RENATA SUCHODOLSKA
www.poloniasardynia.blox.pl

 

<< Te dwie największe wyspy Morza Śródziemnego łączą podobne losy ziem przez wiele wieków narażonych na najazdy, pustoszonych przez epidemie i rozpalanych przez bunty. Każda z nich jest mimo to inna. Sardynia przypomina raczej zamkniętą w sobie, nieufną, lecz dumną siostrę jakże odmiennej, towarzyskiej i rozgadanej Sycylii. I jedna, i druga stara się jednak pozostać niezmienna, choć czas upływa nieubłaganie. Może właśnie dlatego dopiero w XX stuleciu pozwoliły, aby przemysł turystyczny na stałe zagościł w ich progach. >>

Oba te regiony autonomiczne Włoch zajmują zbliżoną powierzchnię (24,1 km2 i 25,7 tys. km2), ale naznaczoną wulkanami Sycylię zamieszkuje dużo większa liczba ludności niż skalistą Sardynię. Znajdują się w strefie klimatu śródziemnomorskiego z łagodną zimą i gorącym latem. Wraz z francuską Korsyką i Półwyspem Apenińskim tworzą granicę Morza Tyrreńskiego.
Swoją wyprawę zaczynam od sardyńskich brzegów, aby następnie dotrzeć do sycylijskiego lądu i opuścić go w Mesynie, zwróconej w stronę włoskiego regionu Kalabria.

 

OSOBLIWI WYSPIARZE
Zeskakuję z koi, nim megafon obwieszczający bliskość portu wrzaśnie, budząc wszystkich pasażerów. Opatulona wybiegam na pokład. Jest jak za każdym razem, gdy dopływam do brzegów Sardynii promem: za rufą horyzont żarzy się od wschodzącego słońca, a od dziobu zuchwały mistral uderza w nozdrza charakterystycznym zapachem makii śródziemnomorskiej. Wciągam w płuca potężny haust powietrza.
Położona strategicznie na szlakach handlowych antyczna Ichnusa (dzisiaj tę nazwę nosi lokalne piwo) od czasów starożytnych kusiła ambitnych kupców. Od VIII w. p.n.e. Fenicjanie zakładali tu swoje placówki, które rozrosły się później w tętniące życiem miasta: Caralis (Cagliari), Nora, Bithia, Sulcis na południu oraz Tharros na zachodnim wybrzeżu. Dziś do ruin dwóch z nich, Nory i Tharros, ściągają rzesze turystów. Kartagińczycy z kolei uczynili z Sardynii spichlerz śródziemnomorski. Pod ich panowaniem sadzenie drzew owocowych na terenach przeznaczonych pod uprawę zboża było karane śmiercią. Rzymianie pozostawili na wyspie sieć dróg i mostów – podczas spacerów polami można się ciągle natknąć na niektóre z nich. Bizantyjczycy przyczynili się do wyplenienia pogańskich wierzeń, które jednak, ku radości etnografów, przetrwały zakamuflowane w obrządkach religijnych. Szczególnie kilka z nich zasługuje na uwagę. 17 stycznia oraz podczas ostatnich dni karnawału ulicami Mamoiady przechodzą ubrani w maski Mamuthones i Issohadores.

FOT. FOTOTECA ENIT

Mamuthone z karnawału w Mamoiadzie

 

W Oristano koniec karnawałowego szaleństwa uświetnia rodzaj turnieju rycerskiego Sartiglia, w trakcie którego pędzący galopem jeźdźcy w maskach muszą nabić na szpadę srebrną gwiazdę. 1 maja w Cagliari długim pochodem rozpoczyna się Festa di Sant'Efisio. 6 lipca w Sedilo z okazji uroczystości zwanej Ardia urządza się szaleńczy wyścig konny. 14 sierpnia w Sassari obchodzi się natomiast festiwal Discesa dei Candelieri (Faradda di li Candareri), któremu towarzyszy procesja z kilkunastometrowymi ozdobnymi świecznikami niesionymi na ramionach tańczących przy wtórze bębnów reprezentantów cechów rzemieślniczych. W 2013 r. wpisano ją na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Razem z turystami schodzę na ląd niepodobny do żadnego innego, znajdujący się poza czasem i historią, jak napisał o Sardynii angielski pisarz David Herbert Lawrence (1885–1930) w książce Morze i Sardynia (Sea and Sardinia) po krótkiej podróży w 1921 r. Nie napotkam tak jak on na początku XX w. brodatych mężczyzn w berritcie – nakryciu głowy w kształcie długiej rury z czarnej tkaniny, uginających się pod ciężarem mastruci – okrycia ze skóry owcy. Cyceron, gardzący Sardyńczykami z górzystego wnętrza wyspy (być może miał im za złe, iż nie dali się do końca podporządkować Rzymowi), określał ich mianem latruncoli mastrucati (łac. latrunculus – bandyta), najwyraźniej nawiązując do charakterystycznego odzienia. Dzisiaj tradycyjnym strojom sardyńskim można się przyjrzeć albo w muzeach etnograficznych (np. w Nuoro), albo podczas parad. Największą z nich stanowi Cavalcata Sarda odbywająca się w trzecią niedzielę maja w Sassari. Jeśli dopisze mi szczęście, to zobaczę chociaż odziane na czarno sardyńskie wdowy. Będą siedzieć na progach domów w Castelsardo, wyplatając koszyki.

 

WIEPRZOWINA I MAŁŻE
Mało kto domyśla się, że dzisiejsza kuchnia Sardynii daleko bardziej opiera się na mięsie niż na darach morza, co jest ściśle związane z dziejami najstarszych mieszkańców wyspy – Nuorów. Gdy doświadczyli oni najazdów Kartagińczyków od południa i Rzymian od północy, zmuszeni byli opuścić wybrzeże i uciekać w głąb lądu, gdzie osiedlali się na terenach górskich. Nic więc dziwnego, że zajęli się myślistwem i pasterstwem.
Tradycyjny sardyński sposób pieczenia prosiaka – porcetto – w nakrytej kamieniami dziurze w ziemi, nad którą rozpalano ognisko, nie powstał jako przejaw genialnej intuicji kulinarnej, lecz z potrzeby ukrycia faktu, iż pieczyste pochodziło czasami z kradzieży. Obecnie w Barbagii podczas pranzo con i pastori („obiadu z pasterzami”) przy wtórze organetto (małego akordeonu diatonicznego) możemy spróbować tego, co niegdyś jadali Sardyńczycy i co wciąż jest obecne w tutejszej kuchni: cieniutkiego chleba carasau, porcetto, ricotty, oliwek i mocnego czerwonego wina Cannonau, podobno zapewniającego długowieczność.
Po obowiązkowej filiżance cappuccino postanawiam udać się pieszo nową promenadą z portu do centrum Olbii. Przechodząc wzdłuż brzegu zatoki, mijam zanurzonych po pas w wodzie zbieraczy małży arselle (Ruditapes decussatus). Jogheddadori (tak nazywają się ci poławiacze w miejscowym dialekcie gallurskim) używają specjalnego chwytaka, rodzaju kosza z metalowej siatki z doczepionymi do jednego boku kilkunastocentymetrowymi zębami, którymi orzą dno morskie. Spośród wybranych kamieni i mułu wygrzebują mięczaki i odkładają do zawieszonej na plecach torby. W restauracjach przyrządza się z nich potem pyszne dania: spaghetti cozze e arselle, zuppetta cozze e arselle. Na samą myśl aż cieknie mi ślinka! Jednak większość małży, które trafiają na stoły Sardyńczyków, pochodzi z hodowli. W zatoce Olbii zajmują one 150 ha. Co roku uzyskuje się z nich ok. 40 tys. kwintali omułków jadalnych Mytilus galloprovincialis.

 

CAŁY ŚWIAT POD RĘKĄ
Magiczną Sardynię ze względu na jej różnorodność krajobrazową określa się mianem „siedmiu kontynentów” lub „kontynentu w miniaturze”. Podróżnicy odkryją tutaj karaibskie plaże w archipelagu La Maddalena (np. Cala Coticcio) i rozległe laguny pełne ryb i wodnego ptactwa (Stagno di Molentargius w Cagliari oraz Stagno di Cabras niedaleko Oristano), jałowe wzgórza na północnym wschodzie i żyzną nizinę Campidano na południu, dziki masyw górski Gennargentu i jeden z najgłębszych europejskich kanionów – Gorroppu. Wyspę pokrywają szafranowe pola (okolice San Gavino Monreale), lasy korkowe, winnice, dzikie pastwiska, a także najwyższe ruchome wydmy w Europie (Dune di Piscinas). Wschodnie i północno-zachodnie wybrzeże kończą wapienne i granitowe klify, nad którymi krążą sępy płowe. Postindustrialne krajobrazy opuszczonych kopalń kontrastują z mieniącym się wszelkimi barwami światem morskiej flory i fauny. Są tu wytworne, charakterystyczne miasta naznaczone hiszpańskimi wpływami (Cagliari, Sassari, Alghero), takie same od tysięcy lat szałasy pasterzy, zwane pinnettu, rzekome „domy wróżek” (domus de janas) oraz tajemnicze kamienne nuragi – wieże w kształcie ściętych stożków. To właśnie one stały się symbolem Sardynii. Ich liczbę szacuje się na ok. 7 tys. Z większości pozostały ledwie widoczne kamienne okręgi – na przestrzeni wieków Sardyńczycy używali składających się na nie bloków jako łatwo dostępnego budulca do różnych celów. Kilkadziesiąt z nich leży pod asfaltem głównej drogi krajowej łączącej północ z południem wyspy, tzw. Carlo Felice (SS 131). Dopiero centralizacja nadzoru archeologicznego w XX w. przyniosła poprawę sytuacji. Znalazły się pieniądze na wykopaliska i ochronę, której najczęściej podejmują się zrzeszeni w kooperatywach przewodnicy. Mimo to znacznej części tych wież nie objęto żadnym nadzorem, a dotyczy to nawet tych całkiem pokaźnych, jak Santa Barbara niedaleko Macomer. Duże wrażenie robią zwłaszcza tzw. nuragi złożone (nuraghi complessi), czyli kompleksy kilku lub kilkunastu budowli oraz łączących je potężnych murów. Początkowo sądzono, że te osobliwe obiekty pełniły funkcje twierdz, lecz ostatnio coraz więcej naukowców skłania się ku tezie o ich religijnym przeznaczeniu. Podczas pobytu na wyspie trzeba zobaczyć przynajmniej jeden – polecam Santu Antine niedaleko Torralby, Losa koło Abbasanty albo Su Nuraxi w Barumini.

 

NARODZINY SARDYŃSKIEJ TURYSTYKI
Powojenny rząd Regionu Autonomicznego Sardynii uważał, iż najskuteczniejszym lekarstwem na opóźnienie cywilizacyjne obszaru będzie przemysł. Zaczęto inwestować w potężne rafinerie i fabryki, które po latach wzbudzającej zachwyty produkcji straszą dziś kikutami kominów. Zakład przetwarzania ropy naftowej miał powstać także w leżącej na północno-wschodnim wybrzeżu Olbii. Przeszkodziły temu prywatne interesy ówczesnego burmistrza, posiadającego w zatoce rozległe hodowle małży. Szczęśliwie dla niego pewnego dnia w jego biurze pojawił się książę Aga Chan IV, religijny przywódca ismailickich nizarytów, który odkupił 1800 ha ziemi od miejscowych pasterzy z zamiarem wybudowania serii turystycznych kompleksów, hoteli i willi. Radnym pomysł wydawał się absurdalny, nie wart nawet złamanego grosza. Według nich ludzie nie chcieliby tu przyjeżdżać. Dla Sardyńczyków ich rajskie plaże nie przedstawiały żadnej wartości – wszak nie można było na nich wypasać owiec. Mimo iż wydaje się to niedorzeczne, w tamtych czasach na sardyńskich brzegach wylegiwały się wyłącznie krowy. Uparty burmistrz przekonał swoich współpracowników, wydał stosowne pozwolenia i tak... rozpoczął się przewrót, który objął nie tylko ten najbiedniejszy, choć przepiękny zakątek Sardynii, ochrzczony najprawdopodobniej hebrajską nazwą Gallura („kraina wzgórz”), lecz całą wyspę. Zupełnie niepostrzeżenie na miejscu prostych pasterskich domów wyrosło Porto Cervo – miasteczko stylizowane na rustykalną osadę, stanowiące stolicę eleganckiego Szmaragdowego Wybrzeża (Costa Smeralda). Szybko upodobali ją sobie możni tego świata: królowie, książęta, księżniczki, magnaci, muzycy, aktorki, modelki. Znajdowali tutaj to, czego po wojnie zaczęło im brakować na Riwierze Francuskiej – dyskrecję. Z natury powściągliwi Sardyńczycy okazali się wymarzonymi sąsiadami.

 

GŁĘBOKA ZIELEŃ SZMARAGDÓW
W ciągu 50 lat rejon Costa Smeralda zmieniał kilkakrotnie właścicieli oraz rodzaj klienteli. Dziś na głównym placu Porto Cervo – piazzetta delle Chiacchiere – najłatwiej usłyszeć język rosyjski i arabski. Kryzys ostatnich lat przyczynił się do spadku cen. W słynnym luksusowym hotelu Cala di Volpe można przenocować za 10 proc. zwykłych kosztów, czyli niecałe 200 euro. Tyle samo zapłacimy za lunch, ale to już zupełnie inna kwestia...
Co ciekawe, jednymi z pierwszych przybyszów osiadłych na Szmaragdowym Wybrzeżu była żydowska para arystokratów polskiego pochodzenia: Gisèle i Renè Podbielscy. On, niespokojny pisarz dorównujący talentem Philipowi Miltonowi Rothowi i Isaacowi Bashevisowi Singerowi, nie miał szczęścia do wydawców. Ona, ekonomistka o międzynarodowej sławie, w interesującej książce Two European Lives opisała ich perypetie związane z ucieczką z Polski.
Kiedy pogoda na to pozwala – a zatem często, bowiem na Sardynii na cały rok ok. 300 dni przypada słonecznych – jeździmy rodzinnie na wycieczki. Najchętniej wchodzimy na szczyt któregoś ze wzniesień leżących na wprost przypominającej wielki głaz, wapiennej wyspy Tavolara (5,9 km²), spoczywającej w błękitnych wodach Morza Tyrreńskiego. Uchodzi ona za jedno z najmniejszych (nieuznanych) królestw świata. Za jego króla uważał się żyjący w XIX w. Giuseppe Bertoleoni, któremu podobno król Sardynii, Karol Albert Sabaudzki (1798–1849), nadał tytuł w podzięce za wyborną gościnę. Odważni mogą wspiąć się na 565-metrowy najwyższy punkt wyspy – Monte Cannone (Armatę). Na wyprawę należy wyruszyć wcześnie rano, wyłącznie pod opieką wyspecjalizowanego przewodnika, ponieważ po drodze trzeba pokonać m.in. niebezpieczne przejście Passu Malu (Zły Krok). My zadowalamy się raczej piknikiem w bezpiecznej odległości od olbrzymiej skały. Pewnego razu, gdy nieprzemyślanie próbowaliśmy zbliżyć się kajakiem do jej południowego boku, podmuchy mistralu poderwały kilkakrotnie dziób naszej łupiny i niemal wyrzuciły nas w złowieszcze odmęty fal. Od tej pory do brzegów Tavolary dopływamy rejsową łodzią, po czym rozkładamy się na plaży i idziemy nurkować. Ponura zieleń wzgórz kontrastuje z turkusowym morzem i dzięki temu wydaje się ono jeszcze czystsze i głębsze niż w rzeczywistości. Pośród zwartej roślinności uważne oko dostrzeże płochliwe muflony. Latem na morskiej tafli odznaczają się białe sylwetki jachtów manewrujących zwinnie pośród skalistych wysepek. Na ich pokładach opaleni młodzieńcy i dziewczęta w strojach topless, rozleniwieni krezusi i nuworysze rozkoszują się nicnierobieniem.

 

NA TROPIE SARDYNII PRAWDZIWEJ
Ja nad blichtr Szmaragdowego Wybrzeża przedkładam autentyczność Barbagii, gdzie według słów największej sardyńskiej pisarki i noblistki Grazii Deleddy (1871–1936) człowiek czuje się wolny i silny. To być może ostatnie miejsce na Sardynii, w którym mieszkańcy zachowali swoją oryginalną naturę.
    Jedno jest pewne – tę magiczną śródziemnomorską wyspę należy zobaczyć choć raz w życiu. Oferuje ona nieskończony wachlarz atrakcji o każdej porze roku. Co najważniejsze dla nas, Polaków, to właśnie na przepięknej sardyńskiej ziemi nie musimy wybierać między ciepłym morzem z piaszczystymi plażami a malowniczymi górami. Tutaj mamy wszystko w jednym, co stanowi niewątpliwy atut tego zapierającego dech w piersiach zakątka Włoch.
Włoski poeta i piosenkarz Fabrizio De André (1940–1999) uważał: życie na Sardynii jest najlepszym, jakie może sobie wymarzyć człowiek: 24 tys. km² lasów, pól, zanurzonych w cudownym morzu wybrzeży powinno zbiegać się z tym, co radziłbym dobremu Bogu podarować nam jako raj.

 

WYSPA GREKÓW, WYSPA ARTYSTÓW
Podobnie jak Fabrizio De André, myślał pisarz Edmondo De Amicis (1846–1908), ale o Sycylii, a zwłaszcza o Taorminie: Wierzę trochę w piekło, ale bardziej wierzę w raj, bowiem go widziałem… właśnie tutaj. To leżące między Mesyną i Katanią nieduże miasteczko, zawsze pełne turystów (a bywali w nim np. Richard Wagner, Gustaw Klimt, Władimir Nabokov, Anatol France, Francis Ford Coppola, Woody Allen, Greta Garbo czy Cary Grant), to nie tylko butiki i sklepiki przy deptaku, w których sprzedaje się mydło i powidło (m.in. piękną biżuterię). Jego atrakcję stanowi dobrze zachowany starożytny amfiteatr grecki (przebudowany przez Rzymian) – drugi co do wielkości na wyspie, lecz bez wątpienia najpiękniejszy. Z najwyższych jego rzędów rozpościera się fantastyczny widok na Morze Jońskie i wulkan Etna (3343 m n.p.m.).

FOT. FOTOTECA ENIT

Plac 9 Kwietnia w centrum Taorminy

 

Żądni dalszych wrażeń wspinamy się schodami do zawieszonego nad Taorminą miasteczka Castelmola (w ciągu dnia dojeżdża do niego też autobus). Oglądamy ruiny zamku, pochodzącego, jak się przypuszcza, z czasów rzymskich lub najazdu Normanów. Miał on za zadanie strzec przed atakami od strony lądu. Rzeczywiście, w 902 r. Maurom nie udało się go zdobyć, jednak mimo to przerwali mury miejskie i splądrowali osadę. Przez bramę nazywaną dziś Porta dei Saraceni (Bramą Saraceńską) zeszli do Taorminy. W Castelmoli idziemy się orzeźwić pysznym, słodkim mlekiem migdałowym (latte di mandorla) i migdałowym winem w ekscentrycznym barze Turrisi przy Piazza Duomo 19. Zmęczeni wspinaczką wracamy do nadmorskiego kurortu i zjeżdżamy kolejką linową do Mazzarò na plażę niedaleko malutkiej Pięknej Wyspy, czyli Isola Bella.

FOT. FOTOTECA ENIT

Ruiny Borgo Giulano z 1938 r. na tle Etny

 

 

SYCYLIJSKA SZTUKA ŻYCIA
Na Trinacrii (antyczna nazwa Sycylii, z gr. treis – trzy i àkra – cypel) wędrowcy po tłustej, czarnej ziemi wśród zapachu drzew pomarańczowych docierają do wspaniałych świątyń, amfiteatrów i willi. Horyzont wyznacza nieskończona tafla turkusowego morza, a noc rozświetla łuna lawy spełzająca z najwyższego w Europie czynnego wulkanu. Zachwyt przybyszów budzi szczególnie spuścizna kulturalna – pozostałość po najazdach i okupacji przedstawicieli najświetniejszych śródziemnomorskich cywilizacji. Wśród wąskich, zaniedbanych, krzykliwych uliczek zamiast atmosfery tęsknoty za przeszłością odnajdziemy raczej radość z przeżywania każdego dnia. Nie oczekujmy jednak, że gdy usiądziemy w restauracji, grupa Sycylijczyków przy sąsiednim stoliku zacznie nagle wesoło śpiewać, a puszysta mamma podsunie nam pod nos parujący talerz makaronu, zupełnie jak w filmie. Na pierwszy rzut oka mieszkańcy wyspy wydają się nieco markotni, lecz pod tą fasadą kryje się dusza kochająca życie. Aby się o tym przekonać, trzeba pójść wcześnie rano na jeden z miejskich targów: Vucciria, Ballarò lub Capo w Palermo albo A'Piscaria w Katanii. Tam, między stoiskami uginającymi się od wszelakich darów natury, daje o sobie znać ich nieokiełznany sycylijski temperament.

 

KUŹNIA HEFAJSTOSA
Nie mamy czasu na objechanie całej Sycylii, więc postanawiamy ograniczyć się do kilku atrakcji. Nie możemy sobie odmówić przede wszystkim spaceru stokami Etny. Na tę wyprawę trzeba koniecznie wynająć przewodnika, bowiem święta góra, wpisana w 2013 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, bywa bardzo kapryśna i pogoda, a co za tym idzie widoczność, potrafią się zmienić w przeciągu kilku minut. Mniej ambitnym wycieczkowiczom polecam dotrzeć autobusem AST z Katanii (piazza Papa Giovanni XXIII) lub samochodem skądkolwiek od strony wschodniej do Rifugio Sapienza – Schroniska Sapienzy położonego na 1910 m n.p.m., stamtąd podjechać kolejką linową na wysokość ok. 2500 m n.p.m., a ostatni odcinek pokonać busem z napędem na cztery koła. Dalej poniosą nas już tylko nasze własne nogi. Wchodzimy na popularny cel wycieczek: tzw. Torre del Filosofo (Wieżę Filozofa), niewielki stożek, do którego w sezonie wije się wąż turystów. Wzruszone ich butami niewielkie fragmenty lawy podskakują, raniąc nas boleśnie w łydki. Jeśli nam się zdarzy jeszcze kiedyś wspinać się na Etnę, z pewnością nie zapomnimy o długich spodniach!

 

SŁODKA KATANIA
Choć to trochę nie po drodze, postanawiamy pojechać do Agrygentu (Agrigento), aby zobaczyć osławioną Valle dei Templi (Dolinę Świątyń). Zahaczamy o Katanię, jedno z ośmiu miast zaliczanych do podlegającego ochronie UNESCO regionu Val di Noto. Miejscowości te, odbudowane równocześnie po tragicznym trzęsieniu ziemi z 1693 r., są spektakularnym świadectwem szczytu rozkwitu baroku europejskiego. Niełatwo wskazać pośród nich najciekawsze zabytki. W Katanii wyróżniają się Duomo di Sant'Agata (Katedra św. Agaty) oraz szlak architektoniczny Via dei Crociferi. Podczas wizyty w niej nie odmawiamy sobie sycylijskich przysmaków. W restauracji Al Tortellino przy Via Giuseppe Simili, otwartej wyłącznie w porze obiadowej, zamawiamy katańską specjalność – pasta alla Norma, makaron z pomidorowym sosem, smażonymi bakłażanami i startą na tarce słoną ricottą, nazwany na cześć słynnej opery Vincenza Belliniego (1801–1835), syna miasta. Na deser wracamy do historycznego centrum Katanii na włoskie lody, czyli gelato – ulubiony smakołyk dzieci i dorosłych. W XVII w. ich ulepszoną recepturę przywiózł ze sobą do Paryża właśnie Sycylijczyk, Francesco Procopio dei Coltelli (1651–1727), który w stolicy Francji otworzył kawiarnię Café Procope, sprzedającą urzeczonym Paryżanom lodowe specjały.
Katania jest także królestwem granity – słodkiego, na wpół mrożonego deseru przypominającego sorbet, serwowanego klasycznie z bułeczką brioche (brioszką). Powstał on z inspiracji arabskich osadników, którzy przygotowywali sharbat – zimny napój aromatyzowany sokami owocowymi lub wodą różaną. Do jego produkcji używali śniegu z Etny, przechowywanego w nivieri – naturalnych bądź wydrążonych w ziemi dziurach nakrytych kamiennymi szałasami. Latem starte lodowe płatki polewano syropami z owoców – smakołyk nosił nazwę rattata. Z czasem zaczęto korzystać z cynkowego pojemnika, którym kręcono wewnątrz drewnianej kadzi wypełnionej mieszaniną lodu z solą morską. Tradycyjne smaki granity to cytrynowy, jaśminowy, cynamonowy i scursunera (z kozibrodu łąkowego), najpopularniejsze (oprócz cytrynowego) – truskawkowy, migdałowy oraz kawowy (al caffè), królujący w Mesynie. W Katanii spośród wielu doskonałych lokali polecam Caffè Europa przy Corso Italia 302.
Również zamkniętym za murami klasztoru, zajętym modlitwą zakonnicom przychodziły do głowy nowatorskie pomysły na słodkości, np. frutta di Martorana – kolorowe owoce z masy marcepanowej, oraz wykonane z kruchego ciasta minni di virgini, czyli w tłumaczeniu „piersi dziewicy”. Te ostatnie były dziełem XVIII-wiecznej siostry Virgini Casale di Rocca Menna z miejscowości Sambuca di Sicilia, która tłumaczyła się, że zainspirowały ją okoliczne wzgórza. Łasuchom posmakują też z pewnością przysmaki z ricottą: biszkoptowa cassata z kandyzowanymi owocami oraz kruche rurki cannoli.

 

STAROŻYTNA GRECJA
Przez całą ponaddwugodzinną podróż wygodną autostradą A19 i dalej drogą SS640 wyjadamy z torebki marcepanowe owoce, wspominając orzeźwiającą granitę jaśminową. Wreszcie docieramy do wspomnianej Valle dei Templi, leżącej na niewielkim płaskowyżu i odwiedzanej co roku przez ok. 600 tys. turystów. Oglądane z oddali budowle wydają się nie stać na ziemi, lecz wisieć pod błękitnym niebem. Przez 2,5 tys. lat wiatr wgryzał się tutaj w ciała posępnych telamonów podtrzymujących architrawy Świątyni Zeusa Olimpijskiego (Tempio di Zeus Olimpio). Oszczędził jednego – ocalały prawie 8-metrowy atlant znalazł schronienie w Museo Archeologico Regionale (Regionalnym Muzeum Archeologicznym) w Agrygencie, zaś między ruinami leży jego kopia. Słońce nasyca tu złotem wszystko, co oświeca: kwitnące w lutym migdałowce, srebrno-zielone drzewka oliwne, odurzające zapachem krzaki rozmarynu, rzeki i wzgórza. Nagrzewa kolumny z tufu wapiennego, porozrzucane kamienne bloki i głazy – niegdyś stanowiące część „najpiękniejszego miasta śmiertelników”, jak określił założone w 582–580 r. p.n.e. Akragas (Agrygent) Pindar, współczesny mu grecki twórca liryki chóralnej.
Spośród dziesięciu świątyń znajdujących się na terenie Valle dei Templi największa poświęcona jest Zeusowi. Sam Olimp musiał patrzeć z zazdrością na tego wspaniałego, acz niezbyt zgrabnego kolosa, długiego na 113 m i szerokiego na 56 m oraz posiadającego powierzchnię ok. 6,5 tys. m2. W 406 r. p.n.e. podczas oblężenia kartagińskiego w budynku zabarykadowali się podobno wszyscy mieszkańcy Akragas. Dominique Vivant Denon (1747–1825), francuski pionier egiptologii, dyplomata i podróżnik, twierdził, że rozmiar kompleksu miał raczej podrażnić bogów lub przestraszyć ludzi niż przyczynić się do chwały tych pierwszych i zachwycić drugich.
Wszystkie świątynie w dolinie, podpalone przez Kartagińczyków w 406 r. p.n.e., zostały trzy wieki później odbudowane przez Rzymian z poszanowaniem oryginalnego stylu doryckiego. Ostateczny cios zadały im trzęsienia ziemi i chrześcijanie zachęceni edyktem tesalońskim cesarza Teodozjusza I Wielkiego z 380 r. Dewastacji uniknęła jedynie Tempio della Concordia (Świątynia Zgody), którą w 597 r. biskup Agrygentu Grzegorz zamienił na chrześcijańską bazylikę. Dziś wraz z Tempio di Segesta w okolicach miasteczka Calatafimi Segesta w prowincji Trapani uchodzi za najlepiej zachowaną tego typu budowlę dorycką na świecie.

 

POWRÓT NAD CIEŚNINĘ MESYŃSKĄ
Wracamy do Mesyny, zatrzymując się na kilku cudownych, lecz nie dorównujących sardyńskim, plażach: Scala dei Turchi (Schody Turków) w Realmonte, San Lorenzo w Marzamemi, Calamosche w Eloro oraz w miejscu urodzin filozofa i matematyka Archimedesa – Syrakuzach, o których Cyceron powiedział, że były największym i najpiękniejszym z greckich miast. Niezliczone zabytki antyczne, renesansowe i barokowe na syrakuzańskiej wysepce Ortygia (Ortigia) – najstarszej części ośrodka, założonej w 734 r. p.n.e. – tworzą prawdziwą ucztę dla oczu. Szczególnie warto zobaczyć barokową Katedrę (Duomo di Siracusa), która trzyma w objęciach resztki doryckiej świątyni Ateny, oraz największy teatr grecki na Sycylii, gdzie w maju i czerwcu odbywa się międzynarodowy festiwal teatru klasycznego.
Po wizycie na obu wyspach śmiało mogę stwierdzić, że nawet ten, kto zjeździł kontynentalne Włochy wzdłuż i wszerz, ale nigdy nie dotarł do brzegów Sardynii i Sycylii, tak naprawdę nie poznał do końca tego kraju. Kto natomiast przybył w te fascynujące strony, patrzy teraz na Italię z całkowicie innej perspektywy.

Artykuły wybrane losowo

Na koniu przez świat

Jerez   Feria 04

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Jest coś niezmiernie pociągającego w widoku jeźdźca, który na swoim koniu zmierza ku linii horyzontu. Wokół niego rozpościera się pusta przestrzeń, może gdzieś w oddali majaczy las lub brzeg morza, ale tak naprawdę w tej chwili istnieje tylko on, jego wierzchowiec i otaczająca ich przyroda. Ten obraz ma chyba w sobie taką siłę, ponieważ w istocie przedstawia wyjątkowy moment, gdy człowiek i zwierzę działają razem. Ci, którzy jeżdżą konno, zapewne uwielbiają to uczucie pełnej jedności. Odnosi się wówczas wrażenie, że koń rozumie nas niemal tak, jakby mówił naszym językiem. Kto jeszcze tego nie doświadczył, musi koniecznie spróbować.

Więcej…

Kazachstan – kraina różnorodności

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Nowoczesna Astana – widok na miasto z wieżą Bäjterek w oddali

astana  10

© ARCHIWUM AMBASADY KAZACHSTANU W POLSCE

 

Tereny obecnego Kazachstanu zwane były niegdyś skrzyżowaniem Europy i Azji. To miejsce, w którym wpływy Zachodu od wieków ścierały się z kulturą orientalną i tak pozostało do dziś. Historia tego regionu to tysiąclecia migracji, a także najazdów ludów ze wszystkich stron świata. Obszar ten należał m.in. do kaganatu tureckiego, Złotej Ordy, Rosji czy ZSRR. Potężni władcy zabiegali, żeby kazachskie ziemie znalazły się w granicach ich imperiów. Działo się tak nie bez powodu.

 

Ze względu na swoją ogromną powierzchnię (ponad 2,7 mln km2)Kazachstan zalicza się do pierwszej dziesiątki największych państw świata. Mimo iż zdecydowana większość jego terytorium leży w Azji Środkowej, przez co uznawany jest za kraj azjatycki, ok. 13 proc. obszaru pozostaje w granicach Europy (tereny nad Morzem Kaspijskim, na zachód od rzeki Emba). To kraina równin i ciągnących się po horyzont stepów, piaszczystych pustyń i malowniczych pasm górskich. Nieograniczona przestrzeń od wieków przyciąga ludy pasterskie i koczownicze. Nazwa państwa pochodzi z języków starotureckiego i perskiego i odzwierciedla właśnie tę nomadyczną kulturę. „Kazachstan” oznacza „krainę wędrowców”. To terytorium niejednorodne pod względem etnicznym. Tu Wschód spotyka się z Zachodem, a wpływy głównej religii w kraju, islamu, mieszają się ze spuścizną komunistyczną z czasów Związku Radzieckiego (ZSRR), którego republiką było to państwo aż do uzyskania niepodległości 16 grudnia 1991 r.

 

Do Kazachstanu nie docierają masy morskiego powietrza, a jego wybitnie kontynentalny klimat cechują skrajności. Zimy są tutaj niezmiernie mroźne, natomiast lata – suche i upalne. Dość trudne warunki pogodowe i surowość krajobrazu mogą skłaniać do postrzegania tego kraju jako monotonnego i nieprzystępnego. I o ile podróżowanie po nim nie zawsze bywa łatwe, warto odkryć ukrytą w nim różnorodność.

 

Majestatyczny Kanion Szaryński w promieniach zachodzącego słońca

Kazachstan Szaryn1 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Kraj niesamowitych jezior

 

Kazachstan jest największym państwem na świecie pozbawionym dostępu do morza. Nie przeszkadza mu to jednak w posiadaniu własnej floty. Brak ten rekompensują inne akweny, odznaczające się niezwykłą urodą, a także wyjątkowością w skali świata.

 

Zachodnia granica kraju przebiega m.in. wzdłuż brzegów największego na świecie jeziora – Morza Kaspijskiego (371 tys. km² powierzchni). Długość wybrzeża wynosi niemal 1,9 tys. km. W drodze na wschód dotrzemy do leżącego na kazachsko-uzbeckim pograniczu Jeziora Aralskiego (nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim), a raczej tego, co z niego zostało. W wyniku radzieckiego programu wykorzystującego wody Syr-darii i Amu-darii do nawadniania olbrzymich plantacji bawełny, akwen zaczął wysychać i stracił ostatecznie aż ok. 90 proc. swojej pierwotnej powierzchni. Dziś znaczną część jego dawnego obszaru zajmują połacie piachu i uwięzione w nich wraki statków, przemierzających niegdyś wzdłuż i wszerz wielkie Morze Aralskie. Miejsce to znajduje się w niechlubnej czołówce ekologicznych katastrof świata i przykładów destrukcyjnego wpływu człowieka na środowisko. Obecnie organizacje i instytucje międzynarodowe (m.in. Bank Światowy) podejmują działania mające na celu uratowanie zbiornika i osiągają nawet niewielkie sukcesy. Odwrócenie tak ogromnych zniszczeń będzie jednak niezmiernie trudne, a przyszłość dawnej chluby regionu jest niepewna.

 

Wyjątkowy obszar wodny skrywa również rozległa Kotlina Bałchasko-Ałakolska. Mowa o bezodpływowym jeziorze Bałchasz (16,4 tys. km² powierzchni), które wymyka się standardowemu podziałowi zbiorników na słono- i słodkowodne. Wąski przesmyk dzielący akwen nie pozwala na całkowitą wymianę wód. Jedna z jego części pozostaje więc zasolona. Do drugiej natomiast wpływa rzeka Ili. Niesie ona ze sobą masy słodkiej wody pochodzącej z topniejących górskich śniegów.

 

Wśród miejsc, które odwiedziłam w trakcie podróży, niewątpliwie wyróżnia się Kaindy (Kajyngdy). To akwen położony w południowo-wschodniej części kraju, w jednym z pasm gór Tien-szan – Küngej Ałatau. Turkusowy odcień wody i sąsiedztwo zielonych szczytów upodabnia go do innych urokliwych jezior górskich. Jednak Kaindy jest niezmiernie osobliwe. Jego wody skrywają zatopiony las, a widok kikutów świerków wystających na powierzchnię zapada w pamięć na długo. W języku kazachskim „Kaindy” oznacza „brzozowy”, „pełen brzóz”. To niezwykłe jezioro powstało stosunkowo niedawno, w styczniu 1911 r., w wyniku trzęsienia ziemi w dolinie rzeki Czongkemin. Spadające wapienne skały stworzyły naturalną zaporę, a dno wąwozu i rosnący w nim las zostały zalane. Podziwianie zatopionych konarów utrudnia nieco temperatura wody, która nigdy nie wzrasta powyżej 6°C. Jednak widoczne z brzegu drzewa znaczące gładką taflę i tak prezentują się bardzo malowniczo. Mimo iż woda jest lodowata, ze względu na jej przejrzystość ściąga tu wielu nurków chcących podziwiać niesamowitą podwodną scenerię.

 

Podczas wyprawy nad jezioro towarzyszyły nam wspaniałe widoki, ale te w Kazachstanie mogliśmy oglądać niezmiernie często. Dość łatwo dojechaliśmy do wioski Saty, aby po kilku kilometrach minąć cmentarz, przy którym należy skręcić w drogę prowadzącą do zatopionego lasu. I tutaj zaczęły się problemy. Wypożyczony przez nas samochód nie był porządnym autem terenowym, więc wydawało nam się, że to jedna z najgorszych tras, jaką kiedykolwiek przyszło nam pokonać. Prędkość jazdy spadła do 10 km na godzinę, a każda dziura poważnie zagrażała i tak już nadwyrężonemu podwoziu. Niestety, większość wiejskich dróg w Kazachstanie wygląda w ten sposób, dlatego przy planowaniu podróży trzeba wziąć pod uwagę, że dojazd nawet do pozornie blisko położonych miejsc zajmie znacznie więcej czasu, niż można by się spodziewać. Gdy dotarliśmy do przecinającej naszą trasę płytkiej rzeki, wiedzieliśmy, że wyprawa samochodem dobiegła końca. Jakby tego było mało, widoczne na horyzoncie ciemne chmury nad wyraz szybko zaczęły nadciągać w kierunku auta. I choć uwielbiam taką pogodę, to niekoniecznie potrafię się nią cieszyć, kiedy akurat muszę rozkładać namiot. Obawialiśmy się też znacznego pogorszenia warunków na szlaku, który następnego dnia mieliśmy pokonać pieszo. Napływ zwrotnikowych mas powietrza i niewielka ilość chmur sprawiają, że powietrze jest tu latem gorące i bardzo suche. Góry rządzą się jednak własnymi prawami i jak wszędzie mogą zaskoczyć zmianami pogody.

 

Noc upłynęła nam w strugach deszczu, ale poranek zachęcał do ruszenia w drogę. Do celu zostało nam 7 km. Na tym odcinku przekonaliśmy się, że trekking nie należy najwyraźniej do ulubionych zajęć Kazachów. Nikt, dosłownie żaden z miejscowych, nie szedł pieszo, mimo iż okolica wydawała się do tego stworzona. Owszem, ostatni fragment trasy niektórzy przemierzali o własnych siłach, ponieważ nie dało się tu wjechać żadnym pojazdem. Jednak i w tym przypadku sporo osób wybierało przejażdżkę na grzbiecie konia. Piesza wycieczka wydawała się ostatecznością, choć nie wymagała zbytniego wysiłku. Na szlaku napotkaliśmy skupiska jurt i straganów, przy których można było posilić się czy napić herbaty, z czego chętnie skorzystaliśmy.

 

Kaindy nie da się okrążyć, wędrując przy linii wody. Do fragmentów brzegu prowadzą leśne ścieżki. Warto przejść kilkoma z nich, żeby zobaczyć jezioro z różnych stron, gdyż z każdej prezentuje się nieco inaczej. W drodze powrotnej część trasy pokonaliśmy autostopem, ponieważ niezbyt dobrze wyliczyliśmy zapas czasu. Z Kaindy po prostu niełatwo się rozstać.

 

Żyjąca pustynia

 

Wycieczka konna w okolicy Kaindy

Kazachstan Kaindy3 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Ok. 150 km na północny wschód od miasta Ałmaty rozpoczyna się rozległa kraina pretendująca do znalezienia się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To Park Narodowy „Ałtyn-Jemiel”, którego pustynno-stepowy obszar niemal z każdej strony otaczają góry. Latem temperatura bywa tutaj trudna do zniesienia nawet dla osób lubiących upały.

 

Nazwa parku związana jest z historią Mongolii. Użycie po raz pierwszy określenia, które stosuje się do dziś, przypisuje się słynnemu Czyngis-chanowi (urodzonemu między 1155 a 1162 r. i zmarłemu w 1227 r.). Według legendy, gdy w 1219 r. przemierzał te ziemie ze swoją armią i ujrzał na horyzoncie wzgórza skąpane w promieniach słońca, nazwał je „złotym siodłem”, co właśnie znaczy „Ałtyn-Jemiel”. Kiedy zatrzymał się przed wielką równiną, którą chciał wcielić do swojego imperium, użył tego wyrażenia ponownie.

 

Park zajmuje powierzchnię ponad 5,2 tys. km2, dlatego warto przeznaczyć na jego zwiedzanie więcej niż jeden dzień. Zwłaszcza że największe atrakcje, czyli tzw. Śpiewającą Wydmę, góry Aktau i Katutau dzielą od siebie znaczne odległości. Do spędzenia nocy na tym obszarze świetnie nadaje się baza strażników parkowych, będąca zieloną oazą pośrodku pustyni. Można rozstawić tutaj namiot, skorzystać z wody, a nawet z bani, sprawiającej jednak wrażenie używanej dawno temu.

 

Śpiewająca Wydma wznosi się nad płaskim, pustynnym terenem, co sprawia, że góruje nad okolicą. Przy odpowiednim wietrze rozbrzmiewa charakterystycznym dudniącym dźwiękiem. Legendy mówią, że to głosy dusz wojowników pochowanych niegdyś w tym miejscu. Latem „Ałtyn-Jemiel” staje się niemal patelnią. Temperatura sięga 40–50°C i próżno szukać tu przynoszącego ulgę cienia. Dlatego wspinaczka na wysoką na 150 m wydmę w godzinach popołudniowych okazała się zadaniem karkołomnym i zakończyła się dla nas szybciej, niż zakładały plany. Mogliśmy za to chodzić po niej w całkowitej samotności. Wszystkim wybierającym się do parku w okresie letnim polecam jednak przybycie wczesnym rankiem, gdy upał nie daje jeszcze mocno o sobie znać. W tym regionie znajduje się także pięć kamiennych kurhanów Besszatyr, będących cmentarzem i miejscem kultu starożytnych plemion zwanych Sakami (spokrewnionych ze Scytami i Sarmatami), zamieszkujących te ziemie w I tysiącleciu p.n.e. „Ałtyn-Jemiel” sprawia wrażenie rejonu nienadającego się do życia, ale to tylko pozory, gdyż zamieszkują go rozmaite stworzenia. Poza licznymi owadami występuje w tych stronach kilkaset gatunków zwierząt. Zależnie od pory roku można tu spotkać m.in. wilki szare, lisy rude, gazele czarnoogonowe, pieszczanki wielkie, koziorożce syberyjskie, osły azjatyckie (onagery), węże i jaszczurki, a nawet pantery śnieżne (irbisy śnieżne)!

 

Park wolno zwiedzać jedynie od kwietnia do października. Do wstępu na jego teren upoważniają bilety, które kupuje się w biurze w wiosce Basszi. Jeśli nie nabędziemy wejściówek, szlabany ustawione na drodze na granicy obszaru chronionego okażą się najprawdopodobniej przeszkodą nie do przebycia. Basszi to również ostatnie miejsce, w którym możemy zaopatrzyć się w zapasy wody i żywności, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ich uzupełnienie w parku jest niemożliwe.

 

Kazachskie jurty charakteryzują się drzwiami zwróconymi na wschód

Kazachstan jurty Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Na dnie kanionu

 

W południowo-wschodnim Kazachstanie, tuż przy granicy z Chinami, warto odwiedzić też region nietypowy dla azjatyckiego krajobrazu. W rejonie rzeki Szaryn wiatr owiewa wyłonione z morza skały już od 12 mln lat. Kanion Szaryński określany jest mianem młodszego brata słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w stanie Arizona w USA. Wspominając widoki na amerykański cud natury, zastanawiałam się, czy jego kazachski odpowiednik będzie mu w stanie dorównać. Nie zawiodłam się.

 

Czas naszej podróży okazał się nieco niefortunny, gdyż władze kraju wprowadziły akurat ograniczenia w poruszaniu się w strefie przygranicznej. Do odwiedzania miejsc takich jak Kanion Szaryński czy Wielkie Jezioro Ałmaty wymagane były dodatkowe pozwolenia, których wyrobienie trwałoby zbyt długo. Liczyliśmy się z tym, że możemy zostać zawróceni przed samym osiągnięciem celu. Tak się na szczęście nie stało i po wykupieniu biletów w budce strażniczej niezatrzymywani przez nikogo ruszyliśmy przed siebie. Nad krawędź kanionu przybyliśmy w idealnym momencie. Zachodzące słońce oświetlało skały w głębi, wydobywając ich barwę i fakturę. Patrzyliśmy na ten spektakl natury aż do chwili, gdy światło zgasło. Zostawiliśmy samochód na górze, a sami przypominającą serpentynę ścieżką podążyliśmy w dół wąwozu, żeby zanocować w jego wnętrzu. Do celu dotarliśmy po zmroku. Nie byliśmy w stanie ocenić miejsca, w którym rozbijaliśmy namiot. Słyszeliśmy szum przepływającej obok rzeki i wiedzieliśmy, że otaczają nas strome skalne ściany. Wygląd okolicy do rana pozostał tajemnicą.

 

Podczas schodzenia na dno kanionu spotkaliśmy strażnika, u którego wcześniej kupowaliśmy bilety. Pokazał nam, gdzie możemy się rozbić, i zaproponował, żebyśmy po rozstawieniu namiotów podeszli do pobliskiego baru. Nie spodziewałam się niczego więcej niż niewielkiej budki, w której sprzedaje się przekąski i napoje. Nie doceniłam jednak kazachskiej kreatywności. Wspomniany bar był większy, niż myślałam, a dobiegająca z niego muzyka grała znacznie głośniej, niż można by przypuszczać. Przy stołach siedziały grupki miejscowych raczących się piwem i sziszą. Również na niewielkim drewnianym parkiecie robiło się coraz gęściej. Impreza trwała w najlepsze. Okazało się, że bawią się tu głównie ludzie związani z kanionem, m.in. strażnicy czy pracownicy zaplecza turystycznego. Przyjezdnych było jak na lekarstwo. Gospodarze nie pozwolili, abyśmy siedzieli z boku. Po chwili szisza krążyła już wśród nas, zadbano także, żebyśmy zbyt często nie schodzili z parkietu. Wyobrażałam sobie, że noc upłynie nam na toczonych przed namiotem rozmowach i wsłuchiwaniu się w szum Szarynu. W ogóle nie przyszło mi do głowy, iż w takim miejscu będę uczestniczyć w dość hucznej imprezie. Prawdę mówiąc, chociaż świetnie się bawiłam, nie popieram tworzenia tego typu lokali rozrywkowych w regionach o znacznych walorach przyrodniczych. Zwłaszcza że w tej okolicy planuje się ponoć rozbudowanie infrastruktury turystycznej, a nawet postawienie centrum spa. Raczej nie kibicuję temu przedsięwzięciu, bo sam kanion jest naprawdę wystarczającą atrakcją, a im bardziej dziki i naturalny pozostaje, tym lepiej. To – oczywiście – moje zdanie i zdaję sobie sprawę, że niektórym takie udogodnienia mogą odpowiadać.

 

Kazachscy Ujgurzy

 

Wieczór upłynął nam nie tylko na zabawie, ale i na interesujących rozmowach z miejscowymi. Jak się okazało, byli wśród nich Ujgurzy. Są oni grupą etniczną pochodzenia tureckiego. Dawne ujgurskie imperium (kaganat ujgurski, chanat ujgurski), istniejące mniej więcej w latach 744–840, sięgało niemal od Morza Kaspijskiego po Mandżurię, zostało jednak podbite, a jego mieszkańcy w ciągu następnych wieków przenosili się m.in. na tereny podlegające Czyngis-chanowi i kolejnym mongolskim władcom. Ostatecznie Ujgurzy trafili pod panowanie Chińczyków. Obecnie zdecydowana większość ponad 15-milionowej populacji tej ludności zamieszkuje rozległy Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur w północno-zachodnich Chinach. W Kazachstanie żyje ich powyżej 250 tys., osiedlili się głównie na południu, np. w okolicach miasta Ałmaty. Mimo burzliwej przeszłości i braku własnego państwa, Ujgurzy nigdy nie zatracili tożsamości i nie porzucili marzeń o własnym kraju. Świadczą o tym liczne zrywy wolnościowe i powstania, którymi naznaczona jest ich historia. Również i dziś, zmuszani do używania głównie języka mandaryńskiego (standardowego chińskiego, putonghua) i asymilowania chińskiej kultury, nadal walczą o niepodległość. Chociaż uciekają się niekiedy nawet do aktów terroryzmu, większość świata nie wie o ich istnieniu. Ujgurzy opowiadali nam m.in. o swoim pochodzeniu i o tym, czym różni się język ujgurski od kazachskiego. Podkreślanie tych różnic było dla nich bardzo ważne i wiązało się zapewne właśnie z potrzebą zachowania odrębności kulturowej.

 

Spać położyliśmy się dużo później, niż planowaliśmy. Po raz pierwszy przebudziliśmy się o wschodzie słońca. Choć widziany z dna kanionu nie wydawał się zbyt spektakularny, światło pięknie wyeksponowało rozżarzone szczyty otaczających nas skał. Wtedy też zobaczyliśmy, w jak urokliwym miejscu spędziliśmy noc. Na dobre obudziliśmy się kilka godzin później. Zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy na dalsze odkrywanie Kanionu Szaryńskiego. Wracaliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Za dnia mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne w pełnej okazałości.

 

Na koniec warto wspomnieć, że z mniejszością ujgurską związana jest jedna z bardziej oryginalnych budowli znajdujących się na terenie Kazachstanu. Otóż w mieście Żarkent, zaledwie 30 km od granicy z Chinami, wybudowano niezwykły meczet przypominający chińską pagodę. Co ciekawe, wzniesiono go z drewna, bez użycia ani jednego gwoździa. W czasach ZSRR obiekt wykorzystywany był jako wartownia dla pograniczników lub pijalnia herbaty. Od końca lat 60. XX w. uchodzi za zabytek, a władze państwowe przekształciły go w muzeum.

 

Nie tylko przyroda

 

Kazachstan jest nie tylko największym, ale i najbogatszym stabilnie rozwijającym się krajem Azji Środkowej. Widać to zwłaszcza w dużych miastach takich jak Astana czy Ałmaty. To nowoczesne ośrodki, które bez problemu mogą konkurować z zachodnimi metropoliami. Architekci i planiści pragną, żeby ten pierwszy, pełniący od grudnia 1997 r. funkcję stolicy, stał się Berlinem w euroazjatyckim stylu. Jego centrum zaprojektowano z wielkim rozmachem, a futurystyczne budowle i monumentalizm architektury wprawiają w osłupienie. Miasto stanowi zrealizowaną wizję prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, sprawującego swój urząd od początku istnienia współczesnego niepodległego państwa. Zarówno Astana, jak i Ałmaty są ośrodkami przemysłowymi, kulturalno-naukowymi i handlowo-usługowymi. Znajdziemy w nich wiele udogodnień nie tylko dla mieszkańców, ale i turystów. Część miejskiej ludności szybko się bogaci, o czym świadczą liczne drogie samochody przemierzające tutejsze ulice.

 

Symbolem inwestycyjnego rozmachu, tym razem jednak jeszcze z czasów radzieckich, jest kosmodrom Bajkonur. Ten obiekt, wybudowany w 1955 r. ok. 200 km na wschód od Jeziora Aralskiego, to najstarszy i do tej pory nadal największy ośrodek wysyłający statki i promy kosmiczne poza orbitę Ziemi.

 

Mimo iż Kazachstan w porównaniu ze swoimi sąsiadami osiągnął względny sukces gospodarczy związany z wydobyciem surowców naturalnych, dostrzega się tu wyraźnie rozwarstwienie społeczne wynikające z różnic w dochodach, a duże obszary biedy poza wielkimi miastami stanowią wyzwanie dla władz stawiających na ciągły rozwój. Większość społeczeństwa wciąż żyje bardzo skromnie, a o problemach z dostępem do wody w mniejszych miejscowościach mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.

 

Rządzący krajem marzą jednak o zwiększeniu znaczenia Kazachstanu w świecie. To właśnie Astana została gospodarzem Expo 2017, cyklicznej prestiżowej wystawy prezentującej kulturowy, naukowy i techniczny dorobek państw i narodów z całego globu. Impreza rozpocznie się 10 czerwca i potrwa 3 miesiące, a jej temat stanowi energia przyszłości. Jednym z głównych wyzwań będzie uzyskanie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zapewnić bezpieczny i trwały dostęp do energii przy jednoczesnej redukcji emisji dwutlenku węgla.

 

Warto wspomnieć, że w sierpniu 2016 r. pierwszy raz po 14 latach odbyła się oficjalna wizyta prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w Polsce. To spotkanie ma być początkiem zacieśnienia stosunków między oboma państwami. Zapewne przełoży się więc na nasze częstsze kontakty z Kazachami tak w sferze gospodarki, jak i turystyki. Nie bez zasług w dziedzinie budowania wzajemnych relacji pozostaje również działalność kazachskiej ambasady i kierującego nią Ałtaja Abibułłajewa, który doskonale mówi po polsku, co pozwala mu wspaniale promować swoją ojczyznę w Polsce.

 

W 2017 r. Polacy dostaną się do Kazachstanu szybciej i łatwiej. Już od 8 maja Polskie Linie Lotnicze LOT wprowadzają do swojej oferty połączenia z Warszawy do Astany. Będą to pierwsze bezpośrednie loty naszego przewoźnika do Azji Środkowej. W jego rozkładzie znalazły się cztery rejsy w tygodniu (w poniedziałek, środę, czwartek i piątek) samolotami Boeing 737-800 Next Generation. Oprócz tego od 1 stycznia br. polscy obywatele mogą przekraczać kazachską granicę bez wizy, wystarczy jedynie okazanie ważnego paszportu (dotyczy to pobytu do 30 dni). Podróż z Polski do Kazachstanu nigdy jeszcze nie była tak prosta. Warto skorzystać z tej okazji i odkryć ten różnorodny i niezmiernie interesujący kraj.

 

W 7 dni dookoła Islandii

ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

 

<< Islandia bywa często określana mianem „Nowej Zelandii Europy”. Swoje piękno i popularność wśród turystów zawdzięcza wyjątkowemu położeniu geograficznemu, a także surowemu i wilgotnemu klimatowi. Przyciąga podróżników przede wszystkim wspaniałą przyrodą, iście księżycowymi krajobrazami oraz ogromnymi przestrzeniami niezamieszkałych terenów. Za jedną z głównych atrakcji tej fascynującej wyspy uważa się wulkany, których jest ok. 130. Aż 18 spośród nich było aktywnych w ciągu ostatnich dwunastu stuleci. Do największych należą Askja, Katla, Hekla, Hvannadalshnúkur (będący jednocześnie najwyższym szczytem kraju – 2110 m n.p.m.) i Eyjafjallajökull (który spowodował ogromne zamieszanie w międzynarodowym ruchu lotniczym w kwietniu 2010 r.). Poza tym znajdziemy tu również gejzery, gorące źródła, lodowce, wodospady i fiordy. Nie należy też zapominać o tym, że ze względu na bliskość koła podbiegunowego północnego latem na Islandii słońce świeci prawie 24 godziny na dobę, a zimą występują noce polarne, podczas których na niebie pojawiają się przepiękne zorze.>>

Ísland, czyli po islandzku „Kraina Lodu”, leży w północnej części Oceanu Atlantyckiego, na południe od koła podbiegunowego północnego oraz ok. 290 km na wschód od Grenlandii i 750 km na północny zachód od Szkocji. Na jej terytorium składa się głównie wyspa Islandia, a także kilka mniejszych wysepek, w tym archipelag Vestmannaeyjar. Funkcję stolicy pełni Reykjavík, a największymi spośród pozostałych trzydziestu miast są Kópavogur, Hafnarfjörður, Akureyri, Reykjanesbær i Garðabær. Jedynie w tych sześciu ośrodkach miejskich liczba ludności przekracza 10 tys. Jednak to nie one stanowią o niezwykłej atrakcyjności tego kraju, lecz jego nieskazitelna i różnorodna przyroda.

Więcej…