inne podaje wojownikom przed walką, jeszcze inne mogą pomóc wyeliminować wroga. W zasadzie mam tutaj pod ręką wszystko, czego potrzebuję – śmieje się Alberto.

 

AROMATYCZNE ZIARNO ZŁOTA

Podczas pobytu w okolicach San José, Cartago czy Alajueli grzechem byłoby nie odwiedzić jednej z licznych plantacji kawy. Obszar kotliny Meseta Central (Valle Central) charakteryzuje się żyzną, wulkaniczną glebą. Panują tu idealne warunki do uprawy kawowca. Kawa odegrała bardzo ważną rolę w historii Kostaryki i wciąż ma duże znaczenie dla gospodarki tego kraju. Często nazywana jest grano de oro, co znaczy „ziarno złota”. Przywieziono ją ok. 1776–1779 r. z Jamajki. Jej uprawa szybko stała się głównym źródłem dochodów miejscowych, a sam produkt został ważniejszym towarem eksportowym niż cukier, tytoń i kakao. Początkowo kostarykańska kawa była eksportowana do Chile, skąd wysyłano ją do Wielkiej Brytanii jako pochodzącą z Valparaíso (Café Chileno de Valparaíso). Kiedy Anglicy odkryli źródło pochodzenia produktu, postanowili zainwestować w Kostaryce. Rozwój przemysłu kawowego pozwolił na modernizację kraju. Powstały pierwsze linie kolejowe, a San José stało się drugim po Nowym Jorku miastem Ameryk z publicznym oświetleniem elektrycznym.

Kostarykańska kawa uchodzi za jedną z najlepszych na świecie. Jedyna dopuszczalna w uprawie odmiana to arabica. Popularna w Brazylii robusta jest wręcz zakazana. W kraju działa Instytut Kawy (ICAFE – Instituto del Café de Costa Rica), który wyznacza najwyższe standardy jakości i kontroluje, czy zostają spełnione. Mamy tutaj idealne warunki glebowe i klimatyczne do uprawy kawowca – opowiada nam Alejandro, nasz przewodnik na plantacji Espíritu Santo w prowincji Alajuela. Plantacje w Kostaryce są zdecydowanie mniejsze niż te w Brazylii. To raczej niewielkie, rodzinne biznesy. Priorytet stanowi dla nas jakość. Z tego powodu najważniejszym etapem jest selekcja odpowiednich ziaren. Owoce dojrzewają w różnym tempie, dlatego nie używamy żadnych maszyn, wszystko zbiera się ręcznie. Pokazuje nam tradycyjny kosz, z którego korzystają pracownicy. Jest całkiem spory i pojemny. Stawka za pełny kosz owoców to 2 dolary amerykańskie. Większość pracowników plantacji pochodzi z sąsiedniej Nikaragui i przyjeżdża tu jedynie na czas zbiorów.

 

Śniadanie z ryżem z czarną fasolą (gallo pinto), jajecznicą, platanami i owocami

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

GANGI SZOPÓW NA PLAŻY

Choć Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio) to jeden z najmniejszych parków narodowych w Kostaryce, obecnie bije rekordy popularności. Trudno się temu dziwić. Malownicze położenie, złote plaże na skraju tropikalnego lasu, liczne trasy spacerowe oraz duża liczba zwierząt przyciągają turystów. Znajomi radzą nam odwiedzić park w tygodniu i zjawić się w nim jak najwcześniej. Mimo iż jesteśmy przed bramą o 7.30, na miejscu spotykamy już kilka grup. Niektórym towarzyszy przewodnik, kroczący na przedzie ze sporym teleskopem i wypatrujący mieszkańców lasu.

Szybko wymijamy innych i schodzimy w stronę plaży. Na niej harcują już kapucynki czarno-białe – jeden z czterech gatunków małp występujących w Kostaryce. Mają czarne futro, jedynie na twarzy i w okolicy ramion sierść jest biała. Są bardzo energiczne i szybko się przemieszczają. Na piasku wygrzewają się w słońcu pokaźnych rozmiarów iguany. Po krótkim odpoczynku na plaży decydujemy się przejść na punkty widokowe. Kilkaset metrów dalej, pod drzewami, zauważamy dość duże zgromadzenie. Gałęzie okupują niewielkie, urocze sajmiri rdzawogrzbiete. Zgrabnie przeskakują ponad głowami turystów, którzy próbują uwiecznić ich wyczyny.

Ścieżka zaczyna piąć się w górę. Jest gorąco, słońce świeci bardzo intensywnie. Na szczęście wysokie drzewa dają nam sporo cienia. Wchłaniamy zapachy i odgłosy lasu. Nad nami krążą różne gatunki ptaków, a co jakiś czas słyszymy w liściach szuranie aguti. Gdzieś z oddali dobiega głośne wołanie wyjców. Docieramy na punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama wybrzeża. Turkusowa woda lśni w popołudniowym słońcu. Piaszczyste plaże wyłaniają się spomiędzy zielonych wzgórz porośniętych gęstym lasem. Siadamy na ławce i rozkoszujemy się tym widokiem.

Kiedy wracamy na główną plażę w porze lunchu, jest na niej już całkiem duży tłok. Plażowicze odpoczywają, cieszą się słońcem i ciepłą wodą Pacyfiku. Niektórzy z tej błogości przysypiają. Właśnie na taki moment czekają szopy. Pojawiają się w niewielkich grupach i podkradają do plecaków czy toreb wypełnionych przysmakami. Wykorzystują chwilę nieuwagi, żeby uciec z cennym łupem. Co kilka minut słychać głośne okrzyki i można zobaczyć komiczny pościg za rabusiem. Szopy nic sobie z tego nie robią i po krótkiej przerwie próbują szczęścia ponownie.

 

PÓŁWYSEP OSA

Po kilku tygodniach spędzonych w Kostaryce mieliśmy wrażenie, że zobaczyliśmy już naprawdę wiele i mało rzeczy jest nas w stanie zaskoczyć. Jednak kiedy dojechaliśmy na półwysep Osa, zmieniliśmy zdanie. Według towarzystwa geograficznego National Geographic Society to jedno z miejsc o największej biologicznej różnorodności na świecie.

Głównym miastem jest tu niewielkie Puerto Jiménez. Zatrzymujemy się na przyjemnym kempingu nieopodal siedliska krokodyli. Jego właściciel, Adonis, wita nas szerokim uśmiechem. Naprawdę jesteście z Polski? – dopytuje z niedowierzaniem. A wiecie, że jeden z naszych prezydentów miał polskie korzenie? Rzeczywiście, Teodoro Picado Michalski (1900–1960) rządził tym pięknym krajem Ameryki Centralnej od 1944 do 1948 r. Jego matka, Jadwiga Michalska, pochodziła z Radomska i była prawdopodobnie pierwszą kobietą lekarzem w Kostaryce.

Chociaż nasz kemping znajduje się przy pasie startowym niewielkiego lotniska, czujemy się trochę jak w zoo. Nad głowami latają nam przepiękne, czerwone ary, po trawie leniwie kroczą iguany, kolorowe tukany przysiadają się poskubać bananowce, a wieczorem tuż koło nas przechodzi mrówkojad. Rano Adonis zaprasza nas na wspólne śniadanie. Główną pozycją w menu jest – oczywiście – gallo pinto (gallopinto), w dosłownym tłumaczeniu „malowany kogut”. To mieszanka ryżu z czarną fasolą, kawałkami cebuli i pomidora, doprawiona kolendrą. Do tego dostajemy jajka, tortille, smażone platany i sporo świeżych owoców.

Po posiłku ruszamy w stronę Carate – bramy Parku Narodowego Corcovado i miejsca, które kilkadziesiąt lat temu opanowała prawdziwa gorączka złota. Trasa ma zaledwie 40 km, prowadzi jednak po nierównej, szutrowej drodze. Kilka razy trzeba też przekroczyć rzekę. Na szczęście podróżujemy w porze suchej i nie sprawia to nam żadnego problemu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy pięknej plaży Matapalo na krótką kąpiel i przyglądamy się wyczynom surferów.

Półwysep Osa to jedno z takich miejsc, gdzie człowiek odkrywa na nowo potęgę natury. Gdy spacerujemy po prastarym lesie deszczowym, w którym bujna roślinność wypełnia szczelnie niemal każdy centymetr przestrzeni aż po brzeg Pacyfiku, znów mamy w sobie ciekawość dziecka. Czujemy, że znaleźliśmy się w odległej i trudno dostępnej okolicy, gdzie nie można polegać na oklepanych schematach. Otaczająca nas przyroda jest fascynująca. Chłoniemy dziesiątki nieznanych dźwięków. Z podziwem patrzymy na ogromne drzewa o potężnych korzeniach. Między kolorowymi kwiatami lśnią niebieskie skrzydła motyla z rodzaju Morpho. Jak zahipnotyzowani patrzymy na jego lot. Nad głowami przeskakują nam czepiaki czarnorękie. Są niezwykle zwinne. Przyglądają się nam nieufnie i rzucają w nas patykami. Pokazują, że wprosiliśmy się na ich terytorium.

Otoczona tropikalną roślinnością wulkaniczna plaża Carate ciągnie się kilometrami. To właśnie tutaj bierzemy udział w niezwykłym wydarzeniu: pierwszym marszu małych żółwi do oceanu. Jak tłumaczy nam José z organizacji COTORCO (Conservación de Tortugas Marinas de Corcovado-Carate), te zwierzęta na całym świecie zagrożone są wyginięciem. A najbardziej niebezpieczny jest dla nich człowiek – mówi. Żółwie zaplątują się w sieci rybackie, połykają śmieci, które mylą z pożywieniem. Wciąż jeszcze wiele osób próbuje wykraść żółwie jaja. Niektórzy uważają je za afrodyzjak i można na nich zarobić. Właśnie dlatego patrolujemy plaże, zbieramy jaja i przenosimy je do naszych inkubatorów.

Na plaży zgromadziło się kilkanaście osób. José ostrzega nas, że nie możemy żółwi dotykać i musimy trzymać się w bezpiecznej odległości, aby przypadkiem na nie nie nadepnąć. Ostrożnie kładzie zwierzęta na piasku. Niektóre są niezmiernie energiczne i niemal pędzą do wody. Inne wydają się zdezorientowane, ruszają się bardzo wolno i niepewnie. Patrzymy, jak kolejne fale zabierają ze sobą małe stworzenia. Mija pół godziny i zostajemy na plaży sami. Niestety, szanse na przeżycie mają tylko nieliczne żółwie, udaje się to jedynie jednemu osobnikowi na tysiąc. Te, które przetrwają, wrócą na tę samą plażę za 20 lat, żeby złożyć jaja. Trafiają podobno bezbłędnie, jakby posługiwały się wbudowanym urządzeniem GPS.

 

Drewniana kładka w Parku Narodowym Cahuita

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Naszą przygodę z Kostaryką chcemy zakończyć na karaibskim wybrzeżu. Aby się na nie dostać, musimy przejechać krętą drogą, która pnie się wysoko w górach. Kiedy wyjeżdżamy z Puerto Jiménez, upał daje się we znaki, wieczorem z kolei temperatura spada do zaledwie kilku stopni. Noc spędzamy na szczycie masywu górskiego o mało zachęcającej nazwie Cerro de la Muerte (Wzgórze Śmierci – 3451 m n.p.m.). Przy porannej kawie obserwujemy dymiący wulkan Turrialba (3340 m n.p.m.) – jeden z siedmiu czynnych wulkanów w Kostaryce. Sześć godzin później na horyzoncie znowu pojawiają się palmy. Witamy na Karaibach!

W południowej części wybrzeża najbardziej popularnym miastem jest Puerto Viejo de Talamanca (Puerto Viejo), gdzie życie toczy się spokojnym, leniwym rytmem przy dźwiękach muzyki reggae. Panuje tu atmosfera luzu i radości. Przez chwilę można poczuć się trochę jak w innym kraju. To właśnie w tym regionie mieszka największa grupa osób pochodzenia afrykańskiego. Dominuje w nim trochę bardziej egzotyczna kuchnia, częściej słychać język angielski. Za największą atrakcję okolicy uchodzi Park Narodowy Cahuita. Jest wyjątkowy na skalę kraju, bo jego dochody pochodzą z darowizn. Szerokie plaże otoczone są tu gęstą, tropikalną roślinnością. W trakcie kilkugodzinnego spaceru natykamy się na małpy, szopy, leniwce, węże i różne gatunki ptaków. Późnym popołudniem siadamy w jednym z klimatycznych lokalnych barów i rozkoszujemy się uroczym zachodem słońca. Pura Vida!

 

Wydanie Lato 2018

Filipiny – kawałek nieba dla każdego

 

MAGDALENA BURDAK

www.1000krokow.pl

 

Filipiny są jak skrawek Ameryki Łacińskiej pośrodku Oceanu Spokojnego. To raj dla każdego, kto lubi beztroski wyspiarski luz, różnorodną przyrodę, przepiękny świat podwodny i ciekawą kulturę. Filipińczycy słyną ze swojej religijności i… niepunktualności. Na Filipinach czasu się nie mierzy. Zegarek warto zostawić w domu i dać się całkowicie pochłonąć niepowtarzalnej atmosferze tego niesamowitego kraju.

 

Na Archipelag Filipiński składa się 7107 wysp pochodzenia wulkanicznego, położonych w Azji Południowo-Wschodniej i otoczonych wodami Oceanu Spokojnego. Najczęściej dzieli się je na trzy regiony: Luzon – leżący na północy, z główną wyspą o tej samej nazwie i znajdującą się na niej stołeczną Manilą, Mindanao – usytuowany na południu, i Visayas – obejmujący centralne wyspy takie jak Cebu, Bohol czy Siquijor. Fascynującą tutejszą kulturę wzbogaciły wpływy zarówno hiszpańskie i malajskie, jak i chińskie i amerykańskie. Można je dostrzec m.in. w religii, zwyczajach, języku lub kuchni.

 

Filipiny leżą w strefie klimatu równikowego z wyraźnymi cechami monsunowego, co sprawia, że jest tu gorąco i wilgotno. Średnia temperatura w ciągu roku wynosi 27–28°C. Na archipelagu występuje ok. 13,5 tys. gatunków roślin, w tym 3,2 tys. rosnących jedynie na tutejszych wyspach, i wiele endemicznych gatunków zwierząt takich jak wyrak filipiński, wół mindorski, małpożer, kanczyl ciemny (filipiński), świnia wisajska, lotokot filipiński (kaguan), sambar kropkowany (jeleń Alfreda) czy krokodyl filipiński. Prawdziwe skarby Filipin czekają jednak pod wodą. W niewielu częściach świata można znaleźć tak ogromną różnorodność życia morskiego: przepiękne kolorowe rafy i 2,4 tys. gatunków ryb, a to wszystko ukryte w ciepłym i krystalicznie czystym oceanie. Do tego na dnie leżą również zatopione statki, które stanowią dodatkową atrakcję dla nurków. Z takich właśnie powodów ten kraj cieszy się ogromną popularnością zarówno wśród osób nurkujących z butlą, jak i uprawiających jedynie snorkeling.

 

POGODNI WYSPIARZE

 

Filipińczycy są gościnni, uśmiechnięci i bardzo uczynni. Mówi się, że to jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie. Mimo burzliwej historii i często powtarzających się katastrof naturalnych zachowali oni niezachwiany optymizm. W 1521 r. dotarł tu portugalski żeglarz Ferdynand Magellan i włączył archipelag do ziem podległych Hiszpanii. Kolonię założył w lutym 1565 r. hiszpański konkwistador Miguel López de Legazpi. Po 333 latach panowania Europejczyków na wyspach wybuchł bunt przeciwko kolonizatorom. W 1898 r. Filipiny zostały wciągnięte w konflikt pomiędzy USA a Hiszpanią, który dotyczył wpływów na Kubie. W jego efekcie i zgodnie z podpisanym pod koniec XIX w. traktatem paryskim zwierzchność nad archipelagiem przejęły Stany Zjednoczone. Te – niestety – nie zgodziły się na przekształcenie kolonii w niezależne państwo, co zmusiło Filipińczyków do kontynuowania walki o niepodległość, którą uzyskali dopiero w lipcu 1946 r. Po II wojnie światowej w kraju wybuchły protesty chłopów, ale zostały stłumione. Wybrany w 1965 r. prezydent Ferdinand Marcos wprowadził rządy dyktatorskie. Stały się one przyczyną strajków i licznych wystąpień niezadowolonych obywateli. Sytuacja w państwie ustabilizowała się w 1986 r., kiedy doszło do pokojowego przewrotu i zakończenia dyktatury. Obecnie Filipiny są jednym z szybciej rozwijających się krajów Azji, a rząd skupia się na tym, aby zapewnić spokój i bezpieczeństwo mieszkańcom.

 

bohol 04 highres

Wzgórza Czekoladowe na wyspie Bohol

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

NA TALERZU

 

Kadayawan Festival 2 

Filipińskie dzieci na Festiwalu Kadayawan w mieście Davao na Mindanao

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

Unikający konfliktów Filipińczycy uwielbiają karaoke, koszykówkę, festyny, walki kogutów i dobre jedzenie. Ich kuchnia czasami zaskakuje Europejczyków. Łatwo można w niej dostrzec wpływy zarówno hiszpańskie, jak i chińskie, a także malajskie, indonezyjskie, hinduskie i amerykańskie. Na stołach królują proste i niedrogie potrawy, na co duży wpływ ma panująca na Filipinach bieda. Nauczyła ona mieszkańców gotowania z dostępnych i tanich produktów.

 

Podczas podróży po wyspach najczęściej trafia się na dania określane mianem adobo, które można uznać za filipiński specjał narodowy. Nazwę tę stosuje się zarówno w przypadku potrawy, jak i sposobu jej przyrządzania. Adobo to kawałki mięsa kurczaka bądź wieprzowiny, owoce morza lub warzywa gotowane w marynacie z octu, sosu sojowego, czosnku i czarnego pieprzu. Najpopularniejszą i dość kontrowersyjną przekąską uwielbianą przez Filipińczyków jest balut – ugotowany w jajku w skorupce kaczy embrion, często z zalążkiem dzioba, piór czy kości. Kilkunastodniowe zarodki kaczki uchodzą za przysmak i afrodyzjak. Niestety, obcokrajowcy raczej nie decydują się na ich degustację z uwagi na wygląd, konsystencję i zapach. Baluty najłatwiej kupić w nocy, gdyż sprzedawane są na ulicach i podawane z koszy, w których cały czas utrzymuje się wysoką temperaturę. Bardziej wybredni smakosze mogą spróbować popularnego na Filipinach deseru halo-halo. Stanowi on mieszankę lodów, mleka, słodkiej fasoli i owoców. Warto też napić się buko – soku ze świeżego kokosa.

 

 Makati by Night

Nowoczesne centrum biznesowe Manili po zmroku rozbłyska światłami

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

MIASTO KONTRASTÓW

 

Większość odwiedzających Archipelag Filipiński zaczyna swoją podróż od stolicy kraju – Manili, która znajduje się w południowej części wyspy Luzon. Gdyby chcieć opisać to miasto trzema słowami, byłyby to kontrast, hałas i chaos. Takie właśnie wywołuje pierwsze wrażenie. Duży wpływ ma na to fakt, że jest ono najgęściej zaludnioną metropolią świata (na 1 km² przypada tu aż ponad 71,2 tys. osób!). Tłumy ludzi, ogromny ruch samochodowy, hałas, feeria barw i zapachów sprawiają, że Manila bywa miejscem bardzo męczącym. Jeżeli jednak da się jej szansę, można odkryć prawdziwą perłę Orientu – przepiękne miasto, które zyskuje na uroku dzięki swoim licznym kontrastom.

 

Administracyjna stolica Filipin jest także najszybciej rozwijającym się ośrodkiem Azji Południowo-Wschodniej. Najlepiej oddają to nowoczesne obszary pełne biurowców, drapaczy chmur, ekskluzywnych hoteli i drogich sklepów. Jeśli jednak chce się poczuć kolonialny klimat, trzeba odwiedzić najstarszą część metropolii – Intramuros. Założyli ją Hiszpanie, którzy w czerwcu 1571 r. podbili Manilę. Można tutaj znaleźć piękne kamienice, zabytkowe kościoły czy historyczne pałace. W tym rejonie warto zajrzeć do muzeum Casa Manila, które stanowi kopię tradycyjnego kolonialnego domu.

 

TRUMNY I POLA RYŻOWE

 

W głębi wyspy Luzon, na północ od stolicy odkryjemy inny świat. W wysokich górach leżą małe miejscowości. Jedną z nich jest Sagada, gdzie czekają na nas przepiękne piesze trasy, małe pola ryżowe, ukryte w tropikalnym lesie wodospady i nieprzeniknione jaskinie. Ta nieznana kiedyś osada słynie z oryginalnego sposobu grzebania zmarłych, który polega na zawieszeniu trumny ze zwłokami na skale. Jak brzmi uzasadnienie tej tradycji? Otóż dusza ludzka musi być bliżej nieba, czuć powiew świeżego powietrza i ciepło promieni słońca. Tylko wtedy szczęśliwa odejdzie do raju. Do niektórych trumien przytwierdzone są krzesła. Oznaczają one, że zmarły odszedł w zaświaty w pozycji siedzącej. Na taki rodzaj pochówku pozwolić sobie mogą tylko rodowici i majętni mieszkańcy Sagady.

 

Miejscowość kryje jeszcze jeden skarb – przepiękne jaskinie Sumaguing i Lumiang. Wyprawa przez ich korytarze, wąskie szczeliny, podziemne jeziora, rzeki i ogromne komory jest jedną z niezapomnianych atrakcji całych Filipin. Pod Sagadą można oglądać przepiękny podziemny świat, który tworzą labirynty przejść oraz stalagmity i stalaktyty przypominające niebywałe, misternie rzeźbione figury. Dodatkowo uwagę turystów zwracają stosy drewnianych trumien ułożone u wejścia do Jaskini Pogrzebowej Lumiang (Lumiang Burial Cave).

 

Na południowy wschód stąd znajdują się miejscowości Banaue i Batad z tarasami ryżowymi, które są dumą grupy etnicznej Ifugao. Filipińczycy uważają je za ósmy cud świata. Tarasowe pola liczą sobie przeszło 2 tys. lat. Zostały zbudowane tylko pracą rąk ludzkich, bez użycia maszyn. Do dziś ryż uprawia się tu w tradycyjny sposób.

 

PODZIEMNA RZEKA

 

Większości osób Filipiny kojarzą się z przepięknymi plażami, białym piaskiem i kolorowymi rafami. Wszystko to znajdziemy właśnie na Palawanie. Wyspa ta leży w południowo-zachodniej części archipelagu. Niedaleko miejscowości Sabang usytuowany jest jeden z 7 Nowych Cudów Natury – Park Narodowy Rzeki Podziemnej Puerto Princesa. Tutejsza podziemna rzeka (Cabayugan) uchodzi za jedną z najdłuższych na świecie. Ciągnie się przez 8,2 km, z czego turyści zobaczyć mogą tylko pierwsze 1,5 km. Jaskinie krasowe zwiedza się małą łódką, sterowaną przez przewodnika. Pod ziemią panuje absolutna cisza i aby jej nie zakłócać, każdy z odwiedzających otrzymuje słuchawki z nagranym wcześniej opisem. Wszystko wokół spowija całkowity mrok, jedynej latarki używa przewodnik i to on oświetla najważniejsze do obejrzenia miejsca. Niezmącony spokój rzeki i jej ogrom robią niesamowite wrażenie. Z łatwością można się tutaj przekonać, jak wielka jest siła natury.

 

Z WYSPY NA WYSPĘ

 

Każdy, kto kiedykolwiek zawita na Filipiny, spotka się z określeniem island hopping. Zwrot ten oznacza zwiedzanie pobliskich małych, nierzadko niezamieszkanych, wysepek, plaż i raf połączone z pływaniem i snorkelingiem. Najpopularniejszy na Palawanie rejon na taką wycieczkę znajduje się w północnej jego części, w okolicy miasta El Nido, zwanego Niebem na Ziemi. Leży tu archipelag Bacuit składający się z 45 niewielkich wysp, które skrywają niesamowite i przepiękne plaże, zatoczki, laguny i jaskinie. W trakcie całodniowej wyprawy tradycyjną filipińską łodzią banca mamy okazję zobaczyć niedostępne brzegi pokryte śnieżnobiałym piaskiem, ponurkować w poszukiwaniu żółwi, obejrzeć niezmiernie kolorową rafę czy popływać kajakiem pomiędzy dzikimi i bezludnymi skrawkami lądu. W El Nido oferuje się cztery wycieczki (oznaczone kolejno literami A, B, C i D), różniące się umieszczonymi w programie miejscami.

 

Do najczęściej odwiedzanych wysepek należy Miniloc, otoczona przepięknymi lagunami – Big Lagoon, Small Lagoon i Secret Lagoon. Aby zobaczyć tę ostatnią, trzeba przecisnąć się przez wąskie przejście ukryte pod olbrzymim wapiennym klifem zanurzonym w wodzie. Helicopter Island swoim kształtem przypomina z kolei mały śmigłowiec. Na Sekretną Plażę (Secret Beach) na Matinloc trafia się przez skalny otwór. Większość z wysp archipelagu Bacuit to ogromne wapienne skały wyrastające pionowo z wody, pokryte bujną zielenią i niewielkimi plażami. Jeżeli jednak ktoś chciałby znaleźć rajski zakątek, ale woli pozostać na Palawanie, powinien w El Nido wypożyczyć skuter i udać się w stronę północnego krańca lądu. Leżą tutaj dzikie plaże, do których trudno dojechać samochodem, takie jak Nacpan Beach. Ma ona 4 km długości i przy odrobinie szczęścia będziemy na niej jedynymi turystami. Usypany ze śnieżnobiałego piasku brzeg oblewa krystalicznie czysta, turkusowa woda, palmy uginają się od kokosów, a nieliczne skromne bary zapraszają do odpoczynku w wygodnym hamaku.

 El Nido Resorts Apulit

El Nido Resorts Apulit Island

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

W SERCU ARCHIPELAGU

 

Centralną częścią Filipin jest region Visayas. To właśnie na jedną z jego wysp (Limasawę) w marcu 1521 r. przypłynęła ekspedycja Ferdynanda Magellana. Hiszpanie przywieźli ze sobą figurkę Dzieciątka Jezus (Santo Niño) i chrześcijaństwo. Na Cebu, w mieście o tej samej nazwie wbito krzyż (Cruz de Magallanes) i ochrzczono pierwszych mieszkańców archipelagu. Ferdynand Magellan zginął jednak 27 kwietnia 1521 r. na sąsiedniej Mactan w walce z wojownikami miejscowego wodza Lapu-Lapu. Kilkadziesiąt lat później do wysp Visayas przybiła kolejna wyprawa z Hiszpanii. Na jej czele stał Miguel López de Legazpi, któremu udało się wprowadzić chrześcijaństwo i ustanowić pierwszą stolicę kolonii hiszpańskich w Azji. Tak właśnie w Cebu, dziś najstarszym założonym przez Hiszpanów mieście na archipelagu (jako Villa de San Miguel w dniu 27 kwietnia 1565 r.), narodził się kraj znany dzisiaj jako Filipiny.

 

W tym największym, ponad 920-tysięcznym ośrodku miejskim regionu Visayas warto poszukać pozostałości po kolonizatorach. W Bazylice Dzieciątka Jezus (Basílica del Santo Niño, najstarszym kościele katolickim na Filipinach, wzniesionym w 1565 r.) można zobaczyć cudowną figurkę Santo Niño. To właśnie w miejscu, w którym stoi świątynia, Ferdynand Magellan ochrzcił pierwszych wyspiarzy. W małym i niepozornym budynku kaplicy nieopodal bazyliki znajduje się krzyż postawiony przez portugalskiego żeglarza, a właściwie jego zachowane fragmenty umieszczone w drewnianej konstrukcji nowego krzyża.

 

Na Cebu ciekawie spędzimy czas również poza stolicą prowincji. W okolicy miasta Moalboal i pobliskiej wysepki Pescador (po hiszpańsku Rybak) można obserwować ogromne ławice sardynek. Niedaleko pod wodą kryją się jedne z piękniejszych filipińskich raf. Znakomitym miejscem na wypoczynek są dwie plaże – Panagsama i Biała (White Beach). Osoby lubiące aktywne wyprawy powinny wybrać się na wycieczkę pod któryś z licznych wodospadów, np. Kawasan Falls. 

 

Cebu słynie też z innej, dość kontrowersyjnej atrakcji. W pobliżu miasta Oslob można spotkać rekiny wielorybie, które przyciągają codziennie rzesze turystów. Ekolodzy jednak regularnie zwracają uwagę, że zbyt duża ingerencja w naturalne środowisko tych największych na świecie ryb wpływa negatywnie na ich populację.

 

SPOTKANIE Z REKINAMI

 

Na Filipinach mamy niesamowitą okazję zobaczyć na własne oczy rekiny wielorybie. Te całkowicie niegroźne dla ludzi ryby żywią się planktonem i prowadzą migracyjny tryb życia. Przebywają codziennie wiele kilometrów. W poszukiwaniu pożywienia pojawiają się w okolicy wspomnianego Oslob. Lokalni rybacy, którzy czyszczą w morzu swoje sieci, zauważyli, że rekiny przypływają, aby najeść się resztkami z połowów. Sytuację postanowiono więc wykorzystać i ze spotkań z tymi fascynującymi stworzeniami zrobić atrakcję turystyczną. Niestety, karmione codziennie ogromne ryby nauczyły się łatwego zdobywania pokarmu i porzuciły swój migracyjny tryb życia, zaburzając tym samym ekosystem. Popularność tego miejsca sprawia, że turystów i łodzi jest coraz więcej, a rekiny narażone są na zranienie i negatywne skutki zbyt bliskiego kontaktu z człowiekiem.

 

Na Filipinach te niesamowite zwierzęta można spotkać także w rejonach, gdzie ludzie nie ingerują tak mocno w środowisko naturalne, m.in. w okolicy wyspy Pamilacan na morzu Bohol (Mindanao). Tutejsi rybacy, kiedyś polujący na rekiny, dziś oferują wyprawy, na których wypatruje się tych olbrzymów i delfinów. Największe na świecie ryby spotyka się również koło rybackiej miejscowości Donsol, znajdującej się w południowej części Luzonu.

 

KRAINA UŚMIECHU

 

Podczas pobytu na Filipinach nie wolno ominąć wyspy Bohol. To niewątpliwie wizytówka kraju – reprezentuje wszystkie jego wspaniałości, przyciąga niepowtarzalnymi atrakcjami i pięknymi plażami. Te ostatnie najłatwiej znaleźć na czarującej wysepce Panglao, połączonej z Bohol dwoma mostami. Turyści lubiący malownicze kurorty i restauracje z lokalnym jedzeniem powinni odwiedzić słynną plażę Alona. Osobom ceniącym sobie spokój spodoba się raczej popularna wśród miejscowych Dumaluan. W tej części Bohol warto zdecydować się na rejs na małe, urokliwe wysepki, np. Pamilacan z lasami koralowców i podwodnym sanktuarium żółwi morskich czy Balicasag, w okolicy której można spotkać delfiny i rekiny wielorybie.

 

Ciekawym sposobem na spędzenie czasu jest też wycieczka rzeką Loboc (Loay). W jej rejonie kręcono sceny do filmu Czas Apokalipsy Francisa Forda Coppoli. Podczas rejsu podziwia się cudowne widoki i delektuje lokalnymi daniami, a to wszystko przy filipińskiej muzyce na żywo. Amatorów mocnych wrażeń Bohol przyciąga wspaniałymi parkami przygód, w których można zjechać na linie zawieszonej nad tropikalnym lasem, wspinać się po skałach, eksplorować jaskinie lub spłynąć rwącą rzeką.

 

NIETYPOWE WZGÓRZA

 

Większość osób przybywa jednak na Bohol, aby zobaczyć wyjątkowy cud natury, jakim są Wzgórza Czekoladowe. Składa się na nie ok. 1270 wapiennych pagórków o wysokości od 30 do 120 m. Wzniesienia zaskakują prawie idealnie stożkowatym kształtem i do dzisiaj naukowcy nie ustalili ich pochodzenia. Filipińczycy wierzą, że powstały za sprawą olbrzymów. Jedna z legend mówi o tym, że pagórki utworzyły ogromne łzy wylane przez giganta Arogo płaczącego nad utraconą miłością. Według innej opowieści to głazy, którymi rzucali w siebie olbrzymi. Co ciekawe, nazwa tego miejsca pochodzi od koloru traw porastających wzniesienia – w porze suchej stają się one ciemnobrązowe. Jednak Wzgórza Czekoladowe równie pięknie prezentują się w kolorze zielonym.

 

POD OSŁONĄ NOCY

 

Innym symbolem wyspy Bohol jest maleńkie stworzenie, które większość ludzi myli z małpką. Mowa tu o wyraku filipińskim. Wyrakowate są ssakami naczelnymi i prowadzą nocny tryb życia. Wyróżniają je ogromne oczy i kończyny zakończone cieniutkimi palcami. Większość dnia przesypiają z jednym zamkniętym okiem, przytulone do gałęzi drzew. Mimo iż wyraki filipińskie uznano za gatunek o podwyższonym ryzyku wyginięcia, ich populacja nadal drastycznie maleje. Sprawy nie ułatwia fakt, że samica rodzi tylko dwa młode w ciągu całego roku. Na Bohol można zobaczyć te niezwykłe stworzenia z bliska. Odpowiednim do tego miejscem jest ośrodek w miasteczku Corella należący do Philippine Tarsier Foundation, w którym zwierzęta przebywają w naturalnym środowisku i pod opieką wolontariuszy.

 

ZACZAROWANY LĄD

 

Na Filipinach leży jeszcze jedna wyjątkowa wyspa, słynąca z magicznej mocy. Filipińczycy starają się ją omijać, gdyż boją się duchów i mieszkających tu szamanów. Siquijor, bo tak się nazywa, można objechać na skuterze w jeden dzień. W tutejszych lasach i górach znajdują się prawdziwe skarby: jeziora z wodospadami, tajemnicze jaskinie, malowniczo położone punkty widokowe i… szamani. Tych ostatnich wcale nie tak łatwo spotkać. Choć przestali trudnić się czarną magią i zajmują się dziś raczej uzdrawianiem, to w miejscowych budzą ogromny respekt.

 

Siquijor z pewnością spodoba się wielbicielom przepięknych widoków. Mówi się, że to właśnie tutaj można oglądać najpiękniejsze zachody słońca na Filipinach. W trakcie zwiedzania trzeba koniecznie wybrać się pod Balete Tree w Campalanas, uważane za najstarsze drzewo na wyspie (ponoć ponad 400-letnie), spod którego korzeni wytryska źródło. Według miejscowych w jego wnętrzu mieszkają duchy. Szamani wykonują w pobliżu drzewa swoje obrzędy. W tej okolicy można skorzystać z naturalnego peelingu stóp w basenie z małymi rybkami.

 

Podczas wizyty na Siquijor warto też zjechać z głównej drogi i poszukać ukrytych plaż i wodospadów. Przy odrobinie szczęścia trafi się na Kagusuan. Tę przepiękną i niedostępną plażę urozmaicają olbrzymie głazy wyrzucone przez morze. Najprawdopodobniej nie spotkamy tu żywej duszy.

 

Muzyczna podróż po Kolumbii

MAGDALENA LECHOWSKA
WWW. MAGDALENALECHOWSKA.MANIFO.COM

 

<< Kolumbia jest krajem niespotykanych bogactw naturalnych oraz wielkiej bioróżnorodności (pod tym względem zajmuje drugie miejsce na świecie, po Brazylii), niezmiernie malowniczych pejzaży i egzotycznych plaż, zapierających dech w piersiach widoków i oszałamiającej kolorami przyrody. Mało kto jednak wie, że to kolebka cumbii i vallenato: gatunków muzycznych, których dziś słucha cały świat. W jej karaibskim mieście Barranquilla stawiała swoje pierwsze kroki Shakira, z Medellín pochodzi Juanes, wykonawca piosenki „La Camisa Negra”, a z Santa Marty – piosenkarz, aktor i kompozytor Carlos Vives. Ci kolumbijscy artyści wielokrotnie zdobywali statuetki Grammy oraz MTV Video Music Awards. Każdy region w kraju ma swoje charakterystyczne melodie, tańce i festiwale. >>

Więcej…