ANNA KŁOSSOWSKA

italiannawdrodze.blogspot.com

 

« Mam wrażenie, że Cypr serwuje swoje atrakcje turystyczne niczym przystawki w tawernie. Podaje je w małych porcjach i po kolei. Ich smakowanie w ulubionym na wyspie rytmie „siga-siga”, czyli niespiesznie, budzi apetyt na kolejne. »

 

 

Domy stojące przy ulicach cypryjskich miasteczek zdobią często donice z kwitnącymi roślinami

© DEPUTYMINISTRYOFTOURISMOFTHEREPUBLICOFCYPRUS

 

Z Polski na Cypr samolot przenosi mnie w nieco tylko ponad 3 godz. Na miejscu przesuwam zegarek o godzinę do przodu. Trzecia co do wielkości po Sycylii i Sardynii wyspa Morza Śródziemnego (zajmująca powierzchnię 9251 km²), usytuowana na styku Europy, Azji i Afryki, leży zaledwie 75 km od wybrzeży Turcji, ok. 110 km od plaż Libanu i aż 800 km od kontynentalnej Grecji, z którą historycznie i kulturowo tak dużo ją łączy. Dziś zamieszkuje ją zresztą wielu Greków – stanowią mniej więcej 77 proc. jej obywateli. Mimo iż północno-wschodnia część Cypru znajduje się od 1974 r. pod okupacją turecką, Republika Cypryjska uznawana jest przez społeczność międzynarodową za jedyne legalne państwo sprawujące suwerenną władzę nad całym terytorium wyspy. Kraj ten należy do Unii Europejskiej i jako miejscową walutę wprowadził już euro.

 

Z Larnaki, gdzie wylądowałam, wyruszam w objazd wygodną, dwupasmową drogą szybkiego ruchu, doskonale oznakowaną dużymi tablicami z nazwami miast i liczbą dzielących mnie od nich kilometrów. Obowiązujący tu ruch lewostronny, odziedziczony po Brytyjczykach, ostatnich kolonizatorach wyspy (do 1960 r.), sprawia, że czuję się nieswojo. To wrażenie potęguje jeszcze fakt, iż wraz z przewodniczką, Ewą, poruszamy się samochodem z kierownicą umiejscowioną również po stronie przeciwnej niż w autach przystosowanych do jazdy po kontynentalnej Europie.

 

NAJDŁUŻSZY OBRUS

Znajdujemy się w sercu Cypru. Tak określana jest wioska Skarinu, ponieważ w niej krzyżują się drogi prowadzące do Nikozji, Limassol i Larnaki. W liczącej zaledwie 400 mieszkańców osadzie położonej na malowniczym wzgórzu zakochuję się od pierwszego wejrzenia. Delikatnie meandrujące, pnące się coraz wyżej uliczki okalają stare domy z obrobionych skał wapiennych. Drewniane drzwi otwierają się na małe podwórka, gdzie w cieniu owocujących cytryn swojsko suszy się pranie rozwieszone na sznurach. Z glinianych donic wyrastają kwiaty, palmy i sążniste agawy. W wielu z tych domów gospodarze stworzyli obecnie apartamenty dla turystów. Zaglądam do jednego z nich. Na podłogach z kamiennej terakoty stoją drewniane, rzeźbione łóżka, pod nimi leżą dywaniki, na bielonych ścianach wiszą makatki, dzieła pań domu, oraz pożółkłe zdjęcia drogich nieobecnych w starych ramkach. Łazienki i wyposażenie w kuchni są już nowoczesne. Jest też ogrzewanie. 

 

Plotkujące przy stole właścicielki zapraszają mnie z miejsca na kawę – na migi, bo nie znam języka, ale i tak się rozumiemy. Gościnność Cypryjczyków, z jaką spotykam się na każdym kroku, wręcz mnie rozczula. Gdy w pobliskim sklepiku kupuję dwie butelki oliwy, sprzedawca zaraz dodaje mi trzecią gratis. Puderniczkę zdobioną haftem dostaję od Anny Kosmy, prowadzącej butik Tsimpi Shop. To haft z Lefkary, miejscowości koronczarek w górach Troodos, ale chcę ci pokazać coś wyjątkowego – zapowiada kobieta, uśmiechając się tajemniczo. Po chwili trzymam w ręku podobnie dekorowany obrus z holenderskiego płótna. Mierzy 8,4 na 1,8 m, a umieszczenie na nim geometrycznego wzoru w powtarzające się gwiazdy i krzyże jerozolimskie zabrało Pantelicie Kosmie pięć lat. Ten trud został nagrodzony – dzieło babki Anny figuruje w Księdze rekordów Guinnessa jako najdłuższy obrus świata. Zdjęcie artystki wraz z kopią dyplomu i samą pracą zostały wyeksponowane na honorowym miejscu w sklepie – na blacie wiekowej komody. Tuż obok, w równie starej szafie, tłoczą się mniejsze obrusy czy serwetki, a nawet mięciutkie ręczniki obrębione haftem. Lefkaritikę, czyli koronkę z Lefkary, wykonuje się, jak widać, nie tylko w miejscowości jej pochodzenia. Artystki mogą wybierać z przeszło 650 motywów, których wspólną cechą jest powtarzalność geometrycznych wzorów. Sięgającą co najmniej XIV w. tradycję wpisano w 2009 r. na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

WENUS W SPODNIACH

Afrodytę czcigodną, zwieńczoną złotem i piękną będę opiewał – jej to morskiego Cypru warownie los dał w udziale, bo tam ją wilgotny podmuch Zefira uniósł, płynącą na fali przez morze szumiące rozgłośnie, w pianie łagodnej. Wersety hymnu Homera w tłumaczeniu Włodzimierza Appela przypominają mi się dokładnie w momencie, kiedy z punktu widokowego przy drodze szybkiego ruchu z Pafos do Limassol po raz pierwszy spoglądam na Skały Afrodyty. Majestatycznie wynurzają się z przybrzeżnej morskiej toni. Sąsiadujące z formacją mniejsze skały sprawiają wrażenie wręcz ustawionych w rzędzie – od najmniejszej do największej, w równych od siebie odstępach, jakby uszeregowane kaprysem greckich bogów. 

 

Kilka kilometrów dalej zjeżdżamy z Ewą z głównego traktu na niewielki parking z przytulonym do niego barem-sklepikiem. Skreślone wyrazistym, z daleka widocznym pismem reklamy zachęcają do posilenia się i zakupu pamiątek. Oczywiście jak niemal wszędzie na wyspie napisy są wykonane cyrylicą. W czasie kryzysu w strefie euro to Rosjanie nadal przyjeżdżali tutaj na wypoczynek i w ten sposób uratowali turystykę na Cyprze – wyjaśnia Ewa. 

 

Blask odbijającego słońce lustra wody, spotęgowany bielą niezliczonych kamieni, jakimi usiana jest plaża prowadząca do Skał Afrodyty, sprawia, że na chwilę mrużę oczy. Jeśli znajdziesz tu kamień w kształcie serca, czeka cię miłość – obiecuje Ewa. Czy mogę liczyć, że Afrodyta mi ją ześle? To bogini uczucia zmysłowego. Według Theogonii (Narodzin bogów) Hezjoda Afrodyta Afrogeneja wyłoniła się z morskiej piany, a jej imię pochodzi od greckiego słowa aphros, czyli „piana morska”. Ta ostatnia wezbrała wokół odciętych i wrzuconych w morze genitaliów Uranosa, w mitologii greckiej będącego personifikacją nieba, który wraz ze swoją małżonką (i jednocześnie matką) Gają, uosabiającą Ziemię, począł wcześniej legion kolejnych bogów. Kastracji dokonał najmłodszy syn wspomnianego, Kronos. Uranos stracił władzę nad światem, a niebo już na zawsze oddzieliło się od ziemi. Piękna Afrodyta zyskała w wyniku tak spektakularnych narodzin u wybrzeży Cypru wiele przydomków: Kallipygos – O Pięknych Pośladkach, Urania – Niebiańska, Pandemos – oznaczający patronkę miłości wszechogarniającej, ale też grupowej, wulgarnej i nierządnej, czy Thalassia – czyniący z niej opiekunkę żeglugi.

 

Szukam na plaży mojej miłości, brodząc w wypolerowanych milionami przypływów kamieniach. Schylam się, gdy dostrzegam nagle charakterystyczny sercowaty kształt, aby podnieść znalezisko ku słońcu. W tym momencie słyszę koło ucha szept: Chodź, Wenus w spodniach w kratkę, zrobię ci zdjęcie… Ulegam pokusie i wręczam komórkę przystojnemu blondynowi stojącemu obok. To jednak nie Adonis, a Sasza z Moskwy, który błysnąwszy w uśmiechu złotym zębem, oddaje mi po chwili telefon i odjeżdża czarnym mercedesem ku 5-gwiazdkowym hotelom kurortu Limassol. 

 

Gwoli ścisłości bogini wyłoniła się z piany przy Skałach Afrodyty, tych trzech jaśniejszych: małej, średniej i dużej, oraz wyrastającej tuż obok, ciemniejszej, o nazwie Petra tou Romiou, czyli Skała Rzymianina – tłumaczy tymczasem moja cicerone. Ponoć jeśli opłynie się trzykrotnie Skały Afrodyty, można zapewnić sobie nieprzemijającą urodę, płodność i wieczną miłość – dodaje. Trudno się dziwić, że miejsce narodzin greckiej bogini jest turystyczną atrakcją numer jeden na Cyprze. Nazwa formacji budzi jednak spory, bo jedni określają mianem Skał Afrodyty wszystkie tutejsze skały, inni z kolei wyróżniają wśród nich osobną Skałę Rzymianina. Wiąże się to z różnymi wersjami legend, które narosły wokół tego zakątka.

 

Skały przy południowo-zachodnim wybrzeżu wyspy, gdzie miała wyłonić się z piany bogini Afrodyta

© DEPUTYMINISTRYOFTOURISMOFTHEREPUBLICOFCYPRUS/AGISAGISILAOU

 

GLADIATOR CELEBRYTA

Nie przeszywa mnie wzrokiem niczym Russell Crowe z filmu Ridleya Scotta, bo ma twarz… ludzika Lego. Potężne ramiona chroni napierśnik, łydki – nagolenice. Dzielnie wywija krótkim mieczem. Musiał być piękny i sławny. Nie na darmo nosił imię Margarites – Perłowy. Ten „celebryta”, jak określa go zabawnie Ewa, przetrwał do naszych czasów na jednej z mozaik w Kurionie. Wykopaliska archeologiczne ze stanowiskami malowniczo rozsianymi na wapiennym wzgórzu nad zatoką Episkopi leżą tylko 13 km na zachód od Limassol i stanowią obowiązkowy punkt na liście cypryjskich atrakcji. W starożytności Kurion był jednym z najważniejszych miast-królestw w regionie. Według legendy zamieszkiwali go potomkowie Argonautów, uczestników wyprawy po złote runo. To na scenie wzniesionego w czasach greckich, a przebudowanego już za Rzymian teatru z panoramicznym widokiem na morze gladiatorzy tacy jak Margarites walczyli ze sobą albo dzikimi bestiami. Gdy w chwili zagrożenia nie udawało się im umknąć do skrytki wydrążonej w kamieniu pod pierwszym stopniem widowni, mogli zostać rozszarpani. Aby wskoczyć do tej umieszczonej tuż przy ziemi jamy, trzeba było wyjątkowej sprawności.

 

Szelest piewików, jak Homer określał cykady, łączy tamte odległe czasy z teraźniejszością. W spiekocie wiosennego słońca przechodzę starannie wytyczonymi ścieżkami do ruin kolejnych willi, w których zachowały się mozaikowe posadzki. Podziwiam również estetykę nowoczesnych, drewnianych konstrukcji dachów osłaniających zabytki przed słońcem i deszczem. Rzymską agorę zdobi jedyna ocalała kolumna. Okres prosperity w Kurionie przerwały silne trzęsienia ziemi z lat 365–370. Blisko trzy stulecia później najazdy Arabów dokończyły dzieła zniszczenia, a mieszkańcy porzucili to miejsce na zawsze.

Na początku III w. teatr w Kurionie przystosowano do walk gladiatorów i polowań na dzikie bestie

© DEPUTYMINISTRYOFTOURISMOFTHEREPUBLICOFCYPRUS/KIRILLMAKAROV

 

ZIOŁA I CZARY

Żywopłot z błyszczących liści laurowych prowadzi nas z Ewą prosto do parterowego budynku. Na białym tynku fasady widnieją dwa fantazyjnie namalowane, pełne sęków pnie drzew oplecione bluszczem. Łączą się korzeniami i konarami, a pośrodku pozostawiają okrągłą przestrzeń. Wychylające się z tej jasnej plamy lisek, muchomorek i ptaszki zdają się zapraszać do innego wymiaru: świata przepojonego zapachem ziół i magią baśni. Witajcie w Cyherbii! – zwraca się do nas właścicielka i menedżerka tego 2-hektarowego ogrodu botanicznego. Nosi imię Miranda, zupełnie jak córka Prospera, prawowitego władcy Mediolanu, z Burzy Szekspira. Witaj Afrodyto! – mam ochotę odpowiedzieć, bo kobieta przypomina mi postać Wenus z obrazu Sandra Botticellego, tyle że ubraną bezpretensjonalnie w wytarte dżinsy i dresową bluzę. Wchodzimy do środka. W rogu jedna z pracownic doczepia do manekina eukaliptusowe witki, tworząc w ten sposób krynolinę. Na rozłożonym na stole dywanie z mchu tryska minifontanna, kwitną papierowe róże, a mała syrenka z plastiku wypoczywa znudzona w dziecinnym foteliku. Tu każdy przedmiot jest elementem większej, artystycznej wizji Mirandy. W rodzinnej Holandii byłam malarką – zaczyna swoją opowieść. Potem z mężem, Adamem, przeprowadziliśmy się na Cypr. Nasza córeczka Melina od małego ciągle chorowała. Lekarstwa całkowicie zniszczyły jej system immunologiczny. Postanowiłam szukać alternatywnych kuracji. Włączyłam do menu Meliny dużo warzyw i napary z ziół. Odkryłam, że zwykła szałwia, mięta pieprzowa i tymianek sprzyjają wzmocnieniu organizmu, jakby przeganiają choroby. Nasza córka wyzdrowiała, a ja skończyłam studia z zakresu medycyny naturalnej oraz kursy pozwalające przygotowywać produkty na bazie ziół. W międzyczasie na zakupionej ziemi metodą prób i błędów stworzyłam ten ogród i stale go rozwijam, udoskonalam – kończy Miranda i prowadzi nas do swojego królestwa. Najpierw wchłania nas labirynt z żywopłotu, tak przepastny, że łatwo się w nim zagubić. Jedno z wyjść prowadzi na wieżę widokową pozwalającą ogarnąć wzrokiem cały park. Okazuje się, że grupa cyprysów w jego rogu układa się w kształt Cypru. Na wijącej się wzdłuż tej naturalnej granicy ścieżce Miranda umieściła fotografie największych atrakcji turystycznych kraju. Znajduje się tutaj też aż 10 ogródków ziołowych. Dokładnie opisane, służą celom poznawczym zarówno w przypadku dużych, jak i małych gości, bo Cyherbia z założenia jest parkiem dla całej rodziny. Można się tu bawić na dorocznym Festiwalu Czarów, podczas którego poszukuje się skarbów, łapie sny czy robi czarodziejskie różdżki, w ulubionych kostiumach obchodzić Halloween, a w fioletowych strojach zawitać na Festiwal Lawendy czy wziąć udział w wielkanocnym poszukiwaniu jaj. W tych 10 ogrodach zaopatruję się w zioła, które przetwarzam potem w moim laboratorium – tłumaczy Miranda. Jest ono niewielkim pokoikiem znajdującym się na tyłach znanego nam już białego budynku. Mieści się w nim destylarnia olejków eterycznych z lawendy, oregano, tymianku, rozmarynu i liści laurowych. W przyległym do niego sklepiku można kupić je razem z ziołowymi mieszankami do picia czy płukania, kremami, maseczkami, mydłami i innymi artykułami. Ja decyduję się na olejek z rozmarynu – już jedna jego kropla umieszczona w kominku zapachowym ma stymulować umysł (sprawdziłam, to prawda!). Podobnie działa zaserwowana nam herbata z rozmarynu. Początkowo jej smak wydaje się dziwny, ale ostry i intensywny aromat zioła spotęgowany dodatkiem różowego pieprzu łagodzi kora cynamonu. Rozmaryn ma także właściwości antyalergiczne, tak jak cypryjski miód. Pełna zapału Miranda prowadzi również na oficjalnej stronie internetowej Cyherbii blog z poradami. Park znajduje się na obrzeżach wioski Awgoru, położonej ok. 35 km od Larnaki. Drugą część dnia spędzam leniwie na złotej plaży Nissi w kurorcie Ajia Napa, słynącej z czystej wody, co potwierdza oznaczenie Błękitną Flagą.

 

SŁODKA ŁYŻECZKA

Przed nami Troodos, najwyższe na Cyprze pasmo górskie, położone w środkowej części wyspy. Formowało się miliony lat – opowiada Ewa. Najpierw wydarzyła się erupcja podwodnego wulkanu. Na poduszki zastygłej lawy nakładały się warstwy dna morskiego. Wreszcie w wyniku tarcia dwóch płyt tektonicznych, euroazjatyckiej i afrykańskiej, wypiętrzyły się góry Troodos. Na stokach, które mijamy, zobaczysz magmowe jaśki – dodaje. Widziałam już takie w naszych Górach Kaczawskich, ale te są znacznie większe, wręcz kilkumetrowe. 

 

Jednopasmówka prowadzi nas prosto do Kakopetrii. Ta wioska położona w dolinie Solea, zamieszkana już od VI w., liczy dziś 1,3 tys. mieszkańców. Jej centrum wypełnia huk wartko płynącej w dole górskiej rzeki Klarios (Karkotis) – ponoć jedynej na Cyprze, która nie wysycha w ciągu roku. Brak słodkiej wody bywa na wyspie problemem. Domy stojące tuż nad rzeką zbudowane są na wielometrowych podstawach wspartych na palach – nowszych z betonu i dawniejszych z drewna. Stara część Kakopetrii przyciąga tradycyjną architekturą, odmienną od tej, jaką widziałam wcześniej. Na solidnych parterach z otoczaków wznoszą się tynkowane piętra, którym lekkości dodają drewniane ściany i balkony. Niemal na każdym ganku stoi regał wypełniony litrowymi słojami z kolorową zawartością. To wytwarzane w domach glyka tou kutaliou – cypryjskie „słodkości na łyżeczce”, czyli wszelkiego rodzaju owoce (z sadu i leśne) w syropie, ale też dżemy i marmolady. Zaglądam jeszcze do XVI-wiecznego Kościoła Przemienienia Zbawiciela (Metamorfosis tou Sotiros) z równie starymi ikonami i rzeźbionym w drewnie ikonostasem, a potem do przylegającego do tego samego podwórka minimuzeum przedstawiającego historię wytwarzania oliwy – nikt go nie pilnuje i nie pobiera opłat za wstęp. Opis po cypryjsku i angielsku tłumaczy, że proces produkowania oliwy był właściwie bardzo prosty: najpierw rozgniatano oliwki, a potem za pomocą kamienia młyńskiego wyciskano z nich olej.

Pasmo górskie Troodos (najwyższe na wyspie) z atrakcjami dla turystów o każdej porze roku

© DEPUTYMINISTRYOFTOURISMOFTHEREPUBLICOFCYPRUS/OLGAPANASENKO

ALICJA OD DACHU

Po drodze ku Troodos Square zaglądamy do wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO razem z dziewięcioma innymi malowanymi cerkwiami regionu Troodos bizantyjskiego Kościoła św. Mikołaja od Dachu (Agios Nikolaos tis Stegis). Swoją nazwę kamienna świątynia z rozpościerającym się przed nią dywanem z trawy, chroniona od tyłu i z boków ścianą lasu, zawdzięcza właśnie niebanalnej konstrukcji zadaszenia. Poleciła je wykonać Alicja z Szampanii, królowa Cypru w latach 1210–1218, która podczas swojego krótkiego panowania kazała zastosować to nowe, przyjęte z Bizancjum rozwiązanie w co najmniej kilku kościołach. Sklepienie apsydy lub nawy, zazwyczaj kolebka bądź kopuła, było przykrywane dodatkowym, dwuspadowym dachem, krytym dachówką karpiówką, chroniącym całość budynku. Identyczne zadaszenie mają także inne świątynie: Panagia tis Asinou (Panagia Forviotissa) w Asinu i Panagia tou Araka (lub Arakos) koło wsi Lagudera. O cennym wkładzie królowej Alicji nie tylko w architekturę pisze francuska mediewistka Régine Pernoud (1909–1998) w książce Kobieta w czasach wypraw krzyżowych. 

 

Mnie jednak bardziej niż osobliwy dach fascynują ścienne malowidła wewnątrz kościoła. Z najstarszych, XI-wiecznych nie zachowało się zbyt wiele, ale głębokie spojrzenie przepastnych oczu archanioła Gabriela i apostołów zdradza wpływy macedońskiego renesansu odziedziczonego po bizantyjskich miniaturzystach. Bardziej wyrafinowane wydają się freski z XII stulecia, ukazujące m.in. ojców Kościoła. Choć są nadszarpnięte zębem czasu, miejscami wyblakłe, łuszczące się czy wręcz wybrakowane, zachwycają mnie kolorystyką i tylko pozornie statycznym przedstawieniem postaci. Każda z nich żyje. Patron świątyni, św. Mikołaj, tak jak na wielu innych obrazach, trzyma księgę w lewej dłoni, a prawą czyni znak błogosławieństwa. Jest siwy i brodaty, ale czoło marszczy mu wyraźnie surowy grymas. Czyżby dlatego, że wielu uczonych śmiało wątpić w jego istnienie…?

 

WINO NA STÓŁ!

Przejeżdżamy Troodos Square, skupisko kiczowatych hotelików i pawilonów z fast foodami. Plac ten warto jednak zobaczyć ze względu na rozciągające się stąd panoramiczne widoki. Potargane wichrami sosny tworzą idealny pierwszy plan dla ciągnących się w dalszej perspektywie szczytów, zimą ośnieżonych. Góry sprawiają wrażenie dzikich i niedostępnych, czym kuszą wspinaczy. Zimową porą przyciągają narciarzy. Najwyższy szczyt, Olimpos (Olimbos lub Chionistra), wznosi się jednak jedynie na 1952 m n.p.m.

 

Po drodze w dół zatrzymujemy się w popularnej turystycznej wiosce Omodos. Sklepiki działające w domach kamiennych lub tynkowanych na biało, czyli tych lepszych, oferują m.in. lukumi – słodkie, galaretowate kostki wytwarzane ze skrobi pszennej lub mąki ziemniaczanej, o smaku różnych owoców bądź różanym, oraz orzechowe pałki oblewane żelem z soku owocowego, oliwki, oliwę i trunki. Degustuję naturalnie słynne cypryjskie wino deserowe commandaria smakujące rodzynkami, a potem zasiadam do lunchu w stylowej tawernie „To Katoi”. Na stół wjeżdżają partiami przekąski, czyli mezedes. Są wśród nich znane mi tzatziki i humus, pasta sezamowa tahini, grillowany ser halloumi, grillowany bakłażan, tradycyjna sałatka grecka, a do tego ciepła pita i wino. Stawiam na lokalne białe xinistéri o delikatnym, cytrusowym smaku. Poznałam je dwa dni wcześniej nieopodal Limassol, w rodzinnej winnicy Zambartas, skąd wina eksportuje się nawet do Łodzi, Kartuz czy Gdyni.

 

ŚLADAMI POLSKICH BADACZY

Wisienką na torcie podczas mojej podróży jest Pafos, Europejska Stolica Kultury 2017. W połowie lat 60. XX w. zaczęła tu prace polska misja archeologiczna pod egidą wybitnego egiptologa i twórcy polskiej szkoły archeologii śródziemnomorskiej prof. Kazimierza Michałowskiego (1901–1981). Na głowę siąpi mi deszcz – rzadkość na wyspie, a ja mimo to nie potrafię oderwać wzroku od odkrytej przez naszych naukowców mozaiki przedstawiającej labirynt, a w jego środku Tezeusza próbującego mieczem pokonać Minotaura. Sprawdziłam, niebieskie kamyczki wyprowadzą cię niczym nić Ariadny z tej plątaniny korytarzy – zapewnia Ewa, wskazując na mozaikowe dzieło sztuki. Jest ono jednym z wielu, po których obejrzeniu dochodzę do wniosku, że kunsztem i bogactwem tematyki, ale i różnorodnością zastosowanych technik przewyższają te z Pompejów. W wielohektarowym, do dziś eksplorowanym przez kolejne ekipy naukowców Parku Archeologicznym Pafos spotykają się mozaiki z czasów hellenistycznych, jak ta w Domu Dionizosa, czarno-biała, ukazująca przemianę Scylli w morskiego potwora opisanego przez Homera w Odysei, i nawet pięć wieków późniejsze. Miejsce olimpijskich bóstw zajmują sceny z polowań oraz symbolika chrześcijańska, gdyż nowa wiara pojawiła się na wyspie już w I w. za sprawą św. Pawła i św. Barnaby, uznawanego za pierwszego biskupa Cypru (od 45 r.). Osada Nowe Pafos (Pafos Nea) założona została w IV w. p.n.e. Pielgrzymi przybywali tutaj, aby w pobliskim Palepafos (Starym Pafos) oddać hołd Afrodycie, bogini, która i mnie objawiła się tyle razy podczas tej podróży.

 

Artykuły wybrane losowo

Tunezja – imperium atrakcji

ALINA WOŹNIAK

Ten „kraj zachodzącego słońca” smagany jest bryzą znad Morza Śródziemnego i suchymi wiatrami Sahary, doświadczony burzliwą historią – zarówno starożytną, jak i współczesną, przepełniony tradycją, ale i otwarty na świat, pulsujący życiem kurortów i gwarem w medinach, uśpiony ciszą bezkresnych piasków. Tunezja mieni się w promieniach słonecznych, uwodząc całą paletą kolorów, dla których przybywali tu poeci i malarze, później filmowcy, a wraz z nimi rzesze turystów z całego globu. Niestety, ostatnie zawirowania w tym regionie świata studzą nieco zapał do jego odwiedzenia. Republika Tunezyjska jest jednak nadal bezpieczna dla gości, którzy – jak zresztą zawsze – są mile widziani w jej gościnnych progach.

W 2010 r. ten kraj w Afryce Północnej odwiedziło 7 mln turystów. Ich liczba spadła wyraźnie po tzw. rewolucji jaśminowej (17 grudnia 2010 r. – 14 stycznia 2011 r.). W pierwszym kwartale tego roku przybyło do Tunezji 2,6 mln gości zza granicy. Zaczęło to wyglądać optymistycznie, ale w wyniku doniesień prasowych o burzliwych wydarzeniach w pobliskim Egipcie liczba rezerwacji znów się zmniejszyła. Obecnie trwa walka o powrót wczasowiczów, bowiem turystyka stanowi niezmiernie ważną gałąź tunezyjskiej gospodarki (zapewnia 7 proc. dochodu narodowego brutto, daje pracę dla ok. 400 tys. osób).

Więcej…

Piękny sen o Seszelach

MARYLA FOSSEN

www.addicted-to-passion.com

 

« Jeszcze całkiem niedawno podróż na Seszele była dla mnie niespełnionym marzeniem. Chciałam kiedyś ujrzeć ten rajski kawałek świata z kolorowych pocztówek, nieskazitelnie białe plaże pokryte ogromnymi głazami, wysmukłe palmy kłaniające się przed turkusowym oceanem. Teraz, gdy mój piękny sen się ziścił i mogłam na własnej skórze czuć dotyk seszelskiego słońca i delikatną bryzę, stąpać po miękkim piasku, próbować dań kreolskiej kuchni i cieszyć się życzliwymi uśmiechami wyspiarzy, marzę o tym, aby jak najszybciej wrócić w to wyjątkowe miejsce. »

Więcej…

Artystyczna Katalonia

MONIKA BIEŃ-KÖNIGSMAN

www.hiszpanskiesmaki.es

 

<< Piękna Katalonia jest tradycyjna i nowoczesna jednocześnie. Z gracją przechadza się wśród secesyjnych kamienic. Popija cavę i wermut. W sobotę tańczy rumbę, a w niedzielę, jak już się obudzi, sardanę. Opala się na plaży, częstuje tapasami i dumnie prezentuje swoich mistrzów pędzla, świetnie gra w piłkę nożną. Można się w niej zakochać. Kto raz ją zobaczy, już zawsze będzie chciał ją odwiedzać. „Carpe diem!” („Chwytaj dzień!”) – zdaje się mówić do każdego, kto składa jej wizytę. >>

 

Fragment niesamowitej ekspozycji Teatre-Museu Dalí w Figueres

© IMAGEN M.A.S./AGÈNCIA CATALANA DE TURISME

 

Mimo referendum przeprowadzonego w październiku 2017 r. i późniejszego kryzysu konstytucyjnego Katalonia jest wciąż wspólnotą autonomiczną Hiszpanii. Od północy graniczy z Francją i Andorą, od zachodu z Aragonią, a od południa z Walencją. Jej stolicę stanowi ponad 1,6-milionowa Barcelona, największe miasto regionu.

W Katalonii warto odwiedzić wiele miejsc. Turyści chętnie odpoczywają w urokliwych miejscowościach położonych na tutejszym wybrzeżu. Większość z nich przybywa na lotnisko El Prat leżące pod Barceloną. To właśnie ona bywa najczęściej pierwszym przystankiem podczas wizyty w Katalonii. My również rozpoczniemy od niej poznawanie regionu.

 

NA DOBRY POCZĄTEK

Naszą podróż po Barcelonie zacznijmy od śniadania. To nie będzie zwykły posiłek, bo kto zazwyczaj raczy się z rana winem musującym i ostrygami… Za chwilę czeka nas jednak zwiedzanie miasta, dlaczego więc nie rozpocząć dnia w iście barcelońskim stylu.

Wystarczy wybrać się na targ La Boqueria (który i tak powinien się znaleźć w planach każdego turysty). To tutaj robią zakupy szefowie renomowanych restauracji i zwykłych tawern, gospodynie domowe i hipsterzy. Stragany podzielono tematycznie. W jednej części piętrzą się owoce i warzywa, w drugiej – ryby i owoce morza, w jeszcze innej – wędliny. Są też słodycze, a wśród nich wspaniałe kolorowe makaroniki (wszak Francja znajduje się tuż za rogiem). La Boqueria wygląda jak martwa natura uwieczniona na obrazie.

My zmierzamy do małego baru, który od 6.00 serwuje wspomniane nietypowe śniadanie. Katalonia słynie z cavy. Nie ma ona jednak nic wspólnego z małą czarną. To wino musujące wytwarza się tą samą metodą, co szampan, ale kosztuje ono znacznie mniej, choć jest bajecznie pyszne. Warto zestawić je właśnie z ostrygami. Bar nazywa się „Pinotxo” i serwuje także inne specjały kuchni katalońskiej. Poza tym w Katalonii również w hotelach często podaje się cavę do śniadania.

 

PODRÓŻ DOOKOŁA ŚWIATA

Mniej więcej 600-metrowy dystans dzieli La Boquerię od wielkiej rzeźby kota Fernanda Botera w dzielnicy El Raval. Podobno wdrapanie się na niego przynosi szczęście. Nie jest to bynajmniej łatwe zadanie, bo opasłe stworzenie ma zaokrąglone boki i trudno o podparcie dla stóp. Ale niektórym udała się ta trudna sztuka! Czy przyniosło im to szczęście? Na pewno za prawdziwy uśmiech losu mogą uznać pobyt w Barcelonie.

El Raval przechodzi niesamowitą metamorfozę. Nazywana kiedyś dzielnicą chińską (Barri Xino), gdzie królowe nocy miały swoje enklawy, szybko zmienia swoje oblicze. Znajdziemy tu świetne Muzeum Sztuki Współczesnej (Museu d’Art Contemporani de Barcelona – MACBA), eleganckie lofty, różnorakie pracownie artystyczne, wytworne butiki. Ten rejon katalońskiej stolicy uwielbiał Ryszard Kapuściński, a Eduardo Mendoza chętnie umieszczał w nim akcję własnych powieści. Warto zajrzeć do tej części miasta. Wbrew różnym obawom jej mieszkańcy są przyjaźnie nastawieni do innych. Spacer po tutejszych uliczkach stanowi małą podróż dookoła świata i uczy tolerancji wobec różnych kultur i religii. Choć to niewielki skrawek Barcelony, mówi się tu ponad 50 językami.

 

SMOK, RÓŻE I KSIĄŻKI

Według legendy św. Jerzy (Sant Jordi, patron Katalonii) zabił smoka i uratował księżniczkę. Ze smoczej krwi wyrosła róża. Dlatego dziś 23 kwietnia, w dzień wspomnienia świętego, mężczyźni wręczają te piękne kwiaty kobietom. One odwdzięczają się im za to książkami (22 kwietnia przypada rocznica śmierci hiszpańskiego pisarza Miguela de Cervantesa).

Ze względu na popularność tej niezmiernie romantycznej tradycji stoiska z książkami są wówczas wszędzie. Najwięcej znajduje się ich jednak w rejonie dwóch ulic – La Rambli i Passeig de Gràcia. To właśnie wtedy warto wybrać się na spacer tą pierwszą, będącą najsłynniejszym barcelońskim deptakiem (właściwie złożonym z kilku mniejszych uliczek). La Rambla z okazji dnia św. Jerzego dosłownie tonie w różach. Zarówno kwiaty, jak i książki sprzedają się w tym czasie świetnie, a Barcelona staje się wielką kwiaciarnio-kawiarnią pod gołym, najczęściej słonecznym niebem. Spacerowicze szukają książek nie tylko dla ukochanej osoby, ale także dla rodziny czy przyjaciół. To doskonała okazja, aby kupić nowości wydawnicze i spotkać znanego autora podpisującego egzemplarze swoich dzieł. Do tego wszędzie unosi się zniewalający zapach kwiatów.

Podczas przechadzki po La Rambli warto skierować się w stronę Starego Portu (Port Vell). W jego pobliżu przywita nas figura Krzysztofa Kolumba zapatrzonego gdzieś daleko w morze. Ten słynny żeglarz i odkrywca pojawił się w Barcelonie w 1493 r., po swojej pierwszej wyprawie w poszukiwaniu nowej drogi do Indii. Pomnik, który powstał z okazji wystawy światowej 1888 r., ma upamiętniać to wydarzenie. Na kolumnie znajduje się taras widokowy, można na niego wjechać windą.

Dziś Stary Port wygląda zupełnie inaczej niż pod koniec lat 80. XX w. Wszystko zmieniły XXV Letnie Igrzyska Olimpijskie z 1992 r. Wcześniej to miejsce przypominało wielkie złomowisko z porzuconymi składami i pustymi kontenerami. Dzięki wielkiej międzynarodowej imprezie sportowej Port Vell rozpoczął nowe życie.

Warto tu wstąpić do starej stoczni królewskiej. Ten pięknie odnowiony średniowieczny budynek mieści obecnie Muzeum Morskie (Museu Marítim de Barcelona). Zwiedzających zachwyca imponująca architektura i repliki wspaniałych statków (część z nich została odtworzona w skali 1:1). W XVI stuleciu wodowano w tej okolicy podobno aż 30 galeonów naraz! Nieopodal kładki Rambla de Mar można zobaczyć panią mórz – odrestaurowany trzymasztowiec z 1919 r. o nazwie Santa Eulàlia. Z tutejszej 78-metrowej wieży (Torre de Sant Sebastià) wagoniki kolejki linowej wwożą pasażerów na Montjuïc (w tłumaczeniu na polski Wzgórze Żydowskie). Podczas przejażdżki podziwia się niesamowite widoki.

 

MORZA SZUM, PAPUG ŚPIEW

Złote piaski pośród palm – Barceloneta jest tylko jedna. Kochają ją chyba wszyscy, szczególnie o zachodzie słońca. Warto tu przyjść przed zapadnięciem zmroku w gronie przyjaciół lub z ukochaną osobą, usiąść na kocu, napić się wina i zapatrzeć się w morze.

Rano opanowana przez biegaczy, w ciągu dnia rozbrzmiewająca radością, pod wieczór ta dawna dzielnica rybaków i marynarzy przyciąga romantycznym nastrojem. Poza tym kusi też przysmakami. Do dziś panuje przekonanie, że najlepsze ryby w Barcelonie podaje się właśnie tutaj. Koniecznie trzeba przekonać się o tym samemu! W Barcelonecie stare miesza się z nowym (jak w wielu miejscach w tym mieście). Obok wąskich uliczek i wiekowych kamienic stoją przykłady sztuki współczesnej. Przy Deptaku Kolumba (Passeig de Colom) można zobaczyć rzeźbę Głowa Barcelony, autorstwa jednego z najbardziej znanych amerykańskich artystów pop-artu – Roya Lichtensteina (1923–1997). Dalej, w pobliżu Port Olímpic umieszczono Rybę architekta Franka Gehry’ego.

 

WZGÓRZE SZTUKI

Montjuïc najbardziej spektakularnie prezentuje się od strony placu Hiszpanii (Plaça d’Espanya). Warto tu przyjść po zmierzchu, aby obejrzeć pokaz fontann – spektakl wody, światła i dźwięku. Turyści docierający kolejką ze Starego Portu najpierw trafiają do ogrodów i Muzeum Fundació Joan Miró, gdzie można zapoznać się z twórczością tego katalońskiego malarza, ceramika i rzeźbiarza tworzącego jedyne w swoim rodzaju dzieła.

Zbiory sztuki, stadion i basen olimpijski, wspaniałe ogrody – dla mieszkańców Barcelony zbocza Montjuïc stanowią miejsce wykorzystywane do rekreacji i idealne na odpoczynek od miejskiego hałasu. Już od czasów rzymskich odbywały się tutaj rozmaite wydarzenia. W 1929 r. na wzgórzu zorganizowano wystawę światową, a w 1992 r. stało się ono areną zmagań olimpijskich. Na potrzeby tej pierwszej zbudowano Palau Nacional, dziś mieszczący Muzeum Narodowe Sztuki Katalonii (Museu Nacional d’Art de Catalunya – MNAC). Obok znajduje się modernistyczny Pawilon Barcelony (Pavelló de Barcelona, powstał również na wystawę światową 1929 r., jako pawilon niemiecki). Zaprojektował go Ludwig Mies van der Rohe (1886–1969), współautor projektu wystawionego tu fotela Barcelona (krzesła barcelońskiego), będącego jedną z ikon dizajnu. Dziś własny oryginalny egzemplarz tego mebla może kupić każdy, choć kosztuje on niemało. Zarówno pawilon, jak i sam fotel zachwycają klasyczną formą – proste linie, szlachetne materiały i brak dekoracji są charakterystyczne dla prac niemieckiego architekta, kierującego się dewizą mniej znaczy więcej.

Montjuïc to także Poble Espanyol, czyli hiszpańska osada w miniaturze. Można w niej spacerować wąskimi uliczkami andaluzyjskiej wioski, wśród bielonych ścian i kwitnących bugenwilli, czy obok kamiennych domów z zielonymi okiennicami kojarzących się z Majorką. Są też sklepy i restauracje, da się więc tutaj spędzić i pół dnia.

 

MALARZ I KOTY

To miała być restauracja inna niż wszystkie w Barcelonie. Powstała trochę jako kontynuacja „Le Chat Noir” w Paryżu. Szybko została ulubionym miejscem barcelońskiej bohemy. Bywali w niej Pablo Picasso, Antonio Gaudí i Julio González, mistrzowie pióra, apologeci modernizmu i jego wielcy przeciwnicy. „Els Quatre Gats”(„4 Gats”) otwarto w czerwcu 1897 r. Dwa lata później młody Pablo Picasso pozostawił tu swój ślad – zaprojektował grafikę menu. Lokal znajduje się w Dzielnicy Gotyckiej (Barri Gòtic) przy Carrer de Montsió i jest obowiązkowym punktem wyprawy śladami hiszpańskiego artysty.

Picassa wiązała z Barceloną bardzo szczególna więź. To w niej rozwinął skrzydła jako twórca i wypracował własny, niepowtarzalny styl. W mieście znajduje się największe na świecie muzeum tego artysty (Museu Picasso). Otwarte w 1963 r., było spełnieniem życzenia Picassa, aby właśnie w Barcelonie powstała galeria jego twórczości z okresu, który znawcy sztuki nazywają błękitnym. Można w niej obejrzeć niezmiernie ekspresyjne prace Hiszpana. Sam budynek muzeum, położony w części Starego Miasta (Ciutat Vella) zwanej La Ribera, również należy do nietuzinkowych. Muzeum Picassa mieści się w pięciu przylegających do siebie średniowiecznych pałacach. Po zwiedzaniu warto wybrać się do „Els Quatre Gats” na cavę i tapas.

 

SYMBOL NIEZŁOMNOŚCI

To była końcówka 1899 r. Młody Pablo Picasso w „Els Quatre Gats” chłonął atmosferę artystycznej społeczności. W innej części miasta pewien architekt pracował nad parkiem na specjalne zamówienie przedsiębiorcy Eusebiego Güella (1846–1918). W nowo zaprojektowanej dzielnicy Eixample (Powiększenie) wznoszono mury kościoła Sagrada Família (Temple Expiatori de la Sagrada Família – Świątyni Pokutnej Świętej Rodziny). Barcelona nie była jeszcze wielką metropolią, ale wyczuwało się w niej ducha rozwoju. Być może dlatego Szwajcar Hans Maximilian Gamper (Joan Gamper, 1877–1930) postanowił stworzyć drużynę piłkarską. Razem z osobami, które odpowiedziały na jego ogłoszenie w gazecie, 29 listopada 1899 r. w sali gimnastycznej przy La Rambli założył Foot-Ball Club Barcelona. Prawie trzy lata później, 13 maja 1902 r., piłkarze FC Barcelony zagrali swój pierwszy mecz z drużyną nowo powstałego klubu, nazwanego Madrid Foot-Ball Club (dziś Real Madrid Club de Fútbol), którą pokonali 3:1.

Kiedy Hiszpania znalazła się pod rządami generała Francisco Franco (w latach 1936–1975), barceloński klub sportowy stał się dla Katalończyków narzędziem walki politycznej. Mecze z jego udziałem stwarzały okazję do demonstrowania patriotyzmu. Dlatego na stadionie Camp Nou kolorowe krzesełka tworzą w języku katalońskim napis brzmiący Més que un club („Więcej niż klub”). Nic więc dziwnego, że FC Barcelona to dla Katalończyków ważny symbol walki o wolność, nieustępliwości i dążenia do celu.

 

VICKY I CRISTINA

Do wyjazdu do Barcelony można się przygotować w różnorodny sposób. Najbardziej znanym jest czytanie przewodników lub artykułów turystycznych. Warto też zapoznać się z książkami, których akcja dzieje się w tym mieście. My proponujemy jednak ruszyć śladami Woody’ego Allena i jego filmu z 2008 r. Vicky Cristina Barcelona.

Zacznijmy od Świątyni Pokutnej Świętej Rodziny. Sagrada Família jest w budowie od 1882 r. Jej projektant, Antoni Gaudí (1852–1926), był wizjonerem, a jednocześnie bacznym obserwatorem natury. Wymarzył sobie budowlę o organicznej formie i niepowtarzalnych detalach architektonicznych. W przyrodzie nic nie bywa przecież identyczne.

Bohaterki filmu wchodzą również na dach muzeum sztuki współczesnej poświęconego Joanowi Miró (1893–1983). Można tu obejrzeć niesamowite rzeźby. Miejsce to uchodzi za jedną z najciekawszych placówek muzealnych Barcelony.

Kolejny symbol miasta – Casa Milà – pojawia się w produkcji Woody’ego Allena wielokrotnie. Ten budynek także zaprojektował Antoni Gaudí. W filmie można oglądać też Dzielnicę Gotycką. Cristina (grana przez Scarlett Johansson) zafascynowana jej wąskimi uliczkami spędza tutaj długie chwile na robieniu zdjęć detali i utrwalaniu jedynej w swoim rodzaju atmosfery miejsca.

W scenach filmowych uwieczniono poza tym Park Güell i słynną Salamandrę, obok której bohaterowie prowadzą dialog, oraz wzgórze Tibidabo, skąd rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na miasto. W tej okolicy warto przejechać się najstarszą karuzelą w Barcelonie.

Parc de la Ciutadella reżyser pokazał przez moment. Gdy Cristina robi zdjęcie Maríi Elenie (w tej roli występuje Penélope Cruz), widać kaskadę tryskającą wodą. Ta fontanna jest bardzo charakterystyczna. Bohaterowie spacerują znanymi ulicami, takimi jak La Rambla w Ciutat Vella czy Passeig de Gràcia i innymi w dzielnicy Eixample. Ta ostatnia część miasta słynie z eleganckich budynków. Wśród nich (choć już na terenie sąsiedniej dzielnicy Gràcia) znajduje się Casa Fuster – do dziś symbol luksusu okresu modernizmu. Działa tu jeden z najdroższych hoteli w Barcelonie (Hotel Casa Fuster). W nim Vicky, przyjaciółka Cristiny (grana przez Rebeccę Hall), odbywa szczerą rozmową ze swoją krewną Judy (w tej roli Patricia Clarkson), która gości dziewczyny w swoim domu. Dzięki temu widzowie mogą przyjrzeć się wspaniałym hotelowym wnętrzom.

Barcelona Woody’ego Allena jest miejscem barwnym, energetycznym, pełnym barów, restauracji, tarasów, niezwykłych zabytków i – oczywiście – wyśmienitego wina. Naprawdę warto poznać takie oblicze miasta, a po powrocie do domu zobaczyć film jeszcze raz.

Katalonia to jednak nie tylko jej słynna i pełna atrakcji stolica. W tym regionie trzeba odwiedzić też inne miejsca, szczególnie te położone na wybrzeżu Morza Śródziemnego.

 

Barcelońskie obserwatorium astronomiczne (Observatori Fabra) na tle panoramy miasta

© ESPAI D'IMATGE/TURISME DE BARCELONA

 

KURORT NA WYBRZEŻU

Sitges od Barcelony dzieli jedynie ok. 40 km. To słoneczne i eleganckie niemal 30-tysięczne miasto wyróżnia się artystycznym charakterem. Nie bez powodu zresztą, bo przyciągało i przyciąga pisarzy, architektów i bohemę skupioną wokół artystów. Od lat 60. XX w. jest także ulubionym miejscem społeczności homoseksualnej w Hiszpanii.

Co ciekawe, prawie 35 proc. mieszkańców Sitges stanowią osoby rozmaitych narodowości. Są wśród nich m.in. Brytyjczycy, Francuzi czy Holendrzy. To wielokulturowe miasto kusi wspaniałymi plażami, pysznym jedzeniem i warunkami idealnymi do odpoczynku. Dlatego przyjeżdżają tu zarówno turyści zagraniczni, jak i sami barcelończycy.

                Do końca XVIII stulecia Sitges było spokojną wioską rybacką. Wszystko zmieniło się, kiedy władze w Madrycie zezwoliły katalońskim kupcom na bezpośredni handel z amerykańskimi koloniami w 1778 r. Największy rozwój miejscowości przypada na XIX w. Wówczas powrócili do niej americanos – producenci wina, którzy zbili fortunę za granicą na handlu z Ameryką. W mieście można wybrać się na wycieczkę szlakiem ich willi.

Również artyści uprawiający malarstwo upodobali sobie Sitges i pod koniec XIX stulecia założyli w nim swoją nieformalną szkołę. Kiedy Santiago Rusiñol (1861–1931), kataloński malarz, pisarz, kolekcjoner, dziennikarz i dramaturg, kupił tu dom, okrzyknięto je mekką modernizmu.

 

W kurorcie Sitges znajdują się aż trzy mariny – Port Ginesta, Garraf i Aiguadolç

© FELIPE J. ALCOCEBA/AGÈNCIA CATALANA DE TURISME

 

WINNYM SZLAKIEM

Podczas pobytu w Sitges nie wolno zmarnować okazji do odwiedzenia okolicznych urokliwych winnic. Katalonia stanowi jeden z najważniejszych obszarów produkcji wina w Hiszpanii. Jej flagowy produkt – cava – śmiało może konkurować ze słynnym francuskim szampanem. Sitges leży w samym centrum regionu winiarskiego Penedès, a do miasta Vilafranca del Penedès, uznawanego za jego stolicę, dojedziemy stąd w pół godziny.

W Penedès znajdują się piękne parki, góry, malownicze wioski rybackie i miasteczka. Tutejszy klimat służy uprawie winogron bardzo wysokiej jakości i dlatego właśnie pochodząca stąd cava jest taka wyśmienita. Koniecznie należy odwiedzić winnicę wytwórni Codorníu (powstałą już w 1551 r.). Wizyta w niej będzie ucztą nie tylko dla podniebienia, ale też dla oczu. Modernistyczny budynek winiarni zaprojektował sam Josep Puig i Cadafalch (1867–1956), znany kataloński architekt i historyk sztuki.

 

PRZYCIĄGAJĄCA GÓRA

W czasach rzymskich w okolicy masywu Montserrat (1236 m n.p.m.) stała ponoć świątynia ku czci Wenus. Pierwszą kapliczkę zbudowano tu w IX w. Do założonego później przez benedyktynów klasztoru pielgrzymowali Johann Wolfgang von Goethe, Miguel Cervantes czy Félix Lope de Vega. W okresie dyktatury Francisco Franco miejsce to było schronieniem dla opozycjonistów, drukowano w nim katalońskie książki. Sylwetka postrzępionej góry (Montserrat po katalońsku oznacza Przepiłowaną Górę) jest widoczna z odległości kilkudziesięciu kilometrów.

Z masywem wiąże się wiele legend. Według jednej z nich Parsifal, rycerz Okrągłego Stołu, ukrył tutaj św. Graala. Pod koniec XIX stulecia sam Antoni Gaudí szukał w tej okolicy inspiracji w kształtach stalaktytów i stalagmitów. To także ważna góra dla członkiń Katalońskiego Związku Czarownic, a imię Montserrat przez lata cieszyło się ogromną popularnością w Katalonii – nadawano je bardzo wielu dziewczynkom.

 

RZYMSKIE MIASTO

Girona jest ośrodkiem uniwersyteckim i ostoją katalońskości. Położone w dolinie pomiędzy morzem a górami miasto przecinają aż cztery rzeki: Ter, Güell, Galligants i Onyar (Oñar). W wodach ostatniej z nich przeglądają się kolorowe, bardzo charakterystyczne fasady domów historycznego centrum.

Historia Girony zaczęła się ok. 77 r. p.n.e. To właśnie wtedy rzymski wódz Pompejusz założył w tym miejscu obwarowaną osadę obronną Gerunda. Przez wieki zamieszkiwali ją m.in. chrześcijanie, Wizygoci czy Arabowie. W IX w. miasto stało się częścią Marchii Hiszpańskiej. Później osiedlili się w nim Żydzi, którzy stworzyli dużą społeczność.

Koniecznie trzeba zwiedzić historyczne centrum Girony. Należy ono do najlepiej zachowanych i najbardziej rozpoznawalnych w Hiszpanii. Jego najstarsze fragmenty oraz pozostałości murów obronnych pochodzą z IX stulecia. Wąskie uliczki, szczególnie w okresie majowego święta kwiatów, prezentują się bajecznie. Warto również odwiedzić oryginalne łaźnie arabskie. Mimo upływu ponad 800 lat znajdują się w bardzo dobrym stanie. Łaźnie składają się z trzech sal. W każdej z nich można było zażywać kąpieli w wodzie o innej temperaturze: gorącej w caldarium, ciepłej w tepidarium i zimnej w frigidarium.

Nad miastem góruje Katedra Najświętszej Maryi Panny (Catedral de Santa Maria de Girona). W jej pobliżu leży El Call. Ta jedna z największych i najlepiej zachowanych dzielnic żydowskich w Europie swoimi początkami sięga także IX w. Wśród plątaniny wąskich uliczek i stromych schodów kryją się tu liczne kawiarnie i restauracje.

 

Pieszy most św. Feliksa łączący brzegi rzeki Onyar w pełnej cennych zabytków Gironie

© ÀLEX TREMPS/COSTA BRAVA GIRONA TOURISM BOARD IMAGE ARCHIVE

 

WŚRÓD ZŁOTYCH PLAŻ

Lloret de Mar na Dzikim Wybrzeżu (Costa Brava) należy do najatrakcyjniejszych kurortów w Hiszpanii. Tę opinię zawdzięcza 9 km plaż. Główna z nich (Lloret) jest położona w samym centrum miasta i wyposażona w pełną infrastrukturę. Druga co do wielkości – złocista Platja de Fenals – ma ponad 700 m długości. Poza tym znajduje się tu też plaża dla nudystów i Water World, jeden z największych parków wodnych w Europie.

Lloret de Mar to również miasto artystyczne. Od lat 20. XX stulecia przyciągało swoimi urokami barcelończyków. Josep Carner (1884–1970), jeden z wielkich poetów katalońskich, nazywał je „miłym rajem” (paradís gentil). Osobom lubiącym romantyczne historie spodoba się średniowieczny Zamek św. Jana (Castell de Sant Joan). Jego załoga niejednokrotnie odpierała ataki tureckich, angielskich i francuskich najeźdźców i piratów. Nie wolno także przegapić rzeźby Dona Marinera, zwanej Wenus z Lloret, stojącej na wybrzeżu. Przedstawia ona żonę wyczekującą z niepokojem na swojego męża wracającego z połowu i stanowi symbol miejscowych kobiet, których małżonkowie trudnili się rybołówstwem.

Wielbiciele pięknych widoków i spacerów powinni koniecznie wybrać się na pieszą wędrówkę trasą Camí de Ronda 1. Prowadzi ona wzdłuż klifu z końca plaży Fenals, niekiedy po stromych, kamiennych stopniach. Po drodze można podziwiać wiele interesujących miejsc, jak chociażby urokliwą skalistą zatoczkę (Cala Banys) i wspomniany zamek. Wycieczka tym szlakiem trwa ok. 40 min.

 

ARTYSTA I JEGO MUZA

Z kosmosem łączył się za pomocą podwiniętych charakterystycznie wąsów. Z reżyserem Luisem Buñuelem (1900–1983) tworzył surrealistyczne filmy. Jego żona Gala była dla niego całym światem. Możliwe, że gdyby nie jej wsparcie, Salvador Dalí nie odniósłby tak spektakularnego sukcesu. Zamek w Púbol to jeden z punktów tzw. Trójkąta Dalego. Artysta kupił go dla swojej ukochanej.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od Figueres. To tutaj 11 maja 1904 r. przyszedł na świat Salvador Dalí. W 1919 r. w miejscowym teatrze odbyła się jego pierwsza wystawa. W latach 60. wrócił, aby urządzić w nim swoje muzeum. Obecnie znajduje się tu jedna z największych kolekcji prac artysty (Teatre-Museu Dalí).

Architektonicznie muzeum odzwierciedla wyobraźnię twórcy. Słynne wielkie jajka na dachu to tylko skromna zapowiedź tego, co czeka na zwiedzających wewnątrz. To istny labirynt dzieł sztuki, bez znanych z innych galerii tabliczek i strzałek wskazujących kierunek poruszania się.

Z Figueres udajmy się do Cadaqués i pobliskiego Portlligat (Port Lligat). Drogi są tutaj kręte i wąskie, dlatego trzeba bardzo uważać podczas prowadzenia samochodu. Do Cadaqués Dalí przyjeżdżał od dzieciństwa na wakacje. Później zamieszkał w Port Lligat razem ze swoją muzą Galą. Ich dom położony jest malowniczo w gaju oliwnym nad zatoką. Artysta często malował ten krajobraz. Również miejscowość Cadaqués była dla niego inspiracją. Przyjeżdżali tu także inni wybitni twórcy. Wśród nich był Pablo Picasso. Port Lligat stanowił osobisty azyl Dalego. W swoim domu mógł w spokoju malować i spędzać czas z ukochaną Galą.

W 1969 r. artysta kupił żonie w prezencie zamek w Púbol. Nie odwiedzał go jednak bez jej pisemnego zaproszenia. Kiedy Gala zmarła w czerwcu 1982 r., Dalí bardzo cierpiał. Aby złagodzić swoją tęsknotę za żoną, przeniósł się do zamku, w którym została pochowana. Chciał być bliżej miłości swojego życia.

 

RYBA O SMAKU CZEKOLADY

Na Dzikim Wybrzeżu jest jeszcze jedno szczególne miejsce związane z geniuszem. Tym razem chodzi o twórcę kuchni molekularnej, za którego uchodzi Ferran Adrià. W wieku 22 lat pracował on jako kucharz liniowy w słynnej już wtedy restauracji „El Bulli” w Roses. Gdy nie gotował, zajmował się głównie podrywaniem dziewcząt na pobliskich plażach. Po niespełna dwóch latach został szefem kuchni i sprawił, że „El Bulli” wspięła się na wyżyny sztuki kulinarnej. Restaurację zamknięto 31 lipca 2011 r. Ferran Adrià tłumaczył później, że aby stymulować swoją kreatywność, musiał zmienić sposób pracy, bo zadaniem jego życia stało się załatwienie komuś stolika w „El Bulli”.

        W Katalonii znajduje się jeszcze wiele miejsc do zobaczenia. Złote Wybrzeże (Costa Daurada) oprócz urokliwego Salou przyciąga rzymską Tarragoną i piaszczystymi plażami. Costa Brava zaprasza do zjawiskowych ogrodów botanicznych w Blanes (Marimurtra i Pinya de Rosa). Trochę dalej na północny wschód leży małe miasteczko Tossa de Mar, które malarz Marc Chagall (1887–1985) nazywał „błękitnym rajem” (el paraíso azul). Na koniec wyprawy po Katalonii wróćmy jeszcze na chwilę do Barcelony, miasta otwartego na innych, bez względu na ich światopogląd czy wygląd. W niej każdy czuje się miłym gościem.

 

Wydanie Lato 2018