ANNA KŁOSSOWSKA

italiannawdrodze.blogspot.com

 

<< „A tavola ’un s’invecchia”, czyli „Przy stole się nie starzeje” – przekonuje w lokalnym dialekcie regionalne przysłowie. Właśnie od posiłku z kieliszkiem wina warto zacząć podróż po Toskanii. Niekoniecznie trzeba ruszać tropem zdyszanych grup, w tempie „presto” zaliczających w letnim skwarze popularne zabytki: Krzywą Wieżę w Pizie, Piazza del Campo w Sienie słynącej z wyścigu konnego, Palio, czy Katedrę Matki Boskiej Kwietnej z kopułą Filippa Brunelleschiego i tzw. Most Złotników, Ponte Vecchio, we Florencji. Jest tu wiele innych miejsc do zobaczenia. >> 

 

Delektowanie się słynnym dolce vita w Toskanii

© SOLSTOCK/E+/GETTYIMAGES

 

Toskania to jeden z największych włoskich regionów (ma niemal 23 tys. km² powierzchni i ponad 3,7 mln mieszkańców). Leży w górnej części Półwyspu Apenińskiego i rozciąga się wzdłuż wybrzeży Morza Tyrreńskiego i Liguryjskiego. Na mapie przypomina nieco ludzką twarz zwróconą w stronę Wysp Toskańskich (również należących do tej historycznej krainy Italii) i francuskiej Korsyki.

 

Wbrew pozorom ten słynny obszar Włoch, tak popularny wśród turystów, wciąż potrafi zaskakiwać. W Toskanii romansująca z Napoleonem Bonapartem Maria Walewska ma twarz Grety Garbo, prawdziwi kowboje przemierzają niziny na swoich koniach, wzgórza oddychają parą, a rodzina Agnellich, kojarzona nie bez powodu z koncernem Fiat, zażywa odpoczynku na piaszczystej plaży. O wszystkim tym, drodzy Czytelnicy magazynu All Inclusive, dowiecie się, czytając bez pośpiechu ten artykuł. Avanti!

 

OAZY DLA BOGATYCH

Na tutejszym wybrzeżu można nie tylko plażować. W okolicy wiele się dzieje i dużo jest do odkrycia. Wyginam śmiało ciało do słońca na hotelowej plaży w Forte dei Marmi, ciągnącej się jak okiem sięgnąć, należącej do najlepszych w regionie. Nieco denerwują mnie stabilimenti balneari, kompleksy kąpielowe z betonu, szatkujące kilometry piaszczystych przestrzeni. Z drugiej strony mam pod ręką wygodne przebieralnie, prysznice i bar z espresso, gelato, a nawet talerzem świeżych frutti di mare. To jednak dobry, ułatwiający bezpieczne leniuchowanie wynalazek, choć i do tych oaz dla zamożniejszej klienteli docierają bardziej obrotni przybysze z Afryki z podróbkami toreb od Gucciego czy Prady. Bella borsa per bella donna – mówi smagły młodzieniec o modelowo wyrzeźbionym ciele i zagląda mi w oczy z nadzieją, że skuszę się na komplement o pięknej kobiecie. Już nauczył się bajerować od Włochów, spryciarz! 

Rozległa plaża w modnym kurorcie Fortedei Marmi

© ZARCHIWUMMARIIBANDONI,WWW.VILLACOSTA-TOSKANIA.PL

DZIEDZICE FORTUNY

Na tej samej plaży z majaczącymi w tle dwutysięcznikami Alp Apuańskich (na czele z Monte Pisanino – 1946 m n.p.m.), których wierzchołki często nawet latem pokrywa śnieg, kopał dołki przed laty Gianni (Giovanni) Agnelli, wnuk założyciela firmy Fiat, a potem główny akcjonariusz motoryzacyjnego giganta. W Forte dei Marmi każde lato w Villi Costanza spędzali rodzice chłopca, Edoardo i Virginia. Gdy ojciec zginął w lipcu 1935 r. w katastrofie prywatnego samolotu, matka wdała się w romans z Curziem Malapartem, pisarzem i dziennikarzem, który od fascynacji faszyzmem ewoluował do zainteresowania maoizmem. Ponoć z powodu bolesnych wspomnień Gianni Agnelli sprzedał willę, czym zerwał na pół wieku rodzinne powiązania z Forte dei Marmi. W 2018 r. Andrea Agnelli, 42-letni wówczas prezes Juventusu i syn brata Gianniego, Umberta, nabył tutaj jednak inną posiadłość, położoną przy centralnej, luksusowej via Agnelli. To oznacza, że do Forte dei Marmi, gdzie od zawsze za wysokimi murami mieszkała włoska socjeta i wszystko musiało być chic, ściągać będzie jeszcze więcej gwiazd. Dlatego zapewne minionego lata objęto ściślejszą ochroną (patrolami z psami) nawet niestrzeżoną plażę Le Dune, gdzie zresztą zachował się jakiś bunkier. 

 

LENNON Z PAPIER MÂCHÉ

Mniej więcej 10 km na północny zachód od wspomnianej Spiaggia Le Dune del Forte rozciąga się niemal równie piękna plaża Marina di Massa, też z Alpami Apuańskimi w tle. W kamieniołomach Massy i sąsiedniej Carrary wydobywa się od czasów etruskich biały marmur wykorzystywany jako materiał do wielu rzeźb i zdobiący największe zabytki nie tylko Toskanii i całych Włoch. 

 

W odległości ok. 20 km na południowy wschód od Forte dei Marmi leży znane kąpielisko w Viareggio. Na jego szeroką, piaszczystą plażę miejscowi i turyści ściągają również w czasie karnawału, gdy głównym nadmorskim deptakiem suną platformy na kołach z gigantycznymi, groteskowymi figurami z papier mâché. Oprócz zawsze obśmiewanych polityków w kółko zmieniającego się włoskiego rządu nie brakuje znanych na świecie postaci: jest John Lennon, Donald Trump, papież czy bohaterowie bajek. Uwielbiam ludyczny charakter tego wydarzenia i ogłuszającą kakofonię dźwięków. Z każdego głośnika słychać inną muzykę, ale zawsze mam ochotę do pląsów pośrodku chodnika z tłumem nieznanych mi osób, bo tylko w Italii czuję ten luz, tumiwisizm określany terminem ukutym przez Gabriela D’Annunzia: menefreghismo. 

 

DZIEWICZA MAREMMA

W lipcu lubię zjeżdżać do miasteczka ze słowem połów w nazwie – Castiglione della Pescaia – na Święto Ryb, Kalmarów i Ośmiornic (Sagra dei Pesci, Calamari e Polpo). Prosto z morza trafiają one na grille ulicznych stoisk. Przed zachodem słońca ustawiam się przy wbijającym się w ląd kanale, którym pełne kutry wpływają do portu. Ta słynąca z najpiękniejszych plaż w regionie tzw. toskańska Szwajcaria nadal ma w sobie coś z sennej atmosfery rybackiej miejscowości. 

 

Jestem już na południowym wybrzeżu Toskanii, w graniczącej z Lacjum Maremmie. Rowerem leśnym szlakiem wjeżdżam na teren parku (Parco Regionale della Maremma). Mijam butteri, tutejszych kowbojów na koniach, i docieram na dziewiczą plażę o niemal białym piasku, drobnym i delikatnym jak mąka. Żadnych stabilimenti balneari ani tłumów, tylko cisza i pusta przestrzeń granicząca z lazurem morza. Nade mną, na pokrytych zielenią skałach znajdują się ruiny jednej z kamiennych wież, które strzegły mieszkańców wybrzeża przed piratami i Turkami. Czyżbym była w raju…? 

 

ELBA I DUCH CESARZA

Elba kojarzy się oczywiście z Napoleonem Bonapartem – odpowiada na moje pytanie jeden ze znajomych, z którymi wypoczywam we Włoszech. Ale czy rzeczywiście wszystko na tej jednej z Wysp Toskańskich kręci się wokół cesarza Francuzów?

 

Po wejściu na pokład w porcie w toskańskim Piombino w mniej więcej godzinę docieramy na miejsce. Podróż promem w słoneczny dzień jest bajkowa – statek sunie po Morzu Tyrreńskim niczym po gładkiej autostradzie, a po drodze mijają nas jednostki czterech obsługujących tę trasę przewoźników (BluNavy, Moby Lines, Corsica Ferries – Sardinia Ferries i Toremar). To pokazuje, jak dużą popularnością Elba cieszy się wśród turystów. Z burty naszego promu uśmiechają się kolorowe postacie z bajek, wzbudzające emocje u dzieci, które szaleją na pokładzie, nie bacząc na różnice językowe dzielące ich ze współtowarzyszami rejsu. Popatrz mamo, biało-czerwona, jak polska! – odzywa się kilkuletni smyk z mojej wycieczki. Jego głos przebija się między rykiem syreny cumującego statku a ogólnym harmidrem. Brawo Antku, rzeczywiście Elba ma flagę biało-czerwoną, tyle że czerwony pas przecina białe pole na skos, biegnie od góry ku dołowi, od lewej do prawej, a znajdują się na nim trzy złote pszczoły – mówię i wskazuję na banderę powiewającą na lekkim wietrze na portowych zabudowaniach. 

 

SPRINTEM NA FORTY

Właśnie w miejscu, gdzie opuszczamy statek, w 12-tysięcznym miasteczku Portoferraio 4 maja 1814 r., schodził na ląd Napoleon Bonaparte. Pokonany przez śniegi Rosji, rozgromiony w bitwie narodów pod Lipskiem, musiał zrzec się władzy. Zachował jednak dożywotnio tytuł cesarza, otrzymał roczny dochód 2 mln franków, a na siedzibę wygnania wybrał sobie Elbę (warunki abdykacji potwierdził traktat z Fontainebleau). Szybko stała się ona jego księstwem (Principato dell’Isola d’Elba). Dlatego po przybyciu nakazał, aby w najwyższym punkcie Portoferraio załopotała flaga z trzema złotymi pszczołami, nawiązującymi do symboliki dynastii Merowingów – to za jej czasów państwo Franków było imperium obejmującym ziemie od Renu po Pireneje. Napoleon Bonaparte też śnił o potędze. 

 

Wyruszamy z Piazza della Repubblica. Placem o tej nazwie szczyci się chyba każde włoskie miasteczko na pamiątkę faktu, że Włochy w 1946 r. z monarchii stały się republiką (decyzję podjęto na podstawie wyników głosowania w referendum). Idziemy wzdłuż łuku nabrzeża okolonego pastelowymi domami, na wodzie kołyszą się luksusowe jachty i katamarany. Nie widać kryzysu drążącego Italię. Wysoko przed nami, na skalistym cyplu pysznią się Twierdze Medyceuszy (Fortezze Medicee) – Forte Falcone i Forte Stella – jednych z licznych władców wyspy, która przez wieki przechodziła z rąk do rąk. Podobno pierwsi wylądowali na Elbie Argonauci, a pamiątką po mitologicznych uczestnikach wyprawy po złote runo są ślady ich potu w formie czarnych plam na białych kamieniach zdobiących jedną z najpiękniejszych tutejszych plaż – Ghiaie w Portoferraio.

 

Lokalna legenda mówi, że Napoleon Bonaparte pospieszył do Forte Stella od razu po przycumowaniu, aby zrabować cenne popiersie wielkiego księcia Toskanii Kosmy I Medyceusza (Cosima I de’ Medici) wykonane z brązu przez rzeźbiarza Benvenuta Celliniego. Zastanawiam się jednak, czy 44-letni wówczas wódz, sterany trudami wielu kampanii, był w stanie wbiec pod stromą górę w spiekocie dnia. My bardzo stromymi uliczkami pełnymi pokus w postaci barów z aromatyczną kawą, klimatycznych butików rzemieślniczych i sklepików z piwem Napoleon sprzedawanym m.in. w pudełkach w formie jego czarnej czapki, bikornu (dwurogu), z trudem dotarliśmy do celu po chyba 40 minutach cali zlani potem.

 

UKOCHANY WŁADCA

W czasie 10-miesięcznego pobytu na Elbie (od 4 maja 1814 r. do 26 lutego 1815 r.) Bonaparte dał się poznać jako dobry gospodarz. Budował nowe drogi łączące rozsypane po wyspie miasteczka, szpitale, wodociągi, a nawet latryny, dlatego pamięć o nim tu nie przemija – opowiadam. Cesarz Francuzów mieszkał niedaleko fortów. Piaskowa fasada jego dawnego domu wyróżnia się pewną elegancją spośród sąsiadujących z nim budynków. Zbudowana w 1724 r. dla wielkiego księcia Toskanii Jana Gastona Medyceusza (Giana Gastone de’ Medici) Villa dei Mulini (Palazzina dei Mulini) została potem przerobiona na potrzeby Napoleona Bonapartego przez architekta z Livorno, Paola Bargigliego, który powiększył ją o dodatkowe piętro. Pszczoły, gwiazdy, orły cesarskie z festonami w dziobach, litera N opleciona wieńcem laurowym – te wszystkie elementy zdobień charakterystyczne dla stylu empire dostrzegamy podczas zwiedzania sal dawnej rezydencji, dziś pełniącej funkcję muzeum (Museo Nazionale della Villa dei Mulini). Większość wyposażenia, choćby meble z jadalni, uzupełniono w późniejszych czasach, ale zawartość biblioteki i pamiątki, np. kopia obrazu Horace’a Verneta Śmierć księcia Józefa Poniatowskiego czy przedstawienie francuskiego cesarza na biwaku w Polsce, są autentyczne, podobnie jak flaga z pszczołami i proporzec polskich szwoleżerów, których ponad 100-osobowy szwadron ochotników pod dowództwem majora Pawła Jerzmanowskiego (tzw. Szwadron Elby) stacjonował w jednej z Twierdz Medyceuszy, Forte Falcone, czyli Forcie Orła. Stanowił on część 600-osobowej elitarnej Gwardii Cesarskiej Napoleona Bonapartego. Z okien willi i znajdującego się na tyłach niewielkiego ogrodu roztacza się panoramiczny widok na morze wraz z Wyspami Toskańskimi, do których należy Elba. 

 

WIDOK NA KORSYKĘ

Po szybkich zakupach produktów lokalnych (wielosmakowego miodu i kosmetyków marki Acqua dell’Elba) zasiadamy do lunchu w miasteczku. Na drewniany stół osterii wjeżdżają regionalne dania: cacciucco, czyli zupa z kawałków różnych ryb zaprawiona pomidorami, zuppa di granchi favolli na bazie krabów i sburrita z dorsza (sburrita di baccalà). To dawny posiłek górników wydobywających rudę żelaza. Złoża na wschodnim wybrzeżu na przylądku Calamita eksploatowano od VI w. p.n.e. do 1981 r., kiedy to z powodów ekonomicznych Miniera di Calamita została zamknięta – informuje właściciel, stawiając na stół butelkę wyśmienitego wina Elba Bianco DOC, produkowanego w jednej z winnic znajdujących się na szlaku winnym wytyczonym na wyspie.

 

Wynajętym samochodem ruszamy w trasę. Mijamy mieszane lasy z przewagą dębu ostrolistnego (leccio). To drzewo, zielone również zimą, ma opadające co dwa–trzy lata (!) sztywne liście, od dołu szare, o brzegach zakończonych licznymi kłującymi wypustkami. Z nasiona takiego dębu wyhodowałam w domu drzewko rosnące jak szalone. Jest wrzesień i czujemy zapach grzybów – podobno występuje ich tutaj 200 gatunków, są nawet ciemnobrązowe borowiki (porcino nero). Morze miga pomiędzy granitowymi skałami. Wydobywany już w czasach etruskich granit z Elby („granito elbano”) był potem przez Rzymian wykorzystany do budowy rzymskiego Panteonu i Koloseum, a wiele wieków później Pizańczycy zdobili nim Katedrę na Placu Cudów, a Medyceusze – Ogród Boboli we Florencji – tłumaczę. My poczujemy pod stopami największy kawał granitu, jakim jest Monte Capanne (1019 m n.p.m.), skąd Napoleon Bonaparte w pogodne dni nie tylko przyglądał się znanej nam z powieści Aleksandra Dumasa wyspie Montecristo, ale i z nostalgią obserwował górzyste brzegi odległej o ok. 50 km rodzinnej Korsyki – dodaję. A jak się tu wdrapał? – pyta rezolutnie Antek, gdy docieramy na szczyt kolejką linową (Cabinovia del Monte Capanne). Capanne to wyzwanie dla zaprawionych miłośników trekkingu. Aby dostać się na samą górę, trzeba przejść niemal 16 km, co zajmuje mniej więcej 3,5–4 godz. (z Marciany – 408 m n.p.m. – do Pomonte). Dla mnie wyprawa na Monte Capanne też stanowi wyzwanie, bo podróż dwuosobowym, metalowym koszykiem zawieszonym na linie wiele metrów nad skałami jest frajdą, ale dla amatorów mocniejszych wrażeń. 

Udostępnione do zwiedzania z przewodnikiem korytarze kopalni żelaza powstałej na przylądku Calamita

© MINIERADICALAMITA

 

GRETA WALEWSKA

Na dole, w Marcianie, najwyżej położonym miasteczku Elby (375 m n.p.m.), zagłębiamy się w wąskie, wykładane kamieniem uliczki niekiedy wyglądające jeszcze zupełnie jak w średniowieczu, skąpane w powodzi roślin i kwiatów doniczkowych zdobiących nie tylko parapety przed zielonymi, zatrzaśniętymi okiennicami, lecz także chodniki. Docieramy po schodkach do górującej nad otoczeniem fortecy Pizańczyków z XII stulecia (Fortezza Pisana). Stąd oznakowany szlak okolony otoczakami prowadzi do małego sanktuarium (Santuario della Madonna del Monte) na zboczach Monte Capanne, miejsca sekretnego, zaledwie kilkudziesięciogodzinnego spotkania Napoleona Bonapartego z Marią Walewską, w którym miał brać udział nieślubny syn pary, Aleksander. W 1953 r. odwiedziła je Greta Garbo, odtwórczyni roli kochanki cesarza Francuzów w filmie Pani Walewska. Zawitała również do willi w San Martino (ok. 5 km od Portoferraio), którą jego ukochana siostra Paulina kupiła mu na letnią rezydencję. Napoleon Bonaparte nie nacieszył się nią zbyt długo. Zbiegł z wyspy 26 lutego 1815 r. gnany marzeniami o chwale. Niestety jego plany zakończyły się gorzką porażką pod Waterloo.


NIECO DALEJ OD SIENY

Milknie staccato końskich kopyt cwałujących podczas zawodów palio. Zabytkowe palazzi ustępują ścianie mieszanego lasu okalającego wąską, meandrującą, jednopasmową drogę mknącą ku celowi mojej podróży – colline del vapore, parującym wzgórzom.

 

Skosztuj prawdziwej Toskanii – przekonuje moja włoska koleżanka, Lucia, i podaje mi kieliszek wypełniony czerwonym eliksirem. To żadne wino DOC, ale jest całkowicie naturalne, ponieważ tutejsze warunki pozwalają na produkcję dobrej jakości trunku bez ulepszaczy. Uderza mi do głowy, zmieszane z odurzającym zapachem metrowej wysokości lawendy i ziół porastających grzbiet wzniesienia, na którym stoimy. Za nami wznoszą się dwa wiekowe domy z otoczaków kryjące eleganckie, rustykalne wnętrza należącego do Lucii obiektu agroturystycznego. Przed nami rozpościerają się zielone wzgórza z nasadzonymi jak czapeczki średniowiecznymi osadami. Tu, pomiędzy dwoma dolinami, Val di Merce i Val di Cecina, oraz Sieną i Pizą, ziemia dosłownie oddycha, bo kryje w sobie złoża geotermalne – mówi moja koleżanka. 

 

ETRUSKIE FUMAROLE

Nie trzeba jechać na Wezuwiusz czy Solfatarę, aby zobaczyć obłoki pary wydobywające się spomiędzy skał niczym z garnka pod ciśnieniem. Z dobrodziejstw natury korzystali już Etruskowie, którzy wznieśli w Sasso Pisano (na terenie obecnej gminy Castelnuovo di Val di Cecina) imponujące centrum termalne, rozbudowane potem przez Rzymian. W otoczonej stuletnimi, rozłożystymi kasztanami jadalnymi miejscowości w prowincji Piza w rejonie Doliny Ceciny (Val di Cecina) mogę nie tylko podziwiać odkopane przez archeologów pozostałości kompleksu, ale też przetestować na sobie skuteczność tutejszych gorących wód wykorzystywanych od początku do leczenia reumatyzmu. Zaglądam do Sorgenti Il Bagno, nieopodal antycznych Terme del Bagnone. Wody z dwóch z trzech źródeł stosowane są tu w kuracji pitnej i do kąpieli – uchodzą za najgorętsze w całym regionie (osiągają temperaturę 65°C). Według legendy pochodzącą stąd wodą siarkową w 1315 r. wyleczył się z dżumy dziesiątkującej średniowieczną Europę francuski tercjarz franciszkański św. Roch (San Rocco), który dokonał licznych uzdrowień. 

 

Fumarolami naznaczona jest także Dolina Diabła (Valle del Diavolo) z wulkanem Larderello. Nie miałam pojęcia o jego istnieniu. Nie wiedziałam również, że jego ostatnia erupcja nastąpiła w latach 80. XIII w. oraz że z tutejszych źródeł przez stulecia pozyskiwano siarkę, kwas siarkowy i dwunastowodny siarczan glinowo-potasowy, czyli ałun, używany nie do tamowania skaleczeń od brzytwy po goleniu (jako tzw. kamyk po goleniu), ale w produkcji bawełny przez biskupów Volterry i Medyceuszy. Tu już w połowie XIX w. ogrzewano domy energią geotermiczną. W lipcu 1904 r. książę Piero Ginori Conti wykorzystał parę do wytworzenia prądu i zapalił pięć żarówek. W 1911 r. ruszyła budowa pierwszej elektrowni o mocy 250 kW i przez kolejne pół wieku okolice Larderello były jedynym miejscem na naszym globie, gdzie działały elektrownie geotermalne. Dziś produkuje się na tym terenie energię o łącznej mocy 800 MW i dostarcza prąd ponad 10 tys. użytkowników. To sprawia, że Włochy mogą uchodzić za ojczyznę energetyki geotermalnej. Dymiące kominy ponad koronami drzew wzbudziły i moje zaskoczenie, gdy po raz pierwszy je zobaczyłam. Co to, elektrownie jądrowe w centrum Toskanii?! – wykrzyknęłam oburzona.

 

MAGIA BIAŁEGO MŁYNA

To nie kryptoreklama, ale o Barilli napisać muszę. Już nie tylko makarony, sosy i pesto, lecz także i ciastka tej istniejącej od 1877 r. firmy możemy kupić w polskich sklepach. Na opakowaniach słodkości marki Mulino Biancowidnieje sielankowy obrazek z młynem, wcale niewymyślonym. Lucia zawozi mnie do miasteczka Chiusdino, do autentycznego mulino bianco, białego młyna, który posłużył za pierwowzór grafiki (występuje też w spocie reklamowym). Okazuje się, że w rzeczywistości nie jest biały, został po prostu przerobiony na potrzeby sprzedaży. Tylko po co? – pytam sama siebie, przyglądając się Mulino delle Pile, bo tak nazywa się to miejsce, przekształcone na obiekt agroturystyczny. Piętrowy budynek wyglądający jak większość toskańskich wiejskich domów z otoczaków, z drewnianymi okiennicami i niewysoką, kwadratową wieżyczką ożywia wielkie koło młyńskie nadal czerpiące wodę ze strumienia płynącego do pobliskiej rzeki Merse. To ona stanowi naturalną granicę posiadłości znajdującej się na terenie wielohektarowego parku zbiegającego murawą ku szemrzącemu nurtowi. Nie sprzedaje się tutaj wyrobów znanego producenta i właściciele jakby niechętnie nawiązują do jego reklamy, może dlatego, że bardzo uprościła obraz całego regionu, podobnie jak ceramika z łanami słoneczników, polami maków, kiściami winogron i białym domkiem w tle, koniecznie w otoczeniu cyprysów, sprzedawana na Piazza del Campo w Sienie. Prawdziwa Toskania jest daleko subtelniejsza, charakteryzuje ją więcej sfumature – odcieni, a to, co oddaje jej rzeczywistą naturę, znajdziemy poza zadeptanym przez turystów szlakiem wiodącym do Florencji, Sieny, Pizy, Volterry, Lukki czy San Gimignano. 

 

KONCERT W RUINACH

Bedivere (Bedwyr, Bediwer), jedyny z rycerzy Okrągłego Stołu obecny przy śmierci króla Artura, aby wypełnić ostatnią wolę władcy, wrzucił jego miecz Excalibur do jeziora. Galgàno Guidotti swój miecz wbił w skałę, z przekory. Z Mulino delle Pile blisko mam do eremu Montesiepi (Eremo di Montesiepi). Do prostokątnego budynku uczepionego szczytu zalesionego wzgórza, do którego prowadzi obramowana cyprysami droga, przylepiona jest niewielka, kamienna rotunda (Rotonda di Montesiepi). W środku za szkłem chronionym dodatkowo kratą odbija mdłe światło żarówki autentyczny miecz tkwiący w skale. Jego właścicielem był Galgàno Guidotti, urodzony najprawdopodobniej w 1148 r. w szlacheckiej rodzinie mieszkającej w pobliskim Chiusdino. Przeszedł nieco podobną metamorfozę duchową co św. Franciszek z Asyżu. Hulaka i swawolnik, nie przepuszczający żadnej białogłowie, budził wręcz obrzydzenie i strach własnej matki, Dionigii. Pewnego dnia młodzieńcowi ukazał się archanioł Michał. Wysłannik niebios zapewnił go, że mimo popełnionych w przeszłości występków może zostać zbawiony. Galgàno, bardziej zaciekawiony niż przekonany, udał się za archaniołem na pobliskie wzgórze, Montesiepi, gdzie doznał kolejnej wizji – w wieńczącej szczyt kamiennej rotundzie spotkał Jezusa, Maryję i 12 apostołów. Zerwij z przeszłością! – namawiał dalej archanioł. Spróbuję, ale to jakbym chciał wbić miecz w skałę – odparł kpiąco młodzieniec i zamierzył się, żeby zademonstrować swoje porównanie, ale oręż wszedł w kamień jak w masło. Przekonany tym cudem Galgàno został mnichem, a cztery lata po śmierci (w listopadzie 1181 r.) obwołano go świętym. Historię jego nawrócenia opowiadają freski Sieneńczyka Ambrogia Lorenzettiego, jednego z największych malarzy XIV w. i autora cyklu Alegoria dobrych i złych rządów zdobiącego Palazzo Pubblico w Sienie. Łącząc elegancję gotyku i konstruktywny racjonalizm, Lorenzetti operuje bliską mi stylistyką Giotta. Jego postacie są bardzo ludzkie, naturalne w gestach, a jednocześnie otacza je atmosfera sacrum.

 

Poniżej wzgórza na rozległej płaszczyźnie pośród pól wyrasta olbrzymi szkielet średniowiecznego cysterskiego Opactwa San Galgano (Abbazia di San Galgano). Pnące się ku niebu zgodnie z założeniem architektonicznym gotyku ściany dawnego kościoła pozbawione są witraży w oknach i dachu, który runął w latach 80. XVIII w. wraz z dzwonnicą zniszczoną uderzeniem pioruna. W tym zdesakralizowanym dziś obiekcie, pod niebem pełnym gwiazd, ciesząc się kapitalną akustyką, wysłuchałam jednego z odbywających się tu licznych w sezonie letnim koncertów. Miałam szczęście, bo trafiłam na flecistów z orkiestry mediolańskiej La Scali.

Abbazia di San Galgano, ruiny imponującego opactwa cysterskiego z XIII w. koło Chiusdino

© ARCHIVETOSCANAPROMOZIONETURISTICA

 

DRZEWO FALLUSÓW

Wow! – wydał cichy okrzyk opasły Amerykanin wpatrujący się w gałęzie, z których zwisają członki w pełnej erekcji. Pod drzewem w gromadzie kobiet w średniowiecznych szatach dwie szarpią się za włosy, walcząc o fallusa jak na ringu. Czy ta scena obrazuje rozwiązłość? Otóż nie. Pozory mylą.

 

Zmyliła mnie już nazwa miejscowości Massa Marittima, która wcale nie leży nad morzem, ale jakieś 20 km od wybrzeża. Zwiodło mnie również namalowane na fragmencie średniowiecznych murów drzewo. Dostrzegłam je z daleka, wpółukryte w cieniu portyku, i ulegając instynktowi stadnemu, pobiegłam za innymi, aby uwiecznić komórką malunek. Członków zamiast liści się nie spodziewałam. Prymitywni jesteśmy, bo nam fallus kojarzy się tylko z seksem – zauważa Lucia. To prawda, dla starożytnych Egipcjan, Greków i Rzymian miał więcej znaczeń. Pompejańczycy umieszczali go na ścianach domów, zagiętego dumnie ku górze i pokaźnych rozmiarów, aby zapewnić rodzinie dobrobyt i szczęście. Pochodzące z XIII stulecia dzieło nieznanego autora najwyraźniej nawiązuje do dawnej symboliki obfitości i jest metaforą. Zdobi zbudowany dla miasta przez ówczesną władzę główny zbiornik wodny, obiekt mający zagwarantować mieszkańcom lepszą przyszłość. Inwestycja najwidoczniej przyniosła zamierzony skutek, bo dzisiejsza Massa Marittima czaruje odnowionym średniowiecznym obliczem. Oryginalna fasada Katedry św. Cerboniusza (Cattedrale di San Cerbone), ze ślepymi arkadami, w której romańskiej bryle spotykają się wpływy Pizy i Sieny, znaczy bok bardzo nieregularnego placu głównego. Za rogiem przysiadamy z Lucią przy jednym z ministoliczków osterii, niemal wciśniętych w ścianę bardzo wąskiej uliczki. Reklamowana jako najmniejszy lokal we włoskim przewodniku slow food „La Tana dei Brilli” (dawniej „La Tana del Brillo Parlante”), czyli dosłownie „Jama Wstawionego”, oferuje lokalne przysmaki: grzanki z pasztetem z wątróbki i suszonymi figami z Carmignano, tortellini nadziewane toskańskim serem pecorino (pecorino toscano) polane stopioną słoniną wieprzową z Colonnaty (lardo di Colonnata), cenioną już w starożytności, oraz naturalnie potrawy z dzika, za którego mięsem tak przepadają Toskańczycy. Do tego wypada zamówić jeszcze kieliszek wina. Salute! 

 

Artykuły wybrane losowo

Żeglarskie raje

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Żeglarstwo dla wielu osób stało się pasją życia. Nie wyobrażają sobie oni udanych wakacji bez rejsu jachtem lub katamaranem. To dla nich nie tylko szansa na przeżycie wspaniałej przygody, ale również okazja do poznania odmiennych kultur, interesujących atrakcji turystycznych oraz fascynujących zakątków Europy i świata. Zapaleni żeglarze co roku myślą o nowych trasach oraz o ciekawszych i bardziej egzotycznych akwenach. Większość z nich wybiera ciepłe morza, regiony i kraje – Chorwację, Grecję, Włochy, Francję, Turcję, Hiszpanię, Baleary i Wyspy Kanaryjskie, Karaiby, Seszele czy Polinezję Francuską. Są to bez wątpienia najpiękniejsze akweny żeglarskie świata. Oferują uczestnikom rejsów moc atrakcji. Na załogi jachtów lub katamaranów czeka na nich prawdziwe pełnomorskie pływanie lub powolna włóczęga od zatoki do zatoki, od portu do portu…   

Więcej…

Indie, jakich jeszcze nie znacie

Hampi Karnataka 1

Ruiny stolicy Imperium Widźajanagaru w wiosce Hampi w Karnatace

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/INDIA TOURISM FRANKFURT

 

ANNA MOLĘDA-KOMPOLT

 

Indii nie sposób ogarnąć umysłem, nie da się ich opisać tak po prostu i nie łatwo też je zrozumieć. Niezwykłe bogactwo sąsiaduje tu ze skrajną biedą, kilkunastomilionowe miasta stanowią jaskrawy kontrast dla nieskończonych przestrzeni wokół uśpionych wiosek, a zestawienie zapierających dech w piersiach szczytów Himalajów położonych na północy ze słonecznymi i piaszczystymi tropikalnymi plażami południa wydaje się abstrakcją. W powszechnej świadomości ten kraj kojarzy się na ogół z ubóstwem, Mahatmą Gandhim, świętymi krowami, zaklinaczami węży i dziwnie wyglądającymi joginami, ale to tylko część prawdy o nim. W rzeczywistości każdy znajdzie tutaj coś dla ciała i dla ducha.

 

Indie często budzą skrajne emocje i nigdy nie pozostawiają obojętnym. To kraj pełen tajemnic, kontrastów i zagadek. Rozwinęła się tu jedna z najstarszych kultur na świecie. Dzisiejsze Indie są prawdziwą mozaiką kulturową, o czym świadczą zabytki różnych epok, rozmaite rodzaje tańców i muzyki oraz charakterystyczne dla regionów zwyczaje. Jednak żeby się o tym przekonać, trzeba odwiedzić ten olbrzymi kraj i poznać go samemu. Niektórzy mówią, że można go albo pokochać, albo znienawidzić. Polecam otworzyć się na nowe doznania i dać się oszołomić feerią barw, dźwięków, zapachów i różnorodnością tej wyjątkowej krainy.

 

Republika Indii leży w Azji Południowej i zajmuje większość subkontynentu indyjskiego (niemal 3,3 mln km²). Jej północną granicę wyznaczają łańcuchy górskie – Karakorum i Himalaje. Najwyższym szczytem jest Kanczendzonga (8586 m n.p.m.), czyli trzeci najwyższy ośmiotysięcznik na świecie. Dalej na południe rozciąga się Nizina Hindustańska, na którą składa się pustynia Thar oraz niziny: Indusu, Gangesu i Brahmaputry wraz z deltą Gangesu i Brahmaputry. Niemal cały Półwysep Indyjski zajmuje wyżyna Dekan. Większość terytorium Indii leży w strefie klimatu zwrotnikowego monsunowego. W zachodnim rejonie Niziny Hindustańskiej występuje klimat zwrotnikowy suchy, a w Himalajach i Karakorum – podzwrotnikowy górski, chłodny. Zimy w kraju są łagodne, zwłaszcza w regionach południowych. W marcu, kwietniu i maju panują największe upały. Przed wyjazdem warto sprawdzić, czy nie zaskoczy nas pora deszczowa (od czerwca do września). Mnie za pierwszym razem spotkała właśnie taka niespodzianka.

 

KULTUROWA MIESZANKA

 

Indie to drugi pod względem liczby ludności kraj świata. Dziś mają ponad 1,3 mld mieszkańców. Każdego roku rodzi się tu niemal 26 mln dzieci. Większość ludzi zamieszkuje dolinę Gangesu i Nizinę Hindustańską. Indie są bardzo zróżnicowane etnicznie – o podziale na poszczególne grupy decyduje zwykle język. Ok. 54 proc. ludności kraju posługuje się hindi. Poza tym żyją tutaj jeszcze m.in. Bengalczycy, Telugowie, Marathowie, Tamilowie, Kannadowie, Gudźaratowie czy Keralczycy. Obowiązującym w państwie ustrojem jest republika związkowa. Kraj dzieli się na 29 stanów i 7 terytoriów (w tym jedno stołeczne). Panuje w nim system kastowy, który z góry określa przynależność osób do konkretnej grupy.

 

Większość mieszkańców Indii wyznaje hinduizm (ok. 80 proc.). Stanowi on właściwie zbiór różnych wierzeń. Niektórzy twierdzą, że istnieje aż 330 mln hinduistycznych bogów i bóstw. Korzenie hinduizmu sięgają rozwoju kultury Ariów, którzy z Azji Środkowej zawędrowali na terytorium dzisiejszego kraju. Tekstami sakralnymi hinduistów są Wedy (z sanskrytu „wiedza”). Jedną z nich jest Rygweda – sanhita (czyli zbiór) składająca się z 1028 hymnów zgromadzonych w 10 kręgach (mandala). Uchodzi ona za najstarszy zabytek literatury indoaryjskiej.

 

W Indiach funkcjonuje ponad 1700 języków i dialektów. Status oficjalnych dla całego kraju mają hindi i angielski. Poza tym uznaje się jeszcze 21 języków regionalnych, które pełnią funkcję urzędowych w poszczególnych stanach. Co ciekawe, konstytucja z 1950 r. zakładała wycofanie angielskiego z użytku i zastąpienie go hindi, tak się jednak nie stało. Obecnie większość mieszkańców północnych regionów jest dwu-, trzy-, a nawet czterojęzyczna.

 

Najpopularniejszy wśród turystów rejon Indii stanowi tzw. Złoty Trójkąt. Jego wierzchołki wyznacza Delhi oraz miasta: Agra z mauzoleum Tadź Mahal (jeden z 7 Nowych Cudów Świata) i Dźajpur (stolica Radżastanu, zwana też Różowym Miastem). Oprócz tego z pewnością warto zobaczyć m.in. ruiny w Hampi w stanie Karnataka, tamilskie świątynie Ćennaju (Madrasu) i Maduraju w Tamilnadu, zabytkowy zespół sakralny w Kadźuraho oraz Waranasi – miasto położone nad świętym Gangesem, do którego pielgrzymują miliony Hindusów. Ja jednak chciałabym polecić wycieczkę na ciekawe i barwne południe kraju.

 

MAGICZNE POŁUDNIE

 

Wszystkie stany Indii Południowych, tj. Karnataka, Tamilnadu, Kerala, Telangana i Andhra Pradeś, oraz terytoria Puduććeri, Lakszadiwy i Andamany i Nikobary rozciągają się wzdłuż tropikalnej strefy zwrotnika Raka. Takimi warunkami klimatycznymi można z pewnością wytłumaczyć niespieszne tempo życia w regionie, którego znakiem rozpoznawczym są strzeliste budowle sakralne, barwne przedstawienia taneczne, smukłe palmy i osiodłane słonie. W tutejszym krajobrazie dominują przede wszystkim rozległe równiny Dekanu, bujne lasy deszczowe Ghatów i długie wybrzeże. Lokalne świątynie atakują zmysły rozmaitością kształtów i kolorów. Każde przedstawienie bóstwa jest jaskrawo pomalowane, a strome dachy budowli zadziwiają ilością zdobień. Co ciekawe, na południu Indii dzięki jezuickiemu misjonarzowi św. Franciszkowi Ksaweremu (1506–1552), który w XVI w. opiekował się tu sporą społecznością chrześcijańską (m.in. kolonistami z Portugalii czy ludem Parava z terenu obecnego stanu Tamilnadu), przetrwało wiele kościołów.

 

W tym regionie kraju uprawia się głównie ryż. Podaje się go często na liściach bananowca – w tej wersji smakuje wykwintnie i jest specjalnością lokalnej kuchni. Zamiast typowego w Indiach napoju na bazie herbaty zwanego masala ćaj serwuje się tutaj zwykle wyśmienitą słodką kawę z delikatną pianką.

 

Większość języków używanych na południu wywodzi się z rodziny drawidyjskiej (np. telugu, kannada, tamilski i malajalam). Na szczęście niemal wszędzie można się porozumieć po angielsku.

 

Ten region Indii zachował nadal swój dawny urok, chociaż coraz śmielej wkraczają do niego nowoczesne technologie i przemysł komputerowy. Bengaluru, stolica stanu Karnataka, trzecie co do liczby ludności miasto w kraju (ponad 8,5-milionowe), nazywane bywa indyjską Doliną Krzemową. Tu powstał np. serwis Google Finance. Jednocześnie Ćennaj (stolica Tamilnadu) wciąż kultywuje swoje najlepsze tradycje muzyczne i taneczne. Kerala słynie ze słoni, ajurwedy i specyficznego rodzaju sztuk walki (kalarippayattu). Uchodzący za bramę południowych Indii Hajdarabad (stolica stanu Telangana) ze względu na kunszt miejscowych rzemieślników i zachwycający fort Golkonda zyskał sławę już za czasów Marca Pola (1254–1324). Opuszczone kamienne miasto w Hampi w Karnatace zachwyca ogromną, 49-metrową świątynią Wirupakszy poświęconą bogu Śiwie.

 

BAŚNIOWA KARNATAKA

 

Jog Falls

Wodospad Dźog stanowi jedną z naturalnych atrakcji stanu Karnataka

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/KARNATAKA TOURISM

 

Ten stan cieszy się dużym zainteresowaniem wśród turystów dzięki długiej i bogatej historii oraz zróżnicowanym krajobrazom. Karnataka zajmuje trzecie miejsce wśród najbardziej popularnych celów podróży w Indiach i drugie pod względem liczby zabytków (ponad 500!), które znajdują się pod ochroną władz centralnych (zaraz po stanie Uttar Pradeś). W jej granicach leżą obszary o różnym charakterze. Nadbrzeżny rejon zwany Kanara lub Karawali, sąsiadujący na zachodzie z Morzem Arabskim, a na wschodzie z wilgotnymi zboczami Ghatów Zachodnich, porasta tropikalny las złożony m.in. z wysmukłych palm, teków, bambusów i palisandrów indyjskich (drzew różanych). Góry chronią przed chmurami monsunowymi wyżynę Dekan położoną na średniej wysokości od 600 do 900 m n.p.m., która na wschodzie pokryta jest ciemnymi i jałowymi glebami wulkanicznymi. Jej granice wyznaczają Ghaty Zachodnie i Wschodnie (najwyższe ich szczyty to odpowiednio Anaj Mudi lub Anamudi w Kerali, 2695 m n.p.m., i Arma Konda lub Sitamma Konda w Andhra Pradeś, 1680 m n.p.m.). To drugie pasmo biegnie wzdłuż wybrzeża, w większości już poza granicami Karnataki. Na południowym zachodzie rozciągają się wzgórza i doliny dystryktu Kodagu, a wśród bujnej roślinności na południu można spotkać słonie indyjskie, tygrysy bengalskie, lamparty, gaury i sambary jednobarwne. Często odwiedzanym miejscem jest 253-metrowy wodospad Dźog na rzece Śarawati (dystrykt Śiwamogga). Ten stan Indii najlepiej odwiedzić w okresie od października do marca.

 

W Karnatace żyje blisko 65 mln ludzi. Jej mieszkańcy tworzą ciekawą mozaikę kulturową. Na północy osiedlili się przede wszystkim lingajaci – przedstawiciele ruchu religijnego założonego przez hinduskiego filozofa i poetę Basawannę (Basawę) w XII w. W południowym rejonie, należącym kiedyś do Królestwa Majsuru (Mysuru), przeważa bogata społeczność rolnicza Wokkaligów. Wybrzeże zamieszkują rybacy – potomkowie kupców, którzy prowadzili handel z Mezopotamią, Persją i Grecją. W portowym mieście Mangaluru widać też wpływy portugalskie. Adiwasi żyją przede wszystkim na północy i zachodzie, a grupy etniczne Kodawa i Kodagu Gowda – w dystrykcie Kodagu. W Karnatace używa się języka kannada, w którym powstały klasyczne utwory poetyckie i prozatorskie. O jego korzeniach świadczą chociażby inskrypcje z V w. i poradnik dla piszących Kawiradżamarga z IX w.

 

Istnieje prawdziwa przepaść między światem kosmopolitycznej i nowoczesnej stolicy stanu, Bengaluru, i stylem życia jej mieszkańców a codzienną rzeczywistością obszarów rolnych, wiosek i małych miasteczek. Główna metropolia Karnataki została założona w 1537 r. przez wodza Kempe Gowdę I (1510–1569). To piąta pod względem liczby ludności największa indyjska aglomeracja, w której mieszka ok. 9 mln ludzi. Dzięki położeniu na płaskowyżu Majsuru panuje tu bardziej umiarkowany klimat w porównaniu z innymi miastami południa kraju. Stolica Karnataki słynie ze swoich pięknych ogrodów botanicznych Lalbagh, które zajmują niemal 100 ha. Można w nich podziwiać prawie 1900 gatunków roślin tropikalnych i subtropikalnych, także rzadkie okazy pochodzące z Iranu, Afganistanu i Europy. Warto pamiętać, że w styczniu i sierpniu organizowane są tu bardzo efektowne wystawy kwiatów. Poza tym polecam zwiedzić drewniany pałac letni sułtana Tipu (znanego jako Tygrys Majsuru), pięknie ozdobiony rzeźbionymi łukami i balkonami. W jego pobliżu znajduje się twierdza wzniesiona w 1761 r. na miejscu starego fortu Kempe Gowdy I. Po drodze warto również zatrzymać się przy Pałacu Bengaluru i hinduistycznej świątyni, w której czci się Krysznę. Od kilkunastu lat stolica Karnataki, jak już wspomniałam, uchodzi za międzynarodowe centrum sektora informatycznego. To równocześnie najbardziej nowoczesne miasto indyjskie, co przekłada się na wysokie zarobki i zarazem wysoki koszt życia.

 

Na południowy zachód od Bengaluru leży bajkowe miasto Majsuru.Byłoononiegdyśstolicą królestwa o tej samej nazwie (od 1399 do 1950 r.), a dzisiajstanowi kulturalny ośrodek Karnataki. Słynie przede wszystkim z pięknego Lalitha Mahal, jedwabnych turbanów, wyrobów z drzewa sandałowego i sari. W 2010 r. Majsuru zostało wybrane drugim najczystszym miastem w Indiach (po Czandigarh). Wspomniany pałac maharadży (Lalitha Mahal), władcy z dynastii Wadijar, wzniesiono za ogromne pieniądze w 1921 r. według projektu brytyjskiego. Najlepszy moment na zwiedzanie okolicy stanowi zazwyczaj październik, kiedy odbywa się 10-dniowy festiwal Dasara (nazywany także Nawaratri), albo przełom października i listopada, gdy obchodzi się święto światła Diwali (Dipawali). W czasie tego ostatniego w uroczystej procesji, której przewodzi maharadża, oprócz ludzi uczestniczą słonie i konie. Wszędzie jest pełno kwiatów, wokół unosi się zapach kadzideł. Warto wziąć udział w tym niesamowitym wydarzeniu.

 

Koniecznie trzeba też odwiedzić małą magiczną wioskę Hampipołożonąna głębokiej prowincji. Kilkaset lat temu w tym miejscu biło serce Imperium Widźajanagaru (istniejącego w latach 1336–1646), jednego z najpotężniejszych w tej części świata. Tutejsi władcy uchodzili za wyjątkowo oświeconych. Wspierali rozwój sztuki, nauki, literatury, religii hinduistycznej i architektury. Pomiędzy zachowanymi zabytkami dawnej stolicy państwa – Widźajanagaru (w tłumaczeniu Miasta Zwycięstwa) – najlepiej przemieszczać się na rowerze, ponieważ odległości są spore, a droga nie zawsze bywa idealna. Trasa prowadzi przez plantacje bananowców, w pobliżu zielonej dżungli. Miasto otoczone było murem. Historycy podzielili umownie ten obszar na centrum święte i królewskie. O czasach swojej świetności wciąż przypomina Świątynia Kryszny, ogromna Świątynia Wirupakszy (w centrum ośrodka) poświęcona bogu Śiwie, Lotus Mahal, stajnie dla słoni i Świątynia Witthali (Withoby). Można tu spędzić kilka tygodni i wciąż nie zobaczyć wszystkiego. Imponujące ruiny w Hampi znajdują się od 1986 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Mieszkańcy wioski każdego ranka zbierają się na ghatach (kamiennych schodach) przy rzece Tungabhadra, aby się wykąpać, zrobić pranie, porozmawiać z sąsiadami czy umyć słonia bogini Lakszmi, który trzymany jest w świątyni. Wieczorem odprawiają rytuały i składają ofiary bogom. Tutaj wciąż można poczuć atmosferę dawnego Imperium Widźajanagaru.

 

Wartą odwiedzenia kolebkę hinduskiej architektury sakralnej stanowi miejscowość Ajhole, która leży ponad 130 km na północny zachód od Hampi. W V–VIII w. była to siedziba dynastii Ćalukjów. Znajduje się tu zespół świątyń hinduistycznych. Najstarsza jest Lad Khan z V stulecia wzniesiona na planie kwadratu. Poza tym na uwagę zasługuje świątynia bogini Durgi, powstała prawdopodobnie pod koniec VII w., wzorowana na buddyjskiej ćajtji, czy VII-wieczny kompleks Huczimalli. Kolejne miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO stanowi Pattadakal(położony ok. 10 km na południowy zachód od Ajhole) z wielkimi budowlami sakralnymi (9 świątyniami hinduistycznymi i 1 dźinijską). Ponad 20 km stąd znajduje się Badami z grotami świątynnymi i dawnym fortem.

 

WZGÓRZA KERALI

 

Już w czasach starożytnych Kerala słynęła z urodzajnej ziemi, bogatej kultury i barwnych tradycji. Jedna z legend mówi, że region ten powstał, kiedy Paraśurama, wcielenie Wisznu, wrzucił swój topór wojenny do Morza Arabskiego. Stan leży na południowym zachodzie Indii. Od zachodu oblewa go Morze Arabskie i Lakkadiwskie. Od wschodu i południa Kerala graniczy z rozległym terytorium Tamilnadu, które rozciąga się po Zatokę Bengalską. Regionalnym językiem urzędowym Keralczyków jest malajalam, mający własne pismo.

 

To jeden z najbardziej atrakcyjnych regionów Indii. Najciekawsze miejsca leżą wśród zboczy Wzgórz Kardamonowych, na Wybrzeżu Malabarskim czy w okolicy licznych rzek. Plantacje teków, pieprzu i kauczukowców są zawsze zielone dzięki monsunom wiejącym dwa razy w roku. W krajobrazie dominują palmy kokosowe, a wzniesienia Ghatów Zachodnich pokrywają uprawy kawy. Herbata rośnie w nieco wyższych partiach, a drzewa kauczukowe – na południowych obszarach. Żyzna gleba tego regionu pozwala również na zbiory ryżu dwa, a nawet trzy razy w roku oraz uprawianie nerkowców i kardamonu.

 

O Kerali mówi się, że przy tworzeniu świata Bóg zachował ten cudowny zakątek dla siebie. Nic więc dziwnego, że stała się ona kolebką starożytnej indyjskiej medycyny – ajurwedy, czyli w tłumaczeniu „wiedzy o życiu”. Naturalne bogactwo ziół i roślin leczniczych oraz umiarkowany i wilgotny klimat sprawiają, że jest to najlepsze miejsce do przeprowadzania zabiegów i masaży oraz zgłębiania tajników tego rodzaju leczenia. Z pewnością warto poddać się takiej odnowie w jednym z wielu tutejszych ośrodków.

 

Do dziś mieszkańcy Kerali stosują zasady ajurwedy, ponieważ przekazuje się je z pokolenia na pokolenie. Ta staroindyjska medycyna zachowała tu swoją najczystszą postać, najbliższą tej sprzed tysięcy lat. Warto podkreślić, że w porównaniu z Hindusami z innych regionów Keralczycy cieszą się najdłuższym i najzdrowszym życiem, a umieralność niemowląt i dzieci jest wśród nich najniższa w kraju. Ten stan stanowi idealne miejsce na błogi wypoczynek urozmaicony dobroczynną kuracją ajurwedyjską.

 

Turystów do Kerali przyciągają przepiękne krajobrazy, laguny, jeziora, plaże, a przede wszystkim słynne rozlewiska położone wzdłuż Wybrzeża Malabarskiego (backwaters). Przyjezdni przeprawiają się tu wąskimi kanałami i szerokimi jeziorami, które miejscowi pokonują codziennie w drodze do pracy. Okolica jest spokojna i malownicza. Polecam wybrać się w rejs tradycyjną łodzią kettuvallam po zielonych wodach między miastami Kollam a Alappuzha. Taka wycieczka może trwać nawet do 8 godz.

 

W głębi lądu, za gwarnym miasteczkiem Kottajamdrogi zaczynająsię wznosić w kierunku Ghatów Zachodnich, skąd pod koniec grudnia i na początku stycznia ogromne grupy wyznawców Ajjappana wyruszają na pieszą pielgrzymkę do świątyni w hinduistycznym kompleksie Sabarimala. Bóstwo to jest bardzo popularne na terenie Indii Południowych. Wyznające je osoby noszą czarne lub niebieskie ubrania i koraliki tulasi wokół szyi.

 

W Kerali koniecznie trzeba zatrzymać się w mieście Koczin, leżącym w środkowej części stanu i nazywanym Królową Morza Arabskiego. Już ok. 2 tys. lat temu kupcy greccy, rzymscy, żydowscy, arabscy i chińscy przybywali tutaj po przyprawy, takie jak kardamon, cynamon czy pieprz, oraz drzewo sandałowe. Koczin nadal pełni funkcję ważnego portu dla handlujących przyprawami, a lokalne magazyny są zawsze pełne życia. W wolnym czasie warto wybrać się na spacer po portowym nabrzeżu. Choć w jego okolicy nie przetrwało zbyt wiele śladów po kupcach arabskich lub chińskich, to o Portugalczykach, Holendrach i Brytyjczykach przypominają stare kościoły i inne budowle. Ciekawym obiektem w tym klimatycznym mieście jest Pałac Mattancherry, który został wzniesiony przez Portugalczyków ok. 1555 r. dla władcy Królestwa Koczinu, a odnowiony i rozbudowany przez Holendrów w 1663 r., przez co nazywa się go też Pałacem Holenderskim. Warto także zwiedzić rejon zwany Fortem Koczin z Kościołem św. Franciszka, najstarszą chrześcijańską świątynią zbudowaną w Indiach przez Europejczyków. Pierwotną drewnianą budowlę przekształcono w 1503 r. w murowaną. W tym miejscu w 1524 r. pochowany został słynny portugalski odkrywca Vasco da Gama, a jego grób zachował się do dziś. Jednak w 1539 r. szczątki żeglarza przewieziono do Portugalii.W granicach Fortu Koczin znajduje się również XVI-wieczna katolicka Bazylika św. Krzyża (Santa Cruz Cathedral Basilica). Stąd niedaleko już do dzielnicy żydowskiej z Synagogą Paradesi z 1568 r.

 

Środkowa i północna część Kerali zachwycają malowniczymi budowlami. W mieście Triśur można zwiedzić świątynię Wadakkunnathan, która według legendy została założona przez Paraśuramę i jest jedną z najważniejszych w tym stanie. Na uwagę zasługuje działające w niej niewielkie muzeum archeologiczne z ciekawymi zbiorami sztuki sakralnej. Za najświętsze miejsce w Kerali uchodzi Świątynia Kryszny w mieście Guruwajur (ok. 30 km od Triśuru). Warto pamiętać, że wstęp do większości keralskich kompleksów sakralnych mają tylko wyznawcy hinduizmu.

 

Na wypoczynek nad brzegiem Morza Arabskiego najlepiej udać się do stolicy stanu – Tiruwanantapuram (Triwandrum). Złote plaże tego miasta, z najsłynniejszą Kowalam, są oblegane przez zagranicznych turystów. Mahatma Gandhi (1869–1948) nazwał Tiruwanantapuram Wiecznie Zielonym Miastem Indii. Tutaj też uroczyście obchodzi się najważniejsze święta narodowe. Kerala szczyci się także niezmiernie bogatymi tradycjami teatralnymi i tanecznymi, które mają swoje korzenie w obrzędach i ceremoniach religijnych. Na przedstawienie dramatyczne katakali warto przybyć nieco wcześniej, żeby zobaczyć, jak artyści przygotowują się do roli. Jaskrawy makijaż, maski i zdobione kostiumy ważące nawet kilkadziesiąt kilogramów robią niezwykłe wrażenie.

 

Kerala to magiczny region, pachnący przyprawami, szczególnie kardamonem, wanilią i cynamonem. Oszałamiającą przyrodę tego stanu można podziwiać w Parku Narodowym Perijar, który przez wiele osób uważany jest za najpiękniejszy w całych Indiach. Jego główną atrakcję stanowią dość duże populacje słoni indyjskich i tygrysów bengalskich. Poza tym występuje tu mnóstwo innych zwierząt żyjących w tej części kraju, choćby białe tygrysy, gaury czy lutungi nilgiryjskie z rodziny koczkodanowatych.

 

SACRUM TAMILNADU

 

house boat 416

Malowniczy rejs tradycyjną łodzią kettuvallam po keralskich rozlewiskach

© DEPARTMENT OF TOURISM, GOVERNMENT OF KERALA

 

Wspaniała architektura sakralna to tylko jeden ze skarbów Tamilnadu rozciągającego się od piaszczystych wydm na wschodnim wybrzeżu po chłodne pasmo górskie Nilgiri na zachodzie. Typowymi elementami współczesnej kultury tamilskiej są przede wszystkim wyrazista kuchnia, upodobanie do kolorów, charakterystyczna muzyka i wyborna kawa. Na każdym kroku spotyka się tu jaskrawe plakaty z roztańczonymi aktorami i aktorkami, a w powietrzu czuć aromat palonych ziaren. Tamilowie uważają się za potomków Drawidów, którzy zamieszkiwali Półwysep Indyjski przed przybyciem Ariów i stworzyli własną cywilizację. Literatura tamilska (jedna z literatur narodowych Indii) zaczęła się rozwijać już w I w. p.n.e.

 

Najlepszą bazą wypadową do zwiedzania regionu jest stolica stanu – Ćennaj (do 1996 r. pod nazwą Madras). Miasto powstało w 1639 r. jako brytyjskie centrum handlu. Dziś pełni funkcję ważnego ośrodka przemysłowego, handlowego, kulturalnego i naukowego. Warto zobaczyć tu świątynię Kapaliśwarar wzniesioną ok. VII w., katolicką Bazylikę św. Tomasza, Fort św. Jerzego z 1644 r. i Górę św. Tomasza z Kościołem Matki Boskiej Oczekującej z 1523 r., z której roztacza się malowniczy widok na okolicę. W Ćennaju polecam też obejrzeć pokaz współczesnej wersji jednego z najstarszych tańców Azji Południowej bharatanatjam. W pobliżu miasta uprawia się już od ok. 380 lat odmianę herbaty indyjskiej o dosyć ostrym i wyrazistym smaku (Madras).

 

Jak już wspomniałam, wśród największych atrakcji Tamilnadu znajdują się świątynie. Ich zwiedzanie najlepiej rozpocząć w miejscowości Mahabalipuram (Mamallapuram, ponad 50 km na południe od Ćennaju), niegdyś głównym porcie Pallawów (dynastii drawidyjskiej). Zachowały się tutaj jedne ze starszych wykutych w skale zabytków Indii Południowych (pochodzące z VII i VIII w.). Na uwagę zasługują groty świątynne, rathy (konstrukcje w formie wieży bądź wozu) i sanktuaria, a także mnóstwo pięknych rzeźbień. Poza tym w Mahabalipuramie znajduje się złocista piaszczysta plaża. Oprócz tego w grudniu i styczniu odbywa się tu widowiskowy festiwal tańca (Mamallapuram Dance Festival). To niezmiernie urokliwe miejsce, umieszczone w 1984 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, z pewnością warto odwiedzić.

 

Z cennych zabytków architektury sakralnej słyną również Kańćipuram, Tiruwannamalaj, Ćidambaram, Tańdźawur, Tiruwarur, Śrirangam i Maduraj. Choć każde z tych miast ma własny charakter, to pod pewnymi względami są do siebie podobne. Procesje ku czci bogów i bogiń odbywają się tu przy akompaniamencie głośnych orkiestr, a zniewalające aromaty kadzideł i jaśminu oraz ozdabiające niemal wszystko kwiatowe girlandy tworzą atmosferę świętości. W Maduraju znajduje się słynna Świątynia Minakszi – kompleks poświęcony bogini Parwati i jej małżonkowi Śiwie. Miasto to było stolicą drawidyjskiej dynastii Pandjów w VI–IX w. oraz w XIII i XIV stuleciu. Niezwykłe wrażenie wywołują gopury (bramy w kształcie wysokiej wieży) z jaskrawymi rzeźbami, a także przepięknie zdobiona Mandapa Tysiąca Kolumn. Świątynia Minakszi należy do najważniejszych ośrodków kultu w całym Tamilnadu. Według tradycji śaktyzmu uważana jest za jedno z tzw. miejsc mocy. Podczas pobytu na terenie świątynnym rzeczywiście można poczuć niesamowitą energię.

 

Jeden z najświętszych obiektów w Indiach stanowi świątynia Ramanathaswamy położona na wyspie Pamban, nazywanej też Rameśwaram (ok. 150 km na południowy wschód od Maduraju). Zgodnie z legendą założył ją Rama (wcielenie boga Wisznu) po powrocie ze Sri Lanki. Niestety, w grudniu 1964 r. cyklon zniszczył w dużym stopniu zarówno budowlę, jak i pobliskie miasto Rameśwaram. Na najdalej wysuniętym na południe krańcu Indii leży z kolei Kanjakumari (dawniej Przylądek Komoryn) przyciągające pielgrzymów czczących boginię Kumari. Warto pamiętać, że w dniu pełni księżyca w miesiącu ćajtra według kalendarza indyjskiego (co wypada w marcu lub kwietniu) można w nim obserwować wschodzący księżyc i zachodzące słońce w tym samym czasie. Miejscowość znajduje się na przylądku Komoryn, w okolicy którego, jak się przyjmuje, Morze Arabskie spotyka się z Lakkadiwskim i Zatoką Bengalską, co może być dodatkową atrakcją dla osób zwiedzających zabytki sakralne Tamilnadu.

 

Warto jeszcze wspomnieć o mieście Tiruwannamalaj (ok. 185 km na południowy zachód od Ćennaju). Tutejszy ogromny zespół świątynny zajmuje powierzchnię 10 ha i zachwyca czterema gopurami wzniesionymi w okresie potęgi Imperium Widźajanagaru (XIV–XVII w.).

 

Świątynie w Tamilnadu są imponujące i zadziwiają swoją wielkością i architekturą. Warto zatrzymać się w tym stanie na dłużej, aby spróbować wczuć się w panującą wokół nich atmosferę. Podczas takiej wyprawy zawsze można na chwilę zboczyć z drogi i zajrzeć do nadmorskich enklaw, górskich kurortów czy rezerwatów przyrody.

 

IMG 8160

Zabytkowy zespół świątyń w Mahabalipuramie nad brzegiem Zatoki Bengalskiej

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/TAMIL NADU TOURISM

 

 

Klejnot równika – Indonezja

Darmansjah Djumala – ambasador Republiki Indonezji w Polsce – odpowiada na pytania Michała Domańskiego.

 

Co Indonezja może zaoferować polskim turystom?

Moim zdaniem, praktycznie wszystko – bogatą kulturę, przyrodę, kuchnię i tradycję. Indonezja ma mnóstwo plaż, zarówno pełnych zgiełku i tłumów turystów, np. Kuta w południowej części Bali, jak i spokojnych, cichych, m.in. Senggigi na wyspie Lombok. Są też wybrzeża, choćby na archipelagu Mentawai, które oferują doskonałe warunki dla miłośników surfingu. Amatorzy podnoszących adrenalinę przygód mogą odkrywać u nas głębokie, rwące potoki, tajemnicze jaskinie, skały i klify. Co do wydarzeń kulturalnych – w naszym kraju istnieje ogromna liczba barwnych kultur (ok. 300 grup etnicznych i prawie 750 różnych języków i dialektów). Jest więc naprawdę co podziwiać! Trzeba też koniecznie spróbować tradycyjnych indonezyjskich potraw. Indonezja to również doskonałe miejsce dla miłośników zakupów.

 

Która pora roku jest najlepsza do odwiedzenia Indonezji?

Panujący w Indonezji tropikalny klimat, zapewniający niemal 30°C w cieniu przez cały rok, sprawia, że to dobre miejsce na wypoczynek zarówno wtedy, kiedy w Polsce jest lato, jak i sam środek zimy. Wody, które stanowią 81 proc. powierzchni kraju, są cały czas ciepłe. To one utrzymują praktycznie stałą temperaturę powietrza przez okrągły rok: na nadbrzeżnych równinach ok. 28°C, w głębi lądu i na terenach górzystych – 26°C, a w wyższych regionach górskich – 23°C. Indonezja jest więc doskonałym miejscem dla wszystkich osób spragnionych słońca.

Więcej…