Monika Bień-Königsman

www.hiszpanskiesmaki.es

 

« Na południu Hiszpanii znajduje się miejsce niezwykłe. Jego historię opowiadają różne narody, a ich opowieści tworzą mieszankę barwną i fascynującą. Ta kraina kojarzy się ze światem z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Wpływy arabskie przyczyniły się tu do powstania zjawiskowej architektury i ciekawej kultury, w tym wyśmienitej kuchni. Nie można także zapominać o mieszkających w tym regionie ludziach, którzy przybyszy witają z uśmiechem na ustach. Ze względu na swój towarzyski charakter nie zamykają się w domach, ale wychodzą na ulice, do barów tapas i klubów z muzyką. Radością życia i ochotą do zabawy potrafią zarazić każdego. »

 

Andaluzja należy do najbardziej słonecznych regionów Hiszpanii. Lata są w niej upalne i suche, a zimy – łagodne i ciepłe (ze średnią temperaturą ok. 13°C). Najlepiej wybrać się tutaj wiosną, kiedy wszystko kwitnie i się zieleni, a żar lejący się z nieba nie daje się jeszcze we znaki. Również jesień jest w Andaluzji bardzo przyjemna, a przy odrobinie szczęścia nawet zimą można trafić na wiele pięknych, słonecznych dni.

 

Fenicjanie, Kartagińczycy, Grecy, Rzymianie, Wizygoci, Berberowie i ludność pochodzenia arabskiego – wszyscy oni w tej części Półwyspu Iberyjskiego pozostawili po sobie ślady. Jednak to Maurowie, którzy panowali tu prawie 800 lat (711–1492), wywarli największy wpływ na region i sprawili, że rozkwitł. Dziś przypominają o tych czasach liczne zabytki architektury i sztuki.

 

WŚRÓD PRZYJACIÓŁ

W Andaluzji nie sposób nie ulec urokowi jej mieszkańców. To niezmiernie weseli, żywiołowi i pogodnie nastawieni do życia ludzie. Do tego uwielbiają dzieci, co stanowi świetną wiadomość dla podróżujących rodzin. Andaluzyjczycy mają w zwyczaju zwracać się do innych na ty. Z łatwością też nawiązują z dopiero co spotkaną osobą rozmowę, zaczynając konwersację od przyjacielskiego Hola! („Cześć!”). 

 

Mieszkańcy Andaluzji wolą spędzać czas na zewnątrz. Nie bez znaczenia są tu sprzyjające warunki pogodowe panujące w regionie przez większą część roku. Wieczorami ludzie wylegają na ulice. Słychać wesołe rozmowy i śmiech dzieci. Bary tapas powoli się wypełniają. Przychodzi czas na odpoczynek. 

 

BAWMY SIĘ!

Kiedy zegar zaczyna odmierzać ostatnie sekundy przed Nowym Rokiem, Andaluzyjczycy skupiają się na połykaniu winogron. Uważają, żeby się nie zadławić. Muszą przełknąć ich 12, zanim zegar wybije północ. Dodatkowo warto to robić, gdy jednocześnie stoi się na jednej, lewej nodze, aby w kolejny rok móc wkroczyć tą szczęśliwą, czyli prawą. Gdy ta trudna sztuka się uda, przychodzi czas na toasty, życzenia i uściski. Teraz już spokojnie można świętować, a ponieważ w Andaluzji okazji do tego nie brakuje, jej mieszkańcy oddają się zabawie przez całe 12 miesięcy.

 

Na początku roku wypada karnawał. Ten najsłynniejszy obchodzi się w Kadyksie (Carnaval de Cádiz). Trwa on 11 dni. Tłum rozbawionych ludzi dzień i noc tańczy, śpiewa, pije wino i zajada tapas. Nie wolno się smucić, należy odrzucić rozterki i żale. W Środę Popielcową (Miércoles de Ceniza) przez miasto przechodzi parada z wielką, papierową rybą. Tak dziękuje się morskim stworzeniom, które w czasie postu pojawią się na andaluzyjskich stołach. Sardynka zostaje podpalona, a ludzie żegnają okres uciech i grzesznych przyjemności.

 

Kolejne święto w Andaluzji, chyba najważniejsze, to Semana Santa, czyli Wielki Tydzień. Każdego dnia aż do Wielkiej Soboty (Sábado Santo) miejskimi ulicami podążają barwne procesje z ogromnymi i ciężkimi platformami, na których stoją figury Matki Boskiej lub Jezusa ubrane w drogocenne szaty. Z najbardziej spektakularnych obchodów Semana Santa słynie Sewilla. Ale i inne miasta nie pozostają w tyle. W Maladze platformę wraz z innymi mężczyznami niesie pochodzący stąd Antonio Banderas.

 

Zanim Sewilla na dobre zapomni o uroczystościach Wielkiego Tygodnia, już szykuje się do kolejnego wydarzenia. Nadchodzi radosna i kolorowa Feria de Abril, czyli święto wiosny (w 2019 r. wypada od 4 do 11 maja). Całe miasto tańczy podczas niej sevillanę. Wszyscy bawią się od rana do rana. Kobiety ubierają się w falbaniaste, wielobarwne suknie, mężczyźni zakładają eleganckie kamizelki i kapelusze z płaskim dnem. Ulice przemierzają pięknie przystrojone powozy ciągnięte przez szlachetne andaluzyjskie konie. 

 

Kiedy wiosna rozkwita w pełni, w Kordobie odbywa się majowa Fiesta de los Patios – Festiwal Dziedzińców. Trwa on 14 dni. W tym czasie zwiedzającym udostępnia się konkursowe patia tonące w jaśminach, bugenwillach i pelargoniach. Wizyty te umilają dźwięki flamenco i uśmiechnięci gospodarze.

 

Malaga ma swoją Ferię de Agosto (Ferię de Málaga). Upamiętnia ona odbicie miasta z rąk muzułmańskich przez Królów Katolickich (Los Reyes Católicos) – Izabelę I Kastylijską i Ferdynanda II Aragońskiego – 19 sierpnia 1487 r. i włączenie go do Królestwa Kastylii-Leónu (Corona de Castilla). Dziś w jej trakcie na ulicach pojawiają się wielkie namioty (casetas). Wszędzie rozbrzmiewa flamenco i słychać wesołe okrzyki, a mieszkańcy Malagi przechadzają się tu i tam w tradycyjnych strojach. 

 

Jesień to czas zbiorów, dlatego wypełniają ją wydarzenia o charakterze kulinarnym. Na Święto Winogronowego Moszczu (Fiesta del Mosto) czekają chyba wszyscy. W ostatnią sobotę listopada przyciąga ono tłumy do miasteczka Atajate. Na głównym placu unosi się aromat winogron i orzeźwiającego młodego wina. Całą noc wszyscy będą je pić, tańczyć i jeść lokalne specjały. 

 

Andaluzja słynie także z oliwy, więc nie może w niej zabraknąć imprezy na cześć tego produktu. Fiesta de la Aceituna odbywa się w pierwszych dniach grudnia w miejscowości Martos w prowincji Jaén. Organizuje się ją na początku zbiorów oliwek, które rozpoczynają się oficjalnie 8 grudnia. W Martos produkuje się podobno najwięcej oliwy na świecie, i to tej najlepszej. Fiesta de la Aceituna jest świetną okazją do degustacji.

 Sewilska Feria de abril, powozy z zaprzęgniętymi do nich barwnie udekorowanymi końmi

© TURISMODESEVILLA

W KRĘGU TRADYCJI

Do najbardziej znanych skarbów Andaluzji należy z pewnością flamenco. Kojarzą się z nim piękne tancerki w falbaniastych sukniach, wybijające rytm obcasami, i gitarzyści o hardym spojrzeniu. Nieodłącznymi elementami występów są uderzenia kastanietów, szmer wachlarzy, klaskanie, okrzyki Olé! i zawodzący głos śpiewający o utraconej miłości. Flamenco wywołuje wielkie emocje, wprowadza w stan zwany duende, który wyraża jednocześnie ekstazę i desperację. To sztuka zanurzona tak silnie w tradycji Andaluzji, jak mocne pali tutaj słońce. Na powstanie tego zjawiska mieli wpływ hinduscy Cyganie, sefardyjscy Żydzi, arabscy najeźdźcy i mnisi tworzący gregoriańskie chorały. Jest ono niepowtarzalne niczym ziemia, która je zrodziła. Nic dziwnego, że flamenco zostało wpisane w 2010 r. na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Również w tym regionie Hiszpanii tradycyjne widowisko stanowi korrida. Dla jednych to czysta sztuka z podziałem na role i akty, popis dzielnego toreadora, zdaniem innych jest krwawym i okrutnym spektaklem, dla którego nie ma usprawiedliwienia. Korrida rozpoczyna się od paseíllo. Na arenę wkraczają uroczyście matadorzy ze swoimi zespołami składającymi się z banderilleros, picadores jadących na koniach oraz mozo de espadas, czyli pomocnika. Przemarszowi towarzyszy muzyka – paso doble. Gdy rozlega się sygnał, przedstawienie się zaczyna. Byki biorące udział w walkach należą do specjalnego, hiszpańskiego gatunku toro bravo (byk bitewny). Rasa uważana za wzorzec pochodzi właśnie z Andaluzji (casta andaluza). 

 

Od wieków w tym regionie powstawały też piękne wyroby rękodzielnicze. Już w czasach mauretańskich wykonywano tu przedmioty ze skóry, srebra czy drewna. W Andaluzji tkano wspaniałe dywany, wytwarzano niepowtarzalną ceramikę. Do dziś tego rodzaju produkty można zobaczyć i kupić u lokalnych rzemieślników. Dlatego warto zastanowić się, czy ze swojej podróży nie przywieźć marokańskiej lampy z Grenady (Granady), skórzanej torby czy misternej biżuterii z Kordoby, perfum z gorzkich pomarańczy bądź ręcznie malowanej ceramiki z Sewilli lub Níjar albo dywaników z wiosek położonych na terenie górzystej krainy Alpuhara (Alpujarras).

 

PRZERWA NA PRZEKĄSKĘ

W Andaluzji wszystko zaczyna się od tapas. Właśnie tutaj miał się zrodzić zwyczaj podawania tych małych przekąsek do napojów. Bary tapas to niemal instytucja. Ludzie przychodzą do nich, aby spotkać się z przyjaciółmi, znaleźć wytchnienie, otrzymać poradę lub po prostu obejrzeć mecz. Wewnątrz jest ciasno, gwarno i bardzo wesoło. Na podłodze leżą pestki, papierowe serwetki i wykałaczki. To dobry znak – oznacza, że w barze serwuje się dużo pysznego jedzenia i nie ma czasu na sprzątanie. Podłoga zostanie zamieciona, ale już po zamknięciu lokalu.

 

Wersji na temat powstania tapas istnieje kilka. Jedna mówi, że gdy król Alfons XIII (panujący w latach 1886–1931) podróżował przez południe Hiszpanii (prowincję Kadyks), wstąpił do przydrożnej gospody na lampkę wina. Kiedy barman niósł władcy napój, zawiał mocny wiatr. Mężczyzna szybko przykrył kielich talerzykiem z plasterkiem szynki, aby ziarna piasku nie dostały się do wina. Królowi bardzo spodobała się ta niecodzienna forma podania, poprosił więc o podobny zestaw, ale z innym dodatkiem.

 

Zgodnie z kolejną historią to muchy przyczyniły się do wymyślenia tapas. Wpadały one bezustannie do napojów podawanych w lokalach, więc goście barów zmęczeni ciągłym wyławianiem owadów wpadli na pomysł, żeby szklanki i kieliszki przykrywać talerzykiem, a na nim kłaść małe co nieco. 

 

Według jeszcze innej opowieści te słynne przekąski wymyślił król Alfons X Mądry w XIII w. Zrobił to, aby zmniejszyć liczbę wypadków powodowanych przez pijanych dostawców beczek z winem. Władca rozkazał do każdego kieliszka trunku podawać zawsze plasterek szynki, co miało sprawić, że alkohol nie będzie uderzał tak mocno do głowy.

 

SPECJALNOŚCI REGIONU

Jak się jada w Andaluzji? Najpierw jest śniadanie, czyli desayuno. Prawdziwy Andaluzyjczyk przed pójściem do pracy zawsze wstąpi gdzieś na kawę. Obok niej często pojawia się również tostada con tomate (tost z utartym pomidorem i oliwą). Od 12.00 ludzie zaczynają przychodzić do baru na tapas i lampkę wina. Wtedy też można zjeść lunch (almuerzo). Najlepiej zamówić zestaw obiadowy. O 16.00 lokale zostają zamknięte, aby otworzyć się ponownie o 20.00. Wówczas przychodzi pora na kolację. Jednak Andaluzyjczycy, zanim do niej zasiądą, najpierw znów wybierają się na tapas. Kolację zaczynają zazwyczaj nie wcześniej niż o 21.00.

 

W andaluzyjskiej kuchni znajduje się kilka klasyków. Należy do nich m.in. gazpacho – zupa z surowych warzyw podawana na zimno. Dziś jej podstawę stanowią pomidory, ale zaczęto je stosować jako składnik dopiero po odkryciu Ameryki przez Krzysztofa Kolumba, gdyż pochodzą z Ameryki Południowej.

 

Ważną rolę w miejscowym menu odgrywają także ryby i owoce morza. Ze względu na fakt, że serwuje się je po usmażeniu, region zyskał sobie nazwę zona de los fritos (strefa smażalni). Popularne są tutaj również potrawy mięsne. W Kordobie podaje się dziczyznę, w Jaén – kuropatwy. Prowincja Sewilla słynie z kaczki z oliwkami. Wśród mięs króluje jednak wieprzowina. Na andaluzyjskich stołach lądują więc często pulpety, faszerowana papryka czy pieczony schab oraz chorizo (kiełbasa z dodatkiem mielonej papryki) i różne rodzaje szynki. Wśród tych ostatnich zdecydowanie wyróżnia się jamón ibérico. Powstaje ona z mięsa specjalnych świń (cerdos ibéricos) pasących się w górach i żywiących się żołędziami oraz ziołami i korzeniami. Tę dojrzewającą szynkę serwuje się pokrojoną na bardzo cienkie plasterki (w takiej postaci smakuje najlepiej).

 

Andaluzja to także jerez (sherry), wyśmienite regionalne wino wytwarzane tylko w prowincji Kadyks. Jego nazwa pochodzi od miasta Jerez de la Frontera. Początki tradycji winiarskich sięgają tu czasów fenickich. Jednak do powstania sherry najbardziej przyczynili się Maurowie, którzy przywieźli ze sobą metodę destylacji. Miejscowi winiarze odkryli, że dodanie czystego alkoholu do świeżo sfermentowanego wina sprawia, iż to ostatnie dłużej pozostaje dobre. W 1587 r. angielski pirat Francis Drake zaatakował Kadyks. Wśród jego łupów, które wywiózł na Wyspy Brytyjskie, znalazło się też 3 tys. beczek jerezu. Brytyjczycy oszaleli na punkcie andaluzyjskiego trunku (pijał go sam William Szekspir). Nazwali wino sherry i rozsławili na cały świat. Jerez ma wiele odmian, od wytrawnych po słodkie. Jego charakter zależy od szczepu winogron i rodzaju fermentacji. Za najlepsze uchodzi wyrafinowane sherry fino, bardzo wytrawne i jasne, o delikatnym smaku drożdży i migdałów.

 

Nieodłącznym składnikiem tutejszych dań jest wyśmienita lokalna oliwa. Tak jak w przypadku dobrego wina i przy niej stosuje się oznaczenia apelacji. Nazwy szczepów, z których została wyprodukowana konkretna oliwa, można przeczytać na etykiecie. Wśród nich są m.in. picual, verdial, picuda i hojiblanca. Hiszpania uchodzi za największego światowego producenta oraz eksportera oliwy z oliwek (rocznie wytwarza się jej obecnie ok. 1,6 mln t, a 320 tys. t sprzedaje za granicę). Większość płynnego złota (aktualnie mniej więcej 85 proc. – blisko 1,35 mln t rocznie) powstaje w Andaluzji. W samej tylko prowincji Jaén pola oliwne ciągną się po horyzont (znajduje się w niej ponad 590 tys. ha sadów oliwnych).

 

MIASTO CARMEN

Stolicą wspólnoty autonomicznej i niekwestionowaną królową regionu jest 700-tysięczna Sewilla. Jej symbol stanowi La Giralda, ok. 100-metrowa wieża należąca niegdyś do meczetu. Dziś przylega do Katedry Najświętszej Marii Panny (Catedral de Santa María), największego gotyckiego kościoła na świecie, kryjącego w swoim wnętrzu grób Krzysztofa Kolumba i wielki, złoty ołtarz (Retablo Mayor). Tuż obok znajduje się Alkazar (Real Alcázar de Sevilla). Misterne koronkowe zdobienia, wielobarwne azulejos (ceramiczne płytki) i piękne ogrody pałacu sprawiają, iż chce się w nim spędzić cały dzień. 

 

W mieście warto zajrzeć do Barrio de Santa Cruz, dawnej żydowskiej dzielnicy z urokliwymi, wąskimi uliczkami. Na zainteresowanie zasługuje także Dom Piłata (Casa de Pilatos). Ten pałac w andaluzyjskim stylu przyciąga jedną z największych kolekcji azulejos na świecie i zjawiskowymi wnętrzami. W okolicy Królewskiej Fabryki Tytoniu (Real Fábrica de Tabacos) Georges Bizet umieścił część akcji swojej opery Carmen. Scena śmierci pięknej Cyganki rozgrywa się z kolei w pobliżu areny walki byków (Plaza de Toros de la Real Maestranza de Caballería de Sevilla). Z Sewilli miał również pochodzić słynny uwodziciel Don Juan.

 

Fani amerykańskiego serialu fantasy Gra o tron powinni udać się na plac Hiszpanii (Plaza de España de Sevilla). Spodoba się on jednak nie tylko im. W sąsiadującym z placem historycznym Parku Maríi Luisy (Parque de María Luisa) zwiedzający mogą schronić się przed upałem.

Patio de las doncellas – przepięknie zdobiony dziedziniec będący sercem Alkazaru w Sewilli

©TURISMODESEVILLA

 

TWIERDZA MAURÓW

Położona u stóp pasma Sierra Nevada Grenada z majestatyczną Alhambrą zachwyca wspaniałymi widokami i wyjątkowymi zabytkami. Ściany, sklepienia i posadzki mauretańskiej czerwonej twierdzy pokrywają kunsztowne zdobienia. Barwne stiuki wyglądają jak delikatne koronki. Ceramiczne płytki układają się w zadziwiające wzory. Wchodzący w skład zespołu architektonicznego letni pałac z ogrodem Generalife przypomina miniaturowy raj. Żaden ze zwiedzających nie potrafi się oprzeć wielkiemu urokowi tego miejsca.

 

W Grenadzie koniecznie trzeba odwiedzić dawną arabską dzielnicę Albaicín (Albayzín) usytuowaną na wysokości 700–800 m n.p.m. Wciąż da się w niej wyczuć atmosferę z czasów panowania Maurów. Jeszcze wyżej na wzgórzu wznosi się stara cygańska dzielnica Sacromonte, gdzie niegdyś w jaskiniach mieszkały całe rodziny. Dziś wiele z nich zamieniono na małe muzea (na czele z Museo Cuevas del Sacromonte) i lokale, w których można zobaczyć pokazy flamenco.

 

W mieście warto złożyć wizytę także w imponującej Katedrze (Catedral de Granada). Jej ostateczny projekt pochodzi z 1528 r. i łączy w sobie gotyk izabeliński z elementami baroku, renesansu i charakterystycznego dla Hiszpanii stylu mudejar. Przy świątyni znajduje się Kaplica Królewska (Capilla Real de Granada) z grobami Królów Katolickich – Izabeli I Kastylijskiej i Ferdynanda II Aragońskiego.

 Prace nad budową alhambry zapoczątkował w 1238 r. Muhammad I, założyciel dynastii nasrydów

© PATROnATOPROVIncIALDETuRIsMODEgRAnADA

 

MIESZANKA KULTUROWA

Kordoba nazywana bywa miastem trzech kultur. Jej historia pokazuje, że odmienne kulturowo społeczności mogą egzystować obok siebie bez tworzenia konfliktów. To tutaj w czasach panowania muzułmanów mieszkali również chrześcijanie i żydzi. Każda z tych grup wyznawała swoje wartości i miała własne świątynie, a jednak ich przedstawiciele potrafili żyć w pokoju. Dzięki temu Kordoba rozwijała się najprężniej w całej Europie, powstawały w niej liczne szkoły publiczne, łaźnie czy biblioteki.

 

Symbolem i najważniejszym zabytkiem miasta jest Mezquita, czyli wielki meczet przekształcony w katedrę. Las kolumn w jej wnętrzu wywiera niezapomniane wrażenie. Przepięknie wygląda też zewnętrzny dziedziniec z drzewami pomarańczowymi. 

 

W Kordobie znajduje się wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO centrum historyczne należące do największych w Europie. W jego obrębie leży dawna żydowska dzielnica Judería. Koniecznie trzeba poświęcić kilka godzin na spacer jej uliczkami. W okolicy zwiedzających przyciąga także Alcázar de los Reyes Cristianos, czyli zespół fortyfikacji z cudownymi ogrodami, niegdyś twierdza królów chrześcijańskich i siedziba trybunału inkwizycji.

 

Ogromne wrażenie robi również rzymski most (puente romano de Córdoba) na słynnej rzece Gwadalkiwir. To ulubione miejsce na wieczorne spacery mieszkańców Kordoby. O zachodzie słońca można z niego podziwiać malowniczy widok na Mezquitę i okoliczne zabytkowe zabudowania.

 

PERŁY WYBRZEŻA

Oprócz trzech już wspomnianych niezmiernie atrakcyjnych miejscowości w Andaluzji mamy jeszcze wiele do zobaczenia. Nad Atlantykiem leży najstarszy stale zamieszkany ośrodek miejski w Europie Zachodniej – zjawiskowy Kadyks. Niemal z każdej strony jest on otoczony wodą. Ze względu na swoje położenie, charakterystyczny kształt obszaru, który zajmuje, i sposób, w jaki światła miasta odbijają się w wodach oceanu, zyskał sobie nazwę La Tacita de Plata, czyli Srebrna Filiżaneczka. Kadyks ma specyficzny charakter. Przypomina nieco kubańską Hawanę i to pewnie dlatego zastąpił ją w filmie Śmierć nadejdzie jutro o przygodach Jamesa Bonda, brytyjskiego agenta 007. Warto wybrać się tu w okolice Katedry św. Krzyża (Catedral de la Santa Cruz de Cádiz) i wieży Tavira (Torre Tavira), zobaczyć pozostałości teatru rzymskiego z I w. p.n.e. i przepiękny Park Genovés.

 

Malaga, rodzinne miasto Antonia Banderasa i Pabla Picassa, przyciąga fantastycznym klimatem, eleganckim nadmorskim deptakiem i radosną atmosferą. Nie brakuje w niej też wspaniałych zabytków. Koniecznie trzeba odwiedzić Muzeum Picassa (Museo Picasso Málaga). Na zainteresowanie zasługują zarówno dzieła artysty, jak i sam budynek placówki (Palacio de Buenavista z XVI stulecia, wzniesiony w stylu renesansowym). Na wzgórzu Gibralfaro wznosi się muzułmańska twierdza Alcazaba, a niedaleko niej, nieco wyżej, stoi Zamek Gibralfaro (Castillo de Gibralfaro). Rozpościerają się stąd zachwycające widoki na morze, port i całą okolicę. Poza tym na liście zwiedzania należy jeszcze uwzględnić renesansową Katedrę (Catedral de Málaga) i ruiny rzymskiego teatru z I w. p.n.e.

 

Nad 200-tysięczną Almeríą góruje ogromna, założona w drugiej połowie X stulecia Alcazaba. Duże wrażenie wywiera także tutejsza XVI-wieczna Katedra (Catedral de Almería) – pod względem architektonicznym przypomina bardziej fortecę niż świątynię. W tym mieście, podobnie jak w Grenadzie, do dziś w barach do napoju można dostać darmowe tapas. W Almeríi John Lennon napisał w 1966 r. piosenkę Strawberry Fields Forever. Dziś w muzeum kinematografii (Casa del Cine) zobaczymy pokój, w którym mieszkał, i wannę, w której podobno stworzył tekst utworu. 

 

Warto wybrać się również w okolice miasta. Na południowy wschód od niego leży jeden z najbardziej zjawiskowych parków w Hiszpanii – Parque Natural Cabo de Gata-Níjar. Na północ od Almeríi znajduje się z kolei pustynia Tabernas z pełnym atrakcji parkiem tematycznym Oasys MiniHollywood. W latach 60. i 70. XX w. kręcono na niej słynne spaghetti westerny. Swoje kariery rozpoczynali tu Clint Eastwood, Sergio Leone i Ennio Morricone. 

 

W Almeríi odbywają się też w połowie marca ważne targi turystyczno-gastronomiczne Almería de Muestra (www.almeriademuestra.com), które są doskonałą okazją do poszerzenia wiedzy na temat możliwości regionalnej turystyki i znakomitej kuchni tej części Hiszpanii. Każdego roku wydarzenie to przyciąga licznych wystawców zarówno z branży spożywczej, gastronomicznej, jak i turystycznej. Przedstawiciele ponad 50 europejskich firm przybywają na targi, aby poznać produkty i usługi oferowane przez lokalnych przedsiębiorców. Warto także podkreślić, że Almería może się poszczycić obecnie prestiżowym tytułem Hiszpańskiej Stolicy Gastronomii 2019 (Capital Española de la Gastronomía 2019). 

 Widok na Almeríę ze schodów wiodących do Alcazaby powstałej na górującym nad miastem wzgórzu

© ALMERÍATuRIsMO
 

URLOP DLA AKTYWNYCH

Ten południowy region Hiszpanii stanowi również idealne miejsce dla wszystkich miłośników aktywnego wypoczynku. Na zboczach pasma górskiego Sierra Nevada wytyczono fantastyczne trasy zjazdowe. Na amatorów białego szaleństwa czeka tutaj świetna baza noclegowa i pyszne jedzenie. Z kolei Wybrzeże Światła (Costa de la Luz) nad Oceanem Atlantyckim stanowi prawdziwy raj dla osób uprawiających sporty wodne i grających w golfa. 

 

W północnej części prowincji Kadyks znajduje się Vía Verde de la Sierra. To jedna z tras rowerowych (Vías Verdes), które powstały w Hiszpanii w 1993 r. w miejscu nieużywanych linii kolejowych. Zaliczana jest do najpiękniejszych w całej Europie. Jej długość wynosi 36 km. Trasa wiedzie wśród przepięknych krajobrazów Andaluzji. Można ją pokonać na rowerze, rolkach, hulajnodze, wózku inwalidzkim lub pieszo.

Osoby spragnione mocniejszych wrażeń i amatorzy wspinaczek górskich powinni wybrać się na wyprawę Ścieżką Króla (Caminito del Rey). Ten ekstremalny pieszy szlak poprowadzony w okolicy wąwozu El Chorro (La Garganta del Chorro, Desfiladero de los Gaitanes) jest usytuowany zaledwie godzinę drogi od Malagi (ok. 50 km od niej). Ciągnie się on wzdłuż skalnych ścian na wysokości ok. 100 m nad rzeką. Jeszcze do końca XX stulecia był uważany za jedną z najniebezpieczniejszych tego typu tras na świecie. Na szczęście przeszedł niedawno gruntowny remont. Trzeba jednak pamiętać, że to atrakcja tylko dla ludzi o mocnych nerwach.

Sam kanion El Chorro jest doskonałym miejscem na uprawianie kolarstwa górskiego i piesze wędrówki. Ma głębokość ponad 400 m i długość mniej więcej 3 km. Na jego dnie płynie szumiąca rzeka Guadalhorce. Skalne ściany wąwozu robią ogromne wrażenie. Spośród tutejszych malowniczych tras o różnej trudności każdy z pewnością wybierze taką, która będzie dopasowana do jego możliwości.

 

Artykuły wybrane losowo

Saksonia – Niemcy mniej znane

590.jpg

Panorama historycznego centrum Drezna oglądana od strony Łaby

©TOURISMUS MARKETING GESELLSCHAFT SACHSEN MBH (TMGS)/ ANJA UPMEIER

JULITA CZECHOWICZ


Gdyby spytać Bawarczyka o to, z czym kojarzą mu się Saksonia i Saksończycy, pewnie uśmiechnąłby się z lekkim lekceważeniem i powiedział, że z dialektem. Rzeczywiście, Niemcy uważają dialekt saksoński za trudny w odbiorze, ale niewielu wie, iż to tą odmianą językową posłużył się w XVI w. Marcin Luter w swoim tłumaczeniu Biblii, pod wpływem którego wykształcił się później standardowy język niemiecki („Hochdeutsch”). Jednak wystarczy raz odwiedzić Saksonię, aby przekonać się, że jest miejscem jedynym w swoim rodzaju.

Więcej…

Turystyka rowerowa wkręca Polaków

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

<< Dziś coraz więcej czasu spędzamy bez ruchu: przed ekranem komputera, telewizora, w samochodzie, pociągu, samolocie. Nowinki technologiczne sprawiają, że cały świat jest dla nas niemal na wyciągnięcie ręki, ale nasze ciało wciąż domaga się tej samej troski, co zawsze. Chyba dlatego chętniej niż kiedyś interesujemy się różnymi rodzajami turystyki aktywnej, w tym jednym z jej najprostszych i najprzyjemniejszych typów, czyli wycieczkami rowerowymi, na które może wybrać się każdy, czy to stary, czy to młody, i nie potrzebuje do tego żadnych uprawnień ani specjalnych umiejętności. Jazda na rowerze nie tylko poprawia ogólną kondycję fizyczną i wydolność organizmu, lecz także pomaga zrzucić zbędne kilogramy oraz podnosi poziom endorfin, zwanych hormonami szczęścia. Jeśli zwykłą przejażdżkę urozmaicimy oglądaniem pięknych krajobrazów, zwiedzaniem zabytków i poznawaniem nowych miejsc, to mamy już przepis na wyjątkowo zdrowy wypoczynek. >>

Więcej…

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA