WOJCIECH KUDER

 

Gdzie wyjechać na urlop, żeby ani przez chwilę się nie nudzić? Jak połączyć marzenia o beztroskim wypoczynku, fascynującej podróży w czasie i przygodach, o których z wypiekami na twarzy opowiada się potem przez szereg długich, zimowych wieczorów? Rozwiązaniem w tym przypadku może być z pewnością Grecja… Mityczna kraina wszechmocnych bogów i odważnych bohaterów, ojczyzna poetów, słońca i wyśmienitego wina, po którym świat wygląda jakby wyszedł spod pędzla mistrzów impresjonizmu. To jedno z tych miejsc, gdzie wraca się wielokrotnie. Jest niby zaginione pośród morskich fal królestwo wiecznej szczęśliwości, w którym każdy znajdzie coś dla siebie!

 

Według danych Światowej Organizacji Turystyki Narodów Zjednoczonych (United Nations World Tourism Organization – UNWTO) w 2010 r. ten położony nad Morzem Śródziemnym kraj odwiedziło 15 mln turystów z całego świata. To sprawia, że znajduje się on w pierwszej dziesiątce najchętniej wybieranych kierunków turystycznych spośród państw europejskich. Przyczyn tej popularności jest na pewno wiele. Warto wymienić chociażby przepiękne greckie plaże, niezmiernie smaczną miejscową kuchnię czy jedyne w swoim rodzaju zabytki z czasów starożytnej Europy. Dlatego można śmiało przypuszczać, że na całej ziemi nie znalazłby się chyba człowiek, który nie chciałby na własne oczy zobaczyć dawnej Hellady.

Istnieje tak wiele sposobów na poznanie Grecji, że każdą kolejną podróż do tego kraju uda nam się zaplanować według innego scenariusza. Wszystko zależy od naszych zainteresowań i pasji, a nawet od chwilowego nastroju. Najważniejsze jest jednak to, że – niezależnie od tematu przewodniego wyprawy – ta kraina błękitnego morza i złotego słońca zachwyci nas zawsze atmosferą beztroskiej radości i pogody ducha.

 

Fascynujący rejs

Wszyscy, których znudziły tradycyjne wczasy z wylegiwaniem się na plaży lub na leżaku nad hotelowym basenem, powinni choć raz w życiu wybrać się w rejs. Trudno zaś wyobrazić sobie do tego lepsze miejsce niż Grecja – kraj położony na ok. 1400 wyspach. Sezon wycieczkowy przypada tu na okres od początku maja aż do końca października, gdy temperatura wody przekracza 20°C, co zachęca do kąpieli, snorkelingu i nurkowania. Odwiedzanie codziennie nowych miast i zatok, kolacje każdego dnia w innej nastrojowej greckiej tawernie to największe zalety aktywnego spędzania urlopu, jakie zapewnia rejs po lazurowych wodach Hellady. Nieważne, czy podróżuje się ekskluzywnym statkiem z bogatą ofertą all inclusive, szybkim katamaranem, luksusowym jachtem czy skromną jednostką mogącą pomieścić zaledwie kilka osób. Ten rodzaj wyprawy zawsze stanowi niezapomnianą przygodę, cudowny wypoczynek i okazję do zobaczenia wielu wspaniałych atrakcji w stosunkowo krótkim czasie.

  FOT. ATHENSTOURGREECE.COM

Do najpopularniejszych morskich tras należą niezmiennie rejsy po archipelagu Wysp Jońskich oraz położonych na przyjaznych do żeglowania wodach Morza Egejskiego Cykladach i Sporadach, których malowniczy krajobraz – poza niezliczoną liczbą niebiańskich plaż – kryje także prawdziwe bogactwo fascynujących pamiątek antycznej cywilizacji. Rodos, Kos, Skiathos, Zakynthos czy Mykonos to niemal obowiązkowe przystanki w planie naszej podróży, wypełnionym podziwianiem starożytnej architektury, pięknej przyrody oraz poznawaniem barwnej wyspiarskiej obyczajowości. Nie wypada ominąć również położonej w potężnej wulkanicznej kalderze Santorini i uznawanej za kolebkę europejskiej cywilizacji Krety. Na tej ostatniej na szczególną uwagę zasługuje przykład sztuki minojskiej, czyli dobrze zachowane pozostałości legendarnego pałacu króla Minosa w Knossos, oraz stolica wyspy – Heraklion, urzekająca wąską zabudową, mnogością kolorowych straganów, klimatycznych kafejek i nadbrzeżnych tawern serwujących świeżo złowione ryby, małże i kalmary.

                                                                                                             FOT. WIKIPEDIA.COM/LAPPLAENDER

Z uwagi na to, że zdecydowana większość najciekawszych atrakcji Grecji znajduje się w bezpośredniej bliskości wybrzeża, podróżowanie drogą morską wydaje się najlepszym wyjściem. W ten sposób zwiedzimy m.in. starożytne Ateny, do których bez problemu można dostać się z pobliskiego Pireusu, rozwijającego się centrum przemysłowego i największego portu Grecji. Rejs jest ofertą dla wszystkich pragnących choć przez chwilę poczuć się jak pradawni odkrywcy i przemierzać błękitne wody Morza Śródziemnego, podziwiać skąpane w promieniach słońca malownicze wysepki oraz kosztować lokalnych przysmaków w cieniu portowych restauracji. To unikatowa szansa, żeby trafić na zagubione pośród fal i znane tylko miejscowym żółwie plaże, przeżyć podróż śladami bohatera eposu Homera Odyseusza i stać się prawdziwym żeglarzem. 

  FOT. WIKIPEDIA.COM/LAPPLAENDER

Na filmowym szlaku                               

Grecja fascynuje niezmiennie twórców kina, a filmy, które nakręcono wśród jej niebiańskich krajobrazów, już na zawsze zapisały się w historii światowej klimatografii. Nad lazurowymi wodami Morza Egejskiego, pośród wąskich uliczek antycznych metropolii i porywających soczystą zielenią gajów cytrusowych, grały takie sławy wielkiego ekranu, jak np. Anthony Quinn, Meryl Streep czy Colin Firth. Dziś podróżowanie śladami filmowych bohaterów stało się naprawdę modne, a chęć zobaczenia na własne oczy miejsc znanych z kinowych superprodukcji sprawia, że coraz więcej turystów pragnie spędzić urlop w ten sposób.

Wielbiciele Greka Zorby nie mogą odmówić sobie wizyty w porcie Pireus, gdzie zwykł przesiadywać główny bohater adaptacji ponadczasowej powieści Nikosa Kazantzakisa w reżyserii Michaela Cacoyannisa. Podróżują także na Kretę, gdzie lekkoduszny i prostolinijny Aleksy Zorba (Alexis Zorbas) został zatrudniony jako nadzorca kopalni węgla. Poznają niezmiernie barwną grecką prowincję i jej mieszkańców, którzy – podobnie jak grany przez Anthony’ego Quinna Grek – do perfekcji opanowali sztukę pogodnego akceptowania tego, co przynosi im los. Odwiedzają południe wyspy, aby na własnej skórze przekonać się, jak zjawiskowo wyglądają tutejsze plaże, i udają się do Heraklionu, gdzie w murach starej weneckiej fortyfikacji znajduje się grób twórcy książki opowiadającej tę ponadczasową i niezmiennie urzekającą historię.

Na filmowym szlaku znajduje się również Argostolion (Argostoli). Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie zaledwie jednego z wielu nadmorskich miasteczek, jakich w Grecji są całe setki. Jednak ta położona na wyspie Kefalinia (dawniej Kefalonia) na Morzu Jońskim miejscowość niczym magnes przyciąga co roku tłumy turystów z całego świata. Wszystko za sprawą głośnego melodramatu Kapitan Corelli, który dzięki niezwykłej urodzie Penélope Cruz (filmowej Pelagii) i porywającej grze aktorskiej Nicolasa Cage’a (włoski kapitan Antonio Corelli) poruszył serca milionów widzów. Przybywający na Kefalinię turyści, poza jakżeż charakterystyczną zabudową sennych, rybackich wiosek, mają okazję podziwiać rozległe plantacje winorośli, figowców i oliwek. Ich zielone krzewy nadają ożywczy rys typowemu dla archipelagu Wysp Jońskich krajobrazowi kamienistych wzniesień i skalnych pagórków. Zmęczeni wędrówką wąskimi uliczkami Argostolionu szukają ochłody w lokalnych kafenionach, gdzie miejscowi z zapałem grają w tavli (grę planszową podobną do tryktraka), piją diabelnie mocną kawę i żywiołowo narzekają na rząd w Atenach.

Kolejną grecką wyspą, która swą sławę zawdzięcza wielkiej, kinowej superprodukcji jest Skopelos. To na niej, wśród pionowo spadających do morza śnieżnobiałych skał, pokrytych czerwoną dachówką małych domków i pachnących żywicą sosnowych lasów, kręcono sceny do słynnego musicalu Mamma Mia!. Dziś zamiast hollywoodzkich gwiazd krętymi uliczkami miasta Skopelos spacerują miłośnicy talentu Meryl Streep, Pierce’a Brosnana i Colina Firtha oraz fani zespołu Abba, którego najbardziej znane piosenki nagrane w zupełnie nowej aranżacji długie tygodnie po premierze nie schodziły z notowań światowych list przebojów.  

Wśród niebiańskich plaż, uroczych kawiarni i serwujących pochodzące prosto z morza przysmaki restauracji znajduje się jedno kultowe miejsce. Trzeba je koniecznie odwiedzić! Mowa tu o kościółku wzniesionym na potężnej, nadmorskiej skale w Agios Ioannis, w którym odbyła się ceremonia ślubna, będąca punktem kulminacyjnym całego musicalu. Kto raz wybierze się w to miejsce o zachodzie słońca, doskonale zrozumie, dlaczego producenci wybrali właśnie Grecję na plan filmu, którego budżet przekroczył 50 mln dolarów. Wyspy Skopelos, Thassos, Skiathos i miejscowość Damouchari na wybrzeżu kontynentalnej części kraju, w których również kręcono niektóre sceny Mamma Mia!, na wielkim ekranie zobaczyły miliony widzów. Dziś oczarowani historią bohaterów musicalu odwiedzają Grecję i chłoną magię tego fascynującego państwa.

 

Śladami św. Pawła

Grecja kojarzy się przede wszystkim ze słońcem, piaszczystymi plażami i starożytnymi zabytkami. Na całym świecie ludzie znają sztukę minojską, kolumnę dorycką, jońską i koryncką, grecką mitologię oraz tutejsze pogodne i beztroskie podejście do życia. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę z tego, że tak, jak Włochy, Francja, Hiszpania, Portugalia czy również Polska, Grecja posiada wiele niezwykłych miejsc związanych z kultem chrześcijańskich świętych. Jednym z nich jest św. Paweł, który w ramach swoich podróży misyjnych nawracał Greków wierzących w olimpijskich bogów od antycznych Aten przez wyspy Kos i Rodos po odległą Kretę. Podróż jego śladami warto rozpocząć jednak od portowego miasta Kawala (starożytne Neapolis), skąd rozpoczął swoją misję szerzenia wiary w Chrystusa w Europie, oraz pobliskiego Filippi, gdzie miał miejsce pierwszy chrzest Europejczyka (kobiety o imieniu Lidia) i zbudowano najstarszy na Starym Kontynencie kościół chrześcijański. Niecałe dwie godziny jazdy samochodem dzieli to starożytne miasto, które swą nazwę zawdzięcza Filipowi II Macedońskiemu, od Salonik (dawnej Tesaloniki) – drugiej co do wielkości greckiej metropolii, gdzie od zawsze spotykały się ze sobą wpływy cywilizacji europejskich i azjatyckich. Położone nad błękitnymi wodami Zatoki Salonickiej były one świadkiem nauczania św. Pawła, ich mieszkańcy (Tesaloniczanie) stali się adresatami jego dwóch listów, a lokalna agora służyła jako miejsce ewangelizacji prowadzonej przez apostoła. Przybywający do miasta pielgrzymi muszą koniecznie zwiedzić Białą Wieżę, będącą fragmentem fortyfikacji obronnych, oraz Kościół św. Demetriusza, patrona miasta.

Kolejnym obowiązkowym przystankiem na szlaku początków religii chrześcijańskiej w Grecji jest miejscowość Kalambaka (Kalabaka). Powinniśmy obejrzeć tu pobliskie Meteory – słynne bizantyjskie klasztory zbudowane na ponad 500-metrowych ostańcach piaskowcowych o stromych pionowych ścianach. Po przybyciu do tego niezwykłego zakątka nie sposób pozostać obojętnym na cudowne widoki roztaczające się na okolicę z podniebnych monastyrów i niebywały kunszt ich budowniczych. W czasach gdy powstawały te wspaniałe prawosławne świątynie nie dysponowali oni mechanicznymi dźwigami ani innymi nowoczesnymi urządzeniami potrzebnymi do prowadzenia prac budowlanych w tak ekstremalnych warunkach.  

Podróżując szlakiem św. Pawła, nie można również ominąć stołecznych Aten, w których szczególnie warto odwiedzićAkropol, świątynię Zeusa Olimpijskiego (Olimpejon)i Areopag – słynne wzgórze trybunału sądowego i spotkań rady złożonej z byłych archontów (najwyższych urzędników ateńskich), gdzie przemawiał apostoł. Warto też pamiętać o położonym na Peloponezie Koryncie. Znajduje się tutaj mównica, z której nauczał Koryntian. To właśnie do mieszkańców Koryntu napisał słynne listy pasterskie – pierwszy w Efezie, a drugi w Macedonii.

 

Pełen zachwyt

Nie mam wątpliwości, że Grecja nie rozczaruje nikogo, kto zapragnie ją odwiedzić. Zarówno żeglarz, jak i kinoman czy pobożny pielgrzym poczują się tu jak w raju. Rejs po lazurowych wodach Morza Śródziemnego, podążanie szlakiem ulubionych bohaterów filmowych czy podróż w czasie śladami prekursorów religii chrześcijańskiej to tylko kilka możliwości, jakie oferuje ten przepiękny kraj. Dla mnie Grecja jest niczym tajemniczy skarb ukryty na dnie morskim – pełna cudownych niespodzianek, które zachwycą każdego!


 

Artykuły wybrane losowo

Kalejdoskop dominikański

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl 

 

Republika Dominikańska jest radosnym, roztańczonym, zwariowanym, nieprawdopodobnie osobliwym krajem, który ponoć oferuje przyjezdnym wszystko. Przynajmniej tak przekonują kampanie promocyjne tutejszego Ministerstwa Turystyki. Nie ma w tym zbytniej przesady. Na próżno takiej różnorodności, jaką charakteryzuje się Dominikana, szukać w innych zakątkach Karaibów. Do tego oddalonego od Polski o kilka tysięcy kilometrów miejsca, do którego pod koniec XV w. uczestnicy wyprawy Krzysztofa Kolumba popłynęli statkami „Santa María”, „Niña” („Santa Clara”) i „Pinta”, docieramy dziś samolotem. Niesamowita ziemia zauroczyła wówczas słynnego odkrywcę i żeglarza, co odnotował w swoim dzienniku. Nas również z pewnością zachwyci ta wyjątkowa kraina.

Więcej…

Urlop na sportowo

Galiny to idealne miejsce dla miłośników wędkowania i jazdy konnej

Staw konie

© PAŁAC I FOLWARK GALINY

Plaża Acquavivetta (La Sorgente) na północnym wybrzeżu Elby

Acquavivetta copia

© ASSOCIAZIONE ALBERGATORI ISOLA D'ELBA

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

Nie każdy marzy o tym, żeby w czasie wolnym wylegiwać się bez końca na plaży lub na leżaku nad basenem. Niektórzy po prostu muszą być stale w ruchu, dbać o kondycję fizyczną, walczyć z wiatrem i falami, stawiać sobie wyzwania, sprawdzać swoją wytrzymałość na wysiłek i zdobywać nowe umiejętności. Wcale nie trzeba być niespokojnym duchem, żeby czerpać radość z aktywnego wypoczynku. Nie od dziś wiadomo, że uprawianie sportu, szczególnie na świeżym powietrzu, nie tylko wpływa korzystnie na zdrowie, lecz także poprawia samopoczucie. W zdrowym ciele zdrowy duch!

Więcej…

Gwatemala – serce świata Majów

HANNA BORA

www.sledznas.pl

<< Gwatemala to z pewnością jeden z najciekawszych krajów Ameryki Centralnej. Zachwyca wielką różnorodnością. Można tu zagubić się w bujnym tropikalnym lesie podczas odkrywania pozostałości cywilizacji Majów, wspinać się na majestatyczne wulkany, kąpać się w turkusowych wodospadach, odwiedzać kolonialne miasta i kolorowe targi. Nic dziwnego, że to miejsce staje się coraz bardziej popularnym celem podróży dla turystów z całego świata. Zdecydowanie warto wybrać się do Gwatemali. >>

 

Wzniesiony pod koniec XVII stulecia Łuk Świętej Katarzyny w mieście Antigua

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Ten kraj graniczy z Meksykiem, Belize, Hondurasem i Salwadorem. Ma wybrzeże zarówno nad Morzem Karaibskim, jak i nad Pacyfikiem. Przez terytorium Gwatemali przebiega łańcuch Kordylierów Południowych z licznymi wulkanami.

Nasza wyprawa do tej części Ameryki Centralnej była niezapomnianym przeżyciem. Czas spędzaliśmy na trekkingach i wycieczkach do gwatemalskich cudów natury. Z zainteresowaniem poznawaliśmy też miejscową kulturę – podziwialiśmy pozostałości cywilizacji Majów i odkrywaliśmy zwyczaje ich potomków.

 

WYBUCHOWA NOC

Jest chłodna noc. Kulimy się w naszych śpiworach w namiocie. Na szczęście mamy ze sobą jeszcze koc. Po zachodzie słońca temperatura znacząco spadła. Zerkam na zegarek. Jest dopiero 21.00, do pobudki pozostało ponad 7 godz. Staram się zasnąć. Jednak kiedy tylko zapadam w sen, wyrywa mnie z niego potężny huk. Potem jeszcze przez dłuższą chwilę słychać spadające kamienie. Tej nocy powtórzy się to kilka razy.

Przed naszym namiotem co kilkadziesiąt minut rozgrywa się niesamowite widowisko. Mamy świetny widok na szalejący Wulkan Ognia (Volcán de Fuego, 3763 m n.p.m.) – najbardziej aktywny w Ameryce Centralnej i jeden z niemal 40 znajdujących się w Gwatemali. To niezwykłe doświadczenie. Zanim położyliśmy się spać, wpatrywaliśmy się zahipnotyzowani w gęste obłoki dymu i rozżarzone strumienie lawy spływające po zboczach. Potęga natury jednocześnie przeraża i zachwyca. Trudno od tego spektaklu oderwać wzrok.

Budzimy się o 4.00. Zziębnięci próbujemy ogrzać się kawą przy ognisku. Przed nami ostatni odcinek szlaku na wulkan Acatenango. Spieszymy się, żeby zobaczyć z jego szczytu wschód słońca. Drogę już znamy. Poprzedniego dnia dotarliśmy do naszego obozowiska wczesnym popołudniem i postanowiliśmy wejść na wierzchołek na zachód słońca. Tym razem jednak idzie się trudniej. Panuje zupełny zmrok rozświetlany jedynie światłem naszych czołówek. Przystajemy, kiedy słyszymy głośniejsze pomruki wulkanu, żeby nie ominąć kolejnego wybuchu. Po nieprzespanej nocy bardziej dokucza nam wysokość. Wspinamy się na 3976 m n.p.m.

Gwiazdy powoli bledną i robi się coraz jaśniej. Niebo zaczyna się mienić kolorami. Pomiędzy chmurami przebłyskują światła okolicznych miast. Do wierzchołka niewiele nam już brakuje. Na szczycie spotykamy inne grupy turystów. Poprzedniego wieczoru byliśmy tu sami. Teraz jednak chętnych do podziwiania tego niezwykłego spektaklu jest znacznie więcej. Obecnie dla wielu osób ta nocna wędrówka to największa atrakcja Gwatemali, a w pobliskiej Antigui działa kilkanaście agencji organizujących grupowe trekkingi. Można też dojechać do wioski La Soledad i w niej znaleźć lokalnego przewodnika lub wybrać się w góry samemu, o ile ma się odpowiednie doświadczenie w wyprawach wysokogórskich.

Wschód rzeczywiście jest spektakularny. Słońce wstaje nad kolejnym szczytem – Wulkanem Wody (Volcán de Agua, 3760 m n.p.m.). Jego promienie tańczą pomiędzy chmurami i dodają kolorom ciepła. Fuego wciąż wykazuje aktywność i wypuszcza spore kłęby dymu. Nie musimy się nigdzie spieszyć, więc spokojnie obchodzimy krawędź krateru, podziwiając widoki. Przed nami rozciągają się łańcuchy górskie, leżą jeziora, miasta i mniejsze wioski. W pewnym momencie możemy nawet dostrzec imponujący cień wulkanu. Poza nami nie ma już prawie nikogo. Jest naprawdę magicznie.

Schodzimy też do środka krateru, gdzie znajduje się nieduża, prosta chata. Niewielkie refugio („schronisko”) imienia doktora Axela Carranzy zbudowano tutaj w 2017 r. po tym, jak sześcioro turystów (w tym wspomniany gwatemalski chirurg) zginęło na wulkanie z powodu nagłego załamania pogody. Warunki tego dnia były fatalne – opowiada nam Alberto, spotkany na górze lokalny przewodnik. Radziliśmy im, żeby zawrócili, ale nie chcieli zrezygnować. Wieczorem zerwał się silny wiatr, który porwał ich namioty. Temperatura spadła poniżej zera i większość z nich zmarła z wyziębienia. Mamy nadzieję, że nigdy więcej nie dojdzie do takiej tragedii. Słuchamy jego słów w milczeniu i przyglądamy się tablicom pamiątkowym. Góry są nieprzewidywalne i uczą człowieka pokory.

W drodze powrotnej z wulkanu ekscytacja powoli ustępuje w nas miejsca zmęczeniu. Napakowane ciepłymi ubraniami plecaki ciążą, mięśnie zaczynają się buntować. Zejście zawsze wydaje nam się bardziej monotonne i mozolne, nawet jeśli trwa krócej. Mijamy liczne grupy turystów wdrapujących się na szczyt. Niektórzy wypytują nas o wrażenia. Potwierdzamy, że Wulkan Ognia jest bardzo aktywny i można liczyć na pokaz naturalnych fajerwerków. Sami marzymy już tylko o tym, żeby się położyć i odpocząć.

 

MIASTO W CIENIU WULKANÓW

Na odpoczynek ruszamy do dawnej stolicy hiszpańskiej kolonii Capitanía General de Guatemala (z lat 1540–1776). Antigua (Antigua Guatemala) sprawia wrażenie, jakby czas się w niej zatrzymał. Niska zabudowa, brukowane uliczki, kolonialne budynki w różnych kolorach i dachy pokryte czerwoną dachówką zachwycają turystów. Poza tym rozpościerają się stąd wspaniałe widoki na trzy wulkany: Ognia, Wody i Acatenango. To malownicze położenie dodaje miastu uroku, ale bywało też źródłem nieszczęść. Antigua była wielokrotnie nękana przez trzęsienia ziemi. W 1773 r. została zniszczona niemal doszczętnie, a trzy lata później zarządzający kolonią zadecydowali o przeniesieniu stolicy. Śladami po tym dramatycznym wydarzeniu są liczne ruiny barokowych kościołów. Ich popękane mury przypominają o nieustannym zagrożeniu.

Na spacer po mieście najlepiej wybrać się rano, kiedy ulice wciąż pozostają puste i dopiero budzą się do życia. Łatwiej wtedy wypatrzyć najbardziej klimatyczne zaułki i detale, które składają się na wyjątkowy charakter tego miejsca. Dzień zaczynamy od typowego gwatemalskiego śniadania – desayuno chapín („śniadania mistrzów”). Na stole pojawiają się: jajecznica, pasta z czerwonej fasoli, smażone banany, plasterki awokado, kawałek białego sera i oczywiście tortille – bez nich w Gwatemali nie ma posiłku. Nie sposób się nie najeść. Do tego wypijamy czarną kawę. W końcu to główny towar eksportowy kraju. Niestety, ta podawana w ulicznych jadłodajniach lub na targu zazwyczaj nie jest zbyt mocna.

Po dodającym mnóstwa energii posiłku włóczymy się wąskimi uliczkami i obserwujemy życie mieszkańców, którzy powoli gromadzą się na licznych placach. Z zachwytem patrzymy na tradycyjne, niezwykle kolorowe stroje kobiet. Kierujemy się w stronę żółtego Łuku Świętej Katarzyny (Arco de Santa Catalina). To najbardziej charakterystyczny punkt miasta i jedna z wizytówek Gwatemali. Kawałek za nim znajduje się piękny barokowy Kościół Miłosierdzia (Iglesia de la Merced) ukończony w 1767 r. Siadamy na ławce i przypatrujemy się misternym, białym zdobieniom. Zaraz obskakuje nas grupka dzieciaków próbujących sprzedać nam plecione bransoletki, kolorowe torebki i zabawki. Grzecznie odmawiamy, ale młodzi handlarze nie dają za wygraną i wpatrują się w nas dużymi, ciemnymi oczami. Trudno się nie złamać.

Obowiązkowym punktem na trasie zwiedzania Antigui jest Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz). Prowadzi na nie rząd schodów, ale na górę można wjechać też taksówką lub samochodem. Kilka lat temu to miejsce nie cieszyło się najlepszą sławą. Podobno zdarzały się tu napady na turystów. Obecnie od rana do zmierzchu patrole policyjne pilnują porządku w okolicy. Na wzgórzu jest spokojnie, spotyka się na nim sporo zakochanych par wymieniających czułości i rodzin z dziećmi. Z Cerro de la Cruz rozciąga się imponująca panorama miasta z Wulkanem Wody w tle. Dopiero stąd widać idealny plan ulic układających się w szachownicę. W środkowym punkcie znajduje się Park Centralny (Parque Central) otoczony najważniejszymi budynkami i przytulnymi kawiarniami. Oglądanie Antigui ze wzgórza to idealne uzupełnienie zwiedzania. Rozpoznajemy odwiedzone wcześniej miejsca i odnajdujemy te, które przez przypadek ominęliśmy.

Pomimo zniszczeń miasto zdołało zachować swój unikatowy, kolonialny charakter. W 1979 r. zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obecnie Antigua jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc nie tylko w Gwatemali, ale i całej Ameryce Centralnej. Wielu turystów postanawia zatrzymać się w niej na dłużej. Nie brakuje tu eleganckich hoteli z pięknymi dziedzińcami, budżetowych hosteli, szkół językowych, sklepów z pamiątkami i organiczną żywnością. Mamy wrażenie, że wymyślnych restauracji działa w mieście znacznie więcej niż tanich jadłodajni. Osobom zainteresowanym lokalnym kolorytem polecamy wizytę na głównym targowisku. Tuż za nim znajduje się dworzec, gdzie możemy zobaczyć swoistą wystawę kolejnego symbolu Gwatemali. Lśniące i jaskrawo pomalowane chicken busy są nieodłącznym elementem krajobrazu tego kraju. To stare szkolne autobusy z USA, które otrzymały szansę na nowe życie i sprawdzają się na najtrudniejszych drogach Ameryki Centralnej. Nie sposób ich nie zauważyć. Mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Kierowcy wykazują się dużą kreatywnością przy dekorowaniu swoich wehikułów. Często też nadają im imiona, polecają opiece świętych i opatrzności Bożej.

Przejażdżka takim pojazdem to prawdziwa przygoda. Pasażerowie upychani są do granic możliwości, nie zdarza się, żeby dla kogoś zabrakło miejsca. Bagaże i wszelkiego rodzaju pakunki lądują na dachu. Niektórzy przewożą też zwierzęta, głównie kury. Właśnie stąd najprawdopodobniej wzięła się popularna, angielska nazwa. Kiedy nieustraszony kierowca mknie po górskich serpentynach, jego pomocnik wykrzykuje nazwę docelowego miasta, aby wyłapać kolejnych podróżnych. Wtóruje mu donośnie klakson. Czas przejazdu umilają pasażerom ulubione piosenki kierowcy (puszczane z głośników najgłośniej jak się da) oraz niekończące się korowody sprzedawców oferujących przekąski, napoje i masę niepotrzebnych przedmiotów wszelkiej maści.

 

Stożek aktywnego wulkanu Acatenango nocą

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

NAJPIĘKNIEJSZE JEZIORO ŚWIATA

Jeszcze zanim wyjechaliśmy z Antigui nad jezioro Atitlán, zdążyliśmy wiele o tym miejscu usłyszeć. Na cały świat rozsławił je angielski pisarz Aldous Huxley, autor wydanej w 1932 r. powieści Nowy wspaniały świat. To właśnie on stwierdził, że jest najpiękniejszym jeziorem na ziemi i tę opinię do dziś powtarzają niemal wszystkie przewodniki i foldery turystyczne. Od wielu osób słyszeliśmy o malowniczym położeniu, kolorowych majańskich wioskach rozsianych wzdłuż brzegów i niezwykłej energii, która nie pozwala szybko stąd wyjechać. Zazwyczaj podchodzimy do takich zachwytów sceptycznie. Pozwala nam to uniknąć zbędnych rozczarowań. Jednak już na krętej, prowadzącej stromo w dół drodze zaczęliśmy rozumieć, skąd wzięły się te entuzjastyczne oceny. Chcąc nie chcąc, sami ulegliśmy w końcu magii tego miejsca.

Na czym polega urok tej okolicy? Na ten temat krąży wiele legend. Według jednej z nich w czasach konkwisty hiszpański żołnierz zakochał się w pięknej majańskiej dziewczynie, którą ujrzał nad brzegiem jeziora. Niestety, jego wybranka nie zwracała na niego uwagi. Wybrał się więc do lokalnej szamanki z prośbą o pomoc. Otrzymał od niej pierścień i zapewnienie, że jeśli dziewczyna go założy, jej serce będzie należało do niego. Tak rzeczywiście się stało. Choć zakochana para spotykała się potajemnie, wkrótce o związku dowiedział się dowódca oddziału i wpadł w szał. Swojego podwładnego wtrącił do więzienia, a dziewczynę skazał na śmierć. Tuż przed egzekucją zauważył na jej dłoni pierścień. Postanowił go zatrzymać. Po kilku dniach zaczął jednak odczuwać niepokojące przywiązanie do niepokornego żołnierza. Nie potrafił nad nim zapanować. Którejś nocy wypłynął łódką na środek jeziora i wyrzucił pierścień do wody. Od tej pory Atitlán rzuca czar na każdego, kto na nie spojrzy.

Jezioro leży na wysokości ponad 1500 m n.p.m. i wypełnia rozległą kalderę, która powstała w wyniku wybuchu wulkanu ok. 85 tys. lat temu. Ma powierzchnię 130 km2. Otaczają je góry i trzy wulkaniczne szczyty: Atitlán (3537 m n.p.m.), Tolimán (3158 m n.p.m.) i San Pedro (3020 m n.p.m.). Głównym miasteczkiem w okolicy jest Panajachel (w skrócie Pana). W latach 60. XX w. upodobali je sobie hippisi. To najłatwiej dostępne, ale też najbardziej turystyczne miejsce w tym rejonie. Wystarczy jednak wsiąść w wodną taksówkę, aby przenieść się do jednej ze spokojniejszych miejscowości. San Pedro La Laguna cieszy się popularnością wśród osób młodych. Można znaleźć tutaj najtańsze noclegi, szkoły języka hiszpańskiego oraz wiele restauracji i barów czynnych do późna. San Juan La Laguna przyciąga artystów, a San Marcos La Laguna – praktykujących jogę i medytację. Warto wybrać się też do miasta Santiago Atitlán, gdzie można odwiedzić lokalny targ, a także majańskiego boga Maximóna. To nieoficjalny gwatemalski święty, którego drewnianą figurę przyozdabia bandana i kapelusz. Wiele osób zwraca się do niego z prośbami, a w zamian za ich spełnienie zostawia mu pieniądze, alkohol lub papierosy. Atitlán to świetne miejsce na spotkanie z kulturą i tradycjami współczesnych Majów.

Osoby zafascynowane dawnym majańskim imperium powinny zajrzeć pod wodę. W 1996 r. biznesman i nurek Roberto Samayoa natknął się w jeziorze na nietypowe znalezisko. Odkrył podwodne miasto – prawdziwą Atlantydę Majów. Nazwał je Samabaj. Początkowo nikt mu nie wierzył. Po pewnym czasie jednak okazało się, że jego odkrycie jest unikatowe na skalę całej Mezoameryki. Rozpoczęto więc prace archeologiczne. Na ich podstawie badacze doszli do wniosku, że wcześniej była tu niewielka wyspa, która została zatopiona ok. 2 tys. lat temu w wyniku naturalnej katastrofy, takiej jak wybuch wulkanu.

 

TARGOWISKO RÓŻNOŚCI

W niedzielę wybieramy się do Chichicastenango. Leży zaledwie godzinę drogi od jeziora. Na pierwszy rzut oka miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak dwa razy w tygodniu – w czwartki i niedziele – jego ulice wypełniają się gwarem, kolorami i zapachami, gdy zamieniają się w ogromne targowisko. Można tutaj kupić wszystko. Stragany uginają się od towarów, na wieszakach powiewają pięknie haftowane bluzki (huipiles). Do tego aż roi się od barwnych chust, pasów, toreb i plecaków, wszelkiego rodzaju figurek, obrazków… Łatwo dostać oczopląsu od tych wszystkich kolorów. Targ w Chichi przyciąga jak magnes turystów poszukujących pamiątek z podróży. Z tego względu ceny często są na nim dość mocno zawyżone i trzeba się targować. Targowisko ma jednak też swoją mniej turystyczną stronę – pojawiają się na nim liczne stoiska z warzywami, owocami, ziołami i przyprawami, na których zaopatrują się mieszkańcy okolicznych wiosek.

W samym sercu miasteczka znajduje się Kościół św. Tomasza z Akwinu (Iglesia de Santo Tomás de Aquino). Prowadzi do niego 18 stopni. Zanim na te tereny przybyli Hiszpanie, były to schody majańskiej świątyni. Każdy stopień symbolizuje jeden miesiąc z kalendarza Majów. Nawet dziś można na nich spotkać lokalnych szamanów odprawiających tradycyjne rytuały. Schody okupują również kobiety sprzedające kwiaty, które wierni składają w ofierze. Wszędzie unosi się zapach kadzidła. Choć z zewnątrz kościół nie różni się specjalnie od innych katolickich świątyń, obrzędy odprawiane w środku zupełnie nie przypominają tych powszechnie znanych. Wnętrze jest ciemne, oświetlone jedynie wątłymi płomieniami świeczek. Słyszymy ludzi mruczących modlitwy. Przyglądamy się z zafascynowaniem. Turyści są w kościele mile widziani. Pod żadnym pozorem jednak nie można w nim robić zdjęć.

 

Naturalne turkusowe baseny tworzące niezwykły wodospad Semuc Champey

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

DACH AMERYKI CENTRALNEJ

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest drugie największe miasto Gwatemali – Quetzaltenango, znane też jako Xelajú lub Xela. Nie wygląda ono tak ładnie i fotogenicznie jak Antigua. Spotyka się też w nim zdecydowanie mniej turystów. Nam jednak się tutaj podoba. Włóczymy się bez celu ulicami i zaglądamy na miejscowy targ. Na obiad wstępujemy do gwarnej jadłodajni, gdzie podaje się głównie kurczaka w przeróżnej postaci. Między stołami biegają psy czyhające na smaczne kąski. Najwięcej czasu spędzamy na… cmentarzu. Jest ogromny – przypomina miasto w mieście, barwne i malowniczo otoczone wulkanami. Nie brakuje na nim dostojnych, marmurowych grobowców, w których spoczywają najważniejsze lokalne osobistości. Najwięcej tu jednak wielopiętrowych, kolorowych krypt.

W mieście nie zostajemy długo. Wyruszamy na kolejny wulkan. Wznoszący się na 4220 m n.p.m. Tajumulco to najwyższy szczyt nie tylko Gwatemali, ale i całej Ameryki Centralnej. Trasa nie jest trudna i spokojnie można ją pokonać w obie strony w jeden dzień. Postanawiamy jednak spędzić noc na szczycie, żeby obejrzeć z niego zachód i wschód słońca. Mamy namiot, karimaty, śpiwory i sporo ciepłych ubrań. Początkowy odcinek stanowi monotonna, brukowana droga. Jesteśmy na trasie sami. Gdy przechodzimy wzdłuż pól kukurydzy, spotykamy miejscową rodzinę. Pozdrawiają nas życzliwie i życzą powodzenia. Ścieżka powoli zaczyna się piąć w górę. Szlak nie jest oznaczony. Kilka razy z niego zbaczamy i przedzieramy się przez krzaki. Trudno jednak byłoby się tutaj zgubić. Cały czas widzimy wyraźnie przed sobą wierzchołek wulkanu.

Na szczyt docieramy po 5 godz. Jesteśmy zmęczeni i lekko rozczarowani, bo wręcz toniemy w chmurach. Z pięknych widoków nici. Rozstawiamy namiot i przez chwilę walczymy z pokusą, żeby zaszyć się w środku i odpocząć. Na szczęście zwycięża nasza silna wola. Tuż przed zachodem słońca część chmur się rozchodzi i możemy podziwiać cały łańcuch wulkaniczny Gwatemali. Po chwili słońce zaczyna opadać coraz niżej, a niebo rozpalają odcienie czerwieni. Jak zauroczeni wpatrujemy się w magiczny spektakl natury.

Kryzys przychodzi nocą, kiedy zaczynamy odczuwać skutki braku aklimatyzacji. Organizm się buntuje. Głowa pulsuje i nie daje zasnąć. Po kilku godzinach przerywanego snu budzą nas głosy przed namiotem. Okazuje się, że tego dnia na wulkan wybrała się też spora grupa prowadzona przez organizację Quetzaltrekkers. Trzęsąc się z zimna, zbieramy się na wschód słońca. Niestety, nie jest już tak spektakularny jak zachód.

 

OAZA W ŚRODKU TROPIKALNEGO LASU

Po zdobyciu dachu Ameryki Centralnej należy nam się odpoczynek. Możemy wybrać się na wybrzeże Pacyfiku, wyruszamy jednak nad wodospad Semuc Champey. Turkusowe kaskady otoczone gęstym lasem tropikalnym wydają nam się bardziej atrakcyjne niż plaża i palmy. Jedynym wyzwaniem jest dojazd. Ten cud natury znajduje się w odległym rejonie (w departamencie Alta Verapaz), a prowadząca do niego kręta, wyboista droga przecina serpentynami góry. Dla nas brzmi to zachęcająco. Ruszamy w stronę miasta Cobán. Po godzinie jazdy utykamy w sznurze samochodów. Dalej nie dojedziecie – informuje nas jeden z czekających kierowców. Droga jest zamknięta przez protesty. Otworzą ją dopiero po południu. Tego nie przewidzieliśmy. Staramy się rozeznać w sytuacji – może znajdziemy jakiś objazd? Miejscowi kręcą głowami. Nie mamy szans przejechać, wszystko jest poblokowane. Pozostaje nam czekać. W centrum wydarzeń znajduje się kilkunastoosobowa grupa z megafonem. Wytykają władzom pazerność i korupcję. Przyglądamy się protestującym i czytamy hasła z ich żądaniami. Są przyjaźnie nastawieni, uśmiechają się. Podpytują nas o Polskę i opowiadają o swojej sytuacji. Bardzo dużo płacimy za prąd. Nie powinno tak być! – słyszymy od kilku osób. Niektórzy mówią nam jednak, że protesty są ustawione, a mieszkańcy wiosek otrzymują wynagrodzenie za blokowanie dróg. Za to my tracimy przez nich pieniądze, bo nie dowieziemy towarów na czas – narzeka jeden z mężczyzn.

Po 14.00 droga zostaje w końcu odblokowana. Ruszamy dalej. Krajobrazy wokół nas stają się coraz bardziej imponujące. Przejeżdżamy przez porośnięte gęstą zielenią góry. Zabudowań jest znacznie mniej. Z oddali dociera do nas huk rzeki Cahabón. Przepływa przez okoliczne doliny, aż nagle znika pod naturalnym wapiennym mostem. Na jego powierzchni powstały baseny wypełnione krystalicznie czystą wodą, która przelewa się między nimi, tworząc dziesiątki strumieni i wodospadów. Tak właśnie wygląda Semuc Champey. Najładniej prezentuje się z góry. Wchodzimy w głąb tropikalnego lasu i wspinamy się stromą ścieżką na punkt widokowy. W powietrzu unosi się wilgoć. Choć trasa nie jest ani specjalnie trudna, ani długa, pot leje się z nas strumieniami. Nie możemy się już doczekać chwili, gdy zanurzymy się w przejrzystej wodzie. W basenach można spędzić cały dzień na przepływaniu z jednego do drugiego, korzystaniu z naturalnych zjeżdżalni i skakaniu z wysokich półek skalnych. To prawdziwa oaza i idealne miejsce na odpoczynek.

 

Świątynia II (Świątynia Masek) w dawnym majańskim mieście Tikal

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŚLADAMI MAJÓW

Gwatemala to dawne serce imperium Majów. Porośnięta gęstym lasem nizina Petén położona na północy kraju zajmuje mniej więcej 33 proc. jego powierzchni. Jednocześnie stanowi najrzadziej zaludniony gwatemalski region. To właśnie tutaj ukryte są ruiny dawnych miast. Najsłynniejszym z nich jest Tikal. Turystów wpuszcza się na jego teren od godziny 6.00. Wstajemy jeszcze przed wschodem słońca, żeby zdążyć przed większymi grupami odwiedzających. Gęsty las powoli budzi się do życia. Ciszę rozdzierają głośne wołania wyjców. Najpierw kierujemy się do Świątyni IV (Świątyni Dwugłowego Węża) – najwyższej, na którą można się wspiąć (prawie 70 m). Wpatrujemy się w kolejne piramidy wyłaniające się pomiędzy koronami drzew. Wciąż spowite są poranną mgłą, która jeszcze nie zdążyła opaść.

Tikal uważany jest za ważny ośrodek dawnego państwa Majów. Okres jego największego rozkwitu przypadł na VII–VIII w. Co ciekawe, już niecałe 200 lat później z nieznanych przyczyn miasto zostało opuszczone i zapomniane. Dopiero w XVII stuleciu odkryli je hiszpańscy misjonarze. Jego centrum zajmuje Wielki Plac (Gran Plaza) ze słynną Świątynią Wielkiego Jaguara (Świątynią I) i zabudowaniami Akropolu. Kontynuujemy spacer między ruinami i docieramy do placu o wymownej nazwie Zaginiony Świat (Mundo Perdido). Kompleks obejmuje kilka świątyń. Dawniej prowadzono tu także obserwacje astronomiczne. Przysiadamy na kamiennych stopniach i wsłuchujemy się w szept historii. Choć Tikal to niewątpliwie jedna z największych atrakcji turystycznych Gwatemali, w niektórych miejscach jesteśmy sami. Towarzyszą nam jedynie dzikie zwierzęta takie jak zabawne ostronosy, małpy czepiaki i różne gatunki egzotycznych ptaków.

 

Wydanie Wiosna 2018