Noémi Petneki

 

Po obu stronach granicy austriacko-węgierskiej i wzdłuż brzegów jeziora Nezyderskiego rozciąga się ten sam region. Dzisiejszy Burgenland (po węgiersku Őrvidék), najbardziej wysunięty na wschód i najmłodszy kraj związkowy Austrii, od XII w. był częścią historycznego Królestwa Węgier, które od XVI stulecia (po bitwie z Turkami pod Mohaczem w 1526 r.) dostało się pod panowanie Habsburgów i Cesarstwa Austriackiego. Dziś, po obaleniu żelaznej kurtyny i wstąpieniu Węgier do Unii Europejskiej w 2004 r., znów (jak za czasów Monarchii Austro-Węgierskiej) praktycznie nie zauważamy, kiedy przejeżdżamy tutaj przez granicę. Węgrzy (nasi bratankowie) i Austriacy nazywają siebie szwagrami – w ten sposób wszyscy jesteśmy ze sobą trochę spowinowaceni…

 

Najważniejszym historycznym ośrodkiem całego regionu jest leżący tuż przy granicy Sopron (Ödenburg). Po upadku Monarchii Austro-Węgierskiej w 1918 r. mieszkańcy tego miasta mogli zdecydować w plebiscycie (przeprowadzonym w dniach 14–16 grudnia 1921 r.), do którego państwa chcą należeć. Sopron wybrał Węgry, za co otrzymał dumny tytuł „najwierniejszego węgierskiego miasta”.

Nastrojowe uliczki historycznego centrum zachwycą każdego przyjezdnego. Nad barokowymi i renesansowymi kamienicami króluje Wieża Strażacka (Tűztorony), wzniesiona w średniowieczu na starożytnych rzymskich fundamentach. Jej dzisiejszy wygląd pochodzi z XVII w., kiedy odbudowano ją po pożarze. Z miejscowych świątyń uwagę zwracają przede wszystkim te zbudowane w stylu gotyckim: Kozia (Kecske-templom), św. Michała (Szent Mihály-templom) i św. Jerzego (Szent György-templom). Warto też wspomnieć o prawdziwej perle architektury neogotyckiej – Kościele św. Urszuli. Po zwiedzaniu ponad 60-tysięcznego Sopronu można odpocząć w licznych restauracjach i kawiarniach, czy też na pięknie utrzymanych skwerach i w parkach (Deák tér, Erzsébet kert – z atrakcyjnymi placami zabaw, co ważne dla rodzin z dziećmi).

Ulice miasta wspinają się także na malownicze okoliczne wzgórza (Lővérek), które są najbardziej wysuniętymi na wschód przedgórzami Alp. Miłośnicy aktywnego wypoczynku znajdą tu piękne szlaki spacerowe, wieżę widokową (Károly-kilátó) oraz park przygody dla małych i dużych (www.loverkalandpark.hu). W lecie w miejscowym lesie można zobaczyć mnóstwo pięknych cyklamenów – rośliny te są jednym z symboli Sopronu.

 

MAGICZNE MIEJSCA

Jeszcze w obrębie miasta, ale już w otoczeniu pięknych, zalesionych wzgórz znajduje się klasztor paulinów z najstarszą, historyczną kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. W czasach komunizmu na Węgrzech prawie wszystkie zakony zostały rozwiązane. Po zmianach ustrojowych budynek klasztoru w Sopronie był już tak zniszczony, że nie nadawał się do zamieszkania. W końcu kupił go znany węgierski mecenas kultury Gábor Kovács, wyremontował i oddał zakonnikom, którzy otworzyli w nim ośrodek duchowo-medytacyjny. Jest to obecnie miejsce, gdzie można w ciszy i spokoju odpocząć od zgiełku otaczającego świata (www.banfalvakolostor.hu).

Tereny dzisiejszego Sopronu były zamieszkane już w czasach starożytnych. Znajdowała się tutaj rzymska osada warowna Scarbantia. W pobliskim Fertőrákos można podziwiać obecnie pozostałości świątyni Mitry z III w. Ten indyjsko-perski bóg światła i wojny był niezmiernie popularny w Imperium Rzymskim w pierwszych stuleciach naszej ery (od I do V w). Kult Mitry (mitraizm) wywarł później olbrzymi wpływ na obrzędowość chrześcijańską.

W tej okolicy już w starożytności działał kamieniołom. Wydobywana tu skała wapienna była bardzo wysokiej jakości i łatwo podlegała ciosaniu. Z kamienia z Fertőrákos zbudowano wiele słynnych budynków wiedeńskich, m.in. Ratusz, Muzeum Historii Naturalnej czy gmach uniwersytetu. Dzisiaj kamieniołom jest już nieczynny, pełni jedynie rolę atrakcji turystycznej. Z każdego miejsca ogromnej poeksploatacyjnej kotliny rozpościerają się przed nami niesamowite, wręcz księżycowe widoki. W ścianach skalnych możemy podziwiać z bliska skamieliny z okresu miocenu. Fertőrákos zainteresuje jednak nie tylko miłośników historii czy przyrody. Już w pierwszej połowie XX w. zorientowano się, że kamieniołom ma doskonałą akustykę i urządzano w nim koncerty pod gołym niebem, po zachodzie słońca i przy świetle świec. Aby występy artystów nie były uzależnione od pogody, wybudowano tutaj zadaszoną halę, tzw. Teatr Jaskiniowy, gdzie w lecie melomani mogą posłuchać oper, operetek, musicali i innych widowisk.  

Krajobraz kulturowy pobliskiego jeziora Nezyderskiego (niemieckie Neusiedler See, węgierskie Fertő-tó) został wpisany w 2001 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Cała okolica jest rajem dla wędkarzy, miłośników ornitologii i jazdy na rowerze. Każdego roku od początku maja kursują statki z węgierskiego wybrzeża jeziora do austriackiego miasteczka Rust (węgierskie Ruszt), które może pochwalić się również pięknymi zabytkami oraz pewnym sławnym trunkiem (ale o nim opowiem później)...

 

WODA, KTÓRA LECZY

Jezioro Nezyderskie nie nadaje się zbytnio do pływania, jest bardzo płytkie – jego maksymalna głębokość wynosi zaledwie 2 metry. Za to w zachodniej części Węgier aż roi się od kąpielisk! Wiele z nich to historyczne kurorty wypoczynkowe, które łączą obecnie lecznicze właściwości wód z usługami SPA & Wellness oraz rekreacją. W należącej dzisiaj administracyjnie do Sopronu miejscowości Balf, położonej 7 km od centrum miasta, już w XVIII w. zbudowano dla ówczesnych elit elegancki dom zdrojowy. Obecnie w ramach usług SPA & Wellness każdy może skorzystać z kuracji Sebastiana Kneippa. Polega ona m.in. na polewaniu ciała raz lodowatą, raz gorącą wodą, co podnosi odporność organizmu i zapewnia cudowne odprężenie. Można też pospacerować po kamyczkach w basenie (idealny masaż dla stóp) lub wziąć kąpiel z dodatkiem olejków eterycznych (www.gyogyfurdobalf.hu).

Nieco dalej na południe leży 3,5-tysięczne miasteczko Bük, obok którego po wojnie szukano złóż ropy naftowej, ale zamiast niej zaczęła bić z ziemi... woda termalna. Dziś na przyjezdnych czeka tu kompleks rekreacyjno-leczniczy o powierzchni 14 hektarów. W ogromnym parku znajdziemy aż 32 otwarte, półotwarte i kryte baseny, system zjeżdżalni wodnych, place zabaw i boiska. Tutejsza woda ma wyjątkowo dużą zawartość soli mineralnych, dlatego po 1-, 3-tygodniowej kuracji skutecznie zmniejsza objawy wielu chorób. Jej picie pomaga w walce z chorobami cywilizacyjnymi: nadkwasotą żołądka i osteoporozą (www.bukfurdo.hu).

Zaledwie 25 km na wschód od Bük usytuowane jest 15-tysięczne miasteczko Sárvár, gdzie spod ziemi biją dwa gorące źródła. Woda z nich łagodzi objawy schorzeń narządów ruchu oraz pomaga w rekonwalescencji powypadkowej. Oferta miejscowego kąpieliska jest niezmiernie bogata. Znajdziemy tu centrum SPA & Wellness, salon piękności, grotę solną, sypialnię dla zmęczonych atrakcjami maluszków czy ścieżkę Kneippa, która poprawia krążenie i odporność organizmu (www.sarvarfurdo.hu).

 

PAŁACE I ZAMKI

Sárvár słynie jednak nie tylko z kąpieliska. W centrum miejscowości wznosi się zamek rodu Nádasdych, którego obecny wygląd pochodzi z XVI w. Jego prawdziwą perłą jest Sala Galowa ozdobiona freskami z XVII stulecia, które przedstawiają waleczne czyny pogromcy Turków – Ferenca (Franciszka) Nádasdyego (1555–1604), zwanego przez nich „Czarnym Bejem”, czyli „Czarnym Wodzem”. Tuż obok zamku znajduje się 10-hektarowe arboretum.

Jadąc na zachód od Sárvár, wracając pod granicę węgiersko-austriacką, natrafimy na 12-tysięczne, historyczne miasteczko Kőszeg (po niemiecku Güns). Tutejszy zamek jest dla Węgrów miejscem szczególnym. W sierpniu 1532 r. chorwacki kapitan NikolaJurišić (po węgiersku Miklós Jurisics) stojący na czele ok. 50 żołnierzy i 700 chłopów obronił go przed 120-tysięczną armią turecką (słynne oblężenie Kőszeg). Tym samym uratował życie 1800 kobiet i 2200 dzieci, które znalazły schronienie na zamku. Obecnie trwa tu remont, który zakończy się w 2012 r.  

Kierując się na północ, w okolice jeziora Nezyderskiego, znajdziemy również fascynujące zamki i pałace. Niemal wszystkie z tych zabytkowych obiektów należały do słynnego książęcego rodu Esterházych. Do dzisiaj w posiadaniu tej rodziny jest wspaniały średniowieczny zamek Forchtenstein (po węgiersku Fraknó vára), który wznosi się kilka kilometrów od granicy, już po stronie austriackiej. Zachwyca on nie tylko swoim malowniczym położeniem i piękną architekturą. Na jego dziedzińcach zobaczymy także zapierające dech w piersiach malowidła, a we wnętrzach – skarbiec książęcy, galerię przodków (m.in. Włada Palownika, historycznego pierwowzoru Drakuli) czy kolekcję broni (www.esterhazy.at).

W dzisiejszym austriackim mieście Eisenstadt (po węgiersku Kismarton) oraz w Fertőd, już po drugiej stronie granicy, znajdują się dwa przepiękne pałace książęcego rodu. Oba zachwycają barokowym przepychem wnętrz i ogrodami francuskimi. Zarówno w pałacu w Eisenstadt, jak i w Fertőd organizuje się obecnie różne wydarzenia kulturalne – festiwale i koncerty. Nic w tym dziwnego, ponieważ ród Esterházy często związany był z muzyką z najwyższej półki.  

 

DŹWIĘKI MUZYKI

Namiestnik króla, książę Paul I (Pál) Esterházy (1635–1713) sam był poetą i kompozytorem. Żyjący w XVIII stuleciu Mikołaj Józef (Miklós József) Esterházy (1714–1790), wielki mecenas sztuki, zaprosił na swój dwór Josepha Haydna (1732–1809). Ten słynny kompozytor przez trzy dekady służył książęcemu rodowi (od 1761 do 1790 r.). W tym czasie powstało szereg jego dzieł, m.in. słynna Symfonia pożegnalna z 1772 r. Jej finał jest niezmiernie zaskakujący – członkowie orkiestry kolejno przestają grać i opuszczają scenę, gasząc świece umieszczone przy pulpitach. Podobno książę Mikołaj Józef trzymał muzyków miesiącami w swojej nowej rezydencji – Fertőd, podczas gdy ich rodziny mieszkały w Eisenstadt. Na próźno prosili oni o urlop. Haydn skomponował więc utwór, który był żartobliwą aluzją do sytuacji członków orkiestry na dworze księcia. Esterházy docenił duże poczucie humoru kompozytora i dał muzykom długo wyczekiwany urlop.

Z rodem Esterházych wiążą się również losy innego światowej sławy twórcy. Ta potężna rodzina magnacka miała także dwór w miejscowości Doborján, dzisiejszym Raidingu w Burgenlandzie, kilka kilometrów od obecnej granicy austriacko-węgierskiej. Tutaj właśnie urodził się w 1811 r. syn zarządcy, Ferenc (Franciszek) Liszt. Z chorowitego chłopca wyrósł jeden z najwybitniejszych kompozytorów i pianistów wszech czasów. Koncertował od Londynu do Petersburga, olśniewał wirtuozerią, a jego muzyka wywoływała niespotykane wcześniej emocje. Dwór Esterházych nie zachował się do naszych czasów. Ocalała natomiast oficyna, w której przyszedł na świat Liszt. Dzisiaj znajduje się tutaj interesująca wystawa, a w nowoczesnej sali koncertowej, wybudowanej w pobliżu, można posłuchać muzyki nie tylko tego wielkiego węgierskiego kompozytora (www.lisztomania.at).

W Sopronie co roku odbywa się festiwal artystyczno-muzyczny Dni Wiosenne w Sopronie (Soproni Tavaszi Napok; www.sopron.hu). Miasto to dostarcza jednak rozrywki nie tylko dla miłośników klasycznych brzmień. Od 1993 r. organizowany jest tutaj cieszący się ogromną popularnością VOLT Fesztivál, na którym występują gwiazdy muzyki alternatywnej, rockowej, jazzowej, elektronicznej oraz world music (www.sziget.hu/volt).

 

WINO I WINOBRANIE

Najbardziej znane Polakom wina węgierskie pochodzą z Egeru i Tokaju. Jednak okolice Sopronu mogą poszczycić się także wielowiekową tradycją winiarską. Najsłynniejszy szczep z tego regionu nazywa się po węgiersku Kékfrankos, po niemiecku Blaufränkisch, a po słowacku Frankovka modrá. Wytwarzane z niego czerwone wino ma wysoką zawartość soli i garbników, a jednocześnie pełny, harmonijny smak. Kékfrankos stanowi ponad połowę upraw winorośli w okolicach Sopronu, ale obok niego pojawiają się także nowe węgierskie szczepy oraz popularne międzynarodowe odmiany (www.soproniborvidek.hu).

Po drugiej stronie granicy sprawa wygląda podobnie, jednak Austriacy mogą się pochwalić pewnym ekskluzywnym produktem winiarskim. Jest to Ruster Ausbruch, wino deserowe z okolic miasteczka Rust, które wytwarza się podobnie jak Tokaji Aszú: do aromatycznego białego wina (muszkatu) dodaje się wybierane, wysuszone i okryte szlachetną pleśnią winogrona o bardzo wysokiej zawartości naturalnego cukru. Trunek ten smakuje najlepiej w zaskakującym połączeniu z mocnymi, słonymi i równie szlachetnymi smakami, np. z serami pleśniowymi czy foie gras (www.weinburgenland.at).

Winobranie to wielkie święto nie tylko dla winiarzy i smakoszy wina. Pod koniec sierpnia zjeżdżają na nie do Balf turyści nawet z najdalszych zakątków Węgier oraz z całej Europy. Winiarze i mieszkańcy miejscowości tworzą radosny pochód złożony z udekorowanych wozów, przebierańców oraz tradycyjnie przygotowanych na tę okazję wielkich słomianych kukieł. Nie może też – oczywiście – zabraknąć tańców i wina z zeszłorocznych zbiorów.

 

Wampirzyca czy ofiara?

Elżbieta Batory, po węgiersku Erzsébet Báthory (1560–1614), siostrzenica króla Polski Stefana Batorego, była żoną Ferenca Nádasdyego, pana na Sárvár i postrachu Turków. Po jego śmierci żyła samotnie na zamku w Čachticach, który znajduje się na terenie dzisiejszej Słowacji. Wokół jej osoby krążyły plotki. W 1610 r. György Thurzó (Jerzy Turzon), namiestnik cesarza Austrii i króla Węgier – Macieja II Habsburga, pojmał hrabinę. Jej służki zeznały po torturach, że ich pani ze szczególnym okrucieństwem zabiła kilkaset dziewcząt i kąpała się we krwi ofiar, żeby się odmładzać. Oskarżenia te były absurdalne, bowiem krew ludzka krzepnie tak szybko, że nie da się w niej kąpać, a Elżbieta tak naprawdę nigdy nie była szczególnie piękna i nie zabiegała o względy mężczyzn. Nieszczęsną hrabinę chciano prawdopodobnie usunąć z powodów politycznych. Bez procesu zamurowano ją w jednej z komnat zamku w Čachticach, przez mały otwór otrzymywała jedynie jedzenie i picie. Zmarła obłąkana w sierpniu 1614 r. W ciągu następnych stuleci plotki i pomówienia przerodziły się w legendę. Elżbieta Batory miała podobno pić krew swoich ofiar, przedstawiano ją także jako lesbijkę. Jej postać zainspirowała m.in. twórców horrorów i gier komputerowych. W ostatnich latach zrobiono o niej dwa filmy: francusko-niemiecki, w reżyserii Julie Delpy pt. Hrabina (The Countess) – tłumaczy on czyny bohaterki mrocznych legend metodami psychologii, słowacko-czesko-angielsko-węgierski (Báthory), który stara się zrehabilitować historyczną postać, przypisując jej jednocześnie płomienny romans z włoskim malarzem Caravaggiem.


 

Artykuły wybrane losowo

Sycylia, Sardynia i Elba – trzy oblicza Włoch

MAGDALENA CIACH-BAKLARZ

www.italiapozaszlakiem.com

 

<< Sycylia, Sardynia i Elba są trzema największymi włoskimi wyspami. Okalają Morze Tyrreńskie oblewające Półwysep Apeniński od południowego zachodu. Każda z nich ma zupełnie inny charakter. Aby je naprawdę poznać, nie wystarczy wpaść z krótką wakacyjną wizytą, trzeba zostać na dłużej lub wracać w ich gościnne progi wielokrotnie. >>

Więcej…

Zanurz się w kulturze na pograniczu Węgier i Austrii

Noémi Petneki

 

Po obu stronach granicy austriacko-węgierskiej i wzdłuż brzegów jeziora Nezyderskiego rozciąga się ten sam region. Dzisiejszy Burgenland (po węgiersku Őrvidék), najbardziej wysunięty na wschód i najmłodszy kraj związkowy Austrii, od XII w. był częścią historycznego Królestwa Węgier, które od XVI stulecia (po bitwie z Turkami pod Mohaczem w 1526 r.) dostało się pod panowanie Habsburgów i Cesarstwa Austriackiego. Dziś, po obaleniu żelaznej kurtyny i wstąpieniu Węgier do Unii Europejskiej w 2004 r., znów (jak za czasów Monarchii Austro-Węgierskiej) praktycznie nie zauważamy, kiedy przejeżdżamy tutaj przez granicę. Węgrzy (nasi bratankowie) i Austriacy nazywają siebie szwagrami – w ten sposób wszyscy jesteśmy ze sobą trochę spowinowaceni…

Więcej…

Irański skarbiec Bliskiego Wschodu

 

Isfahan_2.jpg

Plac Naghsz-e dżahan w Isfahanie

© PARS TOURIST AGENCY

 

Karolina Rakowiecka-Asgari

 

Iran to prawdziwy raj dla turystów. Obfituje w rozmaite atrakcje – od śnieżnych stoków narciarskich po gorące wybrzeże Zatoki Perskiej, od niezwykle suchych terenów w centrum po obszary wilgotnego klimatu nadkaspijskiego, od najnowocześniejszej architektury po subtelne meczety i zagubione w piaskach pustyni wioski z domami z gliny mieszanej ze słomą oraz bezcenne zabytki starożytności. Wszystkie te miejsca pozostają niemal dziewicze, ponieważ zagranicznych przybyszów wciąż przyjeżdża w te strony na tyle niewielu, że budzą autentyczną sympatię i zaciekawienie Irańczyków. Dlatego można tutaj nadal zaznać najprawdziwszej słynnej perskiej gościnności. Pod przyjętą w językach państw zachodnich dopiero w 1935 r. rodzimą nazwą Iran, od zawsze stosowaną przez mieszkańców kraju, kryje się przecież właśnie Persja, odgrywająca tak ważną rolę w dziejach świata od starożytności.

Choć Persowie stanowią dziś zaledwie ponad 50 proc. ludności państwa, od stuleci, a właściwie tysiącleci, to właśnie ich kultura dominuje nie tylko w irańskich granicach, ale i całym regionie. Trzeba pamiętać, że odkąd w VI w. p.n.e. powstało pod wodzą Cyrusa II Wielkiego pierwsze perskie imperium Achemenidów rozciągające się w okresie swojej świetności od Indii po Egipt, zwyczaje i tradycje niesione przez język perski – pełniący funkcję lingua franca na licznych terytoriach świata starożytnego, a potem w kalifacie – rozprzestrzeniły się na ogromnym obszarze (mawiano, że i w muzułmańskim raju perski ma być używany na równi z arabskim). Nigdy nie była to jednak kultura zamknięta. Przeciwnie, tym, co pozwoliło jej przez tysiące lat zachować tożsamość, okazała się zdolność asymilowania wpływów, w tym tych najstarszych asyro-babilońskich, stepowych, greckich, a z czasem arabskich (od najazdu w VII w.), tureckich i mongolskich. Każdy kolejny najeźdźca bądź nowy sąsiad szybko uczył się tutejszych wzorców. Nawet Mongołowie, którzy w XIII w. dosłownie obrócili w niwecz wschodnie centra kulturowe ówczesnej Persji, już w pierwszych pokoleniach jako nowi władcy kraju przejmowali nie tylko religię, ale i zamiłowanie do sztuki i język. W ten sposób literatura perska, jedna z najznamienitszych na świecie, przesiąknięta starymi, przedislamskimi motywami i mitami, znajdowała mecenasów wśród kolejnych obcych rządzących.


Do dziś dzieła literackie stanowią ważny element zbiorowej tożsamości Irańczyków i ich dumę narodową. Taksówkarze, przekupnie czy hotelarze z wypiekami na twarzy wyrecytują nam całe długie fragmenty poezji klasycznej lub też eposu Księga królewska (Szahname), pochodzącego już z okresu islamskiego (przełom X i XI w.), ale opiewającego świetność legendarnych i historycznych władców sprzed najazdu arabskiego. Mieszkańcy Iranu powszechnie sądzą, że XIII-wieczny mistyk i poeta Rumi (1207–1273), współczesny mu Sadi z Szirazu (1213 lub 1219–1291) bądź późniejszy o wiek Hafiz (Hafez, ok. 1315–ok. 1390) lepiej wyrażali ich bolączki niż obecni twórcy. To zresztą kolejna tutejsza osobliwość – choć język nowoperski (farsi) rozwija się od IX stulecia, jego wczesne formy są znacznie łatwiej zrozumiałe dla dzisiejszych irańskich czytelników niż utwory Mikołaja Reja czy Jana Kochanowskiego dla Polaków.

Współcześni Persowie

Shiraz_Botanical_Garden.jpg

Botaniczny Ogród Eram należący do Uniwersytetu w Szirazie

©WIKIMEDIA COMMONS/NICK TAYLOR



Perski jest nadal jedynym urzędowym językiem Iranu, mimo iż jako pierwszym posługuje się nim zaledwie ponad trzy razy więcej ludzi niż azerskim (azerbejdżańskim). Tego drugiego, należącego do języków tureckich, większość obywateli kraju używa na co dzień, podczas gdy ten oficjalny, którego jeszcze niedawno (przed rozpowszechnieniem telewizji) wiejskie dzieci uczyły się dopiero w szkole, funkcjonuje w pozostałych sferach. Podobnie rzecz ma się z mniejszościami, takimi jak Kurdowie, Arabowie czy Beludżowie. Wynika to po trosze z przywiązania do potężnej tradycji narodowej, ale także z polityki państwowej – Islamska Republika Iranu przyznaje teoretycznie nieograniczone prawa grupom etnicznym, mimo to w praktyce oczekuje od nich asymilacji z obawy przed tendencjami separatystycznymi. Różnorodność kulturową widać jednak wyraźnie na irańskiej prowincji (w Teheranie nazywa się nią – jak w Paryżu – całą resztę kraju). Poza dużymi ośrodkami jest zdecydowanie barwniej: kobiece stroje mienią się kolorami koczowniczych spódnic, turkmeńskich chustek i kwiecistych czadorów modlitewnych, które w miastach nosi się jedynie koło domu. Mniej tu czerni nadal dominującej w przestrzeniach publicznych metropolii. Bardziej natomiast będą się rzucać w oczy turystki w opadającej chustce i swobodniejszym stroju, które w stolicy zginęłyby w tłumie teheranek.


Skarby Isfahanu

12810px-Isfahan_Royal_Mosque_general.jpg

Isfahański Meczet Imama (Meczet Szacha) wzniesiony w XVII w

©WIKIMEDIA COMMONS/PATRICK RINGGENBERG



Przedstawicielami mniejszości są w rozumieniu prawa irańskiego przede wszystkim wyznawcy innych religii niż islam szyicki. Ormianie, żydzi, lokalni chrześcijanie i zaratusztrianie (zoroastryjczycy) mogą liczyć na szczególne przywileje, takie jak reprezentacja parlamentarna. Obecnie ok. 99,5 proc. Irańczyków jest muzułmanami, z czego mniej więcej 89 proc. to szyici. Ten odłam islamu dopiero w XVI w. stał się elementem tożsamości forsowanym przez dynastię Safawidów jako przeciwwaga dla sunnickiego imperium osmańskiego. Okres rządów tych władców (1501–1722) to czas odrodzenia narodowego, po którym zostało wiele imponujących zabytków, wśród nich miasto ogrodów i pałaców – Isfahan. Z uwagi na spójność koncepcji architektonicznej bywa ono porównywane z Krakowem. Jego centrum stanowi dawny plac do wywodzącej się prawdopodobnie z Iranu gry w polo, czyli Naghsz-e dżahan (Obraz Świata). Dziś jak na krakowskim Rynku Głównym stoją tutaj dorożki czekające na tłumy turystów. Tuż obok znajduje się bazar, jeden z najbogatszych i najczarowniejszych w kraju, na którym można nie tylko zaopatrzyć się w isfahańskie i koczownicze dywany sławne na cały świat, ale także przyjrzeć się pracy rzemieślników wytwarzających lampy, naczynia czy stemplowane ręcznie bawełniane tkaniny, tzw. kalamkary. W jego zaułkach natkniemy się na tradycyjne herbaciarnie (czajchany), gdzie poza pyszną perską herbatą zamówimy fajkę wodną (ghaljan) i dizi – typową irańską potrawę spożywaną według ustalonego rytuału (osobno zjada się sos z chlebem, oddzielnie mięso i warzywa ubite na miazgę).

Po powrocie z bazaru na Naghsz-e dżahan staniemy naprzeciw największego meczetu w Iranie zwanego niegdyś Meczetem Szacha, a dziś – jak wiele innych placów, dróg i świątyń – noszącego miano Meczetu Imama (przy czym po 36 latach, jakie minęły od rewolucji 1979 r., miejscowi nadal często używają dawnych nazw, całkowicie ignorując te nowsze). Imponuje on nie tylko swoimi rozmiarami i subtelnością wzorów, ale i niespotykanymi efektami akustycznymi ułatwiającymi pracę kaznodziejów. W miejscu, gdzie najlepiej niesie się głos, znajdziemy zawsze grupkę entuzjastów badających zjawisko echa. Na prawo od ogromnego gmachu ujrzymy kolejną nietypową budowlę sakralną – Meczet Szejcha Lotfallaha. Charakteryzująca się niesłychaną grą światła i cienia, stosunkowo niewielka świątynia wyróżnia się brakiem minaretów, niepotrzebnych z uwagi na to, że należała do prywatnego haremu szacha Abbasa I Wielkiego (1571–1629). Po przeciwległej stronie placu wznosi się pałac Ali Kapu (Ali Ghapu) o koronkowych drewnianych sufitach stanowiących niepowtarzalne głośniki podczas odbywających się w nim koncertów. W wielu isfahańskich obiektach, takich jak pałac Czehel Sotun (Czterdzieści Kolumn), odkryjemy przykłady malarstwa figuratywnego w muzułmańskim Iranie, będącym przecież ojczyzną miniatur. Islam irański na ogół słabiej ulegał wpływom ortodoksyjnym i chętnie asymilował tradycje lokalne. Bogate w malunki są także kościoły dzielnicy ormiańskiej – słynnej Dżolfy, którą szach Abbas I Wielki założył, aby wykorzystać obrotność Ormian dla budowania potęgi gospodarczej miasta. Przez środek Isfahanu przepływa rzeka Zajanderud, należąca do najpiękniejszych w kraju. W jednym z malowniczych mostów – Chadżu czy Sijose – możemy napić się herbaty po długim zwiedzaniu.

Od stolicy do Szirazu



Do Isfahanu dojedziemy z Teheranu w ok. 7 godz. wygodnym autokarem. Turyści na ogół chętnie porzucają stolicę, która – choć pięknie położona u podnóża masywu górskiego Elburs, pełna muzeów i parków – jest tłoczna i zanieczyszczona, jak na 8,5-milionowe miasto (a właściwie znacznie większe, bo zlało się w jeden organizm z licznymi satelitami) przystało. Po obejrzeniu klejnotów koronnych i odbyciu górskiej wycieczki (pieszo lub kolejką) większość nowo przybyłych ma dość zgiełku, korków (i tak zmniejszonych przez kilka linii metra) i kierowców mnóstwa samochodów nie zważających za bardzo na przepisy. Warto wiedzieć, że jeśli w trakcie powrotu z wędrówki po górach zostaniemy poczęstowani daktylami lub domowej roboty chałwą, powinniśmy przyjąć poczęstunek. To nazri, czyli jedzenie rozdawane za spełnienie modlitwy, w intencji zmarłego czy jakiejś ważnej sprawy. Najczęściej spotkamy się z nim w miesiącach ramadan i moharram (upamiętniającym żałobę po imamie szyickim Husajnie ibn Alim, wnuku proroka Mahometa, który zginął w 680 r. w bitwie pod Karbalą). W drugim z nich odbywają się spektakularne procesje żałobne i przedstawienia tradycyjnego teatru pasyjnego ta’zije. Poza tym przygotowuje się także wtedy większe nazri, często w postaci całych posiłków wręczanych przechodniom. Oba miesiące są ruchome, ponieważ liczy się je według kalendarza księżycowego. Dlatego dobrze wcześniej sprawdzić, kiedy w danym roku wypadają.

Jedna z najpopularniejszych dróg z Teheranu prowadzi właśnie do Isfahanu, a dalej na południe do Szirazu, kolejnej dawnej stolicy Persji, miejsca życia i pochówku wybitnych poetów: Sadiego i Hafiza (Hafeza). Do grobu tego ostatniego Irańczycy dosłownie pielgrzymują. Miasto powita nas również słynną Bramą Koranu, mauzoleum braci szyickiego imama Alego Rezy – Szach Czeragh, XVIII-wiecznym Bazarem Wakil i palmami daktylowymi (perskie daktyle należą do najlepszych na świecie, podobnie jak tutejsze pistacje i kawior). Dojedziemy stąd do Persepolis, stolicy ceremonialnej Achemenidów, spalonej w 330 r. p.n.e. podczas najazdu Aleksandra Wielkiego na Persję, ale nawet w postaci ruin imponującej rozmachem zamierzeń architektonicznych i płaskorzeźbami ukazującymi wielonarodową procesję lenników niosących dary swojemu achemenidzkiemu suwerenowi, szachinszachowi – królowi królów. W samym Perspepolis i nieopodal niego znajdują się skalne mogiły perskich monarchów. W pobliskim starożytnym mieście Pasargady stoi samotny grobowiec Cyrusa II Wielkiego, założyciela dynastii, o którym z takim uznaniem pisze autor biblijny.

Nomadzi i zaratusztrianie

Iran_-_Yazd.jpg

Kompleks Amir Czakmagh z meczetem i dwoma minaretami w Jaździe

©WIKIMEDIA COMMONS/ALIREZA JAVAHERI



Z Szirazu (albo z Isfahanu) można wybrać się z wizytą do koczowników (szacuje się, że ok. 1,5 proc. ludności Iranu nadal, przynajmniej okresowo, żyje w obozowiskach) nad Zatokę Perską, gdzie temperatura nie spada właściwie poniżej 20°C. Warto również wyruszyć na północny wschód do Jazdu, aby podziwiać zachowane w niezmienionym kształcie gliniane stare miasto pełne urokliwych zaułków i wąziutkich uliczek, a także poznać nieco zaratusztrian, których jest tu – obok Teheranu – najwięcej. Zaratusztrianizm to jedna z najstarszych wciąż żywych religii światowych o korzeniach sięgających II tysiąclecia p.n.e. Odegrał on niebagatelną rolę w rozwoju wielkich monoteistycznych systemów religijnych, przede wszystkim poprzez wpływ na judaizm, w którym zaczepił motywy sądu ostatecznego, raju, piekła i zmartwychwstania. Według niektórych danych dziś na świecie żyje nawet 125 tys. zaratusztrian, w tym mniej więcej 20 tys. w Iranie.

W samym Jaździe znajduje się zaratusztriańska świątynia ognia oraz wieże milczenia, służące niegdyś do wystawiania zwłok uważanych za siedzibę demonów. Pochowane w ziemi ciała zanieczyściłyby jeden ze świętych żywiołów. Dopiero oczyszczone przez ptaki kości mogły zostać pogrzebane pośrodku wieży. Dziś nie praktykuje się już takich pochówków, a zmarłych grzebie się na współczesnym cmentarzu z betonowymi grobami. Ołtarz ognia, wyjątkowo stary i szanowany, zobaczymy też w pobliskim Czak Czak, celu pielgrzymek zaratusztrian. Bije w nim święte źródło, które miało powstać w miejscu, gdzie litościwa skała rozstąpiła się przed perską księżniczką uciekającą przed arabskimi najeźdźcami. Niechęć do Arabów, którzy mimo swojej przewodniej roli w islamie uchodzą wśród Persów za pośledniejszy kulturowo naród, pozostaje w Iranie żywa po dziś dzień. Sami Irańczycy wywodzą się z ludów indoeuropejskich (nie semickich jak arabscy mieszkańcy Afryki i Półwyspu Arabskiego), co uważają za powód do dumy.

Z Jazdu można udać się na północny zachód do Kaszanu – miasta pałaców, z którego polscy królowie sprowadzali dywany – i dalej do Teheranu, żeby zdążyć na samolot powrotny do Europy. Osoby dysponujące większą ilością czasu mają szansę odnaleźć w tym kraju takie czarowne miejscowości jak Abjane koło Kaszanu czy Masule niemal nad Morzem Kaspijskim, a także ormiańskie klasztory, wiele bezcennych zabytków starożytnych bądź islamskich oraz centra pielgrzymkowe, m.in. Kom (Ghom) i Meszhed. Niezapomnianych wrażeń dostarcza podziwianie monumentalnej przyrody: dwóch wysokich łańcuchów górskich Elburs i Zagros, piaszczystych i słonych pustyń oraz całkiem odmiennych wybrzeży Zatoki Perskiej i Morza Kaspijskiego. Jednak nawet krótka wycieczka w te strony pozwala poznać choć w pewnym stopniu tę fascynującą krainę, w której czas płynie inaczej. O samym Isfahanie Irańczycy mówią nesf-e dżahan, co znaczy „połowa świata”. Jak wielki i wspaniały musi być zatem cały Iran…

Pomocne wskazówki

Na koniec warto wspomnieć o kilku uwagach praktycznych. Po tym kraju podróżuje się dobrze nie tylko dzięki życzliwości jego mieszkańców. Między największymi jego miastami wytyczono wygodne drogi, działa w nim rozwinięta sieć połączeń lotniczych i autobusowych, w wiele miejsc można dojechać pociągiem (najlepiej kupić bilet wcześniej i pomyśleć o kuszetce, gdyż Iran jest parokrotnie większy od Polski i podróż drogą lądową pomiędzy poszczególnymi ośrodkami trwa na ogół kilka, czasem nawet kilkanaście godzin). Wielbiciele luksusu znajdą tutaj eleganckie hotele, a osoby z mniejszym budżetem – tanie hostele. Poza tym meczety i pokoje modlitw są otwarte dla zmęczonych podróżnych czekających na pociąg czy autobus. Nikomu nie będzie przeszkadzać, jeśli się w nich prześpimy.

Przed wyjazdem należy zaszczepić się na żółtaczkę. Kobiety, także przyjezdne, obowiązuje hidżab (dosłownie zasłona), co w praktyce oznacza konieczność noszenia chustki lub szala, choćby niedbale narzuconych na włosy, oraz stroju zasłaniającego ręce i nogi, np. spodni i koszuli. Lepiej nie planować też podróży na najgorętszą część roku, zwłaszcza sierpień przynosi trudne do opisania upały. Na południu Iranu, gdzie w lutym temperatura nie spada poniżej 20°C, w lecie termometry wskazują nierzadko 50°C. Ludzie starają się wtedy nie wychodzić z klimatyzowanych pomieszczeń. Również na północy kraju, w Teheranie, a zwłaszcza pasie nadkaspijskim, w którym wilgotność powietrza dochodzi do 90 proc., gorące miesiące są nie do wytrzymania. Znakomitym czasem na wyprawę w te strony jest okres wiosenny. W marcu przyroda wybucha feerią barw, a temperatury wciąż pozostają całkiem znośne. Okolice Nouruzu – perskiego nowego roku obchodzonego w pierwszym dniu wiosny – to niestety pora wzmożonego ruchu turystycznego i jeśli ktoś planuje nocować w hotelach, powinien raczej zdecydować się na wyjazd na przełomie lutego i marca bądź wstrzymać się z nim do kwietnia. Jak we wszystkich krajach muzułmańskich, nawet w mało ortodoksyjnym Iranie lepiej unikać ramadanu, kiedy trudniej niż zwykle o świeże jedzenie. Turyści mogą się jednak stołować w wielu miejscach i nie narażą się też na żadne nieprzyjemności, pijąc czy posilając się na jakiejś bocznej ulicy. Podróżnych islam zwalnia z obowiązku poszczenia.

Irańczycy są bardzo gościnni, ale i kurtuazyjni. Zanim kilkakrotnie nie powtórzą zaproszenia nastawmy się raczej, że mamy do czynienia z ta’arofem – formą czysto grzecznościową, za którą nie stoi rzeczywista propozycja. W przeciwnym wypadku możemy sprawić gospodarzowi kłopot. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku kursu taksówką. Nawet jeśli kierowca uparcie uchyla się od przyjęcia zapłaty, należy ją uiścić. Na koniec jeszcze jedna wskazówka: lepiej uważać na motocykle na chodnikach. Jeśli ich nie liczyć, Iran jest wyjątkowo bezpiecznym krajem – nawet kradzieże przydarzają się tu rzadziej niż gdzie indziej. Dlatego zdecydowanie warto odwiedzić tę niesamowitą starożytną krainę na Bliskim Wschodzie.