RENATA SUCHODOLSKA
www.poloniasardynia.blox.pl

 

<< Te dwie największe wyspy Morza Śródziemnego łączą podobne losy ziem przez wiele wieków narażonych na najazdy, pustoszonych przez epidemie i rozpalanych przez bunty. Każda z nich jest mimo to inna. Sardynia przypomina raczej zamkniętą w sobie, nieufną, lecz dumną siostrę jakże odmiennej, towarzyskiej i rozgadanej Sycylii. I jedna, i druga stara się jednak pozostać niezmienna, choć czas upływa nieubłaganie. Może właśnie dlatego dopiero w XX stuleciu pozwoliły, aby przemysł turystyczny na stałe zagościł w ich progach. >>

Oba te regiony autonomiczne Włoch zajmują zbliżoną powierzchnię (24,1 km2 i 25,7 tys. km2), ale naznaczoną wulkanami Sycylię zamieszkuje dużo większa liczba ludności niż skalistą Sardynię. Znajdują się w strefie klimatu śródziemnomorskiego z łagodną zimą i gorącym latem. Wraz z francuską Korsyką i Półwyspem Apenińskim tworzą granicę Morza Tyrreńskiego.
Swoją wyprawę zaczynam od sardyńskich brzegów, aby następnie dotrzeć do sycylijskiego lądu i opuścić go w Mesynie, zwróconej w stronę włoskiego regionu Kalabria.

 

OSOBLIWI WYSPIARZE
Zeskakuję z koi, nim megafon obwieszczający bliskość portu wrzaśnie, budząc wszystkich pasażerów. Opatulona wybiegam na pokład. Jest jak za każdym razem, gdy dopływam do brzegów Sardynii promem: za rufą horyzont żarzy się od wschodzącego słońca, a od dziobu zuchwały mistral uderza w nozdrza charakterystycznym zapachem makii śródziemnomorskiej. Wciągam w płuca potężny haust powietrza.
Położona strategicznie na szlakach handlowych antyczna Ichnusa (dzisiaj tę nazwę nosi lokalne piwo) od czasów starożytnych kusiła ambitnych kupców. Od VIII w. p.n.e. Fenicjanie zakładali tu swoje placówki, które rozrosły się później w tętniące życiem miasta: Caralis (Cagliari), Nora, Bithia, Sulcis na południu oraz Tharros na zachodnim wybrzeżu. Dziś do ruin dwóch z nich, Nory i Tharros, ściągają rzesze turystów. Kartagińczycy z kolei uczynili z Sardynii spichlerz śródziemnomorski. Pod ich panowaniem sadzenie drzew owocowych na terenach przeznaczonych pod uprawę zboża było karane śmiercią. Rzymianie pozostawili na wyspie sieć dróg i mostów – podczas spacerów polami można się ciągle natknąć na niektóre z nich. Bizantyjczycy przyczynili się do wyplenienia pogańskich wierzeń, które jednak, ku radości etnografów, przetrwały zakamuflowane w obrządkach religijnych. Szczególnie kilka z nich zasługuje na uwagę. 17 stycznia oraz podczas ostatnich dni karnawału ulicami Mamoiady przechodzą ubrani w maski Mamuthones i Issohadores.

FOT. FOTOTECA ENIT

Mamuthone z karnawału w Mamoiadzie

 

W Oristano koniec karnawałowego szaleństwa uświetnia rodzaj turnieju rycerskiego Sartiglia, w trakcie którego pędzący galopem jeźdźcy w maskach muszą nabić na szpadę srebrną gwiazdę. 1 maja w Cagliari długim pochodem rozpoczyna się Festa di Sant'Efisio. 6 lipca w Sedilo z okazji uroczystości zwanej Ardia urządza się szaleńczy wyścig konny. 14 sierpnia w Sassari obchodzi się natomiast festiwal Discesa dei Candelieri (Faradda di li Candareri), któremu towarzyszy procesja z kilkunastometrowymi ozdobnymi świecznikami niesionymi na ramionach tańczących przy wtórze bębnów reprezentantów cechów rzemieślniczych. W 2013 r. wpisano ją na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Razem z turystami schodzę na ląd niepodobny do żadnego innego, znajdujący się poza czasem i historią, jak napisał o Sardynii angielski pisarz David Herbert Lawrence (1885–1930) w książce Morze i Sardynia (Sea and Sardinia) po krótkiej podróży w 1921 r. Nie napotkam tak jak on na początku XX w. brodatych mężczyzn w berritcie – nakryciu głowy w kształcie długiej rury z czarnej tkaniny, uginających się pod ciężarem mastruci – okrycia ze skóry owcy. Cyceron, gardzący Sardyńczykami z górzystego wnętrza wyspy (być może miał im za złe, iż nie dali się do końca podporządkować Rzymowi), określał ich mianem latruncoli mastrucati (łac. latrunculus – bandyta), najwyraźniej nawiązując do charakterystycznego odzienia. Dzisiaj tradycyjnym strojom sardyńskim można się przyjrzeć albo w muzeach etnograficznych (np. w Nuoro), albo podczas parad. Największą z nich stanowi Cavalcata Sarda odbywająca się w trzecią niedzielę maja w Sassari. Jeśli dopisze mi szczęście, to zobaczę chociaż odziane na czarno sardyńskie wdowy. Będą siedzieć na progach domów w Castelsardo, wyplatając koszyki.

 

WIEPRZOWINA I MAŁŻE
Mało kto domyśla się, że dzisiejsza kuchnia Sardynii daleko bardziej opiera się na mięsie niż na darach morza, co jest ściśle związane z dziejami najstarszych mieszkańców wyspy – Nuorów. Gdy doświadczyli oni najazdów Kartagińczyków od południa i Rzymian od północy, zmuszeni byli opuścić wybrzeże i uciekać w głąb lądu, gdzie osiedlali się na terenach górskich. Nic więc dziwnego, że zajęli się myślistwem i pasterstwem.
Tradycyjny sardyński sposób pieczenia prosiaka – porcetto – w nakrytej kamieniami dziurze w ziemi, nad którą rozpalano ognisko, nie powstał jako przejaw genialnej intuicji kulinarnej, lecz z potrzeby ukrycia faktu, iż pieczyste pochodziło czasami z kradzieży. Obecnie w Barbagii podczas pranzo con i pastori („obiadu z pasterzami”) przy wtórze organetto (małego akordeonu diatonicznego) możemy spróbować tego, co niegdyś jadali Sardyńczycy i co wciąż jest obecne w tutejszej kuchni: cieniutkiego chleba carasau, porcetto, ricotty, oliwek i mocnego czerwonego wina Cannonau, podobno zapewniającego długowieczność.
Po obowiązkowej filiżance cappuccino postanawiam udać się pieszo nową promenadą z portu do centrum Olbii. Przechodząc wzdłuż brzegu zatoki, mijam zanurzonych po pas w wodzie zbieraczy małży arselle (Ruditapes decussatus). Jogheddadori (tak nazywają się ci poławiacze w miejscowym dialekcie gallurskim) używają specjalnego chwytaka, rodzaju kosza z metalowej siatki z doczepionymi do jednego boku kilkunastocentymetrowymi zębami, którymi orzą dno morskie. Spośród wybranych kamieni i mułu wygrzebują mięczaki i odkładają do zawieszonej na plecach torby. W restauracjach przyrządza się z nich potem pyszne dania: spaghetti cozze e arselle, zuppetta cozze e arselle. Na samą myśl aż cieknie mi ślinka! Jednak większość małży, które trafiają na stoły Sardyńczyków, pochodzi z hodowli. W zatoce Olbii zajmują one 150 ha. Co roku uzyskuje się z nich ok. 40 tys. kwintali omułków jadalnych Mytilus galloprovincialis.

 

CAŁY ŚWIAT POD RĘKĄ
Magiczną Sardynię ze względu na jej różnorodność krajobrazową określa się mianem „siedmiu kontynentów” lub „kontynentu w miniaturze”. Podróżnicy odkryją tutaj karaibskie plaże w archipelagu La Maddalena (np. Cala Coticcio) i rozległe laguny pełne ryb i wodnego ptactwa (Stagno di Molentargius w Cagliari oraz Stagno di Cabras niedaleko Oristano), jałowe wzgórza na północnym wschodzie i żyzną nizinę Campidano na południu, dziki masyw górski Gennargentu i jeden z najgłębszych europejskich kanionów – Gorroppu. Wyspę pokrywają szafranowe pola (okolice San Gavino Monreale), lasy korkowe, winnice, dzikie pastwiska, a także najwyższe ruchome wydmy w Europie (Dune di Piscinas). Wschodnie i północno-zachodnie wybrzeże kończą wapienne i granitowe klify, nad którymi krążą sępy płowe. Postindustrialne krajobrazy opuszczonych kopalń kontrastują z mieniącym się wszelkimi barwami światem morskiej flory i fauny. Są tu wytworne, charakterystyczne miasta naznaczone hiszpańskimi wpływami (Cagliari, Sassari, Alghero), takie same od tysięcy lat szałasy pasterzy, zwane pinnettu, rzekome „domy wróżek” (domus de janas) oraz tajemnicze kamienne nuragi – wieże w kształcie ściętych stożków. To właśnie one stały się symbolem Sardynii. Ich liczbę szacuje się na ok. 7 tys. Z większości pozostały ledwie widoczne kamienne okręgi – na przestrzeni wieków Sardyńczycy używali składających się na nie bloków jako łatwo dostępnego budulca do różnych celów. Kilkadziesiąt z nich leży pod asfaltem głównej drogi krajowej łączącej północ z południem wyspy, tzw. Carlo Felice (SS 131). Dopiero centralizacja nadzoru archeologicznego w XX w. przyniosła poprawę sytuacji. Znalazły się pieniądze na wykopaliska i ochronę, której najczęściej podejmują się zrzeszeni w kooperatywach przewodnicy. Mimo to znacznej części tych wież nie objęto żadnym nadzorem, a dotyczy to nawet tych całkiem pokaźnych, jak Santa Barbara niedaleko Macomer. Duże wrażenie robią zwłaszcza tzw. nuragi złożone (nuraghi complessi), czyli kompleksy kilku lub kilkunastu budowli oraz łączących je potężnych murów. Początkowo sądzono, że te osobliwe obiekty pełniły funkcje twierdz, lecz ostatnio coraz więcej naukowców skłania się ku tezie o ich religijnym przeznaczeniu. Podczas pobytu na wyspie trzeba zobaczyć przynajmniej jeden – polecam Santu Antine niedaleko Torralby, Losa koło Abbasanty albo Su Nuraxi w Barumini.

 

NARODZINY SARDYŃSKIEJ TURYSTYKI
Powojenny rząd Regionu Autonomicznego Sardynii uważał, iż najskuteczniejszym lekarstwem na opóźnienie cywilizacyjne obszaru będzie przemysł. Zaczęto inwestować w potężne rafinerie i fabryki, które po latach wzbudzającej zachwyty produkcji straszą dziś kikutami kominów. Zakład przetwarzania ropy naftowej miał powstać także w leżącej na północno-wschodnim wybrzeżu Olbii. Przeszkodziły temu prywatne interesy ówczesnego burmistrza, posiadającego w zatoce rozległe hodowle małży. Szczęśliwie dla niego pewnego dnia w jego biurze pojawił się książę Aga Chan IV, religijny przywódca ismailickich nizarytów, który odkupił 1800 ha ziemi od miejscowych pasterzy z zamiarem wybudowania serii turystycznych kompleksów, hoteli i willi. Radnym pomysł wydawał się absurdalny, nie wart nawet złamanego grosza. Według nich ludzie nie chcieliby tu przyjeżdżać. Dla Sardyńczyków ich rajskie plaże nie przedstawiały żadnej wartości – wszak nie można było na nich wypasać owiec. Mimo iż wydaje się to niedorzeczne, w tamtych czasach na sardyńskich brzegach wylegiwały się wyłącznie krowy. Uparty burmistrz przekonał swoich współpracowników, wydał stosowne pozwolenia i tak... rozpoczął się przewrót, który objął nie tylko ten najbiedniejszy, choć przepiękny zakątek Sardynii, ochrzczony najprawdopodobniej hebrajską nazwą Gallura („kraina wzgórz”), lecz całą wyspę. Zupełnie niepostrzeżenie na miejscu prostych pasterskich domów wyrosło Porto Cervo – miasteczko stylizowane na rustykalną osadę, stanowiące stolicę eleganckiego Szmaragdowego Wybrzeża (Costa Smeralda). Szybko upodobali ją sobie możni tego świata: królowie, książęta, księżniczki, magnaci, muzycy, aktorki, modelki. Znajdowali tutaj to, czego po wojnie zaczęło im brakować na Riwierze Francuskiej – dyskrecję. Z natury powściągliwi Sardyńczycy okazali się wymarzonymi sąsiadami.

 

GŁĘBOKA ZIELEŃ SZMARAGDÓW
W ciągu 50 lat rejon Costa Smeralda zmieniał kilkakrotnie właścicieli oraz rodzaj klienteli. Dziś na głównym placu Porto Cervo – piazzetta delle Chiacchiere – najłatwiej usłyszeć język rosyjski i arabski. Kryzys ostatnich lat przyczynił się do spadku cen. W słynnym luksusowym hotelu Cala di Volpe można przenocować za 10 proc. zwykłych kosztów, czyli niecałe 200 euro. Tyle samo zapłacimy za lunch, ale to już zupełnie inna kwestia...
Co ciekawe, jednymi z pierwszych przybyszów osiadłych na Szmaragdowym Wybrzeżu była żydowska para arystokratów polskiego pochodzenia: Gisèle i Renè Podbielscy. On, niespokojny pisarz dorównujący talentem Philipowi Miltonowi Rothowi i Isaacowi Bashevisowi Singerowi, nie miał szczęścia do wydawców. Ona, ekonomistka o międzynarodowej sławie, w interesującej książce Two European Lives opisała ich perypetie związane z ucieczką z Polski.
Kiedy pogoda na to pozwala – a zatem często, bowiem na Sardynii na cały rok ok. 300 dni przypada słonecznych – jeździmy rodzinnie na wycieczki. Najchętniej wchodzimy na szczyt któregoś ze wzniesień leżących na wprost przypominającej wielki głaz, wapiennej wyspy Tavolara (5,9 km²), spoczywającej w błękitnych wodach Morza Tyrreńskiego. Uchodzi ona za jedno z najmniejszych (nieuznanych) królestw świata. Za jego króla uważał się żyjący w XIX w. Giuseppe Bertoleoni, któremu podobno król Sardynii, Karol Albert Sabaudzki (1798–1849), nadał tytuł w podzięce za wyborną gościnę. Odważni mogą wspiąć się na 565-metrowy najwyższy punkt wyspy – Monte Cannone (Armatę). Na wyprawę należy wyruszyć wcześnie rano, wyłącznie pod opieką wyspecjalizowanego przewodnika, ponieważ po drodze trzeba pokonać m.in. niebezpieczne przejście Passu Malu (Zły Krok). My zadowalamy się raczej piknikiem w bezpiecznej odległości od olbrzymiej skały. Pewnego razu, gdy nieprzemyślanie próbowaliśmy zbliżyć się kajakiem do jej południowego boku, podmuchy mistralu poderwały kilkakrotnie dziób naszej łupiny i niemal wyrzuciły nas w złowieszcze odmęty fal. Od tej pory do brzegów Tavolary dopływamy rejsową łodzią, po czym rozkładamy się na plaży i idziemy nurkować. Ponura zieleń wzgórz kontrastuje z turkusowym morzem i dzięki temu wydaje się ono jeszcze czystsze i głębsze niż w rzeczywistości. Pośród zwartej roślinności uważne oko dostrzeże płochliwe muflony. Latem na morskiej tafli odznaczają się białe sylwetki jachtów manewrujących zwinnie pośród skalistych wysepek. Na ich pokładach opaleni młodzieńcy i dziewczęta w strojach topless, rozleniwieni krezusi i nuworysze rozkoszują się nicnierobieniem.

 

NA TROPIE SARDYNII PRAWDZIWEJ
Ja nad blichtr Szmaragdowego Wybrzeża przedkładam autentyczność Barbagii, gdzie według słów największej sardyńskiej pisarki i noblistki Grazii Deleddy (1871–1936) człowiek czuje się wolny i silny. To być może ostatnie miejsce na Sardynii, w którym mieszkańcy zachowali swoją oryginalną naturę.
    Jedno jest pewne – tę magiczną śródziemnomorską wyspę należy zobaczyć choć raz w życiu. Oferuje ona nieskończony wachlarz atrakcji o każdej porze roku. Co najważniejsze dla nas, Polaków, to właśnie na przepięknej sardyńskiej ziemi nie musimy wybierać między ciepłym morzem z piaszczystymi plażami a malowniczymi górami. Tutaj mamy wszystko w jednym, co stanowi niewątpliwy atut tego zapierającego dech w piersiach zakątka Włoch.
Włoski poeta i piosenkarz Fabrizio De André (1940–1999) uważał: życie na Sardynii jest najlepszym, jakie może sobie wymarzyć człowiek: 24 tys. km² lasów, pól, zanurzonych w cudownym morzu wybrzeży powinno zbiegać się z tym, co radziłbym dobremu Bogu podarować nam jako raj.

 

WYSPA GREKÓW, WYSPA ARTYSTÓW
Podobnie jak Fabrizio De André, myślał pisarz Edmondo De Amicis (1846–1908), ale o Sycylii, a zwłaszcza o Taorminie: Wierzę trochę w piekło, ale bardziej wierzę w raj, bowiem go widziałem… właśnie tutaj. To leżące między Mesyną i Katanią nieduże miasteczko, zawsze pełne turystów (a bywali w nim np. Richard Wagner, Gustaw Klimt, Władimir Nabokov, Anatol France, Francis Ford Coppola, Woody Allen, Greta Garbo czy Cary Grant), to nie tylko butiki i sklepiki przy deptaku, w których sprzedaje się mydło i powidło (m.in. piękną biżuterię). Jego atrakcję stanowi dobrze zachowany starożytny amfiteatr grecki (przebudowany przez Rzymian) – drugi co do wielkości na wyspie, lecz bez wątpienia najpiękniejszy. Z najwyższych jego rzędów rozpościera się fantastyczny widok na Morze Jońskie i wulkan Etna (3343 m n.p.m.).

FOT. FOTOTECA ENIT

Plac 9 Kwietnia w centrum Taorminy

 

Żądni dalszych wrażeń wspinamy się schodami do zawieszonego nad Taorminą miasteczka Castelmola (w ciągu dnia dojeżdża do niego też autobus). Oglądamy ruiny zamku, pochodzącego, jak się przypuszcza, z czasów rzymskich lub najazdu Normanów. Miał on za zadanie strzec przed atakami od strony lądu. Rzeczywiście, w 902 r. Maurom nie udało się go zdobyć, jednak mimo to przerwali mury miejskie i splądrowali osadę. Przez bramę nazywaną dziś Porta dei Saraceni (Bramą Saraceńską) zeszli do Taorminy. W Castelmoli idziemy się orzeźwić pysznym, słodkim mlekiem migdałowym (latte di mandorla) i migdałowym winem w ekscentrycznym barze Turrisi przy Piazza Duomo 19. Zmęczeni wspinaczką wracamy do nadmorskiego kurortu i zjeżdżamy kolejką linową do Mazzarò na plażę niedaleko malutkiej Pięknej Wyspy, czyli Isola Bella.

FOT. FOTOTECA ENIT

Ruiny Borgo Giulano z 1938 r. na tle Etny

 

 

SYCYLIJSKA SZTUKA ŻYCIA
Na Trinacrii (antyczna nazwa Sycylii, z gr. treis – trzy i àkra – cypel) wędrowcy po tłustej, czarnej ziemi wśród zapachu drzew pomarańczowych docierają do wspaniałych świątyń, amfiteatrów i willi. Horyzont wyznacza nieskończona tafla turkusowego morza, a noc rozświetla łuna lawy spełzająca z najwyższego w Europie czynnego wulkanu. Zachwyt przybyszów budzi szczególnie spuścizna kulturalna – pozostałość po najazdach i okupacji przedstawicieli najświetniejszych śródziemnomorskich cywilizacji. Wśród wąskich, zaniedbanych, krzykliwych uliczek zamiast atmosfery tęsknoty za przeszłością odnajdziemy raczej radość z przeżywania każdego dnia. Nie oczekujmy jednak, że gdy usiądziemy w restauracji, grupa Sycylijczyków przy sąsiednim stoliku zacznie nagle wesoło śpiewać, a puszysta mamma podsunie nam pod nos parujący talerz makaronu, zupełnie jak w filmie. Na pierwszy rzut oka mieszkańcy wyspy wydają się nieco markotni, lecz pod tą fasadą kryje się dusza kochająca życie. Aby się o tym przekonać, trzeba pójść wcześnie rano na jeden z miejskich targów: Vucciria, Ballarò lub Capo w Palermo albo A'Piscaria w Katanii. Tam, między stoiskami uginającymi się od wszelakich darów natury, daje o sobie znać ich nieokiełznany sycylijski temperament.

 

KUŹNIA HEFAJSTOSA
Nie mamy czasu na objechanie całej Sycylii, więc postanawiamy ograniczyć się do kilku atrakcji. Nie możemy sobie odmówić przede wszystkim spaceru stokami Etny. Na tę wyprawę trzeba koniecznie wynająć przewodnika, bowiem święta góra, wpisana w 2013 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, bywa bardzo kapryśna i pogoda, a co za tym idzie widoczność, potrafią się zmienić w przeciągu kilku minut. Mniej ambitnym wycieczkowiczom polecam dotrzeć autobusem AST z Katanii (piazza Papa Giovanni XXIII) lub samochodem skądkolwiek od strony wschodniej do Rifugio Sapienza – Schroniska Sapienzy położonego na 1910 m n.p.m., stamtąd podjechać kolejką linową na wysokość ok. 2500 m n.p.m., a ostatni odcinek pokonać busem z napędem na cztery koła. Dalej poniosą nas już tylko nasze własne nogi. Wchodzimy na popularny cel wycieczek: tzw. Torre del Filosofo (Wieżę Filozofa), niewielki stożek, do którego w sezonie wije się wąż turystów. Wzruszone ich butami niewielkie fragmenty lawy podskakują, raniąc nas boleśnie w łydki. Jeśli nam się zdarzy jeszcze kiedyś wspinać się na Etnę, z pewnością nie zapomnimy o długich spodniach!

 

SŁODKA KATANIA
Choć to trochę nie po drodze, postanawiamy pojechać do Agrygentu (Agrigento), aby zobaczyć osławioną Valle dei Templi (Dolinę Świątyń). Zahaczamy o Katanię, jedno z ośmiu miast zaliczanych do podlegającego ochronie UNESCO regionu Val di Noto. Miejscowości te, odbudowane równocześnie po tragicznym trzęsieniu ziemi z 1693 r., są spektakularnym świadectwem szczytu rozkwitu baroku europejskiego. Niełatwo wskazać pośród nich najciekawsze zabytki. W Katanii wyróżniają się Duomo di Sant'Agata (Katedra św. Agaty) oraz szlak architektoniczny Via dei Crociferi. Podczas wizyty w niej nie odmawiamy sobie sycylijskich przysmaków. W restauracji Al Tortellino przy Via Giuseppe Simili, otwartej wyłącznie w porze obiadowej, zamawiamy katańską specjalność – pasta alla Norma, makaron z pomidorowym sosem, smażonymi bakłażanami i startą na tarce słoną ricottą, nazwany na cześć słynnej opery Vincenza Belliniego (1801–1835), syna miasta. Na deser wracamy do historycznego centrum Katanii na włoskie lody, czyli gelato – ulubiony smakołyk dzieci i dorosłych. W XVII w. ich ulepszoną recepturę przywiózł ze sobą do Paryża właśnie Sycylijczyk, Francesco Procopio dei Coltelli (1651–1727), który w stolicy Francji otworzył kawiarnię Café Procope, sprzedającą urzeczonym Paryżanom lodowe specjały.
Katania jest także królestwem granity – słodkiego, na wpół mrożonego deseru przypominającego sorbet, serwowanego klasycznie z bułeczką brioche (brioszką). Powstał on z inspiracji arabskich osadników, którzy przygotowywali sharbat – zimny napój aromatyzowany sokami owocowymi lub wodą różaną. Do jego produkcji używali śniegu z Etny, przechowywanego w nivieri – naturalnych bądź wydrążonych w ziemi dziurach nakrytych kamiennymi szałasami. Latem starte lodowe płatki polewano syropami z owoców – smakołyk nosił nazwę rattata. Z czasem zaczęto korzystać z cynkowego pojemnika, którym kręcono wewnątrz drewnianej kadzi wypełnionej mieszaniną lodu z solą morską. Tradycyjne smaki granity to cytrynowy, jaśminowy, cynamonowy i scursunera (z kozibrodu łąkowego), najpopularniejsze (oprócz cytrynowego) – truskawkowy, migdałowy oraz kawowy (al caffè), królujący w Mesynie. W Katanii spośród wielu doskonałych lokali polecam Caffè Europa przy Corso Italia 302.
Również zamkniętym za murami klasztoru, zajętym modlitwą zakonnicom przychodziły do głowy nowatorskie pomysły na słodkości, np. frutta di Martorana – kolorowe owoce z masy marcepanowej, oraz wykonane z kruchego ciasta minni di virgini, czyli w tłumaczeniu „piersi dziewicy”. Te ostatnie były dziełem XVIII-wiecznej siostry Virgini Casale di Rocca Menna z miejscowości Sambuca di Sicilia, która tłumaczyła się, że zainspirowały ją okoliczne wzgórza. Łasuchom posmakują też z pewnością przysmaki z ricottą: biszkoptowa cassata z kandyzowanymi owocami oraz kruche rurki cannoli.

 

STAROŻYTNA GRECJA
Przez całą ponaddwugodzinną podróż wygodną autostradą A19 i dalej drogą SS640 wyjadamy z torebki marcepanowe owoce, wspominając orzeźwiającą granitę jaśminową. Wreszcie docieramy do wspomnianej Valle dei Templi, leżącej na niewielkim płaskowyżu i odwiedzanej co roku przez ok. 600 tys. turystów. Oglądane z oddali budowle wydają się nie stać na ziemi, lecz wisieć pod błękitnym niebem. Przez 2,5 tys. lat wiatr wgryzał się tutaj w ciała posępnych telamonów podtrzymujących architrawy Świątyni Zeusa Olimpijskiego (Tempio di Zeus Olimpio). Oszczędził jednego – ocalały prawie 8-metrowy atlant znalazł schronienie w Museo Archeologico Regionale (Regionalnym Muzeum Archeologicznym) w Agrygencie, zaś między ruinami leży jego kopia. Słońce nasyca tu złotem wszystko, co oświeca: kwitnące w lutym migdałowce, srebrno-zielone drzewka oliwne, odurzające zapachem krzaki rozmarynu, rzeki i wzgórza. Nagrzewa kolumny z tufu wapiennego, porozrzucane kamienne bloki i głazy – niegdyś stanowiące część „najpiękniejszego miasta śmiertelników”, jak określił założone w 582–580 r. p.n.e. Akragas (Agrygent) Pindar, współczesny mu grecki twórca liryki chóralnej.
Spośród dziesięciu świątyń znajdujących się na terenie Valle dei Templi największa poświęcona jest Zeusowi. Sam Olimp musiał patrzeć z zazdrością na tego wspaniałego, acz niezbyt zgrabnego kolosa, długiego na 113 m i szerokiego na 56 m oraz posiadającego powierzchnię ok. 6,5 tys. m2. W 406 r. p.n.e. podczas oblężenia kartagińskiego w budynku zabarykadowali się podobno wszyscy mieszkańcy Akragas. Dominique Vivant Denon (1747–1825), francuski pionier egiptologii, dyplomata i podróżnik, twierdził, że rozmiar kompleksu miał raczej podrażnić bogów lub przestraszyć ludzi niż przyczynić się do chwały tych pierwszych i zachwycić drugich.
Wszystkie świątynie w dolinie, podpalone przez Kartagińczyków w 406 r. p.n.e., zostały trzy wieki później odbudowane przez Rzymian z poszanowaniem oryginalnego stylu doryckiego. Ostateczny cios zadały im trzęsienia ziemi i chrześcijanie zachęceni edyktem tesalońskim cesarza Teodozjusza I Wielkiego z 380 r. Dewastacji uniknęła jedynie Tempio della Concordia (Świątynia Zgody), którą w 597 r. biskup Agrygentu Grzegorz zamienił na chrześcijańską bazylikę. Dziś wraz z Tempio di Segesta w okolicach miasteczka Calatafimi Segesta w prowincji Trapani uchodzi za najlepiej zachowaną tego typu budowlę dorycką na świecie.

 

POWRÓT NAD CIEŚNINĘ MESYŃSKĄ
Wracamy do Mesyny, zatrzymując się na kilku cudownych, lecz nie dorównujących sardyńskim, plażach: Scala dei Turchi (Schody Turków) w Realmonte, San Lorenzo w Marzamemi, Calamosche w Eloro oraz w miejscu urodzin filozofa i matematyka Archimedesa – Syrakuzach, o których Cyceron powiedział, że były największym i najpiękniejszym z greckich miast. Niezliczone zabytki antyczne, renesansowe i barokowe na syrakuzańskiej wysepce Ortygia (Ortigia) – najstarszej części ośrodka, założonej w 734 r. p.n.e. – tworzą prawdziwą ucztę dla oczu. Szczególnie warto zobaczyć barokową Katedrę (Duomo di Siracusa), która trzyma w objęciach resztki doryckiej świątyni Ateny, oraz największy teatr grecki na Sycylii, gdzie w maju i czerwcu odbywa się międzynarodowy festiwal teatru klasycznego.
Po wizycie na obu wyspach śmiało mogę stwierdzić, że nawet ten, kto zjeździł kontynentalne Włochy wzdłuż i wszerz, ale nigdy nie dotarł do brzegów Sardynii i Sycylii, tak naprawdę nie poznał do końca tego kraju. Kto natomiast przybył w te fascynujące strony, patrzy teraz na Italię z całkowicie innej perspektywy.

Artykuły wybrane losowo

Klejnot równika – Indonezja

Darmansjah Djumala – ambasador Republiki Indonezji w Polsce – odpowiada na pytania Michała Domańskiego.

 

Co Indonezja może zaoferować polskim turystom?

Moim zdaniem, praktycznie wszystko – bogatą kulturę, przyrodę, kuchnię i tradycję. Indonezja ma mnóstwo plaż, zarówno pełnych zgiełku i tłumów turystów, np. Kuta w południowej części Bali, jak i spokojnych, cichych, m.in. Senggigi na wyspie Lombok. Są też wybrzeża, choćby na archipelagu Mentawai, które oferują doskonałe warunki dla miłośników surfingu. Amatorzy podnoszących adrenalinę przygód mogą odkrywać u nas głębokie, rwące potoki, tajemnicze jaskinie, skały i klify. Co do wydarzeń kulturalnych – w naszym kraju istnieje ogromna liczba barwnych kultur (ok. 300 grup etnicznych i prawie 750 różnych języków i dialektów). Jest więc naprawdę co podziwiać! Trzeba też koniecznie spróbować tradycyjnych indonezyjskich potraw. Indonezja to również doskonałe miejsce dla miłośników zakupów.

 

Która pora roku jest najlepsza do odwiedzenia Indonezji?

Panujący w Indonezji tropikalny klimat, zapewniający niemal 30°C w cieniu przez cały rok, sprawia, że to dobre miejsce na wypoczynek zarówno wtedy, kiedy w Polsce jest lato, jak i sam środek zimy. Wody, które stanowią 81 proc. powierzchni kraju, są cały czas ciepłe. To one utrzymują praktycznie stałą temperaturę powietrza przez okrągły rok: na nadbrzeżnych równinach ok. 28°C, w głębi lądu i na terenach górzystych – 26°C, a w wyższych regionach górskich – 23°C. Indonezja jest więc doskonałym miejscem dla wszystkich osób spragnionych słońca.

Więcej…

Skarby Wysp Zielonego Przylądka

 BVCII  49

Wyspy Zawietrzne są nieco wilgotniejsze i pokryte bujniejszą roślinnością

© BARRACUDA TOURS

 

EMILIA WOJCIECHOWSKA

 

Wyspy Zielonego Przylądka leżą na Oceanie Atlantyckim, w odległości ok. 570 km od Senegalu. Ich nazwa wcale nie pochodzi od występującej tu roślinności, ale od Przylądka Zielonego (po francusku Cap-Vert, po portugalsku Cabo Verde), znajdującego się nieopodal Dakaru. Dziewięć wysp archipelagu jest zamieszkałych i podzielić je można na dwie grupy – Wyspy Zawietrzne (Ilhas de Barlavento, do których należą Boa Vista, Sal, São Nicolau, São Vicente i Santo Antão) i Wyspy Podwietrzne (Ilhas de Sotavento, czyli Santiago, Maio, Fogo i Brava). Do tych pierwszych zalicza się jeszcze opuszczona Santa Luzia, objęta ochroną rezerwatu przyrody.

 

Cabo Verde, a właściwie Republika Zielonego Przylądka (República de Cabo Verde), bo tak brzmi oficjalna nazwa kraju, to dawna kolonia portugalska. Niepodległość uzyskała w lipcu 1975 r., ale nawet dziś śladami po tamtych czasach są nie tylko kolonialne budynki. Choć na ten temat od wielu lat toczą się gorące debaty, nadal jedynym oficjalnym językiem w państwie jest portugalski. Jednak bardzo rzadko można go usłyszeć na ulicach archipelagu – mieszkańcy mówią raczej kabowerdeńskim kreolskim (kriolu kabuverdianu, port. língua cabo-verdiana). Powstał on wprawdzie na bazie portugalskiego, ale z licznymi modyfikacjami. Co więcej, każda wyspa ma inny dialekt. W języku portugalskim wciąż co prawda sporządza się wszelkie dokumenty pisane czy oficjalne komunikaty, lecz z biegiem czasu, zwłaszcza za sprawą rosnącej popularności i dostępności mediów społecznościowych, i na tym polu zaczyna on tracić swoją uprzywilejowaną pozycję. Niezmiennie silny wpływ Portugalii i Portugalczyków można zaobserwować przede wszystkim wśród... fanów piłki nożnej. Niemalże wszyscy kibice na Cabo Verde dzielą się na sympatyków jednej z portugalskich drużyn, takich jak SL Benfica, Sporting CP czy FC Porto, i traktują te podziały bardzo poważnie!

 

Wyspy Zielonego Przylądka to republika demokratyczna i choć nadal ma przed sobą mnóstwo wyzwań, społecznych, politycznych i gospodarczych, a dużo spraw wymaga usprawnienia, to dla wielu krajów afrykańskich stanowi przykład do naśladowania. Jednak mimo iż geograficznie i politycznie archipelag należy do Afryki, jest w nim coś, co go wyróżnia. Jak czasem pół żartem, a czasem na serio mówią Kabowerdeńczycy, tak naprawdę Cabo Verde, także z racji swojego położenia i historii, znajduje się pośrodku Europy, Ameryki Południowej i Afryki. Wielu z nich z uśmiechem dodaje: Gdybyśmy tylko byli więksi, moglibyśmy być osobnym kontynentem. Zapraszam zatem w podróż po tej wyjątkowej wyspiarskiej krainie!

 

 FOGO 20150821 2646 7

Aktywny stratowulkan Pico do Fogo to najwyższy szczyt na Cabo Verde

© BARRACUDA TOURS

 

KRAINA RÓŻNORODNOŚCI

 

Cały archipelag jest pochodzenia wulkanicznego. Na jednych wyspach widać to niezwykle wyraźnie w krajobrazie, na innych, tych geologicznie starszych, zupełnie nie da się tego dostrzec, co sprawia, że każda z nich zaskakuje. Dzięki temu zarówno miłośnicy plażowania, jak i amatorzy górskich wycieczek znajdą tu coś dla siebie.

 

Wśród turystów zagranicznych Cabo Verde słynie w szczególności ze swoich pięknych i rozległych plaż. Zresztą nie tylko ukształtowanie terenu, ale i warunki atmosferyczne sprzyjają na archipelagu plażowaniu, i to przez cały rok. Na Wyspach Zielonego Przylądka panuje klimat zwrotnikowy suchy, ze średnią roczną temperaturą powietrza 25°C i wody 23°C. Słońce świeci w tym rejonie prawie codziennie. Mieszkańcy, w odróżnieniu od turystów, wyczekują zwykle pory deszczowej, która zaczyna się w sierpniu i trwa do października. Jednak wizytę na Cabo Verde warto rozważyć nawet w tym okresie, i to nie tylko wtedy, gdy opady deszczu występują bardzo rzadko, jak w 2017 r. To właśnie w czasie pory deszczowej można obserwować, jak raptownie, z każdą kroplą wody, krajobraz wokół całkowicie się zmienia i nasyca soczystą zielenią. Wbrew nazwie Wyspy Zielonego Przylądka nie zawsze i nie wszędzie są zielone! Na większości z nich nie brakuje za to koloru złotego i białego, bo te barwy przybierają plaże np. na Sal, Boa Viście i Maio. I właśnie na tych trzech wyspach panują najlepsze warunki do plażowania.

 

Wśród turystów spragnionych słońca i morskich kąpieli najpopularniejsza jest Sal, choć Boa Vista niewiele jej ustępuje. Sal w języku portugalskim oznacza „sól”. Zanim tutejszym złotem stały się plaże, przynoszące zyski z turystyki, w XIX w. to właśnie pozyskiwanie soli było głównym źródłem dochodu. Wtedy też zmieniono pierwotną nazwę Llana na Sal. Jednak i dziś sól jest ważna dla gospodarki wyspy, chociaż obecnie ze względu na swoje walory lecznicze i pielęgnacyjne. Kolejną atrakcję Sal, zaraz po jej pięknych plażach i znakomitych warunkach do uprawiania sportów wodnych, stanowi Pedra de Lume. W tej położonej niedaleko lotniska miejscowości znajdują się zbiorniki wypełnione solanką, z których korzystają tysiące turystów.

 

Wyspa ta zajmuje ważne miejsce w archipelagu nie od dziś i nie tylko ze względu na licznie odwiedzających ją zagranicznych gości. Od dawna jest w pewnym sensie oknem na świat Cabo Verde. To właśnie na Sal powstało w 1939 r. pierwsze tutejsze międzynarodowe lotnisko, nazwane potem imieniem ojca narodu i największego bohatera kraju – Amílcara Cabrala (1924–1973). Dzięki swojemu strategicznemu położeniu wyspa od dawna stanowi istotny punkt na lotniczej mapie świata.

 

Pod względem liczby turystów zaraz za Sal plasuje się Boa Vista, zresztą całkiem słusznie. Jej nazwa w tłumaczeniu z portugalskiego na polski brzmi Dobry Widok. Ta trzecia co do wielkości wyspa archipelagu (620 km² powierzchni) kusi odwiedzających przepięknymi złotymi piaskami, a nawet wydmami, znaczącymi pustynny obszar Viana. Jeden ze znakomitszych pisarzy kabowerdeńskich Germano Almeida swoją książkę A Ilha Fantástica poświęcił właśnie Boa Viście, na której przyszedł na świat w 1945 r. Odgrywa ona zresztą ważną rolę w kulturze kraju. To prawdopodobnie właśnie na niej narodził się w XVIII stuleciu wspaniały gatunek muzyczny, jeden z symboli Cabo Verde – morna. Bubista, jak pieszczotliwie nazywają wyspę mieszkańcy, z pewnością nie zawiedzie tych, którzy lubią spędzać czas na uprawianiu sportów wodnych, jak i osób preferujących leniwy odpoczynek na plaży.

 

Ten, komu marzą się jeszcze spokojniejsze wakacje, powinien wybrać Maio. Jest ona jedną z rzadziej odwiedzanych w archipelagu i to bynajmniej nie ze względu na brak atrakcyjności, bo zachwyca przepięknymi bezkresnymi plażami, które przez zdecydowaną większość roku są bezludne. Jej nazwa w języku portugalskim oznacza „maj” – właśnie w tym miesiącu została odkryta przez Portugalczyków w 1460 r. Można zaryzykować tezę, że jedynie brak międzynarodowego lotniska, jakie znajdują się na Boa Viście i Sal, sprawia, iż nie spotkamy na niej tłumów turystów. Dzięki temu nietrudno poczuć się tu jak na końcu świata, na dodatek wyjątkowo malowniczym.

 

Wspaniałych plaż, i to w różnych kolorach, nie brakuje także na Santiago i São Vicente, które są dwoma głównymi wyspami kraju. Mimo znacznych różnic między nimi można powiedzieć, że na każdej z nich znajdziemy po trochu wszystkiego, co na Cabo Verde najlepsze. Często mówi się, że Santiago stanowi centrum biznesowe i polityczne archipelagu, a São Vicente – kulturalne, ale tak naprawdę obie konkurują w pewien sposób ze sobą na wszystkich tych polach.

 

Niemniej jednak pod względem politycznym i administracyjnym to Santiago jest ważniejsza i to na niej leży stolica kraju, Praia. Wyspa ta nazwana została od imienia świętego patronującego dniowi, w którym ją odkryto (podobnie jak kilka innych w archipelagu), czyli św. Jakuba (São Tiago). Na niej najwyraźniej widać wpływy afrykańskie, które nadają jej wyjątkowy koloryt, co można dostrzec nie tylko na barwnym targu Sucupira (Mercado de Sucupira) w Prai.

 

Santiago, największa w archipelagu (991 km² powierzchni), odegrała bardzo istotną rolę w historii regionu. To ona została najprawdopodobniej odkryta i zasiedlona jako pierwsza, to na niej założono w 1462 r. pierwsze miasto i pierwszą stolicę Cabo Verde – Ribeirę Grande. Dziś ten najstarszy ośrodek nazywany jest Cidade Velha (z portugalskiego Stare Miasto). Od końca XVI w. znajduje się w nim fort (Forte Real de São Filipe), który bronił dostępu do wyspy. W mieście odbywały się też targi niewolników pochodzących z Afryki i archipelagu. Przewożono ich stąd głównie do obu Ameryk. O tej niechlubnej przeszłości przypomina usytuowany w samym centrum Cidade Velha pręgierz (Pelourinho).

 

Z czasem stolicę przeniesiono do Prai (w 1770 r.), która dziś jest tętniącą życiem metropolią. Niewątpliwie fakt, że znajdują się w niej siedziby największych lokalnych i zagranicznych firm oraz placówki dyplomatyczne, nadaje jej dynamicznego charakteru, ale – oczywiście – w swoistym, kabowerdeńskim wydaniu. Wystarczy jednak wyjechać poza miasto, aby przenieść się do zupełnie innego świata – krainy plantacji bananów, papai, trzciny cukrowej czy kukurydzy. Mieszkańcy stolicy, jak i całej wyspy chętnie odpoczywają na jednej z wielu plaż, takich jak ta w Tarrafal lub São Francisco. Wybierają się również w góry. Malownicze trasy leżą m.in. w Parku Naturalnym Serra da Malagueta na północy Santiago lub w samym jej centrum w okolicach ogrodu botanicznego w São Jorge dos Órgãos. A że Kabowerdeńczycy bardzo lubią spędzać czas z rodziną i przyjaciółmi na piknikach i pieszych wycieczkach, plaże i szlaki zapełniają się ludźmi w każdy wolny dzień, i to na całym archipelagu.

 

Na São Vicente (nazwanej od św. Wincentego), z głównym miastem Mindelo, życie płynie zdecydowanie spokojniej niż na Santiago, ale na pewno nie jest tu mniej ciekawie. Wyspa w całym kraju słynie ze swoich wydarzeń kulturalnych. W okolicach lutego lub marca odbywa się na niej karnawał (w 2018 r. jego główne obchody zaplanowano w terminie od 9 do 13 lutego), a w lipcu – kulinarna impreza Kavala Fresk Feastival, na której wszyscy zajadają się makrelami pod każdą postacią. W sierpniu São Vicente gości największe na archipelagu wydarzenie muzyczne na plaży Festival Baía das Gatas. Do 2017 r. we wrześniu w Mindelo organizowany był jeden z większych festiwali teatralnych w Afryce – Mindelact. Obecnie przeniesiono go na późniejszy termin. Jego 24. już edycję zaplanowano między 2 a 10 listopada 2018 r. Z kolei na przełomie września i października wyspa zamienia się w plenerowe kino. W tym czasie odbywają się pokazy w ramach festiwalu filmowego o nazwie Festival Oiá. Warto odwiedzić São Vicente podczas jednego z tych wydarzeń, w szczególności w trakcie karnawału. Nie bez powodu porównuje się go ze słynną imprezą w Rio de Janeiro.

 

Na Cabo Verde spodoba się nie tylko plażowiczom czy osobom spragnionym rozrywek kulturalnych. Amatorzy górskich wycieczek także znajdą na archipelagu miejsca dla siebie. Idealna będzie dla nich wyspa Fogo, czyli Ogień. Wznosi się na niej czynny wulkan, a zarazem najwyższy szczyt kraju – Pico do Fogo (2829 m n.p.m.). To z jego powodu zrezygnowano z wcześniejszej nazwy wyspy, która brzmiała São Filipe (od św. Filipa). Ostatnia erupcja zaczęła się w listopadzie 2014 r., a zakończyła w lutym kolejnego roku, i dość znacznie zmieniła krajobraz leżącej u stóp wulkanu wioski Chã das Caldeiras. Dziś miejscowość wygląda jak nie z tego świata, a mieszka w niej niewiele ponad 100 z dawnych niemal 1,3 tys. mieszkańców. Bez wątpienia hart ich ducha jest godny podziwu. Poza tym warte spróbowania są wyjątkowe plony, jakie przynosi wulkaniczna ziemia. Smakosze z całego globu chwalą sobie wino i kawę właśnie z Fogo.

 

O pobliskiej Bravie można z kolei powiedzieć, że przypomina miejsce położone na końcu świata. Jest najbardziej wysunięta na zachód ze wszystkich Wysp Podwietrznych i stosunkowo rzadko odwiedzana, ale całkiem niesłusznie. Urodził się na niej jeden z największych kabowerdeńskich poetów – Eugénio Tavares (1867–1930). Brava nazywana też bywa wyspą kwiatów. Wizytą w tym miejscu nie będzie zawiedziony nikt, kto chce odpocząć od zgiełku świata w otoczeniu natury. Mimo iż jest najmniejszą zamieszkaną wyspą Cabo Verde (ma 67 km² powierzchni), świetnie nadaje się na liczne piesze wycieczki, podobnie zresztą jak równie mało popularna São Nicolau.

 

Ta ostatnia otrzymała nazwę od św. Mikołaja. Niegdyś skupiała się tu elita intelektualna archipelagu. To na São Nicolau założono w 1866 r. pierwsze na Cabo Verde seminarium duchowne i liceum ogólnokształcące i to właśnie z niej pochodzi Baltasar Lopes da Silva (1907–1989), autor obowiązkowej lektury każdego Kabowerdeńczyka Chiquinho i jeden z założycieli magazynu literacko-kulturalnego Claridade. Dziś można odnieść wrażenie, że świat nieco zapomniał o tej wyspie, co sprawia, że jej przepiękne górskie szlaki są idealne dla każdego, kto chce się poczuć jak prawdziwy odkrywca. Warto wybrać się na wycieczkę zwłaszcza do Parku Naturalnego Monte Gordo. Na São Nicolau, podobnie jak na São Vicente, odbywa się również co roku karnawał. Choć może jest nieco mniej wystawny niż ten w Mindelo, ma w sobie coś wyjątkowego. Przede wszystkim trudno na nim odróżnić uczestników karnawałowej parady od publiczności, a to dlatego, że każdemu wolno brać udział w pochodzie.

 

Naszą podróż po Cabo Verde zakończymy na najbardziej na północ wysuniętej, a zarazem drugiej co do wielkości po Santiago, wyspie Santo Antão (779 km² powierzchni). Uchodzi ona za jedną z najpiękniejszych w całym archipelagu. To sprawia, że z każdym rokiem przybywa odwiedzających ją miłośników gór. I trudno im się dziwić. Santo Antão szczyci się mnóstwem niezmiernie różnorodnych szlaków górskich i zapierającymi dech w piersiach widokami. Najczęściej odwiedzany wschód wyspy zachwyca zielonymi krajobrazami, a mniej popularna zachodnia część lądu – księżycowym pejzażem okolic najwyższego miejscowego szczytu Topo da Coroa (1979 m n.p.m.) i położoną na końcu świata wioską Tarrafal de Monte Trigo.

 

Nie bez powodu zatem Cabo Verde stara się przyciągnąć gości hasłem „Jeden kraj… dziesięć kierunków podróży” (Um país… dez destinos). Jednak różnorodność archipelagu nie przejawia się jedynie w charakterze wysp. Kabowerdeńczycy mówią wieloma odmianami kabowerdeńskiego kreolskiego, a także różnią się od siebie wyglądem. Bogactwo Cabo Verde można zresztą dostrzec nie tylko w tym, co widoczne na pierwszy rzut oka.

 

 Santa Maria Drone

Plaża w Santa Maria, najpopularniejszej miejscowości turystycznej na wyspie Sal

© BARRACUDA TOURS

 

MUZYKA I KUCHNIA

 

Ten niewielki archipelag zachwyca przede wszystkim bogatą kulturą. Przez długi czas, zanim na świecie popularność zyskały złote piaski Sal i Boa Visty, Wyspy Zielonego Przylądka były kojarzone zwłaszcza z muzyką, a w szczególności z wyjątkową artystką Cesárią Évorą (1941–2011), zwaną Bosonogą Diwą i Królową Morny. Chyba niewiele jest miejsc na naszym globie, gdzie choćby raz nie rozbrzmiała jej słynna piosenka Sodade. Muzyka unosi się tutaj w powietrzu, wyspiarze mają ją we krwi. Tradycyjne gatunki takie jak morna, coladeira (koladera), funaná, batuque (batuk, batuku), tabanka (tabanca) lub colá znakomicie oddają bogactwo kulturowe Cabo Verde. Bez końca można by wyliczać znakomitych artystów, którzy je wykonują (są wśród nich m.in. Lura czy Nancy Vieira). W młodym pokoleniu nie brakuje też muzyków nadających nowe brzmienie klasycznym już rytmom – reprezentuje ich choćby Elida Almeida. Dlatego jedną z piękniejszych i cenniejszych pamiątek z archipelagu, oprócz wspomnień z koncertu bądź wieczoru w knajpce urozmaiconego występami muzycznymi, jest płyta z nagraniami lokalnych wykonawców. Na szczęście okazji do posłuchania dobrej muzyki na wyspach bywa mnóstwo. Oprócz licznych festiwali, organizowanych przez cały rok, ale najczęściej w lato, kabowerdeńskie utwory rozbrzmiewają także podczas obchodów rozmaitych świąt. A na żadnym z takich wydarzeń nie może zabraknąć również typowego dla archipelagu jedzenia.

 

 Kuchnia Wysp Zielonego Przylądka, choć niezbyt urozmaicona, jest smaczna. Dostępność wielu towarów na targach i w sklepach zależy od cyklów upraw, dlatego lokalne produkty są zazwyczaj świeże i zdrowe. Kabowerdeńskie potrawy bazują przede wszystkim na rybach, fasoli i kukurydzy. Ta ostatnia ma zresztą dla Kabowerdeńczyków też znaczenie symboliczne. Podobno jako pierwsza z sianych tu roślin dała plon na nieurodzajnych ziemiach archipelagu. Kukurydza stanowi składnik wielu dań, ale także uchodzi za symbol nadziei i ma nawet swój festiwal (Festa do Milho) organizowany na Santiago co roku w dniu 1 listopada, kiedy to je się ją pod każdą postacią. Przygotowuje się z niej m.in. tradycyjną tutejszą potrawę – cachupę. W wersji podstawowej dodaje się do niej jeszcze ewentualnie fasolę, ale w wariancie bardziej urozmaiconym zawierać może wszystko, co tylko akurat znajduje się pod ręką, np. marchewkę, rybę czy mięso. Przyrządzenie cachupy w tradycyjny sposób zajmuje sporo czasu. Nawet według nowocześniejszego przepisu nie da się jej szybko ugotować. Nadal jednak uchodzi ona za danie dla całej rodziny, przygotowywane w dużych ilościach. Dziś najczęściej cachupę je się w dni, kiedy czasu jest więcej, czyli np. w soboty. Poza tym stanowi ona również obowiązkową potrawę na wszelkie święta. Świeżo ugotowana cachupa ma konsystencję zupy. Jeśli nie zostanie zjedzona na obiad, kolejnego dnia podaje się ją z jajkiem sadzonym, omletem lub smażoną rybą jako... typowe kabowerdeńskie śniadanie.

 

Oprócz tego tradycyjnego dania na stołach goszczą też często ryby. Jedynie od powodzenia podczas połowu zależy, co trafi na talerz, makrela czy raczej tuńczyk. Choć nie zawsze znajdziemy na targu tę rybę, którą lubimy najbardziej, możemy być pewni, że i tak nam posmakuje, bo po prostu będzie świeża. W niektórych okresach w roku mamy szansę zamówić nawet takie przysmaki jak homary czy percebes (kaczenice)!

 

BVCII  34

Kabowerdeńskie potrawy są zazwyczaj proste, ale bardzo smaczne

© BARRACUDA TOURS

 

WYSPY DLA ODKRYWCÓW

 

Różnorodność archipelagu można opisać trzema słowami – sabura, morabeza i sodade. Wyraz sabura oznacza „coś fajnego” – takie są Wyspy Zielonego Przylądka. Czas na nich płynie po prostu w miłej, spokojnej, bezstresowej atmosferze. Morabeza to z kolei „gościnność”, choć tak naprawdę coś dużo więcej. Znaczenie tego słowa zrozumie każdy, kto będzie miał okazję trochę bliżej poznać Kabowerdeńczyków i zaprzyjaźnić się z nimi. Z pewnością dołożą oni wszelkich starań, aby przybysze poczuli się u nich jak u siebie w domu. Sodade znaczy „tęsknota”, ale właściwie to bardziej złożone uczucie. Mieszkańcy archipelagu to właśnie odczuwają, kiedy są daleko od swojej ojczyzny i tego, co jest im bliskie. Zrozumieć mogą ich wszyscy ci, którzy pokochają Cabo Verde i będą musieli te strony opuścić, a miłością obdarzy ten kraj niemal każdy, kto do niego zawita.

 

Wyspy Zielonego Przylądka to coś o wiele więcej niż różnorodne krajobrazy, w tym piękne plaże i zachwycające widokami szlaki górskie. Aby je odkryć, wystarczy tylko chcieć. Ten mały archipelag posiada aż cztery lotniska międzynarodowe – na Santiago, Sal, São Vicente i Boa Viście. Na dodatek najprawdopodobniej od maja 2018 r. nastąpi w końcu planowane zniesienie obowiązku wizowego dla obywateli Unii Europejskiej przybywających na Cabo Verde w celach turystycznych. Między wyspami najlepiej poruszać się samolotami, jedynie na Bravę i Santo Antão nie da się dolecieć, ale można na nie dostać się promem (z Fogo w przypadku Bravy i z São Vicente na Santo Antão). Wystarczy zatem zarezerwować bilet, spakować się i wyruszyć na spotkanie przygodzie, aby poznać największe skarby tego wyjątkowego archipelagu, czyli jego gościnnych mieszkańców i ich bogatą kulturę. Naprawdę warto zdecydować się na tę podróż, zwłaszcza że według brytyjskiego dziennika Daily Mirror Cabo Verde było w 2017 r. najczęściej wyszukiwanym celem wakacyjnego wyjazdu w przeglądarce Google.

 

Z wizytą na południu Francji

 20159095

Modny kurort Saint-Tropez, widok z XVII-wiecznej cytadeli

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

ALEKSANDRA ŚWISTOW

www.pojechana.pl

                               

Francja kojarzy się wielu osobom głównie z winem i serami (wszak Francuzi sami się chwalą, że mają inny gatunek sera na każdy dzień roku, choć w rzeczywistości istnieje ich jeszcze więcej). Co ciekawe, ten kraj wciąż nie należy do tych najchętniej wybieranych przez Polaków na cel podróży. Wyjątek stanowi – oczywiście – Paryż, europejska stolica miłości, mody, kultury i wykwintnej kuchni, która cieszy się niezmiennie ogromną popularnością. Jednak we Francji jest znacznie więcej do zobaczenia niż tylko słynne miasto zakochanych.

 

20097929

Abbaye Notre-Dame de Sénanque otoczone polami kwitnącej lawendy

© ATOUT FRANCE/EMMANUEL VALENTIN

 

Gdy przychodzą pierwsze przymrozki zwiastujące zimę, wielu miłośników szaleństw na białym puchu zaczyna planować wyjazd na ośnieżone francuskie stoki Alp. Chamonix-Mont-Blanc z widokiem na najwyższy szczyt Europy czy region narciarski Trzy Doliny (Les Trois Vallées) to doskonały wybór na pierwsze rendez-vous z południem Francji. Warto rozwijać tę znajomość, gdyż ta część kraju naprawdę potrafi zauroczyć.

 

Do najciekawszych rejonów należą tutaj Alpy, Prowansja, Lazurowe Wybrzeże czy Oksytania. Właśnie je chciałabym tym razem Wam przybliżyć, drodzy Czytelnicy magazynu All Inclusive. Południe Francji można odwiedzić o każdej porze roku, bo zawsze prezentuje się niezmiernie atrakcyjnie.

 

 20101026163213-90eea71b

Katedra i górująca nad nią bazylika w Lyonie

© GALERIE LYON FRANCE/JULIA BIDAULT

 

WIDOK NA SZCZYTY

 

Najbardziej rozpoznawalną górą francuskich Alp jest Mont Blanc (4808,72 m n.p.m.). Wznosi się ona na granicy z Włochami, ale jej najwyższy wierzchołek znajduje się właśnie na terytorium Francji (przynajmniej tak twierdzą źródła francuskie). Śmiałkowie pragnący zdobyć ten najwyższy szczyt Europy zjeżdżają do położonej u jego podnóży urokliwej miejscowości Chamonix-Mont-Blanc przez cały rok. Nie trzeba być jednak znakomitym alpinistą, żeby przybyć w te strony i podziwiać słynny ośnieżony masyw. Z centrum miasteczka w 20 min. wjedziemy kolejką linową na szczyt Aiguille du Midi (3842 m n.p.m.), oddalony zaledwie 8 km od Mont Blanc, który widać stąd jak na dłoni. Można tu wystawić na próbę swoje nerwy i stanąć na szklanej platformie nad przepaścią oraz zjechać na nartach lub snowboardzie jedną z najpiękniejszych tras w Europie (a według niektórych osób nawet na świecie), wijącą się przez 20 km w Białej Dolinie (Vallée Blanche). Zbocza masywu najwyższej góry Alp pokrywają liczne lodowce. Największy z nich, Morze Lodu (Mer de Glace), ma ok. 7 km długości! Pod jego południowy kraniec, do stacji Montenvers (1913 m n.p.m.) od niemal 110 lat jeździ z Chamonix-Mont-Blanc kolej zębata (Chemin de fer du Montenvers). Tuż obok znajduje się wejście do jednej z lokalnych atrakcji – wykutej w Mer de Glace jaskini z lodowymi rzeźbami i korytarzami.

 

Jednak prawdziwą gratką dla miłośników białego szaleństwa jest we Francji obszar Trzy Doliny (Les Trois Vallées), położony w Sabaudii. Zajmuje pierwsze miejsce na świecie pod względem łącznej długości tras dostępnych bez zdejmowania nart (według lokalnych wyliczeń wynosi ona ok. 600 km). Znajduje się tu również leżąca najwyżej w Europie stacja narciarska (Val Thorens – 2300 m n.p.m.). To właśnie dzięki usytuowaniu na dużej wysokości w okolicy najważniejszych stacji Trzech Dolin (są to Courchevel, Orelle, La Tania, Méribel, Les Menuires, Saint-Martin-de-Belleville i Brides-les-Bains) można korzystać z doskonałych warunków od połowy grudnia do końca kwietnia. W rejonie Val Thorens zdecydowana większość tras jest położona powyżej 2000 m n.p.m., a osiem przełęczy i szczytów – powyżej 3000 m n.p.m., dlatego poszusujemy tutaj nawet od połowy listopada do pierwszych dni maja. Co ważne, tereny narciarskie Les Trois Vallées są dostosowane do różnych poziomów zaawansowania. Początkujący narciarze mają duży wybór oślich łączek i łatwych stoków. Liczne szerokie, dobrze przygotowane trasy zadowolą średnio zaawansowanych. Najbardziej wymagający mogą spróbować swoich sił na trasach czarnych, wśród których największą sławą cieszy się Combe de Caron, rozpoczynająca się na wysokości 3200 m n.p.m. i zachwycająca wspaniałymi widokami.

 

Francuskie Alpy to jednak nie tylko kurorty narciarskie. Znajduje się tu także mnóstwo szlaków trekkingowych, poza tym panują świetne warunki do uprawiania wspinaczki, paralotniarstwa, speleologii, kanioningu, wędkarstwa, kolarstwa i jazdy konnej w malowniczych parkach krajobrazowych, takich jak Naturalny Park Regionalny Masywu Bauges (Parc naturel régional du Massif des Bauges), mający status geoparku UNESCO. Oprócz tego region urozmaicają przepiękne jeziora polodowcowe. Są idealne na wyprawy kajakowe i rejsy łodzią żaglową, można na nich uprawiać wakeboarding, kitesurfing i inne sporty wodne. Jednym z najczystszych w Europie jest jezioro Annecy (o powierzchni ponad 27,5 km2 i głębokości sięgającej miejscami nawet 82 m). W jego turkusowej wodzie odbijają się górskie szczyty, w tym Tournette (2351 m n.p.m.). Na północnym krańcu jeziora znajduje się urokliwe górskie miasto, które również zwie się Annecy. Ze względu na przepiękne centrum poprzecinane kanałami bywa ono nazywane alpejską Wenecją. Koniecznie należy w nim wejść do jednej z restauracji, aby spróbować lokalnych przysmaków: fondue, czyli sera roztopionego w białym winie, tartiflette – ziemniaków zapiekanych z boczkiem i alpejskim serem reblochon oraz opiekanych plastrów sera raclette podawanych z gotowanymi ziemniakami, szynką parmeńską, korniszonami i marynowanymi grzybami.

 

W regionie Rodan-Alpy znajduje się też ponad 500-tysięczny Lyon, położony malowniczo nad Rodanem i Saoną. To jedno z najstarszych miast we Francji (założone przez Rzymian w 43 r. p.n.e. jako Lugdunum) szczyci się rozległym historycznym centrum, wpisanym w 1998 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Trzeba tu zdecydowanie zwiedzić romańsko-gotycką Katedrę św. Jana Chrzciciela, zobaczyć panoramę Lyonu rozpościerającą się ze schodów XIX-wiecznej Bazyliki Najświętszej Marii Panny z Fourvière, zgubić się w labiryntach przejść zwanych traboules i przespacerować po placu Terreaux (Place des Terreaux), na którym szczególną uwagę warto zwrócić na budynek Ratusza (Hôtel de Ville de Lyon). Miłośnicy nowoczesnej architektury muszą koniecznie odwiedzić powstałą na terenach poprzemysłowych dzielnicę La Confluence, a osoby lubiące sztukę – liczne galerie na ulicy Burdeau (rue Burdeau). W mieście spodoba się również amatorom wykwintnych kulinariów: znajduje się w nim sześć restauracji słynnego francuskiego szefa kuchni Paula Bocuse’a („Le Nord”, „Le Sud”, „L’Est”, L’Quest”, „Marguerite” i „Argenson”). Ci, którzy preferują tradycyjne dania, powinni zajrzeć do „Café Comptoir Abel” (lokalu gastronomicznego typu bouchon). Po zaspokojeniu głodu najlepiej wybrać się na drinka na jedną z barek zacumowanych wzdłuż brzegu Rodanu lub do baru „L’Antiquaire”, gdzie pracują najlepsi barmani we Francji.

 

SIELSKA KRAINA LAWENDY

 

Chociaż Alpy dochodzą aż do wybrzeża Morza Liguryjskiego, to nie z nimi kojarzy się Prowansja, a z ciągnącymi się po horyzont polami lawendy, winnicami i gajami oliwnymi, przytulnymi kamiennymi miasteczkami, w których wąskich uliczkach aż chce się zgubić, pachnącą ziołami kuchnią i pełnymi wrzawy targowiskami ze świeżymi warzywami, winami, wędlinami, serami, chrupiącymi wypiekami i wyrobami lokalnego rękodzieła artystycznego. Na tych ostatnich można spróbować pieczywa fougasse z rozmarynem, oliwek po prowansalsku i słynnego koziego sera z Banon owiniętego w liście kasztanowca, kupić pachnące lawendą mydła, białe naczynia ceramiczne w tradycyjne prowansalskie wzory i oliwę z Les Baux-de-Provence. Po udanych zakupach warto napić się szklaneczki anyżowego likieru pastis i wyruszyć na zwiedzanie niezmiernie urokliwej Prowansji.

 

Tutejsze miasteczka łączy sielankowa atmosfera niespiesznego celebrowania prostej codzienności. W każdym z nich czekają nas inne widoki i atrakcje. Nad miejscowością Sisteron, zwaną Bramą Prowansji, góruje monumentalna skała o spiczastych graniach (Rocher de la Baume), w którą wrosła okazała Cytadela Sisteron (Citadelle de Sisteron). W Orange, tzw. Mieście Książąt, można podziwiać doskonale zachowane pozostałości świetności imperium rzymskiego: Łuk Triumfalny z czasów panowania cesarza Oktawiana Augusta (27 r. p.n.e.–14 r. n.e.) i starożytny teatr z wykutą w zboczu wzgórza widownią na ponad 9 tys. osób. Roussillon to spokojne miasteczko w kolorze ochry położone na rdzawych wzniesieniach, których ziemia bogata jest w związki żelaza.

 

W leżącym nad Rodanem Arles, w charakterystycznym Żółtym Domu mieszkał i tworzył urzeczony prowansalskimi krajobrazami malarz Vincent van Gogh. To tu namalował swoje najsłynniejsze dzieła i stracił ucho. Nie jest to jedyna gratka dla wielbicieli sztuki w tym uroczym mieście – jak mówi legenda, na tutejszym cmentarzu Alyscamps spoczywa główny bohater Pieśni o Rolandzie, a sama nekropolia została opisana przez Dantego Alighieri w Boskiej komedii. W Arles znajdują się też ruiny antycznego teatru i doskonale zachowana rzymskaarena (Arènes d’Arles) wybudowana między 80 a 90 r., na której niegdyś odbywały się walki gladiatorów i wyścigi rydwanów oglądane przez nawet 25 tys. widzów, a dziś organizowane są walki byków. Za nie lada atrakcję okolicy uchodzi miasteczko L’Isle-sur-la-Sorgue zbudowane na wyspach i zwane prowansalską Wenecją, a słynące z handlu antykami. W pierwszą niedzielę sierpnia odbywa się tu coroczny pływający targ, podczas którego rzeka i kanały zapełniają się łódkami ze świeżymi warzywami i owocami, miodem lawendowym i innymi specjałami.

 

Podczas wizyty w Prowansji nie wolno ominąć Awinionu, dawnej siedziby papieży (w latach 1309–1377). Tutejszy Pałac Papieski (Palais des Papes) stojący w centrum otoczonej wysokimi murami historycznej części miasta to jedna z największych gotyckich budowli Europy. Kolejnym symbolem Awinionu i słynną atrakcją turystyczną jest częściowo zachowany XII-wieczny most św. Benedykta (pont Saint-Bénézet, znany również jako pont d’Avignon – most Awinioński), który podziwiać można np. z ogrodów papieskich. Zawsze pełne turystów miasto nabiera szczególnego charakteru w lipcu, kiedy odbywa się teatralny Festival d’Avignon, należący do najważniejszych wydarzeń tego rodzaju na świecie.

 

W tym rejonie Francji wartoteżodwiedzić zbudowaną na tarasach wykutych w wapiennej skale miejscowość Gordes z potężnym renesansowym zamkiem. Jednak to nie XVI-wieczna budowla stanowi tu największą atrakcję. Turystów przyciąga amfiteatralne położenie Gordes i zabudowa z jasnego kamienia, a także brukowane uliczki zachęcające do spacerów oraz fakt, że niedaleko leży najbardziej znany symbol Prowansji – Abbaye Notre-Dame de Sénanque, czyli założone w 1148 r. opactwo cysterskie otoczone polami lawendy.

 

Kolejnym słynnym kamiennym miasteczkiem położonym malowniczo na prowansalskich wzgórzach jest Bonnieux z przepięknymi rezydencjami z XVI, XVII i XVIII stulecia. Roztacza się stąd wspaniały widok na okolicę – dostrzec można Gordes, Roussillon i Mont Ventoux (1911 m n.p.m.), wietrzną górę, na której już 10 razy kończyły się etapy Tour de France. Choć wieją tu silne, nieprzyjemne wiatry (ich prędkość na szczycie często dochodzi do 100 km/godz., a notowano nawet wartości powyżej 300 km/godz.), warto się wybrać na Mont Ventoux, bo należy do tych niewielu miejsc, z których przy dobrej widoczności da się zobaczyć jednocześnie Morze Śródziemne, Alpy i Pireneje.

 

WYBRZEŻE SKĄPANE SŁOŃCEM

 

Kojarzoną głównie z palmami, złotym piaskiem i luksusem Riwierę Francuską co roku odwiedza ponad 10 mln turystów. Senne miasteczka sąsiadują na niej z głośnymi kurortami, pełne przepychu wydarzenia filmowe odbywają się koło wprawiających w zadumę nad uciekającym czasem wystaw w galeriach sztuki i muzeach. Trekkingowe ścieżki prowadzą na punkty widokowe, z których z jednej strony podziwiać można zapraszające do wypoczynku plaże, z drugiej – ośnieżone alpejskie szczyty. Na przystaniach luksusowych jachtów słychać echa gwaru lokalnych bazarów, szampan leje się na zmianę z wodą sodową. Na Côte d’Azur każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie.

 

Stolicą Lazurowego Wybrzeża okrzyknięto położoną nad Zatoką Aniołów 350-tysięczną Niceę, gdzie słońce świeci 320 dni w roku. Symbolem miasta jest nadmorska Promenada Anglików (Promenade des Anglais), wzdłuż której ciągnie się kamienista plaża. Koniecznie należy w nim odwiedzić Muzeum Masséna(Musée Masséna), funkcjonujące w zabytkowej willi, i Muzeum Narodowe Marca Chagalla (Musée National Marc Chagall) otwarte przez samego artystę w 1973 r. Warto też udać się na słynny targ kwiatowo-warzywno-owocowy na Cours Saleya.

 

Zaledwie mniej więcej 30 km od Nicei leży jedno z najważniejszych miast światowej kinematografii – Cannes, goszczące w maju międzynarodowy filmowy Festival de Cannes. Co roku zgromadzona na Lazurowym Wybrzeżu publiczność ogląda nowe filmy. Przy pełnym przepychu bulwarze Croisette (Boulevard de la Croisette) stoją drogie luksusowe hotele: InterContinental Carlton Cannes, Grand Hyatt Cannes Hôtel Martinez i Hôtel Barrière Le Majestic Cannes, w których zatrzymują się największe gwiazdy Hollywoodu zjeżdżające nad Morze Śródziemne, aby pojawić się na czerwonym dywanie Pałacu Festiwali i Kongresów (Palais des Festivals et des Congrès de Cannes). Po drodze do Cannes warto zatrzymać się w Antibes i Juan-les-Pins, widowiskowo wrośniętych w nadmorskie skały.

 

Z kinem związane jest też inne miasto Riwiery Francuskiej, a mianowicie Saint-Tropez, znane głównie ze względu na komiczną postać żandarma granego przez legendarnego Louisa de Funèsa. To ulubiony letni kurort sław i bogaczy, z bajecznie kolorowymi fasadami domów zwróconymi do portu, w którym cumują luksusowe łodzie. Będzie idealnym miejscem na popołudniowy kieliszek szampana. W okolicach Saint-Tropez leżą dwie słynne piaszczyste plaże: Pampelonne i L’Escalet (obie usytuowane są w Ramatuelle).

 

Być na Lazurowym Wybrzeżu i nie odwiedzić 860-tysięcznej Marsylii byłoby dużym błędem, gdyż w tym malowniczo położonym kosmopolitycznym mieście znajduje się mnóstwo atrakcji. Należy do nich przepięknie zdobionaBazylika Najświętszej Marii Panny z La Garde (Basilique Notre-Dame-de-la-Garde)z drugiej połowy XIX w.,imponujące wielkością Opactwo św. Wiktora (AbbayeSaint-Victor) z zabytkowymi kryptami i liczne ogrody miejskie z kojącym widokiem na morze, m.in. Parc Valmeri Jardin des Vestiges, w którym zachowały się pozostałości antycznego portu. Po zwiedzaniu warto zajrzeć do pełnej tawern i restauracji starej dzielnicy portowej i spróbować lokalnych przysmaków, np. słynnej zupy rybnej bouillabaisse.

 

W SĄSIEDZTWIE HISZPANII

 

Regionem Francji wysuniętym najdalej na południe jest Oksytania, od południowego wschodu ograniczona przez Morze Śródziemne, nad którym leży ponad 200 km skąpanych w słońcu plaż. Wzdłuż granicy z Hiszpanią rozciągają się dla odmiany Pireneje. To z tej części kraju pochodzą znane na cały świat francuskie specjały, takie jak ostry ser owczy roquefort (z miasteczka Roquefort-sur-Soulzon), anchois de Collioure czy ostrygi z Bouzigues. Historyczna kraina Oksytania słynie także z winnic położonych w rejonie Corbières, Minervois i Cahors. Prawdziwi smakosze powinni też spróbować winiaku armagnac.

 

Funkcję stolicy regionu pełni 470-tysięczna Tuluza, nazywana Różowym Miastem ze względu na charakterystyczny kolor cegieł, z jakich powstała większość budynków w centrum. Choć jest czwartym pod względem liczby mieszkańców miastem we Francji i jednym z największych ośrodków akademickich w kraju, nie przytłacza wielkością. Na co dzień tętni życiem, zaprasza w progi przytulnych kawiarenek i gwarnych pubów. Do najważniejszych zabytków Tuluzy należy romańska Bazylika św. Saturnina (Basilique Saint-Sernin), będąca ważnym miejscem na szlaku pielgrzymkowym prowadzącym do Santiago de Compostela w hiszpańskiej Galicji, i ogromny gotycki kościół przy klasztorze jakobinów (Couvent des Jacobins). Centralny punkt historycznej części miasta stanowi plac Kapitolu (place du Capitole), przy którym stoi Kapitol (Capitole), obecnie siedziba rady miejskiej i teatru (Théâtre du Capitole). Niektóre z sal są otwarte dla zwiedzających (m.in. wypełniona dziełami sztuki Salle des Illustres). Warto też odwiedzić Muzeum Augustianów (Musée des Augustins) we wnętrzach XIV-wiecznego klasztoru, a następnie spróbować tradycyjnego dania o nazwie cassoulet, przyrządzanego z białej fasoli i mięsa i pieczonego w glinianym naczyniu (cassole).

 

Niedaleko Tuluzy przepływa wpisany w 1996 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO Kanał Południowy (Canal du Midi) łączący rzekę Garonnę z Étang de Thau – akwenem nad Morzem Śródziemnym. Ma on długość 241 km. Wybudowano go w XVII stuleciu z wykorzystaniem najnowszych osiągnięć inżynierii (w okolicy stanowiska archeologicznego Oppidum d’Ensérune przechodzi przez długi na 173 m tunel Malpas przebity pod wzgórzem, co było pierwszym tego typu rozwiązaniem w Europie). Dziś Canal du Midi pełni głównie funkcje rekreacyjne, a najlepiej można mu się przyjrzeć podczas rejsu komfortową barką turystyczną. Po drodze warto zatrzymywać się na degustacje serów i win oraz zwiedzanie malowniczych miast Oksytanii, takich jak słynne Carcassonne z przepięknym średniowiecznym centrum i potężnymi fortyfikacjami czy Muzeum Sztuk Pięknych (Musée des Beaux-Arts) z bogatymi zbiorami europejskiego malarstwa od XVII w. do dziś.

 

W tym francuskim regionie na zainteresowanie zasługuje także Montpellier. Jego średniowieczne uliczki (rue de la Valfère, rue du Bras-de-Fer czy rue de l’Argenterie) urzekają turystów z całego świata. Jedną z największych atrakcji miasta jest Musée Fabre. Muzeum to szczyci się bogatą kolekcją obrazów malarzy francuskich, włoskich, hiszpańskich, flamandzkich i holenderskich z okresu od renesansu aż do czasów obecnych. W Montpellier znajduje się również bardzo interesujące centrum sztuki współczesnej La Panacée, w którym odbywają się liczne wystawy.

 

Nie można też zapomnieć o oksytańskim antycznym mieście i byłej rzymskiej kolonii (Colonia Nemausus), czyli Nîmes, zwanym francuskim Rzymem. Rzymianie zostawili w nim po sobie m.in. wzniesiony w drugiej połowie I w. amfiteatr na nawet 24 tys. widzów (Arènes de Nîmes) i świątynię Maison Carrée – obydwie budowle są dziś jednymi z najlepiej zachowanych zabytków starożytnych na całym świecie. Park (Jardins de la Fontaine) założony w XVIII stuleciu przy dawnym sanktuarium kryje takie skarby jak świątynia Diany i ponad 30-metrowa wieża Magne. Przez cały rok odbywają się tu liczne festiwale, koncerty, spektakle teatralne i rekonstrukcje historyczne. Ciekawostkę stanowi fakt, że Pont du Gard, rzymski akwedukt sprzed 2 tys. lat, uważany za jeden z najatrakcyjniejszych francuskich zabytków, został wybudowany po to, aby dostarczać wodę właśnie do Nîmes.

 

Oksytania to nie tylko niezmiernie urokliwe miasta o długiej historii. Zachwycają w niej również piękne krajobrazy i niezwykłe cuda natury. W podróż do środka Ziemi zabiera jaskinia Gouffre de Padirac w dolinie rzeki Dordogne. Ma aż 103 m głębokości i 35 m średnicy i jest uznawana za największą ciekawostkę geologiczną Francji. Jej pierwszego badacza, Édouarda-Alfreda Martela (1859–1938), uważa się za twórcę nowoczesnej speleologii. Do jaskini można dostać się schodami z 208 stopniami, windą lub... na linie. W środku czeka nas rejs po podziemnej rzece, która zamienia się w przepiękne jezioro. Potem przechodzi się do sali nazywanej Grand Dôme. To wielka podziemna katedra o wysokości 94 m, udekorowana wspaniałymi naturalnymi rzeźbami.

 

Dla odmiany przy samej granicy z Hiszpanią znajduje się Cirque de Gavarnie, czyli cyrk lodowcowy o średnicy ok. 6 km, który leży w Parku Narodowym Pirenejów (Parc National des Pyrénées). Na parkowym terenie nad rwącym strumieniem na wysokości mniej więcej 1500 m n.p.m. wnosi się też monumentalny kamienny most (Pont d’Espagne). Okolica doskonale nadaje się na piesze wędrówki, wspinaczkę, jazdę na rowerze czy loty na paralotni, a także do uprawiania wszelkich sportów zimowych, w tym wspinaczki po zamarzniętych wodospadach. Jak widać, pełne wspaniałych atrakcji południe Francji zaprasza o każdej porze roku.

 

 

 

CRTMP 0019893 MD - Gavarnie 

Szlak w okolicy Cirque de Gavarnie w Parku Narodowym Pirenejów

© CRT MIDI-PYRÉNÉES/PATRICE THEBAULT