Magdalena i Sergiusz Pinkwartowie

www.dzieckowdrodze.com 

 

« Ten najmniejszy kraj Unii Europejskiej jest zarazem kolebką kultury i przedmurzem chrześcijaństwa. Znajdziemy tu megalityczne świątynie, ale i ok. 360 kościołów katolickich, możemy nurkować w ciepłym morzu, podziwiać wspaniałe zabytki i odwiedzić plan filmowy. Malta zachwyca różnorodnością. Każdy odkryje na niej coś, co sprawi, że będzie chciał na nią wrócić. »

 

Tutaj rzeczywistość miesza się z legendami. Niektórzy uważają, że Gozo, druga największa wyspa kraju (67 km² powierzchni), to Ogygia – na niej właśnie nimfa Kalipso więziła przez siedem lat Odyseusza, bohatera eposu Homera. Według tradycji u wybrzeży Malty rozbił się w 60 r. n.e. statek ze św. Pawłem na pokładzie. W pierwszej połowie XVI w. osiedlili się na archipelagu rycerze zakonni z równoramiennym krzyżem na piersi. Położone na Morzu Śródziemnym Wyspy Maltańskie mają w sobie coś magicznego. Kto raz zawita na Maltę, zakocha się w niej na całe życie.

 

Naprawdę jesteś mistrzem w powożeniu rydwanem? – pytam nieco zaszokowana, choć ściany niewielkiego baru „Vince” w Rabacie obwieszone są zdjęciami właściciela pędzącego na dwukołowym wózku, z wysokości podium ściskającego dłonie prezesom federacji czy dumnie prezentującego puchar i przytulającego koński łeb. Na półkach pomiędzy butelkami whisky i likieru cytrynowego stoją trofea, a do drewnianej boazerii przyszpilono medale wyglądające niczym wota w Kościele św. Pawła po drugiej stronie sennego placu. Wicemistrzem – uściśla Vince. Tamte mistrzostwa, gdy reprezentacja Malty starła się z ekipą Prowansji, przegrałem o włos. Ale walczyłem dzielnie. Gdyby nie to, że obok jakaś kobieta rozmawia przez komórkę, z oddali dobiega dźwięk samochodowego klaksonu, a przede mną stoi filiżanka słodkiej kawy latte, mogłabym przypuszczać, że w barze „Vince” przeniosłam się w czasie o 2 tys. lat. Wtedy wyścigi rydwanów i sportowe starcia pomiędzy prowincjami rzymskimi, choć z pewnością budziły emocje i namiętności, nie były czymś nadzwyczajnym. Dziś zadziwiają, ale właściwie powinnam się spodziewać takich niezwykłości. W końcu od przylotu na Maltę nieustająco mam wrażenie, że podróżuję bardziej w czasie niż w przestrzeni.

 

NA POŁUDNIE OD TUNISU

Ten kraj jest naprawdę mały (ma zaledwie 316 km² powierzchni). Jeśli się dobrze rozejrzymy, niemal z każdego miejsca na głównej wyspie dostrzeżemy mury Mdiny – dawnej stolicy. Wszędzie też dojedziemy autobusami wyruszającymi z Valletty (pełniącej funkcję stolicy od drugiej połowy XVI stulecia). Komunikacja na Malcie wydaje się turystom dość przejrzysta i łatwa do ogarnięcia, ale historia, geografia, język i tradycje sprawiają im nie lada kłopot.

 

Rzut oka na mapę i już mamy pierwszą wątpliwość. Czy ten kraj rzeczywiście stanowi część Europy? I tak, i nie. Od 1 maja 2004 r. podobnie jak Polska jest pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Jednak geograficznie należy już do Afryki. Znajduje się na południowy wschód od stolicy Tunezji, Tunisu, mniej więcej na wysokości znanego i lubianego przez Polaków kurortu Susa i świętego miasta islamu – Kairuanu. Pod względem klimatu i krajobrazów Malta przypomina Afrykę Północną czy Bliski Wschód. Jej pejzaże wypełniają smagane morskim wiatrem nagie wzgórza, jasne, wapienne skały, spłowiała zieleń śródziemnomorskich ziół. Gdzieniegdzie widać palmy i opuncje. Maltańczycy mają południowoeuropejską urodę. Są podobni do Hiszpanów lub Włochów. Ich język nie brzmi jednak dla turystów znajomo. 

 

STAROŻYTNI FENICJANIE

Maltański nie przypomina żadnego innego języka europejskiego, choć czasami w mowie Maltańczyków da się wychwycić ewidentne zapożyczenia z włoskiego czy angielskiego. Mieszkańcy Malty twierdzą, że pochodzi od języka starożytnych Fenicjan.

 

Mogłoby być w tym ziarno prawdy, bo przecież wynalazcy alfabetu linearnego i pieniędzy mieszkali tu ok. 3 tys. lat temu. Chociaż tak wiele im zawdzięczamy, to zadziwiająco mało po nich pozostało. Trochę ceramiki i glinianych figurek obejrzymy w Narodowym Muzeum Archeologii (National Museum of Archaeology) w Valletcie. Prawdą jest też, że maltański należy do języków semickich, podobnie jak arabski i hebrajski, ale do jego zapisu stosuje się alfabet łaciński. Europejczykom sprawia trudność odczytanie nazw takich jak Marsaxlokk, Ġgantija, Ħaġar Qim czy Ix-Xagħra tal-Kortin. Z kolei Mdina lub Rabat brzmią znajomo dla każdego, kto był kiedyś w dowolnym kraju arabskim. Medina oznacza po arabsku „miasto”, a rabat – „przedmieście”. Jednak Arabowie panowali w tej części Morza Śródziemnego tylko przez mniej więcej 220 lat (od 870 r.) – o jakieś 600 lat krócej, niż rządzili na Półwyspie Iberyjskim. W 1091 r. wyparli ich Normanowie. Do tej pory nikomu nie przyszło do głowy, żeby przeprowadzić w kraju dearabizacje nazw miejscowości. I tak na niewielkiej Malcie znajdziemy toponimy maltańskie i arabskie oraz zachodnioeuropejskie. Te ostatnie związane są z działalnością zakonu joannitów (szpitalników), który przybył w te strony w 1530 r. Po ustanowieniu nowej siedziby jego członkowie przyjęli nazwę kawalerowie maltańscy.

 

KRAJ RYCERZY

Jean Parisot de la Valette (1494–1568), wielki mistrz zakonu joannitów, wsławił się heroiczną obroną Malty przed inwazją Turków osmańskich w 1565 r. Zaledwie ok. 6–8,5 tys. chrześcijan przetrzymało oblężenie mniej więcej 30–48 tys. muzułmanów. Trwające prawie cztery miesiące boje (od 18 maja do 11 września) były niezwykle zacięte. Historycy oceniają, że Turcy stracili ponad połowę swojej armii. Spośród obrońców śmierć poniósł co trzeci. Zuchwałość, ale i mądrość i odwaga wielkiego mistrza przyniosły mu sławę niezłomnego rycerza broniącego do ostatniej kropli krwi honoru chrześcijańskiego świata. Na jego cześć nazwano nowe miasto na Malcie, ufortyfikowane według najlepszych wzorców, którego położenie było znacznie bardziej strategiczne niż Mdiny, dotychczasowej stolicy. Jeszcze przed końcem XVI w. do Valletty przeniosła się komandoria zakonu maltańskiego. Miasto przejęło funkcję ośrodka stołecznego.

 

Płyniemy do stolicy promem ze Sliemy – turystycznego kurortu po drugiej stronie zatoki Marsamxett. Rejs trwa zaledwie 10 minut, ale z pokładu można podziwiać niepowtarzalny widok na Vallettę od strony wody. Nad miastem, malowniczo położonym na wzgórzu, góruje ogromna kopuła Bazyliki Matki Boskiej z Góry Karmel, przywodząca na myśl watykańską Bazylikę św. Piotra. Pod względem wysokości z kościołem karmelickim ściga się strzelista wieża anglikańskiej Prokatedry św. Pawła. Jednak najwspanialszą tutejszą świątynią jest niewidoczna od strony morza Konkatedra św. Jana. Choć za wejście do niej trzeba zapłacić (normalny bilet wstępu kosztuje 10 euro, dla seniorów i studentów – 7,50, a dzieci poniżej 12. roku życia wchodzą za darmo), to naprawdę warto. Możemy jedynie powtórzyć za szkockim poetą i powieściopisarzem Walterem Scottem, który odwiedził Maltę w 1831 r., że wnętrze świątyni uważamy za najwspanialsze, jakie kiedykolwiek widzieliśmy. Każdy centymetr ściany czy posadzki pokrywają tu kunsztowne zdobienia w najlepszym barokowym stylu. W bocznym oratorium znajdziemy dwa świetne obrazy włoskiego geniusza Caravaggia (Ścięcie św. Jana Chrzciciela i Św. Hieronim), który na Malcie szukał schronienia (w latach 1607–1608), kiedy był ścigany za morderstwo.

 Brytyjskie ślady na ulicach Valletty – charakterystyczne czerwone budki telefoniczne

© VIEWINGMALTA.COM

 

BRYTYJSKI SALUT

Chociaż kawalerowie maltańscy od lat nie stają już z bronią w ręku do walki w obronie wiary, zakon nadal uchodzi za organizację doskonale ustosunkowaną. Przez całe wieki możni tego świata odnajdywali swoje powołanie w strzeżeniu granic chrześcijańskiej Europy. Malta była siedzibą joannitów przez 268 lat. Jako najbardziej na południe wysunięty punkt kontynentu otrzymywała nieustanne wsparcie konieczne do odpierania ataków tunezyjskich piratów. Ale rycerze nie zajmowali się jedynie walką. Aby umacniać swoją wiarę, budowali kościoły. Dziś jest ich tu ponoć ok. 360. Niemal przez cały rok można codziennie chodzić na mszę do innej świątyni. 

 

Zakon stracił władzę na Malcie w czasie wojen napoleońskich. Generał Napoleon Bonaparte w czerwcu 1798 r., jeszcze zanim ogłosił się cesarzem Francuzów, wyrzucił kawalerów maltańskich z Valletty i podporządkował archipelag rewolucyjnej Francji. Zaledwie trzy miesiące później wybuchł bunt (powstanie maltańskie) – tym razem przeciwko francuskim okupantom. Pozbyto się ich ostatecznie we wrześniu 1800 r. z pomocą brytyjskiej floty. Jak to często w życiu bywa, sojusznicy szybko sięgnęli po władzę. Do 1964 r. Malta była brytyjską kolonią. Jej znaczenie wzrosło po otwarciu Kanału Sueskiego w 1869 r. Do bezpiecznego portu na archipelagu zawijali podróżnicy chcący uzupełnić zapasy przed wyprawą w świat Orientu.

 

Choć Brytyjczycy rządzili Maltą tak jak innymi koloniami, to trzeba im oddać, że w przeciwieństwie do znienawidzonych przez Maltańczyków Francuzów nie walczyli z religijnością miejscowej ludności. Być może dlatego ślady brytyjskiego panowania wciąż są tutaj dobrze widoczne. Na ulicach obowiązuje ruch lewostronny, w kraju używa się wtyczek angielskiego typu, a codziennie w Górnych Ogrodach Barrakka (Upper Barrakka Gardens) w Valletcie w samo południe i o 16.00 rozlega się salut armatni (oddają go członkowie Malta Heritage Society ubrani w historyczne mundury artylerii brytyjskiej) przyciągający licznych turystów.

 

APOSTOŁ ROZBITEK

O tym, dlaczego wiara jest dla wyspiarzy ważna, możemy przekonać się w jednej z najbardziej niezwykłych świątyń w Valletcie – Kościele św. Pawła Rozbitka (Church of St Paul’s Shipwreck). W tej pięknej, barokowej kolegiacie przechowuje się relikwię apostoła z Tarsu, uchodzącego za współtwórcę instytucji Kościoła. Gdyby nie św. Paweł, niestrudzony podróżnik, który za cel swojego życia obrał szerzenie Dobrej Nowiny wśród mieszkańców ziem należących do Cesarstwa Rzymskiego, kto wie, czy chrześcijaństwo miałoby szansę wyjść poza ramy narzucone przez judaizm. Ze względu na swoją otwartość na pogan apostoł naraził się nawet św. Piotrowi. 

 

Statek, który przewoził aresztowanego św. Pawła z Judei do Rzymu, wpadł jesienią 60 r. n.e. u wybrzeży Malty (wówczas zwanej Melitą) na skały. Rozbitków przygarnęli gościnni mieszkańcy. Niemal tuż po dotarciu na plażę apostoła miał ukąsić jadowity wąż. Żarliwa wiara uratowała mu jednak życie, co Maltańczycy uznali za cud. W ciągu kolejnych miesięcy licznie przechodzili na chrześcijaństwo. Nawrócił się nawet Publiusz, rzymski namiestnik Melity, mieszkający w willi, na której miejscu stoi dziś, jak się przyjmuje, Kościół św. Pawła w Rabacie (tuż obok znajduje się bar powożącego rydwanem Vince’a). Tradycja mówiąca, iż chrześcijaństwo zaszczepił na archipelagu sam apostoł z Tarsu, jest wciąż żywa. Nic zatem dziwnego, że Maltańczycy należą do najbardziej religijnych narodów Europy.

 

WENUS SPRZED TYSIĘCY LAT

Myliłby się jednak ten, kto przypuszczałby, że głęboka wiara spłynęła na mieszkańców tego śródziemnomorskiego archipelagu dopiero wraz z chrześcijaństwem. Aby poznać tajemnice Malty, trzeba wyjechać z Valletty, minąć lotnisko i skierować się w stronę przeciwległego brzegu wyspy, żeby w kilkanaście minut dotrzeć do imponującego kompleksu megalitycznych świątyń Ħaġar Qim.

 

Nie ma dziś na świecie zbyt wielu budowli, które powstały ponad 5 tys. lat temu i wciąż stoją. Za jedne z najstarszych obiektów na ziemi uchodzą piramidy w Gizie. Kompleks Ħaġar Qim jest jednak starszy od słynnej piramidy Cheopsa w Egipcie o ok. 1 tys. lat. Kto ustawił ogromne, ważące wiele ton kamienie tworzące potężne mury, korytarze, komnaty z ofiarnymi ołtarzami? Tego nie wiemy. Wiadomo za to, kogo czcili mieszkańcy ówczesnej Malty – boginię o kusząco pełnych kształtach (tzw. Maltańską Wenus). Jej posągi archeolodzy znaleźli także w podobnym obiekcie w Tarxien oraz na terenie liczącego według szacunków mniej więcej 5,6 tys. lat kompleksu Ġgantija na Gozo.

 

Jednak jeśli mielibyśmy wybrać do zwiedzania tylko jeden megalityczny zabytek, to z całkowitą pewnością postawilibyśmy na Ħaġar Qim. Spod położonej na wysokim, wapiennym klifie, smaganej wiatrem budowli rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na lazurowe Morze Śródziemne. Wielkie głazy ustawione w tajemnicze kręgi przywodzą na myśl Stonehenge w południowej Anglii. Jednocześnie jest coś niezwykle bliskiego w tych kamiennych murach, wewnątrz których ludzie kiedyś modlili się, radzili wyroczni i zapewne zwierzali ze swoich codziennych problemów boskiej matce, pocieszycielce.

 

SAMOTNE KLIFY

Prawie 10 km dalej leży najwyższy punkt wyspy – Ta’ Dmejrek (253 m n.p.m.). Docieramy do niego wąską, krętą drogą (mijanki z autobusami, gdy jedzie się lewą stroną jezdni, potrafią polskiemu kierowcy podnieść ciśnienie). Trudno nazwać go górą czy nawet wzgórzem, bo od strony lądu teren wznosi się bez znaczących przewyższeń. Za to potem opada imponującą, pionową, skalną ścianą prosto do morza. To miejsce zwane klifami Dingli. Zostawiamy samochód przy drodze i idziemy kamienistym szlakiem do samotnej kapliczki Marii Magdaleny. Wiatr wściekle szarpie suchą, przekwitniętą jukę i kolczaste płaty opuncji. Turystów nie ma niemal w ogóle, co wydaje nam się dziwne, bo okolica wygląda obezwładniająco pięknie. Białe, strzeliste klify wspaniale prezentują się też od strony morza. Można pod nie podpłynąć małą łódką lub kajakiem.

 

BŁĘKIT MORZA I BIEL SKAŁ

Wysokie, wapienne wybrzeże kryje w sobie niejedną tajemnicę. Skały, o które biją morskie fale, są podziurawione jak szwajcarski ser. W niektórych miejscach powstały skalne łuki i jaskinie. Najsłynniejszą formacją na archipelagu było Lazurowe Okno (Azure Window) na Gozo. Niestety w marcu 2017 r. imponujący łuk zawalił się, a jego pozostałości pochłonęło morze. Możemy go dzisiaj zobaczyć m.in. w pierwszym sezonie amerykańskiego serialu Gra o tron. 

 

Podobnych miejsc na szczęście na Malcie nie brakuje. Do najpiękniejszych z nich należy Błękitna Grota (Blue Grotto) nieopodal kompleksu Ħaġar Qim. Ten niezwykły system jaskiń można podziwiać z pokładu łodzi. Morze ma tu intensywny, lazurowy kolor, bo dno pokryte jest wapiennym rumoszem o strukturze karraryjskiego marmuru. Fale przelewają się przez otwory wielkich pieczar. Co i raz śmiałkowie zagłębiają się w ciemną czeluść, żeby wypłynąć po drugiej stronie skał.

 

UDANY POŁÓW

Jeśli podczas wycieczki zgłodniejemy, a stanie się tak na pewno, bo słońce i mocny wiatr wzmagają apetyt, powinniśmy podjechać do Marsaxlokk. Nazwa tej miejscowości na pierwszy rzut oka wydaje się nie do wymówienia, ale w rzeczywistości nie jest to aż takie trudne – czyta się ją „Marsaszlok”. Jeżeli szukamy miejsca na lekki, śródziemnomorski obiad, nie znajdziemy na Malcie lepszego. Krótki deptak ciągnie się wzdłuż portu rybackiego, w którym zobaczymy miejscowych rybaków z filozoficznym spokojem czyszczących sieci. Działa tutaj również regionalny targ z lokalnymi przysmakami. Położone wzdłuż nabrzeża restauracje specjalizują się w owocach morza. Zamiast wertować menu od razu warto zamówić catch of the day, czyli rybę dnia. Pod tą nazwą nie kryje się bynajmniej potrawa z wczorajszych resztek (jak to – niestety – bywa niekiedy w polskich lokalach gastronomicznych nad Bałtykiem), ale danie przyrządzone ze świeżych składników pochodzących z porannego połowu. Podstawę może stanowić tuńczyk albo lampuka (koryfena), ewentualnie miecznik. Gdybyśmy tylko mogli, stołowalibyśmy się w Marsaxlokk codziennie.

Marina w ufortyfikowanym birgu, zaliczanym do tzw. Trzech Miast razem z Cospicuą i Sengleą

© VIEWINGMALTA.COM

 

 

REKINY WŚRÓD WRAKÓW

Jeśli nie mamy już w żołądku miejsca nawet na sardynkę, ale wciąż interesują nas maltańskie ryby, to powinniśmy pojechać do Narodowego Akwarium Malty (Malta National Aquarium) w Qawrze. W wypełnionych wodą zbiornikach z hartowanego szkła, bardzo przemyślnie udekorowanych rozmaitymi artefaktami, zebrano różnorodne okazy morskiej fauny.

 

Warto dodać, że nurkowanie na Malcie to ogromna przygoda. Pod wodą natknąć się można na wraki, fragmenty posągów, a nawet rozsypane na dnie przedmioty pochodzące ze statków. Wśród tego wszystkiego pływają ogromne płaszczki, niewielkie rekiny, tuńczyki i cała masa kolorowej drobnicy, która byłaby prawdziwą ozdobą każdego domowego akwarium.

 

NA PLANIE

Z każdym przejechanym kilometrem przed naszymi oczami pojawiają się nowe, zachwycające widoki. Trudno oderwać od oka aparat fotograficzny. Nic dziwnego, że liczba filmów kręconych na Malcie przyprawia o zawrót głowy. Są jednak takie hollywoodzkie hity, które pozostawiły na archipelagu trwały ślad. Tak było w przypadku pełnometrażowej komedii z 1980 r. o przygodach nieustraszonego marynarza Popeye’a, słynącego z nadludzkiej siły, jaką zyskuje po zjedzeniu puszki szpinaku. Na potrzeby musicalu z Robinem Williamsem (1951–2014) w roli tytułowej zbudowano specjalny plan filmowy. Po zakończeniu produkcji postanowiono, że będzie służył jako atrakcja turystyczna. 

 

Popeye Village usytuowana w pięknej zatoce Anchor (Anchor Bay) to dość osobliwe połączenie parku rozrywki z placem zabaw i placówką edukacyjną. Można tu wziąć udział w odgrywaniu scen z filmu. Nasze wyczyny nagrywane są przez profesjonalnych operatorów, którzy montują krótką sekwencję filmową. Aktorzy amatorzy mogą ją później obejrzeć w tutejszym kinie, a płytę z nią zabrać ze sobą. Poza tym wybierzemy się stąd także motorówką na wycieczkę do pobliskich jaskiń. Jest też wioska… Świętego Mikołaja (strefa otwarta od 6 grudnia do 6 stycznia). W miejscowej restauracji nie podają jednak szpinaku, tylko kurczaka i frytki.

 

CUD POD KOPUŁĄ

Na Malcie warto poddać się czasem czarowi chwili albo zmienić plany, gdy zachwyci nas jakiś architektoniczny szczegół. Po drodze do Saint Paul’s Bay mijaliśmy widoczną z oddali ogromną kopułę przypominającą rzymski Panteon. Nie wahaliśmy się długo i już po chwili parkowaliśmy w miasteczku Mosta pod Bazyliką Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Neoklasycystyczna bryła o kształcie rotundy rzeczywiście była wzorowana na najważniejszej świątyni antycznego Rzymu. W trakcie niemieckiego bombardowania w czasie II wojny światowej (w kwietniu 1942 r.) jedna z 500-kilogramowych bomb trafiła w kościół. Przebiła kopułę i wpadła do środka, gdy wewnątrz ponad 300 wiernych czekało na wieczorną mszę. Jednak nie wybuchła, co uznano za cud. Rotunda wygląda wspaniale, a najładniej prezentuje się oglądana z jednego ze stolików ustawionych przed kawiarnią i barem „Baroque”, gdzie warto się zatrzymać na kieliszek chłodnego rieslinga.

Cudownie ocalałą neoklasycystyczną Rotundę w Moście ukończono na początku lat 60. XIX w.

© VIEWINGMALTA.COM/GREGORYIRON

PODRÓŻ DO PRZESZŁOŚCI

Jak byśmy nie przecinali Malty – ze wschodu na zachód czy z północy na południe – zawsze będziemy przejeżdżać nieopodal Mdiny. Dawna stolica swoją obecną nazwę zawdzięcza arabskim najeźdźcom, którzy zdobyli ją w 870 r. Miasto zostało jednak założone dużo wcześniej, bo już w VIII w. p.n.e. Dokonali tego Fenicjanie. Gdy przybyli tutaj Rzymianie (w 218 r. p.n.e.), nazwali ośrodek Melitą (Melite), podobnie jak całą wyspę. 

 

Dziś pod dawne miejskie mury ściągają m.in. wielbiciele amerykańskiego serialu fantasy Gra o tron. Często nie da się przejść spokojnie po kamiennym moście prowadzącym z Rabatu do ufortyfikowanej Mdiny ze względu na podekscytowanych fanów, którzy stroją groźne miny do aparatów fotograficznych lub cieszą się jak dzieci, kiedy poznają miejsce odgrywające na ekranie telewizora spektakularny wjazd do Królewskiej Przystani (stolicy Siedmiu Królestw). Jednak i dla zwykłych zwiedzających spacer po dawnej stolicy Malty to jedno z największych przeżyć w trakcie wizyty na archipelagu. Wystarczy odejść kilka kroków od głównego szlaku, żeby docenić, jak jest tu pięknie i spokojnie. Czasem ciszę przerywa stukot końskich kopyt o bruk, gdy niedaleko przejeżdża dorożka. Możemy też wstąpić do Narodowego Muzeum Historii Naturalnej (National Museum of Natural History) w XVIII-wiecznym, barokowym pałacu należącym dawniej do zakonu joannitów (Palazzo Vilhena) i zobaczyć, jak wyglądały słynne sokoły maltańskie. Jeśli turystyczne ceny w Mdinie nas odstraszą, to wystarczy odbyć 10-minutowy spacer, po którym znajdziemy się w centrum Rabatu. Przy Kościele św. Pawła wypijemy tutaj kawę i porozmawiamy z Vince’em. Potem warto zejść pod ziemię, do rozległych wczesnochrześcijańskich katakumb, lub odwiedzić grotę, w której podobno podczas trzymiesięcznego pobytu na Melicie mieszkał św. Paweł. 

 Zabytkową Mdinę ulokowano na wzgórzu, z którego rozpościera się wspaniały widok na Maltę

© VIEWINGMALTA.COM

Artykuły wybrane losowo

W Wietnamie, krainie czerwonego smoka

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Pełen smaków, zapachów, barw i magii Wietnam wydaje się stanowić idealny cel podróży zarówno dla osób dopiero rozpoczynających przygodę z Azją, jak i dla tych, którzy już znają ten kontynent dość dobrze. Jeśli ktoś chce spróbować dań pysznej kuchni, odkryć liczne zabytki, przejechać się z kilkoma współpasażerami jednym skuterem lub po prostu zrelaksować na jednej z tropikalnych plaż, powinien postawić właśnie na ten kraj. Tutaj to wszystko jest możliwe. >>

 

Noworoczne lampiony w kolorze czerwonym przynoszącym szczęście

© MAGDALENA BARTCZAK

 

Przez długi czas, zanim jeszcze wybrałam się w pierwszą podróż do Azji, wiedzę na jej temat czerpałam głównie z reportaży i filmów, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych. Jednym z moich ulubionych azjatyckich twórców stał się Trần Anh Hùng, wietnamski reżyser mieszkający od 1975 r. we Francji, gdzie wyemigrował wraz z rodzicami pod koniec wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej). Oglądając Zapach zielonej papai (1993 r.), Rykszarza (1995 r.) czy Schyłek lata (2000 r.), wyobrażałam sobie jego ojczyznę jako kraj pełen soczystych kolorów, intensywnych zapachów, ulicznego gwaru i ciężkiego, tropikalnego powietrza. Jak przyznaje w wywiadach reżyser, w swoich produkcjach często powraca do Wietnamu z czasów własnego dzieciństwa – przedstawia go więc takim, jakim go zapamiętał przed emigracją. Jego filmy, nostalgiczne i zmysłowe, zachęciły mnie, żeby odwiedzić ten kraj. Szybko zagościł więc na mojej liście wymarzonych miejsc do zobaczenia i długo nie pozwalał mi o sobie zapomnieć.

Gdy marzenie wreszcie się spełniło i po raz pierwszy wybrałam się do ojczyzny Trần Anh Hùnga, już po wyjściu z potężnego lotniska w Ho Chi Minh przekonałam się, że wilgotne i lepkie powietrze, które przenikało jego filmowe opowieści, stanowi stały element klimatu Wietnamu, szczególnie na południu. Wszystko tu niemal od pierwszej chwili wydało mi się intensywne, aromatyczne, przesycone dźwiękami i kolorami. Szybko też okazało się, że ten piękny i długi kraj pełen jest skarbów przyrody oraz zniewalających smaków, które jeszcze długo po podróży pozostają w pamięci.

 

BOGATA HISTORIA

Wietnam leży na Półwyspie Indochińskim, od północy graniczy z Chinami, a od zachodu – z Kambodżą i Laosem. Choć pod względem powierzchni nieco przewyższa Polskę (zajmuje powyżej 331 tys. km²), to mieszka w nim ponad dwa razy więcej ludzi niż w naszym kraju (ok. 95 mln) i żyją co najmniej 54 mniejszości etniczne, które mają własne pismo, tradycje i język. Także dialekty w obrębie wietnamskiego znacznie różnią się od siebie – często te same słowa oznaczają coś zupełnie innego na północy, w centrum i na południu. Regiony charakteryzują się również odmiennymi warunkami pogodowymi. W północnych rejonach występuje klimat wilgotny podzwrotnikowy, w środkowej części – zwrotnikowy z porą deszczową i suchą, a na południowym obszarze – zwrotnikowy w odmianie monsunowej. Warto o tym pamiętać przy planowaniu podróży. Różnice w temperaturze między północą i południem mogą sięgać nawet 15–20°C. Wietnam jest też wyjątkowo różnorodny pod względem kultury, która przez wieki czerpała inspiracje m.in. z Chin, Indonezji i Francji. Specyfikę tego kraju stanowi jednak fakt, że dzięki silnemu zakorzenieniu w lokalnych tradycjach Wietnamczycy nie ulegli znacząco wpływom z zewnątrz. Przyswoili je w zmodyfikowanej formie i wzbogacili tym samym własne dziedzictwo kulturowe, oparte na wzorcach zaczerpniętych z buddyzmu, konfucjanizmu i taoizmu.

Według legend państwo wietnamskie, określane mianem krainy smoka (ze względu na rolę, jaką to stworzenie odgrywa w jego mitologii), zostało założone prawie 5 tys. lat temu przez dynastię Hồng Bàng (ok. 2879 r. p.n.e.). Od tego czasu wielokrotnie musiało bronić swoich ziem przed podbojami. Przez ponad tysiąc lat (od 111 r. p.n.e. do 938 r. n.e.) znajdowało się pod chińską okupacją. Potem kilkukrotnie było najeżdżane przez wojska mongolskie, w drugiej połowie XIX w. stało się częścią Indochin Francuskich, a w 1940 r. kontrolę nad jego terytorium przejęła Japonia. Po II wojnie światowej o swoją dawną kolonię upomnieli się Francuzi, co doprowadziło do wybuchu I wojny indochińskiej (1946–1954). W jej wyniku kraj podzielono na północną komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu i południową Republikę Wietnamu. Wkrótce potem między oboma państwami wybuchł konflikt zbrojny (wojna wietnamska 1955–1975), który okazał się jednym z najdłuższych i najkrwawszych w regionie.

 

ŚWIAT DUCHÓW I PRZODKÓW

Ze względu na trudną przeszłość i konieczność częstego konfrontowania się z innymi narodami, próbującymi narzucić im swój porządek, Wietnamczycy charakteryzują się dumą z własnych tradycji i patriotyzmem. Poza tym do ich głównych cech należy zaliczyć też niewątpliwie zamiłowanie do targowania się, które – szczególnie w mniejszych sklepikach i na targach – jest tu uważane za naturalny element zakupów. Jeśli ktoś nie podejmuje próby zbicia ceny, wzbudza podejrzenia, a w najlepszym wypadku wywołuje rozbawienie lub niedowierzanie wśród miejscowych. Chcesz kupić kilogram bananów, a sprzedawca życzy sobie 30 tys. dongów (w przeliczeniu na złotówki ok. 4,50 PLN)? Najprawdopodobniej kosztuje on nie więcej niż 10 tys. dongów, więc śmiało możesz powiedzieć quá đắt, czyli „zbyt drogo”, i rozpocząć negocjacje. Nie należy przy tym zapominać o uśmiechu, cenionym przez Wietnamczyków tym bardziej, że jako naród mają również opinię pomocnych, radosnych i uprzejmych ludzi.

Miejscowych cechuje także przywiązanie do przesądów, chroniących przed nieszczęściem i pozwalających (przynajmniej pozornie) utrzymać kontrolę nad otaczającą rzeczywistością, w postrzeganiu której zdroworozsądkowe myślenie często miesza się z fantastycznymi wyobrażeniami i wiarą w magię. Warto wymienić choć kilka popularnych zasad i zwyczajów. Wietnamczycy nie zostawiają pałeczek wetkniętych w jedzenie, ponieważ w ten sposób umieszczają je tylko w posiłku stawianym na ołtarzykach dla zmarłych. Źle widziane jest też otwieranie parasola w domu, gdyż może to doprowadzić do uwolnienia przyczepionych do niego duchów i sprowadzić nieszczęście. Z podobnego powodu nie należy sprzątać ani tym bardziej zamiatać domu pierwszego dnia Nowego Roku (Tết Nguyên Đán, w skrócie Tết), świętowanego przez trzy dni i celebrowanego w Wietnamie, zgodnie z kalendarzem księżycowo-słonecznym, zwykle między drugą połową stycznia a połową lutego (w 2019 r. wypadnie on 5 lutego). Wysprzątanie domowych pomieszczeń oznacza pozbycie się dobrych duchów i szans na pomyślność w kolejnych miesiącach.

Z Nowym Rokiem wiąże się zresztą wiele innych przesądów. Przed jego końcem trzeba zwrócić wszystkie długi – w przeciwnym razie w nadchodzącym roku będziemy mieć problemy finansowe. Podczas noworocznych wizyt rodzinnych nie należy mieć na sobie stroju w jednolitym kolorze, ponieważ to przynosi pecha. Dla Wietnamczyków Nowy Rok to najważniejsze święto ze wszystkich, przygotowują się do niego bardzo skrupulatnie. Około tygodnia wcześniej odwiedzają groby bliskich, gdzie palą kadzidła i modlą się, zachęcając duchy przodków, aby zeszły na ziemię i towarzyszyły im w świętowaniu. Przez trzy świąteczne dni, po okresie zakupowej gorączki i przygotowań, wszystkie sklepy są już zamknięte, a ulice i skwery przyozdobione kwiatami, dekoracjami i lampionami. Ulicami przechodzą parady z tańczącym smokiem i towarzyszeniem muzyki. Nowy Rok jest jednak głównie czasem spotkań z najbliższymi, pogłębiania więzi i oddawania czci duchom przodków. Nieodłączny element świętowania stanowi rodzinna kolacja, na której nie może zabraknąć jednego z najbardziej tradycyjnych dań podawanych na tę okazję – bánh chưng (ciasta z ryżu kleistego, wieprzowiny i fasoli mung, gotowanego w bananowych liściach).

 

Wietnamka przygotowująca pyszną zupę pho na ulicznym stoisku w Hanoi

© MAGDALENA BARTCZAK

 

CAŁA PALETA SMAKÓW

Skoro mowa o kuchni, warto wspomnieć o tym, że Wietnamczycy przejawiają również poważne podejście do gotowania, które uchodzi za ważną część codziennego życia. Widać to zresztą w misternie przygotowywanych potrawach – choćby sajgonkach, czyli starannie zawijanych krokietach z papieru ryżowego z farszem z makaronu ryżowego z dodatkiem mięsa, warzyw lub krewetek, doprawionym kolendrą. W Wietnamie podaje się je nie tylko w wersji smażonej, ale też na surowo (gỏi cuốn). W tym drugim wariancie są zdrowsze i orzeźwiają w tropikalne upały. Warto zresztą dodać, że pełna smaków i kolorów kuchnia Wietnamu jest uważana za jedną z najzdrowszych na świecie. Jej dania powstają zgodnie z założeniami zbilansowanej diety, komponuje się je według reguły pięciu smaków (słodkiego, kwaśnego, gorzkiego, ostrego i słonego) oraz koncepcji yin-yang – dwóch uzupełniających się przeciwieństw. W potrawach używa się dużej ilości świeżych przypraw i ziół, takich jak kolendra, trawa cytrynowa czy mięta. Często występującymi w nich składnikami są ryż, limonka, sos rybny i sojowy.

                Wietnamską kuchnię – podobnie jak w wypadku pogody czy przyrody – cechuje różnorodność, a jej regionalne odmiany różnią się między sobą m.in. z powodu klimatu, dostępności produktów i przyswojonych tradycji. Nawet najpopularniejsze tutejsze danie – zupa pho (phở), czyli rosół z makaronem ryżowym, kawałkami wołowiny lub kurczaka, kolendrą, imbirem, sosem rybnym i limonką – ma swoje rozmaite wersje w zależności od regionu. Choć obcokrajowiec nie poczuje dużej różnicy pomiędzy nimi, to według Wietnamczyków pho smakuje zupełnie inaczej w Hanoi niż w Ho Chi Minh. Warto przy tej okazji dodać, że północna część kraju pozostaje pod wpływem chińskich tradycji kulinarnych – przyrządza się tu wiele potraw smażonych (m.in. różnych rodzajów makaronu czy pierożków bánh gối), obficie polewanych sosem sojowym. W menu południa, które czerpie inspiracje ze zwyczajów kolonialnej Francji, znajdziemy więcej ryb, warzyw i owoców morza. Z kolei kuchnia centralnego Wietnamu, wywodząca się z kręgu cesarskiego, uchodzi za najostrzejszą, a przy tym najbardziej wykwintną, kolorową i wytwornie podawaną. Do klasycznych dań należą w tym rejonie m.in. chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, wypełnione wieprzowiną, krewetkami i kiełkami, ozdobione bazylią, kolendrą i miętą (bánh xèo).

 

Malownicze tarasowe pola ryżowe w górzystej okolicy miejscowości Sa Pa

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

BARWNA STOLICA

Terytorium Wietnamu, które zdaje układać się w kształt litery s, przez samych mieszkańców bywa porównywane do smoka. Według legendy głowę tego stworzenia stanowi północ, a jego oko – leżące w delcie Rzeki Czerwonej Hanoi. To centrum polityczne, kulturalne i gospodarcze współczesnego kraju. Miasto jest różnorodne, pełne kontrastów, z jednej strony przywiązane do tradycji, z drugiej – otwarte na zmiany. Choć przy pierwszej wizycie ta 8-milionowa metropolia może przytłoczyć i oszołomić hałasem i energią, to trudno oprzeć się jej urokowi. Mnie od pierwszego wejrzenia zauroczyło przede wszystkim historyczne centrum, od którego zaczęłam włóczęgę po Hanoi. Stanowi ono prawdziwy żywioł: zatłoczone uliczne restauracyjki i bary sąsiadują tu z warsztatami, sklepikami i bazarami, gdzie wśród przepełnionych stoisk znajdziemy worki ryżu, mięsa, ziół, owoców i warzyw. Między nimi manewrują sprzedawcy oferujący świeże owoce, różnego rodzaju przekąski czy turystyczne pamiątki. Nad wąskimi ulicami z kolonialną architekturą królują malownicze plątaniny kabli, które są jednym z tych widoków, do jakich należy się przyzwyczaić w Wietnamie. Stanowią one równie naturalny element miejskiej tkanki jak gwar, tłok i wszechobecne skutery, nierzadko zajęte przez kilku pasażerów naraz.

Jeśli będziemy chcieli odpocząć od zgiełku, powinniśmy wybrać się do otoczonej ogrodami Świątyni Literatury (Văn Miếu), barwnego konfucjańskiego kompleksu, w którym w drugiej połowie XI w. założono pierwszy uniwersytet w całym Wietnamie. Inną wartą odwiedzenia atrakcją jest liczące ok. 700 m długości Jezioro Zwróconego Miecza (Hồ Hoàn Kiếm), usytuowane w centrum miasta. Jego nazwa pochodzi od legendy o wyłowionym z niego mieczu, dzięki któremu przyszły cesarz i założyciel dynastii, Lê Lợi (ok. 1384–1433), miał pokonać przeciwników i wyzwolić ojczyznę spod chińskiego panowania. Pewnego dnia po broń zgłosił się jednak jej prawowity właściciel, czyli… wielki żółw mieszkający w wodach jeziora. Miecz sam wrócił do zwierzęcia, a władca uznał je za opiekuńczego ducha tego miejsca i aby oddać mu cześć, kazał postawić na tutejszej wysepce Wieżę Żółwia (Tháp Rùa), która stała się symbolem pokoju oraz samego Hanoi.

Podczas pobytu w wietnamskiej stolicy nie można także przegapić innej historycznej ciekawostki, jaką jest monumentalne Mauzoleum Ho Chi Minha, działacza komunistycznego i przywódcy Demokratycznej Republiki Wietnamu, przez jednych kochanego, a przez innych nienawidzonego wujka Ho (1890–1969). Obiekt otwarto w 1975 r. w samym sercu dawnej Dzielnicy Francuskiej na placu Ba Đình. Właśnie w tym miejscu, otoczonym dziś szerokimi bulwarami, eleganckimi willami i ambasadami, Ho Chi Minh ogłosił we wrześniu 1945 r. niepodległość kraju. Mauzoleum stanowi atrakcję również dla samych Wietnamczyków, którzy chętnie je odwiedzają. Ubrani skromnie, ale odświętnie, ustawiają się w kilometrowych kolejkach do wejścia. Czekają wyciszeni i podekscytowani perspektywą ujrzenia z bliska grobu dawnego bohatera.

 

Zatoka Hạ Long od 1994 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO

© TITC – WWW.VIETNAMTOURISM.COM

 

MAGICZNA PRZYRODA

Północny Wietnam fascynuje nie tylko widocznymi na każdym kroku śladami historii, ale też wspaniałą przyrodą, którą można podziwiać m.in. w licznych parkach narodowych. Najstarszym z nich jest założony w 1986 r. Park Narodowy Cát Bà, rozciągający się na prawie całej powierzchni wyspy o tej samej nazwie. Turystów przyciąga on lasami, wodospadami, jeziorami i jaskiniami skrywającymi się w wapiennych górach. Leży w południowym rejonie malowniczej zatoki Hạ Long. Na jej dnie według legendy śpi smok, który w przeszłości miał pomagać Wietnamczykom w zmaganiach z najeźdźcami. Słynna zatoka, uważana za jeden z największych skarbów przyrodniczych Wietnamu, ma powierzchnię ponad 1,5 tys. km². W jej granicach znajduje się ok. 2 tys. skalistych wysp i wysepek. Na wizytę w okolicy warto przeznaczyć przynajmniej jeden lub dwa dni. Najlepiej zwiedzać ją podczas rejsu, który można zorganizować nawet z Hanoi – zatoka wraz z parkiem narodowym położone są mniej więcej 170 km na wschód od miasta.

Z kolei ok. 300 km na północny zachód od stolicy, tuż przy granicy z Chinami, znajduje się górzysty Park Narodowy Hoàng Liên (utworzony w 2002 r.) – jeden z moich ulubionych, a to ze względu na rześkie powietrze, soczystą zieleń i unoszące się tu melancholijne mgły. Rozciąga się on w pobliżu pasma górskiego Hoàng Liên Sơn, którego najwyższą górą (a zarazem najwyższym szczytem Wietnamu i całych Indochin) jest Fansipan (Phan Xi Păng, 3143 m n.p.m.). W okolicy leżą pola ryżu, należącego do kluczowych produktów eksportowych kraju. Malownicze tarasy ryżowe można podziwiać m.in. z zagubionej wśród deszczowych lasów górskiej miejscowości Sa Pa, cieszącej się zasłużoną popularnością wśród turystów dzięki rozpościerającym się wokół wspaniałym krajobrazom i panującemu w tym rejonie przyjemnemu, choć dość deszczowemu, klimatowi. Najlepiej wybrać się tutaj w porze suchej (która wypada od listopada do maja), aby w pełni móc cieszyć się widokiem na pobliskie tarasowe pola uprawne. Warto także zajrzeć na lokalny targ w Sa Pa – spotkamy na nim m.in. przedstawicieli górskich grup etnicznych Hmong i Dao (Yao), będących jednymi z wielu mniejszości zamieszkujących wielokulturowy Wietnam.

 

ZAPACH TROPIKÓW

Jeśli wymieniamy skarby wietnamskiej przyrody, to nie możemy nie wspomnieć o ciągnącym się przez niemal 3,5 tys. km wybrzeżu, należącym do najpiękniejszych i najdłuższych w regionie. Znajdziemy na nim wiele pięknych, złocistych plaż, choćby w okolicy portowego Đà Nẵng w środkowej części kraju (takich jak zapełnione bungalowami An Bang i Cửa Đại). Osoby chcące odpocząć od chaosu dużych miast powinny odwiedzić Mũi Né. Ta niegdyś niewielka osada rybacka w połowie lat 90. XX w. zaczęła zamieniać się w kurort turystyczny. Leży tutaj przepiękna 15-kilometrowa plaża, którą otaczają niezwykłe wydmy i laguny.

Jeżeli pojedziemy dalej na południowy zachód, dotrzemy do delty rzeki Mekong – miejsca, gdzie odnogi jednej z największych rzek świata tworzą jeziora i kanały wpadające do Morza Południowochińskiego. Oplatają one wyspy i wysepki, których mieszkańcy całe swoje życie związali z wodą. Pływające domy, szkoły, świątynie, urzędy i sklepy stoją na samym brzegu lądu lub bezpośrednio na wodzie. Transport lądowy właściwie tu nie istnieje, do większości wiosek można się dostać tylko łodzią. Okolica robi niesamowite wrażenie i stanowi jeden z najbardziej niezwykłych rejonów w Wietnamie.

Osoby mające więcej czasu mogą zajrzeć na położony ok. 80 km na południe od delty archipelag Côn Đảo. Składa się on z 16 tropikalnych wysepek (o łącznej powierzchni 75,15 km²), z których większość do dziś nie jest na stałe zamieszkana. Ponieważ utworzono tutaj w 1993 r. park narodowy, ruch turystyczny podlega kontroli. Dzięki takim warunkom archipelag zachował swój prawdziwie rajski charakter. Wydaje się, że nigdzie indziej w Wietnamie nie znajdziemy plaż, które byłyby równie czyste i jasnozłote, ani tak błękitnej wody. Na największej z wysp, Côn Sơn (51,52 km² powierzchni i ok. 4 tys. mieszkańców), działa lotnisko. Można na niej m.in. uprawiać trekking i nurkowanie. Pobliskie rafy koralowe uważa się za najpiękniejsze w kraju.

 

KRÓLEWSKE MIASTA

Na wielką atrakcyjność środkowo-południowych rejonów Wietnamu wpływają też wspaniałe miasta i miejscowości, przypominające o tym, że jego kultura jest jedną z najstarszych i najbogatszych w Azji Południowo-Wschodniej. Podczas wizyty tutaj nie wolno ominąć Huế – dawnej stolicy imperium dynastii Nguyễn (1802–1945), leżącej nad Rzeką Perfumową. Miasto dość mocno ucierpiało w trakcie wojny wietnamskiej. Jeden z zabytków, które udało się odrestaurować, stanowi Zakazane Purpurowe Miasto – otoczona potężnymi murami cytadeli dawna siedziba cesarza z rozległym kompleksem świątyń i pałaców. Warte uwagi są również położone w okolicy Huế buddyjskie grobowce cesarzy. Najłatwiej dotrzeć do nich skuterem lub łodzią.

Z kolei ok. 130 km na południowy wschód stąd znajduje się jedno z moich ulubionych azjatyckich miast, senne Hội An, uchodzące za najbardziej urokliwe w Wietnamie. W XVI–XVIII stuleciu należało do najważniejszych portów na jedwabnym szlaku, ściągającym kupców z całego świata, czemu zawdzięcza niepowtarzalny styl i atmosferę. Obce wpływy dostrzega się w nim do dziś. Między niskie budynki mieszkalne z piękną ceramiczną dachówką wciśnięte są chińskie domy zgromadzeń i świątynie, a jedną z największych atrakcji jest zabytkowy kryty Most Japoński. Nie można także zapomnieć o ważnym polskim akcencie związanym z najnowszą historią tego miejsca. W połowie lat 90. XX w. władze Hội An przedstawiły plan wyburzenia starszej jego części i wzniesienia w jej rejonie nowoczesnych bloków mieszkalnych. Do odstąpienia od tego pomysłu namówił jednak włodarzy miasta Kazimierz Kwiatkowski (1944–1997), architekt i konserwator zabytków pochodzący z Lublina, który od początku lat 80. minionego stulecia mieszkał i pracował w Wietnamie, gdzie był znany jako Kazik. Z pomocą Polaka udało się odrestaurować historyczne centrum. Dzięki temu trafiło ono w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wdzięczna społeczność Hội An nazwała imieniem Kazimierza Kwiatkowskiego miejscowy park, a w 10. rocznicę jego śmierci postawiła mu pomnik.

Na koniec naszej podróży po Wietnamie docieramy do jego dawnej stolicy i największej metropolii – Ho Chi Minh, które do dziś wielu mieszkańców nadal nazywa Sajgonem. W tym potężnym i głośnym ośrodku żyje obecnie blisko 9 mln ludzi, a miasto wciąż się rozrasta i wystrzeliwuje w niebo ostrzami nowych drapaczy chmur. To jedna z tych metropolii, które nigdy nie zasypiają i zdają się odnajdywać równowagę w swoim gwarnym chaosie. Warto odkrywać ją powoli, a jeśli damy jej szansę, z pewnością wyczujemy przyjemną, swojską, nieco nostalgiczną atmosferę dawnego Sajgonu. Ho Chi Minh pełne jest zieleni, galerii, muzeów, targowisk, klimatycznych zaułków i placyków z kawiarniami, chyba najlepszymi w całym kraju.

                Gdybym zresztą musiała wybrać jeden zapach, którym pachnie dla mnie ten Paryż Orientu lub Perła Dalekiego Wschodu, to niewątpliwie byłaby to właśnie kawa (cà phê), kolejny obok ryżu popularny towar eksportowy Wietnamu. Jej uprawę wprowadzili tu w połowie XIX w. Francuzi i od tego czasu stała się prawdziwym skarbem narodowym. Wietnamczycy wypracowali swój niepowtarzalny sposób jej przyrządzania, który ma zarówno gorących zwolenników, jak i przeciwników. Warto samemu wyrobić sobie zdanie na ten temat. Okazji z pewnością nie zabraknie, bo Wietnam jest prawdziwym rajem dla kawoszy. Kawy można tutaj spróbować praktycznie wszędzie: od przenośnych straganów, przez budki i sklepiki, po eleganckie kafeterie i restauracje. Jednym z najlepszych do tego miejsc są kawiarnie przy placu Lam Sơn w Ho Chi Minh. Po jednej jego stronie wznosi się gmach Opery, a po drugiej – historyczny Hotel Continental Saigon. Nad okolicą góruje neoromańska Katedra Notre-Dame, ukończona w 1880 r., obok której stoi jeden z najpiękniejszych budynków w mieście, czyli Poczta Główna, zaprojektowana przez Alfreda Foulhoux. Przez chwilę można się tu poczuć jak w Paryżu, ale to tylko złudzenie. Lekki podmuch tropikalnego powietrza i widok unoszących się liści pobliskich palm przypomina nam o tym, że znajdujemy się w Wietnamie – kraju pełnym kolorów i serdecznych ludzi, stanowiącym wyjątkowo smaczną esencję Azji Południowo-Wschodniej.

 

Wydanie Wiosna 2018

Trzy twarze Meksyku

CancunPic.jpg

Znany meksykański kurort Cancún

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO

G0766801.jpg

W Guelaguetza w Oaxace de Juárez to barwny festiwal folklorystyczny

©SECTUR OAXACA

OLA SYNOWIEC

 „Góry, plaże, pustynie, morza, selwy – Meksyk ma wszystko!” – mówi Carlos, który już czwarty rok z rzędu spędza wakacje, podróżując po tym kraju. Pochodzi z jego stolicy – Meksyku (Ciudad de México) – i dodaje, że jego ojczyzna jest tak duża i zróżnicowana, iż na razie nie czuje potrzeby, aby miejsca na urlop szukać gdzieś dalej. W końcu Meksykańskie Stany Zjednoczone zajmują niemal taki obszar, jak jedna piąta Europy. Meksyk bez wątpienia potrafi zaoferować coś wspaniałego każdemu turyście.


ZAC_zacatecas_021.jpg

Widok na Bazylikę Katedralną w centrum historycznym Zacatecas

©CPTM/RICARDO ESPINOSA-REO


Czekają tu na nas turkusowe morze, bajkowe plaże, ruiny prekolumbijskich budowli, pyszne jedzenie i rozbudowana oferta kulturalna. Wielkie i gwarne kurorty sąsiadują z rejonami, gdzie na horyzoncie nie zobaczymy żadnego człowieka. Co ważne, do tego północnoamerykańskiego kraju (do Cancún) można dolecieć już bezpośrednio samolotami czarterowymi z Warszawy, a ceny biletów są dość konkurencyjne, bo podobne do kosztów przelotu do Wietnamu czy Tajlandii (już od 3249 zł w obie strony, przy czym zdarzają się niekiedy atrakcyjne promocje typu last minute z taryfami w wysokości ok. 2000 zł).


Chciałabym przedstawić trzy ciekawe krainy w Meksyku: półwysep Jukatan oraz stany Oaxaca i Zacatecas. Mimo iż różnią się od siebie, każda z nich jest na wskroś meksykańska i na swój sposób prezentuje bogactwo i historię tej części Ameryki Północnej.


Jukatan Majów

Tulum_Xpedi.jpg

Prekolumbijskie miasto Majów Tulum wzniesione na 12-metrowym klifie

©EXPERIENCIAS XCARET S.A. DE C.V


Półwysep Jukatan przypomina turystyczne eldorado. Tutejsze wybrzeże Morza Karaibskiego to urzeczywistnienie wyobrażenia raju. Zrelaksowani ludzie popijający drinki z kokosa w hamaku rozpiętym w cieniu palm nad białym piaskiem pokrywającym brzeg oblewany błękitnymi wodami – taki obrazek przyciąga rocznie ponad 7 mln turystów z całego świata, którzy odwiedzają kurorty położone na Riwierze Majów (Riviera Maya) i słynne Cancún w stanie Quintana Roo. Zatrzymują się oni przede wszystkim w luksusowych hotelach w tym ostatnim 650-tysięcznym mieście, a także imprezowo-młodzieżowej miejscowości wypoczynkowej Playa del Carmen, spokojnym Akumalu oraz wciąż nieco alternatywnym Tulum, szczycącym się bez wątpienia najpiękniejszą plażą ze wszystkich ośrodków turystycznych w tym rejonie. Górują tu nad nią dumne majańskie ruiny, nieustannie przypominające o wspaniałej historii tych okolic.


Na Jukatanie znajduje się prawie 150 stanowisk archeologicznych – pozostałości po cywilizacji Majów. Najpopularniejsze wśród nich jest Chichén Itzá, wybrane 7 lipca 2007 r. jednym z siedmiu nowych cudów świata. Oprócz rajskich plaż, to właśnie położona na jego terenie słynna Świątynia Kukulkána (Kukulkán to odpowiednik azteckiego Quetzalcóatla, czyli Pierzastego Węża), przez Hiszpanów nazwana El Castillo (Zamkiem), zazwyczaj kojarzy się z półwyspem. Najwięcej osób odwiedza to miejsce w czasie równonocy wiosennej i jesiennej, kiedy to można oglądać niezwykłe widowisko – po schodach budowli ześlizguje się cień węża.


Żeby uniknąć tłumów turystów na zdjęciach, warto udać się do nieco mniej popularnych stref archeologicznych. Wśród pagórków malowniczego Uxmal poznamy boga deszczu Chaca (Chaaca), który był bardzo ważnym bóstwem w tym majańskim mieście pozbawionym naturalnych źródeł wody. W kompleksie Cobá wdrapiemy się na najwyższą na Jukatanie piramidę Majów – Nohoch Mul. Ze szczytu 42-metrowej konstrukcji rozpościera się widok na ciągnący się po horyzont las tropikalny, nad który raz na jakiś czas wzlatuje kolorowa papuga. W innych stanowiskach możemy być często jedynymi turystami i podczas odkrywania prekolumbijskich ruin poczuć się jak Indiana Jones.


Potomkowie wielkich, nie do końca zbadanych kultur wciąż mieszkają na tych ziemiach. Tereny półwyspu to jeden z regionów kraju, w którym tradycje Indian są najżywsze, a wszystkie trzy jukatańskie stany – Jukatan, Quintana Roo i Campeche – plasują się w pierwszej piątce obszarów w Meksyku, gdzie językami indiańskimi posługuje się największy procent ludności. Podstawy maja (maya yucateco) pozwolą zrozumieć poetyckie toponimy w okolicy, np. nazwa rezerwatu Sian Ka’an oznacza „miejsce, gdzie narodziło się niebo”. Wśród lagun, mokradeł i lasów namorzynowych żyje w nim 379 gatunków ptaków oraz 115 gatunków ssaków, m.in. pumy, oceloty, margaje, jaguary, tapiry, wyjce, czepiaki czarnorękie, paki nizinne, hirary amerykańskie, pekari białobrode i delfiny. Podczas wycieczki kajakiem lub łodzią ma się wrażenie, że trafiło się do filmu przyrodniczego Davida Attenborough i jest się w samym sercu niezwykłego królestwa natury.


Najbarwniejsza fiesta w krainie fauny i flory odbywa się w Rezerwacie Biosfery Celestún. Upodobały go sobie szczególnie flamingi. Zlatują na zimę w okolice miasta Mérida, aby wykonywać bajkowo kolorowy taniec, w którym róż ich skrzydeł miesza się z błękitem wody i nieba. Można je zobaczyć także na jednej z najbardziej dziewiczych wysp w pobliżu Cancún – Holbox. W odróżnieniu od innych wyspiarskich oaz spokoju, takich jak Isla Mujeres (Wyspa Kobiet) czy Cozumel, ta jest wciąż rzadko wybieranym kierunkiem wśród turystów. Tak wyglądała kiedyś podobno cała Riwiera Majów, kiedy Cancún, Playa del Carmen i Tulum stanowiły jedynie małe rybackie wioski. Na Holbox nie wjedziemy samochodem, cały czas otacza nas tu natura. Wyjątkowym przeżyciem będzie w tej okolicy pływanie z rekinami wielorybimi. Warto wziąć też lekcje kitesurfingu – spokojne w tym rejonie morze świetnie nadaje się dla początkujących.


Półwysep Jukatan i oblewające go wody to jeden z bardziej popularnych celów wypraw nurkowych. Do obejrzenia znajdującej się tuż przy brzegu karaibskiej rafy koralowej wystarczy nawet jedynie maska z rurką. Nurkować wśród koralowców w towarzystwie kolorowych ryb można praktycznie na całej długości (aż 865 km!) wybrzeża stanu Quintana Roo. W Akumalu spotkamy się z ogromnymi żółwiami zielonymi, a niedaleko Cancún odwiedzimy niesamowite podwodne muzeum MUSA (Museo Subacúatico de Arte). Na dnie spoczywa tu ponad 500 rzeźb. Z kolei prawdziwą przygodą będzie wyprawa do wypełnionych krystalicznie czystą wodą studni wapiennych zwanych cenotami.


Cały teren obecnego półwyspu Jukatan pokrywało niegdyś morze. Był on olbrzymią rafą koralową. Jego obszar wypiętrzyło uderzenie meteorytu, najprawdopodobniej tego samego, który (według jednej z teorii) wywołał wymieranie kredowe i spowodował wyginięcie dinozaurów. Potężna kosmiczna skała spadła zresztą niedaleko Méridy, gdzie można odnaleźć wielki krater o średnicy ponad 180 km zwany Chicxulub. Przez wapienne skały nowego lądu pod jego powierzchnię zaczęły spływać deszcze tworzące podziemne jeziora. Woda i korzenie drzew przebiły do nich otwory. Tak powstały cenoty. Nazwa dzonot w języku maja oznacza „studnię”. Na Jukatanie znajduje się ich – wedle różnych szacunków – od ponad 2 do 30 tys. Wypełniająca je woda, filtrowana przez wapień, jest niezwykle czysta, a podziemne jeziora zamieszkują różne interesujące zwierzęta. Jednymi z nich są małe rybki, które podczas kąpieli zrobią nam darmowy peeling. W ciemniejszych częściach cenotów zauważymy szczelnie oblepiające strop nietoperze. Oprócz tego żyją tutaj endemiczne gatunki ryb i skorupiaków, w tym stworzenia, które na skutek niedoboru światła stały się wtórnie ślepe, a następnie w wyniku ewolucji utraciły nawet oczy.


Na półwyspie nie ma praktycznie żadnych rzek ani jezior. Jedynym źródłem słodkiej wody pozostają właśnie wapienne studnie, które dawni Majowie uważali za święte. Wierzyli, że są one wejściem do majańskich zaświatów (Mitnal). Krainę tę zamieszkiwał cały szereg dziwnych bóstw i demonów, które były odpowiedzialne za zsyłanie na ziemię śmierci i chorób. Poza tym świat umarłych nie różnił się zbytnio od codziennej rzeczywistości – ludzie kontynuowali swoje dawne życie w podziemnych miastach z placami, ogrodami i... boiskiem do rytualnej gry w piłkę (ullamaliztli), ukochanego sportu prekolumbijskiego Meksyku. W cenotach umieszczano więc podarunki dla przodków oraz bogów zaświatów. Składano też w nich ofiary dla władcy deszczu Chaca, czasem – jak w Cenote Sagrado w Chichén Itzá – również z ludzi.


Jeśli zechcemy opuścić królestwo natury, powinniśmy odwiedzić Méridę – jedno z najstarszych miast w obu Amerykach (założono ją w styczniu 1542 r.) i stolicę kulturalną półwyspu Jukatan. Tutejsze zbudowane z białego wapienia centrum historyczne uchodzi za drugie największe w całym Meksyku (po Ciudad de México). Ten klimatyczny ośrodek szczyci się ogromną ofertą wydarzeń związanych z kulturą, interesującymi muzeami i galeriami, a także świetnym rękodziełem artystycznym. Mérida to najbardziej oczywiste miejsce na zakup meksykańskiego hamaka. Można go wybrać w wersji jednoosobowej lub matrimonial („małżeńskiej”), która według mieszkańców doskonale nadaje się do uprawiania starej majańskiej sztuki zwanej hamacasutrą... W tym „Białym Mieście” (Ciudad Blanca) spróbujemy też specjałów kuchni jukatańskiej: sopa de lima (zupy z limonką, kurczakiem i kawałkami tortilli), poc chuc (pikantnej wieprzowiny marynowanej w sosie z kwaśnych pomarańczy) i pollo ticuleño (kurczaka pieczonego z plasterkami banana).


Oaxaca nad Pacyfikiem


Jukatan to nie jedyny cel wyjazdów wypoczynkowych w Meksyku. Wiele do zaoferowania ma także piękny stan Oaxaca, znajdujący się na południu kraju u wybrzeży Oceanu Spokojnego. Plaże nie są tu tak zatłoczone jak w kurortach na Riwierze Majów, jest również znacznie taniej. Może się nawet zdarzyć, że na szerokim piaszczystym brzegu będziemy zupełnie sami lub tylko w towarzystwie wyruszających na połów rybaków. To właśnie na jednej z tutejszych rajskich plaż, nazywanej Cacaluta (na terenie Santa María Huatulco lub po prostu Huatulco), kręcono sceny do filmu I twoją matkę też (2001 r.) z Maribel Verdú, Gaelem Garcíą Bernalem i Diegiem Luną w rolach głównych.


Na wybrzeżu Oaxaki wciąż nie powstało zbyt wiele luksusowych kompleksów hotelowych, zatrzymamy się na nim za to tuż nad oceanem, w małej drewnianej chatce cabaña krytej palmowymi liśćmi. Swój nieodparty urok mają małe hipisowskie wioski – Zipolite ze słynną plażą nudystów oraz Mazunte, gdzie odbywają się w listopadzie koncerty jazzowe (Festival Internacional de Jazz Mazunte), a pod koniec lutego i na początku marca festiwal cyrkowy (Festival de Circo en Mazunte). W tej ostatniej miejscowości zapoznamy się z żółwiami morskimi, którymi opiekuje się Centro Mexicano de la Tortuga. Można też tutaj ponoć zobaczyć najbardziej magiczny zachód słońca na całym wybrzeżu. Każdego dnia wspólne kontemplowanie tego widoku, zazwyczaj przy dźwięku bębnów, odbywa się na Punta Cometa – najdalej na południe wysuniętym przylądku Ameryki Północnej wychodzącym na Pacyfik. Miejsce to dla kultur prekolumbijskich miało znaczenie strategiczne i rytualne i do dziś uchodzi za źródło mocy.


Mniej więcej 65 km dalej leży mekka surferów – Puerto Escondido. Otóż Ocean Spokojny, wbrew swojej nazwie, wcale spokojny nie jest, a Atlantyk to przy nim – jak mówią Meksykanie – nudny i grzeczny kuzyn. Fale w tym rejonie osiągają wysokość nawet 6 m, a tutejsza 3-kilometrowa Playa Zicatela znajduje się w pierwszej dziesiątce najlepszych plaż do surfowania na świecie. Dla początkujących miłośników tego sportu lepsza będzie znana z bardziej sprzyjających warunków La Punta, a jeśli ktoś chce jedynie popływać, powinien wybrać Manzanillo albo Puerto Angelito. Jeżeli szukamy natomiast pięknych widoków, warto udać się na Carrizalillo albo Bacocho. Wszystkie z wymienionych miejsc położone są w Puerto Escondido. W innej popularnej miejscowości turystycznej, Huatulco, jest aż 36 plaż, i to leżących w 9 malowniczych zatokach!


Urokliwe zachody słońca, romantyczne klify, ciche zakątki, które możemy mieć tylko dla siebie – wybrzeże należy do niewątpliwych skarbów stanu Oaxaca. Wiele ciekawych miejsc znajduje się także w głębi lądu. Jedno z nich stanowi stolica stanu, nosząca tę samą co on nazwę – Oaxaca (Oaxaca de Juárez). Kolonialna architektura, kolorowe budynki, klimatyczne uliczki i urocze zaułki przyciągają amerykańskich i zachodnioeuropejskich seniorów, którzy decydują się spędzić tu swoją emeryturę. Miasto działa jak magnes również na artystów. Nie ma w nim wieczoru bez wernisażu albo innego wydarzenia kulturalnego. Meksykanie śmieją się, że w Oaxace ludzie przy nawiązywaniu znajomości po zwyczajowym zwrocie Jak się miewasz? pytają się o to, jaką sztuką zajmuje się na co dzień ich rozmówca.


Stolica stanu słynie z rękodzieła. Tutejsze przepiękne tkaniny można podziwiać w Muzeum Tekstyliów (Museo Textil de Oaxaca) lub po prostu w trakcie wizyty w lokalnych sklepach i na targach, które są także swojego rodzaju rękodzielniczymi galeriami. Natkniemy się na nie co chwilę podczas spaceru po spokojnym centrum miasta. W witrynach sklepowych rozgościła się kolorowa meksykańska sztuka. Z wielu półek spogląda na nas osobliwa ferajna dziwnych barwnych zwierząt: osioł ze skrzydłami motyla, kogut z rogami byka, lew z głową orła. To alebrijes – rzeźby cudacznych kreatur, które kiedyś przyśniły się pewnemu artyście. Pedro Linares (1906–1992) leżał w łóżku z wysoką gorączką i we śnie ujrzał te niezwykłe stworzenia. Kolorowe zwierzęta otoczyły go i zaczęły wykrzykiwać jedno bezsensowne słowo: Alebrijes!. Postanowił więc odtworzyć je w postaci figur z papier-mâché. Dzisiaj jego nocne widziadła zobaczymy tutaj w co drugim sklepie z rękodziełem artystycznym. Senne majaki Linaresa stały się jednym z symboli Oaxaki.


Miasto znane jest również ze swojej kuchni. Jak w raju poczują się w nim miłośnicy słodyczy. O ile samo kakao pochodzi ze stanu Tabasco i południa Chiapas, to właśnie Oaxaca słynie z najlepszej czekolady. Przy ulicy Francisca Javiera Miny można spróbować jej bezpośrednio u wytwórców. To tu znajdziemy najlepsze meksykańskie marki: od dużych producentów takich jak Chocolate Mayordomo aż po małe rodzinne firmy z tradycjami. Ten słodki specjał podaje się w formie gorącego napoju albo jako mole – pikantny sos do kurczaka. Przepis na tę ostatnią intrygującą potrawę zawiera długą listę starannie dobranych składników, w tym prażone ziarna i nasiona, suszone owoce, liczne przyprawy, orzechy i papryczki chili. Innym lokalnym przysmakiem są chapulines, czyli smażone koniki polne. Bez trudu dostaniemy je na tutejszych targach i bazarach. Mówi się, że jeśli ktoś ich spróbuje, to z pewnością wróci do Oaxaki.


Jeżeli do powrotu nie przekonają nas chrupiące owady, być może uczyni to mezcal. Miasto uchodzi za nieoficjalną stolicę producentów tego meksykańskiego trunku, wyrabianego z agawy. Ma on status niemal kultowego napoju i panaceum na wszelkie życiowe problemy. Meksykanie zwykli o nim mawiać: Para todo mal – mezcal, para todo bien – también („Na całe zło – mezcal, na wszystko, co dobre – też”). Serwujące go mezcalerie to bardzo popularny w kraju rodzaj lokalu, przypominający polskie bary z wódką i zakąską, tyle że jako zagryzkę podaje się w nich smażone koniki polne. Ten meksykański alkohol często kojarzy się także z innym owadem – pływającą w butelce larwą ćmy. Wbrew obiegowej opinii, jej obecność wcale nie świadczy o wysokiej jakości trunku. Wręcz przeciwnie, w najlepszych mezcalach się jej nie umieszcza.


Mimo tych wszystkich atrakcji nie powinniśmy się zbytnio zasiedzieć w stolicy stanu, bo jej okolice mają również wiele ciekawego do zaoferowania. Hierve el Agua w osadzie San Isidro Roaguía wygląda jak skamieniały wodospad przeniesiony z księżycowego krajobrazu. W rzeczywistości to formacje skalne, które powstawały przez tysiące lat. Na ich szczycie znajdują się źródła tworzące niewielkie jeziora. Gdy leży się w turkusowej wodzie tuż przy krawędzi przepaści z widokiem na pobliskie pasmo górskie, odnosi się wrażenie, że trafiło się w sam środek obrazu Salvadora Dalego (1904–1989). Na wierzchołku innej góry położonej w sąsiedztwie Oaxaki de Juárez odkryjemy natomiast pozostałości dawnej stolicy Zapoteków – Monte Albán. Z ruin rozciąga się zapierająca dech w piersiach panorama okolicznych wzniesień i dolin.


Oaxaca jest jednym ze stanów o największym procencie ludności rdzennej i słynie ze świetnie zachowanych tradycji ludowych. Wiele z tutejszych fiest ma swoje korzenie w rytuałach sprzed chrystianizacji. W mieście Juchitán de Zaragoza od czasów prekolumbijskich utrzymuje się także podział na trzy płcie: kobiety, mężczyzn i muxes, czyli osoby, które urodziły się mężczyznami, ale mówi się do nich w rodzaju żeńskim. Przedstawiciele tej ostatniej grupy podczas swojego dorocznego święta w listopadzie zakładają pięknie wyszywane i kolorowe bluzki zwane huipilami oraz kwieciste spódnice i wykonują regionalne tańce. Z kolei największą lokalną imprezą jest Guelaguetza – odbywający się w lipcu w Oaxace de Juárez barwny festiwal wszelkich ludowych tradycji.


Zacatecas ze srebra


O ile w Oaxace ludność rdzenna stanowi ok. 50 proc., to już w Zacatecas – tylko niespełna 3 proc. Mimo niewielkiej populacji Indian jest to region niezmiernie ważny dla kolonialnej historii kraju. Chociaż dość rzadko odwiedzany przez turystów, ma czym zaciekawić podróżników, szczególnie tych, których interesuje turystyka aktywna i kulturowa. Podczas wizyty w tym stanie zobaczymy zupełnie inną twarz Meksyku niż na Jukatanie i w Oaxace, co tylko zachęci nas do dalszego odkrywania fascynującej ojczyzny Meksykanów.


Stolica regionu, mająca tę samą co on nazwę, została założona w 1546 r., a powstała na fali gorączki srebra. Lokalne kopalnie uczyniły z kraju największego producenta tego metalu na świecie, która to sytuacja utrzymuje się do dziś. Na początku XIX w. sam tylko stan Zacatecas dostarczał 20 proc. światowego zapotrzebowania na ten kruszec. Zaledwie 10 min. od centrum stolicy znajduje się Mina El Edén – jeden z zakładów wydobywczych, działający w latach 1586–1960. W otworzonym dla zwiedzających w 1975 r. obiekcie można oglądać oryginalne mosty, klatki schodowe i maszyny górnicze oraz przetańczyć noc w La Mina Club. To podobno jedyny klub nocny na świecie utworzony w kopalni. Żeby bawić się 280 m pod ziemią, trzeba najpierw pokonać odcinek o długości 650 m specjalną kolejką, która zawozi pasażerów do dawnych komór.


Dzięki dochodom z wydobycia srebra wybudowano w Zacatecas jedne z najpiękniejszych meksykańskich kościołów i klasztorów. To drugie najwyżej położone duże miasto w kraju (rozciągające się na średniej wysokości ok. 2430 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach. Jego architektura została dostosowana do górzystego ukształtowania terenu, a budynki są prawdziwymi dziełami sztuki. Zabudowania mają kolor żółtopomarańczowy, a wspaniale oświetlone w nocy sprawiają wrażenie złotych. W dawnych kompleksach kościelnych znajdziemy dwa ważne muzea. W kolegium jezuitów, następnie należącym do dominikanów, funkcjonuje obecnie Museo Pedro Coronel, gdzie możemy podziwiać jedną z większych kolekcji sztuki w Meksyku. Zebrano w nim dzieła takich artystów jak Salvador Dalí, Pablo Picasso, Joan Miró, Marc Chagall, Eugène Delacroix czy Georges Braque. Z kolei brat Pedra, Rafael, zgromadził największy na świecie zbiór meksykańskich masek liczący ponad 10 tys. egzemplarzy. Obejrzymy je w Museo Rafael Coronel w niegdysiejszym Klasztorze św. Franciszka, jednym z najstarszych na północy Meksyku, ufundowanym pod koniec XVI stulecia. To jednak tylko dwie z licznych placówek muzealnych Zacatecas, w którym tętni życie kulturalne i odbywa się wiele festiwali i ważnych wydarzeń.


Stolica stanu najlepiej prezentuje się z góry, z legendarnego wzgórza Bufa (Cerro de la Bufa – ok. 2650 m n.p.m.). Z historycznego centrum dostaniemy się na nie w 7 min. teleférico, czyli kolejką linową. Miejsce to było cichym świadkiem rewolucji meksykańskiej (1910–1920). To właśnie tutaj 23 czerwca 1914 r. rozegrała się jedna z jej największych bitew – toma de Zacatecas (bitwa o Zacatecas). Francisco Pancho Villa (1878–1923) pokonał w tym rejonie armię 12 tys. żołnierzy generała Luisa Mediny Barróna (1873–1937). Na wzgórzu znajduje się muzeum upamiętniające to wydarzenie. Zgromadzono w nim ubrania, broń, działa, makiety, gazety, zdjęcia i dokumenty z tego okresu, a przed budynkiem ustawiono pomniki wielkich przywódców rewolucji meksykańskiej.


Cały Meksyk usiany jest wspaniałymi pamiątkami po kulturach prekolumbijskich, więc także w Zacatecas leży kilka interesujących stref archeologicznych, takich jak Altavista (Chalchihuites), La Quemada czy El Teúl, czyli najstarsze miejsce w Ameryce Łacińskiej, w którym wytapiano miedź. Ten stan spodoba się też miłośnikom turystyki aktywnej. Park Narodowy Sierra de Órganos to świetna okolica na trekking, wspinaczkę bądź jazdę rowerem górskim. Erozja wietrzna nadała tutejszym górom niesamowite kształty – wyglądają jak katedry, wieże i zamki. U ich podnóży kręcono m.in. Działa Navarony (1961 r.) z Anthonym Quinnem i Gregorym Peckiem w rolach głównych i Jaskiniowca (1981 r.) z Ringo Starrem. Parkowa infrastruktura została wyśmienicie przygotowana – są tu np. specjalne miejsca z grillem, gdzie można rozbić namiot. Poza tym w tym rejonie zatrzymamy się również w domkach kempingowych. Jak mówi hasło promocyjne stanu: Zacatecas, Suena Bien!, czyli „Zacatecas, brzmi dobrze!”. Z pewnością warto odwiedzić ten region Meksyku, w którym czeka na nas mnóstwo niezapomnianych wrażeń.  

Najpiękniejsze miejsca do nurkowania na Ziemi

opracował:

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

W tym wydaniu magazynu All Inclusive mamy obszerny artykuł Darka Sepioły, ilustrowany jego niezwykłymi zdjęciami, poświęcony magii wielkiego błękitu. Ten podróżnik, dziennikarz, fotograf i filmowiec, a przede wszystkim znany w Polsce nurek, który spędził pod wodą aż 2 tys. godzin, opowiada o najwspanialszych miejscach na świecie, jakie można znaleźć w głębinach mórz i oceanów. Jego tekst, będący cudowną podróżą po 7 kontynentach, zainspirował nas do przygotowania większego materiału na temat prawdziwych rajów dla miłośników podwodnych przygód. Postanowiliśmy zapytać kilku wybranych ekspertów i pasjonatów nurkowania o ich ulubione, najpiękniejsze miejsca pod wodą na Ziemi, jakie do tej pory odwiedzili. Dzięki nim odbywamy wspaniałą podróż po morskich głębinach…   

Więcej…