RENATA SUCHODOLSKA
www.poloniasardynia.blox.pl

 

<< Te dwie największe wyspy Morza Śródziemnego łączą podobne losy ziem przez wiele wieków narażonych na najazdy, pustoszonych przez epidemie i rozpalanych przez bunty. Każda z nich jest mimo to inna. Sardynia przypomina raczej zamkniętą w sobie, nieufną, lecz dumną siostrę jakże odmiennej, towarzyskiej i rozgadanej Sycylii. I jedna, i druga stara się jednak pozostać niezmienna, choć czas upływa nieubłaganie. Może właśnie dlatego dopiero w XX stuleciu pozwoliły, aby przemysł turystyczny na stałe zagościł w ich progach. >>

Oba te regiony autonomiczne Włoch zajmują zbliżoną powierzchnię (24,1 km2 i 25,7 tys. km2), ale naznaczoną wulkanami Sycylię zamieszkuje dużo większa liczba ludności niż skalistą Sardynię. Znajdują się w strefie klimatu śródziemnomorskiego z łagodną zimą i gorącym latem. Wraz z francuską Korsyką i Półwyspem Apenińskim tworzą granicę Morza Tyrreńskiego.
Swoją wyprawę zaczynam od sardyńskich brzegów, aby następnie dotrzeć do sycylijskiego lądu i opuścić go w Mesynie, zwróconej w stronę włoskiego regionu Kalabria.

 

OSOBLIWI WYSPIARZE
Zeskakuję z koi, nim megafon obwieszczający bliskość portu wrzaśnie, budząc wszystkich pasażerów. Opatulona wybiegam na pokład. Jest jak za każdym razem, gdy dopływam do brzegów Sardynii promem: za rufą horyzont żarzy się od wschodzącego słońca, a od dziobu zuchwały mistral uderza w nozdrza charakterystycznym zapachem makii śródziemnomorskiej. Wciągam w płuca potężny haust powietrza.
Położona strategicznie na szlakach handlowych antyczna Ichnusa (dzisiaj tę nazwę nosi lokalne piwo) od czasów starożytnych kusiła ambitnych kupców. Od VIII w. p.n.e. Fenicjanie zakładali tu swoje placówki, które rozrosły się później w tętniące życiem miasta: Caralis (Cagliari), Nora, Bithia, Sulcis na południu oraz Tharros na zachodnim wybrzeżu. Dziś do ruin dwóch z nich, Nory i Tharros, ściągają rzesze turystów. Kartagińczycy z kolei uczynili z Sardynii spichlerz śródziemnomorski. Pod ich panowaniem sadzenie drzew owocowych na terenach przeznaczonych pod uprawę zboża było karane śmiercią. Rzymianie pozostawili na wyspie sieć dróg i mostów – podczas spacerów polami można się ciągle natknąć na niektóre z nich. Bizantyjczycy przyczynili się do wyplenienia pogańskich wierzeń, które jednak, ku radości etnografów, przetrwały zakamuflowane w obrządkach religijnych. Szczególnie kilka z nich zasługuje na uwagę. 17 stycznia oraz podczas ostatnich dni karnawału ulicami Mamoiady przechodzą ubrani w maski Mamuthones i Issohadores.

FOT. FOTOTECA ENIT

Mamuthone z karnawału w Mamoiadzie

 

W Oristano koniec karnawałowego szaleństwa uświetnia rodzaj turnieju rycerskiego Sartiglia, w trakcie którego pędzący galopem jeźdźcy w maskach muszą nabić na szpadę srebrną gwiazdę. 1 maja w Cagliari długim pochodem rozpoczyna się Festa di Sant'Efisio. 6 lipca w Sedilo z okazji uroczystości zwanej Ardia urządza się szaleńczy wyścig konny. 14 sierpnia w Sassari obchodzi się natomiast festiwal Discesa dei Candelieri (Faradda di li Candareri), któremu towarzyszy procesja z kilkunastometrowymi ozdobnymi świecznikami niesionymi na ramionach tańczących przy wtórze bębnów reprezentantów cechów rzemieślniczych. W 2013 r. wpisano ją na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Razem z turystami schodzę na ląd niepodobny do żadnego innego, znajdujący się poza czasem i historią, jak napisał o Sardynii angielski pisarz David Herbert Lawrence (1885–1930) w książce Morze i Sardynia (Sea and Sardinia) po krótkiej podróży w 1921 r. Nie napotkam tak jak on na początku XX w. brodatych mężczyzn w berritcie – nakryciu głowy w kształcie długiej rury z czarnej tkaniny, uginających się pod ciężarem mastruci – okrycia ze skóry owcy. Cyceron, gardzący Sardyńczykami z górzystego wnętrza wyspy (być może miał im za złe, iż nie dali się do końca podporządkować Rzymowi), określał ich mianem latruncoli mastrucati (łac. latrunculus – bandyta), najwyraźniej nawiązując do charakterystycznego odzienia. Dzisiaj tradycyjnym strojom sardyńskim można się przyjrzeć albo w muzeach etnograficznych (np. w Nuoro), albo podczas parad. Największą z nich stanowi Cavalcata Sarda odbywająca się w trzecią niedzielę maja w Sassari. Jeśli dopisze mi szczęście, to zobaczę chociaż odziane na czarno sardyńskie wdowy. Będą siedzieć na progach domów w Castelsardo, wyplatając koszyki.

 

WIEPRZOWINA I MAŁŻE
Mało kto domyśla się, że dzisiejsza kuchnia Sardynii daleko bardziej opiera się na mięsie niż na darach morza, co jest ściśle związane z dziejami najstarszych mieszkańców wyspy – Nuorów. Gdy doświadczyli oni najazdów Kartagińczyków od południa i Rzymian od północy, zmuszeni byli opuścić wybrzeże i uciekać w głąb lądu, gdzie osiedlali się na terenach górskich. Nic więc dziwnego, że zajęli się myślistwem i pasterstwem.
Tradycyjny sardyński sposób pieczenia prosiaka – porcetto – w nakrytej kamieniami dziurze w ziemi, nad którą rozpalano ognisko, nie powstał jako przejaw genialnej intuicji kulinarnej, lecz z potrzeby ukrycia faktu, iż pieczyste pochodziło czasami z kradzieży. Obecnie w Barbagii podczas pranzo con i pastori („obiadu z pasterzami”) przy wtórze organetto (małego akordeonu diatonicznego) możemy spróbować tego, co niegdyś jadali Sardyńczycy i co wciąż jest obecne w tutejszej kuchni: cieniutkiego chleba carasau, porcetto, ricotty, oliwek i mocnego czerwonego wina Cannonau, podobno zapewniającego długowieczność.
Po obowiązkowej filiżance cappuccino postanawiam udać się pieszo nową promenadą z portu do centrum Olbii. Przechodząc wzdłuż brzegu zatoki, mijam zanurzonych po pas w wodzie zbieraczy małży arselle (Ruditapes decussatus). Jogheddadori (tak nazywają się ci poławiacze w miejscowym dialekcie gallurskim) używają specjalnego chwytaka, rodzaju kosza z metalowej siatki z doczepionymi do jednego boku kilkunastocentymetrowymi zębami, którymi orzą dno morskie. Spośród wybranych kamieni i mułu wygrzebują mięczaki i odkładają do zawieszonej na plecach torby. W restauracjach przyrządza się z nich potem pyszne dania: spaghetti cozze e arselle, zuppetta cozze e arselle. Na samą myśl aż cieknie mi ślinka! Jednak większość małży, które trafiają na stoły Sardyńczyków, pochodzi z hodowli. W zatoce Olbii zajmują one 150 ha. Co roku uzyskuje się z nich ok. 40 tys. kwintali omułków jadalnych Mytilus galloprovincialis.

 

CAŁY ŚWIAT POD RĘKĄ
Magiczną Sardynię ze względu na jej różnorodność krajobrazową określa się mianem „siedmiu kontynentów” lub „kontynentu w miniaturze”. Podróżnicy odkryją tutaj karaibskie plaże w archipelagu La Maddalena (np. Cala Coticcio) i rozległe laguny pełne ryb i wodnego ptactwa (Stagno di Molentargius w Cagliari oraz Stagno di Cabras niedaleko Oristano), jałowe wzgórza na północnym wschodzie i żyzną nizinę Campidano na południu, dziki masyw górski Gennargentu i jeden z najgłębszych europejskich kanionów – Gorroppu. Wyspę pokrywają szafranowe pola (okolice San Gavino Monreale), lasy korkowe, winnice, dzikie pastwiska, a także najwyższe ruchome wydmy w Europie (Dune di Piscinas). Wschodnie i północno-zachodnie wybrzeże kończą wapienne i granitowe klify, nad którymi krążą sępy płowe. Postindustrialne krajobrazy opuszczonych kopalń kontrastują z mieniącym się wszelkimi barwami światem morskiej flory i fauny. Są tu wytworne, charakterystyczne miasta naznaczone hiszpańskimi wpływami (Cagliari, Sassari, Alghero), takie same od tysięcy lat szałasy pasterzy, zwane pinnettu, rzekome „domy wróżek” (domus de janas) oraz tajemnicze kamienne nuragi – wieże w kształcie ściętych stożków. To właśnie one stały się symbolem Sardynii. Ich liczbę szacuje się na ok. 7 tys. Z większości pozostały ledwie widoczne kamienne okręgi – na przestrzeni wieków Sardyńczycy używali składających się na nie bloków jako łatwo dostępnego budulca do różnych celów. Kilkadziesiąt z nich leży pod asfaltem głównej drogi krajowej łączącej północ z południem wyspy, tzw. Carlo Felice (SS 131). Dopiero centralizacja nadzoru archeologicznego w XX w. przyniosła poprawę sytuacji. Znalazły się pieniądze na wykopaliska i ochronę, której najczęściej podejmują się zrzeszeni w kooperatywach przewodnicy. Mimo to znacznej części tych wież nie objęto żadnym nadzorem, a dotyczy to nawet tych całkiem pokaźnych, jak Santa Barbara niedaleko Macomer. Duże wrażenie robią zwłaszcza tzw. nuragi złożone (nuraghi complessi), czyli kompleksy kilku lub kilkunastu budowli oraz łączących je potężnych murów. Początkowo sądzono, że te osobliwe obiekty pełniły funkcje twierdz, lecz ostatnio coraz więcej naukowców skłania się ku tezie o ich religijnym przeznaczeniu. Podczas pobytu na wyspie trzeba zobaczyć przynajmniej jeden – polecam Santu Antine niedaleko Torralby, Losa koło Abbasanty albo Su Nuraxi w Barumini.

 

NARODZINY SARDYŃSKIEJ TURYSTYKI
Powojenny rząd Regionu Autonomicznego Sardynii uważał, iż najskuteczniejszym lekarstwem na opóźnienie cywilizacyjne obszaru będzie przemysł. Zaczęto inwestować w potężne rafinerie i fabryki, które po latach wzbudzającej zachwyty produkcji straszą dziś kikutami kominów. Zakład przetwarzania ropy naftowej miał powstać także w leżącej na północno-wschodnim wybrzeżu Olbii. Przeszkodziły temu prywatne interesy ówczesnego burmistrza, posiadającego w zatoce rozległe hodowle małży. Szczęśliwie dla niego pewnego dnia w jego biurze pojawił się książę Aga Chan IV, religijny przywódca ismailickich nizarytów, który odkupił 1800 ha ziemi od miejscowych pasterzy z zamiarem wybudowania serii turystycznych kompleksów, hoteli i willi. Radnym pomysł wydawał się absurdalny, nie wart nawet złamanego grosza. Według nich ludzie nie chcieliby tu przyjeżdżać. Dla Sardyńczyków ich rajskie plaże nie przedstawiały żadnej wartości – wszak nie można było na nich wypasać owiec. Mimo iż wydaje się to niedorzeczne, w tamtych czasach na sardyńskich brzegach wylegiwały się wyłącznie krowy. Uparty burmistrz przekonał swoich współpracowników, wydał stosowne pozwolenia i tak... rozpoczął się przewrót, który objął nie tylko ten najbiedniejszy, choć przepiękny zakątek Sardynii, ochrzczony najprawdopodobniej hebrajską nazwą Gallura („kraina wzgórz”), lecz całą wyspę. Zupełnie niepostrzeżenie na miejscu prostych pasterskich domów wyrosło Porto Cervo – miasteczko stylizowane na rustykalną osadę, stanowiące stolicę eleganckiego Szmaragdowego Wybrzeża (Costa Smeralda). Szybko upodobali ją sobie możni tego świata: królowie, książęta, księżniczki, magnaci, muzycy, aktorki, modelki. Znajdowali tutaj to, czego po wojnie zaczęło im brakować na Riwierze Francuskiej – dyskrecję. Z natury powściągliwi Sardyńczycy okazali się wymarzonymi sąsiadami.

 

GŁĘBOKA ZIELEŃ SZMARAGDÓW
W ciągu 50 lat rejon Costa Smeralda zmieniał kilkakrotnie właścicieli oraz rodzaj klienteli. Dziś na głównym placu Porto Cervo – piazzetta delle Chiacchiere – najłatwiej usłyszeć język rosyjski i arabski. Kryzys ostatnich lat przyczynił się do spadku cen. W słynnym luksusowym hotelu Cala di Volpe można przenocować za 10 proc. zwykłych kosztów, czyli niecałe 200 euro. Tyle samo zapłacimy za lunch, ale to już zupełnie inna kwestia...
Co ciekawe, jednymi z pierwszych przybyszów osiadłych na Szmaragdowym Wybrzeżu była żydowska para arystokratów polskiego pochodzenia: Gisèle i Renè Podbielscy. On, niespokojny pisarz dorównujący talentem Philipowi Miltonowi Rothowi i Isaacowi Bashevisowi Singerowi, nie miał szczęścia do wydawców. Ona, ekonomistka o międzynarodowej sławie, w interesującej książce Two European Lives opisała ich perypetie związane z ucieczką z Polski.
Kiedy pogoda na to pozwala – a zatem często, bowiem na Sardynii na cały rok ok. 300 dni przypada słonecznych – jeździmy rodzinnie na wycieczki. Najchętniej wchodzimy na szczyt któregoś ze wzniesień leżących na wprost przypominającej wielki głaz, wapiennej wyspy Tavolara (5,9 km²), spoczywającej w błękitnych wodach Morza Tyrreńskiego. Uchodzi ona za jedno z najmniejszych (nieuznanych) królestw świata. Za jego króla uważał się żyjący w XIX w. Giuseppe Bertoleoni, któremu podobno król Sardynii, Karol Albert Sabaudzki (1798–1849), nadał tytuł w podzięce za wyborną gościnę. Odważni mogą wspiąć się na 565-metrowy najwyższy punkt wyspy – Monte Cannone (Armatę). Na wyprawę należy wyruszyć wcześnie rano, wyłącznie pod opieką wyspecjalizowanego przewodnika, ponieważ po drodze trzeba pokonać m.in. niebezpieczne przejście Passu Malu (Zły Krok). My zadowalamy się raczej piknikiem w bezpiecznej odległości od olbrzymiej skały. Pewnego razu, gdy nieprzemyślanie próbowaliśmy zbliżyć się kajakiem do jej południowego boku, podmuchy mistralu poderwały kilkakrotnie dziób naszej łupiny i niemal wyrzuciły nas w złowieszcze odmęty fal. Od tej pory do brzegów Tavolary dopływamy rejsową łodzią, po czym rozkładamy się na plaży i idziemy nurkować. Ponura zieleń wzgórz kontrastuje z turkusowym morzem i dzięki temu wydaje się ono jeszcze czystsze i głębsze niż w rzeczywistości. Pośród zwartej roślinności uważne oko dostrzeże płochliwe muflony. Latem na morskiej tafli odznaczają się białe sylwetki jachtów manewrujących zwinnie pośród skalistych wysepek. Na ich pokładach opaleni młodzieńcy i dziewczęta w strojach topless, rozleniwieni krezusi i nuworysze rozkoszują się nicnierobieniem.

 

NA TROPIE SARDYNII PRAWDZIWEJ
Ja nad blichtr Szmaragdowego Wybrzeża przedkładam autentyczność Barbagii, gdzie według słów największej sardyńskiej pisarki i noblistki Grazii Deleddy (1871–1936) człowiek czuje się wolny i silny. To być może ostatnie miejsce na Sardynii, w którym mieszkańcy zachowali swoją oryginalną naturę.
    Jedno jest pewne – tę magiczną śródziemnomorską wyspę należy zobaczyć choć raz w życiu. Oferuje ona nieskończony wachlarz atrakcji o każdej porze roku. Co najważniejsze dla nas, Polaków, to właśnie na przepięknej sardyńskiej ziemi nie musimy wybierać między ciepłym morzem z piaszczystymi plażami a malowniczymi górami. Tutaj mamy wszystko w jednym, co stanowi niewątpliwy atut tego zapierającego dech w piersiach zakątka Włoch.
Włoski poeta i piosenkarz Fabrizio De André (1940–1999) uważał: życie na Sardynii jest najlepszym, jakie może sobie wymarzyć człowiek: 24 tys. km² lasów, pól, zanurzonych w cudownym morzu wybrzeży powinno zbiegać się z tym, co radziłbym dobremu Bogu podarować nam jako raj.

 

WYSPA GREKÓW, WYSPA ARTYSTÓW
Podobnie jak Fabrizio De André, myślał pisarz Edmondo De Amicis (1846–1908), ale o Sycylii, a zwłaszcza o Taorminie: Wierzę trochę w piekło, ale bardziej wierzę w raj, bowiem go widziałem… właśnie tutaj. To leżące między Mesyną i Katanią nieduże miasteczko, zawsze pełne turystów (a bywali w nim np. Richard Wagner, Gustaw Klimt, Władimir Nabokov, Anatol France, Francis Ford Coppola, Woody Allen, Greta Garbo czy Cary Grant), to nie tylko butiki i sklepiki przy deptaku, w których sprzedaje się mydło i powidło (m.in. piękną biżuterię). Jego atrakcję stanowi dobrze zachowany starożytny amfiteatr grecki (przebudowany przez Rzymian) – drugi co do wielkości na wyspie, lecz bez wątpienia najpiękniejszy. Z najwyższych jego rzędów rozpościera się fantastyczny widok na Morze Jońskie i wulkan Etna (3343 m n.p.m.).

FOT. FOTOTECA ENIT

Plac 9 Kwietnia w centrum Taorminy

 

Żądni dalszych wrażeń wspinamy się schodami do zawieszonego nad Taorminą miasteczka Castelmola (w ciągu dnia dojeżdża do niego też autobus). Oglądamy ruiny zamku, pochodzącego, jak się przypuszcza, z czasów rzymskich lub najazdu Normanów. Miał on za zadanie strzec przed atakami od strony lądu. Rzeczywiście, w 902 r. Maurom nie udało się go zdobyć, jednak mimo to przerwali mury miejskie i splądrowali osadę. Przez bramę nazywaną dziś Porta dei Saraceni (Bramą Saraceńską) zeszli do Taorminy. W Castelmoli idziemy się orzeźwić pysznym, słodkim mlekiem migdałowym (latte di mandorla) i migdałowym winem w ekscentrycznym barze Turrisi przy Piazza Duomo 19. Zmęczeni wspinaczką wracamy do nadmorskiego kurortu i zjeżdżamy kolejką linową do Mazzarò na plażę niedaleko malutkiej Pięknej Wyspy, czyli Isola Bella.

FOT. FOTOTECA ENIT

Ruiny Borgo Giulano z 1938 r. na tle Etny

 

 

SYCYLIJSKA SZTUKA ŻYCIA
Na Trinacrii (antyczna nazwa Sycylii, z gr. treis – trzy i àkra – cypel) wędrowcy po tłustej, czarnej ziemi wśród zapachu drzew pomarańczowych docierają do wspaniałych świątyń, amfiteatrów i willi. Horyzont wyznacza nieskończona tafla turkusowego morza, a noc rozświetla łuna lawy spełzająca z najwyższego w Europie czynnego wulkanu. Zachwyt przybyszów budzi szczególnie spuścizna kulturalna – pozostałość po najazdach i okupacji przedstawicieli najświetniejszych śródziemnomorskich cywilizacji. Wśród wąskich, zaniedbanych, krzykliwych uliczek zamiast atmosfery tęsknoty za przeszłością odnajdziemy raczej radość z przeżywania każdego dnia. Nie oczekujmy jednak, że gdy usiądziemy w restauracji, grupa Sycylijczyków przy sąsiednim stoliku zacznie nagle wesoło śpiewać, a puszysta mamma podsunie nam pod nos parujący talerz makaronu, zupełnie jak w filmie. Na pierwszy rzut oka mieszkańcy wyspy wydają się nieco markotni, lecz pod tą fasadą kryje się dusza kochająca życie. Aby się o tym przekonać, trzeba pójść wcześnie rano na jeden z miejskich targów: Vucciria, Ballarò lub Capo w Palermo albo A'Piscaria w Katanii. Tam, między stoiskami uginającymi się od wszelakich darów natury, daje o sobie znać ich nieokiełznany sycylijski temperament.

 

KUŹNIA HEFAJSTOSA
Nie mamy czasu na objechanie całej Sycylii, więc postanawiamy ograniczyć się do kilku atrakcji. Nie możemy sobie odmówić przede wszystkim spaceru stokami Etny. Na tę wyprawę trzeba koniecznie wynająć przewodnika, bowiem święta góra, wpisana w 2013 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, bywa bardzo kapryśna i pogoda, a co za tym idzie widoczność, potrafią się zmienić w przeciągu kilku minut. Mniej ambitnym wycieczkowiczom polecam dotrzeć autobusem AST z Katanii (piazza Papa Giovanni XXIII) lub samochodem skądkolwiek od strony wschodniej do Rifugio Sapienza – Schroniska Sapienzy położonego na 1910 m n.p.m., stamtąd podjechać kolejką linową na wysokość ok. 2500 m n.p.m., a ostatni odcinek pokonać busem z napędem na cztery koła. Dalej poniosą nas już tylko nasze własne nogi. Wchodzimy na popularny cel wycieczek: tzw. Torre del Filosofo (Wieżę Filozofa), niewielki stożek, do którego w sezonie wije się wąż turystów. Wzruszone ich butami niewielkie fragmenty lawy podskakują, raniąc nas boleśnie w łydki. Jeśli nam się zdarzy jeszcze kiedyś wspinać się na Etnę, z pewnością nie zapomnimy o długich spodniach!

 

SŁODKA KATANIA
Choć to trochę nie po drodze, postanawiamy pojechać do Agrygentu (Agrigento), aby zobaczyć osławioną Valle dei Templi (Dolinę Świątyń). Zahaczamy o Katanię, jedno z ośmiu miast zaliczanych do podlegającego ochronie UNESCO regionu Val di Noto. Miejscowości te, odbudowane równocześnie po tragicznym trzęsieniu ziemi z 1693 r., są spektakularnym świadectwem szczytu rozkwitu baroku europejskiego. Niełatwo wskazać pośród nich najciekawsze zabytki. W Katanii wyróżniają się Duomo di Sant'Agata (Katedra św. Agaty) oraz szlak architektoniczny Via dei Crociferi. Podczas wizyty w niej nie odmawiamy sobie sycylijskich przysmaków. W restauracji Al Tortellino przy Via Giuseppe Simili, otwartej wyłącznie w porze obiadowej, zamawiamy katańską specjalność – pasta alla Norma, makaron z pomidorowym sosem, smażonymi bakłażanami i startą na tarce słoną ricottą, nazwany na cześć słynnej opery Vincenza Belliniego (1801–1835), syna miasta. Na deser wracamy do historycznego centrum Katanii na włoskie lody, czyli gelato – ulubiony smakołyk dzieci i dorosłych. W XVII w. ich ulepszoną recepturę przywiózł ze sobą do Paryża właśnie Sycylijczyk, Francesco Procopio dei Coltelli (1651–1727), który w stolicy Francji otworzył kawiarnię Café Procope, sprzedającą urzeczonym Paryżanom lodowe specjały.
Katania jest także królestwem granity – słodkiego, na wpół mrożonego deseru przypominającego sorbet, serwowanego klasycznie z bułeczką brioche (brioszką). Powstał on z inspiracji arabskich osadników, którzy przygotowywali sharbat – zimny napój aromatyzowany sokami owocowymi lub wodą różaną. Do jego produkcji używali śniegu z Etny, przechowywanego w nivieri – naturalnych bądź wydrążonych w ziemi dziurach nakrytych kamiennymi szałasami. Latem starte lodowe płatki polewano syropami z owoców – smakołyk nosił nazwę rattata. Z czasem zaczęto korzystać z cynkowego pojemnika, którym kręcono wewnątrz drewnianej kadzi wypełnionej mieszaniną lodu z solą morską. Tradycyjne smaki granity to cytrynowy, jaśminowy, cynamonowy i scursunera (z kozibrodu łąkowego), najpopularniejsze (oprócz cytrynowego) – truskawkowy, migdałowy oraz kawowy (al caffè), królujący w Mesynie. W Katanii spośród wielu doskonałych lokali polecam Caffè Europa przy Corso Italia 302.
Również zamkniętym za murami klasztoru, zajętym modlitwą zakonnicom przychodziły do głowy nowatorskie pomysły na słodkości, np. frutta di Martorana – kolorowe owoce z masy marcepanowej, oraz wykonane z kruchego ciasta minni di virgini, czyli w tłumaczeniu „piersi dziewicy”. Te ostatnie były dziełem XVIII-wiecznej siostry Virgini Casale di Rocca Menna z miejscowości Sambuca di Sicilia, która tłumaczyła się, że zainspirowały ją okoliczne wzgórza. Łasuchom posmakują też z pewnością przysmaki z ricottą: biszkoptowa cassata z kandyzowanymi owocami oraz kruche rurki cannoli.

 

STAROŻYTNA GRECJA
Przez całą ponaddwugodzinną podróż wygodną autostradą A19 i dalej drogą SS640 wyjadamy z torebki marcepanowe owoce, wspominając orzeźwiającą granitę jaśminową. Wreszcie docieramy do wspomnianej Valle dei Templi, leżącej na niewielkim płaskowyżu i odwiedzanej co roku przez ok. 600 tys. turystów. Oglądane z oddali budowle wydają się nie stać na ziemi, lecz wisieć pod błękitnym niebem. Przez 2,5 tys. lat wiatr wgryzał się tutaj w ciała posępnych telamonów podtrzymujących architrawy Świątyni Zeusa Olimpijskiego (Tempio di Zeus Olimpio). Oszczędził jednego – ocalały prawie 8-metrowy atlant znalazł schronienie w Museo Archeologico Regionale (Regionalnym Muzeum Archeologicznym) w Agrygencie, zaś między ruinami leży jego kopia. Słońce nasyca tu złotem wszystko, co oświeca: kwitnące w lutym migdałowce, srebrno-zielone drzewka oliwne, odurzające zapachem krzaki rozmarynu, rzeki i wzgórza. Nagrzewa kolumny z tufu wapiennego, porozrzucane kamienne bloki i głazy – niegdyś stanowiące część „najpiękniejszego miasta śmiertelników”, jak określił założone w 582–580 r. p.n.e. Akragas (Agrygent) Pindar, współczesny mu grecki twórca liryki chóralnej.
Spośród dziesięciu świątyń znajdujących się na terenie Valle dei Templi największa poświęcona jest Zeusowi. Sam Olimp musiał patrzeć z zazdrością na tego wspaniałego, acz niezbyt zgrabnego kolosa, długiego na 113 m i szerokiego na 56 m oraz posiadającego powierzchnię ok. 6,5 tys. m2. W 406 r. p.n.e. podczas oblężenia kartagińskiego w budynku zabarykadowali się podobno wszyscy mieszkańcy Akragas. Dominique Vivant Denon (1747–1825), francuski pionier egiptologii, dyplomata i podróżnik, twierdził, że rozmiar kompleksu miał raczej podrażnić bogów lub przestraszyć ludzi niż przyczynić się do chwały tych pierwszych i zachwycić drugich.
Wszystkie świątynie w dolinie, podpalone przez Kartagińczyków w 406 r. p.n.e., zostały trzy wieki później odbudowane przez Rzymian z poszanowaniem oryginalnego stylu doryckiego. Ostateczny cios zadały im trzęsienia ziemi i chrześcijanie zachęceni edyktem tesalońskim cesarza Teodozjusza I Wielkiego z 380 r. Dewastacji uniknęła jedynie Tempio della Concordia (Świątynia Zgody), którą w 597 r. biskup Agrygentu Grzegorz zamienił na chrześcijańską bazylikę. Dziś wraz z Tempio di Segesta w okolicach miasteczka Calatafimi Segesta w prowincji Trapani uchodzi za najlepiej zachowaną tego typu budowlę dorycką na świecie.

 

POWRÓT NAD CIEŚNINĘ MESYŃSKĄ
Wracamy do Mesyny, zatrzymując się na kilku cudownych, lecz nie dorównujących sardyńskim, plażach: Scala dei Turchi (Schody Turków) w Realmonte, San Lorenzo w Marzamemi, Calamosche w Eloro oraz w miejscu urodzin filozofa i matematyka Archimedesa – Syrakuzach, o których Cyceron powiedział, że były największym i najpiękniejszym z greckich miast. Niezliczone zabytki antyczne, renesansowe i barokowe na syrakuzańskiej wysepce Ortygia (Ortigia) – najstarszej części ośrodka, założonej w 734 r. p.n.e. – tworzą prawdziwą ucztę dla oczu. Szczególnie warto zobaczyć barokową Katedrę (Duomo di Siracusa), która trzyma w objęciach resztki doryckiej świątyni Ateny, oraz największy teatr grecki na Sycylii, gdzie w maju i czerwcu odbywa się międzynarodowy festiwal teatru klasycznego.
Po wizycie na obu wyspach śmiało mogę stwierdzić, że nawet ten, kto zjeździł kontynentalne Włochy wzdłuż i wszerz, ale nigdy nie dotarł do brzegów Sardynii i Sycylii, tak naprawdę nie poznał do końca tego kraju. Kto natomiast przybył w te fascynujące strony, patrzy teraz na Italię z całkowicie innej perspektywy.

Artykuły wybrane losowo

Cuba libre

 

JERZY PAWLETA

www.jerzypawleta.pl

 

Muzycy w słynnym lokalu „Casa de la Trova” w mieście Santiago de Cuba

casa de la trova dancers santiago

© CUBAN TOURIST BOARD

 

Kuba to z wielu względów miejsce wyjątkowe na mapie świata. Elementem charakterystycznym są tutaj liczne stare amerykańskie samochody wtopione w kubański miejski krajobraz. Gdy wyszedłem z lotniska i rozejrzałem się wokół, nie miałem wątpliwości, gdzie jestem.

 

Pierwsze zdjęcie, jakie zrobiłem, przedstawiało ciemnoskórą dziewczynę wysiadającą z pięknego, choć mocno wiekowego i nieco rozpadającego się, niebieskiego amerykańskiego krążownika szos o wielkich skrzydłach z tylnymi lampami. Była to klasyczna kubańska taksówka, jakich spotkałem później dziesiątki, a od których nigdy nie mogłem oderwać wzroku. Są kolorowe i ogromne, zabierają tyle osób, ile zmieści się w ich wnętrzu. Jeśli załapiemy się na przejazd z miejscowymi, zapłacimy 1 peso kubańskie wymienialne (CUC), czyli prawie 1 euro, i przepłacimy jedynie 100 proc. ceny. Jeśli pojedziemy jako turyści, ta sama trasa będzie nas kosztować od 10 do 20 peso (CUC) w zależności od naszych umiejętności targowania się. Poza tym po ulicach kursują też zabytkowe kabriolety. One również mogą służyć jako taksówki, ale w tym przypadku cena zaczyna się od 35 peso (CUC), gdyż używa się ich głównie do zwiedzania stołecznej Hawany. Oczywiście, można i należy się targować, jednak często popyt przewyższa podaż.

 

Podziwianie stolicy z siedzenia starego amerykańskiego samochodu ma znaczącą przewagę nad wycieczką otwartym autobusem turystycznym, ponieważ mimo swoich rozmiarów wciśnie się on w niemal każdy zaułek, a jego kierowca pokaże nam, co tylko zechcemy, i nierzadko sam podpowie, co warto zobaczyć. Utrzymanie takich aut jest kosztowne. Części zapasowe sprowadzane są z USA, gdzie ich wyszukiwaniem i skupywaniem zajmują się wyspecjalizowane grupy Kubańczyków mieszkających głównie w Miami. Często oryginalne silniki wymienia się na mniejsze, bardziej ekonomiczne, żeby na jednym litrze paliwa zrobić nie trzy kilometry, a przynajmniej sześć. Gdy pytałem o cenę dobrze utrzymanego samochodu, w odpowiedzi otrzymywałem kwoty powyżej 30 tys. peso (CUC). Aby pokonać małe odległości w Hawanie, warto wziąć rikszę lub po prostu wybrać się na spacer.

 

MUZYCZNA WYSPA

 

Dokonywanie płatności na Kubie wydaje się dosyć skomplikowane. Oprócz peso kubańskiego wymienialnego (CUC), podstawowego środka płatniczego, używanego szczególnie przez turystów, w obiegu pozostaje też peso kubańskie (CUP), w którym wypłatę otrzymują Kubańczycy. Ta druga waluta ma ok. 25 razy mniejszą wartość niż pierwsza. Obcokrajowcy także mogą w niej płacić za towar lub usługi, ale trudno znaleźć kantor, który wymienia euro (dużo lepszy kurs niż za dolary amerykańskie) na peso kubańskie (CUP), a ja nie spotkałem miejsca, gdzie mógłbym się nimi posłużyć. Bankomaty, jeśli w ogóle udaje się je znaleźć, nie zawsze akceptują europejskie karty płatnicze. W niewielu punktach dokonamy również płatności kartą, warto więc zabrać ze sobą wystarczającą ilość gotówki.

 

Na Kubie, oprócz zabytkowych samochodów i uśmiechniętych mieszkańców pozdrawiających mnie przyjaznym Hola! („Cześć!”), powitała mnie też muzyka. Rozbrzmiewa ona właściwie wszędzie: w hotelu, restauracji, kafejce, sali koncertowej, sklepie czy na ulicy. Jest tak różna, jak skomplikowana jest historia kraju i jej wpływ na kulturę wyspy. Oczywiście, dominuje w niej ten charakterystyczny rys, jaki znamy choćby ze ścieżki dźwiękowej kultowego już filmu Wima Wendersa Buena Vista Social Club z 1999 r., który spopularyzował muzykę kubańską na świecie. Genialną i zarazem moją ulubioną piosenkę Chan Chan skomponowaną przez Compaya Segundo (1907–2003) słyszałem tutaj w wielu niezwykłych wersjach. Bardzo wysoki poziom prezentują koncerty muzyki klasycznej. Dobrze wykształceni Kubańczycy (szkolnictwo jest bezpłatne) otrzymują w swoim kraju znakomite przygotowanie do rozpoczęcia kariery na światowych scenach. Miałem przyjemność uczestniczyć w świetnym koncercie w dawnym kościele (dziś sali koncertowej) przy barokowym klasztorze św. Franciszka z Asyżu (Convento de San Francisco de Asís), obecnie pełniącym funkcję Muzeum Sztuki Sakralnej (Museo de Arte Sacro). Wznosi się on przy pięknym placu św. Franciszka z Asyżu (Plaza de San Francisco de Asís), otoczonym zabytkową zabudową i otwartym na Terminal Sierra Maestra (przystań statków wycieczkowych) i Zatokę Hawańską (Bahía de La Habana). Licząca 42 m wieża świątyni to najwyższa konstrukcja z epoki kolonialnej na terenie Starej Hawany (La Habana Vieja). Plac zdobi Fontanna Lwów (Fuente de los Leones) wykonana z białego marmuru.

 

W wielu miejscach w stolicy usłyszymy także musicale czy muzykę popularną. Jednym z najpiękniejszych budynków, w którym będzie nam dane cieszyć się tego rodzaju utworami, jest Teatr Wielki (Gran Teatro de La Habana), usytuowany w sąsiedztwie charakterystycznego monumentalnego Kapitolu (Capitolio Nacional de Cuba), wzorowanego na Panteonie w Paryżu, Bazylice św. Piotra w Watykanie i siedzibie Kongresu Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie. Po spektaklu bez trudu znajdziemy magiczną kolorową taksówkę, stoi ich tu zawsze pełno. A jeśli zapragniemy napić się kawy, możemy wstąpić do „Gran Café El Louvre”, utrzymanej w kolonialnym stylu kawiarni przy pobliskim klimatycznym Hotelu Inglaterra. W poszukiwaniu różnych odmian kubańskiej muzyki warto odwiedzić też jeden z kabaretów, jak choćby słynną „Tropicanę” (działającą od 31 grudnia 1939 r.) ze sceną pod gołym niebem, która zaskakuje różnorodnością repertuaru i bogactwem strojów.

 

RUM W ROLI GŁÓWNEJ

 

Z Kubą kojarzy się jeszcze – oczywiście – rum, prawdziwa duma tego kraju. Produkowany jest w wielu destylarniach i występuje w różnych odmianach. Sam smakuje znakomicie, ale stał się również podstawą licznych wyśmienitych koktajli. Barmani wciąż prześcigają się w pomysłach i wymyślają nowe drinki, aby zaskoczyć gości. Niemniej największą popularnością wśród koneserów dobrych trunków cieszą się te najbardziej klasyczne, uwielbiane przez znane postaci, które gościły na wyspie. Niektóre z tutejszych klimatycznych knajpek słyną właśnie ze swoich sławnych klientów. W barze i restauracji „Floridita” kolejka chętnych wydaje się nie kończyć. Nikogo to jednak nie zraża, przecież tutaj bywał amerykański pisarz i dziennikarz Ernest Hemingway (1899–1961). Jeśli nie lubimy tłumów, to jego ulubiony koktajl na bazie białego rumu, czyli daiquiri, możemy wypić także w „El Presidente”. Dodatkową atrakcją tego lokalu znajdującego się na wysokim piętrze starej kamienicy jest znakomity widok na Malecón, kilkukilometrową promenadę położoną wzdłuż wybrzeża, o które rozbijają się fale Zatoki Meksykańskiej.

 

Jednym z najlepszych drinków z rumem, jakie miałem przyjemność zdegustować, był habana especial sporządzony w Hotelu Habana Riviera. Jego wielki gmach zbudował w latach 50. XX w. w dzielnicy Vedado, nowej części kubańskiej stolicy wzorowanej na otwartych przestrzeniach Miami, znany amerykański gangster polsko-żydowskiego pochodzenia Meyer Lansky (Meier Suchowlański). Wnętrza zachowały oryginalny wystrój z epoki, dotyczy to zwłaszcza efektownej restauracji czy przylegającego do niej baru. Naprawdę trudno oprzeć się zaproszeniu miejscowego barmana, który raczy gości opowieściami z czasów świetności hotelu i ilustruje je oryginalnymi zdjęciami zapisanymi w pamięci swojego telefonu komórkowego.

 

W Hawanie każdy koktajl to osobna historia. Pewnego razu trafiłem na jedną z wielu tak pięknych, jak zaniedbanych uliczek Starej Hawany, która tętniła swoim południowym rytmem. Życie toczyło się na niej wszędzie, w oknach, na skrzyżowaniach, w małych knajpach. Koło jednej z tych ostatnich, „El Ángel de Tejadillo”, zaczepił mnie z uśmiechem ciemnoskóry mieszkaniec tego kwartału miasta. Zachęcił go mój beret z wizerunkiem symbolu rewolucji – Ernesta „Che” Guevary (1928–1967). Zaprowadził mnie do znajdującego się gdzieś zupełnie na uboczu dosyć prostego wnętrza ze stolikiem z maszyną do pisania i sfatygowanym krzesłem. Na ścianie wisiały zdjęcia „Che” Guevary, zapisana kartka i pokaźnych rozmiarów dzwon. Podobno właśnie w tym miejscu zasiadał i pisał swoje teksty. Dźwięk dzwonu oznajmiał wszystkim jego przybycie, miał prowokować agentów CIA, którzy chcieli go zabić. Ku czci Ernesta „Che” Guevary serwuje się tu, podobno jedyne w Hawanie, drinki w kolorach flagi Kuby: niebieskim, białym i czerwonym.

 

Wyśmienitych koktajli alkoholowych z rumem skosztować można wszędzie – zarówno w najzwyklejszej knajpce na rogu lub zapuszczonym sklepiku, jak i w najlepszym hotelu w mieście czy na luksusowym katamaranie, z którego będziemy podziwiać kubańską stolicę od strony morza. Do klasycznych pozycji w menu należą mojito, piña colada, cubata, ron collins, wspomniane daiquiri bądź habana especial. Na początku tej listy znajduje się połączenie rumu i napoju tuKola, czyli cuba libre, a w tłumaczeniu na polski „wolna Kuba”.

 

RÓŻNE TWARZE STOLICY

 

Hawana to swoista mozaika. Jest tak różnorodna i zaskakująca, że nigdy nie starcza dnia, aby zrealizować założony plan zwiedzania. Zawsze znajdziemy uliczkę, która skusi nas kolorami swoich kamienic, muzyką dobiegającą zza rogu, kawiarenką wabiącą zapachem kawy. Oprócz tego w rejonie La Habana Vieja, wpisanym w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, i jego bezpośrednim sąsiedztwie wznoszą się monumentalne budowle świadczące o tym, jak ważną rolę odgrywało to miasto na przestrzeni wieków. Są ich dziesiątki. Na pewno należy wspomnieć barokową Katedrę w Hawanie (Catedral de La Habana), dawny Pałac Prezydencki (dziś siedzibę Muzeum Rewolucji – Museo de la Revolución), niegdysiejszą ufortyfikowaną rezydencję hiszpańskich gubernatorów Kuby Castillo de la Real Fuerza i Pałac Kapitanów Generalnych (Palacio de los Capitanes Generales). Poza tym zachowało się tu wiele zabytkowych kościołów i klasztorów.

 

Na nabrzeżu, tuż obok Terminalu Sierra Maestra, gdzie podczas mojego pobytu na Kubie, w dniu 2 maja 2016 r., do Hawany przybył po raz pierwszy od czasów wprowadzenia embarga przez USA ogromny turystyczny statek pasażerski MV Adonia (należący do amerykańskiej linii Fathom), znajduje się hala targowa. Obok stoisk z typowymi towarami działa w niej największa galeria malarstwa, jaką w życiu widziałem. Pod rozległym dachem artyści i zwykli sprzedawcy oferują przeróżne obrazy. Kolorowe płótna, umieszczone nad sobą na wielkich stojakach, tworzą prawdziwy labirynt. Niedaleko stąd w swoje progi zaprasza gości niewielki browar o długiej, dźwięcznej nazwie „Cervecería Antiguo Almacén de la Madera y el Tabaco”, gdzie oprócz spróbowania kilku rodzajów piwa możemy zjeść pyszny posiłek i posłuchać zespołu grającego gorące kubańskie przeboje. Za 10 peso kubańskich wymienialnych kupimy płytę CD z muzyką w jego wykonaniu.

 

Przy tej samej alei (Avenida del Puerto) mieści się Muzeum Rumu Havana Club – Museo del Ron Havana Club. W kilkupiętrowej kamienicy zebrano wiele eksponatów związanych z wytwarzaniem tego trunku, udostępniono multimedialne wystawy przybliżające jego historię i otwarto dobrze zaopatrzony sklep. Niemal naprzeciwko znajduje się spory mural z kolorową podobizną Ernesta „Che” Guevary, idealne miejsce do zrobienia sobie zdjęcia ze słynnym latynoamerykańskim rewolucjonistą. Scenerię Starej Hawany wykorzystali twórcy serialu House of Lies (Kłamstwa na sprzedaż) emitowanego przez stację telewizyjną Showtime. Jest to pierwsza realizacja amerykańskiego scenariusza w tym kraju od momentu przywrócenia stosunków między USA i Kubą. Ekipę filmową i jej wielkie ciężarówki spotkałem koło Kościoła św. Anioła Stróża (Iglesia del Santo Ángel Custodio). Kręceniu scen piątego sezonu przyglądali się z ogromnym zainteresowaniem liczni Kubańczycy. Wielu z nich miało wpięte w klapy marynarki czy koszule znaczki symbolizujące przyjaźń kubańsko-amerykańską.

 

Bogato zdobiona barokowa fasada XVIII-wiecznej Katedry w Hawanie

68 CatedralNueva Havanna 14x8 F1

© CUBAN TOURIST BOARD

 

HAWANA W NOWYCH CZASACH

 

Miejscem, które nie sposób ominąć w Hawanie, jest plac Rewolucji (Plaza de la Revolución). Jego centralny punkt stanowi olbrzymi Pomnik José Martíego (Monumento a José Martí), kubańskiego bohatera narodowego, przywódcy ruchu niepodległościowego w XIX w., a zarazem poety i pisarza. Otaczają go równie monumentalne budynki rządowe. Nie byłyby może warte wspomnienia, gdyby nie znajdował się wśród nich bodaj najczęściej fotografowany przez turystów gmach na Kubie – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Tę szczególną popularność zawdzięcza on ogromnych rozmiarów metaloplastyce przedstawiającej Ernesta „Che” Guevarę. Plaza de la Revolución dobitnie przypomina nam, że kubańska rewolucja ciągle trwa. Inny jest jedynie jej charakter. Wydaje się, że bardziej przystający do naszych czasów.

 

Po drugiej stronie wejścia do Zatoki Hawańskiej i portu znajdują się dwie hiszpańskie fortece – Castillo del Morro (z XVI–XVII w.) i Fortaleza de San Carlos de la Cabaña (z XVIII stulecia). Od strony Starej Hawany dostać się do nich można wyłącznie tunelem drogowym biegnącym pod kanałem. Warto zapuścić się w zakamarki Zamku Morro, poczuć i usłyszeć huk fal uderzających o skały, na których stoi ta potężna budowla z latarnią morską. Z jej murów roztacza się wspaniały widok na całą zatokę i kubańską stolicę. W pobliżu działa restauracja „Los Doce Apóstoles”. Druga twierdza zbudowana została nieco powyżej, na niewielkim wzniesieniu. W dniach 3–7 maja 2016 r. gościła międzynarodowe targi turystyczne pod nazwą FITCuba, coroczne wydarzenie skupiające wystawców z wielu krajów, w tym organizacje turystyczne, linie lotnicze, sieci hotelowe, biura podróży czy usługodawców z różnych dziedzin turystyki Kuby. Była to już 36. edycja tej zakrojonej na szeroką skalę imprezy. Jak zazwyczaj w targach udział wzięli przedstawiciele władz i liczni zwiedzający. Mnie zaskoczyły dwie rzeczy: silna reprezentacja Kanady i fakt, że Kanadyjczycy stanowią największy procent turystów odwiedzających Kubę.

 

KRÓLESTWO CYGAR

 

Hawana przyciąga z wielką siłą, ale na wyspie jest wiele atrakcyjnych miejsc. Jedziemy na zachodni kraniec Kuby – do prowincji Pinar del Río. W Las Barrigonas zatrzymują nas przedziwne baniaste palmy, pod którymi rozciągają się plantacje trzciny cukrowej i tytoniu. Liście tytoniu zbiera się w lutym i marcu. Podczas mojego pobytu w maju suszyły się już w naturalnych warunkach. Zanim się je roluje, podlegają procesowi fermentacji trwającemu ok. 45 dni. Dopiero dzięki temu nabywają idealnych właściwości. W ten sposób powstają znane na całym świecie kubańskie cygara. W nieodległym sklepiku można kupić gotowe wyroby mające rozmaitą jakość i sprzedawane pod różnymi markami. Ich ceny są – oczywiście – również bardzo zróżnicowane.

 

Kolejny przystanek to park linowy w malowniczym rejonie Valle de Viñales, także słynącym z upraw tytoniu i wpisanym w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO z uwagi na niezwykły krajobraz. Rozrzucone pojedynczo po dolinie olbrzymie formacje wapienne (mogoty) przybierają niesamowite formy. Między nimi leżą małe wioski i plantacje. Na jednym z takich pagórów rozpoczynamy zjazd na linach. Do pokonania jest kilka odcinków o różnej skali trudności i rozwijanej prędkości. Kaski, w które nas wyposażono, nie odgrywają więc roli jedynie kolorowego dodatku do stroju. Widoki rozpościerające się z tej wysokości są fantastyczne! W jednej z urokliwych dolinek (Valle de Dos Hermanas), pod wielką skałą z ogromnym malowidłem z lat 60. XX w. (miejscowi nazywają je Muralem Prehistorycznym – Mural de la Prehistoria) znajduje się restauracja. Zamawiamy kubańskie specjały, czyli zupę ajiaco i danie ropa vieja („stare ubranie”) – rozdrobnioną wołowinę podawaną z ryżem i warzywami. Raczymy się też pysznymi drinkami, a posiłek umila nam muzyka na żywo. Zespół gra nawet moją ulubioną piosenkę Chan Chan.

 

Mural Prehistoryczny przedstawia etapy ewolucji ludzi i zwierząt

45

© JERZY PAWLETA/JERZYPAWLETA.PL

 

KARAIBSKIE WAKACJE

 

Nie wolno jednak zapomnieć, że Kuba to przecież Karaiby – wspaniałe białe plaże, turkusowa woda, rozłożyste palmy i wszystko to, co kojarzy się z wakacjami. W takie miejsce chce się uciec choćby na chwilę. Warto pojechać do położonego ok. 130 km na wschód od Hawany Varadero, kurortu spełniającego marzenia o wakacyjnym raju. Przed turystycznym kompleksem handlowo-restauracyjnym Plaza América, będącym również centrum kongresowym i wychodzącym wprost na białą plażę, witają nas pracownicy baru i restauracji „The Beatles”. Na placu muzycy grają rockandrollowe przeboje. Nie jest to rzecz zwyczajna na Kubie – muzyka takich zespołów jak The Beatles czy The Rolling Stones była przez lata zakazana przez władze. Dzięki polepszeniu się stosunków dyplomatycznych ze Stanami Zjednoczonymi do Hawany zawitali w marcu 2016 r. z darmowym koncertem właśnie sami Rolling Stonesi. Występ wieńczył ich latynoamerykańską trasę. Muzykom klubu „The Beatles” towarzyszą kubańscy harleyowcy w czarnych skórzanych ubraniach z wyszytym napisem Latino Americanos Motociclistas Asoc. Cárdenas Cuba. Przy plaży króluje salsa, a na piasku rozłożyli swój sprzęt kitesurferzy. Aż chce się żyć!

 

Jesteśmy gośćmi Meliá Hotels & Resorts, hiszpańskiej sieci eleganckich, komfortowych hoteli. Meliá Marina Varadero – 5-gwiazdkowy obiekt, w którym zostaliśmy zakwaterowani – znajduje się nad brzegiem morza, więc czym prędzej zanurzamy się w ciepłych, aksamitnych wodach. Na lunch warto wybrać się katamaranem na jedną z pobliskich wysepek, a po drodze odwiedzić delfinarium. Obserwowanie tych sympatycznych ssaków to niezwykła przyjemność. Jeszcze więcej radości sprawia zabawa z nimi. Turyści zapraszani są do ogromnych basenów skonstruowanych na środku morza i mogą głaskać ocierające się o nich delfiny, bawić się z nimi czy nawet próbować je podnieść! Nieco dalej czeka na przybyszów karaibski raj. Małą, porośniętą wysmukłymi palmami wysepkę okala biała plaża i turkusowa woda. Na granicy piaszczystego brzegu i palmowego gaju znajduje się niewielka restauracja. Tutaj możemy się oddać wakacyjnym przyjemnościom – popływać, ponurkować, pograć na plaży, poopalać się czy wreszcie zjeść świeże ryby i owoce morza przyrządzone po karaibsku. Barmani serwują wina, zimne lokalne piwo Cristal i słynne kubańskie drinki. Wracamy do domu? Nunca! („Nigdy!”) – jak zakrzyknęliby radośnie Kubańczycy.

 

Rejs katamaranem u wybrzeży Varadero

66 Catamaran 12x7 F1

© CUBAN TOURIST BOARD

 

 

Sardynia i Sycylia – dwie córy Italii

RENATA SUCHODOLSKA
www.poloniasardynia.blox.pl

 

<< Te dwie największe wyspy Morza Śródziemnego łączą podobne losy ziem przez wiele wieków narażonych na najazdy, pustoszonych przez epidemie i rozpalanych przez bunty. Każda z nich jest mimo to inna. Sardynia przypomina raczej zamkniętą w sobie, nieufną, lecz dumną siostrę jakże odmiennej, towarzyskiej i rozgadanej Sycylii. I jedna, i druga stara się jednak pozostać niezmienna, choć czas upływa nieubłaganie. Może właśnie dlatego dopiero w XX stuleciu pozwoliły, aby przemysł turystyczny na stałe zagościł w ich progach. >>

Więcej…

Pięć odsłon Wysp Jońskich

Ionia_islands_Corfu_Old_town_photo_M_Mitzithropoulos.jpg

Często odwiedzane przez celebrytów urocze Fiskardo na Kefalinii

©GREEK NATIONAL TOURISM ORGANISATION/M. MITZITHROPOULOS


Pięć odsłon Wysp Jońskich

Agnieszka Zawistowska


Piękne plaże otoczone turkusową wodą, doskonałe lokalne potrawy i niezliczone legendy rozbudzające wyobraźnię – to wszystko oferują urokliwe Wyspy Jońskie. Jednak na tym archipelagu położonym na Morzu Jońskim na zachód od wybrzeży Półwyspu Bałkańskiego (w tym Peloponezu) czeka nas znacznie więcej atrakcji. Aby się o tym przekonać, wystarczy zaledwie parę godzin lotu z Polski.

Więcej…